Urszula Milc-Ziembińska - Tajemnica Elizabeth Arden

Urszula Milc-Ziembińska Tajemnica «Elizabeth Arden» Krajowa Agencja Wydawnicza Projekt okładki i karty tytułowej TERESA CICHOWICZ-PORADA Zdjęcie JAN I...

5 downloads 167 Views 1007KB Size

Urszula Milc-Ziembińska

Tajemnica «Elizabeth Arden»

Krajowa Agencja Wydawnicza

Projekt okładki i karty tytułowej TERESA CICHOWICZ-PORADA Zdjęcie JAN I WALDYNA FLEISCHMANN KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA RSW „Prasa-Książka-Ruch” Warszawa 1075 Wydanie I. Nakład 100 000+260 egz. Objętość: ark, wyd. 9,58, ark, druk. 9,56. Papier druk, sat. kl. V, 70 g. Nr prod. 1-5/39/74. Zam. 437. B-50. Skład: Zakłady Graficzne w Katowicach; druk 1 oprawa: Lubelskie Zakłady Graficzne. Cena egz. zł 32,—

Wszelkie podobieństwo nazwisk i sytuacji występujących w tej książce jest przypadkowe.

Bogdan Czerwiński obudził się w środku nocy i, chwilę nasłuchiwał. Nie, nie mylił się. Na stoliku pod oknem, przykryty poduszką, dzwonił telefon. Usiadł na tapczanie, wsunął stopy w pantofle i, nie zapalając światła, podszedł do telefonu. Ze złością podniósł słuchawkę. — Pan kapitan? — Nie, królowa chińska. — Radiowóz melduje, że w pobliżu Powązek mają nieboszczyka rodzaju żeńskiego. — I nagle nie wiecie, co macie robić? — Wiemy, wiemy, panie kapitanie. Milczeli. Po chwili Czerwiński zapytał. — Czy to wypadek? — Chyba nie. Nie wiem. — Co to znaczy nie wiem? — Pan kapitan przyjedzie, to się przekona. — Porucznik Kłosowski zawiadomiony? — Tak, już tam jest. — To bardzo dobrze. A teraz słuchaj, Romeczku, uważnie — kapitan Czerwiński nieomal uśmiechnął się do słuchawki — ja jestem po dwudziestoczterogodzinnej orce 3

i nie ma mnie ani w domu, ani w komendzie. Dobranoc. Odłożył słuchawkę i spojrzał na zegarek. Była druga piętnaście. Powoli poszedł do łazienki, a potem nagle zaczął się bardzo śpieszyć. Po piętnastu minutach wyszedł z domu. Na parkingu przed domem stała niebieska warszawa. Przy kierownicy siedział Jurek. — Dzień dobry, panie kapitanie. — Witam, co za wiatry cię tu przywiały? — Był taki jeden. Przyjechałem po pana kapitana. Kapitan Czerwiński, siadając obok niego, pokręcił głową. Z Muranowa na Żoliborz dojechali w ciągu kilku minut. Trawnik i zarośla za Instytutem Medycyny Lotniczej były oświetlone jakby kręcono tu film. W blasku lamp pracował porucznik Kłosowski ze swoją ekipą. Uśmiechając się, podszedł do Czerwińskiego. — Witaj w codziennym trudzie. To tutaj — wskazał ręką zwłoki. Na trawie leżała kobieta w długiej błękitnej wieczorowej sukni. Wyglądała tak, jakby położyła się na chwilę. Twarz miała skierowaną w bok. Jej ręce były szeroko rozrzucone, długie, puste i otwarte. Czarne, długie i proste włosy poruszał wiatr. Była bardzo ładna i młoda. Mogła mieć dwadzieścia kilka lat. Technik dochodzeniowy zakończył już swoją pracę i ustąpił miejsca lekarzowi. Doktor Witkowski przykucnął obok ciała. Chwilę trwał przy nim nieruchomo, po czym obejrzał je pobieżnie, wstał i zwrócił się do kapitana Czerwińskiego. — Śmierć nastąpiła nagiej trzy do czterech godzin 4

temu. Dokładne dane podam panu po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Ukłonił się i odszedł do swojego, samochodu. Kapitan Czerwiński popatrzył w ślad za oddalającym się lekarzem, a następnie skierował wzrok na zmarłą. — Kto znalazł zwłoki? — zapytał porucznika Kłosowskiego. — Ci — Kłosowski wskazał ręką dwoje, stojących nieco z boku, młodych ludzi. Czerwiński popatrzył z uwagą najpierw na chłopca, potem na dziewczynę. Chłopiec obejmował dziewczynę ramieniem, ale tak, jak i ona, nie odrywał wzroku od zmarłej, której ciało, ułożone na noszach, wnoszono teraz do karetki. Powoli podszedł do nich. — Państwo znaliście zmarłą? — Nie — zaprzeczył chłopak — myśmy ją znaleźli. — Gdzie? — Tutaj. — Co robiliście tu o tej porze? — Wracaliśmy z teatru. — Proszę o personalia. — Irena Perkowska, Elbląska dwadzieścia, mieszkania siedemnaście. — Jerzy Sokolski, Otwocka trzy, mieszkania jeden. — Co państwo mają mi do powiedzenia? Spojrzeli na siebie. Dziewczyna pokręciła głową. — Wracaliśmy z Teatru Wielkiego — chłopak patrzył prosto w oczy kapitanowi — odprowadzałem Irenę do domu. — O której skończył się spektakl? — Po dwudziestej drugiej. — O której znaleźliście zwłoki? — Nie wiem... nie patrzyłem na zegarek, ale było już po pierwszej. 5

— Trzy godziny jechaliście z Teatru Wielkiego na Żoliborz? — Nie, proszę pana. Po wyjściu z teatru wstąpiliśmy na kawę do Teatralnej. Wyszliśmy z niej tuż przed zamknięciem. Była bardzo ładna pogoda, więc postanowiliśmy się przejść. Przyszliśmy na Żoliborz pieszo. Kiedy dochodziliśmy do Elbląskiej, zauważyłem, że pod drzewem ktoś leży. Myślałem, że to pijany, ale kiedy podszedłem, zobaczyłem kobietę, którą widzieliśmy... — Przed chwilą twierdził pan, że jej nie zna. — My jej, proszę pana, nie znamy — Irena mówiła cicho i spokojnie — ale ona była dzisiaj w teatrze na tym samym spektaklu, co i my. Siedziała w piątym albo szóstym rzędzie. — Jest pani tego pewna? — Oczywiście. Poznałam ją od razu. Takiej drugiej sukni nie ma w całej Warszawie. — Była sama? — Nie. Towarzyszył jej mężczyzna i kobieta. — Jak oni wyglądali? — Mężczyzna był wysoki, szczupły, miał ciemne włosy i duże prostokątne okulary. — Miał może jakieś znaki szczególne? — Był bardzo przystojny. Czerwiński uśmiechnął się leciutko. — Tak, to bardzo istotny szczegół. A kobieta? — Elegancka, zgrabna i ładna, prawda, Jurku? — zwróciła się do chłopca. — Tak. Ta... którą znaleźliśmy, była brunetką, tamta natomiast blondynką, chyba naturalną. Jej włosy miały wyraźnie złocisty odcień i zielona suknia, którą miała na sobie, doskonale z nimi harmonizowała. 6

— Pani mieszka na Żoliborzu, w pobliżu miejsca, gdzie znaleźliście państwo zmarłą. Czy nigdy przedtem pani jej nie spotkała? — Z całą pewnością nie. Zapamiętałabym ją. — Czy po spektaklu widzieliście państwo zmarłą? — Tak. Na postoju taksówek. Kiedy przechodziliśmy tamtędy, wsiadała do taksówki. Odprowadzał ją mężczyzna, który był z nią w teatrze. Ona wsiadła i pojechała — mówiła szybko Irena. — Jaka była ta taksówka? — Zielony fiat sto dwadzieścia pięć p, numer trzynaście siedemdziesiąt trzy. — Zapamiętał pan numer? — Tak... bo to rocznica naszego poznania. Pierwszego marca siedemdziesiątego trzeciego roku poznałem Irenę. — Mają jeszcze państwo coś do dodania? — Nie. — Dziękuję bardzo. Jeżeli będzie potrzeba, skontaktuję się z państwem. Gdy młodzi ludzie odeszli, do kapitana Czerwińskiego podszedł sierżant Romek Grygo. — No i co, kapitanie, mamy nową robotę? — A mamy, mamy. W sam raz dla ciebie. Młoda, piękna, elegancka kobieta; tyle tylko, że nie żyje. — Duża przykrość. Ale jak się to stało? — Normalnie. Ktoś jej pomógł. — Jakby mi pan kapitan nie powiedział, pewnie umarłbym w nieświadomości. A może to samobójstwo? — zapytał z nadzieją w głosie. — Och, ty niedokończona encyklopedio. Samobójstwo. Młoda elegancka babka wychodzi z teatru, każe się wieźć w odosobnione miejsce i odbiera sobie życie. Szkoda tylko, 7

że nie przysłała ci swojego testamentu. — E, przy panu kapitanie to nawet pomarzyć nie można. — O czym chce znowu marzyć ozdoba milicji? — odezwał się, podchodząc do nich, porucznik Kłosowski. — Dobrze, Wojtek, że jesteś. Masz coś nowego? — Tu są jej rzeczy. Za jakieś dwie, trzy godziny przyślą ci wszystko z laboratorium kryminalistyki. — Tak... Mało tego jest. — Na razie NN? — zapytał Romek. — Niezupełnie. Proszę, posłuchajcie. Babka była w operze, w towarzystwie jakiejś blondynki i bardzo przystojnego mężczyzny. — Takiego jak ty? — zapytał niewinnie porucznik Kłosowski. — Prawie, Wojtusiu, prawie, tylko tamten w przeciwieństwie do mnie jest wysoki, czoło ma znacznie mniejsze niż ja, no i nosi prostokątne okulary w grubej, czarnej oprawie. — No to rysopis już znam. — Tylko nim nauczysz się go na pamięć, posłuchaj, o czym mówili świadkowie, którzy znaleźli ciało. Z ich zeznań wynika, że trzeba sprowadzić kierowcę zielonego fiata, ustalić w kasach teatru, kto kupował bilety do piątego i szóstego rzędu na przedstawienie „Romea i Julii” w dniu dwudziestego piątego lipca, ustalić tożsamość zmarłej i odnaleźć mężczyznę w okularach w czarnej grubej oprawie. — Tylko tyle? — Tak, nie mogę dopuścić, żebyście się przepracowali. 8

Kapitan Czerwiński był sam w swoim pokoju. Wyjął z szuflady srebrne cacko, które jeszcze kilka godzin temu stanowiło własność wytwornej kobiety. Delikatnie obracał w palcach maleńką torebkę. Podziwiał precyzję jej wykonania. Był pewien, że już gdzieś identyczną widział. Ale gdzie? Nie umiał sobie tego w tej chwili przypomnieć. Zameczek otwierał się lekko i cicho. Czerwiński wysypał na biurko zawartość torebki. Niewiele tego było. Mała srebrna puderniczka, zagraniczna pomadka do ust, biała koronkowa chusteczka, stuzłotowy banknot i klucze. Dwa klucze typu yale. Z przyjemnością wdychał delikatny zapach perfum, usiłując wyobrazić sobie tę kobietę żywą. Nie przyszło mu to trudno. Była młoda, elegancka, bardzo ładna. Raz jeszcze wziął do ręki torebkę. Ależ tak! Jak mógł zapomnieć! Widział przecież i torebkę, i nieżyjącą jej właścicielkę. Niedawno. Miesiąc temu, w Kamieniołomach. Był tam z Elżbietą w dwudziestą rocznicę ich ślubu. Ela zwróciła uwagę na tę piękną dziewczynę bawiącą się zameczkiem torebki. Ela śmiała się, twierdząc, że nim wyjdą, dziewczyna jeszcze ze trzydzieści razy otworzy i zamknie torebkę. Chyba miała rację.. Ale zaraz... z kim wtedy była w lokalu „błękitna dama”? Była z mężczyzną... tak, mężczyzną w dużych prostokątnych okularach, w czarnej grubej oprawie. — Panie kapitanie — meldował Romek — mamy tego taksiarza. — Dawaj go i siadaj, będziesz protokołował. Do pokoju wszedł niski i krępy mężczyzna. Na jego widok kapitanowi Czerwińskiemu przyszła na, myśl teoria Darwina. Wskazał mu miejsce. 9

— Imię i nazwisko? — Józef Szczygieł. — Lat? — Pięćdziesiąt osiem. — Adres? — Ateńska dziewiętnaście. — Pan wie, po co pana wezwaliśmy? — Co, wezwaliśmy? To jest wezwanie? Wyciąganie człowieka z domu? Wszyscy sąsiedzi widzieli, jak mnie mundurowy, z przeproszeniem pana władzy, do mojej gabloty prowadził, jak mi nie pozwolił kółka nawet dotknąć! I o co? To chciałbym wiedzieć! Ja złożę zażalenie! — Skończył pan? — zapytał Czerwiński, a widząc, że tamten chce jeszcze coś powiedzieć, dodał — Oczywiście, skargę może pan złożyć, ale przedtem proszę powiedzieć, co pan robił wczoraj wieczorem. — Wczoraj wieczorem? Jeździłem oczywiście. — Jakie to były kursy? Interesują mnie szczególnie te między godziną dwudziestą drugą a dwudziestą czwartą. Przez jego twarz przebiegł ledwie dostrzegalny skurcz. — Kto by to spamiętał, panie kapitanie. — Jednak będzie pan sobie musiał przypomnieć... — Cały czas sobie przypominam, panie kapitanie. Jakby tak człowiek każdy kurs chciał pamiętać, to by zwariował. — Nagle twarz mu się rozjaśniła. — A już wiem, panu kapitanowi pewnie idzie o ten mandat, ale żeby zaraz w takiej sprawie człowieka wzywać do komendy? No, leciało się ciut za bystro i władzuchna przyskrzynił, ale uczciwie zapłaciłem... — A dlaczego to się leciało ciut za bystro? — Do domu się człowiek śpieszył. — Nic więcej pan nie, ma do powiedzenia? 10

— Zupełnie nic, panie kapitanie. Jak Bozie kocham... — Dobrze, się składa, że pan Bozie kocha, będzie pan miał czas... A teraz niech mi pan powie, kto wczoraj wieczorem wsiadał do pańskiego wozu na Placu Teatralnym około... Zadzwonił telefon. Kapitan Czerwiński podniósł słuchawkę. — Tak. Słucham, Ile?... Na pewno niebieska?... zagraniczna pomadka... dobrze. Odeślijcie do laboratorium kryminalistyki. Wyniki na wczoraj. Załatw to szybko, Wojtek. Na razie. Szczygieł w czasie trwania tej rozmowy siedział nieporuszony, tylko jego rozbiegane oczy świadczyły, że jest mocno zaniepokojony. Czerwiński, po skończeniu rozmowy, przyjrzał się przez moment twarzy siedzącego przed nim człowieka i wrócił do wpół przerwanego zdania. — Kto więc wsiadał do pańskiego wozu wczoraj na Placu Teatralnym około godziny dwudziestej drugiej trzydzieści? — Do mojego wozu? Na Placu Teatralnym? — Tak, do pańskiego wozu. — Do mojego wozu przed Teatrem Wielkim wsiadło dwóch mężczyzn i kazali się wieźć do Kameralnej. — Dosyć tej zabawy, panie Szczygieł. Jeden z tych mężczyzn miał długie czarne włosy i jedwabną niebieską suknię, prawda? A także zgubił w pańskim wozie pomadkę. Tak się dziwnie składa, że któryś z nich wsiadając zaczepił o klamkę i pozostawił na pamiątkę kilka włosów oraz rozsypał puder. Więc jak to było i co pan z tą kobietą zrobił? Kapitan Czerwiński patrzył na siedzącego naprzeciw mężczyznę z niesmakiem. — Panie kapitanie, to ja już wszystko powiem. Jak na 11

świętej spowiedzi. Ale niech mi pan wierzy. Niech mnie pan tylko nie zamyka. Ja z tym nie mam nic wspólnego. To było tak, panie kapitanie. O dziesiątej, znaczy się o dwudziestej drugiej, pojechałem na Plac Teatralny. Tam o tej porze można podłapać nielichy kurs. Bo to z teatru wszyscy wytwornie taryfami chcą zajechać z szykiem przed chatę albo jadą jeszcze czasem do lokalu, a trafia się, że każą czekać. Byłem chyba ze dwudziesty w kolejce, ale się nie martwiłem, bo wiadomo, że na końcu same eleganciki, szlag by ich trafił, wychodzą. No więc czekam ja w kolejce, przedstawienie się skończyło, lud zaczął walić. Koledzy odjeżdżają, ja podciągam do przodu i kombinuję sobie, kto mnie się trafi. Bo, uważa pan kapitan, jak podciągnąłem do góry, to tam stały trzy osoby, mówię panu, jak z amerykańskiego filmu. Babki jak laleczki i ten facet też niczegowaty. No więc kombinuję, że będę miał fart, jak mnie się trafią, bo ja lubię eleganckich ludzi wozić. I rzeczywiście. Trafiło mi się, jak temu, co to mu w drewnianym kościele cegła na łeb spadła. Moja kolejka nadchodzi, elegant drzwiczki otwiera i zaczyna się pożegnanie. Ta czarna zaczyna się żegnać z tą rudą. Obcałowały się, jakby do końca życia miały się nie wi... tfu... cholera... — Słucham dalej. Dlaczego pan mówi, że do końca życia miały się nie zobaczyć? — A tak mi się powiedziało, panie kapitanie. Bo baby to tak zawsze. A te, to już zupełnie jak nienormalne: „pa, kochanie”, „dobranoc, kochanie”, i tak bez końca, chyba z pięć minut. Sam diabeł by nie spamiętał, ile tam razy było to „kochanie”. Elegant potem wytwornie tę czarną w rękę pocałował i ona na tył do mnie wsiadła. Wtedy ta ruda głowę jeszcze schyliła i powiedziała do tamtej czarnej, że jej, znaczy 12

się tej czarnej, rozmazała się szminka. Czarna na to odpowiedziała, że zaraz się umaluje. Wreszcie zamknęła drzwi, jeszcze im pomachała i ruszyłem. Podała adres. Też taki lepszy. Na Kępę Potocką. No i pojechałem. Wszedł porucznik Kłosowski. Położył przed Czerwińskim kopertę. — Przepraszam, Bogdan, że ci przeszkadzam, ale przyszły ekspertyzy, więc ci je przyniosłem. — Dziękuję. Siadaj — kapitan wskazał krzesło obok biurka. Otworzył kopertę. Zdjęcia postanowił obejrzeć potem. Najbardziej interesował go protokół z sekcji zwłok. Brzmiał on jednoznacznie. Zmarła lat około dwudziestu pięciu. Wzrost... i inne tego typu szczegóły opuścił. Śmierć na skutek zatrucia cyjankiem potasu nastąpiła dwudziestego piątego lipca między godziną dwudziestą drugą trzydzieści a dwudziestą trzecią trzydzieści. Trucizna została podana w pomadce do ust marki Elizabeth Arden. Czerwiński prawie podskoczył na krześle. — Wojtek. Pędź do laboratorium. Odesłałem tam pół godziny temu pomadkę do ust, niech mi to zrobią natychmiast. Zwrócił się znów do Szczygła. — Proszę mi jeszcze raz dokładnie powiedzieć, jak to było z tym malowaniem? — Mówiłem przecież, że jak się wycałowały i ta czarna wsiadła do wozu, to ta ruda powiedziała „Kochanie, popraw sobie usta, bo ci się rozmazały”, na co ta w wozie odpowiedziała: „Tak, kochanie, zaraz to zrobię” i kazała mi jechać na Kępę Potocką. — W lusterku nic pan nie widział? — Panie kapitanie, ładna to ona była, ale mój wóz 13

kosztował sto sześdziesiąt tysięcy i nawet taka lalka nie jest go warta. — Rozmawiał pan z nią? — Ja jestem dobrze wychowany i czekam, aż pasażer pierwszy się odezwie, a ona nic nie mówiła. — Kiedy pan się zorientował, że coś nie w porządku? — Pan to mnie rozśmiesza, panie kapitanie. Nie w porządku! Trup w moim wozie to nie jest nie w porządku! To jest skandal i granda, i wielkie nerwy dla człowieka tak delikatnego, jak ja. — Szczygieł mówił coraz swobodniej, choć widać było, że się boi. — Dojechałem na Kępę Potocką, a że stoi tam paręnaście bloków, więc pytam, pod który podciągnąć. A tu cisza. Na to ja głośniej i odwracam się. Patrzę, a ona ma głowę jakoś tak przekrzywioną, puder wysypany, siedzenie brudzi. Biorę ją za rękę. Nic. Wychodzę ja, proszę panów, z wozu... myślałem, że zemdlała albo co, otwieram tył, ona nie reaguje. Jeszcze raz biorę za rękę — nic, potrząsam — nic. Szukam pulsu. Nie ma. Oczy miała szeroko otwarte i wykrzywioną twarz. Początkowo myślałem, żeby zostawić wóz, ale takiego cykora dostałem, że, jak Bozie kocham, jeszcze w życiu tak się nie bałem. Nie wiedziałem, co mam robić. Trzeba było panom przywieźć od razu, ale bałem się, zwyczajnie się zestrachałem, że mnie zamkniecie, niewinnego człowieka. No to zawiozłem ją tam pod Powązki. Ostrożnie wyjęłem z wozu, pięknie ułożyłem, jej osobiste rzeczy położyłem obok niej. W tej torebce było sto złotych, ale nic nie ruszałem. Torebkę koło niej położyłem, nacisnąłem na gaz i... do domu. A po drodze władzuchna mi mandacik sprzedała. Za nerwowo człowiek jechał, ale jak było jechać inaczej? Po powrocie do domu wypiłem pół litra. Jeszcze teraz cały jestem w nerwach. 14

— Czy pan wie, że za nieudzielenie pierwszej pomocy grozi odpowiedzialność karna? — Panie kapitanie, a kto powiedział, że ja nie chciałem udzielić pierwszej pomocy? Ja chciałem ją ratować, ale co można pomóc trupowi? — Pan jest pewien, że w momencie, kiedy pan dojechał na Kępę Potocką, ona już nie żyła? — Ja, panie kapitanie, w wojsku służyłem, na wojnie byłem i co jak co, ale trupa od żywego odróżnić potrafię. — Dlaczego nie przywiózł pan jej do nas albo do szpitala? — Panowie, nie chciałem mieć kłopotów! Przecież ja nie mam żadnej pewności, czy mi wierzycie. Po tym wszystkim to ja pracować nie będę mógł. Trup w moim wozie. Też nie miała gdzie umierać! — A może pan ją zamordował? — Dlaczego, do cholery, miałbym to zrobić? — O której pan dojechał na Kępę? — Była za dwadzieścia jedenasta. — Niech pan przeczyta protokół i podpisze na każdej stronie. Szczygieł podpisywał kolejno wszystkie strony, nie czytając ich. Podpisane oddał kapitanowi Czerwińskiemu. — Dziękuję za rozmowę, może pan odejść. — Ale wystraszony ten taksiarz — porucznik Kłosowski materializował się zawsze w najbardziej odpowiedniej chwili — zobaczcie, co jest w tej kopercie, ładne co? Położył na biurku niebieską kopertę. Romek zajrzał do niej i odsunął na brzeg biurka. — Nie rób ze mnie wariata, Wojtek, nie jestem jeszcze na etapie, kiedy oglądanie zdjęć staje się jedyną życiową pasją. 15

— Wojtek, skąd to masz? — Czerwiński uważnie wpatrywał się w zdjęcia. — Z operacyjnego. — Nie bądź ty, Wojtuś, taki genialny. Genialni żyją krótko. — Ale intensywnie, kochany Bogusiu. Marek Szumigłowski ze służby operacyjnej rozpracowuje Kalinowskiego, wiesz, tego badylarza. Wspomniał mi, że był „z nim” wczoraj w operze. Znając zainteresowanie Marka ładnymi dziewczynami, machnąłem się do niego i proszę — wskazał ręką na zdjęcie — nie zawiodłem się. — Możemy uznać, że dopisało nam szczęście. Chciałbym z nim porozmawiać. — Pomyślałem i o tym. Marek zaraz tu będzie, ale streszczaj się, bo z tobą chce mówić szef. — To ładnie z jego strony. Ty też się przygotuj do tej rozmowy. Romek, zbierz wszystkie materiały, jakimi w tej sprawie dysponujemy. — Robi się. W chwilę po energicznym pukaniu w drzwiach stanął młody i sympatyczny chłopak. — Dzień dobry, można? — Oczywiście. Siadaj. Ty robiłeś zdjęcia wczoraj w teatrze? — Tak, panie kapitanie. Widział pan odbitki? — Właśnie oglądam — Czerwiński uważnie patrzył na zdjęcia. Kilka z nich odłożył na bok. — Znałeś tę kobietę? — Nie, ale ona jest, to znaczy była bardzo ładna, więc pstryknąłem parę razy. Miałem jeszcze kilka wolnych klatek, a dziewczyna wpadła mi w oko. — Zauważyłeś w jej zachowaniu coś szczególnego? 16

— Szczególnego? Nie, chyba nie, tylko tyle, że była bardzo piękna i bardzo elegancka. „Błękitna dama” — Tylko takie wrażenie na tobie zrobiła? — Nie tylko. Niech pan popatrzy na to zdjęcie, wygląda na zadowoloną, a nawet szczęśliwą. Takie wrażenie odniosłem patrząc na nią. Czerwiński wybrał jedno z uważnie przeglądanych zdjęć. — Popatrz, tu ktoś wręcza jej jakiś przedmiot. — Istotnie, ta kobieta jej coś podaje. Co to może być? — I kim jest ta kobieta? — Nie wiem, nie zwróciłem na nią uwagi. — Trzeba zrobić z tej odbitki powiększenie. — Jasne, szkoda tylko, że na tym zdjęciu widać wyłącznie rękę, a nie całą osobę. — Gdybym wiedział... — Nie szkodzi, to i tak dużo. Może ten pierścionek pomoże nam zidentyfikować jego właścicielkę. — Ja ją chyba trochę pamiętam. Była tego samego wzrostu co... zmarła. Szczupła blondynka, jakaś taka zimna. Patrząc na nią, odnosiło się wrażenie, że wie, czego chce. — A co powiesz o towarzyszącym im mężczyźnie? — Niech pan kapitan spojrzy na to zdjęcie — położył przed Czerwińskim jedną z odbitek — to typ intelektualisty. Wyraźnie adorował tę czarną. On chyba ją bardzo kochał... Gdy odwołała ją ta oto kobieta — Szumigłowski położył przed kapitanem odbitkę — ani na jeden moment nie odwrócił od niej oczu. Czerwiński pochylił się nad zdjęciem. „Błękitna dama”, jak ją nazywał Marek, stała bokiem do obiektywu naprzeciw znacznie starszej od siebie kobiety, w ciemnej sukni z przewieszoną przez ramię dużą torebką. Kobiety te z całą pewnością nie prawiły sobie komplementów. Czerwiński oddałby 17

wiele za to, żeby wiedzieć, o czym te panie rozmawiały z sobą i kim jest ta druga. — Dziękuję ci. Bardzo mi pomogłeś. — Cieszę się. — Wodzu, wiemy, co to za dziewczyna — porucznik Kłosowski, siedząc przy biurku, porządkował papiery. — Szybko załatwiłeś. Słucham uważnie. — Kapitan Czerwiński otworzył notes i spojrzał oczekująco na Kłosowskiego. — Zacząłem od teatru. Tam dowiedziałem się, że w piątym i szóstym rzędzie są tylko miejsca abonamentowe, że w dniach dwudziestym czwartym — dwudziestym szóstym lipca abonamenty wykupiła Rada Zakładowa Biura Obliczeń Przemysłu Maszynowego. Prościuteńko z teatru udałem się do nich i mam już wszystkie dane tej dziewczyny, a także innych pracowników, którzy byli dwudziestego piątego lipca w operze. A teraz niespodzianka. Interesujący nas facet jest dyrektorem Biura Obliczeń i bożyszczem wszystkich pań tej instytucji. Nazywa się Łukasz Niewiadomski. Miał stały abonament do opery, widać taki meloman. Poza nim abonamenty mieli: główna księgowa, Helena Wilk, nawiasem mówiąc monstrum, programista, Zenon Krajka, operator komputera, Henryk Małecki, i inżynier, Andrzej Wolski. Abonament służy jako bilet wstępu na dwie osoby, każda więc z wyżej wymienionych osób była w jakimś towarzystwie. Nas najbardziej ze wszystkich wymienionych interesuje pan dyrektor. W teatrze był w towarzystwie czarującej damy w błękitnej sukni oraz jej rudoblond przyjaciółki, dla której to 18

abonament pan dyrektor odkupił od starszej referentki, Marysi Bożyk... Panią inżynier ktoś musiał cholernie kochać, tak nawet, że aż ją ugrobił w wielce oryginalny sposób. — Masz jej dane personalne? — Kinga Sosnkowska, zamężna, podobno się rozwodzi. Dyrektor Niewiadomski zrobił to pół roku temu, reszta w domyśle. Lat trzydzieści, bezdzietna. Urodzona piątego grudnia czterdziestego czwartego roku w Lublinie. Rodzice nie żyją. Wychowali ją po adopcji Henryk i Barbara Braccy. Od roku czterdziestego siódmego mieszkała wraz z nimi w Warszawie. Po ukończeniu studiów w sześćdziesiątym szóstym roku wyszła za mąż za Kazimierza Sosnkowskiego. Po studiach rozpoczęła pracę w Biurze Obliczeń i pracowała tam do wczoraj. Świetna jako pracownik. Uwielbiana przez mężczyzn, znienawidzona przez kobiety, z których każda, a zatrudnionych jest tam osiemdziesiąt siedem pań, pragnęła jej natychmiastowej śmierci. Wszystkie one, a przynajmniej znaczna ich większość, uwielbiają dyrektora Niewiadomskiego, którego dziś nie ma w pracy. — Talent do składania meldunków to ty masz. Gdzie pracuje jej mąż? — O tym za chwilę. Bardziej niech cię zainteresuje fakt, że książę małżonek przebywa na wczasach w Szklarskiej Porębie. Dzwoniłem do domu wypoczynkowego, w którym mieszka. Pewnie już jest w drodze. W ciągu ostatnich kilku dni nie opuszczał kurortu. — Doskonale, Wojtuś. Dzięki tym wiadomościom ruszymy z miejsca. Bierz ekipę i jedź na Kępę Potocką. Po drodze wstąp do prokuratora, ja pojadę do laboratorium. Do zobaczenia! 19

Kapitan Czerwiński słuchał uważnie rzeczowej relacji porucznika Kłosowskiego z rewizji przeprowadzonej w mieszkaniu Kingi Sosnkowskiej. — Twierdzisz, że przed wami ktoś był? — Nie tylko był, ale miał bardzo dużo czasu na dokładne przeszukanie całego mieszkania. Nie wysilał się też zbytnio, jeśli idzie o porządek, wszystko, co brał do ręki, rzucał na podłogę... — Ślady zabezpieczone? — Tak. W tym bałaganie na dobrą sprawę wszystko trzeba było zabezpieczać. To w ogóle nie mieszkanie, to muzeum. Wyobraź sobie trzy duże pokoje, z których dwa są zagracone ponad wszelką miarę pięknymi wprawdzie, ale w stanie kompletnej ruiny antykami. Wiesz, że mam fioła na punkcie antyków, więc jak zobaczyłem stół na lirach, oryginalne Księstwo Warszawskie, podparty puszką po kawie marago i oryginalne Napoleony ze sprężynami leżącymi na podłodze, to krew mnie zalała. Co za ludzie tam mieszkają? Za te meble nawet w takim stanie każde muzeum pocałowałoby ich w rękę. — Może nie mieli pieniędzy, żeby kupić inne? — Jedź tam ze mną, to zobaczysz! Nie mieli pieniędzy! Bogdan, toż ci mówię, że to nie mieszkanie, a muzeum. Na ścianach oryginały Malczewskiego, Axentowicza, Kossaka. W serwantce i szafach piękna porcelana, stare srebra, na podłodze persy. Nie umiałbym żyć w takim otoczeniu. Wszystko to w opłakanym stanie i strasznie ponure. Jest tam tylko jeden pokój do mieszkania. Pięknie urządzony. Nowoczesne meble. Leciutkie... I wspaniały akcent dekoratorski — sekretera w stylu Ludwika Filipa po konserwacji. Ten pokój należał do zmarłej... W nim znaleźliśmy dwie filiżanki po kawie i kilka niedopałków po carmenach. Odesłałem do analizy. A to 20

może się przydać, proszę — położył przed Czerwińskim zielony kalendarzyk Orbisu na rok siedemdziesiąty trzeci, cztery listy adresowane do Kingi Sosnkowskiej i podłużny notes. — Czekaj, Wojtek, jednej rzeczy w tym wszystkim nie rozumiem. Mówisz, że przed wami ktoś tam był, czegoś szukał. Na ścianach wiszą oryginalne dzieła sztuki, w mieszkaniu jest sporo cennych rzeczy. Czego więc szukał ten ktoś? — Ba, też bym chciał to wiedzieć. — Trzeba czekać na przyjazd Sosnkowskiego i ustalić, czy coś z mieszkania nie zginęło. Obejrzyjmy sobie tymczasem zapiski w kalendarzu i telefony... Pochylili się nad biurkiem. Przeglądali uważnie kalendarz, kartka po kartce. Najczęściej powtarzał się zapis: Ewa godzina... — Mamy przyjaciółkę pani inżynier. Czekaj, tu są telefony i adresy — porucznik Kłosowski otworzył wąską książeczkę pod literą E — patrz, Bogdan, jest Ewa siedemdziesiąt dziewięć zero dziewięć siedemdziesiąt pięć. — Żadnej innej Ewy tam nie ma? — Nie. — Wezwij ją do mnie na godzinę czternastą. Z sąsiadami rozmawiałeś? — Z dwojgiem najbliższych. Józefą Stańczakówą i Krystyną Król. Powiedziałem im, że Sosnkowska nie żyje. Stańczakowa wygląda na osobę, która sporo wie, Królowa twierdzi, że Sosnkowskiej nie znała. Musimy z nimi porozmawiać. Zadzwonił telefon. Czerwiński podniósł słuchawkę. — Tak. Dawajcie go tutaj... Sosnkowski się zgłosił — powiedział do Kłosowskiego — Wojtek, zabierz go do Zakładu Medycyny Sądowej i jeszcze jedno, wyślij Romka do Biura Obliczeń, chcę porozmawiać z dyrektorem Niewiadomskim. Do pokoju weszła sekretarka. 21

— Panie kapitanie, chce z panem rozmawiać Łukasz Niewiadomski. — Za chwilę. Za sekretarką zamknęły się drzwi. — Czy mówiłeś, Wojtku, w biurze, że Sosnkowska nie żyje? — Nie. — Dobra. Bierz Sosnkowskiego do Zakładu Medycyny Sądowej, niech zidentyfikuje ciało, a ja posłucham dyrektora Niewiadomskiego. Do pokoju wszedł mężczyzna lat około pięćdziesięciu, ubrany z niedbałą elegancją, ciemne włosy lekko przyprószyła mu na skroniach siwizna, duże czarne prostokątne okulary dodawały mu uroku. Czerwiński poznał go natychmiast. To on był z Kingą Sosnkowska w Kamieniołomach i w operze. — Proszę — Czerwiński wskazał krzesło — pan w jakiej sprawie? — Co jest z Kingą? — Nie rozumiem. — Przecież ona nie żyje! — A pan skąd to wie? — Nie było jej wczoraj w pracy — sięgnął do kieszeni. — Czy mogę zapalić? — Proszę, proszę palić, ja przed chwilą zgasiłem. — Jak powiedziałem, nie było jej wczoraj w pracy, dzwoniłem kilkakrotnie do domu, nikt nie odpowiadał, wieczorem pojechałem do niej. Sąsiadka, pani Stańczakowa powiedziała mi, że ona nie żyje. — To wzruszające, że dyrektor bądź co bądź dużego biura tak bardzo interesuje się swoimi pracownikami. Proszę o pańskie personalia. — Kinga nie była zwykłym pracownikiem... Ja ją... bardzo kochałem... 22

— Pańskie nazwisko i imię. — Łukasz Niewiadomski. — Miejsce pracy? — Biuro Obliczeń Przemysłu Maszynowego. — Na jakim stanowisku pan tam pracuje? — Jestem naczelnym dyrektorem. — Pan jest żonaty? — Już nie. Pół roku temu otrzymałem rozwód. — Ma pan dzieci? — Tak, syna. Ma dwadzieścia trzy lata. — Dlaczego pan się rozwiódł? — Moje małżeństwo od szeregu lat było tylko formalnością. Każde z nas żyło swoim życiem. Kiedy syn skończył studia, doszliśmy z żoną do wniosku, że nie ma sensu żyć dalej tak, jak dotąd. — Czy przyczyną pańskiego rozwodu była Kinga Sosnkowska? — Niezupełnie. Moja żona już dawno ułożyła sobie życie poza mną. Kingę bardzo kochałem. Czy to prawda, że ona nie żyje? — spytał patrząc na Czerwińskiego. — Niestety, prawda. Niewiadomski pochylił nisko głowę. Kiedy ją podniósł, lewą ręką dotknął policzka, zdjął okulary i wytarł je białą chusteczką. — Niech mi pan powie, kto to zrobił? Dlaczego? — Szukam odpowiedzi na pańskie pytanie. Myślę, że pan mi w tym pomoże. — Oczywiście'. Proszę mną dysponować — zapalał co chwilę gasnącego papierosa. Ręce lekko mu drżały. — Proszę mi opowiedzieć wszystko, co wie pan o Kindze Sosnkowskiej. 23

— Znam ją... znałem ją sześć lat. Tak, sześć lat temu rozpoczęła pracę w naszym biurze. Szybko zżyła się z zespołem. Była ogólnie lubiana. Ceniono ją za obowiązkowość i koleżeństwo. Niewiele wiedziałem o niej przez jakieś dwa, trzy lata pracy. Podziwiałem ją, jako wybitnie piękną kobietę, ale wtedy nie mógłbym nic powiedzieć o jej życiu prywatnym. Była bardzo skryta. Kiedyś po jakimś zebraniu zaprosiłem ją na kawę. Opowiedziałem jej wiele o sobie, zaproponowałem następne spotkanie. Odmówiła. W pracy odniosłem wrażenie, że mnie unika. A ja ciągle szukałem z nią kontaktu. Moje małżeństwo już dawno spisałem na straty. Sądziłem, że nie zainteresuje mnie żadna kobieta. Myliłem się bardzo. Dla niej traciłem głowę. Kochałem ją... Nie umiałem pracować, jeśli nie patrzyłem na nią z daleka. Może się pan ze mnie śmiać. Wiem, że jestem śmieszny. Ona była dla mnie wszystkim... Nie śmiem sobie niczego przypisywać, ale przypuszczam, że moje starania o nią z jednej strony, i jej nieudane małżeństwo z drugiej zbliżyły nas w końcu do siebie. Starałem się dać jej ciepłe, serdeczne uczucie. Myślę, że udało mi się to. Trzy tygodnie temu Inka wystąpiła z pozwem o rozwód. Postanowiliśmy się pobrać. Byliśmy tacy szczęśliwi! Dlaczego ją zabito? Kto aż tak bardzo jej nienawidził?! Niewiadomski mówił nieskładnie. Widać było, że cierpi. — Znajdziemy odpowiedź i na to pytanie. Proszę, niech mi pan opowie wszystko o dniu dwudziestego piątego lipca. — Nie wiem, co tego dnia mogło się wydarzyć w pracy. Miałem konferencję w ministerstwie. Wieczorem mieliśmy pójść do teatru na „Romea i Julię”. Umówiliśmy się, że przyjadę po nią do domu o siedemnastej trzydzieści. Kiedy 24

przyjechałem, była już gotowa i czekała na mnie. Pojechaliśmy po Ewę. — Kto to jest? — Przyjaciółka Inki. — Proszę o jej nazwisko i adres. — Ewa Niewczas, Świerczewskiego dwieście siedemdziesiąt pięć, mieszkania sto dwanaście. — Tak, proszę mówić dalej. — Ewa czekała na nas, przeprosiła, że Tadeusz — to jej narzeczony — nie pójdzie z nami, bo coś tam mu nagle wypadło. Byliśmy tam około piętnastu minut, a potem poszliśmy do teatru. Po spektaklu Inka powiedziała mi, że pojedzie do domu sama. Nie pytałem, dlaczego. Zawsze spełniałem jej życzenia. Po wyjściu z teatru wsiadła do taksówki i... więcej jej nie widziałem. — Panie dyrektorze — Czerwiński patrzył na Niewiadomskiego ze współczuciem — niech pan sobie dokładnie przypomni, czy w teatrze nie zdarzyło się nic szczególnego? — Nie wiem... chociaż... tak, w czasie drugiego antraktu odeszła na chwilę i rozmawiała z jakąś kobietą. — Jak ta kobieta wyglądała? — Nie pamiętam, nie zwróciłem uwagi. — Jak była ubrana? — Zdaje się, że w jakąś suknię. Czerwiński zaśmiał się w duchu. — Czy pani Sosnkowska powiedziała, kim była ta kobieta i czego chciała? — Nie, nie mówiła, a ja nie pytałem. — Długo trwała rozmowa między nimi? — Kilka minut. — Pan znał tę kobietę? — Nie, widziałem ją po raz pierwszy. 25

— Czy w zachowaniu pani Sosnkowskiej po tej rozmowie zaszła jakaś zmiana? — Chyba tak... kiedy podeszła do nas, zauważyłem, że uśmiecha się tak jakoś inaczej... zimno. — Poznałby pan tę kobietę? — Nie sądzę. — Po wyjściu z teatru, proszę, niech pan sobie przypomni, o czym rozmawialiście? — Zaproponowałem paniom kolację w Europejskim. Ewa zgodziła się natychmiast, Inka powiedziała jednak, że chce wracać do domu, bo musi coś tam jeszcze przeprać. Za dwa dni... czyli dzisiaj, mieliśmy wyjechać na urlop. Powiedziała, że wróci do domu sama. — Panie dyrektorze, w jaki sposób pani Sosnkowska rozmazała sobie makijaż? — Ewa pocałowała ją na dobranoc i zostawiła na jej policzku ślad szminki. Sądzę, że wycierając potem Ince policzek chusteczką, musiała coś rozmazać. — Czy zauważył pan, w jaki sposób Kinga malowała usta? — Na postoju taksówek nie malowała się. — Chodzi mi o to, jak to w ogóle robiła. — Tak jakoś śmiesznie. Pociągała lekko pomadką po wargach, potem pocierała jedną wargę o drugą, a następnie końcem języka oblizywała wargi. — Czy zawsze malowała się w ten sposób? — Zawsze. Ale czy to ma jakieś znaczenie? — Czy Kinga Sosnkowska mogła popełnić samobójstwo? — Nie, panie kapitanie, już powiedziałem, nie chcę sobie pochlebiać, ale wydaje mi się, że była ze mną szczęśliwa. — Rozumiem. Jakich pomadek używała pani Sosnkowska? 26

— Nie wiem. — A ile ich miała? — Nie wiem, przypuszczam jednak, że kilka. — Nie pożyczała ich od przyjaciółki? — Odwrotnie, panie kapitanie, to Ewa takie drobiazgi pożyczała od Inki. W teatrze zresztą też... — Pan to widział? — Tak. W czasie przerwy Ewa poprosiła Inkę o pomadkę. Inka wyjęła ją z torebki i podała Ewie. Ewa po umalowaniu ust zwróciła ją. — Nie wydało się panu dziwne, że pani Ewa poprawia makijaż publicznie? — Ewa zrobiła to bardzo dyskretnie. — Jak? — Wyglądało to tak, jakby na chwilę zajrzała do torebki. — A dokładnie? — O ile pamiętam, otworzyła torebkę — wewnątrz tej torebki w jej ściance ma zamocowane lusterko — przejrzała się, poprawiła wargi, zamknęła torebkę i oddała Ince pomadkę. — Twierdzi pan, że pani Ewa otworzyła torebkę, pomalowała wargi i oddała pomadkę. Z ilu części składa się pomadka? — Z dwóch. — Właśnie. W jednej ręce pani Ewa trzymała torebkę, w drugiej pomadkę, gdzie wobec tego była nakładka od pomadki? — Pewnie trzymała ją w tej samej ręce, w której miała torebkę albo pomadkę. — A jeśli nie trzymała jej w ręku, to gdzie mogła być? — Pojęcia nie mam. — Proszę sobie przypomnieć. 27

— Jeśli nie trzymała jej w ręku, to chyba wrzuciła do torebki. — Kto pierwszy odjechał do domu z postoju taksówek? — Inka. W następną taksówkę wsiadła Ewa, ja poszedłem do domu pieszo. — Dlaczego? — Była piękna pogoda, a poza tym ja mieszkam bardzo blisko, na Elektoralnej. — O której był pan w domu? — Przed dwudziestą trzecią. Akurat w telewizji zaczęli nadawać ostatnie wydanie dziennika. — Obejrzał je pan? — Nie, panie kapitanie, wyszedłem z psem na spacer do Ogrodu Saskiego — Niewiadomski mówiąc to patrzył nieco ironicznie na Czerwińskiego. — Po półgodzinnym spacerze z Tobiaszem, tak nazywa się mój pies, wróciłem do domu, wykąpałem się zjadłem coś i położyłem się do łóżka z książką Baldwina „Inny świat”. Zasnąłem około drugiej. Obudziłem się przed ósmą z potwornym bólem głowy. Miewam je czasami, jako pamiątkę po wojnie, wziąłem gardan, piętnaście kropli dyhydroergotaminy, zaparzyłem mocną kawę i położyłem się znowu. Po kilku godzinach ból nieco minął, zadzwoniłem do biura i dowiedziałem się, że Inki nie ma w pracy. Wydzwaniałem do domu, ale tam nikt nie podnosił słuchawki. Wieczorem' pojechałem na Kępę Potocką. Sąsiadka powiedziała mi, co się stało. Dziś jestem u pana. Od godziny ósmej usiłuję się do pana dostać! — Niepotrzebnie pan się irytuje, dyrektorze. Chcąc poznać prawdę o śmierci pani Sosnkowskiej, muszę wiedzieć wszystko o ludziach, którzy byli z nią blisko związani. — Przepraszam, ma pan rację. 28

— Dziękuję. Jeśli będę potrzebował jakiś wyjaśnień, zwrócę się do pana. — Oczekuję pana zawsze. Mam nadzieję, że niedługo powie mi pan, kto ją zabił. — Skąd pan wie, że ktoś ją zabił? — Jak to? Przecież ona nie żyje? — Kinga Sosnkowska została otruta — powiedział Bogdan Czerwiński wyjmując z biurka mały, błyszczący przedmiot w plastykowym pudełeczku — to jej pomadka, prawda? — Tak... Jej... Czy mogę... Proszę mi ją pokazać. Kapitan Czerwiński zaprzeczył ruchem głowy, a widząc wyciągniętą rękę Niewiadomskiego dodał: — Nie, panie dyrektorze, nie mogę panu dać tego do ręki. — Rozumiem. Zacisnął mocno rękę, którą wyciągnął uprzednio po pomadkę. — Panie kapitanie, chciałbym zobaczyć Inkę, czy to możliwe? — Raczej nie. — Zależy mi bardzo na tym. — Porozumiem się z prokuratorem. Nie obiecuję jednak niczego. — Wiem, że sprawiam panu kłopot tą prośbą, jednak w tej chwili jest to moje jedyne i największe pragnienie. — Rozumiem pana. Zrobię, co będę mógł. Ale w tych sprawach decyduje prokurator. — Dziękuję panu. Do widzenia. — Do widzenia. 29

Siedział przed nim mężczyzna pragnący za wszelką cenę ująć sobie ze trzydzieści lat. Czerwiński poczuł do niego, co zdarzało mu się nader rzadko, antypatię od pierwszego wejrzenia. Siedzący przed nim nastolatek z lat trzydziestych ubrany był zgodnie z najnowszymi wymogami mody młodzieżowej lat siedemdziesiątych. W tabaczkowych Szwedach, fioletowej marynarce i żółtej błyszczącej koszuli wyglądał śmiesznie i żałośnie. Na środkowym palcu lewej ręki połyskiwał złoty sygnet. Prawą rękę zdobiło widoczne miejsce po obrączce. — Dlaczego panowie mnie wezwali? — zapytał Sosnkowski z nieukrywaną niechęcią. — Pan nazywa się Kazimierz Sosnkowski? — zapytał Czerwiński. — Tak. — Jest pan mężem Kingi Sosnkowskiej? — Tak. — Rozpoznał pan jej ciało w prosektorium? — Tak. — I pyta pan, w jakiej sprawie pana wezwaliśmy? Sosnkowski poruszył się niespokojnie na krześle. — Nie rozumiem, jak to mogło się stać, ja... nie rozumiem, czego panowie chcą ode mnie. To jakiś nieszczęśliwy wypadek... Nie było mnie w Warszawie. Przed godziną przyjechałem, zaraz po telefonie od panów. Kiedy będę mógł zabrać ciało mojej żony? Sosnkowski błądził spojrzeniem gdzieś daleko za plecami Czerwińskiego, wyraźnie unikał wzroku kapitana. — Chwileczkę, porozmawiajmy spokojnie. Potem ustalimy, kiedy będzie pan mógł zabrać ciało swojej żony. Zanim się to jednak stanie, wyjaśnimy sobie kilka spraw. — Przepraszam. Jestem zupełnie wytrącony z równowagi. 30

— Sosnkowski potarł drżącymi rękami czoło. — Panowie rozumieją, takie nieszczęście. — Tak, rozumiemy. Kiedy i dokąd wyjechał pan z Warszawy? — Siedemnastego lipca wyjechałem na wczasy do Szklarskiej Poręby. Jak powiedziałem, przed godziną wróciłem. Proszę mi jednak powiedzieć, co stało się z moją żoną? Dlaczego ona nie żyje? Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął białą chusteczkę. Gniótł ją w palcach. Co chwilę dotykał czoła, ocierając kropelki potu. — Czy był pan już w domu? — zapytał. — Nie, jeszcze nie. Proszę mi natychmiast powiedzieć, co stało się z moją żoną! Schował chusteczkę z powrotem do kieszeni. Z innej wyjął papierosy i zapałki. — Można zapalić? — Tak, proszę. Sosnkowski z ulgą zaciągnął się papierosem. Po raz pierwszy spojrzał uważnie na Czerwińskiego, ale już po chwili jego oczy znów powędrowały w bok, tym razem na stojący na biurku kalendarz. — Więc co się stało z moją żoną? Pan mi tego jeszcze nie wyjaśnił. — Musimy ustalić pewne sprawy i w tym celu potrzebujemy pańskiej pomocy — powiedział Czerwiński ignorując pytanie Sosnkowskiego. — Od jak dawna byliście państwo małżeństwem? — Od sześciu lat. — Jakie pan ma wykształcenie? — Średnie. — Pana zawód? — Jestem korektorem w wydawnictwach rolniczych. 31

— Proszę mi powiedzieć, jaka była pańska żona? — To była wspaniała kobieta. — Proszę to bliżej sprecyzować! — Była... była... — Sosnkowski schował ręce do kieszeni, a rozbiegane oczy zatrzymał na czubku buta — była bardzo dobra, troskliwa, wyrozumiała, kochała dom, kochała moją nieżyjącą już matkę... Kochaliśmy się bardzo. Byliśmy bardzo dobrym, kochającym się małżeństwem... — Nie było między państwem nieporozumień? — Proszę pana, nieporozumienia bywają w każdym małżeństwie. — Ma pan rację. Mnie nie chodzi o drobne sprzeczki czy różnicę zdań, chodzi mi o poważne nieporozumienia. — Nie, proszę pana, myśmy nie mieli tego rodzaju problemów. Powiedziałem już panu, rozumieliśmy się i kochaliśmy. — Jest pan tego pewien? — Dlaczego pan poddaje w wątpliwość to, co mówię? Chyba ja najlepiej wiem, jak układało się nasze małżeństwo... — Rozumiem. Może pan wyjaśni, dlaczego pańska żona wystąpiła o rozwód? Sosnkowski skurczył się. Przez jego twarz przebiegł grymas złości. Poruszył się kilkakrotnie, zacisnął usta, ręce wetknął jeszcze głębiej do kieszeni, potem je gwałtownie wyjął i zapalił papierosa. Mrugnął szybko powiekami. Był zaskoczony. — Czy muszę odpowiedzieć na to pytanie? — Powinien pan. — Nie chcę źle mówić o mojej żonie, ona nie żyje. Ja mimo wszystko bardzo ją kochałem. — Mimo wszystko? 32

— Tak, proszę pana. Poświęciłem dla niej wszystko. Żeniąc się z nią, naraziłem się całej rodzinie. Matka moja ciężko to odchorowała. Przestała bywać w moim domu. Przyjaciele się ode mnie odwrócili. Starałem się dać jej wszystko. Dałem jej swoje nazwisko. Ale ona... ona nigdy nie umiała zrozumieć i ocenić. Śmiała się z nas. Przypuszczam, że po cichu pogardzała nami. Ostatnio robiła to również głośno. Słyszałem, jak kiedyś mówiąc o nas do swojej przyjaciółki nazwała nas jaśnie pańskimi dziadami. A przecież zawdzięczała mi wszystko... Czerwiński popatrzył na niego, jak na stwór nie z tego świata. — Chwileczkę, panie Sosnkowski. Zupełnie nie rozumiem, o czym pan mówi. Czym naraził się pan rodzinie i znajomym, żeniąc się z Kingą? Sosnkowski był zdumiony — To proste, przecież ja popełniłem mezalians. Czerwińskiemu wydawało się, że ogląda jakiś kiepski film, marny melodramat lub żałosne romansidło. Tyle że bohaterem nie był tutaj Rudolf Valentino ani inne bożyszcze niemego kina, tylko ktoś, kto wyglądem swoim przypominał raczej podstarzałego klowna. Gdyby nie było to takie smutne, pewnie roześmiałby się prosto w nos temu wyliniałemu old boyowi. Żałował, że nie ma tutaj porucznika Kłosowskiego, ten by sobie użył. — O jakim mezaliansie pan mówi? — Zadał to pytanie z nadzieją, że może Sosnkowski się pomylił, przejęzyczył. — O swoim małżeństwie. Kinga nie była kobietą z naszej sfery. Dlatego nie umieliśmy znaleźć wspólnego języka. — Bardzo pana przepraszam, ale może zechce mi pan wyjaśnić, o czym pan mówi? Na jakim świecie pan żyje? Kim pan jest? Co pan sobą reprezentuje, że mówi pan o mezaliansie? 33

— Ma pan rację — Sosnkowski skłonił głowę — dziękuję za przypomnienie. W tej chwili, w obecnych czasach jestem nikim. Kiedyś byłem kimś. — Ostatnie słowo mocno zaakcentował. — A kimże był pan kiedyś? — Nie będę tego panu szczegółowo wyjaśniał, ale wie pan chyba z lekcji historii, co kiedyś znaczyło nasze... to jest, chciałem powiedzieć, moje nazwisko. — No... tak. A teraz? Czy jest równie znane? — Teraz? — Tak, teraz. Niech pan powie, kim pan jest teraz. — Jestem korektorem w wydawnictwach rolniczych. O to pan już mnie pytał. — Z tak znacznym nazwiskiem? A jakie pan ma wykształcenie? — Niepełne średnie — A pańska żona, jakie ona miała wykształcenie? — Wyższe — Żeniąc się z Kingą, wiedział pan przecież, że ona nie należy, jak to ładnie pan powiedział, do waszej sfery Czemu wobec tego ożenił się pan? — Zdaje się, że wytłumaczyłem to panu całkiem jasno Byłem przekonany, że Kinga będzie mnie i mojej rodzinie zobowiązana za to. — A ona nie chciała? Nie została też, jak się domyślam, waszą pomocą domową, tak? Panie Sosnkowski, jeśli już o mezaliansie mowa, odnoszę wrażenie, że to pańska nieżyjąca żona popełniła mezalians, wychodząc za mąż za pana. Jeżeli już jesteśmy przy tak wdzięcznym temacie, to proszę mi powiedzieć, jaki był stosunek pańskiej matki do żony? — Poprawny — Od początku? — No, niezupełnie. Już mówiłem, że matka moja 34

odchorowała nasze małżeństwo. Przez kilka miesięcy po moim ślubie nie bywała w naszym domu. Potem, ponieważ to była niesłychanie dobra kobieta, przełamała wewnętrzny opór i przyszła. O ile wiem, nie było jej łatwo, zwłaszcza że moja nieżyjąca żona nie chciała wziąć ślubu kościelnego, więc matka, ponieważ była osobą bardzo wierzącą, przychodziła do nas tylko po otrzymaniu dyspensy od spowiednika. — Jak to? Czerwiński słuchał tego, jak bajki o żelaznym wilku. Uszczypnął się w rękę, mając nadzieję, że obudzi się we własnym łóżku, że wszystko to mu się śni. Niestety, była to rzeczywistość. Sosnkowski nie był zmorą ze snu, a najprawdziwszym człowiekiem siedzącym naprzeciw niego. — Nie przypuszczam, żebym umiał to panu wytłumaczyć w tej tak dla mnie trudnej chwili. Faktem jest, że w końcu moja rodzina uznała Kingę, która w gruncie rzeczy była bardzo wartościowym człowiekiem. — Dlaczego pańska żona wystąpiła o rozwód? — Stało się to po śmierci mojej matki. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn Kinga zażądała rozwodu. Ponieważ bardzo ją kochałem, postanowiłem nie stawiać sprzeciwu. Przypuszczam, że w jej życiu pojawił się inny mężczyzna i dlatego postanowiła odejść. — Proszę mi powiedzieć, czy pańska żona dysponowała jakimś majątkiem. — Jakim majątkiem może człowiek obecnie dysponować? — Miała jakieś oszczędności, biżuterię? — Jakieś nic nie znaczące drobiazgi: obrączkę, pierścionek, coś tam jeszcze. — Czy miała wrogów? — Z całą pewnością nie. 35

— Nawet wśród pańskiej rodziny i przyjaciół? — Na to pytanie odpowiedziałem wcześniej. Wszyscy ją bardzo kochaliśmy. W kręgu mojej rodziny i przyjaciół wrogów z całą pewnością nie miała. — A wśród swoich przyjaciół? — Tego nie wiem, nie dostąpiłem zaszczytu poznania ich wszystkich. — Jaki pan posiada majątek? — Proszę nie zapominać, że była wojna. — No tak, a zaraz potem była reforma rolna i upaństwowienie przemysłu. A matka pana? — Jeszcze raz panu powtarzam: była wojna i, jak pan łaskawie zauważył, dekrety władzy ludowej. Straciliśmy wszystko, a moja matka utrzymywała się z renty. Zaraz po wojnie podjęła pracę zarobkową. — Gdzie? — W wydawnictwach rolniczych. Prowadziła dział poradnictwa dla kobiet. — Jak pan myśli, kto mógł pragnąć śmierci pańskiej żony? — Nie wiem, już raz odpowiedziałem na to pytanie. Powtarzam jednak, nie mam pojęcia. Czy nie zechciałby pan ograniczyć na dziś swoich dociekań? Proszę mi wierzyć, jestem bardzo wstrząśnięty śmiercią mojej żony. Chcę być teraz sam. — Rozumiem pana doskonale. Jeszcze tylko jedno pytanie. Czy pańska żona była zdrowa? — Nie uskarżała się na nic, co mogło być niepokojące. Po śmierci mojej matki, którą Kinga bardzo kochała, zauważyłem, że stan jej nerwów pozostawia sporo do życzenia. Stała się wybuchowa, wszystko ją drażniło, skarżyła się na bezsenność. Byłem jednak przekonany, że to po prostu przemęczenie i że po urlopie, na który teraz właśnie miała 36

wyjechać, wszystko wróci do normy. — Dziękuję panu na dziś. Proszę bez mojego pozwolenia nie opuszczać Warszawy. — Jak to? Co to znaczy? — Dokładnie to, co powiedziałem. Do widzenia panu. Po rozmowie z Sosnkowskim Czerwiński siedział przez chwilę bez ruchu. To, co usłyszał od tego człowieka, zdawało się być marnym streszczeniem „Trędowatej”, który to film oglądał tuż po wojnie. Nie przypuszczał jednak, że tacy ludzie dziś jeszcze żyją. Powinien napisać dla szefa raport. Nie umie się jednak skupić. Ciągle ma jeszcze przed oczyma Sosnkowskłego. Będzie musiał wykonać tę pracę potem. Odłożył więc długopis i zapalił kolejnego papierosa, uświadamiając sobie, że zmów za dużo pali. W drzwiach pojawił się porucznik Kłosowski. — Wojtek, ominęła cię niesamowita historia. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jaki ja tutaj miałem antyk. — W twoim wieku? — Nie, Wojcieszku, raczej w twoim, bo ów pan chciał za wszelką cenę być prawie niemowlakiem. No, może z tym niemowlakiem przesadzam... — Jeśli pozwolisz, to opowiem ci o nim więcej, ale trochę później, tylko póki co, na rozmowę a tobą czeka piękna dziewczyna. — Kto? — Pani Ewa Niewczas, przyjaciółka Kingi Sosnkowskiej. — Bądź łaskaw ją poprosić. 37

Kiedy podniósł głowę, zobaczył przed sobą wysoką, szczupłą i młodą kobietę o bardzo pięknym kolorze włosów, jakby wynikłym z połączenia miedzi ze złotem. Podłużne, niebieskie oczy, którymi uważnie patrzyła na Czerwińskiego, były spokojne i zimne. Owalna twarz była po prostu piękna. Miała na sobie fioletowy kostium, zielone lakierowane pantofle i takąż samą torebkę na długim, przewieszonym przez ramię, pasku. Żadnej chusteczki, paska, żadnej ozdoby, tylko na wskazującym palcu prawej ręki połyskiwał duży, oprawiony w złoto, rubin. Czerwiński poznał ten pierścień natychmiast. — Nazywam się Bogdan Czerwiński, jestem kapitanem Milicji Obywatelskiej i prowadzę dochodzenie w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej. Ewa skinęła głową. — Pani wie, że ona nie żyje? — Tak — głos Ewy był spokojny — pan porucznik Kłosowski był łaskaw mi o tym powiedzieć. Czerwiński spojrzał na Wojtka wzrokiem, który nic dobrego nie obiecywał. — Powiedział — mówiła dalej Ewa Niewczas — że Kinga nie żyje od dwóch dni. — Wie pani, w jaki sposób zginęła pani przyjaciółka? — Nie. — Czy miała wrogów? — Kinga?! To niemożliwe, ona nie miała wrogów. — W tej sprawie wszyscy zeznają zgodnie. Zmarła nie miała wrogów. Skoro więc ich nie miała, ktoś z przyjaciół musiał się zatroszczyć o to, żeby nie musiała się męczyć na tym wcale nie najweselszym ze światów. Ewa Niewczas siedziała nieporuszona. — Nie rozumiem, to chyba jakaś pomyłka. Jeszcze dwa 38

dni temu byłyśmy razem w teatrze, umówiłyśmy się na dziś, a tymczasem dowiaduję się dziś rano, że ona nie żyje. To koszmarne. Czy nie zaszła tu jakaś fatalna pomyłka? — Z całą pewnością nie. Mąż rozpoznał zwłoki. Pani chcielibyśmy tego zaoszczędzić. — Dziękuję, jakkolwiek nie przeraża mnie widok ludzi zmarłych. — Chcę zadać pani kilka pytań. — Odpowiem na wszystkie pańskie pytania. — Od jak dawna pani znała zmarłą i co może pani o niej powiedzieć? — Od zawsze. W każdym razie odkąd pamiętam. Razem chodziłyśmy do szkoły podstawowej, następnie do średniej. Do samej matury siedziałyśmy w jednej ławce. Byłyśmy sobie bliższe niż siostry. Ja jestem jedynaczką, Inka nie miała żadnej rodziny. Wychowywali ją obcy ludzie. Braccy. Jej rodzice zginęli w czasie wojny. Państwo Braccy byli dla niej bardzo dobrzy, ale pan rozumie, że to nie to samo, co rodzina. Może dlatego Inka obdarzyła mnie swoją sympatią i zaufaniem jako dziecko. Chciała mieć kogoś dla, siebie. Ja dla niej byłam tym kimś. Rozłączyły nas nieco studia. Inka wybrała elektronikę, ja chemię. Nie znaczy to jednak, że coś między nami się popsuło. Nie, po prostu miałyśmy mniej czasu dla siebie. Kiedy Kinga była na drugim roku studiów, zginęli w wypadku państwo Braccy. Została zupełnie sama... Po ukończeniu studiów, sześć lat temu, wyszła za mąż. Z miłości. Ona bardzo kochała Kazimierza. Chciała mieć swój dom, dzieci, rodzinę. Bardzo kochała życie. Nagle w jej oczach ukazały się łzy. Wytarła je maleńką chusteczką. — Przepraszam.

— To ja przepraszam — Czerwiński patrzył w jej oczy — ale muszę zadać pani jeszcze kilka pytań. — Tak — Ewa osuszała chusteczką łzy. — Jak układało się pożycie pani przyjaciółki z mężem? — Ostatnio nie najlepiej. — Co pani przez to rozumie? — To, że to nie jest... nie był partner dla Inki. Poza tym, że jest, a raczej był przystojny, niczego więcej sobą nie reprezentował. Choć autentyczny hrabia, intelektem nie sięgał jej do pięt. Nietowarzyski, potwornie skąpy. To jest rozpieszczony duży bachor. Na początku małżeństwa ona go kochała. Pan rozumie, miłość jest ślepa. Potem było jednak coraz gorzej. Kazimierz narzucał jej we wszystkim swoją wolę, a ona potrzebowała dużo ciepła, uczucia i odrobinę tkliwości. Wydawał jej polecenia, które ona musiała spełniać. A miewał różne kaprysy. Od początku ona właściwie utrzymywała dom. On łożył symboliczne sumy z trudem pokrywające jego utrzymanie. — Pani nie lubiła męża swojej przyjaciółki? — Nie. To nie był człowiek dla takiej kobiety jak Kinga. — Sądzi pani, że on zabił żonę? — O nie, panie kapitanie. Tego on z całą pewnością nie zrobił. Jest na to zbyt wielkim tchórzem. To nie to samo, co grzebanie w cudzej torbie, czytanie nie swojej korespondencji czy podsłuchiwanie pod drzwiami. Ten arystokrata miewa wcale niearystokratyczne maniery. — Jak to? — Zupełnie normalnie. Uwielbia na przykład awanturować się, i to w dodatku o nic. Jeśli przyjmiemy, że rodzaj zupy na obiad nie jest czymś poważnym. Byłam kiedyś świadkiem potwornej awantury, jaką Kazimierz urządził Ince 40

z tego właśnie powodu. Dochodziło w ich domu niemal do dramatu, jeśli Inka przestawiła jakiś mebel czy nawet wazon. — Dlaczego się więc nie rozwiodła? — Pan nie rozumie kobiet... Powiedziałam przecież panu, że na początku małżeństwa ona go bardzo kochała. W tym czasie Kazimierz potrafił wyrobić w niej przeświadczenie, że bez niego, bez jego pomocy ona zginie, że z niczym sobie nie poradzi, że świat się dla niej skończy w momencie opuszczenia jej przez niego, Kazimierza. Potem była długa choroba i śmierć jego matki w ich domu. Starsza pani Sosnkowska miała co przekazać w spadku swojemu synowi. Była równie uparta, jak on, i równie jak on niesprawiedliwa dla Inki. To była bardzo głęboko wierząca osoba, ale jak miało się z nią do czynienia, najbardziej religijny człowiek mógł się na zawsze odwrócić od kościoła. Może to była wina charakteru, usposobienia, nie wiem. Na jakieś pół roku przed śmiercią matka Kazimierza radykalnie zmieniła jednak swój stosunek do Inki. Stała się dla niej rzeczywiście kochającą matką. I na Kazimierza patrzyła też zupełnie innymi oczami. Kazimierz nie mógł tego w żaden sposób pojąć, urządzał więc piekielne awantury, wyżywając się teraz już nie tylko na Ince, ale i na matce. Zdaje się, że odpowiedź moja jest dłuższa, niż pan oczekiwał, ale chcę żeby panowie dokładnie zrozumieli, jaka ona była, jak wyglądało jej życie. Teraz właściwie jej sprawy były uregulowane. Wystąpiła o podział mieszkania i rozwód. — Czy mąż pani Sosnkowskiej miewał kochanki? — Na to był za skąpy. Czerwiński z trudem stłumił uśmiech. — Na to niekoniecznie trzeba mieć pieniądze. 41

— Owszem, jeżeli ma się dwadzieścia kilka lat, a nie prawie sześćdziesiąt, — Zechce mi pani powiedzieć, jak pani spędziła dzień dwudziestego piątego lipca. — Rozumiem, to dzień jej śmierci. Cóż, jeżeli to panów interesuje, proszę słuchać. O godzinie dziewiątej piętnaście Inka zadzwoniła do mnie, proponując mi pójście na balet „Romeo i Julia”. Mam teraz urlop, więc zgodziłam się bez namysłu. — Czy przez telefon przyjaciółka pani nie powiedziała czegoś, na co zwróciła pani szczególną uwagę? — Nie, rozmawiałyśmy, jak zwykle. Powiedziała mi, że wpadnie po mnie z Łukaszem o godzinie osiemnastej. — Powiedziała pani z Łukaszem... Kto to jest? — Szefem Inki. Bardzo ją kochał. Łukasz jest zupełnym przeciwieństwem Kazimierza. On dla Inki byłby gotów świat rozmienić na drobne i rzucić jej pod nogi. — A ona? — Ona była ostrożna. Nie wierzyła już w miłość... Wierzyła w jego przyjaźń. Podobał jej się jako mężczyzna. Nie tylko jej. Kobiety za nim szalały. Mówiła, że gdy jest gdzieś z Łukaszem między ludźmi, czuje się jak właścicielka pięknego rasowego psa, na którego wszyscy mogą patrzeć, ale nikomu nie wolno pogłaskać. — Wracając jednak do dwudziestego piątego lipca... — Tak jak powiedziałam, przyjęłam zaproszenie do Teatru Wielkiego, potem byłam u krawcowej, następnie u kosmetyczki, a potem to już musiałam się bardzo śpieszyć, żebym była gotowa na godzinę osiemnastą. Kinga z Łukaszem byli punktualni. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu, wypaliliśmy po papierosie i piechotą, bo było bardzo 42

ciepło, poszliśmy do teatru. Po spektaklu pożegnaliśmy się. Kinga wsiadła do taksówki i... więcej jej nie widziałam. — A co pani robiła po rozstaniu się z przyjaciółmi? — Wsiadłam w następną, taksówkę i odjechałam do domu. — Czy ktoś może to potwierdzić? — Nie rozumiem. Czyżbym była podejrzana o zabójstwo mojej przyjaciółki? — zapytała spokojnie Ewa. — Ja tego nie powiedziałem. — Dobrze — ciągnęła dalej równie spokojnie — odpowiem panu. Nikt tego nie może potwierdzić. Mieszkam sama. Przyjechałam do domu, wzięłam kąpiel i położyłam się. Nie wiem nawet, o której zasnęłam. Kiedy nie muszę rano wstawać, długo w nocy czytam i nie patrzę na zegarek. Dziś dopiero dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojej przyjaciółki. Ta śmierć jest dla mnie wielkim ciosem. Jak pan zauważył, nie histeryzuję i nie płaczę... Dla mnie strata kogoś bliskiego jest tylko moją osobistą sprawą. Zamykam swój ból i żal głęboko w sercu. Nie wyrywam włosów z głowy i nie ubieram się w czerń. Zdaje się, że znowu mówię za dużo, ale nie chcę, by ktoś, nawet obcy, pomyślał sobie, że śmierć Kingi nic mnie nie obchodzi. — Rzeczywiście odpowiedziała pani wyczerpująco. Pani, jako chemik, ma oczywiście do czynienia z cyjankiem? — Oczywiście mam do czynienia z cyjankiem, ale w minimalnych zupełnie dawkach i nielicznych doświadczeniach i jeżeli o to chodzi, to proszę wysłać jednego ze swych ludzi do szkoły, w której uczę, aby sprawdził, jak tam z tym cyjankiem naprawdę wygląda. 43

— Już to zrobiliśmy. — I co? — Zgadza, się. — Przykro mi, że sprawiłam panom zawód. — Ewa ukryła twarz w dłoniach. Czerwiński myślał, że Ewa za chwilę się rozpłacze, ale ona podniosła głowę. — Proszę mi wybaczyć, jestem zdenerwowana. — Przykro mi — powiedział niemal tkliwie Czerwiński — ale muszę jeszcze panią prosić, aby zechciała mi powiedzieć, co podawała przyjaciółce w czasie antraktu? — Co podawałam? — Tak. — Zupełnie tego nie pamiętam. — Proszę sobie jednak przypomnieć, to bardzo ważne. — Nie pamiętam. — A może to coś pani mówi? — Czerwiński podał jej zdjęcie, na którym widać było rękę z pierścieniem podającą Kindze Sosnkowskiej jakiś przedmiot. — Skąd to zdjęcie? — zapytała cicho Ewa. Czerwińskiemu wydało się, że lekko pobladła. — To nieważne. No i...? — Tak... Tak, oczywiście, teraz sobie przypominam. Podawałam Ince pomadkę. — Jaką pomadkę? — Normalną, do ust... Używamy takich samych kosmetyków. Nie wzięłam z domu ciemnej, wieczorowej pomadki, pożyczyłam więc od niej. Poprawiłam makijaż i oddałam. To się zdarza czasami między przyjaciółkami. — Czy to ta pomadka? 44

Czerwiński wyjął z biurka okrągły, błyszczący przedmiot. Patrzył na Ewę. — Można? — Ewa pochyliła się nad biurkiem. Czerwiński zauważył, że powieki drżą jej lekko, ale trwało to tylko jeden moment. — Nie, nie można — Czerwiński zdjął nakrętkę. — Czy to ta? — Tak, to jest ta pomadka. — Jest pani pewna tego? — Oczywiście. — A ta? — Czerwiński wyjął drugą, identyczną pomadkę. — Przecież pan widzi, że jest taka sama. Ta, którą pan trzyma w ręku, jest pomadką, której Inka używała na dzień. Ja ten sam kolor stosuję na wieczór. Ewa otworzyła torebkę, wyjęła z niej kosmetyczkę. — Proszę, oto moje pomadki. Czerwiński wziął od Ewy dwa identyczne świecidełka. Ustawił je na, biurku obok dwóch należących do Kingi Sosnkowskiej. Wszystkie były jednakowe. — Dlaczego interesują pana te pomadki? — Dlaczego przypominała pani kilkakrotnie przyjaciółce, że ma poprawić makijaż? — Dlatego, że go sobie rozmazała. — Proszę mi pokazać, jak pani maluje usta. — Pan raczy żartować. — Nie, proszę pani, nie żartuję. A więc proszę, aby pokazała mi pani, jak malowała się w teatrze. To nawet ważniejsze od tego, jak pani to robi codziennie — a widząc ogłupiałe spojrzenie Ewy, dodał — przecież pani pożyczała pomadkę od przyjaciółki po to, żeby poprawić usta, prawda? — Prawda, panie kapitanie. Jeżeli to ma panu pomóc 45

w pracy, proszę bardzo, służę jako model czy jak wy to tam nazywacie. Wyjęła puderniczkę i pierwszą z brzegu pomadką umalowała usta. Czerwiński zwrócił uwagę na to, że Ewa nie zastanawiała się nad wyborem pomadki. Wzięła pierwszą z brzegu. — Ślicznie to pani zrobiła. Bardzo dziękuję, ale w teatrze zrobiła to pani inaczej. — Uśmiechnął się przymilnie. — Ja wyraźnie prosiłem, żeby pani odtworzyła swoje ruchy z tamtego momentu... z teatru. — Z przykrością muszę panu odmówić. Nie mam przy sobie tamtej torebki, bez niej to przedstawienie jest niemożliwe. — A gdyby się pani jednak trochę postarała? Chodzi przecież o wyjaśnienie śmierci pani serdecznej przyjaciółki. — Tylko dla niej to zrobię. Proszę mi dać — Ewa powiodła oczami po gabinecie — o tę teczkę — wskazała na plastykową aktówkę z otwieranym skrzydełkiem. Czerwiński podał jej to, o co prosiła. Ewa podniosła klapę, ponownie umalowała usta, zamknęła teczkę, następnie na pomadkę nałożyła zakrętkę i spojrzała na Czerwińskiego. — Już, panie kapitanie; Czy mam coś jeszcze demonstrować? — Nie. Zrobiła to pani po mistrzowsku. — Dziękuję za pochwałę. Nie rozumiem tylko, w jaki sposób pomoże to panu wyjaśnić nieoczekiwaną śmierć mojej przyjaciółki. — No tak, winien jestem pani wyjaśnienie. Proszę mi tylko jeszcze powiedzieć, w jaki sposób malowała usta pani Kinga. — Zapewniam pana, że w taki sam sposób, w jaki robią 46

to wszystkie kobiety na świecie, używała w tym celu dobrej pomadki. — Ewa była zirytowana. — Chylę czoło przed pani spostrzegawczością, mnie jednak chodzi o coś zupełnie innego... Pani mnie nie zrozumiała, a ja powiedziałem przecież jasno, że interesuje mnie nie to, czym malowała, tylko w jaki sposób to robiła. — Przepraszam pana najmocniej. Inka malowała się nieco inaczej. Ona po każdym umalowaniu ust oblizywała je końcem języka. — Czy o tym wiedziało wiele osób? — Przypuszczam, że wszyscy ci, wśród których czuła się na tyle swobodnie, że poprawiała przy nich makijaż. — Dużo tych osób było? — Nie sądzę. Kobiety na ogół ratują swoją urodę bez świadków. — Chyba że nie wezmą z sobą pomadki, wtedy pożyczają od przyjaciółek i czynią to publicznie w najelegantszym teatrze stolicy. — Nie rozumiem, do czego pan zmierza. — Ewa oparła ręce na torbie. — Zmierzam do tego, łaskawa pani, że tą oto szminką — Czerwiński wyjął z biurka pomadkę w plastykowym pudełku — pani przyjaciółka pomalowała się po raz ostatni w życiu. Jest to bowiem bardzo silnie stężony cyjanek potasu podany w tak, zdawałoby się, niewinnej formie. Ewa zamknęła oczy. Potem szybko je otworzyła. Ręce na torebce zacisnęła mocniej. — Rozumiem, do czego pan zmierza. Otóż, tak... zamordowałam moją najlepszą przyjaciółkę, siostrę prawie. Tak, to ja jestem winna jej śmierci. — Pani? 47

— Tak, ja. Proszę mnie aresztować. Ja, ja... nie mogę tego dłużej znieść... Po jej twarzy płynęły łzy. Mimo płaczu wyglądała ładnie. Czerwiński wiedział, że jedna kobieta na tysiąc, płacząc, wygląda ślicznie. Ewa Niewczas do nich należała. — To ja. Ja ją zamordowałam... Proszę mnie aresztować, nie usłyszą panowie ode mnie nic więcej... — Opanowała się z największym wysiłkiem. Czerwiński wymienił spojrzenie z Kłosowskim. — Dobrze, proszę pani, aresztujemy panią, proszę nam jeszcze tylko powiedzieć, w jaki sposób zamordowała pani Kingę Sosnkowską. — Przecież to zupełnie jasne. To ja przypominałam jej z piętnaście razy, że ma się umalować. Słyszał to z pewnością i Łukasz, i kierowca taksówki, i wszyscy stojący na postoju taksówek. Przecież gdyby nie moje przypomnienia, ona prawdopodobnie by się nie malowała. — Ewa nie mogła zupełnie opanować łez. — Przepraszam, proszę mnie aresztować — powtarzała z uporem. — Niewykluczone, że jeszcze panią poprosimy na rozmowę, teraz proszę iść do domu i odpocząć. Ewa wychodząc nie obdarzyła go ani jednym spojrzeniem. — Wojtusiu, gdybym nie był tak zmęczony, jak jestem, usłyszałbyś ode mnie kilka ciepłych słów na temat... wiesz chyba, jaki? — zapytał niewinnie, gdy Ewą Niewczas opuściła pokój. — Nie jestem geniuszem. Jak powszechnie wiadomo, nie dorównuję ci w tym, ale nie masz się o co pieklić, wszystko to miało swój cel. Chciałem, żeby ona trochę zmiękła, idąc na spotkanie z tobą. 48

— Co w ogóle sądzisz o tej kobiecie? — zapytał już łagodniej Czerwiński. — Eksportowa dziewczyna. Dawno już nie widziałem takiej piękności. Nauczycielka chemii, używa zagranicznych drogich kosmetyków.... Miała na sobie, lekko licząc, kilka tysięcy złotych. Same buty z tysiąc pięćset złotych, drugie tyle torba. A ten pierścień... Bogdan, ile może zarabiać nauczycielka? — Nie czekając na odpowiedź dodał — musi mieć bogatego kochanka albo... — Wojtek, opanuj się! Od kiedy to ty się znasz na ciuchach i innych babskich akcesoriach? — Jak ty byś miał dwie siostry w wieku dwudziestu kilku lat i do tego osobistą narzeczoną, to też byś wiedział, ile co kosztuje... i też byś się na tym znał. — Pod każdą szerokością geograficzną suknia zdobi kobietę. — Fakt. Tylko że to kosztuje, a ona miała wszystko w najlepszych gatunkach i w najwyższych cenach. I odnoszę wrażenie, że chciała nas zrobić w konia. Nie wiem dlaczego, ale takiej babki, chociaż piękna i zgrabna jak marzenie, nie chciałbym mieć wśród bliskich mi osób. — Przede wszystkim to ona nie chciałaby ciebie, perełko. Trzeba się zainteresować jej życiem prywatnym. — Dobra jest. Załatwione. Ona jest piękna, powtarzam się, ale nawet przez moment nie wierzyłbym jej. To kobieta wyrachowana, niezdolna do żadnych uczuć. Jakoś patrząc na nią, nie mogę uwierzyć, że ona kogoś może kochać. — Stary, mówisz to z takim przekonaniem, jakby pani Niewczas dała ci mocnego prztyczka w nos — patrząc na gorliwie porządkującego na biurku papiery Wojtka, upewnił się, że miał rację. — Wojtusiu, zanim zginiesz pod tymi 49

papierami, powiedz mi, jakie jest twoje zdanie o panu Sosnkowskim. — Według mnie jest to nienormalny facet. W drodze do prosektorium usłyszałem wykład na temat środków obrotowych jako podstawy życia człowieka, a głównie niemożności ich zdobycia. — A co to są te środki obrotowe? — Pieniążki, wodzu! — Aha! — Tak. W prosektorium rozkleił się zupełnie, łzy lał jak stara histeryczka, przy czym łzy były szare, jako że pan Sosnkowski ratuje urodę, jak może. W drodze powrotnej wykład był ciekawszy. Mówił na temat śmierci żony, a głównie o tym, że w kraju, w którym na policję mówi się milicja, a człowieka nazywa się obywatelem, wszystko jest możliwe i zdarzają się takie rzeczy, jak morderstwa. Stwierdził również, że on na cały świat będzie o swojej krzywdzie wrzeszczał. Reasumując, odniosłem wrażenie, że tak zbytnio to on się śmiercią swojej żony nie przejął... Szkoda, że tego nie nagrałem. Telewizyjny teatr rozrywki zapłaciłby mi za to sporo forsy. — Nie podobał mi się ten człowiek. — Nie człowiek, tylko obywatel, obywatelu milicjancie. — Dobra, jakby się nie zwał, to mi się nie podoba. Sprawdź dokładnie tego degenerata, muszę znać każdy jego krok. Dowiedz się też możliwie wszystkiego o Aleksandrze Sosnkowskiej. Pracowała, tak jak synek, w wydawnictwach rolniczych, prowadząc tam dział poradnictwa dla kobiet. — Załatwione, wodzu. A tu masz ekspertyzy z przedmiotów zabezpieczonych w mieszkaniu Sosnkowskiej — podał Czerwińskiemu gęsto zapisaną kartkę papieru. — Jak widzisz, tylko na filiżance, na stoliku i ustnikach carmenów 50

mamy coś zupełnie nowego, nie zidentyfikowanego. W naszych kartotekach, ich nie mamy. Ślady pomadki na filiżance i ustnikach składem chemicznym są zbliżone do pomadki znalezionej przy denatce. — To nam powinno ruszyć sprawę do przodu. Czerwiński wysiadł z windy na piątym piętrze i przeczytał metalową wizytówkę: B. Ł. Niewiadomscy. Nacisnął palcem guzik dzwonka i przytrzymał. Po kilku chwilach drzwi otworzył barczysty, opalony chłopak, liczący ponad dwadzieścia lat. Miał na sobie modnie powycierane rifle i czarną, trykotową koszulkę. Czerwiński domyślił się, że jest to syn Niewiadomskiego. — Dzień dobry panu, chciałbym się widzieć z pana matką. — Tak... ale mama źle się czuje, nie wiem, czy będzie mogła z panem rozmawiać. — Może nie jest aż tak chora, by nie mogła pogawędzić ze mną — miłym tonem powiedział Czerwiński. — Proszę powiedzieć mamie, że jestem, z milicji. Moje nazwisko Czerwiński. Chłopak odsunął się na bok. — Przepraszam pana, proszę, może pan wejdzie do tego pokoju. Czerwiński znalazł się w maleńkim pokoiku typowego em ileś tam, urządzonego z dużym smakiem i pomysłowością... Z drzwi prowadzących do sąsiedniego pokoju wyszedł Niewiadomski. Czerwiński, patrząc na tego mężczyznę w czerni, pomyślał, że jest on tak doskonały, że aż nieprawdziwy. — Dobry wieczór, panie kapitanie, jakże się cieszę, 51

że pana tu widzę — Niewiadomski był uprzejmy, a jego smutne oczy uśmiechały się leciutko. — Przypuszczam, że przyszedł pan zakomunikować mi coś ważnego... — Myli się pan, dyrektorze — a widząc zdziwienie w oczach Niewiadomskiego, dodał — przyszedłem porozmawiać z pańską żoną. — Z moją byłą żoną, choć nie widzę powodów. Bożena nie ma z tym nic wspólnego. — Może ma pan rację, dyrektorze, ale do mnie należy zbieranie faktów. Zbieram je więc. Przecież panu zależy na wykryciu sprawcy. — Może pan w to przez chwilę wątpić? Czego się pan napije? Mam kawę, koniak, coca-colę i wodę mineralną. — Jeżeli można, proszę o wodę mineralną. — Już podaję. Czerwiński znowu został sam w pokoiku, tym razem na krótko, bo w drzwiach z przedpokoju stanęła kobieta, na widok której Czerwińskiego ogarnęło zdumienie. Miał przed sobą dziewczynę niemal, ubraną w biały sweterek i granatową spódniczkę o klasycznej długości maxi. Kiedy do niego podeszła, zauważył jednak, że wokół jej oczu mimo starannego makijażu, są widoczne drobniutkie zmarszczki. Ciemne puszyste włosy wymykały się spod białej opaski. Ubierając się w ten sposób, kobieta osiągała zamierzony cel, na pierwszy rzut oka wyglądała jak podlotek. Czerwiński patrząc na nią, pomyślał, że mimo swego młodego wyglądu i stylu ubierania nie miała wielu szans w porównaniu z Kingą Sosnkowską. — Dzień dobry panu. Nazywam się Bożena Niewiadomska, pan chciał zdaje się rozmawiać ze mną. — Kiedy mówiła w kącikach jej ust zbierały się drobinki śliny. Nieco dłuższe trójki w górnej szczęce dotykały dolnej wargi sprawiając trochę niesamowite wrażenie. 52

— Bogdan Czerwiński, jestem z milicji, prowadzę dochodzenie w sprawie o morderstwo — zaczął — dwa dni temu znaleziono zwłoki niejakiej Kingi Sosnkowskiej. Została otruta. — Tak, mąż mówił mi o tym — spokojnie odpowiedziała. — Pani znała Kingę Sosnkowską? Niewiadomska spojrzała na niego zdziwiona. — Ja? — Tak, pani. — Nie, proszę pana, nie znałam tej kobiety. — Nie miała pani okazji jej poznać? — Nigdy nie miewam ochoty na poznawanie przyjaciółek mojego męża. — Rozumiem, ale to była wyjątkowo ładna dziewczyna. — Mój mąż zawsze ma do czynienia z wyjątkowo ładnymi dziewczynami, jak to pan określił. — Pani jest tego najlepszym przykładem. Niewiadomska gładko połknęła komplement. Uśmiechnęła się. — Dziękuję panu, nie rozumiem jednak celu pańskiej wizyty. — Dlaczego mąż panią poinformował o tym morderstwie? — Nie wiem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jego pan o to zapytał. — Dziękuję pani za radę. Proszę mi powiedzieć, jak układało się współżycie pani z mężem? — W dalszym ciągu nie rozumiem pana pytań... Przychodzi pan po to, żeby mnie poinformować o śmierci przyjaciółki mojego męża, co jest nawet wzruszające, ale... Zapewniam pana, że nie mam ze zgonem tej kobiety nic wspólnego. 53

Mój mąż układał sobie życie tak, jak chciał. — A pani? — Cóż ja... Jak każda kobieta, mam na głowie dom... dziecko... — Nie miała pani za złe mężowi tych jego przygód? — Nie, proszę pana, przyzwyczaiłam się do nich. Swobodnie siedząca na wprost Czerwińskiego kobieta nie należała do osób, które bez walki oddają to, co do nich należy. A że ta traktowała swego męża jak część swojej własności, było pewne. — Od jak dawna jesteście państwo po rozwodzie? — Pół roku, może siedem miesięcy, ale skąd pan to wie? — To pani wystąpiła o rozwód? — Nie, proszę pana, mnie w moim małżeństwie było dobrze. To może się panu wydać dziwne w świetle tego, co powiedziałam poprzednio. Mój mąż miewał przyjaciółki, ale nigdy nie były to długie historie. Trwały kilka tygodni, czasem kilka miesięcy i mąż wracał do mnie, do domu... Kilkanaście lat temu, na początku naszego małżeństwa, bardzo cierpiałam nad tym, ale potem przywykłam i traktowałam to jako swoisty stan chorobowy. Jakieś dwa lata temu wydarzyła się ostatnia przygoda. Początkowo wszystko wskazywało na to, że powtórzy się znana mi karuzela. Tym razem jednak sprawa przybrała inny, poważniejszy obrót. Mąż mój stracił głowę dla tej dziewczyny. Wystąpił o rozwód, resztę pan zna. Całą prawdę. — O jakiej prawdzie mówisz, Bożenko? — zapytał od progu Niewiadomski, trzymając w rękach tacę z zastawą, butelkami coca-coli i wody sodowej. — Nie zapomnij powiedzieć panu kapitanowi o swoim 54

szczęściu w okularach, które w dwa tygodnie po rozwodzie zostało twoim mężem, a miesiąc temu od ciebie uciekło. Przepraszam, kapitanie, za tę dygresję, ale znając dokładnie repertuar mojej żony jestem przekonany, że starała się pana przekonać o krzywdzie, jaka jej się dzieje. Opowiedziała też panu zapewne bajeczkę o mężu nieciężkiego prowadzenia się i jego kochankach. Jak mi się wydaje, chyba się nie omyliłem. Niewiadomska wstała z fotelika, obciągnęła sweter i nie patrząc na swego byłego męża przeszła obok niego. — Cham — powiedziała i wyszła trzaskając drzwiami. — Przepraszam pana, kapitanie. — Nie ma o czym mówić. Korzystając z tego, że pana widzę, chciałbym panu zadać kilka pytań. — Słucham. — Jak wyglądały sprawy majątkowe Kingi Sosnkowskiej? — Nie wiem, nigdy mi o tym nie mówiła... Chociaż chwileczkę... — Niewiadomski oparł głowę o fotel. — Nie wiem, czy to ma jakiś związek z pana pytaniem, ale jakieś dwa miesiące temu planowaliśmy urlop na następny rok. Miała to być nasza pierwsza wspólna duża droga albo, jak mawiały nasze babki, podróż poślubna. — Przymknął na chwilę oczy, a jego twarz została zniekształcona wyrazem głębokiej rozpaczy. Szybko się jednak opanował. — Mieliśmy zacząć starania o wyjazd do Włoch. Inka proponowała Austrię i Szwajcarię. Powiedziałem wtedy, że moglibyśmy oczywiście do każdego z tych krajów pojechać, gdybyśmy mieli więcej pieniędzy. Rzekła mi na to, że pieniądze nie są żadnym problemem, bo ma ich bardzo dużo. Zapytałem 55

oczywiście, skąd. Odpowiedziała ze śmiechem, że Kazio, popełniając mezalians, zrobił przede wszystkim kolosalne głupstwo, gdyż cały majątek Sosnkowskich przeszedł w jej ręce. — Cóż to za fortuna? — O to samo i ja spytałem, kapitanie, jednak nie dała mi żadnej odpowiedzi poza stwierdzeniem, że za wcześnie jeszcze o tym mówić. Zaznaczyła tylko, że wkrótce będziemy bardzo bogatymi ludźmi. Przyrzekła też, że kiedy przyjdzie na to pora, wszystko mi opowie. Oczywiście nie nalegałem więcej. — Twierdzi pan, że rozmowę tę mieliście dwa miesiące temu? — Tak. — Czy już nigdy potem nie wracaliście do tego tematu? — Nie, panie kapitanie. Dodam tylko, że od jakiegoś roku Inka dysponowała znaczną gotówką. Wtedy jeszcze nie byliśmy razem i przypuszczałem nawet, że w jej życiu pojawił się jakiś inny mężczyzna. Chodziłem za nią jak cień. — Niewiadomski był zażenowany. — Ale były to nieuzasadnione podejrzenia... Wydaje mi się i chyba na podstawie jej luźnych wypowiedzi daleko od prawdy nie odbiegnę, że jakieś duże pieniądze zostawiła jej teściowa. Nie jestem jednak tego pewien. Pewność mam tylko, jeśli chodzi o biżuterię. Tę z całą pewnością miała od teściowej. Czerwiński o mało nie podskoczył na krześle. Zachował jednak spokój. — Skąd to przeświadczenie? — Proszę sobie wyobrazić, że pani Aleksandra chciała się widzieć ze mną. Było to w tym czasie, kiedy jej stosunek do Inki uległ zmianie o sto osiemdziesiąt stopni. W innym przypadku chyba bym nie poszedł. W czasie tej króciutkiej, 56

bo tylko piętnastominutowej wizyty odniosłem wrażenie, że pani Aleksandra chce wynagrodzić jej jakoś wszystkie przykrości. — Czy pamięta pan treść tej rozmowy? — Nie przywiązywałem do tego wagi, ale chodziło o to, żebym nie pozwolił jej skrzywdzić, żebym jej pilnował... A ja? Ja jej nie upilnowałem. Zacisnął mocno szklankę w ręku. Czerwińskiemu wydawało się, że za chwilę pęknie mu w palcach. — Niech się pan uspokoi, dyrektorze. Znajdę tego, komu ta dziewczyna przeszkadzała. — Będę szukał razem z panem. — Doskonale Proszę więc przypomnieć sobie wszystko, co ma jakikolwiek związek z pieniędzmi. Jak pan sądzi, czy teściowa Inki — przepraszam, że tak będę dalej nazywał panią Sosnkowską — miała jakiś majątek? — Tak mi się wydaje — odpowiedział powoli Niewiadomski. — A jaką miała biżuterię? — Piękną. Ja się co prawda na tym nie najlepiej znam, ale nawet dla takiego laika jak ja było to coś fascynującego. Była to stara ręczna robota wenecka. Zwłaszcza ten pierścionek z rubinem. Siedemnasty wiek. Bezcenny przedmiot. — Czy to może ten, który nosi pani Niewczas? — Tak. Inka pożyczyła jej ten drobiazg, jak to nazwała. Ona nie lubiła tego pierścionka. Nie lubiła w ogóle biżuterii. — Co jeszcze, poza tym pierścionkiem, dostała? — Inne pierścionki, jakieś kółka, kółeczka... Nie wiem, nie znam się na tym. — A gdzie przechowywała te precjoza? — Przypuszczam, że w domu. — W którym miejscu? 57

— Pojęcia nie mam. Ale tam jest dużo starych mebli, a te lubią kryć niespodzianki. — Jeszcze jedno. Skąd pan wie, że biżuterię Inka dostała od teściowej? — Powinienem się chyba obrazić na pana, ale odpowiem i na to pytanie. Powiedziała mi o tym pani Aleksandra, że całą biżuterię po jej śmierci otrzyma Inka, że już to prawie załatwiła. Mnie prosiła o dopilnowanie, żeby jej mąż tego nie zabrał. — Czy rozmawiał pan z Inką na ten temat? — Nie, proszę pana. Ona sama na ten temat nic nie mówiła, a ja nie miałem ani prawa, ani potrzeby o to pytać. — Dziękuję panu i przepraszam, że zabrałem tyle czasu. Gdyby jednak coś pan sobie jeszcze przypomniał, proszę o telefon. Do widzenia Niewiadomski odprowadził go do drzwi Byli w gabinecie Czerwińskiego we trzech. Sierżant Romek Grygo sypał do szklanek kawę, porucznik Kłosowski układał kartki w skoroszycie w kolejności stron. Czerwiński spojrzał na nich niepewnie. — Co wy jesteście tacy rozmowni? — zapytał w końcu. — Prawda? — ucieszył się Romek. — Aż przyjemnie posłuchać. Kłosowski popatrzył na niego jak na powietrze. — Ktoś coś mówił, słyszałeś, Bogdan? — A ciebie, Wojtek, co dzisiaj ugryzło? — Mnie ugryzło, powiadasz? Mnie? Bardzo dobrze! Może i mnie ugryzło, ale ty za to nie tylko będziesz gryzł, ale i szczekał, jak się dowiesz, co ten Sherlock Holmes zrobił. — Kłosowski prawie krzyczał, wskazując na Romka. — 58

Postanowił przeprowadzić śledztwo na własną rękę. Popatrz tylko na niego. Czarne wranglerki, czarny golf, czarna kurteczka, karawaniarz cholerny. Czerwiński patrzał na nich, nic nie rozumiejąc. — Słoneczko ty moje, Wojcieszku, o co chodzi? — Słuchaj, Bogdan, uważnie. Wysłałem tę bożą krowę do laboratorium po odbitki z filmu Marka. Ten padalec obejrzał sobie po drodze, a jakże, spodobały mu się, więc zamiast prosto do komendy, skoczył w boczek, do domku. Karawaniarski przyodziewek na siebie i w Polskę. Powiedz, ty pomyłko natury, powiedz szefowi, coś wydumał. — Szefie — Romek zapomniał już o zaparzaniu kawy, zapalił papierosa i usiadł na parapecie — szefie, może mnie szef powiesić, ale... — Sznurka szkoda, przyjacielu — wtrącił Kłosowski. — Uspokój się, Wojtek. Słucham cię, Romek. — Szefie, obejrzałem te zdjęcia, które odebrałem z laboratorium, i coś mnie tknęło. — Kopnęło, chciałeś powiedzieć. — Spokój, do cholery! Mów Romek, a ty, Wojtek, nie przerywaj! — Obejrzałem zdjęcia, o, niech szef zobaczy — wyciągnął rękę w kierunku koperty Kłosowski był jednak szybszy — Najpierw opowiedz, pokażesz potem. — A niech się dzieje, co chce — Romkowi było już wszystko jedno. — Obejrzałem więc te zdjęcia, wstąpiłem do domu przebrać się, bo byłem w mundurze, a potem pojechałem do Ewy Niewczas po pierścionek. O proszę — położył przed Czerwińskim pierścień z rubinem. 59

— No i co, Bogdan, pochwal chłopaczka za wspaniałe załatwienie sprawy. — Zaraz, zaraz, Wojtek. Romek, pokaż mi te zdjęcia. Romek podał mu kopertę. Czerwiński wyjął powiększenia i położył przed sobą, wpatrując się w nie uważnie. — Jak na to wpadłeś? — Zwyczajnie, przecież to od razu widać. Wojtek ma klapki na oczach, to i nie zauważył. — Co ja mam? Gdzie ja mam? Ja ci zaraz powiem, co ja mam! Ja mam cholerną cierpliwość w wysłuchiwaniu twoich bzdur. — Wojtku, prosiłem już; żebyś się uspokoił. On zdaje się odkrył coś bardzo ważnego, czego ani ty, ani ja nie zauważyliśmy do tej pory. Popatrz tylko. Tu masz pierścionek w oryginale, nawiasem mówiąc, Romku, jak jeszcze raz będziesz mnie chciał zastąpić, to uprzedź. — Czerwiński uśmiechnął się. — Teraz popatrzcie obaj na te zdjęcia. Ta ręka należy do Ewy Niewczas, a tu coś bardzo ciekawego, taki sam pierścień na innej ręce. Wojtku, podaj mi lupę... i popatrz... — Masz rację, ta kobieta ma identyczny pierścionek, a przecież Sosnkowska z nią rozmawiała. — Jakbyś tego nie powiedział, to bym umarł w nieświadomości — zauważył Romek, który teraz uśmiechał się z zadowoleniem. — Chłopaki — Czerwiński zawiesił głos — te pierścionki mają jakieś znaczenie. Pierścionek, który zabrałeś Ewie Niewczas, nawiasem mówiąc niepotrzebnie, należał do Kingi Sosnkowskiej. One sobie wszystko pożyczały. — Chłopaków też? 60

Wojtek, patrząc wymownie na Romka, narysował kółko na czole. — Przestań, Wojtek, robić głupie miny — powiedział Czerwiński. — Lepiej zastanówmy się. Sosnkowska dostała ten pierścionek od teściowej. To jest stara ręczna robota — mówił przyglądając się pierścieniowi — u jubilera tego się nie kupi. Sosnkowska rozmawiała w teatrze z kimś, kto miał taki sam pierścień... — Potarł w zamyśleniu czoło. — Może to znak rozpoznawczy? — zapytał porucznik Kłosowski. — Albo ktoś z rodziny Sosnkowskich — odezwał się uważnie słuchający każdego słowa Romek. — To zupełnie możliwe — powiedział Czerwiński. — Czy my już coś wiemy na temat tej kobiety? — Jak do tej pory, nic. Chłopaki robią, co mogą — powiedział Kłosowski. — Co z Sosnkowskim? — Przysypał głowę popiołem — odpowiedział Romek. — Był w pracy, ale krótko. On nie lubi się przemęczać. Ma nienormowane godziny pracy, przychodzi więc, kiedy chce, psując nerwy całej redakcji. — Zajrzał do notatek i po chwili mówił dalej. — Ma opinię bardzo zdolnego dyletanta, ale bez szczególnych zainteresowań. Odważnie wygłasza swoje poglądy. Przyjaciół ma w kręgach naukowych i inteligenckich, nie związanych z jego miejscem pracy. Histeryk i hipochondryk. Żona nigdzie z nim nie bywała. Jego matka pracowała w tejże redakcji od pięćdziesiątego pierwszego roku. Otrzymała rentę chorobową.. Współżycie z nią na terenie redakcji, a chyba poza nią też, było bardzo trudne. Syn, jak twierdzą, jest wiernym odzwierciedleniem mamusi. Często bywa w teatrach i kinach. Jest mężczyzną z gatunku „brunetki, blondynki ja wszystkie 61

was, dziewczynki...”, ale kochanki oficjalnej nie ma, chyba że gdzieś na boczku. Kobiety, którą się interesujemy, do tej pory nie widziano w jego towarzystwie. — Jej zdjęcia rozesłałeś? — zapytał Czerwiński. — Jasne — odpowiedział Kłosowski. — Lecę trochę rozejrzeć się w sprawie pomadek — Ja idę do domu. Jak uznasz, że masz coś ciekawego, dzwoń do mnie. A, jeszcze jedno. Jutro jest pogrzeb Sosnkowskiej, pójdziecie tam obaj. Czerwiński wracał w nie najlepszym nastroju do domu. Szef, człowiek znający robotę, dał mu do zrozumienia, że w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej niewiele zrobił. Bywały w karierze Czerwińskiego przypadki morderstw, które wyjaśniał w ciągu dwóch, trzech dni. Tutaj jednak ciągle trafiał w próżnię. Idąc od windy do swego mieszkania myślał o Elżbiecie. Zawsze twierdził, że wygrał sześć trafień w totka, żeniąc się z nią. Ela nie okazywała zdziwienia gdy wracał do domu, żeby się umyć i przebrać nie narzekała, kiedy mieli pójść gdzieś wieczorem, a on w ostatniej chwili wszystko odwoływał Jeśli mówił o jakiejś sprawie w domu, z zainteresowaniem czekała na dalsze szczegóły i postępy w sprawie Jeżeli nie mówił nic, nie dopytywała się, znajdując do rozmowy temat interesujący i ją, i jego. Gdy wszedł do mieszkania, Elżbieta suszyła włosy — Dobry wieczór, kochanie! — Dobry wieczór Jaki miałeś dzień? — Taki sobie. Zwyczajny — Myj ręce i siadaj do stołu, już podaję ci obiad. Wszedł za nią do kuchni. — Elu, ilu używasz pomadek? — Czego? 62

— Pomadek do ust. — A, rozumiem. Zaraz... dwóch, nie, trzech. — Dlaczego aż tylu? — Aż tylu! Dobry sobie. Dlatego, mój kochany, że jedną jasną używam na dzień, drugą ciemną mam na wieczór. — To dwie, a trzecia? — Trzecią też mam na wieczór, ale tylko wtedy, jak gdzieś wychodzę albo jak mój wspaniały mąż ma wolny wieczór i jest w domu. Używam jej rzadko, bo to dobra i droga pomadka. — Jakiej firmy? — A chcesz mi kupić? — To swoją drogą, więc? — Yardleya, były ostatnio, więc kupiłam sobie. — Pomadek innych firm nie było? — zapytał z zainteresowaniem. — Owszem, były Miraculum Polleny, Polleny Lechii, Polleny Urody i chyba jeszcze Celii. — Przed twoim bystrym okiem nic się nie ukryje, Elżbieto! Chodzi mi jednak o pomadki firm zagranicznych, zachodnich. Popatrzyła na niego tak, jakby nie widziała go co najmniej od roku. — Podejdź tutaj do mnie bliżej, o tak, i popatrz na mnie. Od kiedy to interesuje cię przemysł kosmetyczny? Czyżby jakiś kot drogę ci przebiegł? — Masz rację. Kot i to jaki. Więc co z tymi pomadkami? Nie wiesz, gdzie można dostać firmy Elizabeth Arden? — Pojęcia nie mam. Chyba w PKO albo w pawilonach, a może na bazarze. Zajrzała mu wymownie w oczy. — Jednak wydaje mi się, że masz coś na sumieniu. 63

— Oj mam, mam, najlepiej może to opowiedzieć mój szef. Pocałował ją w policzek. — Elu, powiedz mi jeszcze, czy ty malowałabyś się pomadką swojej przyjaciółki? — Ninki? Oczywiście! Czerwiński pokiwał głową. Już miał zamiar wygłosić pogadanką na temat kobiet — istot nieznanych, gdy w drugim pokoju zadzwonił telefon. Ewa poszła odebrać. — Do ciebie — powiedziała wracając do kuchni. — Wojtek dzwoni. — Nie ma wątpliwości — mówił Wojtek — pomadki były kupione w PKO. Ekspedientka rozpoznała na zdjęciach jedną i drugą. Kupowały tam wszystkie kosmetyki. Towar sprowadzany do stoiska w małych ilościach, klientki nigdy nie reklamowały. Ostatnia partia towaru została dostarczona do sklepu trzy tygodnie temu, dokładnie jedenastego lipca. Były w niej interesujące nas pomadki. Obie kupiły po dwie, ekspedientka zapamiętała je dokładnie, bo poza pomadkami kupowały jeszcze inne drobiazgi i... — Jakie? — Czekaj, już mam. Puder w kamieniu. — W czym? Mów po ludzku! — W kamieniu! To taki prasowany. A więc kupiły puder, krem do opalania w aerozolu i jeszcze kostiumy do opalania. Takie, które przepuszczają słońce. Właśnie za sprzedanie im tych kostiumów przyniosły ekspedientce kwiaty. — Nic z tego nie rozumiem... — A ja rozumiem. Pogadaj z żoną, to będziesz wtedy i ty wszystko rozumiał. Powiedz pani Elżbiecie, że takie kostiumy są do nabycia po trzy dolary. Mówię ci, stary, piękne 64

te szmatki — w głosie Wojtka słychać było rozmarzenie. — Przymierzałeś? — Myślisz, że byłbym do tego zdolny? — Pewnie, gdybyś tylko wiedział, że ci się uda. — I żebym miał na kogo przymierzyć. — Masz jeszcze coś? — Nie, to wszystko na dziś. — Do jutra. Bywaj. — Melduję, wodzu, że na pogrzebie nie było interesującej nas kobiety. Pan Kazimierz Sosnkowski był tak zrozpaczony, że nie mogłem uwierzyć, że stać go na takie uczucie. Niewiadomski nie potrafił ukryć łez. Był całkowicie załamany. Towarzyszyła mu Ewa Niewczas wraz z jakimś panem Przypuszczam, że to jej narzeczony. Nie uroniła ani jednej łzy. Cała w czerni. Wyglądała ślicznie. Tłum był nieprawdopodobny. Góra kwiatów. I po co to? Lepiej, żeby żyła. Była taka śliczna... — Masz rację, Wojtek, lepiej, żeby żyła... Zbieraj się, pojedziemy na Kępę Potocką, trzeba porozmawiać z sąsiadkami. Żal mi tego Niewiadomskiego, wygląda na porządnego człowieka. Chyba musiał ją bardzo kochać... Kłosowski zamyślił się. — No... to takie nasze love story... — Prawie. Chodź jednak, wóz już chyba czeka... Najpierw wstąpimy do Stańczakowej. Drzwi otworzyła im sympatyczna starsza kobieta. Przedstawili się, okazując legitymacje służbowe. Kiedy prowadziła ich do pokoju, była pochylona, ale zaraz wyprostowała się i zbliżyła równym krokiem do stołu, wokół którego ustawione były krzesła. Na jej okrągłej twarzy widniały ślady łez. 65

Szara suknia harmonizowała z siwymi, spiętymi na karku w węzeł włosami. — Proszę, niech panowie siadają — powiedziała wskazując krzesła. — Kinga Sosnkowska nie żyje — powiedział Czerwiński spokojnym i ciepłym głosem, o jaki porucznik Kłosowski nigdy by go nie podejrzewał. — Pani ją znała, prawda? — Tak, proszę panów, dobrze ją znałam. — Zaczęła płakać. — Takie nieszczęście... Jak to się stało? — Została zamordowana. — Inusia?... Zamordowana?... To niemożliwe... nie, to nie może być prawdą. — Owszem, to prawda. Ktoś ją zabił, ściślej mówiąc, otruł. Uczynił to ktoś, kto chciał z tego skorzystać. — Czy... czy panowie już wiedzą, kto to zrobił? — Nie, tego jeszcze nie wiemy, ale zbierzemy dowody i zatrzymamy mordercę. — Tak, to trzeba zrobić szybko, bardzo szybko... — Czy była pani w domu dwudziestego piątego lipca? — Tak, byłam w domu — jej oczy znów napełniły się łzami — dwudziestego piątego lipca... To już kilka dni... no tak... tego dnia Inusia wróciła wcześniej z pracy. O drugiej już była w domu. Pamiętam, bo przyniosła mi cielęcinę i mówiła, że zwolniła się wcześniej z pracy, bo idzie do teatru i musi się przygotować. — Czy zachowywała się tak, jak zawsze? — Ona zawsze zachowywała się jednakowo. Była spokojna i uśmiechała się ciągle, tylko potem... — Tak, słucham panią. — Około piątej zastukałam do drzwi. Przyzwyczaiłam 66

się stukać. Kiedy jeszcze żyła starsza pani Sosnkowska, to się nie dzwoniło, bo ją to denerwowało i budziło z drzemki. Czerwiński wymienił spojrzenie z Kłosowskim. Obaj wiedzieli doskonale, że muszą teraz wysłuchać sagi niejednego rodu w tej klatce schodowej. Stańczakowa pochwyciła ich spojrzenie. — Być może nudzę panów — powiedziała z uśmiechem, a widząc zmieszanie na twarzach obu milicjantów, dodała — będę jednak mówić tylko to, co dotyczy rodziny Sosnkowskich. Bardzo lubiłam panią Kingę i obiecałam pani Aleksandrze, że będę się nią opiekować... i nie upilnowałam... Czerwiński uświadomił sobie, że już druga osoba przyznaje się, że „nie upilnowała” nieżyjącej Kingi... — Otóż około piątej zastukałam do drzwi — ciągnęła dalej swoją opowieść Stańczakowa — bo chciałam pożyczyć froterkę, moja akurat była w naprawie. Otworzyła mi Inusia, to znaczy młodsza pani Sosnkowska. Była bardzo zdenerwowana. Powiedziałam jej, że chcę pożyczyć froterkę. Przeprosiła mnie, że nie prosi dalej, i poszła do łazienki po tę froterkę. Drzwi do jej pokoju były otwarte. Przy stoliku siedziała jakaś kobieta, której nigdy przedtem nie widziałam. — Czy pani pamięta, jak wyglądała ta kobieta? — Chyba tak.. Miała krótkie jasne włosy, ale to z pewnością była peruka, jednak świetnie zrobiona. Ubrana była w granatowe spodnium, a obok niej na podłodze stała taka bardzo ładna torba z dużymi kołami przytrzymującymi pasek. — I nigdy przedtem nie widziała jej pani? — Nie, wtedy widziałam ją po raz pierwszy. — Rozmawiała pani z nią? 67

— Skądże! Poprosiłam o froterkę, Inusia mi ją podała i wyszłam. — Nie spytała pani, kim jest gość pani Sosnkowskiej? — Nie, miałam to zrobić wieczorem. Inusia, jak wracała do domu, to dzwoniła do moich drzwi, biegła do siebie, wkładała podomkę i przychodziła do mnie na herbatę. Ale wtedy nie przyszła... — jej oczy znów napełniły się łzami. Podniosła do nich chusteczkę. — Znała pani dobrze obydwoje państwa Sosnkowskich? — A jakże. I starszą panią też. To była zacności osoba. Starsza pani uwielbiała Inusię, na krok jej od siebie nie chciała puścić. — Od początku stosunki między teściową a synową układały się dobrze? — zapytał Kłosowski. — Tego to ja, proszę panów, nie wiem. Na pewno nie we wszystkim się zgadzały. Na początku małżeństwa z panem Kazimierzem pani Aleksandra nie była zadowolona z jego wyboru, ale obie panie, tak pani Aleksandra, jak i Inusia, były damami. Jeżeli więc nawet różniły się w poglądach na jakąś sprawę, to trzecie osoby o tym nie wiedziały. Wiem jednak z całą pewnością, że na kilka miesięcy przed śmiercią starsza pani Sosnkowska radykalnie zmieniła swój stosunek do Inki. Powtarzała mi bardzo często, że dziećmi to ją pan Bóg pokarał, ale wynagrodził synową. — Jak pani to rozumie? — Bardzo zwyczajnie, proszę panów — odpowiedziała Stańczakowa. - Pani Aleksandra miała troje dzieci, mieszkała jednak sama. Jak zachorowała, to żadne z jej dzieci nie chciało jej przyjąć do swojego domu, ani pan Kazio, mąż Inusi, ani pani Krysia, nie mówiąc już o pani Heli, która jest trochę 68

usprawiedliwiona, bo mieszka w Brazylii. Inusia po awanturze z panem Kaziem wzięła jego matkę do siebie i opiekowała się nią, jak rodzona córka. Pani Aleksandra powtarzała często, że wszystko, co ma, zapisze Inusi. — Stańczakowa, przerwała na chwilę. — Jak ona czekała na powrót Inki z pracy, bała się być w domu sama z panem Kaziem. — Chwileczkę, pani Stańczakowa — powiedział Czerwiński — może uporządkujemy to trochę. Mówi pani, że Aleksandra Sosnkowska bardzo kochała swoją synową. — Oczywiście. To przecież prawda. — Postanowiła nawet jej zapisać wszystko, co ma. A czy pani może nam powiedzieć, co miała do zapisania synowej jej teściowa? — Dokładnie nie wiem, ale to była bardzo bogata kobieta. Oficjalnie nazywało się, że ona żyła z renty, ale to nieprawda. Ich rodzina miała przed wojną ogromne majątki i sporo z tego udało im się uratować, choćby bardzo piękną biżuterię. — Czy pani widziała tę biżuterię? — zapytał Kłosowski. — No, nie wszystko. Pani Aleksandra nie trzymała tego w domu. Był tam bardzo piękny pierścień z rubinem, Inusia go bardzo nie lubiła, zupełnie nie wiem, dlaczego. — Jak on wyglądał? — To bardzo piękny pierścionek. Duży, naturalnie szlifowany rubin w złocie. Pani Aleksandra miała takie pierścienie dwa. Kłosowski aż podskoczył na krześle. — Dwa? Jest pani tego pewna? — Oczywiście! 69

— A co się z nimi stało po śmierci pani Aleksandry? — Jeden dostała Inusia, a drugi pani Aleksandra przeznaczyła dla pani Heli, tej najmłodszej córki, która mieszka w Brazylii. — Czy ten pierścionek dotarł już do niej? — Nie wiem, proszę panów. Ona miała przyjechać wiosną tego roku, ale coś jej wypadło i nie przyjechała. — Kto przechowywał pierścionek dla pani Heli? — Pan Kazio. Inusia nie chciała go trzymać i nawet swój pożyczyła pani Ewie. Ona nie lubiła tego pierścionka. — To już wiemy. Proszę nam jednak powiedzieć — indagował Czerwiński — czy pani Aleksandra dotrzymała słowa w kwestii zapisania wszystkiego synowej? — Na pewno! Po tej awanturze, którą jej pan Kazio zrobił na kilka dni przed śmiercią. — Może będziemy mówić kolejno. Pytałem panią, czy pani Aleksandra zapisała pani Kindze swój majątek, a pani mi mówi o awanturze. — Bo to się z sobą wiąże. Pan Kazio zrobił potworną awanturę matce, a właściwie to Inusi. Poszło o to, że Inusia na prośbę teściowej przestawiła meble w jej pokoju. Pani Aleksandra chciała, żeby był dostęp do jej łóżka z każdej strony. Ponieważ Inka ustępowała pani Aleksandrze we wszystkim, zrobiła to, o co ją teściowa prosiła. Pan Kazio wrócił do domu po północy i jak nie zacznie krzyczeć, że nie pozwoli, żeby w jego domu, bez jego pozwolenia ktoś meble ruszał, że już, natychmiast, mają stanąć tak, jak stały. Aż u mnie było słychać, jak wrzeszczał. Inusia to chyba po raz pierwszy w życiu nie była damą. Prasowała akurat w kuchni i kiedy pan Kazio wrzeszczał i wymyślał umierającej matce 70

i mowy o tym nie było, żeby się uspokoił, to rzuciła w niego żelazkiem. I wiecie, panowie, że to pomogło? Od razu się uspokoił i poszedł do swojego pokoju. Pani Aleksandra oczywiście dostała kolejnego ataku, który trwał kilka godzin. Następnego dnia powiedziała do mnie, że straciła już wszelkie złudzenia, jeśli chodzi o dzieci, i że wszystko przeznacza dla Inki. Ponieważ Inka była w pracy, a pani Aleksandra bała się następnego ataku, prosiła mnie, żebym przekazała Ince, że zaraz po śmierci pani Aleksandry ma otworzyć testament, który dała jej teściowa, i że powinna bardzo pilnować Biblii. Pani Aleksandra prosiła mnie wtedy właśnie, żebym się Inką opiekowała i nie pozwoliła na odebranie majątku przez pana Kazia. Jego też zawołała. Ale było to później, już po rozmowie ze mną. Prosiła go, żeby był dobry dla Inki, bo jest to jej ostatnia prośba do niego. Pan Kazio spytał wtedy, co z pieniędzmi, a dowiedziawszy się, że wszystko zapisała Ince, zaklął brzydko i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. To spowodowało ostatni już atak. Zadzwoniłam do pracy do Inki. Przyjechała na kilka minut przed śmiercią pani Aleksandry. Jeszcze zdążyły się, pożegnać. I to był koniec. — Czy rozmawiała pani na ten temat z Kingą Sosnkowską? — zapytał Czerwiński. — Tak, jeden raz. Powtórzyłam jej rozmowę z panią Aleksandrą. Podziękowała mi bardzo i powiedziała, że teraz to dopiero będzie hałas. Ale nic takiego nie było, pan Kazio nawet jej kwiatki przynosił. Sama widziałam. — Pani Aleksandrą zmarła w czerwcu ubiegłego roku. Czy pani Kinga korzystała w tym czasie z pieniędzy, które jej zostawiła teściowa? — Ja tam cudzych pieniędzy nie liczę, ale wydaje mi się, że nie. Co najwyżej sprzedała coś z biżuterii. 71

— Jaka to była biżuteria? — Nie wiem. — Nigdy jej pani nie widziała? — Nie, proszę pana, tylko jakieś drobiazgi, a wiem, że było jej dużo. — A gdzie panie Sosnkowskie ją trzymały? — Pan już mnie o to pytał, ja nie wiem. — Czy pani widziała testament? — Nie, pani Aleksandra powiedziała mi tylko, że Inka wie, gdzie on jest. — Mówiła nam pani, że krytycznego dnia, to znaczy dwudziestego piątego lipca, kiedy pani weszła pożyczyć froterkę, w pokoju pani Sosnkowskiej siedziała kobieta. Czy pani by ją poznała? — Tak. — Proszę. Tu ma pani kilka zdjęć — Czerwiński podał Stańczakowej odbitki. — Czy na którymś z nich jest ta pani? Stańczakowa wzięła do ręki fotografie. Z uwagą zaczęła je przeglądać. Na każdej zatrzymywała wzrok po kilkanaście sekund. Odłożyła cztery. — Tę fotografię to mógłby mi pan dać na pamiątkę. Inusia tu jak żywa. — Dobrze, otrzyma pani, ale po zakończeniu śledztwa — powiedział Czerwiński. — No i jak, znalazła pani gdzieś tę kobietę? — Zaraz, jeszcze nie wszystkie zdjęcia obejrzałam. Czerwińsku Kłosowski śledzili drgnięcia jej twarzy. — O jest, to ta, proszę panów. Zmieniła ubranie. Tu jest w kostiumie, ale to z całą pewnością ta sama kobieta. O, nawet ma tę samą torebkę. — Jak pani sądzi — Czerwiński zawiesił głos — kto mógł otruć Kingę Sosnkowską? 72

Stańczakowa podniosła na niego swoje spokojne, niebieskie, teraz lekko zaczerwienione oczy — Co ja myślę? - Stańczakowa popatrzyła na nich uważnie. — Mówieniem tego, co się myśli, a czego się nie wie na pewno, można, proszę panów kogoś skrzywdzić. — My nikogo, proszę pani, nie chcemy i nie będziemy krzywdzić — powiedział spokojnie Czerwiński. Stańczakowa przyglądała im się przez dłuższą chwilę. — Nie wiem, kto ją otruł — powiedziała cicho — ale to nie był mąż dla niej, to chciwiec i prostak Gdyby pani Aleksandra nie zostawiła jej wszystkiego, pewnie żyłaby do dnia dzisiejszego. Jej oczy napełniły się znowu łzami. Powoli osuszyła je chusteczką. — Dziękujemy pani. Czerwiński wstał z krzesła i podszedł do kredensu. — Jakie piękne filiżanki! — To prezent od pani Aleksandry, dała mi je na imieniny dwa lata temu. Wiedziała, że lubię dobrą i mocną herbatę. — Jeszcze raz pani dziękujemy. Stańczakowa odprowadziła ich do drzwi. — Do widzenia pani. — Do widzenia panom. Oparli się o poręcz schodów na klatce schodowej i zapalili. — Miła staruszka, co? — A tak, bardzo. Jak następnym razem do niej pójdę, to włożę ciemne okulary. — Co racja, to racja. Co teraz? — Idziemy do Sosnkowskiego, trzeba poszukać tej Biblii. 73

— Zezwolenie prokuratora masz? — Nie, ale myślę, że ty to szybko załatwisz. Ładuj się do wozu, za pół godziny powinieneś być z powrotem. Ja przez ten czas pogadam sobie z tym big-bitowcem. Zatrzymał się przed drzwiami z tabliczką K.K. Sosnkowscy. W kilka sekund po naciśnięciu dzwonka drzwi otworzyły się. Stał w nich Sosnkowski. Miał na sobie nienagannie skrojone czarne ubranie, może zbyt awangardowe, jak na wiek jego właściciela, ale ponieważ było ciemne, nie raziło ekstrawagancją. Niedbale zawiązany czarny krawat sprawiał zupełnie naturalne wrażenie. Czerwiński zdawał sobie sprawę, że mimo poprawnego wyglądu Sosnkowski czuje się nieswojo. — Proszę bardzo, czekałem na pana. Dzwoniłem do komendy, gdzie poinformowano mnie, że pan wyjechał tutaj. Chciałem panu wyrazić moje serdeczne podziękowanie za tak wielką troskliwość, jeśli chodzi o mnie i mój dom. — Mimo usilnych starań nie rozumiem pana — odpowiedział Czerwiński. — Ach, nie rozumie mnie pan. Proszę, niech więc pan zobaczy — to mówiąc otwierał wszystkie drzwi z przedpokoju. W każdym z pokoi panował nieopisany bałagan. W kuchni ktoś wysypał na podłogę cukier, mąkę i inne tego typu wiktuały. Posadzkę i stół pokrywała gruba warstwa białego pyłu. W łazience to samo stało się z proszkiem do prania. — Ja rozumiem, że panowie mają swoiste metody pracy — powiedział z oburzeniem Sosnkowski — ale moglibyście uszanować chociaż taki dzień jak ten. Dzień pogrzebu mojej żony, która zginęła tylko dzięki waszej nieudolności. Pytam, gdzie była milicja wtedy, kiedy mordowano moją żonę? Niech mi pan wreszcie powie, czego tak uparcie szukacie 74

w moim domu? Sam wam dam! Wracam wezwany waszym telefonem. Spotyka mnie ogromne nieszczęście. Dowiaduję się, że moja żona nie żyje. Przychodzę skłopotany do domu i co zastaję? To samo, co w tej chwili. Ale wtedy byłem skłonny to zrozumieć. Natomiast dzisiaj uważam, że to jest bezprawie. Po to, żeby dokonać rewizji, należy mieć nakaz prokuratora i dokonać jej w obecności osoby zainteresowanej. — Niech pan wreszcie przestanie wrzeszczeć i biegać po mieszkaniu — powiedział Czerwiński bardzo spokojnym głosem — nikt panu nie robił w mieszkaniu rewizji. W każdym razie nie milicja. Sosnkowski przystanął zdumiony. — Rozumiem pańskie zdenerwowanie. — Sam na pana miejscu bym się wściekł, chcę tylko raz jeszcze wyjaśnić panu, że ani przed pana powrotem do domu, ani teraz nie przeprowadzaliśmy rewizji. Nie przeczę, po ustaleniu adresu pańskiej żony, byliśmy tu, ale zastaliśmy to samo, co w tej chwili. Chciałbym, żeby mi pan powiedział, czego złodzieje i mordercy pańskiej żony szukają u pana? — Nie wiem. — Czy zginęło coś z mieszkania podczas tych, nazwijmy, odwiedzin? — Nie wiem, jak dzisiaj, wtedy nic nie zginęło. — Przechowuje pan w domu jakąś biżuterię, pieniądze? — Już zdaje się panu mówiłem, że nic takiego nie posiadam. — Czy wobec tego nie dziwią pana te poszukiwania? — Myślałem, że to panowie składają mi te wyszukane wizyty. — Zdaje się, że rozczarowałem pana, wyprowadzając go z błędu? 75

— Poniekąd. W każdym razie chciałbym wiedzieć, co to wszystko ma znaczyć? — Cieszę się, że mamy w tej chwili jednakowe zainteresowania. Rozległ się dzwonek. Sosnkowski podszedł do drzwi i powitał w nich porucznika Kłosowskiego. — Witam pana — Sosnkowski zgiął się w przesadnym ukłonie — widzę, że przybywają posiłki. — W samej rzeczy. Proszę, Bogdan, przyniosłem ci to, o co prosiłeś — to mówiąc Kłosowski podał Czerwińskiemu złożoną kartkę. — Dziękuję, Wojtku. Pan Sosnkowski pokazał mi właśnie swoje mieszkanie, w którym miał znowu nieznanych sobie gości. — To ciekawe. Czy można rzucić okiem? — Proszę bardzo — Sosnkowski teatralnym gestem zaprosił go do pokoju. Kłosowski zatrzymał się w drzwiach, uważnie zlustrował wnętrze, pokiwał głową. — Czy był pan łaskaw zrobić porządek po poprzedniej wizycie? — A jak pan sobie to wyobraża? — Ja, proszę pana, nic sobie nie wyobrażam, ja po prostu pytam. — Więc ja odpowiadam panu również po prostu, mieszkanie było dokładnie sprzątnięte. Stali, nie ruszając się z miejsca. — A panowie to dzisiaj z dłuższą wizytą? — zapytał Sosnkowski, patrząc wymownie na drzwi. — My, korzystając z okazji, jeszcze sobie porozmawiamy — odpowiedział Kłosowski. — I mam nadzieję, że nie w przedpokoju. — Uważam, że w takim dniu, jak dzisiejszy, mogliby 76

panowie uszanować mój smutek i nie rozdrapywać tej świeżej jeszcze rany. Ale cóż panowie mogą wiedzieć o czymś takim, jak czyjś ból. Proszę — wskazał ręką drzwi do dużego pokoju. Czerwiński rozejrzał się po nim dokładnie. Dużo było w nim książek, albumów. Całą ścianę wypełniał regał całkowicie zajęty przez encyklopedie, słowniki, atlasy. Niektóre wydania miały wartość muzealną. Dużą część tego zbioru stanowiła literatura poświęcona pierwszej i drugiej wojnie światowej. Ściany zdobiły obrazy, Kilka portretów Axentowicza. Dwa obrazy Malczewskiego i jeden Kossak. Czerwiński wiele razy oglądał ich reprodukcje. Meble, zniszczone ponad wszelką miarę, były rzeczywiście piękne. Sosnkowski przyglądał im się, jak wydawało się Czerwińskiemu, nieco ironicznie. — To oryginały, panowie — powiedział uroczyście. — Zdajemy sobie z tego sprawę — odpowiedział Kłosowski. — A czy to też oryginał? — zapytał, wskazując na puszkę po kawie marago zastępującą zakończenie nogi przy pięknym mahoniowym stole. — Tak, oczywiście — Sosnkowski nie zmieszał się — to oryginalne opakowanie po marago. — Przypuszczam, że równie cenne, jak wszystko pozostałe? — nie dawał za wygraną Kłosowski. — Ma pan rację, ale chyba nie w tym celu panowie przyszli, żeby zachwycać się moimi antykami. — I owszem, gdzie można usiąść? — A na stojąco nie można? — Można — Czerwiński powoli dochodził do temperatury wrzenia. — Proszę nam powiedzieć, jakim majątkiem dysponowała pańska matka? — Moja matka dysponowała jedynie rentą w wysokości ośmiuset pięćdziesięciu złotych polskich, co możecie 77

panowie łatwo sprawdzić. To nie przekracza kompetencji panów. — Jaka biżuteria była własnością pana matki? — zapytał Czerwiński. Sosnkowski wzruszył ramionami. — Biżuteria? Nie sądzę, aby moja matka posiadała takową. — Musiał pan być wyjątkowo kochającym synem — powiedział Czerwiński — skoro nie wie pan nic o swojej matce. — Przepraszam, czy panowie wyjaśniają okoliczności związane ze śmiercią mojej matki czy mojej żony? — A myśli pan, że to ma jakiś związek? — podchwycił myśl Sosnkowskiego Kłosowski. — To, co ja myślę, jest moją sprawą. Panowie są powołani do wyjaśniania takich wątpliwości. — Miło nam się rozmawia, ale myślę, że będzie dobrze, gdy poinformuję pana, że jest pan w tej chwili przesłuchiwany w charakterze świadka — Czerwiński lekko skłonił się w jego stronę — i nim przystąpimy do rozmowy, proszę nam dać Biblię pańskiej matki... — O! To nowość. Milicja zaczyna się w końcu modlić? — Sosnkowski był wyraźnie ucieszony. — Przykro mi, że nie dopełnię chrześcijańskiego obowiązku i nie wręczę panom słowa bożego;, ale Biblia mojej matki jest dla mnie świętością i z tego domu nigdzie nie zostanie wyniesiona — zakończył stanowczo. — Myli się pan, my tę Biblię weźmiemy bez względu na to, czy to się panu podoba, czy też nie. — Ciekawy jestem, w jaki sposób? — Tutaj oto mamy nakaz prokuratora na przeprowadzenie w pana mieszkaniu rewizji. Przeprowadzimy ją zatem, 78

proszę pana, i mam nadzieję, że dobrowolnie zdeponuje pan u nas tę cenną pamiątkę po matce. Sosnkowski dokładnie obejrzał dokument. — Tak, mogą panowie przeprowadzić rewizję, proszę bardzo. Przy okazji popatrzę sobie na pracujących milicjantów. — Zatarł ręce z radości. — Mimo wszystko to widok nie spotykany tak często, jak zwykły śmiertelnik by sobie tego życzył. Czerwiński postanowił nie dać się sprowokować. — Wojtek, pędź po dozorcę, przepraszam, gospodarza domu i po jakiegoś sąsiada. Po wyjściu Kłosowskiego Czerwiński zastanawiał się, gdzie może być Biblia i czy w ogóle jeszcze jest w tym domu. Sosnkowski z zainteresowaniem oglądał paznokcie. — Kiedy pan się widział po raz ostatni z siostrą? — zagadnął Czerwiński milczącego gospodarza. — Kilka godzin temu, na pogrzebie mojej żony. — Pan myśli o swojej siostrze Krystynie, mnie jednak interesuje druga pana siostra, pani Helena. — Skoro pan tak wiele wie o mojej rodzinie, powinien pan wiedzieć i to, że Helena mieszka w Brazylii. Z konieczności więc musi ograniczać swoje wizyty u mnie. Dzwonek oznajmił ponowne przybycie porucznika Kłosowskiego z gospodarzem domu i Stańczakową, jako świadkami mającej się odbyć rewizji. Sierżant Grygo siedział w pokoju kapitana Czerwińskiego i bardzo niechętnie spoglądał na zegarek, który wskazywał już siedem minut po dwudziestej pierwszej... Wszedł porucznik Kłosowski. 79

— Nastawiłem wodę na kawę, napijesz się? — Czy poza zaparzaniem kawy od czasu do czasu robisz coś innego? Romek popatrzył przez okno w zadumie. — Owszem. Od czasu do czasu rozwiązuję krzyżówki... — To nawet dobrze się składa. Szef ma dla ciebie coś bardzo zbliżonego do twoich zainteresowań. Pochodzisz za Sosnkowskim... — Skoro ja dostałem takie polecenie, znaczy, że ozdoba naszej komendy, niejaki Kłosowski, jest do bani... — Kto wie, może masz i rację... Daj no łyk kawy i dla szefa też zrób. Jest nieprawdopodobnie wściekły — Powiedziałbym, że to stan chroniczny. — Prawie tak samo, jak u ciebie wyjątkowa wręcz skromność. — A ty co? Potrącony przez wariata? — Rany boskie! Ale z ciebie aparat! — Aparat? Nie kojarzę, stary. Do czego? — Do śmiechu. — O, ty masz dziś swój inteligentny dzień. — Prawda? Tylko, że ja mam inteligentne dni zawsze, podczas gdy o tobie nie można tego powiedzieć. — Więc niby dlaczego ja jestem ten aparat? — Idź do wróżki, to ci powie. — A ty nie mógłbyś mi powiedzieć, co ciebie dzisiaj ugryzło? — To też by ci powiedziała wróżka, ale ponieważ jesteś dobrym kolegą, to ci powiem. Byłem z szefem u Sosnkowskiego i, krótko mówiąc, rzuca mną potworna cholera. To wprost niespotykany wariat. — Czyli miałem rację! 80

— W czym? — W tym, że cię wariat potrącił. A to... co jest? Podszedł do biurka, na którym porucznik Kłosowski położył Biblię. Wziął ją do rąk i zaczął przeglądać kartka po kartce. — O wiele rzeczy mogłem cię, stary, podejrzewać, ale o to, że będziesz z Biblią do pracy przychodził... — Zrób mi tę przyjemność i zmień temat. No, gdzie masz kawę? — Zaraz będzie, tylko powiedz mi, do czego ci potrzebna ta święta księga? — Po to, żeby przy jej pomocy dokładnie ci wytłumaczyć, że ciekawość — to pierwszy stopień do piekła. — Jak na kolegę, to nawet jesteś sympatyczny — Romek w dalszym ciągu przeglądał księgę, która przeżyła, sądząc na oko, kilka pokoleń. — Kupiłeś? — Nie. Zabraliśmy z szefem od Sosnkowskiego. Trzeba ją przesłać do laboratorium. Powinna zawierać coś dla nas interesującego. Biblia była własnością matki pana Kazia. Romek podszedł do małego stolika i po chwili pokój wypełnił się aromatem kawy. Nalał do trzech szklanek. Jedną podał Kłosowskiemu, drugą postawił na parapecie okna i długo mieszał cukier, patrząc na ulicę wypełnioną o tej porze tłumem ludzi. — Mam więc wziąć pod opiekę Sosnkowskiego? — Od zaraz. — Popatrz na ten obrazek. — Romek trzymał w ręku wyjęty przed chwilą z Biblii obrazek przedstawiający Madonnę, wykonany z bardzo miękkiego papieru, który pod dotknięciem palców rozdwajał się. — Pokaż mi toi Sierżant Grygo podniósł głowę. Za nim stał kapitan 81

Czerwiński. Położył ostrożnie obrazek ma biurku. — Popatrzcie, chłopcy, tu jest coś napisane — Czerwiński wskazał końcem długopisu na margines. — To można przeczytać nawet bez pomocy tych z laboratorium — Romek pochylił się nisko. — O, proszę, tu zupełnie wyraźnie napisane „Inusi wszystko, co posiadam, oddaję... Pieniądze... zaraz, tu chyba jest „złożone”. — Tak — porucznik Kłosowski śledził kolejno wszystkie litery — tak, popatrz Bogdan... Romek dobrze odczytał, przez lupę widać doskonale: „pieniądze złożone w banku”... o cholera, tu zamazane... — Może i mnie dopuścilibyście wreszcie do tego? — Czerwiński odsunął tekturowe teczki, wyjął z rąk Kłosowskiego lupę i wpatrzył się w maleńki kartonik leżący przed nim na białej kartce papieru maszynowego. — Rzeczywiście dwa słowa zamazane, ale co tu mamy dalej? „...białe lub liliowe dzwonki i dzień pani z obrazka”. Nic z tego nie rozumiem... Czekaj, Romek, nie pchaj się... tu jeszcze coś jest... — Szefie — to przecież wyraźnie... O, niech pan kapitan popatrzy... To bardzo dziwne... Jak się patrzy z tej strony, to nic nie widać... — Bogdan, spójrz... — Przestańcie się wreszcie wydzierać! Widzę i słyszę. Z tej strony rzeczywiście nie widać nic, bo przecież światło pada. Romek! Nie ruszaj tego, to jest bardzo ważne! Starsza pani Sosnkowska miała dobry pomysł... No, ale odczytajmy do końca... „Biżuteria u Alinki, wszystko to synowej mojej darowuję”... znowu kilka liter zamazanych... o, jeszcze to... „po mojej śmierci. Matka” — To bardzo ciekawe. — A swoją drogą oryginalna forma pisania testamentu. 82

Porucznik Kłosowski kończył zapisywanie na kartce tekstu odczytanego przed chwilą z obrazka. — Chyba jej nie chodziło o oryginalność, tylko o świadomość, że w ten sposób jej wola zostanie spełniona — powiedział Czerwiński. — Podejrzewam, że gdyby sporządziła notarialny zapis, jej ukochane dziatki postarałyby się o to, aby nawet jedna dziesiąta, co ja mówię, jedna setna, nie przypadła w udziale Kindze Sosnkowskiej. Nie wiem, dlaczego, ale mam ciągle wrażenie, że oglądam stary i bardzo kiepski film. — Czerwiński zapalił kolejnego papierosa. — Jak myślicie, dlaczego Sosnkowski kłamie, mówiąc, że jego matka nie dysponowała żadnym majątkiem? — Są tylko dwie możliwości. Albo wydaje mu się, że nigdy nie dojdziemy do tego, że sprzątnął swoją żonę z tej właśnie przyczyny, albo mu całkiem zwyczajnie wstyd. — O ile rozumiem drugą ewentualność, o tyle zupełnie nie wiem, co chciałeś powiedzieć w pierwszej części swojego wystąpienia. — Romek Grygo patrzył na Kłosowskiego z zainteresowaniem. — No, lotny to ty nigdy nie byłeś. To jasne. Wiedział, że matka zapisała cały majątek jego żonie, która, nawiasem mówiąc, wystawiła go do wiatru, w czym miała zupełną rację. Wobec czego sprzątnął żonę, a dalej wszystko tłumaczy się samo. Kinga Sosnkowska nie żyje. Dzieci ani żadnych krewnych ni« miała. Wobec czego dziedziczy mąż. — A skąd wiesz, czy Kinga nie zostawiła na przykład testamentu? — Romek pytając spojrzał niewinnie na Kłosowskiego. — Coś ty powiedział? — Czerwiński podniósł się zza biurka. 83

— Pytałem, skąd Wojtek wie, czy nieżyjąca Kinga Sosnkowska nie zostawiła testamentu na przykład pani Niewczas albo panu Niewiadomskiemu? — Wariat! Kłosowski ostentacyjnie odwrócił się od Romka. — Myślę, że w tym, co powiedział Romek, jest dużo racji. Może przez chwilę przestaniecie mówić sobie miłe rzeczy i zastanowimy się wspólnie, kto i czego szukał w mieszkaniu Sosnkowskich. — Jeśli Romek ma rację, to prawdopodobnie tego właśnie testamentu. — Kłosowski skłonił głowę przed Romkiem. — On czasem jednak myśli. — Albo testamentu jej teściowej — powiedział cicho Czerwiński prawie do siebie. — A może biżuterii? — My nic, tylko ciągle może i może. Trzeba wezwać Sosnkowskiego i skłonić go, aby powiedział nam dokładnie i ze szczegółami, jak przedstawiał się stan majątkowy jego matki. — Niepoprawny optymista — Czerwiński pokiwał głową. — Do roboty, chłopcy. Romek bierze na siebie inwigilację Sosnkowskiego, a ty, Wojtku, pędź do szyfrantów z tym obrazkiem. I nie muszę dodawać, że wynik ma być na przedwczoraj. Kapitan Czerwiński siedział w swoim pokoju w komendzie i raz jeszcze wertował akta sprawy śmierci Kingi Sosnkowskiej. Na jego twarzy widać było ślady zmęczenia. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta. Już wstał od biurka, aby się udać do stołówki na obiad, kiedy zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę. — Szefie! — meldował sierżant Grygo — Sosnkowski znajduje się w tej chwili na Bielanach w willi przy ulicy 84

Karskiej piętnaście. Jej właścicielką jest Bożena Piotrowska. Wynajmuje pokoje na prywatne kwatery, przeważnie gościom zagranicznym. Jeden z pokoi zajmuje Helena Bargowska, obywatelka Brazylii. Jest to poszukiwana przez nas kobieta ze zdjęcia zrobionego w teatrze. — Jakich mieszkańców poza nią ma willa? — Nikt inny poza Bargowską w tej chwili tam nie mieszka. Bargowska odnajmuje dwa pokoje. — Od jak dawna Sosnkowski znajduje się tam? — Od czterdziestu minut. — Pilnujcie tego domu, zaraz tam będę, Gdyby przed moim przybyciem Sosnkowski wyszedł z willi, poślijcie za nim Skórzewskiego. Ty pilnuj Bargowskiej. — Szefie. Jeszcze jedno. To chyba ważne. Bargowska jest siostrą Sosnkowskiego. Sprawdzone. Czerwiński cicho zagwizdał. — No, stary, spisałeś się na duży medal. Pilnuj ich, już tam jadę! Popielata warszawa pędziła z dużą szybkością w stronę Bielan. Po kilku minutach Czerwiński wysiadł przed willą przy ulicy Karskiej i nacisnął dzwonek przy furtce. Chwilę poczekał. Przed dom wyszła młoda dziewczyna. — Pan do kogo? — spytała nie otwierając furtki. — Do pani Bargowskiej. — Czy jest pan umówiony? — Nie, ale przypuszczam, że pani Bargowska mnie przyjmie. Proszę mnie do niej zaprowadzić. — Jest teraz zajęta. — Wiem, jest u niej jej brat, pan Kazimierz Sosnkowski. Jego przy okazji też chętnie zobaczę. — Ale pani Bargowska prosiła, żeby nikogo do niej teraz nie wpuszczać. 85

— Widocznie chce spokojnie porozmawiać z bratem. Ale pani nie pozwoli mi przecież stać na dworze, tylko poprosi do środka. Taka ładna dziewczyna, jak pani, nie będzie mnie trzymać pod furtką. Pani oczy zapraszają mnie. Kiedy wypowiadał te słowa, przeszedł obok niego sierżant Grygo. Czerwiński wiedział, że najdalej za godzinę cała komenda będzie trzęsła się z radości, że Czerwiński zaczyna się zabawiać na służbie uwodzeniem pomocy domowych, ale to nie było w tej chwili istotne. Najważniejsze, że dziewczyna już otwierała furtkę i prowadziła go do domu. — Proszę, tu zechce pan poczekać. — A pani? — Ja muszę iść do kuchni, mam tam robotę. — Chwileczkę, robota nie zając, nie ucieknie. Proszę tu ze mną posiedzieć. — Kiedy ja nie wiem... czy wypada... — Oczywiście, że wypada. Proszę mi powiedzieć, czy dobrze się pani tu pracuje. — Ot, tak sobie. Gdzie indziej miałabym na pewno lepiej. Ale tu dużo zagranicznych przebywa... pan rozumie... — Tak, rozumiem. A pani Bargowska dawno tu mieszka? — Miesiąc może, a może mniej... Nie pamiętam. A dlaczego pan pyta? — Bo ten pan, Marysiu, to jest normalna glina, czyli milicjant, i już z nawyku zawodowego interesuje go wszystko, co dotyczy innych ludzi. — Zwłaszcza pana, panie Sosnkowski. Ostatnio żyć bez pana nie mogę. — Ma pan z pewnością bardzo wiele pracy w związku z tym, proszę, niech pan siada — poprowadził Czerwińskiego 86

w stronę stolika otoczonego niskimi fotelami. — Dziękuję. Ma pan rację. Ostatnio mam bardzo dużo pracy. — Tym bardziej się dziwię, że pan tak uparcie dąży moim śladem. — Mam ku temu dość istotny powód. Słyszałem, że pan zna panią Helenę Bargowską. — Helenę Bargowską? Znam, owszem. Czy to przestępstwo? — To pana siostra? Sosnkowski zmieszał się. — Tak, właśnie przyjechała. Dowiedziała się o nieszczęściu, jakie mnie spotkało i.... — Chyba ma siostrę bliźniaczkę? — Skądże! — No to jak mi pan wytłumaczy fakt, że panią Bargowską widziano w Warszawie już miesiąc temu? — To zupełny nonsens. — Nie taki zupełny.. Pani Bargowską przebywa w Warszawie ponad miesiąc. Mamy na to dowody i świadków. Rozmawiała z pana żoną, w dniu jej śmierci dwa razy. Raz w domu, a potem podczas przerwy w Teatrze Wielkim. Po tej rozmowie żona pana zakończyła życie. No, ale dość tych wyjaśnień dla pana, teraz muszę porozmawiać z panią Bargowską. Aha, i jeszcze jedno. Czekam na pana w komendzie jutro o dziesiątej. — Cóż to się stało takiego, że jesteś zaproszony do komendy? Obydwaj odwrócili głowy. Do pokoju weszła szczupła; wysoka kobieta, którą Czerwiński poznał od razu. W rzeczywistości była bardziej interesująca niż na fotografii. Trzymała się świetnie, była zadbana i niezwykle elegancka. 87

— Nic takiego, proszę pani, muszę tylko zadać pani bratu kilka pytań. Twarz Bargowskiej zadrgała leciutko. — Mojemu bratu? — Tak. Czy pani Helena Bargowska? — Tak. — Bardzo mi miło. Bogdan Czerwiński, oficer Milicji Obywatelskiej. Prowadzę dochodzenie w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej. Jeśli to możliwe, panią również chciałbym prosić o chwilę rozmowy. — Oczywiście. Bardzo chętnie. Nawet chciałam się z panem porozumieć w tej sprawie, ale nie znając waszych przepisów, nie wiedziałam, czy można. — Bez względu na obowiązujące przepisy z milicją zawsze można się porozumiewać. Czerwiński zauważył kątem oka, że rodzeństwo wymienia między sobą jakieś znaki porozumiewawcze. Odwrócił głowę w stronę Sosnkowskiego. — Ja też mam rodzeństwo i w podobny sposób porozumiewałem się z nim w trudnych chwilach dzieciństwa, ale dawno już z tego wyrosłem. Sosnkowski zapalił papierosa. Bargowska usiadła w fotelu naprzeciw niego. — Przyjemnie jednak czasem znów być dzieckiem. Kiedy więc chce pan ze mną porozmawiać? Podniosła rękę do włosów. Na wskazującym palcu lśnił pierścień z rubinem. Identyczny jak ten, który spoczywał w kasie pancernej w pokoju Czerwińskiego w komendzie. — Poproszę panią w takim razie jutro na godzinę dziewiątą. — Doskonale. Cieszę się, że będę mogła porozmawiać z panem. 88

Gdy Czerwiński zapalał Ewie Niewczas papierosa, ich oczy spotkały się na moment nad płomykiem zapałki. Nie zdradzały jednak żadnych uczuć. — Bardzo się cieszę, że znalazł pan chwilę czasu na rozmowę ze mną. Chciałam zobaczyć się z panem. Pana podwładni, delikatnie mówiąc, nie są taktowni... Czerwiński siedział w fotelu w pokoju Ewy Niewczas, małym i przytulnym, wypełnionym kwiatami i zapachami lata. Była godzina dwudziesta z minutami i właściwie powinien już od dawna być w domu. A siedział tutaj i z niekłamanym zachwytem patrzył na ubraną w czarne spodnie i błękitną bluzkę Ewę, która czyniła honory pani domu spokojnie i z wdziękiem. — Przepraszam panią za sierżanta Grygo. Jest jeszcze bardzo młody. Proszę mu wybaczyć. — Wybaczam. Oczywiście. To w końcu przecież drobiazg. A jeżeli pan pozwoli, podam lampkę koniaku. Po ciężkiej i wytężonej pracy kilka łyków alkoholu bardzo dobrze robi. Kieliszek do poduszki jest niezastąpiony... Czerwiński nie protestował. Z przyjemnością patrzył na krzątającą się Ewę. Już po chwili stała przednim szklana bombka wypełniona bursztynowym płynem. Na maleńkich talerzykach leżały misternie ułożone ciasteczka, migdały i orzeszki ziemne. Ewa podniosła kieliszek. — Za pana pomyślność. — Dziękuję. Czerwiński wypił łyk. Koniak był dobry i smakował mu. — Przykro mi, że pani, chcąc się ze mną widzieć, czekała tak długo. Czy może mi pani powiedzieć, o co chodzi? 89

— O pierścionek, rzecz jasna. Starałam się możliwie jasno wytłumaczyć młodemu człowiekowi, który niemal ściągnął mi go z palca, że jest własnością, a raczej był własnością Kingi. Chciałam pana prosić o to, żeby został oddany jej mężowi albo raczej Łukaszowi Niewiadomskiemu. — Skąd wziął się u pani ten pierścień? — O ile pamiętam, to mówiłam już panu, że pożyczałyśmy sobie wiele drobiazgów. Inka nie lubiła biżuterii i chętnie mi pożyczała różne świecidełka. — Rozumiem. Proszę mi powiedzieć, skąd pani przyjaciółka miała tę biżuterię? — Trudno chyba nazwać biżuterią tych kilka drobiazgów, jakie miała Inka, ale jeśli o nie panu chodzi, to dostała je od teściowej. — Co składało się na te drobiazgi? — A wie pan, że trudno mi odpowiedzieć. Zaraz... tak... znany panu pierścionek z rubinem, chyba dwa albo trzy mniejsze, jakaś broszka i chyba trzy bransoletki. — Jaką miały wartość? — Pojęcia nie mam. — Gdzie pani Sosnkowska przechowywała te drobiazgi? — Na pewno nie w kasie pancernej. — A gdzie? — Nie wiem, chyba gdzieś w domu, w szufladzie sekretery. — Pani była najbliższą przyjaciółką zmarłej, pożyczały panie sobie różne drobiazgi i nie wie pani, gdzie one były przechowywane? — Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. — Kto to jest Alinka? — Alinka? — Tak. 90

Ewa zagryzła wargę. — Alinka... Słyszałam gdzieś to imię. — Upiła łyk koniaku. — Tak, to z pewnością była gosposia, a właściwie niania Kazika. — Jest zatrudniona u Sosnkowskich? — Nie, panie kapitanie. Była. Od czterech miesięcy nie żyje. Czerwiński miał ochotę zakląć. Wszystko w tej sprawie rwało mu się w rękach. Ewa patrzyła na niego znad kieliszka spokojnymi oczami. Podobały mu się bardzo. Żałował, że nie może mówić o nich. — Innej Alinki pani nie znała? — Owszem. Mam kilka uczennic o tym imieniu. — Znała pani Helenę Bargowską? — Nie sądzę. Czy to oficjalne przesłuchanie? — Nie, proszę pani, przyjacielska pogawędka, więc zna pani Bargowską? — Już odpowiedziałam, ale skoro jest pan u mnie z przyjacielską wizytą, proszę, zmieńmy na chwilę temat. Czy tak przystojnego i interesującego mężczyzny jak pan nie zuboża pański zawód? Poczuł się mile zaskoczony. Nikt nigdy nie prawił mu komplementów. Teraz stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że to bardzo miłe. — Pani jest bardzo sympatyczna. Ja jednak ogromnie lubię swój zawód. — Czy odpowiedział pan tak tylko dlatego, że panu inaczej nie wypada? — Nie, proszę miłej pani. Przecież gdyby nie mój właśnie zawód, nie miałbym okazji poznać pani. — Po raz pierwszy milicjant powiedział mi coś miłego. — Milicjant może pani powiedzieć jeszcze niejedną miłą rzecz. Na początek, że pani jest śliczna, ale to banał. 91

— W pana ustach przenigdy. Nie jest pan zwyczajnym milicjantem. — Oczywiście, że nie. Jestem nadzwyczajny. Siedzę sobie u pani przy bardzo dobrym koniaku. Usiłuję mówić pani miłe rzeczy, co mi się zresztą niezbyt udaje. Pani udaje, że w to wierzy, i w ogóle świetnie się bawimy. Tylko nie o to chodzi. — No, tak, zapomniałam, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. To silniejsze od pana. Więc słucham, uroczy Sherlocku Holmesie. Będę dalej odpowiadała na pańskie pytania. Tylko niech ich pan dużo zadaje. Mam ochotę patrzeć na pana. W końcu nie co dzień spotyka się mężczyznę w swoim typie. — Proszę sobie nie żartować. Ewa opuściła głowę. Kiedy ją podniosła, jej oczy były smutne. — Ja z pana nie żartuję. Mówię prawdę. Dlaczego miałabym kłamać? Pan mi się podoba. Odruchowo wciągnął brzuch. Patrzył na Ewę z coraz większym zainteresowaniem. — Jak pani powie mi jeszcze, że Cyganka pani mnie wywróżyła, to na pewno uwierzę. — Cyganka nie, ale dobra wróżka. Słucham, niech pan prowadzi swoje śledztwo. A może to samoobrona przed zazdrosną żoną? — Co mianowicie? — To ciągłe zadawanie pytań. Ale słucham. Będzie mi bardzo miło pomóc panu. Proszę nie patrzeć na mnie tak groźnie. Przepraszam — ironicznie. Już nie dodam ani jednego słowa nie na temat. Czerwiński patrzył jej prosto w oczy. Trudno zaprzeczyć, że podobała mu się. Bardzo chciał wierzyć w to, że on jej podoba się tak samo. Nie miał ochoty na zadawanie dalszych 92

pytań, a jeżeli już, to nie związanych ze sprawą śmierci Kingi. Był jednak, jak słusznie zauważyła Ewa, milicjantem, i to w dodatku na służbie, powrócił więc do interesującego go służbowo tematu. — Czy pani przyjaciółka miała tylko jeden pierścionek z rubinem? — Tak. Z całą pewnością. Dlaczego pan pyta o to? — Ot, tak sobie, z nawyku zadawania pytań. — To musi być nad wyraz pasjonujące. Czy wiadomo już, dlaczego zmarła moja przyjaciółka? — Teraz pani zadała pytanie. — Też z nawyku. Nauczycielskiego. — Jak to miło, że obydwoje mamy przynajmniej podobne, a może nawet jednakowe nawyki — Czerwiński nawet przez chwilę nie wierzył w to, co powiedział — jeśli jednak obydwoje będziemy pytać, nie będzie miał kto odpowiadać. Pozwoli więc pani, że ja będę pytał? — Pan wie, że panu pozwolę na wszystko. — To nie za dużo powiedziane? — Nie, znam wagę swoich słów. Słucham zatem pana. Chciałabym, chyba nie mniej niż pan, żeby przyczyna śmierci Inki została wyjaśniona. Nie miałam poza nią nikogo. Proszę, wypijmy za pomyślność pańskiej pracy. Wzięli kieliszki do rąk. Ewa zamknęła swój w dłoni, popatrzyła na jego dno, potem upiła łyk i postawiła kieliszek na stole. Czerwiński obserwował każde jej poruszenie. — Proszę mi powiedzieć, jakie były ulubione kwiaty pani przyjaciółki? — Konwalie. — A jakich używała perfum? — Chanel numer pięć. 93

— Czy nic pani nie mówią słowa „białe i liliowe dzwonki”? — Nie, ale to chyba jakieś polne kwiaty. Tak. Kinga bardzo je lubiła. Kiedy wyjeżdżała za miasto, zawsze przywoziła z sobą snop różnokolorowych kwiatów. — Skąd pani wie, że pytanie o białe lub liliowe dzwonki dotyczy Kingi? — Drogi panie kapitanie, o ile dobrze rozumiem pańskie intencje, nie odwiedził mnie pan z przyczyn czysto towarzyskich ani też po to, aby dowiedzieć się o moje ulubione kwiaty. Cały przecież czas mówimy o Kindze. Kogo więc może dotyczyć pańskie pytanie? A jeśli o mnie chodzi, to w pierwszych słowach listu donoszę, że moje ulubione kwiaty to bez i nasturcje. — Z pewnością nie zapomnę. Czerwiński odniósł wrażenie, że Ewa mimo pozorów spokoju jest bardzo zdenerwowana: Jej kieliszek był już pusty, a popielniczka pełna niedopałków. — Kim była dla pani przyjaciółki „pani z obrazka”? — Jest pan bardzo tajemniczy. Najpierw kolorowe dzwonki, potem pani z obrazka. Znów pana rozczaruję. Nie wiem. Kinga mi nigdy nie mówiła o żadnej pani z obrazka. — A pani zdaniem, kto to może być? — Pani z obrazka... dla dzieci bywa często wróżką z bajki... albo Babą Jagą... Dla wierzących może to być wizerunek świętego... Można snuć na ten temat tysiące różnych domysłów. — Czy Kinga Sosnkowska była wierząca? — Nie. Matka Kazika długo jej tego nie mogła wybaczyć... — Na koniec jednak wybaczyła. 94

— Tak. Doszła widocznie do wniosku, że i człowiek niewierzący może być bardzo wartościowy. — Czy teściowa, poza biżuterią, ofiarowała coś jeszcze pani przyjaciółce? — Nie sądzę. Gdyby tak było, Inka z całą pewnością powiedziałaby mi o tym. — No tak. A skąd w takim razie zmarła miała pieniądze na eleganckie stroje, drogie kosmetyki? — Czy pan jest żonaty? — Tak. — Niech pan wobec tego spyta żonę, skąd bierze pieniądze na to, żeby w domu było wszystko, co konieczne, i zostaje jej jeszcze na jakiś ciuch czy zagraniczny kosmetyk. — Jeśli o moją żonę chodzi, wiem, skąd na wszystko bierze pieniądze, natomiast pani nie odpowiedziała na moje pytanie. — Odpowiedź jest prosta. Inka była bardzo oszczędna. Dużo pracowała. Nie przypuszczam, żeby jej nagle z nieba spadły pieniądze. Gdyby je miała, z całą pewnością zaczęłaby je wydawać. Była przecież kobietą, i to piękną kobietą. — Tak, to logiczne, co pani mówi. Jednak dziwne wydaje się, że mając samych tylko przyjaciół i same zalety charakteru, w taki sposób zmarła, prawda, proszę pani? — Może to było samobójstwo? — Przecież pani sama nie wierzy w to, co mówi. — Po prostu myślę na głos. — Pomyślmy razem. Pani, jako jej najbliższa przyjaciółka, znała ją najlepiej. Czy pani Sosnkowska miała, aż tak wielkie kłopoty, że mogła odebrać sobie życie w tak oryginalny sposób? — Poważne kłopoty, to może za dużo powiedziane. Była bardzo przemęczona i wyczerpana nerwowo. Ostatnio 95

miała spore kłopoty ze spaniem. Brała jakieś proszki nasenne. Do lekarza, o ile wiem, nie poszła. Często wpadała w furię bez powodu. Mówiła też, że ma wszystkiego dosyć... Ale przecież wiele osób tak mówi. — A czym była tak bardzo wyczerpana, jak to pani określiła? — Domem. Kazimierz nie ułatwiał jej życia. Dochodziło między nimi coraz częściej do ostrej wymiany zdań. Czuła się czasami zagubiona. Mówiła wtedy, że „cała jest w skowronkach”. Poza tym bała się, że skomplikuje życie Łukaszowi. — W jaki sposób? — Nie wiem. — Dziękuję pani bardzo i przepraszam za kłopot. Gdyby pani przypomniała sobie coś istotnego, proszę o telefon. A o bzie i nasturcjach będę pamiętał. W komendzie, jak codziennie, był o ósmej rano. W kilka minut potem zadzwonił telefon. Inwigilujący Helenę Bargowską meldował z lotniska. Obserwowana przez niego osoba jest już po odprawie paszportowej i celnej. Udaje się do Paryża samolotem odlatującym zia dwadzieścia minut. Kłosowski, który wszedł do pokoju, widząc fioletową z wściekłości twarz Czerwińskiego, profilaktycznie wycofał się na korytarz. Nawet tu słychać było podniesiony głos kapitana. Potem nastąpiła chwila ciszy i drzwi wiodące do pokoju Czerwińskiego uchyliły się. Stał w nich kapitan. — Wojtek, bądź łaskaw do manie na chwilę — powiedział zupełnie cicho. — Nawet na całą wieczność, wodzu — Kłosowski odważnie przekroczył próg pokoju. — Słucham. 96

— Jestem idiotą — głos Czerwińskiego był cichy i wydawać by się mogło, ze spokojny, ale był to tylko pozór — jestem skończonym debilem... imbecylem. — Nie powiem, początek był obiecujący. Już dawno nic tak mile brzmiącego dla mojego ucha nie słyszałem. Tylko to zakończenie mi się nie podoba. Dlaczego? Co się stało? Mówisz ślicznie. Stary, włączam magnetofon i błagam, gotów jestem pocałować cię w rękę, ale powtórz to wszystko jeszcze raz. — Skończ. Raz jeden mógłbyś nie błaznować. Bardzo łatwo jest się wymądrzać. Stary, palnąłem piramidalne głupstwo. Nic równie idiotycznego nie wydarzyło mi się od początku mojej pracy. — Przestań się roztkliwiać nad sobą, łaskawco, i powiedz, do cholery, co takiego się stało. — Bargowska opuściła Polskę. Udała się do Paryża. — No. Gdyby to mnie przytrafił się taki numer... — Kazałem ją śledzić, a jakże, ale do łba mi nie przyszło, że ona może wyjechać. — Kto ją obserwował? — Nowak ze swoimi ludźmi. — Ci nie zawinili. — A czy ja mówię, że zawinili? Dobrze ich wykołowała. Wyszła z domu o szóstej trzydzieści, tylko z torebką w ręku. Weszła do kościoła. Po wyjściu stamtąd udała się na postój taksówek. Wsiadła w szarą warszawę i dojechała nią do ronda na Marszałkowskiej. Zeszła do podziemi, wyszła przed Metropol. Tam wsiadła w żółtego fiata sto dwadzieścia pięć p i udała się na Dworzec Główny. Wyszła na peron w momencie, kiedy przyjechał pośpieszny z Krakowa. Wydawało się, że czeka na kogoś. Ona jednak zmieszała się z ludźmi wychodzącymi z pociągu i z postoju taksówek 97

odjechała w kierunku lotniska. Nie miała ze sobą żadnych bagaży, nawet płaszcza czy parasolki, jedynie torebkę. To właśnie zmyliło Nowaka. Resztę znasz. — Z tego wynika, że jednak miała coś na sumieniu, a poza tym musiała domyślić się, że ją obserwujemy. — Wstąp po nakaz do prokuratury i jedź na Bielany. — O tym samym pomyślałem. Bogdan, czy nie wydaje ci się, że to właśnie ona postarała się o otrucie Sosnkowskiej? — Na to wygląda, jednak na wnioski jeszcze za wcześnie. Pięć po dziesiątej z biura przepustek zameldowano, że zgłosił się Kazimierz Sosnkowski Czerwiński polecił przyprowadzić go do swojego pokoju. Sosnkowski wyglądał dziś źle i staro. Dawno nie farbowane włosy miały kolor zielonoszary. Czarna, rozpięta koszula ukazywała pomarszczoną szyję starego człowieka. Twarz również pokryta była siatką zmarszczek. Pod prawym okiem lśniła tłusta plama nie wchłoniętego przez skórę kremu. Sosnkowski dbał o siebie. Musiało mu ogromnie zależeć na utrzymaniu młodego wyglądu, co w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat nie było sprawą łatwą. Czerwiński milczał. Przyglądał się uważnie siedzącemu naprzeciw mężczyźnie, który był wpatrzony w jakiś punkt za plecami Czerwińskiego Milczenie trwało. Przerwał je Sosnkowski. — Czy mogę zapalić? — Proszę. 98

— Może pan zapali giewonta? — Nie, dziękuję. Palę tylko zenity — Chciał pan ze mną rozmawiać... — A pan nie ma mi nic do powiedzenia? — Nie. Przecież to ogromne nieszczęście wydarzyło się podczas mojej nieobecności... i pan to wie. Trudno, będąc oddalonym od domu o kilkaset kilometrów wiedzieć, co się w nim dzieje. — Słusznie, panie Sosnkowski. Nikt od pana tego nie wymaga. Myślę w tej chwili o czymś zupełnie innym — Mianowicie? — Co się stało z majątkiem pańskiej matki. — Drogi panie, już to panu starałem się wytłumaczyć w możliwie najbardziej przystępny sposób. Odniosłem nawet wrażenie, że pan to zrozumiał. Powtarzam jeszcze raz, jedynym majątkiem, jakim dysponowała moja matka, była renta czy jak pan woli, emerytura Żyjemy obaj na realnym świecie, gdzie wiadomo, że z tego majątku odłożyć nie można — Słusznie, proszę pana Z emerytury nikt jeszcze majątku nie odłożył, lecz mnie znów nie o to chodzi Jakoś ciągle nie możemy się zrozumieć Może więc po kolei Co przechowywała u siebie pani Alinka? Sosnkowski zasłonił się dymem z papierosa Czerwiński odniósł wrażenie, że przez twarz jego rozmówcy przebiegł skurcz Niemniej usiłował zachować spokój — Alinka? Cóż mogła przechowywać Chyba tylko miłe wspomnienia ze swojej młodości — A poza wspomnieniami? — Może listy od narzeczonego? Nie wiem, nigdy z nią nie rozmawiałem na ten temat — Świetnie. Ogromnie mi się to podoba. Cenię sobie bardzo wysoko ludzi z poczuciem humoru choć nieraz mam 99

ochotę zaproponować im zamianę tegoż na powód do śmiechu. A przypuszczam, że taki powód znajdę dla pana. Będzie się pan cholernie śmiał. — A z czego? Można wiedzieć? — Owszem. Sądzę, panie Sosnkowski, że pańska siostra, Helena Bargowska, w porozumieniu z panem otruła pańską żonę. Powodem tego była chęć odebrania jej majątku, jaki otrzymała od pańskiej matki. Majątku, jaki między innymi stanowiła biżuteria przechowywana przez panią Alinkę. To pan wraz z siostrami był najbardziej zainteresowany w pozbyciu się żony. No, niech pan się śmieje. Pan przecież jest bardzo wesoły. Sosnkowski popatrzył mu prosto w oczy. — Musi mi pan to udowodnić. Mówić, drogi panie, można wszystko. — Postaram się, żeby zrobić panu przyjemność, choć nie mam pewności, czy będzie pan z tego zadowolony. — To się okaże. Proszę, zamieniam się w słuch. Do pokoju weszła sekretarka. Położyła przed Czerwińskim niebieską kopertę ze stemplem „ściśle tajne” i szybko zniknęła za drzwiami. Czerwiński, otwierając kopertę, zwrócił się do Sosnkowskiego. — Pozwoli pan, że przejrzę te papiery. — Proszę bardzo. Zapalili papierosy. Sosnkowski zdawał się być całkowicie pochłonięty studiowaniem mapy, która wisiała na ścianie, a Czerwiński wyjął z koperty złożoną kartkę papieru. Był to wynik badań grafologicznyćh obrazka i notatek na Biblii, wysłanych do laboratorium kryminalistyki. Dokładny tekst obrazka brzmiał: „Inusi wszystko, co posiadam, oddaję. Pieniądze złożone w banku O. Braina w Genewie na hasło, które znaczy to samo, co białe lub liliowe dzwon ki i dzień pani 100

z obrazka. Biżuteria u Alinki. Wszystko to synowej mojej, Kindze Sosnkowskiej, z własnej i nie przymuszonej woli oddaję, po mojej śmierci. Matka, Aleksandra Sosnkowska”. Zapis na kartkach Biblii mówił to samo. Wynika z tych zapisków, które bez wątpienia były prawomocnym testamentem, że sporządzono go w maju siedemdziesiątego drugiego roku, czyli na miesiąc przed śmiercią Aleksandry Sosnkowskiej. Czerwiński zastanawiał się, dlaczego ten dokument, mający moc prawną, został sporządzony w ten sposób. Przypuszczał, że Aleksandra Sosnkowska bała się spisania formalnego testamentu przez notariusza. Ale dlaczego? Tylko jedna odpowiedź przychodziła mu w tej chwili do głowy. Bała się syna. A prawdopodobnie i córki. Sosnkowski siedział zupełnie spokojny. Widać było, że panuje nad nerwami i jest prawie pewien siebie. — Na czym to przerwaliśmy naszą rozmowę? — Na tym, że ma mi pan udowodnić współudział w morderstwie mojej żony. — Kiedy i w jakim celu pana siostra przybyła do Polski? — Lena przyjechała w ubiegłym miesiącu. Przypuszczam, że przyjechała odwiedzić stary kraj i rodzinę. — To wzruszające. A dlaczego pan kłamał, kiedy kilka dni temu pytałem o panią Bargowską? — Cóż, człowiek jest wprawdzie istotą rozumną, ale omylną i słabą. Przepraszam, że wprowadziłem pana w błąd. Nie przypuszczałem jednak, że ta wiadomość może mieć dla pana jakieś znaczenie. — Czego pani Bargowską chciała od pańskiej żony? — Tego nie wiem. Ale sądzę, że dość często się zdarza, że siostry odwiedzają bratowe. 101

— I owszem. Tylko już bardzo rzadko bywa, że po takiej wizycie bratowa umiera. No, pobawiliśmy się w Wersal, a teraz możemy przystąpić do rzeczy. Czemu pani Bargowska nie była na pogrzebie bratowej, którą przecież przed śmiercią była łaskawa odwiedzić? — Trzeba ją było o to zapytać. — I owszem, spytamy. — Kiedy? Czerwiński spojrzał na zegarek. — Sądzę, że za kilka minut w Paryżu. Nasz pracownik leci na pokładzie tego samego samolotu, którym do stolicy świata udaje się siostra. Z zadowoleniem obserwował teraz Sosnkowskiego. Jego strzał okazał się chyba celny. Wściekłość wykrzywiła twarz Sosnkowskiego. Nie panował już nad nią. Ręce zaczynały mu drżeć. — Wtedy uzyska pan odpowiedź na swoje pytanie. — Mam nadzieję. Więc jak to z tym majątkiem po pańskiej matce? — Moja matka nic nie posiadała — krzyknął Sosnkowski. — Wydawało mi się, że jest pan dobrze wychowanym człowiekiem. Nie chciałbym zmieniać zdania. Proszę nie podnosić głosu. I może zmienimy dział literatury i przestanie mi pan opowiadać baśnie. Mam dowody i świadków na to, że najwygodniej było panu i pańskiej siostrze pozbyć się Kingi. To jej, a nie wam matka zapisała majątek. A ponieważ Kinga już wkrótce miała otrzymać rozwód i wyjść za mąż za Łukasza Niewiadomskiego, co was pozbawiłoby możliwości udziału w spadku, postanowiliście ją zamordować. — To nieprawda. — Sosnkowski zgasił dopiero co 102

zapalonego papierosa, a po chwili zapalił następnego. Ręce mu już nie drżały, one się autentycznie trzęsły. — Tu, w tej oto kopercie, mam testament pańskiej matki. Sosnkowski wyciągnął rękę w kierunku koperty. — Interesuje to pana? — To... to jest... Skąd pan to ma? — Odświeżył pan sobie pamięć? — To jest bezprawie. Ten dokument należy do mnie. — Na razie należy do mnie. Proszę się uspokoić. Sosnkowski uspokoił się nagle. — Co pan chce wiedzieć? Odpowiem na wszystkie pytania. Przepraszam, że nie zrobiłem tego wcześniej, ale proszę mnie zrozumieć. Śmierć mojej żony była dla mnie szokiem. — Dlaczego matka pana uczyniła spadkobierczynią pańską żonę? — Moja matka bardzo zdziwaczała podczas choroby, a Kinga to po prostu wykorzystała. O ile przed chorobą matki te dwie kobiety nie znosiły się wzajemnie, o tyle potem matka świata poza Kingą nie widziała. Przypuszczam, że matka, która nigdy mojej żony nie lubiła, osłabiona kolejnymi atakami, nie kontrolując siebie, uczyniła ten nierozważny krok. — Pan rozmawiał z matką na ten temat? — Oczywiście. Obiecała mi, że wszystko zmieni, no ale śmierć ją uprzedziła. — Sądzę, że był to dla pana ogromny wstrząs. — Nie myli się pan. — Jaką wartość stanowił ten zapis? — Powiem panu prawdę, panie kapitanie. Przepraszam, że wprowadziłem pana w błąd co do spraw majątkowych mojej matki. Chcę panu powiedzieć, że nie mam nic wspólnego ze śmiercią mojej żony. Pan mnie podejrzewa o... to 103

morderstwo, ale ja tego nie zrobiłem. — Sosnkowski był wzruszony własnymi słowami. — Byłem czasami dla Kingi niesprawiedliwy, szorstki, ale ja ją naprawdę kochałem. Niech mi pan spróbuje uwierzyć. Kinga była kobietą rozsądną. Jestem przekonany, że gdyby nie ten nieszczęśliwy wypadek, doszlibyśmy do porozumienia. Ona z całą pewnością zwróciłaby nam naszą własność. — Pan znowu nie odpowiedział mi na pytanie. — Na jakie pytanie? Przepraszam, jestem bardzo zdenerwowany. — Jaką wartość stanowi majątek pana matki? — Dokładnie nie wiem. Pieniądze zostały złożone w banku genewskim w dwóch ratach. Po raz pierwszy w trzydziestym siódmym roku i potem w trzydziestym dziewiątym. Od tego czasu narosły procenty. — A orientacyjnie? — Około trzydziestu tysięcy dolarów. — To rzeczywiście ma pan, a właściwie miał pan ogromny kłopot — Sosnkowski nie spostrzegł ironii w głosie Czerwińskiego. — A biżuteria? — Tej ocalało niewiele. Sporo pochłonęła wojna. Po wojnie też co jakiś czas matka sprzedawała różne precjoza. O ile wiem, pozostało kilka małych pierścionków, może coś jeszcze. Ostatnio matka nie pokazywała mi jej. — Gdzie była przechowywana? — Matka zawsze miała ją u siebie w domu. Kiedy zachorowała, złożyła ją u Alinki. Potem zabrała ją stamtąd Kinga. — A gdzie jest w tej chwili? — Nie wiem. Przypuszczam, że w domu. — Czyżby pana siostra jej nie znalazła? — Moja siostra jej nie szukała. 104

— Przypuśćmy, że panu wierzę. Dlaczego jednak matka pana wolała złożyć bądź co bądź kosztowne przedmioty u pańskiej niani niż u pana? — Nie wiem. Starzy ludzie mają swoje dziwactwa — A może nie miała do pana zaufania? — Pan mnie obraża. — Tak pan sądzi? Niech mi pan powie w takim razie, w jaki sposób będzie pan podejmował pieniądze w banku? — Nie rozumiem. Chyba całkiem zwyczajnie. Podam swoje nazwisko, okażę dokument stwierdzający, że jestem spadkobiercą, przedstawię paszport i... sprawa załatwiona. Czerwiński, patrząc na Sosnkowskiego, wiedział, że siedzący przed nim człowiek przeżywa już w tej chwili radość, jaka zazwyczaj towarzyszy ludziom odbierającym pieniądze z bankowego okienka Sosnkowski był całkowicie pochłonięty marzeniami, przymknął nawet oczy. — Rozczaruję pana. To nie tak. Trzeba znać hasło. — Hasło — Sosnkowski stracił oddech. — Hasło? Jakie hasło? — Owszem, hasło. Pan je oczywiście zna? — Nie — Sosnkowski poszarzał. Czerwiński obawiał się przez moment, że będzie musiał przerwać przesłuchanie, ale Sosnkowski opanował się po chwili, wypił łyk kawy i wytarł twarz chusteczką. Po raz pierwszy Czerwiński zobaczył go naprawdę zmartwionego — A pańskie siostry? Czy pańskie siostry znają hasło? — Nie. Nie mieliśmy pojęcia, że takie w ogóle istniało — Teraz z całą pewnością Sosnkowski mówił prawdę. — 105

A czy pan, panie kapitanie — Sosnkowski był teraz przymilny — zna to hasło? — Jeszcze nie. Ale znała je pańska żona. Pośpieszył się pan, zadając jej wspólnie z siostrami przedwczesną śmierć — Wiem, że ma pan prawo nie wierzyć mi. Może mnie pan aresztować, ale nie zmieni to faktu, że nikt z nas, Sosnkowskich, nie zabił Kingi. A ten testament, panie kapitanie.. Moja żona nie miała krewnych. Rozumiem, że teraz ja dziedziczę po niej — Sosnkowski, kiedy mówił o pieniądzach, rozpromieniał się. — No, tak Po przeprowadzeniu postępowania spadkowego i oczywiście pod warunkiem, że pańska żona nie sporządziła testamentu, w myśl którego nie pan jest spadkobiercą, ale zupełnie ktoś inny. Sosnkowski pobladł. — To niemożliwe. — Niech mi pan wreszcie powie, po co i w jakim celu przyjechała pańska siostra. — Chcieliśmy wspólnie przekonać moją żonę o konieczności podziału pieniędzy. Kinga Lenę bardzo lubiła.. — No i?... — Nie wiem... Wyjechałem na urlop.. — W czasie załatwiania tak ważnych spraw? — Byłem przekonany, że Lena załatwi tę sprawę lepiej ode mnie... — Zdaje się, że rzeczywiście załatwiła. I to do końca. Ale pan będzie odpowiadał za współudział w morderstwie. — Nikt z nas nie zamordował Kingi. — Czy siostra informowała pana o przebiegu rozmów z pańską żoną? — Tak. 106

— Proszę mi o nich opowiedzieć. — Czy muszę odpowiedzieć na to pytanie? — Powinien pan. — Kinga nie chciała z Leną rozmawiać. — Jak to? Przecież przed chwilą powiedział mi pan, że obydwie panie lubiły się bardzo, wręcz przepadały za sobą. — Tak. Oczywiście.. Może nie tak się wyraziłem. Kinga nie chciała z Leną rozmawiać na temat pieniędzy Twierdziła, że spełnia tylko ostatnią wolę matki. Była dla Leny bardzo nieprzyjemna. Dlatego siostra moja zamieszkała u obcych, ludzi... — No, tak.. A czego pana siostra szukała w mieszkaniu? Po raz pierwszy zaraz po śmierci Kingi i w dniu jej pogrzebu? — Moja siostra nie musiała niczego szukać w takich okolicznościach. Gdyby nawet chciała, mogła to zrobić znacznie wcześniej, zaraz po przyjeździe do kraju. — Za zgodą Kingi Sosnkowskiej również? — Pan uparcie dąży do tego, żeby nam wmówić morderstwo mojej żony Ja jednak wierzę, że ta pożałowania godna pomyłka, jaką jest podejrzenie mnie i mojej siostry o morderstwo, szybko się wyjaśni. Panowie, dysponując doskonałym sprzętem i ludźmi, wykryją niewątpliwie prawdę. Jestem więc zupełnie spokojny, że nie aostane oskarżony o czyn, którego nie popełniłem. — Jeśli pan myśli, że przekonał mnie tym wywodem, to jest pan w błędzie. Dziękuję panu na dziś. Proszę nie opuszczać Warszawy bez mojego zezwolenia. Sosnkowski podniósł się błyskawicznie z krzesła i ruszył w kierunku drzwi. Kiedy trzymał już rękę na klamce, Czerwiński zatrzymał go jeszcze na moment. 107

— Chwileczkę, panie Sosnkowski, jakie były ulubione kwiaty pańskiej żony? — Konwalie. — Sosnkowski patrzył na kapitana nic nie rozumiejąc. — A ulubione kwiaty pana matki? — Kwiaty tuberozy — Tuberozy? Czy może mi pan powiedzieć, jak one wyglądają? — Ich kwiaty mają kształt dzwonków. Bywają białe lub liliowe, czasami różowe, ale to się zdarza bardzo rzadko. Czy ma pan do mnie jeszcze jakieś pytanie? — Nie, to wszystko. Dziękuję panu. Porucznik Kłosowski siedział przy swoim biurku i całkowicie był pochłonięty wykonywaniem rysunków na pudełku od zapałek. Sierżant Grygo stał przy oknie, przeglądając notes. W pewnej chwili zaczął nucić cicho melodię znanej piosenki „Do zakochania jeden krok.” i uważnie wpatrzył się w notatki — Romek, zmiłuj się i przestań śpiewać — powiedział Kłosowski nie odrywając się od rysowania. — Dlaczego? — Bo głos masz, ale do baletu, natomiast nogi, to powiem ci, stary, w sam raz do chóru. — Znów ci wszystko przeszkadza. — Przeszkadza... przeszkadza.. Bogdan się gimnastykuje u starego, a temu wesoło. — A co, mam płakać? — Mówiąc uczciwie, to nawet by wypadało. Delikatnie mówiąc, położyliśmy sprawę na dwie łopatki. 108

— Kto położył, to położył. Mów o sobie. — Zaczął na nowo przeglądać notes, nie zwracając uwagi na ponurą minę Kłosowskiego. — Słuchaj, jestem łagodny jak wielkanocny baranek, ale jeżeli palniesz jeszcze coś równie mądrego, to obiecuję uroczyście, że uduszę cię. — Wojtek! Zrób to! Masz pojęcie, jakby to było fajnie? — Mam, mam i możesz być pewien, że nie zrobię ci tej przyjemności. — To ja ci zaśpiewam, chcesz? „Małgośka, mówię ci...” — Jak to miło, że chociaż moi dzielni chłopcy mają humor — W drzwiach siał kapitan Czerwiński. Kłosowski i Grygo umilkli. Romek stanął na baczność. Czerwiński podszedł do swojego biurka i ciężko usiadł na krześle. — Szkoda, że nie mogę dzielić z wami tej radości. — Bogdan, przepraszamy cię, nam naprawdę nie jest wesoło. — Panie kapitanie, ja śpiewałem, na złość... Wojtkowi. Czerwiński nie słuchał ich wyjaśnień, był bardzo zmęczony. Chciał chociaż na chwilę zostać sam i przez jeden krotki moment nie myśleć o niczym. Zapalony, któryś z kolei w dniu dzisiejszym, papieros zdecydowanie mu nie smakował Przydusił go w popielniczce tak mocno, że wysypało się z niej wszystko. Romek podbiegł do biurka i zaczął zbierać rozsypany popiół. Czerwiński wstał, podszedł do okna i spoglądał na ulicę. Kłosowski i Romek wymienili za jego plecami bezradne spojrzenia. Kłosowski podszedł do Czerwińskiego i lekko dotknął jego ramienia. — Bogdan, przepraszamy cię jeszcze raz, ale my 109

naprawdę... Usiądź, stary, i nie denerwuj się. Romek, zrób kawy. Wziął Czerwińskiego pod rękę i podprowadził do krzesła. — Bogdan, powiedz, co było u szefa? Popatrzył na niego i pokiwał głową. — Pytasz, co było u szefa? — Tak. — Generalny opieprz. Jasne? — Kapitan był ciągle bardzo zdenerwowany. — Romek, może masz przy sobie proszek od bólu głowy? — Już się robi, szefie! Romek błyskawicznie zniknął za drzwiami. Po chwili wrócił z okrągłą tabletką w celofanowym opakowaniu i szklanką wody. — Dziękuję ci. — Czerwiński wyjął z opakowania proszek, włożył go do ust i popił wodą, krzywiąc się przy tym bardzo. — No i co z naszą sprawą, szefie? — Zdaje się, że już coś na ten temat powiedziałem. Niewiele brakowało, a odebrano by nam tę robotę. Spartoliliśmy ją, jak mało co. Dostało mi się też, jak nigdy dotąd. — Wydaje mi się, że już to kiedyś słyszałem od ciebie. — Kłosowski z uśmiechem patrzył na zmęczoną twarz Czerwińskiego. Serdecznie było mu żal tego człowieka, do którego czuł niekłamany szacunek. — Myślę, Bogdan, że powiesz nam w końcu, jak podsumował stary naszą robotę. — Nie tylko powiem, ale chyba i wykrzyczę. To, że nie zakończyliśmy jeszcze tej sprawy, to raczej nasza wspólna zasługa. — Zapalił kolejnego papierosa. — Bargowskiej pozwoliliśmy wyjechać. To fakt, nie anegdota. Nie dysponujemy nawet cieniem dowodu przeciwko Sosnkowskiemu, 110

Niewczas czy komukolwiek. Przeciwko Bargowskiej właściwie też nie mieliśmy dowodów — głos Czerwińskiego brzmiał smutkiem — a moje sugestie, nie poparte dowodami, są przecież niczym; Nie dam się przekonać, że Sosnkowska popełniła samobójstwo. — A co, szef tak właśnie sugerował? — Byłoby pięknie, gdyby właśnie tak było, ale niestety. To nam, jak pewnie zauważyliście, sugerują wszyscy przyjaciele i mąż Sosnkowskiej. Szef jest zdania, że zatrutą pomadkę dała Sosnkowskiej w czasie antraktu w teatrze Bargowska. Ja jednak zupełnie nie mogę się zgodzić z takim twierdzeniem. Po pierwsze, nie ma na to dowodu, a po drugie, im Sosnkowska była potrzebna żywa. — Mogli nie wiedzieć o istnieniu hasła — powiedział Romek. Czerwiński popatrzył na niego tak, jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu — Szef powiedział mi to samo. Ja jednak upieram się przy swoim zdaniu. Uważam, że nie Bargowska to zrobiła. — Masz rację, Bogdan, to byłoby za proste. Już bardziej pasowałby mi Sosnkowski. — Nie zapomnij jednak o tym, że on był w tym czasie o kilkaset kilometrów od Warszawy. — Mógł jednak dać jej tę pomadkę wcześniej. Przed wyjazdem. Czerwiński popatrzył na niego z politowaniem. — Bądź łaskaw pokazać mi kobietę, która otrzymawszy pomadkę, natychmiast się nią nie umaluje. — Pan Kazio mógł ją na przykład poprosić, żeby zaczęła używać tej pomadki właśnie od dnia dwudziestego piątego lipca — Sam nie wierzysz w to, co mówisz, albe też zupełnie nie znasz kobiet. Tego rodzaju prośba wywiera zawsze 111

przeciwny skutek, Wojtusiu. Bądź łaskaw to zapamiętać. W przyszłości bardzo ci się ta wiedza przyda. — A może nieskazitelny dyrektor Niewiadomski jest autorem tego przedsięwzięcia? Czerwiński zareagował na to zupełnie nieoczekiwanie. Popatrzył na porucznika Kłosowskiego, pokiwał głową i wyrysował na czole kółko. Widząc ten gest przełożonego, stojący za Kłosowskim Romek z entuzjazmem pokiwał głową na znak zgodności poglądów co do osoby porucznika Kłosowskiego. Ten jednak nie zmieszał się ani przez chwilę. Przeciwnie, był zadowolony, że Czerwiński odzyskuje humor. — Zupełnie nie rozumiem tego gestu ani też śmiechu mojego młodszego kolegi. Moim zdaniem należałoby się zastanowić, jak to naprawdę jest z tym Niewiadomskim. — Dziecko moje — Czerwiński był już taki jak zawsze. — Dziecko moje — powtórzył — czy psychologii to ciebie przypadkiem nie uczyli? — Uczyli, owszem, ale co to ma do rzeczy? — Raczej sporo Niewiadomski z całą pewnością nie popełnił tego morderstwa. Zastanów się, jaki miałby w tym cel? — Może pojawiła się inna...? — Gdyby tak było, to wiedzielibyśmy o tym. Nie, nie było innej kobiety To, że kochał Sosnkowską, nawet ślepy by zauważył. Z nią wiązał wszystkie swoje życiowe plany — Słyszałem o zbrodniach popełnionych właśnie z miłości. — To bardzo dobrze. Czasami dobrze jest wiedzieć to i owo. I żeby cię ostatecznie przekonać, że twoje podejrzenia w stosunku do Niewiadomskiego są błędne, powiem ci jeszcze, że on ma dwie lewe ręce do wszelkiego rodzaju 112

majsterkowania, a wykonanie takiej pomadki wymaga nie byle jakiej precyzji. — Mógł komuś zlecić wykonanie tej roboty. — Mógł. A my możemy gadać na ten temat jeszcze dwie godziny i nie dojdziemy do niczego. Siadajcie. Zaraz rozdzielę robotę. Poniedziałek był najgorszym dniem w komendzie. Tego właśnie dnia odbywały się cotygodniowe narady, składano sprawozdania z wykonanej pracy. Szefowie poszczególnych działów wykazywali podziwu godną odporność w gospodarowaniu czasem. Dla każdego z pracowników mieli w tym właśnie dniu wolną chwilę. Z każdym byli w stanie porozmawiać, każdego wysłuchać. Przed ich wzrokiem nie ukryło się nic. Zawsze służyli radą i pomocą, ale jeśli było coś nie tak, jak być powinno, wygarniali w krótkich słowach delikwentowi, jak należy sprawę załatwić. W ten właśnie poniedziałek Czerwiński był w nastroju jeszcze gorszym, niż zwykle mu się to w poniedziałki zdarzało. Rozmowa, którą przeprowadził z nim szef, nie nastroiła go optymistycznie. Coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy nie jest już za stary do tej roboty. Roboty, którą przecież bardzo lubił i bez której zupełnie nie wyobrażał sobie życia. Przed nim na biurku leżały akta oznaczone kryptonimem „Pomadka do ust”. Po raz enty wertował kartkę po kartce, wczytywał się w każdy wiersz, stukając odpowiedzi na dręczące go pytania. Szukał jakiejś luki, jakiegoś punktu zaczepienia. Nie znalazł jednak nic. W głowie miał pustkę i odczuwał potrzebę choćby najkrótszego relaksu. Z niechęcią przeglądał ostatnie dokumenty. Jeden z nich zainteresował 113

go bardziej niż inne. Przeczytał go wielokrotnie. Uśmiechnął się, jak mały chłopiec, schował teczkę do szafy pancernej i podszedł do telefonu. Przez moment wahał się. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że o tej porze zastanie ją w domu. Po wykręceniu numeru usłyszał jej głos. — Elżbietko, proszę, tylko nie gniewaj się na mnie, wrócę dziś do domu nieco później. — Jesteś najwspanialszą kobietą pod naszą szerokością geograficzną. Na kolację na pewno się nie spóźnię. — Będę punktualnie. Do zobaczenia. Odłożył słuchawkę. Ilekroć wypadło mu wrócić później do domu, starał się zawiadamiać o tym żonę. Elżbieta denerwowała się, jeżeli jej nie uprzedził. Po chwili rozmyślania znów podniósł słuchawkę. Poszukał w kalendarzyku stojącym na biurku nazwiska Ewy Niewczas i wykręcił numer jej telefonu. — Słucham? — Dzień dobry pani. Mówi Czerwiński z komendy, chciałem pani zaproponować poobiednią kawę, można? — Panie kapitanie! Jak to miło, że pan dzwoni. Oczywiście, że można zaproponować mi kawę. Za pół godziny będę gotowa. Gdzie się spotkamy? — Głos Ewy Niewczas brzmiał radośnie. — Będę tam, gdzie pani zaproponuje. — Proszę więc czekać na mnie w kawiarni Hotelu Europejskiego. Będę najdalej za czterdzieści minut. Odkładając słuchawkę postanowił ograniczyć rozmowę z Ewą Niewczas do niezbędnego minimum. Do kawiarni wszedł punktualnie o godzinie szesnastej trzydzieści. Z zawodowego nawyku zajął stolik na wprost 114

wejścia, zamówił kawę i czekał. Kawiarnia, co było dość dziwne, świeciła pustkami. Czerwiński uświadomił sobie, że przecież to jeszcze wakacje i sezon urlopowy. Większość warszawiaków okupuje w tej chwili kawiarnie Sopotu, Międzyzdrojów czy Krynicy. On sam lubił sezon urlopowy w Warszawie. Wszędzie było luźniej, w tramwajach i autobusach były wolne miejsca siedzące, kawiarnie, tak jak ta w tej chwili, były prawie puste, w sklepach nie było kolejek. Marzyło mu się, żeby sezon urlopowy trwał przez cały rok. Rozmyślania te przerwało wejście Ewy Niewczas. Wstał od stolika i wyszedł jej na spotkanie. Zauważył, że wszyscy zwracają na nią uwagę. Elegancka jak zwykle, swobodnie usiadła przy stoliku, przepraszając za spóźnienie. Czerwiński położył przed nią mały bukiecik nasturcji. Uśmiechnęła się do kwiatów, biorąc je do ręki. — Nasturcje! Dziękuję bardzo. Jak to miło, że pan pamiętał. Skłonił głowę, patrząc w jej rozjaśnioną uśmiechem twarz. — Podobają się pani? — Ogromnie. Jakże mogłoby być inaczej? Podobają mi się podwójnie. — To miło, że pani tak mówi. Co dla pani zamówić? — Kawę, ale maleńką. Jedną już dziś wypiłam. Nie wypuszczała z rąk kwiatów, raz po raz zbliżając je do twarzy. — Panie kapitanie, załatwmy od razu pana sprawy służbowe, bo nie wierzę w to, że spotkał się pan ze mną tylko po to, żeby mi podarować kwiaty, a potem porywam pana do siebie na małego drinka i coś gorącego. Proszę, co pan chce ode mnie usłyszeć? Czerwiński uśmiechnął się. 115

— Jeszcze bardzo dużo o tym porwaniu. Całe życie marzyłem o tym, żeby mnie ktoś porwał. Nikt nigdy nie chciał się na to zdecydować. — Kiedyś musi być zawsze ten pierwszy raz. No więc? Zamieniam się w słuch. Kelnerka przyniosła zamówioną kawę. Czerwiński zauważył, że Ewie już po raz drugi kłania się mężczyzna siedzący przy stoliku pod oknem. — Pani Ewo, jestem zazdrosny. — Nachylił się nieco nad stolikiem. — Kim jest mężczyzna siedzący pod oknem? Ewa spojrzała we wskazanym kierunku, skinęła głową kłaniającemu się po raz trzeci mężczyźnie. — To gwardia przyboczna Inki — powiedziała, zwracając się do Czerwińskiego. — Interesujące. Pani go zna? — Byliśmy sobie przedstawieni. Swego czasu był jej cieniem. — Nic mi pani nie mówiła — powiedział z wyrzutem w głosie. — Pan przecież o to nigdy mnie nie pytał. — A jeśli zapytam? — To odpowiem. — Uśmiechnęła się do niego. — Już dawno przecież panu powiedziałam, że odpowiem na każde pytanie. Miałam nadzieję, taką maleńką, że zechciał się pan ze mną spotkać tylko w celu towarzyskim, no, ale to była tylko maleńka iskierka nadziei. Wracając jednak do spraw parna interesujących, słucham. — Pani Ewo, przyjemność rozmowy z panią jest dla mnie zawsze jednakowo duża, a mój zawód zmusza mnie często do łączenia spraw przyjemnych z pożytecznymi. Proszę, aby mi pani pozwoliła zadać sobie dwa pytania. — Słucham? 116

— Czy żona dyrektora Niewiadomskiego była zazdrosna o pani przyjaciółkę? — Nie sądzę — Ewa zmarszczyła lekko czoło. — O ile wiem, ona już dawno ułożyła sobie życie według własnych upodobań. W czasie rozwodu usiłowała wprawdzie stanąć Łukaszowi dęba, ale... Ich rozwód był właściwie tylko formalnością. — Może mi pani powiedzieć, o co chodziło pani Niewiadomskiej podczas rozwodu? — Tak. Oczywiście, przecież to żadna tajemnica i chyba powinien pan coś na ten temat wiedzieć. Łukasz z całą pewnością o tym panu nie powiedział, a ona będzie starała się przedstawić siebie jako pokrzywdzoną niewinność; Czerwiński przyznał Ewie po cichu rację. — Żona Niewiadomskiego, jak pan przypuszczalnie wie, nie należy do kobiet tuzinkowych ani też gatunku żon „domestica”. Lubi towarzystwo zarówno u siebie w domu, jak i poza domem. Głównie towarzystwo płci odmiennej. Męża, dom, dziecko traktowała jako swego rodzaju zło konieczne i od czasu do czasu jako wygodny parawan. W domu sama bez towarzystwa bywała rzadkim gościem. Przeważnie wpadała, żeby się wykąpać i przebrać. Telefony natomiast urywały się. Dzwonili różni panowie i o różnych porach dnia i nocy. Poza tym miała jeszcze i tę miłą zaletę, że obłędnie pożyczała pieniądze. Potem ludzie wydzwaniali do Łukasza, domagając się zwrotu zaciągniętych przez jego żonę długów, które on zresztą regulował. Przyczyną ich rozwodu, wbrew wszystkim pozorom, nie była Inka. To Łukasz po prostu już wysiadł z tego rydwanu. Ich sprawa rozwodowa ciągnęła się około dwóch lat, a wyniknęła na skutek wielkiej miłości pani Niewiadomskiej do chłopca o trzy lata starszego od jej syna. 117

Chłopca po trochu to może bawiło, a może imponowała mu taka przygoda, dość że postanowili się pobrać. Ponieważ zakochana pani Niewiadomska nie zachowywała się zbyt pięknie i syn zaczynał to komentować, Łukasz wystąpił o rozwód. Wtedy właśnie pomiędzy Inką i Łukaszem nawiązała się nić sympatii i porozumienia. Niewiadomska, dowiedziawszy się o tym, poczuła się bardzo poszkodowana. Usiłowała przedstawić się w sądzie jako porzucona, biedna małżonka, ale zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przyszli Łukaszowi rodzice tego chłopca. Chcieli położyć kres romansowi ich syna. W pewnym momencie Niewiadomska skłonna była nawet przeprosić męża i żyć jak dawniej. W zamian domagała się, aby Łukasz zerwał wszelki kontakt z Inką, a nawet zwolnił ją z pracy. Łukasz nie chciał jednak o tym słyszeć i zażądał rozwodu z orzeczeniem winy Niewiadomskiej. Wtedy to jego wspaniała połowica przysięgała przed wszystkimi, którzy tylko chcieli jej słuchać, że się zemści. Oczywiście nikt tego poważnie nie traktował, jako że miłość do młodzieńca kwitła równocześnie bujnym kwieciem. W miesiąc po otrzymaniu rozwodu pani Niewiadomska zawarła związek małżeński z tymże chłopcem, o którym panu przed chwilą wspomniałam. — Z tego wynika jednak, że Niewiadomska była zazdrosna o pani przyjaciółkę. — Nie sądzę, panie kapitanie. Ona chciała po prostu dokuczyć Łukaszowi i to jej gadanie było tylko gadaniem dla gadania. Czerwiński niedowierzająco pokręcił głową. — Pan się dziwi, panie kapitanie? Nie ma czemu. Pan nie zna kobiet. Jeśli chcą przy sobie zatrzymać mężczyznę, wszystkie chwyty stają się wtedy dozwolone. 118

— Skąd pani wie, że Niewiadomska chciała się zemścić na Ince? — Przysłała jej o tym pisemne zawiadomienie. — Jak to? — Po prostu przysłała jej do pracy list, w którym się domagała, aby Inka zostawiła Łukasza w spokoju. W wypadku niezadośćuczynienia tej prośbie obiecywała jej ukaranie. Inka zdenerwowała się tym bardzo. O ile wiem, nie powiedziała o tym liście Łukaszowi, a ponieważ do strachliwych nie należała, postanowiła rozwieść się z Kaziem i wyjść za mąż za Łukasza. — Kiedy pani przyjaciółka otrzymała ten list? — Nie pamiętam. — Nawet w przybliżeniu? — Musiało to być w czasie rozwodu Niewiadomskich, więc z całą pewnością jeszcze w zeszłym roku. — Jest pani tego pewna? Twarz Ewy na moment zastygła w skupieniu. Po chwili znów rozjaśnił ją uśmiech. — Pomyliłam się, mówiąc, że to było w zeszłym roku, ten list Inka otrzymała wiosną tego roku. — To bardzo dobrze, że pani sobie przypomniała. — Uśmiechnął się do niej. — Tak, to by mi wyjaśniło wiele problemów. — Czy wyczerpał pan już cały arsenał pytań przewidzianych dla mnie? — Nie, pani Ewo. Mam jeszcze jedno pytanie, tym razem już ostatnie. — Patrzył uważnie rejestrując jej zachowanie. — Proszę mi powiedzieć, co panią łączy z Kazimierzem Sosnkowskim? Przez jej twarz przebiegł ledwie dostrzegalny skurcz. — Mnie z Kaziem? — Tak. 119

Strząsnęła popiół z papierosa do popielniczki. — Panie kapitanie, to pytanie mnie obraża. — Przepraszam, nie chciałem pani dotknąć. Proszę jednak odpowiedzieć na moje pytanie. Ewa popatrzyła na niego, uśmiechając się jak do małego dziecka, ciepło i wyrozumiale. — Z Kazimierzem Sosnkowskim nigdy mnie nic nie łączyło, ani nie łączy. Chyba odpowiedziałam jasno i wyczerpująco. Jeśli ma pan w zanadrzu dalszą serię takich pytań, to przykro mi bardzo, ale wolałabym rozmowę tę przełożyć na inny dzień. Nie mam ochoty psuć sobie tak mile rozpoczętego popołudnia. — Powiedziałem pani przecież, że proszę tylko o odpowiedzi na dwa pytania. Udzieliła mi ich pani. Więcej pytań nie mam. Jestem do pani dyspozycji. — To brzmi obiecująco. W takim razie porywam pana. — Gdzie tylko pani zechce. Idąc z Ewą Krakowskim Przedmieściem, nie zwracał uwagi na mijających go ludzi. Nurtowała go nowa myśl, która od kilku godzin nie dawała mu spokoju. Wiedział, że w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej istnieje jakaś luka, jakiś mały brakujący do całości klocek łamigłówki, po odnalezieniu którego, jak w dziecinnej zabawce, ułoży się obrazek. Ewa szła obok niego uśmiechnięta, ciekawie zerkając na mijane wystawy. Czerwiński zastanawiał się już nieraz, co takiego kobiety widzą w tych wystawach. Co może być na przykład interesującego na wystawie z kapeluszami? Było to dla niego niepojęte. Nie rozmawiali z sobą. Każde z nich pochłonięte było swoimi myślami. Od czasu do czasu Czerwiński spoglądał ukradkiem na Ewę i był z siebie dumny, że to właśnie on towarzyszy tej pięknej kobiecie, za którą oglądają się mężczyźni i większość kobiet. 120

Przy krawężniku zatrzymał się szary wartburg, w uchylonych drzwiach ukazała się głowa mężczyzny. — Dzień dobry, Ewo. Dokąd mogę państwa podwieźć? Ewa rozpromieniła się. — Witaj. Jeśli możesz, to do mnie, do domu. — Jasne, że mogę, a nawet chcę! Czerwiński podszedł za Ewą do samochodu. Przy kierownicy siedział mężczyzna, który kłaniał się Ewie w kawiarni. Kapitan rad był z tego poznania. Miał nadzieję, że Ewa zaprosi swego znajomego do domu. Z doświadczenia wiedział, że więcej od ludzi można się dowiedzieć w prywatnych rozmowach niż na oficjalnym przesłuchaniu w komendzie. — Poznajcie się, panowie — powiedziała Ewa. — Inżynier Tadeusz Stecki, kapitan Bogdan Czerwiński z Milicji Obywatelskiej. Wymienili uścisk dłoni, wymawiając grzecznościowe formułki. Kiedy wsiedli do samochodu. Czerwiński obserwował Steckiego. Wyglądał bardzo niepozornie. Ciemne włosy bardzo już przerzedzone ukazywały nieco za wysokie czoło. Jego oczy były ciemne i małe, nos prosty, usta wąskie i zaciśnięte. Ich opadające ku dołowi kąciki nadawały jego twarzy wyraz zniechęcenia i smutku. Miał na sobie koszulę, której kołnierz był nie pierwszej czystości, podobnie jak i marynarka. Obok takiego mężczyzny, jak mawiała Elżbieta, można przejść tysiąc razy i nie zauważyć go. — Wielkie dzięki, Tadeusz, za podwiezienie — powiedziała Ewa, kiedy zbliżali się do jej domu. — Jeśli nie masz nic lepszego do roboty, wstąp z nami na górę. Wypijemy po lampce koniaku, pogwarzymy trochę. 121

— Jeśli nie macie państwo nic przeciwko temu, to chętnie skorzystam z twojego zaproszenia, Ewuniu. Za koniak jednak z góry bardzo dziękuję, jak widzisz, jestem wozem. — Dostaniesz wobec tego wodę mineralną. Kiedy wsiedli do windy, Ewa zaczęła się usprawiedliwiać. — Z góry przepraszam was za okropny bałagan, jaki zastaniecie panowie u mnie. Musicie mi to wybaczyć, nie spodziewałam się tak miłych gości. — Możesz być spokojna, pomożemy ci. Ja uwielbiam sprzątanie, a pan? — Mówiąc szczerze, nie przepadam. — Niech pan nie robi przerażonej miny, kapitanie — Ewa dotknęła jego ręki — obiecuję, że nie przepracuje się pan. W pokoju, do którego wprowadziła ich Ewa, wszystko błyszczało. W wazonach stały świeże kwiaty, nigdzie ani pyłku kurzu podłoga lśniła czystością. Czerwiński nie miał odwagi poruszać się po niej w butach, Elżbieta nigdy by na to nie pozwoliła. Ewa jednak zachęcała. — Proszę nawet nie myśleć o szukaniu szmatek. Podłoga jest do chodzenia, a nie do oglądania, — Zgadzam się z panią całkowicie — Czerwiński powiedział to z entuzjazmem. — Jestem tego samego zdania. — Proszę w takim razie czuć się swobodnie, ja przejdę na chwilę do kuchni, ale zaraz do was dołączę. — Pani Ewo, proszę nie robić sobie żadnego kłopotu, chwilę tylko porozmawiamy i pójdę, nie będę pani zabierał czasu. — Pan chyba żartuje, panie kapitanie. — Za pięć minut 122

będzie wszystko gotowe, mam nadzieję, że nie śpieszy się panu bardzo. — Rzeczywiście. Od dawna nie miałem wolnego popołudnia i wieczoru dla siebie. Dziś mogę go sobie podarować. Chciałbym tylko przypomnieć, że z gośćmi jest, jak z rybami, dobre, kiedy świeże. Roześmieli się. Po chwili Ewa była już w kuchni. Odsunęła okienko, by móc uczestniczyć w rozmowie. Kuchnia, jak to do niedawna było w zwyczaju naszego budownictwa, była ciemna. W mieszkaniu Ewy szyba oddzielająca kuchnię od pokoju ozdobiona była bluszczem tworzącym piękną zieloną ścianę. Czerwiński wyjął zenity i poczęstował Steckiego. — Dziękuję, nie palę. — Nigdy pan nie palił? — Nie, jakoś nie miałem ochoty na papierosy. Nawet jako chłopak. — Szczęśliwiec z pana. Bardzo chciałbym nie palić. Ale to tylko moje pobożne życzenie. — Do tego trzeba mieć chyba trochę silnej woli. — To przede wszystkim — zgodził się Czerwiński. — Silną wolę, spokojną pracę, unormowany tryb życia... — Poznając nas, Ewa przedstawiła pana jako pracownika milicji. — Tak. Pracuję w milicji. A praca ta, zapewniam pana, do spokojnych nie należy. — A może mi pan powiedzieć, w jakim wydziale pan pracuje? — W wydziale zabójstw. — Zazdroszczę panu. To musi być pasjonujące. Uwielbiam kryminały. — No cóż, moja praca daleko odbiega od powieści Agaty Christie. 123

— Z pewnością jest bardziej interesująca. — Tadeusz, błagam cię, nie zadręczaj mi kapitana — krzyknęła Ewa z kuchni. — Bądź miły i zadbaj o nas pijących. Wyjmij z barku alkohole i kieliszki. Ja już podaję resztę. Stecki zerwał się z fotela. Podszedł do ściany zastawionej regałami, otworzył jedną z szafek i oczom Czerwińskiego ukazały się kolorowe butelki z barwnymi nalepkami. — Co panu można zaproponować, kapitanie? Whisky? Koniak? Czystą? — Wypiję to, na co ma ochotę gospodyni. Stecki uśmiechnął się i po chwili postawił na stoliku butelkę n¿nrtineau, a w chwilę potem kieliszki i szklaneczki do wody. Ewa weszła do pokoju, niosąc na tacy istne cuda. Maleńkie kanapeczki we wszystkich niemal kolorach ustawiła pośrodku stołu. Talerzyki z ciasteczkami, pomarańczami i orzeszkami z boku. Stecki napełnił kieliszki. — Kawa i herbata będą za chwilę. Wzięła kieliszek do ręki. — Pańskie zdrowie, panie kapitanie. — Pani zdrowie, Ewo. — Szkoda, że w tym toaście mogę z wami uczestniczyć jedynie wodą sodową. Twoje zdrowie, Ewuniu. — Dzięki. Jesteście bardzo mili. Częstujcie się tymi maleństwami, za pół godziny podam coś na gorąco. Myślę, że będzie wam smakowało. Na razie przepraszam za to, że tak bardzo skromnie wygląda stół, ale... — Pani chce koniecznie usłyszeć komplement — powiedział Czerwiński, przypominając sobie równocześnie, 124

że Elżbieta też kiedyś podawała na stół takie cudeńka, ale było to bardzo dawno. — Te ciasteczka są wyborne — Stecki mówił z pełnymi ustami — gdzie je kupujesz? — W sklepie. Tadeusz, póki pamiętam — a zwracając się do Czerwińskiego powiedziała — przepraszam, że będę przez chwilę mówić o babskich sprawach, ale boję się, że potem zapomnę. — Tadeusz, czy masz może jeszcze jakąś pomadkę z tego zapasu, który przywiozłeś dla Inki? Miałam nawet dzwonić do ciebie w tej sprawie, ale tak mi jakoś nie wyszło. Wyobraź sobie, zgubiłam kosmetyczkę. Zostałam dosłownie z jedną pomadką, a w PKO, jak na złość, jest wszystko z wyjątkiem Elizabeth Arden. Czerwińskiego zelektryzowały te słowa. Spokojnie jednak upił łyk koniaku, zastanawiając się nad wyborem tartinki. — Jakże mi przykro — Stecki był wyraźnie zatroskany — ale nie mam. Ostatnie dwie dałem Ince w lipcu. — A jakbyś tak dobrze poszukał? — Ewuniu, żebym najlepiej szukał, nic nie znajdę. — No to klops. Jestem skazana na ratowanie urody rodzimymi kosmetykami. Wypadałoby mi w tym miejscu zapłakać. Przez moment wyglądała, jakby rzeczywiście miała się rozpłakać. Czerwiński natomiast gotów był skakać z radości. Mimo że dusza fikała mu koziołki z radości, siedział spokojnie, pozornie nie interesując się rozmową. — Ewuniu, nasze kosmetyki nie są złe — Stecki tłumaczył jej, jak małemu dziecku — w niczym nie ustępują produkcji zagranicznych firm. Jak wiesz, znam się trochę na tym. 125

— Popatrz, popatrz, jaki jesteś mądry! Skoro, jak twierdzisz, nasze kosmetyki są takie wspaniałe, to dlaczego Ince zwoziłeś wyłącznie same zagraniczne cuda? Stecki roześmiał się. — Zazdrosna? Inka tak samo jak ty lubiła zagraniczne kosmetyki przede wszystkim z powodu ich ładnych opakowań. — Pan znał Kingę Sosnkowską? — zapytał Czerwiński. — Oczywiście. Zupełnie nie mogę zrozumieć jej nagłej i bezsensownej śmierci. — Pan jej dawał w prezencie pomadki? — Tak. — Stecki zdziwił się. — Czy to coś złego? — Nie. To zupełnie nic złego podarować kobiecie pomadkę. Ostatnie otrzymała od pana w końcu lipca, tak? — Boże! — Ewa była przerażona. Zakryła twarz rękami. — Boże! Co ja najlepszego zrobiłam! Zerwała się z fotela i wybiegła z pokoju, miała w oczach łzy. — Co jej się stało? — Stecki był zdziwiony. — Nie wiem. Pójdę do niej. W pokoju obok na tapczanie leżała Ewa, zanosząc się płaczem. Zamknął drzwi i podszedł do niej. Wziął ją za rękę. — Pani Ewo, proszę się uspokoić. Bardzo proszę. — Głaskał delikatnie jej rękę. — Proszę mi powiedzieć, co się stało? Płakała coraz głośniej. Usiadł obok niej, patrząc bezradnie na jej drgające plecy, po chwili Ewa podniosła się. — Panie kapitanie... ja nie chciałam... ja nie wiem... Przytulił ją do siebie. — Czego pani nie wie, Ewo? 126

— Nie wiem... naprawdę nie wiem... Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał jej. Chyba się jeszcze nie zdarzyło, żeby kobieta miała przy sobie chusteczkę do nosa w momencie, kiedy jej najbardziej potrzebuje. — Dziękuję. Wytarła nos i oczy. Odsunęła się od Czerwińskiego. Zacisnęła w ręku chusteczkę, patrząc w jego twarz. — Nie wiem, dlaczego powiedziałam, że to on dawał Ince pomadki. Ale on je dawał... zawsze... ostatnie w lipcu.... Płakała jeszcze i pociągała nosem. Jej ramiona drgały. Czerwiński miał ochotę przytulić ją jeszcze raz do siebie i uspokoić, ale nie śmiał. — Nie zrobiła pani nic złego. Przeciwnie, bardzo mi pani pomogła, proszę tylko już przestać płakać. Przyniosę pani kieliszek koniaku, to pomoże pani uspokoić się. Ewa wzięła go za rękę. — Naprawdę? Nie zrobiłam nic złego, panie kapitanie? Patrzyła z napięciem w jego twarz. Z oczu płynęły jej łzy. — Naprawdę. Wyjął jej z rąk chusteczkę i wytarł jej oczy. — Proszę się położyć, o tak. Podłożył jej poduszkę pod głowę i okrył leżącym obok kocem. Kiedy wszedł do pokoju, w którym poprzednio siedzieli, Steckiego w nim już nie było. Wybiegł do przedpokoju, otworzył drzwi do kuchni, następnie do łazienki. Poza płaczącą Ewą i nim samym nie było w mieszkaniu nikogo więcej. Wrócił do Ewy. — Gdzie mieszka Stecki? — W Warszawie. 127

— Ulica, numer domu? — Nie wiem. — Gdzie stoi telefon? — W przedpokoju. Wykręcił numer komendy. Cichym głosem wydawał polecenia. Za nim stała Ewa. — Co się stało? — Panu Steckiemu nasze towarzystwo znudziło się do tego stopnia, że wyszedł bez pożegnania. Jak pani się czuje? — Dziękuję. Już lepiej, panie kapitanie. — Jej oczy znów były pełne łez. — Panie kapitanie, ja nic nie rozumiem. — Niech pani usiądzie i wypije kieliszek koniaku. Podprowadził ją do fotela i pomógł usiąść. Nalał do kieliszka złocistego płynu i podał jej. Posłusznie wypiła i odstawiła na stolik pusty kieliszek. Kiedy brała z pudełka papieros, jej ręce drżały. Podał jej ogień. Zaciągała się dymem, jakby od dawna nie paliła. — Dawno pani zna Steckiego? — Około dwóch lat. — Co pani o nim wie? — Prawie nic. Pracuje w handlu zagranicznym albo w Pollenie. Nie wiem... ma do czynienia z kosmetykami. — Jest chemikiem? — Być może, ale jeśli nim nawet jest, to więcej w nim handlowca niż chemika. Bez wątpienia musi się znać na chemii. O ile wiem, zawierał umowy handlowe na kupnosprzedaż kosmetyków. — Pani powiedziała, że nie zna jego adresu, a telefon? — Jest chyba w książce telefonicznej. 128

— W kawiarni powiedziała pani o nim, że to znajomy pani przyjaciółki. Czy należał do kręgu jej bliskich przyjaciół? Ewa spojrzała na Czerwińskiego z wyrzutem. — Do kręgu przyjaciół? Nie, panie kapitanie, był jej znajomym. Inka poznała go kiedyś podczas urlopu. Adorował ją po cichu, jak wielu innych mężczyzn. Przysyłał jej kwiaty, kosmetyki i to wszystko. — Często przysyłał jej podarunki? — Na początku dość często. Inka była wściekła. Nie chciała widzieć na oczy ani jego, ani żadnych upominków od niego. On jednak należy do ludzi wytrwałych. Nic go nie było w stanie zniechęcić. Ona go beształa, a on przysyłał jej kwiaty. Nigdy o nic nie prosił. Tym chyba w końcu zjednał sobie jej sympatię. Stał się naszym konsultantem do spraw kosmetyków. — Czy wszystkie kosmetyki, a głównie pomadki, Sosnkowska otrzymywała od Steckiego? — Nie. On dawał jej tylko nowości. W kosmetyki zaopatrywałyśmy się w PKO. — Czy pani przyjaciółka mówiła, kiedy otrzymała ostatnie pomadki od Steckiego? — Dokładnie nie pamiętam, ale z całą pewnością po dwudziestym drugim lipca. Inka wspominała mi o tym. — Jest pani pewna, że to było w tym właśnie terminie? — Tak, oczywiście. W tym roku, jak pan pamięta, były dwa dni świąt. Inka spędziła je w Warszawie z Łukaszem, a ja wyjechałam do znajomych. Po powrocie Inka powiedziała, że niepotrzebnie wydałyśmy drogocenne bony, bo akurat Tadeusz przysłał jej nowy transport pomadek. — Pani je widziała? 129

— Oczywiście! — Jakiej były firmy? — Elizabeth Arden. Innych nie używałyśmy. — A te, które panie kupiły wspólnie w PKO, też były tej samej firmy? — Tak. — Czyli były takie same. — Oczywiście. — Ile pomadek pani przyjaciółka kupiła w PKO? — Dwie. — A ile otrzymała od Steckiego? — Też dwie. Ewa wstała z fotela. Podeszła do okna, poprawiła firankę i przez chwilę wyglądała na ulicę. Kiedy się odwróciła, była znów spokojna i opanowana. — Czy Stecki kochał pani przyjaciółkę? — Sądzi pan, że jej można było nie kochać? — Widocznie można było, skoro ktoś postarał się o to, aby uwolnić się raz na zawsze od jej towarzystwa. Powoli podeszła do stołu i usiadła w fotelu. Kiedy zapalała podanego przez Czerwińskiego papierosa, jej ręce były już spokojne. — Czy pana zdaniem Stecki zamordował Inkę? — A pani zdaniem? — Proszę mi nie zadawać takich pytań. I może skończymy na dzisiaj z tym okropnym tematem. Tak bardzo cieszyłam się, kiedy usłyszałam w słuchawce pana głos. Tak... bardzo... cieszyłam się, że pana zobaczę... A teraz... to takie okropne... Nie mogę uwierzyć, żeby Tadeusz... — Przecież nikt go jeszcze o nic nie oskarża. — No właśnie — ucieszyła się. — Pan przecież będzie najlepiej wiedział, co zrobić. 13

Podeszła do niego blisko, przyglądając mu się uważnie. — Źle pan wygląda. — Gdyby pani mną się zajęła, z pewnością wyglądałbym lepiej. — Przecież o niczym innym nie marzę. — Jak wyjaśnię okoliczności śmierci pani przyjaciółki, oddam się pod pani opiekę. — A pana żona? — A pani narzeczony? Następnego dnia Czerwiński wchodził do komendy w dobrym nastroju. Śledztwo w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej posunęło się nieco do przodu. W pokoju czekał na niego porucznik Kłosowski. — Dzień dobry, Wojtku — powiedział, siadając przy biurku. — Cześć pracy. Mam tego twojego szarego wartburga. Niestety, pusty. Stoi na parkingu. Obserwujemy go. — Jasna cholera. — Wesoły nam dzień dziś nastał. Czemu klniesz? — Dowcipniś z tego Steckiego. Ustaliliście już jego adres? — Tak. Leży przed tobą. — Jest już Romek? Chciałbym z wami trochę pogadać. — Oczywiście, już idę po tego geniusza. Kłosowski wyszedł z pokoju. Po jego wyjściu Czerwiński raz jeszcze rozłożył akta sprawy i zaczął je przeglądać strona po stronie. Na bok odłożył kopertę z wynikami badań grafologicznych testamentu Aleksandry Sosnkowskiej i fotografię 131

obrazka, na marginesie którego zrobiono zapis. Długo wpatrywał się w białą kartkę z napisem: „białe lub liliowe dzwonki i dzień pani z obrazka”. Przez moment przed oczami stanęło mu dzieciństwo, dom rodziców, z którego zostały tylko wspomnienia, a w tychże wspomnieniach na plan pierwszy wysuwał się pokój zastawiony łóżkami ze stertą poduszek i wiszące na ścianach obrazy. Jeszcze raz popatrzył na obrazek i roześmiał się. — No, ależ to dziecinnie proste! Podniósł głowę. Przed nim stali Kłosowski i Grygo. — Czy szef wie, co to znaczy, jak się zaczyna mówić do siebie? — Owszem, wiem. Nie bądź taki mądry. Masz coś nowego? — On zawsze ma same nowości — Kłosowski zajął już swoje miejsce, a Romek jak zwykle przysiadł na parapecie. — Najdalej za dwadzieścia pięć minut będziesz miał tego faceta od wartburga. — Pięknie. Zastanówmy się wspólnie chłopcy nad tym, czego w tej sprawie brakuje? — Mordercy. — Ty jednak jesteś genialny, Wojtek. Powtarzam ci to może za często, ale chcę, żeby wreszcie do ciebie dotarło, że genialni ludzie żyją krótko. A szkoda by cię, stary, było. Skoro już jesteś taki mądry, zamknij mordercę i sprawę będziemy mieć z głowy. — Nie mogę przecież tego zaszczytu zabrać szefowi. — Zastanówmy się więc, co mamy jeszcze do zrobienia. Dlaczego zamordowano Kingę Sosnkowską? — To pytanie, szefie, nie daje mi spać. Mnie się zdaje, że dla pieniędzy. — No, gejzerem intelektu to ty dzisiaj, Romciu, nie 132

jesteś. Że dla pieniędzy, to już od jakiegoś czasu wiemy — powiedział porucznik Kłosowski. — A kto te pieniądze zgarnie? — Wiadomo, pan Kazio z siostrzyczkami. — Na pewno macie rację — spokojnie powiedział Czerwiński — jest tylko jedno ale. Gdyby to oni zamordowali Sosnkowską, musieliby znać hasło, a ja jestem przekonany, że ani Sosnkowski, ani Bargowska hasła nie znają. — To dlaczego Bargowska tak nagle wyjechała z Polski? — zapytał Romek. — Pewnie nie chciała mieć kłopotów. Po prostu wystraszyła się. — Czerwiński tłumaczył spokojnie jak uczniom na lekcji. — Z całą pewnością zdawała sobie sprawę z tego, że jak się postaramy, to znajdziemy świadków na to, że rozmawiała z Sosnkowską dwukrotnie w dniu jej śmierci. A być zamieszanym w sprawę o morderstwo wcale nie jest zabawnie. — Ale nie ma żadnej pewności na to, że Bargowska nie dała Sosnkowskiej pomadki. — Nie ma, Wojtku. Zastanów się jednak. Jest rzeczą bardzo wątpliwą, żeby Sosnkowską przyjęła prezent od Bargowskiej w momencie, kiedy ta domagała się od niej zwrotu majątku czy choćby jego podziału. Pomyśl także o sprawie podstawowej, mianowicie o tym, że Sosnkowską była potrzebna im żywa. — Z twego rozumowania wynika, że rodzina Sosnkowskich wiedziała o istnieniu hasła. Nie znali tylko jego treści. — Musieli wiedzieć, że ono istnieje. Ktoś tego hasła dwukrotnie szukał w mieszkaniu Sosnkowskich. — Sprytnie to sobie pomyśleli. A jak w końcu brzmi to hasło — zapytał porucznik Kłosowski — szyfranci dali sobie z tym radę? 133

— Czekam na ich orzeczenie— odpowiedział Czerwiński — myślę jednak, że nie będzie ono inne niż to, do którego sam doszedłem. — Rozszyfrowałeś to? — Szefie, szef jest genialny! Niech szef nam powie. Romek stał przed biurkiem Czerwińskiego i wyczekująco patrzył mu w oczy. — Nie, chłopcy. Nie jest tak bardzo skomplikowane, żebyście sami do tego nie doszli. Nie jest to też w tej chwili najważniejsze, mamy pilniejsze sprawy na głowie. — Mnie jednak w dalszym ciągu nie daje spokoju Bargowska. — Porucznik Kłosowski upierał się przy swoim zdaniu. — Dlaczego Sosnkowski tak starannie ukrywał fakt jej pobytu w Polsce? — Ty dziś, Wojtek, zupełnie nie myślisz, nie tylko dziś zresztą. — Romek przysiadł teraz na krawędzi biurka Kłosowskiego. — Ona przecież przyjechała z konkretnym planem. Chciała zmusić Kingę Sosnkowską do wyjawienia hasła, co jak wiesz, nie udało się jej. Kiedy na jej tropie pojawiła się milicja, uznała za stosowne wyjechać. W końcu nie wszyscy uznają kontakt z nami za szczyt swoich marzeń. — Romek ma rację — Czerwiński zapalił kolejnego papierosa — zarówno Bargowska, jak i Sosnkowski z całego serca pragnęli śmierci Sosnkowskiej, ale jeszcze nie teraz. Im, powtarzam jeszcze raz, ona była potrzebna żywa. — No to pięknie. — Kłosowski podkreślił coś na kartce. — Tych dwoje mamy z głowy. Kto nam pozostał? Stańczakowa, Niewiadomski czy Ewa Niewczas? — Stańczakowa odpada — powiedział Czerwiński. — Niby po co miałaby mordować Sosnkowską? Niewiadomski? Ten nie miał najmniejszego powodu w pozbywaniu się 134

swojej przyjaciółki. Kochał ją... Chciał się z nią ożenić. Pojęcia nie miał, że Sosnkowska otrzymała tak znaczny spadek. — Więc kto? — Kłosowski wstał i podszedł do Czerwińskiego. — Pozostała tylko Ewa Niewczas. Czerwiński uśmiechnął się. — Ty się, Bogdan, nie uśmiechaj — powiedział Kłosowski siadając na skraju biurka. — Na nosie masz wypisane, że dziewczyna podoba ci się jak mało kto. — A tobie nie? — Jeszcze jak. — Kłosowski z rozmarzeniem przymknął oczy. — Tylko ja nie pijam z nią kawy w Europejskim — a widząc, że Czerwiński chce coś powiedzieć, dodał szybko — nie, nie przerywaj. I tak ci nie wierzę, że spotkałeś się z nią służbowo. — Ty niby skąd wiesz, że nie służbowo? Kłosowski i Romek wymienili między sobą znaczące spojrzenia. — Nasz szef — Romek niewinnie patrzył w oczy Czerwińskiemu — jest tak dobrze wychowany, że nawet na przesłuchanie przynosi przesłuchiwanym osobom kwiaty, zwłaszcza jeśli mają niebieskie oczy i jasne włosy. — No, moi panowie— Czerwiński był coraz bardziej zły — zdaje mi się, że, mówiąc delikatnie, będę musiał was opieprzyć. Cóż to za inwigilacje? — O, nie używaj brzydkich słów, to bardzo nieładnie — Kłosowski był prawie zgorszony. — Żadnych inwigilacji nie było, tylko gdybyś nie leciał na to spotkanie jak na odpust do Łagiewnik, to byś nas pewnie zauważył jedzących lody przed Europejskim. Zarówno Kłosowski, jak i Romek bawili się znakomicie zmieszaniem Czerwińskiego. 135

— Nawet ukłoniliśmy się, każdy po dwa razy, ale nie byłeś łaskaw nas zauważyć. — Ja was się nigdy nie pozbędę. — Czerwińskiemu humor poprawiał się z każdą minutą. — Mam znakomitą nauczkę, żeby zwracać szczególną uwagę na wszystkich facetów jedzących lody. A teraz uraduję was zapewne wiadomością, że z Ewą Niewczas spotkałem się jednak służbowo! Wojtek i Romek wybuchnęli śmiechem. — I czego ryczycie, jakby was podłączyli do wzmacniacza? Chcecie, to wierzcie albo nie. Spotkałem się z nią służbowo! Dzięki niej poznałem Steckiego. Gdyby nie ona, nie mielibyśmy pojęcia o istnieniu tego faceta, mimo że jesteście tacy spostrzegawczy. — Nie tłumacz się, stary. — Ani mi w głowie tłumaczyć się przed wami, smarkacze — rzekł wstając od biurka. — Chcę wam teraz dać dobrą radę na przyszłość. Na spotkanie z kobietą bez względu na to, czy jest ono prywatne, czy służbowe i na to, czy kobieta jest brzydka, czy piękna, wypada i należy iść z kwiatami. — Zwłaszcza na spotkanie służbowe — dodał Kłosowski. — Tak. A na teraz koniec z programem rozrywkowym — Czerwiński znów był rzeczowy. — Wracamy do tematu. Któryś z was miał coś do powiedzenia o Ewie Niewczas, słucham. — No to słuchaj mnie i oceń, jakiego masz wzorowego pracownika — powiedział Kłosowski, siadając przy swoim biurku. Z kilku leżących przed nim arkuszy wziął jeden i zaczął referować. — Zadałem sobie trud i sprawdziłem, skąd ona bierze pieniądze na ciuchy, biżuterię, kosmetyki, słowem na wszystko. Nikt bowiem nie jest w stanie mi wytłumaczyć, 136

żeby się o to nie wiem jak starał, że z pensji nauczycielki można mieć to wszystko, co ona ma. Okazało się, że wcale tak daleko od prawdy nie odbiegam. Pani Ewa Niewczas zarabia dwa tysiące osiemset złotych brutto. Każdy z nas widział ją co najmniej kilka razy — w tym miejscu zrobił oko do Czerwińskiego — i każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem miała na sobie ciuchy wartości co najmniej trzykrotnie przekraczającej jej pensję. Dodam, że za każdym razem te ciuchy były inne. W sezonie udziela korepetycji z chemii. Ma narzeczonego, pana Henryka Pogodę, na stanowisku urzędnika w jednym ze zjednoczeń z pensją trzy tysiące sto złotych. Bywa w tym samym towarzystwie, w którym bywała Sosnkowska. Kochanków, jeśli nawet ma, to tak dyskretnie, że nikt o tym nie wie. Ma natomiast długi. Około sześćdziesięciu tysięcy złotych. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Czerwiński. — To chcę powiedzieć, że mogła pozbyć się przyjaciółki, zgarniając jej biżuterię. — W ilości jednego pierścionka, który zresztą Romek był łaskaw jej zabrać? — kpił Czerwiński. — Między nami mówiąc, ten pierścionek jest wart ładnych kilkadziesiąt patyków — powiedział Romek. — Gdyby nawet było tak, jak ty, Wojtek, mówisz, to i Ewie Niewczas powinno zależeć na Sosnkowskiej żywej. — A jaką masz gwarancję, że to nie ona zagarnęła biżuterię Sosnkowskiej? — wykrzyknął Kłosowski. — O ile mi wiadomo, do dnia dzisiejszego nic nie wiemy na temat tej biżuterii. Wiemy natomiast, że piękna Ewa ma długi, o które wierzyciele zaczynają się coraz natarczywiej upominać. — Racja, moi kochani. W dalszym ciągu nic nie wiemy 137

na temat tych błyskotek. Wobec tego ty, Wojtku, udasz się do Sosnkowskiego, natomiast Romek złoży wizytę Ewie Niewczas i ustalicie, jak ta biżuteria wyglądała. Jej dokładny opis złożycie u mnie niezwłocznie po przeprowadzeniu rozmów. — To się pan Kazio ucieszy — Kłosowski zatarł ręce. — On uwielbia wprost wszystkie rozmowy z nami. — Szefie, a jakie kwiaty mam wziąć z sobą, idąc do pani Niewczas? — zapytał niewinnie Romek. — Nasturcje — Czerwiński zorientował się, że został podprowadzony. — Albo... jakie chcesz. Roześmiali się wszyscy. — Szefie, ten Stecki to korzonki zapuści w poczekalni, prosić go? — zapytał Romek. — Dawaj go! Ciekaw jestem, co wniesie do sprawy nasz piąty podejrzany. — Oby tylko ostatni — westchnął Kłosowski. — Oby — dodał Czerwiński. — Aha, Romek, jeszcze jedno. — Romek wrócił od drzwi. — Mam do ciebie jeszcze taką sprawę, rozmawiając z Ewą Niewczas, zwróć się do niej z prośbą w moim imieniu, żeby przez kilka dni nie używała żadnych kosmetyków. A te, które ma w domu, niech odda tobie. Wracając, zawieziesz je do laboratorium kryminalistyki. Nie chciałbym, żeby podzieliła los swojej przyjaciółki. Sosnkowski obudził się zlany potem. Za oknami było już zupełnie ciemno. Wydawało mu się, że spał zaledwie kilkanaście minut, ale, spojrzawszy na zegarek, stwierdził, że minęło ponad pięć godzin od czasu, jak się położył. Napił się herbaty ze szklanki stojącej na stoliku obok tapczanu. Zapalił światło i włączył radio. Nadawano 138

audycję dla wsi. Miał ochotę na mocną, gorącą kawę, ale nie chciało mii się iść do kuchni. Nie wstając, zapalił papierosa i podniósł słuchawkę telefonu, ale po usłyszeniu sygnału nie wykręcił numeru. Przez chwilę trzymał ją w ręku niezdecydowanie. Potem odłożył. Dopiero kiedy znalazł się przed domem, uświadomił sobie, że zupełnie niepotrzebnie zrezygnował z tej rozmowy. Ulica była pusta. Nikt za nim nie szedł. Czuł się bezpiecznie. Wszedł do kawiarni ”Raj”. W pierwszej chwili trudno mu się było zorientować, czy są wolne stoliki. Kiedy oczy przywykły do półmroku, stwierdził, że wszystkie miejsca są zajęte, głównie przez młodych wyznaczających sobie właśnie tu nad Wisłą spotkania. Podszedł do bufetu. — Dużą kawę proszę. — O, pan redaktor. Dobry wieczór. — Barmanka powitała go, jak dobrego znajomego. — Duża kawa? Już podaję. Może ze śmietanką? — Tak, proszę, Zniknęła na moment za stojącym na bufecie ekspresem, po chwili wróciła i postawiła przed Sosnkowskim filiżankę z kawą: — Bardzo dobrze, że pan przyszedł, panie redaktorze. Muszę panu koniecznie coś ważnego powiedzieć. — Przechyliła się przez ladę i powiedziała po cichu — Jakiś mężczyzna wypytywał o pana. Z milicji. Pokazywał legitymację. — Z milicji? — Tak. — Czego chciał? — Nie wiem. Pytał, czy pan tu częstyo przychodzi, czy sam, czy też w jakimś towarzystwie. — No, a co pani odpowiedziała? 139

— Powiedziałam, że nie wiem, że nie pamiętam — zastanowiła się chwilę. — Aha i jeszcze mu powiedziałam, że czasami pan wpadnie, kawę przy barku wypije i wychodzi. Rozejrzał się trwożliwie. — O tej pani nie mówiłam nic. — Ciii. — Sosnkowski położył palec na ustach, a po chwili głośno powiedział — Koniaczek proszę. Dla pani też. Sprawnie napełniła kieliszki. — Dziękuję panu, ale swój wypiję za pana zdrowie później, teraz jestem w pracy. A wracając do tamtego, to na mnie zawsze może pan liczyć. Mój Boże. Takie nieszczęście. Najpierw matka, potem żona i jeszcze nie dają człowiekowi spokoju. — Co zrobić, moja droga, nieszczęścia chodzą parami. Pytał o coś jeszcze? — Czy pańska żona tu przychodziła. Ale pan wie, ona tu nie bywała, chyba że z panem, i to bardzo rzadko. Dla niej tu było za mało elegancko. Nie to, co pan! Zabrała stojący przed nim pusty kieliszek.. Na wskazującym palcu jej lewej ręki połyskiwał w świetle topaz. Zatrzymał na nim wzrok. Zauważyła to. Podniosła rękę na wysokość oczu. — Piękny ten pierścionek. Nie powiedziałam, że kupiłam od pana. Pan i bez tego ma wiele kłopotów. — A cóż może pani wiedzieć o moich kłopotach? — Niech mnie pan nie rozśmiesza, panie redaktorze! Jak człowiek ma oczy, to i widzi niejedno. — Jej głos zadrgał groźbą. Sosnkowski roześmiał się, lecz w śmiechu tym zabrzmiał niemiły ton. — A czasami, moja piękna, niedobrze za dużo wiedzieć! 140

Kobieta w milczeniu pokręciła głową. — Co racja, to racja, panie redaktorze. — A poprawiając nieco włosy, dodała — pana żona to chyba była jak encyklopedia. — A to dlaczego? — Pan dobrze wie, dlaczego. Za dużo wiedziała. Czystą ściereczką przecierała stojące na tacy kieliszki, a następnie patrzyła na nie pod światło, sprawdzając, czy lśnią należycie, a potem odstawiała je na swoje miejsce. Sosnkowski spoglądał na nią z zainteresowaniem. — Spodziewam się, że przestała się już pani na mnie złościć, pani Halinko? — dopytywał z pewnością siebie. — Przestałam — odpowiedziała uśmiechając się — przestałam i przepraszam, że tak naskoczyłam na pana, ale zdenerwował mnie ten facet z milicji. Spokoju mi to nie daje. Czego oni właściwie chcą? — Sam chciałbym to wiedzieć. Sprawa przecież jest zupełnie jasna. Moja żona popełniła samobójstwo. — Westchnął przymykając oczy. — W takich wypadkach zawsze prowadzą dochodzenie. — Dziwna kobieta z pana żony. — Dlaczego? — Żeby to życie sobie odbierać? I tak jest krótkie! — Pewnie, lepiej żyć i cieszyć się nim. Tak jak my. O której pani kończy pracę? — O jedenastej, to jest chciałam powiedzieć o dwudziestej trzeciej. A co? — Zajrzała mu w oczy. — Zabieram panią na kolację. — O, panie redaktorze. Dziękuję bardzo, ale ja jestem nie przygotowana, nie ubrana. — Jest pani śliczna. Będę punktualnie o dwudziestej trzeciej, a na razie żegnaj, najpiękniejsza. Był tak uradowany perspektywą spędzenia z nią wieczoru, 141

że wyszedł z kawiarni nie uiściwszy rachunku, co Halina skonstatowała dopiero w kilka minut potem. — Miło mi, że znów mogę z panem rozmawiać — powiedział szczerze Czerwiński. — Tak niespodziewanie opuścił pan dom pani Niewczas, że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać. Stecki patrzył na niego z niedowierzaniem. Był dzisiaj ubrany staranniej. Biała koszula była czysta, szary, od niedawna chyba używany garnitur, rozjaśniał barwny modny krawat. Starał się zachować spokój, co nawet w pewnej mierze mu się udawało. O zdenerwowaniu świadczyły jedynie rozbiegane oczy, którym nie udawało się skoncentrować na jakimś jednym punkcie. — Przepraszam pana, ale śpieszyłem się bardzo. — A można wiedzieć, dokąd? — zapytał Czerwiński. — Nie rozumiem jednej rzeczy — rzekł wyniośle Stecki — czy wezwał mnie pan tylko w tym celu, aby mi powiedzieć, że nie dopełniłem drobnego obowiązku towarzyskiego? — Nie tylko. — Głos Czerwińskiego był spokojny. — Gdyby chodziło tylko o, jak pan określił, niedopełnienie obowiązku towarzyskiego, nie fatygowałbym pana do komendy. Poprosiłem pana tutaj, gdyż muszę zadać kilka bardzo ważnych pytań. — Słucham. — Nie odpowiedział mi pan na jedno ź nich, a mianowicie dokąd spieszył się pan tak bardzo w dniu wczorajszym. Stecki zamrugał szybko powiekami. 142

— Przypomniałem sobie, że jestem umówiony ze znajomymi. — Daleko? — Na Mokotowie. — I co? — Jak to co? — Poruszył się na krześle tak, jakby chciał z niego wstać. — Pan był zajęty Ewą, nie chciałem przeszkadzać, więc wyszedłem z mieszkania, nie pożegnawszy się przedtem. Prosto stamtąd udałem się na Mokotów. — Zostawiając samochód na placu Dzierżyńskiego? — W dalszym ciągu nie rozumiem celu pańskich pytań — Stecki zaciął wargi. — W końcu to jest mój samochód i mogę robić z nim to, co chcę. — Słusznie, proszę pana — powiedział tonem ugodowym Czerwiński — ma pan rację. Pańskim samochodem pan dysponuje dowolnie... Czy nie wydaje się panu jednak trochę dziwne, że spiesząc się bardzo na umówione spotkanie ze znajomymi, odstawił pan wóz na parking i autobusem czy tramwajem jechał pan dalej? — Odstawiłem samochód, ponieważ wiedziałem, że znajomi moi podadzą na kolację alkohol. — No tak, to w, zasadzie wyjaśniałoby sprawę. Mam tylko jedną wątpliwość — Czerwiński zawiesił na chwilę głos. — Jaką? — Taką mianowicie, że pan nie do znajomych tak bardzo się śpieszył. — Pan nie wierzy w moje słowa? — Stecki był oburzony. — Usiłuję, proszę pana. Usiłuję. Choć przyznam się, że nie bardzo mi się to udaje. — Ale dlaczego? — Ano dlatego, że największy pośpiech okazał pan w 143

momencie, kiedy pani Niewczas zaczęła mówić o pomadkach, jakie podarował pan niedawno pani Sosnkowskiej. — Jest pan, w błędzie. — Proszę mi powiedzieć, od jak dawna znał pan Kingę Sosnkowską? — Kingę... Zaraz, chyba od, trzech lat. — Czy znał ją pan dobrze? — Nie rozumiem pytania. — Często się spotykaliście? — Często? — Twarz Steckiego wyrażała zdumienie. — Nie, panie kapitanie. Znacznie rzadziej, niżbym sobie tego życzył. — Co pan może o niej powiedzieć? — Bardzo mało. Znałem ją właściwie długo. — Stecki zamyślił się. — Należała do tych kobiet, które wymagają opieki, a jednocześnie nie chcą jej przyjąć — dodał ze smutkiem. — Pan jej zaproponował taką opiekę? — Nawet bym nie śmiał. Jestem dobrym obserwatorem, to i zauważyłem, że potrzebny był jej ktoś silny, zdolny osłonić ją przed światem, a ja, cóż... — uśmiechnął się smutno — zdaję sobie przecież sprawę z mojego wyglądu. Siedział przygarbiony, bezradnie patrząc na Czerwińskiego. — Pan jest żonaty? — zapytał Czerwiński. — Nie, jakoś nie zdołałem ułożyć sobie życia. — Niech mi pan powie wszystko, co pan wie o Kindze Sosnkowskiej. — Już panu powiedziałem. Znałem ją długo, ale bardzo mało. — Umilkł na chwilę uciekając we wspomnienia. — Poznałem ją trzy lata temu. To było w lecie. Urlop spędzałem w Karwi. Któregoś dnia jechałem samochodem do Władysławowa. Brzegiem szosy szła ona. Kiedy podniosła rękę, 144

zatrzymałem się i zaprosiłem do wozu. Prosiła, żeby ją podwieźć do Jastrzębiej Góry. Kiedy na nią patrzyłem, zdałem sobie od razu sprawę, że gdyby poprosiła o podwiezienie do Rzeszowa, uczyniłbym to bez wahania. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Podobała mi się bardzo... Tak ją poznałem. W czasie urlopu spotkałem ją jeszcze dwa razy. Przypadkowo... Sam zresztą szukałem tych przypadków. Wybłagałem numer jej telefonu. Kilka razy spotkałem się z nią w Warszawie. Była zawsze smutna, nawet bardzo smutna... — Co pan wie o jej życiu prywatnym? — Była mężatką, ale jej pożycie z mężem nie układało się najlepiej. — Skąd pan wie o tym? — Sama mi to kiedyś powiedziała. — Jaki jest pański zawód? Stecki odchylił głowę. Pytanie Czerwińskiego przywróciło go do rzeczywistości. — Jestem ekonomistą. — Gdzie pan pracuje? — W Zjednoczeniu Przemysłu Chemicznego. — Pan wie, w jakich okolicznościach zmarła Kinga Sosnkowska? — W nekrologach podawano, że zmarła tragicznie. — Czy o jej śmierci dowiedział się pan z nekrologów? — Między innymi. Zawiadomiła mnie również o niej pani Niewczas, podając telefonicznie termin pogrzebu. — Sosnkowska rzeczywiście zmarła tragicznie. Została otruta — powiedział Czerwiński, obserwując Steckiego. — Panie kapitanie, to niemożliwe — wykrzyknął Stecki i pobladł. Otworzył usta tak, jakby nie mógł złapać tchu. 145

Szeroko otwartych oczu nie spuszczał z Czerwińskiego. Po chwili dodał zupełnie cicho — jeszcze raz powtarzam, to niemożliwe. — A jednak to prawda — stwierdził Czerwiński — Kinga Sosnkowska została otruta — W jaki sposób, dlaczego? — Chciałbym, żeby pan pomógł mi odpowiedzieć na to pytanie — wyjaśnił Czerwiński. Stecki był wzburzony Wyłamywał palce. Bladł i czerwienił się na zmianę — Proszę, niech pan się uspokoi — powiedział łagodnie Czerwiński — i powie mi, kto mógł pragnąć śmierci Sosnkowskiej — Śmierci Inki? — Stecki pokręcił głową. — Pan wybaczy, kapitanie, ale to pytanie jest zupełnie niedorzeczne. Inka nie miała wrogów. Czerwiński uniósł brwi — To, co pan mówi, jest bardzo ciekawe. Więc powiada pan, że nie miała w swoim otoczeniu wrogów? — Tak, oczywiście. Stecki uśmiechnął się do niego wyrozumiale. — Rozumiem, że miała samych przyjaciół. — To jest przecież oczywiste. — I wszyscy ją bardzo kochali? — W głosie Czerwińskiego brzmiało niedowierzanie. — Tak, panie kapitanie. — Pan też ją kochał? — Tak... bardzo... — Stecki zamrugał oczami. Czerwiński miał wrażenie, że siedzący przed nim mężczyzna za chwilę się rozpłacze. Ten potarł jednak palcami czoło i powtórzył — Bardzo ją kochałem, panie kapitanie. — A ona? — Niech pan na mnie popatrzy uważnie, panie kapitanie 146

— powiedział ze smutkiem w głosie. — Przyzna pan, że Gregory Peckiem nie jestem... Już prędzej Luis de Fines, a ona... Ona była tak piękna. Poza tym miała tylu wielbicieli... Łukasz — głos Steckiego zabrzmiał teraz zupełnie inaczej, jakoś twardo. Mówił to wszystko powoli, jakoś tak bardzo smutno, tylko na wspomnienie Łukasza Niewiadomskiego jego głos stał się ostry i chrapliwy. — Był pan o nią zazdrosny? — Tak. Bardzo. Wiedziałem wprawdzie, że jest niedorzecznością kochać ją i być o nią zazdrosnym, ale było to silniejsze ode mnie. Pan sobie nawet nie zdaje sprawy z tego, jak ja bardzo cierpiałem. Oparł głowę na zaciśniętych w pięści rękach. Przez kilka minut panowało milczenie. Czerwiński czekał, aż opanuje się na tyle, że będą mogli dalej rozmawiać. Kiedy zdenerwowanie minęło, Stecki wyprostował się na krześle i patrzył prosto przed siebie nic nie widzącymi oczyma. — Dlaczego Sosnkowska wystąpiła o rozwód? — Przypuszczam, że o to postarał się Łukasz, to znaczy pan Niewiadomski. — Pan go zna? — O tak. — W głosie Steckiego wyczuwało się gorycz. — Znam. Inka była łaskawa przedstawić nas kiedyś sobie... Chyba tylko po to, żeby zwiększyć moje cierpienie. — Odnoszę wrażenie, że nie darzy pan Niewiadomskiego sympatią. — Dobre wrażenie pan odnosi. Ona tylko w nim widziała mężczyznę i wielbiciela. Ja dla niej byłem niczym. Zupełnie niczym. Ostatnie słowa wypowiedział prawie z nienawiścią w głosie. Ten zakompleksiony człowiek nienawidził w tej chwili 147

z całego serca nie tylko Łukasza Niewiadomskiego. — Często obdarowywał pan Sosnkowską kwiatami? — To zależy, co pan przez to rozumie. — Na przykład raz w tygodniu czy raz w miesiącu, czy też codziennie. — Gdybym mógł, obdarowywałbym ją kwiatami po kilka razy na dzień, ale na tak częste dowody pamięci ona mi nigdy nie pozwalała. — W jego głosie znów dominował smutek. — Jakie kwiaty najbardziej lubiła Sosnkowską? — Konwalie... i wszystkie pozostałe. — Czy tylko kwiaty dawał pan Sosnkowskiej? Stecki zamknął oczy i mocno zacisnął usta. Policzki drgały mu lekko. — Nie wiem, do czego pan zmierza, panie kapitanie, zadając mi takie pytania, nie sądzę bowiem, aby mnie pan pytał o to dla zaspokojenia własnej ciekawości. Te sprawy są dla mnie bardzo bolesne i trudno mi o nich mówić. Czerwiński przytaknął ruchem głowy. — Rozumiem pana. Ale proszę i mnie zrozumieć. Prowadzę śledztwo w sprawie tragicznej śmierci Kingi Sosnkowskiej Muszę poznać ludzi, z którymi ona się stykała. Każda, nawet nic dla pana nie znacząca informacja, dla mnie może być ogromnie cenna. To nie ciekawość, proszę pana, to konieczność. — Rozumiem. — Proszę mi zatem powiedzieć, co poza kwiatami ofiarowywał pan Sosnkowskiej? — Kosmetyki — powiedział Stecki. — To była bardzo elegancka kobieta. Lubiła dobre kosmetyki, ale... — Ale? 148

— Nie zawsze chciała je przyjmować. Czerwiński wstał zza biurka i podszedł do okna. Wyglądał przez chwilę na ulicę. Kiedy się odwrócił, podszedł do siedzącego nieruchomo Steckiego. Zrobił kilka kroków i ponownie stanął przed nim. — Proszę wymienić, jakiego rodzaju kosmetyki dawał pan Sosnkowskiej. — Kremy, pudry, pastele — Stecki wyliczał na palcach jak dziecko — wody kwiatowe, tusze, lakiery... wszystko to, czego używa dbająca o siebie kobieta. Kosmetyki, które jej dawałem, miały zapach konwalii. Czerwiński popatrzył na niego zdumiony. — Gdzież to można kupić na przykład tusz do rzęs o zapachu konwalii czy fiołka? — U nas z tym są dość poważne trudności — odpowiedział — natomiast za granicą, we Francji czy Anglii nie ma z tym żadnego problemu. — Często pan wyjeżdża za granicę? — Nie. Raz, dwa razy do roku. — To są wyjazdy służbowe? Stecki znów uśmiechnął się smutno. — Nie, panie kapitanie, to były wyjazdy najzupełniej prywatne. Teraz już... nie będę miał potrzeby wyjeżdżać. — A to dlaczego? — Kinga przecież nie żyje. — Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki chusteczkę, wytarł nią czoło. Chowając ją z powrotem, dodał. — Ona nie żyje... jej niepotrzebne są już żadne kosmetyki... Zgodzi się pan ze mną, prawda? Czerwiński patrzył na niego w osłupieniu. — Pan wyjeżdżał za granicę tylko po kosmetyki dla Sosnkowskiej? — Cóż w tym dziwnego, panie kapitanie? — zapytał. 149

— Nasz przemysł kosmetyczny nie nadąża jeszcze za takimi krajami jak Anglia czy Francja. Wiele w tej dziedzinie zrobiono już na lepsze, ale to wciąż nie to, czego szukają nasze panie. — Jednego w tym wszystkim nie rozumiem — powiedział Czerwiński — i chciałbym pana prosić o wyjaśnienie. — A widząc zdziwienie Steckiego, dodał — Twierdzi pan, że był o Sosnkowską zazdrosny, a równocześnie zadawał pan sobie trud, żeby jej kompletować kosmetyki. W jakim celu? — Czy był pan kiedyś zakochany? — Odpowiedział pytaniem na pytanie. — Co to ma do rzeczy? — Już pana odpowiedź wyjaśnia mi wiele. Nie był pan zakochany, więc nigdy pan tego nie zrozumie. — Może jednak postaram się zrozumieć... — Człowiekowi kochanemu oddaje się wszystko. Nie ma nic bardziej przyjemnego niż obdarowywanie kogoś nam bliskiego. Zapewniam pana, że wówczas znacznie przyjemniej jest dawać niż brać. Czerwiński przyznał mu rację. — Nie jest to znowu takie trudne do zrozumienia. Nie jest to mi też tak obce, jakby pan przypuszczał. Czy nie pominął pan jednak jakiegoś szczegółu, wymieniając kosmetyki dawane Sosnkowskiej? — Nie sądzę. Stecki opuścił nisko głowę. Znów zapatrzył się gdzieś w głąb siebie, w przeszłość. — Może je pan wyliczyć jeszcze raz? — Proszę bardzo. Pudry w kremie, kamieniu i w płynie, pastele do oczu, przeważnie w kolorze niebieskim, tusze do rzęs, ołówki do oczu, lakiery do paznokci, wody kwiatowe, szampony... To chyba wszystko. Czerwiński w czasie tego wyliczania notował wszystkie 150

wymieniane kosmetyki. Po ostatnich słowach Steckiego przejrzał zapisaną kartkę bardzo uważnie. — Innych kosmetyków nie dawał pan Sosnkowskiej? — Nie. Myślę, że wymieniłem wszystkie. — Nie. Nie wymienił pan jednego z podstawowych kosmetyków — Mianowicie? — Pomadki do ust. Przecież i takie prezenty robił pan Sosnkowskiej, prawda? — W samej rzeczy — Stecki rozpromienił się. — Zupełnie o tym zapomniałem. — Dotknął ręką czoła. — Jak mogłem nie pamiętać? — Najważniejsze — Czerwiński uśmiechnął się — że pan sobie o tym przypomniał, i proszę mi jeszcze powiedzieć, kosmetyki jakiej firmy kupował pan dla Sosnkowskiej. — Elizabeth Arden. — Kiedy i jakie kosmetyki dał pan Sosnkowskiej w lipcu? Stecki zamyślił się. — W lipcu? — Tak. — Zaraz, chwileczkę, niech sobie przypomnę... W lipcu dałem jej dwie pomadki. — Jakiej firmy? — Elizabeth Arden oczywiście. — Którego lipca? — Nie pamiętam. — Byłoby dobrze, gdyby pan sobie przypomniał. Popatrzył na Czerwińskiego bezradnie. — Zupełnie tego nie pamiętam, ale było to z całą pewnością po piętnastym. 151

— Proszę mi powiedzieć, jak pan spędził popołudnie i wieczór dwudziestego piątego lipca. — Dwudziestego piątego lipca... Zaraz... Dwudziestego piątego lipca... Pozwoli pan, że pomyślę nad tym chwilę? — Proszę. Przez chwilę panowało milczenie. — Dwudziestego piątego lipca byłem wieczorem w teatrze, a właściwie w operze... Wystawiali balet „Romeo i Julia” Po spektaklu wróciłem do domu. — Sam pan był w operze? — Tak, byłem sam. — Spotkał pan tam kogoś znajomego? — Nie spotkałem nikogo. Widziałem natomiast Inkę, panią Niewczas i Łukasza Niewiadomskiego. — Rozmawiał pan z nimi? — Nie. — Dlaczego? — Nie chciałem się narzucać. — Czy oni pana widzieli? — Nie jestem pewien. Ukłoniłem im się, ale przypuszczam, że tego nie zauważyli, bo żadne z nich mi się nie odkłoniło — dodał z zakłopotaniem. Czerwiński energicznym ruchem rozgniótł w popielniczce dopiero co zapalonego papierosa. Wyprostował się na krześle. — Pan wie, kiedy zmarła Sosnkowska? — Tak, dwudziestego piątego lipca. — Jak się panu zdaje, kiedy to nastąpiło? — Chyba po powrocie do domu Widziałem przecież, jak wsiadała przed teatrem do taksówki. — Poznaje pan te pomadki? — Czerwiński wyjął z biurka dwa pudełeczka z przezroczystego plastyku, w każdym z nich znajdowała się pomadka w ładnej błyszczącej oprawie. 152

Stecki pochylił się do przodu i wpatrywał się w pudełeczka. — Tak, to są pomadki Elizabeth Arden. — Dał pan je Sosnkowskiej? — Tak. Te pomadki Inka otrzymała ode mnie. Czerwiński, przyglądając się Steckiemu, stwierdził, że ten nie jest ani zdenerwowany, ani zmieszany. Pomadki nie zrobiły na mm żadnego wrażenia. Patrzył na nie tak, jak na leżące obok mich papiery. — Nadeszła pora, proszę pana, żebyśmy wyjaśnili sobie ostatnią sprawę. — Tak... tak... oczywiście... Stecki w dalszym ciągu nie odrywał wzroku od pomadek. — Co jest w tej pomadce? Czerwiński podniósł do góry jedno z pudełeczek. Stecki prowadził wzrokiem jego rękę. — To jest już moja osobista sprawa — powiedział. — Nie tylko jest to pana sprawa. — Czerwiński odłożył pudełeczko na biurko. — Tu chodzi o morderstwo. Sosnkowska została otruta. Truciznę podano jej w tej oto pomadce — powiedział podnosząc ponownie jedno z pudełeczek do góry. — To pan dał jej tę pomadkę, tak? — Tak. — Dlaczego otruł pan Sosnkowska? — Ja jej nie otrułem. — Co pan dodał do pomadki? — Na to pytanie panu nie odpowiem. — Jest pan podejrzany o morderstwo Kingi Sosnkowskiej. Byłoby lepiej dla pana, jeśli zechciałby pan odpowiadać na pytania. — Nie odpowiem już na żadne pytanie. — Jak pan woli. Dysponuję dostatecznym materiałem dowodowym, aby pana aresztować. 153

Kiedy tego popołudnia Czerwiński wyszedł z komendy na ulicę, wypełnioną jak zwykle o tej porze zgiełkiem i hałasem, zobaczył z daleka porucznika Kłosowskiego zajętego rozmową z niskim mężczyzną ubranym w brązową zamszową kurtkę i zielone sztruksowe spodnie. Człowiek ten miał twarz okrągłą i ciemną, tym ciemniejszą, że otoczoną czarną brodą. Pomyślał, że gdyby rozmówcy Kłosowskiego włożyć na głowę zniszczony kapelusz, wyglądałby jak telewizyjny rozbójnik Rumcajs. — Och, nareszcie — zawołał Kłosowski na widok zbliżającego się Czerwińskiego — już myślałem, że znów będziesz siedział nie wiadomo do której. Poznajcie się, Zenek Iglak, mój kumpel ze studiów, a to sam Bogdan Czerwiński, mój szef. — Dzień dobry panu — powiedział Czerwiński wyciągając rękę. — Miło mi pana poznać. Uścisnęli sobie ręce. Stali naprzeciwko siebie, w milczeniu. — Chodźcie do Wuzetki na kawę — powiedział Kłosowski. — Ja stawiam, a jeśli będziecie grzeczni, to dostaniecie po lampce wina i coca-colę. — Trzeba było od razu tak powiedzieć. — Iglak uśmiechnął się. — Idziemy. — Przepraszam cię, Wojtku, ale chciałbym raz być wcześniej w domu. Elżbieta się ucieszy. — Pani Elżbieta już dawno przyzwyczaiła się do twojej, nazwijmy to, punktualności — obstawał przy swoim Kłosowski. — Ten jeden raz nie zrobi już żadnej różnicy. Mam ci też coś bardzo ważnego do powiedzenia. — To może jutro w komendzie. — Panie kapitanie, niech pan nie da na siebie czekać tak długo — Iglak uśmiechnął się do niego. 154

W uśmiechu jego twarz zmieniała się nie do poznania. Promieniała radością i ciepłem. — Tak bardzo chciałem pana poznać. Prosiłem Wojtka już ze sto razy o przedstawienie mnie panu, ale jakoś nie wychodziło. Dziś, jak mi Wojtek powiedział, że musi się jeszcze z panem zobaczyć, postanowiłem nie ruszyć się dotąd, dopóki pana nie poznam. I jak pan widzi, doczekałem się. Proszę nam nie odmawiać. Ja mam do pana też jedną małą sprawę. — Widzę, że nie wymknę się wam tak prędko. Chodźmy więc. W kawiarni panował półmrok. Sala tworzyła długą „kiszkę”, wzdłuż której ciągnęły się rzędy stolików, z równo poustawianymi obok nich krzesłami. Ludzi było niewiele. Przeszli przez całą długość sali i zajęli stolik przy samym jej końcu, tuż pod oknem. Kelnerka, która podeszła do nich prawie natychmiast, miała opadające na twarz kasztanowate włosy i ciemnoczerwone usta. Stanęła wyczekująco. — Kawa? Koniak? — zapytał Kłosowski. — Dla mnie mała kawa — powiedział Czerwiński. — Dla mnie też — dodał Iglak. — Trzy małe kawy proszę, trzy coca-cole i trzy lampki koniaku. — Jakiego? — A jaki pani ma? — Jest pliska, winiak gruziński i słoneczny brzeg. — Na jaki macie ochotę? — zapytał Kłosowski. — Ja proponuję słoneczny brzeg — powiedział Iglak — ma piękną barwę i przypomina lato. Kelnerka odeszła. — Pan już po urlopie? — zwrócił się Czerwiński do Iglaka. 155

— Niestety. Byłem właśnie w Bułgarii, bardzo mi się podobał ten ich Słoneczny Brzeg, dlatego namówiłem panów na koniak o tej nazwie... Co jak co, ale morze i plaże to Bułgarzy mają bezkonkurencyjne, prawda? — Nic na ten temat powiedzieć nie mogę — odparł Czerwiński. — Nie byłem jeszcze w Bułgarii. Wybieram się tam od kilku lat, ale zawsze coś staje na przeszkodzie. — Radzę panu koniecznie tam, pojechać. Pogoda murowana, woda w morzu czysta i ciepła i cudowne ciągnące się całymi kilometrami plaże i wydmy. A wieczorami dobre koniaki w kawiarenkach na powietrzu, tuż nad morzem. Powiadam wam, to jest cudny kraj! — Słuchając pana, nabieram coraz większej ochoty na spędzenie tam najbliższego urlopu. — Będę w panu tę ochotę podtrzymywał — powiedział Iglak. Kelnerka przyniosła na tacy zamówione napoje. Kiedy odeszła, Kłosowski położył przed Czerwińskim małe pudełeczko. — Zobacz, co tam jest. We wnętrzu pudełeczka, na różowym atłasie, leżał złoty pierścionek z zielonym kamieniem. — Dla narzeczonej kupiłeś, Wojtusiu? — zapytał Czerwiński, spoglądając na Kłosowskiego. — Przynajmniej wiem, na co brałeś pożyczkę. — Przyjrzyj się dokładnie temu pierścionkowi. — No, owszem gust masz dobry. — Czerwiński raz jeszcze zajrzał do pudełeczka. — Ile zapłaciłeś? — Ten pierścionek ja kupiłem dzisiaj dla mojej dziewczyny — powiedział Iglak — ale Wojtuś, jak go dokładnie obejrzał, to mi go zabrał. Czy takie chwyty są dozwolone, panie kapitanie? 156

— Pewnie i Wojtkowi spodobał się ten pierścionek. Jest bardzo ładny — powiedział Czerwiński. — Nie rozumiem tylko, po co go panu zabierał. — Może ja opowiem, jak to było. — Iglak pochylił się w stronę Czerwińskiego. — U jubilera spotkałem Wojtka. Mnóstwo lat się nie widzieliśmy, więc w telegraficznym skrócie opowiedzieliśmy sobie życiorysy. Tak szczerze mówiąc, to nie dałem mu dojść do głosu, bo jestem zakochany i wydaje mi się, że wszyscy z tego powodu powinni być szczęśliwi. Opowiedziałem mu więc, że poznałem wspaniałą dziewczynę, z którą się będę żenił. Z początku Wojtek nie chciał mnie słuchać i powiedział mi, że obleciał już wiele sklepów jubilera i ten został mu na ostatek. Z godzinę oglądał wszystkie świecidełka znajdujące się w nim. Myślałem, że tak, jak ja, szuka pierścionka dla dziewczyny, więc kiedy już wychodziliśmy, wyciągnąłem pudełeczko i chwalę się nabytkiem. Wojtek, podobnie jak pan kapitan, powiedział że ładny, zapytał o cenę i zaczął dokładnie oglądać. A jak obejrzał, schował do kieszeni i powiedział, że pan kapitan bardzo się z tego pierścionka ucieszy. Skorzystałem z okazji, bo jak już mówiłem, dawno chciałem pana poznać. No i Wojtek przywiózł mnie tutaj. Pierścionka oddać mi nie chciał, tylko wciąż powtarzał, że za ten pierścionek to go pan kapitan w rękę pocałuje. Iglak umilkł speszony. Czerwiński spojrzał wymownie na Kłosowskiego, który spokojnie zapalał papierosa. — Panie kapitanie, czy mogę zabrać pierścionek? — Chwileczkę, zaraz go panu zwrócę — to mówiąc Czerwiński wyjął z pudełeczka świecidełko i zaczął je dokładnie oglądać. Zielony kamień był owalny i wypukły. Szlifierz nadał mu bardzo piękny kształt. Oprawę stanowiła 157

misterna złota koronka, obrączka była płaska i, jak na tę wielkość pierścionka, wąska. Na jej wewnętrznej stronie wygrawerowane było: K-Ł pierwszego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt trzy. — No i co? — zapytał triumfująco Kłosowski. — No i nic. — Czerwiński włożył pierścionek do pudełeczka. — Bogdan, to przecież jasne. K-Ł oznacza z całą pewnością Kingę — Łukasza. Iglak patrzył na nich zdumiony. — Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. K-Ł może równie dobrze znaczyć Łucja — Karol. — Czerwiński upił łyk koniaku i zdecydowanym ruchem zamknął pudełko. — Bogdan, posłuchaj — Kłosowski podniósł nieco głos — ja wpadłem na to, bo spotkałem Zenka w drodze od Ewy, która stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że między innymi Sosnkowska posiadała taki pierścionek. Mówiła też, że właśnie pierwszego lipca otrzymała go od Niewiadomskiego. — No, tak — Czerwiński zapalił papierosa i powoli wypuścił dym — to zaczyna być interesujące. Czy może pan — Czerwiński zwrócił się do Iglaka — zdeponować u nas ten pierścionek na kilka dni? — A czy mogę powiedzieć nie? — Może pan, ale wolałbym, żeby pan tego nie robił. Rzeczywiście Wojtek miał rację. Ucieszyłem się tym pierścionkiem. Iglak patrzył ze smutkiem na kapitana Czerwińskiego chowającego pudełeczko do kieszeni. — No, chłopcy, dziękuję — powiedział Czerwiński, wstając od stolika. — Teraz musimy, Wojtku, wrócić jeszcze do komendy. Pana też poproszę z nami — zwrócił się do Iglaka. 158

— Mnie? — Tak, musimy panu wydać przecież zaświadczenie o wzięciu w depozyt pierścionka. — Panie kapitanie, to zupełnie niepotrzebne. Przecież ja wierzę panom. — To bardzo dobrze, że pan nam wierzy, ale zaświadczenie wydać musimy, to jest konieczne. Gdy zadzwonił, drzwi otworzyły się natychmiast, tak jakby Sosnkowski stał z drugiej strony i wyczekiwał na niego. Widząc wielkie zaskoczenie na twarzy gospodarza, Czerwiński domyślił się, że ten rzeczywiście spodziewał się kogoś, ale z całą pewnością tym kimś nie miał być pracownik milicji. — O, dzień dobry, panie kapitanie, — Sosnkowski silił się na uśmiech. — Nie spodziewałem się pana zupełnie. — Tak jakoś się złożyło, że muszę z panem porozmawiać — powiedział nieco zakłopotany Czerwiński. — Jestem zmuszony zakomunikować panu pewną ważną rzecz. — Bardzo proszę. Może tutaj, do pokoju Inki — wprowadził Czerwińskiego do znanego mu, ale teraz już posprzątanego i wywietrzonego pokoju. Usiedli w fotelach naprzeciw siebie. — Słucham, czym mogę panu służyć? — zapytał Sosnkowski. Czerwiński wyjął z kieszeni paczkę zenitów i zapałki. Wolno otwierał pudełko. Kiedy się już z tym uporał, wyciągnął rękę z papierosami w kierunku Sosnkowskiego. Ten wziął papierosa, zapalił zapałkę i podał ogień Czerwińskiemu. — Słucham, kapitanie, chciał mi pan zdaje się coś powiedzieć? 159

— A tak — potwierdził Czerwiński. — Otóż jestem na tropie osoby podejrzanej o zabójstwo pańskiej żony. Sosnkowski drgnął. Twarz mu się skurczyła, bez śladu zniknął z niej uśmiech, usta zacisnął mocno. Trwało to jeden króciutki moment, ale wystarczająco długo, aby Czerwiński dokładnie zapamiętał jego reakcję. Po chwili Sosnkowski uśmiechnął się znów. — Jakże się cieszę, że pan tak szybko wyjaśnił tę tak bolesną dla mnie sprawę. Cieszę się, bardzo się cieszę. Czerwiński milczał. — Niechże pan wreszcie zaspokoi moją ciekawość i powie, kto otruł moją żonę — wstał i kilka razy przeszedł się po pokoju, a ponieważ Czerwiński w dalszym ciągu milczał, dodał — Dziękuję, bardzo panu dziękuję. Nigdy nie wątpiłem w to, że pan szybko doprowadzi sprawę do końca. Doprawdy nie wiem, jak mam panu dziękować. Mówił to wszystko bardzo szybko, co chwilę spoglądając z niepokojem w stronę drzwi. — Nie mówmy o podziękowaniach — odpowiedział Czerwiński. — Ja również cieszę się, że tę sprawę prawie mam zakończoną. — I nie zwracając uwagi na wymownie spoglądającego na zegarek gospodarza ciągnął dalej — A co z biżuterią pańskiej żony? Znalazł ją pan? — Ależ, panie kapitanie. To wzruszające, że i tym jeszcze pan się zajmuje. — Sosnkowski uśmiechnął się i skłonił kapitanowi. — Nie dalej jednak jak wczoraj jeden z pańskich ludzi również interesował się tą prawą. Ale to już doprawdy drobnostka. Najważniejsze jest to, że człowiek, który popełnił ten okropny czyn, poniesie zasłużoną karę. Kto to jest? 160

Ciągle patrzył w kierunku drzwi i nasłuchiwał. — Czeka pan na kogoś? — zapytał Czerwiński. — Nie, skądże — odpowiedział nieco zmieszany. — No, tak... Wracając jednak do tematu... biżuteria pańskiej żony przedstawiała znaczną wartość... Czyżby dla pana nic nie znaczyła? — Panie kapitanie, mojej żonie życia to nie przywróci, ja... Zabrzmiał dzwonek, ktoś naciskał go niecierpliwie. Sosnkowski, siląc się na zachowanie spokoju, zgasił dopiero co zapalonego papierosa i wstał z fotela. — Przepraszam pana na chwilę. Wychodząc z pokoju zamknął za sobą drzwi. Czerwiński słyszał, że Sosnkowski otwiera drzwi wejściowe, potem wesołe „hej” wypowiedziane głosem, który wydawało mu się, że już gdzieś słyszał, a następnie zapanowała chwila ciszy i Sosnkowski wrócił do pokoju. — Przepraszam, że zostawiłem pana samego. Myślałem, że to przyjaciel, z którym się umówiłem, ale to jeszcze jedna z pomyłek. To zastanawiające, jak ludzie są nieuważni i mylą piętra. Czerwiński, patrząc na niego, kiwał potakująco głową. — Więc co z tą biżuterią? — zapytał. — Nie szukałem jej jeszcze, panie kapitanie. Szczerze mówiąc, nie miałem głowy do dokładnych poszukiwań. Będę musiał zacząć je wreszcie, jakkolwiek zapewniam pana, że w tej chwili to już nie jest ważne. — Myli się pan, to jest bardzo ważne — powiedział Czerwiński. — Nie mogę zamknąć sprawy otrucia pańskiej żony, zanim nie znajdę należącej do niej biżuterii. Te dwie sprawy łączą się z sobą nierozerwalnie. 161

Sosnkowski uspokoił się. Drzwi przestały go już interesować. Uwagę skupił na tym, co mówił kapitan Czerwiński. — Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego? — Oczywiście. Znał pan Tadeusza Steckiego? — Nie — odpowiedział Sosnkowski — pierwszy raz słyszę to nazwisko. — Jego właśnie podejrzewam o otrucie pańskiej żony. — Kim jest ten człowiek? — Sosnkowski był zdumiony. — Dlaczego on to zrobił? — Kochał pańską żonę — powiedział Czerwiński — otruł ją, ponieważ był o nią zazdrosny — On chyba jest nienormalny. — Sosnkowski z niedowierzaniem kręcił głową. — Mordować z zazdrości? Nie, zupełnie nie jestem w stanie tego pojąć. A ona? Dała mu powód do zazdrości? Teraz Czerwiński patrzył na niego, nie rozumiejąc. Ten człowiek mówił przecież o swojej żonie, żonie zmarłej w tragicznych okolicznościach. — Z pana pytań wynika, że właściwie nie znał pan swojej żony — powiedział Czerwiński. — Widzi pan, ludzie popełniają zbrodnie z wielu różnych powodów, czasami z o wiele mniej ważnych niż zazdrość, która, jak wiemy, jest bardzo wielką namiętnością. Stecki, mężczyzna o mniej niż niepozornym wyglądzie, niski, brzydki, zaniedbany, z całym workiem kompleksów do tego, poznał przez zupełny przypadek trzy lata temu pańską żonę. Zrobiła na nim kolosalne wrażenie. Pokochał ją. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnych szans w zdobyciu jej. Adorował ją, obdarowywał kwiatami i kosmetykami. Starał się przebywać tam, gdzie ona. To mu wystarczało. Na to, że pańska żona rozwiedzie się z panem dla niego, nie liczył. Może marzył o tym po cichu, 162

ale umieszczał to w sferze cudów, choć wiedział, ze małżeństwo pana żony jest nieudane. Był jej satelitą. Zagrożenie nastąpiło dopiero wówczas, gdy dowiedział się, że pani Sosnkowska zamierza rozwieść się z panem i wyjść za mąż za Niewiadomskiego. Postanowił do tego nie dopuścić. Jak wspomniałem, zaopatrywał pana żonę w kosmetyki. Spreparowanie pomadki z cyjankiem nie przedstawiało dla niego trudności. Sosnkowski, słuchając kapitana Czerwińskiego, zakrył twarz rękami. Kiedy je opuścił, uśmiechnął się ze smutkiem. — Gratuluję panu, panie kapitanie. Nie sądziłem, że tak szybko upora się pan z tą tak bardzo przecież trudną sprawą. — Dziękuję — odpowiedział Czerwiński. — Jest to jednak dopiero połowa sukcesu. Stecki, jak wyjaśniłem panu, zamordował pańską żonę nie dla korzyści materialnych. A tak się przecież złożyło, że nie może pan odszukać biżuterii rodowej, a dodając do tego jeszcze fakt dwukrotnego włamania do pańskiego mieszkania, wolno mi domniemywać, że morderca działał w porozumieniu z inną osobą, osobą, która odniosła korzyści materialne po śmierci pana żony — Pozwoli pan, kapitanie, że jeszcze poszukam tych świecidełek. Jeśli nawet ktoś je zabrał, to tak bardzo się nie wzbogacił. Dużo tej biżuterii nie było i wcale bym się nie zdziwił, gdyby się na przykład okazało, że moja żona rozpożyczyła ją swoim koleżankom, jako że sama biżuterii nie lubiła. Możliwe też, że jest jeszcze gdzieś w domu. Jak powiedziałem panu, nie szukałem jej. Dla kilku drobiazgów nie ma, moim zdaniem, potrzeby przetrząsać całego domu. — To zależy, panie Sosnkowski, co kto nazywa drobiazgami — powiedział Czerwiński wyjmując z kieszeni 163

notes. Przewrócił w nim kilka kartek i mówił dalej — Dzięki pomocy pani Niewczas, pani Stańczakowej, pana Niewiadomskiego oraz pana zdołaliśmy ustalić, oczywiście w ogromnym przybliżeniu, wartość, jak pan nazwał, tych świecidełek. I wie pan, co się okazało? — Tak? — Jest dość pokaźna, około stu pięćdziesięciu tysięcy złotych. Sosnkowski zerwał się z fotela. — Panie kapitanie, zaczynam ich natychmiast szukać. — Życzę powodzenia — powiedział Czerwiński, wstając z fotela. — Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy wśród biżuterii pana żony znajdował się złoty pierścionek ze szmaragdem oznaczony inicjałami K Ł. Oczy Sosnkowskiego zwęziły się, a powieki leciutko zadrgały. — Nie przypominam sobie, panie kapitanie. — Jak pan sobie przypomni, proszę mnie zawiadomić, to bardzo ważne. A teraz pozwoli pan, że się pożegnam. — Wodzu, melduję, że wyjaśniłem sprawę zielonego pierścionka. — Kłosowski wpadł do pokoju jak bomba i od drzwi relacjonował o swoich odkryciach siedzącemu za biurkiem Czerwińskiemu. — Wyżej wymieniony pierścionek Niewiadomski kupił w czerwcu dla Sosnkowskiej. Wręczył jej go zgodnie z datą wygrawerowaną na wewnętrznej stronie obrączki, czyli pierwszego lipca. Był to dzień ich zaręczyn. Tak mi to dokładnie powiedział Niewiadomski, który przy okazji stanął dęba i pierścionek chciał koniecznie zatrzymać. Bardzo długo i wytrwale musiałem 164

mu tłumaczyć, że pierścionek od dość dawna zmienił właściciela, ale pojęcia nie mam, czy udało mi się go o tym przekonać. — Swoją drogą — powiedział Czerwiński — mógłbyś pogadać z Iglakiem, żeby sprzedał ten pierścionek Niewiadomskiemu. — A wiesz, że to jest myśl. — Dla Niewiadomskiego to pamiątka — kontynuował dalej zaczętą myśl Czerwiński — smutna, bo smutna, ale pamiątka. Iglak natomiast może kupić każdy inny pierścionek, nawet ładniejszy. Kłosowskiemu spodobał się projekt szefa. — Wytłumaczę Zenkowi. Na pewno się zgodzi, zresztą i tak to cacuszko na razie jest pod naszą troskliwą opieką, i żaden z panów przez najbliższych kilka dni nie będzie nim się cieszyć. Ale, ale powiedz no mi, stary, dlaczego tak idziesz na rękę Niewiadomskiemu? — Bo to porządny człowiek. — Jesteś zupełnie pewien, że nie pomógł Sosnkowskiej rozstać się z tym najsmutniejszym ze światów? — Może się mylę — Czerwiński powoli przekładał leżące przed nim papiery — ale wydaje mi się, że Niewiadomski jest zupełnie czysty i przyznam ci się, że nie chciałbym się mylić. — Byłbym rad, gdybym mógł podzielić z tobą entuzjazm w kwestii niewinności tego pana, on robi na mnie wrażenie tak uczciwego człowieka, że to aż prawie nierealne. O, heco! — krzyknął klepiąc się po kieszeniach. — Wiedziałem, że mam coś dobrego. — Zaraz... zaraz... — Kłosowski potarł czoło. — Zaraz... zaraz... zaraz sobie przypomnę... O, już wiem. Pamięć! — wykrzyknął radośnie. Po chwili powiedział już zupełnie spokojnie. — Papierosów zapomniałem 165

kupić, daj zapalić. — I nie czekając na pozwolenie Czerwińskiego wyjął z leżącego na biurku pudełka zenita, pstryknął zapalniczką i zaciągnął się głęboko dymem. — Wojtek, odnoszę coraz częściej wrażenie — Czerwiński głośno się śmiał — że ty wyraźnie pomyliłeś się z powołaniem. Powinieneś, stary, w Syrenie występować i ludzi rozweselać. — Masz rację. — Kłosowski był poważny jak mało kiedy. — Moi rodzice chcieli, żebym koniecznie został inżynierem, więc ja zgodnie z ich życzeniem poszedłem na prawo i oto jestem gliną, a że czasami cię rozbawię, to i bardzo dobrze. Śmiech to zdrowie. Nie możemy cały czas siedzieć pogrążeni w ponurych morderstwach. Czyż nie? — Masz rację. Ale à propos śmiechu, śmiejący się policjant, to podobno rzadki przypadek. Słyszałem, że jeżeli w Anglii ktoś zobaczy śmiejącego się policjanta, dają mu pięć funtów. — Bogdan, jadę na wyspy! Zobaczysz, z jakim majątkiem wrócę. — Pojechać możesz, podróże, jak wiadomo, kształcą, tylko to, co mówiłem przed chwilą, oparte jest na wiadomościach zaczerpniętych z angielskiej piosenki. Musisz więc uważać, bo możesz tylko na tym wyjeździe stracić. A wracając do spraw bardziej nas interesujących, niż śmiejący się policjant, to pal moje papierosy i mów, co załatwiłeś... — Łatwo ci powiedzieć pal moje — głos Kłosowskiego nabrzmiały był odrazą i niesmakiem — to się przecież zupełnie do palenia nie nadaje. — Nie pozostaje ci w takim razie nic innego, jak zgasić papierosa i przy okazji oduczyć się brzydkiego nałogu. Nie uważasz? — Nie uważam — powiedział ugodowo Kłosowski. 166

— Dowiem się wreszcie, co ustaliłeś? — Dowiesz się. Pierścionek wstawiła w komis do jubilera pani Zofia Kowalska zamieszkała przy ulicy Niskiej czy Niecałej, mam tu dokładnie zapisane, to zaraz ci ten adres podam. Otóż ta pani była łaskawa wyjechać tydzień temu na wycieczkę do słonecznej Jugosławii i wraca za trzy dni. — Cholera — zaklął Czerwiński. — Nie wyrażaj się w ten sposób — powiedział Kłosowski z niesmakiem. — Gotów jestem przyzwyczaić się i mówić tak samo. — Dobra, dobra... Ewa Niewczas nic o niej nie wie? — Pierwszy raz usłyszała o takiej osobie. Bogdan — Kłosowski był teraz przymilny — a może kopnąłbym się samolotem do Jugosławii przesłuchać Kowalską? Jeszcze nigdy nie byłem nad Adriatykiem. — To i nie będziesz. Kopniesz się natomiast powitać Kowalską, jak wróci. — Rozkaz, szefie. Z kwiatami? — Jak wolisz. Możesz ją witać jak stęskniony kochanek lub jak zazdrosny mąż, wszystko mi jedno. Muszę wiedzieć, skąd miała ten pierścionek. — Z tego wynika — Kłosowski mówił już rzeczowo — że sporo tych świecidełek było całkiem dostępnych. — Sosnkowski twierdzi, że nie znalazł jeszcze nic — powiedział Czerwiński — i to może być prawda. Sosnkowska mogła pożyczyć ten pierścionek Kowalskiej, a ta na wiadomość o jej śmierci wstawiła go w komis. Z tego, co ustaliliście, wynika, że więcej przedmiotów z biżuterii Sosnkowskiej w sprzedaży się nie znalazło. — Czy wykluczasz fakt, że biżuteria mogła zginąć 167

podczas któregoś włamania do mieszkania Sosnkowskich? — zapytał Kłosowski. — No, nie były to znowu takie typowe włamania. — Czerwiński wstał i podszedł do okna. — Popatrz, jak lato w tym roku fajnie dopisało. Koniec sierpnia, a tu jeszcze takie upały. Wracajmy jednak do sprawy. Ten, kto złożył wizytę pod nieobecność Sosnkowskich w ich mieszkaniu, dysponował kluczami. — Co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że gościła tam osoba bardzo dobrze znana im obojgu — Kłosowski rysował na kartce kwadraciki. — Zdobycie kluczy do mieszkania znajomych nie przedstawia, moim zdaniem, żadnego problemu. — Nie zapominaj, Wojtku, że Sosnkowski nie zgłosił faktu kradzieży. Jego zdaniem z mieszkania nic nie zginęło, twierdzi, że biżuterię żona mogła gdzieś schować i on ją na pewno znajdzie. — Szefie, on już ją znalazł. Romek wszedł do pokoju w momencie, kiedy Czerwiński zaczął ostatnie zdanie. Słuchał, stojąc przy drzwiach. — A ty skąd się tutaj wziąłeś? — zapytał Kłosowski. — Prosto z „Raju” — wyjaśnił Romek. — Ostatnio całe wieczory spędzam właśnie tam. — Upały, jak do tej pory, ci nie zaszkodziły? — zapytał troskliwie Kłosowski. — Zdziwisz się, ale jeszcze nie — odpowiedział. — Spodziewam się, że Romek ma nam coś bardzo ważnego do powiedzenia — zauważył Czerwiński. — Siadaj wygodnie i mów, co nowego zdobyłeś. Sądząc po twojej minie, to z pewnością jakieś rewelacje. — Nie wiem, czy to takie ważne, szefie. Wpadłem na trop biżuterii. — Powiedział to tak spokojnie i obojętnie, 168

jakby mówił o wpływie pełni księżyca na życie płciowe robaczków świętojańskich. — Wiesz, Bogdan, twierdzę z całą pewnością, że Romkowi jednak upał zaszkodził — powiedział kpiąco Kłosowski. — Słucham, Romku, mów co cię na to naprowadziło — głos Czerwińskiego brzmiał zachęcająco. — Wykonałem tylko polecenie szefa. Przeprowadziłem wywiad środowiskowy. Dowiedziałem się, że Sosnkowski często zagląda do „Raju”. Zacząłem i ja tam bywać. Przede mną był tam niezwykle mądry człowiek — Romek popatrzył wymownie na Kłosowskiego — który bardzo dokładnie wypytał cały personel o Sosnkowskiego i nie dowiedział się niczego, mimo że ten ostatni bywał tam prawie codziennie. — No i? — Czerwiński się niecierpliwił. — No i nic. „Raj” to nie to samo, co ogródek w „Nowym Świecie”, kawę też nie lepszą dają. Nie dziwię się więc Sosnkowskiemu, że zbrzydł mu w końcu ten lokal. — Przepraszam cię, mój wspaniały kolego — Kłosowski skłonił głowę przed Romkiem — czy możesz mi wyjaśnić, jaki to ma związek z biżuterią Sosnkowskiej? Bo ja, mówiąc szczerze, jak do tej pory nie kojarzę. — Czemu się nie dziwię. Jak wspomniałeś, upały są duże i rzeczywiście czasami mogą zaszkodzić. — Skończyliście już? — zapytał Czerwiński, a w głosie jego nie było słychać znanych im nutek śmiechu. — Myśmy, szefie, jeszcze nie zaczęli, a skończymy w drodze do domu. Pan Bóg i tym mnie jeszcze dodatkowo pokarał, że muszę go mieć za sąsiada — wskazał na Kłosowskiego. — Wracając jednak do przerwanej mi przez Wojtka 169

relacji, melduję: kawiarnia „Raj” ma, że tak powiem, bezpośredni związek z błyskotkami Sosnkowskiej. Poderwałem dziewczynę... — Może o swoich przygodach sercowych opowiesz nam innym razem — Czerwiński mówił bardzo powoli, co znaczyło, że za chwilę będzie burza z dużymi i małymi piorunami. — Szefie, niech mi szef da skończyć. Co chwilę ktoś mi przerywa — powiedział Romek z pretensją. — W ten sposób nigdy nie powiem do końca. — No dobra, mów — Czerwiński uśmiechnął się, zapalając papierosa. — Otóż poderwałem w tymże „Raju” dziewczynę. Jest tam kelnerką i ma na imię Jola. Owszem ładna i zgrabna i lubi dużo mówić. Dowiedziałem się od niej, że Sosnkowski od kilku lat wpada tam codziennie na kawę i czasem na kieliszek koniaku. Przeważnie robi to sam. Czasami przychodził tam z żoną, ale bardzo rzadko. Nie siadał nigdy przy stoliku, tylko przy barku. Z początku Jola bardzo niechętnie mówiła ze mną na ten temat. — A na inny? — wpadł w słowo Kłosowski. — Na inny, owszem, chętnie. Czerwiński popatrzył na nich wymownie. Nie miał ochoty na przywoływanie ich do porządku. Wzajemne przerywanie sobie rozmowy należało między tymi dwoma do rytuału. — Nie chciała więc Jola rozmawiać ze mną o Sosnkowskim — mówił dalej Romek — bo Wojtek dziewczyny całkiem zwyczajnie wystraszył. — Czy ja jestem Belfegor, żeby straszyć dziewczyny? — Belfegorem może jeszcze nie jesteś, ale gliną. Rozumiesz? Wystraszyłeś swoimi pytaniami cały personel. Ja podszedłem do sprawy z innej strony. Upatrzyłem sobie 170

właśnie Jolę, bo mi się najbardziej podobała, i metodą szefa zaniosłem jej kwiatki, ponawijałem coś tam o pięknych oczach itede, przedstawiłem się jako kuzyn Sosnkowskiej, brutalnie przez Sosnkowskiego wyrzucony z domu mojej jedynej kuzynki, i dziewczyna zaczęła mówić. — Wyjął z kieszeni małe lusterko i z upodobaniem przyglądał się własnemu odbiciu. — Spodobałem się jej. Bardzo mi bidula współczuje. Sosnkowski od pewnego czasu podrywa barmankę. Rzeczywiście dziewczyna na duży medal, ale jak na mój gust za chuda. Otóż, jak powiedziałem, Sosnkowski podrywa barmankę. Kelnerki są trochę zazdrosne, bo on przedstawił się tam jako naczelny redaktor jakiegoś pisma filmowego, budząc w ten sposób ogólne zainteresowanie. Wszystkie, a jest ich sześć, prześcigają się w podprowadzeniu go barmance. — Cierpliwością i pracą ludzie się bogacą — powiedział Kłosowski, nie podnosząc głowy znad kartki, na której coś sobie zapisywał. — Szefie, on mi znowu przerywa.. — Bo rzeczywiście zmierzasz do sedna tematu bardzo zaokrąglonymi ścieżkami. — Niezupełnie, szefie! To z sobą bardzo ściśle się łączy. Sosnkowski podrywał barmankę jeszcze wtedy, kiedy żyła jego żona. Po jej śmierci godzinami przesiaduje na stołku barowym. Zaprasza piękną Halinę na kolacje i podobno do domu również, a najciekawsze jest to, że przed paroma dniami barmanka miała do sprzedania dwa pierścionki. Jeden z nich kupiła Jola. Doskonale pasuje do opisanego przez Stańczakową. Ona, jak sobie przypominacie, dokładnie pamiętała tylko trzy pierścionki Sosnkowskiej. Drugi pierścionek sprzedany przez barmankę „Raju” innej kelnerce również pasuje do opisu Stańczakowej. Stąd prosty wniosek. 171

Biżuterię Sosnkowski znalazł albo jej wcale nie szukał, bo była na miejscu, które znał doskonale. — No, Romek, moje gratulacje — powiedział z uznaniem Kłosowski. — Należy ci się za te wiadomości bardzo duży medal. — Czy barmanka miała te pierścionki od Sosnkowskiego? — zapytał Czerwińsk;. — Tak, szefie, sprawdziłem to. — W jaki sposób? — Powiedziałem Joli, że chętnie kupiłbym też pierścionek dla mojej dziewczyny. Powiedziałem to przy tym tak wymownie, że Jola wdzięcznie się zarumieniwszy pobiegła na rozmowę z barmanką. Jaka była treść tej rozmowy, pojęcia nie mam, ale Jola, dziewczyna praktyczna i oszczędna, powiedziała mi, żebym się nie wygłupiał i nie kupował pierścionka dla niej od Haliny, bo Halina sprzedaje pierścionki Sosnkowskiego, a skoro jestem kuzynem Sosnkowskiej, to przecież należą mi się od pana redaktora za darmo, jako spadek. — Bystra dziewczyna z tej Joli. Uważaj, żeby nie zaprowadziła cię do ślubu — powiedział z niepokojem Kłosowski. — Nie lękaj się. Dam sobie radę. — Więc powiadasz, że barmanka sprzedaje pierścionki, które jej przynosi Sosnkowski? — Tak. — No to pięknie. Właściwie spodziewałem się tego od początku w tej sprawie — powiedział powoli Czerwiński. — Jeśli nadążam za tokiem twojego rozumowania — Kłosowski zaczął krążyć po pokoju — to w mieszkaniu Sosnkowskich wcale nie było włamania na tle rabunkowym. 172

— Ameryki tym spostrzeżeniem nie odkryłeś. Przecież nie dalej jak kilka minut temu mówiłem o tym właśnie. — Bogdan. Ja jadam dwa jabłka dziennie i sklerozy to chyba jeszcze nie mam. Po prostu myślę na głos, bo coś mi tu zdecydowanie nie pasuje. Przede wszystkim ten cudowny pan Kazio. Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że wyżej wzmiankowany robi nas potwornie w konia. Bo to wszystko nie jest normalne. Facet zdecydowanie mi się nie podoba. Najpierw nie wie, czego od niego chcemy i po co go wzywamy. Zupełnie nie dociera do niego fakt śmierci jego własnej żony albo też doskonale wiedząc o wszystkim wcześniej, udaje, że nie rozumie, co się z nią stało. Ja jestem skłonny wierzyć raczej w to drugie. Potem ukrywa przed nami fakt posiadania przez matkę, a następnie przez żonę, jakiegokolwiek majątku, nie jest łaskaw poinformować nas o pobycie swojej siostry w kraju, kłamie na ten temat tak samo jak na każdy inny. Dopiero wobec przedstawionych mu faktów i dowodów zaczyna mówić prawdę. Macie najlepszy dowód teraz, jeśli chodzi o tę biżuterię. — Kłosowski zapalił papierosa nie przerywając ani na chwilę swojego monologu. — Rozmawiałem z człowiekiem na temat biżuterii. Z początku twierdził, że jego żona nie posiadała w ogóle nic poza ślubną obrączką. Postarałem się o to, żeby mu trochę odświeżyć pamięć, i w rzeczy samej, przypomniał sobie o dwóch pierścionkach i jednej bransoletce. A tu taka ciekawostka, proszę was, sprzedaje pierścionki, ale nie te, które był łaskaw wymienić w rozmowie ze mną. — Zatrzymał się przed Czerwińskim. — I co ty na to? — W dalszym ciągu to samo. Spodziewałem się tego. 173

— Czyli mówiąc normalnym językiem, ten, który włamał się do mieszkania Sosnkowskich, szukał testamentu Aleksandry Sosnkowskiej i hasła do niego, to chciałeś powiedzieć? — Tak — odpowiedział Czerwiński — to właśnie miałem na myśli. I tak z pewnością było. — No, ale nie powiesz mi, że to wyklucza od podejrzeń pana Kazia? — Nie, tego ci nie powiem. Pan Kazio jest w tej chwili tak samo podejrzany, jak na początku śledztwa. Nic mniej, nic więcej, a to że nam bez przerwy dodaje roboty swoimi kłamstwami, to widać taki jego sposób bycia. W końcu nigdzie nie jest powiedziane, że podejrzany ma ci mówić prawdę. To ty musisz mu wszystko udowodnić. My jesteśmy od tego, żeby szukać prawdy. — Stary, ja to wiem, ale przyznać w końcu musisz, że pan Kazio do tej pory nie powiedział nam wszystkiego na interesujący nas temat. Jak sam zauważyłeś, był bardzo ucieszony na wiadomość o aresztowaniu Steckiego, którego rzekomo nie zna i na oczy nie oglądał, co jest taką samą prawdą, jak to, że ja jestem pierwszym tancerzem opery warszawskiej. Przypomnij sobie kopertę ze zdjęciami, którą masz w szafie. Na jednym zdjęciu obaj panowie w przyjacielskiej pogawędce na jakimś tarasie przy koniaku i kawie. Stecki też nabierał na to, że Sosnkowskiego nie zna. — Wojtek, czy nie zdarzyło ci się z nikim rozmawiać nie tylko przy koniaku i kawie, ale przy wódce i śledziu, o kim nie miałeś pojęcia i nie wiedziałeś, kim jest i jak się nazywa? — zapytał Romek. — Owszem, zdarzyło mi się, ale jak do tej pory nie jestem zamieszany w sprawę o morderstwo. 174

— A skąd Sosnkowski i Stecki mogli wiedzieć, że właśnie w taką będą zamieszani? — Chyba masz rację. Jakoś tyle spraw w tym konkretnym przypadku jest dla mnie zupełnie niejasnych, że nie mogę się w tym połapać. — Tylko w tej sprawie? — zapytał troskliwie Romek. — Zdziwisz się, ale tak. — No, chłopcy, Wojtek już roztkliwił się nad sobą dostatecznie, weźmy się wreszcie do roboty. Romek, bardzo dziękuję ci za informacje. — Czerwiński uśmiechnął się do niego serdecznie. — Jesteś chłopak myślący, a to w naszym fachu liczy się bardzo. Powiedz mi, jak się na to zapatruje twoja prawdziwa dziewczyna, o ile pamiętam, Basia? — Basia, szefie, to dziewczyna, jakich więcej nie ma na świecie. Wszystko rozumie i nie ma za złe. — To bardzo się cieszę. Pilnuj w dalszym ciągu „Raju” i bądź ze mną w stałym kontakcie. Ty, Wojtku, miej na uwadze Ewę Niewczas. — Dobra, będę się nią opiekował, a jak jesteśmy już przy tak wdzięcznym temacie jak dziewczyny, to żebyś mnie wybronił przed moją Moniką, bo już trzeci dzień wybieram się z nią do kina. — Załatwione. Czerwiński obudził się piętnaście po szóstej. Z zadowoleniem stwierdził, że niebo jest bezchmurne i zapowiada się jeszcze jeden piękny letni dzień. Mimo że spał tej nocy krótko, czuł się wypoczęty i nie miał ochoty na dalsze wylegiwanie się pod kołdrą. Wstał, wziął prysznic, ogolił się. W kuchni zdjął wiszącą na wieszaku siatkę na zakupy, przyniósł świeże pieczywo i bukiecik astrów. Nakrył 175

stół do śniadania i poszedł obudzić Elżbietę. Lubił robić jej takie niespodzianki. Przynajmniej w ten sposób starał się czasami rekompensować żonie długie samotne wieczory, które miał zajęte pracą. Była, jak zawsze w takich razach, szczęśliwa i zadowolona. W miłym nastroju zszedł im ranek. Punktualnie o ósmej siedział przy swoim biurku w komendzie. Po kilku minutach konwojent wprowadził do pokoju Steckiego. Po wyjściu konwojenta Stecki chwilę stał jeszcze przy drzwiach, a potem nieśmiało podszedł do krzesła stojącego przed biurkiem Czerwińskiego. — Proszę — powiedział Czerwiński wskazując krzesło. — Dziękuję, — Stecki odsunął krzesło i usiadł. — Cóż, panie Stecki, porozmawiamy sobie trochę. — Jak pan sobie życzy. — Stecki siedział przygarbiony, z opuszczonymi rękami. — Chciałbym, żeby mi pan wyjaśnił kilka szczegółów. — Słucham. — Kiedy ostatni raz widział pan Sosnkowską? — Po raz ostatni widziałem Sosnkowską w teatrze dwudziestego piątego lipca. To już panu mówiłem. — Tak, mówił mi pan również, że nie zamienił pan z nią wtedy ani słowa. Interesuje mnie jednak, kiedy pan z nią po raz ostatni rozmawiał. — Około piętnastego lipca, dokładnej daty nie pamiętam. — Czy wtedy podarował jej pan pomadki? — Tak. — Ile? — Dwie. — O czym rozmawialiście? — Nie pamiętam. 176

— Proszę sobie przypomnieć. — Nie jestem w stanie. Bardzo boli mnie głowa. — Dostanie pan proszek. Zaraz podadzą nam kawę, więc o czym rozmawialiście? — Doprawdy trudno mi w tej chwili przypomnieć sobie, ale to była luźna rozmowa. Mówiliśmy chyba o urlopach, pogodzie... Nie pamiętam. Sekretarka przyniosła kawę. Po jej wyjściu Czerwiński wyjął z szuflady biurka proszek od bólu głowy i podał Steckiemu. Ten podziękował uśmiechem, wyjął go z opakowania i położył na spodeczku. — Rozmawiał pan więc z Sosnkowską na temat pogody i urlopu, a co pan powiedział o pomadkach, które jej pan dał? — Cóż miałem mówić? Po prostu dałem jej, ona podziękowała i już. — No tak, to wyjaśniałoby w zasadzie sprawę. A dlaczego jedną z tych pomadek odpowiednio pan spreparował? — Nie rozumiem pytania, panie kapitanie. — To może inaczej je sformułuję. Dlaczego pan otruł Sosnkowską? — Ja jej nie otrułem. Upił łyk kawy, włożył do ust proszek i z niesmakiem przełknął go. — Czy pan wie, w jaki sposób została otruta Sosnkowską? — Nie, panie kapitanie. — Została otruta cyjankiem, który pan jej podał w pomadce, o tej. — Czerwiński wyjął z biurka pomadkę w opakowaniu z przezroczystego plastyku. — Tę pomadkę rzeczywiście dałem Ince, ale przysięgam, że cyjanku ani innej trucizny w niej nie było. 177

— Jak więc pan wytłumaczy fakt, że po umalowaniu warg tą pomadką Sosnkowska zmarła? — Nie potrafię tego wytłumaczyć. — A to ciekawe — powiedział Czerwiński. — Czy to pudełeczko należy do pana? Czerwiński tym razem położył na biurku brązowe pudełko po kremie z napisem creme finesie. — Nie, to nie jest moje pudełko. — Skąd w takim razie wzięły się na tym pudełku odciski pana palców, a ono samo w pańskim samochodzie? — Wyjaśnienie tego jest proste. Krem ten kupiłem dla Inki w PKO, ale dałem jej już dość dawno. Natomiast zupełnie nie mogę zrozumieć, skąd wzięło się w moim samochodzie puste opakowanie po tym kremie. — No, takie puste to ono nie jest. — Czerwiński podniósł je do góry i przez chwilę patrzył na etykietę. — Znajduje się w nim jeszcze taka dawka cyjanku, że wystarczyłaby do otrucia przynajmniej trzech osób. Do Steckiego z trudem i pewnym opóźnieniem dotarło to, co Czerwiński powiedział. — Panie kapitanie — głos mu drżał ze zdenerwowania — pan mi insynuuje jakieś potworne rzeczy, rzeczy, jakie nigdy nie miały miejsca. — To są fakty, panie Stecki. — Panie kapitanie, pan to mówi poważnie? — Zapewniam pana, że to nie zadnie chwyty, tylko fakty potwierdzone przez zakład kryminalistyki. — To niemożliwe, żeby pan wierzył w to, co pan mówi. — Stecki zakrył twarz rękami. — Nie, to absolutnie niemożliwe. — Dlaczego pan to zrobił, panie Stecki? — Ja nie otrułem Inki. Czy pan nie rozumie, że ja ją 178

kochałem? Kochałem — krzyczał prawie. — Ja dla niej zrobiłbym wszystko, ale nigdy nie poważyłbym się na taki czyn. — Zdarzają się także morderstwa z miłości — powiedział Czerwiński spokojnie. — Może się i zdarzają, ale ja raz jeszcze powtarzam, nie zamordowałem Inki. — Ona jednak nie żyje. Dziwne, prawda? Pan jej podarował pomadkę z cyjankiem. W pana samochodzie znajdujemy pudełko z cyjankiem. Nic dodać, nic ująć. — Panie kapitanie, to jakiś tragiczny zbieg okoliczności. Nie wiem, jak mam pana przekonać o swojej niewinności. — W oczach Steckiego pokazały się łzy. Otarł je wierzchem dłoni, potem dopiero sięgnął po chusteczkę. — Ja jej nie zamordowałem — powtarzał — ja nie... naprawdę. — Niech pan się uspokoi i postara jednak przypomnieć sobie, czy wówczas, gdy się pan spotkał z Sosnkowską, aby dać jej te szminki, nie mówiliście na pewno o niczym innym, tylíco o urlopie i pogodzie. — Zaraz panie kapitanie, rzeczywiście. Inka powiedziała mi wtedy, żebym wstawił te pomadki do komisu, bo ona kupiła sobie takie same w PKO. — A pan? — Nawet słyszeć nie chciałem. To przecież był prezent dla niej. — Sosnkowska przyjęła w końcu od pana te pomadki? — Tak, po długich naleganiach. — Znów wytarł oczy. — Ale, przysięgam, żadna z tych pomadek nie była zatruta. — A po chwili, patrząc na pudełko po kremie, dodał — Nie wiem również, skąd to pudełko wzięło się w moim samochodzie. 179

— Kiedy je pan tam zauważył? — Nie jestem pewien, ale bardzo niedawno. Było w schowku. Początkowo myślałem, że może Inka zostawiła, ale ona prawie nigdy nie korzystała z mojego samochodu. Sądzę, że ten bardzo niemądry żart zrobił mi któryś z kolegów, wiedzących o moich zainteresowaniach kosmetykami. Nie. Nie wiem. — Czy pan zamyka dokładnie samochód na parkingu? — Zamykam stacyjkę i drzwi. — A okna? — Zazwyczaj również, ale zdarza mi się zapomnieć o tym. — Powiedzmy, że mamy względną jasność w sprawie pudełka, jakkolwiek prokurator nie będzie chciał wierzyć w bajeczki o podrzuceniu, ale pomadka? — Panie kapitanie, nie wiem — Stecki był całkowicie załamany, usta mu drżały i mówił z trudem panując nad łzami. — Pan zna Sosnkowskiego? — Widziałem go wiele razy, ale rozmawiałem z nim chyba tylko jeden raz przy okazji jakiejś majówki. Rozumie pan, ciekawy byłem człowieka, z którym ona była związana. — I co pan może powiedzieć o tym człowieku? — Degenerat. Czerwiński przyznał mu w duchu rację. — Więcej razy nie rozmawiał pan z Sosnkowskim? — Nie, panie kapitanie. — Ewę Niewczas poznał pan przez Sosnkowską? — Tak. — Lubi pan ją. — Bardzo, panie kapitanie. One kochały się bardzo. Wszędzie i zawsze chodziły razem. Ewa prawie mieszkała u Inki. 180

— Czy pani Ewa spotykała się czasem z panem sama, bez przyjaciółki? — Nie. — A dzwoniła do pana? — Bardzo rzadko. — Kiedy dzwoniła do pana po raz ostatni? — Kilka dni temu. — Kiedy? Stecki zmarszczył czoło, myślał przez chwilę. — Nie pamiętam. Chyba zaraz po, śmierci Inki. Tak. Zawiadomiła mnie o terminie pogrzebu. — To bardzo ładnie z jej strony. — Tak, panie kapitanie. To bardzo kulturalna kobieta. — W kawiarni Hotelu Europejskiego często pan bywa? — Prawie codziennie po pracy. — Rozumiem. Wróćmy jednak do sprawy pomadki. Dlaczego pan to zrobił? — Ja nie zamordowałem Inki. — Gdyby pan to jeszcze potrafił udowodnić, gotów bym panu uwierzyć. — Zaraz, panie kapitanie — Stecki objął rękami głowę — zaraz, pan będzie się śmiał ze mnie, ale w tej sytuacji muszę to panu powiedzieć. Będzie się pan mógł przekonać, czy rzeczywiście Inka została otruta pomadką, którą dostała ode mnie. — Proszę niech pan mówi, zapewniani pana, że nie będę się śmiał. — Na pewno? — Na pewno. — Panie kapitanie, ja ją bardzo kochałem, niebo bym jej przychylił, starałem się, żeby chociaż drobiazgi ode mnie cieszyły ją. Specjalnie wszystko starannie dobierałem. Nigdy nie miałem na tyle śmiałości, żeby jej powiedzieć, jak bardzo 181

ją kocham, dlatego we wszystkie kosmetyki, jakie jej dawałem, wkładałem karteczki, na których wypisywałem różne takie rzeczy... — zamilkł speszony. — Proszę, niech pan mówi, to jest bardzo ważne. Co pan pisał? — No pisałem... „kocham cię” — opuścił głowę. — Niechże pan dokładnie mi powie, gdzie i jak pan te kartki wkładał. — Do wewnątrz. Pisałem na maleńkim skrawku papieru, owijałem go w celofan i wkładałem do środka, pod spód. — Do pomadek również? — Tak. — W jaki sposób? — Tak, jak mówiłem. Pisałem karteczkę, wyjmowałem wkład. Jego końcówkę owijałem karteczką i wkładałem na miejsce. — Zawsze pan tak robił? — Tak... zawsze... — Czy Sosnkowska o tym wiedziała? — Przypuszczam, że tale. — Nigdy nic panu na ten temat nie mówiła? — Nie, panie kapitanie — powiedział ze smutkiem. — Jeśli okaże się, że właśnie w pomadce ode mnie znajduje się również cyjanek, może mnie pan oddać do dyspozycji prokuratora. Będzie to dla mnie bardzo krzywdzące, ale dla niej jestem gotów ponieść każdą ofiarę. — Bardzo dobrze się stało, panie Stecki, że pan przypomniał sobie o tych karteczkach. Zaraz prześlę tę pomadkę do laboratorium. Myślę, że na wyniki nie będziemy zbyt długo czekać. — Mam nadzieję, że wkrótce pan to wyjaśni. — I ja tak sądzę. 182

Było piętnaście minut po północy. Czerwiński kończył właśnie przeglądać zaległą prasę, kiedy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie meldował się Romek. — Szefie, przepraszam, że dzwonię o tak niestosownej porze, ale myślę, że szefa zainteresuję. — Tak. Co masz nowego? — Dzwonię z Krakowskiego Przedmieścia. W knajpie Bristolu siedzi Sosnkowski z barmanką, jakieś dwadzieścia minut temu przyjechała również Ewa Niewczas. Wojtek siedzi przy barze i ma bardzo głupią minę, co mamy robić? — Być na miejscu. Dołączę do was — spojrzał na zegarek — za jakieś pół godziny. Miejcie oczy otwarte na wszystko. — Podesłać radiowóz? — Tak, oczywiście. W ten sposób będę dużo szybciej. Kiedy po kilku minutach zbiegł po schodach, radiowóz podjeżdżał na parking przed budynkiem. Noc była ciemna i chłodna. Z przyjemnością zajął miejsce w ciepłym samochodzie obok kierowcy. — Do Bristolu? — Tak. — Podejrzewam, że ubawi się pan kapitan, jak nigdy! — I ja tak myślę. — Wojtek już się bawi, taki to pożyje — powiedział z westchnieniem kierowca — nie to co ja, tylko za kółkiem. — Czasami serdecznie ci tego zazdroszczę. Popatrz, jak ta ofiara jedzie! Czerwony fiat, który ich wyminął z dużą szybkością, oddalał się w kierunku placu Zamkowego. — To jakiś listek, panie kapitanie. Bardzo dobrze 183

jedzie, przy Miodowej stoją nasi, wpadnie wprost w ich objęcia. Przed wejściem do restauracji stał Romek. — Wszystko w porządku, szefie. Towarzystwo bawi się jak do tej pory bardzo dobrze. — Wojtek na miejscu? — Tak, już nawet dość długo. — No to wchodzimy i my. A, jeszcze jedna sprawa — powiedział Czerwiński — na pewno nie unikniemy rozmowy z naszymi znajomymi, więc żebyś nie zapomniał, że dziś są twoje urodziny i zaprosiłeś nas z tej okazji na wódkę. — Rozumiem, szefie — wykrzyknął radośnie Romek — a które? — No, powiedzmy, trzydzieste? Odpowiada ci? — Jak mało co. Na sali panował półmrok. Większość stolików była zajęta. Na parkiecie tańczyło kilka par w takt modnego przeboju Maryli Rodowicz. Czerwiński zatrzymał się przez chwilę przy wejściu i szukał wzrokiem Ewy i Sosnkowskiego. Podszedł do nich kelner i poprowadził do stolika tuż przy parkiecie. Podał im kartę. Czerwiński zaczął czytać menu. Przyjemną lekturę przerwał Romek. — Szefie, niech szef rzuci okiem na tego podstarzałego big-bitowca na parkiecie. Można się uśmiać i świat rozweselić. Czerwiński spojrzał na parkiet. Sosnkowski był awangardowy nie tylko w sposobie ubierania się. Jego taniec dziwnie kojarzył się z jedną ze znanych chorób objawiających się gwałtownymi drgawkami i konwulsjami. Taki taniec bywa ładny, ale w wykonaniu ludzi młodych, w interpretacji Sosnkowskiego budził politowanie nie tylko Czerwińskiego, ale jak zauważył Romek, wielu innych ludzi. 184

— Nie można powiedzieć, żeby Sosnkowski umartwiał się po śmierci żony — powiedział Romek, bez przerwy patrząc na parkiet. — Nie gapże się tak na niego — powiedział Czerwiński — gotów jeszcze zmienić lokal i nie zobaczymy, jak starszy pan się bawi w miesiąc po śmierci żony. — On się stąd nie ruszy. Będzie nam przecież chciał zademonstrować swoją radość i niewinność. — Nie byłbym tego taki pewien. — Trzymam każdy zakład. — Nie radzę ci tego robić, bo przegrasz. — Jak szef tak mówi, to rzeczywiście zakładał się nie będę, ale to nie jest facet należący do tych bardzo ustępliwych. — Masz rację, ale zaprosiłeś mnie na swoje urodziny i czekam na twoje propozycje alkoholowo-gastronomiczne. — Będzie wszystko, co szef sobie życzy. — Szef sobie życzy soplicę, przekąski na zimno pozostawiam do twojego uznania, nad wyborem dania gorącego zastanowimy się wspólnie z Wojtkiem, który jak do tej pory dokonuje skutecznego przeglądu alkoholi w barze. Zrobię to samo. Czerwiński, idąc w stronę baru, ukłonił się siedzącej o parę stolików dalej Ewie Niewczas. Sosnkowski z towarzyszącą mu dziewczyną zajmowali właśnie miejsca obok niej. Ewa chwilę siedziała nieruchomo, potem uśmiechnęła się i odpowiedziała kapitanowi skinieniem głowy. Zajął wolny stołek. Wojtek siedział o kilka miejsc dalej i był zajęty rozmową z barmanem. Czerwiński zapalił papierosa. Podszedł do niego barman, podsunął mu popielniczkę i czekał. — Soplicę proszę 185

Barman wprawnym ruchem napełnił kieliszek i postawił przed nim. Kiedy podnosił go do ust, ktoś dotknął jego ramienia. Odwrócił głowę. Obok niego stała Ewa. — Można zająć miejsce obok pana? — Nigdy nie śmiałbym sam o to prosić. — Jak to dobrze, że pan przyszedł tutaj — powiedziała cicho, podając mu rękę. Z łatwością i wdziękiem wspięła się na wysoki stołek. — Czego pani się napije? — Tego samego, co pan. — Jest pani pewna, że będzie smakować? — Jeśli smakuje panu, to jest z pewnością dobre. Stojący nie opodal barman postawił przed nią kieliszek soplicy. Podniosła go do góry. — Za nasze spotkanie, panie kapitanie. Wypiła całą zawartość kieliszka, który barman na znak Czerwińskiego natychmiast uzupełnił. — Może mi pan zdradzić pewną tajemnicę? — zapytała uśmiechając się. — Każdą. — Jest pan tu służbowo czy prywatnie? — Uśmiech nie znikał z jej twarzy, oczy jednak pozostawały nieruchome i chłodne. — Powiem pani w zaufaniu — Czerwiński zniżył głos do szeptu — jestem tutaj zupełnie prywatnie. — Sam? — Nie. Jeden z naszych współpracowników obchodzi dziś właśnie urodziny i zaprosił nas na kolację. — Wspaniale zrobił — ucieszyła się. — No to wypijmy, pani Ewo, zdrowie naszego jubilata, dzięki któremu mogliśmy się spotkać. Odstawiła pusty kieliszek. — Proszę mnie koniecznie z nim poznać, muszę mu 186

podziękować za ten wspaniały pomysł zaproszenia pana tutaj. — A pani, jak widzę, jest w towarzystwie? — Trudno to nazwać towarzystwem, panie kapitanie. Kazik zaprosił mnie na kolację, chcąc przedstawić swoją dziewczynę. Nie muszę dodawać, że jest to dla mnie bardzo przykry wieczór. — Odrzuciła włosy do tyłu i wzięła do rąk kieliszek. — O taki brak taktu mimo wszystko go nie podejrzewałam. — Życie jest więcej niż skomplikowane, pani Ewo, proszę wypić, a nastrój z całą pewnością się pani poprawi. — Tak, z pewnością. Proszę mi dać papierosa. Głęboko zaciągnęła się dymem. — Za pomyślność, panie kapitanie. Zatańczymy? — Z przyjemnością. Ruchem ręki przywołał barmana i zapłacił. Poszli na parkiet. Ewa tańczyła doskonale. Czuł na policzku jej lekki oddech. — Dobrze mi z panem — przytuliła się do niego. Spojrzał jej w twarz i otoczył ją mocniej ramieniem. Tuż obok Sosnkowski tańczył zajęty całkowicie swoją partnerką. Czerwiński żałował, że nie widzi twarzy Ewy. Orkiestra przestała grać. Z sali dansingowej wrócili do baru wypełnionego teraz młodym i hałaśliwym towarzystwem. Dym z papierosów wyglądał jak błękitna mgiełka i Czerwiński miał przez moment wrażenie, że idzie z wolna warszawską ulicą w tej najmilszej chwili dnia. O zmierzchu. Kiedy zorientował się, że bar jest szczelnie wypełniony tłumem, poprowadził Ewę do ich stolika, wolnego w tej chwili, bo Wojtek jeszcze nie zajął przy nim miejsca, a Romek tańczył 187

z dziewczyną Sosnkowskiego na parkiecie. Czerwiński zamówił dwa kieliszki koniaku. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że Ewa przygląda mu się z ciekawością. Wyglądała tak, jakby chciała o coś zapytać, ale w ostatnim momencie rozmyśliła się. Ujęła palcami kieliszek. — Bardzo się cieszę, że pana tu dzisiaj spotkałam. Nie wiem, czym dla mnie byłby ten wieczór, gdybym musiała siedzieć tam z nimi — wskazała głową stolik, przy którym siedział Sosnkowski. — A musiała pani tu przychodzić? — Oczywiście, że musiałam. — W jej głosie drgnęło oburzenie. — Musiałam zobaczyć na własne oczy, kto zastąpił moją przyjaciółkę. — Starała się panować nad głosem. — Nie chciałam wierzyć ludziom, jak mówili, że Kazio ma już dziewczynę. — Nie jest pani zachwycona tą dziewczyną? — Położył rękę na kształtnej dłoni Ewy. — Zachwycona — Ewa upiła łyk koniaku — ta mała wygląda mi na zachłanną i chciwą prostaczkę — mówiła, nadając twarzy wyraz lekceważenia. — Pojęcia nie mam, skąd on ją wyrwał, ale jedno jest pewne, ta panienka przynajmniej mu dorówna intelektem. — Rozumiem, pani Ewo — powiedział gładząc jej rękę — że panią to irytuje, jednak musi pani patrzeć na pana Sosnkowskiego bardziej wyrozumiale. Sprawa śmierci pani przyjaciółki powoli wyjaśnia się, nie można zatem dziwić się że pan Sosnkowski pragnie ułożyć sobie życie, a w każdym razie trochę je urozmaicić. — W kilka tygodni po śmierci żony? — Ewa wypiła koniak do końca. — Kim zainteresował się ten wspaniały old boy? Ta mała wygląda jak jego córka. — Odwróciła głowę w 188

stronę Sosnkowskiego, jej oczy zwęziły się w wąziutkie szparki. — Powiada pan, panie kapitanie, że śledztwo w sprawie śmierci Inki dobiega do końca? — Tak mi się wydaje. Jeszcze jeden, dwa dni i zamknę tę sprawę. — Gratuluję panu — zapaliła papierosa i, patrząc w oczy Czerwińskiemu, zapytała. — Może mi pan powiedzieć, do jakich wniosków pan doszedł? — Miałem nadzieję, że przynajmniej dziś nie będę myślał i mówił o sprawach zawodowych. — A jeśli bardzo poproszę? — Właśnie dziś zwolniłem z aresztu Steckiego. — A więc jednak popełniła samobójstwo — powiedziała Ewa ze smutkiem w głosie. — Biedna Inka. — Nie, pani Ewo, Inka, jak nazywa pani Sosnkowską, nie popełniła samobójstwa, została otruta. Ewa słuchała nieporuszona. Coś w jej twarzy leciutko drgnęło. Trwało to może jedną sekundę, ale Czerwiński był pewien, że Ewa spodziewała się innej odpowiedzi. — Jest pan zawodowcem, więc wierzę panu, chociaż wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Orkiestra grała stare tanga. Do stolika, przy którym siedział Czerwiński z Ewą, zbliżył się Sosnkowski. Ukłonił się Czerwińskiemu. — Pan pozwoli, że porwę Ewę do tańca? — Proszę. Odeszli w kierunku parkietu. Sosnkowski ubrany był dzisiaj modnie, ale nie tak bardzo awangardowo jak podczas ich pierwszego spotkania. Brązowy garnitur, zielona koszula i barwny krawat doskonale harmonizowały ze złocistą suknią Ewy. Z daleka Sosnkowski wyglądał najwyżej na czterdzieści 189

pięć lat. Ewa uśmiechała się. Sosnkowski również. Rozmawiali o czymś z ożywieniem. Sosnkowski coś do niej mówił. Ona słuchała go wzburzona. Widać było, że usiłuje za wszelką cenę panować nad sobą. W pewnym momencie wydało się Czerwińskiemu, że twarz Ewy stała się zupełnie biała, a jej uśmiech zamienił się w grymas. Romek tańczył tuż obok nich, pozornie zajęty swoją partnerką. Starał się uchwycić każde słowo wypowiedziane przez Sosnkowskiego. Widząc wracającą z parkietu Ewę, Czerwiński napełnił kieliszki. — Pan koniecznie chce, żebym się dzisiaj upiła — powiedziała siadając — ale właśnie dziś to mi dobrze zrobi. — Wypiła całą zawartość kieliszka. — To jest okropne, panie kapitanie, jak on może... zwykła przyzwoitość wymaga, by uszanować śmierć... a on... jest potworem. — Jej oczy zwilgotniały. — Usiłowałam mu wytłumaczyć, że nie powinien podrywać dziewczyn... i to takich — powiedziała z niesmakiem. — Ale on... on jest chyba pijany albo nienormalny... Powiedział mi, że się z tą dziewczyną... ożeni — krzyknęła. — Pani Ewo — Czerwiński wziął jej drżącą dłoń w swoje ręce — nie widzę w tym nic okropnego. Pan Sosnkowski jest człowiekiem wolnym i może ułożyć sobie życie według własnego uznania. Pani nie powinna tak bardzo tym się martwić. Pochyliła nisko głowę. Jej włosy dotykały ręki Czerwińskiego. Podniosła ją dopiero w momencie, kiedy do stolika zbliżył się Romek. — Oto i nasz jubilat. Chciała go pani poznać. — Właściwie to my się chyba znamy — powiedziała powoli i uśmiechnęła się. — Tak, my się znamy. Miał pan znakomity pomysł, zapraszając kapitana na dzisiejszy wieczór właśnie tutaj. Bardzo, bardzo jestem z tego zadowolona. 190

Wypijmy za pańską pomyślność. — Wypijam i znikam — Romek podniósł kieliszek — moje dziewczyny też chciałyby dzisiaj ze mną wznieść toast. Podniósł się szybko od stolika. Czerwiński widział, że Sosnkowski wraz z towarzyszącą mu kobietą opuszcza lokal. Był jednak spokojny, ponieważ Kłosowski wyszedł nieco wcześniej, a w chwilę potem i Romek ruszył w stronę wyjścia. Mógł teraz całą uwagę poświęcić Ewie, na którą już zaczął działać wypity alkohol. — Gdzie Kazik? — zapytała, rozglądając się po sali. — Nie wiem, chyba tańczy. Ewa skierowała wzrok na parkiet. — Nie, tam go nie ma — powiedziała zaniepokojona. — Pewnie wyszedł do baru. Ale czemu pani pyta o niego? — Nie wiem... tak jakoś... Czy możesz mnie odwieźć do domu, jakoś źle się czuję. — Tak, naturalnie. A może jednak zostaniemy tu jeszcze przez chwilę? — Nie, ja chcę do domu... Odwieziesz mnie, prawda? — Oczywiście. Niepewnie położyła przed sobą maleńką torebkę, bardzo podobną do tej, która należała do Sosnkowskiej. Z jej wnętrza wyjęła puderniczkę i pomadkę. Czerwiński nie musiał zasięgać zdania ekspertów. Była to pomadka do ust Elizabeth Arden. — Skąd masz tę pomadkę? — Skąd mam? Jak to? Mam i już. — Ładna. 191

— Aha... bardzo ładna... i droga. Wyjęła mu ją ż rąk. — Stać cię na takie drogie pomadki? — Aha... — Skończyła malowanie warg i schowała do torebki puderniczkę i pomadkę. — Proszę, chodźmy już stąd. —Tę pomadkę masz od Steckiego? — Nie pamiętam, chodźmy. Kiedy otwierała drzwi rozległ się natarczywy dzwonek telefonu. Nie wyjmując kluczy z zamka pobiegła do stolika i zdjęła słuchawkę z aparatu. — Hej! Stała odwrócona tyłem do Czerwińskiego, przyciskając słuchawkę mocno do ucha. Po chwili odłożyła ją i odwróciła się do Czerwińskiego jak zawsze uśmiechnięta. I on był uśmiechnięty. Przypomniał sobie, gdzie i kiedy słyszał taki sam okrzyk. — Wyobraź sobie, co za ludzie, ciągle się mylą. — Ludzka to rzecz mylić się. — Masz rację. Proszę, wejdź do pokoju i bądź gospodarzem przynajmniej przez trochę — powiedziała patrząc mu w oczy. — To cudownie, że chociaż troszeczkę czasu możesz dla mnie poświęcić. Jest mi ogromnie smutno i źle. Stała przed nim z opuszczonymi rękami, smutna i zagubiona. — Mogę ci poświęcić nie tylko troszeczkę, czasu, ale dużo, dużo więcej, obiecuję. Zarzuciła mu ręce na szyję. — Wspaniale. Cudownie. — Wbiegła do pokoju. — Chodź, siadaj tutaj. — przysunęła nieco fotel. — Wypijemy nasze „ty”, już podaję koniak. — Usiądź, Ewo. Prosiłaś mnie, żebym dziś był gospodarzem, pozwól więc, że będę czynił honory domu. — Jesteś cudowny, kochanie — przeciągnęła się w 192

fotelu. — Podaj koniak, jedna mała lampka bardzo dobrze nam zrobi. — I ja tak myślę. Po otworzeniu barku chwilę myślał nad wyborem butelki. Zdecydował się na martinëau. — Odpowiada ci to? — pokazał jej butelkę. — Odpowiada mi wszystko to, co odpowiada tobie — powiedziała, wstając z fotela. — Pozwolisz, że zostawię cię na maleńką chwilkę? Po chwili usłyszał szum wody spływającej do wanny. Postawił butelkę na stole, obok niej kieliszki i uśmiechając się podszedł do regału wypełnionego książkami. Zauważył, że były dobierane starannie i równie starannie ustawione na półkach. Obok klasyków polskich stały dzieła klasyków światowych i spory zestaw książek z zakresu chemii i pedagogiki. Wziął do ręki Sienkiewiczowski Potop, przeczytał kilka zdań i po chwili odstawił tom na swoje miejsce i wyjął słownik chemiczny. Przeczytał parę haseł i już miał odstawić go na półkę, gdy między kartkami zauważył kopertę adresowaną do Ewy Niewczas. Stempel na niej wskazywał, że został nadany... siedemnastego lipca siedemdziesiątego trzeciego roku w Szklarskiej Porębie. Koperta zawierała list. Czerwiński zawahał się. Pomyślał, że czytanie cudzej korespondencji nie świadczy o dobrym wychowaniu, ba, jest nawet naruszeniem pewnego paragrafu. Z uwagi jednak na sytuację i dobro śledztwa musiał te skrupuły szybko odrzucić. Wyjął z koperty kartkę. Bez trudu poznał rozwlekłe i nieco skośne pismo Kazimierza Sosnkowskiego. „Kochanie moje — czytał szybko przebiegając oczyma linijki — już tylko chwila dzieli nas od spełnienia najgorętszych naszych pragnień. Dopiero teraz widzę, że życie moje nabiera właściwych barw. Zastanawiam się, jak to było 193

możliwe, że przez tyle lat byłem obok Ciebie, oddychałem powietrzem, którym Ty oddychasz, i nie dostrzegłem Cię. Wynagrodzę Ci to stokrotnie. Od dziś każdy Twój dzień będzie się liczyć potrójnie, za wczoraj, dziś, za jutro”. Nie miał już czasu na dalszą lekturę listu, schował go do kieszeni w momencie, kiedy Ewa wyszła z łazienki zamykając za sobą drzwi. Stanęła przed nim błękitna i pachnąca. — Jestem już — powiedziała z uśmiechem. — Wspaniale, ma pani piękny szlafrok. — Pani? A prawda, nie wypiliśmy przecież... — I chyba już dziś nie wypijemy — uśmiechnął się przepraszająco. — Już późno, pani ma jeszcze wakacje, a ja niestety nie. — Ale dlaczego?. — Już powiedziałem, zrobiło się późno, ale obiecuję, że jutro, a właściwie dziś już, znajdę dla pani więcej czasu. — Ale ja bardzo, bardzo proszę, chociaż o kilka minut — powiedziała smutno. — Dobrze, ale tylko kilka minut, i proszę się nie smucić, nie mam sumienia zabierać pani aż tak wiele czasu i do tego nocą. — Panie Bogdanie, proszę nie mieć żadnych skrupułów! Mój czas należy do pana, chociaż... no tak — powiedziała po chwili zastanowienia — zmarnował pan przeze mnie cały wieczór... — O nie — głos Czerwińskiego był przekonywający — ten wieczór nie jest zmarnowany. — Pan mnie pociesza. — Zapewniam panią, że to wspaniały wieczór. Podała mu napełniony kieliszek. — Czy nie za dużo? — zapytał. — O nie, za mało. Mam ochotę pić i pić bez końca. 194

Odstawiła na stół pusty kieliszek. — Odnoszę wrażenie, że pani jest bardzo wstrząśnięta wiadomością o planach matrymonialnych Sosnkowskiego. Ponownie napełniła swój kieliszek i natychmiast go wypiła patrząc na Czerwińskiego. — Milicjantem jest pan pewnie niezłym, ale kobiet to pan raczej nie zna. — Pomoże mi je pani poznać? — Co to panu da? — wzruszyła ramionami. — Pan ich nie chce poznać. — A jak się postaram? — Musiałby się pan bardzo starać. — Zasłoniła twarz dymem z papierosa. — Proszę mi napełnić kieliszek. — Kiedy wyciągnęła rękę po małą szklaną bombkę, jej palce lekko drżały. Czerwiński nie zdążył zdjąć jeszcze płaszcza, gdy drzwi pokoju otworzyły się i stanął w nich Romek. — Dzień dobry. Jak się pan czuje, panie kapitanie? — Dziękuję, nieźle — odpowiedział Czerwiński i z przyjemnością zapalił papierosa. — Wygląda na to, że dobijamy do mety. — Romek swoim zwyczajem przysiadł na parapecie. — Chyba masz rację. Gdzie Wojtek? — Jestem, wodzu. — Kłosowski prawię wbiegł do pokoju. — Pani Elżbieta już dwa razy dzwoniła, pytając o ciebie. — Czyżbyś nie miał czasu na telefon do żony? — A tobie co do tego? — Mnie? Nic. Spytać nie wolno? 195

— Mogę wiedzieć, dlaczego ty spóźniłeś się — Czerwiński spojrzał na zegarek — siedem minut do pracy? — No to jeden do jednego. Przepraszam, wodzu, ale mam za to dla ciebie coś, co cię bardzo zainteresuje. — Ciekaw jestem ogromnie. — Otóż Sosnkowski po wyjściu z knajpy zaczął się bardzo śpieszyć. Całe szczęście, że Romek wyszedł zaraz za mną, bo pan Kazio wsadził pannę w taksówkę i widać ujrzał dno szkatuły, bo sam ruszył na przystanek autobusowy. Nie powiem, kłopotu to mi tym zrobił niemało. Facet mnie zna, więc musiałem mu zejść z oczu. Wsiadłem w taryfę, o tu mam rachunek — pokazał z daleka papierek — i czekam. Wsiadł w pierwszy autobus, jaki nadjechał. Przy Miodowej wysiadł z niego, obejrzał się dokładnie i pobiegł do postoju taksówek. Pojechał do domu i... popełnił malutki błąd — zatrzymał taksówkę. Po czterech minutach wybiegł, wsiadł z powrotem do wozu i odjechał w kierunku Śródmieścia. Kiedy taksówka, którą jechał, skręciła w Świerczewskiego, wiedziałem już, dokąd jedzie. Chociaż nie, nie wiedziałem, raczej chciałem, żeby moje przypuszczenia się potwierdziły. Zamilkł i zapalił papierosa. — No i co? — zapytał Romek. — Taksówka zatrzymała się przed numerem dwieście siedemdziesiąt pięć — Kłosowski spojrzał na nich oczekująco. — Tak myślałem — powiedział Czerwiński, kiwając potakująco głową. Romek zagwizdał cicho melodię z filmu „Serenada w Dolinie Słońca”. — Sosnkowski zapłacił i wyszedł. Ja poczekałem, aż wejdzie na klatkę schodową, a potem ruszyłem za nim. Był 196

lepszy, pojechał windą. Ja natomiast poszedłem schodami do góry. Na szóstym piętrze znalazłem się w momencie, kiedy zamykał za sobą drzwi mieszkania numer sto dwanaście. Gospodyni w domu jeszcze nie było. Wyszedł dokładnie po dwóch minutach, zamykając drzwi kluczami. Miał ich na kółku kilka. Kiedy podchodził do windy, ktoś mu ją sprzed nosa zabrał, ściągając na dół. Pan Kazio trochę się przestraszył i pomknął schodami na wyższe piętro. Mnie udało się w porę uskoczyć w stronę zsypu. Po chwili usłyszałem głosy. Były znajome. Zwłaszcza, jeden. — Popatrzył wymownie na Czerwińskiego. — O Ewę byłem więc spokojny — kontynuował — mogłem dalej niańczyć pana Kazia. Kiedy weszliście do mieszkania, Sosnkowski dopadł windy. Na ulicy wszedł do najbliższej budki telefonicznej. Niestety, nie udało mi się podejrzeć, jaki numer wykręcił. Rozmawiał krótko. Do domu wrócił pieszo. Ja też. Dlatego spóźniłem się do pracy o siedem minut. — Znakomicie, Wojtek — powiedział Czerwiński — w naszym tunelu widać już światła. Właściwie wszystko wskazywało na takie właśnie zachowanie się Sosnkowskiego. Ewa w czasie tańca prawdopodobnie powiedziała mu o zwolnieniu z aresztu Steckiego. To go musiało zaniepokoić. A co ty masz nowego, Romku? — Nie wiem, panie kapitanie, czy to, co powiem, jest ważne i przydatne. Są to po prostu spostrzeżenia prostej bardzo dziewczyny, i to w dodatku zakochanej w Sosnkowskim. — Mów. Zobaczymy. — Czerwiński odwrócił się w stronę Romka siedzącego na parapecie. — Dziewczyna nie była zupełnie trzeźwa, ale była szczęśliwa i czuła potrzebę wygadania się... Mówiła więc całemu światu o swoim szczęściu. 197

— Czy nie sądzisz, że ten wstęp jest zbyt długi? — zapytał Kłosowski, rozgniatając papierosa w popielniczce. — Nie wiem, być może. Dziewczyna mi zaufała. Dla niej jestem chłopakiem jej przyjaciółki. Powiedziała o wszystkim. — Romek spojrzał w okno. — Ona go kocha — dodał cicho — a ja muszę to, co mi powiedziała, wykorzystać przeciwko niemu. — Uważaj bo się rozpłaczesz — powiedział Kłosowski. — Zamiast do szkoły oficerskiej wstąp do seminarium duchownego. — Pomyślę nad twoją propozycją. — Mów, Romku, czego się dowiedziałeś — powiedział spokojnie Czerwiński. — Dziewczyna zna Sosnkowskiego od kilku lat. Był stałym gościem kawiarni. Przeważnie i najczęściej bywał tam sam. Kilka razy towarzyszyła mu żona. W ciągu ostatnich paru miesięcy spotykał się w „Raju” z wysoką i elegancką zawsze modnie ubraną blondynką. Wyglądali na zakochanych. Siedzieli często po kilka godzin. Halina zauważyła, że owa piękna blondynka bywała częstym gościem u Sosnkowskich. Z okien „Raju” widać wejście do budynku, w którym mieszka Sosnkowski, ale przychodziła przed południem, kiedy Sosnkowskiej nie było w domu. Według jej relacji od maja przestali się spotykać. Pan Kazio znowu w „Raju” bywał sam. Po śmierci żony zaczął Halinę podrywać. Przynosił jej kwiatki, jakieś pachnidła i opowiadał o swojej samotności i nieszczęściu. Zaprosił ją dwa razy na kolację do lokalu, a ostatnio nawet do domu. Sosnkowski utrzymywał, że jego żona popełniła samobójstwo, bo porzucił ją kochanek, dla którego z nim się rozwiodła, mimo jego sprzeciwu i niewygasłego uczucia. Nie wziął jednak pod uwagę jednej rzeczy. 198

Śmierć Sosnkowskiej stała się głośna. Cała Kępa Potocka to w końcu mały grajdoł. Ludzie zaczęli snuć różne domysły i przypuszczenia. W „Raju” o niczym innym się nie mówiło. W sklepach, i parku również. Sosnkowski pławił się we współczuciu jak śledź w oleju. Małą barmankę owinął sobie koło palca i ani mu do głowy nie przyszło, że ta dziewczyna jest na tyle sprytna, żeby to i owo skojarzyć. Zaproszona na kolację do mieszkania Sosnkowskiego, była zaskoczona wieloma rzeczami. We wszystkich pokojach stały i wisiały zdjęcia Kingi, pod nimi poustawiane były bukiety kwiatów i świece. Dziewczynę te ołtarze zdenerwowały. Sosnkowski wytłumaczył jej jednak, że to są pozory, które musi zachować, bo jego żona zostawiła ogromny majątek. Pannę ubawiło to jak mało co, bo wystarczyło jej popatrzeć na te meble, żeby mieć na ten temat poważne wątpliwości. Pan Kazio przekonał jednak Halinę, że mówi prawdę. Z szuflady wyjął dość duże, jej zdaniem, pudełko, w którym były obrączki, pierścionki, broszki i inne świecidełka. Dziewczyna straciła orientację, ale szybko ją odzyskała i wypowiedziała na głos to, o czym pomyślała, mianowicie, że nie rozumie, jak można odebrać sobie życie, mając taką biżuterię i majątek. Zapytała również, skąd się ten majątek wziął. Sosnkowski opowiedział jej bajeczkę o bogatych rodzicach Kingi i o tym, że cały ten majątek znajduje się za granicą, że trzeba go stamtąd przywieźć, o co ją zresztą poprosił, prosząc równocześnie o jej rękę. Halina się zgodziła. Zaręczyli się tego samego dnia. Sosnkowski ofiarował jej pierścionek z szafirem. Oczywiście dziewczyna zapytała o piękną blondynkę. I tu pan Kazio również ją uspokoił następną bajką o wiedźmie kuzynce, która chce wszystko zagarnąć. Był dla niej ujmujący i miły. Zapewniał o dozgonnej miłości i prosił o sprzedanie kilku 199

pierścionków, bo wykosztował się na pogrzeb. Jak wiecie, Halina mu w tym pomogła. Opowiadając mi to wszystko, radziła, jako „kuzynowi” Sosnkowskiej, polubownie dogadać się z Kaziem, obiecała mi w tym pomóc. Ewy dziewczyna nie znosi, słyszałem, jak jej mówiła, że nic nie dostanie z majątku Sosnkowskiej, bo ona przywiezie go ze Szwajcarii sama i dobrze ulokuje. — Nie chciałem ci przerywać — powiedział Czerwiński — ale wszystko to opowiadasz bardzo chaotycznie, zechciej mówić zwięźle. — To już właściwie koniec. Wczorajsza kolacja była wydana na złość Ewie. Z lokalu Halina pojechała prosto do domu i nigdzie już nie wychodziła. To wszystko. — Rzeczywiście było się nad czym rozczulać. — Kłosowski lekceważąco machnął ręką. — Mamy faceta. — Nie popadaj w euforię. To jeszcze nie wszystkie nowości dnia dzisiejszego. W mieszkaniu Ewy znalazłem list pisany do niej przez Sosnkowskiego siedemnastego lipca ze Szklarskiej Poręby. Jest on obecnie w laboratorium kryminalistyki. W liście tym pan Kazio wyznaje Ewie wielką miłość i prosi o doręczenie Kindze maleńkiego co nieco przy pierwszej sprzyjającej okazji. List kończy się prośbą o zniszczenie go natychmiast po przeczytaniu. — A to skubany Kubuś Puchatek — zawołał Romek! — To jest wiadomość, wodzu — powiedział z uznaniem Kłosowski. — Nie zmarnowałeś czasu u pięknej Ewy. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz... — Powiem ci w zaufaniu, że mnie niejedno ciekawi w tej sprawie, ale to wyjaśnią nam i Ewa, i pan Kazio. Za 200

godzinę chcę ich tutaj mieć. Wojtek pojedziesz na Kępę Potocką, a ty, Romku, złożysz ostatnią wizytę Ewie Niewczas. Kiedy Romek zadzwonił z biura przepustek, że już są na miejscu, Czerwiński polecił czekać im w dyżurce na Sosnkowskiego. Po kilku minutach otrzymał wiadomość, że i Kłosowski czeka na dalsze dyspozycje, mając w towarzystwie zaspanego pana Kazia. Raz jeszcze przeczytał list odesłany mu przez laboratorium kryminalistyki, uprzątnął z biurka wszystkie papiery, pozostawiając list i kopertę, po chwili namysłu wyjął także pomadkę i pudełko po kremie finesie. Założył czystą taśmę w magnetofonie i podniósł słuchawkę. Ewa weszła do pokoju w towarzystwie Romka i konwojenta. Romek zajął miejsce przy stoliku do pisania, konwojent zniknął za drzwiami. — Nie rozumiem — powiedziała z pretensją w głosie — czy jestem dla ciebie tak cenna, że, chcąc się ze mną widzieć, przysyłasz aż dwóch milicjantów? — Jest pani cenniejsza, niż „małe błyszczące co nieco”, proszę siadać — wskazał krzesło. Ewa usiadła i powiodła wzrokiem po leżących na biurku przedmiotach. Jej twarz pod warstwą pudru zbladła. — Poznaje pani te przedmioty? — Tak, ale... — zacisnęła palce na granatowej torebce. — Nie wiem, o co chodzi. — Zaraz pani się dowie. Kiedy otrzymała pani ten list? Patrzyła na niego nic nie widzącymi oczyma. — Ten list nie należy do mnie. — Ale odciski palców znajdujące się na nim z całą 201

pewnością należą do pani. Nim porozmawiamy sobie o wielu różnych szczegółach dotyczących śmierci Kingi Sosnkowskiej, mam dla pani wiadomość. Kinga Sosnkowska sporządziła w czerwcu testament, w którym cały majątek w przypadku jej śmierci przekazuje Łukaszowi Niewiadomskiemu. Twarz Ewy wykrzywiła wściekłość. Oczy stały się ciemnozielone, niemal czarne. — Podła! — To, co wydobyło się z jej zaciśniętych warg, było raczej sykiem. — Pozwoli pani, że opowiem — głos Czerwińskiego był spokojny — w jaki sposób chciała pani raz na zawsze pozbyć się rywalki, a przy okazji zagarnąć pieniądze należące do niej. Nie było to specjalnie trudne. Byłą pani jej przyjaciółką. Znała ją pani bardzo dokładnie. Sosnkowska nie miała przed panią żadnych, no, prawie żadnych tajemnic. Dowiaduje się więc pani od niej, że po śmierci teściowej odziedziczyła cały majątek należący do Sosnkowskich. Wie pani również, że Sosnkowska zakochała się w Niewiadomskim. Pani ma długi. Dłużnicy nie chcą już czekać. Domagają się zwrotu pieniędzy. Sosnkowski również jest przerażony utratą majątku, na który liczył. Współczuje mu pani bardzo. Do tego stopnia, że namawia go pani do zamordowania żony. Przy okazji ma pani jeden romans więcej. Pani kalkulacja była prosta. Pozbyć się Sosnkowskiej, wyjść za mąż za jej męża i korzystać wreszcie z pieniędzy. I to dużych pieniędzy. Jest pani chemikiem, zdobycie cyjanku nie przedstawia dla pani problemu. Trzeba tylko trochę wyobraźni, aby zaaranżować taką formę podania go przyjaciółce, iżby podejrzenia padły na kogoś innego. Wymarzony do tego celu okazał się Stecki. On obdarowywał Sosnkowska kosmetykami. Wykonanie zatrutej pomadki, było już tylko drobiazgiem. W teatrze 202

„pożycza” pani od przyjaciółki pomadkę, maluje się nią na oczach wszystkich, a potem zamienia ją na swoją odpowiednio spreparowaną. Na postoju taksówek przypomina pani „swej drogiej przyjaciółce”, żeby poprawiła makijaż. Pierwsza część zadania wykonana. Teraz należy obciążyć Steckiego. Zna pani dokładny rozkład jego zajęć w ciągu dnia. Kiedy Stecki pije kawę w Europejskim, pani podrzuca mu do samochodu to oto pudełko — Czerwiński dotknął brązowego pudełka — w którym znajdują się resztki cyjanku. Następnie umawia się pani ze mną w Europejskim, wiedząc że zastanie tam Steckiego i zwrócić na niego moją uwagę. W domu pyta pani go o pomadki, które dawał Sosnkowskiej. Wszystko układa się jak najpomyślniej. No, prawie wszystko. Jest bowiem sprawa, która nie daje pani spokoju. W dniu, w którym podała pani Sosnkowskiej zatrutą pomadkę, pojechała pani na Kępę Potocką szukać biżuterii i testamentu Aleksandry Sosnkowskiej. Pan Kazio musiał się tego spodziewać, bo biżuterię z domu usunął, a testament był bardzo dobrze ukryty. Po kilku dniach ponawia pani wizytę. Czuje się pani bezpiecznie. Bywała tam pani codziennym gościem i nikt nie zwrócił uwagi na te odwiedziny. W dzień po zatrzymaniu Steckiego poczuliście się oboje bezpieczni. Zaczęliście się nawet wzajemnie odwiedzać, co nie było, przyzna pani, zbyt rozsądne. Wszystko zaczynało się układać według planu. Z jednym wyjątkiem o imieniu Halina, z którym to wyjątkiem Sosnkowski postanowił się ożenić, zmęczony zapewne pani wylewnymi uczuciami. Tego jednak w planie nie było. W pani posiadaniu jest ten list — Czerwiński wskazał palcem na leżący przed nim papier. — Zaczyna pani szantażować Sosnkowskiego. Tańcząc z nim wczoraj w Bristolu powiedziała mu pani o tym całkiem wyraźnie, co słyszał dokładnie 203

tańcząc obok was ten oto młody człowiek. Sosnkowski przerażony opuszcza lokal i jedzie na Świerczewskiego szukać kompromitującego listu. Bawi tam jednak krótko. Boi się powrotu pani. Wychodzi nie znalazłszy szukanego listu. Ewa słuchała go, trzymając się rękoma za twarz, z szeroko otwartymi przerażonymi oczami. — To nieprawda... — kręciła przecząco głową — to nieprawda, panie kapitanie. — A jak brzmi prawda? — Nie wiem... ale to, co ty mówisz, co mówi pan kapitan, to nieprawda — powiedziała cicho. — A jak, według pani, brzmi prawda? — Nie, panie kapitanie, to nie tak było, jak pan powiedział. — Ewa wycierała łzy małą chusteczką — ja nie zamordowałam Inki. — Jak pani wytłumaczy wobec tego ślady pani palców na tym oto pudełku? — Czerwiński wskazał brązowe pudełko ze złotą etykietką. — Nie wiem... Nie wiem... Od kilku miesięcy... ja także używałam takiego kremu. — Ile opakowań pani zużyła? Zaciągnęła się mocno dymem z papierosa. — Kilka. — A dokładnie — ile? — Trzy, może cztery. — Co pani robi z opakowaniem po kremie? — Wyrzucam. — Ostatnie kiedy pani wyrzuciła? — Nie pamiętam. Siedziała na krześle nieporuszona, blednąc coraz bardziej. Delikatne linie rysujące się na jej czole zmieniły się w zmarszczki. Ręka z palącym się papierosem zastygła oparta o brzeg biurka. 204

— Kiedy otrzymała pani list od Sosnkowskiego? — Czerwiński dotknął leżącej przed nim koperty. Ręka z papierosem drgnęła, a potem powędrowała do popielniczki. — Nigdy nie otrzymałam od Sosnkowskiego żadnego listu, czasem przysyłał mi, będąc poza Warszawą, widokówki z pozdrowieniami, zawsze w kopertach. — Ostatnio jednak przysłał pani list. — Z całą pewnością była to tylko pocztówka. — Jeśli pani nie pamięta, chętnie przeczytam, na głos co ciekawsze fragmenty tego listu. — Nie tylko nie pamiętam, ale nie wiem w ogóle o istnieniu żadnego listu. Nie rozumiem zupełnie, skąd coś takiego wzięło się u pana. — „Ukochana moja — czytał Czerwiński — od dziś każdy Twój dzień będzie się liczył potrójnie za wczoraj, dziś, za jutro”... i ciekawszy fragment „...już kończą się Twoje wszystkie kłopoty, teraz ja biorę sprawę w swoje ręce, dopełnij tylko tego, o co tak prosiłem przed wyjazdem, jeden zręczny ruch Twoich kochanych rąk usunie dzielącą nas przeszkodę”. Wystarczy — czy mam czytać dalej? — Nie... zupełnie nic z tego nie rozumiem — odpowiedziała Ewa łamiącym się głosem. Jej twarz zrobiła się popielata. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała zemdleć. — Chociaż nie, rozumiem. Zdaje mi się, że Kazio chce mnie wpędzić w nieładną kabałę. — Wciągnęła w płuca głęboko powietrze. — Panie kapitanie, oświadczam panu, że nigdy nie otrzymałam od Sosnkowskiego żadnego listu, jestem... Jestem bardzo zdenerwowana, proszę zadawać mi pytania. Czerwiński patrzył na nią podejrzliwie. Ewa uspokoiła się nagle. Jej głos już nie drżał. Oczy były suche i patrzyły na niego prawie spokojnie. 205

— Zaprzecza pani, że otrzymała ten list od Sosnkowskiego? — zapytał raz jeszcze. — Z całą stanowczością. — Byłbym skłonny pani uwierzyć — powiedział powoli Czerwiński — gdyby nie to, że są na nim odciski pani palców, i gdyby nie fakt, że ten list był w pani mieszkaniu. Spojrzała na niego zaskoczona. — U mnie w mieszkaniu? — Proszę się tak nie dziwić, proszę pani. Nawet ładnie udaje pani zaskoczenie. Może bym się i wzruszył, ale dawno wyrosłem z tych lat, kiedy rozczulały mnie łzy, nagła bladość twarzy i inne tego rodzaju chwyty. Mam przed sobą dowody, niezbite dowody pani winy — powiedział Czerwiński, ą w jego głosie była stanowczość. — Oto pudełko po kremie, w którym przechowywała pani cyjanek, list, który wyjaśnia wszystko, i wreszcie pomadka. Uważam sprawę śmierci Kingi Sosnkowskiej za zamkniętą. Przekazuję ją prokuratorowi. Będzie pani odpowiadać przed sądem za morderstwo z premedytacją. Ewa nie spuszczała oczu z jego ust, czytała słowa, które wypowiadał. Ogarnęło ją przerażenie. — Pan mi nie wierzy — powiedziała cicho — ma pan w ręku dowody przeciwko mnie, choć pojąć nie mogę... nie... nie to chciałam powiedzieć. Zapaliła papierosa. Czerwiński wyczekująco patrzył na nią. — Te dowody, jak pan to nazywa — wskazała ręką na przedmioty leżące na biurku — istotnie obciążają mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że sądowi wystarczą, aby mnie skazać, ja jednak jestem niewinna. Niewinna — krzyknęła, podnosząc się gwałtownie z krzesła. — Jestem niewinna — krzyczała coraz głośniej — rozumie pan? Niewinna! — Nieco speszona swoim wybuchem usiadła znów na krześle. — 208

Jestem niewinna. — W jej oczach znów pokazały się łzy. — Opowiem panu wszystko, a potem może mnie pan oddać do dyspozycji sądu. Powiedział pan, panie kapitanie, że to ja zamordowałam Inkę z chęci zysku — mówiła spokojnie patrząc prosto w oczy Czerwińskiemu. — Przepraszam, że będę nudna i jeszcze raz powtórzę, że to nieprawda. Wytłumaczę panu, że ja chyba najwięcej straciłam przez jej śmierć. Ma pan dokładne informacje o stanie moich zadłużeń. Zachowałam się, delikatnie mówiąc, nietaktownie, kiedy mi pan powiedział, że ona wszystko zapisała Łukaszowi. Inka wiedziała o moich długach. Postanowiła je uregulować po podjęciu spadku. Przeprowadziła rozmowy z moimi wierzycielami, a nawet złożyła u nich pisemne zobowiązania, że w przeciągu trzech miesięcy zostaną im oddane. Nie miałam żadnego, powtarzam, żadnego powodu, żeby ją zabić. — Proszę mi podać adresy i nazwiska tych ludzi. — Bronisław Olszyk, Stocka dwadzieścia dwa, mieszkania dwa. Winna mu jestem piętnaście tysięcy. Józef Maneta, Szaflarska dziewiętnaście. Jemu winna jestem dwanaście tysięcy. Helenie Siwek zamieszkałej przy Kierbedzia pięćdziesiąt, mieszkania jeden winna jestem dwadzieścia tysięcy. U tych ludzi właśnie Inka pozostawiła zobowiązania, o których panu mówiłam. Czerwiński notował, kiedy skończyła, nacisnął dzwonek. Milicjantowi, który wszedł do pokoju, podał kartkę. — Proszę sprawdzić to, co macie tu zapisane. Meldować natychmiast. Po jego wyjściu zwrócił się do Ewy. — Proszę mówić dalej. 207

— Kiedy dowiedziałam się, że Inka nie żyje, ogarnęło mnie przerażenie. Znów stanęło przede mną widmo długów, a równocześnie zaczęłam kojarzyć pewne fakty. W kilka tygodni po śmierci pani Aleksandry Kazik zaczął nachodzić moje mieszkanie. Wiedział doskonale, że nie mamy, że nie miałyśmy nigdy między sobą żadnych tajemnic, orientował się również, że mam dość duży wpływ na Inkę. Chciał przeze mnie skłonić ją do podjęcia pieniędzy. Proponował, żeby Inka wystawiła pełnomocnictwo do ich podjęcia Bargowskiej, stale mieszkającej za granicą. Uniknięto by w ten sposób, jego zdaniem, kosztów spadkowych. Wyliczył, nie wiem jakim sposobem, że koszty te wyniosłyby około stu tysięcy. Zamęczał mnie tymi rozmowami. Był na zmianę przymilny, jak zakochany gówniarz, i arogancki, jak zwykły dorożkarz. Powtarzałam Ince treść tych rozmów, błagając ją równocześnie, żeby nie zrzekła się tych pieniędzy na jego korzyść. Kiedy jego pobożne życzenia w tej sprawie okazały się niewypałem, podjął ze mną rozmowy na temat ujawnienia miejsca, w którym Inka przechowywała testament i biżuterię. Po sprowadzeniu do kraju Bargowskiej, to „cudowne” rodzeństwo chciało, mając dokument w ręku, drogą sądową obalić testament matki, argumentując tym, że w momencie jego podpisania matka była, niepoczytalna. Ostrzegłam wtedy Inkę, żeby ten cenny dokument dobrze, zabezpieczyła. Obiecała mi, że to zrobi. Jeśli pana to interesuje, dodam jeszcze, że Sosnkowski w tym czasie, kiedy przeze mnie usiłował wywrzeć presję na Inkę, w stosunku do niej zachowywał się jak najlepszy mąż i kochanek. Odgadywał najmniejsze nawet jej życzenia, nosił ją niemal na rękach. O rozwodzie nie chciał słyszeć. Przysięgał jej miłość „wierną, czystą i bez skaz” obsypywał ją prezentami. Jednym zdaniem, nie ten 208

sam człowiek. Wziął się nawet za pracę w domu. Na własne oczy widziałam, jak swoimi arystokratycznymi rączkami wiórkował podłogę. Inka przyjmowała to wszystko ze śmiechem i kpiną. On, nie zważając na jej reakcje, robił same przyjemne niespodzianki. Przed wyjazdem na wczasy zostawił u mnie kilka drobiazgów, żeby dyskretnie podrzucać ukochanej żonie. Nie widziałam w tym nic złego, więc przyjęłam te paczuszki. — Jakie przedmioty zostawił u pani Sosnkowski? — Pantofle domowe, koszulę nocną, bluzkę, słodycze i pomadkę, o taką właśnie — Ewa ruchem głowy wskazała pomadkę leżącą na biurku. Czerwiński powoli skinął głową. — Jak pani „podrzucała” te drobiazgi? — zapytał. — Na miejsce starych pantofli postawiłam nowe, bluzkę włożyłam jej do szafy. — A pomadkę? Ewa opuściła nisko głowę. — Pomadkę zamieniłam w teatrze — powiedziała to tak cicho, że Czerwiński ledwie dosłyszał jej słowa. Ewa płakała głośno nie zwracając uwagi na Czerwińskiego. — Przysięgam, nie wiedziałam, że ta pomadka jest zatruta, wolałabym sama umrzeć niż ją otruć. A ja... ja jeszcze przypomniałam jej... żeby poprawiła makijaż. Zadzwonił telefon. Czerwiński podniósł słuchawkę. Wiadomości, które mu przekazano, musiały być dobre, bo słuchając uśmiechał się. — Ja protestuję przeciwko takiemu postępowaniu — Sosnkowski szybkimi krokami przemierzył przestrzeń dzielącą drzwi od biurka Czerwińskiego. — Nie 209

stać mnie na to, żeby tracić dwie godziny w tym gmachu w oczekiwaniu na rozmowę z panem! — Jestem zdania, że nie zmarnował pan tego czasu bezpowrotnie — powiedział Czerwiński. — Jak to? Nie zmarnowałem? Pan raczy żartować. — Nie pora na żarty, panie Sosnkowski. Sądzę, że przez ten czas mógł pan przemyśleć jeszcze wiele spraw. Przykro mi, że o tak niestosownej porze postanowiłem pana przesłuchać. Godzina ósma trzydzieści, bo o tej porze zjawił się u pana funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, jest porą, kiedy wszyscy bardzo się śpieszą. Pan również i zapewne dlatego nie zdążył pan zadbać, jak zwykle, o swój wygląd. — Może pan raczy jaśniej powiedzieć, do czego zmierza — powiedział Sosnkowski, zapalając papierosa. — Oczywiście, że powiem to panu. Zmierzam mianowicie do tego, żeby w dniu dzisiejszym zamknąć śledztwo w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej. — Nareszcie. — Sosnkowski lekceważąco wzruszył ramionami. — I ja tak sądzę. Proszę mi powiedzieć — powiedział spokojnie Czerwiński — skąd pan wziął cyjanek, którym otruł pan żonę? Sosnkowski siedział spokojnie. Oczy zwęziły mu się, a twarz pobladła, tylko ręce pozostały spokojne. — Tego mi pan, kapitanie, nie zdoła udowodnić — powiedział głosem, w którym nie było już pewności. — Myli się pan — Czerwiński uśmiechnął się — dysponuję dowodem w postaci należących do pana śladów daktyloskopijnych, które zostały zdjęte ze słoika zawierającego truciznę, a znajdującego się w gabinecie profesora Nowaka, pańskiego przyjaciela. Odwiedzał go pan na przełomie czerwca i lipca. Wykorzystał pan moment, kiedy profesor 210

został odwołany do laboratorium, a pan pozostał sam w pokoju. Szafa była otwarta. Kilka chwil wystarczyło, żeby odsypać ze słoika część jego zawartości. — To są pańskie insynuacje. W gabinecie profesora Nowaka dotykałem nie tylko słoików. Znajdzie pan tam jeszcze bardzo dużo podobnych śladów. — Istotnie. Nie wziął pan tylko jednej rzeczy pod uwagę. Przedobrzył pan. Widzi pan — Czerwiński mówił spokojnie, tak jakby tłumaczył dziecku trudną lekcję — profesor Nowak zauważył natychmiast, że zawartość słoika zawierającego cyjanek zmniejszyła się. Przeprowadził rozmowy z pracownikami laboratorium, w wyniku których okazało się, że żaden z nich nie pobierał tego dnia cyjanku. Słusznie więc profesor wydedukował, że truciznę zabrał pan. Pan oczywiście, zapytany przez niego, zaprzeczył. Profesor więc napisał notatkę, którą złożył w dyrekcji Instytutu. Dotarliśmy i do profesora, i do notatki. — Czerwiński przerwał na chwilę. — Usiłował pan obciążyć winą Ewę Niewczas i nawet udałoby się to panu, gdyby nie pewien mały szkopuł, przesadna dbałość o urodę. Przypuszczam, że dzielił się pan większością kosmetyków z żoną. W tym oto pudełku — Czerwiński wskazał na stojące na biurku brązowe pudełko — poza sporą ilością cyjanku znaleźliśmy włos stanowiący bez wątpienia pana własność. — Czasami się zdarza, panie kapitanie, że w czymś znajduje się włos, ale jak dotąd nigdzie nie jest napisane, że stanowi to dowód rzeczowy. — Cieszę się, że dobre samopoczucie nie opuszcza pana. W tym jednak konkretnym przypadku włos stanie się dowodem rzeczowym. Nie tylko on zresztą. Przede wszystkim pomadka. Muszę przyznać, że wymyślił pan to bardzo sprytnie. Zaplanował pan zbrodnię zdalnie kierowaną. 211

Pomysł niezły, ale jak widzi pan, nie powiódł się. Zamordował pan żonę, wiedząc o tym, że zapisanych jej przez pana matkę pieniędzy Kinga Sosnkowska ani panu, ani pańskiej rodzinie nie zwróci. Postanowiła bowiem rozwieść się z panem i ułożyć sobie życie od nowa. Majątek oddalał się od pana bezpowrotnie. Wysiłki w sprawie obalenia testamentu nie powiodły się. Ponieważ nie pomagały ani propozycje, ani prośby, ani nawet groźby, pozostało jedno wyjście. Znał pan treść testamentu swojej matki, która jedyną spadkobierczynią uczyniła, jak to wiemy, Kingę Sosnkowska. Przeszkodę w realizowaniu pańskich planów stanowiła tylko żona. Rozumował pan logicznie. Po śmierci Kingi Sosnkowskiej pan wraz z siostrami stawaliście się jedynymi spadkobiercami majątku. Zdaniem pana plan był genialny. Ale tylko zdaniem pana. Na pocieszenie dodam, że tak się wydaje wszystkim mordercom. Muszę pana rozczarować, nie ma zbrodni doskonałej — Czerwiński przestał mówić i patrzył na Sosnkowskiego, który siedział spokojnie i leciutko się uśmiechał. — Mimo zamordowania żony pieniądze nie trafiły do pana. Złożyły się na to dwie przyczyny: po pierwsze, nie zna pan hasła, a po drugie, w czerwcu tego roku pańska żona sporządziła testament, w którym spadkobiercą uczyniła Łukasza Niewiadomskiego, swojego przyszłego męża. Sosnkowski uniósł się na krześle, następnie usiadł, patrzył na Czerwińskiego szeroko otwartymi oczami, szybko chwytał ustami powietrze. Papieros wypadł mu z ręki. — O nie. Ona nie mogła tego zrobić — Sosnkowski krzyczał. — To niemożliwe! Ja... — Proszę się uspokoić — powiedział stanowczym głosem Czerwiński — jeszcze nie skończyłem. Krzyk nic panu 212

nie pomoże. Jak może pan sam zauważyć, zamordował pan żonę niepotrzebnie. Przez jej śmierć niczego pan nie osiągnął. Nawet pan nie odnalazł testamentu, który ona sporządziła. Nie poznał pan także hasła. Niech pan się przyjrzy tej pomadce — Czerwiński wziął do rąk mały błyszczący przedmiot — w tym podał pan truciznę. Bardzo nieumiejętnie zabrał się pan do zatrucia tej pomadki. Nosił ją pan przy sobie. — Czerwiński położył pomadkę na biurku, otworzył szufladę i wyjął z niej szarą kopertę. — W tej oto kopercie znajdują się natomiast wyniki ekspertyzy zatrutej pomadki, stwierdzające niezbicie, że jakiś czas spoczywała ona w kieszeni pańskiej marynarki. — To mówiąc, Czerwiński miał wzrok utkwiony w kartkę. Sosnkowski od kilku minut nie spuszczał wzroku z Czerwińskiego. Kiedy kapitan czytał wyjętą z koperty kartkę, błyskawicznie chwycił pomadkę, zdjął nakrętkę i odgryzł wkład. Czerwiński obserwował go, nie ruszając się z miejsca. Kiedy Sosnkowski połknął wkład pomadki, uśmiechnął się. — Smacznego, panie Sosnkowski, przykro mi, ale nie jest to zatruta przez pana pomadka. Ta, którą był pan łaskaw zjeść, była najzwyklejszą pomadką pańskiej żony. Interesujący pana przedmiot jest zabezpieczony i stanowić będzie dla sądu koronny dowód rzeczowy, podobnie jak notatka profesora Nowaka i pudełko po kremie z pańskim włosem wewnątrz. Sosnkowski zakrył twarz rękami. Siedział nieruchomo. Po chwili zapalając papierosa powiedział. — Niech pan sobie nie wyobraża, że ja przegrałem. Wszystko będzie mi pan musiał udowodnić. — Zgodnie z tym, co powiedziałem na początku naszej rozmowy, zakończyłem śledztwo w sprawie śmierci Kingi Sosnkowskiej — podniósł słuchawkę i powiedział do niej — 213

proszę wyprowadzić podejrzanego — a zwracając się do Sosnkowskiego dodał — a jeśli o dowody chodzi, proszę się nie martwić, to, co mam w tej chwili, wystarczy. Funkcjonariusz, który wszedł do pokoju, położył rękę na ramieniu Sosnkowskiego. — Proszę ze mną. Sosnkowski wstając z krzesła popatrzył na Czerwińskiego wzrokiem pełnym pogardy i nienawiści. — Obiecuję ci, ty... że my się jeszcze spotkamy, ale przysięgam — Sosnkowski zacisnął pięść — w zupełnie innych okolicznościach. — Z pewnością będzie to w sądzie. Pan jako oskarżony o morderstwo z premedytacją, a ja jako świadek. — Szefie, moje gratulacje — Romek wpadł do pokoju jak bomba. — Później nie mogłeś? — zapytał Kłosowski. — Czekamy na ciebie już od piętnastu minut. — Musiałem jeszcze załatwić drobną sprawę. Przepraszam, że czekaliście. Więc jednak Sosnkowski? — Jednak. No, chłopcy, kawał roboty odwaliliśmy. Przyznam się wam, że czuję się nieco zmęczony. — Ja myślę. Szefie, niech nam szef powie, jak to właściwie było z tym testamentem. — I z hasłem — dodał Kłosowski. — To było dość skomplikowane. Aleksandra Sosnkowska miała troje dzieci. Żadne z nich jednak nie miało czy też może nie chciało okazać jej serca. Dopóki Aleksandra Sosnkowska była zdrowa, zbytnio nie przejmowała się takim, a nie innym stosunkiem dzieci do siebie. Kiedy przyszła choroba, stwierdziła, że, mając dzieci, jest właściwie zupełnie 214

sama, zdana wyłącznie na własne, bardzo już wątłe siły. Miała pieniądze, ale nie mogła z nich korzystać. Były, jak wiecie, za granicą. Sprzedawała więc biżuterię i za pieniądze kupowała sobie opiekę. Stan zdrowia ciągle ulegał pogorszeniu. Musiał zajmować się nią ktoś stale, ale żadne z dzieci nie chciało brać sobie na głowę takiego kłopotu. W jej obronie wystąpiła Kinga Sosnkowska. Wzięła matkę do domu. Przez kilka miesięcy pobytu w jednym mieszkaniu nawiązała się między synową a teściową przyjaźń. Nigdy nie dowiemy się, dlaczego Aleksandra Sosnkowska wszystko zapisała Kindze Sosnkowskiej, jakie powody nią kierowały. Wiemy, że bała się syna. Zabezpieczyła więc treść hasła tak, jak umiała. — Jak w końcu brzmi do hasło? — zapytał Romek. — Tuberoza dwadzieścia sześć. — Jak do tego doszedłeś? — Kłosowski przestał rysować znany sobie tylko z nazw przedmiot. — Białe lub liliowe dzwonki to tuberoza. Były to ulubione kwiaty Aleksandry Sosnkowskiej, a liczbową część hasła: dwadzieścia sześć wyjaśnia obrazek. Pamiętacie? „Białe lub liliowe dzwonki i dzień pani z obrazka”. Aleksandra Sosnkowska była osobą głęboko wierzącą. Zapis zrobiła w Biblii na obrazku przedstawiającym Czarną Madonnę, której dniem jest dwudziesty szósty sierpnia. — Z pana Kazia to dużej klasy szubrawiec — powiedział spokojnie Romek. — Wydaje mi się, że to w stosunku do niego komplement. — Co będzie z Ewą Niewczas? — spytał Kłosowski. — Trzeba powiedzieć, że zrobiła, co mogła, żeby nam utrudnić pracę. — Będzie odpowiadać za nieumyślne spowodowanie śmierci. Wydawałoby się, że sprytna dziewczyna, a dała się 215

podprowadzić Sosnkowskiemu jak jagnię. Nie miała przecież pojęcia, że pomadka, którą dała Sosnkowskiej, jest zatruta. Pan Kazio ze swej strony zadbał o to, żeby ją obciążyć. Pudełko po kremie było własnością jego żony. Nikt lepiej od niego nie wiedział, że Ewa gospodarzyła w kosmetykach Sosnkowskiej, jak w swoich własnych, a więc na każdym drobiazgu znajdują się odciski jej palców. Podrzucenie pudełka do samochodu Steckiego było dziecinnie proste. Znając Steckiego, wiedział, że ten nie zamyka okien w samochodzie w ciągu dnia, wiedział też, jaki jest dzienny rozkład zajęć Steckiego. Mały spacer wystarczył, żeby podrzucić Steckiemu ten przedmiot w czasie, gdy ten wypijał swoją codzienną kawę w Europejskim. — A list? — zapytał Romek. — Podrzucił Ewie Niewczas niemal w naszym towarzystwie. Klucze od jej mieszkania posiadała Sosnkowska, przywłaszczył je sobie i wykorzystał. Zdawał sobie sprawę, że po zwolnieniu z aresztu Steckiego nasze podejrzenia skierujemy na Ewę. Pudełko po kremie było, jego zdaniem, niewystarczającym dowodem. W czasie pierwszej wizyty zabrał kopertę, w której przysłał jej pozdrowienia ze Szklarskiej Poręby i kartkę papieru listowego. Po raz drugi poszedł zanieść list. — Bogdan, a kto i czego szukał w mieszkaniu Sosnkowskich? — zapytał Kłosowski. — Bargowska. Sosnkowski zostawił jej klucze od mieszkania. W dniu śmierci Sosnkowskiej była u niej w domu, dowiedziała się, że Sosnkowska idzie do teatru. Poczekała w „Raju” na wyjście Sosnkowskiej z domu i poszła tam szukać testamentu matki i biżuterii. Ważny dla nich był sam testament. Chcieli go obalić. Nie znalazła jednak ani dokumentu, ani biżuterii. 216

— No właśnie, a co z tymi błyskotkami? — Sosnkowska nie lubiła biżuterii. Trzymała ją w domu w sekreterze, w zupełnie niewidocznej dla oka skrytce. Ponieważ biżuterii nie lubiła, więc jej nie nosiła. Sosnkowski przed wyjazdem do Szklarskiej Poręby wyniósł ją do przyjaciółki. Poprosił o przechowanie przez kilka dni małej paczuszki. Domyślił się, że Bargowska będzie żądała połowy. Zabezpieczył się więc. — A Sosnkowska wystawiła ich rufą do wiatru, zapisała wszystko Niewiadomskiemu — powiedział spokojnie porucznik Kłosowski. — Otóż nie. To był bluff. Sosnkowska nie sporządziła testamentu. Czerwiński rozgniótł dopiero zapalonego papierosa w popielniczce. — Jaka szkoda. — W głosie Romka było bardzo dużo żalu.

Subscribe

© Copyright 2013 - 2018 AZDOC.PL All rights reserved.