Proudhon - Co to jest własność

P I E R R E J O S E P H P R O U D H O N C O T O J E S T W Ł A S N O Ś Ć ? 35 Zielona Góra 1997 2 CO TO JEST WŁASNOŚĆ? Rozdział I. METODA STOSOWANA W T...

26 downloads 673 Views 148KB Size

PIERRE

JOSEPH

PROUDHON

CO TO JEST WŁASNOŚĆ?

35 Zielona Góra 1997

2 CO TO JEST WŁASNOŚĆ? Rozdział I. METODA STOSOWANA W TEJ PRACY. IDEA REWOLUCJI Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie: czym jest niewolnictwo? i gdybym odpowiedział na nie jednym słowem: jest morderstwem - myśl moja byłaby od razu zrozumiana. Nie potrzebowałbym wygłaszać długiej mowy, aby wykazać, Ŝe władza, która odbiera człowiekowi myśl, wolę, osobowość, jest władzą nad jego Ŝyciem i śmiercią, i Ŝe uczynić z człowieka niewolnika jest tym samym, co zamordować go. Dlaczego więc nie mógłbym na to drugie pytanie: co to jest własność? odpowiedzieć podobnie: własność jest kradzieŜą. Dlaczego w tym wypadku nie miałbym mieć pewności, Ŝe nie zostanę zrozumiany, skoro to drugie twierdzenie jest tylko przekształceniem pierwszego? Podejmuję rozprawę o samej zasadzie naszych rządów i instytucji, o własności - mam prawo do tego: mogę pomylić się w konkluzji, która wyniknie z moich badań - mam prawo: podoba mi się umieścić ostatnią myśl mojej ksiąŜki na początku - zawsze mam do tego prawo. Ten i ów pisarz poucza, Ŝe własność jest prawem obywatela, zrodzonym z zajęcia przedmiotu i usankcjonowanym przez ustawę, inny utrzymuje, Ŝe jest to prawo naturalne, mające swe źródło w pracy: i oto obydwie te teorie, które wydają się tak przeciwstawne, znajdują poparcie i uznanie. Moim zdaniem ani praca, ani zajęcie przedmiotu, ani ustawa nie mogą stworzyć własności: własność jest skutkiem bez przyczyny. Czy zasługuje na naganę? Jaki szmer się podnosi! - Własność jest kradzieŜą! Oto dzwon alarmowy ’93 roku! Oto zapowiedź rewolucji... - Uspokój się czytelniku: nie jestem bynajmniej zarzewiem niezgody, nie jestem podŜegaczem do buntu. Uprzedzam tylko historię o kilka dni: wykładam prawdę, której ujawnienie daremnie próbujemy powstrzymać, piszę przedmowę do naszej przyszłej konstytucji. Jeśli uprzedzenia pozwolą nam zrozumieć tę definicję, która wydaje się bluźnierstwem - własność to kradzieŜ będzie ona jak ostrze piorunu: lecz ileŜ przesądów przeciwstawia się temu... Filozofia nie zmieni niestety biegu wydarzeń! Przeznaczenie spełni się niezaleŜnie od proroctwa. A swoją drogą, czy nie powinna dokonać się sprawiedliwość, czy nie powinna zakończyć się nasza edukacja? - Własność jest kradzieŜą!... JakiŜ przewrót w poglądach ludzkich! Właściciel i złodziej to były zawsze wyraŜenia tak sprzeczne, jak antypatyczne są osoby, które one oznaczają. Wszystkie języki celebrowały tę sprzeczność. Na zasadzie jakiego autorytetu moŜesz wobec tego atakować zgodę powszechną i dementować to, co uznaje cały rodzaj ludzki? Kim jesteś, aby odmawiać racji ludziom i wiekom? - CóŜ cię obchodzi, czytelniku, moja mizerna osoba? Jestem, jak i ty, z epoki, w której rozum ustępuje tylko przed faktem i dowodem: moje imię, tak jak i twoje, jest Poszukiwacz prawdy: posłannictwo moje wypisane jest w tych słowach ustawy: “Mów bez nienawiści i obawy: mów to, co wiesz”. Zadaniem naszego gatunku jest zbudowanie świątyni nauki, a nauka ta obejmuje człowieka i przyrodę. OtóŜ prawda objawia się wszystkim: dziś Newtonowi i Pascalowi, jutro pasterzowi w dolinie, czeladnikowi w warsztacie. KaŜdy dokłada swoją cegłę do budowy i znika po wykonaniu zadania. Wieczność poprzedza nas i następuje po nas. Pomiędzy dwiema nieskończonościami czymŜe jest miejsce śmiertelnika, aby się nim miała interesować epoka? Pozostaw więc, czytelniku, mój tytuł i mój charakter i zajmij się wyłącznie moimi argumentami. Zamierzam sprostować powszechny błąd za zgodą powszechną, odwołuję się do opinii rodzaju ludzkiego do wiary, którą ten rodzaj ludzki Ŝywi. Miej odwagę iść za mną. Jeśli wola twoja jest szczera i myśl wolna, jeśli rozum potrafi połączyć dwa zadania, aby wyprowadzić z nich trzecie, moje poglądy staną się niechybnie twoimi. Jeśli na początek rzuciłem swoje ostatnie słowo, to dlatego, Ŝe chciałem uprzedzić cię, nie zaś urągać. Mam bowiem pewność, Ŝe jeśli przeczytasz moją ksiąŜkę, zmuszę cię do przyznania mi racji. Rzeczy, które mam ci do powiedzenia, są tak proste, tak oczywiste, Ŝe będziesz zdumiony, Ŝe nie zauwaŜyłeś ich dotychczas i powiesz sobie: “Zupełnie o tym nie myślałem”. Inni dadzą ci pokaz geniuszu, wydzierającego tajemnice przyrodzie i ogłaszającego wzniosłe wyroki. Tu znajdziesz tylko szereg doświadczeń w zakresie tego, co sprawiedliwe i uprawnione, rodzaj weryfikacji odwaŜników i miar, które stosuje twoja świado-

3 mość. Operacje będą się dokonywały pod twoim okiem i sam będziesz oceniał ich wynik. Wreszcie, nie tworzę systemu: Ŝądam połoŜenia kresu przywilejom, zniesienia niewolnictwa, równości uprawnień królestwa prawa. Sprawiedliwość, nic więcej jak tylko sprawiedliwość: oto streszczenie mojej rozprawy. Zostawiam innym troskę o uporządkowanie świata. Pewnego dnia powiedziałem sobie: skąd tyle cierpienia i nędzy w społeczeństwie? CzyŜ człowiek wiecznie musi być nieszczęśliwy? Nie zatrzymałem się na wyjaśnieniach reformatorów, którzy z powodu ogólnej niedoli rzucają oskarŜenia, jedni na tchórzostwo i nieudolność władzy, inni na spiski i rozruchy, jeszcze inni na powszechną ciemnotę i zepsucie. ZnuŜony niekończącymi się walkami na mównicach i w prasie, zapragnąłem sam zgłębić tę sprawę. Radziłem się mistrzów nauki, przeczytałem setki tomów z filozofii, prawa, ekonomii politycznej i historii. I podobało się Bogu, Ŝebym Ŝył w wieku, w którym tyle lektury było dla mnie bez poŜytku! Czyniłem wszelkie wysiłki, aby uzyskać ścisłe informacje, porównywałem teorie, przeciwstawiałem zarzutom odpowiedzi, dokonywałem nieustannie równań i redukcji argumentów, waŜąc tysiące sylogizmów na wadze najbardziej skrupulatnej logiki. W tej uciąŜliwej drodze zebrałem wiele ciekawych faktów, z którymi zaznajomię przyjaciół i czytelników, gdy tylko znajdę wolny czas. Ale muszę powiedzieć, Ŝe od początku zorientowałem się, Ŝe nigdy nie rozumieliśmy sensu tych tak pospolitych a świętych słów: sprawiedliwość, równość, wolność: Ŝe ta niewiedza w końcu była jedyną przyczyną zarówno zŜerającego nas pauperyzmu, jak i wszystkich klęsk, które gnębiły gatunek ludzki (...). Czy własność jest sprawiedliwa? Cały świat odpowiada bez wahania: tak, własność jest sprawiedliwa. Mówię cały świat, bo nie wydaje mi się, Ŝeby ktokolwiek dotychczas odpowiedział z pewną świadomością: nie. Bo teŜ umotywowana odpowiedź nie jest wcale łatwa: tylko czas i doświadczenie mogły przynieść rozwiązanie. Obecnie to rozwiązanie jest juŜ dane: pozostaje nam tylko zapoznać się z nim. Ja podejmuję próbę przeprowadzenia dowodu. Oto w jaki sposób będziemy postępować przy tym dowodzie. I.

II.

Nie spieramy się, nie odpieramy niczyich zarzutów, nie przeczymy niczemu, przyjmujemy za dobrą monetę wszystkie racje przytaczane na korzyść własności i ograniczamy się do poszukiwania w nich zasady, aby następnie sprawdzić, czy własność wiernie wyraŜa tę zasadę. Prawdą jest, Ŝe poniewaŜ własności moŜna bronić tylko jako czegoś sprawiedliwego, na dnie wszystkich argumentów na rzecz własności musi się koniecznie znajdować idea, a przynajmniej intencja sprawiedliwości: a poniewaŜ z drugiej strony własność dotyczy tylko rzeczy dających się ocenić materialnie, sprawiedliwość sama obiektywizuje się - Ŝe się tak wyrazimy ukradkiem, i musi ukazać się w szacie zupełnie algebraicznej formuły. Dzięki tej metodzie badania dochodzimy wkrótce do rozpoznania, Ŝe wszystkie rozumowania, które wymyślono dla obrony własności, jakiekolwiek by one były, dochodzą w konkluzji zawsze i nieuchronnie do równości, to znaczy do negacji własności (...). Skoro własność musi być koniecznie pojmowana tak, Ŝe zakłada równość jako warunek niezbędny, musimy zbadać, dlaczego pomimo tej konieczności logicznej równość nie istnieje. Te nowe badania zajmują równieŜ dwa rozdziały. W pierwszym, rozwaŜając fakt własności jako taki, badamy, czy fakt ten jest rzeczywisty, czy istnieje, czy jest moŜliwy: bo moŜliwość dwóch przeciwstawnych form społecznych, równości i nierówności, zawierałaby sprzeczność. Wtedy to odkrywamy szczególną rzecz, a mianowicie, Ŝe własność moŜe się co prawda przejawiać jako przypadek, ale jako instytucja i zasada jest ona matematycznie niemoŜliwa. Tak więc szkolny aksjomat “ab actu ad posse valet consecutio” - z zajścia faktu wynika jego moŜliwość - zostaje zdemontowany w zastosowaniu do własności.

W końcu w ostatnim rozdziale, przywołując do pomocy psychologię i wnikając do głębi w naturę człowieka, wyłoŜymy zasadę sprawiedliwości, jej formułę, jej charakter, sprecyzujemy organiczne prawo społeczeństwa, wyjaśnimy pochodzenie własności, przyczyny jej ustanowienia, długotrwałego zachowania, a następnie zniknięcia i ustalimy ostatecznie jej identyczność z kradzieŜą. Dalej wykaŜemy, Ŝe owe trzy przesądy: suwerenność człowieka, nierówność stanów, własność - są właściwie tym samym, Ŝe moŜna je brać jeden za drugi i wywodzić z siebie wzajemnie, i na mocy prawa sprzeczności wydedukujemy stąd bez trudu podstawę rządów i prawa. Na tym zatrzymają się nasze badania, których ciąg dalszy odkładamy do nowych rozpraw. Doniosłość przedmiotu, którym się zajmujemy, przejmuje wszystkie umysły. “Własność, mówi

4 Hennequin, jest zasadą twórczą i zachowawczą społeczeństwa obywatelskiego.(...) Własność jest jedną z tych podstawowych tez, które powinny nastąpić jak najwcześniej, albowiem od rozstrzygnięcia zagadnienia, czy własność jest źródłem czy wynikiem porządku społecznego, czy naleŜy uwaŜać ją za przyczynę czy skutek, zaleŜny jest cały autorytet instytucji ludzkich - nie naleŜy o tym nigdy zapominać, a w szczególności publicyści i politycy powinni być o tym mocno przeświadczeni”. Te słowa są wyzwaniem rzuconym wszystkim ludziom nadziei i wiary. Lecz chociaŜ sprawa równości jest piękną sprawą, nikt nie podniósł jeszcze rękawicy rzuconej przez adwokatów własności, nikt nie poczuł się dość silny duchem, aby przyjąć bitwę. Fałszywa wiedza pychy jurysprudencji i absurdalne aforyzmy ekonomii politycznej, takiej, jaką ją uczyniła własność, wzniosły zamęt w najszlachetniejsze umysły. Wśród najbardziej wpływowych przyjaciół wolności i interesów ludu przyjęło się jako rodzaj hasła, Ŝe “równość jest chimerą”! Tak potęŜny wpływ na najwspanialsze skądinąd, lecz bezwiednie ujarzmione przez popularny przesąd umysły, wywierają najbardziej fałszywe teorie i najbardziej czcze analogie. Równość rośnie z dnia na dzień.(...) śołnierze wolności, czy zwiniemy nasz sztandar w przeddzień triumfu? Obrońcy równości, będę mówił bez nienawiści i bez gniewu, z niezaleŜnością, jaka przystoi filozofowi, ze spokojem i pewnością wolnego człowieka. O, gdybym mógł w tej uroczystej walce wnieść we wszystkie serca światło, które mnie przenika, i sukcesem swojej pracy dowieść, Ŝe jeśli równość nie mogła zwycięŜyć za pomocą szpady, powinna zwycięŜyć za pomocą słowa!

Rozdział II. WŁASNOŚĆ JAKO PRAWO NATURALNE. ZAJĘCIE I PRAWO CYWILNE JAKO PRZYCZYNY WŁASNOŚCI Definicje Prawo rzymskie definiuje własność jako “ius utendi et abutendi re sus, quatenus iurius ratio patitur” - prawo do uŜywania i naduŜywania rzeczy, o tyle, o ile to jest zgodne z racją prawa. Próbowano usprawiedliwić słowo “naduŜywanie” mówiąc, Ŝe nie wyraŜa ono bezsensownego i niemoralnego naduŜycia, tylko bezwzględny charakter posiadania. To rozróŜnienie, wymyślone dla uświęcenia własności, jest daremne i nie ma Ŝadnego znaczenia jako środek zapobiegający czy hamujący szaleństwa posiadania. Właściciel ma prawo zostawić swoje owoce, Ŝeby zgniły na drzewach, obsiewać solą swoje pola, doić swoje krowy w piasek, obrócić winnicę w puste pole, z ogrodu zaś warzywnego zrobić park: czy to wszystko jest naduŜyciem, czy teŜ nie jest? Gdy mamy do czynienia z własnością, uŜywanie i naduŜywanie nieuchronnie mieszają się ze sobą. Zgodnie z Deklaracją praw, umieszczoną na czele konstytucji z 1793 roku, własność jest “prawem posiadania i swobodnego dysponowania swymi dobrami, dochodami, owocami swojej pracy i uŜyteczności”. Art. 544 Kodeksu Napoleona głosi: “Własność jest prawem posiadania i dysponowania rzeczami w sposób jak najbardziej absolutny, pod warunkiem, Ŝe nie czyni się z niej uŜytku zabronionego przez ustawy i rozporządzenia”. Obydwie te definicje sprowadzają się do definicji z prawa rzymskiego: wszystkie przyznają właścicielowi absolutne prawo do rzeczy: co zaś do ograniczenia wniesionego przez Kodeks, “pod warunkiem, Ŝe nie czyni się z niej uŜytku zabronionego przez ustawy i rozporządzenia”, to zdaniem jego nie jest ograniczenie właściciela, lecz zapobieŜenie temu, aby zakres uprawnień jednego właściciela nie stanowił przeszkody dla praw innego właściciela: jest to więc potwierdzenie zasady, a nie jej ograniczenie. We własności rozróŜnia się: 1) czystą lub prostą własność, prawo władania, panowania nad rzeczą lub, jak to się mówi, nagą własność; 2) posiadanie. “Posiadanie, mówi Duranton, jest kwestią faktu, a nie prawa”. Toullier: “Własność jest prawem, uprawnieniem; posiadanie jest faktem”. Najemca, dzierŜawca rolny, cichy wspólnik, uŜytkownik - są posiadaczami: ten, kto odnajmuje, oddaje do uŜytku, dziedzic oczekujący tylko zgonu uŜytkownika, aby dojść do posiadania - są właścicielami. Kochanek jest posiadaczem, a mąŜ właścicielem - jeśli pozwolę sobie posłuŜyć się takim porównaniem. Ta podwójna definicja własności, jako prawa i jako posiadania, jest niezwykle doniosła. Trzeba

5 ją dobrze zgłębić, jeśli chce się zrozumieć to, co będziemy mieli tu do powiedzenia. Z rozróŜnieniem między posiadaniem a własnością zrodziły się dwa rodzaje praw: “ius in re” prawo “na” rzeczy, prawo, na podstawie którego mogę domagać się rzeczy będącej moją własnością, w czyichkolwiek rękach znalazłbym ją, i “ius ad rem” - prawo “do” rzeczy, na podstawie którego domagam się stania się właścicielem. Tak więc prawo małŜeńskie do osoby małŜonka jest “uis in re”, prawo narzeczonych zaś jest jeszcze tylko “uis ad rem”. W pierwszym prawie posiadanie i własność są połączone, drugie zaś obejmuje tylko nagą własność. Jeśli jako pracujący mam prawo do posiadania dóbr przyrody i wytwórczości, lecz nie posiadam nic jako proletariusz, to powołując się na “ius ad rem” domagam się otrzymywania “ius in re”. (...) Zanim przejdziemy do sedna sprawy, potrzebne będzie przedstawienie kilku wstępnych obserwacji.

1. O własności jako prawie naturalnym Deklaracja praw umieściła własność pośród naturalnych i nienaruszalnych praw człowieka, których wymienia się cztery: wolność, równość, własność, bezpieczeństwo. Jaką metodą doszli do tej listy prawodawcy z 1793 roku? śadną: ustanowili zasady, tak jak rozprawiali o suwerenności i prawach, na podstawie ogólnego poglądu i własnego mniemania. Wszystko zrobili po omacku. Jeśli uwierzymy Toullierowi, to “Prawa absolutne moŜna zredukować do trzech: bezpieczeństwo, wolność, własność”. Profesor z Rennes wyeliminował równość. Dlaczego? Czy dlatego, Ŝe wolność obejmuje ją, czy teŜ dlatego, Ŝe własność nie moŜe jej ścierpieć? Autor “Droit civil explique” zachowuje w tej sprawie milczenie: nie sądził, Ŝe moŜe ona być przedmiotem dyskusji. Tymczasem, jeśli porównamy ze sobą te trzy czy cztery prawa, zauwaŜymy, Ŝe własność nie jest zupełnie podobna do pozostałych. Dla większości obywateli istnieje ona tylko potencjalnie jako prawo uśpione i niewykorzystywane. Dla tych, którzy z tego prawa korzystają, podlega ona pewnym operacjom i modyfikacjom, niezgodnym z ideą prawa naturalnego. Rządy, trybunały i ustawy nie przestrzegają tego prawa w praktyce. Wreszcie cały świat spontanicznie i jednomyślnie uwaŜa je za chimerę. Wolność jest nienaruszalna. Nie mogę ani sprzedać, ani odstąpić swojej wolności: wszelka umowa, wszelki umieszczony w niej warunek, dotyczący odstąpienia lub zawieszenia wolności, jest niewaŜny. Niewolnik, który postawi stopę na ziemi wolności, staje się wolny w tej samej chwili. Gdy społeczeństwo chwyta przestępcę i pozbawia go wolności, jest to przypadek przewidzianej prawem obrony, bo ktokolwiek narusza układ społeczny przez zbrodnię, deklaruje się jako wróg publiczny: jeśli narusza wolność innym, zmusza ich do odebrania mu jego własnej wolności. Wolność jest podstawowym warunkiem stanu człowieczego: jakŜe moŜna po tym wszystkim robić z człowieka przedmiot transakcji? (...) Ale własność, zgodnie ze swoim sensem etymologicznym i definicjami nauk prawnych, jest prawem pozaspołecznym. Jest bowiem oczywiste, Ŝe gdyby dobra kaŜdego były dobrami społecznymi, to warunki byłyby równe dla wszystkich, a powiedzenie: “Własność jest prawem człowieka do dysponowania w sposób jak najbardziej absolutny własnością społeczną” zawierałoby sprzeczność. Jeśli więc tworzymy społeczeństwo dla wolności, równości i bezpieczeństwa, to nie tworzymy go dla własności. A więc jeśli własność jest prawem naturalnym, naturalne to prawo nie jest bynajmniej prawem społecznym lecz antyspołecznym. Własność i społeczeństwo są rzeczami, które pozostają do siebie w stosunku sprzeczności nie do przezwycięŜenia. Stworzenie społeczeństwa z dwóch właścicieli jest rzeczą równie niemoŜliwą, jak połączenie dwóch magnesów ich biegunami o tym samym znaku. Społeczeństwo musi zginąć albo zniszczyć własność. Skoro własność jest prawem naturalnym, absolutnym, nie podlegającym przedawnieniu i nienaruszalnym, to dlaczego ludzie zawsze tak bardzo zajmowali się jej pochodzeniem? Oto jeszcze jedna cecha wyróŜniająca własność od tamtych praw. Pochodzenie prawa naturalnego, mój BoŜe! Czy ktoś się kiedykolwiek zajmował badaniem pochodzenia prawa wolności i bezpieczeństwa? Istnieją one przez to samo, Ŝe my istniejemy: rodzą się, Ŝyją i umierają wraz z nami. Z własnością jest naprawdę zupełnie inaczej. W ustawach własność istnieje nawet bez właściciela, jak cecha bez przedmiotu, któremu przysługuje: istnieje ona dla istoty ludzkiej nie poczętej jeszcze i dla osiemdziesięcioletniego człowieka, którego juŜ nie ma. A jednakŜe, pomimo tych nadzwyczajnych prerogatyw, które wydają się wieczne i nieskończone, nigdy nie moŜna było powiedzieć,

6 skąd pochodzi własność. Uczeni dziś jeszcze spierają się na ten temat. Zgadzają się, jak się zdaje, tylko w jednym punkcie: Ŝe uznanie prawa zaleŜy od wiarygodnego stwierdzenia jego pochodzenia. Ale zgoda w tej sprawie jest czymś, co kaŜe ich wszystkich potępić: dlaczego przyjęli prawo przed załatwieniem sprawy jego pochodzenia? (...) Tytuły, na których usiłuje się oprzeć prawo własności, sprowadzają się do dwóch: zajęcie i praca. Poddam je kolejno wszechstronnemu i szczegółowemu badaniu. Przypominam czytelnikom, Ŝe na czyjąkolwiek by się powołali pracę, wyprowadzę z niej niezbity dowód, Ŝe jeśli własność miałaby być sprawiedliwa i moŜliwa, równość musiałaby być jej warunkiem koniecznym.

2. O zajęciu jako podstawie własności Jest rzeczą godną uwagi, Ŝe na konferencjach rady państwa poświęconych dyskusji nad Kodeksem nie powstała Ŝadna róŜnica zdań dotycząca pochodzenia i źródeł własności. Wszystkie artykuły rozdziału II, księgi 2, dotyczące własności i prawa do przyrostu, przeszły bez sprzeciwu i bez poprawki. Bonaparte, który tyle kłopotu sprawił swoim prawoznawcom w innych sprawach, nie miał nic do powiedzenia na temat własności. Nie dziwmy się temu wcale: w oczach tego człowieka, najbardziej samolubnego i samowolnego, jaki kiedykolwiek istniał, własność musiała być pierwszym z praw, tak jak uległość wobec władzy była najświętszym z obowiązków. Prawo zajęcia albo prawo pierwszego okupanta wynika z aktualnego, fizycznego, efektywnego posiadania rzeczy. Jeśli zajmuję jakiś teren, to jestem jego domniemanym właścicielem, o ile nie ma przeciwdowodu. Rozumie się, Ŝe pierwotnie podobne prawo mogło być słuszne o tyle tylko, o ile było obustronne: znawcy prawa przyznają to (...). Zgodnie z Cyceronem kaŜdy ma prawo tylko do tego, co jest dla niego wystarczające: taka jest wierna interpretacja jego słynnego aksjomatu “suum quidque cuiusque sit” - kaŜdemu przysługuje to, co mu się naleŜy, aksjomatu, dla którego znajdowano tak dziwaczne zastosowania. To, co się kaŜdemu naleŜy, to nie jest to, co kaŜdy moŜe posiadać, tylko to, co kaŜdy ma prawo posiadać. A co mamy prawo posiadać? To, co wystarcza nam do pracy i konsumpcji. Dowodzi tego porównanie ziemi do teatru, które znajdujemy u Cycerona. Dalej niech kaŜdy urządza się na swoim miejscu wedle upodobania, niech je upiększa i ulepsza, jeśli moŜe, to mu jest dozwolone. Ale niech jego czynności nie przekroczą nigdy granicy, która oddziela go od innych. Teoria Cycerona zmierza prosto do równości, bo skoro zajęcie jest czystą tolerancją, a przyzwolenie jest wzajemne i nie moŜe być inne, to posiadane działy są równe (...). Destutt de Tracy uwaŜa, Ŝe własność jest potrzebą naszej natury. Tylko ślepy moŜe przeczyć temu, Ŝe potrzeba ta pociąga za sobą przykre konsekwencje, ale konsekwencje te są złem koniecznym i nie stanowią Ŝadnego dowodu przeciwko zasadzie. Tak więc buntowanie się przeciwko własności z powodu wynikających z niej naduŜyć jest rzeczą równie nierozsądną, jak uskarŜanie się na Ŝycie ze względu na to, Ŝe najpewniejszym jego rezultatem jest śmierć. Ta brutalna i bezlitosna filozofia obiecuje przynajmniej jasną i ścisłą logikę: zobaczmy, czy obietnica ta będzie spełniona. “Wytoczono uroczysty proces przeciwko własności (...), tak jakby to od nas zaleŜało, czy własność będzie, czy nie będzie istniała na tym świecie... Gdy się słucha niektórych filozofów i prawników, wydaje się, Ŝe w pewnej określonej chwili ludzie spontanicznie i bez powodu wymyślili sobie, Ŝeby mówić twoje i moje, i Ŝe moŜna było, a nawet naleŜało uchylić się od tego. Ale twoje i moje nigdy nie zostało wymyślone”. Ty sam, filozofie, nie jesteś zbyt wielkim realistą. Twoje i moje nie zawsze oznaczają stwierdzenie toŜsamości, tak jak w wypadkach, kiedy mówię twoja filozofia, moja równość: twoja filozofia to to samo, co ty filozofujący, a moja równość to to samo, co ja równy. Twoje i moje oznaczają najczęściej stosunek: twój kraj, twoja parafia, twój krawiec, twoja mleczarnia, mój pokój w hotelu, moje miejsce na przedstawieniu, moje towarzystwo, mój pułk w gwardii narodowej. W pierwszym znaczeniu moŜna powiedzieć moja praca, mój talent, moja cnota, ale nigdy moja wielkość, mój majestat, w drugim znaczeniu tylko moje pole, mój dom, moja winnica, moje kapitały, zupełnie tak samo jak urzędnik bankowy mówi moja kasa. Jednym słowem twoje i moje są to znaki wyraŜające prawa osobiste, ale równe: w zastosowaniu do rzeczy poza nami oznaczają one posiadanie, funkcję, uŜytek, ale nie własność. Nikt by nie uwierzył, gdybym nie udowodnił tego za pomocą jak najbardziej wyraźnych tek-

7 stów, Ŝe cała teoria naszego autora oparta jest na tym politowania godnym pomieszaniu pojęć. “Przed wszelką umową ludzie są w stanie nie tyle wrogości, jak mówi Hobbes, ile obcości. W tym stanie nie ma właściwie sprawiedliwości i niesprawiedliwości! Prawa jednego nie przeszkadzają prawom drugiego. KaŜdy ma tyle praw, ile potrzeb i ogólny obowiązek zaspokajania tych potrzeb, bez względu na cokolwiek innego”. Przyjmijmy ten system, prawdziwy czy fałszywy - to niewaŜne: Destutt de Tracy nie uniknie równości. Według tej hipotezy ludzie nic sobie nie są winni, o ile są w stanie obcości. Wszyscy mają prawo zaspokajania swoich potrzeb nie troszcząc się o potrzeby innych, a w konsekwencji prawo sprawowania władzy nad przyrodą, kaŜdy wedle zakresu swoich sił i zdolności. Nieuchronnym wynikiem takiego stanu rzeczy jest kolosalna nierówność dóbr przypadających poszczególnym osobom. A więc istotną cechą obcości czy dzikości jest nierówność warunków, zupełnie odwrotnie niŜ w systemie Rousseau. Idźmy dalej: “Ograniczenie tych praw i tego obowiązku zaczyna się dopiero z chwilą, gdy pojawiają się milczące lub wyraźne umowy. Wtedy dopiero rodzi się sprawiedliwość i niesprawiedliwość, czyli równowaga między prawami jednego a prawami drugiego: do tej chwili prawa te z konieczności były równe”. Porozumiejmy się: prawa były równe to znaczy, Ŝe kaŜdy miał prawo zaspokajać swoje potrzeby bez Ŝadnego względu dla potrzeb innych: innymi słowy wszyscy w równej mierze mieli prawo szkodzenia sobie, nie było innego prawa niŜ podstęp i siła. Szkodzić sobie moŜna zresztą nie tylko przez wojnę i rabunek, ale takŜe przez uprzedzenie i przywłaszczenie. (...)

Rozdział III.

PRACA JAKO PRZYCZYNA WŁASNOŚCI

W ślad za ekonomistami niemal wszyscy współcześni prawoznawcy porzucili teorię pierwotnego zajęcia, uznawszy ją za zbyt kosztowną, i stali się z kolei wyznawcami teorii, według której własność zrodziła się z pracy. Od pierwszej chwili ulegli złudzeniu i znaleźli się w błędnym kole. Aby pracować - powiada Cousin - trzeba zająć. Stwierdziłem wobec tego, Ŝe aby pracować, trzeba podporządkować się równości, prawo do zajęcia bowiem przysługuje wszystkim w równej mierze. “Na próŜno - woła Jan Jakub Rousseau - bogaci mówią: ten mur ja sam zbudowałem, ten teren zdobyłem własną pracą. Kto wam wytyczył granice - mamy prawo ich zapytać - i w imię czego Ŝądacie wynagrodzenia was naszym kosztem za pracę, do której was bynajmniej nie zmuszaliśmy?”. Wobec tego rozumowania wszystkie sofizmy są bezsilne. Zwolennicy teorii wywodzącej własność z pracy nie dostrzegają jednak, Ŝe system ich pozostaje w absolutnej sprzeczności z Kodeksem, którego wszystkie artykuły i wszystkie przepisy zakładają, iŜ własność opiera się na pierwotnym zajęciu. Jeśli prawdą jest, Ŝe własność narodzić się moŜe jedynie z pracy, poprzez przywłaszczenie, które jest jej skutkiem, to Kodeks cywilny kłamie, Konstytucja jest niezgodna z prawdą, zaś cały nasz system społeczny jest pogwałceniem prawa. Dowiodą tego z niezbitą oczywistością rozwaŜania, którym mamy się oddać w tym i następnym rozdziale, nad prawem pracy i nad samym faktem własności. WykaŜemy tu z jednej strony, Ŝe nasze prawodawstwo sprzeczne jest z samym sobą, z drugiej zaś, iŜ współczesna nauka prawa pozostaje w niezgodzie tak ze swoimi podstawami, jak i z prawodawstwem. Wysunąłem twierdzenie, Ŝe zarówno system, który głosi, iŜ własność opiera się na pracy, jak i ten, który wywodzi własność z zajęcia, implikują równość majątkową: zapewne czytelnik chciałby teraz dowiedzieć się, jak wyprowadzę to prawo równości z nierównego podziału zdolności i umiejętności: ciekawość jego wkrótce zaspokoję. Wypada jednak, abym na chwilę skierował jego uwagę na pewien szczególny moment omawianego procesu, a mianowicie na zastąpienie zajęcia jako podstawy własności przez pracę, i abym dokonał pobieŜnego przeglądu kilku spośród przesądów, którymi zwykle zasłaniają się właściciele, przesądów, które prawodawstwo uświęca, system zaś opierający własność na pracy obala w samych podstawach. Czy byłeś kiedyś obecny, czytelniku, na przesłuchaniu oskarŜonego? Czy zauwaŜyłeś, do jakich podsądny ucieka się podstępów i wykrętów, jak się wycofuje, jakich uŜywa rozróŜnień i dwuznaczników? Pokonany, zbity z tropu we wszystkich swoich twierdzeniach, ścigany przez nieubłaganego sędziego jak dzikie zwierzę, osaczony w kaŜdej hipotezie, oskarŜony potwierdza, poprawia się, wycofuje, przeczy sobie, posługuje się wszystkimi wybiegami dialektyki w sposób bardziej subtelny i bardziej pomysłowy niŜ ten, kto wynalazł siedemdziesiąt dwie formy sylogizmu.

8 Tak właśnie postępuje właściciel postawiony wobec konieczności udowodnienia swoich praw: z początku odmawia odpowiedzi, oburza się, grozi, rzuca wyzwanie: potem, zmuszony do przyjęcia walki, uzbraja się w kruczki, otacza się potęŜną artylerią argumentów i w ich krzyŜowym ogniu przeciwstawia atakom, kolejno lub jednocześnie: zajęcie, posiadanie, przedawnienie, umowy, istniejące od niepamiętnych czasów zwyczaje, powszechne przyzwolenie. ZwycięŜony na tym terenie właściciel, jak ranny dzik, robi nagły zwrot. Nie ograniczyłem się do zajęcia - wykrzykuje z przejęciem - lecz pracowałem, wytwarzałem, ulepszałem, przekształcałem, tworzyłem. Ten dom, to pole, te drzewa są dziełem moich rąk: to ja zmieniłem dziczkę w winną latorośl, a bezpłodny krzew w figowiec, dziś zbieram plony z ziemi, która nie rodziła. UŜyźniłem je własnym potem, dałem zarobek tym oto ludziom, którzy umarliby z głodu, gdyby nie dniówki, które u mnie zarobili. Nikt nie oszczędził mi trudów ani wydatków, nikt nie będzie ze mną dzielił owoców mojej pracy. Pracowałeś, właścicielu! Po co więc mówiłeś o zajęciu? CóŜ, czy nie byłeś pewien swoich praw, czy teŜ chciałeś okłamać ludzi i zmylić sprawiedliwość? Pospiesz z wyjawieniem twoich środków obrony, bo wyrok będzie bezapelacyjny, a wiesz, Ŝe chodzi o restytucję. Pracowałeś! Lecz cóŜ ma wspólnego praca, do której jesteś obowiązany, z przywłaszczeniem wspólnego dobra? CzyŜbyś nie wiedział, Ŝe prawo do ziemi, podobnie jak prawo do powietrza i darów przyrody, nie moŜe ulec przedawnieniu? Pracowałeś! CzyŜbyś nigdy nie zatrudniał innych? W jaki więc sposób, pracując dla siebie, stracili to, co ty potrafiłeś zyskać nie pracując dla nich? (...) PoniewaŜ miałem szczęście urodzić się w wieku moralności burŜuazyjnej, w dobie niesłychanego osłabienia poczucia moralnego, nie zdziwiłbym się wcale, gdyby ten lub ów uczciwy właściciel zapytał mnie, co w tym wszystkim widzę niesprawiedliwego i niesłusznego. O, zabagniona duszo! Trupie zgalwanizowany! CzyŜ moŜna mieć nadzieję, Ŝe dasz się przekonać, jeśli nawet kradzieŜ, na której cię przyłapano, nie wydaje ci się oczywista? Jakiemuś człowiekowi udaje się przez słodką i przymilną wymowę znaleźć sposób zmuszania innych ludzi do urządzenia mu gospodarstwa: wzbogaciwszy się zaś dzięki wspólnemu wysiłkowi, człowiek ten uchyla się od zapewnienia dobrobytu, na warunkach, które sam podyktował, ludziom, którym zawdzięcza majątek: i ty pytasz, czemu uwaŜam takie postępowanie za oszustwo? Zasłania się tym, Ŝe wypłacił robotnikom zarobki i nic juŜ nie jest im winien, Ŝe nie moŜe ofiarować innym swych usług, bo wzywają go własne zajęcia. Twierdzę, Ŝe w ten sposób odmawia pomocy w zagospodarowaniu się ludziom, którzy jemu samemu pomogli się urządzić: gdy zaś, osamotnieni, bezradni i pozostawieni samym sobie, robotnicy ci stają wobec konieczności spienięŜenia swych udziałów, ten niewdzięczny właściciel, ten nieuczciwy dorobkiewicz objawia gotowość złupienia ich i zrujnowania do końca. I ty uwaŜasz to za sprawiedliwe! Miej się na baczności, bo w twoim zdziwionym spojrzeniu wyczytać moŜna raczej wyrzut nieczystego sumienia niŜ naiwne zdumienie mimowolnej niewiedzy. Mówi się, Ŝe kapitalista wypłacił robotnikom dniówki: ściśle rzecz biorąc, naleŜałoby mówić, Ŝe kapitalista wypłacił dniówkę tyle razy, ilu zatrudniał dziennie robotników: oznacza to zupełnie co innego. Kapitalista bowiem nie zapłacił bynajmniej za potęŜną siłę wyzwalającą się z jedności i harmonii pracujących, ze zgodności i jednoczesności ich wysiłków. Dwustu grenadierów postawiło obelisk z Luksoru na postumencie w ciągu kilku godzin, czyŜ moŜna przypuścić, Ŝe jeden człowiek zdołałby tego dokonać w ciągu dwustu dni? W obliczeniach kapitalisty jednak suma płac byłaby w obu wypadkach jednakowa. Tymczasem uŜyźnienie pustyni, zbudowanie domu, uruchomienie manufaktury to zadania równie trudne, jak podniesienie obelisku czy poruszenie góry z miejsca. Zdobycie najmniejszego majątku, najskromniejsze nawet zagospodarowanie się, uruchomienie najdrobniejszego przedsiębiorstwa wymaga takiego nakładu pracy i współdziałania tylu umiejętności, Ŝe jeden człowiek nie jest w stanie temu zadaniu podołać. Jest rzeczą wprost zdumiewającą, Ŝe nasi ekonomiści tego nie dostrzegają. Zróbmy więc bilans tego, co kapitalista otrzymał i tego, za co zapłacił. Robotnik musi otrzymywać płacę, która zapewni mu środki do Ŝycia wówczas, gdy pracuje, poniewaŜ jedynie konsumując moŜe on produkować. Ktokolwiek zatrudnia pracownika, winien dać mu wyŜywienie i utrzymanie lub równorzędną płacę: jest to sprawa zasadniczej wagi w kaŜdej produkcji. Zakładam na razie, Ŝe pod tym względem kapitalista jest w porządku. Jest dzisiaj rzeczą konieczną, aby poza bieŜącymi środkami utrzymania produkcja dawała robotnikowi gwarancję środków utrzymania na przyszłość wobec groźby wyczerpania się źródła

9 produktu lub utraty zdolności produkcyjnej: innymi słowy, trzeba, aby praca wykonana rodziła nieustannie dalszą prace do wykonania: jest to powszechne prawo reprodukcji (...). Reprodukcja, nieustanna rękojmia Ŝycia, przygotowanie przedmiotu i narzędzi produkcji - oto co kapitalista zawdzięcza temu, kto wytwarza, lecz za co go nigdy nie wynagradza: to właśnie oszustwo jest źródłem nędzy robotnika, bogactwa próŜniaka i nierówności majątkowej. Na tym teŜ przede wszystkim polega to, co tak trafnie nazwano wyzyskiem człowieka przez człowieka. Istnieją trzy moŜliwości: albo robotnik otrzyma cześć produktu, który wytwarza wraz z pracodawcą, po potrąceniu wszystkich płac; albo pracodawca odda mu usługi produkcyjne równej wartości; bądź teŜ wreszcie zobowiąŜe się do zatrudnienia go na stałe. Podział produktu, wzajemne usługi lub zapewnienie stałej pracy - oto alternatywa, przed którą musi stanąć kapitalista. Jest jednak rzeczą oczywistą, Ŝe nie moŜe on wypełnić drugiego ani trzeciego warunku: nie jest bowiem w stanie oddać się na usługi tysięcy robotników, którzy bezpośrednio lub pośrednio przyczynili się do jego bogactwa, ani teŜ zatrudnić ich wszystkich na stałe. Pozostaje więc podział własności: z chwilą zaś gdy to nastąpi, wszystkie stany zrównają się: nie będzie juŜ wielkich kapitalistów ani wielkich właścicieli. (...) “Divide et impera!”: dziel, a będziesz rządził: dziel, a staniesz się bogaty: dziel, a oszukasz ludzi, zaślepisz ich rozum, drwić będziesz ze sprawiedliwości. Jeśli rozdzielicie robotników, to bardzo prawdopodobne, Ŝe wypłacona kaŜdemu z nich dniówka przewyŜszy wartość indywidualnego produktu: nie o to jednak chodzi. Wynagrodzenie siły tysiąca ludzi, którzy pracowali w ciągu dwudziestu dni, wyniosło tyleŜ, co wynagrodzenie siły roboczej jednego człowieka w ciągu pięćdziesięciu pięciu lat: a jednak ta siła tysiąca dokonała w ciągu dwudziestu dni tego, czego jednostka nie dopięłaby nawet trwającym miliony stuleci wysiłkiem: czyŜ więc umowa jest uczciwa? Raz jeszcze powtarzam: nie, opłaciwszy wszystkie siły indywidualne, nie opłaciliście siły zbiorowej: pozostaje więc jeszcze prawo własności zbiorowej, które bynajmniej wam nie przysługuje i z którego korzystacie bezprawnie. (...) W społeczeństwie wyróŜnić naleŜy dwie rzeczy: funkcje i stosunki. I. Funkcje. KaŜdego pracownika uwaŜa się za zdolnego do wykonania pracy, która nań przypada, lub, mówiąc językiem gminu, kaŜdy rzemieślnik powinien znać swój zawód. Robotnik, który moŜe podołać swemu zadaniu: oto równanie między funkcjonariuszem a funkcją. W społeczeństwie ludzkim funkcje są róŜne, muszą więc istnieć róŜne zdolności. Co więcej, pewne funkcje wymagają większej inteligencji i zdolności, istnieją więc jednostki, których rozum i talent przewyŜsza rozum i talent innych. Praca bowiem, którą trzeba wykonać, sprowadza nieuchronnie robotnika; potrzeba jest matką wynalazku, wynalazek zaś rodzi wytwórcę. Wiemy to tylko, czego nasze zmysły kaŜą nam pragnąć i o co pyta nasza inteligencja: pragniemy Ŝywo tylko tego, co dobrze pojmujemy: im lepiej zaś pojmujemy, tym bardziej zdolni jesteśmy do produkcji. Tak więc, skoro funkcje wywodzą się z potrzeb, potrzeby z pragnień, pragnienia zaś z samorzutnego postrzegania i wyobraźni, to ta sama inteligencja, która mogła sobie coś wyobrazić, moŜe równieŜ to wytworzyć: co za tym idzie, Ŝadna praca, którą robotnik ma wykonać, nie przekracza jego moŜliwości. Jednym słowem, jeśli funkcja sprowadza funkcjonariusza, to dzieje się tak dlatego, Ŝe w rzeczywistości funkcjonariusz istnieje przed funkcją. Podziwiajmy więc zaradność natury: stwarzając mnóstwo najróŜniejszych potrzeb, których pojedynczy człowiek zdany na własne siły nie byłby w stanie zaspokoić dała ona gatunkowi siłę, której odmówiła jednostce: stąd zasada podziału pracy, opierająca się na róŜnorodności powołań. Co więcej, zaspokojenie pewnych potrzeb wymaga od człowieka nieustannego tworzenia, podczas gdy inne zaspokoić moŜe w milionach ludzi i na tysiąc lat praca jednego człowieka. I tak na przykład potrzeba odzieŜy i poŜywienia zmusza ludzi do nieustannej reprodukcji, podczas gdy dwa lub trzy wybitne umysły mogły zapewnić ludzkości na zawsze znajomość systemu świata. Podobnie nieustanny bieg rzek przyczynia się do utrzymania handlu i porusza maszyny, lecz światło daje światu samotnie zawieszone w przestrzeni słońce. Natura, która mogłaby stwarzać Platonów i Wergiliuszów, Newtonów i Cuvierów tak, jak stwarza oraczy i pasterzy, nie czyni tego, dostosowując rzadkość geniuszu do trwałości jego dzieł i równowaŜąc ilość zdolności przez ich wystarczalność. Nie wnikam w to, czy róŜnice talentu i inteligencji między poszczególnymi ludźmi są owocem naszej opłakanej cywilizacji i czy to, co nazywamy dziś nierównością zdolności, nie byłoby przy bardziej sprzyjających warunkach jedynie róŜnorodnością zdolności: biorę rzecz z najgorszej

10 strony i, by nie narazić się na zarzut szukania wykrętów i omijania trudności, uznaję wszystkie, jakie tylko chcecie, nierówności uzdolnień. Niektórzy filozofowie rozmiłowani w zrównywaniu ludzi twierdzą, Ŝe wszyscy są równie inteligentni, róŜnice zaś w inteligencji pochodzą jedynie z wykształcenia. Przyznaję, Ŝe daleki jestem od podzielania tego poglądu: gdyby zresztą był on zgodny z prawdą, to prowadziłby do rezultatów zgoła przeciwnych tym, których się oczekuje. Jeśli bowiem zdolności są równe niezaleŜnie od stopnia, w jakim występują, to najlepiej wynagradzane powinny być funkcje uwaŜane za ordynarne, niskie i uciąŜliwe, poniewaŜ nikogo nie moŜna zmuszać do ich pełnienia: jest to sprzeczne tak z równością, jak i z zasadą: zdolnościom według ich osiągnięć. PokaŜcie mi, przeciwnie, społeczeństwo, w którym kaŜdy rodzaj zdolności występowałby w ilości odpowiedniej do potrzeb i które Ŝądałoby od kaŜdego wytwórcy tego tylko, czego produkcja jest jego specjalnością, to zobaczycie, Ŝe przestrzegając hierarchii funkcji, wyprowadzą z niej równość majątkową. (...) II. Stosunki. Mówiąc o czynnikach pracy, wykazałem, Ŝe w obrębie usług produkcyjnych jednego rodzaju nierówność sił indywidualnych nie moŜe stać się podstawą do nierównego wynagrodzenia, poniewaŜ wszyscy są zdolni do wykonania zadania społecznego. NaleŜy jednak powiedzieć, Ŝe wydaje się, iŜ niektóre zdolności są całkowicie niezdatne do pełnienia pewnych usług: jeśliby więc wytwórczość ludzka musiała się nagle ograniczyć do jednego tylko rodzaju produktów, wywołałoby to niezdolność wielu ludzi, a co za tym idzie, najdalej posuniętą nierówność społeczną. Nie muszę się rozwodzić nad znanym powszechnie faktem, Ŝe róŜnorodność produkcji zapobiega nieprzydatności zdolności: jest to prawda tak banalna, Ŝe nie będę się nad nią zatrzymywał. Zagadnienie sprowadza się więc do udowodnienia, Ŝe funkcje są względem siebie równe, podobnie jak równi są między sobą pracownicy w obrębie jednej funkcji. Dziwicie się, Ŝe odmawiam geniuszowi, wiedzy, odwadze, słowem wszystkim znamionom wyŜszości, jakie świat uznaje, prawa do hołdów w postaci godności, do wyróŜnień pod postacią władzy i bogactwa. Nie ja odmawiam im tego prawa, lecz ekonomia, sprawiedliwość, wolność. Wolność! Po raz pierwszy wzywam jej imienia w tym sporze: niechŜe powstanie we własnej obronie i niech odniesie ostateczne zwycięstwo. KaŜda transakcja, która ma na celu wymianę produktów lub usług, moŜe być nazwana operacją handlową. Kto mówi: handel, mówi: wymiana równych wartości: jeśli bowiem wartości nie są jednakowe, a strona poszkodowana spostrzeŜe to, to nie zgodzi się na wymianę i operacja handlowa nie dojdzie do skutku. Handel istnieje jedynie między ludźmi wolnymi: we wszystkich innych wypadkach moŜe mieć miejsce transakcja dokonana przemocą lub przy uŜyciu oszustwa, lecz handel nie istnieje. Wolny jest człowiek, który znajduje się w pełni władz umysłowych, który nie jest zaślepiony namiętnością, zniewolony lub wstrzymywany obawą, ani zwiedziony fałszywym mniemaniem. Tak więc przy kaŜdej wymianie jedna strona zobowiązana jest moralnie do tego, by nie ciągnąć zysków ze szkodą dla drugiej: znaczy to, Ŝe aby operacja handlowa była zgodna z prawem i prawdziwa, musi być wolna od nierówności. Jest to pierwszy warunek handlu. Drugim warunkiem jest, by był on dobrowolny, to znaczy, aby strony układały się z zachowaniem wolności i z pełną znajomością rzeczy. Nazywam więc handel lub wymianę aktem społecznym. Murzyn, który sprzedaje Ŝonę za nóŜ, dzieci za szklane kulki, w końcu siebie samego za butelkę wódki, nie jest wolny. Handlarz Ŝywym towarem, z którym wchodzi w układy, nie jest jego wspólnikiem, lecz jego wrogiem. Cywilizowany robotnik, który oddaje swój skrawek ziemi za kawałek chleba, który wznosi pałace po to, by spać w stajni, który wyrabia najkosztowniejsze tkaniny, by chodzić w łachmanach, który wytwarza wszystko po to, by obywać się niczym, nie jest wolny. Właściciel, dla którego pracuje, nie staje się jego wspólnikiem przez wymianą płacy i usług, jaka się między nimi dokonuje, i jest jego wrogiem. śołnierz, który słuŜy ojczyźnie ze strachu miast słuŜyć jej z miłości, nie jest wolny: jego koledzy i dowódcy, ministrowie i organy sprawiedliwości wojskowej, są wszyscy jego wrogami. Chłop, który dzierŜawi ziemię, przemysłowiec, który wynajmuje kapitały, płatnik podatku od soli, podatku mostowego lub drogowego, przemysłowego lub handlowego, licencji, podatku osobistego, podatku od ruchomości itd., i deputowany, który te podatki uchwala, nie rozumieją swoich czynów ani nie mają swobody działania. Wrogami ich są właściciele, kapitaliści, rząd.

11 Zwróćcie ludziom wolność, oświećcie ich, by rozumieli znaczenie swych umów, a zobaczycie, Ŝe u podstaw dokonywanej przez nich wymiany legnie najdoskonalsza równość bez względu na róŜnice zdolności i wykształcenia: przyznacie wówczas, Ŝe w dziedzinie pojęć handlowych, to znaczy w obrębie społeczeństwa, słowo “wyŜszość” pozbawione jest znaczenia. Gdyby Homer śpiewał mi swoje wiersze, słuchałbym w pokorze tego wspaniałego geniuszu, w porównaniu z którym ja, zwykły pasterz, skromny oracz, jestem niczym. Istotnie, jeśli porównać nasze dzieła, czymŜe są moje sery i mój bób wobec “Iliady”? Jeśliby jednak Homer zechciał mi zabrać wszystko, co mam, jako wynagrodzenie za swój niezrównany poemat i zrobić ze mnie swego niewolnika, zrzekłbym się przyjemności słuchania jego pieśni i podziękowałbym mu. Mogę obejść się bez “Iliady” i poczekać, jeśli trzeba, na “Eneidę”: Homer nie moŜe obejść się przez dwadzieścia cztery godziny bez moich produktów. Niech więc przyjmie to, co mogę mu ofiarować, jego zaś poezja niech mnie uczy, dodaje mi odwagi i pociesza .

Pierre Joseph Proudhon (1809-1865), francuski myśliciel społeczny; jeden z twórców anarchizmu indywidualistycznego; przeciwnik kapitalizmu, jednocześnie opowiadał się za zachowaniem drobnej własności prywatnej.

RED RAT http://red-rat.w.interia.pl e-mail: [email protected] Artur Wyrwa, skr. poczt. 39, 65-182 Zielona Góra 5 koperta + znaczek za 1,20zł = katalog Red Rat

Subscribe

© Copyright 2013 - 2019 AZDOC.PL All rights reserved.