Samsonowicz H. - Hanza władczyni mórz.1958

S a m s o n o w i c z H A N Z A W Ł A D C Z Y N I MÓRZ H e n r y k S a m s o n o w i c z H A N Z A W Ł A D C Z Y N I M Ó R Z K s i ą ż k a i W i e d z...

13 downloads 202 Views 16MB Size

Samsonowicz HANZA

WŁADCZYNI

MÓRZ

Henryk

Samsonowicz

HANZA WŁADCZYNI MÓRZ

K s i ą ż k a

i 1 9

5 8

W i e d z a

O k ła d k ą i s tr o n ą t y t u ł o w ą p r o j e k t o w a ł S ta n is ła w K a ź m l e r c z y k R e d a k t o r A . K lu b ó w n a R e d a k t o r te c h n . K . K o la s i ń s k l K o r e k to r Z . B o r o w s k i *

„ K s ią ż k a i W i e d z a W a r s z a w a , lip ie c 1958 r . * W y d . I N a k ł a d 10 000 + 165 e g z . * O b j. a r k . w y d . 7,2 * O b j. a r k . d r u k . 17 (9,4) * P a p ie r ü u s t r . k l . V, 70 g, 62 X 94 c m z F a b r y k i C e lu lo z y i P a p i e r u w e W ło c ła w k u * O d d a n o d o s k ła d u 3 I I I 1958 r . * P o d p is a n o d o d r u k u 12 V I 1958 r. D r u k u k o ń c z o n o 30 V I I 1958 r. * T o r u ń s k a D r u k a r n ia D z ie ło u m , T o r u ń , u l. K a t a r z y n y 4 * N r z a m . 284 * JNT-10 C e n a z ł 9.—

I

LUDZIE O PSICH GŁOWACH

Dużo jest jeszcze niepewnych i niewiado­ mych spraw we wczesnych dziejach Bałtyku, między innymi w okresie poprzedzającym działalność wielkiej Hanzy. Źródła pisane są często niejasne, bałam utne, choć na pewno bardzo ciekawe. Pozostawiło je bardzo nie­ wielu w X czy XI wieku uczonych w piśmie, którzy w dodatku żyli na peryferiach świa­ ta nadbałtyckiego. A jaka była ich znajomość rzeczy, świadczy wymownie kronika Adama, kanonika bremeńskiego, pisana w drugiej połowie XI wieku, pod tytułem Opis w ysp północy. „Pierwsi u wejścia do zatoki — pisał ma­ jąc na myśli Morze Bałtyckie — mieszka­ ją na południowym brzegu naprzeciw nas Danowie... Od jeziora Slia... poczynają się »

5 «

granice ham burskiej diecezji, które przez ziemie sąsiednich ludów słowiańskich długą linią ciągną się aż do rzeki Piany... Odtąd Wilcy i Lutycy 1 m ają swe siedziby aż do rzeki Odry, za Odrą mieszkają podobno Po­ morzanie, a dalej jest rozległa ziemia Polan, której granice, jak powiadają, sięgają aż do państw a Rusi. Jest to ostatni i największy kraj Winulów, który też leży na krańcu za­ toki. Zwracając się zaś do północy, ku w ej­ ściu do Morza Bałtyckiego, napotykamy na­ przód Nordmanów, dalej wysuwa się Skania, kraj duński, dalej mieszkają Goci aż do Birki. Potem n a rozległych przestrzeniach panują Szwedzi aż do kraju niewiast... Mówią zaś znawcy krajów, że ze Szwecji drogą lądową przeszli niektórzy aż do Grecji, lecz barba­ rzyńskie ludy, które siedzą w środku kraju, utrudniają tę drogę, dlatego wolą na okrę­ tach narażać się niebezpieczeństwu“. i Obecnie ustalono tę nazwę następująco: Wieleci albo Lucice. » 6 «

L u d z i e z p s i m i g ło w a m i

Uczony kronikarz, chcąc być możliwie do­ kładnym w swej pracy, nie zaniedbał też w dalszym ciągu opisania tych niebezpie­ czeństw. „Są... na tym morzu wyspy liczne pełne dzikich ludów, dlatego unikają ich żegla­ rze... Nad brzegami Bałtyku m ają miesz­ kać Amazonki, których kraj teraz ziemią niewiast się zowie. Opowiadają niektórzy, że stają się one brzem ienne od kupców prze­ » 7 «

jeżdżających lub od jeńców wojennych, któ­ rych u siebie wiążą, bądź wreszcie od innych potworów, których tam nie brak. I to ostat­ nie, zdaniem naszym, jest najbardziej wia­ rygodne. Dzieci ich płci męskiej są Cynocefalami (tj. mającymi psie głowy), płci żeńskiej natomiast są najpiękniejszym i nie­ wiastami... Ludzie o psich głowach są to ci, co m ają na piersi głowę; widać ich często na Rusi jako jeńców, w ydają głos szczekający. Jest tam także lud, którego nazywają Ala­ nami... są to straszni zatraceńcy, rodzą się siwi, a psy bronią ich ojczyzny. Jeśli kiedy przyjdzie do walki, z psów tworzą szyk bojo­ wy. Żyją tam także ludzie bladzi, zieloni, chudzi, których nazyw ają Husami. Wreszcie jest lud ludożerców, którzy żywią się ludz­ kim mięsem...“ Uczony kanonik zakończył swój opis sło­ wami: „Są tam też inne jeszcze liczne potwory, o których opowiadają często żeglarze, choć nam w ydaje się to niezbyt wiarygodnym“. » 8 «

T a k s o b ie w X V I w i e k u w y o b r a ż a n o d z ik i e g o c z ło w ie k a

Wykazał więc nieco krytycyzm u w swej pracy. Żmudna robota historyków, zestawiająca strzępy innych kronik, opowieści ludowych, pieśni bohaterskich i wykorzystująca olbrzy­ mie bogactwo m ateriałów wykopaliskowych, pozwoliła na stworzenie obrazu teraz, po dziesięciu wiekach, bardziej pełnego niż opis wielebnego kanonika. A obraz to interesu­ jący, Bałtyk bowiem był we wczesnym śred­ niowieczu morzem, po którym krążyło wiele statków i stateczków rozmaitych nacji, nie­ mal tak ciekawych, jak ludzie z psimi gło­ wami. Jeszcze w zaraniu dziejów Słowiańszczy­ zny, w VIII wieku, pojawili się na ziemiach nadbałtyckich energiczni kupcy i wojownicy z Fryzji. Drogą lądową, wiodącą u nasady Półwyspu Jutlandzkiego, przewozili oni słyn­ ne sukna fryzyjskie, szkło, ceramikę, broń, sól, a od Duńczyków, Gotów, Szwedów i Sło­ wian wywozili przede wszystkim futra. Zna­ ną ich osadą w Skandynaw ii była B irka koło » 10 «

Sztokholmu, a na terenie Szlezwigu — H aithabu, gdzie w obronnych kantorach kupcy fryzyjscy prowadzili ożywiony handel wy­ mienny z miejscową ludnością. Nie Fryzowie stali się jednak panami wód Morza Bałtyckiego. Od XI wieku na fale Bałtyku coraz liczniej zaczynają wypływać niewielkie statki. Były to naw et raczej duże łodzie, długie ponad 20—25 metrów, szerokie n a 5 metrów, głębokie blisko 2 metry. W środku tych łodzi, jak nas inform ują wy­ kopaliska archeologiczne, umieszczony był jeden m aszt n a 13 i więcej m etrów wysoki, opatrzony jednym żaglem w kształcie tra ­ pezu. Żagiel taki nie pozwalał manewrować pod w iatr i dlatego statek posiadał 32 wiosła wy­ stające n a zew nątrz. S ter z prawego boku rufy, silnie w ygięty dziób, burty zbite z kle­ pek n a kilu i żebrach dębowych uzupełniały obraz łodzi, szybkiej, zwinnej jak na owe czasy i jednocześnie ładownej. Takie łodzie służyły rów nie dobrze do transportu towa­ » 11 «

rów, jak i do napadu zbrojnego, i nic dziw­ nego: ludzie, którzy ich używali — w ikin­ gowie normańscy ze Skandynawii czy, też w mniejszym stopniu mieszkańcy wybrzeży słowiańskich, kurońskich i estońskich, byli jednocześnie kupcami i wojownikami. Stare sagi wikińskie, opowieści bohaterskie, prze­ chodzące z pokolenia w pokolenie, o przewa­ gach sławnych mężów w wieku IX, X czy XI mówią o tym zupełnie wyraźnie. „Był raz człowiek imieniem Thorir Ulakku, bliski przyjaciel jarla Haakona. Był on długo wikingiem, czasami jednak jeździł jako kupiec...“ Inna saga mówi o bogatym wikingu ze szlachetnego rodu, który często odbywał po­ dróże handlowe. Czasami uczestniczył w roz­ bojach... Aż jadąc do wschodnich krajów i wioząc cenny ładunek na swym statku, zo­ stał napadnięty przez innych wikingów. Byli to Estowie, którzy zagarnęli i całą załogę, i ładunek. Niektórych jeńców zabili, innych rozdzielili między siebie jako niewolników. » 12 «

Bohater sagi został sprzedany bogatemu ja r­ lowi za piękny płaszcz fryzyjski... Przez długie lata historycy sądzili, że wiek IX, X, XI to okres rozbojów, korsarstwa, łupienia spokojnych osad i mordowania mieszkańców. Na pewno zresztą i w świado­ mości dawnych mieszkańców nadbrzeża „wi­ kingowie“ kojarzyli się przede wszystkim z rabunkiem i pożogą. Ale nie jest rzeczą przypadku, że mieli oni co rabować, że mogli rabować duże ilości to­ warów, że byli jednocześnie kupcami, że istniała ożywiona wym iana nie tylko między poszczególnymi punktam i południowego Bał­ tyku, ale również i krajam i bardziej odle­ głymi. W ynika to oczywiście z faktu, że wiek IX—XI jest pierwszym okresem rozwoju gospodarczego Bałtyku, rozwoju handlu i wy­ miany towarów, a tym samym rozwoju kon­ taktów między krajam i i ziemiami nad­ bałtyckim i a resztą cywilizowanego świata europejskiego. Ani sagi, ani kroniki nie mówią nam wiele

o licznych ośrodkach miejskich nad Bałty­ kiem, ale ilość ich jak n a owe czasy jest du­ ża, a rozmiary znaczne, o czym inform ują nas z roku na rok bogatsze wykopaliska archeologiczne. Tak więc wiemy, że obok znanych już Birki i H aithabu dużym ośrodkiem handlowym było Truso, leżące między jeziorem Druźno a Elblągiem, znany był jakiś Seeburg, praw ­ dopodobnie leżący niedaleko Libawy; inny gród nadm orski (to bowiem oznacza nazwa Seeburg) leżał nad Zalewem Kurońskim; na ziemi plemienia słowiańskiego Obodrzyców powstał gród Reric niedaleko późniejszej Lu­ beki i wreszcie do najznaczniejszych gro­ dów owego czasu należał osnuty legendą Wolin — miasto słowiańskie, w którym zresztą przebywali, poza miejscowymi kup­ cami, Rusini, Skandynawowie, Sasi. Z Woli­ nem związane są też rozliczne legendy i sagi o wikińskim grodzie Jomsborgu, pochodzące zresztą z późniejszego okresu, z X III wie­ ku. » 14 «

Oto co pisze o Wolinie znany już nam Adam bremeński: „Za Lucicami, których inaczej zwą Wieleci, biegnie rzeka Odra, najobfitsza z rzek Słowiańszczyzny. W jej ujściu, którym zasila scytyjskie bagna, prze­ sławne miasto Jum m e (tak Adam nazywał Wolin) zapewnia nader uczęszczany punkt postoju dla barbarzyńców i Greków (pewnie chodzi kanonikowi o Rusinów), którzy miesz­ kają naokoło. Ponieważ na chwałę tego m ia­ sta wypowiada się rzeczy wielkie i zaledwie godne wiary, chętnie dorzucę kilka słów god­ nych opowiedzenia. Jest to rzeczywiście n aj­ większe z miast, jakie są w Europie. Za­ mieszkują je Słowianie łącznie z innym i na­ rodami... Także i sascy przybysze otrzym ują prawo zamieszkania, byleby tylko przeby­ wając tam nie występowali z oznakami swe­ go chrześcijaństwa. Wszyscy bowiem miesz­ kańcy jeszcze dotąd podlegają błędom po­ gaństwa; zresztą pod względem obyczajów i gościnności nie znajdzie się lud bardziej uczciwy i przychylny... Jest tam latarnia » 15 «

morska, którą mieszkańcy nazywają ogniem greckim...“ Oczywiście, że kronikarz grubo przesadził, nazywając Wolin największym miastem Eu­ ropy. W rzeczywistości zapewne nie mógł się naw et równać z miastam i Francji, Włoch, nie mówiąc już o Bizancjum. Niemniej osada wo­ lińska m usiała imponować mieszkańcom ziem nadbałtyckich swoją rozległością, która zdu­ miewa i współczesnych archeologów prowa­ dzących prace wykopaliskowe bogactwem, liczbą mieszkańców i ruchem handlowym. Drewniane, ale masywne budynki, okazałe świątynie, szerokie wały obronne, ulice wy­ łożone belkami, no i wreszcie owa słynna la­ tarnia morska, której światło było zapewne podsycane nie poprzez stosowanie płynów łatwopalnych, a drzewem polewanym smołą czy tłuszczem — wszystko to na pewno osza­ łamiało przybysza. Tym bardziej że na targu mógł dostać wszystkie te przedmioty, któ­ rych mu brakło w gospodarstwie domowym: sól, wyroby żelazne i miedziane, cenne suk» 16 «

R z e ź b a p r z e d s t a w ia j ą c a w a g ę m i e j s k ą

na, tkaniny płócienne, naw et jedwabie, przy­ wożone przez kupców arabskich ze Wschodu, drogie futra, bursztyn, złotą i srebrną biżuterię, broń, niewolników — co tylko chciał. Gdybyśmy się raptem przenieśli do Wolina XI wieku, zapewne mielibyśmy nieco kłopotu z nabyciem tych wszystkich pięknych rzeczy. 2 H an za

» 17 «

Mianowicie nie byłoby dla nas jasne, za co możemy je kupić. W wieku XI nie było prze­ cież we wszystkich krajach, które leżały na wybrzeżach Bałtyku, jednolitych pieniędzy, co więcej — w ogóle pieniądz nie był zjawi­ skiem zbyt częstym. Mieszkańcy Wolina nie przejmowali się jednak takim drobiazgiem. K w itł bowiem handel wymienny: za niewolnika dawano bursztyn, za fu tra czy skóry — sukno, za broń — niewolnika itp. Ponadto obracano drogimi kamieniami, wyrobami ze złota i srebra, kursowały też złote i srebrne mo­ nety różnych krajów : włoskie, bizantyjskie, arabskie, cesarskie, bite w różnych czasach i o różnej wartości. Każdy dorosły mieszkaniec osad nadbał­ tyckich był jednocześnie wojownikiem. Jak już wyżej wspomniałem, rozbój i grabież były wówczas nierozłącznie związane z han­ dlem. Wiking traktow ał rabunek w taki spo­ sób, w jaki w czasach późniejszych kupiec traktow ał nabycie różnych towarów na sprze» 18 «

Ś r e d n io w ie c z n a m a p a ś w ia ta . K t o p o tr a fi z n a le ź ć n a n i e j w y b r z e ż a B a ł ty k u ?

daż. Oczywiście, napadnięci bronili się, jak mogli. Przede wszystkim więc kupcy musieli bronić się przed napadami, z tym że w wa­ runkach sprzyjających sami napadali na swych „kolegów po fachu“ lub na ludność osiadłą. We wczesnym średniowieczu na Bałtyku toczą się stale walki. Ponieważ właśnie po­ w stają i zaczynają się rozwijać pierwsze pań­ stw a Skandynawów i Słowian, więc w coraz większym stopniu wałka pomiędzy niewiel­ kimi grupkami kupców-wikingów zmienia się w walkę o przewagę handlową i poli­ tyczną na Bałtyku między poszczególnymi władcami. Warto tu powiedzieć, że w XI i XII wieku właśnie kraje słowiańskie zaczynają odgry­ wać coraz większą rolę na wodach Bałtyku. Państw a skandynawskie zapewne były wów­ czas nieco wyczerpane odpływem najbardziej przedsiębiorczych wojowników na zachód, na północ czy na wschód. Przecież wojowie z Danii i Norwegii kolonizowali od VIII wie­ » 20 «

ku Grenlandię, Islandię, Wielką Brytanię i Francję (stąd do dziś nazwa Normandii), sięgając wreszcie w wieku XI naw et do Włoch. Na plan pierwszy zaczynają wysuwać się przedsiębiorczy piraci słowiańscy — rugijscy, pomorscy i inni. Na swych statkach, które mogły pomieścić ponad 40 ludzi, prze­ pływali Bałtyk we wszystkie strony, zapu­ szczając się naw et i na Morze Północne. Najbardziej zacięte walki prowadzili z nimi królowie Danii. Lepiej zorganizowane niż plemiona Sło­ wian nadmorskich państwo duńskie uzyski­ wało nad nimi coraz większą przewagę. Ale piraci słowiańscy w XII wieku w dalszym ciągu bardzo utrudniali miastom nadmorskim prowadzenie regularnego handlu. W pięknej sadze pod tytułem Krąg świata żyjącego w wieku X III Islandczyka Snorre Sturlasona zamieszczony jest opis napadu Słowian na Konungahelę, bogate miasto w południowej Norwegii. Oto mimo ostrzeżeń przesyłanych mieszkańcom miasta przez kró­ » 21 «

la duńskiego Eryka IV zlekceważono w Nor­ wegii wieści o w ypraw ie słowiańskiej. B ar­ dziej bano się tam wścieklizny, która pano­ szyła się niedawno wśród psów w okolicy, niż Słowian. Dlatego też kiedy 10 sierpnia 1136 roku zjawiła się nagle flota słowiańska, w mieście w ybuchła panika i nie zdołano uratow ać 9 statków kupieckich stojących w porcie. Przyznać trzeba, że flota słowiańska była imponująca. Wiódł ją Racibor, książę pomor­ ski, ze swoim siostrzeńcem Dunimysłem i wojewodą Uniborem. W yprawa składała się z 6V2 seciny łodzi, po 120 w każdej secinie, a w każdej łodzi znajdowało się 44 wo­ jowników i 2 konie. W ten sposób, jeżeli wierzyć przekazowi, który niewątpliwie przecenia siły słowiańskie, cała arm ia liczy­ łaby 780 łodzi, a 34 320 ludzi, w tym 1 560 kawalerzystów. Nagłość ataku doprowadziła do zdobycia nie tylko floty handlowej sto­ jącej w porcie, ale także samego nadbrzeża portowego oraz miasta. Mieszkańcy wycofali » 22 «

się do obronnego grodu, wyrządzili jednak nieprzyjacielowi znaczne szkody, dochodzące do l s/4 seciny łodzi. Wojska słowiańskie zrabowały, co było do zrabowania na statkach i w mieście, po czym spaliły to wszystko, czego imał się ogień. Książę Racibor wystosował ultim atum do obrońców grodu, aby się poddali, zezwalając im na spokojne wyjście. Obrońcy odrzucili warunki. Rozpoczęło się więc oblężenie. Sło­ wianie nieustannie atakowali gród zasypując go chm urą strzał. Obrońcy nie pozostawali im dłużni. Według przekazu, Słowianie jako poganie mieli na swych usługach nieczyste moce. By­ li między nimi czarownicy, którzy choć bez tarczy, nie ponosili żadnego szwanku w tu ­ mulcie bitewnym. I na nich znalazła się jed­ nak rada. Ksiądz grodowy opalił ostrze strza­ ły w święconym ogniu i podał najbieglejszemu łucznikowi. Już pierwsza poświęcona strzała powaliła czarownika. Obrońcy doka­ zywali cudów odwagi i waleczności, odpie­ » 23 «

rając atak za atakiem. S traty słowiańskie były coraz większe, a wodzów ich poczynało ogarniać zniechęcenie. Już chcieli zrezygnować z wyczerpującej walki, gdy wojewoda Unibor przekonał ich, aby raz jeszcze próbowali atakiem zdobyć gród. A rgum entacja jego była bardzo prosta. Rzeczywiście straty są bardzo poważne, ta ­ kie, że lepiej było w ogóle tu nie przycho­ dzić. Ale kiedy wojska słowiańskie uderzyły po raz pierwszy na gród, obrońcy szyli do nich strzałam i i włóczniami. Drugi atak od­ party był kamieniami, a obecnie — grodzianie rzucają w napastników kijami i bierwio­ nami. Widać z tego, że zapasy am unicji są na wyczerpaniu, i jeżeli już poniesiono tak duże ofiary, to w chwili obecnej nie warto się wycofywać. Przewidywania Unibora okazały się słusz­ ne. Następne ataki kosztowały Słowian coraz mniej strat. Obrońcy rzucali pociski o wiele rzadziej, a i pociski te nie były już zbyt groź­ ne, chcąc bowiem uzyskać ich jak najwięcej, » 24 «

łupali bierwiona na drobne części, które nie mogły być już niebezpieczne dla atakują­ cych. Kiedy i ten m ateriał obronny zaczął się wyczerpywać, mieszkańcy Konungaheli, widząc niemożliwość dalszego oporu, uradzili więc poddać gród i zaapelować do wspaniało­ myślności zwycięzców. Zawiedli się jednak mocno. Gród został obrabowany ze wszystkich cenniejszych przedmiotów, a następnie spa­ lony. Pod niektóre budynki napastnicy czte­ rokrotnie podkładali ogień, pilnując, by wszystko dokładnie zgorzało. Całą schw yta­ ną ludność posegregowano: starców, kaleki, małe dzieci — wszystkich, którzy zdobyw­ com nie mogli się przydać — pozabijano. Resztę podzielono między wojowników sło­ wiańskich i uwieziono jako niewolników. Oczywiście w ypraw y Słowian powodowały krwawe odwety duńskie. Oto co pisze o jednym starciu z roku 1159 kronikarz duński Saxo Grammaticus, sekre­ tarz wielkiego wroga Słowian, biskupa Absa» 25 «

Iona — pogromcy Wolina i prawej ręki króla W aldemara I: „Słowianie z Rugii odcięli tylną straż flo­ ty duńskiej... Na siedem tylko okrętów po­ zostałych... napadają oni z wielkim krzy­ kiem ufni w swoją liczebność, szybko wio­ słując. Gdy jednak obrzuceni zostali strza­ łami, nie odważyli się zbliżyć. W net jednak ostrzami nagich mieczy... zaczęli uderzać w tarcze, sądząc, że zastraszą Duńczyków tym rodzajem groźby... trzeci raz, aby za­ straszyć wroga, sprzęt bojowy szykowali do walki. Zaczęli skurczone od słońca tarcze (zrobione ze skóry) polewać wodą i położyw­ szy je na kolanach rozwijać przygotowując w ten sposób do walki, jakby niechybnie mieli naszym wydać bitwę. To znów... gwał­ towniej statkam i nacierają...“ Z trudem tyl­ ko udało się statkom duńskim z dużymi stra­ tam i przebić do swoich. Piraci słowiańscy grasujący na Bałtyku staw ali się prawdziwą plagą dla rozw ijają­ cych się miast. Korsarze kurońscy zburzyli » 26 «

Sigtunę, H aithabu upadło w dużej mierze w związku z' grabieżami Słowian i Norwe­ gów. Nawet miasta słowiańskie cierpiały na tym, bo napady utrudniały handel, nie mó­ wiąc już o ciosach, jakie np. spadły na Wolin w postaci odwetowych w ypraw władców skandynawskich. Upadek m iast nadbałtyckich związany jest w czasie z rosnącą agresją odrodzonej potęgi duńskiej, a przede wszystkim z nowym czyn­ nikiem, który m iał odegrać w dziejach Bał­ tyku zupełnie w yjątkową rolę. Chodzi tu o żywioł niemiecki, który zaczął zajmować poczesne miejsce w gospodarce i polityce nadbałtyckiej. Upadek H aithabu oraz Wolina umożliwił rozwój miast o dużym odsetku napływowej ludności niemieckiej — Lubeki i miast wendyjskich — Strzałowa, Gryfii, Wismaru, Roz­ toki, które to m iasta organizowały swoje ży­ cie gospodarcze na innych podstawach, na wielkim handlu opartym o pieniądz. Popie­ rane były w pierwszym okresie swego istnie» 27 «

P ie c z ę ć m ia s ta W is m a r u

nia siłą oręża feudałów niemieckich — Hen­ ryka Lwa, potem potężnych zakonów ry ­ cerskich — feudałów związanych już w XII—XIII wieku z kupiectwem Lubeki i wielkiej Hanzy.

II

„ MY R A Z E M

Z NI MI ,

JAK

I ONI

RAZEM Z NAMI“

Kiedy Henrykowi, synowi Jana, kupcowi miasta Lubeki, zbóje rozbili karaw anę na pograniczu Holsztynu i zabrali transport skór wiezionych do Niderlandów, zdawało się jego pachołkowi, że pozostaje im tylko poświęcić się rozbojowi na drogach. Ładunek był bar­ dzo cenny, co gorsza, sprzedawca -— kupiec z Wisby na Gotlandii — nie otrzym ał całej zapłaty i wziął w zastaw niewielki stateczek kupca Henryka. Ten jednak, gdy odzyskał przytomność po silnym ciosie, jaki mu zadano — szczęśliwym trafem jedynie płazem miecza — nie myślał przecież załamywać rąk, lecz zabrawszy w pobliskiej zagrodzie konia ruszył cwałem do Hamburga, do którego pozostawało nie» 29 «

spełna dwie mile. Dobrze pamiętał, jak wio­ sną ubiegłego — 1241 — roku w paradnej sali ratusza lubeckiego w obecności wszyst­ kich członków rady i posłów Hamburga oraz kupców burm istrz Lubeki czytał raz jeszcze dokument przym ierza między dwoma mia­ stami. „Niechaj wie obecne pokolenie, a przy­ pomni sobie i potomność, żeśmy z kochany­ mi przyjaciółmi naszymi, mieszczanami z Hamburga, tego rodzaju układ zawarli. Że gdyby przypadkiem zbóje albo inni źli ludzie podnieśli się przeciw naszym albo ich miesz­ czanom, od owego miejsca, gdzie rzeka na­ zwana Trawę wpada do morza, aż do Ham­ burga, a stąd przez całą Łabę aż do morza, i naszych albo ich mieszczan wrogo napadli, to wszystkie koszta i w ydatki związane z niszczeniem i tępieniem tych zbójów za­ równo my razem z nimi, jak i oni razem z nami powinniśmy równie ponosić...“ Cwałując na chłopskim mierzynku, kupiec H enryk przypominał sobie właśnie tę część » 30 «

P i e c z ę ć L u b e k i z 1280 r.

dokumentu, która dawała mu szanse na zdo­ bycie szybkiej pomocy dzięki związkowi — w staroniemieckim języku hanzie — Lubeki i Hamburga. Podobne wydarzenia na pewno wiele razy występowały w rzeczywistości. » 31 «

Nie wiemy, czy lubeczaninowi udało się odzyskać złupione towary. Niewątpliwie je­ dnak straż miejska Hamburga puściła się w pogoń za zbójami. Umowa między dwoma miastami nie była tylko skrawkiem perga­ minu. Przeciwnie, z każdym rokiem zyskiwa­ ła na znaczeniu. Szczególnie ważne były zre­ sztą paragrafy mówiące o wspólnych akcjach obu miast przeciw wspólnym wrogom i o bez­ pieczeństwie żeglugi. A trzynastowieczne miasta miały tych w ro­ gów niemało. Po drogach i na morzu roiło się od zbójów, zazdrosne kraje starały się przeszkodzić w pomyślnym rozwoju handlu swoim rywalom, no i — co najgorsze — groź­ nym i niebezpiecznym przeciwnikiem byli miejscowi panowie feudalni: książęta, baro­ nowie, szlachta czy też biskupi i opaci. Oni to właśnie starali się dopilnować, by żadne siły nie naruszały ich przywilejów, władzy i bo­ gactwa, by nikt nie wyłamał się spod ich kontroli. Jeżeli popierali czy tolerowali » 32 «

ośrodki miejskie, to tylko po to, by zagarnąć zysk, który przynosiły. Wspólna i solidarna walka z wrogami da­ wała oczywiście miastom dodatkowe szanse, ułatw iała handel zagraniczny, jednała po­ słuch i szacunek wśród przeciwników. Nie zawsze oczywiście takie związki mię­ dzy miastami były możliwe, czasami konku­ rujące z sobą m iasta same nie chciały stw a­ rzać hanzy, wręcz przeciwnie — starały się wzajemnie zwalczać. Jednak w tej sytuacji, która istniała na ziemiach nadmorskich w Europie północnej, różne m iasta portowe, i nie tylko portowe, szybko zorientowały się w korzyściach solidarnego działania i wspól­ nych wystąpień na zewnątrz. Dlatego już w tymże roku 1241 Lubeka zawiera trak tat o przyjaźni i pomocy z mia­ stem westfalskim Soest, w 1259 r. organizuje zawarcie takiego trak tatu z najbliższymi so­ bie portam i nad Bałtykiem — tak zwanymi miastami wendyjskim i: Roztoką i Wismarern. Niezależnie od teg
» 33 «

roku 1253, zawarły przym ierze między sobą m iasta handlujące z Gotlandią. Jednocześnie zjednoczyły się w walce o bezpieczeństwo handlu miasta Brunszwik i Stade, Kolonia — wielki nadreński ośrodek kupiecki — i Brema, Brema i Hamburg, M ünster, Dort­ mund, Soest i Lippe. Każde miasto w ten sposób było powiązane z wieloma innymi bądź bezpośrednio, bądź przez powiązania swojego sojusznika. Okazało się wprędce, że można nie tylko razem walczyć ze wspólnym wrogiem. Można również razem zdobywać nowe tereny han­ dlu, zdobywać możliwości dalszego rozwoju potęgi kupiectwa. Już w roku 1260 do Lubeki zjechali się przedstawiciele wielu miast nad­ bałtyckich, aby wspólnie uradzić, w jaki spo­ sób uzyskać najlepsze w arunki handlu z No­ wogrodem Wielkim — potężnym ośrodkiem handlu ruskiego. W roku 1266 pod wodzą Kolonii miasta niemieckie wspólnie usado­ wiły się w Londynie, organizując tam swoją placówkę handlową, tzw. kantor. » 34 «

Jednak największe koyzyści wspólnoty w y­ stąpiły wówczas, gdy trzeba było solidarnie wystąpić przeciw nieprzyjacielowi, który był na tyle silny, że łatwo mógł pognębić każde miasto z osobna. Oto w roku 1284 król norweski Eryk, zwa­ ny wrogiem księży, zapragnął, po pierwsze, wzbogacić skarb zubożony walkami z ducho­ wieństwem i, po wtóre, poprzez rozwinięcie handlu norweskiego zapewnić sobie stały do­ pływ gotówki do skarbca przez egzekwowa­ nie opłat handlowych. Dotychczas najbogat­ szymi kupcami w Norwegii byli kupcy nie­ mieccy, handlujący głównie w porcie Bergen. Eryk postarał się realizować owe zamiary w sposób w średniowieczu bardzo często sto­ sowany. Zarekwirował kupcom niemieckim wszystkie tow ary i w dodatku zabronił im przypływać do Bergen oraz do innych portów norweskich. Uderzone po kieszeni zostały wszystkie m iasta nadbałtyckie, ale głównie poszkodo­ wana była Lubeka. Ona też zorganizowała » 35 «

błyskawiczną akcję odwetową, mobilizując wszystkie miasta, które były z nią sprzymie­ rzone: Hamburg, Roztokę, Wismar, Gryfię (Greifswald), Strzałów (Stralsund), Rygę w dalekich Inflantach i bogate Wisby na Gotlandii. Po raz pierwszy wówczas zjednoczone miasta nadbałtyckie w ystąpiły solidarnie do, zdawałoby się, nierównej walki z jednym z państw skandynawskich. Okazało się jednak bardzo szybko, że prze­ waga wcale nie jest po stronie króla Eryka. Flota mieszczańska zablokowała szczelnie wybrzeża Norwegii i w ten sposób w ogóle przerw ała handel zagraniczny tego kraju. Po­ nadto sami Norwegowie zaczęli sarkać na politykę królewską, która pozbawiła ich róż­ nych towarów przywożonych z Europy, a przede wszystkim zboża, które dowozili hanzeaci, oraz znakomitego piwa dostarcza­ nego przez miasta niemieckie. Komu wresz­ cie mieli sprzedawać swoje ryby? Podczas wojny nie znajdowali nabywców na swoje towary. •» 36 «

W tych w arunkach król Eryk musiał się upokorzyć i uznać za przegraną walkę z Lu­ beką i innym i miastami. W Kalmarze dzięki pośrednictwu króla szwedzkiego doszło w ro­ ku 1285 do traktatu pokojowego, rzadko spo­ tykanego w owych czasach. Król Norwegii zapłacił pogardzanym mieszczanom 6 tysięcy srebrnych grzywien odszkodowania i nadał przywilej wyłącznego handlu w swoim kraju, uwalniając w dodatku od obowiązujących praw norweskich. Kupcy niemieccy mieli się odtąd rządzić na terenie Norwegii własnymi prawami. Zwycięstwo miast nadbałtyckich było zu­ pełne i zapewniło im nie tylko korzyści ma­ terialne, ale również wielki autorytet wśród innych miast, dotychczas nie należących do związku. Szczególnym poważaniem cieszyło się najpotężniejsze miasto nadbałtyckie — Lubeka, organizator zwycięstwa norweskie­ go, które w dodatku, um iejętnie wykorzy­ stując spory między cesarzem Fryderykiem II a książętami niemieckimi, od roku 1226 » 37 «

W id o k L u b e k i z k o ń c a X V w i e k u

cieszyło się dużą samodzielnością polityczną jako wolne miasto cesarskie. Tak więc po pokoju kalm arskim zaczęły przystępować do związku, którego głównym miastem była Lubeka, inne hanzy czy też pojedyncze miasta, które leżały w zlewisku Morza Północnego i Bałtyckiego. Lubeka zresztą jako wolne miasto opracowała sobie ustrój taki, jaki był dla m iast kupieckich w XIII wieku bardzo wygodny. Inne miasta starały się przejąć prawo lubeckie, oczywiście we wszelkich wątpliwych sprawach pytając o zdanie radę miejską Lubeki. Ponieważ Hanza niemiecka występowała solidarnie na zewnątrz, członkowie jej uzy­ » 38 «

skiwali takie same praw a w różnych krajach i miastach, co wyróżniało ich z masy kupców •średniowiecznych, z masy rozmaitych innych hanz i związków. W 1293 roku 24 m iasta pół­ nocnej Europy oficjalnie postanowiły dzia­ łać razem w sprawach polityki handlowej i — co więcej — w razie sporów odwoływać się do swego sejmu, który miał się zbierać w Lu­ bece. A już w 1315 roku król angielski Edward II, którem u zależało na utrzym ywaniu do­ brych stosunków handlowych między Anglią i krajam i nadbałtyckimi, ujął się u króla Francji za skrzywdzonymi przez kupców francuskich kupcami z Lubeki i Hamburga. W piśmie swym nie chcąc wymieniać wszy­ stkich miast, których tow ary zostały zabrane, napisał po prostu o tow arach Hanzy niemiec­ kiej. Nazwa ta od tego czasu weszła powsze­ chnie w użycie i stosowana była na oznacze­ nie związku miast, dosyć luźnego zresztą, którem u przewodziła Lubeka. Co miasta te miały ze sobą wspólnego? Na » 39 «

jakich podstawach związek ten się opierał? Żeby to zrozumieć, należy wpierw opisać Europę północną w XIII wieku. Najdalej położoną od nas krainą, która nas tu interesuje, była Flandria. Już w końcu XII wieku rozwijały się tam potężne miasta: Bruges (Brugia), Ypres, Gandawa. Słynne były one przede wszystkim z wyrobu sukna, które znano niemal w całej Europie. Ale miasta flandryjskie miały jeszcze inną atrakcję dla średniowiecznego kupiectwa. W miarę upływ u wieku X III staw ały się co­ raz bardziej miejscem spotkań handlarzy z wielu krajów. Przybyw ali tam nie tylko kupcy francuscy, nadreńscy, niemieccy, ale przywozili swoje tow ary W enecjanie i Ge­ nueńczycy — najbogatsi ludzie XIII wieku w Europie. W Bruges czy Gandawie wymieniano więc włoskie tkaniny, wschodnie korzenie, w yro­ by przywożone przez Włochów za towary dostarczane przez kupców z krain lesistych i rolniczych. Ponadto niewielka Flandria » 40 «

nie mogła dostarczyć rozwijającemu się sukiennictwu odpowiedniej ilości wełny, opła­ cało się zatem przywozić wełnę na rynki flandryjskie z zagranicy. A właśnie w Anglii zaczynała się rozwijać hodowla owiec na roz­ ległych wrzosowiskach hrabstw a York czy Lancaster. Do Bruges i Ypres ściągali więc kupcy przywożący wełnę angielską, wełnę, z której w yrabiano następnie słynne flan­ dryjskie sukna. Nic więc dziwnego, że kupcom Hanzy opła­ cało się żeglować do Bruges: mogli tam wwo­ zić skóry i futra, popiół i węgiel drzewny, bursztyn, miód, smołę, dziegieć, rozmaite ga­ tunki drzewa, wreszcie zboże. Kupowali na­ tomiast miejscowe w yroby sukiennicze i wszystko to, co obcy kupcy do Bruges dowo­ zili: korzenie wschodnie, wina, wyroby że­ lazne, owoce południowe i wiele innych rze­ czy. Poza suknem w handlu ich odgrywało dużą rolę piwo i wreszcie sól, która — rzecz dziwna — na tereny nadbałtyckie przywożo­ na była a i z zachodniej Francji. Okazuje się » 41 «

przy tym, że transport morski soli z Bretanii na wybrzeże bałtyckie był tańszy niż lądowy z Wieliczki czy Bochni. Ale żeby dotrzeć do wybrzeży Flandrii, statki kupieckie miast nadbałtyckich musiały przepływać przez cieśniny duńskie: Öresund, Wielki B.ełt i Ma­ ły Bełt. Najdogodniejszą i najbezpieczniejszą trasą dla okrętów hanzeatyckich była Cieśnina Sundzka, kontrolowana przez potężnego kró­ la Danii władcę największego mocarstwa na Bałtyku w XIII wieku. Król W aldemar II Zwycięski (1202—1241) walczył w ciągu swego panowania o pełne władztwo Danii na Bałtyku nie bez dużych perspektyw urzeczywistnienia swych proje­ któw. Już na początku swego panowania uza­ leżnił on od korony duńskiej jednego z kró­ lów Norwegii, Erlinga Steinvegga, wywalczył u cesarza Fryderyka II uznanie swoich zdo­ byczy między Łabą i Półwyspem Jutlandzkim oraz praw a do dalszych na całym południo­ wym wybrzeżu Bałtyku. Praw tych zaczął » 42 «

też rychło dochodzić. Umocnił pozycje Danii w Estonii, krwawo podbił wyspę Ozylię, zdo­ był też, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, bazy strategiczne na całym południowym w ybrze­ żu Bałtyku. Już jego poprzednicy zdobyli Rugię, Wolin, Szczecin, a naw et część Me­ klemburgii i Prus. Państwo duńskie obejmowało Półwysep Jutlandzki i ziemie aż po dolną Łabę, wyspy Zelandię, Lalandię i Fionię, władało na zie­ miach Skanii, kontrolowało sine fiordy Nor­ wegii; jasnowłosi wojowie duńscy czuwali w strażnicach M eklemburgii, Pomorza i ziemi Prusów, okupowali wybrzeża Estonii i wyspę Ozylię. Przez krótki czas Bałtyk stał się nie­ mal w ew nętrznym morzem państw a duń­ skiego. Tak wielkie państw o i jeszcze większe jego dalsze apetyty nie mogły zjednywać mu zbyt wielu przyjaciół. Okazało się niebawem, że wszyscy sąsiedzi, wszystkie ludy podbite czekają tylko na dogodną okazję, by zni­ szczyć wielkość Danii, wielkość opartą zresz­ » 43 «

tą na dość kruchych podstawach gospodar­ czych. Okazją tą stał się spisek uknuty przez Henryka, hrabiego Szwerynu. Oto kiedy król W aldemar udał się królewskim obyczajem na łowy, podstępny hrabia H enryk wraz ze swymi knechtami porwał polującego samopas króla, uwiózł do Szwerynu i uwięził w swym zamku. Spory między możnymi pana­ mi w Danii, niepokoje na granicznych zie­ miach tego rozległego państw a uniemożliwi­ ły wybawienie króla W aldemara z niewoli szweryńskiej. Nieszczęsny jeniec blisko dwa lata był więziony przez swego wroga, aż w re­ szcie musiał się zgodzić na staw iane sobie warunki, między innym i na zrzeczenie się wielu swoich zdobyczy. Osłabiło to poważnie państwo duńskie, a ostatecznym ciosem w podstawy jego potęgi był podział dokona­ ny przez króla W aldemara na łożu śmierci. Podobnie jak nastąpiło to o 100 lat wcze­ śniej w Polsce, W aldemar podzielił państwo między swych synów, co doprowadziło do » 44 «

wzmożenia się walk w ew nętrznych i upadku mocarstwa duńskiego na blisko sto lat. W tymże X III w ieku zaczęły się rozwijać nowe państwa, które wiele miały zaważyć na polityce bałtyckiej. Były to państw a nie­ mieckich zakonów rycerskich w Prusach i In­ flantach. Trzeba przyznać, że Krzyżacy — doskonale zorganizowani, wyekwipowani i wyszkoleni — piorunującym tempie zdobywali wielkie obszary. W roku 1226 Konrad mazowiecki sprowa­ dza Krzyżaków — to znaczy nad Wisłą zja­ wia się dwóch rycerzy z garścią służby. Do­ piero w 4 lata później mistrz krzyżacki Herman Balk rozpoczyna z wojskami zakon­ nymi i wielu oddziałami zaciężnymi podbój Prus. W jaki sposób Krzyżacy dawali sobie radę z Prusami, których było o wiele więcej i któ­ rzy walczyli na własnej ziemi? W yprawy ruszały wzdłuż Wisły, rozbijały opór miejscowej ludności — źle zorganizo­ wanej, słabo uzbrojonej, nierzadko skłóconej » 45 «

ze sobą i — Krzyżacy budowali zamek. W zamku zostawała część w yprawy, a pozo­ stali krzyżowcy, takie bowiem miano nada­ wali sobie najeźdźcy, bądź wracali do domów, bądź dzielili się zdobytą ziemią osadzając na niej obcych, niemieckich kolonistów. Niechybnie pod nowo wybudowaną tw ier­ dzę przychodził odwet pruski, ale rzadko kie­ dy udawało się Prusom zdobyć zamek umoc­ niony według najlepszych reguł sztuki wojennej. Oblężenie, często długotrwałe, kończyło się przybyciem odsieczy krzyżac­ kiej, która w polu rozbijała oblegających i szła znowu naprzód, zajm ując nowe tereny i budując nowe zamki. Walcząc zwycięsko z różnymi plemionami pruskimi, zdobywając jedną ziemię po dru­ giej — Pomezanię z Kwidzyniem, Pogezanię z Elblągiem, Warmię z Lidzbarkiem, Sambię i inne, Krzyżacy już w roku 1283, a więc w niespełna 60 lat po przybyciu nad Bałtyk, zostali panam i całych Prus. W roku 1237 połączyli się z rycerskim zakonem nie­ » 46 «

mieckim kawalerów mieczowych w Inflan­ tach, który, podobnie jak Krzyżacy Prusów, tępił ogniem i mieczem Estów, Kurów i Liwów. W roku 1308 Krzyżacy zdradą opanowali Gdańsk, urządzając słynną rzeź gdańską, w następnym zaś roku zdobyli całe Pomo­ rze Gdańskie. Mimo trzydziestopięcioletnich w alk Polsce nie udało się odzyskać Gdańska, który miał przez 144 lata pozostać w jarzmie krzyżackim. Od połowy XIV w ieku Krzyżacy za wszelką cenę chcą połączyć swoje ziemie z ziemiami kaw alerów mieczowych, wojną, zdradą i dyplomacją dążąc do podboju Żmu­ dzi. Państwo zakonne było w XIV wieku nie­ wątpliw ie największym mocarstwem nad Bałtykiem aż do historycznej klęski na po­ lach G runwaldu w roku 1410, kiedy to jego możliwości ekspansji zostały na zawsze zła­ mane. Kolonizacja niemiecka nad Bałtykiem do­ prowadziła do rozwoju bogatych, ludnych » 47 «

W id o k R y g i

miast nie tylko na zachód od linii Odry. W samym księstwie pomorskim rozwijały się kolonizowane silnie przez osadników nie­ mieckich m iasta — Szczecin, Stargard, Dar­ łowo. Na terenie państw a krzyżackiego prym wiodły trzy miasta: Gdańsk, Elbląg i Toruń, z coraz większą jednak przewagą Gdańska, a wreszcie w Inflantach rozwijały się Ryga, Rewel (dzisiejszy Tallin) i inne. Miasta in­ flanckie odgrywały zresztą w Hanzie ważną rolę: graniczyły bowiem swoimi posiadłościa­ mi i swoimi wpływami z miastami ruskimi. Właśnie w pierwszej połowie XIII wieku Ruś została straszliwie zniszczona przez na­ » 48 «

jazdy Tatarów, tych samych, którzy w bitwie pod Legnicą rozbili wojska księcia Henryka Pobożnego. Przodujące dotychczas, najbar­ dziej rozwinięte gospodarczo i kulturalnie tereny Rusi Kijowskiej tracą swoje pierwo­ tne znaczenie, a ośrodek życia gospodarczego i politycznego przenosi się na mniej znisz­ czoną północ. Na pierwszy plan w ybija się tu Nowogród Wielki, który staje się jednym z najznacz­ niejszych punktów handlowych w Europie północnej i wschodniej. Przez targ nowo­ grodzki przepływają wschodnie tkaniny i ko­ rzenie, produkty bezkresnych lasów, płótna, żywność, broń; można nabyć sól z Francji i ryby ze Skanii, m etale ze Szwecji, tran z Finlandii, piwo z Hamburga i Wismaru — równie dobrze jak mozaikę z cesarskiego Bi­ zancjum. Inne m iasta ruskie — Psków, Połock, Wielkie Łuki — nie mogą się naw et porównać z Nowogrodem Wielkim, gdzie kupcy — rzecz ciekawa i nie spotykana gdzie 4 H an za

» 49 «

indziej — swoje rachunki kupieckie piszą na korze brzozowej. Teraz można dokładniej nieco zobrazować teren działania wielkiej Hanzy. Kto jest tego ciekaw, niech weźmie mapę Europy i połączy linią prostą Bruges we Flandrii z Nowogro­ dem na Rusi. Będzie to wielka oś elipsy obej­ m ującej kraje, na których działała Hanza. Małą osią może być linia łącząca miasto Ber­ gen w Norwegii z naszym Krakowem, który już w XIV wieku był również członkiem Hanzy, aczkolwiek bardzo rzadko brał udział w jej akcjach. Miasta na południe od linii Bruges—Nowogród, zniemczone w dużej mierze w XIII wieku, także należały do Hanzy. Miasta takie, jak Bergen, Londyn, Sztok­ holm, Nowogród i leżące na północ od owej linii do Związku Hanzeatyckiego nie nale­ żały, lecz w ten czy inny sposób utrzym y­ wały z nim ścisłe stosunki handlowe i poli­ tyczne. Oczywiście powyższy obraz jest jedynie » 50 «

mocno uproszczonym schematem. Niewątpli­ wą jest rzeczą jednak, że działalność Hanzy koncentrowała się głównie na linii Bruges — Nowogród i że cała północna Europa by­ ła terenem jej działania już w XIII wieku. Jak rozszerzał się zasięg działania kupców Hanzy, o tym czytelnik dowie się jeszcze po­ niżej. Nasuwa się pytanie, dlaczego właśnie na tych terenach rozwinął się potężny związek miast niemieckich? Na jakich podstawach się opierał? Obecny stan wiedzy pozwala nam w stopniu całkowicie wystarczającym w yjaś­ nić to zagadnienie. Na początku mały obrazek pochodzący z końca XIII wieku. Jeden z najbogatszych kupców Lubeki, Johann Clingenborg, zapisuje w mrocznym swoim kantorze, ' ile i czego zakupił, gdzie i kiedy sprzedał. W Nowogrodzie kupił 5 pęków futerek łasic, bobrów i kun. Sprzedał je z dużym zyskiem w Bruges. Po drodze szyper statku kupił w Rewlu w imieniu Clin» si «

K u p ie c h a n z e a ty c k i G e o r g G is ze w k a n to r z e lo n d y ń s k im

(H. H olbein)

genborga 3 kamienie 1 przędzy lnianej, 2 be­ czki miodu i 2 kamienie wosku. Po krót­ kim pobycie w Rydze, gdzie towar został uzupełniony pękiem skór i ładunkiem drze­ wa masztowego, statek pożeglował przy i Kamień — jednostka wagi. Kamień lekki za­ wierał 32 funty (ok. 16 kg), ciężki — 60 funtów. » 52 «

sprzyjającym w ietrze do miasta Wisby na Gotlandii. Szyper sprzedał tam część miodu, a kupił dla swego pryncypała słynne w całej Europie północnej konie hodowane na Gotlandii i Olandii. U spotkanego kupca ze Sztokholmu zakontraktow ał 5 funtów 2 żelaza szwedzkie­ go i popłynął do Lubeki. W swoim porcie macierzystym sprzedał przędzę i drzewo, za­ ładował dowiezione zboże i pojechał dalej na zachód. Szyper Clingenborga nie w racał też z pu­ stym okrętem. Wiózł duży ładunek soli, który zresztą częściowo zużył, gdy przyszło do so­ lenia i ładowania w Skanii wielkiego tran s­ portu śledzi. Obok soli osobno zapakowane wieziono bele znakomitego flandryjskiego sukna. Zarobki Clingenborga były tym więk­ sze, że tow ary jego znajdowały się nie na jednym statku. 2 funt — jednostka wagi, w przybliżeniu 50 kg. Nie należy mieszać z funtem o 0,5 kg.

»

53 «

Czytającego fragm ent książeczki kupiec­ kiej Clingenborga niewątpliwie uderzy jedno zjawisko: kupiec lubecki w najmniejszym stopniu handlował towaram i produkowanymi przez jego miasto. Był on tylko pośredni­ kiem. I w tym leży, klucz do zrozumienia roli Hanzy, jej szybkiego w zrostu i znaczenia w wiekach średnich. Związek Hanzeatycki był pośrednikiem handlowym, dostarczał poszczególnym k ra­ jom to, czego im brakowało. M iasta Hanzy były w przeważającej większości miastami, w których patrycjat kupiecki spraw ujący władzę był pochodzenia i narodowości nie­ mieckiej. Jednak rozwijały się one na tery­ toriach Słowian, Prusów, Litwinów, Estoń­ czyków, Fryzów i tylko częściowo Niemców. Stanowiły niewątpliwie obce ciało, obcy orga­ nizm, który jednak spełniał pożyteczną rolę. W m iarę bowiem rozwoju stosunków spo­ łecznych i gospodarczych k raje Europy pół­ nocnej starały się nawiązywać kontakty han­ dlowe z innymi. Było to nie tylko wygodne » 54 «

dla dalszego ich rozwoju, ale naw et koniecz­ ne. Na przykład Norwegia, uboga i skalista, aby wyżywić w zrastającą ludność, musiała sprowadzać zboże. W zamian za to rybacy norwescy ofiarowywali Pomorzanom czy Prusom ryby, które w średniowieczu były bardzo ważnym produktem ■ —■zachowywano wówczas posty o wiele ściślej niż obecnie i ryby stanowiły poważną część pożywienia. Szwedzi chcieli sukna, chcieli narzędzi, którym i wydobywali rudę żelazną, najwięk­ sze bogactwo swego kraju. Inflantczycy żą­ dali soli, a mogli w zamian za to sprzedać drzewo na budowę okrętów i do w ytapiania rudy żelaza, a także wosk, przędzę itp. Wy­ brzeża Skanii były znowu słynne z połowu śledzi, ale śledzie te trzeba było konserwować sprowadzaną solą, która w ogóle była jednym z najważniejszych towarów w średniowieczu. I Norwegowie, i Polacy, i Szwedzi, i nawet w XIII wieku Anglicy chcieli swoje tow ary wysyłać, a w zamian otrzymywać inne, po­ trzebne do dalszego, rozwoju życia gospodar­ » 55 «

czego. Związek miast hanzeatyckich właśnie pośredniczył w tych wszystkich transakcjach, z tego żył, z tego czerpał swoją potęgę i swo­ je bogactwo. Oczywiście nie było to takie proste. Zamiast sprzedawać zboże kupcowi z Lu­ beki cZy Bremy właściciel mógł przecież z większym zyskiem sprzedać je od razu Ho­ lendrom czy Flamandom, którzy tego zboża potrzebowali. A oni również chcieli ominąć pośrednika, by taniej zapłacić. Trzeba więc było tak uzależnić kraje, na terenie których rosły miasta niemieckie, by cały handel był regulowany przez kupców Hanzy. Oni starali się ustalać ceny, zarabiać na przewozie towa­ ru itp. W rozmaity sposób starały się też miasta Hanzy uzależniać od siebie zaplecze: udzie­ lano pożyczek na takich w arunkach, że już niepodobieństwem było ich spłacenie; po­ życzano władcom duże sumy pieniężne za cenę przywilejów gw arantujących hanzeatom monopol handlowy, nie cofano się wresz» 56 «

cie przed brutalną interw encją zbrojną, któ­ ra, jak widzieliśmy na przykładzie Norwegii, odnosiła również pomyślne skutki. Hanza więc nie była w rezultacie tylko związkiem obronnym, ale organizacją, która dbała o stworzenie jak najlepszych w arun­ ków handlu i o możliwość większego zysku dla swoich członków. Nie można jednak tylko w ten sposób oceniać roli Hanzy; jak poniżej zobaczymy, spraw a była dość skomplikowa­ na, tym bardziej że w początkowym okresie jej działalności w interesie kupców nie­ mieckich leżało wzmożenie ruchu handlowe­ go, obrotu i produkcji towarowej w krajach nadbałtyckich. Mówiliśmy wyżej o statku bogatego lubeczanina. Aby zrealizowaę swoje cele, czyli aby handlować i pośredniczyć między wielo­ ma krajam i, miasta Hanzy musiały mieć od­ powiednie środki techniczne i transportowe. Drogi lądowe w dziedzinach należących do Hanzy nie różniły się wiele od dzisiejszych ulic Warszawy... w momencie gdy zakłada » 57 «

się n a nich instalacje gazowe i wodociągowe, a wykopana ziemia tam uje ruch uliczny. Ciężkie wozy, do których zaprzęgano czasem po sześć koni, były stosunkowo niewielkie i wyobraźmy sobie, z jak małą szybkością mogły się poruszać po takich drogach. Dlate­ go też o wiele szybszym, wygodniejszym i tańszym środkiem komunikacji i transportu były różne łodzie i statki. Na czym pływali hanzeaci w X III czy XIV wieku? Statek ówczesnego kupca musiał być prze­ cież i statkiem transportowym, i osobowym, i — co jest rzeczą ważną — okrętem bojo­ wym. Wymogi te tłumaczy częściowo wygląd statków pływających po Bałtyku. Na pierwszy rzut oka widoczny jest tak charakterystyczny i w czasach późniejszych podział sylw ety statku na 3 części: wysoko sterczącą część przednią i tylną, a niską środkową. Na rufie statku stawiano kasztel, służący jako pomieszczenie obronne dla lu­ dzi, a w okresie późniejszym w miejscu tym » 58 «

ustawiano artylerią. Podobne zadania speł­ niał kasztel przedni z tym jeszcze, że wysoko podniesiony dziób był wynalazkiem pozwala­ jącym na łatwiejsze żeglowanie przy dużej fali. Obniżony środek służył jako skład prze­ wożonych towarów. W przeciwieństwie do opisanych poprzed­ nio statków wikińskich statki hanzeatyckie były stosunkowo powolne i mało zwrotne. Okręty pływające po B ałtyku miały spłasz­ czone dno, ich długość w stosunku do szero­ kości m iała się zaledwie jak 3 :1 , były też stosunkowo płytkie. Ożaglowanie miały wy­ jątkowo proste: na maszcie umieszczonym pośrodku wisiał jeden czworokątny żagiel. Jeżeli wiały w iatry przeciwne celowi podró­ ży, możemy sobie wyobrazić, z jakim i tru d ­ nościami musieli się zmagać ówcześni m ary­ narze. Dopiero w XV wieku sytuacja się zmienia. Ciągłe kontakty z wysoką techniką — wło­ ską, hiszpańską, bretońską — doprowadzają do szeregu innowacji, które miały zrewolu­ » 59 «

cjonizować sztukę naw igacyjną na przeciąg 400 lat. Przybyw ają dwa maszty: fokmaszt — bliżej dzioba, i bezanmaszt — bliżej rufy. 0 ile na fok- i grot- (środkowym) maszcie w dalszym ciągu wisiały pojedyncze czwo­ rokątne żagle i jedyną innowacją — już zre­ sztą szesnastowieczną — było wprowadzenie paru pięter tych żagli rejowych, o tyle na bezanmaszcie zaczęto umieszczać tak zwane żagle łacińskie — trójkątne — przytwierdzo­ ne do rei pochyłej. Umożliwiało to wykorzy­ stanie przez żaglowce w iatru bocznego. Ożaglowanie dzioba w jeszcze większym stopniu zwiększało możliwości manewrowa­ nia statkiem przy nie sprzyjającym wietrze. Już w XIII wieku m arynarze bałtyccy znali 1 stosowali maszt umieszczony pochyło na dziobie — tak zwany bukszpryt. Służył on do zarzucania kotwicy, do atakowania nie­ przyjaciela, a dopiero w XV w ieku przymo­ cowano i do niego żagiel łaciński. Były trzy typy statków pływających w X III—XV wieku, które odgrywały specjał» 60 «

ną rolę w żegludze bałtyckiej: kogga, holk i karawela. Kogga był to niewielki stateczek, mało zwrotny, używany głównie do przewozu dużych transportów zboża. Holk był już większym, później często naw et trzymasztowym statkiem, szczególnie ponoć przydatnym do transportu ludzi. K araw ela upowszechniła się na Bałtyku w XV wieku. Wielkość jej była rozmaita, a jej szybkość, zwrotność, ła­ » 61 «

downość i zalety bojowe powszechnie cenio­ ne. Stopniowo typ ten zaczął wypierać starsze rodzaje i karaw ela zapanowała już na prze­ łomie XV i XVI wieku w całej Europie pół­ nocnej. Zapewne czytelnik jest ciekaw, z jaką szybkością poruszały się statki hanzeatyckie? Ówczesnym ludziom wydawały się one nie­ dościgłe. Przeciętny czas podróży z Lubeki do Gdańska wynosił 4 dni, podobnie jak i po­ dróż z Gdańska do portów inflanckich. Po­ dróż z Flandrii do Inflant trw ała 2 do 3 ty­ godni. Długość czasu podróży zależała nie tylko od małej zwrotności i szybkości statków, ale również od poziomu nauki i możliwości na­ wigacji. Nie znano przecież busoli, nie potra­ fiono ustalić geograficznego położenia stat­ ku itp. Co więc robił szyper — kapitan statku — żeby nie zejść z planowanego kursu? S tarał się trzym ać linii brzegowej, co wy­ dłużało mu drogę, ale dawało gwarancję, że » 62 «

dojedzie do celu podróży bez błądzenia. W mniejszym stopniu wykorzystywano ob­ serw acje nieba, sondowanie dna (by po głę­ bokości dojść, gdzie się w danej chwili statek znajduje). Gdańsk, pragnąc ułatwić podróże swoim żeglarzom, podobnie zresztą jak i inne miasta Hanzy, w końcu XV wieku (1482 r.) zbudował wielką latarnię morską, która m iała z daleka wskazywać Wisłoujście. W ogóle urządzenia portowe i organizacja portowo-nawigacyjna wzrosła w okresie działalności Hanzy bardzo wydatnie. Takie urządzenia portowe, jak n a­ brzeża, krany, windy i kołowroty (żuraw w Gdańsku) gwarantowały spraw ny w yładunek i załadunek towarów. Specjalni piloci czuwali nad bezpiecznym wjazdem do portu, za co zresztą trzeba było płacić sporo. Inaczej niż obecnie wyglądała załoga statku. Panem życia i śmierci był szyper-kapitan. Jeszcze w X III wieku przeważnie szy­ per był właścicielem statku. Potem sytuacja się zmienia. Właścicielami statków stają się » 63 «

Ż u ra w w G da ń sku

bogaci kupcy, którzy najm ują specjalistów — szyprów do przewozu towarów na swoich własnych statkach. Czasami zresztą i w XV wieku szyper był współwłaścicielem okrętu, którym dowodził. Drugą osobą na statku był sternik. Ponie­ waż sterowano w owym czasie nie według ustalonego kursu, z busolą, logiem itp., tyl­ ko „na oko“, sternik musiał być starym morskim wyjadaczem, by dać sobie radę z żeglugą we mgłach Zatoki Fińskiej czy » 64 «

Ż uraw w L üneburgu

na skalistych i pełnych mielizn cieśninach duńskich. Wreszcie trzecią osobą był... kucharz. Nie należy jednak sądzić, że miało to związek z jakimś obżarstwem panującym wśród za­ łogi na statkach Hanzy. Sprawa aprowizacji była oczywiście spraw ą ważną, ale załoga ja­ 5 H an za

65

dała bardzo skromniutko — suchary, proste polewki, za jedyny zbytek m ając piwo czy później gorzałkę. Ale kucharz dbał także i o odpowiedni przewóz towarów żywnościo­ wych, które w bilansie handlowym hanzeatów odgrywały niemałą rolę. Jego troskę sta­ nowiło, żeby beczułki z solonymi śledziami były dobrze zaszpuntowane, by przewożone zboże nie gniło czy nie porastało, by tłuszcze się nie psuły itp. itd. Kucharz, oprócz tego wszystkiego był także generalnym intenden­ tem statku. Poza tymi trzem a głównymi osobistościami załoga dzieliła się na dwie grupy. Na wyspe­ cjalizowanych, tzw. bosmanów, a więc cieśli okrętowych, żagielników itp., oraz na m ajt­ ków niewykwalifikowanych, którzy spełniali rolę chłopców do wszystkiego. Bardzo często w składzie załogi, której ilość w ahała się od sześciu do dwudziestu kilku osób, znajdowali się żołnierze, choć o tyle nie zawsze to było potrzebne, że każdy m arynarz Hanzy nie raz » 66 «

i nie dwa brał udział w bitwach, czy to m or­ skich, czy lądowych, a z napastnikam i mógł sam sobie dać radę. Czy duże były statki Hanzy? Liczono wów­ czas towar na tak zwane łaszty (2 000 do 2 500 kg). Otóż duże holki posiadały 200 łasztów pojemności, a tylko zupełnie wyjątkowo karawele miały ich do 500. Przeciętnie statek Hanzy miał wyporność 70—150 łasztów (do 300 ton). Nie było to dużo, ale nie było też mało, tym bardziej że stocznie hanzeatyckie dostarczały wielu statków i stateczków, że ruch w portach był bardzo ożywiony, szcze­ gólnie w okresie szczytowego rozkwitu Han­ zy w XIV wieku, o którym będzie mowa w następnym rozdziale.

III

U SZCZYTU

POTĘGI

W roku 1361 potężna flota duńska podpły­ nęła pod miasto Wisby na Gotlandii. Żołnie­ rze duńscy, pełni jak najlepszych nadziei, chciwie spoglądali na leżące przed nimi bo­ gate i ludne miasto. Siły ich co praw da nie były zbyt duże, ale dowodził arm ią duńską król — Waldemar, czwarty tego imienia, nie bez przyczyny zwany przez swych współ­ czesnych Odnowicielem (dosłownie: Atterdag — znowu dzień). Wsławiony licznymi zwy­ cięstwami w Jutlandii, Szwecji, wskrzesiciel dawnej potęgi duńskiej marzył o stworzeniu z Morza Bałtyckiego wewnętrznego morza duńskiego, jak się to już zdarzyło w XIII wieku. Któż mógł mu w tym przeszkodzić? Szwecja szarpana była wojnami i sporami » 68 «

wewnętrznymi, król Magnus Erikson tracił wpływy i znaczenie z dnia na dzień. Jego następca na tronie Norwegii, Haakon VI, był osłabiony walkami o oderwanie się od Szwe­ cji. A wiadomo, że cesarstwo niemieckie na Bałtyku praktycznie się nie liczyło. Waldemar IV oderw ał już od Szwecji pro­ wincje Blekinge, Skanię, wyspę Olandię, a te­ raz uderzał na perłę Bałtyku — wyspę Gotlandię z bogatym i znanym miastem Wisby. Bez przeszkód wylądowało wojsko duńskie na wyspie. Wczesnym rankiem nie­ spodziewany szturm od lądu i morza zasko­ czył mieszkańców. Załoga szwedzka, która i tak nie wiedziała, którego z pretendentów do tronu ma słuchać, naw et nie bardzo się broniła. Ale w Wisby byli kupcy, i to bogaci kupcy, doskonale zarabiający na bałtyckim handlu tranzytowym. Ci znali dobrze los zwyciężo­ nych, których w średniowieczu łupiono bez litości, nie oglądając się nawet, czyimi są zwolennikami. I straż miejska, wspierana

W is b y n a G o tla n d ii — ś r e d n io w ie c z n e m u r y o b r o n n e

przez słabo uzbrojony tłum mieszkańców miasta, próbowała dać odpór wrogowi. Napróżno. Duński sztandar wojenny, tzw. Danebrog — czerwony łaciński krzyż na białym polu, zrzucony ponoć w XIII wieku jako znak niebios dla zwycięskiego W aldemara II — po­ wiewał coraz gęściej n a murach, posuwał się głównymi ulicami, był już i w porcie. Walka stopniowo zmieniała się w rzeź zwyciężonych. » 70 «

Kiedy rada m iejska Wisby wysłała parlamentariuszy błagając o pokój, było już za późno. 1 800 mieszkańców Wisby zginęło od miecza zwycięzców, a król-zdobywca zga­ dzał się przerw ać rzeź pod warunkiem, że miasto napełni dla niego trzy kubły klejnota­ mi, złotem i kosztownościami. Gotlandia zo­ stała wyspą duńską, Cóż, w średniowieczu takie właśnie przechodzenie krajów i miast z rąk do rąk nie było rzadkim zjawiskiem. Natomiast zdziwił się zapewne król Walde­ mar, kiedy mu doniesiono, kto się ujął za mieszczanami Wisby: współczłonkowie Han­ zy, mieszczaństwo innych miast nadbałtyc­ kich z Lubeką w pierwszym rzędzie. Gra zresztą toczyła się nie o krew pomordowa­ nych mieszczan, ani o owe trzy kubły napeł­ nione kosztownościami. Chodziło o coś waż­ niejszego: kto ma odgrywać decydującą rolę polityczną na Bałtyku. Dla miast Hanzy Dania była tą niebez­ pieczną siłą, k tóra mogła zahamować dalszy rozwój związku, ograniczyć jego prawa, ode­ » 71 «

brać uzyskane w różnych krajach przywile­ je. Wreszcie niesłychanie czułym punktem dla Hanzy były cieśniny: Sundzka i Bełcka, jedyny szlak morski łączący Wschód z Zacho­ dem, a kontrolowany całkowicie przez Danię. Teraz nadarzyła się sposobność. Na jesieni w roku zdobycia Wisby senat Lubeki rozpo­ czyna wielką grę i wypowiada wojnę najpo­ tężniejszemu królowi na Bałtyku — Walde­ marowi duńskiemu. Na radzie bardzo ostro w ystępuje Johann Wittenborg, burm istrz i patrycjusz Lubeki, domagając się zerwania z tradycyjnym i metodami walki ekonomicz­ nej i przejścia do zbrojnej akcji zaczepnej. W ciągu paru miesięcy okazuje się teraz, jak prężną organizacją jest mieszczańska Hanza. Rada Lubeki forsuje na sejmie miast związkowych uchwalenie podatku od wszyst­ kich miast Hanzy na cele wojenne (tzw. fun­ towe), przeprowadza zaciągi najemników i bardzo sprytnie wykorzystuje fakt, że nie tylko Hanzie grozi potęga duńska. Zostają więc zaw arte przym ierza zaczepno-odporne » 72 «

z Magnusem szwedzkim, Haakonem norwe­ skim, z hrabią Holsztynu i księciem Meklem­ burgii. Już wiosną 1362 roku flota Hanzy pod wo­ dzą zadzierzystego W ittenborga ruszyła do akcji. Ni stąd ni zowąd zjawiła się koło wy­ brzeży Gotlandii. Zanim Duńczycy zdążyli się opamiętać, zostali z Wisby wyrzuceni i musieli uciekać. Jeszcze szybciej poszło z Olandią, drugą zdobyczą W aldemara IV. Król jednak także nie próżnował. Pod wo­ dzą zaprawionych w walkach ze Szwedami admirałów wysłał swoją flotę przeciw W ittenborgowi. Flota duńska płynąca na odsiecz Olandii spóźniła się, wobec czego starała się powrócić do swych portów macierzystych. W ittenborg wykorzystał jednak niezdecydo­ wanie i kunktatorstw o wodzów duńskich, rzucił się ze swą flotą w pościg i doprowadził do stoczenia bitw y morskiej u południowego cypla Olandii. Okazało się wówczas, że kupcy są świetnymi żołnierzami. Flota duńska z du­ żymi stratam i um knęła z pola walki. » 73 «

Upojony swymi wspaniałym i zwycięstwa­ mi W ittenborg stracił poczucie rzeczywisto­ ści. Ze zmęczonymi ludźmi i nadszarpniętą flotą ruszył na zdobywanie potężnej tw ier­ dzy duńskiej — Helsingborg, zamku panują­ cego n a brzegu Skanii i pilnującego wjazdu do Cieśniny Sundzkiej. Podczas gdy hanzeaci kruszyli się w ciężkich atakach na zamek, W aldemar IV zebrał odsiecz i stanąwszy na jej czele zjawił się niespodzianie pod Helsingborgiem. A takujący stali sią atakowany­ mi. W zięty we dwa ognie W ittenborg musiał uciekać, straciwszy nie tylko owoce swych zwycięstw, ale i praw ie całą flotę, spaloną lub zdobytą przez Duńczyków przy skalistych wybrzeżach Skanii. Gorzej jeszcze. W myśl surowych przepi­ sów średniowiecznych po powrocie do Lube­ ki stanął przed sądem, oskarżony o doprowa­ dzenie do zatraty arm ii związkowej. Przy procesie przysłużyli mu się jeszcze zawistni konkurenci, których nie brakło żadnemu kupcowi, i zwycięzca spod Wisby i Olandii » 74 «

Ś c ię c ie J o h a n n a W i t te n b o r g a n a r y n k u w L u b e c e

otrzym ał najwyższy w ym iar kary. Został stracony na rynku przed ratuszem na jesieni 1362 r. W aldemar przeszedł teraz do kontrakcji na polu dyplomatycznym. Uzyskał poparcie ce­ sarza Karola IV, papieża U rbana V, który zagroził miastom Hanzy klątwą, wreszcie po­ parcie i pośrednictwo księcia pomorskiego Barnima. Po trzech latach utarczek i drob­ » 75 «

nych walk Hanza musiała uznać się za poko­ naną i ugiąć się przed potęgą W aldemara w 1365 r. Zdawało się, że pierwszy akt w alki o władz­ two na Bałtyku zakończył się porażką miast związkowych. W rzeczywistości jednak spra­ wa przedstawiała się inaczej. Ani Lubeka, ani inne miasta nadbałtyckie na chwilę nie przerw ały gorączkowej działalności, aby ze­ brać siły do odwetu. A okazja ku tem u nada­ rzyła się już w niespełna rok po zawarciu pokoju. Do tronu szwedzkiego w ystąpił nowy pre­ tendent — Albrecht, książę meklemburski. Jeszcze za czasów wojny był on sprzymie­ rzeńcem i poplecznikiem Hanzy. Przeciwko niemu wystąpili tym razem solidarnie duński W aldemar i norweski Haakon. Lubeka, korzystając z nowych kłopotów Waldemara, znowu jęła organizować akcję dyplomatyczną przeciwko niemu. Członko­ wie rady lubeckiej, jedni z najbogatszych kupców na Bałtyku w owym czasie, Bruno » 76 «

von Warendorp, Johann Piesków i Gerd von A tterdorn, doprowadzili po szeregu kolej­ nych sejmów Hanzy do wielkiego zjazdu miast związkowych w Kolonii w roku 1367. Przybyli tam najbogatsi, najbardziej rzutcy kupcy z całego Bałtyku: Piesków i Attendorn z Lubeki, Johann von K yritz i Gherwin Wil­ de z Roztoki, Bertram W ulflam i Johann Ru­ gę ze Strzałowa, byli obecni posłowie Wism aru z Johannem Manderlowem na czele, posłowie Torunia, Elbląga, Kampen, Amster­ damu i wielu innych miast. Na tym zjeździe kolońskim postanowiono raz jeszcze podjąć próbę walki z Waldema­ rem; wszystkim już dopiekły ograniczenia i cła pobierane na wodach Sundu. Pod prze­ wodnictwem Lubeki zawiązano konfederację 11 listopada 1367 r. i wydano manifest o roz­ poczęciu wojny z W aldemarem i popierają­ cym go Haakonem norweskim. W dokumen­ cie czytamy: „Rozpoczynają się uchwały miast nadm or­ skich o drugiej wojnie prowadzonej przez » 77 «

W aldemara, króla Dunów, z jednej i miasta nadmorskie z drugiej strony... która to wojna została postanowiona roku pańskiego 1367 w dzień świętego Marcina biskupa przez raj­ ców miast nadmorskich, przez Lubekę, z Prus, z Kampen, z Holandii, Zelandii i mórz południowych, zebranych w mieście Kolonii, gdzie także została zaw arta konfederacja przeciwko Danii, o której postanowione zo­ stały przepisy, których brzm ienie ułożone jest w słowach następujących...“ Następnie spisano nie tylko wskazówki, jak ma działać konfederacja, ale także wszystkie skargi i żale miast Hanzy, i jeden egzemplarz tego jako wypowiedzenie wojny przesłano królowi Waldemarowi. Pod tym dokumentem figurowało 77 podpisów repre­ zentantów różnych miast. Król Waldemar, pochłonięty zwalczaniem Albrechta, nie do­ cenił niebezpieczeństwa. Odwrotnie, publicz­ nie wyśmiał posłów hanzeatyckich przyno­ szących mu wypowiedzenie wojny. Przekrę­ cając niemiecką nazwę Hänse na Gänse — » 78 «

R a tu sz w L u b ece

gęsi, dopytywał się o stado 77 gęsi, kiedy bę­ dzie je mógł wsadzić na rożen i czy aby są utuczone. Najbliższa przyszłość wykazała jednak, jak dalece te żarty były nieuzasadnione. Naczel­ n e dowództwo hanzeatyckich sił zbrojnych objął burm istrz Lubeki, Bruno von W arendorp, niewątpliw ie doskonały strateg i tak­ » 79 «

tyk, reprezentujący ponadto określoną linię polityczną — koncepcję władztwa Hanzy na morzach. Powtórne uchwalenie funtowego dostarczyło odpowiednich środków na pro­ wadzenie wojny. Przewaga ilościowa statków kupieckich wystarczyła do zablokowania w y­ brzeży Danii i Norwegii. W arendorp nie poprzestał na tym. Już w 1368 roku poprowadził uderzenie w trzech kierunkach, tak by przeciwnik nie mógł zor­ ganizować obrony. Desant hanzeatycki, który wylądował w południowej Norwegii, spusto­ szył kilka miast, 15 parafii było nie tyle zaję­ tych, co złupionych, w tym ponoć aż 200 wio­ sek. Kiedy wojska norweskie i duńskie biegły ratow ać kraj przed dalszą pożogą, hanzeaci wycofali się z Norwegii, ale uderzyli jedno­ cześnie na Skanię i wyspę Zelandię, zajm u­ jąc na tej wyspie dwa ważne punkty strate­ giczne, niejako klucz do Sundu — Kopenhagę i Helsingör. Dopiero wówczas Waldemarowi udało się przeprowadzić akcję obronną przez » 80 «

skoncentrowanie floty i atak na hanzeatów pod tym samym Helsingborgiem, który już raz był widownią ich klęski w poprzedniej wojnie. Tym razem jednak flota hanzeatycka była przygotowana na przyjęcie nieprzyjaciela. Rozgorzała mordercza bitwa, jedna z więk­ szych bitew morskich na Bałtyku. Okręty sczepiały się wzajemnie — szły na abordaż — i walka między m arynarzam i toczyła się wręcz. Rzucano też płonące pakuły, próbując palić okręty nieprzyjacielskie. Zasypywano się wzajemnie gradem strzał z. łuków i po­ cisków z kuszy. W trakcie bitw y zginął bo­ hatersko Bruno von W arendorp, ale większa biegłość m arynarska zrobiła swoje. Flota duńska została rozproszona, ocalałe statki musiały uciekać do swych portów na Jutlandii. Hanza stała się władczynią Bałtyku. Po przegranej bitwie król W aldemar jesz­ cze przez rok przeszło próbował kontynuo­ wać opór, ale wysiłki jego z góry skazane już były na niepowodzenie. 8 H an za

» 81 «

S tr z a łó w ( S tr a ls u n d )

W roku 1370 Strzałów przeżywał swoje wielkie chwile. Zjechali się do niego przed­ stawiciele miast hanzeatyckich: Lubeki, Gryfii, Szczecina, Kołobrzega, Stargardu, Rygi, Dorpatu, Rewia, Chełmna, Torunia, Elbląga, Gdańska, Kampen, Zierikzee, Brield, H arderw ijku i wielu innych, a także posłowie królów Danii, Norwegii i Szwecji, i 25 lutego » 82 «

na ratuszu podpisano w arunki pokoju, który zmienił układ sił na Bałtyku i stworzył ze Związku Hanzeatyckiego europejskie mocar­ stwo o znaczeniu politycznym i militarnym. W arunki były ciężkie dla Waldemara. Król nie tylko zrzekł się ceł i opłat od kupców hanzeatyckich, ale, jak byśmy dziś powie­ dzieli, tracił część swych praw suwerennych na rzecz związku. Hanzeaci mieli być odtąd uprzywilejowanym i kupcami na terenie kró­ lestw a duńskiego i korzystać ze specjalnej ochrony. Nie tylko to. W aldemar musiał się zobowiązać w imieniu swych następców, że żaden król duński nie będzie mógł panować bez potwierdzenia przywilejów Hanzy. Na znak swojej dobrej woli godził się również odstąpić kilka ważnych punktów strategicz­ nych w Skanii, obsadzonych w trakcie dzia­ łań wojennych przez wojska związkowe. Wreszcie królowie Danii i Norwegii musieli uznać A lbrechta królem Szwecji. Wszystkie te w arunki zostały wypełnione, pomimo że ze strony Danii układ był podpi­ » 83 «

sany jedynie przez posłów rady państwa, a sam W aldemar nie chciał go ratyfikować. Nie po raz pierwszy związek m iast w śred­ niowieczu walczył zwycięsko z panującymi. Wystarczy przypomnieć sobie m iasta włoskie i ich ciężkie boje z cesarzem Fryderykiem Barbarossą czy Fryderykiem II, i to na 200 lat przed opisanymi tu wypadkami. Ale było to na terenach bardziej rozwiniętych gospo­ darczo, z dawnymi tradycjam i samorządowy­ mi i miejskimi, na terenach posiadających bezpośrednie kontakty z Bizancjum i świa­ tem arabskim. W X III—XV wieku rozwój gospodarczy Europy umożliwił stworzenie potężnej organizacji m iast i na jej północ­ nych krańcach. Po pokoju strzałowskim Hanza wkroczyła w swój najśw ietniejszy okres rozwoju. Nie należy jednak sądzić, że życie związku miast od owego czasu toczyło się jedynie po różach. Wręcz przeciwnie. Władcy państw skandy­ nawskich nie pogodzili się z u tra tą swego znaczenia, mimo że bezpośrednio po Strzało» 84 «

wie nie byli w stanie skutecznie przeciwdzia­ łać rozwojowi Hanzy. Kiedy w roku 1398 zaw arta została tzw. unia kalmarska, jednocząca pod berłem króla Danii wszystkie trzy państw a skandynaw­ skie, było to posunięcie skierowane między innymi przeciw suprem acji związku. Co gor­ sza, występowały też różne trudności natury gospodarczej, które łatwiej będzie zrozumieć, kiedy zapoznamy się z poniższym zestawie­ niem, z kim i czym Hanza handlowała w koń­ cu XIV i XV wieku. K ra j

W a ż n ie js z e to w a r y w yw ożone

W a ż n ie js z e to w a r y p rz y w o ż o n e

owoce południo­ Wybrzeże we, wino, sól Portugalii

drzewo

Wybrzeże Francji

sól, wino

drzewo, popiół

Flandria

sukno, sól, śledzie, zboże, drzewo, po­ wino, towary piół, wełna południowe

Zelandia, Holandia

sukno, sól, śledzie zboże, drzewo » 85 «

K ra j

W a ż n ie js z e to w a r y w yw ożone

W a ż n ie js z e to w a r y p rz y w o ż o n e

Geldria, Fryz ja

sukno, sól, śledzie zboże, drzewo

Anglia

sukno, wełna, ołów

drzewo, mięso, smoła, popiół, wosk

Szkocja

sukno, futra

zboże, drzewo, smoła, popiół

Półn.-zach. Niemcy

śledzie, zboże, chmiel, piwo

drzewo, smoła, popiół

Dania Norwegia Skania Szwecja

Meklem­ burgia

zboże, mięso, ma­ drzewo, popiół, smoła, sól, sło, konie chmiel drzewo, ryby zboże, sól śledzie zboże, drzewo, sól żelazo, miedź, drzewo, popiół, zboże, sól, chmiel smoła sól, śledzie, chmiel, sukno, zboże, piwo, mięso towary połud­ niowe i wschod­ nie » 86 «

K ra j

W a ż n ie js z e t o w a r y w yw ożone

W a ż n ie js z e to w a r y p rz y w o ż o n e

sól, śledzie, sukno, towary połud- j niowe i wschod­ nie

Pomorze Szczeciń­ skie

zboże, piwo, sól, mąka, słód

Pomorze Gdańskie, Prusy

sól, sukno, śledzie, drzewo, zboże, towary połud­ popiół, smoła, węgiel drzewny, niowe i wschod­ nie chmiel, mięso

Polska

drzewo, zboże, wosk, miód, skóry

sól, sukno, śledzie, towary połud­ niowe i wschodnie

Węgry (przez ziemie pol­ miedź skie) Litwa

wosk, miód, przę­ sól, sukno, śledzie dza, skóry, drzewo

Inflanty

wosk, miód, przę­ dza, skóry, tran, sól, sukno, śledzie konopie, ryby

* 87 «

K ra j

W a ż n ie js z e to w a r y w yw ożone

W a ż n ie js z e to w a r y p rz y w o ż o n e

Finlandia

konie, masło, ry­ zboże, sól, sukno, by, tran śledzie

Ruś Nowo­ grodzka

towary wschod­ nie, drzewo, skóry

towary południo­ we, sukno, śle­ dzie

Analiza powyższej tablicy obrazuje poważ­ ne trudności w prowadzeniu handlu tranzy­ towego przez hanzeatów, i to trudności dwo­ jakiego rodzaju. Po pierwsze — jak widać — produkty, którym i obracano w rejonie dzia­ łania Hanzy, m iast hanzeatyckich, przeważ­ nie nie były wytw oram i tych miast. Sól fran­ cuska była konieczna w Skanii do solenia śledzi, śledzi potrzebowali wszyscy w owym czasie, więcej niż dziś ze względu na koniecz- ' ność ścisłego przestrzegania postów. Flandryjczycy mogli wyrabiać i farbować swe su­ kna, gdy mieli wełnę i popiół, Holendrzy mogli budować okręty z drzewa polskiego — » 88 «

ale do tej wymiany, która obejmowała całą północną Europę, n a dobrą sprawę nie był potrzebny Związek Hanzeatycki. Przecież dla różnych krajów, szczególnie w okresie coraz większego rozwoju gospodarczego, o wiele lepszą rzeczą byłoby wzbogacenie własnych kupców niż korzystanie z obcych pośred­ ników. Pierwszą i najważniejszą więc troską Han­ zy w okresie jej największego rozkwitu była dbałość o uzależnienie handlowe, o uzależ­ nienie gospodarcze krajów, między którym i pośredniczyła handlowo. Zjazdy przedstawicieli m iast hanzeatyckich niejednokrotnie radziły nad sposobami utrzym ania monopolu handlowego, niedo­ puszczenia konkurentów do bezpośredniego producenta. Kupowano więc przywileje od panujących, łupiono bez litości obcych kup­ ców, zwanych gośćmi, a naw et toczono nieu­ stanne w ojny z Anglią, Holandią czy pań­ stw am i skandynawskimi, broniąc monopolu pośrednictwa. » 89 «

Ustawa podjęta na zjeździe w Lubece w 1447 r. głosi: „Nie wolno wywozić zboża przez Öresund i Bełt ani znad Łaby i Wezery inaczej niż z m iast hanzeatyckich. Jeżeli jakiś szyper przekroczy niniejsze rozporządzenie, wów­ czas w żadnym mieście hanzeatyckim nie wolno ładować towaru na jego statki... Jeśli złamie to rozporządzenie kupiec należący do Hanzy, tow ary jego podlegają konfiskacie... Jeżeli zaś naruszy je ktoś nie należący do Hanzy, traci on prawo zaw ierania transakcji i prowadzenia handlu w miastach hanzeatyc­ kich...“ Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że tylko siłą czy dyplomacją hanzeaci wywal­ czali sobie zyski handlowe. Nie odnosiłoby to nigdy odpowiedniego efektu, gdyby nie pro­ wadzona jednocześnie akcja ekonomiczna. Związek miast mógł przecież ogłodzić Nor­ wegię poprzez niedowiezienie zboża, nie wy­ kupić wydobytego w Szwecji żelaza czy po­ zbawić soli całe wybrzeże Bałtyku. » 90 «

Ale poza tym pilnował najlepiej swych interesów poprzez bezpośredni kontakt z pro­ ducentem, poprzez uzależnienie bezpośrednie czy to chłopa uprawiającego zboże, czy drob­ nego m ajstra w yrabiającego sztukę sukna. W jaki sposób? Bardzo prosty: przez udziela­ nie dużej pomocy, pożyczek, narzędzi itp. w początkowym okresie kontaktów, by póź­ » 91 «

niej dłużnicy nie mogli zbyt łatw o wydobyć się z okowów zobowiązań. Lubeczanie, ham burczycy, gdańszczanie, ryżanie rozbudowali cały system udzielania zaliczek, dostarczania surowców rzemieślnikom, kupow ania zboża na pniu, aby mieć pewność, że tow ar ich doj­ dzie. Starania kupców inflanckich czy pruskich nie ograniczały się oczywiście do uzależnia­ nia wytwórców. Stosunkowo prostą rzeczą było stać się wierzycielem szlachty, siedzącej chronicznie bez grosza przy duszy. Gorzej przedstaw iała się spraw a z miejscowym kupiectwem. Wielkie m iasta hanzeatyckie bądź starały się wciągnąć kupców niewielkich m iast na zapleczu do swego systemu handlo­ wego, uczynić z nich faktorów czy w spółpra­ cowników, bądź operując nierównie większy­ mi kapitałami, przez obniżanie ceny utrącały działalność rywali. Oto przykład stosunków między bogatym gdańszczaninem Henrykiem Eggerdem i mieszczaninem z Łomży, Piotrem Pietruszką. » 92 «

W końcu XV wieku Pietruszka kupował od okolicznych puszczańskich smolarzy, siedzą­ cych na leśnych polanach, smołę, dziegieć, popiół i węgiel drzewny, po czym na szku­ tach, w których miał znaczny udział finanso­ wy, spławiał te tow ary N arwią i Wisłą do Gdańska. Tam w porcie sprzedawał je licznie zebranym nabywcom, kupował śledzie, a po­ tem lądem, najkrótszą drogą, wracał do do­ mu. W czasie swoich podróży zetknął się ze wzmiankowanym Eggerdem, obrotnym wiel­ kim kupcem, który namówił go, zdawałoby się, do rzeczy niewinnej a zyskownej, do handlu drzewem. Pietruszka zrobił tak, jak mu Eggerd doradził: kupił w Łomży, Ostro­ łęce i Różanie wielką ilość wańczosu — drze­ wa opałowego i klepki, zadłużył się przy tym nieco i spławił tow ar do Gdańska. Tu czeka­ ła go nieprzyjem na niespodzianka. Ceny drzewa spadły — sprowadzone drzewo kilo­ m etram i zalegało wybrzeże Wisły i Motławy, a w dodatku Eggerd obniżył cenę dostarczo» 93 «

nego wańczosu, m otywując to złym stanem nadgniłego drzewa. Ale żeby jego „kochany wspólnik“ — jak brzmi pismo — nie zbankrutował, zobowiązał się do pokrycia długów zaciągniętych u drw a­ li czy szlachty sprzedającej drzewo. W arunki spłaty pożyczki zaciągniętej u Eggerda w y­ daw ały się Pietruszce bardzo korzystne: w roku następnym po prostu Pietruszka dowie­ zie znowu tow ar i w tej formie spłaci dług i niewielkie procenty. W trzy lata po tej pierwszej transakcji zadłużony u Eggerda jest nie tylko nasz kupiec łomżyński, ale i je­ go brat, jego szwagier, a w dodatku i pan z okolicznej szlachty. Eggerd zyskał w ten sposób stałych dostar­ czycieli towaru, z tym że procentu nie brał, kazał tylko dostarczać sobie własne drzewo na koszt swych kontrahentów i w yrobił sobie m urow aną klientelę na towary, głównie suk­ no, które sam przywoził z dalekiej Szkocji i Anglii. Mieszczanin łomżyński przestał być dla niego konkurentem. * 94 «

Tego rodzaju system bywał często stosbwany. Ryga i Rewel miały dłużników w całych Inflantach; Gdańsk, Elbląg, Toruń — w P ru ­ sach i w Polsce, Lubeka — w Meklemburgii i Holsztynie itd. itp. Nic dziwnego, że do furii doprowadzały hanzeatów wszelkie próby tra ­ fiania do kupców i producentów na zapleczu przez kram arzy wędrownych czy wielką kon­ kurencję angielską lub holenderską. Hanzeaci warowali niezliczonymi zakazami: „aby żaden obcy kupiec ani przybysz nie mógł handlować detalicznie w miastach na­ szego związku hanzeatyckiego... aby żaden obcy kupiec ani gość nie przejeżdżał wolno (swobodnie) w głąb kraju... aby nie handlo­ wać z przybyszami zza morza, którzy nie są członkami Hanzy...“ itp. Miasta nadbałtyckie dbały też, aby uzy­ skiwać jak największe przyw ileje handlowe w obcych krajach. Niektóre, jak na przykład Norwegia, stały się właściwie koloniami Han­ zy, koloniami, które samodzielnie nie były w stanie handlować, które zostały jak n aj­ » 95 «

ściślej uzależnione od dowozu hanzeatyckiego; kolonie te wreszcie nie bardzo mogły prowadzić samodzielną politykę gospodarczą. Tu bowiem od razu w arto zrobić uwagę, że system polityki hanzeatyckiej ograniczał i podkopywał rodzimy handel i przemysł w tych krajach, które do tego systemu nale­ żały. Mówiliśmy dotychczas o walce i dążeniach Hanzy w zakresie jej polityki zewnętrznej. Nie należy jednak zapominać, że jej działal­ ność była wypadkową o wiele bardziej skom­ plikowanych zjawisk, w dużej mierze także konkurencji i rywalizacji między poszcze­ gólnymi częściami całego związku czy naw et między jego poszczególnymi miastami. Każde większe miasto Hanzy znane było z handlu jakimś gatunkiem towaru, miało w świecie kupców jakąś swoją cechę. Stare hanzeatyckie przysłowie tak określało więk­ sze miasta: Lubeka słynie z kupców (Lübeck ein K auf­ haus), Kolonia — z wina, Brunszwik — z » 96 «

miodu, Gdańsk — ze zboża, Magdeburg — z piekarni, Roztoka — ze słodu, Lüneburg (miasto w Dolnej Saksonii) — z soli, Szcze­ cin — z ryb, H alberstadt — z kobiet, Rewel — z lnu i wosku, Kraków — z miedzi (przy­ wożonej z Węgier), Wisby (miasto na Gotlandii) — ze smoły i dziegciu. Wszystkie te m iasta jednak przede wszyst­ kim rozwijały się dzięki tranzytowi. Kraków słynął ze sprowadzanej z Węgier miedzi, Szczecin — z ryb łowionych u wybrzeży Skanii, Wisby — ze smoły wypalanej w la­ sach szwedzkich. Niektóre tylko, jak na przy­ kład Kolonia czy od XV wieku Gdańsk, re­ prezentowały wyroby i tow ary własne lub własnego kraju. Dlatego też przy tym olbrzymim rozwoju pośrednictwa, przy walce o zdobycie dostaw­ cy, jak i odbiorcy, choć m iasta nadbałtyckie zawsze walczyły solidarnie przeciw nieprzy­ jacielowi zewnętrznemu, to i między sobą wiodły długie i ciężkie spory. Można to dobrze naświetlić dwoma przykładami: tak 7 H an za

» 97 «

zwanym problemem inflanckim i rywaliza­ cją Gdańska z Toruniem. M iasta inflanckie — Ryga, Rewel i Dor­ p at — handlowały nie tylko tow aram i do­ starczanym i przez wieś inflancką, ale repre­ zentowały również tow ary ruskie. Celem tych m iast było pośrednictwo między Europą zachodnią i innymi częściami Związku Hanzeatyckiego a Nowogrodem Wielkim. Stano­ wiły one barierę oddzielającą tow ary Europy zachodniej od Rusi i Bizancjum. A więc przez ilu pośredników mogło dojść do bogacza angielskiego futro sobole? Kupiec w Nowogrodzie kupował je od myśliwego czy też od kram arza przybyłego z dalekiej północy. Sprzedawał je z kolei kupcom nie­ mieckim z Inflant, którzy przeważnie na te­ renie własnych m iast znajdowali z kolei na­ bywcę spośród kupiectw a zachodnioeuropej­ skiego. Z takim stanem rzeczy trudno się było zgodzić, i to nie tylko Anglikom czy Flam andom, ale i kupcom z innych m iast hanzeatyc-

H e rb k a n t o r u h a n z e a ty c k ie g o io N o w o g r o d z ie

kich. Już przecież w X III wieku kupcy lubeccy prowadzili ożywiony handel wymienny bezpośrednio z Nowogrodem, już wówczas działała spółka kupców m iast nadbałtyckich » 99 «

„jeżdżących do Nowogrodu“. Stąd tarcia i spory między mieszczanami Lubeki, Ham­ burga czy Gdańska a Inflantczykami. „C i zresztą musieli walczyć na kilka fron­ tów. Przecież kupcy ruscy też woleli omijać uciążliwego kontrahenta i handlować, jeżeli nie bezpośrednio z Anglią, to przynajm niej z lubeczanami. Wreszcie poważnym wrogiem przywilejów inflanckich było kupiectwo niehanzeatyckie — angielskie, holenderskie, flandryjskie, które bądź drogą morską, bądź lądową przez Polskę, z ominięciem Inflant, starało się handlować z Rusią. Powstawały więc dość skomplikowane stosunki, tym bardziej że solidarne na zew­ nątrz m iasta inflanckie toczyły między sobą zażarte spory o dostęp do Pskowa czy Wiel­ kich Łuków, nie mówiąc już o stałych u ta r­ czkach z miejscowymi feudałami': szlachtą, państwem zakonnym czy arcybiskupem rys­ kim. W alka o opanowanie drogi inflanckiej to­ czyła się ze zmiennym szczęściem przez XIII, » 100 «

XIV i XV wiek, by w końcu, nie tracąc nic ze swego znaczenia, przybrać w wieku XVI już nieco inne formy. W każdym razie boga­ cenie się lubeczan na handlu nowogrodzkim było kością niezgody między nimi a kupcami inflanckimi. Inaczej, nieco prościej, wyglądała historia sporu między dwoma najpotężniejszymi mia­ stam i Hanzy tzw. pruskiej: Gdańskiem i To­ runiem, które w XIV wieku należały do za­ konu krzyżackiego, przez co Polska miała odcięty dostęp do morza. W omawianym okresie Toruń, regulujący cały handel Polski z wybrzeżem Bałtyku, był niewątpliwie o wiele silniejszym ośrodkiem gospodarczym niż Gdańsk. Na przełomie XIV i XV wieku sytuacja zaczyna się zmieniać. Kupcom pol­ skim i kupcom Europy zachodniej o wiele wygodniej jest spotykać się u ujścia Wisły. Dlatego Toruń starał się egzekwować swo­ je przyw ileje feudalne, na przykład prawo składu. Polegało ono na tym, że przejezdny kupiec musiał wyłożyć swój tow ar w mieście » 101 «

na sprzedaż lub opłacić odpowiednią sumę. Gdańsk bez tych ograniczeń staw ał się drogą naturalnej potrzeby składem i emporium handlowym. W pierwszej połowie XV wieku Gdańsk zdobywa przodujące znaczenie w handlu pruskim i polskim, oczywiście kosz­ tem Torunia. Ale Toruń nie myśli zrezygnować bez wal­ ki. Do mistrzów krzyżackich, do królów pol­ skich dobijają się bez przerw y posłowie z bogatymi daram i i prośbami o zatwierdze­ nie starych przywilejów. Jednocześnie na drogach pojawiają się zbrojne oddziały torunian, siłą zmuszające kupców do ulegania przywilejom składowym. Za kupcami mazo­ wieckimi, wielkopolskimi, krakowskimi, wę­ gierskimi ujm uje się z kolei Gdańsk, który, rzecz prosta, tracił na istnieniu bariery to­ ruńskiej. W ynik tych sporów był zresztą łatw y do przewidzenia. Samo życie rozstrzygnęło w al­ kę. Stare przyw ileje nie mogły się ostać wo­ bec lepszego położenia handlowego, dogod» 102 «

B r e m a — sa la r a tu s z o w a

niejszych warunków, bardziej nowoczesnych form handlu. W ciągu XV wieku Gdańsk sku­ pia wielki handel zbożem i drzewem, Toruń definityw nie musi m u ustąpić pierwszego miejsca w Prusach. Takie przykłady można by mnożyć. Związek miast hanzeatyckich w okresie największej swojej świetności na przełomie XIV i XV wieku liczył kilkaset miast. Nie­ które z nich były miastami nadającym i ton polityce całego związku, inne — np. nasz » 103 «

Kraków, formalnie występując jako członko­ wie Hanzy, zaledwie parę razy brały udział w zjazdach i sejmach związkowych. Nic dziwnego, że w ew nątrz samego związku two­ rzyły się grupy i grupki miast, powstawały niesnaski i spory, nie zawsze szczęśliwie roz­ strzygane na licznych zjazdach i sejmach. Już w drugiej połowie XV wieku ukształ­ towały się cztery części Hanzy oparte o po­ dział terytorialny, czyli tzw. kw artały. Istniał więc kw artał w end yjsk i1 z Lubeką na czele, w skład którego wchodziły m iasta nadm or­ skie od Bremy do Gryfii, kw artał prusko-inflancki z Gdańskiem jako głównym mia­ stem, kw artał saski z Brunszwikiem i nadreński z Kolonią. Z biegiem czasu, jak jesz­ cze niżej będzie o tym mowa, każdy kw artał zaczynał reprezentować odrębną politykę, w każdym kw artale poszczególne m iasta re­ prezentow ały inne siły i inne interesy, a ty ­ 1 Taka nazwa nadana przez Niemców wskazuje, że ziemie te w przeszłości były słowiańskie. » 104 «

powym reprezentantem Hanzy coraz bardziej staw ał się pierwszy, najstarszy kw artał — wendyjski. Co pewien czas, w zależności od potrzeb politycznych i handlowych, m iasta hanzeatyckie z poszczególnych krajów urządzały zjazdy, które rozstrzygały spory i wytyczały drogę postępowania n a przyszłość. Ważniej­ sze sprawy rozstrzygane były na zjazdach kwartałów, najważniejsze zaś na zgromadze­ niach ogólnohanzeatyckich, najczęściej od­ bywających się w „stolicy“ związku — Lu­ bece. P rym at Lubeki w związku wyrażał się nie tylko jej przodującym znaczeniem handlo­ wym, rzutkością i inicjatyw ą polityczną, ale również tym, że tam właśnie znajdowały się finanse Hanzy. Burm istrze lubeccy reprezen­ towali przeważnie cały związek na zewnątrz, a prawo miejskie, jakie się tam wykształciło, było wzorem i przykładem dla większości m iast hanzeatyckich. W sprawach niejasnych pod względem zastosowania praw a Rewel, » 105 «

Kołobrzeg czy Hamburg przesyłały zapyta­ nia do rady i ławy lubeckiej lub korzystały z przepisów i uchwał wydanych przez to miasto. Oczywistą jest rzeczą, że w okresie naj­ większego swego rozwoju Związek Hanzeatycki stw orzył poza wspólnymi norm am i go­ spodarczymi i praw nym i również i podobny typ k u ltury m aterialnej, między innym i przejaw iający się w budownictwie. Od Zato­ ki Fińskiej do Renu i Zuiderzee rozwijały się w spaniałe formy architektury gotyckiej, ty ­ powej właśnie dla m iast Północy. W Polsce możemy podziwiać te budowle w Toruniu, Gdańsku, Stargardzie czy innych miastach. W mniejszym może stopniu granice dziedzin hanzeatyckich wyznaczały również m alar­ stwo, rzeźba, k u ltu ra umysłowa, szczegól­ nie w okresie, gdy postępowe naówczas mia­ sta w yw ierały niezatarty wpływ na ukształ­ towanie się tych krajów.

IV

JA K W Y R A S T A W Ś R E D N I O W I E C Z U POTĘGA HANDLOWA

Pytanie, które zostało postawione w tytule niniejszego rozdziału, wydaje się bardzo pro­ ste, a w każdym razie od daw na już w nauce historycznej rozwiązane. Zapewne, pomyśli czytelnik, byli jacyś ludzie, którzy prowadzi­ li handel i bogacili się w ten prosty sposób. Ludzie ci stanowili górną w arstw ę ludności miejskiej, w arstw ę rządzącą. W rzeczywistości jednak spraw a wcale nie wygląda tak prosto. Handel w średniowieczu, szczególnie we wczesnym średniowieczu, jak to w ynika z poprzednich rozdziałów, był sto­ sunkowo mało podobny do handlu dzisiejsze­ go. Po pierwsze, nie zawsze było wiadomo, gdzie można kupić poszukiwany towar. Cza­ sami pewne kraję eksportowały np. zboże, » 107 «

czasami, w częstych latach nieurodzaju czy klęsk żywiołowych — na odwrót — musiały je sprowadzać. Po drugie, nie zawsze było rzeczą łatw ą przewiezienie towaru. Drogi średniowieczne wskazywały jadącemu kierunek, dojazd do przeprawy, ominięcie bagna, ale w najm niej­ szej mierze nie przyspieszały czy ułatw iały transportu. Najtańszy i najszybszy był trans­ port wodny. Ale za to ileż okrętów kupiec­ kich, prym ityw nych i wywrotnych, legło na dnie morza czy naw et większej rzeki? Po trzecie, rabunek był w pew nym okresie bardzo zwyczajną formą przysporzenia sobie dochodu. Podobnie jak w czasach wikingów, tak i w późniejszym średniowieczu, żeby do­ wieźć towar do miejsca przeznaczenia, trzeba było postarać się o odpowiednią dla niego ochronę. I wreszcie — ceny rynkowe ulegały wahaniom na skalę dziś już zupełnie nie zna­ ną. Zdarzało się, że kupiec po w ielu trudach i wysiłkach dowoził tow ar do celu, aby się dowiedzieć, że jest on tam tańszy niż w miej»

108 «

scowości, z której przybył. Tak więc wzboga­ cenie się n a handlu nie wyglądało zbyt pro­ sto. Ponadto skąd brano kapitał zakładowy? W jaki sposób wielcy kupcy X II i XIII wieku doszli do swych majątków, kiedy ich przod­ kowie — chłopi, rzemieślnicy — nie mieli od­ powiednich kapitałów obrotowych? W jaki sposób wreszcie potrafili wyzwolić się spod suprem acji panów feudalnych, jedynych peł­ noprawnych obywateli św iata feudalnego jeszcze w X i XI wieku? Wszystkie te pro­ blemy przez długi czas ciekawiły i poruszały historyków, którzy wysuwali mnóstwo roz­ maitych tez, aby wyjaśnić to trudne zagad­ nienie. Obecnie można by powiedzieć, że spór o genezę wielkiego mieszczaństwa średnio­ wiecznego związany jest ze sporem mię­ dzy świętym Godrykiem, patronem kupców, a lichwiarzem XII wieku — Werimboldem z miasta Cambrai. Co to znaczy? » 109 «

Po prostu te dwie postacie zostały przez uczonych wzięte jako symbole pewnych grup społecznych i zawodowych. I jedna, i druga wzbogaciły się, lecz każda w inny sposób. Część uczonych stoi na stanowisku, że typem przeważającym w średniowieczu był bogacą­ cy się mieszczanin typu Godryka, część — że typu Werimbolda, a część — że oba te typy są charakterystyczne i mieszczaństwo wywo­ dzi się od jednego i drugiego. Na czym wzbogacili się obaj wzmianko­ wani? Sw. Godryk, według starych przekazów, przechadzał się brzegiem morza i zupełnie przypadkowo znalazł wyrzucony przez fale morskie skarb. Chcąc obdzielić nim jak n aj­ większą rzeszę biedaków, zaczął go pomnażać używając do operacji handlowych i wyciąga­ jąc z nich tzw. iustum precium — godziwy zysk. W ten sposób doszedł do m ajątku, któ­ ry zresztą miał rozdać biedakom. Zwolennicy Godryka stają na stanowisku, że mieszczań­ stwo bogaciło się od razu na handlu, że wiel» UO «

kie fortuny powstawały przypadkowo dzięki szczęściu, że wreszcie pierwsze operacje han­ dlowe mogły być związane z organizacją kościelną, co tłumaczyłoby wyemancypowa­ nie się spod wpływów feudałów świeckich. Inaczej doszedł do m ajątku Werimbold. Mianowicie pochodził on ze zubożałej szla­ chty i ratując się przed nędzą rozpoczął pod­ w ójną działalność: pożyczanie na wysoki pro­ cent i spekulację dobram i ziemskimi. To drugie stało się możliwe, gdyż w związku z rozwojem m iast rosła wartość ziemi na te­ renach podmiejskich, przy szlakach handlo­ wych itp., a w związku z rozwojem kultury rolnej zwiększała się różnica wartości ziemi upraw ianej i nie upraw ianej, czy też upra­ wianej słabo a upraw ianej intensywnie. Do­ piero później, kiedy Werimbold już zebrał m ajątek, mógł go szybciej pomnażać w kłada­ jąc częściowo w operacje handlowe. Tak więc zwolennicy W erimbolda stoją na stanowisku, że wielkie, bogate mieszczań­ stwo wywodziło się z klasy feudałów, że do » 111 «

pierwotnego swego m ajątku doszło za pomo­ cą lichwy i spekulacji, a dopiero następnie zajęło się handlem. Teza ta jednak tylko po­ zornie jest bardziej przekonywająca. Bowiem aby można było skutecznie zająć się speku­ lacją, jak to było wyżej powiedziane, musi istnieć już handel oparty na wytwórczości przemysłowej i podziale pracy, podobnie zresztą jak i lichwa pieniężna może być sto­ sowana w momencie, kiedy już można coś kupić za pożyczone pieniądze. A więc długa i ciekawa dyskusja uczonych n a tem at genezy bogactwa i znaczenia miesz­ czaństwa w wiekach średnich zbliża się do końca z prawdopodobnym wynikiem, że po pierw otnym podziale pracy, po rozwoju drob­ nego, lokalnego handlu, we wzroście fortun mieszczańsKich brały udział i czynniki wy­ korzystyw ane przez Godryka, i przez Werimbolda. Spraw a zresztą przesądzona jeszcze nie jest. Dlatego też, między innymi, przy oma­ wianiu rozwoju i formy hanzeatyckiej potęgi » 112 «

handlowej zatrzym ajm y się na okresie lepiej zbadanym, w którym mieszczaństwo Hanzy osiąga największy swój rozkwit: na wieku XIV—XV. Uprzedzając nieco następny roz­ dział wypada tu stwierdzić, że byłoby rzeczą niesłuszną pisać dalej po prostu o „miesz­ czaństwie“ hanzeatyckim. Chodzi tu tylko przecież o wąską grupę społeczną spraw ują­ cą władzę w mieście, rekrutującą się głównie z wielkich kupców, wielkich lichwiarzy i po­ siadaczy miejskich gruntów. Ta grupa spo­ łeczna, słusznie czy niesłusznie, nazywana byw a przez historyków patrycjatem m iej­ skim i ze względu n a prostotę term inu tak będzie nazywana w niniejszej książeczce. Otóż niewątpliw ie ilość patrycjuszy była bardzo m ała w porównaniu do ogólnej liczby mieszkańców danego miasta. Można spróbo­ wać ustalić, że ilość rodzin patrycjuszowskich, a więc uprzywilejowanych, rządzących miastem, stanowiła od Vioo do V400 wszyst­ kich rodzin mieszkających w mieście. K ariera takiego patrycjusza przebiegała 8 H an za

»

113

«

z zasady w podobny sposób: za młodu prak­ tykował w przedsiębiorstwie swojej rodziny lub bywał wysyłany za granicę dla poznania ludzi, obyczajów, dla nauki. Żenił się po po­ wrocie do kraju, a małżeństwo to traktow ane bywało jako interes lub jako posunięcie po­ lityczne. Pierwszym ważniejszym urzędem, jaki pełnił, był urząd ławnika — sędziego są­ du miejskiego. Już jako ławnik zajmował się w ielką polityką miasta, bywał wysyłany w różnych poselstwach, brał udział w pra­ cach różnych „komisji“ gospodarczych i poli­ tycznych, wreszcie działał w różnych brac­ twach i związkach kupieckich. Drugim szczeblem w karierze politycznej był urząd rajcy miejskiego, n a którym nasz patrycjusz mógł w pełni rozwinąć swoje dy­ plom atyczne i polityczne, a nierzadko naw et i m ilitarne talenty, kierując w ypraw ą wojen­ ną floty swojego miasta. Wreszcie, jeżeli swo­ ją działalnością, swoim m ajątkiem zdobył sobie posłuch i zaufanie, mógł być w ybrany na jednego z burmistrzów, zdobywając sobie » 114 «

w ten sposób najwyższą władzę na terenie miasta. Trzeba zresztą powiedzieć, że stanowisko burm istrza czy naw et rajcy m iasta hanzeatyckiego było stanowiskiem znacznie prze­ wyższającym urzędy zastrzeżone tylko dla szlachty. Nic dziwnego. P atry cjat średnio­ wieczny doskonale mieścił się w strukturze feudalnej społeczeństwa i tylko w niej mógł się rozwijać. Poza przynależnością stanową, k tóra też mogła być w ielokrotnie zmieniana, niewiele cech różniło patrycjusza od szlachcica czy innego pana feudalnego. Patrycjusz przeważ­ nie, szczególnie od XV wieku, posiadał roz­ ległe dobra ziemskie tak w mieście, jak i na wsi. Posiadał poddanych chłopów, którzy na niego pracowali. Posiadał władzę polityczną opartą na przyw ilejach rodowych. Tyle tyl­ ko, że często zajmował się ponadto handlem czy lichwą, ale przecież na przykład i szla­ chta polska zajmowała się masowo handlem zbożowym. Z patrycjuszowskich rodzin re» 11§ «

W k a n to r z e k u p i e c k i m

krutow ało się w niemałym stopniu wysokie duchowieństwo, wiele rodów zostało nobili­ towanych, przeszło do stanu szlacheckiego. Aby opisać, jak wyglądało codzienne życie patrycjusza hanzeatyckiego, weźmy dla przy­ kładu zwykły dzień pracy lubeczanina, np. jednego z Warendorpów, na początku XV wieku. Zacząć trzeba od jego działalności handlow ej. Handel bowiem w XIV i XV wie­ ku dawał największe ilościowo zyski, a do­ piero dysponując już dużym m ajątkiem bo­ gate mieszczaństwo lokowało kapitały w zie­ mi czy też częściowo wkładało w obroty lichwiarskie. Dzień Klausa W arendorpa rozpoczynał się wcześnie. Po krótkiej modlitwie na poran­ nym nabożeństwie w kaplicy św. Jerzego — patrona kupców-rycerzy — strojny w kosz­ towne futro i zagraniczne sukna, udawał się do kantoru, gdzie już czekali na niego współpracownicy, czeladź i interesanci. Warendorp prowadził bardzo rozległe interesy handlowe. Ale główne jego zainteresowania » 117 «

skupiały się na handlu flandryjskim , holen­ derskim i angielskim. Był on bowiem wiel­ kim hurtow nikiem sukna, w zamian za ten tow ar wywożąc z Bałtyku śledzie i drzewo. Uważany był przez współczesnych za bardzo ruchliwego kupca, ale mimo tej nazwy poza wyjątkowym i wypadkami rzadko ruszał się z Lubeki. Po Bałtyku i Morzu Północnym pływały okręty wiozące tylko jego towary. Zresztą, podobnie jak i u innych kupców, okręty te były tylko częściowo własnością Warendorpa. Hanzeaci mianowicie nie chcieli ryzyko­ wać samodzielnie w niepewne inwestycje, w statki często niszczone i zatapiane. Dlate­ go też zorganizowali rodzaj spółek okręto­ wych. Każdy członek związku kupow ał część okrętu — V 2 , V 3 , */4 czy naw et '/ s lub Vs. W ten sposób okręt pływający pod komendą w ytraw nego szypra, który najczęściej ró­ wnież miał w nim swój udział, był własnością wielu kupców, wielu udziałowców. W w y­ padku zatonięcia ponosili oni tym samym » 118 «

m niejsze straty. W arendorp' posiadał udziały w wielu okrętach. Teraz odczytywał uważnie raport szypra wiodącego swój holk z Rewia do Skanii. Jednocześnie inne okręty, stanowiące częścio­ wo jego własność, płynęły z liczną flotą do zachodniej Francji, dwa stały w portach an­ gielskich, po jednym znajdowało się w Gryfii, Gdańsku, Kopenhadze. O czterech pozosta­ łych chwilowo W arendorp nie posiadał wia­ domości. P rzykry moment nastąpił w chwilę pó­ źniej, gdy kupiec zaczął czytać sprawozdanie o statku, który burza w yrzuciła na brzeg nie­ daleko Kołobrzega razem z transportem oli­ wy, sukna flandryjskiego i francuskiego wina. S traty były dość znaczne: po pierwsze, stra ta statku czy też jego części, gdyż m iej­ scowa ludność rozebrała go n a drzewo. Po drugie, trzeba było zapłacić tzw. brzegowe za wydanie towaru, i wreszcie, po trzecie — ponoć wino się rozlało, bo popękały beczułki. Chyba słusznie zresztą przypuszczał W aren» 119 «

dorp, że popękały przy w ydatnej pomocy samych m ajtków czy też miejscowej lud­ ności. Należało działać natychmiast. Własnoręcz­ nie pisze więc W arendorp list do kupca ko­ łobrzeskiego, z którym łączą go interesy handlowe. Niech wykupi ten towar, który ocalał, i prześle go do Gdańska lub sprzeda na miejscu. W zamian za to W arendorp załatwi za niego transakcję na terenie łowisk śledzio­ wych w Skanii. W takim załatwieniu spraw y nie było nic dziwnego. Może nie w tym stopniu, co na południu, we Włoszech, ale obroty bezgo­ tówkowe rozwijały się i na terenach hanzeatyckich. Zamiast jechać z gotówką po zakup tow aru czy nie prościej było napisać zlecenie do zaprzyjaźnionego kupca lub wspólnika, który będąc na miejscu mógł kupić żądane rzeczy? Potem oddawało mu się dług w ana­ logiczny sposób. Takie listy, polecające do­ konać taką a taką transakcję czy też upo­ ważniające kogoś do podjęcia żądanej sumy, » 120 «

'

iSt& L,

G d a ń sk w X V I w ie k u

były pierwszymi, najbardziej prym ityw nym i formami weksla. W okresie działalności Klausa W arendorpa używano już i wyższych form, bardziej roz­ winiętych i doskonalszych. Mianowicie po­ jawiało się już zobowiązanie płatnicze, które ktoś potrzebujący gotówki czy tow aru pu­ szczał w świat. Niezależnie od tego, kto był w owej chwili posiadaczem takiego weksla, » 121 «

dłużnik musiał mu według ustalonych wa­ runków dług spłacić. Wysoki procent od pożyczki form alnie był zabroniony. Ale bogate mieszczaństwo potra­ fiło tak zorganizować obroty bezgotówkowe, by osiągnąć czasem i kilkadziesiąt procent zysku. Na przykład człowiek pożyczający pieniądze zobowiązywał się, że spłaci je w to­ w arze w określonym miejscu i czasie. W ten sposób ukryto wysoki procent zysku. Wie­ rzyciel musiał przecież pokryć koszty trans­ portu tow aru do miejsca przeznaczenia. Po­ nadto term in, w którym m iał spłacić dług, przeważnie byw ał dla niego niepomyślny. Np. musiał zbożem na przednówku spłacać dług zaciągnięty na jesieni, gdy ziarna było pod dostatkiem i po niskiej cenie. Czasami pożyczający ciągnął zysk poprzez zw rot długu w innej walucie i na innym te ­ renie. U m iejętnie wykorzystywano tu różni­ ce kursu najprzeróżniejszych monet, jakie były w obiegu w dziedzinach hanzeatyckich. W ielokrotnie na przykład zm ieniała się w ar­ » 122 «

tość grzywny srebrnej bitej w Prusach w sto­ sunku do grzywny inflanckiej czy lubeckiej, do złotych monet węgierskich czy nadreńskich, do funtów angielskich czy flamandz­ kich. Mało tego, relacje między monetami nie zawsze były takie same w różnych mia­ stach. Na przykład w Elblągu można było lepiej wymienić guldeny holenderskie niż w Lubece. Oczywiście znakomicie ułatwiało to spekulację bazującą na zmianach kursu monety. W racając zaś do spraw y ukrytego pro­ centu, można było również zaw ierając przed ławą m iejską umowę z dłużnikiem, n atural­ nie za jego zgodą, podać sumę większą, niż została w istocie pożyczona. W ten sposób obrotny lichwiarz dla potomnych mógł wy­ glądać na bogobojnego męża zajmującego się filantropią, a w rzeczywistości pobierał i po 20% zysku. Mówimy — dla potomnych, bo dla współczesnych spraw a była oczywiście jasna. ‘Bardzo często spotykaną formą zysku był » 123 «

rabunek, nie w dosłownym jednak tego sło­ wa znaczeniu. Wyglądało to tak: wierzyciel zgadzał się pożyczyć dłużnikowi pew ną sumę, ale albo n a nierealnie krótki term in spłaty z wysokim procentem, albo naw et bez okre­ ślonego procentu, ale i bez podania term inu. Zdawać by się mogło, że pożyczka pewnej sumy pieniędzy nie na procent i bez term inu spłaty jest największym dobrodziejstwem i w ogóle wyjątkowym zrządzeniem losu. Należy pamiętać jednak, że wierzyciel mógł w dowolnym term inie — po paru tygodniach — zażądać od dłużnika natychmiastowego zw rotu pod groźbą konfiskaty ruchomego i nieruchomego mienia. Lichwiarz dobrze znał stosunki majątkowe tych, którym pożyczał, i uderzał nieomylnie w momencie dla dłużnika najm niej wygod­ nym. Spraw a szła przed sąd ławniczy, dłuż­ nik nie mogąc spłacić całej sumy oddawał m ajątek n a licytację, oczywiście dostawał za niego pół ceny, bo wierzyciel miał w umowie zagwarantowane, że „dłużnik odpowiada »

124

«

wszystkimi swoimi ruchomymi i nierucho­ m ym i dobrami, którym i spłaca na pierwszym miejscu tego a tego wierzyciela...“ Ulubioną formą ściągania zysku były także pożyczki pod zastaw. Zastawy oczywiście by­ wały różne. Jeżeli komuś zależało rzeczywi­ ście tylko na zabezpieczeniu się przed stratą, przyjm ował jako zastaw kosztowności, biżu­ terię, ubrania. Ale przeważnie znowu cho­ dziło tu o ukrytą formę zysku. I dlatego żą­ dano zastawu, który by nie tylko zabezpie­ czał pieniądze pożyczone, ale i przysparzał nowych. Tak więc pożyczano pod zastaw statków, które w czasie trw ania pożyczki by­ ły oczywiście przez wierzyciela używane, pod zastaw koni, warsztatów rzemieślniczych, gospodarstw rolnych, domów czynszowych w mieście, karczem itp. itd. Oczywiście, że zysk z pożyczki bywał w takich wypadkach duży, choć trudny czasem do określenia licz­ bowego. Aby nie zajmować się dalszym wylicza­ niem różnych form operacji pieniężnych, opi­ » 125 «



....... k \ .

W e k s e l s z e s n a s to w ie c z n y

szemy tu pierwszy z brzegu przykład trans­ akcji finansowej. Niejaki Jan Hamer, rodem z Bremy, mieszkający i handlujący w Gańsku, zwrócił się około roku 1460 z prośbą o pożyczkę do Jan a Ferbera, protoplasty jednego z najpotężniejszych rodów gdań­ skich, już wówczas ławnika, w przyszłości » 126 «

rajcy i burm istrza. Ham er stracił dużo pod­ czas w ojny trzynastoletniej, zatonął mu sta­ tek na morzu, a na dodatek ak u rat trafiała się odpowiednia partia dla jego córki, K ata­ rzyny. Oczywiście dziewczyna musiała mieć jakiś posag, bo żaden szanujący się mieszcza­ nin bez tego by się z nią nie ożenił. Chcąc podreperować swoje spraw y handlo­ we, Hamer pożyczył od Ferbera 531 grzywien pruskich, przeznaczając część tej sumy na po­ sag dla K atarzyny. F erber podzielił tę po­ życzkę n a trzy części. 120 grzywien pożyczył pod zastaw czynszu z czterech działek Ham era n a terenie Gdańska. Czynsz ten rocznie wynosił 36 grzywien, które oczywiście w ca­ łości wędrowały do kieszeni wierzyciela. 100 grzywien pożyczył w zamian za ustąpienie mu działki w mieście o wartości około 150 grzywien jako odszkodowanie za ponoszone ryzyko, wreszcie 311 grzywien pod zastaw czynszu wynoszącego 50 grzywien rocznie. N astępnie w ciągu trzech lat, n a które zosta­ ła zaw arta umowa, m iał dostać 371 grzywien » 127 «

srebrem w gotówce. W ten sposób przy wy­ daniu 531 grzywien otrzymywał w ciągu trzech lat 707 grzywien, a więc czysty zysk wynosił 176 grzywien, czyli ponad 33% od wyłożonego kapitału. Być może, że urzędowe stanowisko piasto­ wane przez Ferbera nie pozwalało mu na nadm ierne wyzyskiwanie swego kontrahen­ ta. Byli jednak inni lichwiarze, którzy prze­ prowadzając najrozmaitsze obroty finansowe, spekulacje, i śrubując procenty, otrzym ywali naw et około 70% zysku w skali rocznej. W racajmy jednak do naszego W arendorpa. Rozległość jego interesów wykluczała możli­ wość, by sam mógł się wszystkim zajmować. Mógł tylko kontrolować działalność swych pełnomocników, którzy prowadzili gospodar­ stw a rolne, targowali się z rybakam i w Ska­ nii, kupcami z Nowogrodu czy szlachtą an­ gielską, kierowali statkam i itp., pozostając w różnym stopniu zależności od swego pryncypała. Klaus W arendorp nie musiał wszy­ stkiego robić sam. Część pracy wykonywali » 128 «

za niego wspólnicy, część — podwładna służba, czeladź handlowa, faktorzy, praco­ wnicy najemni, część wreszcie — wielka handlowa organizacja hanzeatycka, której jako patrycjusz lubecki był członkiem. I żeby czytelnika nie znużyć, krótko tylko powiemy o wszystkich tych trzech sposobach ułatw ia­ nia życia wielkim kupcom. Wspólnicy W arendorpa w dużej mierze byli znam ienitymi kupcam i w różnych mia­ stach nadmorskich. W poprzednim rozdziale mówiliśmy już o łańcuszku pośredników, przez który musiały przechodzić tow ary w średniowieczu. Otóż niekiedy spółki, w któ­ rych uczestniczył Warendorp, składały się z kolejnych pośredników przewożących jakiś towar. Kupiec zamieszkały w Rewlu kupo­ w ał od chłopów inflanckich przędzę, z tym że odprzeda ją na pewno Warendorpowi, któ­ ry z kolei sprzedawał ją określonemu kupco­ wi z Amsterdamu. Taka umowa zmniejszała znacznie ryzyko niesprzedania towaru. Częstą formą spółki było oddawanie przez 9 H an za

»

129

«

W arendorpa tow aru w komis. Za sprzedaż lub za dostarczenie na miejsce brał odpo­ wiedzialność nie właściciel towaru, a jego wspólnik. Następnie dzielono się zyskiem według ustalonego procentu. Ta forma spółki podobna była do tzw. kommendy — spółki między właścicielem tow aru i właścicielem statku, przy czym szyper załatw iał też i osta­ teczną transakcję. Kommendy znane były na terenie Włoch przynajm niej od X II wieku. W krajach hanzeatyckich spółki komisowe rozwijały się najpóźniej od połowy wieku XIII. O spółkach okrętowych była mowa już powyżej. W arto jednak wspomnieć tu jeszcze o spół­ kach przedmiotowych, specjalizujących się w handlu jakimś jednym towarem. W aren­ dorp należał do spółki kupców handlujących śledziami skańskimi i do innej spółki, han­ dlującej solą w Baie. Takie spółki, w skład których wchodziło w ielu w ybitnych kupców, nieomal monopolizowały cały handel w swo­ jej branży, dyktując wyśrubowane ceny, w y­ » 130 «

zyskując rybaków skańskich czy bretońskich zbieraczy soli morskiej i utrącając całą kon­ kurencję. Własne przedsiębiorstwo W arendorpa też było niemałe. We wszystkich niemal krajach, z którym i handlował, posiadał swoich fakto­ rów — przedsiębiorców skupujących towar, przeprowadzających transakcje, inform ują­ cych o sytuacji na rynku i dbających o inte­ resy swego pryncypała. Od nich wiodło wiele szczebli hierarchii kupieckiej w dół — po­ przez praktykantów handlowych, czeladź, konwojentów, aż do fornali i tragarzy włącz­ nie, którzy byli przez W arendorpa stale lub dorywczo wynagradzani. W ynagrodzenie ta­ kie jednak różniło się od wynagrodzenia praktykowanego n a przykład w przedsiębior­ stw ie kapitalistycznym , zatrudniającym ro­ botników i pracowników najemnych. U kupca średniowiecznego najem nicy dostawali prze­ ważnie ubranie, wyżywienie, niewielkie stałe kieszonkowe i pewien niewielki procent zy­ sku z obrotów patrona. Ponadto faktorzy czy » 131 «

praktykanci mogli najzupełniej legalnie przy okazji załatw iania transakcji dla przedsię­ biorcy załatwić jakieś własne drobne inte­ resy. Wreszcie znaczną pomoc przy załatwianiu poszczególnych interesów stanowiła ogólna organizacja Związku Hanzeatyckiego. Hanzeatom przysługiwały nie tylko znaczne ulgi i ułatw ienia na wodach Bałtyku, nie tylko wywalczyli sobie przywileje w wielu krajach ościennych ■ — Anglii, Norwegii, Holandii i in­ nych, ale stworzyli całą organizację handlo­ wą, która dawała im znaczne korzyści w po­ równaniu z wszystkimi kupcami niezorganizowanymi. Na przykład Hanza zorganizowała tzw. Fitte — placówki połowu śledzi. Na w y­ dzielonych obszarach Skanii, wyspy Falster, _ Jutlandii organizowano istne „kombinaty śledziowe“. Zbrojni w wywalczone dla siebie przyw ileje królewskie hanzeaci organizowali niemal państwo w państwie. Zarząd Fitte, składający się z przedstawi­ cieli poszczególnych miast hanzeatyckich, » 132 «

K u p ie c h a n d l u j ą c y r y b a m i w B e r g e n . Z le io e j s t r o n y z n a k u ż y w a n y d o c e c h o w a n ia t o w a r u

posiadał upraw nienia sądowe, władzę wyko­ nawczą, kontrolował jakość wysyłanego to­ waru, dysponował łodziami, a naw et posiadał środki do zbrojnego zwalczania konkurencji. Na takiej placówce organizowano połowy śle­ dzi, ich solenie, pakowanie i wreszcie ekspe­ dycję do miejsca przeznaczenia. » 133 «

Drugą ważną ogólnohanzeatycką formą działania był handel poprzez kantory. K an­ tory hanzeatyckie były to wielkie ośrodki handlu, operacji finansowych, wymiany pie­ niędzy i przelewów bezgotówkowych. Dbały one o interesy członków Hanzy w obcych krajach. Z zasady w kantorach skupiała się niemała część życia gospodarczego. W wiekach śred­ nich znane były cztery największe kantor}' hanzeatyckie: w Londynie, w Brugii we Flan­ drii, w norweskim Bergen i w Nowogrodzie Wielkim. Wszystkie one stanowiły bardzo istotny czynnik w gospodarce tych miast, a kantor norweski był naw et dyktatorem ży­ cia gospodarczego kraju, uzależniając od sie­ bie miejscową ludność pod względem ekono­ micznym. Wszystkie kantory posiadały wspaniałe po­ mieszczenia czy naw et całe dzielnice m iej­ skie, jak nowogrodzki czy w Bergen, a inte­ resy przez nie prowadzone, np. w Bruges, m iały bardzo szeroki zasięg terytorialny, »

134

«

sięgały południowej i południowo-wschod­ niej Europy. Opisane tu pokrótce formy nie wyczerpują jeszcze całej działalności Klausa W arendorpa. Chcąc ją w pełni zobrazować, należałoby napisać o jego dobrach ziemskich, chłopach pańszczyźnianych, zarządcach i dzierżawcach dóbr, uzależnionych rzemieślnikach w mie­ ście i n a wsi, adm inistratorach nieruchomo­ ści m iejskich i udziałach w takich zakładach produkcyjnych, jak młyny, karczmy, papier­ nie, stocznie, brow ary i w iele innych. Nie od rzeczy byłoby również opisać skarbiec Warendorpów, w którym rokrocznie pomna­ żane były zapasy klejnotów, złotych i sre­ brnych naczyń, łańcuchów, wspaniałych fu­ te r i szat. Bowiem trzeba tu stwierdzić, że w średniowieczu największy procent zysku z kapitału mieszczańskiego był po prostu tezauryzowany, gromadzony bezużytecznie w skarbach. Dużo się tu pisało o zysku, dużo o wielkich obrotach. A jak to wyglądało naprawdę? Czy » 135 «

rzeczywiście dzisiaj możemy ocenić obroty towarowo-pieniężne w średniowieczu jako wielkie? Jesteśm y w tym szczęśliwym położeniu, że dzięki zachowaniu się piętnastowiecznych ksiąg celnych możemy na to pytanie odpo­ wiedzieć. W końcu XV wieku do Gdańska zawijało przeszło 1 200 statków rocznie o łącznej wyporności około 100 000 łasztów, czyli około 250 000 ton. Lubeka i Hamburg miały obroty nie mniejsze, a Lubeka na przełomie XIV i XV wieku — zapewne więk­ sze. Wywożone i przywożone tow ary można w drugiej połowie XV w. ocenić na ponad 250 000 grzywien pruskich rocznie. Sama ta liczba niewiele mówi. Posłużmy się tu więc paru danym i porównawczymi. Wielki kupiec i finansista gdański z tego okresu, Otto Angermünde, um ierając zosta­ w ił m ajątek wartości 30 000 grzywien p ru ­ skich. Mógłby za to kupić w roku spisywa­ nia testam entu 7 500 ton żyta albo 500 m iar najlepszego sukna flandryjskiego, albo 30 » 136 «

statków — holków, każdy ponad 250 ton wy­ porności, albo 15 000 ton śledzi,. Gdyby chciał kupować ziemię, mógłby na urodzajnych Żu­ ławach kupić około 500 ha gruntu. M ajątek Angermündego nie należał do największych. Inni gdańszczanie czy lubeczanie mieli nie­ kiedy jeszcze większe możliwości. Gdy weźmiemy pod uwagę prym ityw ne środki techniczne, trudności komunikacyjne, wąskość rynku feudalnego, należy stw ier­ dzić, że podane wyżej liczby świadczą o du­ żych możliwościach kapitału mieszczańskiego Hanzy w wiekach średnich. W arendorp kończył swój dzień pracy. Je­ szcze wydał ostatnie dyspozycje skrybom w swym kantorze, narzucił na ramiona delię na futrze sobolim, sprowadzoną niedawno z Nowogrodu, poprawił funtowy złoty łań­ cuch, świadczący o zamożności i znaczeniu, i w racał do domu. Miał swój dwór niedaleko wybrzeża Trawę. Szedł skrótem przecinając dzielnicę rzemieślniczą, zabudowaną w du­ żym stopniu drewnianym i domostwami, tan­ » 137 «

detnym i kram am i i budami. Jego własny dom był murowany, o pięknie zdobionym w kam ieniu szczycie i portalu. W ewnątrz mieściła się sala przyjęć, biblioteka, i to bo­ gata, zaw ierająca kilkanaście rękopisów, sala jadalna, sypialnie, pomieszczenia dla służby, magazyny. Dziś m iał przyjąć przybyłych do m iasta dwóch rycerzy, swoich dalekich powinowa­ tych. M ijając licznych żebraków dopominają­ cych się o jałmużnę, przypominał sobie, czy w ydał odpowiednie zarządzenia. Przecież oprócz owoców, cukrów i ciast musiało się pojawić na stole przynajm niej 7 dań (miał do tego jako rajca prawo), i to wymyślnych. Między innym i pawie duszone w winie francuskim i potraw ka z jelenia n a najlep­ szym ham burskim piwie. W arendorpowi po­ praw ił się jeszcze humor, gdy przypomniał sobie, że przyjdzie trzech muzykantów, aby grą na fletach i lutni umilać czas biesiady. Dzień tak pracowicie spędzony miał się za­ tem i przyjem nie zakończyć.

V

HANZA KUPCÓW CZY H A N Z A R Z E M I E Ś L N I K Ó W

Wieści o nałożeniu przez radę miejską nowego podatku przepełniły miarę. 18 czer­ wca 1416 roku już od wczesnych godzin po­ rannych gotowało się na Rybnym Targu i Lastadii w Gdańsku. Rzemieślnicy zamy­ kali warsztaty, kupcy — swoje kram y, i zbie­ rając się w większe i mniejsze gromadki gar­ dłowali, ile wlezie. Samowola nielicznej gru­ py, z której rekrutow ała się rada miejska, staw ała się nie do zniesienia. Szczególnie rozjątrzeni byli członkowie wielkich i bogatych cechów: brow am icy, rzeźnicy, piekarze. Niekiedy ci potentaci finan­ sowi, kierownicy wielkich przedsiębiorstw handlowo-produkcyjnych posiadający oby­ w atelstwo miejskie — czym znowu tak wielu » 139 «

mieszkańców Gdańska nie mogło się poszczy­ cić — nie mieli nic do powiedzenia w kiero­ w aniu polityką. Mało tego. Bogaci kupcy, rentierzy, jed­ nym słowem patrycjuszowska rada miejska miała prawo (z którego nieraz korzystała) ingerować w w ewnętrzne spraw y cechu, a naw et mogła go rozwiązać. Nie tylko we wszelkich sporach między kupcem a m aj­ strem rzemieślniczym rzemieślnik bywał często stroną pokrzywdzoną przez ławę m iej­ ską. ale zdarzały się nawet wypadki obrony „partacza“ — nie zrzeszonego w cechu rze­ mieślnika pracującego dla jakiegoś bogatego patrycjusza. Średni i drobni kupcy, a także hurtow nicy nie należący do rady miejskiej, również byli niezadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Zdawałoby się, że mieli wszystkie dane ku temu, by podobnie jak patryc jusze czerpać niemałe zyski z intratnych urzędów m iej­ skich — a tu nic z tego. Zawistne wielkie rody nie dopuszczały nikogo do udziału w » 140 »

zyskach, chyba że już ktoś się ponad miarę wzbogacił. Wszystkich poza tym drażniła prokrzyżacka polityka obecnej rady uformo­ wanej po tragicznych wydarzeniach 1411 ro­ ku, kiedy to stronnicy Polski zostali pod­ stępnie zamordowani. Zakon krzyżacki był ciężkim zwierzchni­ kiem dla swych poddanych, a na dodatek utrudniał kontakty z Polską — ważnym za­ pleczem gospodarczym dla większości kupiectwa gdańskiego. Ponadto Krzyżacy sami prowadzili konkurencyjny wielki handel. I majstrowie, i kupcy mogli liczyć natomiast na chętnych słuchaczy spośród plebsu m iej­ skiego: czeladników, ubogich wyrobników, rozmaitych ludzi luźnych i w ogóle całą bie­ dotę. Nie miała ona najm niejszych podstaw, by być zadowoloną z istniejącego stanu rze­ czy. Opisywane tu wypadki gdańskie z 1416 r. nie zakończyły się tylko na głośnym w yra­ żaniu swego niezadowolenia. Kiedy wokół przedsiębiorczego brow arnika Jana Lupiego »

141

«

D w ó r A r tu s a to G d a ń s k u

zebrała się większa gromada podnieconych ludzi, ten rzucił hasło: „Rozprawić się ze znienawidzoną radą — idziemy na ratusz!“ Poparty bardzo żywo*przez swego kompana Konrada Bella, zachęcił on tak dobrze swych słuchaczy, że uzbroiwszy się, jak kto mógł, ruszyli zdobywać władzę w mieście. Do po­ chodu dołączali się coraz to nowi niezadowo­ leni, tak że pod ratuszem pachołkowie i straż m iejska naw et nie próbowali stawiać rebe» 142 «

liantom oporu. Uprzedzeni rajcy i ławnicy zdążyli zbiec, powstańcy mogli wywrzeć swą wściekłość jedynie na m artw ych przedmio­ tach. Rzeczywiście ratusz został zdemolowany, po czym powstańcy rozdzielili się: część po­ szła zdobywać domy szczególnie 'znienawi­ dzonych rajców, część zaś ruszyła na mennicę zakonu krzyżackiego. Niecierpiany burmistrz, zausznik Krzyżaków — Gerd von der Beke, zdążył umknąć przed zniszczeniem swego domu do zamku krzyżackiego, podobnie jak i drugi członek rady miejskiej, poszukiwany przez powstańców — ławnik Łukasz Mekelfelt. Spotkali się tam zresztą z przebyw ają­ cym podówczas w Gdańsku wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego, Michałem Küchmeistrem . Wielki mistrz, rozsierdzony wieściami z miasta, wolał wraz z najbliższym orsza­ kiem chyłkiem opuścić zamek, pocieszając jedynie przedtem strapionego burm istrza, że za każde pióro wysypane przez okna jego » 143 «

zdemolowanego domu każe miastu zapłacić po szylingu od głowy. Nim nadeszła noc, sytuacja była już w y­ jaśniona. Powstańcy opanowali całe miasto, obsadzili bram y swoimi ludźmi i rozpoczęli obrady nad reform ą ustroju i rządów miasta. I tutaj od razu nastręczyły się trudności. Każda z grup społecznych biorących udział w rewolcie chciała czego innego, inaczej chciała zabezpieczyć w przyszłych rządach swoje interesy. Bogatsi kupcy na dobrą spra­ wę pragnęli tylko zmian personalnych, m aj­ strowie cechowi — posiadania głosu w rzą­ dach miastem i rozciągnięcia na siebie pew­ nych przywilejów, biedota natomiast, nie mając sprecyzowanego programu politycz­ nego, pragnęła zupełnej zmiany systemu rzą­ dzenia i stru k tu ry politycznej miasta. Tarcia w obozie powstańczym były tak duże, że nie udało się naw et zorganizować nowych władz miejskich. Tymczasem stara rada patrycjuszowska nie zasypiała gruszek w popiele. Miała za » 144 «

sobą potęgę zakonu, zaniepokojonego antykrzyżackim ostrzem rewolty, i sym patię sta­ nów pruskich, nastrojonych konserwatywnie i niechętnych wszelkim próbom zmian ustro­ jowych. W tych w arunkach — zewnętrznych i w ew nętrznych — trudno było marzyć o zor­ ganizowaniu obrony nowego porządku. Nowi przywódcy Gdańska musieli się zgodzić na sąd stanów pruskich, a więc szlachty, ściśle związanej z patrycjatem , i miast, tradycyjnie rządzonych przez nieliczną najbogatszą gru­ pę mieszkańców. W Gniewie, gdzie odbył się zjazd stanów, ludność Gdańska została oskarżona przez burm istrza von d er Beke i ławnika Mekelfelta. Przedstawiciele ludności Gdańska zgo­ dzili się n a ukaranie sprawców rewolty przez „legalną“ radę miejską i wielkiego mi­ strza. Rozpoczęły się krwawe prześladowa­ nia zwolenników nowego porządku, z któ­ rych kilkunastu zostało ściętych na Długim Rynku. Jan Lupi i K onrad Bell uniknęli śmierci uciekając potajemnie z Gdańska. 10 H a n z a

» 145 «

Kilkadziesiąt rodzin skazano na banicję, wielki m istrz dotrzym ując zapowiedzi nało­ żył znaczną kontrybucję na ludność. Nie pierwszy i nie ostatni raz pospólstwo gdańskie występowało do walki o zdobycie praw politycznych. Znane są analogiczne do opisanego tu taj rozruchy około roku 1360, w roku 1378 i później, w 1456, w okresie wielkiego pow stania M arcina Kogge. Co waż­ niejsze — Gdańsk nie był bynajm niej odo­ sobniony w swej walce z patrycjatem . Na początku XV wieku opozycja mieszczańska przeciw patrycjuszom występowała zbrojnie w Roztoce, Wismarze, Szczecinie i — może w stopniu największym — w głównym mieś­ cie hanzeatyckim — Lubece. Zwycięskie wojny toczone przez to miasto w drugiej połowie XIV i na początku XV wieku były przecież bardzo kosztowne. Nie kontrolowana rada m iejska prowadziła dość ryzykowną i rozrzutną gospodarkę finansami miasta, tak że w 1403 roku znalazła się w obliczu bardzo poważnych trudności. Trze­ * 146 «

ba było znaleźć fundusze na spłatę poważ­ nych i pilnych długów miejskich. Członko­ wie rady patrycjuszowskiej wysunęli bardzo prosty w realizacji projekt, zresztą nie orygi­ nalny, a stosowany przez wszystkie rządy w obliczu trudności gospodarczych. Chodziło o nałożenie nowych podatków — tym razem od artykułów spożywczych. Ani patrycjatu, ani bogatego kupiectw a żyjącego z dalekiego handlu suknem podatek ten nie uderzał zbyt boleśnie po kieszeni. Nawet część rzemiosł związanych z pośred­ nictwem handlowym, jak okrętownicy czy postrzygacze, nie odczuła tego specjalnie moc­ no. Natomiast liczne rzesze ludności ubogiej, całe rzemiosło produkujące na potrzeby m iej­ scowe, drobni kupcy — jednym słowem, znaczna większość mieszkańców Lubeki od­ czuła bardzo silnie te nowe propozycje „uzdrowienia“ sytuacji gospodarczej. Uwi­ kłanie się m iasta w wojnę z Pomorzem i kil­ koma rodami możnowładczymi utrudniło radzie miejskiej sytuację. » 147 «

M is tr z r z e m i e ś l n i c z y i c h ło p

Chcąc uzyskać potrzebne fundusze, przy­ wódca patrycjatu lubeckiego burm istrz Jo r­ dan Piesków zdecydował odwołać się do ce­ chów rzemieślniczych i kupców nie zasia­ dających w radzie. Okazało się jednak, że » 148 «

niezadowolenie z rządów patrycjatu posu­ nęło się tak dalece, że pospólstwa nie zado­ woliło jednorazowe odwołanie się do jego pomocy. Delegaci m ajętnych obywateli zawiązali „komisję sześćdziesięciu“. Poprowadziła ona nie tylko rozmowy z rajcam i i ławnikami, ale zaczęła domagać się kontroli (rzecz nie­ bywała) nad działalnością urzędników miej­ skich. W w yniku tych poczynań nastroje opozycyjne w Lubece wzmagają się do tego stopnia, że komisja sześćdziesięciu uzyskuje dostęp do ksiąg miejskich, rachunków, ko­ respondencji itp. I wyobraźmy sobie oburzenie opinii pu­ blicznej, kiedy się okazało, że w ielkie sumy zostały roztrwonione niepotrzebnie, że mia­ sto poniosło duże straty dzięki nieudolności urzędników rady, że wreszcie — rzecz naj­ gorsza — w ykryto poważne nadużycia ze strony rajców i ławników. Komisja sześć­ dziesięciu podała nadto do publicznej wiado­ mości, że kłopoty .finansowe m iasta powstały » 149 «

między innym i w związku z wyjątkowo nie­ udolnie prowadzoną polityką zagraniczną, z u tra tą autorytetu Lubeki wśród m iast i państw ościennych i w ogóle w związku z lekceważeniem spraw wielkiego handlu, którem u przecież miasto zawdzięczało swoją pomyślność. Po długich pertraktacjach i sporach rada m iejska uznała częściowo słuszność staw ia­ nych zarzutów. Spowodowało to duży wzrost popularności komisji sześćdziesięciu wśród plebsu miejskiego, szczególnie po zniesieniu niektórych opłat konsumpcyjnych. Wówczas opozycja mieszczańska uderzyła znowu na stanowisko patrycjatu. Tym razem po zacię­ tych sporach przeforsowano taką nowość, że do wszystkich urzędów przydzielono po dwóch w ybranych obywateli miejskich jako asesorów. Samowładcza rada patrycjuszowska otrzy­ m ała bardzo mocny cios. Nie dość na tym. Obywatele powołują z kolei nowe organy władzy, które już tylko powinny były oma­ » 150 «

wiać ze starą radą treść swoich postanowień. W roku 1407 stara rada próbuje kosztem roz­ szerzenia swego składu o kilku opozycjoni­ stów zlikwidować niedogodne dla siebie nowe instytucje. Nastroje mieszczaństwa lubeckiego były jednak takie, że projekty te zo­ stały przez ich delegatów zduszone w za­ rodku. Wreszcie w roku 1408 stara rada decyduje się zerwać ze zrewoltowaną opozycją. Praw ie wszyscy członkowie rady należący do eksklu­ zywnego patrycjuszowskiego „bractw a cyr­ k la“ (nazwanego tak od noszonego emble­ matu) z czterema burm istrzam i n a czele opuszczają miasto udając się — jak byśmy dzisiaj powiedzieli — n a emigrację szukać pomocy u obcych. Władzę w mieście w pełni przejm uje zgromadzenie sześćdziesięciu, któ­ re decyduje się na zamach stanu. Organizuje w ybory nowej rady. Nowe postanowienia i tryb powoływania rajców uw zględniają po­ stulaty bogatego pospólstwa — bogatych rzemieślników i świeżo wzbogacpnych kup­ » 151 «

ców, nie dopuszczanych dotąd przez p atry ­ cjat do rządów. Do rewolty w 1408 r. urząd rajcy był urzę­ dem dożywotnim. W razie śm ierci jednego członka rady jego następca bywał kooptowany przez radę. Oczywiście dokooptowywano członków ciągle z tych samych rodów patrycjuszowskich, należących do „bractw a cyrkla1!. Obecnie rajcy mieli być w ybierani w skomplikowany sposób, przez w ybranych powszechnie elektorów, i tylko na jeden rok. Poprzednio rajca musiał posiadać wolną nie­ ruchomość w mieście, obecnie wystarczało, jeżeli należał — będąc obywatelem m iasta — do kupców, rzemieślników lub rentierów. Kierownicy nowej polityki m iasta rekru­ towali się rzeczywiście z tych trzech grup, reprezentując zresztą szeroki wachlarz po­ glądów politycznych. Tak na przykład, bo­ gaty kom binator i finansista Tidemann Steen reprezentow ał poglądy zbliżone do poglądów wodza reakcji patrycjuszow skiej, Jordana Pieskowa. Interesy kupiectwa handlującego »

152 «

R a d a m ie js k a w A ugsburgu

' issu , L

z krajam i zamorskimi reprezentow ał D etm ar von Thunen, należący do tej korporacji, któ­ ra zrzeszała handlujących z norweskim Ber­ gen. Podobne stanowiska zajmowali pozostali kupcy — Krull, Hervord i inni. Do nowej rady wchodzili jednak i przed­ » 153 «

stawiciele rzemiosła: Herman Pahling — b u r­ m istrz nowej rady, bogaty złotnik, Jan von Lantze — rzeźnik, A lbert M itveld — wy­ twórca różańców, podobnie jak i H ertich Redder. Do najbardziej radykalnego skrzy­ dła należeli niewątpliw ie Jan Plotę i H enryk Bloyenbom — bursztyniarze, którzy zajm u­ jąc się polityką zagraniczną organizowali analogiczne do lubeckich przew roty w Roz­ toce i Wismarze — z dużym zresztą powo­ dzeniem. Trzeba tu bowiem powiedzieć, że rady m iejskie niem al wszystkich m iast hanzeatyckich, oczywiście rady patrycjuszowskie, jak najusilniej starały się popierać dążenia Pieskowa do odzyskania władzy. Popierają go również wielcy feudałowie: książę Al­ brecht meklemburski, biskup Lubeki i inni stojący na straży niezmienności przywilejów stanowych. S tarą radę przeciw rebeliantom popiera naw et najzagorzalszy w róg Lubeki i jej starej i nowej polityki — król Danii, Szwecji i Norwegii, Eryk XIII. » 154 «

Trzeba zresztą przyznać, że nowa rada nie traciła czasu. Poza zmianami w polityce we­ w nętrznej dokonywała bardzo celnych posu­ nięć i w polityce zagranicznej, zacieśniając związki handlowe swego m iasta z Inflantami, Prusam i, starając się opanować kantor hanzeatycki w Bruges, pozostający dotąd pod wpływem starej rady, i wreszcie prowadząc bardzo zręczną politykę w stosunku do swe­ go dawnego seniora feudalnego — króla nie­ mieckiego. Szczególnie za panowania Zyg­ m unta Luksemburskiego udało się zdobyć jego poparcie dla nowej rady, i to w sposób dość prosty. Za wydane przyw ileje obiecano królowi na soborze w, Konstancji olbrzymią sumę 24 000 guldenów, które zresztą w ca­ łości nie zostały nigdy wypłacone. Zręczna gra dyplom atyczna zapewniła także n eutral­ ność wielu miast Hanzy. Dopiero w 1416 roku następuje zdecydo­ w ana zm iana na niekorzyść nowej rady. Mia­ sta hanzeatyckie zaniepokojone sukcesami rewolty, przestraszone ruchami, jakie nastą­ » 155 «

piły w Greifswaldzie (Gryfii), Wismarze, Roztoce, postanowiły ostrzej wystąpić za przywróceniem starego porządku. Mimo że miały poparcie i króla Eryka, i zmiennego cesarza Zygmunta, i książąt z północnych Niemiec, zapewne by im się to nie udało, gdyby nie wykorzystanie rozbieżności w obo­ zie nowej rady. Rozbieżności te zostały bardzo sprytnie wykorzystane przez Pieskowa i cały stary patrycjat. Oto kiedy wznowiono rokowania, postanowiono zachować dotychczasowe przy­ w ileje patrycjuszowskie, ale starą radę m iej­ ską uzupełnić członkami nowej rady. W obli­ czu rosnącego niebezpieczeństwa zew nętrz­ nego zwolennicy ugody zwyciężyli. Po ośmiu latach w ygnania Jordan Piesków wrócił na odzyskany stolec burmistrzowski, a wjazd swój odbywał w otoczeniu starych i nowych rajców. Czytelnik chyba nie ma wątpliwości, któ­ rzy przywódcy nowej rady znaleźli wspólny język z przedstawicielami miejskich konser»

156 «

Zona

watystów. Finansista Tidemann Steen, który dodatkowo wzbogacił się na spekulacji grun­ tami opuszczonymi w okresie rewolty, nie tylko utrzym ał swoje rajcostwo, ale w naj­ bliższych latach m iał zostać jednym z bur­ mistrzów- Utrzym ali się w radzie KruU, Hervord, Thunen i inni kupcy. Rajcy rzemieślniczy pozostali w dalszym ciągu w opozycji wobec powracających pa» 157 «

trycjuszy. Zorganizowali naw et nowe sprzysiężenie, które miało na celu utrzym ać spo­ łeczne zdobycze rew olty lubeckiej. Sprzysiężenie to zostało jednak w ykryte i stłum ione z całą bezwzględnością. Herman Pahling, by­ ły burm istrz, został w trącony do karceru, po­ dobnie jak i praw ie wszyscy rajcy nowej rady z zawodu rzemieślnicy. P aru z nich zo­ stało przykładnie ściętych na rynku lubeckim, wielu skazano na banicję. Jan Plotę i H enryk Bloyenbom, odpowiedzialni za or­ ganizowanie opozycji w innych miastach hanzeatyckich, uratow ali się dzięki szybkiej ucieczce. Przez długie lata byli oni szczuci wszędzie, gdzie się kolejno chronili, zmu­ szani do opuszczania swych warsztatów, nie­ pewni, czy władze miejskie nie wydadzą ich radzie lubeckiej. K ontrrew olucja trium fow ała w pełni. Na pozór jej jedynym bezpośrednim skutkiem było rozszerzenie starej rady o kilka czy kil­ kanaście bogatych rodów kupieckich. Jak okazały jednak najbliższe lata, przykład Lu­ » 158 «

beki był zaraźliwy. Mimo obostrzonych prze­ pisów praw a miejskiego cała pierwsza poło­ wa wieku XV jest schyłkiem potęgi p atry cjatu opierającego swą władzę na stanowych przyw ilejach feudalnych. Zapalna sytuacja w miastach hanzeatyckich doprowadza między innym i do w ydania w roku 1447 przez zjazd związkowy takiej ustawy: „Jeżeliby rada w jakimś mieście hanzeatyckim została przez obywateli lub miesz­ kańców tego m iasta pozbawiona władzy albo siłą i gwałtem ograniczona w swoich przyw i­ lejach lub uprawnieniach... to delegaci mia­ sta, które w ten sposób zostało pozbawione swojej prawowitej władzy, nie mogą zasia­ dać na zjazdach razem z przedstawicielami innych miast. Należy wówczas napisać do obywateli i mieszkańców tegoż miasta, aby przywrócili swoją radę do rządów, władzy i przywilejów, których ją pozbawili... a je­ żeli tego nie uczynią, wówczas miasto to zo­ stanie usunięte z Hanzy, inne zaś m iasta * 159 «

Hanzy nie będą z jego mieszkańcami utrzy­ m yw ać stosunków... ani nie pozwolą im na pobyt u siebie“. Przez takie ustaw y patrycjat usiłował utrzym ać w mieście swoją dotychczasową pozycję. Dlaczego rew olta w Lubece upadła? Przede wszystkim dlatego, że do zgody doszło kupiectwo stare i nowe, kupiectwo, które w mieście żyjącym z handlu tranzyto­ wego stanowiło najważniejszą i najsilniejszą grupę ludności. Jak w ynika już z rozważań w poprzednich rozdziałach, rzemiosło w miastach hanzeatyckich, przynajm niej do schyłku XV wieku, nie odgrywało zbyt dużej roli. Prawda, Gdańsk specjalizował się w okrętownictwie, Hamburg i Roztoka w piwowarstwie, Kolo­ nia w metalurgii, ale po pierwsze — wszyst­ kie te gałęzie produkcji były w ten czy inny sposób podporządkowane kupcom, po d ru ­ gie — nastawione były nie na rynek we­ w nętrzny, a właśnie na wielki eksport za­ » 160 «

graniczny, który przecież organizowało kupiectwo. Ponadto pamiętać należy, że w dużej mie­ rze dobrobyt plebsu w miastach nadmorskich zależał od powodzenia handlowego. Jako tra ­ garze, m arynarze, konwojenci, służba ku­ piecka — pracowali przecież stale lub do­ rywczo ludzie rekrutujący się z uboższych grup społecznych. Dlatego w momencie kie­ dy władza patrycjatu w ten czy inny sposób ulegała zahamowaniu czy też ograniczeniom, nie występowali oni przeciw zupełnej zmia­ nie system u rządów. W roku 1416 w Lubece plebs dość chętnie widział pow rót m iasta do czynnego życia politycznego i gospodar­ czego w ramach Związku Hanzeatyckiego. W rozdziale niniejszym używamy okre­ śleń: kupiectwo, rzemieślnicy. Ale ten zawo­ dowy podział na dobrą sprawę niewiele nam mówi. Przecież wielki hurtow nik, handlują­ cy zbożem, wysyłający tony żyta na zachód Europy i przez to doprowadzający do głodu również ludność własnego miasta, różnił się 11 H an za

» 161 «

zasadniczo od kram arza, który właśnie na miejscu kupczył norymberszczyzną czy ko­ łaczami zbożowymi. Oczywiście, między tym i dwiema kategoriam i kupców nie tylko nie było żadnych wspólnych interesów, ale wręcz bardzo istotne sprzeczności. Jeden zabierał możność zarobkowania drugiemu, w ykupu­ jąc na przykład i magazynując całe zboże znajdujące się na rynku. „Właścicielami“ m iasta oczywiście byli wielcy kupcy, którzy częstokroć zajmowali się także spekulacją finansową. Oni dzierżyli władzę, kierow ali polityką zagraniczną i we­ w nętrzną, ich interesy nazywały się intere­ sami miasta. Ale nie stanowili oni także jednolitych obozów. W każdym mieście hanzeatyckim w łonie rządzącego patrycjatu i wielkiego kupiectw a występowały różne mniejsze grupy i koterie, nawzajem się zwal­ czające. Szło tu o różne zadrażnienia personalne, o sprzeczności interesów, które dzieliły w ła­ ścicieli gruntów miejskich i właścicieli nie­ » 162 «

ruchomości, hurtow nika drzewa i właściciela statków itp. Dwie lub trzy potężne grupy wielkiego kupiectw a toczyły z sobą zażartą walkę (jednocząc się tylko w w ypadku wspólnego niebezpieczeństwa społecznego) na różnych polach: gospodarczym, w radzie i ławie m iej­ skiej, na terenie bractw religijnych i eksklu­ zywnych organizacji kupieckich, n a forum polityki zagranicznej, a naw et w zakresie uzyskiwania najdogodniejszych koligacji po­ przez małżeństwo. Słynny na przełomie XV i XVI wieku był zajadły spór między dwoma najpotężniejszy­ mi rodami gdańskimi: Ferberam i i Angermündami. Spór ten uzewnętrznił się między innym i w wielce romantycznej historii. Oto Anna H erder, należąca do rodziny Anger­ münde, i M aurycy Ferber (późniejszy znany biskup warmiński) zakochali się w sobie. A nna była jedynaczką, m iała wielki posag, który zresztą chyba nie był o wiele większy od m ajątku Ferbera. Rodzina Angermünde, » 163 «

do której należeli tacy bogacze, jak Feldstede, Koseler i inni, zmobilizowała wszystkie swe siły, aby nie dopuścić do mariażu, który by wzmógł jeszcze znaczenie znienawidzo­ nych Ferberów. Już to samo wystarczyło, aby Ferberow ie za wszelką cenę starali się uzyskać rękę Anny i jej posag dla M aury­ cego. Rozpoczęła się wieloletnia walka, toczona nie tylko przed forum rady miejskiej, ale i przed królem Janem Olbrachtem, a naw et przed papieżem. Zakochana Anna dała kie­ dyś M aurycemu na pam iątkę odcięty rąbek swej szaty. Ferberow ie to wyśledzili i dalej­ że przed sądami stwierdźać, że m ają dowód na zobowiązanie Anny do zawarcia małżeń­ stwa. H erderowie zmusili więc Annę do zło­ żenia zeznań, że Maurycy ukradkiem, bez jej wiedzy, w kościele podczas nabożeństwa wy­ ciął ten kawałek szaty. Ponoć biedaczka mdlała przed złożeniem zeznania. M aurycy nosił się z planam i wykradzenia jej, co wy­ śledzone przez Herderów dało okazję do no­ » 164 «

wej aw antury, a zacietrzewionych rodów nie zdołały pogodzić dość niejasne zresztą orze­ czenia królewskie i papieskie. W końcu Angermündowie panny nie dali, Maurycy F erber w stąpił do stanu duchowne­ go, ale nienawiść rodowa trw ała w różnych formach przez cały wiek XVI. Tu trzeba do­ dać, że i jedna, i druga rodzina w łaśnie do­ piero w drugiej połowie XV wieku doszła do piastowania godności miejskich. Nie tylko zresztą wśród patrycjatu toczyły się zacięte walki zawodowe czy rodowe waśnie. Poszczególne grupy kupców związane były przynależnością do rozmaitych bractw, orga­ nizacji i stowarzyszeń, poczynając od naj­ bardziej ekskluzywnych, jak bractwo cyrkla czy bractwo kupieckie, poprzez bractw o św. Jerzego, dwór Artusa, do stowarzyszeń przy­ kościelnych. Członkowie tych związków nie tylko wspomagali się wzajemnie, solidarnie występowali n a zewnątrz, ale prowadzili również wspólną działalność na polu kultu­ ry. Fundacje szkół, kaplic, patronaty i me­ » 165 «

cenaty nad malarzami, architektam i, rzeźbia­ rzami, muzykami — oto jeszcze jedna strona ich działalności. Bardzo ciekawe, a dla nas niekiedy zabaw­ ne, są przepisy dotyczące zachowania regu­ lam inu takiego bractwa. Znajdują się tam paragrafy nie tylko omawiające cel i zakres działalności, wysokość składek itp., ale rów­ nież i formy, jakich należy przestrzegać w życiu towarzyskim. Konwenanse odgry­ wały w XV wieku niewspółmiernie większą rolę niż obecnie. Chodziło też o to, by formy życia codziennego wyróżniały od siebie po­ szczególne grupy społeczne. I tak n a przykład niedopuszczalną rzeczą było urządzenie przez zwykłego kupca przy­ jęcia na kilkadziesiąt osób, przyjęcia paro­ dniowego, r a którym bez przerw y przygry­ w ała muzyka. To było zastrzeżone jedynie dla członków rady czy ławy miejskiej, a więc dla patrycjatu. Podobnie rzeczą nie do po­ m yślenia byłoby ubieranie się mieszczan i — co ważniejsze — mieszczek w edług swego » 166 «

upodobania. Mogłoby wówczas dojść do tak gorszącego zdarzenia, że na przykład córka rzem ieślnika — złotnika byłaby bogaciej i strojniej ubrana niż córka kupca. Takich „skandalów“ należało oczywiście unikać. Mówiliśmy tu o różnych kupcach. Ale ter­ min „rzemieślnik“ też nam niewiele mówi. Przede wszystkim „rzemieślnik“ oznaczał niemal z zasady m ajstra, m istrza cechowego, a więc człowieka stojącego u szczytu h ierar­ chii rzemieślniczej. Mistrz posiadał własny w arsztat, mógł założyć rodzinę, brał udział w życiu politycznym występując w radzie cechu — jednym słowem był kimś, tym bar­ dziej że będąc mistrzem musiał posiadać pra­ wo miejskie. Aby dojść do tego stopnia, trzeba było jednak przebyć bardzo żmudną i długą dro­ gę. K andydat na mistrza bywał jako młody chłopiec oddawany do term inu u jakiegoś m ajstra. W rozmaitych rzemiosłach rozmaicie ten term in wyglądał, trw ał krócej lub dłużej, ale taki uczeń więcej często uczył się na po» 167 «

W a r s z ta t i k r a m s z e w s k i w X V I w i e k u

sługacza domowegtf niż n a rzemieślnika. P ra­ cował oczywiście za darmo, za w ikt i opierunek, a jeszcze opiekunowie m usieli na po­ czątku nauki zapłacić jego patronowi parę groszy. Zmieniała się dola młodego, kiedy zosta­ wał wyzwolony na czeladnika. W tedy rze­ czywiście uczył się rzemiosła, a choć w ar­ sztatu mieć nie mógł, jednak dostawał już od m ajstra tygodniową niewielką zapłatę i mógł sobie coś niecoś zarobić na boku. Lata nauki, w niektórych rzemiosłach wędrówka po obcych m iastach i praca u obcych mi­ strzów, wreszcie egzamin mistrzowski miały 168 «

wypełnić okres czeladnikowania. Ale to tyl­ ko teoretycznie. Cechy rzemieślnicze — organizacje sku­ piające w sobie przedstawicieli danego zawo­ du — powstawały, aby pochwycić w swe ręce całą produkcję rzemieślniczą. W śred­ niowieczu nie było znowu tak wielu chęt­ nych do kupowania wyrobów przemysło­ wych. Chłopi, którzy w okresie feudalizmu stanow ili przygniatającą większość ludności, najniezbędniejsze rzeczy potrafili w yprodu­ kować sobie sami. Otóż chodziło o to, by możliwie wyśrubować ceny na tow ary rze­ mieślnicze, nie dopuścić do obniżania cen poprzez walkę konkurencyjną, zreglamentować produkcję. Oczywiście w pełni tego celu nigdy nie udało się cechom osiągnąć. Praco­ wało wielu „partaczy“ — rzemieślników nie zrzeszonych, istnieli wiejscy kowale, pieka­ rze i piwowarzy, rzemieślnicy szlacheccy. A tymczasem rosła coraz to liczniejsza kadra młodych czeladników. 169 «

I oto w XIV wieku rozpoczyna się zjawi­ sko tzw. zam ykania się cechów. Czeladnikom uniemożliwia się wyzwoliny na mistrza, ogranicza się ilość w arsztatów w cechu, w ar­ sztatów, które stają się z biegiem czasu dzie­ dziczną własnością w rękach rodu. Mistrz staje się stopniowo w coraz większym stop­ niu przedsiębiorcą prowadzącym zakład p ra­ cy, handlującym towarem itp., natom iast rzeczywistym producentem staje się wieczny czeladnik. Zrozumiałą chyba jest rzeczą, jak wielki antagonizm w yrósł między czeladni­ kami a mistrzami, podobnie jak jasny jest fakt, że cech rzemieślniczy reprezentow ał praw ie wyłącznie interesy mistrzów. Właśnie w XV wieku zaczynają w mia­ stach hanzeatyckich powstawać i rozwijać się odrębne organizacje czeladnicze, często tajne, mające na celu wywalczenie praw dla „towarzyszy“ i skierow ane głównie przeciw­ ko mistrzom. Były one prześladowane i ści­ gane zarówno przez m ajstrów, jak i przez kupiecką radę miejską. » 170 «

S z e r m i e r k a u p r a tu ia n a p r z e z r z e m i e ś l n i k ó w

Pomiędzy poszczególnymi cechami także istniały znaczne różnice społeczne. Zupełnie inne znaczenie miał np. cech tragarzy, inne — cech złotników, cech garncarzy i cech pi­ wowarów. Z tego wszystkiego widać, że zróż­ nicowanie społeczne w mieście średnio­ wiecznym było bardzo duże, że istniało wiele najrozm aitszych grup społecznych, antagonistycznych w stosunku do siebie. I można teraz stwierdzić w odpowiedzi na pytanie postawione w tytule rozdziału: Han­ za była związkiem miast, w których rządy sprawowały niewielkie grupy uprzywilejo­ wanych kupców i finansistów. Oczywiście pospólstwo z bogatymi cechami na czele ko» 171 «

rzystało z ogólnego rozwoju miast, które ro­ sły na bazie wielkiego handlu, ale i samo było przez -wielki handel uzależnione i w y­ zyskiwane. Hanza opierała swoje istnienie na wielkim handlu i jak dowodzą tego chociażby dzieje rewolt społecznych w miastach nadbałtyc­ kich, kierow ana być mogła tylko przez ludzi zajmujących się właśnie tym wielkim han­ dlem.

VI

POD

PIRACKĄ BANDERĄ

Smukły holk dogonił ciężką koggę nieda­ leko mielizn Bomholmu. Stojący przy b ur­ tach ludzie bosakami przyciągnęli koggę, po czym przeskoczyli na jej pokład. Załoga n a­ w et nie bardzo próbowała stawiać opór. Na nic by się to nie przydało. A takującym i byli słynni i siejący postrach na Bałtyku i Morzu Północnym piraci — „bracia w italijscy“. Ra­ bunek koggi przebiegał sprawnie. Kosztow­ ności, pieniądze, co cenniejsze tow ary zosta­ ły przeniesione n a holk korsarzy. Razem z tow aram i przeniosła się skaperow ana część załogi. Napastnicy już mieli opuszczać koggę, kie­ dy jeden z byłych jej m arynarzy wydał, że pod pokładem ukryw a się możny kupiec, pa­ tryc jusz strzałowski, który był współwłaści« 173 »

cielem wiezionych towarów. Błyskawicznie został on odnaleziony. Mimo próśb, gróźb i błagań przywiązano mu do szyi ciężką belę sukna i wyrzucono za burtę. Nie zrabowany ładunek został zniszczony lub zatopiony, za­ łoga, która nie chciała przystać do piratów, uwięziona i koggę wzięto na hol. Całe to zdarzenie trwało bardzo krótko, tak że gdy zbliżył się konwój floty lubeckiej wiozący sól, po napastnikach nie było już śladu. Zresztą uwieźli oni swą zdobycz nie­ daleko. Bractwo pirackie panowało na Got» 174 «

landii. Tam mieściła się jego główna kw ate­ ra, tam składano łupy, dzielono je pomiędzy zasłużonych w wyprawach, tam znajdowała się baza całej pirackiej floty. Nawiązując do bardzo starych tradycji bałtyckich, sięgających bodaj X wieku i wi­ kingów, utrzym yw ali bracia witalijscy bar­ dzo surow ą dyscyplinę. Nie było tam żadnych kobiet poza brankam i, w stosunku do szy­ prów pirackich dyscyplina musiała być wzo­ rowa, a złamanie jej karano śmiercią. Lud­ ność miejscowa płaciła czasem pewien ha­ racz, zresztą dość znośny, bo wszelkie artykuły potrzebne do życia jak i rozliczne bogactwa W italijczycy zdobywali sobie sami, rabując na morzu lub w osadach przybrze­ żnych. Zresztą zrabowanymi towaram i han­ dlowano, sprzedając je niekiedy tam, dokąd m iały być zawiezione przez praw ych właści­ cieli. Zdarzały się okresy, kiedy bractwo pirac­ kie traktow ane było przez wszechwładną Hanzę czy też władców nadbałtyckich jako » 175 «

nieomal legalnie istniejący organizm pań­ stwowy i często gęsto przybywali do wodzów pirackich posłowie. Częściej oczywiście prze­ mykali się zbiegowie ścigani przez prawo, ludzie upośledzeni, szukający spraw iedli­ wości, łatwego w swoim pojęciu zysku, pomsty na wrogu czy wielkiej przygody. Zbiegali także n a Gotlandię ci, dla których nie było innej drogi, którzy już nie mogli żyć w ram ach społeczeństwa szykującego im śmierć n a szafocie. W okresie gdy zachodziły wyżej opisane wypadki, w pirackim obozowisku kręcili się poza byłymi mieszkańcami miast hanzeatyckich, głównie wendyjskich, zbiegowie z ca­ łych chyba Niemiec, Holendrzy, Fryzowie, Duńczycy, Szwedzi, Inflantczycy, Kaszubi, Pomorzanie, trafiali się naw et Francuzi, a może i Polacy. Wszyscy oni nazywali sie­ bie „przyjaciółmi Boga“, „wrogami całego św iata“. Skąd się wzięła organizacja braci w italijskich? Co to było takiego? » 176 «

Początki jej giną w pomroce dziejów, cho­ ciaż nietrudno się domyślić, jakie przyczyny w płynęły na jej powstanie. Wyobraźmy so­ bie, ilu to ludzi musiało być niezadowolonych z istniejącego stanu rzeczy n a B ałtyku w XIV wieku, ilu było pokrzywdzonych przez ten system, który w owym czasie panował w Europie. Pam iętam y opisane w poprzednim roz­ dziale walki. Wszyscy prześladowani tak przez panów feudalnych, jak i przez patrycjuszowskie rady miejskie wielekroć musieli uchodzić ze swych rodzinnych stron. A z naj­ większych straceńców, z ludzi, którym za­ brano wszystko, lub z ludzi, których już nic gorszego nie mogło spotkać, rekrutow ali się piraci. W wiekach średnich nie raz i nie dwa protest społeczny wyrażał się w otw artym występowaniu przeciw praw u — praw u, któ­ re krzywdziło i upośledzało. Powstanie i działalność Witali jeżyków zda­ je się jak najściślej łączyć się z osobą ich wodza — Klausa Störtebeckera. Rodzina jego 12 H an za

» 177 «

należała do pospólstwa w Roztoce. Jako mło­ dy chłopak Störtebecker praktykow ał na mo­ rzu u wielkich kupców. Spotykartiy go na placówkach handlu śledziami w Skanii, na okrętach między Rewlem a Bruges, wreszcie w rodzinnej Roztoce. Jak wielu innych, skrzywdzony przez swego patrona, nie mo­ gąc znieść nieludzkiego traktowania, pod ko­ niec XIV wieku zorganizował bu n t załogi statku, w yrzucił za b u rtę dotychczasowego szypra i ruszył mścić swe krzywdy, szukać sprawiedliwości. Związek Hanzeatycki już w roku 1385 nakazał patrycjuszowi ze Strza­ łowa, Wulflamowi, prowadzić walkę z korsa­ rzami. Za zorganizowanie buntu Störtebecker ogłoszony został banitą i w yjęty spod prawa. Jednak nieprzeciętny talent organizacyjny i wojskowy sprawił, że Klaus Störtebecker nie tylko nie dał się schwytać ścigającym go holkom hanzeatyckim, ale zasłynął wkrótce z udanych napadów i rabunków, odnosząc się ze szczególną bezwzględnością do przed­ stawicieli rządzącego patrycjatu m iast wen» 178 «

dyjskich. Nic też dziwnego, że pod jego sztandary zaczęli zbiegać i inni postawieni poza prawem, tak że w krótkim czasie m iał na swe usługi dość liczną i znakomicie do walki przysposobioną flotę. Nie wiadomo, czy by mu się udało rozsła­ wić swe imię, czyby nie zginęła wszelka pa­ mięć po nim, gdyby nie udział jego piratów w wielkiej polityce. Oto na terenie Szwecji w roku 1389 znowu toczyła się zacięta walka o tron. Panujący tam król A lbrecht (Niemiec, książę meklemburski) nie zdobył sobie po­ pularności u feudalnych panów szwedzkich. Skorzystała z tego królowa Danii i Norwegii, Małgorzata, jedna z najwybitniejszych kobiet w całych wiekach średnich. Przyszła twórczyni unii kalmarskiej, jed­ noczącej pod jednym berłem wszystkie pań­ stw a skandynawskie, z pomocą swych stron­ ników szwedzkich ruszyła na Albrechta. Opu­ szczony przez swoich poddanych A lbrecht w decydującej bitwie dostał się do niewoli duńskiej w 1389 r. Jedynie załoga Sztokhol­ » 179 «

m u dochowała mu wierności, usiłując stawić opór Małgorzacie i Duńczykom. Ludność miasta, która w znacznej mierze była nie­ miecka, liczyła na pomoc Związku Hanzeatyckiego. Oczywiście nie chodziło tu o jakieś narodo­ wościowe sentym enty, ale o bardzo konkret­ ne interesy. A lbrecht popierał kupców nie­ mieckich w Szwecji bardziej, niżby to czyniła Małgorzata, a ponadto zjednoczenie przez nią całej Skandynawii pod hegemonią Danii mo­ głoby w sposób bardzo niekorzystny dla Han­ zy odbić się n a równowadze sił na Bałtyku. Sztokholm, oblegany przez przeważające siły wroga i n a lądzie, i na morzu, słał roz­ paczliwe listy o pomoc, podobnie zresztą jak i liczni hanzeaci pozostający w mieście. I w tedy Lubeka zwraca się o pomoc do... pi­ ratów. Rzecz nie jest tak dziwna, bo ciągle należy pamiętać, że praw ie każdy kupiec średniowieczny był po trosze piratem czy zbójnikiem. Störtebecker zgadza się pomóc Niemcom » 180 «

sztokholmskim oraz Hanzie i rozpoczyna akcję wojenną. Nie mógł on oczywiście ma­ rzyć o rozbiciu floty duńskiej, blokującej Sztokholm. Była ona za duża i zbyt silna w porównaniu do jego niewielkich, lekkich, korsarskich stateczków. Ale musiał on za wszelką cenę dowieźć żywność do wygłodzo­ nego miasta. Duńczycy nie mogąc wżiąć mia­ sta szturmem próbowali — z dużym zresztą powodzeniem — zmusić obrońców głodem do kapitulacji. Należało działać szybko i zdecy­ dowanie. Wczesnym rankiem pojawiły się nagle pod Sztokholmem dwie grupy statków pirackich. W momencie kiedy pierwsza grupa bardzo ryzykancko zaatakow ała zaskoczonych Duń­ czyków, druga, korzystając z zamieszania i porannej mgły, prześliznęła się do portu sztokholmskiego, przewożąc najrozmaitsze produkty dla obrońców. Ku wściekłości Duń­ czyków m anew r ten pow tarzali piraci jeszcze parokrotnie, praw ie zawsze z powodzeniem, uzyskując w tedy właśnie dla siebie nazwę » 181 «

B itw a m o rs k a

bractw a dowożącego żywność, w iktuały — po niemiecku Vitalienbrüder. Od tego też czasu zuchy Störtebeckera stały się tematem niejednej legendy i pieśni powtarzanej z ust do ust na całym pobrzeżu Bałtyku. Bohaterskie czyny piratów, ich ludowe, plebejskie pochodzenie, hasła sprawiedliwo­ ści społecznej, pod którym i prowadzili swoją działalność, wszystko to jednało im wielką » 182 «

popularność wśród ubogiej rzeszy mieszkań­ ców w m iastach hanzeatyckich. Najlepiej świadczył o tym przebieg ataku na Wismar. Chcąc odbić paru złapanych towarzyszy oraz zdobyć zaopatrzenie n a zimowe miesiące, Störtebecker w raz ze swoim kompanem i za­ stępcą, Godeke Michelsem, poważyli się na szaleńczy krok — zaatakowali port wismarski. Nim zaskoczona rada miejska ściągnęła posiłki, wezwała pomoc z innych miast, zmobilizowała podległą sobie flotę, piraci już byli daleko na morzu po szczęśliwym zreali­ zowaniu swego planu. Pomyślny przebieg i zakończenie całej akcji w niem ałym stopniu należy przypisać temu, że część uboższej lud­ ności m iasta po cichu sprzyjała bohaterom spod Sztokholmu, tym, którzy ośmielili się walczyć z wszechwładnym patrycjatem Hanzy. Podobnie rzecz się m iała z chwilowym opanowaniem przez piratów kantoru hanzeatyckiego w Bergen. Sytuacja Witalij czy» 183 *

ków była zresztą dość dziwna. Z jednej stro­ ny pozostawali przecież w jak najostrzejszej opozycji do panującego porządku społeczne­ go, do w arstw rządzących w miastach Hanzy. Z drugiej strony jednak zaopatrywanie Sztokholmu w żywność nie było jedynym przykładem wchodzenia w układy właśnie z władzami Hanzy. Wielekroć czy poszcze­ gólne statki pirackie, czy całe bractwo było wykorzystywane przez jedno miasto prze­ ciwko drugiemu. Oczywiście nie darmo, i w ten sposób W italijczycy byli jednocześnie płatnym i rozbójnikami n a usługach tego sa­ mego patrycjatu, który był ich najzaciętszym wrogiem. Niekiedy ogólny zjazd hanzeatycki uchwa­ lał jakąś akcję zbrojną, do której mniej lub bardziej po cichu wykorzystywano piratów, a w następnych uchwałach powziętych na tym samym zjeździe zobowiązywano się w y­ tępić korsarstwo n a Bałtyku, szczególnie zaś W italijczy ków. Hanzeaci bowiem, bazując na wielkim handlu, bardzo dbali o to, by n ikt » 184 «

im nie przeszkadzał w tym zajęciu: ani król duński, ani konkurencja handlowa, ani pira­ ci. Znamy też z końca XIV wieku wiele po­ stanowień, że należy Witalij czyków jak n aj­ szybciej w ytępić ogniem i mieczem. Zwinne jednak i lekkie stateczki pirackie były dla bojowej floty Hanzy bardzo tru d ­ nym przeciwnikiem. Piraci wyćwiczeniem bojowym, organizacją i doświadczeniem prze­ wyższali kupców, zresztą też doświadczonych wojowników. Przed wielką natom iast flotą Hanzy W italij czycy z powodzeniem umykali, napadając nieoczekiwanie w innym miejscu pojedynczy statek patrycjuszy z Lubeki czy Gryfii lub faktorię hanzeatycką. Ten stan rzeczy, który wielu kupcom bał­ tyckim psuł krew, rzecz prosta nie mógł trw ać długo. S traty ponoszone przez hanzeatów nie były rekompensowane przez te p łat­ ne usługi, które W italijczycy mogli im odda­ wać. W dodatku na teatrze polityki bałtyc­ kiej zaszły zm iany bardzo dla piratów niekorzystne. Oto królowa Małgorzata, nie » 185 «

mogąc sobie z nimi poradzić, zwróciła się do wielkiego m istrza zakonu krzyżackiego z prośbą o pomoc. Wielki m istrz Konrad von Jungingen rządził w okresie największej bodaj świetności zakonu. Posiadłości jego rozciągały się szerokim pasem od Zatoki Fiń­ skiej do Nowej Marchii, po Odrę, a orga­ nizacja wojskowa, państwowa, handlowa, mogłaby niejednej potędze światowej służyć za wzór godny naśladowania. W roku 1398 Krzyżacy ruszyli na Gotlandię. Nie bałtyckim piratom było opierać się jednej z najpotężniejszych arm ii europej­ skich owego czasu. W yrzuceni ze swej do­ tychczasowej bazy, ścigani na Bałtyku, schronili się piraci n a Morze Północne. Tam zdobyli i ufortyfikow ali wysepkę Helgoland, która stała się ich następną bazą 1. i Kontynuując te czternastowieczne korsarskie tradycje, Helgoland w obu ostatnich wojnach świa­ towych był bazą łodzi podwodnych, zatapiających statki na wszystkich niemal morzach świata. » 186 «

Na nowym terenie piraci spotkali innych przeciwników. Tu przede wszystkim prze­ szkadzali w handlu już nie miastom w endyjskim, a Hamburgowi i Bremie, które w do­ datku wcale nie myślały o korzystaniu z ich usług. Przez parę lat udawało się Störtebeckerowi i Michelsowi uchodzić przed decy­ dującym spotkaniem z flotą ham burską, ale w końcu powinęła im się noga. W roku 1401 na fale Morza Północnego w ypłynął z ujścia Elby w stronę Helgolandu wielki samotny statek kupiecki, zda się po brzegi naładowany cennymi towarami. Za­ czajeni piraci rzucili się na pozornie łatw ą zdobycz. I w tedy okazało się, że był to jeden z wcześniejszych na wodach europejskich statek-pułapka: okręt wojenny z liczną i do­ brze uzbrojoną załogą, zręcznie tylko< zam a­ skowany i ucharakteryzow any na statek ku­ piecki. Nie tylko zdołał on nawiązać równą w alkę z piratam i, ale tak ich zaabsorbował, że ani się spostrzegli, jak nadpłynęła flota hamburska, k tóra bitwę zmieniła w pogrom. » 187 «

Ani jeden statek piracki nie uszedł bezkar­ nie, wzięto 150 jeńców, zdobyto i zniszczono bazę na Helgolandzie. Störtebecker i Mi­ chels, którzy też dostali się do niewoli, zostali uroczyście ścięci na rynku hamburskim, in­ ni jeńcy byli piętnow ani rozpalonym żela­ zem, więzieni, zmuszani do ciężkich robót. Niedobitki z Helgolandu rozpierzchły się po całych Niemczech, ścigane i tropione przez miasta i panów feudalnych jak wściekłe psy. Definitywnie bractwo W italijczyków prze­ stało istnieć w roku 1432, kiedy to wspoma­ gając walczących z Hanzą Fryzyjczyków po­ bici zostali przez wodza hamburskiego, Szy­ mona z U trechtu. Na długi czas jednak po­ zostali w legendach i sagach ludowych. Nie należy jednak sądzić, że na tym skoń­ czyła się historia piratów na Bałtyku, że historia rozbojów w Europie północnej nie obfitowała w podobne zdarzenia. Wręcz przeciwnie. System panujący budził coraz większe niezadowolenie, i to niezadowolenie nie tylko wśród plebsu czy pospólstwa. Prze­ » 188 «

cież tw ardą rękę patrycjuszy hanzeatyckich w coraz większym stopniu odczuwali chłopi, mieszkańcy małych miast, a naw et drobna i średnia szlachta, częstokroć po uszy zadłu­ żona u bogatych mieszczan Hamburga czy Gdańska. O niew ątpliw ym kryzysie społecznym, ja­ ki panował w dziedzinach Hanzy już w koń­ cu XV wieku, świadczy wiele, wiele faktów. Tu podamy tylko historię braci M aternów jako niezwykle charakterystyczny przykład stosunków społecznych i obyczajowości tego okresu. Mikołaj M aterna, mieszczanin gdański, n a­ leżał niew ątpliw ie do zamożnego pospólstwa. Posiadał sklep sukienniczy przy ulicy Ław Chlebowych, prow adził drobny handel suk­ nem i w yrobam i tekstylnymi. Powodziło mu się tak dobrze, że był w stanie n a zabezpie­ czenie starości kupić dw a domy w centrum miasta, n a Długim Targu i przy ulicy Drew­ nianej. Szczycił się przyjaźnią nie byle kogo, bo samego Jerzego Bucka, burm istrza m iasta 189 «

Z y c i e u lic z n e m ia s ta

i wielkiego bogacza. Pozycja rodziny M ater­ nów była tak ustabilizowana, że naw et nie­ spodziewana śmierć Mikołaja nie mogła jej zachwiać. Wdowa dalej prowadziła interesy, » 190 «

a synowie starali się zdobyć samodzielność majątkową. Synów było dwóch: młodszy — Szymon razem ze swym krew niakiem Michałem za­ łożył nowy sklep, starszy — Grzegorz pragnął zostać w przyszłości w ielkim kup­ cem, handlującym z zamorskimi krajam i. W stąpił więc n a służbę do znanego bogacza Szymona Dalewyna n a początku jako cze­ ladnik, a że miał głowę na karku, aw an­ sował w prędce n a bardziej samodzielne sta­ nowisko faktora Dalewyna w Londynie. Nie było m u jednak dane długo kontynuować swą karierę kupiecką. W roku 1488 zaw arł on, jedną z wielu, transakcję handlową z szyprem gdańskim Jakubem Harderem. H arder w im ieniu Pio­ tra Czanowa chciał kupić 62 paczki przędzy. Grzegorz dostarczył mu tę przędzę, zainkasował pieniądze i wszystko byłoby skończo­ ne, gdyby nie to, że H arder po dokładnych oględzinach uznał przędzę za niedobrą, ode­ słał z powrotem i żądał zw rotu wypłaconej » 191 «

gotówki. M aterna odmówił. Doszło do ostre­ go sporu, spraw a oparła się o sąd kantoru hanzeatyckiego Stahlhofu w Londynie. Pod­ niecony H arder stw ierdził przed sądem, że nie miał jeszcze do czynienia z tak niedo­ brym człowiekiem, który — co zauważył iro­ nicznie — musi się tłumaczyć z każdego kroku u kupca w Gdańsku. Jak podają protokoły sądowe, M aterna „dał mu za to złe słowo“, na co z kolei został odpowiednio nazw any przez Hardera. Ponie­ waż zeznania zmieniły się w obelgi, sąd spra­ wę odroczył, aby zebrać więcej m ateriałów dowodowych przed następnym przesłucha­ niem. Do następnego przesłuchania jednak nie doszło. Obaj przeciwnicy spotkali się, za­ pewne przypadkiem, w gospodzie „Pod Złotą Tarczą“, gdzie doszło do wymiany „złych słów“, i krew ki M aterna przebił H ardera mieczem. Teraz spraw a stała się poważna. Zabójstwo człowieka to nie przelewki. P iotr Gzanow, też potentat, skierow ał sprawę przed radę » 192 «

m iejską Gdańska, która po dłuższych koro­ wodach poleciła (jako że za M aterną ujmo­ wał się i burm istrz Buck, i Dalewyn, i inni przyjaciele) sprowadzić Grzegorza do Gdań­ ska. Niezależnie od tego, kto kogo oszukał przy transakcji handlowej, wina M aterny jako zabójcy była oczywista. Kiedy spraw y przybrały dla Grzegorza zdecydowanie zły obrót — jak powiada kro­ nikarz — narobił krzyku i tum ultu na Dłu­ gim Targu i razem z wieloma przyjaciółmi zbiegł do Oliwy w r. 1492, odmawiając sta­ wienia się przed sąd. Trzeba przyznać, że ówcześni wielcy tego św iata robili, co mogli, by spraw ę zatuszować i nie dopuścić do powstania nowego oddziału zbójeckiego. Do M aterny zwracał się i opat z Oliwy, i biskup chełmiński, i wojewoda malborski, i stary przyjaciel domu burm istrz Buck z wezwaniem, aby się podporządkował radzie miejskiej. Wszyscy jednak interweniowali na próżno. H ardy mieszczanin odpowiadał na wszystkie wezwania jedynie pogardliwym 13 H an za

» 193 «

okrzykiem: „ei pathe, pathe“, formując pod samym nosem potężnego Gdańska świetnie uzbrojony i wyćwiczony oddział. Jedynie do króla Jana O lbrachta zwrócił się M aterna sam, żądając od niego listu żelaznego, gwa­ rantującego mu bezpieczeństwo osobiste, i ze skargą na prześladowania, jakich doznawał od perfidnych gdańszczan. Skarga, aczkol­ wiek raczej bezzasadna i stanowiąca jedynie dowód bezczelności, m iała być rozpatrywana n a sejmiku pruskim. Ale kiedy 20 m aja 1495 r. burm istrz Buck i rajca Jerzy M andt — oficjalni posłowie na sejmik — wczesnym rankiem wyjechali z m iasta razem z dwoma służącymi, zostali uwięzieni, jeden ze służących zabity, drugi natom iast zdołał się wyrwać z pułapki i uciec do Gdańska. Do m iasta wpadł czyniąc alarm o godzinie 9 rano. O godzinie 14 ruszono już pod wodzą rajcy H erm ana Germana w pogoń za zbójcami, konno i n a wozach. Pędzono z takim pośpiechem, że przyłapano ich we wsi, gdzie się schronili, i o godzinie 19 znie­ » 194 «

siono do szczętu. U ratow ał się tylko Grzegorz1 z dwoma swoimi ludźmi, uciekając przez okno z płonącej chałupy. Reszta została za­ bita lub pojmana, posłowie uwolnieni. Oczywiście, że pogrzebało to szanse Grze­ gorza przed sądem królewskim. Ale M aterna nie czekał na wyrok, tylko ogłosił listy z for­ malnym wypowiedzeniem wojny Gdańskowi. Zebrał nową paczkę straceńców i ją ł hulać od Królewca po Szczecin paląc i niszcząc dobra gdańszczan, i nie tylko gdańszczan, występując znowu przeciw panującem u sy­ stemowi i korzystając z mniej lub więcej ci­ chego poparcia chłopstwa, mieszkańców m a­ łych m iast i drobnej szlachty. Poparcie było tak skuteczne, że wymykał się z powodze­ niem wszelkim obławom, mimo że polowali na niego i gdańszczanie, i wojewoda malborski, i wielki m istrz krzyżacki Fryderyk saski, i książę Pomorza Bogusław X, i wiele, wiele innych potęg. M aterna był tak groźny i tak nieuchwytny, że w r. 1499 zaczęto prowadzić z nim roko­ » 195 «

wania, w trakcie których Grzegorz sam sta­ wiał warunki, żądając między innymi 50 000 złotych odszkodowania (źródła nie podają, za co miało być to odszkodowanie). Suma ta w ydała się gdańszczanom zbyt wygórowana i walka toczyła się dalej. Dopiero w roku 1501 wszystkie zainteresowane władze urzą­ dziły wielką obławę, która dała rezultat. W nierównej walce Grzegorz został zabity, a jego ludzie rozproszeni. Zdawałoby się, że spraw a M aterny została zakończona. Okazało się, że jest inaczej. Spe­ kulacja zbożem, rujnow anie drobnych kup­ ców i producentów upraw iane na wielką skalę przez Gdańsk, wzmocniły szeregi nie­ zadowolonych. Z tych nastrojów wprędce skorzystał młodszy b rat Grzegorza — Szy­ mon. Rzeczywiście, życie jego dotychczas nie układało się pomyślnie. Już w 1493 roku zo­ stał on odwołany z Londynu, gdzie bawił w interesach swej firmy, następnie jako po­ dejrzany o sprzyjanie Grzegorzowi osadzony w areszcie. Odczuł to bardzo boleśnie. » 196 «

S z la c h c ic p o l s k i i p a t r y c j u s z g d a ń s k i

Pomijając już wszelkie inne względy, ucierpiał znacznie na tym jego kredyt han­ dlowy. K ontrahenci zaczęli wycofywać się z interesów prowadzonych z Szymonem, co­ raz mniej znajdowało się chętnych do kupo­ wania towarów w jego kramie. W dodatku ciągany po sądach, po więzieniach, nie był w stanie zajmować się odpowiednio swoimi interesami. Na domiar złego wiarołomny ku­ » 197 «

zyn i wspólnik Szymona — Michał, korzysta­ jąc zapewne z tarapatów krewniaka, nie tyl­ ko zmusił go do w ystąpienia ze spółki, ale w związku z tym i do zapłaty odszkodowania w wysokości 112 funtów szterlingów. Póki żyła m atka Szymona, miał on przy­ najm niej zapewnione utrzymanie, ale po jej śmierci w 1498 roku znalazł się w sytuacji, która prędzej czy później musiała go pchnąć na drogę starszego brata. Rzeczywiście, w niespełna dw a lata po śmierci Grzegorza, w roku 1503, Szymon w ystępuje otwarcie ja­ ko mściciel b rata i wróg Gdańska, wysyłając do rady miejskiej wyzwanie, w którym za­ powiada pomszczenie krzyw d (Fehdebrief). Zdaje się, że młodszy M aterna był jeszcze bardziej uzdolniony do zawodu zbójeckiego niż jego brat. W krótkim czasie bowiem stw orzył prawdziwą organizację [podziemną ze sztabem, łącznością, znakomitym wywia­ dem i służbą szpiegowską. Szymon M aterna'w swej działalności w y­ korzystywał fakt, że wiele rodów szlachec­ » 198 «

kich podtrzym ywało swą upadającą św iet­ ność prostym rozbojem. W niedalekiej oko­ licy Gdańska, na Pomorzu i w Nowej Mar­ chii, działali w czasach M aterny znani rycerze-rozbójnicy: Zizewitz, Puttkam er, bracia Mandüvel, von Krokow i inni. Korzystali oni z przywilejów, jakie posiadali dzięki swej przynależności do stanu szlacheckiego, ale głównym ich środkiem utrzym ania był mniej łub bardziej jaw ny rozbój. Niech tylko po­ jawi się w ich bliskości jakaś karaw ana ku­ piecka! Zbrojne poczty panów feudalnych, które co praw da raczej można było nazwać bandami, zastępowały jej drogę, aby ściąg­ nąć... myto, cło — zresztą mniejsza o nazwę. Zbójecki proceder upraw iany przez szlach­ tę w ynikał z tego, że nie bardzo mogła ona wyżyć na poziomie swego stanu z danin feu­ dalnych, które stopniowo w XV wieku traciły na wartości. Wszyscy ci, zwani z niemiecka Raubritterzy — rycerze-rozbójnicy, siłą rze­ czy balansujący n a krawędzi prawa, chętnie wchodzili w porozumienie z M aterną, które­ » 199 «

go sława zbójecka z dnia-na dzień wzrastała. U całej tej szlachty również bardzo popular­ ne były hasła walki z Gdańskiem, miastem, które nieraz uderzyło ich po kieszeni. Szymon M aterna miał więc przygotowane zaplecze swej działalności. Dlatego akcja je­ go, skrupulatnie przygotowana, przynosiła tak zdumiewające rezultaty. Wojsko M ater­ ny nie było jednolite. Każdy członek bandy był albo „panem“ (Herr), albo „przybocz­ nym “ (Stalbrüder). ,,Panow ie“ mieli wyzna­ czone tereny swojej działalności i dlatego „m aternowcy“ z powodzeniem prowadzili akcję na kilku frontach jednocześnie. W latach 1505— 1507 następuje najwięk­ sze nasilenie działalności zbójów. Słynne w owym czasie było rozbicie wielkiej kara­ wany gdańskich kupców koło zamku w Dy­ bowie (naprzeciw Torunia), rabunki okrętów hanzeatyckich wyrzuconych przez fale na brzeg łub tych, które zawinęły do małych portów, wreszcie podpalenie Gdańska i wielu dworów. » 200 «

W ciągu dwóch lat straty, które spowodo­ w ała działalność Szymona M aterny, dla sa­ mego tylko Gdańska wyniosły 40 000 duka­ tów. W tej sytuacji rada m iejska zdobyła się w roku 1507 na energiczną akcję. Uzgodnio­ no ją z wielkimi feudałami — wojewodą malborskim, biskupem pomezańskim i inny­ mi — i rozpoczęto wielką obławę na Szymo­ na. Wtedy okazało się, jak znakomicie działa organizacja M aterny. Zawsze udało mu się umknąć, wycofać z okrążenia, a przy okazji uszczknąć jeszcze to i owo. Cała akcja Gdańska w rezultacie przynio­ sła fiasko. W dodatku niepowodzenie zwo­ lenników porządku rozzuchwaliło i innych niezadowolonych. Jak grzyby po deszczu powstawały nowe bandy, coraz zuchwałej, coraz śmielej sobie poczynające. Wprędce nową sławę zdobyły bandy Schonebeka, Woikaua, W yttenfelda, Grunewalda i „przy­ bocznego“ M aterny — H ildebranda B em walda. I wtedy Gdańsk i „czynniki oficjalne“ zdecydowały się przyznać do porażki. * 201 «

L übeck i o kręt Tt-a w ° i e n n V ..O r z e ł" irM> w r o k u 1566

Po dłuższych pertraktacjach uzgodniono, że Szymonowi M aternie zwrócone będą wszystkie zabrane dobra i wypłacone od­ szkodowanie 2 000 grzywien. Nieco mniej mieli dostać jego przyboczni. Aby uniknąć podstępu, członkowie bandy oddali się pod opiekę możnych, gw arantujących dotrzym a­ nie umowy. Sam Szymon M aterna w chwili swego trium fu znalazł protektora w Ambro­ żym Pampowskim, wojewodzie sieradzkim i malborskim. Wielu zbójów dostało „odszko» 202 «

dowanie“ w ziemi i nieruchomościach, po­ większając szeregi drobnych posiadaczy. Wy­ płacanie odszkodowań ciągnęło się przez dwa lata, aż do roku 1510. Dalsza historia Szymona M aterny nie na­ leży już do niniejszego zagadnienia. Krótko tylko można wspomnieć, że już w rok po ugodzie rozpoczęły się nowe swary i kłótnie i że w końcu 1515 r. jeden z wybitniejszych burmistrzów Gdańska, Eberhard Ferber, roz­ bił bandę M aterny, przy czym sam Szymon poniósł śmierć. Tu w arto jeszcze tylko stwierdzić, że cała historia w ydaje się wy­ soce nieprawdopodobna w każdym rozwija­ jącym się gospodarczo kraju i rozwijającym się ustroju społecznym. Widocznie w stru k ­ turze krajów hanzeatyckich coś się psuło, coś szwankowało, jeżeli możliwe było zwycię­ stwo zbója nad całym panującym systemem. Na czym polegał ten kryzys, o tym w na­ stępnym rozdziale.

V II

GDY HANZ A P R Z E S T A J E BYĆ P O T R Z E B N A

Wojny, jakie się toczyły na Bałtyku w dru­ giej połowie XV wieku, nie przypominają zwykłych wojen, tak często opisywanych. Nie było w tych wojnach ani wielkich bitew morskich, ani desantów, ani operacji lądo­ wych na wielką skalę. Po prostu strony w al­ czące starały się zadać sobie nawzajem moż­ liwie największe straty materialne. Przy spotkaniu na pełnym morzu strona silniejsza rabowała tow ary i statki strony słabszej, konfiskowano' dobra swoich przeciwników, anulowano wszelkie długi i zobowiązania i wreszcie blokując cieśniny i porty starano się sobie nawzajem utrudniać żeglugę. Oczywiście w wojnach tego typu nie ma mowy o błyskawicznych rozstrzygnięciach. W ygrywa ta strona, k tóra dłużej może wy» 204 «

B r a m a w o d n a w S ta r g a r d z ie

trzymać ograniczenia handlowe i komuni­ kacyjne, k tóra m a większe zapasy kapitału. Takich wojen było niemało w wieku XV na Bałtyku, szczególnie w okresie, kiedy bar­ dziej masowo jęły się pojawiać statki z Lon­ dynu, Hull, Bristolu, Southampton, a także Amsterdamu, Rotterdamu, Edamu, Enkhuiten, Delft czy Kampen. Około roku 1430 w ybuchł pierwszy poważ­ ny zatarg zbrojny między hanzeatami a Ho­ lendrami. W rok później w związku z tym straty samego Gdańska wyniosły już 30 000 grzywien srebrem. Spór został załagodzony, straty częściowo zwrócone, ale wzrastało na­ pięcie i wrogość między obu stronami, pro­ wadząc do konfliktów zbrojnych w latach 1438, 1441, 1459 i innych. Jednocześnie zaogniły się stosunki z An­ glikami. W 1461 roku w ybuchła otw arta woj­ na między Holandią a miastami zachodnimi Hanzy, do której stopniowo zostały wcią­ gnięte inne m iasta hanzeatyckie, a po stro­ nie Holandii — Anglia. W ojna trw ała do » 206 «

roku 1474, kiedy to obie strony były dosta­ tecznie wyczerpane, by zawrzeć pokój. S tra­ ty w obu obozach były olbrzymie. Zawarty w Utrechcie pokój, w zasadzie korzystny dla Hanzy, zawierał postanowienia dotyczące od­ szkodowań wojennych. Ale nie o to przecież głównie chodziło. Aby zrozumieć genezę wy­ darzeń, należy pokrótce zastanowić się nad sytuacją, jaka kształtow ała się w owym cza­ sie w Europie zachodniej. Historycy badający gospodarcze dzieje Anglii średniowiecznej zauważyli ciekawe zjawisko. K raj ten słynął z hodowli owiec. Rozległe wrzosowiska Devonu i Yorku sprzy­ jały pasterstw u. W ełna angielska była znana i ceniona na rynkach europejskich. Rozwój sukiennictw a w miastach Flandrii — Bruges, Ypres, Gandawie — oparty był właśnie na wełnie angielskiej, sprowadzanej w wielkich ilościach zza kanału. Otóż uczeni badający eksport angielski w XIV i XV wieku stwierdzili, że zdecydo­ wanie zmienia się stosunek wywożonej weł­ » 207 «

ny i sukna na korzyść sukna. Coraz więcej wełny angielskiej na miejscu, w Anglii, prze­ rabia się na tkaniny. W związku z tym w y­ wozi się mniej surowca, a więcej towaru. Na podstawie tego zjawiska słusznie wywnio­ skowano, że na terenie Anglii zachodziły ja­ kieś zjawiska, które zmieniały jej strukturę gospodarczą i społeczną. Rozwijał się miano­ wicie przemysł angielski oparty o rodzimy surowiec, a jak wykazały dalsze badania hi­ storyków, związany również z nowymi for­ mami pracy, które także wyraźnie wystę­ pują na przykładzie Holandii. Ten niewielki kraik właśnie w XV wieku rozpoczął swoją wielką kartę historii. W opisywanym przez nas okresie zaczął się tam silnie rozwijać przemysł. Holendrzy posiadali trzy specjalności: tkali sukno, bu­ dowali statki i warzyli piwo. Wszystkie te czynności były dobrze znane i wykonywane w innych krajach. W Holandii jednak wy­ konywano je innym i niż gdzie indziej siłami społecznymi. W całej Europie sukiennictwo » 208 «

C e c h s u k i e n n i k ó w ( R e m b r a n d t)

rozwijało się przede wszystkim w ramach wysoko kwalifikowanego rzemiosła. Wyroby sukiennicze były wysokiej jakości, drogie i produkowane przez w arsztat m istrza w sto­ sunkowo niewielkiej ilości. Na terenie Ho­ landii w XV wieku można zaobserwować zasadniczą zmianę. Powstaje tak zwane nowe sukiennictwo. Co to było takiego? 14 H an za

» 209 «

Od niepam iętnych czasów i nie tylko w Holandii chłopi w domu wyrabikli tkaniny n a własne potrzeby. Kupcy i przedsiębiorcy holenderscy zaczęli to wykorzystywać. Po­ magali chłopom finansowo, dostarczali w ar­ sztaty tkackie, surowiec, a w zamian za to otrzym ywali gotowe sukno — co praw da niewysokiej jakości, ale za to bardzo tanie i w dużych ilościach. W ten sposób powsta­ wały w Holandii pierwsze formy m anufak­ tu r rozproszonych, a więc produkcji typu kapitalistycznego. W oparciu o przemysł su­ kienniczy rozwijał się n a podobnych nieco zasadach i przem ysł okrętowy. Wysoce rozwinięta linia brzegowa Holandii i sąsiedniej prowincji niderlandzkiej — Ze­ landii — sprzyjała rozwojowi rybołówstwa. Chłopi holenderscy na własnych małych sta­ teczkach i łodziach wypływali na ławice śle­ dziowe. A kupcy holenderscy musieli prze­ cież otrzym ane sukno sprzedać za granicą. I, co jest rzeczą rów nie ważną, musieli dowieźć do Holandii żywność (przede wszyst­ » 210 «

kim zboże) potrzebne dla coraz większej ilo­ ści pracowników przemysłowych. Zaczęli więc udzielając zaliczek i pożyczek chłopom-rybakom uzależniać ich od siebie, przejmo­ wać i rozbudowywać zakłady okrętowe, a zrujnowanych biedaków angażować jako pełnowartościowych marynarzy. Znowu jednak zmuszało ich to do utrzy­ mywania jak najżywszego handlu i przywozu surowca na budowę statków — drzewa. Cią­ gle rozbudowująca się flota holenderska za­ częła być też używana do wielkiego rybo­ łówstwa pełnomorskiego, stając się i pod tym względem jedną z największych ówczes­ nych potęg. I Anglicy, i Holendrzy musieli walczyć 0 rynki zbytu na swoje wyroby przemysłowe 1 o tanie źródła niezbędnych surowców. Jed ­ no i drugie mogli zdobyć w krajach nadbał­ tyckich, ale pod warunkiem , że uda im się złamać monopol pośrednictwa Hanzy. Stąd właśnie przybierająca na sile walka, która toczy się w XV wieku na Bałtyku. » 211 «

Kupcy z Europy zachodniej dysponują ta­ nim i produktam i przemysłowymi, bardzo po­ szukiwanymi w Polsce, w Rosji, w Inflan­ tach, a chcą kupić zboże i drzewo, a więc towary, które kraje te mogą eksportować. Normalnej wymianie handlowej stała na przeszkodzie Hanza korzystająca ze starych przywilejów, broniąca wszelkimi środkami i sposobami swego stanowiska, które potra­ fiła wywalczyć na Bałtyku w ubiegłym stu ­ leciu. Jej siła m ilitarna, handlowa, politycz­ na była tak duża, że pokój w Utrechcie zatwierdza status quo na Bałtyku. A więc Holendrzy i Anglicy muszą się n a razie po­ godzić z pewnymi ograniczeniami ze strony Hanzy. Ale już w okresie w ojny zaczęły się wy­ raźnie zarysowywać inne siły, jeszcze groź­ niejsze dla związku. Oto w nim samym n a­ stępuje rozbicie. W nowych w arunkach go­ spodarczych i politycznych różne grupy m iast zaczynają mieć diam etralnie różne interesy, co gorsza, interesy sprzeczne z in­ » 212 «

teresami Hanzy jako całości. W dodatku mia­ sta w ystępujące przeciwko tradycyjnej poli­ tyce hanzeatyckiej były miastami z roku na rok wzmacniającymi swą pozycję gospodar­ czą, w przeciwieństwie do tych, które popie­ rały konserw atyw ne stanowisko. Trudno zobrazować w liczbach wzrost czy upadek m iasta średniowiecznego. Statystyka historyczna może tu operować raczej pew ny­ mi danymi porównawczymi, obrazującymi stosunek jednego m iasta do drugiego. W ten sposób orientujem y się, że największym mia­ stem Hanzy była Kolonia, liczyła zapewne w wieku XIV—XV około 40 000 mieszkań­ ców. Na terenie Niemiec dalsze miejsca zaj­ mowały prawdopodobnie Wiedeń, potem No­ rymberga, Strasburg, Metz, Ulm i hanzeatycka Lubeka, wreszcie Augsburg i Frank­ furt. M iasta te liczyły na przełomie w. XIV i XV od 20 000 do 30 000 mieszkańców. W ta ­ blicy miast średnich, 8 000 — 20 000 miesz­ kańców, zmieści się Gdańsk, Wrocław, a na­ wet i Kraków oraz takie miasta, jak Bazylea, » 213 «

Hamburg, Wormacja, Dortmund, Soest i kil­ ka innych. W Europie jednak nie miasta kręgu Hanzy były największe. Paryż i Londyn znacznie górowały nad nim i ilością mieszkańców. Z kolei te dwa miasta nie mogły się równać z miastami włoskimi, z których jedno z n aj­ większych — Florencja — liczyło- około 300 000 mieszkańców. Zadziwiającym kolo­ sem w wieku XIV—XV był Konstantynopol, którego ludność liczyła ponad 800 000, a we­ dług niektórych historyków naw et przekra­ czała milion. W skali więc ogólnoeuropejskiej miasta Hanzy nie należały do wielkich. Ważnym wskaźnikiem ich rozwoju demograficznego i ich możliwości finansowych są między in­ nymi dane dotyczące liczby zbrojnych, jakie poszczególne m iasta miały wystawić na cele ogólnozwiązkowe. Zobaczymy, co nam powie tabliczka zestawiająca dane liczbowe z dru­ giej połowy XIV i drugiej połowy XV wie-

W 1368 r. Lubeka m iała wystawić 30 zbrojnych na potrzeby związku, Strzałów Roztoka Hamburg Gdańsk Wismar Szczecin Stargard Lüneburg

20 15 10 10 10 8 2 —

Natomiast w 1470 r. Lubeka miała w ysta­ wić także 30 zbrojnych, Gdańsk Hamburg Lüneburg Strzałów Roztoka Szczecin Stargard Wismar

25 23 18 15 12 12 9 8

Przez sto lat Lubeka utrzym ała swoje przodujące znaczenie. Na dalsze miejsca w y­ sunęły się jednak Gdańsk i Hamburg, zbli­ żając się do niej. Duże znaczenie uzyskał Lüneburg, awansowały Szczecin i Stargard, » 215 «

I J j « « » n il 8 8 S) « s

ü m m n in n r

n i«ii is » « » u ti » ii »

. iïism -M g M it im

H U IIM IIM IE ,

ri « « n î t « » n ti » « tr 'S ]

if st » a » » u si « »

'.ß f *ß^f-.rj^tß



4,^tf«
ï S ie d z i b a H a n z y w A n t w e r p i i

natom iast cofnęły się nieco Strzałów, Roz­ toka i Wismar. Jeżeliby wciągnąć do podob­ nej tablicy na przykład m iasta Hanzy inflan­ ckiej, okazałoby się, że stary Rewel w ciągu tego stulecia ustąpił znaczeniem Rydze. Wła­ śnie te miasta, które zyskiwały na znaczeniu, zaczęły się wyłamywać z polityki prowadzo­ nej w sposób tradycyjny przez Związek Hanzeatycki. » 216 «

Co stanowiło podstawę wzrostu niektórych miast nad Bałtykiem? Hamburg, Gdańsk i Ryga znajdowały się w takiej samej sytuacji, podobnie zresztą jak i (acz w mniejszym zakresie) Szczecin, i S tar­ gard. Zaczynały one reprezentować w han­ dlu europejskim tow ary swojego zaplecza. Gdańsk, jak i pozostałe wspomniane tu mia­ sta, w coraz większym stopniu wiązał się handlowo z producentam i i drobnymi kup­ cami na zapleczu polskim, stając się stopnio­ wo niemal monopolistą na wywóz polskiego zboża i polskiego drzewa. Coraz szersze ope­ racje finansowe m iasta prowadziły do tego, że liczne rzesze chłopów, wielkiej i drobnej szlachty, a także m iasta i miasteczka zadłu­ żały się u gdańszczan, aby później spłacać stopniowo długi płodami rolnymi czy le­ śnymi. Domeną wpływów Gdańska było dorzecze Wisły, podobnie jak domeną wpływów Ham­ burga — dorzecze Łaby, a Rygi — dorzecze Dźwiny. Wiązało się to oczywiście z dogod­ » 217 «

nym położeniem tych m iast u ujścia rzek, które były w średniowieczu najważniejszymi i najlepszymi szlakami komunikacyjnymi czy handlowymi. W zrost znaczenia Lüneburga należy tłumaczyć coraz większym zapo­ trzebowaniem n a sól, którą miasto eksporto­ wało ze swych bogatych złóż. W przeciwieństwie więc do tego, co było powiedziane w rozdziale II, rozwój tych m iast nie opierał się na wielkim pośrednic­ twie, a w większym stopniu na eksploatowa­ niu zaplecza, na specjalizacji handlowej opar­ tej na specjalizacji produkcji. Wiązało się to z wielu różnymi zjawiskami. Że Lüneburg specjalizował się w wywozie soli, jest rzeczą zrozumiałą. Istniały tam jej duże zasoby. To samo dotyczy wywożonego przez Rygę czy Gdańsk drzewa. Ale o wiele bardziej skomplikowana spraw a zaczyna się przy eksporcie zboża. Dlaczego n a przykład Polska w XV wieku zaczęła stawać się jednym z największych eksporterów zboża w Europie? » 218 «

Problem ten od daw na n u rtu je wielu hi­ storyków. Właśnie przecież w tym czasie Polska wkroczyła na drogę gospodarczą, któ­ rą z wiadomym skutkiem kroczyła do XIX wieku. Wszechwładna politycznie szlachta, upraw iając zboże n a wywóz, czyniła to kosz­ tem chłopa. Aby mieć to zboże na eksport, zboże, które można by w Gdańsku dobrze sprzedać, trzeba było mieć ziemię i ludzi do jej uprawy. I właśnie w związku z tym szlachta zaczęła tworzyć folwarki, zabierać ziemię sołtysom i chłopom, zagarniać nie­ użytki i karczować lasy. Zaczynała również zwiększać darmową pracę pańszczyźnianą chłopów na ziemi folwarcznej. Słabo znam y przyczyny, które doprowa­ dziły do powstania folwarku pańszczyźnia­ nego. Zapotrzebowanie n a zboże w kraju, za granicą, wszechwładza szlachty — wszyst­ kie te spraw y są dopiero badane. Ale skutki gospodarki folwarcznej znamy lepiej. Pro­ wadziła ona do nędzy chłopów, którzy zmu­ szani byli do coraz większej pańszczyzny » 219 «

i nie stanowili w rezultacie odbiorców na towary miejskie. Tym samym upadało i rze­ miosło miejskie, szczególnie że szlachta za sprzedane zboże mogła w Gdańsku kupić z zagranicznych wyrobów, co tylko chciała. Ale skutki gospodarki folwarcznej z całą wyrazistością ukażą się dopiero w końcu XVI i w XVII wieku. Na razie w wieku XV ro­ śnie zapotrzebowanie na zboże, rośnie jego produkcja, w zrasta aktywność kupiectwa, szlachty, a naw et jeszcze chłopów. Społeczeństwo bogaci się i stanowi poważ­ ny rynek między innymi właśnie na towary holenderskie czy angielskie. Nic dziwnego, że u ujścia Wisły zjaw iają się coraz liczniej przybysze z Holandii i Anglii z własnymi to­ warami, kupujący zboże czy drzewo. Z tej sytuacji korzysta chyba najwięcej Gdańsk. Wszelkie transakcje zaw iera się przecież na jego terenie, on jest właścicielem większości zboża odprzedawanego Holendrom, on też może rozprowadzić po k raju holenderskie śledzie cz.y wina południowe. 220

Handel m iasta zmienia więc na przełomie XV i XVI wieku swój charakter. Gdańsk przestaje żyć z handlu tranzytowego i różno­ rakiego pośrednictwa, a staje się bram ą bo­ gatego kraju, przez, którą wywozi się i przy­ wozi najważniejsze towary. I tu leży geneza zatargu z Lubeką, reprezentującą stare for­ my handlu hanzeatyckiego. Wpuszczać Holendrów na Bałtyk czy nie wpuszczać? Oczywiście nie można upraszczać sprawy. Właśnie od połowy XV wieku rozwija się w Gdańsku okrętownictwo. W stoczni budu­ je się statki, na których gdańszczanie docie­ rają do wybrzeży całej Europy zachodniej i północnej — od Portugalii do Finlandii. A tymczasem Holendrzy czy Anglicy stano­ wili poważnych konkurentów w transporcie morskim. Część tylko kupców z Hamburga, Gdańska czy Rygi zdecydowanie już od 6—7 dziesiątka XV wieku pragnęła wolnego wstę­ pu dla Holendrów na Bałtyk. Duża grupa, opierająca swe polityczne i gospodarcze zna» 221 «

Budow a dom u w G d a ń sku

(D. C hodow iecki)

czenie na starszych formach handlu, opowia­ dała się przez długie lata za generalną linią Związku Hanzeatyckiego, reprezentowaną przez Lubekę. Walka więc toczyła się n a wielu frontach, znajdowała swe odbicie i na zjazdach hanzeatyckich, prowadzona była i zbrojnie, i drogą dyploinatyczną. Na przysłowiowej wołowej skórze nie spisać by strat, jakie so­ bie nawzajem zadawali hanzeaci z Holendra­ mi i Anglikami. Zwraca jednak uwagę fakt, że w XV wieku Hanza już nie atakowała, a broniła swego stanu posiadania. Stroną » 222 «

agresywną, stroną nie m ającą wiele do stra­ cenia, a wiele do zyskania były nacje zachod­ nie. Walka toczyła się o kantory hanzeatyckie — w Bruges, później w XVI wieku w A ntwerpii i w Londynie. Szło tu o wyparcie kupców niemieckich, o zlikwidowanie ich uprzywilejowanego stanowiska w krajach, które przystępowały do boju o supremację gospodarczą w Europie północnej. Następnie zaatakowane zostały „tereny neutralne“, pozostające pod wpływami Han­ zy. Norwegowie, ciemiężeni gospodarczo i wyzyskiwani przez hanzeatów, ujrzeli moż­ liwość prowadzenia dogodniejszego handlu. Kupcy nowogrodzcy też zaczęli witać gorąco w swym mieście większą ilość przybyszów z dalekich stron. Wreszcie ciosem najw ięk­ szym dla Hanzy było nawiązanie bezpośred­ nich kontaktów z konsumentami i producen­ tami w krajach m iast hanzeatyckich: Me­ klemburgii, na Pomorzu, w Prusach, Polsce, Inflantach. Pokój w Utrechcie formalnie wieńczył » 223 «

zwycięstwo Hanzy. Ale faktycznie nic się po nim na Bałtyku nie zmieniło. W dalszym cią­ gu Holendrzy coraz, energiczniej, praw nie czy bezprawnie, wpływali na teren niedaw­ nego wyłącznego panowania Hanzy. Na każ­ dym sejmie związkowym ponawiano zakazy handlu „gości“ — kupców niehanzeatów między sobą; wprowadzano zakazy handlu detalicznego dla wszystkich cudzoziemców, chcąc w ten sposób zabezpieczyć się przed kontaktam i Anglików i Holendrów z zaple­ czem; ogłaszano surowe kary na wszystkich łamiących prawo i przekraczających przywi­ leje Hanzy. Cóż, kiedy to wszystko nie pomagało, po­ dobnie jak i wprowadzanie w czyn wielu su­ rowych postanowień, konfiskaty obcych to­ warów itp. Zresztą konfiskaty towarów były rzeczą niebezpieczną. Wielu hanzeatów po­ siadało swe ruchomości i nieruchomości w Londynie czy Bristolu i egzekucja wyko­ nana na ładunkach angielskich n a Bałtyku z reguły pociągała za sobą, mniejsza — » 224 «

R o t te r d a m

praw nie czy bezprawnie — analogiczną kon­ fiskatę towarów hanzeatyckich w Anglii. Rozpoczynały się nieskończone spory, proce­ sy, odwoływania się do wszystkich możli­ wych instancji. Istnieje licznie zachowana korespondencja między królam i angielskimi a królami polskimi w spraw ie zadośćuczy­ nienia za krzywdy, jakich doznali Anglicy w Gdańsku czy Elblągu, a gdańszczanie w Londynie czy Hull. Mimo tych wszystkich trudności handel holenderski i angielski odgrywał coraz więk­ szą rolę na terenie Bałtyku, co w ydaje się oczywiste, jeżeli się weźmie pod uwagę pod15 H an za

» 225 «

staw y gospodarcze, n a jakich się opierał. Aby nie być gołosłownym, w arto tu przytoczyć fakt następujący: w połowie XV wieku im­ port towarów holenderskich do Gdańska sta­ nowił zaledwie parę procent wartości ogól­ nego importu. W pierwszych latach XVI wieku im port z Holandii dochodził do połowy w artości całego przywozu. Podobnie rzecz się miała z wartością towarów polskich w y­ wożonych do Holandii, która w ciągu oma­ wianego półwiecza wzrosła o przeszło połowę, stanowiąc najważniejszą pozycję w bilansie handlowym Gdańska. Jeżeli już mowa o bilansie handlowym, to trzeba zwrócić uwagę n a dwie sprawy. Po pierwsze, wywożono z ziem polskich, pruskich i w ogóle nadbałtyckich tow ar o większej wartości niż przywożono. Po drugie — wy­ wożono surowiec, przywożono gotowe pro­ dukty przemysłowe — sukno, piwo. Ten nie­ pomyślny stan rzeczy miał zaciążyć na całym systemie gospodarczym, handlowym, w ja­ kim brała udział daw na Rzeczpospolita. » 226 «

W przyszłości będą widoczne skutki: niedo­ rozwój własnego, rodzimego rzemiosła i prze­ mysłu w związku z im portem gotowych towarów i rosnący wyzysk producenta i kon­ sum enta polskiego przez kupców holender­ skich, angielskich, a także i gdańskich, którzy pośredniczyli przy większości transakcji. Rozwój gospodarczy poszczególnych kra­ jów, rozwój ich specyfiki, prowadził w szyb­ kim tempie do rozbicia Związku Hanzeatyckiego. Każda część składowa Hanzy zaczynała mieć inne specyficzne interesy, często ja­ skrawo sprzeczne z interesam i drugiej grupy miast. Coraz luźniejszy kontakt utrzym ywały ze związkiem miasta saskie, zatracały wspól­ ne interesy m iasta nadreńskie. M iasta Hanzy niderlandzkiej już w 1424 roku nie tylko opowiedziały się przeciw polityce związku, ale zbrojnie popierały jednego z najgroźniej­ szych wrogów Hanzy — króla Danii, Szwecji i Norwegii, księcia pomorskiego Eryka XIII. W pierwszej ćwierci XVI wieku już tylko m iasta nadbałtyckie i znad Morza Północ» 227 «

nego o tyle o ile regularnie obsyłały sejmy związkowe. Z tym, że m iasta pruskie — Gdańsk, Elbląg, Toruń — pozostawały w co­ raz silniejszej opozycji. W coraz większym stopniu zaczynały reprezentować nie śred­ niowieczne, uniw ersalne m iasta handlowe, a ośrodki wyrosłe z potrzeb rejonu i specja­ lizujące się w handlu opartym na możliwo­ ściach produkcyjnych właśnie tego kraju. Gdańsk i Elbląg staw ały się coraz mniej hanzeatyckie, coraz bardziej polskie. Zjawi­ sko to, które wystąpiło silnie już w połowie XV wieku, podczas wojny trzynastoletniej o powrót Pomorza wschodniego do Polski, w XVI wieku zmieniło zdecydowanie cha­ rakter gospodarczy miast, a także emancypowało je politycznie. M iasta pozostające pod berłem królów Pol­ ski nie brały już czynnego udziału w ciągle odnawiających się wojnach z Holendrami czy Anglikami w pierwszych dziesiątkach XVI wieku. Zachowywały praktyczną neu­ tralność (ciągnąc z niej zresztą niemałe zy» 228 «

ski), aczkolwiek formalnie stały po stronie Lubeki i Związku Hanzeatyckiego. Również m iasta inflanckie prowadziły coraz bardziej zdecydowanie własną politykę. Hanza coraz wyraźniej staw ała się jedynie związkiem m iast wendyjskich. Jak w rozpadającym się imperium ciągle pojawiają się nowe rysy, tak i w związku m iast w XVI wieku coraz to nowe zjawiska groziły katastrofą. Coraz więcej krajów, co­ raz więcej państw podnosiło głowę i starało się pozbyć uciążliwego pośrednictwa hanzea­ tyckiego, krępującego własny handel, ogra­ niczającego własny przemysł. Do czasu uda­ wało się jeszcze trzym ać niezadowolonych w ryzach. Ale w wieku XVI sytuację Hanzy na Bał­ tyku można by określić parafrazując prze­ powiednię pana Zagłoby dotyczącą sytuacji Szwedów w Polsce: „Albo Hanza w ygra ko­ lejną wojnę, albo przegra. Jeśli w ygra — to będzie musiała toczyć następne. Jeśli prze­ gra — to natychm iast straci, i to już defi­ »

229

«

nitywnie, swoje przeważające stanowisko na B ałtyku“. Rzeczywiście parę wojen — z Holandią, Anglią, Danią — Hanza jeszcze wygrała, a mimo to była coraz bardziej zagrożona w .sw oich przywilejach. Wreszcie doszło do katastrofy, i to ze strony mało spodziewanej. Pierw otnie bowiem hanzeaci, a ściślej lubeczanie popierali naw et Gustawa Wazę, wal­ czącego jako narodowy król Szwedów o wy­ zwolenie k raju z ucisku Duńczyków, o ze­ rw anie unii kalmarskiej. Unia ta, odnowiona przez króla Jana w samym końcu XV wieku (w 1497 r.), skupiająca pod jednym berłem królestwa Danii, Szwecji i Norwegii, była przede wszystkim wykorzystyw ana przez kraj naj­ bardziej, z tych trzech rozwinięty gospodar­ czo i politycznie —■to jest Danię. Ani feudałowie, ani chłopi szwedzcy nie widzieli najm niejszych powodów, by płacić wysokie podatki na aw antury w ojenne Duńczyków, aby opłacać liczny sztab dostojników z Danii »

230 «

pasożytujących w Szwecji i znosić panosze­ nie się ich w swoim kraju. W dodatku pa­ nujący w krajach skandynawskich syn i na­ stępca Jąna Chrystian II nie odznaczał się łagodnym usposobieniem i za jego to pano­ wania nastąpiła „krw aw a łaźnia sztokholm­ ska“ — rzeź Szwedów burzących się przeciw panowaniu obcego im władcy. Gdy w 1521 roku wybuchło powstanie w Dalekarlii pod wodzą Gustawa Wazy, zna­ lazło ono tak silne poparcie wśród najszer­ szych rzesz społeczeństwa szwedzkiego, że panowanie Duńczyków w Szwecji już w dwa lata później zostało definityw nie zakończone. Sukcesy Gustawa były tak znaczne, że przy­ czyniły się między innym i do obalenia Chry­ stiana i w samej Danii. Następca Chrystia­ na, Fryderyk I, zaw arł w 1524 r. przymierze z Gustawem, akceptując w ten sposób defi­ nityw ne rozbicie unii kalmarskiej. Otóż Lubeka i m iasta biorące jeszcze aktyw ny udział w polityce Hanzy popierały i m ilitarnie, i gospodarczo powstanie Dale» 231 «

karli jeżyków, dążąc do osłabienia potęgi Da­ nii, podobnie jak w ciągu minionego półtora wieku. Lubeka właśnie pomogła Gustawowi w ucieczce z niewoli duńskiej, w jakiej się jako zakładnik przez pewien czas przed wy­ buchem powstania znajdował, a następnie udzielała pożyczek niezbędnych w trudnym okresie odbudowy samodzielności państwo­ wej. Po ostatecznym zwycięstwie Lubeka zażą­ dała zwrotu pożyczek, i to z grubymi procen­ tami, a ponadto wzmogła jeszcze eksploatację handlową Szwecji. Konieczność spłaty dłu­ gów lubeckich zm usiła Gustawa w r. 1531 do zabierania dzwonów z kościołów, co mię­ dzy innym i doprowadziło do groźnego po­ w stania przeciw jego rządom, wznieconego przez jego najdawniejszych stronników — Dalekarlijczyków. Powstanie zostało stłu­ mione, ale ucisk handlowy hanzeatów trw ał nadal. I w tedy Gustaw postanowił wyzwolić się z uciążliwej zależności, tym bardziej że już 232

nosił się z zam iaram i popierania rozbudowu­ jącej się rodzimej floty szwedzkiej i rozwija­ jącego się szwedzkiego przemysłu i handlu. Skorzystał z okazji w roku 1534, kiedy to Lubeka znowu w dała się w wojnę z Danią, chcąc zdetronizować zbyt energicznego dla siebie króla Chrystiana III i osadzić powolne­ go sobie Krzysztofa, księcia oldenburskiego. Zupełnie niespodziewanie Gustaw w ystą­ pił w obronie Chrystiana, zarekwirował to­ w ary hanzeatyckie i rozpoczął energicznie uzbrajać swą flotę. Hanzeaci pochłonięci wojną duńską nie mogli w pierwszej chwili przeciwstawić Szwedom odpowiednich sił. Do decydującej rozgrywki doszło w roku 1535, kiedy to w wielkiej bitw ie morskiej pod Helsingborg lubeczanie ponieśli druzgo­ cącą klęskę, która przesądziła wynik wojny. To właśnie była ta przegrana dla Hanzy wojna, która pokojem zaw artym w roku 1537 odebrała jej raz na zawsze większość daw ­ nych monopoli handlowych. Od tego roku straciła ona posiadaną przewagę polityczną » 233 «

w Danii i Szwecji, tracąc tym samym na rzecz swych konkurentów handlowych wiele szans w walce o rynek Morza Bałtyckiego. Pisząc o tych spraw ach niepodobna pomi­ nąć postaci burm istrza Lubeki — Jurgena

W ullenwebera, którego losy są niejako obra­ zem losów całego Związku Hanzeatyckiego w XVI wieku. W ybitny ten hanzeatycki mąż stanu, urodzony w Ham burgu w roku 1488, uzyskał praw o miejskie w Lubece. Wullenweber zdawał sobie doskonale sprawę z upadku Hanzy, z malejącego jej znaczenia politycznego i gospodarczego. Całą swoją działalność polityczną poświęcił więc zrefor­ mowaniu związku. Plany jego były bardzo szerokie, ale, jak najbliższa przyszłość w y­ kazała, trudne do zrealizowania. Wullen w eber chciał ocalić wielkość Hanzy na nowych podstawach, zorganizować zwią­ zek krajów nadbałtyckich, kierowany przez m iasta z Lubeką na czele, który by opanował wywóz surowców tak poszukiwanych w Eu­ ropie zachodniej. Jednak organizacja nowego związku musiałaby mieć inne podstawy: do władzy musieliby dojść nowi ludzie, repre­ zentujący interesy nie patrycjatu, a bardziej nowoczesnego kupiectwa, kupiectwa głównie protestanckiego. W yznanie było tu formą » 235 «

ideologicznego protestu przeciw stosunkom utrzym ywanym przez katolicyzm. W ullenweber już na początku swej dzia­ łalności był zwalczany nie tylko przez Ho­ lendrów i Anglików, ale i przez, państw a skandynawskie, i przez p atry cjat hanzeatycki, i specjalnie ostro przez wielkich feudałów. Mimo to zdołał przeprowadzić swój wy­ bór na rajcę, a następnie na burm istrza lubeckiego w 1533 roku. Właśnie on rozpo­ czął w dwa lata później wojnę z Danią, aby uzyskać tam wpływy. Wojna, jak wiemy, za­ kończyła się dlà Lubeki niepomyślnie. Zmuszony przez miejscowy patrycjat i wielkiego pana Jan a Rantzaua do ucieczki, W ullenweber wpadł w ręce innego swego zagorzałego przeciwnika — arcybiskupa Bre­ my. Osadzony w więzieniu został przez sąd Rzeszy skazany na śmierć. Jeszcze jeden za­ cięty jego wróg, Henryk, książę Brunszwiku, kazał go ściąć w 1537 roku w Wolfenbüttel. Reakcja hanzeatycka wygrała, plany Wullenw ebera okazały się nierealną utopią. Roz-

w ijające się państw a nadbałtyckie same za­ częły prowadzić handel i wymianę w skali europejskiej. Związek m iast hanzeatyckich przestał być w krajach nadbałtyckich po­ trzebny, ustępując miejsca narodowemu, ro­ dzimemu przemysłowi i handlowi.

V III

SWIT NOWEJ EPOKI

„Umieją oni jak pszczoły wysysać sok ze. wszystkich krajów. Mówią, że Norwegia jest ich lasem, brzegi Renu, Garonny — ich w in­ nicami, Niemcy, Hiszpania i Irlandia — ich pastwiskiem, Prusy i Polska — ich spichle­ rzem, Indie i Arabia — ich ogrodem“. Słowa te pisał o Holendrach w 1658 roku, a więc nieco później, francuski pisarz Wicquefort, ale można by je zastosować już i do w ieku XVI. Szczególnie interesować nas tu będzie „spichlerz“ Holandii — wybrzeża Bałtyku, z których z roku n a rok zwiększano wywóz zboża. Było to specjalnie widoczne od cza­ su, kiedy cesarz Karol V jako suw eren Ni­ derlandów traktatem w Spirze w roku 1544 » 238 «

uzyskał dla swych poddanych wolny prze­ jazd przez Cieśninę Sundzką. Już w połowie XVI wieku około 600 statków holenderskich rocznie odwiedzało Bałtyk. A ntw erpia — ogólne światowe emporium handlowe, a po­ tem Amsterdam obracały setkam i tysięcy ton nadbałtyckiego zboża. Głównym portem wywozowym stał się Gdańsk opierający się o rozwinięte rolniczo zaplecze, przyćmiewający swą potęgą han­ dlową z czasem naw et samą Lubekę. Do por­ tu jego zaw ijają jednak coraz liczniej nie tylko Holendrzy. Ich groźnymi konkurenta­ mi stają się Anglicy. Właśnie w drugiej połowie XVI w., za panow ania królowej Elżbiety, następuje niebywały wzrost ich przedsiębiorczości i ekspansji, szczególnie po rozgromieniu floty hiszpańskiej króla Fili­ pa II zwanej Wielką Armadą. Słynny żeglarz Sebastian Cabot, szukając drogi do Chin, zakłada w 1555 r. kompanię, która przyczyniła się do wielkich odkryć geograficznych na Północy. Nawiązanie w » 239 «

trakcie tych prób kontaktów handlowych z Moskwą przez Morze Białe i A rchangelsk doprowadziło do wzrostu znaczenia tej nowej potężnej kompanii handlowej — tzw. mos­ kiewskiej. W trakcie rywalizacji z Holen­ drami o handlowe opanowanie Bałtyku po­ w staje w roku 1581 jeszcze jedna kompania — wschodnia. Działalność jej mimo zatar­ gów z Holendrami i Hanzą jest tak żywa, że już w początkach XVII wieku działało na terenach nadbałtyckich około 17 tysięcy An­ glików i Szkotów. Ale w wieku XVI ani Anglicy, ani Holen­ drzy, ani*hanzeaci nie mogli już stać się pa­ nami Morza Bałtyckiego. Jedni czy drudzy zwiększali swe wpływy handlowe, ale o Bał­ tyk toczyła się zacięta walka między pań­ stwam i rozwijającymi się nad jego brzegami. Najłatwiej może jest scharakteryzować nowy układ sił na Bałtyku n a przykładzie walki o Inflanty, gdzie w szrankach stanęły cztery mocarstwa: Dania, Polska, Szwecja i Mo­ skwa. Ta ostatnia włączyła się czynnie do » 240 «

Statfci ża g lo w e

wielkiej polityki bałtyckiej z końcem XV wieku, kiedy to w r. 1497 uzależniła od siebie potężną republikę Nowogrodu Wielkiego. Na terenie Inflant i bez w trącania się obcych toczyły się nieustannie spory i wa­ śnie między zakonem kawalerów mieczo­ wych a arcybiskupem ryskim, między mia­ stam i Hanzy inflanckiej a szlachtą, szlachtą a duchowieństwem itp. Na razie zaś pogłę­ biał się chaos w stosunkach wewnętrznych, kryzys ekonomiczny i słabość polityczna kra16 H an za

» 241 «

ju. Uzewnętrzniło się to od razu, gdy do Inflant zgłosiła swe pretensje Moskwa. Cho­ dziło tu o Narwę, miasto sytuow ane w bar­ dzo dogodnym punkcie handlowym nad Za­ toką Fińską, którego posiadanie w arunko­ wało w ogóle rozwój rosyjskiego handlu morskiego. Przedmiotem roszczeń był również Dorpat, a także ziemie rdzennie estońskie czy kurońskie. Iwan Groźny, konsekwentnie popierając tendencje wielkiego handlu morskiego Mo­ skwy, doprowadził w r. 1554 do zawarcia z zakonem kawalerów mieczowych traktatu, n a mocy którego zakon zobowiązywał się nie zawierać nigdy sojuszów z głównym podów­ czas przeciwnikiem Moskwy — państwem polsko-litewskim. T raktat ten nie przetrw ał naw et trzech lat. Już w 1557 roku następny m istrz zakonu zmuszony został przez panów polskich i li­ tewskich do sojuszu zaczepno-odpomego z Polską.- Zawarcie trak tatu z Polską daje początek wojnie o Inflanty już w roku na­ » 242 «

stępnym, wojnie, która mimo dłuższych i krótszych zawieszeń broni i przerw trw ać miała na dobrą spraw ą 70 lat, z tym tylko, że nie zawsze przeciwnicy byli ci sami. Już w pierwszej fazie sporu inflanckiego, jeszcze przed rozpoczęciem działań wojen­ nych, wyszły na jaw sprzeczności rozbijające jedność działań Hanzy. Na sejmie hanzeatyckim w 1542 roku m iasta wendyjskie z Lu­ beką na czele pragnęły dopuścić Rosjan do Zatoki Fińskiej, godziły się na otwarcie że­ glugi narew skiej i gotowe były naw et tę żeglugę organizować. Przeciwko tym tendencjom zdecydowanie w ystąpili hanzeaci inflanccy — kupcy z Rew­ ia i Rygi, zazdrośnie broniąc swego przyw i­ leju pośrednictwa między Bałtykiem a prze­ bogatym zapleczem rosyjskim. Dlatego też między innym i m iasta hanzeatyckie w mo­ mencie w ybuchu wojny rosyjskiej poparły projekty m istrza zakonnego Go tarda K ettlera, aby poddać się Polsce. Możnowładcy li­ tewscy i polscy też zazdrosnym okiem pa­ » 243 «

trzyli n a postępy Moskwy na Północy. W ro­ ku 1561 nastąpiła inkorporacja Inflant na razie do Litwy oraz sekularyzacja zakonu. Następnie ziemia ta m iała odtąd stanowić wspólną własność Korony i Wielkiego Księ­ stwa. Część Inflant — K urlandię — otrzymał dotychczasowy mistrz Gotard K ettler jako dziedziczne lenno świeckie, reszta ziem stała się formalnie własnością Rzeczypospolitej. Formalnie — bo nie tylko Moskwa nie po­ godziła się z tym faktem i w dalszym ciągu zdobywała jedno miasto za drugim, ale do spuścizny po kaw alerach mieczowych zgłosiły się jeszcze dwa państwa: Dania i Szwecja. Dania nawiazywała do tradycji z XIII i XIV wieku. W ysuwała pretensje do wyspy Ozylii i tak zwanego Wikken na lądzie sta­ łym. Co praw da z posiadłości tych zrezygno­ wał jeszcze W aldemar IV w 1346 roku, ale teraz król Fryderyk II w ystąpił o „duńskie dziedzictwo“. Zabrał się do tego sprytnie, » 244 «

przeprowadzając elekcję swego młodszego brata, księcia Magnusa, na biskupa Wikken i Ozylii. Szwecja od czasu zerwania unii kalm arskiej starała się ograniczać na każdym polu wpływy Danii. Północna część Inflant — Estonia — podlegała w sensie organizacji ko­ ścielnej arcybiskupowi szwedzkiemu w Lundzie. Finlandia stanowiła wówczas prowincję szwedzką i dążeniem Szwedów stało się opa­ nowanie południowego wybrzeża Zatoki Fiń­ skiej. Korzystając z ogólnego rozprzężenia, w r. 1561 Szwedzi szybko zajęli Rewel i — natknęli się nie na Moskwę, nie na Polskę, a na wojska duńskie. Zbrojny konflikt przekształcił się w wojnę duńsko-szwedzką, a równocześnie o Inflanty toczyła się w ojna polsko-moskiewska. Król polski Zygm unt August szukał sprzymie­ rzeńców. Ale napraw dę trudno było wybrać którąś z walczących sił. W chaosie inflanc­ kim właściwie wszyscy walczyli przeciwr wszystkim. » 245 «

Uznając za najgroźniejszego wroga Mo­ skwę, która zajęła największą część Inflant, Zygm unt August w 1563 roku zaw arł przy­ mierze z królem Danii — Fryderykiem II, ten zaś zażądał cd razu pomocy przeciwko Szwedom. Polacy nie tylko wykręcili się od tego zobowiązania, obiecując w zamian Duń­ czykom miasta, które jeszcze się w ich ręku nie znajdowały, ale zawarli sojusz z bratem króla szwedzkiego Eryka XIV — księciem Finlandii, Janem. Sojusz uświetniło małżeń­ stw o Jan a z królewną polską K atarzyną Ja­ giellonką (z którego to związku urodził się późniejszy król Zygm unt III Waza). Główną sprężyną działającą w kierunku lawirow ania między Szwecją i Danią był Gdańsk. On to nie dopuścił do wysłania po­ mocy Duńczykom. Zygm unt August tłum a­ czył się raz tym, raz owym sprzymierzeń­ com, że „narody mu podwładne nie tylko nigdy nie próbowały swoich sił w wojnie morskiej, ale naw et losu swego nie powie­ rzały nawom morskim“. I tu robi w yjątek: » 246 «

„są przecież w królestwie gdańszczanie, ale ci m ają okręty kupieckie, nie przystosowane do potrzeb w ojennych“. Sam król, chcąc stworzyć zalążki przynaj­ m niej własnej siły zbrojnej na Bałtyku, organizował flotę kaperską. Co to znaczy? Starym , wypróbowanym przynajm niej od w ojny trzynastoletniej sposobem upoważnił paru szyprów do pełnienia służby wojennej na morzu w imieniu króla na własnych okrę­ tach. Na czym ta służba wojskowa polegała? Po prostu na zalegalizowanym korsarstwie. Kaprowie chwytali obce, nieprzyjacielskie (nie zawsze) statki, łupili je, rabowali, a tyl­ ko płaconą do skarbu niewielką częścią zra­ bowanego dobra stwierdzali swój stosunek służbowy do monarchy. Popieranie kaprów przez króla spotkało się z dużą niechęcią gdańszczan, którzy pragnęli możliwie spokojnie bogacić się na wielkim handlu. Dlatego zachowywali ścisłą n eu tral­ ność, nie wdając się w walkę po żadnej stro­ nie, a gdy w dodatku mieszczanie gdańscy » 247 «

ucierpieli na nadgorliwości kaprów, którzy łupili wszystkie statki, jakie im się nadarzy­ ły, doszło w 1567 roku do wybuchu. Gdań­ szczanie zmusili kaprów do szybkiej ucieczki z miasta, a gdy złapali kilku z nich, zostali oni osądzeni i publicznie ścięci, mimo że przecież byli to ludzie podlegli królowi. Zyg­ m unt August ponosił w ten sposób konsek­ wencje między innymi swojego zadłużenia u gdańszczan, zadłużenia na potrzeby wojny w Inflantach. Nie wdawajmy się w dalsze perypetie tej wojny. Nie należą one bezpośrednio do oma­ wianego tu tematu. W ystarczy już m ateriału, by stwierdzić, że w XVI wieku na Bałty­ ku zaczęła się kształtować nowa polityka z udziałem czterech mocarstw — czterech państw reprezentujących interesy różnych, określonych już narodowości. W tym nowożytnym układzie sił nie mo­ gło być i nie było miejsca na potężną Hanzę. Inflanty — jeden z węzłowych pod każdym względem terenów nad Bałtykiem — prze» 248 «

Z ie lo n a B r a m a w G d a ń s k u

chodziły z rąk do rąk — po Duńczykach i Po­ lakach przewagę zdobyli tam Szwedzi, by po blisko wieku ustąpić miejsca Rosjanom. Związek miast hanzeatyckich nie miał w tych zapasach nic do powiedzenia. Jedynie po­ szczególne m iasta odgrywały pewną rolę. Szczególnie te, które właśnie rozwijały się na nowych podstawach gospodarczych — ta ­ kie jak w pierwszym rzędzie Gdańsk. Znaczenie Gdańska w XVI wieku najle­ piej zilustruje przebieg wypadków związa»

249

nych z tak zwanym buntem gdańszczan w 1576 r. Gdańsk po wojnie trzynastoletniej w coraz szybszym tempie staw ał się najważ­ niejszym portem Rzeczypospolitej. Zyskiwał n a znaczeniu, jak już było wyżej powiedzia­ ne, bazując na eksporcie polskiego zboża, do­ starczanego z folwarków pańszczyźnianych. Trzeba powiedzieć, że stosunki gdańskopolskie układały się korzystnie tylko dla jed­ nej strony, a mianowicie dla Gdańska. Jego mieszkańcy monopolizowali praw ie całe pośrednictwo między kupcam i zachodnimi a polską szlachtą i mieszczaństwem, dykto­ wali ceny, rujnow ali niejednego producenta. K rótko mówiąc, stanowili oni potężną siłę gospodarczą i polityczną. Korzystając ze swego uprzywilejowanego położenia, Gdańsk odgrywał niejako rolę państw a w państwie. Mieszczaństwu gdańskiemu, które żyło, i to nienajgorzej, z handlu polskimi towarami, zależało n a utrzym aniu pewnej samodzielno­ ści w stosunku do władzy centralnej. Aby te spraw y unormować z większą korzyścią dla » 250 «

A l e g o r ia h a n d l u g d a ń s k ie g o

Polski, Zygmunt August w ostatnich latach swego panowania wysłał komisję pod prze­ wodnictwem biskupa włocławskiego K arnkowskiego. W roku 1570 komisja wydała tzw. konstytucje Karnkowskiego, które okre­ ślały dokładnie prawne położenie Gdańska, ograniczały nieco jego samodzielność, rozsze­ rzały kompetencje królewskie. Przy zdecy­ dowanej niechęci rady miejskiej poczęto je wprowadzać w życie, gdy śmierć ostatniego z Jagiellonów, pierwsza wolna elekcja, za­ mieszanie związane z wyborem i ucieczką H enryka Walezego przerw ały te poczynania. W czasie drugiej elekcji Gdańsk zdecydo­ wanie opowiedział się po stronie cesarza Ma­ ksymiliana II, zapewne w celu poparcia tej kandydatury, która mogła przynieść słabszą władzę centralną. Konsekwentnie stając na tym stanowisku, rada gdańska nie uznała Stefana Batorego, nie w ysłała posłów na sejm koronacyjny i wreszcie zlekceważyła królewskie wezwanie przed sąd. Musiało dojść do starcia zbrojnego. » 252 «

24 w rześnia 1576 roku król Stefan rzucił banicją na miasto. Powstała sytuacja p ara­ doksalna: państw o polskie prowadziło wojnę z jednym ze swych miast. Obie strony bynajm niej nie lekceważyły przeciwnika. Gdańsk związał się przymierzem z królem duńskim Fryderykiem II, niechętnie widzą­ cym na Bałtyku jeszcze jednego konkurenta w postaci Polski. Batory uderzył w Gdańsk przede wszystkim ekonomicznie, zakazując wszelkiego z nim handlu i starając się skie­ rować wszystkich kupców zagranicznych, a także polski spław wiślany do Torunia i Elbląga. Wiosną 1577 r. wojsko polskie pod wodzą hetm ana Jan a Zborowskiego zostało zaata­ kowane przez najem ników Gdańska. Nad Jeziorem Lubieszowskim doszło do krwawej bitwy, w której gdańszczanie zostali niemal do szczętu zniesieni. Niestety, długotrwałe oblężenie miasta, kierow ane przez samego króla Stefana, nie dało rezultatów, a w do­ datku sprzymierzona z Gdańskiem flota duń» 253 «

ska paliła i niszczyła porty położone nad Zalewem Wiślanym. Tak na przykład, jedy­ nie szybka interw encja przybocznych Wą­ grów Batorego uratow ała Elbląg od znisz­ czenia. Dłuższe prowadzenie wojny okazało się niemożliwe dla obu stron. Batory szykował się do w alki z Moskwą o Inflanty, Gdańsk był wyczerpany wojną i utrudnieniam i han­ dlowymi. Za pośrednictwem elektora bran­ denburskiego Jerzego Fryderyka (reprezen­ tującego jeszcze inną młodą organizację pań­ stwową, która m iała już w prędce odegrać poważniejszą rolę na forum europejskim) doszło do pojednania. 12 grudnia 1577 roku król Stefan przyjął n a zamku w M alborku poselstwo rady m iej­ skiej, gdańszczanie odczytali tekst przepro­ szenia, złożyli przysięgę wierności, hołd, i błagali o wybaczenie win. Co ważniejsza, zobowiązywali się do zapłacenia licznych kontrybucji i odszkodowań. Niemałe wydatki pochłonęły prezenty i upominki dla dorad­ » 254 «

ców króla, między innym i dla Jan a Zamoy­ skiego, który też był jednym z orędowników pokoju z Gdańskiem. W zamian król Stefan zniósł banicję i przyjął miasto do swej łaski, potwierdzając stare i nadając nowe przyw i­ leje. Następnie Gdańsk finansował w dużej mierze w ypraw y moskiewskie, uzyskując za to w roku 1585 oficjalne zniesienie konsty­ tucji Karnkowskiego. Przebieg wypadków wyżej opisanych po­ kazuje już działanie tych sił, które później są dobrze znane w polityce europejskiej w czasach nowożytnych — Moskwy, Branden­ burgii. Przede wszystkim jednak wykazuje słabość państw a polskiego i siłę Gdańska, co zapewne pozostaje w związku z tą stru k turą gospodarczą i społeczną, jaka wykształciła się w Europie wschodniej właśnie w XVI wieku. A co się dalej działo z Hanzą? Jeszcze podczas buntu gdańszczan Lubeka rozwijała żywą działalność dyplomatyczną w celu unormowania spraw bałtyckich. Ale » 255 «

druga połowa XVI wieku była okresem coraz szybszego upadku potężnego niegdyś zwią­ zku. W roku 1598 królowa angielska Elżbieta, kończąc długi spór, poleciła wszystkim hanzeatom opuścić Anglię, robiąc jedynie w yją­ tek dla poddanych króla polskiego, a więc głównie dla gdańszczan. Po Szwecji, Inflan­ tach, Danii — Hanza traciła punkt zaczepie­ nia i w Anglii. Definitywny kres jej działalności politycz­ nej położyła wojna trzydziestoletnia, tak że walny sejm hanzeatycki w 1669 roku, ostatni, jaki się w ogóle odbył, obesłało zaledwie sześć miast: Lubeka, Brema, Hamburg, Ko­ lonia, Brunszwik i Gdańsk. W XVIII i XIX wieku trzy pierwsze z wy­ mienionych nosiły co praw da przydomek „miast hanzeatyckich“, a naw et jeszcze w ra­ mach odnowionego cesarstwa niemieckiego posiadały daleko posunięty samorząd i miano „wolnych m iast“. Ale mimo że na przykład Ham burg rozwijał się w dalszym ciągu, że patrycjat Lubeki (jak wiemy to choćby z po» 256 «

wieści Tomasza M anna Buddenbrokowie) prowadził dalej różne interesy handlowe — niewiele te m iasta przypominały daw ną Hanzę. Ostateczne zlikwidowanie tradycji histo­ rycznej przyszło dopiero po dojściu do w ła­ dzy H itlera w roku 1934, kiedy ,,wolnym_ miastom hanzeatyckim “ odebrano tak nazwę, jak i resztki upraw nień samorządowych. Hanza, powstała w wieku XIII, w XIV osiągnęła szczyt swego znaczenia, które od połowy XV wieku zaczęła tracić. Prżestała się liczyć w polityce europejskiej w pier­ wszej połowie XVII wieku, ale relikty jej w formie szczątkowej przetrw ały do XX wieku. Świadczyło to między innymi o sile, jaką swego czasu dysponował wielki zwią­ zek m iast kupieckich, w okresie kiedy już powstała gospodarka towarowo-pieniężna, a ustrój społeczny był jeszcze w pełni feu­ dalny.

17 H an za

LITERATURA

PRZEDM IOTU

Większość literatury przedmiotu jest w języku niemieckim, z czego najbardziej wszechstronnymi pracami są: E. Dännel, Blüthezeit der deutschen Hanse, Berlin 1906, oraz G. A. Kiesselbach, Die wirtschaft­ liche Grundlagen der deutschen Hanse, Berlin 1907; D. Schäfer, Die deutsche Hanse, 1902; K. Pagel, Die Hanse, Oldenburg 1942; Z literatury polskiej należy wymienić następu­ jące prace ogólne, w których zawarta jest obfita bibliografia do zagadnień szczegółowych: Marian Małowist, Studia z dziejów rzemiosła w okresie kryzysu feudalizmu w zachodniej Europie w XIV—XV w*, Warszawa 1954; Kazimierz Lepszy, Dzieje floty polskiej, Gdańsk 1947; Kazimierz Tymieniecki, Hanza niemiecka nad Bałtykiem, „Przegląd Zachodni“,' 1952; » 259 «

Marian Biskup, Stosunek Gdańska do Kazimie­ rza Jagiellończyka w okresie w ojny 13-letniej, To­ ruń 1952; Edmund Cieślak, Rewolta w Lubece 1408—1416, „Przegląd Zachodni“, 1954; Henryk Lesiński, Początki i rozwój stosunków polsko-hanzeatyckich w XIII w., „Przegląd Za­ chodni“, 1952; Maria Bogucka, Szkice gdańskie (XV—XVII), Warszawa 1955; W języku angielskim na uwagę zasługuje praca: M. Postan, The Trade of Medieval Europe, The North., Cambridge Economic History of Europe, t. II, Cambridge 1952.

SŁOW NICZEK

BIOGR AFIC ZNY

A b s a 1 o n (1128—1201), biskup Roskildy, później arcybiskup Lundu, mleczny brat i przyjaciel króla duńskiego Waldemara I, pogromca Sło­ wian pomorskich, założyciel Kopenhagi. A l b r e c h t II (1318—1379), książę meklemburski, walczył o osadzenie swych potomków na tro­ nach Szwecji (Albrecht III) i Danii (Al­ brecht IV). A l b r e c h t III (zm. w 1412), książę meklemburski, król szwedzki (1364—1389). B a l k H e r m a n (zm. w 1239), pierwszy landmistrz zakonu krzyżackiego w Prusach. B o g u s ł a w X (1454—1523), książę pomorski. W 1478 r. zjednoczył w swym ręku całe Po­ morze. B a r n i m (1220—1278), książę pomorski. C h r y s t i a n II (1481—1559), od 1513 król duński i norweski, od 1520 — szwedzki, zdetronizowany w 1523 r., przy próbie odzyskania korony w 1532 wzięty do niewoli i więziony do śmierci. » 261 «

C h r y s t i a n III (1503—1559), od 1534 król duński i norweski. E d w a r d II (1284—1327), król angielski od r. 1307. E l ż b i e t a I (1533—1603), królowa angielska. Okres jej panowania to początki potęgi handlowej i morskiej Anglii. E r y k IV (1216—1250), król duński. E r y k k s i ą ż ę p o m o r s k i (1382—1459), pra­ wnuk Kazimierza Wielkiego, od 1397 r. król duński (Eryk VII), szwedzki (Eryk XIII) i nor­ weski (Eryk III). Rządy objął w r. 1412 po śmierci królowej Małgorzaty; zdetronizowany w Szwecji i Danii w 1439, a w Norwegii w 1442 r., do 1448 utrzymywał się na Gotlandii. Od 1446 panował w księstwie słupskim, rezy­ dując w Darłowie. E r y k XIV (1533—1577), król szwedzki (1560—1568), pozbawiony tronu przez brata — Jana III. F i l i p II (1527—1598), król hiszpański, wódz obozu kontrreformacji. P r y d e r y k I Barbarossa (1121—1190), cesarz nie­ miecki. F r y d e r y k II (1194—1250), król Obojga Sycylii, cesarz niemiecki z rodziny Hohenstaufów. F r y d e r y k I (1471—1533), książę holsztyński, od r. 1523 król duński. F ryd eryk

II (1534— 1588), k r ó l d u ń sk i. » 262 «

F r y d e r y k książę saski ( m 1510 r.), mistrz krzy­ żacki. G u s t a w I W a z a (1497—1560), król szwedzki, pd o ż y ł kres unii kalmarskiej, wprowadził pro­ testantyzm w Szwecji. H a a k o n VI (1339—1380), król norweski (1343— 1380) i szwedzki (1362—1369). H e n r y k IX Młodszy (1489—1568), książę Brunszwiku, zdetronizowany w r. 1553 i wygnany. H e n r y k L e w (1129—1195), książę bawarski i sa­ ski z rodziny Welfów, pogromca Słowian połabskich. H e n r y k P o b o ż n y (1191—1241), książę wro­ cławski, krakowski i wielkopolski, zginął pod Legnicą w bitwie z Tatarami. H e n r y k h r a b i a S z w e r y n u (1155—1228), wygnany przez króla duńskiego Waldemara II w r. 1221, powrócił w 1225. H e n r y k III W a l e z j u s z (1551—1589), król pol­ ski w 1574, potem francuski I w a n G r o ź n y (1530—1584), car moskiewski. J a n O l b r a c h t (1459—1501), król polski od r. 1492. J a n II (1455—1513), król duński i norweski od 1481, szwedzki od 1497. J a n III (1537—1592), książę finlandzki, od r. 1569 król szwedzki, ożeniony z Katarzyną Jagiellon­ ką, córką Zygmunta Starego. » 263 «

J e r z y Fryderyk (1539—1603), margrabia brandenbursko-ansbachski, od r. 1578 regent księstwa pruskiego. K a r o l IV (1316—1378), król czeski i cesarz nie­ miecki. K a r g 1 V (1500—1558), król hiszpański i cesarz niemiecki. K a r n k o w s k i S t a n i s ł a w (1520—1603), biskup włocławski, od 1581 arcybiskup gnieźnieński i prymas. K a t a r z y n a J a g i e l l o n k a (1526—1583), córka Zygmunta Starego, żona króla szwedzkiego Ja­ na III. K e t t l e r G o t a r d (1518—1587), landmistrz in­ flancki, od 1561 książę kurlandzki. K o n r a d I (ok. 1187—1247), książę mazowiecki i kujawski, w latach 1230—1234 i 1241—1243 książę krakowski. K r z y s z t o f hrabia oldenburski (1504—1566), krze­ wiciel reformacji. K i i c h m e i s t e r M i c h a ł , wielki mistrz krzy­ żacki (1414—1422). M a g n u s (1540—1583), brat króla duńskiego Fry­ deryka II, od 1570 panował w Inflantach. M a k s y m i l i a n II (1527—1576), król czeski i w ę­ gierski, cesarz niemiecki, kandydat na tron polski. » 264 «

M a ł g o r z a t a (1353—1412), królowa Danii, Nor­ wegii i Szwecji, twórczyni unii kalmarskiej. R a c i b o r (zm. w 1156), książę pomorski. S t e f a n B a t o r y (1533—1586), książę siedmio­ grodzki, od 1576 król polski, r b a n V papież (1362—1370). a l d e m a r I, król duński (1157—1182). a l d e m a r II Zwycięski, król duński (1202— 1241). W a l d e m a r IV Attertag (1317—1375), król duński od 1340 r. Z a m o y s k i J a n (1542—1605), kanclerz wielki ko­ ronny (od 1578) i hetman wielki koronny (od 1580). Z y g m u n t A u g u s t (1520—1572), ostatni król polski z rodziny Jagiellonów. Zygmunt Luksemburczyk (1368—1437), król węgierski i czeski, cesarz niemiecki od 1410 r. Z y g m u n t III W a z a (1566—1632), król polski od 1587 r. i szwedzki (1592—1597).

SPIS

ILU STRA CJI

Ludzie z psimi g ł o w a m i ................................. Tak sobie w XVI wieku wyobrażano dzikiego c z ł o w i e k a ..................................................... Rzeźba przedstawiająca wagę miejską Średniowieczna mapa ś w i a t a ...........................

7 9 17 19

Widok R y g i ...........................................................

28 31 38 48

Kupiec hanzeatycki Georg Gisze w kantorze londyńskim (H. H o lb e in ) ...........................

52

Pieczęć miasta W is m a r u ................................. Pieczęć Lubeki z 1280 r . ................................. Widok Lubeki z końca XV wieku . . . .

Kogga

..................................................................

Żuraw w G d a ń sk u .............................................. Żuraw w L ü n e b u r g u ........................................ Wisby na Gotlandii — średniowieczne mury obronne ........................................................... » 266 «

61 64 65 70

Ścięcie Johanna Wittenberga na rynku w Lu­ bece ..................................................................75 Ratusz w L u b e c e .............................................. 79 Strzałów ( S tr a ls u n d ) ........................................82 W porcie h a n z e a ty c k im .................................91 Herb kantoru hanzeatyckiego w Nowogrodzie

99

Brema — sala ratuszowa . . . . . . . 103 W kantorze k u p i e c k i m ................................. 116 Gdańsk w XVI w ie k u ........................................121 Weksel szesn a sto w ieczn y ................................. 126 Kupiec handlujący rybami w Bergen .

.

.

133

Dwór Artusa w G d a ń s k u .................................142 Mistrz rzemieślniczy i c h ł o p .......................... 148 Rada miejska w A u g s b u r g u .......................... 153 Zona p a t r y c j u s z a .............................................. 157 Warsztat i kram szewski w XVI wieku . . Szermierka uprawiana przez rzemieślników . H o l k ........................................................................ 174 Bitwa m o r s k a .....................................................182 Życie uliczne m i a s t a ........................................190 Szlachcic polski i patrycjusz gdański . . . Lubecki okręt wojenny „Orzeł“ w roku 1566 . » 267 «

168 171

197 202

Brama wodna w S ta r g a r d z ie .......................... 205 Cech sukienników (Rembrandt) . . . . 209 Siedziba Hanzy w A n tw e r p ii.......................... 216 Budowa domu w Gdańsku (D. Chodowiecki) . 222 R o t t e r d a m ........................................................... 225 Burmistrz Jürgen Wullenweber . . . . 234 Ładowanie towarów na statek hanzeatycki . 237 Statki ż a g lo w e .....................................................241 Zielona Brama w G d a ń s k u .......................... 249 Alegoria handlu g d a ń s k ie g o ...........................251

SPIS

RZECZY

I. Ludzie o psich g ło w a c h .......................... 5 II. „My razem z nimi, jak i oni razem z nami“ .....................................................29 III. U szczytu p o t ę g i ........................................68 IV. Jak wyrasta w średniowieczu potęga h a n d lo w a .....................................................107 V. Hanza kupców czy hanza rzemieślników 139 VI. Pod piracką b a n d e r ą .......................... 173 VII. Gdy Hanza przestaje być potrzebna . 204 VIII. Swit nowej e p o k i ................................. 238 Literatura p rz ed m io tu ....................................... 259 Słowniczek b io g r a f ic z n y .................................261 Spis i l u s t r a c j i .....................................................266

• ŚWIATOWID • ŚWIATOWID

Biblioteczka popularno-naukowa

.

ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

W p ie rw sz e j k o le jn o śc i u k a ż ą się: C Z A P L I Ń S K I W. — N a d w o r z e k r ó la W ła ­ d y s ła w a I V D Y N O W S K I W. — L u d y A u s tr a lii J A S 1 Z J K J . — O d Ja sk in i d o w ie ż o w c a K O C H A Ń S K I W. — D o le i n ie d o le S e r b o łu ż y c z a n M A C H A L S K I F . — O d C y r u s a d o M o s sa deka M O D R Z E J E W S K I J . — A le k s a n d e r M a ce­ doński P O K O R N Y E . — P r z e b u d z e n ie n a u k i R E Y C H M A N J . — M a h o m e t i śu ria t m u ­ z u łm a ń s k i S E R E J S K I M . — K a r o l W ie lk i S Y S K A H . — R zecz o T o m a szu N ocz­ n ic k im U N D Ż IJ E W I. — W a sy l L e w s k i W IĘ C K Ó W S K A -M 1 T Z N E R W . — J a n K a ­ r o l C h o d k i e w ic z W IT W IN S K A M . — K u lig ie m p r z e z tr z y s tu le c ia Z A H O R S K I A . — S ta n is ła w A u g u s t — p o lity k Z A J Ą C Z K O W S K I A . — K a rm a zy n l i go­ ło ta

ŚWIATOWID

ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

H is to r ia , n a u k a , lite r a tu r a , s z tu k a , e k o n o m ia , e tn o g r a fia

ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

h is to r ia m ia s t p o ls k i c h h is to r i a s ta r o ż y tn a h is to r ia A n g l ii, B u ł g a r ii, C h in , C z e c h o ­ s ło w a c ji, F r a n c ji, G r e c ji, I n d ii , I r a k u , J u g o s ła w ii, N ie m i e c , R o s ji, R u m u n ii , W ą g ie r h is to r ia g o s p o d a r c z a h is to r ia r u c h ó w s p o łe c z n y c h w i e l k i c h r e fo r m a to r ó w

i s y lw e tk i

h is to r ia t e c h n i k i ( b u d o w n ic tw o , u p r a w y , p o ż y w ie n ie , k o m u n i k a c j a itp .) h is to r ia k u l t u r y ( lite r a tu r a , s z t u k a , n a u ­ k a , a s tr o n o m ia , filo z o fia , g e o g r a fia ) s y l w e t k i w i e l k i c h d z ia ła c z y , m y ś lic ie li, a r ty s tó w , p o lity k ó w , u c z o n y c h , w o ­ jo w n ik ó w ż y c ie lu d ó w e g z o ty c z n y c h

• ŚWIATOWID • ŚWIATOWID

h is to r ia P o l s k i

- ŚWIATOWID

W p rz y g o to w a n iu p ra c e z n a s tę p u ją c y c h d zied zin :

■ ŚWIATOWID

Biblioteczka popularno-naukowa

ŚWIATOWID

ŚWUTOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID

• ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID .

• ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID • ŚWIATOWID-

Subscribe

© Copyright 2013 - 2018 AZDOC.PL All rights reserved.