Ostatni policjant - Ben H. Winters

RECENZJE PRASOWE „Akcja tej książki jest sprawna i zaskakująca […] Ben H. Winters okazał się pisarzem z dobrym okiem do szczegółów”. – Slate „Ben H. W...

7 downloads 155 Views 1MB Size

RECENZJE PRASOWE „Akcja tej książki jest sprawna i zaskakująca […] Ben H. Winters okazał się pisarzem z dobrym okiem do szczegółów”. – Slate

„Ben H. Winters czyni czarny kryminał jeszcze mroczniejszym. W swoim Ostatnim policjancie wysyła zniechęconego detektywa na dochodzenie w sprawie podejrzanego samobójstwa – podczas gdy asteroida zmierza w stronę Ziemi”. – Wired

„Wspaniała książka. Nie spałam do siódmej rano, ponieważ nie mogłam jej odłożyć. Pełna frapujących zwrotów akcji, postaci, które dają się lubić, i smutnego piękna, powieść ta jest prawdziwym klejnotem. Jako że to pierwsza część trylogii, już się nie mogę doczekać części drugiej”. – Audrey Curtis, San Francisco Book Review

„Chętnie przeczytam dalsze części, pewien, że oczarują mnie nie mniej niż pierwsza część”. – Mark Frauenfelder, Boing, Boing

„Od dość dawna nie muszę się tłumaczyć z fascynacji literaturą science fiction, lecz ilekroć to robię, przywołuję książki takie jak Ostatni policjant. Pozycja ta pochyla się nad człowieczymi emocjami i relacjami w okolicznościach, które w normalnej literaturze byłyby niemożliwe lub co gorsza, metaforyczne. Ta powieść zadaje istotne pytania na temat naszej cywilizacji, naszego społeczeństwa, rozpaczy i nadziei. Nie przedstawia jednak łatwych odpowiedzi”.

– Michael Ann Dobbs, io9

„Porządny kryminał z ciekawą fabułą, wyrazistymi bohaterami i rewelacyjnymi dialogami […] w którym nadciągająca katastrofa nie jest tylko sztafażem, stanowi ona istotną część układanki, nad którą pracuje Henry Palace. Ta zapadająca w pamięć historia to zaledwie pierwsza odsłona planowanej trylogii. – Booklist

„Ten zmuszający do myślenia kryminał powinien trafić do każdego miłośnika gatunku dopuszczającego niecodzienne tło dla opowiadanej historii, jak również do tych czytelników, którzy szukają świeżego spojrzenia na powieść katastroficzną”. – Literary Journal

„Obiecujący początek nowej trylogii. W wypadku Wintersa wrażenie robi raczej szczegół niż sama ponura, mocna akcja”. – Kirkus Review

„Ben H. Winters snuje interesującą opowieść, tworząc przy tym wyjątkowe postacie, które muszą sobie radzić w zmieniającej się rzeczywistości […] Ten świetnie napisany kryminał przysporzy autorowi czytelników, którzy nie będą mogli się doczekać na część drugą”. – The New York Journal of Books

„Nieprzeciętna książka: genialna, zaskakująca i paradoksalnie podnosząca na duchu”. – Mystery Scene Magazine

„Emocjonująca […] nie warto czekać na film!”. – E! Online

SPIS TREŚCI Miasto wisielców Nie​po​mi​jal​ne praw​do​po​do​bień​s twa Pobożne życzenia Nie​dłu​go to się zmie​ni Epilog

Ostatni policjant Ben H. Winters Tłumaczenie: Robert J. Szmidt Original title: The Last Policeman Copyright © 2012 by Ben H. Winters Illustrations by Eugene Smith All rights reserved. First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania. This Book was negotiated through Livia Stoia, Livia Stoia Agency. © Copyright for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2017 © Copyright for this edition by Wydawnictwo RM, 2017 All rights reserved. Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód. Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-Cwalina Redakcja: Urszula Gardner Korekta: Bożena Sęk Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Edytor wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański ISBN 978-83-7773-613-5 ISBN 978-83-7773-861-0 (ePub) ISBN 978-83-7773-862-7 (mobi) W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Dla Andrew Wintersa z tych Wintersów z Concord

Nawet dla Voltaire’a, najbardziej racjonalnego wśród racjonalistów, czysto racjonalne samobójstwo było czymś osobliwym i trochę groteskowym, tak jak kometa czy dwugłowa owca. Alvarez Bóg Bestia: studium samobójstwa (przeł. Łukasz Sommer)

Nadjeżdża powolny, powolny pociąg, już jest za zakrętem. Bob Dylan Slow Train

CZĘŚĆ PIERWSZA

Miasto wisielców Wtorek, 20 marca Rektascensja 19 02 54,5 Deklinacja -34 11 39 Elongacja 78,0 Delta 3,195 j.a.

1. Spo​glą​dam na agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go, a on gapi się na mnie. Para sza​rych oczu ukry​tych za oku​la​ra​mi w sta​ro​mod​nej szyl​kre​to​wej opra​wie po​wo​du​je, że na​gle do​zna​ję olśnie​nia: cho​le​ra, to wszyst​ko praw​da, a ja na​dal nie wiem, czy je​stem na nią go​to​wy. Oj, chy​ba nie. Mru​żę po​wie​ki, bio​rę się w garść i po​chy​lam się, by przyj​‐ rzeć się męż​czyź​nie bli​żej. Oczy i oku​la​ry, wą​tła szczę​ka i ły​si​‐ na, na szyi za​ci​śnię​ta pę​tla zro​bio​na z cien​kie​go czar​ne​go pa​‐ ska. Tak, to praw​da. A może nie? Sam już nie wiem. Na​bie​ram po​wie​trza do płuc, sku​piam się jesz​cze bar​dziej, by wy​rzu​cić z gło​wy wszyst​kie my​śli nie​do​ty​czą​ce zwłok. Wy​‐ pie​ram nie​mo​żeb​nie brud​ne pod​ło​gi i roc​kand​rol​lo​wy ka​wa​łek są​czą​cy się z ta​nich gło​śni​ków w su​fi​cie. Ten smród mnie do​bi​ja, wszech​obec​ny i na​praw​dę obrzy​dli​wy odór, jak​by ktoś wy​lał przy​pa​lo​ny olej z fryt​kow​ni​cy w sa​mym środ​ku obo​ry. Jest jesz​cze kil​ka za​wo​dów na tym świe​cie, któ​‐ re lu​dzie na​dal wy​ko​nu​ją z lep​szym lub gor​szym skut​kiem, nie​‐ mniej po​sa​da noc​nej sprzą​tacz​ki w ca​ło​do​bo​wych ba​rach szyb​kiej ob​słu​gi z pew​no​ścią do nich nie na​le​ży. Z tego też po​‐ wo​du agent ubez​pie​cze​nio​wy le​żał so​bie kil​ka dłu​gich go​dzin po​mię​dzy se​de​sem a de​pre​syj​nie sza​rą ścian​ką ka​bi​ny, za​nim po​ste​run​ko​wy Mi​chel​son wpa​ro​wał przy​pad​kiem do tej wła​‐ śnie to​a​le​ty, by od​ce​dzić kar​to​fel​ki. Mi​chel​son zgło​sił to zda​rze​nie jako kla​sycz​ne 10-54S, co wy​‐ da​je się zro​zu​mia​łe, po​nie​waż mnie też wła​śnie na to wy​glą​da. Jed​no, cze​go na​uczy​łem się ostat​ni​mi cza​sy – cze​go wszy​scy się na​uczy​li​śmy – to że sa​mo​bój​cy wy​bie​ra​ją​cy śmierć przez

po​wie​sze​nie rzad​ko kie​dy wy​ko​rzy​stu​ją bel​ki stro​po​we albo haki na ży​ran​do​le. Je​śli pod​cho​dzą do rze​czy po​waż​nie, a dzi​‐ siaj nikt nie trak​tu​je tych spraw lek​ko, naj​czę​ściej uży​wa​ją ga​‐ łek przy drzwiach bądź wie​sza​ków na odzież lub też, jak zro​‐ bił to mój agent ubez​pie​cze​nio​wy, pod​wie​sza​ją się pod wszel​‐ kie po​zio​me ele​men​ty – w tym wy​pad​ku jest to po​ręcz w ka​bi​‐ nie dla nie​peł​no​spraw​nych. Po​tem wy​star​czy osu​nąć się na zie​mię i po​zwo​lić, by gra​wi​ta​cja zro​bi​ła swo​je, za​ci​ska​jąc pę​‐ tlę na szyi i od​ci​na​jąc do​stęp tle​nu. Po​chy​lam się bar​dziej, a po​nie​waż wciąż ku​cam, mu​szę prze​‐ su​nąć jed​ną nogę, by utrzy​mać rów​no​wa​gę. Chcę zna​leźć od​‐ po​wied​nią po​zy​cję, po​zwa​la​ją​cą mi na kom​for​to​we dzie​le​nie prze​strze​ni z agen​tem ubez​pie​cze​nio​wym i za​ra​zem na unik​‐ nię​cie upad​ku, przez któ​ry zo​sta​wił​bym od​ci​ski pal​ców na miej​scu zda​rze​nia. To mój dzie​wią​ty sa​mo​bój​ca w cią​gu trzech i pół mie​sią​ca, czy​li od chwi​li, gdy zo​sta​łem de​tek​ty​wem. Wciąż jed​nak nie przy​wy​kłem do tego, co śmierć przez udu​‐ sze​nie robi z twa​rzą czło​wie​ka; ten tu​taj też ma oczy wy​ba​łu​‐ szo​ne jak​by z prze​ra​że​nia i po​kry​te czer​wo​ną pa​ję​czy​ną na​‐ czyń krwio​no​śnych, ję​zyk wy​wa​lo​ny na bok, war​gi na​brzmia​łe, za​si​nia​łe w ką​ci​kach. Opusz​czam po​wie​ki, prze​cie​ram je kłyk​cia​mi i znów spo​glą​‐ dam, pró​bu​jąc wy​obra​zić so​bie, jak mój agent ubez​pie​cze​nio​‐ wy mógł wy​glą​dać za ży​cia. Od razu da się za​uwa​żyć, że nie był za przy​stoj​ny. Cerę miał zie​mi​stą, a twarz lek​ko nie​pro​por​‐ cjo​nal​ną: zbyt mała żu​chwa, zbyt wiel​ki no​chal, oczy za gru​by​‐ mi szkła​mi małe jak ko​ra​li​ki. Wy​glą​da na to, że czło​wiek ten za​bił się, wy​ko​rzy​stu​jąc dłu​gi czar​ny pa​sek. Je​den ko​niec przy​wią​zał do po​rę​czy, a na dru​‐ gim zro​bił coś w ro​dza​ju pę​tli, któ​ra te​raz wrzy​na się bru​tal​‐ nie w jego jabł​ko Ada​ma. – Cześć, mło​dy. Kim jest twój nowy przy​ja​ciel?

– Pe​ter An​tho​ny Zell – od​po​wia​dam zni​żo​nym gło​sem, zer​ka​‐ jąc przez ra​mię na Do​tse​tha, któ​ry do​słow​nie przed mo​men​‐ tem otwo​rzył drzwi do ka​bi​ny i szcze​rzy się do mnie z góry, znad ja​skra​we​go kra​cia​ste​go sza​la i kub​ka pa​ru​ją​cej kawy z McDo​nal​da. – Bia​ły męż​czy​zna. Trzy​dzie​ści osiem lat. Pra​co​wał w ubez​‐ pie​cze​niach. – Niech zgad​nę – rzu​ca Do​tseth. – Zo​stał po​żar​ty przez re​ki​‐ na. A nie, za​raz, to prze​cież sa​mo​bój​stwo. Mamy do czy​nie​nia z sa​mo​bój​stwem? – Wszyst​ko na to wska​zu​je. – Za​szo​ko​wa​łeś mnie! To​tal​nie! – Den​ny Do​tseth jest za​stęp​‐ cą pro​ku​ra​to​ra ge​ne​ral​ne​go, jego oga​rem o srebr​nej grzy​wie i sze​ro​kim, za​wsze ra​do​snym ob​li​czu. – Jezu, tak mi przy​kro, Hank. Chcesz może kawy? – Nie, dzię​ku​ję panu. Skła​dam Do​tse​tho​wi ra​port o tym, cze​go się do​wie​dzia​łem, prze​glą​da​jąc za​war​tość zna​le​zio​ne​go w tyl​nej kie​sze​ni ofia​ry czar​ne​go port​fe​la ze sztucz​nej skó​ry. Zell pra​co​wał w fir​mie o na​zwie Mer​ri​mack Life and Fire, któ​rej biu​ra miesz​czą się w Wa​ter West Bu​il​ding przy Eagle Squ​are. W port​fe​lu no​sił plik ska​so​wa​nych bi​le​tów do kina – wszyst​kie da​to​wa​ne na ostat​nie trzy mie​sią​ce – któ​re mó​wi​ły wie​le o jego pra​gnie​niu prze​ży​cia iście mę​skiej przy​go​dy: wzno​wie​nie Wład​cy Pier​‐ ście​ni, dwie ekra​ni​za​cje cy​klu scien​ce fic​tion Di​stant Pale Glim​mers i ja​kiś DC kon​tra Ma​rvel z IMAX-a w Ho​ok​sett. Żad​nych śla​dów ro​dzi​ny, ani jed​ne​go zdję​cia. Osiem​dzie​siąt pięć do​la​rów w dzie​siąt​kach i piąt​kach. No i pra​wo jaz​dy z tu​‐ tej​szym ad​re​sem: 14 Mat​thew Stre​et Exten​sion, Con​cord. – No tak. Znam tę oko​li​cę. Same ład​ne dom​ki. Rol​ly Le​wis tam miesz​ka. – Do​stał wpieprz. – Rol​ly?

– Nie, ofia​ra. Pro​szę spoj​rzeć. – Wra​cam wzro​kiem do opuch​‐ nię​tej twa​rzy agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go i wska​zu​ję na żółk​ną​‐ ce siń​ce w gór​nej czę​ści po​licz​ka. – Ktoś go wal​nął, raz, ale za to moc​no. – Taaa, ja​sne. Na pew​no. Do​tseth zie​wa, po czym upi​ja łyk kawy. Pra​wo New Hamp​shi​‐ re od daw​na wy​ma​ga, by za każ​dym ra​zem gdy znaj​du​je​my tru​pa, na miej​sce we​zwa​no tak​że ko​goś z biu​ra pro​ku​ra​to​ra ge​ne​ral​ne​go. Dzię​ki temu, gdy​by oka​za​ło się, że cho​dzi o za​‐ bój​stwo, pro​ku​ra​tu​ra mia​ła​by wgląd w spra​wę od sa​me​go po​‐ cząt​ku. W po​ło​wie stycz​nia prze​pis ten zo​stał jed​nak uchy​lo​ny, sąd sta​no​wy uznał bo​wiem, że może być nad​mier​nie uciąż​li​wy, zwłasz​cza je​śli zwa​żyć na obec​ne oko​licz​no​ści – lu​dzie po​kro​ju Do​tse​tha mu​sie​li jeź​dzić po ca​łym sta​nie, by stać nam za ple​‐ ca​mi na każ​dym miej​scu zbrod​ni, na​wet je​śli nie do​szło tam do żad​ne​go prze​stęp​stwa. Te​raz tyl​ko od nas, do​cho​dze​niow​ców, za​le​ży, czy we​zwie​my pro​ku​ra​to​ra do 10-54S. Ja za​zwy​czaj ro​bię to przy każ​dej oka​zji. – Co tam jesz​cze sły​chać, mło​dy czło​wie​ku? – za​ga​ja Do​tseth. – Na​dal młó​cisz w ra​cqu​et​bal​la? – Nie gry​wam w ra​cqu​et​bal​la, pro​szę pana – od​po​wia​dam bez​wied​nie, sku​pia​jąc uwa​gę na mar​twej ofie​rze. – Nie? To z kim cię po​my​li​łem? Stu​kam opusz​ką pal​ca wska​zu​ją​ce​go po bro​dzie. Zell był ni​‐ ski, mie​rzył nie wię​cej niż metr sie​dem​dzie​siąt, i miał przy​sa​‐ dzi​stą syl​wet​kę z opon​ką wo​kół pasa. Cho​le​ra, gnę​bi mnie ta spra​wa, po​nie​waż coś mi nie pa​su​je w wy​glą​dzie tego cia​ła, coś jest nie tak z tym do​mnie​ma​nym sa​mo​bój​stwem, ale na​dal nie wiem co. – Nie ma ko​mór​ki – mru​czę. – Co? – Zna​la​złem port​fel, klu​cze, ale te​le​fo​nu nie było. Do​tseth wzru​sza ra​mio​na​mi.

– Pew​nie go wy​rzu​cił. Beth tak zro​bi​ła. Za​sięg mie​li​śmy co​‐ raz czę​ściej w krat​kę, uzna​ła więc, że rów​nie do​brze obej​dzie się bez tego ustroj​stwa. Ki​wam gło​wą, mam​ro​cząc pod no​sem: „Tak, tak”, ale wciąż spo​glą​dam na Zel​la. – Nie zo​sta​wił też li​stu. – Co? – Nie ma kart​ki z li​stem po​że​gnal​nym. – Na​praw​dę? – rzu​ca Do​tseth, wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi jesz​cze raz. – Pew​nie któ​ryś z kum​pli ją znaj​dzie. Może na​wet szef. – Uśmie​cha się, sior​biąc kawę. – Oni za​wsze zo​sta​wia​ją li​sty. Choć wła​ści​wie, zwa​żyw​szy na oko​licz​no​ści, nie mu​szą już tego ro​bić, zga​dza się? – Ow​szem, pro​szę pana – od​po​wia​dam, gła​dząc pal​ca​mi wąsa. – Tra​fił pan w sed​no. Ty​dzień temu w Kat​man​du ty​siąc piel​grzy​mów z ca​łej Azji Po​‐ łu​dnio​wo-Wschod​niej rzu​ci​ło się pro​sto w ogień, a ota​cza​ją​cy ich roz​śpie​wa​ni mni​si chwi​lę póź​niej po​szli w ich śla​dy i wma​‐ sze​ro​wa​li pro​sto w sza​le​ją​ce pło​mie​nie sto​su po​grze​bo​we​go. W Eu​ro​pie Środ​ko​wej za​pa​no​wa​ła moda na po​rad​ni​ki DVD: Jak po​praw​nie ob​cią​żyć kie​sze​nie ka​mie​nia​mi, Jak po​praw​nie zmie​szać kok​tajl bar​bi​tu​ra​nów we wła​snym zle​wie. Na Środ​‐ ko​wym Za​cho​dzie USA – w Kan​sas City, St. Lo​uis, Des Mo​ines – pa​nu​je moda na uży​cie bro​ni pal​nej, zde​cy​do​wa​na więk​szość tam​tej​szych sa​mo​bój​ców wy​bie​ra pal​nię​cie ze śru​tów​ki pro​sto w łeb. U nas, w Con​cord, lu​dzie z ja​kie​goś po​wo​du wy​bie​ra​ją śmierć przez po​wie​sze​nie. Znaj​du​je​my wi​siel​ców w gar​de​ro​bach, szo​‐ pach, nie​wy​koń​czo​nych piw​ni​cach. W pią​tek ty​dzień temu pe​‐ wien wła​ści​ciel skle​pu me​blo​we​go po​sta​no​wił odejść w iście hol​ly​wo​odz​kim sty​lu, przy​wią​zał więc pa​sek od szla​fro​ka do ryn​ny, ta jed​nak pę​kła pod jego cię​ża​rem, przez co spadł na

wła​sny ta​ras. Wy​szedł z tej pró​by żywy, za to z po​ła​ma​ny​mi rę​ka​mi i no​ga​mi. – Tak czy ina​czej to ko​lej​na ludz​ka tra​ge​dia – pod​su​mo​wu​je lek​kim to​nem Do​tseth. – Każ​dy przy​pa​dek jest na swój spo​sób tra​gicz​ny. Zer​ka ukrad​kiem na ze​ga​rek – jest już go​to​wy do odej​ścia. Ja jed​nak na​dal ku​cam nad zwło​ka​mi, na​dal uważ​nie się przy​glą​‐ dam mar​twe​mu agen​to​wi ubez​pie​cze​nio​we​mu. Pe​ter Zell na ostat​ni dzień ży​cia wy​brał zno​szo​ny brą​zo​wy gar​ni​tur i ja​sno​‐ nie​bie​ską ko​szu​lę. Skar​pe​ty miał zbli​żo​ne​go do sie​bie ko​lo​ru, choć nie do koń​ca. Obie brą​zo​we, z tym że jed​na odro​bi​nę ciem​niej​sza. Moc​no roz​cią​gnię​te zsu​nę​ły mu się aż na kost​ki. Pa​sek oka​la​ją​cy jego kark, czy​li na​rzę​dzie zbrod​ni, jak by po​‐ wie​dzia​ła dok​tor Fen​ton, jest za to praw​dzi​wym maj​stersz​ty​‐ kiem. Lśnią​ca czer​nią skó​ra i li​te​ry B&R wy​tra​wio​ne na zło​tej sprzącz​ce. – Halo? – rzu​ca Do​tseth, więc spo​glą​dam na nie​go, mru​żąc po​wie​ki. – Masz coś jesz​cze do do​da​nia? – Nie, pro​szę pana. To wszyst​ko. – Ro​zu​miem. Miło było, jak za​wsze zresz​tą, mło​dzień​cze. – Cho​ciaż… – Tak? Wsta​ję i od​wra​cam się do nie​go. – Po​wiedz​my, że za​mie​rzam ko​goś za​mor​do​wać. Ci​sza. Do​tseth cze​ka roz​ba​wio​ny, do prze​sa​dy cier​pli​wy. – Po​wiedz​my. – Do tego miesz​kam w oko​li​cy, w któ​rej co rusz po​peł​nia​ne jest sa​mo​bój​stwo. Dzień w dzień. Toż Con​cord to ist​ne za​głę​‐ bie wi​siel​ców. – Okay. – Czy nie by​ło​by roz​sąd​ne, gdy​bym upo​zo​ro​wał sa​mo​bój​stwo mo​jej ofia​ry? – By​ło​by.

– Czy​li zga​dza się pan ze mną? – Ge​ne​ral​nie tak. Ale to tu​taj? – Do​tseth wska​zu​je pa​lu​chem na cia​ło, nie prze​sta​jąc się uśmie​chać. – To było sa​mo​bój​stwo. Mru​ga do mnie zna​czą​co, po​py​cha drzwi to​a​le​ty i zo​sta​wia mnie sam na sam z Pe​te​rem Zel​lem.

*** – To co ro​bi​my, Re​wir? Cze​ka​my na tru​piar​kę czy sami roz​‐ wa​la​my pi​nia​tę? Mie​rzę po​ste​run​ko​we​go Mi​chel​so​na po​waż​nym, peł​nym dez​‐ apro​ba​ty spoj​rze​niem. Nie cier​pię ta​nie​go po​zer​stwa, na któ​‐ re się sili, nie cier​pię „tru​pia​rek”, „pi​niat” i ca​łej resz​ty, o czym on do​sko​na​le wie i ce​lo​wo draż​ni mnie nimi te​raz. Ster​czy przed drzwia​mi to​a​le​ty, teo​re​tycz​nie strze​gąc miej​sca zbrod​ni, a tak na​praw​dę za​że​ra​jąc się owi​nię​tym w żół​ty ce​lo​‐ fan McMuf​fi​nem z jaj​kiem. Kil​ka kro​pel bla​de​go sosu wła​śnie skap​nę​ło mu na blu​zę mun​du​ru. – Daj spo​kój, Mi​chel​son. Zgi​nął czło​wiek. – Wy​bacz, Re​wir. Za tym prze​zwi​skiem tak​że nie prze​pa​dam, o czym Ri​tchie rów​nież do​brze wie. – Ktoś z biu​ra dok​tor Fen​ton po​wi​nien się tu​taj po​ja​wić w cią​‐ gu go​dzi​ny – in​for​mu​ję, a on kiwa gło​wą, za​sła​nia​jąc usta pię​‐ ścią, by stłu​mić bek​nię​cie. – Za​mie​rzasz prze​ka​zać tę spra​wę dok​tor Fen​ton? – Zwi​ja w kul​kę pa​pier po ka​nap​ce i ci​ska go do ko​sza. – Są​dzi​łem, że ona już nie robi w sa​mo​bój​stwach. – Zga​dza się, nie​mniej de​tek​tyw ma ostat​nie sło​wo – od​po​‐ wia​dam. – A w tym wy​pad​ku au​top​sja wy​da​je się ko​niecz​na. – Se​rio? – Tak. On na​praw​dę ma to gdzieś. Na​to​miast Tri​sha McCon​nell robi, co do niej na​le​ży. Stoi te​raz w dru​gim koń​cu re​stau​ra​cji;

ni​ska za​żyw​na ko​bie​ta z czar​nym ku​cy​kiem, któ​ry wy​sta​je za​‐ dzior​nie spod jej służ​bo​wej czap​ki. W ką​ci​ku z dys​try​bu​to​ra​mi na​poi prze​słu​chu​je grup​kę na​sto​lat​ków. Raź​no spi​su​je ich ze​‐ zna​nia w trzy​ma​nym w ręku no​te​sie. Wy​ko​nu​je za​wcza​su po​‐ ten​cjal​ne roz​ka​zy prze​ło​żo​nych. Lu​bię po​ste​run​ko​wą McCon​‐ nell. – Chy​ba wiesz, że cen​tra​la wy​ma​ga, aby​śmy jak naj​prę​dzej za​mknę​li ten te​atrzyk? – za​ga​du​je Mi​chel​son chy​ba tyl​ko po to, by pod​trzy​mać wy​mia​nę zdań i jesz​cze bar​dziej mnie wku​‐ rzyć. – Wiem. – Sta​bil​ność lo​kal​nej spo​łecz​no​ści i jej cią​głość, te spra​wy. – Tak. – No i wła​ści​ciel tej nory do​sta​je sza​łu, że od​cię​li​śmy klien​‐ tom do​stęp do to​a​let. Po​dą​żam za spoj​rze​niem Mi​chel​so​na i wi​dzę za ladą męż​czy​‐ znę o po​czer​wie​nia​łej twa​rzy, wła​ści​cie​la tego McDo​nal​da, któ​ry świ​dru​je nas groź​nym wzro​kiem, co wy​glą​da dość za​‐ baw​nie w po​łą​cze​niu z ja​skra​wo​żół​tą ko​szul​ką i ka​mi​zel​ką bar​wy ket​chu​pu. Każ​da mi​nu​ta obec​no​ści po​li​cji to uszczer​‐ bek na zy​sku, mówi jego mina; gdy​by nie bał się, że go aresz​‐ tu​je​my za utrud​nia​nie do​cho​dze​nia, pew​nie miał​bym go cały czas na kar​ku. Obok me​ne​dże​ra stoi tycz​ko​wa​ty szcze​niak; wy​sta​ją​ca spod dasz​ka czap​ki ka​sjer​skiej dłu​ga grzyw​ka pił​ka​rza śmi​ga w po​‐ wie​trzu za każ​dym ra​zem, gdy chło​pak prze​no​si wzrok z roz​‐ wście​czo​ne​go sze​fa na parę po​li​cjan​tów i z po​wro​tem, jak​by nie wie​dział, kto bar​dziej za​słu​gu​je na jego po​gar​dę. – Ja​koś to prze​ży​je – za​pew​niam Mi​chel​so​na. – W ze​szłym roku za​mknę​li​by​śmy nie tyl​ko ten ki​bel, ale i resz​tę budy, i to na sześć do dwu​na​stu go​dzin. Po​ste​run​ko​wy wzru​sza ra​mio​na​mi. – Nowe cza​sy.

Krzy​wię się i od​wra​cam ple​ca​mi do wła​ści​cie​la re​stau​ra​cji. Niech się buja. To nie jest na​wet praw​dzi​wy McDo​nald. Nie ma już praw​dzi​wych McDo​nal​dów. Fir​ma upa​dła w sierp​niu ubie​głe​go roku, po tym jak w cią​gu za​le​d​wie trzech ty​go​dni pa​ni​ki gieł​do​wej ceny jej ak​cji spa​dły o całe dzie​więć​dzie​siąt czte​ry pro​cent. Po​zo​sta​ły tyl​ko krzy​kli​we szyl​dy nad set​ka​mi ty​się​cy opusz​czo​nych lo​ka​li. Część z nich, jak ten, w któ​rym te​raz sto​imy w cen​trum Con​cord, zo​sta​ła szyb​ko prze​kształ​co​‐ na w pi​rac​kie re​stau​ra​cje: bę​dą​ce wła​sno​ścią i za​rzą​dza​ne przez lo​kal​nych cwa​niacz​ków, ta​kich jak nasz przy​ja​ciel zza lady, któ​rzy wy​ko​rzy​sta​li oka​zję, by sprze​da​wać to samo nie​‐ zdro​we żar​cie, nie kło​po​cząc się opła​ta​mi za fran​czy​zę. Nie ma już też praw​dzi​wych skle​pów 7-Ele​ven, nie mó​wiąc o ka​wiar​niach Dun​kin’ Do​nuts. Mamy za to jesz​cze re​stau​ra​‐ cję Pa​ne​ra, cho​ciaż mał​żeń​stwo, do któ​re​go na​le​ży ta sieć, do​‐ zna​ło du​cho​we​go oświe​ce​nia i za​trud​ni​ło w swo​ich lo​ka​lach współ​wy​znaw​ców, więc nie war​to tam te​raz za​glą​dać, o ile nie ma się ocho​ty na wy​słu​chi​wa​nie Do​brej No​wi​ny. Przy​wo​łu​ję McCon​nell, by do​wie​dzia​ła się, po​dob​nie jak Mi​‐ chel​son, że bę​dzie​my pro​wa​dzić do​cho​dze​nie w spra​wie za​‐ gad​ko​wej śmier​ci Zel​la. Sta​ram się przy tym igno​ro​wać sar​ka​‐ stycz​ne unie​sie​nie brwi Rit​chie​go. Na szczę​ście McCon​nell przyj​mu​je moje sło​wa sztyw​nym po​tak​nię​ciem, po czym się​ga po no​tes i od​wra​ca kart​kę. Wy​da​ję funk​cjo​na​riu​szom za​bez​‐ pie​cza​ją​cym miej​sce zbrod​ni ko​lej​ne roz​ka​zy: ona naj​pierw skoń​czy zbie​rać ze​zna​nia, a na​stęp​nie po​je​dzie po​in​for​mo​wać ro​dzi​nę ofia​ry; on ma stać w tych drzwiach, do​pó​ki nie po​ja​wi się ktoś z biu​ra dok​tor Fen​ton i nie za​bie​rze zwłok. – Nie ma spra​wy – rzu​ca McCon​nell, za​my​ka​jąc no​tes szyb​‐ kim ru​chem. – Psia ro​bo​ta – ko​men​tu​je Mi​chel​son. – Daj spo​kój – ob​ru​szam się zno​wu. – Zgi​nął czło​wiek. – Wiem, Re​wir – pry​cha. – Już to mó​wi​łeś.

Sa​lu​tu​ję ko​le​gom po fa​chu, ki​wam im gło​wą na po​że​gna​nie, po czym za​trzy​mu​ję się na​gle z ręką na klam​ce bocz​ne​go wyj​‐ ścia, po​nie​waż wi​dzę ko​bie​tę, któ​ra idzie bo​jaź​li​wym kro​kiem przez przy​le​gły do re​stau​ra​cji par​king. Ma na gło​wie czer​wo​‐ ną czap​kę, ale nie nosi płasz​cza, nie osła​nia się też pa​ra​so​lem przed pa​da​ją​cym wciąż śnie​giem, zu​peł​nie jak​by wy​bie​gła skądś w po​śpie​chu, by do​trzeć wła​śnie w to miej​sce. Jej czó​‐ łen​ka śli​zga​ją się raz po raz w sza​rej brei. Wresz​cie mnie do​‐ strze​ga, za​uwa​ża, że ją ob​ser​wu​ję, a na​wet do​my​śla się, że je​‐ stem po​li​cjan​tem. Na jej bla​dej twa​rzy na​tych​miast po​ja​wia się mars za​nie​po​ko​je​nia. Nie​zna​jo​ma od​wra​ca się na pię​cie i po​śpiesz​nie od​cho​dzi.

*** Jadę służ​bo​wym che​vro​le​tem po Sta​te Stre​et, od​da​la​jąc się od McDo​nal​da; pro​wa​dzę wol​no i ostroż​nie, po​nie​waż na​‐ wierzch​nia jest po​kry​ta kil​ku​cen​ty​me​tro​wą war​stwą go​ło​le​‐ dzi. Na mi​ja​nych prze​czni​cach wi​dzę szpa​le​ry za​par​ko​wa​nych sa​mo​cho​dów, spo​ro z nich zo​sta​ło po​rzu​co​nych, wi​dać to po gru​bej war​stwie śnie​gu, któ​ra po​kry​wa ich da​chy i ma​ski. Mi​‐ jam Ca​pi​tol Cen​ter for the Arts, jego pięk​ną fa​sa​dę z czer​wo​‐ nej ce​gły i duże okna, rzu​cam okiem w kie​run​ku cia​sne​go wnę​‐ trza ka​wiar​ni otwar​tej przez ko​goś po dru​giej stro​nie uli​cy. Przed Col​lier​sem wije się dłu​ga ko​lej​ka klien​tów. To sklep z na​rzę​dzia​mi – pew​nie przy​szła nowa do​sta​wa to​wa​ru. Ża​‐ rów​ki. Ło​pa​ty. Gwoź​dzie. Na dra​bi​nie stoi ja​kiś dzie​ciak, prze​‐ kre​śla gru​bym czar​nym fla​ma​strem sta​re ceny spi​sa​ne na ka​‐ wał​ku kar​to​nu i zmie​nia je na nowe. Czter​dzie​ści osiem go​dzin. W ta​kim cza​sie od po​peł​nie​nia zbrod​ni do​cho​dzi do usta​le​nia zde​cy​do​wa​nej więk​szo​ści spraw​ców za​bójstw. Tyl​ko ja ko​rzy​stam w tym mo​men​cie z sa​mo​cho​du, więc wszy​scy prze​chod​nie spo​glą​da​ją w moim kie​run​ku. Bez​dom​ny

opar​ty o za​bi​te de​cha​mi wej​ście do Whi​te Peak, daw​nej agen​‐ cji nie​ru​cho​mo​ści. Grup​ka na​sto​lat​ków ba​lan​gu​ją​cych obok wnę​ki kry​ją​cej ban​ko​mat. Blant krą​ży z ręki do ręki, chło​pak z nie​chluj​ną hisz​pań​ską bród​ką wy​dmu​chu​je ospa​le siny dym pro​sto w mroź​ne po​wie​trze. Na szkla​nej ele​wa​cji dwu​kon​dy​gna​cyj​ne​go by​łe​go już biu​row​‐ ca przy skrzy​żo​wa​niu Sta​te Stre​et i Bla​ke Stre​et ja​kiś czas temu po​ja​wi​ło się graf​fi​ti. Wy​so​kie na pra​wie dwa me​try li​te​ry gło​szą: KŁAM​STWA KŁAM​STWA SAME KŁAM​STWA. Za​czy​nam ża​ło​wać, że uprzy​krzam ży​cie Rit​chie​mu Mi​chel​‐ so​no​wi. Gdy od​bie​ra​łem awans, wa​run​ki pra​cy zwy​kłych kra​‐ węż​ni​ków ule​gły znacz​ne​mu po​gor​sze​niu. Je​stem pe​wien, że dzi​siaj, po czter​na​stu ty​go​dniach nie​ustan​ne​go za​pie​przu, nie jest im wca​le lżej. Tak, gli​nia​rze mogą wciąż li​czyć na sta​łe za​‐ trud​nie​nie i jed​ne z naj​wyż​szych pen​sji w tym kra​ju. I tak, w więk​szo​ści ka​te​go​rii wskaź​ni​ki prze​stęp​czo​ści w Con​cord wca​le nie po​szy​bo​wa​ły w górę w sto​sun​ku do ubie​głe​go roku, z jed​nym tyl​ko wy​jąt​kiem: mocą usta​wy wpro​wa​dzo​no za​kaz pro​duk​cji, sprze​da​ży i za​ku​pu ja​kiej​kol​wiek bro​ni pal​nej na te​‐ re​nie ca​łych Sta​nów Zjed​no​czo​nych. Eg​ze​kwo​wa​nie tego prze​pi​su jest jed​nak trud​ne, zwłasz​cza w sta​nie New Hamp​‐ shi​re. Mimo tego dra​stycz​ne​go środ​ka czło​wiek wy​czu​wa w czuj​‐ nych spoj​rze​niach mi​ja​nych prze​chod​niów, że nie za​wa​ha​ją się przed za​sto​so​wa​niem prze​mo​cy, je​śli zaj​dzie taka ko​niecz​‐ ność. Nic więc dziw​ne​go, że nie​ustan​ne za​gro​że​nie zbie​ra żni​‐ wo. Funk​cjo​na​riu​sze pa​tro​lu​ją​cy uli​ce są ostat​nio pod​da​wa​ni stre​so​wi nie mniej​sze​mu niż żoł​nie​rze pod​czas woj​ny. Gdy​bym więc był w skó​rze Rit​chie​go Mi​chel​so​na, też bym od​re​ago​wy​‐ wał stres i wy​pa​le​nie, rzu​ca​jąc ką​śli​we uwa​gi. Świa​tła przy skrzy​żo​wa​niu z War​ren Stre​et na​dal dzia​ła​ją. Za​trzy​mu​ję się przed nimi, mimo że je​stem gli​nia​rzem, a w polu wi​dze​nia nie ma żad​ne​go in​ne​go po​jaz​du. Cze​kam na

zie​lo​ne. Spo​glą​da​jąc przed sie​bie, bęb​nię pal​ca​mi o kie​row​ni​‐ cę i roz​my​ślam o ko​bie​cie. O tej bez płasz​cza, któ​ra ucie​kła na mój wi​dok.

*** – Czy wszy​scy już sły​sze​li? – pyta de​tek​tyw McGul​ly, wiel​ki i po​ryw​czy chłop, przy​kła​da​jąc obie dło​nie do ust. – Zna​my już datę! – Co zna​czy: „zna​my już datę”? – rzu​ca de​tek​tyw An​dre​as, zry​wa​jąc się z krze​sła i ga​piąc na McGul​ly’ego z roz​dzia​wio​ną gębą. – Prze​cież już daw​no ją nam po​da​li. Wszy​scy wie​my, kie​‐ dy na​dej​dzie ten pie​przo​ny dzień. Data, o któ​rej mowa, to trze​ci paź​dzier​ni​ka. Za sześć mie​się​‐ cy i je​de​na​ście dni, li​cząc od dzi​siaj. To wła​śnie wte​dy sze​ścio​‐ ipół​ki​lo​me​tro​wa bry​ła wę​gla i krze​mia​nów ma zde​rzyć się z Zie​mią. – Nie mó​wię o dniu, w któ​rym ten gi​gan​tycz​ny klops wylą​duje nam na gło​wach – ob​ru​sza się McGul​ly, wy​ma​chu​jąc gwał​tow​‐ nie eg​zem​pla​rzem „Con​cord Mo​ni​tor”. – Tyl​ko o tym, kie​dy ge​niu​sze po​wia​do​mią nas, gdzie do​kład​nie przy​pie​przy. – Taaa, wi​dzia​łem ten ar​ty​kuł – przy​ta​ku​je de​tek​tyw Cu​lver​‐ son, przy​sia​da​jąc na biur​ku z wła​sną ga​ze​tą. On czy​tu​je „New York Ti​me​sa”. – Zda​je się, że to ma być dzie​wią​te​go kwiet​nia. Moje biur​ko znaj​du​je się w naj​dal​szym ką​cie po​miesz​cze​nia, obok ko​sza na śmie​ci i nie​wiel​kiej lo​dów​ki. Mam przed sobą otwar​ty no​tes, spraw​dzam raz jesz​cze za​pi​ski z miej​sca zbrod​ni. To tak na​praw​dę nie służ​bo​wy no​te​sik, tyl​ko błę​kit​ny bru​lion, po​dob​ny do tych, któ​rych uży​wa​ją stu​den​ci. Mój oj​‐ ciec był wy​kła​dow​cą, a gdy zmarł, zna​leź​li​śmy na stry​chu dwa​‐ dzie​ścia pięć kar​to​nów ta​kich bru​lio​nów. Wszyst​kie mia​ły iden​tycz​ne błę​kit​ne okład​ki. Do dzi​siaj ich uży​wam. – Dzie​wią​te​go kwiet​nia? To już lada mo​ment. – An​dre​as opa​‐ da cięż​ko na krze​sło, a chwi​lę póź​niej po​wta​rza gro​bo​wym

gło​sem: – Lada mo​ment. Cu​lver​son naj​pierw krę​ci gło​wą, a po​tem gło​śno wzdy​cha, gdy McGul​ly re​cho​cze. Tylu nas zo​sta​ło w wy​dzia​le kry​mi​nal​‐ nym ko​men​dy po​li​cji w Con​cord. Czte​rech fa​ce​tów upchnię​‐ tych w jed​nym po​ko​ju. Od sierp​nia mi​nio​ne​go roku na eme​ry​‐ tu​rę ode​szło trzech ko​le​gów, je​den znik​nął na​gle w nie​wy​ja​‐ śnio​nych oko​licz​no​ściach, a de​tek​tyw Gor​don, któ​ry zła​mał rękę pod​czas aresz​to​wa​nia spraw​cy prze​mo​cy do​mo​wej, wziął zwol​nie​nie i ty​le​śmy go wi​dzie​li. Temu od​pły​wo​wi siły ży​wej pró​bo​wa​no za​po​biec, nie​sku​tecz​nie zresz​tą, przy​śpie​sza​jąc awan​se. Na po​cząt​ku grud​nia je​den z kra​węż​ni​ków zo​stał więc de​tek​ty​wem. Nie​ja​ki Hen​ry Pa​la​ce, czy​li ja. I tak mie​li​śmy spo​re szczę​ście. Wy​dział do spraw wy​kro​czeń nie​let​nich zre​du​ko​wa​no do dwóch tyl​ko funk​cjo​na​riu​szy, Pe​ter​‐ so​na i Gu​er​re​ry. A pierw​sze​go li​sto​pa​da de​fi​ni​tyw​nie roz​wią​‐ za​no wy​dział do wal​ki z cy​ber​prze​stęp​czo​ścią. McGul​ly otwie​ra dzi​siej​sze wy​da​nie ga​ze​ty i za​czy​na czy​tać na głos. Ja prze​bie​gam wzro​kiem no​tat​ki, my​śla​mi je​stem na​‐ dal przy spra​wie Zel​la. Brak śla​dów prze​mo​cy i wal​ki // ko​‐ mór​ka? // Na​rzę​dzie zbrod​ni: pa​sek ze zło​tą sprzącz​ką. Czar​ny pa​sek z naj​lep​szej wło​skiej skó​ry, ozdo​bio​ny sym​bo​‐ lem B&R. – Jak po​da​ją astro​no​mo​wie z Cen​trum Astro​fi​zy​ki Har​vardSmi​th​so​nian w Cam​brid​ge, stan Mas​sa​chu​setts, klu​czo​wym dniem bę​dzie dzie​wią​ty kwiet​nia. – McGul​ly cy​tu​je nam tekst z „Mo​ni​to​ra”. – Tam​tej​si eks​per​ci, po​dob​nie jak rze​sze in​nych astro​no​mów, astro​fi​zy​ków i za​go​rza​łych ama​to​rów, ob​ser​wu​ją nie​ustan​nie kurs Mai, ogrom​nej aste​ro​idy zna​nej for​mal​nie jako 2011GV1… – Jezu – ję​czy po​nu​ro An​dre​as i roz​wście​czo​ny zry​wa się po​‐ now​nie, by po​dejść szyb​kim kro​kiem do biur​ka McGul​ly’ego. Jest wą​tły, ner​wo​wy, ma nie​wie​le po​nad czter​dzie​ści lat i szo​‐ pę gę​stych czar​nych kę​dzio​rów, któ​re upo​dab​nia​ją go do che​‐

ru​bi​na. – Wie​my, o co cho​dzi. Na ca​łej pla​ne​cie nie ma chy​ba czło​wie​ka, któ​ry by jesz​cze nie zro​zu​miał, z czym mamy do czy​nie​nia! – Wy​lu​zuj, ko​le​go – pro​si McGul​ly. – Mam już dość tego, że oni przy każ​dej oka​zji wał​ku​ją w kół​‐ ko te same in​for​ma​cje. Jak​by chcie​li nam o tym bez prze​rwy przy​po​mi​nać. – Tak się po pro​stu pi​sze ar​ty​ku​ły pra​so​we – rzu​ca Cu​lver​son. – Ale ja tego nie cier​pię. – I co z tego? – Cu​lver​son się uśmie​cha. Jest je​dy​nym Afro​ame​ry​ka​ni​nem w wy​dzia​le kry​mi​nal​nym. Praw​dę po​wie​dziaw​szy, to ostat​ni ciem​no​skó​ry po​li​cjant w ca​‐ łej na​szej ko​men​dzie po​li​cji, więc nie​kie​dy wspo​mi​na się o nim jako o „je​dy​nym czar​nym oby​wa​te​lu Con​cord”, choć tech​nicz​‐ nie rzecz uj​mu​jąc, nie jest to do koń​ca praw​da. – Do​bra, do​bra, do​bra, przej​dę od razu do sed​na – obie​cu​je McGul​ly, kle​piąc bied​ne​go An​dre​asa po ra​mie​niu. – Na​ukow​‐ cy… to po​miń​my, to też… po​mi​mo roz​bież​no​ści, zdo​łali uzy​‐ skać… po​mi​ja​my, po​mi​ja​my, po​mi​ja​my. O, jest: „W kwiet​niu, na nie​speł​na pięć i pół mie​sią​ca przed upad​kiem aste​ro​idy, bę​‐ dzie​my w sta​nie wy​li​czyć z dużą dozą pre​cy​zji miej​sce, w któ​‐ rym Maja ude​rzy w Zie​mię. Są​dzi​my, że uda się je usta​lić z do​‐ kład​no​ścią do pięt​na​stu mil”. – McGul​ly zni​ża głos, do​cho​dząc do fi​nal​ne​go zda​nia, jego za​wa​diac​ki ba​ry​ton tra​ci na mocy. Na ko​niec sły​szy​my prze​cią​gły gwizd. – Pięt​na​ście mil. Za​pa​da ci​sza wy​peł​nio​na jed​no​staj​nym szu​mem pra​cu​ją​cych dmu​chaw. An​dre​as stoi przy biur​ku McGul​ly’ego, wbi​ja​jąc wzrok w ga​ze​tę; za​ci​śnię​te pię​ści trzy​ma przy bo​kach. Cu​lver​‐ son, sku​lo​ny w swo​im kom​for​to​wym ką​ci​ku, chwy​ta za dłu​go​‐ pis i za​czy​na kre​ślić dłu​gie li​nie na skraw​ku pa​pie​ru. Ja za​my​‐ kam błę​kit​ny bru​lion, od​chy​lam gło​wę i wbiw​szy wzrok w su​‐ fit, spo​glą​dam na pla​fon znaj​du​ją​cy się mniej wię​cej po​środ​ku.

– I to by było na tyle, pa​nie i pa​ni​czy​ki – rzu​ca McGul​ly, od​zy​‐ sku​jąc wi​gor i skła​da​jąc ga​ze​tę z roz​ma​chem. – Resz​ta to opis re​ak​cji i tak da​lej. – Re​ak​cji? – pod​chwy​tu​je An​dre​as, wy​mie​rza​jąc gniew​nie pal​‐ cem w zło​żo​ną ga​ze​tę. – Ja​kiej zno​wu re​ak​cji? – Och, no wiesz. Pre​mier Ka​na​dy ma na​dzie​ję, że aste​ro​ida wal​nie cen​tral​nie w Chi​ny – od​po​wia​da McGul​ly, za​no​sząc się śmie​chem. – Pre​zy​dent Chin od​po​wia​da na to: „Słu​chaj​cie no, Ka​na​da, nie chce​my was ob​ra​zić, ale my wi​dzi​my ten pro​blem z nie​co in​nej per​spek​ty​wy”. Ple, ple, ple… An​dre​as war​czy z od​ra​zą. Przy​słu​chu​ję się tej wy​mia​nie zdań tak jak​by, lecz na​dal je​stem po​grą​żo​ny w my​ślach, a wzro​ku na​wet na mo​ment nie od​ry​wam od pla​fo​nu. Fa​cet wcho​dzi do McDo​nal​da w sa​mym środ​ku nocy i wie​sza się w ka​bi​nie dla nie​peł​no​spraw​nych. Fa​cet wcho​dzi do McDo​nal​da w sa​mym środ​ku nocy… Cu​lver​son uno​si z na​masz​cze​niem za​ba​zgra​ną kart​kę, po​ka​‐ zu​jąc nam pro​sty wy​kres, skrzy​żo​wa​ne osie X i Y. – Ofi​cjal​ne za​kła​dy ko​men​dy po​li​cji w Con​cord uwa​żam za otwar​te – oznaj​mia z ab​so​lut​nie po​waż​ną miną. – Ob​sta​wiaj​‐ cie, pa​no​wie. Lu​bię Cu​lver​so​na. Po​do​ba mi się w nim to, że wciąż ubie​ra się jak przy​sta​ło na de​tek​ty​wa. Dzi​siaj ma na so​bie trzy​czę​‐ ścio​wy gar​ni​tur, do tego po​ły​sku​ją​cy me​ta​licz​nie kra​wat i pa​‐ su​ją​cą do nie​go chu​s​tecz​kę w kie​szon​ce. Więk​szość lu​dzi za​‐ czę​ła so​bie fol​go​wać z my​ślą o wy​go​dzie. An​dre​as, dla przy​‐ kła​du, ma na so​bie ba​weł​nia​ną ko​szul​kę z dłu​gim rę​ka​wem i ob​szer​ne dżin​sy, McGul​ly cho​dzi na​to​miast w dre​sie dru​ży​ny Wa​shing​ton Red​skins. – Sko​ro mu​si​my umie​rać – do​da​je Cu​lver​son – za​rób​my naj​‐ pierw kil​ka do​lców na na​szych bra​ciach i sio​strach z wy​dzia​łu pa​tro​lo​we​go.

– Do​bry po​mysł. – An​dre​as roz​glą​da się nie​pew​nie. – Tyl​ko jak tu prze​wi​dzieć, gdzie wal​nie? – Jak prze​wi​dzieć? – McGul​ly stu​ka go w ra​mię zwi​nię​tym „Mo​ni​to​rem”. – Ra​czej jak mamy na tym za​ro​bić, głup​ku! – Ja ty​pu​ję pierw​szy – in​for​mu​je nas Cu​lver​son. – Ob​sta​wiam Atlan​tyk za stów​kę. – Czter​dzie​ści do​lców na Fran​cję – po​dej​mu​je McGul​ly, gme​‐ ra​jąc w port​fe​lu. – Niech te fiu​ty do​sta​ną w koń​cu za swo​je. Cu​lver​son pod​cho​dzi do mnie ze swo​im wy​kre​sem, rzu​ca go na blat biur​ka. – A pan Icha​bod Cra​ne na co po​sta​wi? – Noo… – mru​czę w za​my​śle​niu, ma​jąc w gło​wie je​dy​nie ten dziw​ny si​niak na twa​rzy de​na​ta. Ktoś wal​nął Pe​te​ra Zel​la w twarz, moc​no, nie tak daw​no temu. Może dwa ty​go​dnie? Albo trzy? Dok​tor Fen​ton usta​li to na pew​no z więk​szą do​kład​‐ no​ścią. Cu​lver​son cze​ka, uno​sząc zna​czą​co brew. – De​tek​ty​wie Pa​la​ce? – Za​da​jesz trud​ne py​ta​nia. Po​wiedz​cie mi le​piej, chło​pa​ki, gdzie ku​pu​je​cie pa​ski? – Gdzie ku​pu​je​my pa​ski? – An​dre​as spo​glą​da w dół, na swo​je bio​dra, a po​tem na mnie, jak​bym mu za​dał pod​chwy​tli​we py​ta​‐ nie. – Ja uży​wam sze​lek. – U Hum​ph​reya – rzu​ca Cu​lver​son. – W Man​che​ste​rze. – Mnie pa​ski ku​pu​je An​ge​la – do​da​je McGul​ly, któ​ry zdą​żył już przejść do dzia​łu spor​to​we​go i wła​śnie spraw​dza wy​ni​ki, wy​god​nie roz​par​ty w fo​te​lu, z no​ga​mi na bla​cie biur​ka. – O czym ty ga​dasz, u li​cha, Pa​la​ce? – Pra​cu​ję nad spra​wą – wy​ja​śniam, a oni wszy​scy ga​pią się na mnie jak sro​ka w gnat. – Cho​dzi o tego nie​bosz​czy​ka, któ​re​go zna​leź​li​śmy dziś rano w McDo​nal​dzie. – My​śla​łem, że fa​cet się po​wie​sił – stwier​dza McGul​ly.

– Na ra​zie uzna​li​śmy, że to zgon w nie​wy​ja​śnio​nych oko​licz​‐ no​ściach. – My? – dzi​wi się Cu​lver​son. An​dre​as wciąż stoi przy biur​ku McGul​ly’ego, trzy​ma dłoń przy czo​le, ga​piąc się na pierw​szą stro​nę ga​ze​ty. – Fa​cet po​wie​sił się na czar​nym pa​sku. Cał​kiem faj​nym pa​‐ sku. Na jego sprzącz​ce było logo B&R. – Belk​nap & Rose – rzu​ca Cu​lver​son. – Za​raz, chcesz po​wie​‐ dzieć, że pod​cho​dzisz do tego zda​rze​nia jak do mor​der​stwa? Na​past​nik wy​brał cho​ler​nie uczęsz​cza​ne miej​sce na za​bi​cie go​ścia, nie są​dzisz? – Belk​nap & Rose, fak​tycz​nie – mam​ro​czę. – Wi​dzi​cie, cała resz​ta gar​de​ro​by de​na​ta była taka so​bie. Zno​szo​ny brą​zo​wy gar​ni​tur, prze​po​co​na pod pa​cha​mi sta​ra ko​szu​la, skar​pet​ki nie do pary. Był też pa​sek, nor​mal​ny tani brą​zo​wy pa​sek. Tym​cza​‐ sem gość po​wie​sił się na ręcz​nie ro​bio​nym cac​ku z praw​dzi​wej skó​ry. – Do​bra – mówi Cu​lver​son. – Wy​obraź so​bie, że idzie do B&R i ku​pu​je so​bie ba​je​ranc​ki pa​sek, po​nie​waż chce się po​wie​sić na czymś po​rząd​nym. – Otóż to – wtrą​ca McGul​ly, od​wra​ca​jąc ko​lej​ną kart​kę. – Na​praw​dę? – Wsta​ję. – No więc je​stem prze​cięt​nym fa​ce​‐ tem cha​dza​ją​cym do pra​cy w gar​ni​tu​rze, trzy​mam w domu tonę pa​sków. Po co miał​bym tra​cić całe dwa​dzie​ścia mi​nut na do​jazd do Manch, by w tam​tej​szym eks​klu​zyw​nym bu​ti​ku z odzie​żą mę​ską ku​pić spe​cjal​ny pa​sek, na któ​rym za​raz się po​wie​szę? – Za​czy​nam krą​żyć wol​nym kro​kiem, po​chy​lo​ny lek​‐ ko, sku​biąc wąsa. – Dla​cze​go nie sko​rzy​stam z jed​ne​go ze swo​ich pa​sków? – Kto to wie? – rzu​ca Cu​lver​son. – A co waż​niej​sze – do​da​je McGul​ly, zie​wa​jąc prze​cią​gle – kogo to ob​cho​dzi?

– No tak – od​po​wia​dam, opa​da​jąc po​now​nie na krze​sło i chwy​ta​jąc za błę​kit​ny bru​lion. – Ja​sne. – Ty, Pa​la​ce, je​steś ja​kiś dziw​ny, wiesz? – kpi McGul​ly, jed​nym ru​chem zwi​ja​jąc kart​kę z dzia​łem spor​to​wym w kul​kę i ci​ska​‐ jąc ją pro​sto w moją gło​wę. – Jak​byś po​cho​dził z in​nej pla​ne​ty czy coś.

2. Za kon​tu​arem sta​no​wi​ska ochro​ny Wa​ter West Bu​il​ding sie​dzi wie​ko​wy straż​nik, któ​ry pa​trzy na mnie, mru​żąc oczy, jak​bym go wy​rwał z drzem​ki albo przy​wo​łał z za​świa​tów. – Był pan umó​wio​ny na spo​tka​nie? – Nie. Je​stem po​li​cjan​tem. Straż​nik ma na so​bie moc​no wy​mię​tą ko​szu​lę, taką nor​mal​ną, nie mun​du​ro​wą, a jego służ​bo​wa czap​ka jest moc​no zde​fa​so​‐ no​wa​na i wgię​ta na szczy​cie. Zbli​ża się już po​łu​dnie, ale to po​‐ miesz​cze​nie to​nie wciąż w pół​mro​ku, jak​by za​pro​jek​to​wa​no je spe​cjal​nie, by imi​to​wa​ło wiecz​ny zmierzch. – Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce. – Po​ka​zu​ję od​zna​kę, ale on nie ra​czy na​wet spoj​rzeć, więc wty​kam ją po​now​nie za pa​sek. – Pra​cu​ję w wy​dzia​le kry​mi​nal​nym tu​tej​szej ko​men​dy po​li​cji i z tego ty​tu​łu ba​dam spra​wę zgo​nu w nie​wy​ja​śnio​nych oko​‐ licz​no​ściach. Mu​szę od​wie​dzić biu​ra fir​my Mer​ri​mack Life and Fire. Straż​nik kasz​le. – Ile ty masz wzro​stu, synu? Na oko ja​kieś dwa me​try? – Mniej wię​cej. Cze​ka​jąc na win​dę, przy​glą​dam się de​ta​lom: wiel​ka ro​śli​na w do​nicz​ce, przy​sa​dzi​sta i ma​syw​na, strze​że jed​ne​go z na​roż​‐ ni​ków, mar​twy kra​jo​braz Gór Bia​łych zdo​bi ścia​nę nad rzę​dem lśnią​cych skrzy​nek pocz​to​wych, straż​nik sta​ru​szek mie​rzy mnie wzro​kiem ze swo​jej grzę​dy. Taki wi​dok oglą​dał każ​de​go ran​ka mój agent ubez​pie​cze​nio​wy. Od nie​go za​czy​nał pra​cę i nim koń​czył. Gdy drzwi win​dy roz​su​wa​ją się, czu​ję po​wiew stę​chli​zny. Jak na ra​zie nie zna​la​złem ni​cze​go, co prze​czy​ło​by te​zie o sa​mo​bój​stwie.

*** Szef Pe​te​ra Zel​la na​zy​wa się The​odo​re Gom​pers. Ten opa​sły bla​dy męż​czy​zna w przy​cia​snym nie​bie​skim gar​ni​tu​rze nie oka​zu​je żad​ne​go za​sko​cze​nia, gdy sły​szy, ja​kie wie​ści przy​no​‐ szę. – Zell, tak? Wiel​ka szko​da. Na​lać panu jed​ne​go? – Nie, dzię​ku​ję. – Ja​koś trze​ba się roz​grzać w taki ziąb, nie? – No. Sie​dzi​my w jego ga​bi​ne​cie. On po​cią​ga dżin z ni​skiej kan​cia​‐ stej szkla​necz​ki, w roz​tar​gnie​niu gła​dząc się dło​nią po bro​dzie i spo​glą​da​jąc w wiel​kie okno, za któ​rym śnieg pró​szy na Eagle Squ​are. – Wie​le osób twier​dzi, że te śnie​ży​ce za​wdzię​cza​my aste​ro​‐ idzie. Na pew​no pan o tym sły​szał. – Za​to​pio​ny w my​ślach Gom​pers mówi wol​no, nie od​ry​wa​jąc wzro​ku od pa​no​ra​my za oknem. – Ale to prze​cież nie może być praw​da. Drań​stwo znaj​du​je się wciąż czte​ry​sta pięć​dzie​siąt mi​lio​nów ki​lo​me​trów od Zie​mi. Za da​le​ko, by mo​gło wpły​wać na nasz kli​mat. – No. – Przy​naj​mniej na ra​zie. – Wzdy​cha i wol​no prze​no​si pu​ste spoj​rze​nie na mnie, zu​peł​nie jak kro​wa. – Lu​dzie tego nie ro​‐ zu​mie​ją. – Je​stem pe​wien, że ma pan ra​cję – od​po​wia​dam, cze​ka​jąc cierp​li​wie z błę​kit​nym bru​lio​nem i dłu​go​pi​sem w rę​kach. – Pro​szę mi opo​wie​dzieć o Pe​te​rze Zel​lu. Gom​pers upi​ja łyk dżi​nu. – Nie mam wie​le do po​wie​dze​nia, po​waż​nie. Fa​cet był uro​‐ dzo​nym ak​tu​ariu​szem, tyle wiem. – Ak​tu​ariu​szem? – Tak. Ja też za​czy​na​łem od ra​chun​ko​wo​ści, stu​dio​wa​łem sta​‐ ty​sty​kę i coś tam jesz​cze, bar​dzo szyb​ko jed​nak za​ją​łem się sprze​da​żą. Ja​koś tak wy​szło, że zdry​fo​wa​łem w oko​li​ce ka​dry

kie​row​ni​czej, i tak się tu zna​la​złem. – Roz​kła​da sze​ro​ko ręce, po​ka​zu​jąc ga​bi​net, i uśmie​cha się bla​do. – Pe​ter nie miał naj​‐ mniej​szych szans na wy​rwa​nie się gdzie​kol​wiek. Nie mó​wię, że to źle, stwier​dzam tyl​ko fakt. Przy​ta​ku​ję, za​pi​su​jąc wszyst​ko w bru​lio​nie, pod​czas gdy Gom​pers kon​ty​nu​uje tym sa​mym chłod​nym to​nem. Zell, jak się oka​zu​je, był kimś w ro​dza​ju cza​ro​dzie​ja ra​chun​ko​wo​ści, miał nie​mal nad​na​tu​ral​ną zdol​ność ana​li​zo​wa​nia dłu​gich ze​sta​wień da​nych de​mo​gra​ficz​nych i wy​cią​ga​nia na ich pod​sta​wie bar​dzo pre​cy​zyj​nych wnio​sków do​ty​czą​cych stop​nia zy​skow​no​ści i ry​‐ zy​ka. Był przy tym po​noć pa​to​lo​gicz​nie nie​śmia​ły. Cho​dził ze wzro​kiem wbi​tym w pod​ło​gę, przy​par​ty do muru od​po​wia​dał zdaw​ko​wo na po​wi​ta​nia, a na każ​dej na​sia​dów​ce zaj​mo​wał miej​sce w ostat​nim rzę​dzie i za​zwy​czaj ni​g​dy nie pod​no​sił gło​‐ wy. – Czło​wie​ku, po​wia​dam ci, le​d​wie koń​czy​li​śmy, był pierw​szy przy drzwiach – mówi Gom​pers. – Moż​na by są​dzić, że le​piej czuł się za swo​im biur​kiem, ro​biąc to, co za​zwy​czaj robi się z kal​ku​la​to​rem w ręku i sto​sa​mi sta​ty​styk, niż ży​jąc po ludz​ku jak resz​ta z nas. No​tu​ję, ki​wa​jąc gło​wą za​chę​ca​ją​co, by nie za​mknął przy​pad​‐ kiem ust. My​ślę so​bie jed​no​cze​śnie, że za​czy​nam lu​bić Pe​te​ra An​tho​ny’ego Zel​la. Po​do​ba mi się fa​cet, któ​ry robi, co do nie​go na​le​ży, bez wzglę​du na oko​licz​no​ści. – Co cie​ka​we, nie za​uwa​ży​łem, by to całe sza​leń​stwo mia​ło na nie​go, mó​wię o Zel​lu, ja​kiś więk​szy wpływ. Na​wet na po​‐ cząt​ku, gdy wszyst​ko wy​szło na jaw. Gom​pers wska​zu​je gło​wą okno i wi​docz​ne za nim nie​bo, do​‐ my​ślam się więc, że cho​dzi mu o po​czą​tek lata mi​nio​ne​go roku. To wła​śnie wte​dy ujaw​nio​no opi​nii pu​blicz​nej ist​nie​nie aste​ro​idy. Na​ukow​cy do​strze​gli ją już w kwiet​niu, ale przez pierw​sze kil​ka mie​się​cy do​nie​sie​nia na jej te​mat były trak​to​‐ wa​ne z przy​mru​że​niem oka, co naj​wy​żej tra​fia​jąc – głów​nie

dzię​ki za​baw​nym na​głów​kom – na głów​ną stro​nę Yahoo!. Mó​‐ wię o ta​kich kwiat​kach, jak: „Śmierć z ko​smo​su?!” albo: „Nie​‐ bo wali nam się na gło​wy!”. Dla zde​cy​do​wa​nej więk​szo​ści lu​‐ dzi kosz​mar za​czął się do​pie​ro w pierw​szych dniach czerw​ca, gdy za​gro​że​nie sta​ło się fak​tem. Znie​nac​ka ogło​szo​no, że szan​se na zde​rze​nie wzro​sły do pię​ciu pro​cent, a śred​ni​cę Mai osza​co​wa​no na czte​ry i pół do na​wet sied​miu ki​lo​me​trów. – Pa​mię​ta pan na pew​no. Jed​ni do​sta​li kota, dru​dzy po pro​stu sie​dzie​li i wy​pła​ki​wa​li się przy biur​kach, tyl​ko Zell, jak już wspo​mnia​łem, cho​dził wciąż ze zwie​szo​ną gło​wą i ro​bił, co do nie​go na​le​ży. Jak​by uwa​żał, że aste​ro​ida spad​nie na wszyst​‐ kich, tyl​ko nie na nie​go. – A jak za​cho​wy​wał się ostat​ni​mi cza​sy? Nic się nie zmie​ni​ło? Nie po​padł w de​pre​sję? – Hm… – wzdy​cha Gom​pers. – Wie pan… – Prze​ry​wa na​gle, za​sła​nia usta dło​nią i mru​ży oczy, jak​by chciał do​strzec coś ma​ja​czą​ce​go w od​da​li. – Pro​szę pana? – Tak, ja tyl​ko… Prze​pra​szam, ale pró​bu​ję coś so​bie przy​po​‐ mnieć. – Za​my​ka po​wie​ki na se​kun​dę, po​tem roz​wie​ra je rap​‐ tow​nie, a ja za​czy​nam się za​sta​na​wiać nad jego po​czy​tal​no​ścią jako świad​ka i nad tym, ile szkla​ne​czek dżi​nu zdą​żył wy​żło​pać tego ran​ka. – Rzecz w tym, że zda​rzył się pe​wien in​cy​dent. – In​cy​dent? – Tak. W księ​go​wo​ści pra​co​wa​ła nie​ja​ka Te​re​sa. Pro​szę so​‐ bie wy​obra​zić, że przy​szła na im​pre​zę hal​lo​we​eno​wą prze​bra​‐ na za aste​ro​idę. – Co ta​kie​go? – Po​waż​nie. Cho​ry po​mysł, nie uwa​ża pan? – mówi, ale uśmie​‐ cha się do tego wspo​mnie​nia. – Mia​ła na so​bie ko​stium z wiel​‐ kie​go, wy​pcha​ne​go ga​ze​ta​mi wor​ka na śmie​ci, do któ​re​go przy​kle​iła pla​kiet​kę z na​pi​sem dwa zero je​den je​den G V je​‐ den. Więk​szość pra​cow​ni​ków skwi​to​wa​ła to śmie​chem, ale

Zel​lo​wi od​wa​li​ło. Za​czął wrzesz​czeć na tę dziew​czy​nę, tak się na nią darł, że aż się cały trząsł. Wy​glą​da​ło to na​praw​dę strasz​nie, tym bar​dziej że jak już wspo​mnia​łem, za​zwy​czaj był bar​dzo ci​chym fa​ce​tem. Tak czy ina​czej prze​pro​sił Te​re​sę na​‐ tych​miast, lecz na​stęp​ne​go dnia nie po​ja​wił się w pra​cy. – Jak dłu​go był nie​obec​ny? – Ty​dzień? Może dwa? My​śla​łem już, że zre​zy​gno​wał na do​‐ bre, ale on nie​ocze​ki​wa​nie wró​cił. Po​ja​wił się bez sło​wa wy​ja​‐ śnie​nia i znów był taki jak przed​tem. – Taki jak przed​tem? – Tak. Ci​chy, ma​ło​mów​ny, sku​pio​ny. Pra​co​wał cięż​ko, ro​bił, co mu ka​za​no. Na​wet gdy źró​deł​ka nam powy​sy​cha​ły. – Co?… – rzu​cam za​sko​czo​ny. – Prze​pra​szam, co wam po​wy​‐ sy​cha​ło? – Skoń​czy​ło się ob​li​cza​nie ry​zy​ka. Póź​ną je​sie​nią albo wczes​‐ ną zimą, za​le​ży jak pa​trzeć, prze​sta​li​śmy sprze​da​wać po​li​sy. – Do​strze​ga moje py​ta​ją​ce spoj​rze​nie i uśmie​cha się po​nu​ro. – Ku​pił​by pan ubez​pie​cze​nie na ży​cie w obec​nej sy​tu​acji? – Chy​ba nie. – Ano wła​śnie – rzu​ca, po​cią​ga no​sem i opróż​nia do koń​ca szklan​kę. – Chy​ba nie. – Świa​tła przy​ga​sa​ją, Gom​pers mam​ro​‐ cze pod no​sem: „Co jest?!”, ale mo​ment póź​niej znów robi się ja​sno. – Skie​ro​wa​łem Pe​te​ra do tej sa​mej ro​bo​ty co resz​tę lu​‐ dzi, czy​li do spraw​dza​nia rosz​czeń. Miał szu​kać fał​szy​wych ze​znań i wąt​pli​wych przy​pad​ków. Może się to wy​da​wać śmiesz​ne, ale na​sza fir​ma mat​ka, czy​li Va​rie​ga​ted, ma ostat​nio ob​se​sję na tym jed​nym punk​cie: mó​wię o pró​bach wy​łu​dze​nia od​szko​do​wań. Cho​dzi wy​łącz​nie o za​bez​pie​cze​nie zy​sków. Więk​szość na​szych sze​fów spie​nię​ży​ła wszyst​ko, co się dało, i albo sie​dzi już na Ber​mu​dach czy in​nej An​ti​gui, albo bu​du​je so​bie bun​kry. Ale nie nasz przy​ja​ciel. Mię​dzy nami mó​wiąc, Pe​ter uwa​żał chy​ba, że tyl​ko cięż​ką pra​cą wy​ku​pi so​bie bi​let

do nie​ba, gdy to wszyst​ko się już skoń​czy. Ta​kie przy​naj​mniej od​no​si​łem wra​że​nie. Za​cho​wu​ję ka​mien​ną twarz. Stu​ka​jąc koń​ców​ką dłu​go​pi​su w bru​lion, pró​bu​ję do​pa​trzyć się ja​kie​goś sen​su w za​sły​sza​‐ nych in​for​ma​cjach, po​ukła​dać so​bie w my​ślach wy​da​rze​nia. – Czy mógł​bym z nią po​roz​ma​wiać? – Z kim? – Z ko​bie​tą, o któ​rej pan wspo​mniał – zer​kam w no​tat​ki. – Z Te​re​są. – Już daw​no od nas ode​szła, pa​nie wła​dzo. Chy​ba miesz​ka te​‐ raz w No​wym Or​le​anie. – Gom​pers po​chy​la gło​wę, zni​ża​jąc głos pra​wie do szep​tu. – Tak jak moja cór​ka. Więk​szość dzie​‐ cia​ków się tam prze​pro​wa​dza. – Znów spo​glą​da w okno. – Mogę panu po​móc w czymś jesz​cze? Ga​pię się na bru​lion w błę​kit​nej opra​wie, na pa​ję​czy​ny ko​śla​‐ wych li​ter, któ​ry​mi go za​pi​sa​łem. Co jesz​cze mógł​by mi po​wie​‐ dzieć Gom​pers? – Tak. Co z przy​ja​ciół​mi Pe​te​ra Zel​la? Czy miał w ogó​le ja​‐ kichś przy​ja​ciół? – Hmm… – Gom​pers prze​krzy​wia gło​wę, wy​su​wa dol​ną war​‐ gę. – Miał ko​goś ta​kie​go. Nie wiem, kim tam​ten czło​wiek był dla nie​go, za​kła​dam, że przy​ja​cie​lem. To taki gru​bas z wiel​ki​‐ mi łap​ska​mi. Ze​szłe​go lata wi​dzia​łem kil​ka razy, jak je​dli ra​‐ zem lunch tu​taj nie​da​le​ko, do​słow​nie za ro​giem. – Wiel​ki fa​cet, po​wia​da pan? – Po​wie​dzia​łem gru​bas, ale tak, niech bę​dzie, że wiel​ki. Za​‐ pa​mię​ta​łem to, bo – po pierw​sze – ni​g​dy wcze​śniej ani póź​niej nie wi​dzia​łem Pe​te​ra na lun​chu, więc już sam ten fakt zwró​cił moją uwa​gę. Po dru​gie, Pe​ter był ra​czej mi​kry, przez co ra​zem wy​glą​da​li dość za​baw​nie. – Wie pan, jak się tam​ten czło​wiek na​zy​wa? – Ten gru​bas? Nie. Ni​g​dy nie za​mie​ni​łem z nim na​wet sło​wa.

Wy​pro​sto​wa​łem nogi, a po​tem znów je skrzy​żo​wa​łem, pró​bu​‐ jąc wy​my​ślić wła​ści​we py​ta​nie, przy​po​mnieć so​bie, jaki jesz​‐ cze te​mat war​to po​ru​szyć, co jesz​cze po​wi​nie​nem wie​dzieć. – Może wie pan, skąd wzię​ły się siń​ce na twa​rzy Pe​te​ra? – Co? – Miał pod​bi​te oko. – A, tak. Po​wie​dział, że spadł ze scho​dów. To było chy​ba ze dwa ty​go​dnie temu. – Spadł ze scho​dów? – Tak twier​dził. – Okay. Za​pi​su​jąc tę in​for​ma​cję, do​strze​gam za​ry​sy kie​run​ku, w któ​‐ rym po​to​czy się to śledz​two, i czu​ję przy​pływ ad​re​na​li​ny, przez któ​rą moja pra​wa noga, za​ło​żo​na na lewą, za​czy​na po​dry​gi​‐ wać. – Ostat​nie py​ta​nie. Czy wie pan coś o ewen​tu​al​nych wro​gach Pe​te​ra Zel​la? Gom​pers prze​cie​ra twarz dło​nią, po czym jego spoj​rze​nie znów ogni​sku​je się na mnie. – O wro​gach, po​wia​da pan? Nie my​śli pan chy​ba, że ktoś go za​bił? – Cóż… To moż​li​we. Choć mało praw​do​po​dob​ne. – Za​my​kam bru​lion i wsta​ję. – Mogę zo​ba​czyć jego sta​no​wi​sko pra​cy?

*** Za​strzyk ad​re​na​li​ny, któ​ry tak po​bu​dził moją pra​wą nogę pod​czas prze​słu​cha​nia Gom​per​sa, roz​cho​dzi mi się wła​śnie po ca​łym cie​le, prze​peł​nia​jąc je swo​istym elek​try​zu​ją​cym gło​dem. Je​stem po​li​cjan​tem, pra​cu​ję w wy​ma​rzo​nym za​wo​dzie. Przez szes​na​ście mie​się​cy by​łem zwy​kłym kra​węż​ni​kiem, ha​ro​wa​‐ łem nie​mal wy​łącz​nie nocą, i to tyl​ko w re​wi​rze pierw​szym, krą​żąc po Lo​udon Road od Wal​mar​tu aż do gra​ni​cy z dwój​ką. Przez szes​na​ście mie​się​cy pa​tro​lo​wa​łem swój sied​mio​ki​lo​me​‐

tro​wy od​ci​nek uli​cy, jeż​dżąc tam i z po​wro​tem od dwu​dzie​stej do czwar​tej nad ra​nem, in​ter​we​niu​jąc w przy​pad​ku bó​jek, roz​‐ ga​nia​jąc pi​ja​ków, prze​pła​sza​jąc di​le​rów i schi​zo​fre​ni​ków oku​‐ pu​ją​cych par​king przy su​per​mar​ke​cie. Uwiel​bia​łem tę ro​bo​tę. Nie prze​sta​łem jej ko​chać na​wet ostat​nie​go lata, kie​dy to spra​wy przy​bra​ły nie​spo​dzie​wa​ny ob​‐ rót, kie​dy na​de​szły nowe cza​sy po​prze​dza​ją​ce upa​dek. Pra​co​‐ wa​li​śmy co​raz cię​żej, re​ago​wa​li​śmy na co​raz dziw​niej​sze we​‐ zwa​nia, ale to na​dal była moja wy​ma​rzo​na ro​bo​ta. Nie​mniej od cza​su gdy awan​so​wa​no mnie na de​tek​ty​wa, nie mogę się uwol​nić od fru​stru​ją​ce​go prze​świad​cze​nia, swo​iste​go ro​dza​ju po​czu​cia pe​cha, wra​że​nia, że to nie ten czas, że pra​‐ ca, o któ​rej ma​rzy​łem od dziec​ka, nie jest tym, czym być po​‐ win​na, albo że ja nie​spe​cjal​nie się do niej na​da​ję. Do​pie​ro te​raz, dzi​siaj, po​czu​łem w koń​cu ten elek​try​zu​ją​cy głód, to przy​śpie​sze​nie tęt​na, i po​my​śla​łem, cho​le​ra, to może być to. To na​praw​dę może być to.

*** – Cze​go pan tam szu​ka? W to​nie wy​po​wie​dzi wy​czu​wam ra​czej oskar​że​nie niż py​ta​‐ nie. Prze​ry​wam to, co ro​bię – a prze​ko​pu​ję me​to​dycz​nie szu​fla​dy Zel​la – i wi​dzę przed sobą kom​plet​nie łysą ko​bie​tę w wą​skiej czar​nej spód​ni​cy i bia​łej bluz​ce. To ją wi​dzia​łem wcze​śniej na par​kin​gu przed McDo​nal​dem, to ona szła do drzwi i na​gle za​‐ wró​ci​ła i znik​nę​ła mi z oczu. Roz​po​zna​ję jej bla​dą cerę i głę​bo​‐ ko osa​dzo​ne ciem​ne oczy, mimo że po​przed​nio no​si​ła czer​wo​‐ ną czap​kę, a te​raz, gdy od​sło​ni​ła gło​wę, pa​trzę na gład​ką bia​łą skó​rę na czasz​ce, w któ​rej od​bi​ja​ją się świa​tła ja​rze​nio​we wi​‐ szą​ce pod su​fi​tem biu​ra Mer​ri​mack Life and Fire. – Szu​kam do​wo​dów, pro​szę pani. To ru​ty​no​we czyn​no​ści śled​‐ cze. Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce, pra​cu​ję w tu​tej​szej ko​‐

men​dzie po​li​cji. – Do​wo​dów na co do​kład​nie? – pyta. Nos ma prze​kłu​ty, z jed​‐ ne​go skrzy​deł​ka noz​drzy ster​czy nie​du​ży zło​ty ćwiek. – Gom​‐ pers twier​dzi, że Pe​ter po​peł​nił sa​mo​bój​stwo. Nie od​po​wia​dam, ale ona i tak robi krok do przo​du i wcho​dzi do klau​stro​fo​bicz​nie cia​sne​go po​miesz​cze​nia, by ob​ser​wo​wać moje po​czy​na​nia. Cał​kiem atrak​cyj​nie wy​glą​da, ma bar​dzo re​‐ gu​lar​ne, moż​na po​wie​dzieć do​stoj​ne rysy i ja​kieś dwa​dzie​ścia pięć lat. Cie​kaw je​stem, jak po​strze​gał ją Pe​ter Zell. – Cóż – od​zy​wa się po​now​nie ja​kieś pół mi​nu​ty póź​niej. – Gom​pers pro​sił, że​bym spraw​dzi​ła, czy nie po​trze​bu​je pan cze​goś. Po​trze​bu​je pan cze​goś? – Nie, dzię​ku​ję. Roz​glą​da się, po​tem sku​pia wzrok na mnie, na mo​ich pal​cach, któ​re prze​trzą​sa​ją za​war​tość szu​flad ofia​ry. – Prze​pra​szam, nie do​sły​sza​łam. Cze​go pan szu​ka? – Tego jesz​cze nie wiem. Nie spo​sób prze​wi​dzieć, ja​kim to​‐ rem po​to​czy się śledz​two. Każ​dy od​kry​ty szcze​gół pro​wa​dzi do na​stęp​ne​go. – Na​praw​dę? – Gdy mło​da ko​bie​ta uno​si brwi, na jej czo​le two​rzą się płyt​kie zmarszcz​ki. – To za​brzmia​ło jak cy​tat z pod​‐ ręcz​ni​ka dla de​tek​ty​wów. – Hmm… – Za​cho​wu​ję neu​tral​ny wy​raz twa​rzy, choć fak​tycz​‐ nie za​cy​to​wa​łem jej ury​wek Do​cho​dze​nia kry​mi​nal​ne​go Far​‐ leya i Le​onar​da, a kon​kret​nie mó​wiąc, pod​ty​tuł roz​dzia​łu szó​‐ ste​go. – W su​mie to po​trze​bo​wał​bym pew​ne​go wy​ja​śnie​nia – rzu​‐ cam, wska​zu​jąc na mo​ni​tor Zel​la, któ​ry po​sta​wio​no ekra​nem do ścia​ny. – O co cho​dzi z wa​szy​mi kom​pu​te​ra​mi? – W li​sto​pa​dzie prze​szli​śmy cał​ko​wi​cie na pa​pier – od​po​wia​da ko​bie​ta, wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi. – Wcze​śniej prze​sy​ła​li​śmy dane do in​nych od​dzia​łów re​gio​nal​nych i cen​tra​li za po​mo​cą

sie​ci, ale od​kąd trans​fer zma​lał tak tra​gicz​nie, fir​ma zre​zy​gno​‐ wa​ła z In​ter​ne​tu i wró​ci​ła do daw​nych, ręcz​nych me​tod pra​cy. – Aha – kwi​tu​ję. – Ro​zu​miem. Do​li​na Mer​ri​mack bo​ry​ka się z co​raz gor​szym do​stę​pem do sie​ci już od stycz​nia, kie​dy to z nie​wia​do​mych po​wo​dów anar​‐ chi​ści za​ata​ko​wa​li w po​łu​dnio​wym Ver​mon​cie głów​ne na​daj​ni​‐ ki, na któ​rych na​pra​wę rząd, nie​ste​ty, nie zna​lazł fun​du​szy. Ko​bie​ta wciąż stoi nade mną, ga​piąc mi się na ręce. – Prze​pra​szam… jest pani asy​stent​ką pana Gom​per​sa? – Niech pan da spo​kój – od​po​wia​da, prze​wra​ca​jąc ocza​mi. – Je​stem se​kre​tar​ką. – Jak się pani na​zy​wa? Zwle​ka z od​po​wie​dzią na tyle dłu​go, bym zro​zu​miał, że wie, iż mo​gła​by za​trzy​mać tę in​for​ma​cję dla sie​bie, gdy​by mia​ła na to ocho​tę, a po​tem rzu​ca: – Ed​des. Na​omi Ed​des. Do​pie​ro te​raz za​uwa​żam, że Na​omi Ed​des nie jest jed​nak kom​plet​nie łysa. Jej gło​wę po​kry​wa kró​ciu​teń​ki blond me​szek, któ​ry z bli​ska wy​glą​da cał​kiem ład​nie i miło, zu​peł​nie jak te wy​kła​dzi​ny do dom​ków dla la​lek. – Mogę pani za​dać jesz​cze kil​ka py​tań? Nie od​po​wia​da, ale nie opusz​cza też po​ko​ju, po pro​stu stoi spo​koj​nie i gapi się na​dal, gdy za​czy​nam prze​słu​cha​nie. Pra​cu​‐ je tu​taj od czte​rech lat. Tak, pan Zell był już za​trud​nio​ny, gdy ją przyj​mo​wa​no. Nie, nie zna​ła go zbyt do​brze. Po​twier​dza z grub​sza por​tret na​kre​ślo​ny przez Gom​per​sa: Pe​ter był ci​chy, pra​co​wi​ty, nie​przy​sto​so​wa​ny spo​łecz​nie, choć ona uj​mu​je to ina​czej, uży​wa​jąc sło​wa „nie​po​rad​ny”, co bar​dziej mi się po​do​‐ ba. Pa​mię​ta hal​lo​we​eno​wy in​cy​dent, to, jak Pe​ter Zell wy​darł się na Te​re​sę z księ​go​wo​ści, acz​kol​wiek nie przy​po​mi​na so​bie jego póź​niej​szej ty​go​dnio​wej ab​sen​cji. – Szcze​rze po​wie​dziaw​szy – do​da​je – wąt​pię, abym za​uwa​ży​‐ ła jego nie​obec​ność. Jak już wspo​mnia​łam, nie by​li​śmy ze sobą

zży​ci. – Mina jej jed​nak ła​god​nie​je, mógł​bym na​wet przy​siąc, że zmru​ży​ła po​wie​ki, by po​wstrzy​mać na​pły​wa​ją​ce łzy, ale to trwa tyl​ko uła​mek se​kun​dy, a po​tem znów mam przed sobą oso​bę o ka​mien​nej ma​sce za​miast twa​rzy. – By​wał jed​nak bar​‐ dzo uprzej​my. Na​praw​dę miły. – Czy pani zda​niem był przy​gnę​bio​ny? – Przy​gnę​bio​ny? – po​wta​rza Na​omi, uśmie​cha​jąc się bla​do, iro​nicz​nie. – Czyż wszy​scy nie je​ste​śmy ostat​nio przy​gnę​bie​ni? Czyż nie ugi​na​my się pod brze​mie​niem tej po​twor​nej im​ma​‐ nen​cji? Pan nie ma de​pre​sji? Nie od​po​wia​dam, ale przy​pa​da mi do gu​stu „ta po​twor​na im​‐ ma​nen​cja”. To o wie​le głęb​sze niż „to całe sza​leń​stwo” Gom​‐ per​sa, lep​sze na​wet niż „ten gi​gan​tycz​ny klops” McGul​ly’ego. – Nie za​uwa​ży​ła pani przy​pad​kiem, o któ​rej Pe​ter Zell opu​ścił wczo​raj biu​ro lub czy ktoś mu to​wa​rzy​szył? – Nie – rzu​ca krót​ko Na​omi, głos jej przy tym opa​da o pół tonu, a ona sama wtu​la gło​wę w ra​mio​na. – Nie za​uwa​ży​łam, o któ​rej opu​ścił wczo​raj biu​ro ani czy ktoś mu to​wa​rzy​szył. Wy​trą​ca mnie tym na mo​ment z rów​no​wa​gi, ale nie​mal na​‐ tych​miast poj​mu​ję, że ta dziw​na in​to​na​cja była naj​nor​mal​niej​‐ szą w świe​cie kpi​ną. – Praw​dę mó​wiąc, wy​szłam wczo​raj wcze​śniej, koło trze​ciej – do​da​je już nor​mal​nym gło​sem. – Ostat​ni​mi cza​sy nie trzy​ma​my się ści​śle har​mo​no​gra​mów. Je​stem jed​nak pew​na, że Pe​ter był w biu​rze, gdy wy​cho​dzi​łam. Pa​mię​tam, że po​ma​cha​łam mu ręką na po​że​gna​nie. Przed ocza​mi wy​ra​sta mi na​gle Pe​ter Zell, któ​ry sie​dząc za tym biur​kiem wczo​raj oko​ło trze​ciej, pa​trzy, jak atrak​cyj​na i opa​no​wa​na se​kre​tar​ka sze​fa koń​czy pra​cę. Ona ma​cha mu przy​jaź​nie, choć od nie​chce​nia ręką, a on w od​po​wie​dzi kiwa ner​wo​wo gło​wą, po​chy​la​jąc się jesz​cze bar​dziej nad bla​tem i po​pra​wia​jąc pal​cem zjeż​dża​ją​ce oku​la​ry.

– A te​raz, je​śli pan po​zwo​li, mu​szę wra​cać do pra​cy – rzu​ca nie​spo​dzie​wa​nie Na​omi Ed​des. – Oczy​wi​ście – od​po​wia​dam, kła​nia​jąc się jej grzecz​nie i my​‐ śląc: nie pro​si​łem, że​byś tu przy​cho​dzi​ła, więc nie po​pro​szę, że​byś zo​sta​ła. – Aha, jesz​cze jed​na spra​wa! – wo​łam za nią, gdy za​czy​na się od​da​lać. – Co pani ro​bi​ła dzi​siaj rano w po​bli​‐ żu McDo​nal​da, w któ​rym zna​leź​li​śmy cia​ło Pe​te​ra? W mo​jej mało za​wo​do​wej oce​nie to py​ta​nie wy​trą​ca ją z rów​‐ no​wa​gi. Na​omi od​wra​ca wzrok, po​licz​ki jej lek​ko ró​żo​wie​ją, za​raz jed​nak bie​rze się w garść, uśmie​cha się i mówi: – Co tam ro​bi​łam? Za​wsze tam cho​dzę. – Do McDo​nal​da na Main Stre​et? – Ja​sne. By​wam tam nie​mal każ​de​go ran​ka. Wpa​dam na kawę. – Ma pani kil​ka bliż​szych miejsc, w któ​rych moż​na się na​pić kawy. – Tam ro​bią naj​lep​szą. – Dla​cze​go więc nie we​szła pani tym ra​zem? – Bo… Bo w ostat​niej chwi​li za​uwa​ży​łam, że za​po​mnia​łam port​fe​la. Pro​stu​ję ple​cy i skła​dam ręce na pier​si. – Na​praw​dę tak wła​śnie było? Ona tak​że skła​da ręce na pier​si, mał​pu​jąc moje za​cho​wa​nie, i śmia​ło spo​glą​da mi w oczy. – A pan na​praw​dę pro​wa​dzi ja​kieś do​cho​dze​nie? Po​tem wi​dzę już tyl​ko jej ple​cy.

*** – Py​tasz pan o tego kur​du​pla, do​brze mó​wię? – Słu​cham? Sta​ry straż​nik sie​dzi tam, gdzie go zo​sta​wi​łem. Jego krze​sło na​dal stoi od​wró​co​ne tak, by wi​dział wej​ścia do wind, zu​peł​nie

jak​by sta​ru​szek za​marł w tej po​zy​cji i ani drgnął przez cały czas mo​je​go po​by​tu na gó​rze. – O tego go​ścia, co nie żyje. Sam pan mó​wi​łeś, że idziesz pan do Mer​ri​mac​ka w spra​wie mor​der​stwa. – Mó​wi​łem, że ba​da​my przy​pa​dek zgo​nu w nie​wy​ja​śnio​nych oko​licz​no​ściach. – Na jed​no wy​cho​dzi. Ale to był ten kur​du​pel, nie? Taki my​‐ szo​wa​ty? W oku​la​rach? – Tak. Na​zy​wał się Pe​ter Zell. Znał go pan? – Nie. To zna​czy znam wszyst​kich, co tu​taj pra​cu​ją, bo mu​szę im mó​wić dzień do​bry i do wi​dze​nia. A pan to je​steś gli​niarz, nie? – De​tek​tyw. Per​ga​mi​no​wa skó​ra na twa​rzy sta​rusz​ka marsz​czy się na mo​‐ ment, imi​tu​jąc nie​udat​nie uśmiech. – Słu​ży​łem w lot​nic​twie. W Wiet​na​mie. A po po​wro​cie do domu chcia​łem zo​stać gli​nia​rzem. – Ej – rzu​cam nic nie zna​czą​cy fra​zes, któ​rym mój oj​ciec zwykł od​po​wia​dać, gdy mu​siał się zmie​rzyć z prze​ja​wem pe​sy​‐ mi​zmu bądź re​zy​gna​cji – ni​g​dy nie jest za póź​no, by spró​bo​‐ wać. – Taaa… – Straż​nik kasz​le chry​pli​wie, po​tem po​pra​wia czap​‐ kę. – Rzecz w tym, że dla mnie jest. Ster​czę jesz​cze chwi​lę, cze​ka​jąc, aż znów się ode​zwie. – Mi​nio​ne​go wie​czo​ra ten my​szo​wa​ty wsiadł do ta​kie​go wiel​‐ kie​go czer​wo​ne​go pi​ka​pa. – Do pi​ka​pa? Ktoś ma jesz​cze pa​li​wo? Nikt nie może mieć ben​zy​ny, nikt prócz po​li​cji i woj​ska. Pań​‐ stwa OPEC wstrzy​ma​ły eks​port ropy jesz​cze w li​sto​pa​dzie, a Ka​na​dyj​czy​cy do​łą​czy​li do nich kil​ka ty​go​dni póź​niej. To był ko​niec. Pięt​na​ste​go stycz​nia De​par​ta​ment Ener​gii na​ka​zał na​‐ ru​sze​nie Stra​te​gicz​nych Re​zerw Ropy Naf​to​wej, wy​mu​sza​jąc jed​no​cze​śnie bar​dzo ści​słą kon​tro​lę cen, dzię​ki cze​mu każ​dy

oby​wa​tel zy​skał do​stęp do pa​li​wa przez dzie​więć ko​lej​nych dni, a po​tem nie zo​sta​ła już ani kro​pel​ka. – Gdzie tam – mam​ro​cze straż​nik – są​dząc po smro​dzie, jeź​‐ dził na ole​ju rze​pa​ko​wym. Ki​wam gło​wą pod​eks​cy​to​wa​ny, ro​bię krok w stro​nę lady, przy​gła​dza​jąc wąsa dło​nią. – Czy pan Zell wsiadł do tego sa​mo​cho​du po do​bro​ci czy zo​‐ stał zmu​szo​ny? – Nikt go tam za łeb nie wcią​gał, je​śli o to pan py​tasz. Nie wi​‐ dzia​łem też żad​nej bro​ni. Wy​cią​gam bru​lion i dłu​go​pis. – Co to był za sa​mo​chód? – Prze​ro​bio​ny ford, ja​kiś sta​ry mo​del. Osiem​na​sto​ca​lo​we fel​‐ gi, zero łań​cu​chów. Kop​cił jak z ko​mi​na, wiesz pan, ta​kim gę​‐ stym czar​nym dy​mem. – Ro​zu​miem. Za​pa​mię​tał pan nu​me​ry re​je​stra​cyj​ne? – Nie. – A przyj​rzał się pan kie​row​cy? – Nie. Nie mia​łem po​ję​cia, że trze​ba. – Sta​ru​szek mru​ży oczy, zbi​ty z tro​pu moim en​tu​zja​zmem. – Ale był po​tęż​ny. Tego je​stem pe​wien. Taki gru​bo​wa​ty. Przy​ta​ku​ję, za​pi​su​jąc wszyst​ko naj​szyb​ciej, jak umiem. – I jest pan cał​ko​wi​cie pe​wien, że to był czer​wo​ny pi​kap? – Tak. Czer​wo​ny, śred​niej wiel​ko​ści, na stan​dar​do​wej ra​mie. I jesz​cze, od stro​ny kie​row​cy wy​ma​lo​wa​no na nim wiel​ką fla​‐ gę. – Jaką fla​gę? – No jak to jaką? Sta​nów Zjed​no​czo​nych – od​po​wia​da buń​‐ czucz​nie, jak​by nie przyj​mo​wał do wia​do​mo​ści, że mogą ist​‐ nieć inne fla​gi. Pi​szę jesz​cze przez mi​nu​tę, co​raz szyb​ciej z każ​dym no​to​wa​‐ nym sło​wem, w pa​nu​ją​cej ci​szy sły​szę skrzy​pie​nie dłu​go​pi​su, a straż​nik pa​trzy na mnie za​mglo​nym wzro​kiem, w za​my​śle​niu

prze​chy​la​jąc lek​ko gło​wę, jak​bym był eks​po​na​tem w mu​ze​al​‐ nej ga​blo​cie. Po​tem dzię​ku​ję mu, cho​wam błę​kit​ny bru​lion i wy​cho​dzę na chod​nik. Śnieg pró​szy na czer​wo​ne ce​gły i pły​ty pia​skow​ca cen​trum mia​sta, a ja sto​ję przez dłuż​szą chwi​lę, oglą​da​jąc wszyst​ko w swo​jej gło​wie jak film zgra​ny bez​po​‐ śred​nio do mo​jej pa​mię​ci: ci​chy nie​zdar​ny męż​czy​zna w brą​zo​‐ wym gar​ni​tu​rze wspi​na się na fo​tel pa​sa​że​ra lśnią​ce​go czer​‐ wo​ne​go pi​ka​pa z prze​ro​bio​nym na olej ro​ślin​ny sil​ni​kiem i od​‐ jeż​dża nim ku koń​co​wi wła​sne​go ży​cia.

3. Jest taki sen, któ​ry mie​wa​łem dość czę​sto, raz albo dwa razy w ty​go​dniu, w cza​sach gdy mia​łem dwa​na​ście lat. W tym śnie za​wsze wi​dzę oka​za​łą syl​wet​kę Ry​ana J. Or​dle​ra, dłu​go​let​nie​go sze​fa con​cordz​kiej po​li​cji, któ​re​go fak​tycz​nie wi​‐ dy​wa​łem tam​ty​mi cza​sy, ile​kroć uda​wa​li​śmy się na do​rocz​ny let​ni pik​nik, gdzie ko​men​dant mierz​wił mi nie​zdar​nie wło​sy i rzu​cał pię​cio​cen​tów​kę z bi​zo​nem, po​dob​nie jak każ​de​mu in​‐ ne​mu obec​ne​mu tam dzie​cia​ko​wi. W moim śnie Or​dler prę​żył się na bacz​ność w ga​lo​wym mun​du​rze, trzy​ma​jąc Bi​blię, na któ​rej ja skła​da​łem pra​wą dłoń, po czym po​wta​rza​łem za nim sło​wa przy​się​gi o pil​no​wa​niu i prze​strze​ga​niu pra​wa, on zaś z nie​zwy​kle po​waż​ną miną po​da​wał mi pi​sto​let i od​zna​kę. Na​‐ stęp​nie sa​lu​to​wa​li​śmy so​bie wza​jem​nie i przy dźwię​kach mu​‐ zy​ki – we śnie za​wsze to​wa​rzy​szy​ła nam mu​zy​ka – zo​sta​wa​łem ofi​cjal​nie de​tek​ty​wem. W rze​czy​wi​sto​ści wy​glą​da​ło to zu​peł​nie ina​czej. Pod sam ko​‐ niec mi​nio​ne​go roku, po od​bęb​nie​niu służ​by pa​tro​lo​wej w re​‐ wi​rze pierw​szym i po​wro​cie na po​ste​ru​nek oko​ło dzie​wią​tej trzy​dzie​ści w zim​ny po​nu​ry po​ra​nek, zna​la​złem w mo​jej szaf​ce spi​sa​ną ręcz​nie wia​do​mość, mó​wią​cą, że mam się sta​wić w ga​‐ bi​ne​cie za​stęp​cy sze​fa dzia​łu ad​mi​ni​stra​cyj​ne​go, któ​rym pod​‐ ów​czas była po​rucz​nik Iri​na Paul – ob​ję​ła to sta​no​wi​sko nie​‐ speł​na sześć ty​go​dni wcze​śniej po dość nie​spo​dzie​wa​nej re​zy​‐ gna​cji po​rucz​ni​ka Irvi​na Mos​sa. Za​trzy​ma​łem się jesz​cze na mo​ment w po​miesz​cze​niu so​cjal​nym, ochla​pa​łem twarz wodą, a na​stęp​nie ru​szy​łem do jej ga​bi​ne​tu, po​ko​nu​jąc po dwa stop​‐ nie scho​dów na​raz.

– Dzień do​bry, pani po​rucz​nik – mó​wię, sta​jąc przed nią. – Po​‐ trze​bu​je pani cze​goś ode mnie? – Ow​szem – od​po​wia​da Iri​na, spo​glą​da​jąc naj​pierw na mnie, a po​tem na le​żą​cą przed nią czar​ną tecz​kę ozdo​bio​ną na​pi​sem „De​par​ta​ment Spra​wie​dli​wo​ści”. – Pro​szę mi dać se​kund​kę. – Nie ma spra​wy – od​po​wia​dam, roz​glą​da​jąc się wo​kół. Na​gle do​bie​ga mnie inny głos z głę​bi po​miesz​cze​nia: – Synu. To ko​men​dant Or​dler w mun​du​rze, ale nie pod kra​wa​tem, z roz​pię​tym koł​nie​rzy​kiem, spo​wi​ty pół​mro​kiem pa​nu​ją​cym w ga​bi​ne​cie o tyl​ko jed​nym oknie. Ręce ma zło​żo​ne na pier​si, przy​po​mi​na w tej po​zie dąb w ludz​kiej po​sta​ci. Na jego wi​dok ogar​nia mnie oba​wa, pro​stu​ję się więc jak stru​na i rzu​cam: – Dzień do​bry, ko​men​dan​cie. – Już, mło​dzień​cze – od​zy​wa się rów​no​cze​śnie Iri​na, na co Or​dler po​ta​ku​je ła​god​nie ski​nie​niem, wska​zu​jąc pa​nią po​rucz​‐ nik, jak​by po​le​cał mi zwró​cić na nią bacz​niej​szą uwa​gę. – Dwie noce temu brał pan udział w pew​nym in​cy​den​cie tu​taj, u nas w piw​ni​cy. – Ja… no… – Czu​ję, że się czer​wie​nię, i na​tych​miast za​czy​‐ nam się tłu​ma​czyć: – Je​den z no​wych, to zna​czy ostat​nio przy​‐ ję​tych, po​wi​nie​nem po​wie​dzieć… – Sam słu​żę w po​li​cji od nie​‐ speł​na szes​na​stu mie​się​cy. – No więc je​den z ostat​nio przy​ję​‐ tych spro​wa​dził po​dej​rza​ne​go ce​lem za​sto​so​wa​nia aresz​tu pre​wen​cyj​ne​go. Cho​dzi​ło o włó​czę​gę, to zna​czy oso​bę bez​‐ dom​ną. – Zga​dza się – po​twier​dza Iri​na, a ja wi​dzę, że ma przed sobą ra​port do​ty​czą​cy wspo​mnia​ne​go in​cy​den​tu, co bar​dzo mi się nie po​do​ba. Za​czy​nam się po​cić. Na​praw​dę pocę się w zim​‐ nym ga​bi​ne​cie. – On był, to zna​czy ten funk​cjo​na​riusz, bar​dzo na​pa​stli​wy wer​bal​nie wo​bec po​dej​rza​ne​go, co moim zda​niem było nie​wła​‐ ści​we i na​ru​sza​ło wy​tycz​ne.

– I dla​te​go zde​cy​do​wa​łeś się na in​ter​wen​cję. Niech spraw​‐ dzę… – Iri​na zer​ka raz jesz​cze na biur​ko, prze​wra​ca ko​lej​ne stro​ny ra​por​tu. – Za​cy​to​wa​łeś od​po​wied​nie prze​pi​sy re​gu​la​mi​‐ nu w bar​dzo agre​syw​ny spo​sób. – Ja bym ujął to ina​czej. – Zer​kam na ko​men​dan​ta, ale on sku​‐ pia całą uwa​gę na po​rucz​nik Paul. To jest jej przed​sta​wie​nie. – Tak się zło​ży​ło, że zna​łem tego czło​wie​ka, prze​pra​szam, po​‐ dej​rza​ne​go. Du​ane She​pherd, bia​ły męż​czy​zna, wiek pięć​dzie​‐ siąt pięć lat. – Spoj​rze​nie Iri​ny, ostre, ale jak​by nie​obec​ne, pe​‐ szy mnie co​raz bar​dziej, po​dob​nie jak obec​ność mil​czą​ce​go ko​men​dan​ta. – Pan She​pherd był za​stę​po​wym, kie​dy jako dzie​‐ ciak uczęsz​cza​łem do skau​tów. Pra​co​wał wte​dy w Pe​na​co​ok jako bry​ga​dzi​sta nad​zo​ru​ją​cy elek​try​ków, lecz po​tem się sto​‐ czył. Po​wo​dem była re​ce​sja. – Zgod​nie z ko​mu​ni​ka​ta​mi – rzu​ca Iri​na zni​żo​nym gło​sem – mamy do czy​nie​nia z de​pre​sją. – Tak jest. Po​rucz​nik Paul raz jesz​cze spo​glą​da na ra​port do​ty​czą​cy in​‐ cy​den​tu. Wy​glą​da przy tym na zmę​czo​ną. Roz​mo​wa ma miej​sce na po​cząt​ku grud​nia, po wie​lu zim​nych mie​sią​cach nie​pew​no​ści. Sie​dem​na​ste​go wrze​śnia na​stą​pi​ła ko​niunk​cja, aste​ro​ida zna​la​zła się zbyt blis​ko Słoń​ca, by​śmy mo​gli ją wi​dzieć i ro​bić ko​lej​ne po​mia​ry. Przez to szan​se na zde​rze​nie, któ​re ro​sły po​wo​li, ale nie​przer​wa​nie od kwiet​nia – naj​pierw było to trzy pro​cent, po​tem dzie​sięć i pięt​na​ście – za​‐ trzy​ma​ły się je​sie​nią i zimą na po​zio​mie pięć​dzie​się​ciu trzech pro​cent. Ucier​pia​ła na tym go​spo​dar​ka świa​to​wa. Dwu​na​ste​‐ go paź​dzier​ni​ka pre​zy​dent uznał, że musi pod​pi​sać pierw​szy pa​kiet ustaw au​to​ry​zu​ją​cych na​pływ do​dat​ko​wych pie​nię​dzy dla sta​no​wych i lo​kal​nych służb po​li​cyj​nych. W przy​pad​ku Con​‐ cord ozna​cza​ło to, że mło​dzi​cy – to zna​czy lu​dzie młod​si ode mnie, za​raz po szko​le bądź tacy, co szko​ły na​wet nie skoń​czy​li – mu​sie​li przejść szko​le​nie w qu​asi aka​de​mii po​li​cyj​nej.

McCon​nell i ja mó​wi​my o nich Je​ży​ki, po​nie​waż w ko​sza​rach wszy​scy zo​sta​li ostrzy​że​ni pra​wie do go​łej skó​ry. Dzie​cia​ki o za​cię​tych spoj​rze​niach i cy​nicz​nych mi​nach. Je​śli mam być szcze​ry, star​łem się z nimi już wcze​śniej, za​nim przy​szło mi bro​nić pana She​pher​da. Ko​men​dant chrzą​ka, a Iri​na bły​ska​wicz​nie od​pusz​cza, za​do​‐ wo​lo​na, że może prze​ka​zać mu pa​łecz​kę. – Po​słu​chaj mnie, synu. W ca​łym bu​dyn​ku nie ma jed​nej oso​by, któ​ra chcia​ła​by się cie​bie po​zbyć. Z dumą i ra​do​ścią przy​ję​li​‐ śmy cię do służ​by pa​tro​lo​wej i gdy​by nie to, że na​sta​ły ta​kie cza​sy… – By​łem pierw​szy na swo​im roku, ko​men​dan​cie – wtrą​cam, zda​jąc so​bie spra​wę, że pod​nio​słem za​nad​to głos i że prze​rwa​‐ łem prze​ło​żo​ne​mu, ale nie umie​jąc się po​wstrzy​mać, do​da​ję jesz​cze: – Mam do​sko​na​łą fre​kwen​cję, zero na​ru​szeń re​gu​la​‐ mi​nu, zero skarg oby​wa​te​li, za​rów​no przed, jak i po po​ja​wie​‐ niu się Mai. – Hen​ry – od​zy​wa się ła​god​nie ko​men​dant. – Bez​po​śred​ni prze​ło​że​ni nie mają do mnie żad​nych za​strze​‐ żeń… – Mło​dzień​cze! – wpa​da mi w sło​wo ostrym to​nem po​rucz​nik Paul, uno​sząc rękę. – Chy​ba za​szło nie​po​ro​zu​mie​nie. – Słu​cham? – Nie cho​dzi o zwol​nie​nie. Otrzy​mu​je pan awans. Ko​men​dant Or​dler wkra​cza w snop świa​tła bi​ją​ce​go z je​dy​ne​‐ go okna. – Uwa​ża​my, że w obec​nych oko​licz​no​ściach i przy two​ich zdol​no​ściach przy​dasz nam się bar​dziej przy biur​ku na pię​‐ trze. Ga​pię się na nie​go z otwar​ty​mi usta​mi i do​pie​ro po dłuż​szej chwi​li od​zy​sku​ję mowę. – Ale prze​pi​sy we​wnętrz​ne mó​wią, że po​ste​run​ko​wy może zo​stać awan​so​wa​ny na de​tek​ty​wa do​pie​ro po dwóch la​tach

i sze​ściu mie​sią​cach służ​by. – Zde​cy​do​wa​li​śmy się na omi​nię​cie tego wy​mo​gu – wy​ja​śnia Iri​na, skła​da ra​port o in​cy​den​cie i wy​rzu​ca go do ko​sza. – I chy​ba pod​wyż​szy​my ci ubez​pie​cze​nie eme​ry​tal​ne. To oczy​wi​ście żart, ale nie re​agu​ję śmie​chem, mogę je​dy​nie stać przed nimi oboj​giem wy​prę​żo​ny jak stru​na. Pró​bu​ję ze​‐ brać my​śli, prze​kuć je w sło​wa, ale w gło​wie mam tyl​ko „obec​‐ ne oko​licz​no​ści”, „biur​ko na pię​trze” i co chy​ba naj​waż​niej​sze, „to nie tak wy​glą​da​ło w moim śnie”. – No do​brze, Hen​ry – rzu​ca ko​men​dant przy​ja​znym to​nem. – Na tym koń​czy się to spo​tka​nie.

*** Do​pie​ro póź​niej do​wia​du​ję się, że zaj​mu​ję miej​sce po de​tek​‐ ty​wie Ha​rveyu Tel​so​nie, któ​ry od​szedł w grud​niu na wcze​‐ śniej​szą eme​ry​tu​rę, by – jak wie​le in​nych osób – za​cząć speł​‐ niać swo​je naj​skryt​sze ma​rze​nia. Lu​dzie sza​le​ją na to​rach wy​‐ ści​go​wych, re​ali​zu​ją dłu​go tłu​mio​ne za​chcian​ki ero​tycz​ne, od​‐ naj​du​ją dra​ni, któ​rzy ich kie​dyś drę​czy​li, i leją ich po mor​dach. De​tek​tyw Tel​son, jak się oka​za​ło, od daw​na pra​gnął wziąć udział w re​ga​tach ta​kich jak na przy​kład Pu​char Ame​ry​ki. I zro​bił to na moje szczę​ście. Po​rucz​nik Paul zwol​ni​ła się z po​li​cji dwa​dzie​ścia sześć dni po wspo​mnia​nej roz​mo​wie i dwa dni po tym, jak aste​ro​ida wy​szła w koń​cu zza tar​czy sło​necz​nej. Iri​na wy​je​cha​ła po​noć do Las Ve​gas, by za​miesz​kać ze swo​imi do​ro​sły​mi już dzieć​mi. Nie mam już tego snu, w któ​rym ko​men​dant Or​dler kła​dzie moją dłoń na Bi​blii i robi ze mnie de​tek​ty​wa. Za to czę​sto śni mi się coś in​ne​go.

*** Jak słusz​nie za​uwa​żył Do​tseth, ostat​ni​mi cza​sy nie moż​na po​‐ le​gać na te​le​fo​nach ko​mór​ko​wych. Wy​bie​rasz nu​mer, cze​kasz

i cza​sa​mi się do​dzwa​niasz, a cza​sa​mi nie. Spo​ro lu​dzi wie​rzy w to, że Maja za​gi​na pole gra​wi​ta​cyj​ne Zie​mi, przez co wa​riu​‐ ją ma​gne​sy i kom​pa​sy, ale ta cho​ler​na aste​ro​ida jest wciąż pra​wie czte​ry​sta pięć​dzie​siąt mi​lio​nów ki​lo​me​trów od na​szej pla​ne​ty, więc jej wpływ na te​le​fo​nię ko​mór​ko​wą jest mniej wię​‐ cej taki jak na po​go​dę. Po​ste​run​ko​wy Wi​lentz, nasz spec od tech​ni​ki, wy​ja​śnił mi to kie​dyś: sieć ko​mór​ko​wa jest po​dzie​lo​‐ na na sek​to​ry – czy​li „ko​mór​ki” z prze​kaź​ni​ka​mi – więc jak któ​ryś z nich pad​nie, te​le​fo​ny w jego za​się​gu zdy​cha​ją i tyle. Kom​pa​nie te​le​fo​nicz​ne tra​cą pra​cow​ni​ków ob​słu​gu​ją​cych sieć ko​mór​ko​wą, po​nie​waż nie są w sta​nie im pła​cić, gdyż obec​nie nikt już nie re​gu​lu​je ra​chun​ków. Tra​cą też sze​fów, po​nie​waż ci, za​miast pil​no​wać in​te​re​su, speł​nia​ją wła​śnie swo​je naj​‐ skryt​sze ma​rze​nia. Tra​cą masz​ty z po​wo​du bra​ku re​mon​tów, tra​cą ki​lo​me​try ka​bli z po​wo​du ma​so​wych ak​tów wan​da​li​zmu i sza​brow​nic​twa. Przez to wszyst​ko te​le​fo​ny ko​mór​ko​we prze​‐ sta​ją dzia​łać. A o ca​łej resz​cie ba​je​rów, ja​ki​mi na​pa​ko​wy​wa​no smart​fo​ny, o tych wszyst​kich apli​ka​cjach moż​na po pro​stu za​‐ po​mnieć. Je​den z pię​ciu naj​więk​szych prze​woź​ni​ków ob​wie​ścił w mi​‐ nio​nym ty​go​dniu, że za​czy​na zwi​jać in​te​res. Za po​mo​cą re​kla​‐ my pra​so​wej okre​ślił to mia​nem wspa​nia​ło​myśl​no​ści, „da​rem cza​su” dla trzy​stu pięć​dzie​się​ciu pię​ciu ty​się​cy pra​cow​ni​ków i ich ro​dzin, i zara​zem ostrzegł pa​sa​że​rów, że wszel​kie kur​sy zo​sta​ną za​wie​szo​ne w cią​gu naj​bliż​szych dwóch mie​się​cy. Trzy dni temu „New York Ti​mes” Cu​lver​so​na opu​bli​ko​wał sza​‐ cun​ki De​par​ta​men​tu Han​dlu mó​wią​ce, że te​le​fo​nii gro​zi upa​‐ dek jesz​cze przed koń​cem wios​ny, w związ​ku z czym rząd pla​‐ nu​je na​cjo​na​li​za​cję tej bran​ży. – A to zna​czy – za​uwa​żył z re​cho​tem McGul​ly – że do lata wszyst​ko szlag tra​fi. Cza​sa​mi gdy wi​dzę, że sy​gnał jest sil​ny, na​tych​miast wy​bie​‐ ram ja​kiś nu​mer, by nie zmar​no​wać ta​kiej oka​zji.

– Och, sta​ry. Bra​cie, o bra​cie, cze​go ty, u li​cha, zno​wu chcesz? – Do​bry wie​czór. Mówi de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce z ko​men​dy po​li​cji w Con​cord. – Prze​cież wiem, kto dzwo​ni. Znam cię. Vic​tor Fran​ce mówi pod​nie​sio​nym, po​iry​to​wa​nym gło​sem. Jak za​wsze. Sie​dzę w che​vro​le​cie przed Rol​lins Park, kil​ka prze​‐ cznic od bu​dyn​ku, w któ​rym miesz​kał Pe​ter Zell. – Nie de​ner​wuj się tak. – A może ja chcę się de​ner​wo​wać? Nie cier​pię two​jej oso​by. Nie cier​pię, kie​dy do mnie dzwo​nisz. – Trzy​mam te​le​fon kil​ka​‐ na​ście cen​ty​me​trów od ucha, a i tak sły​szę ocie​ka​ją​ce ja​dem wrza​ski. – Ja tu tyl​ko pró​bu​ję żyć w spo​ko​ju, czło​wie​ku. Czy to na​praw​dę taka strasz​na zbrod​nia? Mogę so​bie wy​obra​zić tego olśnie​wa​ją​ce​go opry​cha: zwo​je łań​cu​cha zwi​sa​ją​ce z czar​nych dżin​sów, na ma​łym pal​cu pier​‐ ścień z cza​chą i skrzy​żo​wa​ny​mi pisz​cze​la​mi, chu​de nad​garst​ki i przed​ra​mio​na wy​ta​tu​owa​ne w wi​ją​ce się węże. Ozdo​bio​na szczu​rzy​mi śle​pia​mi gęba wy​krzy​wio​na w me​lo​dra​ma​tycz​nym obu​rze​niu, że ktoś taki jak ja, naj​zwy​klej​szy pa​lant z po​li​cji, śmie dzwo​nić, by wy​da​wać mu po​le​ce​nia. Do​bra, tyl​ko ktoś tu chy​ba za​po​mniał, że to wła​śnie cze​ka każ​de​go di​le​ra nar​ko​ty​‐ ków, któ​ry da się zła​pać w tak par​szy​wym mo​men​cie hi​sto​rii. Vic​tor może nie znać na pa​mięć peł​ne​go tek​stu usta​wy re​gu​lu​‐ ją​cej pra​wo w cza​sie bez​po​śred​nio przed upad​kiem aste​ro​idy, ale ro​zu​mie z pew​no​ścią jej sed​no. Zresz​tą już sam ty​tuł wie​le mówi: Usta​wa o dzia​ła​niach sta​bi​li​za​cyj​nych i za​pew​nie​niu bez​pie​czeń​stwa w okre​sie przed zde​rze​niem Zie​mi z obiek​‐ tem 2011GV1. – Dzi​siaj nie po​trze​bu​ję więk​szej po​mo​cy. Cho​dzi mi o pew​ne in​for​ma​cje. Wy​rzu​ca z sie​bie ostat​nie „bra​cie, o bra​cie”, a po​tem uspo​‐ ka​ja się zgod​nie z mo​imi przy​pusz​cze​nia​mi.

– No do​bra, do​bra, o co bie​ga? – Znasz się tro​chę na sa​mo​cho​dach, praw​da? – Ja​sne. Tak. Czy to zna​czy, że dzwo​nisz do mnie, że​bym ci na​pom​po​wał opo​nę? – Nie, dzię​ku​ję. W cią​gu ostat​nich kil​ku ty​go​dni lu​dzie za​czę​li prze​ra​biać wozy na ole​je spo​żyw​cze. – No coś po​dob​ne​go – drwi Vic​tor. – Wi​dzia​łeś ostat​nio ceny pa​liw? Chrzą​ka gło​śno, po czym splu​wa. – Szu​kam ko​goś, kto do​ko​nał ta​kiej prze​rób​ki. Cho​dzi o pi​ka​‐ pa śred​niej wiel​ko​ści, czer​wo​ne​go for​da. Na drzwiach ma wy​‐ ma​lo​wa​ną ame​ry​kań​ską fla​gę. Dasz radę go na​mie​rzyć? – Moż​li​we. Co bę​dzie, je​śli nie dam? Mil​czę. Nie mu​szę nic mó​wić. Vic​tor zna od​po​wiedź. Jed​nym z naj​bar​dziej za​uwa​żal​nych efek​tów po​ja​wie​nia się aste​ro​idy, przy​naj​mniej z po​li​cyj​ne​go punk​tu wi​dze​nia, jest nie​‐ bo​tycz​ny wzrost za​po​trze​bo​wa​nia na nar​ko​ty​ki i wy​syp zwią​‐ za​nych z tym pro​ce​de​rem zbrod​ni. Dzi​siaj zej​dą do czy​sta każ​‐ de pro​chy: opia​ty, ec​sta​sy, me​tam​fe​ta​mi​na, ko​ka​ina we wszyst​‐ kich od​mia​nach. Dzie​je się tak wszę​dzie, w ma​łych mia​stach, na przed​mie​ściach i po wsiach – mamy z tym pro​blem na​wet w ta​kiej dziu​rze jak Con​cord, gdzie ni​g​dy wcze​śniej nie no​to​‐ wa​no po​waż​niej​szych prze​stępstw tego ro​dza​ju. Rząd fe​de​ral​‐ ny mio​tał się strasz​li​wie la​tem i je​sie​nią, aby już pod ko​niec roku przy​jąć bez​kom​pro​mi​so​wą po​sta​wę. Nowe pra​wo znio​sło więk​szość oko​licz​no​ści ła​go​dzą​cych, nic więc już nie chro​ni lu​‐ dzi za​mie​sza​nych w im​port, wy​rób, upra​wę czy dys​try​bu​cję środ​ków odu​rza​ją​cych. Te kro​ki wy​da​wa​ły się ko​niecz​ne dla „ogra​ni​cze​nia prze​mo​cy, pro​mo​wa​nia sta​bil​no​ści i na​kło​nie​nia lu​dzi do pra​cy w okre​sie po​prze​dza​ją​cym zde​rze​nie”. Oso​bi​ście znam peł​ny tekst tego do​ku​men​tu.

Sil​nik jest wy​łą​czo​ny, więc wy​cie​racz​ki się nie po​ru​sza​ją. Pa​‐ trzę na grud​ki śnie​gu przy​ma​rza​ją​ce​go do przed​niej szy​by. – Do​bra, bra​cie, do​bra – mówi Vic​tor. – Do​wiem się, kto pod​‐ ra​so​wał tę furę. Daj mi z ty​dzień. – Chciał​bym mieć tyle cza​su. Za​dzwo​nię do cie​bie ju​tro. – Ju​tro? – Vic​tor wzdy​cha prze​sad​nie. – Du​pek. Jak na iro​nię, je​dy​ny wy​ją​tek zro​bio​no dla ma​ri​hu​any. Pa​le​nie traw​ki zo​sta​ło ofi​cjal​nie zde​kry​mi​na​li​zo​wa​ne w bez​owoc​nej pró​bie znie​chę​ce​nia lu​dzi do za​ży​wa​nia tward​szych, nisz​czą​‐ cych wię​zi spo​łecz​ne nar​ko​ty​ków. A ja zna​la​złem przy Vic​to​‐ rze pięć gra​mów zio​ła, w sam raz tyle, że bez tru​du mógł​by się wy​łgać wła​snym użyt​kiem, pro​blem jed​nak w tym, że o ist​‐ nie​niu nar​ko​ty​ku do​wie​dzia​łem się, gdy pró​bo​wał mi go opchnąć, kie​dy pew​ne​go so​bot​nie​go wie​czo​ra wra​ca​łem do domu z So​mer​set Di​ner. To, czy po​dej​rza​ny zo​sta​nie aresz​to​‐ wa​ny, za​le​ży dzi​siaj wy​łącz​nie od po​li​cjan​ta bio​rą​ce​go udział w zda​rze​niu, a ja uzna​łem – pod pew​ny​mi wa​run​ka​mi rzecz ja​‐ sna – że mogę chwi​lo​wo od​stą​pić od tej czyn​no​ści. Po​wo​łu​jąc się na nową usta​wę, mógł​bym za​pusz​ko​wać Vic​to​‐ ra na pół roku, a on o tym wie i dla​te​go ra​czy mnie tym prze​‐ cią​głym ję​kiem. Sześć mie​się​cy w ki​ciu to w obec​nej sy​tu​acji do​ży​wo​cie. – Wiesz, wie​lu gli​nia​rzy rzu​ca te​raz ro​bo​tę – stwier​dza Vic​‐ tor. – Pry​ska​ją na Ja​maj​kę albo do in​ne​go raju. Nie masz na to ocho​ty, Pa​la​ce? – Po​roz​ma​wia​my o tym ju​tro. Roz​łą​czam się, wrzu​cam ko​mór​kę do schow​ka na rę​ka​wicz​ki i prze​krę​cam klu​czyk w sta​cyj​ce. Nikt nie ma pew​no​ści – na​wet ci z nas, któ​rzy za​da​li so​bie trud i prze​czy​ta​li cały ośmiu​set​stro​ni​co​wy do​ku​ment, do​kład​‐ nie, ze zro​zu​mie​niem, co nie było ła​twe, zwa​żyw​szy na licz​bę po​pra​wek – co ozna​cza zwrot „za​pew​nie​nie bez​pie​czeń​stwa”

w ty​tu​le usta​wy. McGul​ly twier​dzi na przy​kład, że rząd z koń​‐ cem wrze​śnia za​cznie roz​da​wać oby​wa​te​lom pa​ra​so​le.

*** – Halo. – Do​dzwo​ni​łem się do Belk​nap & Rose? – Tak. – Mam py​ta​nie. – Nie ro​bił​bym so​bie wiel​kich na​dziei. Pra​wie nic nie mamy na sta​nie. Splą​dro​wa​no nas już dwu​krot​nie, a więk​szość do​‐ staw​ców daw​no po​za​my​ka​ła in​te​res. Je​śli pan jed​nak so​bie ży​‐ czy, pro​szę przy​je​chać i spraw​dzić, co zo​sta​ło. Za​zwy​czaj by​‐ wam w skle​pie. – Nie o to mi cho​dzi​ło. Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce, pra​cu​‐ ję na ko​men​dzie po​li​cji w Con​cord. Mam na​dzie​ję, że za​cho​‐ wał pan ko​pie ra​chun​ków z ostat​nich trzech mie​się​cy. – Słu​cham? – Je​śli tak, może po​zwo​li mi pan na ich przej​rze​nie? Szu​kam oso​by, któ​ra do​ko​na​ła za​ku​pu eks​klu​zyw​ne​go pa​ska z czar​nej skó​ry, roz​miar XXL. – Czy to ja​kiś żart? – Nie, pro​szę pana. – Jaja pan so​bie ze mnie robi? – Nie, pro​szę pana. – Niech ci bę​dzie, ko​le​go. – Pro​wa​dzę do​cho​dze​nie w spra​wie zgo​nu w nie​wy​ja​śnio​nych oko​licz​no​ściach, a ta in​for​ma​cja może mieć spo​re zna​cze​nie dla śledz​twa. – Ja​sne, ko​le​go. – Halo?

***

Dom Pe​te​ra Zel​la przy 14 Mat​thew Stre​et Exten​sion jest sto​‐ sun​ko​wo nowy, ale to ta​nia kon​struk​cja z czte​re​ma tyl​ko ma​ły​‐ mi po​miesz​cze​nia​mi: sa​lon i kuch​nia miesz​czą się na par​te​rze, sy​pial​nia i ła​zien​ka na pię​trze. Sto​jąc w pro​gu, przy​po​mi​nam so​bie wła​ści​we frag​men​ty „Do​cho​dze​nia kry​mi​nal​ne​go” ra​dzą​‐ ce, by pra​co​wać po​wo​li, po​dzie​lić bu​dy​nek na sek​to​ry i spraw​‐ dzać je je​den po dru​gim. Znie​nac​ka myśl o Far​leyu i Le​onar​‐ dzie – i o za​ufa​niu, ja​kie w nich po​kła​dam – przy​po​mi​na mi o Na​omi Ed​des. „To za​brzmia​ło jak cy​tat z pod​ręcz​ni​ka dla de​‐ tek​ty​wów”. Otrzą​sam się, przy​gła​dzam wąsa i wcho​dzę. – Do​brze, pa​nie Zell – mó​wię do pu​ste​go domu. – Ro​zej​rzyj​my się tro​chę. W pierw​szym sek​to​rze nie mam pra​wie nic do ro​bo​ty. Cien​ka be​żo​wa wy​kła​dzi​na, sta​ry sto​lik do kawy, na któ​rym wi​dzę ko​‐ li​ste pla​my. Nie​wiel​ki, ale dzia​ła​ją​cy pła​ski te​le​wi​zor, prze​wo​‐ dy wi​ją​ce się do od​twa​rza​cza DVD, wa​zon z chry​zan​te​ma​mi, któ​re po bliż​szym przyj​rze​niu się zdra​dza​ją, że są zro​bio​ne z dru​tów i ma​te​ria​łu. Więk​szość miej​sca na re​ga​le Zel​la zaj​mu​ją książ​ki po​świę​co​‐ ne jego za​wo​do​wym za​in​te​re​so​wa​niom: ma​te​ma​ty​ce, praw​do​‐ po​do​bień​stwu i prze​róż​nym wskaź​ni​kom, jest też gru​be to​‐ misz​cze po​świę​co​ne hi​sto​rii ra​chun​ko​wo​ści i bro​szu​ry z Urzę​‐ du Sta​ty​stycz​ne​go i Na​ro​do​we​go In​sty​tu​tu Zdro​wia. Jest też osob​na pół​ka, na któ​rej Pe​ter trzy​mał ni​czym na kwa​ran​tan​nie ja​kieś ner​dow​skie scien​ce fic​tion i fan​ta​sy. Wszyst​kie se​zo​ny Bat​tle​star Ga​lac​ti​ca, sta​re pod​ręcz​ni​ki Dun​ge​ons & Dra​gons, książ​ka o mi​to​lo​gicz​nych i fi​lo​zo​ficz​nych pod​wa​li​nach Gwiezd​‐ nych wo​jen. Nie​wiel​ka ar​ma​da mi​nia​tur okrę​tów ko​smicz​nych wisi na dru​tach roz​pię​tych w przej​ściu do kuch​ni, tak że mu​‐ szę się schy​lić, by przejść pod nimi. W spi​żar​ce znaj​du​ję dzie​więć opa​ko​wań płat​ków, ktoś za​dał so​bie trud i usta​wił je w ko​lej​no​ści al​fa​be​tycz​nej: Al​pha-bits, Cap’n Crunch, Che​erios i tak da​lej. W rów​nym rzę​dzie do​‐

strze​gam tyl​ko je​den wy​łom, coś jak bra​ku​ją​cy ząb, po​mię​dzy Fro​sted Fla​kes a Gol​den Gra​hams, i au​to​ma​tycz​nie wy​szu​ku​ję w pa​mię​ci, co też mo​gło tam stać: Fru​ity Peb​bles. Ró​żo​we okrusz​ki po​twier​dza​ją moją hi​po​te​zę. – Po​do​ba mi się pan, pa​nie Zell – rzu​cam, za​my​ka​jąc sta​ran​‐ nie drzwi spi​żar​ni. – Po​do​ba mi się pan. W kuch​ni, w poza tym pu​stej szu​fla​dzie obok zle​wo​zmy​wa​ka, znaj​du​ję no​tat​nik, w któ​rym ktoś za​pi​sał tyl​ko dwa sło​wa: „Dro​ga So​phie”. Pi​smo jest bar​dzo rów​ne, pre​cy​zyj​ne wręcz, dzię​ki cze​mu czu​ję, że Zell two​rzył czy może ra​czej za​mie​rzał stwo​rzyć waż​ny tekst, a nie ja​kąś tam zwy​kłą wia​do​mość. Na​po​mi​nam się, aby za​cho​wać spo​kój, po​nie​waż wbrew po​‐ zo​rom może to być coś nie​istot​ne​go, jed​nak​że moje my​śli krą​‐ żą nie​prze​rwa​nie wo​kół zna​le​zi​ska. W koń​cu mam ja​kiś ślad – bez wzglę​du na to, czy to był po​czą​tek li​stu po​że​gnal​ne​go czy nie. Wkła​dam kart​kę do kie​sze​ni swe​tra i za​czy​nam wspi​nać się po scho​dach, za​sta​na​wia​jąc się, kim jest So​phie. Sy​pial​nia, po​dob​nie jak sa​lon, jest ste​ryl​na i po​zba​wio​na ja​‐ kich​kol​wiek ozdób, tyl​ko łóż​ko nie zo​sta​ło po​rząd​nie za​ście​lo​‐ ne. Nad nim na ścia​nie wisi opra​wio​ny fo​tos, opa​trzo​ny au​to​‐ gra​fem kadr z pierw​szej Pla​ne​ty małp. W sza​fie znaj​du​ję trzy gar​ni​tu​ry, wszyst​kie po​nu​ro bru​nat​ne, i dwa moc​no zu​ży​te pa​‐ ski, tak​że brą​zo​we. W ni​skiej, lek​ko pod​nisz​czo​nej szaf​ce noc​‐ nej w dru​giej szu​fla​dzie od góry wi​dzę pu​deł​ko na buty owi​nię​‐ te do​kład​nie ta​śmą kle​ją​cą. Na jego wiecz​ku wy​pi​sa​no tym sa​‐ mym pre​cy​zyj​nym cha​rak​te​rem pi​sma licz​bę 12,375. – Dwa​na​ście prze​ci​nek trzy​sta sie​dem​dzie​siąt pięć – mam​ro​‐ czę i do​da​ję: – Cie​ka​we, o co cho​dzi… Wkła​dam pu​deł​ko pod pa​chę i wsta​ję, po czym spo​glą​dam na je​dy​ną fo​to​gra​fię w tym po​ko​ju. Nie​wiel​kie​go for​ma​tu, opra​‐ wio​na w ta​nią ram​kę, przed​sta​wia dzie​się​cio-, może je​de​na​‐ sto​let​nie​go chłop​ca o rzad​kich zmierz​wio​nych ja​snych wło​sach

i ło​trzy​kow​skim uśmie​chu. Wyj​mu​ję zdję​cie z ram​ki, od​wra​‐ cam i znaj​du​ję czy​tel​ny na​pis. „Kyle. 10 lu​te​go”. Ze​szły rok. Za​nim się do​wie​dzie​li​śmy. Uży​wam krót​ko​fa​lów​ki, by skon​tak​to​wać się z Tri​shą McCon​nell. – Hej – mó​wię. – To ja. Uda​ło ci się na​mie​rzyć ro​dzi​nę ofia​ry? – Ow​szem, tak. Mat​ka Zel​la nie żyje, po​cho​wa​no ją tu​taj, w Con​cord, na Blos​som Hill. Oj​ciec miesz​ka w domu se​nio​ra Ple​asant View, ale cier​pi na de​men​cję. Oso​bą, któ​rej McCon​nell prze​ka​za​ła złą wia​do​mość, była star​sza sio​stra Pe​te​ra, któ​ra pra​cu​je jako po​łoż​na w pry​wat​nej kli​ni​ce nie​opo​dal miej​skie​go szpi​ta​la. Jest za​męż​na, do​ro​bi​ła się jed​ne​go dziec​ka, syna. Na imię ma So​phie.

*** Wy​cho​dząc, przy​sta​ję po​now​nie w pro​gu domu Pe​te​ra Zel​la, nie​zgrab​nie trzy​ma​jąc pu​deł​ko po bu​tach, fo​to​gra​fię dziec​ka i no​tat​nik. Czu​ję ro​sną​cą wagę tej spra​wy i po​rów​nu​ję ją do pew​ne​go na​praw​dę sta​re​go wspo​mnie​nia: po​li​cjan​ta sto​ją​ce​go w drzwiach mo​je​go domu z cza​sów dzie​ciń​stwa, bez czap​ki, za to z bar​dzo po​waż​ną miną, wo​ła​ją​ce​go w pół​mrok po​ran​ka: „Jest tam kto?”. Ja znaj​du​ję się na szczy​cie scho​dów, mam na so​bie blu​zę z logo Red So​xów, a może zwy​kłą pi​ża​mę, i za​sta​na​wiam się, czy moja sio​stra wciąż śpi. Taką przy​naj​mniej mam na​dzie​ję. Wiem już bo​wiem, co za mo​ment po​wie po​li​cjant.

*** – Niech zgad​nę, mło​dzień​cze – od​zy​wa się Den​ny Do​tseth. – Mamy ko​lej​ne​go 10-54S. – W su​mie to nie no​we​go. Chcia​łem wy​mie​nić się z pa​nem in​‐ for​ma​cja​mi na te​mat Pe​te​ra Zel​la.

Jadę Broad​way​em, ręce trzy​mam na dzie​sią​tej i dru​giej. Przy skrzy​żo​wa​niu ze Sto​ne stoi ra​dio​wóz ze sta​no​wej. Sil​nik pra​‐ cu​je, świa​tła są włą​czo​ne, nie​bie​ski ko​gut ob​ra​ca się po​wo​li na da​chu. Funk​cjo​na​riusz ma w dło​niach ka​ra​bin ma​szy​no​wy. Ki​wam mu gło​wą, od​ry​wam dwa pal​ce od kie​row​ni​cy w ge​ście po​zdro​wie​nia, a on od​po​wia​da po​dob​nym ge​stem. – Kim jest Pe​ter Zell? – pyta Do​tseth. – To de​nat zna​le​zio​ny tego ran​ka, pro​szę pana. – A, ten. Ej, sły​sza​łeś już, że wy​zna​czo​no wiel​ki dzień? Ten, w któ​rym do​wie​my się ca​łej praw​dy, gdzie rąb​nie aste​ro​ida? Ma to na​stą​pić dzie​wią​te​go kwiet​nia. – Tak. Obi​ło mi się o uszy. Do​tseth, po​dob​nie jak McGul​ly, lubi być na bie​żą​co, je​śli cho​‐ dzi o glo​bal​ną ka​ta​stro​fę. Na miej​scu ostat​nie​go sa​mo​bój​stwa, nie Zel​la, tyl​ko jego po​przed​ni​ka, przez dzie​sięć mi​nut pe​ro​ro​‐ wał na te​mat woj​ny w Rogu Afry​ki. Etiop​ska ar​mia ru​nę​ła na Ery​treę, by po​mścić za​daw​nio​ne ura​zy, póki jest jesz​cze czas. – Po​my​śla​łem, że sen​sow​nie by​ło​by za​po​znać pana z do​tych​‐ cza​so​wy​mi wy​ni​ka​mi do​cho​dze​nia – mó​wię. – Wiem, ja​kie od​‐ niósł pan wra​że​nie tego ran​ka w McDo​nal​dzie, ale moim zda​‐ niem to mo​gło być za​bój​stwo. Na​praw​dę tak uwa​żam. – Po​waż​nie? – mam​ro​cze Do​tseth, a ja bio​rę to za przy​zwo​le​‐ nie i po​krót​ce przed​sta​wiam mu po​czy​nio​ne usta​le​nia. In​cy​‐ dent w Mer​ri​mack Life and Fire, ten hal​lo​we​eno​wy. Mó​wię o czer​wo​nym pi​ka​pie na olej spo​żyw​czy, o tym, że za​brał ofia​‐ rę fe​ral​nej nocy. Wspo​mi​nam o prze​czu​ciu do​ty​czą​cym pa​ska od Belk​na​pa & Rose. Wszyst​ko to za​stęp​ca pro​ku​ra​to​ra ge​ne​ral​ne​go ko​men​tu​je zwię​złym: „In​te​re​su​ją​ce”, a na​stęp​nie wzdy​cha i do​da​je jesz​‐ cze: – A co z li​stem? – No… Li​stu nie ma, pro​szę pana.

De​cy​du​ję, że nie po​wiem mu o „Dro​ga So​phie”, po​nie​waż je​‐ stem prze​ko​na​ny, że to może być wszyst​ko, tyl​ko nie nie​do​‐ koń​czo​ny list po​że​gnal​ny, choć Do​tseth z pew​no​ścią ucze​pił​by się tej wła​śnie wer​sji, mó​wiąc coś w sty​lu: „No pro​szę, mło​‐ dzień​cze. Gru​bo się po​my​li​łeś…”. Co, je​stem prze​ko​na​ny, i tak my​śli. – No to masz w koń​cu ja​kiś punkt za​cze​pie​nia – rzu​ca za​‐ miast tego. – Nie za​mie​rzasz po​ka​zy​wać tej spra​wy Fen​ton, mam na​dzie​ję? – Praw​dę po​wie​dziaw​szy, mam. Już to zro​bi​łem. Dla​cze​go pan pyta? Do​tseth mil​czy przez chwi​lę, po​tem re​cho​cze pod no​sem. – Tak so​bie, bez po​wo​du. – Jak to? – Po​słu​chaj mnie, mło​dzień​cze. Je​śli na​praw​dę uwa​żasz, że da się z tego zbu​do​wać spra​wę, zaj​mę się nią. Nie za​po​mi​naj jed​nak o kon​tek​ście. Wiesz o tym, że wszę​dzie wo​kół lu​dzie po​peł​nia​ją sa​mo​bój​stwa? Ten fa​cet, któ​re​go mi wła​śnie opi​sa​‐ łeś, czło​wiek nie​ma​ją​cy licz​ne​go gro​na przy​ja​ciół, nie​wspie​ra​‐ ny przez sys​tem, mógł mieć wie​le po​wo​dów, by się za​bić, po​‐ stę​pu​jąc zgod​nie z owczym pę​dem. Jadę da​lej, trzy​ma​jąc gębę na kłód​kę. To ro​zu​mo​wa​nie za dia​bła mi się nie po​do​ba. Zell zro​bił to, co zro​bił, po​nie​waż wszy​scy do​ko​ła to ro​bią? Mam ta​kie wra​że​nie, jak gdy​by Do​‐ tseth oskar​żał ofia​rę o tchó​rzo​stwo albo ule​ga​nie mo​dom, czy​‐ li o coś w ro​dza​ju sła​bo​ści. Co – w sy​tu​acji gdy Pe​te​ra Zel​la jed​nak za​mor​do​wa​no, za​ciąg​nię​to do ki​bla w McDo​nal​dzie i tam po​rzu​co​no jak śmie​cia – jest po​twor​ną obe​lgą. – Coś ci po​ra​dzę – od​zy​wa się zno​wu Do​tseth. – Na​zwij​my to usi​ło​wa​niem za​bój​stwa, co? – Słu​cham? – To zwy​kłe sa​mo​bój​stwo, ale ty usi​łu​jesz zro​bić z nie​go mor​‐ der​stwo. Mi​łe​go dnia, de​tek​ty​wie.

*** Po po​łu​dnio​wej stro​nie Scho​ol Stre​et, za​raz za sie​dzi​bą YMCA, znaj​du​je się sta​ro​świec​ka lo​dziar​nia. Wy​glą​da na to, że tego dnia in​te​res krę​ci się aż miło po​mi​mo śnie​gu i ga​lo​pu​ją​‐ cych cen na​bia​łu. Wi​dzę parę mło​dych, może trzy​dzie​sto​let​‐ nich lu​dzi, któ​rzy wy​cho​dzą z wnę​trza, trzy​ma​jąc ko​lo​ro​we roż​ki. Ko​bie​ta kiwa mi w oszczęd​ny spo​sób, jak zwy​kło się po​‐ zdra​wiać po​li​cjan​ta, więc od​wdzię​czam się tym sa​mym, choć jej part​ner przy​glą​da mi się po​nu​rym wzro​kiem. Lu​dzie głów​nie po​wie​la​ją ru​ty​nę. Za​su​wa​ją do pra​cy, sia​da​ją za swo​imi biur​ka​mi i trzy​ma​ją kciu​ki, by ich fir​my na​dal były otwar​te w po​nie​dzia​łek. Cho​dzą do skle​pów i pcha​ją wóz​ki w na​dziei, że znaj​dą wciąż tro​chę żyw​no​ści. Spo​ty​ka​ją się z uko​cha​ną oso​bą na lo​dach. Ja​sne, nie​któ​rzy wy​bra​li śmierć, inni speł​nie​nie naj​skryt​szych ma​rzeń, jed​ni się​gnę​li po nar​ko​‐ ty​ki, dru​dzy zaś „łażą po oko​li​cy z fiu​ta​mi na wierz​chu”, jak ma w zwy​cza​ju mó​wić McGul​ly. Tym​cza​sem nie​ma​ła część tych, któ​rzy chcie​li zre​ali​zo​wać swo​je ma​rze​nia, zdą​ży​ła po​wró​cić za​wie​dzio​na, na​to​miast prze​stęp​cy z przy​pad​ku oraz ci, któ​rzy pró​bo​wa​li skosz​to​wać za​ka​za​nych owo​ców, tra​fi​li za krat​ki, gdzie od​tąd będą cze​kać w stra​chu i sa​mot​no​ści na na​dej​ście paź​dzier​ni​ka. Za​tem tak, do​strze​gam róż​ne za​cho​wa​nia lu​dzi, ale te naj​‐ dziw​niej​sze to prze​cież tyl​ko mar​gi​nes. Głów​ne od​stęp​stwo, z per​spek​ty​wy służb po​rząd​ko​wych, jest bar​dziej ulot​ne i trud​‐ niej​sze do zde​fi​nio​wa​nia. Na​stro​je pa​nu​ją​ce w mie​ście opi​sał​‐ bym tak: wy​ros​tek na​bro​ił i choć nie po​niósł jesz​cze kon​se​‐ kwen​cji, wie, że ich nie unik​nie. Sie​dzi te​raz w swo​im po​ko​ju i cze​ka. „Zo​ba​czysz, co bę​dzie, jak oj​ciec wró​ci do domu!” Jest na​dą​sa​ny i ner​wo​wy. Sko​ło​wa​ny, smut​ny, boi się tego, co na​stą​pi, i dla​te​go go​tów jest po​su​nąć się na​wet do prze​mo​cy, nie czu​je gnie​wu, lecz strach, któ​re​mu nie​da​le​ko do praw​dzi​‐ wej fu​rii.

Tak wy​glą​da dzi​siaj Con​cord. Nie wiem, ja​kie na​stro​je pa​nu​ją na świe​cie, ale tak to wy​glą​da u nas.

*** Sie​dzę po​now​nie za wła​snym biur​kiem na Scho​ol Stre​et, w po​ko​ju wy​dzia​łu kry​mi​nal​ne​go, cier​pli​wie zdej​mu​jąc ta​śmę kle​ją​cą, któ​rą przy​twier​dzo​no wiecz​ko pu​deł​ka do bu​tów, i na​‐ gle po raz dru​gi roz​brzmie​wa mi w pa​mię​ci głos Na​omi Ed​des. Ocza​mi wy​obraź​ni wi​dzę ją, jak stoi nade mną z rę​ko​ma skrzy​‐ żo​wa​ny​mi na pier​si, ob​ser​wu​jąc moje po​czy​na​nia. „Cze​go pan tam szu​ka?” – Tego – od​po​wia​dam, gdy uda​je mi się zdjąć wiecz​ko i na​‐ resz​cie mogę zaj​rzeć do środ​ka. – Tego wła​śnie szu​kam. Pu​deł​ko na buty Pe​te​ra Zel​la za​wie​ra set​ki wy​cin​ków pra​so​‐ wych, stron wy​rwa​nych z cza​so​pism, wy​dru​ków z In​ter​ne​tu, a wszyst​kie one od​no​szą się do jed​ne​go te​ma​tu: Mai i jej zde​‐ rze​nia z Zie​mią. Wy​cią​gam ten, któ​ry leży na sa​mym wierz​‐ chu. Jest z dru​gie​go kwiet​nia mi​nio​ne​go roku, to not​ka pra​so​‐ wa As​so​cia​ted Press mó​wią​ca o ob​ser​wa​to​rium Pa​lo​mar i nie​‐ zwy​kłym, lecz nie​mal na pew​no nie​szkod​li​wym obiek​cie, któ​ry pra​cu​ją​cy tam astro​no​mo​wie ostat​nio od​kry​li i do​da​li do ka​ta​‐ lo​gu po​ten​cjal​nie groź​nych aste​ro​id pro​wa​dzo​ne​go przez Mi​‐ nor Pla​net Cen​ter. Au​tor koń​czy tekst zwię​złym stwier​dze​‐ niem: „Bez wzglę​du na to, ja​kie są roz​mia​ry i skład wspo​mnia​‐ ne​go obiek​tu, szan​se na to, że ude​rzy w Zie​mię, są sza​co​wa​ne na 0,000047 pro​cent, czy​li wy​no​szą 1:2 128 000”. Zell, co za​‐ uwa​ży​łem, za​kre​ślił obie licz​by. Ko​lej​nym tek​stem z pu​deł​ka jest ar​ty​kuł opu​bli​ko​wa​ny przez kor​po​ra​cję me​dial​ną Thom​son Reu​ters, da​to​wa​ny na dwa dni póź​niej. Jego ty​tuł brzmi: „Od​kry​to naj​więk​szą od wie​lu de​kad aste​ro​idę”, ale sama not​ka jest nie​cie​ka​wa, skła​da się tyl​ko z jed​ne​go aka​pi​tu i nie za​wie​ra pra​wie żad​nych liczb. Do​ty​czy sza​cun​ków wiel​ko​ści obiek​tu – w pierw​szych dniach po od​kry​‐

ciu na​zy​wa​no go po pro​stu 2011GV1 – któ​re lo​ku​ją go „mię​dzy naj​więk​szy​mi od​kry​ty​mi przez astro​no​mów w cią​gu kil​ku mi​‐ nio​nych de​kad”, w któ​rymś miej​scu pada mi​mo​cho​dem wzmian​ka, że „jego śred​ni​ca wy​no​si 3 km”. Zell za​kre​śla tak​‐ że tę cy​frę, ale bla​do, ołów​kiem. Czy​tam da​lej, za​fa​scy​no​wa​ny tą po​nu​rą kap​su​łą cza​su, od​kry​‐ wa​jąc naj​bliż​szą przy​szłość wi​dzia​ną z per​spek​ty​wy Pe​te​ra Zel​la. W każ​dym ar​ty​ku​le za​kre​ślił bądź pod​kre​ślił licz​by: ro​‐ sną​ce nie​ustan​nie sza​cun​ki wiel​ko​ści Mai, kąt, pod ja​kim po​ja​‐ wia się na nie​bie, jej rek​ta​scen​sję i de​kli​na​cję, zwięk​sza​ją​ce się stop​nio​wo, z ty​go​dnia na ty​dzień, z mie​sią​ca na mie​siąc, szan​se na zde​rze​nie. Oto​czył ram​ka​mi każ​dą sumę w do​la​rach i każ​dą stra​tę pro​cen​to​wą, jaką po​nio​sła gieł​da w da​to​wa​nych na po​czą​tek lip​ca pod​su​mo​wa​niach „Fi​nan​cial Ti​me​sa”, do​ty​‐ czą​cych roz​pacz​li​wych prób za​pa​no​wa​nia nad sy​tu​acją Ban​ku Fe​de​ral​ne​go, Eu​ro​pej​skie​go Ban​ku Cen​tral​ne​go i Mię​dzy​na​ro​‐ do​we​go Fun​du​szu Wa​lu​to​we​go. Zbie​rał rów​nież tek​sty od​no​‐ szą​ce się do po​li​tycz​nej stro​ny pro​ble​mu: zmian w pra​wie, sta​‐ nów wy​jąt​ko​wych, biu​ro​kra​tycz​nych za​wi​ro​wań w De​par​ta​‐ men​cie Spra​wie​dli​wo​ści czy re​fun​da​cji do​ko​ny​wa​nych przez Fe​de​ral​ną Kor​po​ra​cję Ubez​pie​czeń De​po​zy​tów. Wy​obra​żam so​bie Zel​la sie​dzą​ce​go nocą, noc w noc, przy ta​‐ nim ku​chen​nym sto​le, za​ja​da​ją​ce​go płat​ki i za​zna​cza​ją​ce​go licz​by na wy​cin​kach i wy​dru​kach, by wy​chwy​cić naj​drob​niej​‐ sze de​ta​le ka​ta​stro​fy. Wy​łu​sku​ję ar​ty​kuł z „Scien​ti​fic Ame​ri​can” da​to​wa​ny na trze​‐ cie​go wrze​śnia, któ​re​go ty​tuł pyta wy​tłusz​czo​nym dru​kiem: „Jak mo​gli​śmy o tym nie wie​dzieć?”. Od​po​wiedź jest krót​ka, ja znam ją już od daw​na, wszy​scy inni też zdą​ży​li ją do dzi​siaj po​‐ znać. Aste​ro​ida 2011GV1 ma bar​dzo nie​ty​po​wą elip​tycz​ną or​‐ bi​tę, więc moż​na ją zo​ba​czyć z Zie​mi co sie​dem​dzie​siąt pięć lat, co zna​czy, że po​przed​nim ra​zem nikt jej nie wy​pa​try​wał, w tam​tych cza​sach bo​wiem nie ist​niał jesz​cze pro​gram ozna​‐

cza​nia i śle​dze​nia obiek​tów prze​la​tu​ją​cych bli​sko na​szej pla​‐ ne​ty. Zell za​kre​ślił licz​bę 75 za każ​dym ra​zem, gdy się po​ja​wi​‐ ła, po​dob​nie jak 1:265 000 000, co było sza​cun​ko​wą war​to​‐ ścią praw​do​po​do​bień​stwa na ist​nie​nie ta​kiej aste​ro​idy – od pew​ne​go cza​su kwe​stio​no​wa​ną z oczy​wi​stych wzglę​dów – oraz 6,5 km, po​nie​waż na tyle oce​nia​no pod​ów​czas jej roz​‐ miar. Dal​sza część ar​ty​ku​łu z „Scien​ti​fic Ame​ri​can” jest moc​no za​‐ gma​twa​na: sama astro​fi​zy​ka, pe​ry​he​lia i afe​lia, wy​li​cze​nia or​‐ bi​ty i sza​cun​ko​wa elon​ga​cja. Za​czy​nam mieć nie​zły mę​tlik w gło​wie, oczy mnie pie​ką, ale Zell ja​koś dał so​bie z tym radę, prze​ana​li​zo​wał każ​dą wzmian​kę, ro​biąc licz​ne no​tat​ki na każ​‐ dej stro​nie. Pod​li​czał coś na mar​gi​ne​sach, strzał​ka​mi łą​cząc te ra​chun​ki z za​zna​czo​ny​mi sta​ty​sty​ka​mi i war​to​ścia​mi astro​no​‐ micz​ny​mi. Za​my​kam pu​deł​ko z na​le​ży​tą ostroż​no​ścią i spo​glą​dam za okno. Trzy​ma​jąc obie dło​nie na wiecz​ku, opusz​czam wzrok na wy​‐ pi​sa​ne czar​nym fla​ma​strem cy​fry: 12,375. I znów coś czu​ję, nie wiem wpraw​dzie co, ale to czu​ję.

*** – Czy mogę mó​wić z So​phie Lit​tle​john? Je​stem de​tek​tyw Hen​‐ ry Pa​la​ce, dzwo​nię z ko​men​dy po​li​cji w Con​cord. Sły​szę ci​szę, po​tem od​zy​wa się ko​bie​cy głos, w mi​łym z po​zo​‐ ru to​nie wy​czu​wam za​nie​po​ko​je​nie. – To ja. Ale chy​ba coś wam się po​kieł​ba​si​ło. Do​pie​ro co roz​‐ ma​wia​łam z kimś od was. Pan dzwo​ni w spra​wie mo​je​go bra​ta, zga​dza się? Wła​śnie mie​li​śmy wi​zy​tę… Za​rów​no ja, jak i mój mąż po​wie​dzie​li​śmy wszyst​ko, co tyl​ko przy​szło nam do gło​wy. – Wiem o tym, pro​szę pani. – Sie​dzę przy te​le​fo​nie sta​cjo​nar​‐ nym w ko​men​dzie. Bu​du​ję so​bie ob​raz So​phie Lit​tle​john, wy​‐ obra​żam ją so​bie na pod​sta​wie tego, co już wiem, i tonu jej

gło​su. Jest za​nie​po​ko​jo​na, pod​cho​dzi jed​nak do spra​wy pro​fe​‐ sjo​nal​nie, z od​po​wied​nią daw​ką em​pa​tii. – Po​ste​run​ko​wa McCon​nell mia​ła po​in​for​mo​wać pa​nią o śmier​ci bra​ta. Bar​dzo prze​pra​szam, że nie​po​ko​ję po​now​nie, ale jak już wspo​mnia​‐ łem, je​stem de​tek​ty​wem i mu​szę za​dać pani kil​ka py​tań. Gdy to mó​wię, uświa​da​miam so​bie, że w tle sły​chać nie​przy​‐ jem​ny char​kot. Sie​dzą​cy po dru​giej stro​nie po​ko​ju McGul​ly owi​nął so​bie na szyi czar​ny sza​lik i uda​je, że się dusi. Od​wra​cam się do nie​go ple​ca​mi, po​chy​lam moc​niej nad biur​‐ kiem i przy​su​wam słu​chaw​kę do ucha. – Do​ce​niam pań​skie za​an​ga​żo​wa​nie, de​tek​ty​wie – od​zywa się sio​stra Pe​te​ra Zel​la – choć szcze​rze po​wie​dziaw​szy, nie mam po​ję​cia, co jesz​cze mo​gła​bym do​dać. Pe​ter po​peł​nił sa​mo​bój​‐ stwo. Oczy​wi​ście to strasz​ne, ale na​sze dro​gi ro​ze​szły się dość daw​no temu. Ni​g​dy nie by​li​śmy ze sobą zży​ci. Naj​pierw Gom​pers. Po​tem Na​omi Ed​des. A te​raz jego wła​sna sio​stra. Pe​ter Zell miał wo​kół sie​bie masę lu​dzi, z któ​ry​mi nie był szcze​gól​nie bli​sko. – Chcia​łem za​py​tać, czy pani brat mógł mieć ostat​nio ja​kiś po​wód, by na​pi​sać do pani list albo wia​do​mość kie​ro​wa​ną na pani ręce. Po dru​giej stro​nie za​pa​da dłuż​sza ci​sza. – Nie – od​po​wia​da w koń​cu So​phie Lit​tle​john. – Nie. Nic mi o tym nie wia​do​mo. Od​cze​ku​ję mo​ment, wsłu​chu​jąc się w jej od​dech, a po​tem mó​‐ wię: – Jest pani pew​na? – Tak, je​stem pew​na, de​tek​ty​wie. Pro​szę wy​ba​czyć, ale na​‐ praw​dę nie mam te​raz cza​su na roz​mo​wy. Po​chy​lam się jesz​cze moc​niej, nie​mal leżę na biur​ku. Z grzej​‐ ni​ka w ką​cie do​bie​ga me​ta​licz​ny hur​kot. – W ta​kim ra​zie może odłóż​my tę roz​mo​wę do ju​tra – pro​po​‐ nu​ję.

– Do ju​tra? – Tak. Bar​dzo pa​nią prze​pra​szam, ale to dla mnie nie​zwy​kle waż​ne. – Okay – rzu​ca po ko​lej​nej prze​rwie. – Do​brze. Może pan przy​je​chać do nas ju​tro rano? – Mogę. – Na​wet wcze​śnie? Po​wiedz​my za kwa​drans ósma? – Nie ma pro​ble​mu. Będę za pięt​na​ście ósma. Dzię​ku​ję. Chwi​la ci​szy, spo​glą​dam na te​le​fon, za​sta​na​wia​jąc się, czy od​‐ wie​si​ła słu​chaw​kę, czy też za​czy​na​ją się tak​że pro​ble​my z po​‐ łą​cze​nia​mi sta​cjo​nar​ny​mi. McGul​ly, wy​cho​dząc, roz​czo​chru​je mi wło​sy, pod ra​mie​niem dyn​da mu tor​ba spor​to​wa. Jak zwy​kle wy​bie​ra się na krę​gle. – Ko​cha​łam go – sły​szę nie​spo​dzie​wa​nie głos So​phie Lit​tle​‐ john, zdu​szo​ny, lecz mimo to do​no​śny. – Był moim młod​szym bra​tem. Tak bar​dzo go ko​cha​łam. – Z pew​no​ścią, pro​szę pani. Spi​su​ję ad​res, od​kła​dam słu​chaw​kę i przez mo​ment za​sty​gam na krze​śle, wy​glą​da​jąc za okno. Ga​pię się na mar​z​ną​cy deszcz, któ​ry nie​ustan​nie rosi zie​mię. – Ej. Ej, Pa​la​ce! De​tek​tyw An​dre​as kuli się na swo​im krze​śle po dru​giej stro​‐ nie po​ko​ju, pra​wie nie​wi​docz​ny w pół​mro​ku. Nie zda​wa​łem so​‐ bie na​wet spra​wy, że jesz​cze tu jest. – Jak ci leci, Hen​ry? – rzu​ca wy​pra​nym z emo​cji gło​sem. – Świet​nie. A co u cie​bie? – My​ślę o tej da​ją​cej do my​śle​nia pau​zie, o tej chwi​li na​brzmia​łe​go mil​cze​nia. Wie​le bym dał, aby być w gło​wie So​phie Lit​tle​john, gdy za​sta​na​wia​ła się nad po​wo​da​mi, dla któ​rych jej brat na​pi​sał „Dro​ga So​phie” w no​‐ tat​ni​ku. – W po​rząd​ku – od​po​wia​da po​wo​li An​dre​as. – W po​rząd​ku. – Pa​trzy na mnie, uśmie​cha się, my​ślę, że na tym za​koń​czy​li​śmy roz​mo​wę, ale jest ina​czej. – Po​wiem ci szcze​rze – mam​ro​cze,

krę​cąc gło​wą i nie spusz​cza​jąc ze mnie spoj​rze​nia. – Nie wiem, jak ty to ro​bisz. – Co jak ro​bię? Ale on mil​czy, po pro​stu wle​pia we mnie gały, a mnie się zda​je – z tej od​le​gło​ści nie mogę być pe​wien – że do​strze​gam łzy, wiel​kie ka​łu​że sto​ją​cej wody wy​peł​nia​ją​ce prze​strzeń pod po​‐ wie​ka​mi. Od​wra​cam wzrok z po​wro​tem do okna, po​nie​waż nie wiem, co mógł​bym po​wie​dzieć. To​tal​nie tego nie wiem.

4. Mrok sy​pial​ni wy​peł​nia prze​raź​li​wy dźwięk, erup​cja wstrzą​sa​‐ ją​ce​go wrza​sku, więc sia​dam na łóż​ku, tak​że drąc się wnie​bo​‐ gło​sy. Ka​ta​klizm nad​cią​gnął, a ja nie je​stem na nie​go go​to​wy. Ser​ce pęka mi w pier​si, po​nie​waż za​gła​da na​de​szła wcze​śniej, niż po​win​na, dzie​je się tu i te​raz. Ale to tyl​ko te​le​fon. Te upior​ne dźwię​ki to tyl​ko dzwo​nek sta​‐ cjo​nar​ne​go apa​ra​tu. Je​stem spo​co​ny, przy​ci​skam dłoń do pier​‐ si, drżąc ra​zem z le​żą​cym na pod​ło​dze cien​kim ma​te​ra​cem, któ​ry na​zy​wam łóż​kiem. To tyl​ko mój głu​pi te​le​fon. – Halo. – Hank? Co ro​bisz? – Jak to co ro​bię? – Zer​kam na ze​ga​rek, jest za kwa​drans pią​‐ ta. – Śpię. To zna​czy spa​łem i śni​łem o… – Prze​pra​szam. Wy​bacz, ale po​trze​bu​ję two​jej po​mo​cy, na​‐ praw​dę, Hen​ny. Od​dy​cham głę​biej, pot na moim czo​le chłod​nie​je, a prze​ra​że​‐ nie prze​ra​dza się w iry​ta​cję. No tak. Moja sio​stra jest je​dy​ną oso​bą, któ​ra może za​dzwo​nić o pią​tej nad ra​nem. Poza tym tyl​ko ona mówi na mnie Hen​ny, uży​wa​jąc tego okrop​ne​go prze​zwi​ska z dzie​ciń​stwa. Za​kra​wa ono na pseu​do​nim wo​de​‐ wi​lo​we​go ak​to​rzy​ny albo na​zwę przy​głu​pie​go pta​ka. – Gdzie je​steś, Nico? – py​tam gło​sem ochry​płym od za​spa​nia. – Wszyst​ko w po​rząd​ku? – Je​stem w domu. Nosi mnie strasz​nie. W domu, czy​li w miej​scu, gdzie się wy​cho​wa​li​śmy, gdzie Nico na​dal miesz​ka. Nasz dzia​dek wy​re​mon​to​wał wznie​sio​ne z czer​wo​nej ce​gły za​bu​do​wa​nia far​my zaj​mu​ją​cej pół​to​ra akra

wzgórz przy Lit​tle Pond Road. Skła​dam w my​ślach całą li​ta​nię po​wo​dów, dla któ​rych moja sio​stra dzwo​ni rano o tej nie​ludz​‐ kiej po​rze. Po​trze​bu​je pie​nię​dzy. Albo pod​wóz​ki. Ostat​nim ra​‐ zem „skra​dzio​no” jej ro​wer, co zna​czy, że po​ży​czy​ła go przy​ja​‐ ciół​ce, czy​taj przy​god​nej oso​bie po​zna​nej na ja​kiejś im​pre​zie, i wszel​ki ślad po nim za​gi​nął. – Mów, co się dzie​je. – Cho​dzi o De​re​ka. Nie wró​cił na noc. Od​kła​dam słu​chaw​kę, po​tem ci​skam apa​ra​tem o pod​ło​gę i pró​bu​ję znów za​snąć.

*** Śni​łem o mo​jej dziew​czy​nie z li​ceum, Ali​son Ko​ech​ner. We śnie Ali​son i ja trzy​ma​my się za ręce, idąc wol​nym kro​‐ kiem przez uro​czy za​ką​tek cen​trum Por​t​land w sta​nie Ma​ine. Oglą​da​my wy​sta​wę mi​ja​ne​go an​ty​kwa​ria​tu. Ali​son przy​tu​la się de​li​kat​nie do mo​je​go ra​mie​nia, czu​ję na szyi ła​sko​ta​nie jej zmierz​wio​nych wło​sów w od​cie​niu ru​dej or​chi​dei. Jemy lody, śmie​je​my się do roz​pu​ku z żar​tu, któ​ry tyl​ko my ro​zu​mie​my, za​sta​na​wia​my się, na jaki film pój​dzie​my. To je​den z tych snów, do któ​rych bar​dzo trud​no po​wró​cić, na​‐ wet je​śli szyb​ko za​śniesz, a ja nie mogę zmru​żyć oka.

*** Za dwa​dzie​ścia ósma jest już ja​sno, ale wciąż bar​dzo zim​no. Klu​czę po Pill Hill, zmie​rza​jąc w kie​run​ku eks​klu​zyw​ne​go osie​‐ dla ota​cza​ją​ce​go miej​sco​wy szpi​tal. To tam, w przy​tul​nych do​‐ mach utrzy​ma​nych w sty​lu ko​lo​nial​nym, miesz​ka​ją le​ka​rze, pie​lę​gniar​ki i cała resz​ta per​so​ne​lu. Ostat​ni​mi cza​sy wie​le tu​‐ tej​szych ulic jest pa​tro​lo​wa​nych przez pry​wat​ne agen​cje ochro​ny. Płasz​cze ochro​nia​rzy wy​brzu​sza​ją się na ukry​tej bro​‐ ni, przez co oko​li​ca przy​po​mi​na sto​li​cę pań​stwa Trze​cie​go Świa​ta. Jed​nak​że przed do​mem nu​mer czter​na​ście na Thay​er

Pond Road nie ma straż​ni​ka, chro​ni go tyl​ko traw​nik po​kry​ty dzie​wi​czą bie​lą śnie​gu, któ​ry spadł mi​nio​nej nocy. Czu​ję opo​ry przed za​dep​ta​niem go śla​da​mi swo​ich bu​tów, gdy zmie​rzam pro​sto do drzwi fron​to​wych. So​phie Lit​tle​john nie ma w domu. Mu​sia​ła wyjść wcześ​niej, by ode​brać nie​pla​no​wa​ny po​ród w szpi​ta​lu, za co jej mąż wy​‐ lew​nie mnie prze​pra​sza. Wy​szedł na ga​nek w spodniach kha​ki i gol​fie. Miły męż​czy​zna o rów​no przy​cię​tej zło​ta​wej bród​ce z kub​kiem aro​ma​tycz​nie pach​ną​cej her​ba​ty w ręce wy​ja​śnia mi, że So​phie ma nie​nor​mo​wa​ny czas pra​cy, zwłasz​cza te​raz, gdy więk​szość po​łoż​nych z jej od​dzia​łu się po​zwal​nia​ła. – Ale nie ona, co to, to nie. Zde​cy​do​wa​ła, że bę​dzie po​ma​gać swo​im pa​cjent​kom do sa​me​go koń​ca. A może mi pan wie​rzyć, że po​mi​mo wszyst​ko nie bra​ku​je ro​dzą​cych. Tak przy oka​zji, Erik je​stem. Wej​dzie pan na mo​ment? – Wy​glą​da na lek​ko za​‐ sko​czo​ne​go, gdy od​po​wia​dam, że ow​szem, tak. – Och… Okay. To… świet​nie. – Cofa się do sa​lo​nu i za​pra​sza mnie sze​ro​kim ge​stem. Rzecz w tym, że wsta​łem i ubra​łem się dwie go​dzi​ny wcze​‐ śniej, po​nie​waż nie mo​głem się do​cze​kać ko​lej​nych in​for​ma​cji na te​mat Pe​te​ra Zel​la, a jego szwa​gier musi prze​cież coś o nim wie​dzieć. Lit​tle​john wpro​wa​dza mnie do środ​ka, od​bie​ra ode mnie płaszcz i wie​sza go obok swo​je​go. – Na​pi​je się pan her​ba​ty? – Nie, dzię​ku​ję. Nie chcę za​bie​rać panu zbyt wie​le cza​su. – I do​brze, bo nie​wie​le mi go już zo​sta​ło – od​po​wia​da, pusz​‐ cza​jąc do mnie przy​jaź​nie oko, aby mi nie umknę​ło, że to tyl​ko żar​to​bli​wa uwa​ga. – Mu​szę od​pro​wa​dzić syna do szko​ły, a o dzie​wią​tej sam za​czy​nam dy​żur w szpi​ta​lu. Wska​zu​je mi fo​tel i sam też sia​da wy​god​nie, krzy​żu​jąc nogi. Ma sze​ro​ką, przy​jem​ną twarz, sze​ro​kie, bu​dzą​ce za​ufa​nie

usta. Ema​nu​je z nie​go siła, ale nie czu​ję za​gro​że​nia, jest jak przy​ja​zny lew z kre​sków​ki, sym​pa​tycz​ny prze​wod​nik sta​da. – By​cie po​li​cjan​tem w ta​kich cza​sach to chy​ba trud​ny ka​wa​‐ łek chle​ba. – Ow​szem. Pan pra​cu​je w szpi​ta​lu? – Tak. Już od dzie​wię​ciu lat. Je​stem dy​rek​to​rem Od​dzia​łu Usług Du​cho​wych. – Aha. A co to ta​kie​go? – Hm. – Lit​tle​john po​chy​la się ku mnie, spla​ta pal​ce, wi​dać, że jest za​do​wo​lo​ny z tego, że py​tam. – Każ​dy, kto prze​kra​cza pro​gi szpi​ta​la, po​trze​bu​je cze​goś wię​cej niż tyl​ko fi​zycz​nej ku​‐ ra​cji. Mó​wię tu nie tyl​ko o pa​cjen​tach, ale tak​że o ich ro​dzi​‐ nach, przy​ja​cio​łach i tak, na​wet o le​ka​rzach i pie​lę​gniar​kach. – Wy​ra​ża to wszyst​ko zwięź​le, ja​sno, szyb​ko i bez wa​ha​nia. – Moja pra​ca po​le​ga na za​ję​ciu się ich po​trze​ba​mi du​cho​wy​mi, ja​kie​kol​wiek by one były. Jak pan się słusz​nie do​my​śla, ostat​ni​‐ mi cza​sy by​wam prze​pra​co​wa​ny. Na​dal uśmie​cha się pew​nie, lecz w sło​wie „prze​pra​co​wa​ny” wy​chwy​tu​ję zna​jo​me echa, za​uwa​żam je też w jego wy​ra​zi​‐ stym spoj​rze​niu: wy​czer​pa​nie, dłu​gie noce bez chwi​li wy​‐ tchnie​nia, gdy nie​sie uko​je​nie skon​ster​no​wa​nym, prze​ra​żo​nym i cho​rym. Ką​tem oka do​strze​gam prze​bły​ski prze​rwa​ne​go snu, jak​by pięk​na Ali​son Ko​ech​ner sie​dzia​ła obok mnie, spo​glą​da​jąc za okno na przy​pró​szo​ne śnie​giem krze​wy i drze​wa. – Ale… – Lit​tle​john chrzą​ka na​gle, zer​ka​jąc zna​czą​co na mój błę​kit​ny bru​lion i dłu​go​pis, któ​re trzy​mam przez cały czas na ko​la​nach. – Przy​szedł pan, by po​roz​ma​wiać o Pe​te​rze. – Zga​dza się, pro​szę pana. Za​nim zdą​żę za​dać kon​kret​ne py​ta​nie, Lit​tle​john za​czy​na mó​‐ wić tym sa​mym to​nem co przed​tem, szyb​ko i pew​nie. Opo​wia​‐ da mi o tym, jak jego żona i jej brat do​ra​sta​li tu​taj, w za​chod​‐ niej czę​ści Con​cord, opo​dal miej​sca, w któ​rym te​raz sie​dzi​my.

Ich mat​ka zmar​ła dwa​na​ście lat temu na raka, a oj​ciec prze​by​‐ wa obec​nie – z po​wo​du pro​ble​mów ze zdro​wiem – w domu spo​koj​nej sta​ro​ści Ple​asant View. Do tego do​szły ostat​nio pierw​sze sta​dia de​men​cji, co jest smut​ne, bar​dzo smut​ne, ale wi​docz​nie taki był bo​ski plan wzglę​dem nie​go. Pe​ter i So​phie, wy​ja​śnia, ni​g​dy nie byli so​bie spe​cjal​nie bli​scy, na​wet w dzie​ciń​stwie. Ona była ty​po​wą chłop​czy​cą, eks​tra​‐ wer​tycz​ką, on za​mknię​tym w so​bie ner​wu​sem. Od​kąd obo​je pod​ję​li pra​cę, a So​phie za​ło​ży​ła ro​dzi​nę, spo​ty​ka​li się tyl​ko z rzad​ka. – Gdy to wszyst​ko się za​czę​ło, pró​bo​wa​li​śmy z nim od​no​wić kon​takt, co chy​ba zro​zu​mia​łe, ale bez spe​cjal​nych suk​ce​sów. Chy​ba zna​lazł się na za​krę​cie. Spo​glą​dam na nie​go, wstrzy​mu​jąc wy​pro​sto​wa​nym pal​cem po​tok ko​lej​nych słów. – Co to zna​czy: „na za​krę​cie”? Na​bie​ra po​wie​trza do płuc, jak​by się za​sta​na​wiał, czy po​wi​‐ nien kon​ty​nu​ować tę myśl, a ja znów po​chy​lam się nad bru​lio​‐ nem, trzy​ma​jąc dłu​go​pis w po​go​to​wiu. – Cóż, pro​szę po​słu​chać. Mu​szę panu wy​znać, że był ostat​ni​‐ mi cza​sy nie​zwy​kle po​ru​szo​ny. Prze​chy​lam gło​wę. – Stłam​szo​ny czy po​ru​szo​ny? – A co po​wie​dzia​łem? – Że był po​ru​szo​ny. – Chcia​łem po​wie​dzieć „stłam​szo​ny” – stwier​dza Lit​tle​john. – Wy​ba​czy mi pan na se​kund​kę? Wsta​je, za​nim zdą​żę otwo​rzyć usta, i prze​cho​dzi na dru​gi kra​niec po​ko​ju, po​zwa​la​jąc mi zaj​rzeć do ja​snej, za​dba​nej kuch​ni: do​strze​gam rząd wi​szą​cych garn​ków, lśnią​cą lo​dów​kę ozdo​bio​ną ma​gne​sa​mi chy​ba wszyst​kich li​ter al​fa​be​tu, ja​ki​miś do​ku​men​ta​mi i dzie​cię​cy​mi ry​sun​ka​mi.

Lit​tle​john za​trzy​mu​je się u stóp scho​dów, pod​no​si gra​na​to​wy ple​cak i parę dzie​cię​cych ły​żew ho​ke​jo​wych, któ​re jego syn prze​wie​sił przez ba​lu​stra​dę. – Szo​ru​je​my już ząb​ki, Kyle?! – woła. – Mamy dzie​więć mi​nut spóź​nie​nia! Od​po​wia​da mu pi​skli​we: „Okay, tato”, po czym roz​le​ga się tu​‐ pot ma​łych stóp, mo​ment póź​niej z góry do​bie​ga naj​pierw chlu​pot wody z od​krę​ca​ne​go kra​nu, a po​tem uci​sza​ją​ce go trza​śnię​cie drzwi. Fo​to​gra​fia z ko​mo​dy Zel​la, uśmie​cha​ją​cy się nie​śmia​ło chło​pak. Szko​ły w Con​cord po​zo​sta​ły otwar​te, z tego, co wiem. Chy​ba pi​sa​li o tym w „Mo​ni​to​rze”. Od​da​ny per​so​nel. Na​uka dla na​uki. A może ra​czej sztu​ka dla sztu​ki? Na​wet na zdję​ciach w ga​ze​cie było wi​dać, że kla​sy są w po​ło​‐ wie pu​ste. Może na​wet w trzech czwar​tych. Lit​tle​john sia​da po​now​nie w fo​te​lu, prze​cze​su​je pal​ca​mi wło​‐ sy. Łyż​wy trzy​ma na ko​la​nach. – Dzie​cia​ki po​win​ny się ba​wić. Kyle ma dzie​sięć lat, a jeź​dzi już jak Mes​sier, po​waż​nie. Kie​dyś za​gra w NHL i za​ro​bię na nim mi​lio​ny. – Uśmie​cha się pod no​sem. – W rów​no​le​głym wszech​świe​cie. Na czym sta​nę​li​śmy? – Opi​sy​wał mi pan stan psy​chicz​ny szwa​gra. – Zga​dza się. Urzą​dzi​li​śmy la​tem nie​wiel​ką im​pre​zę. Zro​bi​‐ łem gril​la, wie pan, hot dogi, piw​ko. Wszyst​ko co trze​ba. Pe​ter ni​g​dy nie był spe​cjal​nie to​wa​rzy​ski, ale tam​te​go dnia zro​zu​‐ mia​łem, że cier​pi na de​pre​sję. Był tam, ale za​ra​zem go nie było, wie pan, o czym mó​wię. – Lit​tle​john na​bie​ra głę​biej tchu, roz​glą​da się bo​jaź​li​wie po po​ko​ju, jak​by się spo​dzie​wał, że pod​słu​chu​je nas duch Pe​te​ra Zel​la. – Praw​dę po​wie​dziaw​szy, po tam​tym dniu wo​le​li​śmy, aby nie krę​cił się przy Kyle’u. Sam kry​zys od​bi​ja się moc​no na chłop​cu… – Głos mu się ła​mie, musi od​chrząk​nąć, by kon​ty​nu​ować. – Prze​pra​szam. Po​ta​ku​ję, nie prze​sta​jąc pi​sać, mój umysł pra​cu​je na naj​wyż​‐ szych ob​ro​tach.

Co my tu mamy? Mamy fa​ce​ta, któ​ry w pra​cy stwa​rza po​zo​ry nie​wzru​szo​ne​go nad​cią​ga​ją​cą za​gła​dą, ci​che​go, cho​dzą​ce​go ze zwie​szo​ną gło​wą, nie re​agu​ją​ce​go na za​gro​że​nie poza jed​‐ nym wy​jąt​kiem, gdy wy​bu​cha w Hal​lo​we​en. Po​tem do​wia​du​ję się, że gość cho​mi​ku​je wszyst​kie in​for​ma​cje o aste​ro​idzie, ja​‐ kie moż​na zna​leźć, że pry​wat​nie ma ob​se​sję na punk​cie tego, cze​go pu​blicz​nie niby nie za​uwa​ża. W do​dat​ku, je​śli wie​rzyć jego szwa​gro​wi, poza go​dzi​na​mi pra​cy wy​da​wał się nie tyl​ko po​ru​szo​ny, ale wręcz przy​bi​ty. Ja​‐ wił się jako czło​wiek, któ​ry mógł​by się tar​gnąć na wła​sne ży​‐ cie. Och, Pe​ter, my​ślę. Co się za tym wszyst​kim kry​je, przy​ja​cie​‐ lu? – Czy to jego przy​gnę​bie​nie, ta de​pre​sja, nie ustą​pi​ło ostat​ni​‐ mi cza​sy? – O nie. Nie​ste​ty. Wręcz prze​ciw​nie. Po​gor​szy​ło mu się, i to bar​dzo, mniej wię​cej w stycz​niu. Kie​dy do​szło do osta​tecz​ne​go po​twier​dze​nia. Osta​tecz​ne po​twier​dze​nie. Czy​li wy​wiad Tol​ki​na. Wto​rek, trze​ci stycz​nia. Nad​zwy​czaj​ne wy​da​nie „Ra​por​tu spe​cjal​ne​go” CBS zgro​ma​dzi​ło na ca​łym świe​cie po​nad mi​liard sześć​set mi​‐ lio​nów wi​dzów. Cze​kam chwi​lę w mil​cze​niu, wsłu​chu​jąc się w ener​gicz​ny tu​pot bie​ga​ją​ce​go nad na​szy​mi gło​wa​mi Kyle’a. Mo​ment póź​niej po​dej​mu​ję de​cy​zję; a co mi tam, wy​cią​gam z kie​sze​ni na pier​si zło​żo​ną kart​kę i po​da​ję ją Lit​tle​joh​no​wi. – Co może mi pan o tym po​wie​dzieć? Pa​trzę, jak czy​ta. „Dro​ga So​phie”. – Skąd pan to ma? – Czy roz​po​zna​je pan pi​smo Pe​te​ra Zel​la? – Ja​sne. To zna​czy chy​ba tak. Jak już wspo​mnia​łem… – plą​cze się. – Nie znał go pan aż tak do​brze. – Zga​dza się.

– Za​nim zgi​nął, za​mie​rzał na​pi​sać o czymś do pań​skiej żony, ale naj​wy​raź​niej zmie​nił zda​nie. Wie pan, o co mo​gło mu cho​‐ dzić? – Może to coś w ro​dza​ju li​stu po​że​gnal​ne​go? Nie​ukoń​czo​ne​‐ go, rzecz ja​sna. – Pod​no​si wzrok, spo​glą​da mi w oczy. – No bo co in​ne​go? – Nie wiem – od​po​wia​dam, wsta​jąc i cho​wa​jąc bru​lion. – Dzię​ku​ję za po​świę​co​ny mi czas. Mam proś​bę: gdy​by mógł pan uprze​dzić żonę, że za​dzwo​nię jesz​cze, by umó​wić się z nią na na​stęp​ne spo​tka​nie. Lit​tle​john tak​że wsta​je, stro​sząc brwi. – Musi pan z nią roz​ma​wiać? – Tak. – Ro​zu​miem. – Kiwa gło​wą, wzdy​cha​jąc. – To dla niej nie​ła​‐ twe. Mó​wię o tym wszyst​kim. Ale oczy​wi​ście uprze​dzę ją. Wsia​dam do che​vro​le​ta, lecz ni​g​dzie nie jadę, na to jesz​cze za wcze​śnie. Cze​kam przed do​mem oko​ło mi​nu​ty, do chwi​li, aż Lit​tle​john wy​pro​wa​dzi Kyle’a na za​śnie​żo​ny traw​nik wy​glą​da​‐ ją​cy tak, jak​by ktoś ozdo​bił go wa​ni​lio​wą po​le​wą. Nie​zdar​ne​‐ go dzie​się​cio​lat​ka w za du​żych bu​tach, z łok​cia​mi ster​czą​cy​mi z pod​ka​sa​nych rę​ka​wów wia​trów​ki. Pa​mię​tam, że gdy pa​trzy​łem na jego zdję​cie w domu Zel​la, wy​dał mi się nie​spe​cjal​nie ład​nym dziec​kiem. Te​raz jed​nak mu​szę zre​wi​do​wać ten po​gląd, po​nie​waż wi​dzę go oczy​ma ojca; oto ksią​żąt​ko tań​czą​ce o pierw​szym brza​sku na dzie​wi​‐ czym śnie​gu.

*** Od​jeż​dża​jąc, roz​my​ślam o wy​wia​dzie Tol​ki​na, wy​obra​żam so​‐ bie re​ak​cję Pe​te​ra tam​te​go wie​czo​ra. Jest trze​ci stycz​nia, wto​rek, Zell wró​cił z pra​cy, usiadł w ste​‐ ryl​nie sza​rym sa​lo​nie i gapi się na ekran te​le​wi​zo​ra.

Dru​gie​go stycz​nia aste​ro​ida 2011GV1, zna​na tak​że jako Maja, wy​nu​rzy​ła się w koń​cu zza Słoń​ca i znów dało się ją ob​‐ ser​wo​wać z Zie​mi. Zna​la​zła się wresz​cie na tyle bli​sko i była tak ja​sna, że na​ukow​cy mo​gli się jej do​brze przyj​rzeć i po​znać całą praw​dę. Na​pły​wa​ły dane z ko​lej​nych ob​ser​wa​cji, zbie​ra​‐ no je i prze​twa​rza​no w jed​nym ośrod​ku, w La​bo​ra​to​rium Na​‐ pę​du Od​rzu​to​we​go NASA miesz​czą​cym się w ka​li​for​nij​skiej Pa​sa​de​nie. Szan​se, od wrze​śnia okre​śla​ne jako pół na pół, mia​‐ ły się lada mo​ment oka​zać stu​pro​cen​to​we lub ze​ro​we. Za​tem Pe​ter Zell sie​dzi na so​fie w swo​im sa​lo​nie, ma​jąc przed sobą naj​now​sze ar​ty​ku​ły na te​mat aste​ro​idy, cze​ka​jąc, aż wszyst​kie te na​uko​we dys​ku​sje, wszyst​kie mo​dli​twy za​koń​‐ czą się jed​no​znacz​nym wy​ni​kiem – tak czy nie. CBS zdo​by​ło pra​wa do wy​łącz​nej trans​mi​sji na cały świat. Może i zbli​żał się ko​niec świa​ta, ale gdy​by jed​nak nie na​stą​pił, sta​cja dzię​ki temu za​bie​go​wi czer​pa​ła​by pro​fi​ty jesz​cze przez wie​le de​kad. Naj​pierw po​ka​za​no dłu​gi wstęp, kon​cen​tru​jąc się na sze​fie ze​spo​łu ba​da​czy, Le​onar​dzie Tol​ki​nie, czło​wie​ku, któ​‐ ry nad​zo​ro​wał całe to ra​cho​wa​nie. Oznaj​mię lu​dziom do​brą no​wi​nę, obie​cy​wał trzy ty​go​dnie wcze​śniej Da​vi​do​wi Let​ter​‐ ma​no​wi, jak zwy​kle z krzy​wym uśmie​chem na twa​rzy. Bla​dy oku​lar​nik w bia​łym ki​tlu, naj​waż​niej​szy rzą​do​wy astro​nom. Na ekra​nach w dol​nym le​wym rogu wi​dzie​li​śmy od​li​cza​ją​cy czas ti​mer, w tle wi​dać było uję​cia Tol​ki​na prze​cha​dza​ją​ce​go się ko​ry​ta​rza​mi in​sty​tu​tu, za​pi​su​ją​ce​go coś kre​dą na ta​bli​‐ cach, po​chy​la​ją​ce​go się wraz z pod​wład​ny​mi nad mo​ni​to​ra​mi kom​pu​te​rów. Jest też sa​mot​ny, ni​ski, brzu​cha​ty Zell sie​dzą​cy w swo​im sa​lo​‐ nie, oglą​da​ją​cy to wszyst​ko w kom​plet​nej ci​szy, oto​czo​ny ar​ty​‐ ku​ła​mi, z oku​la​ra​mi na no​sie i dłoń​mi spo​czy​wa​ją​cy​mi na udach. Pro​gram idzie na żywo, pro​wa​dzi go Scott Pel​ley, po​waż​ny fa​‐ cet o kwa​dra​to​wej szczę​ce, si​wych wło​sach i za​tro​ska​nym te​‐

le​wi​zyj​nym ob​li​czu. Pel​ley ob​ser​wu​je w imie​niu ca​łe​go świa​ta, jak Tol​kin wy​cho​dzi z de​cy​du​ją​ce​go spo​tka​nia, nio​sąc na​rę​cze kar​to​no​wych te​czek, po​pra​wia oku​la​ry w ro​go​wej opra​wie i za​czy​na łkać. Te​raz, ja​dąc po​wo​li w kie​run​ku So​mer​set Di​ner, pró​bu​ję so​‐ bie uzmy​sło​wić, co mógł czuć ktoś inny, pró​bu​ję po​jąć, cze​go do​świad​czał w tym wła​śnie mo​men​cie Pe​ter Zell. Pel​ley po​chy​‐ la się i za​da​je w imie​niu ca​łe​go świa​ta ab​sur​dal​ne py​ta​nie: – Pro​szę po​wie​dzieć, dok​to​rze, ja​kie mamy szan​se? Mało bra​ku​je, a roz​trzę​sio​ny Le​onard Tol​kin wy​buch​nął​by śmie​chem. – Szan​se? Nie mamy żad​nych szans. Po​tem za​czy​na mó​wić, beł​ko​tać wła​ści​wie, o tym, jak mu jest przy​kro w imie​niu ca​łej spo​łecz​no​ści astro​no​mów, że cze​goś ta​kie​go nie spo​sób było prze​wi​dzieć, że jego lu​dzie prze​stu​‐ dio​wa​li każ​dy sce​na​riusz – nie​wiel​ki obiekt, mało cza​su, wiel​ki obiekt, dużo cza​su – ale cze​goś ta​kie​go nikt z nich so​bie na​wet nie wy​obra​żał. Oto mamy obiekt z nie​mal ide​al​nym pe​ry​he​‐ lium, o tak nad​mier​nie wy​dłu​żo​nej elip​tycz​nej or​bi​cie, do tego tak osza​ła​mia​ją​co ogrom​ny. Szan​se, że coś ta​kie​go ist​nie​je, są prak​tycz​nie ze​ro​we. Scott Pel​ley gapi się na nie​go z otwar​tą gębą, a lu​dzie na ca​łym świe​cie roz​pa​cza​ją albo wpa​da​ją w hi​‐ ste​rię. Skoń​czy​ły się nie​ja​sno​ści, skoń​czy​ły się wąt​pli​wo​ści. Od​tąd była to już tyl​ko kwe​stia cza​su. Ry​zy​ko zde​rze​nia z Zie​mią zo​‐ sta​ło wy​li​czo​ne na sto pro​cent. Do ka​ta​stro​fy doj​dzie trze​cie​‐ go paź​dzier​ni​ka. Ludz​kość nie ma żad​nych szans. Wie​le osób po​zo​sta​ło przed te​le​wi​zo​ra​mi na​wet po za​koń​cze​‐ niu pro​gra​mu, by słu​chać eks​per​tów, pro​fe​so​rów astro​no​mii i po​li​ty​ków, któ​rzy ją​ka​jąc się i łka​jąc, za​prze​cza​li so​bie wza​‐ jem​nie na każ​dym ka​na​le ka​blów​ki. Lu​dzie cze​ka​li na pre​zy​‐ den​ta i obie​ca​ne orę​dzie do na​ro​du, któ​re usły​sze​li do​pie​ro na​stęp​ne​go dnia w po​łu​dnie. Wie​le osób po​gna​ło do te​le​fo​nów,

by skon​tak​to​wać się z naj​bliż​szy​mi, choć li​nie były prze​cią​żo​‐ ne i to się nie zmie​ni​ło przez cały na​stęp​ny ty​dzień. Byli też tacy, co wy​szli na uli​ce, nie zwa​ża​jąc na siar​czy​ste stycz​nio​we mro​zy, by ubo​le​wać ra​zem z są​sia​da​mi i przy​pad​ko​wy​mi prze​‐ chod​nia​mi bądź po​peł​niać roz​ma​ite wy​kro​cze​nia i akty wan​da​‐ li​zmu – trend ten utrzy​mał się, przy​naj​mniej w oko​li​cach Con​‐ cord, i do​pro​wa​dził do fali za​mie​szek w Świę​to Pre​zy​den​tów. Ja oso​bi​ście wy​łą​czy​łem te​le​wi​zor i po​sze​dłem do pra​cy. By​‐ łem de​tek​ty​wem do​pie​ro od czte​rech ty​go​dni, pra​co​wa​łem wła​śnie nad spra​wą pew​ne​go pod​pa​la​cza, a poza tym ży​wi​łem po​waż​ne – i jak się oka​za​ło, uza​sad​nio​ne – po​dej​rze​nia, że na​‐ stęp​ny dzień na ko​men​dzie oka​że się ist​nym pie​kłem. Py​ta​nie jed​nak: jak po​stą​pił Pe​ter Zell? Co zro​bił, gdy wy​wiad do​biegł koń​ca? Do kogo za​dzwo​nił? Moje usta​le​nia po​zwa​la​ją stwier​dzić, że Zell mimo ukry​wa​nia się za ma​ską obo​jęt​no​ści od sa​me​go po​cząt​ku sil​nie prze​ży​wał moż​li​wość nie​od​le​głej za​gła​dy Zie​mi. Nie​trud​no więc od​gad​‐ nąć, że gdy otrzy​mał po​twier​dze​nie tego fak​tu pa​mięt​nej nocy trze​cie​go stycz​nia w trak​cie au​dy​cji te​le​wi​zyj​nej, do​tych​cza​so​‐ we przy​gnę​bie​nie prze​isto​czy​ło się w naj​czyst​szą de​pre​sję. Ugi​nał kark pod jej brze​mie​niem przez ko​lej​ne je​de​na​ście ty​‐ go​dni, by dwie noce temu po​wie​sić się na pa​sku. Dla​cze​go więc jeż​dżę po Con​cord, za​sta​na​wia​jąc się, kto go za​bił? Tra​fiam na par​king przed So​mer​set Di​ner, knajp​ką, któ​ra przy​cup​nę​ła u zbie​gu ulic Clin​ton, Po​łu​dnio​wej i Do​wning. Przy​glą​dam się śnie​go​wi na​ru​szo​ne​mu sto​pa​mi prze​chod​niów i ko​ła​mi ro​we​rów. Po​rów​nu​ję tę sza​ro​bu​rą bre​ję z nie​ska​zi​tel​‐ ną bie​lą traw​ni​ka przed do​mem Lit​tle​joh​nów. Je​śli So​phie na​‐ praw​dę zo​sta​ła we​zwa​na tego ran​ka do po​ro​du, mu​sia​ła wy​‐ strze​lić się z ka​ta​pul​ty albo te​le​por​to​wać z domu.

***

Ścia​ny knajp​ki, za​raz przy wej​ściu, są ude​ko​ro​wa​ne zdję​cia​‐ mi kan​dy​da​tów na pre​zy​den​ta wy​mie​nia​ją​cych uści​ski z Bo​‐ bem Ga​lic​kim, by​łym wła​ści​cie​lem tego lo​ka​lu, nie​ste​ty już nie​ży​ją​cym. Jest na nich zie​mi​sty Dick Ni​xon, jest sztyw​ny i moc​no nie​prze​ko​nu​ją​cy John Ker​ry, któ​re​go wy​su​nię​ta ręka przy​po​mi​na szta​che​tę wy​ła​ma​ną z ogro​dze​nia. Jest John McCa​in szcze​rzą​cy wszyst​kie zęby ni​czym tru​pia czasz​ka. Do tego nie​sa​mo​wi​cie mło​dy, nie​sa​mo​wi​cie przy​stoj​ny i ska​za​ny na śmierć John F. Ken​ne​dy. Z gło​śni​ków w kuch​ni do​bie​ga mu​zy​ka Boba Dy​la​na, chy​ba ja​kiś ka​wa​łek ze Stre​et-Le​gal, co zna​czy, że przy ga​rach urzę​‐ du​je dzi​siaj Mau​ri​ce. To do​brze wró​ży mo​je​mu lun​cho​wi. – Sia​daj, gdzie chcesz, ko​cha​nień​ki – mówi Ruth-Ann, prze​‐ bie​ga​jąc obok mnie z dzban​kiem kawy. Jej ręce są strasz​nie wy​chu​dłe, ale wciąż sil​ne, pal​ce trzy​ma​‐ ją pew​nie gru​by czar​ny uchwyt dzban​ka. Gdy przy​cho​dzi​łem tu​taj w cza​sach li​ceum, żar​to​wa​li​śmy ze sta​ro​żyt​no​ści RuthAnn, za​sta​na​wia​jąc się, czy zo​sta​ła za​trud​nio​na do tej ro​bo​ty czy też ra​czej obu​do​wa​no ją tą re​stau​ra​cją. To było całe dzie​‐ sięć lat temu. Odło​żyw​szy na bok ja​dło​spis, po​pi​jam kawę i ukrad​kiem przy​‐ glą​dam się twa​rzom po​zo​sta​łych klien​tów, sza​cu​jąc re​la​tyw​ny po​ziom me​lan​cho​lii w ich spoj​rze​niach, na ich po​grą​żo​nych w szo​ku ob​li​czach. Para sta​rusz​ków szep​cze coś do sie​bie zgar​bio​na nad czar​ka​mi zupy. Dziew​czy​na, co naj​wy​żej dzie​‐ więt​na​sto​let​nia, moc​no roz​trzę​sio​na, te​le​pie bla​dym dziec​‐ kiem sie​dzą​cym jej na ko​la​nach. Tłu​sty biz​nes​men mie​rzy gniew​nym spoj​rze​niem kar​tę dań, mam​la​jąc cy​ga​ro. Wła​ści​wie wszy​scy palą, pod każ​dą lam​pą wi​dać siną za​wie​si​‐ nę dymu. Zno​wu jest tak jak kie​dyś, w cza​sach sprzed za​ka​zu pa​le​nia w miej​scach pu​blicz​nych, co aku​rat go​rą​co po​pie​ra​łem jako je​dy​ny nie​pa​lą​cy z ca​łej kla​sy. Prze​pis ten nie zo​stał wpraw​dzie uchy​lo​ny, lecz nikt go już nie prze​strze​ga, a nam,

po​li​cjan​tom, na​ka​za​no od​wra​cać wzrok, gdy za​uwa​ży​my po​‐ dob​ne na​ru​sze​nie pra​wa. Ob​ra​cam w pal​cach sztuć​ce, po​pi​jam kawę i roz​my​ślam. Tak, pa​nie Do​tseth, to praw​da, że ostat​ni​mi cza​sy wie​le osób cier​pi na de​pre​sję i że nie​ma​ło z nich ode​bra​ło so​bie ży​cie. Jed​nak​że ja, jako od​po​wie​dzial​ny funk​cjo​na​riusz po​li​cji, nie mogę uznać tych oko​licz​no​ści za do​wód i za​kwa​li​fi​ko​wać Pe​te​‐ ra Zel​la jako 10-54S. Gdy​by sam fakt ry​chłej za​gła​dy Zie​mi zmu​szał lu​dzi do po​peł​nia​nia sa​mo​bójstw, ta knaj​pa świe​ci​ła​by pust​ka​mi. Con​cord by​ło​by wy​mar​łym mia​stem. Maja nie mia​‐ ła​by kogo za​bi​jać, po​nie​waż wszy​scy by​li​by​śmy już mar​twi. – Omlet z trzech jaj? – I tost z peł​no​ziar​ni​ste​go pie​czy​wa – mó​wię, a po​tem do​da​ję: – Ruth-Ann, mam do cie​bie py​ta​nie. – A ja mam dla cie​bie od​po​wiedź. – Nie za​pi​su​je mo​je​go za​‐ mó​wie​nia, ale prze​cież za​ma​wiam to samo od cza​su, gdy skoń​‐ czy​łem je​de​na​ście lat. – Ty za​czy​nasz. – Co my​ślisz na te​mat tego wszyst​kie​go? To zna​czy tych wszyst​kich sa​mo​bójstw? Czy kie​dy​kol​wiek… Ruth-Ann pry​cha z od​ra​zą. – Żar​tu​jesz? Je​stem ka​to​licz​ką, ko​cha​nień​ki. Nie. Ab​so​lut​nie nie. Tak, ja ra​czej też nie. Po​da​je mi omlet, a ja jem go po​wo​li, ga​‐ piąc się gdzieś w prze​strzeń. Wie​le bym dał, żeby ta knaj​pa nie była aż tak za​dy​mio​na.

5. Roz​bu​do​wę con​cordz​kie​go szpi​ta​la ogło​szo​no pół​to​ra roku temu, z fan​fa​ra​mi i wiel​kim hu​kiem. Pu​blicz​no-pry​wat​ne kon​‐ sor​cjum mia​ło po​sta​wić nowe skrzy​dło miesz​czą​ce od​dział opie​ki dłu​go​ter​mi​no​wej. Nie mó​wiąc o do​da​niu wie​lu uspraw​‐ nień na pe​dia​trii, gi​ne​ko​lo​gii i in​ten​syw​nej te​ra​pii. Pra​ce ziem​‐ ne roz​po​czę​to w lu​tym, zda​wa​ło się, że wszyst​ko na​bie​ra tem​‐ pa, lecz pod ko​niec wio​sny źró​dła fi​nan​so​wa​nia wy​schły, im​pet wy​gasł i już na prze​ło​mie lip​ca i sierp​nia pro​jekt wstrzy​ma​no, po​zo​sta​wia​jąc la​bi​rynt nie​wy​koń​czo​nych ko​ry​ta​rzy i ota​cza​ją​‐ ce je wie​że ob​lęż​ni​cze rusz​to​wań. Pro​wi​zo​rycz​ne zmia​ny w ist​nie​ją​cej już czę​ści szpi​ta​la sta​ły się per​ma​nent​ne, błą​dzi​‐ my za​tem w tym baj​zlu, udzie​la​jąc so​bie na​wza​jem błęd​nych wska​zó​wek. – Kost​ni​ca? – mam​ro​cze ci​cho si​wo​wło​sa wo​lon​ta​riusz​ka w krzy​kli​wym czer​wo​nym be​re​cie, po​sił​ku​jąc się pod​ręcz​nym pla​nem. – Zo​bacz​my… Kost​ni​ca, kost​ni​ca, kost​ni​ca. Aha, tu​taj. – W chwi​li gdy wska​zu​je pal​cem na gę​sto po​kry​ty zna​ka​mi za​‐ py​ta​nia i wy​krzyk​ni​ka​mi plan, mija nas para le​ka​rzy. – Do​je​‐ dzie pan tam win​dą B, a win​da B jest… a niech mnie. Ręce za​czy​na​ją mnie świerz​bić. Je​śli uma​wiasz się z dok​tor Fen​ton, wo​lisz się nie spóź​nić. – Aha, już wiem. Tam​tę​dy. – Dzię​ku​ję pani. Win​da B, je​śli wie​rzyć na​pi​som zro​bio​nym czar​nym fla​ma​‐ strem na kart​ce za​wie​szo​nej nad przy​ci​ska​mi, może mnie za​‐ wieźć na górę, na on​ko​lo​gię, chi​rur​gię i do ap​te​ki, albo na dół, gdzie miesz​czą się po​miesz​cze​nia sprzą​ta​czek, ka​pli​ca i kost​‐ ni​ca. Wy​pa​dam z ka​bi​ny, zer​ka​jąc na ze​ga​rek, i śpie​szę ko​ry​‐

ta​rzem, mi​ja​jąc biu​ra, pod​ręcz​ny ma​ga​zy​nek oraz czar​ne drzwi ozna​czo​ne bia​łym krzy​żem. Przez cały czas tłu​cze mi się w gło​wie: on​ko​lo​gia, on​ko​lo​gia, on​ko​lo​gia. Już wiem, co by​‐ ło​by naj​gor​sze w tej sy​tu​acji! Za​cho​ro​wać na raka. Mo​ment póź​niej po​py​cham gru​be drzwi kost​ni​cy i wi​dzę Pe​‐ te​ra Zel​la w ca​łej oka​za​ło​ści, jego cia​ło spo​czy​wa na sto​le po​‐ środ​ku po​miesz​cze​nia oświe​tlo​ne te​atral​nie ba​te​rią stu​wa​to​‐ wych lamp au​top​syj​nych. Obok zwłok stoi, naj​wy​raź​niej cze​ka​‐ jąc na mnie, prze​ło​żo​na wszyst​kich pa​to​lo​gów sta​nu New Hamp​shi​re. Wy​cią​gam rękę na po​wi​ta​nie. – Dzień do​bry, pani dok​tor. To zna​czy do​bry wie​czór. Wi​tam. – Pro​szę przy​bli​żyć mi spra​wę de​na​ta. – Tak. Oczy​wi​ście – mó​wię, opusz​cza​jąc zi​gno​ro​wa​ną dłoń, a po​tem ster​czę jak ten ko​łek, nie mo​gąc wy​du​sić z sie​bie sło​‐ wa, po​nie​waż na​prze​ciw mnie stoi sama dok​tor Fen​ton, ską​pa​‐ na w ostrym bia​łym świe​tle lamp kost​ni​cy, z dło​nią opar​tą o sre​brzy​stą po​ręcz wóz​ka, w mo​ich oczach wy​glą​da jak ka​pi​‐ tan na most​ku swo​je​go okrę​tu. Spo​glą​da na mnie zza słyn​nych, ide​al​nie okrą​głych oku​la​rów z miną, o któ​rej bez prze​rwy sły​‐ szę od in​nych de​tek​ty​wów: so​wia, wy​cze​ku​ją​ca, za​sad​ni​cza. – No więc? – Tak – po​wta​rzam. – Okay. Zbie​ram się w so​bie i prze​ka​zu​ję dok​tor Fen​ton wszyst​ko to, co wiem. Opo​wia​dam jej o miej​scu zbrod​ni, o kosz​tow​nym pa​sku, o bra​ku te​le​fo​nu ko​mór​ko​we​go ofia​ry, jak rów​nież o nie​zna​le​‐ zie​niu li​stu po​że​gnal​ne​go. Mó​wię to wszyst​ko, wo​dząc wzro​‐ kiem po przed​mio​tach uło​żo​nych na jej wóz​ku. Oto czym po​‐ słu​gu​ją się pa​to​lo​dzy: piła do ko​ści, dłu​to, no​ży​ce, rząd fio​lek na prób​ki naj​waż​niej​szych pły​nów ustro​jo​wych. Z tu​zin skal​pe​‐ li róż​ne​go kształ​tu i wiel​ko​ści, a wszyst​ko to uło​żo​ne rów​niut​‐ ko na bia​łym płót​nie.

Dok​tor Fen​ton słu​cha mo​jej prze​mo​wy, mil​cząc i sto​jąc w bez​ru​chu, a gdy za​my​kam w koń​cu usta, nie prze​sta​je się na mnie ga​pić z wy​dę​ty​mi war​ga​mi i ścią​gnię​ty​mi brwia​mi. – Ro​zu​miem – rzu​ca w koń​cu. – Pro​szę mi jesz​cze tyl​ko po​‐ wie​dzieć, co my tu, u li​cha, ro​bi​my? – Pro​szę? Jej przy​cię​te krót​ko wło​sy mają bar​wę sta​li, li​nia grzyw​ki bieg​nie rów​no przez czo​ło. – Wy​da​wa​ło mi się, że mamy do czy​nie​nia z przy​pad​kiem zgo​‐ nu w nie​wy​ja​śnio​nych oko​licz​no​ściach – mówi, mru​żąc oczy. – W tym, co do tej pory usły​sza​łam, nie ma ni​cze​go bu​dzą​ce​go po​dej​rze​nia. – No tak, to zna​czy nie – za​ci​nam się. – Nie mam twar​dych do​wo​dów jako ta​kich. – Nie ma pan twar​dych do​wo​dów jako ta​kich – po​wta​rza ta​‐ kim to​nem, że na​gle do​cie​ra do mnie, jak ni​skie są stro​py w tych pod​zie​miach, że mu​szę po​chy​lać gło​wę, by nie ude​rzyć cie​mie​niem w obu​do​wę lam​py, pod​czas gdy dok​tor Fen​ton mie​‐ rzą​ca metr sześć​dzie​siąt może stać pro​sto, jak​by po​łknę​ła kij, i mie​rzyć mnie ostrym spoj​rze​niem zza szkieł oku​la​rów. – Ar​ty​kuł sześć​set trzy​dzie​sty ko​dek​su kry​mi​nal​ne​go New Hamp​shi​re, po stycz​nio​wej re​wi​zji Sądu Naj​wyż​sze​go, sta​no​wi wy​raź​nie – de​kla​mu​je dok​tor Fen​ton, a ja przy​ta​ku​ję jej gor​li​‐ wie, by dać jej znać, że wiem o tym wszyst​kim, po​nie​waż pil​nie stu​diu​ję wszyst​kie nowe okól​ni​ki, za​rów​no sta​no​we, jak i lo​‐ kal​ne, na dar​mo jed​nak, nic bo​wiem nie jest w sta​nie po​‐ wstrzy​mać pa​to​loż​ki – że moje biu​ro nie bę​dzie prze​pro​wa​‐ dzać au​top​sji w przy​pad​kach, gdy nie ma nie​zbi​tych do​wo​dów na to, że ofia​ra nie po​peł​ni​ła sa​mo​bój​stwa. – Wiem – od​po​wia​dam peł​niej​szym zda​niem, po​rzu​ca​jąc mam​‐ ro​ta​nie. – W mo​jej oce​nie mamy do czy​nie​nia z moż​li​wo​ścią po​peł​nie​nia zbrod​ni. – Zna​lazł pan śla​dy wal​ki?

– Nie. – Coś, co świad​czy​ło​by, że ten męż​czy​zna zo​stał zmu​szo​ny do sa​mo​bój​stwa? – Nie. – Bra​ku​ją​ce cen​ne przed​mio​ty? – Cóż, de​nat nie miał przy so​bie te​le​fo​nu ko​mór​ko​we​go, o czym chy​ba wspo​mnia​łem. – Pro​szę mi przy​po​mnieć, jak pan się na​zy​wa. – To na​sze pierw​sze spo​tka​nie. Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​‐ ce. Nowy. – De​tek​ty​wie – zwra​ca się do mnie dok​tor Fen​ton, na​cią​ga​jąc rę​ka​wicz​ki se​rią gwał​tow​nych ru​chów – moja cór​ka ma w tym se​zo​nie tyl​ko tu​zin re​ci​ta​li for​te​pia​no​wych, a ja w tym mo​men​‐ cie po​win​nam być na jed​nym z nich. Wie pan, ile razy za​gra w przy​szłym se​zo​nie? Nie wiem, co po​wie​dzieć. Na​praw​dę nie mam po​ję​cia. Sto​ję więc tam ko​lej​ną mi​nu​tę, ja, wy​jąt​ko​wo wy​so​ki du​reń we​tknię​‐ ty w sam śro​dek ja​sno oświe​tlo​nej sali peł​nej zwłok. – Do​bra – rzu​ca Ali​ce Fen​ton ze zło​wro​gim uśmie​chem i od​‐ wra​ca się do wóz​ka ze sprzę​tem. – Oby oka​za​ło się, że to jed​‐ nak cho​ler​ne mor​der​stwo. Chwy​ta za skal​pel, a ja wbi​jam wzrok w po​sadz​kę, po​nie​waż wy​da​je mi się, że tak wła​śnie po​wi​nie​nem po​stą​pić, stać ci​chu​‐ teń​ko, do​pó​ki nie zo​sta​nę wy​wo​ła​ny – ale na​praw​dę trud​no jest za​cho​wać spo​kój, gdy ktoś obok za​czy​na me​to​dycz​ne par​‐ ce​lo​wa​nie cia​ła, więc pod​no​szę nie​co gło​wę i ob​ser​wu​ję jej po​‐ czy​na​nia. A jest na co pa​trzeć – po​ra​ża mnie zim​ne pięk​no sek​cji zwłok. Dok​tor Fen​ton jest w swo​im ży​wio​le, oto mi​‐ strzy​ni upra​wia​ją​ca z pe​dan​tycz​ną skru​pu​lat​no​ścią swą sztu​‐ kę. Wy​trwa​łość w obec​nych wa​run​kach, wy​trwa​łość mimo wszyst​ko, czer​pa​nie sa​tys​fak​cji z do​brze wy​ko​na​nej pra​cy. Dok​tor Fen​ton prze​ci​na ostroż​nie czar​ny pa​sek i zdej​mu​je go

z szyi Zel​la. Mie​rzy do​kład​nie jego sze​ro​kość i cał​ko​wi​tą dłu​‐ gość. Mo​sięż​nym przy​rzą​dem robi po​miar opu​chli​zny pod okiem i śla​du po​zo​sta​wio​ne​go przez sprzącz​kę pa​ska, wrzy​na​‐ ją​cą się w cia​ło pod szczę​ką, żół​ta​we​go i su​che​go, przy​po​mi​‐ na​ją​ce​go pa​rów łą​czą​cy obo​je uszu gniew​nie ząb​ko​wa​ną li​te​rą V. Od cza​su do cza​su prze​ry​wa pra​cę, by ob​fo​to​gra​fo​wać wszyst​ko: pa​sek na szyi, sam pa​sek i samą szy​ję. Po​tem za​bie​ra się do roz​ci​na​nia ubra​nia, ob​my​wa bla​de cia​ło agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go wil​got​ną szmat​ką, zręcz​nie prze​‐ su​wa okry​ty​mi gumą pal​ca​mi po tu​ło​wiu i ra​mio​nach. – Cze​go pani szu​ka? – py​tam, ale dok​tor Fen​ton mnie igno​ru​‐ je, milk​nę więc. Gdy wbi​ja skal​pel w pierś de​na​ta, pod​cho​dzę krok bli​żej, sta​‐ ję tuż obok niej pod ośle​pia​ją​co ja​sną lam​pą pro​sek​to​rium, ob​‐ ser​wu​jąc sze​ro​ko roz​war​ty​mi oczy​ma, jak robi na​cię​cie w kształ​cie li​te​ry Y, od​gi​na skó​rę i znaj​du​ją​cą się pod spodem war​stwę mię​śni. Gdy na​kłu​wa tęt​ni​cę tuż przy ser​cu, by po​‐ brać krew de​na​ta do trzech ko​lej​nych fio​lek, po​chy​lam się moc​niej nad cia​łem, choć wiem, że to chy​ba prze​sa​da. Sta​ram się nie od​dy​chać, by nie za​kłó​cić wy​ko​ny​wa​ne​go krok po kro​‐ ku ry​tu​ału, wa​że​nia or​ga​nów i za​pi​sy​wa​nia wy​ni​ków tych po​‐ mia​rów, wyj​mo​wa​nia mó​zgu z czasz​ki i ob​ra​ca​nia go w dło​‐ niach. Cze​kam na to, by w koń​cu ścią​gnę​ła brwi, by sap​nę​ła, mruk​nę​ła „hm” albo spoj​rza​ła na mnie z za​sko​cze​niem. By zna​la​zła ślad wska​zu​ją​cy na to, że Zell nie tar​gnął się na włas​ne ży​cie, lecz zo​stał za​mor​do​wa​ny, Tym​cza​sem dok​tor Fen​ton od​kła​da skal​pel i oświad​cza bez​‐ na​mięt​nym to​nem: – Sa​mo​bój​stwo. Ga​pię się na nią. – Jest pani pew​na? Nie od​po​wia​da. Pod​cho​dzi szyb​kim kro​kiem do wóz​ka, otwie​‐ ra po​jem​nik kry​ją​cy rol​kę pla​sti​ko​wych wor​ków i od​ry​wa je​‐

den z nich. – Pro​szę po​cze​kać – rzu​cam. – Ale co zro​bi​my z tym? – Z czym? Czu​ję, jak na​ra​sta we mnie po​czu​cie de​spe​ra​cji, go​rą​co wy​‐ stę​pu​je mi na po​licz​ki, ucisk w krta​ni wpły​wa na ton gło​su, któ​‐ ry przez to brzmi te​raz jak dzie​cię​cy. – Z tym – wska​zu​ję. – Czy to nie ślad zra​nie​nia? Tu​taj, nad kost​ką? – Też to za​uwa​ży​łam – oświad​cza ze spo​ko​jem dok​tor Fen​ton. – Skąd się to wzię​ło? – Tego już się nie do​wie​my. – Uwi​ja się da​lej, nie pa​trząc przy tym na mnie, jej od​po​wiedź ocie​ka czy​stym sar​ka​zmem. – Ale mo​że​my spo​koj​nie przy​jąć, że nie umarł przez to otar​cie na łyd​ce. – I nie ma in​nych pew​ni​ków? Ni​cze​go, co po​zwo​li​ło​by usta​lić przy​czy​nę zgo​nu? – Zda​ję so​bie spra​wę, jak wiel​kim nie​tak​tem jest sprze​ci​wia​nie się opi​nii Ali​ce Fen​ton, ale to nie może się tak skoń​czyć. Wy​si​lam pa​mięć, przy​wo​łu​jąc w my​ślach pa​ra​‐ gra​fy z pod​ręcz​ni​ków, któ​re mogą mieć w tym mo​men​cie za​‐ sto​so​wa​nie. – A co z krwią? Nie wy​ko​na​my te​stów na obec​‐ ność tok​syn? – Zle​ci​ła​bym ta​kie ba​da​nia, gdy​bym mia​ła ku temu ja​kie​kol​‐ wiek pod​sta​wy. Śla​dy po ukłu​ciu igły, cha​rak​te​ry​stycz​ną atro​‐ fię mię​śni… – Nie mo​gli​by​śmy ich zro​bić dla świę​te​go spo​ko​ju? – nie ustę​‐ pu​ję. Dok​tor Fen​ton śmie​je się oschle, wstrzą​sa​jąc fo​lio​wym wor​‐ kiem, by go otwo​rzyć. – Czy wie pan, jak wy​glą​da na​sze la​bo​ra​to​rium? To przy Ha​‐ zen Dri​ve? – Ni​g​dy tam nie by​łem. – Cóż, to je​dy​ne ta​kie la​bo​ra​to​rium w ca​łym sta​nie, a tak się nie​for​tun​nie skła​da, że w chwi​li obec​nej kie​ru​je nim ktoś nowy,

bę​dą​cy… nie za​wa​ham się tego po​wie​dzieć… skoń​czo​nym idio​‐ tą. Asy​stent asy​sten​ta zo​stał z dnia na dzień na​czel​nym tok​sy​‐ ko​lo​giem, po​nie​waż praw​dzi​wa na​czel​na tok​sy​ko​loż​ka po​le​‐ cia​ła w li​sto​pa​dzie do Pro​wan​sji, by zgłę​biać taj​ni​ki ma​lo​wa​nia ak​tów. – Och. – Tak. Och. – Dok​tor Fen​ton krzy​wi się z czy​tel​ną od​ra​zą. – Naj​wy​raź​niej ma​rzy​ła o tym od bar​dzo daw​na. No i mamy baj​‐ zel. Wiel​ki baj​zel. – Och – po​wta​rzam, spo​glą​da​jąc na do​cze​sne szcząt​ki Pe​te​ra Zel​la i dziu​rę zie​ją​cą w jego pier​si. Pa​trzę na nie​go, na ten otwór, i my​ślę, że to cho​ler​nie smut​ne, po​nie​waż Pe​ter nie żyje bez wzglę​du na to, czy ode​brał so​bie ży​cie, czy zo​stał za​bi​ty. Do​cie​ra do mnie pro​za​icz​na praw​da, że był kimś, czło​wie​kiem, oso​bą, ale od​szedł i ni​g​dy już nie po​wró​ci. Gdy pod​no​szę wzrok, dok​tor Fen​ton znów stoi obok mnie, a kie​dy się od​zy​wa, jej głos brzmi nie​co ina​czej. Wy​cią​ga​jąc rękę, wska​zu​je szy​ję Zel​la. – Pro​szę spoj​rzeć – rzu​ca. – Co pan wi​dzi? – Nic – od​po​wia​dam nie​co sko​ło​wa​ny. Skó​ra zo​sta​ła wy​wi​nię​‐ ta, od​sło​ni​ła więc tkan​ki i po​ły​sku​ją​ce żół​ta​wo ko​ści. – Nic nie wi​dzę. – Wła​śnie. Nic. Tym​cza​sem gdy​by ktoś za​kradł się za ple​cy tego czło​wie​ka ze sznu​rem albo udu​sił go go​ły​mi rę​ka​mi czy na​wet za po​mo​cą tego nie​sa​mo​wi​cie dro​gie​go pa​ska, na któ​re​‐ go punk​cie do​stał pan ob​se​sji, zo​ba​czył​by pan mnó​stwo uszko​‐ dzeń. Mie​li​by​śmy otar​cia, mie​li​by​śmy krwa​we wy​bro​czy​ny. – Okay – po​ta​ku​ję. Dok​tor Fen​ton po​now​nie od​wra​ca się do wóz​ka. – Ten czło​wiek zmarł na sku​tek udu​sze​nia – stwier​dza. – Po​‐ chy​lił się moc​no, ce​lo​wo, za​ci​ska​jąc na szyi pa​sek i od​ci​na​jąc so​bie do​pływ tle​nu. To była praw​dzi​wa przy​czy​na zgo​nu.

Za​my​ka wo​rek, w któ​rym spo​czy​wa​ją zwło​ki mo​je​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go, a po​tem wsu​wa je do od​po​wied​niej ko​mo​‐ ry w ścia​nie chłod​ni. Przy​glą​dam się temu wszyst​kie​mu w mil​‐ cze​niu, ża​łu​jąc, bez sen​su zresz​tą, że nie mam nic wię​cej do po​wie​dze​nia. Nie chcę, by na​sze spo​tka​nie na tym się za​koń​‐ czy​ło. – A co z pa​nią, pani dok​tor? – Słu​cham? – Za​trzy​mu​je się w drzwiach, zer​ka przez ra​mię. – Dla​cze​go pani nie rzu​ci​ła tego wszyst​kie​go w dia​bły i nie robi cze​goś, co by spra​wia​ło pani przy​jem​ność? – do​cie​kam. Dok​tor Fen​ton prze​chy​la gło​wę, spo​glą​da na mnie w taki spo​‐ sób, jak​by nie do koń​ca zro​zu​mia​ła py​ta​nie. – Ależ ro​bię to, co mi spra​wia przy​jem​ność. – No tak. Cięż​kie sza​re drzwi za​my​ka​ją się za nią, a ja prze​cie​ram oczy kłyk​cia​mi, za​sta​na​wia​jąc się, co da​lej. Sto​ję tam jesz​cze przez chwi​lę, sam jak pa​lec, obok wóz​ka dok​tor Fen​ton i ciał po​za​my​ka​nych w chłod​niach. Po​tem się​‐ gam po jed​ną z fio​lek na​peł​nio​nych przed mo​men​tem krwią Zel​la, cho​wam ją do kie​sze​ni ble​ze​ra i tak​że wy​cho​dzę.

*** Znaj​du​ję dro​gę do wyj​ścia ze szpi​ta​la, klu​cząc po nie​wy​koń​‐ czo​nych ko​ry​ta​rzach, po czym – wy​szedł​szy na ze​wnątrz po tym dłu​gim i mę​czą​cym dniu, sfru​stro​wa​ny, wy​czer​pa​ny i sko​‐ ło​wa​ny, ma​rzą​cy tyl​ko o jed​nym: by wy​my​ślić, co mam te​raz po​cząć z tym fan​tem – tra​fiam na wła​sną sio​strę cze​ka​ją​cą przy che​vro​le​cie. Nico Pa​la​ce, w czap​ce nar​ciar​skiej i gru​bym płasz​czu, sie​dzi ze skrzy​żo​wa​ny​mi no​ga​mi na ma​sce wozu, strze​pu​jąc po​piół z pa​pie​ro​sa pro​sto na przed​nią szy​bę. Robi to ce​lo​wo, po​nie​‐ waż wie, jak bar​dzo się wku​rzę, gdy zo​ba​czę wgnie​ce​nie, któ​‐ re nie​wąt​pli​wie po​wsta​nie pod jej cię​ża​rem. Brnę ku niej

przez upstrzo​ną śnie​giem pust​kę szpi​tal​ne​go par​kin​gu, a Nico po​zdra​wia mnie unie​sie​niem ręki, jak​by była in​diań​ską squ​aw. – Nie wy​głu​piał​byś się, Hank – rzu​ca, za​nim zdą​żę otwo​rzyć usta. – Zo​sta​wi​łam ci chy​ba z sie​dem​na​ście wia​do​mo​ści. – Skąd wie​dzia​łaś, gdzie mnie za​stać? – Dla​cze​go odło​ży​łeś słu​chaw​kę, gdy za​dzwo​ni​łam z sa​me​go rana? – Skąd wie​dzia​łaś, gdzie mnie za​stać? Tak wła​śnie roz​ma​wia​my. Na​cią​gam rę​kaw na dłoń i czysz​‐ czę szy​bę wozu z po​pio​łu. – Za​dzwo​ni​łam na ko​men​dę – wy​ja​śnia Nico. – McGul​ly po​‐ wie​dział mi, gdzie cię znaj​dę. – Nie po​wi​nien był tego ro​bić – war​czę. – Je​stem prze​cież w pra​cy. – A ja po​trze​bu​ję two​jej po​mo​cy. Po​waż​nie. – Cóż, tak się skła​da, że pro​wa​dzę po​waż​ną spra​wę. Mo​gła​‐ byś zejść z ma​ski? Pro​szę. Za​miast zro​bić, co mó​wię, roz​sia​da się wy​god​niej, opie​ra​jąc się ple​ca​mi o szy​bę, jak​by to był cho​ler​ny le​żak. Ma na so​bie gru​by woj​sko​wy płaszcz odzie​dzi​czo​ny po dziad​ku. Już wi​dzę te śla​dy po​zo​sta​wio​ne przez mo​sięż​ne gu​zi​ki na la​kie​rze służ​‐ bo​we​go che​vro​le​ta. Ża​łu​ję, że McGul​ly po​wie​dział jej, gdzie mnie zna​leźć. – Nie chcę ci się na​rzu​cać, ale na​praw​dę wa​riu​ję z nie​po​ko​ju. A jaki był​by sens mieć bra​ta gli​nia​rza, gdy​by nie moż​na go po​‐ pro​sić o po​moc? – Hm – bą​kam, zer​ka​jąc na ze​ga​rek. Znów za​czy​na sy​pać śnieg, rzad​ki na szczę​ście, bia​łe płat​ki wol​no opa​da​ją ku zie​mi. – De​rek nie wró​cił do domu mi​nio​nej nocy. Wiem, co so​bie my​ślisz, zno​wu się po​kłó​ci​li, więc po pro​stu wy​był. Ale w tym pro​blem, Hen: nie było żad​nej awan​tu​ry. Nie po​sprze​cza​li​śmy się na​wet. Zje​dli​śmy ko​la​cję. On stwier​dził, że musi wyjść.

Wspo​mniał coś o spa​ce​rze. Dla​cze​go nie, od​par​łam. Po​zmy​wa​‐ łam na​czy​nia, wy​pa​li​łam blan​ta i po​ło​ży​łam się spać. Krzy​wię się. Moja sio​stra cheł​pi się tym, że może te​raz pa​lić traw​kę, a ja, jej brat, nie mogę jej na​wet za to opie​przyć, cho​‐ ciaż je​stem w po​li​cji. Jej zda​niem to szczę​ście w nie​szczę​ściu. Za​cią​ga się po raz ostat​ni dy​mem i ze​ska​ku​je na śnieg. Przy​‐ ku​cam, pod​no​szę nie​do​pa​łek i trzy​ma​jąc go mię​dzy pal​ca​mi, po​ka​zu​ję sio​strze. – Wy​da​wa​ło mi się, że dbasz o śro​do​wi​sko. – Te​raz już nie bar​dzo – od​po​wia​da. Znów opa​da tył​kiem na ma​skę, opa​tu​la się szczel​niej koł​nie​‐ rzem płasz​cza. Mo​gła​by być praw​dzi​wą pięk​no​ścią, gdy​by tyl​‐ ko o sie​bie za​dba​ła – ucze​sa​ła wło​sy i od cza​su do cza​su po​‐ spa​ła tyle, ile trze​ba. Wy​glą​da jak zdję​cie na​szej mamy, któ​re ktoś naj​pierw zmiął w kul​kę, a po​tem pró​bo​wał roz​pro​sto​wać. – Do​cho​dzi pół​noc, a jego wciąż nie ma. Dzwo​nię, ale nie od​‐ bie​ra. – Pew​nie wy​lą​do​wał w ba​rze – pod​po​wia​dam. – Ob​dzwo​ni​łam wszyst​kie bary w oko​li​cy. – Wszyst​kie? – Tak, Hen. Jest ich te​raz znacz​nie wię​cej niż kie​dyś. Rok temu mie​li​śmy Pa​nuc​cie​go, Zie​lo​ne Mar​ti​ni i nic wię​cej. Dzi​siaj mógł​bym wy​‐ mie​nić wie​le nazw; nie​któ​re z tych przy​byt​ków są li​cen​cjo​no​‐ wa​ne, inne cał​ko​wi​cie nie​le​gal​ne, a cza​sem to tyl​ko zwy​kłe do​‐ mo​we piw​ni​ce, do któ​rych ktoś wsta​wił wan​nę peł​ną piwa, kasę i iPo​da gra​ją​ce​go mu​zy​kę na okrą​gło. – Może wpadł z wi​zy​tą do któ​re​goś ko​le​gi. – Ich też ob​dzwo​ni​łam. Wszyst​kich. De​rek znik​nął. – Nie znik​nął – za​pew​niam ją, by nie mó​wić praw​dy, a ta wy​‐ glą​da tak, że De​rek pu​ścił ją kan​tem i zwiał, co zresz​tą by​ło​by dla niej naj​lep​szym roz​wią​za​niem.

Ślub wzię​li ósme​go stycz​nia, w pierw​szą nie​dzie​lę po wy​wia​‐ dzie Tol​ki​na. To wła​śnie wte​dy padł re​kord licz​by ślu​bów za​‐ war​tych jed​ne​go dnia, re​kord, któ​re​go ża​den dzień już chy​ba nie po​bi​je, chy​ba że bę​dzie to dru​gi paź​dzier​ni​ka… – Po​mo​żesz mi czy nie? – Już ci mó​wi​łem, że nie mogę. Nie dzi​siaj. Pro​wa​dzę spra​wę. – Hen​ry… – wzdy​cha w od​po​wie​dzi. Jej uda​wa​na nie​fra​so​bli​‐ wość na​gle gdzieś zni​ka. Nico ze​ska​ku​je z ma​ski i dzia​bie mnie pal​cem wska​zu​ją​cym w pierś. – Rzu​ci​łam ro​bo​tę, gdy tyl​‐ ko zro​zu​mia​łam, że to gów​no dzie​je się na​praw​dę. Po co tra​cić czas w pra​cy? – Pra​co​wa​łaś trzy dni w ty​go​dniu na jar​mar​ku. Ja zaj​mu​ję się mor​der​stwa​mi. – Och, prze​pra​szam. Tyl​ko że wiesz… Mój mąż za​gi​nął. – De​rek nie jest tak na​praw​dę two​im mę​żem. – Hen​ry! – On wró​ci, Nico. Wiesz, że tak bę​dzie. – Se​rio? Skąd ta pew​ność? – Tu​pie nogą z roz​bie​ga​nym wzro​‐ kiem, nie cze​ka na od​po​wiedź. – A czym to tak waż​nym się zaj​‐ mu​jesz, je​śli mogę wie​dzieć? Po krót​kiej chwi​li za​sta​no​wie​nia my​ślę so​bie: „A co mi tam!”, opo​wia​dam jej o Zel​lu, wy​ja​śniam, co ro​bi​łem w kost​ni​cy, mó​‐ wię o no​wych tro​pach, pró​bu​ję za​im​po​no​wać jej po​wa​gą pro​‐ wa​dzo​ne​go przez po​li​cję do​cho​dze​nia. – Za​raz, za​raz. Wi​sie​lec? – rzu​ca cierp​ko. Nico jest bar​dzo mło​da, ma za​le​d​wie dwa​dzie​ścia je​den lat. To jesz​cze dziec​ko. – Moż​li​we. – Do​pie​ro co po​wie​dzia​łeś, że po​wie​sił się w McDo​na​ldzie. – Po​wie​dzia​łem, że tak to wy​glą​da. – I to dla​te​go je​steś tak za​ję​ty, że nie mo​żesz po​świę​cić kwa​‐ dran​sa na zna​le​zie​nie mo​je​go męża? Waż​niej​szy jest ja​kiś pa​‐

lant, któ​ry ode​brał so​bie ży​cie w ki​blu pie​przo​ne​go McDo​nal​‐ da? – Daj spo​kój, Nico. – No co? Nie cier​pię, kie​dy uży​wa nie​cen​zu​ral​nych słów. Je​stem sta​ro​‐ mod​ny. A to w koń​cu moja sio​stra. – Wy​bacz. Zgi​nął czło​wiek, a moja pra​ca po​le​ga na tym, by zba​dać, jak i dla​cze​go do tego do​szło. – Nie, to ty wy​bacz. Za​gi​nął czło​wiek, tak się skła​da, że mój mąż, któ​re​go ko​cham, wy​obraź so​bie. Za​czy​na ude​rzać w pi​skli​we tony, a ja wiem, że to ko​niec, kla​‐ sycz​ne game over. Gdy się roz​be​czy, zro​bię, co ze​chce. – Uspo​kój się, Nico, tyl​ko mi tu nie płacz. – Za póź​no, sły​szę jej łka​nie, usta ma sze​ro​ko otwar​te, wierz​chem dło​ni wy​py​cha łzy spod po​wiek. – Nie rób tego. – Ja tyl​ko… przez to wszyst​ko… – Za​ma​szy​stym ge​stem obej​‐ mu​je nie​bo. – Nie chcę być sama, Hen​ry. Nie te​raz. Moc​niej​szy po​ryw wia​tru wznie​ca tu​man śnie​gu i ci​ska go pro​sto w na​sze oczy. – Wiem – od​po​wia​dam. – Wiem. Mo​ment póź​niej pod​cho​dzę do niej i przy​tu​lam ją czu​le. Żar​‐ to​wa​li​śmy w ro​dzi​nie, że ona odzie​dzi​czy​ła gen ma​te​ma​ty​ki, a ja otrzy​ma​łem za to całą pulę wzro​stu. Moja szczę​ka znaj​du​‐ je się te​raz do​bre pięt​na​ście cen​ty​me​trów nad jej gło​wą, tak że Nico łka mi pro​sto w mo​stek. – Już do​brze, mło​da, już do​brze. Wy​ry​wa się z mo​je​go nie​zdar​ne​go uści​sku, wy​da​je z sie​bie ostat​ni szloch i wkła​da do ust ko​lej​ne​go pa​pie​ro​sa, osła​nia​jąc od wia​tru pla​te​ro​wa​ną za​pal​nicz​kę, by wiatr nie zdu​sił pło​mie​‐ nia. Za​pal​nicz​ka, ten płaszcz i mar​ka pa​pie​ro​sów, wszyst​ko to na​le​ża​ło kie​dyś do dziad​ka. – Za​tem znaj​dziesz go dla mnie? – pyta. – Zro​bię, co w mo​jej mocy, Nico. Okay?

Wy​cią​gam pa​pie​ro​sa z ką​ci​ka jej ust i ci​skam go pod sa​mo​‐ chód.

*** – Do​bry wie​czór. Chciał​bym mó​wić z pa​nią So​phie Lit​tle​john. Tu​taj, na par​kin​gu, mam cał​kiem moc​ny sy​gnał. – Jest te​raz przy pa​cjent​ce. Mogę za​py​tać, kto dzwo​ni? – sły​‐ szę. – Oczy​wi​ście. Ale je​stem tyl​ko… Żona mo​je​go ko​le​gi jest pa​‐ cjent​ką… cho​le​ra, jak mówi się na po​łoż​ne?... Dok​tor Lit​tle​‐ john? Czy tak po​wi​nie​nem… – Nie, wy​star​czy samo na​zwi​sko. Pani Lit​tle​john. – Świet​nie, za​tem żona mo​je​go ko​le​gi jest pa​cjent​ką… pani Lit​tle​john i z tego, co mi wia​do​mo, dziś roz​po​czął się u niej po​‐ ród. – Rano? – Tak. Albo póź​no w nocy, albo nad ra​nem. Ko​le​ga zo​sta​wił mi wia​do​mość sko​ro świt, mógł​bym przy​siąc, że tak wła​śnie po​‐ wie​dział. Ale wie pani, jak jest dzi​siaj z te​le​fo​na​mi, cią​gle coś prze​ry​wa… Halo? – Tak, wciąż je​stem. Chy​ba za​szła ja​kaś po​mył​ka, nie wy​da​je mi się, aby So​phie od​bie​ra​ła dzi​siaj ja​kieś po​ro​dy. Z rana, po​‐ wia​da pan? – Tak. – Przy​kro mi. Jak pan się na​zy​wa? – Nie​istot​ne, to i tak nie było nic waż​ne​go.

*** Na ko​men​dzie mi​jam szyb​kim kro​kiem trój​kę Je​ży​ków sto​ją​‐ cych przy au​to​ma​cie z colą i za​śmie​wa​ją​cych się, jak przy​sta​ło na do​brych kum​pli. Nie roz​po​zna​ję ich, a oni mnie. Ża​den z nich, idę o za​kład, nie za​cy​to​wał​by jed​ne​go zda​nia z Far​leya i Le​onar​da, nie wspo​mi​na​jąc już o wy​jąt​kach z ko​‐

dek​su kar​ne​go sta​nu New Hamp​shi​re czy Kon​sty​tu​cji Sta​nów Zjed​no​czo​nych. W wy​dzia​le kry​mi​nal​nym opo​wia​dam de​tek​ty​wo​wi Cul​ver​so​‐ no​wi o wi​zy​cie w domu de​na​ta, o no​tat​ce „Dro​ga So​phie” i o wnio​skach dok​tor Fen​ton. Słu​cha mnie cierp​li​wie, z dłoń​mi zło​żo​ny​mi w pi​ra​mid​kę, a po​tem mil​czy przez dłuż​szą chwi​lę. – Cóż, no wiesz, Hen​ry… – za​czy​na ostroż​nie, ale to mi wy​‐ star​cza, nie chcę już sły​szeć cią​gu dal​sze​go. – Wiem, jak to wy​glą​da – za​pew​niam go. – Po​słu​chaj mnie, to two​ja spra​wa. – Cu​lver​son od​chy​la gło​wę nie​co do tyłu. – Je​śli czu​jesz, że mo​żesz ją roz​wią​zać, zrób to. – Taki mam za​miar. Po​waż​nie. – I do​brze. Sie​dzę z nim jesz​cze chwi​lę, po czym wra​cam do swo​je​go biur​ka i pod​no​szę słu​chaw​kę, by roz​po​cząć po​szu​ki​wa​nia tego dur​nia De​re​ka Ske​ve’a. Naj​pierw dzwo​nię tam gdzie Nico: do ba​rów i ko​le​gów. Na​stęp​nie za​ha​czam o wię​zie​nie i jego nową fi​lię, biu​ro sze​ry​fa hrab​stwa Mer​ri​mack oraz każ​dy szpi​tal, jaki znaj​du​je się w na​szym okrę​gu. Nie tra​fiam jed​nak na ża​‐ den ślad, nikt nie wi​dział oso​by pa​su​ją​cej do ry​so​pi​su. Po wyj​ściu na ze​wnątrz tra​fiam na grup​kę wier​nych oku​pu​ją​‐ cych plac. Roz​da​ją ulot​ki prze​chod​niom, śpie​wa​ją o tym, że zo​‐ sta​ła nam już tyl​ko mo​dli​twa, że tyl​ko ona może przy​nieść zba​‐ wie​nie. Kła​niam się im nie​zo​bo​wią​zu​ją​co i idę da​lej.

*** Leżę we wła​snym łóż​ku, ale nie mogę za​snąć, po​nie​waż jest noc ze śro​dy na czwar​tek, a prze​cież we wto​rek z sa​me​go rana po raz pierw​szy spoj​rza​łem w mar​twe oczy Pe​te​ra Zel​la, co zna​czy, że zo​stał za​bi​ty w nocy z po​nie​dział​ku na wto​rek, za​tem mija wła​śnie owe czter​dzie​ści osiem go​dzin, pod​czas któ​rych po​wi​nie​nem zna​leźć spraw​cę. Cho​le​ra, może na​wet

już mi​nę​ło. Tak czy ina​czej okien​ko się za​my​ka, a ja na​dal je​‐ stem da​le​ki od zi​den​ty​fi​ko​wa​nia i schwy​ta​nia mor​der​cy. Leżę więc w łóż​ku i ga​pię się w su​fit, za​ci​ska​jąc ryt​micz​nie dło​nie, a po​tem wsta​ję i od​su​wam za​sło​ny, by wyj​rzeć za okno, pro​sto w mgli​stą czerń nocy, w któ​rej mi​go​cze tyl​ko garst​ka gwiazd. – Wiesz, co mo​żesz zro​bić? – szep​czę, wska​zu​jąc pal​cem w nie​bo. – Wal się na ryj!

CZĘŚĆ DRUGA

Niepomijalne prawdopodobieństwa Czwartek, 22 marca Rektascensja 19 05 26,5 Deklinacja -34 18 33 Elongacja 79,4 Delta 3,146 j.a.

1. – Obudź się, ko​cha​nie. No już. – Pro​szę? Mi​nio​ne​go wie​czo​ra przed po​ło​że​niem się spać wy​pią​łem te​‐ le​fon z gniazd​ka, ale ko​mór​kę zo​sta​wi​łem włą​czo​ną, tyl​ko na​‐ sta​wi​łem ją na wi​bra​cje, więc dzi​siej​szy przy​jem​ny sen o Ali​‐ son Ko​ech​ner nie zo​stał prze​rwa​ny prze​raź​li​wy​mi od​gło​sa​mi dzwon​ka ani świ​stem prze​la​tu​ją​cej za okna​mi Mai, któ​ra pod​‐ pa​la całą Zie​mię. Nie, tym ra​zem było to de​li​kat​ne grze​cho​ta​‐ nie szaf​ki noc​nej, któ​re prze​bi​ło się do mo​ich sen​nych ma​rzeń pod po​sta​cią mru​cze​nia kota sie​dzą​ce​go mo​jej dziew​czy​nie na ko​la​nach. A te​raz sły​szę gru​cha​nie Vic​to​ra. – Otwórz oczka, ko​cha​nie. Czas ro​ze​wrzeć te za​ro​pia​łe ślep​‐ ska, pa​nie por​no​wą​sie. Roz​wie​ram więc za​ro​pia​łe ślep​ska. Na ze​wnątrz jest jesz​cze ciem​no. Na​tar​czy​wy szept Vic​to​ra brzmi na​praw​dę gro​te​sko​‐ wo. Zie​wam, wy​ry​wa​jąc się ze snu, po raz ostat​ni do​strze​gam Ali​son pro​mie​nie​ją​cą w kasz​ta​no​wym sa​lo​ni​ku na​sze​go drew​‐ nia​ne​go dom​ku nad za​to​ką Ca​sco. – Tak mi przy​kro, że cię bu​dzę, Pa​la​ce. Za​raz, co ja ga​dam, prze​cież zwi​sa mi to luź​nym ka​la​fio​rem. – Vic​tor koń​czy to zda​nie ob​le​śnym re​cho​tem. Chy​ba jest na haju. Nie chy​ba, na pew​no, pew​nie wy​pa​lił blan​ta, może na​wet wziął coś moc​niej​‐ sze​go. Or​bi​tu​je jak sztucz​ny sa​te​li​ta Zie​mi, jak zwykł ma​wiać mój oj​ciec. – Nie, na pew​no nie jest mi przy​kro. Zie​wam raz jesz​cze, prze​cią​gam się i do​pie​ro na ko​niec spraw​dzam go​dzi​nę. Trze​cia czter​dzie​ści sie​dem.

– Nie wiem, jak mo​żesz spać, bo ja oso​bi​ście mam z tym ostat​nio pro​ble​my. Za każ​dym ra​zem gdy je​stem bli​ski za​śnię​‐ cia, my​ślę so​bie: Vic, sta​ry, ży​cie ci się koń​czy, a tyle jesz​cze mógł​byś za​li​czyć. – Sie​dzę już pro​ściej, ob​ma​cu​ję szaf​kę noc​‐ ną w po​szu​ki​wa​niu prze​łącz​ni​ka, po​tem chwy​tam za błę​kit​ny bru​lion i dłu​go​pis, my​śląc: „On coś dla mnie ma”. Nie dzwo​nił​‐ by do mnie o tej po​rze, gdy​by ni​cze​go nie wy​niu​chał. – Śle​dzę to wszyst​ko, na​wet bę​dąc w domu, uwie​rzysz? Mam na ścia​nie taki wiel​ki pla​kat, na któ​rym jest wy​dru​ko​wa​ny każ​dy dzień, jaki nam zo​stał, na nim od​ha​czam mi​ja​ją​cy czas. W tle sły​szę szyb​ką se​rię gło​śnych ło​mo​tów i dźwię​ki mu​zy​ki elek​tro​nicz​nej, cały chór gło​sów po​krzy​ku​ją​cych i śpie​wa​ją​‐ cych. Vic​tor ba​lu​je w ja​kimś daw​nym ma​ga​zy​nie, pew​nie przy She​ep Da​vis Road, na wschód od cen​trum mia​sta. – To coś w ro​dza​ju ka​len​da​rza ad​wen​to​we​go, wiesz, sta​ry, o czym mó​wię? – Prze​cho​dzi w kla​sycz​ne bas​so pro​fon​do nar​‐ ra​to​ra z ta​nich hor​ro​rów. – Ad​wen​to​wy ka​len​darz… za​gła​dy. Re​cho​cze, kasz​le, po​tem da​lej się za​śmie​wa. To na pew​no nie ma​ri​hu​ana. Te​raz wy​glą​da mi to na ec​sta​sy, choć nie mam po​‐ ję​cia, skąd Vic​tor wziął tyle kasy, ostat​ni​mi cza​sy ceny syn​te​‐ tycz​nych nar​ko​ty​ków po​szy​bo​wa​ły w górę. – Masz dla mnie ja​kieś in​for​ma​cje? – Ha! – Re​chot, śmiech. – To mi się w to​bie po​do​ba. Nie owi​‐ jasz w ba​weł​nę. – Masz coś dla mnie czy nie? – No nie mogę nor​mal​nie. – Śmie​je się, milk​nie na mo​ment, a ja wy​obra​żam so​bie, jak te​raz wy​glą​da, cały ro​ze​dr​ga​ny, na​‐ pi​na mię​śnie chu​dych rąk, szcze​rzy się nie​na​tu​ral​nie. W ci​szy sły​szę wy​raź​niej mu​zy​kę w tle, dud​nią​ce basy i pi​ski. – Taaa – rzu​ca w koń​cu. – Mam go. Zna​la​złem tego two​je​go cho​ler​ne​go pi​ka​pa. Wła​ści​wie na​mie​rzy​łem go już wczo​raj, ale po​sta​no​wi​‐ łem za​cze​kać do chwi​li, gdy będę miał pew​ność, że cię obu​‐ dzę. Wiesz dla​cze​go?

– Dla​te​go, że mnie nie​na​wi​dzisz. – Tak! – drze się i znów wy​bu​cha śmie​chem. – Nie​na​wi​dzę cię! Masz coś do pi​sa​nia, ślicz​niut​ki? Czer​wo​ny pi​kap z ame​ry​kań​ską fla​gą na drzwiach zo​stał prze​ro​bio​ny na olej ro​ślin​ny przez chor​wac​kie​go me​cha​ni​ka na​zwi​skiem Dje​mic, fa​ce​ta, któ​ry ma mały warsz​tat opo​dal spa​lo​ne​go sa​lo​nu Nis​sa​na na Man​che​ster Stre​et. Nie ko​ja​rzę miej​sca, o któ​rym mówi Vic​tor, ale nie​trud​no bę​dzie je zna​‐ leźć. – Dzię​ki. – Je​stem już cał​ko​wi​cie obu​dzo​ny, za​pi​su​ję szyb​ko każ​dą in​for​ma​cję. To jest coś, cho​le​ra. Czu​ję pod​nie​ce​nie i na​‐ gły przy​pływ wdzięcz​no​ści dla Vic​to​ra. – Dzię​ki, na​praw​dę – rzu​cam. – To wspa​nia​ła wia​do​mość. Ogrom​ne dzię​ki. Baw się da​lej. – Za​raz, za​raz. Jesz​cze nie skoń​czy​łem. – Nie? – Ser​ce wali mi moc​no w pier​si. Ocza​mi wy​obraź​ni wi​‐ dzę już kie​ru​nek, w ja​kim po​pro​wa​dzę do​cho​dze​nie, każ​da ko​‐ lej​na in​for​ma​cja wy​ni​ka z po​przed​niej. – Słu​cham. – Chcę tyl​ko po​wie​dzieć… Chcę coś po​wie​dzieć. – Vic​tor już nie wy​rzu​ca z sie​bie słów z pręd​ko​ścią ka​ra​bi​nu ma​szy​no​we​‐ go, już nie re​cho​cze. Ścichł na​raz. Wy​obra​żam go so​bie, jak stoi po​chy​lo​ny moc​no nad au​to​ma​tem te​le​fo​nicz​nym, wy​ma​‐ chu​jąc groź​nie pal​cem. – Chcę tyl​ko po​wie​dzieć, że od​tąd je​‐ ste​śmy kwi​ta, sta​ry. – Okay – rzu​cam. – Je​ste​śmy kwi​ta. Mó​wię po​waż​nie. Dał mi to, cze​go chcia​łem, a na​wet wię​cej, więc je​stem go​tów mu od​pu​ścić. Niech so​bie tań​czy w tym ma​‐ ga​zy​nie aż do koń​ca świa​ta. – Da​jesz… – Głos mu się ła​mie, jak​by po​wstrzy​my​wał łzy, nie ma już twar​dzie​la, jest tyl​ko chłop​czyk, któ​re​mu uda​ło się wy​‐ mi​gać od kary. – Da​jesz sło​wo? – Tak – od​po​wia​dam. – Daję sło​wo.

– W po​rząd​ku – rzu​ca. – Bo ja wiem jesz​cze, do kogo na​le​ży ten wóz.

*** Tak na mar​gi​ne​sie, do​brze wiem, o co cho​dzi z tym snem. Nie je​stem prze​cież idio​tą. Co to za de​tek​tyw, któ​ry nie umie roz​‐ gryźć sa​me​go sie​bie? Sen, któ​ry ostat​nio mie​wam, ten o daw​nej dziew​czy​nie, je​śli się do​brze za​sta​no​wić, nie do​ty​czy wca​le mo​jej mi​ło​ści z ogól​‐ nia​ka. To nie jest sen o Ali​son Ko​ech​ner, na​szym daw​no za​koń​‐ czo​nym związ​ku i wy​ma​rzo​nym nie​wiel​kim, ale za to pięk​nym domu, któ​ry mo​gli​by​śmy wspól​nie zbu​do​wać w Ma​ine, gdy​by​‐ śmy się nie ro​ze​szli. Nie śnię o bia​łym pło​cie, nie​dziel​nym roz​‐ wią​zy​wa​niu krzy​żó​wek i go​rą​cej her​ba​cie. W moim śnie nie ma aste​ro​idy. W moim śnie po pro​stu ży​je​‐ my. To zwy​kłe ży​cie, szczę​śli​we, wie​dzio​ne za bia​łym par​ka​‐ nem. Nor​mal​ne ży​cie. Dłu​gie ży​cie. Śniąc o Ali​son Ko​ech​ner, śnię tak na​praw​dę o nie​umie​ra​niu. Wi​dzi​cie? Roz​gry​złem to jak się pa​trzy.

*** – Chciał​bym usta​lić z pa​nem kil​ka spraw, pa​nie Do​tseth. Chcę, by pan wie​dział, że za spra​wą tego wi​siel​ca coś się kry​‐ je. Na​praw​dę. – Mama? To ty, mamo? – Co? Nie. Mówi de​tek​tyw Pa​la​ce. Chwi​la ci​szy, stłu​mio​ny chi​chot. – Wiem, kto mówi, synu. Tak się tyl​ko z tobą dro​czę. – Aha. Ro​zu​miem. Sły​szę sze​lest prze​kła​da​nej kart​ki ga​ze​ty, nie​mal​że wy​czu​‐ wam ostrą woń bi​ją​cą z kub​ka kawy Den​ny’ego Do​tse​tha. – Sły​sza​łeś już, co wy​da​rzy​ło się w Je​ro​zo​li​mie? – Nie.

– Coś ta​kie​go. A chcesz usły​szeć? – Nie, pro​szę pana, nie te​raz. Wróć​my do pro​wa​dzo​nej prze​‐ ze mnie spra​wy, pa​nie Do​tseth. – Prze​pra​szam, ale czy mógł​byś mi przy​po​mnieć, o ja​kiej spra​wie roz​ma​wia​my? Siorb​nię​cie kawy, sze​lest pa​pie​ru, Do​tseth kpi ze mnie w żywe oczy, a ja sto​ję jak ten du​reń we wła​snej kuch​ni i bęb​‐ nię pal​ca​mi po błę​kit​nym bru​lio​nie. Tym sa​mym, w któ​rym przed czwar​tą rano za​pi​sa​łem na​zwi​sko i ad​res ostat​niej oso​‐ by, któ​ra wi​dzia​ła mo​je​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go. – Mó​wię o spra​wie Zel​la, pro​szę pana. Tego wi​siel​ca, któ​re​go zna​leź​li​śmy przed​wczo​raj rano. – No tak. Zgon w nie​wy​ja​śnio​nych oko​licz​no​ściach. To oczy​‐ wi​ście sa​mo​bój​stwo, ale ty po​dej​rze​wasz… – Zga​dza się. Pro​szę po​słu​chać: uda​ło mi się na​mie​rzyć ten po​jazd. – Jaki zno​wu po​jazd, mło​dzień​cze? Moje pal​ce wy​bi​ja​ją co​raz szyb​szy rytm. Daj spo​kój, Do​tseth. – Po​jazd, o któ​rym wspo​mnia​łem pod​czas na​szej wczo​raj​szej roz​mo​wy. Czer​wo​ny pi​kap prze​ro​bio​ny na olej ro​ślin​ny. Ten, w któ​rym po raz ostat​ni wi​dzia​no ofia​rę. Ko​lej​na dłu​ga prze​rwa. Za​stęp​ca pro​ku​ra​to​ra ge​ne​ral​ne​go pró​bu​je do​pro​wa​dzić mnie do pa​sji. – Halo? Pa​nie Do​tseth? – Okay, uda​ło ci się na​mie​rzyć ten wóz. – Tak. A pan po​wie​dział, by panu mel​do​wać, je​śli znaj​dę po​‐ szla​ki świad​czą​ce, że to coś wię​cej niż ko​lej​ne sa​mo​bój​stwo. – Na​praw​dę? – Tak. No więc uwa​żam, że jest wię​cej niż praw​do​po​dob​ne, że mamy do czy​nie​nia z mor​der​stwem. Za​mie​rzam od​wie​dzić tego czło​wie​ka jesz​cze tego ran​ka, prze​słu​cham go, a je​śli coś mi nie spa​su​je w tym, co od nie​go usły​szę, po​ja​wię się u pana po na​kaz aresz​to​wa​nia… – Za​wie​szam głos. – Pa​nie Do​tseth?

Chrzą​ka dla od​mia​ny, po czym pyta: – Kto jest te​raz pań​skim bez​po​śred​nim prze​ło​żo​nym? – Słu​cham? Cze​kam z ręką unie​sio​ną nad bru​lio​nem, mój pa​lec wska​zu​je za​pi​sa​ny w nim ad​res: 77 Bow Bog Road. To na po​łu​dnie od nas. Naj​bliż​sze przed​mie​ścia. – Py​tam o to, kto jest te​raz sze​fem wy​dzia​łu kry​mi​nal​ne​go. – Chy​ba nie ma ni​ko​go ta​kie​go. Tech​nicz​nie bio​rąc, na​szym prze​ło​żo​nym jest ko​men​dant Or​dler. Sier​żant Stas​sen rzu​cił wszyst​ko w cho​le​rę pod ko​niec li​sto​pa​da, za​nim jesz​cze prze​‐ nie​sio​no mnie na pię​tro. A jego na​stęp​cy na​dal nie wi​dać. – Nie wi​dać… – mru​czy Do​tseth. – No do​brze. Ujmę to tak, ko​le​go: sko​ro mu​sisz zaj​mo​wać się tą spra​wą, rób, co uwa​‐ żasz za sto​sow​ne.

2. – Pe​ter żyje. – Nie​ste​ty nie. – Do​pie​ro co go wi​dzia​łem. Kil​ka dni temu, chy​ba we wto​rek wie​czo​rem. – Nie. To nie​moż​li​we. – Wła​śnie, że moż​li​we. – To mu​siał być po​nie​dzia​łek. Sto​ję pod opar​tą o ścia​nę domu roz​su​wa​ną me​ta​lo​wą dra​bi​‐ ną. Bu​dy​nek jest kan​cia​sty, zwień​czo​ny stro​mym, po​kry​tym gon​tem da​chem. Ręce trzy​mam zło​żo​ne, gło​wę mam od​chy​lo​‐ ną, drę się pro​sto w sy​pią​cy z nie​ba śnieg. J.T. To​us​sa​int, bez​‐ ro​bot​ny bu​dow​la​niec i ka​mie​niarz, wiel​ko​lud nie czło​wiek, stoi na szczy​cie dra​bi​ny, jego cięż​kie bu​cio​ry ro​bo​cze za​par​te są na ostat​nim szcze​blu, a wy​dat​ny brzuch do​ty​ka ryn​ny oka​la​ją​‐ cej dach. Nie wi​dzę wy​raź​nie jego twa​rzy, tyl​ko dol​ną pra​wą ćwiart​kę, któ​rą jest do mnie zwró​co​ny, resz​ta nik​nie pod kap​‐ tu​rem nie​bie​skiej blu​zy. – Ode​brał go pan z miej​sca za​trud​nie​nia w po​nie​dzia​łek wie​‐ czo​rem. To​us​sa​int mru​czy coś, co brzmi jak: „Chy​ba sam wiem le​‐ piej?”, ale na głos wy​po​wia​da nie​wy​raź​ne: – Hę? – Tak, pro​szę pana. Pod​je​chał pan swo​im czer​wo​nym pi​ka​‐ pem, tym z fla​gą wy​ma​lo​wa​ną na drzwiach. To pań​ski wóz tam stoi? – Wska​zu​ję na pod​jazd, a To​us​sa​int po​ta​ku​je, prze​no​sząc cię​żar cia​ła na ryn​nę. Pod​sta​wa dra​bi​ny drży lek​ko. – A we wto​rek rano zna​le​zio​no go mar​twe​go. – Ojej – mam​ro​cze z da​chu. – A niech to. Po​wie​sił się?

– Tak to w każ​dym ra​zie wy​glą​da. Może pan zejść na chwi​lę z tej dra​bi​ny? To pa​skud​ny bu​dy​nek, drew​nia​ny, roz​sy​pu​ją​cy się z wol​na, lek​ko asy​me​trycz​ny, przy​po​mi​na nie​co po​dium po​sta​wio​ne w środ​ku głu​szy. W ogród​ku przed nim stoi sa​mot​ny dąb, po​‐ wy​krę​ca​ny​mi ko​na​ra​mi się​ga​ją​cy nie​ba, jak​by cze​kał na aresz​to​wa​nie; poza tym do​strze​gam tyl​ko psią budę i ży​wo​płot bie​gną​cy wzdłuż gra​nic po​se​sji. Gdy To​us​sa​int scho​dzi, dra​bi​‐ na pod​ska​ku​je i chy​bo​cze się nie​bez​piecz​nie, ale mo​ment póź​‐ niej mam go już przed sobą, za​ku​ta​ne​go w blu​zę z kap​tu​rem i w tych mon​stru​al​nych bu​tach ro​bo​czych. Z ma​syw​ne​go nad​‐ garst​ka zwi​sa mu pi​sto​let do uszczel​nia​nia. Męż​czy​zna mie​rzy mnie wzro​kiem, obaj wy​dmu​chu​je​my ob​łocz​ki gę​stej pary. Lu​dzie mó​wi​li praw​dę, jest wiel​ki, ale ra​czej na​pa​ko​wa​ny niż gru​by, ma syl​wet​kę fa​ce​ta, któ​ryś kie​dy grał w fut​bol. Za jego masą kry​je się stal, nie wąt​pię, że gdy​by za​szła taka po​trze​ba, mógł​by bez tru​du bie​gać i ska​kać. Nie mó​wiąc już o za​ata​ko​‐ wa​niu dru​gie​go czło​wie​ka. Gło​wa To​us​sa​in​ta wy​glą​da jak wy​‐ cio​sa​na z li​te​go gra​ni​tu: wy​sta​ją​ca obła szczę​ka, sze​ro​kie czo​‐ ło, skó​ra twar​da, po​bruż​dżo​na, jak​by tknię​ta ero​zją. – Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce – przed​sta​wiam się grzecz​‐ nie. – Po​li​cjant. – Bez jaj – od​po​wia​da, a po​tem bez ostrze​że​nia robi krok w moim kie​run​ku, po​krzy​ku​je dwu​krot​nie i klasz​cze. Od​ru​cho​‐ wo od​ska​ku​ję w tył, po​ty​kam się, pró​bu​ję się​gnąć dło​nią do ka​‐ bu​ry. Ale nie o mnie mu cho​dzi, tyl​ko o psa. On po pro​stu przy​wo​łu​‐ je swo​je​go psa. Przy​klę​ka, a psi​na przy​bie​ga truch​tem, za​nie​‐ dba​ny zwie​rzak, nie​rów​no​mier​nie po​kry​ty bia​łą krę​co​ną sier​‐ ścią. To chy​ba pu​del albo coś w tym sty​lu. – Hej, Ho​udi​ni – wabi go To​us​sa​int, roz​kła​da​jąc ręce. – Chodź do mnie.

Pies wtu​la ma​leń​ką gło​wę w mię​si​stą dłoń pana, a ja w tym cza​sie pró​bu​ję dojść do sie​bie. Gdy bio​rę głę​bo​ki od​dech, wiel​‐ ko​lud pod​no​si na mnie wzrok z przy​klę​ku, spoj​rze​nie ma roz​‐ ba​wio​ne. W tym mo​men​cie wiem, że… że przej​rzał mnie na wy​lot.

*** W środ​ku dom jest rów​nie pa​skud​ny, ścia​ny po​kry​wa brud​ny, żółk​ną​cy w wie​lu miej​scach tynk, każ​dy ele​ment wy​stro​ju jest czy​sto funk​cjo​nal​ny: ze​gar, ka​len​darz, otwie​racz do bu​te​lek wi​szą​cy na fu​try​nie drzwi pro​wa​dzą​cych do kuch​ni. Wi​dzę nie​‐ wiel​ki ko​mi​nek za​pcha​ny kupą śmie​ci, pu​ste bu​tel​ki po im​por​‐ to​wa​nym pi​wie – mu​sia​ły kosz​to​wać kro​cie, sko​ro sze​ścio​pak na​wet naj​po​dlej​szej mar​ki bro​wa​ru kosz​tu​je dzi​siaj w li​cen​cjo​‐ no​wa​nych skle​pach 21,99 – zgod​nie z usta​wą o jed​no​li​tej ce​nie al​ko​ho​lu – a na czar​nym ryn​ku osią​ga astro​no​micz​ne ceny. Gdy prze​cho​dzi​my, ze sto​su spa​da jed​na z fla​szek i z hur​ko​tem tur​la się po drew​nia​nych klep​kach sa​lo​nu. – Za​tem – rzu​cam, się​ga​jąc po bru​lion i dłu​go​pis. – Jak pan po​znał Pe​te​ra Zel​la? To​us​sa​int za​pa​la pa​pie​ro​sa i za​cią​ga się wol​no dy​mem, a w koń​cu mówi: – Cho​dzi​li​śmy ra​zem do szko​ły. – Do szko​ły? – Tak. Tu nie​da​le​ko. Przy Cur​ti​svil​le Road. – Ci​ska pi​sto​let do uszczel​nia​nia na wierzch skrzyn​ki na​rzę​dzio​wej, a ją od​ko​pu​je pod zde​ze​lo​wa​ną sofę. – Sia​daj, czło​wie​ku. – Nie, dzię​ku​ję. To​us​sa​int tak​że nie sia​da. Prze​ta​cza się obok mnie w kie​run​‐ ku kuch​ni, dym z tlą​ce​go się pa​pie​ro​sa wi​ru​je w po​wie​trzu za jego gło​wą, jak​by do​by​wał się z pasz​czy smo​ka. Na pół​ce wień​czą​cej ko​mi​nek stoi mi​nia​tu​ra sta​no​we​go par​‐ la​men​tu, ma pięt​na​ście cen​ty​me​trów wy​so​ko​ści i zo​sta​ła od​‐

wzo​ro​wa​na z ogrom​ną pre​cy​zją: wi​dzę fa​sa​dy z bia​łe​go ka​‐ mie​nia, po​zła​ca​ną ko​pu​łę i mi​kro​sko​pij​ne​go orła ster​czą​ce​go na jej szczy​cie. – Po​do​ba się? – pyta To​us​sa​int wra​ca​ją​cy z he​ine​ke​nem w dło​ni, od​kła​dam więc po​śpiesz​nie oglą​da​ny mo​del. – To dzie​‐ ło mo​je​go sta​re​go. – Jest ar​ty​stą? – Nie żyje – in​for​mu​je mnie go​spo​darz, od​chy​la​jąc ko​pu​łę i po​ka​zu​jąc jej wnę​trze, któ​re oka​zu​je się po​piel​nicz​ką. – Ale tak, był ar​ty​stą. Mię​dzy in​ny​mi. Strze​pu​je po​piół do ko​pu​ły sta​no​we​go par​la​men​tu, spo​glą​da​‐ jąc na mnie z wy​cze​ki​wa​niem. – Za​tem – po​wta​rzam – po​zna​li​ście się w szko​le. – Tak. Je​śli wie​rzyć sło​wom To​us​sa​in​ta, on i Pe​ter Zell byli naj​lep​‐ szy​mi kum​pla​mi od dru​giej do szó​stej kla​sy. Obaj rów​nie nie​‐ po​pu​lar​ni, To​us​sa​int kle​pał bie​dę, ko​rzy​stał z dar​mo​wych obia​dów, za​wsze cho​dził w tych sa​mych ciu​chach ze szma​tek​‐ sów, Zell na​to​miast był z za​moż​nej ro​dzi​ny, ale strasz​nie nie​‐ zdar​ny i wraż​li​wy, jed​nym sło​wem, uro​dzo​na ofia​ra. Dwaj mali dzi​wa​cy za​war​li więc szta​mę, gry​wa​li w ping-pon​ga w wy​koń​‐ czo​nej jak po​kój piw​ni​cy Pe​te​ra, jeź​dzi​li na ro​we​rach po wzgó​‐ rzach ota​cza​ją​cych szpi​tal, gry​wa​li w Dun​ge​ons & Dra​gons w tym wła​śnie domu, w po​ko​ju, w któ​rym te​raz roz​ma​wia​my. La​tem wy​bie​ra​li się do od​le​głych o parę ki​lo​me​trów ka​mie​nio​‐ ło​mów na Sta​te Stre​et, za wię​zie​niem, gdzie roz​bie​ra​li się do maj​tek, by pły​wać, nur​ko​wać, ta​plać się i pod​ta​piać wza​jem​nie w przy​jem​nie chłod​nej wo​dzie. – Wie pan – koń​czy uśmiech​nię​ty To​us​sa​int, roz​ko​szu​jąc się sma​kiem piwa. – Jak to dzie​cia​ki. Przy​ta​ku​ję, za​pi​su​jąc to wszyst​ko, za​in​try​go​wa​ny wy​ob​ra​że​‐ niem dzie​cię​ce​go wcie​le​nia mo​je​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​‐ go: zie​mi​sta cera już u na​sto​lat​ka, gru​be oku​la​ry, ubra​nie zło​‐

żo​ne rów​no przy sa​mym brze​gu gli​nian​ki. Po pro​stu młod​sza wer​sja ob​se​syj​nie nie​śmia​łe​go ak​tu​ariu​sza, któ​rym pi​sa​ne mu było zo​stać. J.T. i Pe​ter, co chy​ba było nie​unik​nio​ne, w koń​cu od​da​li​li się od sie​bie. Po okre​sie doj​rze​wa​nia To​us​sa​int zmie​nił się, zmęż​‐ niał, wy​ro​bił: za​czął kraść pły​ty Me​tal​li​ki z Pitch​fork Re​cords, pod​wę​dzał ojcu piwo i pa​lił czer​wo​ne marl​bo​ro, Zell zaś nie zdo​łał wy​kro​czyć poza sztyw​ne ramy swej do​tych​cza​so​wej po​‐ sta​ci, na​dal był stra​chli​wy i ner​do​wa​ty. W gim​na​zjum wi​ta​li się na ko​ry​ta​rzu zdaw​ko​wym ski​nie​niem gło​wy, po​tem To​us​sa​int rzu​cił na​ukę, a Pe​ter, zdaw​szy eg​za​mi​‐ ny, roz​po​czął stu​dia. Przez dwa​dzie​ścia ko​lej​nych lat nie mie​li ze sobą kon​tak​tu. Za​pi​su​ję każ​de sło​wo. To​us​sa​int do​pi​ja piwo i ci​ska pu​stą flasz​kę na stos w ko​min​ku. W drew​nia​nych ścia​nach są po​kaź​‐ ne szpa​ry. Mu​szą być, sko​ro w prze​rwach w roz​mo​wie sły​szę prze​raź​li​wy gwizd wia​tru. Wi​chu​ra na ze​wnątrz wzma​ga się, jak​by chcia​ła prze​ci​snąć się do wnę​trza każ​dą szcze​li​ną. – Po​tem na​gle za​dzwo​nił do mnie – cią​gnie To​us​sa​int. – Jak pio​run z ja​sne​go nie​ba. Wpad​nij, zje​my wspól​nie lunch, po​wie​‐ dział. Trzy​krot​nie włą​czam i wy​łą​czam dłu​go​pis. – Dla​cze​go to zro​bił? – Nie mam po​ję​cia. – Kie​dy to było? – Nie pa​mię​tam. W lip​cu? Nie. To było po tym, jak mnie wy​la​‐ li z ro​bo​ty. Czy​li w czerw​cu. Po​wie​dział, że po​my​ślał o mnie, jak tyl​ko to wszyst​ko się za​czę​ło. Mie​rzy wy​pro​sto​wa​nym pal​cem w okno i wi​docz​ne za nim nie​bo. To wszyst​ko. Dzwo​ni mój te​le​fon, więc zer​kam na wy​‐ świe​tlacz. Nico. Od​rzu​cam po​łą​cze​nie. – Co ro​bi​li​ście, pan i Zell, gdy już się spo​tka​li​ście? – To samo.

– Gra​li​ście w Dun​ge​ons & Dra​gons? Spo​glą​da na mnie, pry​cha, po​pra​wia się w fo​te​lu. – No do​bra. Ro​bi​li​śmy coś in​ne​go. Pi​li​śmy piwo. Jeź​dzi​li​śmy po oko​li​cy. Po​strze​la​li​śmy so​bie. – Za​mie​ram, wiatr na​dal za​‐ wo​dzi. To​us​sa​int za​pa​la ko​lej​ne​go pa​pie​ro​sa, musi wie​dzieć, co za​raz po​wiem. – Trzy win​che​ste​ry, pa​nie wła​dzo. Tam, w szaf​ce. Roz​ła​do​wa​ne. Są moje i mogę to udo​wod​nić. – Za​bez​pie​czo​ne jak trze​ba, mam na​dzie​ję. Kra​dzie​że są po​waż​nym pro​ble​mem. Lu​dzie krad​ną broń na po​tę​gę dla sie​bie, byle mieć jej wię​cej, ale są też tacy, któ​rzy sprze​da​ją to, co zwę​dzą, in​nym „ko​lek​cjo​ne​rom”, i to za astro​‐ no​micz​ne kwo​ty. – Nikt nie za​bie​rze mo​jej bro​ni, kur​wa – od​po​wia​da ostro i mie​rzy mnie har​dym spoj​rze​niem, jak​bym za​mie​rzał zro​bić coś po​dob​ne​go. Kon​ty​nu​uję prze​słu​cha​nie. Py​tam To​us​sa​in​ta o noc z po​nie​‐ dział​ku na wto​rek, ostat​nią w ży​ciu Pe​te​ra Zel​la, ale on tyl​ko wzru​sza ra​mio​na​mi. – Za​bra​łem go po ro​bo​cie. – O któ​rej? – Nie pa​mię​tam – rzu​ca, a ja czu​ję, że co​raz mniej mnie lubi, jest go​tów mnie wy​pro​sić. Może to on za​bił Pe​te​ra, a może nie, ale nie mogę oprzeć się wra​że​niu, że gdy​by tyl​ko ze​chciał, mógł​by mnie obić na śmierć. Wy​star​czy​ły​by trzy albo czte​ry ude​rze​nia, bym padł jak je​leń pod ma​czu​gą ja​ski​niow​ca. – Po ro​bo​cie. Twier​dzi, że po​krą​ży​li chwi​lę po mie​ście, po​tem wpad​li do Red Ri​ver, żeby obej​rzeć nową część Di​stant Pale Glim​mers, tego se​ria​lu scien​ce fic​tion. Wy​pi​li kil​ka piw, obej​rze​li film, a po​tem się roz​sta​li. Pe​ter stwier​dził, że chce wra​cać do domu na pie​cho​tę. – Wi​dział pan ko​goś jesz​cze w ki​nie? – Tyl​ko pra​cow​ni​ków ob​słu​gi.

Wy​sy​sa ostat​nie soki z dru​gie​go pa​pie​ro​sa i roz​gnia​ta nie​do​‐ pa​łek w mo​de​lu sta​no​we​go par​la​men​tu. Ho​udi​ni drep​cze ko​‐ śla​wo, ob​li​zu​jąc się łap​czy​wie, by zmieść ró​żo​wym ję​zo​rem ostat​nie okru​chy cia​stek, któ​re przy​kle​iły mu się do py​ska. Mo​ment póź​niej po​cie​ra łbem o ma​syw​ną nogę swo​je​go pana. – Będę mu​siał za​strze​lić tego psa – rzu​ca To​us​sa​int nie​spo​‐ dzie​wa​nie, w za​my​śle​niu, po czym zry​wa się na rów​ne nogi. – To zna​czy na sam ko​niec. – Słu​cham? – On jest okrop​nie stra​chli​wy. – Zer​ka na czwo​ro​no​ga, prze​‐ krzy​wia​jąc gło​wę, jak​by się za​sta​na​wiał, co po​czu​je, gdy to zro​bi. – Nie mogę ścier​pieć my​śli, że mógł​by zgi​nąć od ognia, zim​na albo uto​nąć. Dla​te​go chy​ba będę mu​siał go wcze​śniej od​strze​lić. Je​stem go​to​wy, by opu​ścić to miej​sce. Mogę wyjść już te​raz. – Ostat​nie py​ta​nie, pro​szę pana. Za​uwa​żył pan opu​chli​znę pod pra​wym okiem pana Zel​la? – Po​wie​dział mi, że spadł ze scho​dów. – Uwie​rzył mu pan? Re​cho​cze pod no​sem, dra​piąc psa za klap​nię​tym uchem. – Ko​muś in​ne​mu bym nie uwie​rzył. Uznał​bym, że gwizd​nął na uli​cy za dzie​wu​chą ja​kie​goś za​ka​pio​ra. Ale Pete? Daj pan spo​‐ kój. Idę o za​kład, że po​tknął się na ja​kichś scho​dach. – Ro​zu​miem – rzu​cam, za​prze​cza​jąc w du​chu: „A ja idę o za​‐ kład, że przy​da​rzy​ło mu się coś in​ne​go”. To​us​sa​int uj​mu​je łeb Ho​udi​nie​go w obie dło​nie i pa​trzą so​bie dłu​go w oczy, a ja wy​bie​gam my​śla​mi w przy​szłość, do tego strasz​ne​go mo​men​tu, gdy czło​wiek pod​no​si dwie​ście​sie​dem​‐ dzie​siat​kę, zwie​rzak pa​trzy na nie​go uf​nie, po czym na​stę​pu​je strzał i ko​niec. Fa​cet prze​no​si wzrok na mnie i czar pry​ska. – Coś jesz​cze, pa​nie wła​dzo?

*** Mój oj​ciec, Tem​ple Pa​la​ce, miał taką ulu​bio​ną żar​to​bli​wą od​‐ po​wiedź. Kie​dy lu​dzie py​ta​li go, kim jest z za​wo​du, zwykł mó​‐ wić, że kró​lem fi​lo​zo​fów. Wy​gła​szał to zda​nie ze śmier​tel​ną po​wa​gą i nie wy​bu​chał na ko​niec śmie​chem. Kto​kol​wiek za​dał py​ta​nie – czy był to fry​zjer, czy przy​god​ny zna​jo​my z przy​ję​cia albo ro​dzic jed​ne​go z mo​ich ko​le​gów – wszy​scy spo​glą​da​li na nie​go pu​stym wzro​kiem. A ja w ta​kich chwi​lach wbi​ja​łem wzrok w zie​mię za​wsty​dzo​ny. On na​to​miast roz​kła​dał ręce i py​tał: „No o co cho​dzi? Mó​wię po​waż​nie”. Tak na​praw​dę wy​kła​dał li​te​ra​tu​rę an​giel​ską w Sa​int An​selm Col​le​ge, Chau​ce​ra, Szek​spi​ra, Don​ne’a. W domu sy​pał nie​‐ ustan​nie cy​ta​ta​mi i alu​zja​mi, po​wta​rza​jąc pół​gęb​kiem ko​lej​ne wy​kła​dy, ko​men​to​wał też każ​de pro​za​icz​ne wy​da​rze​nie w na​‐ praw​dę abs​trak​cyj​ny spo​sób. Więk​szość jego wtrę​tów ode​szła już daw​no w za​po​mnie​nie, ale je​den z nich wciąż mam w pa​mię​ci. Wró​ci​łem do domu, po​cią​ga​jąc no​sem, cały we łzach, po​nie​‐ waż ten drań Burt Phipps zrzu​cił mnie z huś​taw​ki. Moja mat​‐ ka, Peg, ko​bie​ta ty​leż ład​na co prak​tycz​na, wrzu​ci​ła trzy kost​‐ ki lodu do wo​recz​ka śnia​da​nio​we​go i przy​ło​ży​ła je do opu​chli​‐ zny na twa​rzy. Oj​ciec na​to​miast stał przy zie​lo​nym ku​chen​nym bla​cie i za​sta​na​wiał się na głos, dla​cze​go Burt zro​bił mi coś ta​‐ kie​go. – Dla​te​go, że to pa​lant – od​po​wia​dam, po​cią​ga​jąc wciąż no​‐ sem. – Ależ skąd – oświad​cza oj​ciec, pod​no​sząc oku​la​ry, by spoj​‐ rzeć na nie pod świa​tło i prze​trzeć je ser​wet​ką. – Hen, Szek​‐ spir na​uczył nas jed​ne​go: każ​de dzia​ła​nie ma swój mo​tyw. Pa​trzę na ojca, trzy​ma​jąc przy obo​la​łym czo​le wo​re​czek pe​‐ łen lodu. – Nie ro​zu​miesz, synu? Co​kol​wiek kto​kol​wiek czy​ni, musi być tego przy​czy​na. Nic bez niej się nie dzie​je, ani w sztu​ce, ani

tym bar​dziej w ży​ciu. – Li​to​ści, ko​cha​nie – szep​cze mat​ka, przy​klę​ka​jąc obok mnie, by spoj​rzeć mi w oczy i wy​klu​czyć wstrzą​śnie​nie mó​zgu. – Chu​li​gan to chu​li​gan. – No tak – rzu​ca oj​ciec, głasz​cze mnie po gło​wie, po czym wy​‐ cho​dzi z kuch​ni. – Py​ta​nie brzmi: dla​cze​go zo​stał chu​li​ga​nem? Mat​ka prze​wra​ca ocza​mi, ca​łu​je mnie w obo​la​łe miej​sce i wsta​je. Pię​cio​let​nia Nico sie​dzi na pod​ło​dze, gdzie bu​du​je wie​lo​pię​tro​wy pa​łac z kloc​ków lego. Wła​śnie usi​łu​je go na​kryć wie​lo​płasz​czy​zno​wym da​chem. Pro​fe​sor Pa​la​ce nie do​cze​kał na​dej​ścia aste​ro​idy, po​dob​nie, nie​ste​ty, jak moja mat​ka. Za nie​co po​nad pół roku, je​śli ufać prze​wi​dy​wa​niom naj​lep​‐ szych na​ukow​ców, co naj​mniej po​ło​wa po​pu​la​cji na​szej pla​ne​ty zgi​nie w se​rii na​kła​da​ją​cych się na sie​bie ka​ta​kli​zmów. Eks​plo​‐ zja o sile dzie​się​ciu me​ga​ton, do​rów​nu​ją​ca mocą ty​siąc​o​wi bomb zrzu​co​nych na Hi​ro​szi​mę, wy​bi​je gi​gan​tycz​ny kra​ter w zie​mi, po​wo​du​jąc licz​ne trzę​sie​nia zie​mi wy​my​ka​ją​ce się poza ska​lę Rich​te​ra, a one z ko​lei wy​wo​ła​ją nie​bo​tycz​ne tsu​‐ na​mi, któ​re prze​to​czy się przez wszyst​kie oce​any na​sze​go glo​‐ bu. Po​tem na​dej​dzie mrok, nie​bo spo​wi​je gru​ba war​stwa po​pio​łu, śred​nia tem​pe​ra​tu​ra spad​nie o dwa​dzie​ścia stop​ni Cel​sju​sza. Zero zbio​rów, zero by​dła, zero świa​tła. Taki bę​dzie los tych, któ​rzy prze​trwa​ją. Znajdź w swo​im błę​kit​nym bru​lio​nie od​po​wiedź na na​stę​pu​ją​‐ ce py​ta​nie, pro​fe​so​rze Pa​la​ce: jaki wpływ świa​do​mość nie​‐ uchron​nej zgu​by może mieć na lu​dzi i mo​ty​wy ich po​stę​po​wa​‐ nia? Weź​my choć​by J.T. To​us​sa​in​ta, bez​ro​bot​ne​go ka​mie​nia​rza, wcześ​niej nie​ka​ra​ne​go. Nie ma on wia​ry​god​ne​go ali​bi na czas śmier​ci ofia​ry. Twier​‐ dzi, że był w domu, czy​tał książ​kę.

W nor​mal​nej sy​tu​acji za​in​te​re​so​wa​li​by​śmy się kwe​stią mo​ty​‐ wu spraw​cy. Roz​wa​ży​li​by​śmy go​dzi​ny spę​dzo​ne wspól​nie przez Pe​te​ra Zel​la i To​us​sa​in​ta, zwłasz​cza ostat​nie​go wie​czo​‐ ra: naj​pierw idą na se​ans Di​stant Pale Glim​mers i w trak​cie pro​jek​cji wy​pi​ja​ją po kil​ka piw. Po​tem do​cho​dzi do sprzecz​ki, nie​wy​klu​czo​ne, że o ko​bie​tę albo ja​kąś na wpół za​po​mnia​ną głu​po​tę z cza​sów szkol​nych, ner​wy bio​rą górę… Pierw​szy pro​blem z tą hi​po​te​zą po​le​ga na tym, że Pe​ter Zell nie zgi​nął w taki spo​sób. Mor​der​stwa bę​dą​ce re​zul​ta​tem dłu​‐ giej li​ba​cji lub wy​ni​kiem sprzecz​ki o ko​bie​tę czy też spo​wo​do​‐ wa​ne inną zwa​dą po​peł​nia się za​zwy​czaj ki​ja​mi bejs​bo​lo​wy​mi, no​ża​mi bądź dwie​ście​sie​dem​dzie​siąt​ka​mi. My mamy na​to​‐ miast do czy​nie​nia z czło​wie​kiem, któ​ry zo​stał udu​szo​ny, a na​‐ stęp​nie prze​nie​sio​ny, by moż​na było za​in​sce​ni​zo​wać sa​mo​bój​‐ stwo. Dru​gi pro​blem, moim zda​niem znacz​nie po​waż​niej​szy, każe prze​ana​li​zo​wać mo​tyw po​now​nie w kon​tek​ście nad​cią​ga​ją​cej ka​ta​stro​fy. Al​bo​wiem lu​dzie za​cho​wu​ją się ostat​nio nie​prze​wi​dy​wal​nie, ich mo​ty​wy są trud​ne, czę​sto wręcz nie​moż​li​we do stwier​dze​‐ nia. Na świe​cie do​cho​dzi do ka​ni​ba​li​zmu, eks​ta​tycz​nych or​gii, nie​kon​tro​lo​wa​nej fali do​bro​czyn​no​ści, prób re​wo​lu​cji, za​rów​‐ no so​cja​li​stycz​nej, jak i re​li​gij​nej, wresz​cie do ma​so​wych psy​‐ choz zwią​za​nych z po​wtór​nym na​dej​ściem Je​zu​sa czy Ale​go, zię​cia Ma​ho​me​ta, Przy​wód​cy Wier​nych. Nie​któ​rzy wie​rzą wręcz, że Orion opu​ści nie​bo​skłon, dzier​żąc miecz i pas w dło​‐ ni. Lu​dzie bu​du​ją stat​ki ko​smicz​ne i dom​ki na drze​wach, prak​ty​‐ ku​ją wie​lo​żeń​stwo, strze​la​ją do sie​bie w miej​scach pu​blicz​‐ nych, do​ko​nu​ją sa​mo​spa​leń albo za​czy​na​ją stu​dio​wać me​dy​cy​‐ nę, po​nie​waż praw​dzi​wi le​ka​rze po​rzu​ca​ją pra​cę, by miesz​kać w sza​ła​sach na pu​sty​ni i tam się mo​dlić.

Żad​na z tych rze​czy, z tego co wiem, nie mia​ła jesz​cze miej​‐ sca w Con​cord. Mimo to od​po​wie​dzial​ny de​tek​tyw po​wi​nien przyj​rzeć się mo​ty​wom spraw​cy w no​wym świe​tle, umie​ścić je na ma​try​cy no​wych, bar​dzo nie​ty​po​wych oko​licz​no​ści. Ko​niec świa​ta zmie​nia wszyst​ko – zwłasz​cza z per​spek​ty​wy stró​ża pra​wa.

*** Jadę po Al​bin Road, gdy koło tra​fia na zmar​z​nię​tą ka​łu​żę i wo​zem za​rzu​ca moc​no w pra​wo. Od​bi​jam kie​row​ni​cą w lewo, by skon​tro​wać, ale to nic nie daje. Krę​cę nią jak sza​lo​ny, naj​‐ pierw w jed​ną, po​tem w dru​gą stro​nę, lecz sły​szę tyl​ko prze​‐ raź​li​wy chrzęst łań​cu​chów trą​cych o fel​gi. – No da​lej, da​lej – mam​ro​czę, ale koła za​cho​wu​ją się tak, jak​‐ by stra​ci​ły po​łą​cze​nie z ukła​dem kie​row​ni​czym. Che​vro​let su​‐ nie wciąż w pra​wo ni​czym gi​gan​tycz​ny ho​ke​jo​wy krą​żek, któ​ry nie​wi​dzial​ny gracz po​słał w bok, pro​sto w bieg​nący wzdłuż dro​gi rów me​lio​ra​cyj​ny. – No da​lej – po​wta​rzam. – No… Mam ucisk w żo​łąd​ku. Wgnia​tam z ca​łych sił pe​dał ha​mul​ca, na​dal żad​ne​go efek​tu, a tył wozu wy​chy​la się jesz​cze bar​dziej, che​vro​let przez mo​ment su​nie w po​przek jezd​ni. Czu​ję, że tyl​‐ ny most się uno​si, a gdy przód wozu prze​la​tu​je nad ro​wem i wbi​ja się w pień ja​kie​goś igla​ka, ude​rzam po​ty​li​cą w za​głó​‐ wek. Na​gle wszyst​ko za​mie​ra. Ci​sza aż dzwo​ni w uszach. Sły​szę tyl​ko wła​sny od​dech. Śpiew zi​mo​we​go pta​ka w od​da​li. Syk po​‐ raż​ki do​bie​ga​ją​cy z ko​mo​ry sil​ni​ka. Do tego wy​chwy​tu​ję ja​kieś ty​ka​nie, ale po​trze​bu​ję chwi​li, by od​kryć, że to od​głos wy​da​wa​ny przez moje zęby. Ręce też mi się trzę​są, a nogi drga​ją jak u ma​rio​net​ki. Ko​li​zja z drze​wem strą​ci​ła na sa​mo​chód masę śnie​gu, któ​ry wciąż sy​pie się z ga​łę​zi, two​rząc w po​wie​trzu sztucz​ną za​wie​‐ ję. Wiel​kie płat​ki szyb​ko po​kry​wa​ją spę​ka​ną przed​nią szy​bę.

Po​pra​wiam się na fo​te​lu, dy​sząc, ma​cam się obie​ma rę​ka​mi po ca​łym cie​le, jak​bym prze​szu​ki​wał po​dej​rza​ne​go. Wszyst​ko do​brze, nic mi nie jest. Przód wozu jest wgnie​cio​ny, cen​tral​nie, głę​bo​ko, jak​by ja​kiś gi​gant za​sa​dził mu so​lid​ne​go kopa. Łań​cu​chy ule​gły ze​rwa​niu. Wszyst​kie czte​ry. Leżą wo​kół opon, przy​po​mi​na​jąc reszt​ki sie​ci ry​bac​kich. – Cho​le​ra – rzu​cam na cały głos. Nie są​dzę, aby to on go za​bił. To​us​sa​int zna​czy. Pod​no​szę łań​cu​chy i wrzu​cam je na kupę do ba​gaż​ni​ka. Wąt​pię, aby był mor​der​cą. Na​praw​dę wąt​pię.

*** Na ko​men​dzie po​li​cji mamy pięć kla​tek scho​do​wych, ale tyl​ko dwie​ma z nich moż​na zejść do piw​ni​cy. Pierw​sza, ta pro​wa​dzą​‐ ca z par​kin​gu, ma stop​nie od​la​ne z su​ro​we​go be​to​nu. To wła​‐ śnie tam​tę​dy spro​wa​dza​my sku​tych po​dej​rza​nych, któ​rych przy​wo​zi​my na tyl​nych sie​dze​niach ra​dio​wo​zów, by zro​bić im zdję​cia sy​gna​li​tycz​ne, po​brać od​ci​ski pal​ców, a po​tem wpa​ko​‐ wać do aresz​tu albo izby wy​trzeź​wień. Ta ostat​nia od nie​daw​‐ na nie​ustan​nie pęka w szwach. Aby do​trzeć do dru​giej czę​ści piw​ni​cy, trze​ba użyć głów​nej klat​ki scho​do​wej w pół​noc​no-za​chod​nim skrzy​dle. Przy​kła​dasz iden​ty​fi​ka​tor do ska​ne​ra, cze​kasz na otwar​cie drzwi i zstę​pu​‐ jesz do cia​sne​go kró​le​stwa po​ste​run​ko​we​go Fran​ka Wi​lent​za. – Cóż to się sta​ło, sza​now​ny de​tek​ty​wie? – rzu​ca Wi​lentz, wy​‐ ko​nu​jąc kpiar​ski sa​lut. – Bla​dy pan coś dzi​siaj. – Zde​rzy​łem się z drze​wem, ale nic mi nie jest. – A drze​wu? – Wy​szu​kasz mi pew​ne na​zwi​sko? – Po​do​ba ci się moja czap​ka? – Daj spo​kój, Wi​lentz.

Głów​ny za​rząd​ca ar​chi​wum na​szej ko​men​dy pra​cu​je w bok​‐ sie, któ​re​go po​wierzch​nia nie ma chy​ba me​tra kwa​dra​to​we​go, daw​nym ma​ga​zy​nie do​wo​dów, za biur​kiem za​wa​lo​nym ko​mik​‐ sa​mi i to​reb​ka​mi cu​kier​ków. Na rzę​dzie ha​ków wy​sta​ją​cych z siat​ko​we​go prze​pie​rze​nia wi​szą li​go​we bejs​bo​lów​ki, jed​na z nich, ja​skra​wo​czer​wo​na czap​ka Phil​lie​sów, spo​czy​wa pod dzi​wacz​nym ką​tem na gło​wie Wi​lent​za. – Od​po​wia​daj, Pa​la​ce. – Bar​dzo mi się po​do​ba. – Tak tyl​ko ga​dasz. – Chciał​bym, abyś spraw​dził dla mnie pew​ne naz​wi​sko – mó​‐ wię. – Mam czap​ki wszyst​kich dru​żyn z ligi. Wiesz o tym? – Tak, chy​ba mi już wspo​mi​na​łeś… Rzecz w tym, że Wi​lentz ma do​stęp do ostat​nie​go dzia​ła​ją​ce​‐ go szyb​kie​go łą​cza in​ter​ne​to​we​go w tym bu​dyn​ku – może na​‐ wet w ca​łym hrab​stwie. A to dzię​ki po​zwo​le​niu, by je​den z na​‐ szych kom​pu​te​rów zo​stał pod​pię​ty pod cen​niej​szy od zło​ta ro​‐ uter De​par​ta​men​tu Spra​wie​dli​wo​ści. W prak​ty​ce zna​czy to tyle, że je​śli chcę się po​łą​czyć z ban​ka​mi da​nych FBI, by wy​‐ szu​kać kar​to​te​kę in​te​re​su​ją​cej mnie oso​by, naj​pierw mu​szę zło​żyć swo​isty hołd ko​lek​cji cza​pek Fran​ka. – Zbie​ra​łem to cho​ler​stwo, by któ​re​goś dnia prze​ka​zać je dzie​ciom, ale od​kąd zro​zu​mia​łem, że nie zdą​żę spło​dzić po​‐ tom​ków, słu​żą do za​spo​ka​ja​nia mo​ich po​trzeb. – W ka​mien​nej ma​sce po​ka​zu​je się szcze​li​na, przez któ​rą wi​dać ozdo​bio​ne prze​rwa​mi zęby. – Je​stem z ga​tun​ku tych, któ​rzy twier​dzą, że szklan​ka jest w po​ło​wie peł​na. Chcia​łeś cze​goś? – Tak. Chciał​bym, abyś spraw​dził dla mnie pew​ne na​zwi​sko. – A tak, już to mó​wi​łeś. Wi​lentz wpi​su​je na​zwi​sko i ad​res, od​zna​cza ko​lej​ne pola na ekra​nie, a ja ob​ser​wu​ję jego po​czy​na​nia, bęb​niąc pal​ca​mi w ścia​nę bok​su.

– Wi​lentz? – Tak? – Po​peł​nił​byś sa​mo​bój​stwo? – Nie – rzu​ca bez za​sta​no​wie​nia, kli​ka​jąc w link. – Choć mu​‐ szę ci się przy​znać, że roz​wa​ża​łem taką opcję. Wiesz, Rzy​mia​‐ nie uwa​ża​li, że sa​mo​bój​stwo to naj​od​waż​niej​szy czyn czło​wie​‐ ka. W ob​li​czu ty​ra​nii. Cy​ce​ron. Se​ne​ka. I wszy​scy po​zo​sta​li. – Prze​cią​ga wol​no pal​cem po szyi. – My nie sto​imy w ob​li​czu żad​nej ty​ra​nii. – I tu nie zgo​dzę się z tobą. Z ko​smo​su nad​la​tu​je fa​szyst​ka. – Od​wra​ca się od kom​pu​te​ra, by wy​łu​skać mi​nia​tu​ro​we​go kitkata ze sto​su sło​dy​czy. – Ale nie, nie od​bio​rę so​bie ży​cia. Wiesz dla​cze​go? – Nie. – Dla​te​go, że… – znów się od​wra​ca, by na​ci​snąć ostat​ni kla​‐ wisz – …je​stem tchó​rzem. W wy​pad​ku Wi​lent​za trud​no od​gad​nąć, kie​dy żar​tu​je, a kie​dy mówi po​waż​nie. Do​my​ślam się, że tym ra​zem po​wie​dział praw​dę. Nie drą​żę te​ma​tu, tyl​ko sku​piam uwa​gę na mo​ni​to​‐ rze, na prze​pły​wa​ją​cych po nim dłu​gich ko​lum​nach da​nych. – Z tego, co tu wi​dzę, przy​ja​cie​lu – rzu​ca po​ste​run​ko​wy Wi​‐ lentz, od​wi​ja​jąc ba​to​nik – tra​fi​łeś na pie​przo​ne​go har​ce​rzy​ka. – Co ta​kie​go? Jak się oka​zu​je, J.T. To​us​sa​int nie po​peł​nił ni​g​dy żad​ne​go prze​stęp​stwa, a w każ​dym ra​zie nie zo​stał na tym przy​ła​pa​ny. Nikt z na​szych ni​g​dy go nie aresz​to​wał, ani przed, ani po po​‐ ja​wie​niu się Mai, ani w Con​cord, ani w in​nym mie​ście, hrab​‐ stwie czy sta​nie. Nie sie​dział w wię​zie​niu fe​de​ral​nym, więc FBI ani De​par​ta​ment Sta​nu nie za​ło​ży​ły mu kar​to​te​ki. Nie in​‐ te​re​so​wał się nim In​ter​pol ani ar​mia. Raz tyl​ko zda​rzy​ło mu się nie​pra​wi​dło​wo za​par​ko​wać mo​to​cykl w nie​wiel​kiej miej​‐ sco​wo​ści o na​zwie Wa​te​rvil​le Val​ley, le​żą​cej gdzieś w Gó​rach

Bia​łych, za co zo​stał uka​ra​ny man​da​tem, któ​ry za​pła​cił w ter​‐ mi​nie. – Nic na nie​go nie masz? – py​tam, a Wi​lentz przy​ta​ku​je. – Nic. No chy​ba że za​sza​lał so​bie w Lu​izja​nie. Nowy Or​le​an wy​padł kom​plet​nie z Sie​ci. – Wi​lentz wsta​je, prze​cią​ga się, do​‐ rzu​ca ko​lej​ny zmię​ty pa​pie​rek do sto​su za​le​ga​ją​ce​go blat. – Sko​ro o tym mowa, może tam po​ja​dę. Po​dob​no nie moż​na na​‐ rze​kać na brak atrak​cji. Sły​sza​łem, że lu​dzie pie​przą się tam na wszyst​kie spo​so​by. Wspi​nam się po scho​dach z kart​ką, na któ​rej za​pi​sa​no kry​mi​‐ nal​ną prze​szłość J.T. To​us​sa​in​ta, a ra​czej jej brak. Je​śli jest ty​‐ pem mor​der​cy wie​sza​ją​ce​go ofia​ry w ki​blach pod​rzęd​nych ba​‐ rów szyb​kiej ob​słu​gi, to stał się nim w cią​gu ostat​nich dni.

*** Po do​tar​ciu na pię​tro i za​ję​ciu miej​sca za biur​kiem się​gam po te​le​fon sta​cjo​nar​ny i raz jesz​cze pró​bu​ję po​roz​ma​wiać z So​‐ phie Lit​tle​john, ale po​now​nie na​ty​kam się na bez​na​mięt​ny głos re​cep​cjo​nist​ki z od​dzia​łu po​łoż​ni​cze​go. Nie, pani Lit​tle​john nie ma w pra​cy, nie, nie wia​do​mo, gdzie jest, nie, nie po​wie​dzia​ła, kie​dy wró​ci. – Może jej pani prze​ka​zać, by skon​tak​to​wa​ła się z ko​men​dą po​li​cji w Con​cord? – py​tam i za​raz do​da​ję im​pul​syw​nie: – Na​‐ zy​wam się Hen​ry Pa​la​ce, je​stem przy​ja​cie​lem i pró​bu​ję jej po​‐ móc. Re​cep​cjo​nist​ka mil​czy przez chwi​lę, a po​tem rzu​ca: „Oooookay”, prze​cią​ga​jąc pierw​szą sy​la​bę, jak​by nie mia​ła po​‐ ję​cia, o czym mó​wię. Nie wi​nię jej, po​nie​waż sam do koń​ca tego nie wiem. Mnę chu​s​tecz​kę, któ​rą ocie​ra​łem gło​wę, i wy​‐ rzu​cam ją do ku​bła. Spo​glą​da​jąc na pu​stą kar​to​te​kę J.T. To​us​‐ sa​in​ta, czu​ję nie​po​kój i nie​za​do​wo​le​nie, my​ślę o wszyst​kim na​‐ raz, o domu, psie, da​chu i traw​ni​ku. Inna spra​wa, któ​ra mnie za​przą​ta, to łań​cu​chy śnie​go​we, wciąż do​sko​na​le pa​mię​tam,

że je sta​ran​nie spraw​dzi​łem wczo​raj rano, jak co ty​dzień, gdyż we​szło mi to już w na​wyk. – Hej, Pa​la​ce, chodź tu​taj, coś ci po​ka​żę. To An​dre​as sie​dzą​cy przy swo​im kom​pu​te​rze. – Oglą​dasz to w sie​ci? – Nie – od​po​wia​da. – Mam na twar​dym dys​ku. Ścią​gną​łem ja​‐ kiś czas temu, gdy łą​cza dzia​ła​ły. – Aha – mó​wię. – Do​bra… – Ale jest już za póź​no, prze​sze​‐ dłem na dru​gi kra​niec po​miesz​cze​nia, sto​ję obok nie​go, a on chwy​ta mnie jed​ną ręką za ło​kieć, dru​gą wska​zu​je na ekran. – Patrz – pro​si, od​dy​cha​jąc bar​dzo szyb​ko. – Obej​rzyj to ze mną. – An​dre​as, daj spo​kój. Pra​cu​ję wła​śnie nad pew​ną spra​wą. – Wiem, ale spójrz tyl​ko, Hank. – Już to wi​dzia​łem. Wszy​scy to wi​dzie​li​śmy. Kil​ka dni po Tol​ki​nie, po spe​cjal​nym pro​gra​mie CBS, w któ​rym pa​dło osta​tecz​ne po​twier​dze​nie, La​‐ bo​ra​to​rium Na​pę​du Od​rzu​to​we​go NASA udo​stęp​ni​ło krót​kie na​gra​nie, by uzmy​sło​wić wszyst​kim, co się wła​ści​wie dzie​je. To pro​sta ani​ma​cja w Ja​vie, na któ​rej pik​se​lo​wa​te cia​ła nie​bie​‐ skie krą​żą wo​kół Słoń​ca: Zie​mia, We​nus, Mars, no i rzecz ja​‐ sna gwiaz​da tego przed​sta​wie​nia, by tak rzec, czy​li 2011GV1. Pla​ne​ty i osła​wio​na aste​ro​ida okrą​ża​ją Słoń​ce z róż​ny​mi pręd​‐ ko​ścia​mi, po róż​nych elip​so​idal​nych or​bi​tach, prze​su​wa​jąc się na ekra​nie sko​ko​wo. Każ​de uję​cie przed​sta​wia dwa ty​go​dnie cza​su rze​czy​wi​ste​go. – Po​cze​kaj se​kund​kę – pro​si An​dre​as, po​lu​zo​wu​jąc chwyt, lecz nie pusz​cza​jąc mnie cał​ko​wi​cie. Nie​mal kła​dzie się na bla​cie. Po​licz​ki mu pło​ną. Gapi się w ekran, jak​by onie​miał, sze​ro​ko otwar​ty​mi ocza​mi, zu​peł​nie jak dzie​ciak przed szy​bą akwa​rium. Sto​ję za nim, przy​glą​da​jąc się na​gra​niu wbrew so​bie, pa​‐ trząc, jak Maja okrą​ża pod​stęp​nie Słoń​ce. To nie​sa​mo​wi​cie

hip​no​ty​zu​ją​cy wi​dok, zu​peł​nie jak in​sta​la​cja w ga​le​rii sztu​ki. Ja​skra​we ko​lo​ry, po​wta​rza​ją​ce się ru​chy, nie​skom​pli​ko​wa​na ak​cja, po pro​stu coś, cze​mu nie spo​sób się oprzeć. Krą​żąc na krań​cach swo​jej or​bi​ty, 2011GV1 po​ru​sza się bar​dzo po​wo​li, me​to​dycz​nie, na pew​no o wie​le wol​niej od Zie​mi, jed​nak​że pod​czas ostat​nich kil​ku se​kund pro​jek​cji przy​śpie​sza, jak​by dłuż​sza wska​zów​ka ze​ga​ra na​gle prze​sko​czy​ła z czwar​tej na szó​stą. Zgod​nie z dru​gim pra​wem Ke​ple​ra, aste​ro​ida po​chło​‐ nie ostat​nie kil​ka mi​lio​nów ki​lo​me​trów w cią​gu dwóch mie​się​‐ cy, tra​fi w ni​cze​go nie​spo​dzie​wa​ją​cą się Zie​mię i… bum! Prze​kaz za​mie​ra na ostat​niej klat​ce da​to​wa​nej na trze​ci paź​‐ dzier​ni​ka, czy​li dzień zde​rze​nia. Bum! Żo​łą​dek bez​wied​nie wy​wra​ca mi się na lewą stro​nę, gdy to wi​dzę. – Cu​dow​nie – mam​ro​czę. – Dzię​ki za po​dzie​le​nie się do​brą no​wi​ną. Jak już mó​wi​łem, wi​dzia​łem to wcze​śniej. – Cze​kaj, cze​kaj! An​dre​as cofa na​gra​nie o kil​ka se​kund do mo​men​tu ozna​czo​ne​go licz​ba​mi 2:39,14 i znów je od​twa​rza: pla​ne​ty prze​ska​ku​ją dwie klat​ki, a po​tem na​gle za​mie​ra​ją. – Wi​dzia​łeś? – Co mia​łem wi​dzieć? Znów prze​wi​ja i pusz​cza sy​mu​la​cję, a ja roz​my​ślam o Pe​te​rze Zel​lu, o tym, jak oglą​da to na​gra​nie – mu​siał je prze​cież wi​‐ dzieć, i to dzie​siąt​ki razy, a kto wie, czy nie ana​li​zo​wał go tak​‐ że klat​ka po klat​ce, jak An​dre​as te​raz. An​dre​as pusz​cza mnie w koń​cu, po​chy​la się jesz​cze moc​niej, no​sem nie​mal do​ty​ka chłod​nej ma​try​cy mo​ni​to​ra. – Do​kład​nie tu​taj aste​ro​ida prze​su​wa się mi​ni​mal​nie w lewo. Je​śli czy​ta​łeś Borst​ne​ra… Czy​ta​łeś Borst​ne​ra? – Nie. – Och, Hank. – Spo​glą​da na mnie, jak​bym to ja był sza​lo​ny, po czym od​wra​ca się znów do ekra​nu. – Jest blo​ge​rem, a ra​czej był, te​raz roz​sy​ła new​slet​te​ry. Mam kum​pla w Phoe​nix, za​‐

dzwo​nił do mnie wczo​raj w nocy, ka​zał obej​rzeć to na​gra​nie jesz​cze raz, za​trzy​mać je o, tu​taj… – Kli​ka na pau​zę. 2:39,14. – Do​kład​nie w tym miej​scu. Patrz. Wi​dzisz? – Pusz​cza sy​mu​la​‐ cję po raz ko​lej​ny, cofa, pau​zu​je, pusz​cza. – Na to wła​śnie zwró​cił uwa​gę Borst​ner. Wy​star​czy po​rów​nać na​gra​nie. – An​dre​as. – Wy​star​czy je po​rów​nać z sy​mu​la​cja​mi, a do​strze​że się pew​‐ ne róż​ni​ce. – Prze​cież nikt nie sfał​szo​wał tego na​gra​nia. – Nie. Nie mó​wię o na​gra​niu. To oczy​wi​ste, że nikt go nie sfał​szo​wał. – Gdy po​chy​la się w moim kie​run​ku, mru​żąc oczy, wy​chwy​tu​ję w jego od​de​chu zna​jo​my odór, jak​by wód​ki, i co​‐ fam się o krok. – Nie film, Pa​la​ce, tyl​ko efe​me​ry​dy. – An​dre​as! Mu​szę się po​wstrzy​my​wać, aby nie zła​pać kom​pu​te​ra i nie rzu​cić go na dru​gi ko​niec po​ko​ju. Mam do roz​wią​za​nia spra​wę mor​der​stwa, u li​cha. Zgi​nął czło​wiek. – Tu​taj – po​wta​rza – sam zo​bacz. Tu wi​dać, jak za​czy​na się od​chy​lać, ale wra​ca na daw​ną or​bi​tę. Je​śli po​rów​nać ją z Apo​‐ fi​sem albo 1979XB… Bost​ner twier​dzi, ro​zu​miesz, że po​peł​‐ nio​no błąd, fun​da​men​tal​ny błąd we wcze​snych ob​li​cze​niach, tych naj​waż​niej​szych. Za​cznij​my od sa​me​go jej od​kry​cia, któ​re było bez​pre​ce​den​so​we, przy​znasz. Sie​dem​dzie​się​cio​pię​cio​let​‐ ni okres obie​gu, nikt wcze​śniej nie mógł jej opi​sać, zga​dza się? – Mówi co​raz szyb​ciej, wy​plu​wa sło​wa jed​no za dru​gim. – Borst​ner pró​bo​wał się skon​tak​to​wać z La​bo​ra​to​rium Na​pę​du Od​rzu​to​we​go NASA, dzwo​nił do De​par​ta​men​tu Obro​ny, chciał to wy​ja​śnić, ale… zo​stał po pro​stu ola​ny. Zi​gno​ro​wa​li go, Pa​la​‐ ce. To​tal​nie! – An​dre​as – rzu​cam zde​cy​do​wa​nym to​nem, lecz za​miast roz​‐ wa​lić mu kom​pu​ter, po​chy​lam się, marsz​cząc nos na odór, jaki two​rzą pot i prze​tra​wio​ny al​ko​hol, i wy​łą​czam mo​ni​tor.

An​dre​as uno​si gło​wę, spo​glą​da na mnie wy​trzesz​czo​ny​mi ocza​mi. – Pa​la​ce? – Nie pra​cu​jesz nad żad​ny​mi cie​ka​wy​mi spra​wa​mi, An​dre​as? Mru​ży po​wie​ki, wy​raź​nie za​sko​czo​ny. Jak​by sło​wo „spra​wa” po​cho​dzi​ło z ob​ce​go ję​zy​ka, któ​ry znał, ale daw​no temu. – Czy pra​cu​ję nad spra​wa​mi? – Tak. Nad spra​wa​mi. Spo​glą​da​my so​bie w oczy, grzej​nik w rogu gul​go​cze, pod​kre​‐ śla​jąc pa​nu​ją​cą w po​ko​ju ci​szę. Na​gle po​ja​wia się Cu​lver​son. – Hen​ry Pa​la​ce – rzu​ca, sto​jąc w pro​gu w trzy​czę​ścio​wym gar​ni​tu​rze, pod kra​wa​tem, z cie​płym uśmie​chem na twa​rzy. – Czło​wiek, któ​re​go mi trze​ba. Cie​szy mnie, że mogę od​wró​cić się od An​dre​asa, on chy​ba też jest z tego za​do​wo​lo​ny, w każ​dym ra​zie już wy​ma​cu​je przy​‐ cisk, by po​now​nie włą​czyć mo​ni​tor. Cu​lver​son przy​wo​łu​je mnie, ma​cha​jąc żół​tym świst​kiem. – Wszyst​ko w po​rząd​ku, synu? – Tak. Wje​cha​łem w drze​wo. O co cho​dzi? – Zna​la​złem tego dzie​cia​ka. – Ja​kie​go dzie​cia​ka? – Tego, któ​re​go szu​ka​łeś. Jak się oka​zu​je, Cu​lver​son sły​szał, jak wczo​raj wy​dzwa​nia​łem w po​szu​ki​wa​niu tego wsio​we​go głup​ka, męża mo​jej sio​stry. Po​‐ tem, jak to on, du​sza nie czło​wiek, za​jął się spra​wą i po​dzwo​nił gdzie trze​ba, a po​nie​waż jest o wie​le lep​szym śled​czym, niż ja kie​dy​kol​wiek będę, zna​lazł dra​nia. – Nie wiem, co po​wie​dzieć. – Wzdy​cham. – Nie ma o czym mó​wić – za​pew​nia mnie, wciąż szcze​rząc zęby. – Znasz mnie, wiesz, że lu​bię wy​zwa​nia. Za​nim jed​nak roz​pły​niesz się w po​dzię​ce, rzuć okiem na to, co od​kry​łem. Wsu​wa mi w dłoń zmię​tą kar​tecz​kę, a ja czy​tam, co na niej za​pi​sa​no, i wy​da​ję gło​śny jęk. Przez mo​ment nic się nie dzie​je.

Cu​lver​son się uśmie​cha, An​dre​as oglą​da swój film i za​ła​mu​je spo​co​ne ręce. – Po​wo​dze​nia, de​tek​ty​wie – mówi Cu​lver​son, kle​piąc mnie po ra​mie​niu. – Baw się do​brze.

*** Myli się. Mó​wię o An​dre​asie. Tak samo jak ten cały Borst​ner, blo​ger, pam​fle​ci​sta czy kim tam na​praw​dę jest ten drań, któ​ry bu​dzi w lu​dziach płon​ne na​‐ dzie​je. Ta​kich jak on jest wię​cej, ale wszy​scy się mylą, co mnie iry​tu​‐ je, gdyż An​dre​as ma swo​je obo​wiąz​ki i ro​bo​tę do wy​ko​na​nia. Oby​wa​te​le na nim po​le​ga​ją, po​dob​nie jak na mnie. Mimo to ja​kiś czas póź​niej, pod ko​niec dnia, za​trzy​mu​ję się po​now​nie przy jego biur​ku i raz jesz​cze oglą​dam na​gra​nie z La​bo​ra​to​rium Na​pę​du Od​rzu​to​we​go NASA. Po​chy​lam się, w grun​cie rze​czy na​wet gar​bię, wy​si​la​jąc wzrok. Nie za​uwa​‐ żam żad​ne​go od​chy​le​nia ani prze​sko​ku w ani​ma​cji su​ge​ru​ją​ce​‐ go błąd da​nych. Maja nie zba​cza z kur​su, cały czas leci jak po sznur​ku. Zmie​rza pro​sto do celu, bez​błęd​nie, nie​prze​rwa​nie od cza​sów przed moim uro​dze​niem. Nie będę uda​wać, że ro​zu​miem cały ten na​uko​wy beł​kot, nie​‐ mniej wiem, że są lu​dzie, któ​rzy to ogar​nia​ją. Mamy wie​le ob​‐ ser​wa​to​riów: Are​ci​bo, Gold​sto​ne i całą resz​tę, a do tego z mi​‐ lion, je​śli nie wię​cej astro​no​mów ama​to​rów śle​dzą​cych nie​‐ ustan​nie lot aste​ro​idy. Pe​ter Zell poj​mo​wał sto​ją​cą za tym na​ukę, śle​dził wszyst​kie do​nie​sie​nia, sie​dział w domu i przy​swa​jał w mil​cze​niu szcze​gó​‐ ły tego, co się dzie​je, ro​bił no​tat​ki, pod​kre​ślał naj​waż​niej​sze licz​by. Od​twa​rzam raz jesz​cze to na​gra​nie, pa​trzę, jak aste​ro​ida okrą​ża Słoń​ce, a po​tem przy​śpie​sza gwał​tow​nie, prąc pro​sto

do celu i… Bum!

3. – Pro​szę je​chać da​lej. Żoł​nierz ma ide​al​nie kwa​dra​to​wą szczę​kę, ostre smut​ne spoj​‐ rze​nie. Jego twarz wy​da​je się chłod​na i obo​jęt​na w cie​niu sze​‐ ro​kie​go czar​ne​go heł​mu ozdo​bio​ne​go cha​rak​te​ry​stycz​nym logo Gwar​dii Na​ro​do​wej. Wska​zu​je mi kie​ru​nek lufą bro​ni, któ​ra wy​glą​da na pół​au​to​mat, M-16, je​śli się nie mylę. Jadę da​lej. Tego ran​ka za​pią​łem po​now​nie łań​cu​chy, trzy​krot​nie spraw​dza​jąc każ​de łą​cze i nie zo​sta​wia​jąc żad​nych lu​zów. Thom Hal​bur​ton, nasz me​cha​nik, stwier​dził, że wóz po​wi​nien jeź​dzić bez pro​ble​mów po​mi​mo wgnie​ce​nia. I jak na ra​zie ma ra​cję. Choć je​stem góra pół ki​lo​me​tra od cen​trum Con​cord i wciąż wi​dzę z jed​nej stro​ny igli​cę wień​czą​cą bu​dy​nek sta​no​we​go par​la​men​tu, a z dru​giej bil​bord re​kla​mu​ją​cy Out​back Ste​akho​‐ use, znaj​du​ję się już w in​nym świe​cie. Za​sie​ki z dru​tu kol​cza​‐ ste​go, jed​no​kon​dy​gna​cyj​ne, po​zba​wio​ne okien bu​dyn​ki z ce​gły, as​fal​to​we dro​gi do​jaz​do​we po​zna​czo​ne bia​ły​mi albo żół​ty​mi strzał​ka​mi. Be​to​no​we słu​py. Wie​że straż​ni​cze. Zie​lo​ne dro​go​‐ wska​zy z wy​ma​lo​wa​ny​mi ta​jem​ni​czy​mi akro​ni​ma​mi. Mnó​stwo żoł​nie​rzy. Mnó​stwo ka​ra​bi​nów ma​szy​no​wych. Usta​wa re​gu​lu​ją​ca pra​wo w cza​sie bez​po​śred​nio przed upad​‐ kiem aste​ro​idy za​wie​ra spo​ro tak zwa​nych czar​nych pa​ra​gra​‐ fów, czy​li utaj​nio​nych roz​dzia​łów do​ty​czą​cych prze​pi​sów dla wszel​kiej ma​ści służb mun​du​ro​wych. Praw​dzi​wa za​war​tość tych​że frag​men​tów usta​wy nie jest zna​na ni​ko​mu prócz tych, któ​rzy ją pi​sa​li, czy​li człon​ków ko​mi​sji po​łą​czo​nych sił Kon​gre​‐ su i Se​na​tu, oraz naj​wyż​szych do​wód​ców ar​mii i ich ko​le​gów z po​krew​nych służb, no i kil​ku waż​nia​ków ze sfer rzą​do​wych.

Wszy​scy jed​nak, mó​wię oczy​wi​ście o po​li​cjan​tach, zda​ją so​‐ bie spra​wę, że siły zbroj​ne Sta​nów Zjed​no​czo​nych uleg​ły da​le​‐ ko idą​cej re​or​ga​ni​za​cji: otrzy​ma​ły znacz​nie szer​sze upraw​nie​‐ nia i środ​ki. Co zro​zu​mia​łe, kwa​te​ra głów​na Gwar​dii Na​ro​do​wej sta​nu New Hamp​shi​re jest ostat​nim miej​scem, któ​re chciał​bym od​‐ wie​dzić w ten po​nu​ry wietrz​ny piąt​ko​wy po​ra​nek, zwłasz​cza że tkwię po uszy w spra​wie pew​ne​go mor​der​stwa. Dzię​ki, Nico. Je​stem two​im dłuż​ni​kiem. O dzie​sią​tej czter​dzie​ści trzy wy​sia​dam z che​vro​le​ta przed aresz​tem, po​zba​wio​nym okiem ni​skim bu​dyn​kiem, na któ​re​go da​chu ro​śnie las an​ten. Dzię​ki Cu​lver​so​no​wi i jego kon​tak​tom do​sta​łem pięć mi​nut, któ​re roz​pocz​ną się do​kład​nie za kwa​‐ drans je​de​na​sta. Po​waż​na i nie​zbyt uro​kli​wa ko​bie​ta w mun​du​rze ofi​ce​ra re​‐ zer​wy przy​glą​da się z pół mi​nu​ty mo​je​mu iden​ty​fi​ka​to​ro​wi, za​‐ nim kiw​nie w koń​cu gło​wą i wska​że krót​ki ko​ry​tarz wio​dą​cy do ma​syw​nych me​ta​lo​wych drzwi z nie​wiel​kim kwa​dra​to​wym okien​kiem z gru​be​go plek​si​gla​su na sa​mym środ​ku. – Dzię​ki – rzu​cam, a ona mru​czy coś pod no​sem, od​wra​ca się i za​sty​ga znów na swo​im miej​scu. Za​glą​dam przez okien​ko i wi​dzę go. De​rek Ske​ve sie​dzi po tu​rec​ku po​środ​ku celi, od​dy​cha​jąc wol​no, ale głę​bo​ko. Na li​tość bo​ską, ten fa​cet me​dy​tu​je! Zwi​jam dłoń w pięść i stu​kam w okien​ko. – Hej, Ske​ve. – Puk, puk. – De​rek. Cze​kam se​kun​dę, po czym zno​wu się do​bi​jam. – Hej. – Gło​śniej, ostrzej. – De​rek! Ske​ve, wciąż nie otwie​ra​jąc oczu, uno​si pa​lec, jak nie przy​‐ mie​rza​jąc re​cep​cjo​nist​ka w przy​chod​ni, któ​ra aku​rat roz​ma​‐ wia przez te​le​fon. Wście​kłość roz​pa​la mi po​licz​ki. Mam tego dość, mogę już wra​cać do domu. Niech ten du​reń sie​dzi w anc​‐ lu do przy​lo​tu Mai, do​stra​ja​jąc swo​je cza​kry. Tak bę​dzie le​piej

dla nas wszyst​kich. Po​wi​nie​nem od​wró​cić się na pię​cie, rzu​cić zdaw​ko​we po​dzię​ko​wa​nie mi​lu​siej pani ofi​cer przy drzwiach, za​dzwo​nić do Nico, prze​ka​zać jej złe wie​ści i pod​jąć na nowo po​szu​ki​wa​nia za​bój​cy Pe​te​ra Zel​la. Znam jed​nak swo​ją sio​strę i znam sie​bie. Co​kol​wiek jej dzi​‐ siaj po​wiem, ju​tro i tak tu​taj przy​ja​dę. Walę więc w okien​ko, do​pó​ki wię​zień nie wy​plą​cze się z po​zy​‐ cji lo​to​su i nie wsta​nie. Ske​ve ma na so​bie przy​bru​dzo​ny kom​‐ bi​ne​zon ozdo​bio​ny z przo​du li​te​ra​mi GNNH, moc​no nie​pa​su​ją​‐ cy do jego dłu​gich brud​nych dre​dów, przez któ​re ko​ja​rzy mi się z ro​we​ro​wym po​słań​cem – któ​rym na​wia​sem mó​wiąc, kie​‐ dyś był, tyl​ko przez chwi​lę, jak to on. Po​licz​ki zdo​bi mu kil​ku​‐ dnio​wa szcze​ci​na za​ro​stu. – Hen​ry – rzu​ca, uśmie​cha​jąc się bło​go. – Jak się masz, bra​‐ cie. – Coś ty na​wy​wi​jał, De​rek? Ske​ve wzru​sza obo​jęt​nie ra​mio​na​mi, jak​by ta kwe​stia go nie do​ty​czy​ła. – Jest, jak jest. Zo​sta​łem go​ściem kom​plek​su mili​tar​no-prze​‐ my​sło​we​go. Roz​glą​da się po celi: gład​kie ścia​ny z be​to​nu, wą​ska pro​sta pry​cza pod jed​ną ścia​ną, me​ta​lo​wy se​des pod prze​ciw​le​głą. Po​chy​lam się do przo​du, czu​ję do​tyk plek​si​gla​su na po​licz​ku. – Mógł​byś wy​ra​żać się pre​cy​zyj​niej? – Ja​sne. Ale co mam jesz​cze po​wie​dzieć? Zo​sta​łem aresz​to​‐ wa​ny przez żan​dar​mów. – Tak, De​rek. To wi​dzę. Za co? – Chy​ba oskar​ża się mnie o pro​wa​dze​nie wszę​do​ła​zu na grun​tach na​le​żą​cych do rzą​du. – Tak brzmi za​rzut czy tyl​ko tak ci się wy​da​je? – Wy​da​je mi się, że tak brzmi za​rzut. – Uśmie​cha się krzy​wo, tak że chęt​nie dał​bym mu po gę​bie, gdy​bym tyl​ko mógł.

Co​fam się od okien​ka, na​bie​ram tchu, by się uspo​ko​ić, po czym spo​glą​dam na ze​ga​rek. Jest dzie​sią​ta czter​dzie​ści osiem. – No do​bra, De​rek. Czy wje​cha​łeś qu​adem na te​ren bazy w ja​kimś kon​kret​nym celu? – Nie pa​mię​tam. Nie pa​mię​ta. Spo​glą​dam na nie​go, sto​ją​ce​go w celi, wciąż kpią​co uśmiech​nię​te​go. To do​sko​na​ła li​nia obro​ny dla lu​dzi, któ​rzy są głup​ka​mi albo ta​kich uda​ją. – W tej chwi​li nie je​stem po​li​cjan​tem, De​rek. Je​stem two​im przy​ja​cie​lem… – Milk​nę, po czym za​czy​nam jesz​cze raz. – Je​‐ stem przy​ja​cie​lem Nico. To moja sio​stra, bar​dzo ją ko​cham. Ona na​to​miast za​ko​cha​ła się w to​bie. Dla​te​go przy​je​cha​łem, by ci po​móc. Za​cznij więc od sa​me​go po​cząt​ku i opo​wiedz mi do​kład​nie, co się sta​ło. – Och, Hank – rzu​ca, jak​by mi współ​czuł. Jak​by moje proś​by były w jego oczach zwy​kłą dzie​ci​na​dą. – Na​praw​dę chciał​bym móc to zro​bić. – Chciał​byś? To sza​leń​stwo. Sza​leń​stwo i już. – Kie​dy zo​sta​niesz po​sta​wio​ny w stan oskar​że​nia? – Nie wiem. – Masz cho​ciaż ad​wo​ka​ta? – Nie wiem. – Jak to nie wiesz? – Zer​kam na ze​ga​rek. Zo​sta​ło trzy​dzie​ści se​kund, już sły​szę gło​śne czła​pa​nie re​zer​wist​ki, któ​ra wła​śnie idzie, by mnie stąd wy​pro​wa​dzić. Jed​ne​go nie moż​na od​mó​wić żoł​nie​rzom: uwiel​bia​ją dzia​łać we​dług har​mo​no​gra​mów. – De​rek, prze​je​cha​łem taki ka​wał dro​gi, by ci po​móc. – Tak, to bar​dzo miłe z two​jej stro​ny, ale wiesz, ja w su​mie o nic cię nie pro​si​łem. – To praw​da, za to Nico mnie bła​ga​ła. Bo jej na to​bie za​le​ży. – Wiem. Czyż to nie cu​dow​na dziew​czy​na? – Czas mi​nął, pro​szę pana.

To straż​nicz​ka. Rzu​cam więc po​śpiesz​nie w kie​run​ku okien​‐ ka: – De​rek, nie zdo​łam ci po​móc, je​śli nie do​wiem się, o co tu cho​dzi. Jego krzy​wy uśmiech sta​je się na mo​ment szer​szy, z oczu bije sama do​broć, a po​tem mój szwa​gier od​wra​ca się, pod​cho​dzi do pry​czy i kła​dzie się na niej, pod​kła​da​jąc obie ręce pod gło​‐ wę. – Wszyst​ko ro​zu​miem, Hen​ry. Chciał​bym ci po​wie​dzieć, ale to ta​jem​ni​ca. I na tym koń​czy​my. Czas mi​nął.

*** Mia​łem dwa​na​ście lat, a Nico tyl​ko sześć, gdy wy​pro​wa​dzi​li​‐ śmy się z domu na Roc​kland i prze​nie​śli​śmy na far​mę przy Lit​‐ tle Pond Road, le​żą​cą mniej wię​cej w po​ło​wie dro​gi do Pe​na​co​‐ ok. Na​tha​na​el Pa​la​ce, mój dzia​dek, któ​ry do​pie​ro co prze​szedł na eme​ry​tu​rę po czter​dzie​stu la​tach pra​cy w ban​ko​wo​ści, miał sze​ro​ki wa​chlarz za​in​te​re​so​wań: ko​lek​cjo​no​wał ma​kie​ty ko​le​‐ jo​we, strze​lał, bu​do​wał ścia​ny z ka​mie​nia. Jako do​ra​sta​ją​cy mło​dzie​niec, ra​czej od​lu​dek i mól książ​ko​wy, nie by​łem tym spe​cjal​nie za​in​te​re​so​wa​ny, ale dzia​dek zmu​szał mnie, bym dzie​lił jego pa​sje. Z ko​lei Nico, wiecz​nie wy​stra​szo​na sa​mot​‐ nicz​ka, któ​rą strasz​nie to wszyst​ko pa​sjo​no​wa​ło, była przez nie​go igno​ro​wa​na. Pew​ne​go razu zdo​był ze​staw mo​de​li sa​mo​‐ lo​tów z okre​su dru​giej woj​ny świa​to​wej, usie​dli​śmy więc we trój​kę w piw​ni​cy, gdzie mu​sia​łem tkwić całą go​dzi​nę, po​nie​waż dzia​dek stwier​dził, że nie pu​ści mnie, do​pó​ki nie przy​kle​ję pra​‐ wi​dło​wo obu skrzy​deł do mi​nia​tu​ro​we​go ka​dłu​ba. W tym cza​‐ sie uzdol​nio​na w tym kie​run​ku Nico mu​sia​ła sie​dzieć pod ścia​‐ ną, cze​ka​jąc na swo​ją ko​lej. Trzy​ma​ła więc garść po​mniej​‐ szych czę​ści mo​de​lu, naj​pierw z eks​cy​ta​cją, po​tem z nie​po​ko​‐ jem, a na koń​cu ze łza​mi w oczach.

To chy​ba była wio​sna, nie​dłu​go po tym, jak wpro​wa​dzi​li​śmy się do nie​go. Tak wła​śnie nas trak​to​wał, mnie i ją, tam​ty​mi cza​sy. Prze​ży​li​śmy z nim wie​le wzlo​tów i upad​ków. – Za​tem po​je​dziesz tam zno​wu? – Nie. – Dla​cze​go? Cu​lver​son mógł​by ci za​ła​twić ko​lej​ne wi​dze​nie. Może w po​nie​dzia​łek. – Nico. – Hen​ry. – Nico! – Po​chy​lam się moc​niej, wrzesz​cząc do le​żą​cej na fo​‐ te​lu pa​sa​że​ra ko​mór​ki, któ​rą usta​wi​łem na gło​śnik ze​wnętrz​‐ ny. Za​sięg mam mar​ny, od prze​kaź​ni​ka do prze​kaź​ni​ka, co nie po​lep​sza sy​tu​acji. – Po​słu​chaj mnie… Ale ona nie za​mie​rza słu​chać. – Je​stem pew​na, że go po pro​stu nie zro​zu​mia​łeś. Wiem, że po​tra​fi być dziw​ny. – To praw​da. Sto​ję na par​kin​gu obok tego, co zo​sta​ło z cen​trum han​dlo​we​‐ go Ca​pi​tol, kil​ka prze​cznic od Main Stre​et, opo​dal brze​gu rze​‐ ki Mer​ri​mack. Ostat​nie skle​py w tym kom​plek​sie spło​nę​ły pod​‐ czas za​mie​szek w Świę​to Pre​zy​den​tów. Od tam​tej pory w ru​‐ inach roi się od na​mio​tów roz​bi​tych przez bez​dom​nych i al​ko​‐ ho​li​ków. To tu​taj Je​ży​ki zgar​nę​ły pana She​pher​da, mo​je​go nie​‐ gdy​siej​sze​go za​stę​po​we​go, za włó​czę​go​stwo. – Wszyst​ko w po​rząd​ku, Nico? Ja​dłaś coś? – Nic mi nie jest. Wiesz, co ja ob​sta​wiam? – Coś jej jed​nak jest. Mówi tak za​chryp​nię​tym gło​sem, jak​by od znik​nię​cia De​‐ re​ka nie ro​bi​ła nic in​ne​go, tyl​ko od​pa​la​ła jed​ne​go pa​pie​ro​sa od dru​gie​go. – Są​dzę, że on nie chciał nic mó​wić w obec​no​ści straż​ni​ków. – To nie tak – od​po​wia​dam. – Nie, Nico. Je​stem po​iry​to​wa​ny. Opo​wia​dam jej, jak ła​two tam się do​stać, jak nie​wie​lu lu​dzi pil​nu​je De​re​ka.

– Na​praw​dę? – Była tam tyl​ko jed​na ko​bie​ta, re​zer​wist​ka. Oni na​praw​dę mają gdzieś ja​kie​goś szczy​la, któ​ry urzą​dził so​bie prze​jażdż​kę po ich ba​zie. – Dla​cze​go więc go nie wy​cią​gną​łeś? – Może dla​te​go, że za​po​mnia​łem ma​gicz​nej różdż​ki – stwier​‐ dzam. Nico wy​pie​ra rze​czy​wi​stość z rów​nym upo​rem, z ja​kim jej dur​ny mę​żu​lek od​ma​wia współ​pra​cy. Taki ma cha​rak​ter. Moja sio​stra była mi​stycz​ką od dziec​ka. Świę​cie wie​rzy​ła w ist​nie​‐ nie wró​żek i cu​dów, za​wsze też pra​gnę​ła za​znać ma​gii. Dla​te​‐ go gdy nie​spo​dzie​wa​nie zo​sta​li​śmy osie​ro​ce​ni, nie chcia​ła przy​jąć tego fak​tu do wia​do​mo​ści. Zde​ner​wo​wa​ła mnie tym do bia​ło​ści, ze​rwa​łem się i bie​ga​jąc wo​kół niej, dar​łem się jak osza​la​ły: „Oni obo​je nie żyją! Ko​niec, krop​ka! Nie żyją, nie… ży… ją! Okay? Zero dwu​znacz​no​ści!”. Zro​bi​łem to pod​czas sty​py po ojcu, gdy w na​szym domu ro​iło się od przy​ja​ciół i za​tro​ska​nych nie​zna​jo​mych. Nico spo​glą​da​‐ ła tyl​ko na mnie, wy​dy​ma​jąc te swo​je ró​żo​we ustecz​ka. Jako sze​ścio​lat​ka nie ro​zu​mia​ła tak trud​ne​go sło​wa jak „dwu​znacz​‐ ność”, lecz gro​bo​wej po​wa​gi, z jaką je wy​wrzesz​cza​łem, nie dało się z ni​czym po​my​lić. Ża​łob​ni​cy przy​glą​da​li się pa​rze roz​‐ pa​cza​ją​cych sie​rot w ab​so​lut​nym mil​cze​niu. Dzi​siaj, te​raz, w no​wej rze​czy​wi​sto​ści, Nico po​tra​fi wy​pie​rać praw​dę nie go​rzej niż w dzie​ciń​stwie. Po​sta​na​wiam więc zmie​‐ nić te​mat. – Nico, je​steś do​bra z mat​my. Czy licz​ba 12,375 może coś zna​czyć? – Czy może coś zna​czyć? O co ci cho​dzi? – Nie wiem. Może to coś w ro​dza​ju pi albo… – Nie, Hen​ry – rzu​ca po​śpiesz​nie, a po​tem kasz​le. – Co te​raz bę​dzie?

– Daj spo​kój, Nico. Czy ty mnie w ogó​le słu​chasz? To woj​sko, oni kie​ru​ją się zu​peł​nie in​ny​mi za​sa​da​mi. Nie wie​dział​bym na​‐ wet, od cze​go za​cząć. Je​den z bez​dom​nych wy​to​czył się wła​śnie z na​mio​tu, więc przy​wo​łu​ję go, ma​cha​jąc dwo​ma pal​ca​mi. Na​zy​wa się Char​les Tay​lor, cho​dzi​li​śmy do tej sa​mej szko​ły. – To cho​ler​stwo spad​nie nie​dłu​go z nie​ba – mówi tym​cza​sem moja sio​stra. – Zle​ci nam pro​sto na gło​wy. Nie chcę umie​rać sa​mot​nie, gdy to się sta​nie. – Ona nie spad​nie nam na gło​wy. – Co? – Wszy​scy tak mó​wią, ale to… czy​sta aro​gan​cja. – Dość już mam tej sy​tu​acji, po​wi​nie​nem na tym za​koń​czyć roz​mo​wę z Nico, lecz nie umiem. – Dwa obiek​ty po​ru​sza​ją się w prze​‐ strze​ni po wła​snych, ale prze​ci​na​ją​cych się or​bi​tach, a w tym mo​men​cie, o któ​rym mó​wisz, znaj​dą się do​kład​nie w tym sa​‐ mym miej​scu w tym sa​mym cza​sie. Nic nam nie spad​nie na gło​‐ wy. Zde​rzy​my się z tą aste​ro​idą, ro​zu​miesz? – Wo​kół za​pa​da na​gle dziw​na, dzwo​nią​ca w uszach, nie​sa​mo​wi​ta ci​sza, a ja zda​ję so​bie spra​wę, że wy​wrzesz​cza​łem ostat​nie zda​nie. – Nico?… Prze​pra​szam. Nico, je​steś tam? Od​po​wia​da mi bez​na​mięt​nym to​nem: – Ja po pro​stu za nim tę​sk​nię. – Wiem. – Za​po​mnij, że o co​kol​wiek cię pro​si​łam. – Cze​kaj. – Nie przej​muj się mną. Zaj​mij się roz​wią​zy​wa​niem tej swo​jej spra​wy. Roz​łą​cza się, a ja sie​dzę w sa​mo​cho​dzie roz​trzę​sio​ny, jak​by mnie ktoś obił. Bum!

***

Di​stant Pale Glim​mers to se​rial scien​ce fic​tion. Pół​go​dzin​ne od​cin​ki po​ja​wia​ją się co ty​dzień, mniej wię​cej od Bo​że​go Na​ro​‐ dze​nia, i cie​szą się ogrom​nym po​wo​dze​niem. U nas, w Con​‐ cord, są wy​świe​tla​ne w Red Ri​ver, nie​za​leż​nym ki​nie. Fil​my opo​wia​da​ją hi​sto​rię mię​dzy​ga​lak​tycz​ne​go pan​cer​ni​ka John Adams, pi​lo​to​wa​ne​go przez ge​ne​rał Ame​lie Che​no​weth, któ​rą gra bom​bo​wa Kri​stin Dal​las. Ona też jest sce​na​rzyst​ką i re​ży​‐ ser​ką. John Adams prze​mie​rza od​le​głe re​jo​ny wszech​świa​ta oko​ło roku dwa ty​sią​ce sto czter​dzie​ste​go pią​te​go. Pod​tekst tej pro​duk​cji jest aż na​zbyt czy​tel​ny, wali czło​wie​ka obu​chem mię​dzy oczy: ci, któ​rzy ja​kimś cu​dem prze​trwa​ją, od​bu​du​ją cy​‐ wi​li​za​cję i po​wio​dą lu​dzi mię​dzy gwiaz​dy. Po​sze​dłem na ten film nie​daw​no, ja​koś na po​cząt​ku mar​ca, ra​zem z De​re​kiem i Nico. Nie​spe​cjal​nie mi się spodo​bał. Cie​ka​we, czy Pe​ter oglą​dał go z nami pod​czas tego sa​me​go se​an​su? Może sam, a może z J.T. To​us​sa​in​tem. Za​ło​żę się, że tak.

*** – Cu​lver​son? – Tak? – Jak nie​za​wod​ne są łań​cu​chy śnie​go​we che​vro​le​ta? – Nie ro​zu​miem. – Cho​dzi mi o łań​cu​chy. Śnie​go​we. Do sa​mo​cho​dów. Są do​bre, praw​da? Nie spa​da​ją w więk​szo​ści przy​pad​ków? Cu​lver​son wzru​sza ra​mio​na​mi, nie od​kła​da​jąc czy​ta​nej ga​ze​‐ ty. – Chy​ba tak. Ja sie​dzę za wła​snym biur​kiem, przed sobą mam błę​kit​ne bru​lio​ny uło​żo​ne rów​niut​ko jak od li​nij​ki. Sta​ram się za​po​‐ mnieć o sio​strze i żyć wła​sny​mi pro​ble​ma​mi. Spra​wą, któ​rą pro​wa​dzę. Zgi​nął czło​wiek.

– Są cho​ler​nie do​bre – rzu​ca McGul​ly ze swo​je​go sta​no​wi​ska, cze​mu to​wa​rzy​szy ło​skot przed​nich nóg krze​sła zde​rza​ją​cych się z po​sadz​ką, gdy po​chy​la się do przo​du. Przy​niósł so​bie ka​‐ nap​kę pa​stra​mi z Works, ser​wet​ka robi w jego wy​pad​ku za śli​‐ nia​czek, opa​da​jąc aż na brzuch, wy​glą​da jak pik​ni​ko​wy ko​cyk. – W żad​nym ra​zie nie mogą spaść same, chy​ba że źle je za​‐ mon​to​wa​łeś. Co się sta​ło? Wpa​dłeś w po​ślizg? – Tak. Wczo​raj wie​czo​rem. Przy​wa​li​łem w drze​wo. McGul​ly wgry​za się w ka​nap​kę. Cu​lver​son mru​czy pod no​‐ sem: „Jezu”, ale nie cho​dzi mu o wy​pa​dek, tyl​ko o treść ar​ty​‐ ku​łu, któ​ry wła​śnie czy​ta. An​dre​asa wciąż nie ma, a nasz grzej​nik po​brzę​ku​je ci​cho, ema​nu​jąc fale cie​pła. War​stwa śnie​gu na pa​ra​pe​cie wciąż gru​bie​je. – Za​pię​cie tego cho​ler​stwa jest na​praw​dę trud​ne. Poza tym trze​ba je moc​no do​cią​gnąć. – McGul​ly uśmie​cha się, bro​dę ma upać​ka​ną musz​tar​dą. – Nie za​drę​czaj się. – Ja​sne. Ale wiesz, uży​wam ich od dość daw​na. Całą zimę jeź​‐ dzi​łem na pa​tro​le. – A po​tem ser​wi​so​wa​łeś wóz? – Nie. Cu​lver​son od​kła​da w tym mo​men​cie ga​ze​tę i spo​glą​da za okno. Wsta​ję, za​czy​nam ła​zić w kół​ko. – Ktoś mógł​by je bez tru​du po​lu​zo​wać, nie? Gdy​by chciał. McGul​ly pry​cha wy​mow​nie, po​tem prze​ły​ka szyb​ko spo​ry kęs ka​nap​ki. – U nas na par​kin​gu? – Nie, gdzieś na ze​wnątrz, gdy zo​sta​wi​łem wóz na uli​cy. – Twier​dzisz… – ury​wa i gapi się na mnie, na poły po​waż​nie, na poły kpią​co – …że ktoś chciał cię za​mor​do​wać? – No, w su​mie tak. – Lu​zu​jąc łań​cu​chy śnie​go​we? – McGul​ly wy​bu​cha śmie​chem, ka​wa​łecz​ki pa​stra​mi bu​cha​ją z jego roz​war​tych sze​ro​ko ust, sy​pią się na roz​ło​żo​ną ser​wet​kę, nie​któ​re do​la​tu​ją aż na blat

biur​ka. – Wy​bacz, chłop​cze, ale nie chcesz chy​ba po​wie​dzieć, że ży​je​my w fil​mie sen​sa​cyj​nym? – Nie chcę. – Je​steś może pre​zy​den​tem? – Nie. Od trzech mie​się​cy lu​dzie wciąż pró​bu​ją za​bić pre​zy​den​ta. To je​den z ele​men​tów na​szej no​wej, cho​rej rze​czy​wi​sto​ści – na tym po​le​ga żart. Spo​glą​dam w kie​run​ku Cu​lver​so​na, ale on wciąż błą​dzi my​‐ śla​mi, wpa​tru​jąc się w opa​da​ją​ce wol​no płat​ki śnie​gu. – W ta​kim ra​zie bez ura​zy, przy​ja​cie​lu – rzu​ca McGul​ly – ale wąt​pię, by ktoś chciał cię za​bić. Wszy​scy mają cię gdzieś. – No tak. – To ża​den przy​tyk. Dzi​siaj wszy​scy mają wszyst​ko gdzieś. Cu​lver​son wsta​je rap​tow​nie, ci​ska ga​ze​tę do ko​sza. – A cie​bie co ugry​zło? – pyta McGul​ly, od​wra​ca​jąc się do nie​‐ go. – Pa​ki​stań​czy​cy. Chcą ją po​trak​to​wać gło​wi​cą nu​kle​ar​ną. – Co chcą po​trak​to​wać gło​wi​cą nu​kle​ar​ną? – Maję. Wy​da​li coś w ro​dza​ju oświad​cze​nia. Nie po​zo​sta​wią prze​trwa​nia swo​je​go dum​ne​go i nie​za​leż​ne​go na​ro​du w rę​‐ kach za​chod​nich im​pe​ria​li​stów ite​pe, ite​de. – Pa​ki​stań​czy​cy, po​wia​dasz? – mru​czy McGul​ly. – Po​waż​nie? Są​dzi​łem, że to Ira​nem po​win​ni​śmy się przej​mo​wać w tej kwe​‐ stii, nie nimi. – Dla​cze​go? Irań​czy​cy mają zło​ża ura​nu, ale nie dys​po​nu​ją ra​kie​ta​mi. Nie mogą ni​cze​go wy​strze​lić. – A Pa​ki​stan może? – Ja​kieś tam ra​kie​ty ma. Za​sta​na​wiam się nad mo​imi łań​cu​cha​mi śnie​go​wy​mi, znów czu​ję, jak wóz ucie​ka mi w bok, przy​po​mi​nam so​bie wstrząs i huk to​wa​rzy​szą​ce zde​rze​niu. Cu​lver​son po​trzą​sa gło​wą.

– Nasz De​par​ta​ment Sta​nu od​po​wie​dział im w sty​lu: tyl​ko spró​buj​cie, a po​trak​tu​je​my was gło​wi​cą nu​kle​ar​ną pierw​si. – Cud​nie – rzu​ca McGul​ly. – Do​brze pa​mię​tam, że spraw​dza​łem nie​daw​no te łań​cu​chy – wtrą​cam, więc obaj spo​glą​da​ją w moim kie​run​ku. – W po​nie​‐ dzia​łek z sa​me​go rana. – Jezu, Pa​la​ce! – Za​raz, mo​men​cik. Za​łóż​my, że je​stem mor​der​cą. Za​łóż​my, że ja​kiś de​tek​tyw za​czy​na pra​co​wać nad moją spra​wą, i… i… – milk​nę, ma​jąc świa​do​mość, że czer​wie​nię się nie​co – ...jest co​‐ raz bli​żej mnie. Za​le​ża​ło​by mi na po​zby​ciu się ta​kie​go pro​ble​‐ mu, nie? – Ow​szem – przy​zna​je McGul​ly, a ja przez mo​ment mam na​‐ dzie​ję, że wresz​cie spo​waż​niał, ale on od​kła​da reszt​ki ka​nap​ki i oświad​cza uro​czy​ście: – A je​śli to był duch? – Daj spo​kój. – Cze​mu? Ja mó​wię cał​kiem po​waż​nie. – Pod​cho​dzi do mnie. Z gęby je​dzie mu ma​ry​na​tą. – To duch tego wi​siel​ca, któ​ry wście​ka się na cie​bie, że pró​bu​jesz udo​wod​nić, że zo​stał za​‐ mor​do​wa​ny. Dla​te​go pró​bu​je cię wy​stra​szyć, że​byś po​rzu​cił jego spra​wę. – Ja​sne, McGul​ly, ja​sne. Tyl​ko ja​koś nie uwa​żam, żeby to był duch. Cu​lver​son wy​cią​ga „Ti​me​sa” z ko​sza na śmie​ci i raz jesz​cze czy​ta ten sam ar​ty​kuł. – Tak, masz ra​cję – stwier​dza McGul​ly, wra​ca​jąc do biur​ka i nie​do​koń​czo​ne​go lun​chu. – Naj​praw​do​po​dob​niej za​po​mnia​łeś po​do​cią​gać za​pię​cia.

*** Ko​lej​nym ulu​bio​nym żar​tem mo​je​go ojca był ten, któ​rym ra​‐ czył lu​dzi, gdy py​ta​li go, dla​cze​go miesz​ka​my w Con​cord, sko​‐ ro on pra​cu​je w Sa​int An​selm Col​le​ge pod Man​che​ste​rem.

Uda​wał wte​dy za​sko​cze​nie i rzu​cał jak​by ni​g​dy nic: „Bo to Con​cord, u li​cha!”, jak gdy​by to wy​star​cza​ło za całe wy​ja​śnie​‐ nie, jak​by cho​dzi​ło o Lon​dyn albo Pa​ryż. Za​anek​to​wa​li​śmy ten żart, Nico i ja, zwłasz​cza w cza​sie okre​su do​ra​sta​nia, któ​ry w przy​pad​ku mo​jej sio​stry ni​g​dy tak na​praw​dę się nie skoń​czył. Dla​cze​go nie moż​na zna​leźć knaj​‐ py, w któ​rej po dwu​dzie​stej pierw​szej po​da​dzą po​rząd​ny stek? Dla​cze​go w każ​dym in​nym mie​ście sta​nu New Hamp​shi​re otwar​to Star​buck​sa, za​nim ta sieć tra​fi​ła do nas? „Bo to Con​cord, u li​cha!” Tak na​praw​dę ro​dzi​ce zre​zy​gno​wa​li z prze​pro​wadz​ki głów​‐ nie przez wzgląd na pra​cę mo​jej mamy. Była re​cep​cjo​nist​ką w miej​sco​wej ko​men​dzie po​li​cji, sie​dzia​ła za ku​lo​od​por​ną szy​‐ bą w głów​nym holu, zaj​mo​wa​ła się re​je​stro​wa​niem go​ści oraz przyj​mo​wa​niem skarg skła​da​nych przez pi​ja​ków, włó​czę​gów i ofia​ry prze​stępstw. Za​ma​wia​ła tak​że oko​licz​no​ścio​we tor​ty w kształ​cie pi​sto​le​tów dla od​cho​dzą​cych na eme​ry​tu​rę de​tek​‐ ty​wów. Za​ra​bia​ła może po​ło​wę tego co oj​ciec, ale otrzy​ma​ła tę pra​cę na dłu​go przed tym, nim spo​tka​ła przy​szłe​go męża, a zgo​dzi​ła się za nie​go wyjść tyl​ko pod wa​run​kiem, że nie wy​ja​dą z Con​‐ cord. Oj​ciec pró​bo​wał być za​baw​ny, gdy rzu​cał to swo​je: „Bo to Con​cord, u li​cha!”, ale tak na​praw​dę nie ob​cho​dzi​ło go zbyt​‐ nio, gdzie miesz​ka. Ko​chał Peg na za​bój i chciał być tam, gdzie ona.

*** Jest pią​tek, póź​no, oko​ło pół​no​cy. Gwiaz​dy po​ły​sku​ją bla​do po​mię​dzy sza​ry​mi kłę​ba​mi chmur. Sie​dzę na tyl​nej we​ran​dzie, pa​trzę na nie​użyt​ki, daw​ne pola upraw​ne przy​le​ga​ją​ce do do​‐ mów na na​szej uli​cy.

Sie​dzę i wma​wiam so​bie, że by​łem szcze​ry z Nico, że nic wię​cej nie zdo​łał​bym zro​bić. Ale ona, na moje nie​szczę​ście, ma ra​cję. Ko​cham ją i nie chcę, by umie​ra​ła sa​mot​nie. Tech​nicz​nie bio​rąc, nie chcę, by w ogó​le umie​ra​ła, ale w tej sy​tu​acji nie mam tu wie​le do ga​da​nia. Wszyst​kie biu​ra zo​sta​ły już daw​no za​mknię​te, ale i tak wcho​‐ dzę do domu, pod​no​szę słu​chaw​kę te​le​fo​nu sta​cjo​nar​ne​go i wy​bie​ram nu​mer. Ktoś od​bie​rze. To ni​g​dy nie była fir​ma, któ​‐ rą za​my​ka się na noc czy na week​end, a ta cała spra​wa z aste​‐ ro​idą tyl​ko do​da​ła im pra​cy, je​stem tego bar​dziej niż pe​wien. – Halo – sły​szę mę​ski spo​koj​ny głos. – Do​bry wie​czór. – Od​chy​lam gło​wę lek​ko do tyłu, na​bie​ram głę​bo​ko tchu. – Chciał​bym mó​wić z Ali​son Ko​ech​ner.

*** W so​bo​tę rano bie​gam, po​ko​nu​ję osiem ki​lo​me​trów nie​ty​po​‐ wą tra​są, któ​rą sam so​bie uło​ży​łem: do​cie​ram przez Whi​te Park do Main Stre​et, po​tem wra​cam wzdłuż Roc​kin​gham, czu​‐ jąc na czo​le kro​pel​ki potu zmie​sza​ne​go z drob​nym śnie​giem. Od wy​pad​ku po​włó​czę lek​ko jed​ną nogą, do​skwie​ra mi tak​że ucisk w pier​si, ale jak do​brze jest wy​rwać się na ze​wnątrz, by po​bie​gać. Okay. Mo​głem za​po​mnieć o do​pię​ciu jed​ne​go łań​cu​cha, to mo​gło mi się zda​rzyć, przy​zna​ję. Dzia​łam w po​śpie​chu, je​stem nie​spo​koj​ny. W ta​kiej sy​tu​acji ła​two o prze​ocze​nie. Ale wszyst​‐ kie czte​ry? Po po​wro​cie do domu włą​czam ko​mór​kę i wi​dzę, że mam dwie kre​ski za​się​gu, a tak​że – i co chy​ba waż​niej​sze – że prze​‐ ga​pi​łem te​le​fon od So​phie Lit​tle​john. – O nie – mru​czę, na​ci​ska​jąc kla​wisz pocz​ty gło​so​wej. By​łem na ze​wnątrz przez trzy kwa​dran​se, może go​dzi​nę. Po​zwo​li​łem so​bie na wy​łą​cze​nie te​le​fo​nu po raz pierw​szy od ty​go​dnia, po

raz pierw​szy od uj​rze​nia zwłok Pe​te​ra Zel​la w to​a​le​cie pi​rac​‐ kie​go McDo​nal​da. – Prze​pra​szam, że tak póź​no do pana od​dzwa​niam – mówi pani Lit​tle​john na po​zo​sta​wio​nym na​gra​niu bar​dzo na​tu​ral​nym i spo​koj​nym gło​sem. Przy​trzy​mu​ję ko​mór​kę ra​mie​niem, by otwo​rzyć błę​kit​ny bru​lion i włą​czyć dłu​go​pis. – Pro​blem jed​‐ nak w tym, że nie bar​dzo wiem, co panu po​wie​dzieć. Po tych sło​wach roz​po​czy​na czte​ro​mi​nu​to​wą prze​mo​wę, w któ​rej po​wta​rza to, co usły​sza​łem wcze​śniej od jej męża, gdy od​wie​dzi​łem ich dom w śro​dę rano. Ni​g​dy nie była zbyt bli​sko z bra​tem. Na wia​do​mość o aste​ro​idzie Pe​ter za​re​ago​‐ wał strasz​nie, stał się jesz​cze więk​szym od​lud​kiem niż do tej pory. Pani Lit​tle​john czu​je za​wód z po​wo​du jego sa​mo​bój​stwa, ale nie jest nim za​sko​czo​na. – Dla​te​go – do​da​je – dzię​ku​ję panu za gor​li​wość i za tro​skę… – Milk​nie, przez kil​ka se​kund sły​szę wy​łącz​nie ci​szę, my​ślę więc, że to już ko​niec na​gra​nia, ale do​bie​ga mnie ja​kiś po​‐ mruk, wspie​ra​ją​cy szept ko​goś, kto stoi za nią, za​pew​ne przy​‐ stoj​ne​go męża Eri​ka, po czym roz​le​ga​ją się dal​sze sło​wa: – Mój brat nie był szczę​śli​wym czło​wie​kiem. Chcę jed​nak, by pan wie​dział, że bar​dzo mi na nim za​le​ża​ło. Pe​ter był bar​dzo smut​nym czło​wie​kiem, dla​te​go ode​brał so​bie ży​cie. Pro​szę wię​cej do mnie nie dzwo​nić. Pik​nię​cie. Ko​niec wia​do​mo​ści. Sie​dzę, bęb​niąc pal​ca​mi o wy​kła​da​ny gla​zu​rą blat ku​chen​ny, cie​pły pot po wy​sił​ku sty​gnie na moim czo​le, sta​je się zim​ny. Pani Lit​tle​john nie wspo​mnia​ła o ad​re​so​wa​nym do niej li​ście sa​mo​bój​cy, a prze​cież sta​ło tam wy​raź​nie: „Dro​ga So​phie”. Wspo​mnia​łem o tym jej mę​żo​wi, a on, idę o za​kład, na pew​no jej to po​wtó​rzył. Od​dzwa​niam ze sta​cjo​nar​ne​go. Naj​pierw do domu, po​tem na ko​mór​kę, do szpi​ta​la i znów do domu.

Może nie od​bie​ra, po​nie​waż nie roz​po​zna​je nu​me​ru, na wszel​ki wy​pa​dek wy​bie​ram więc te same po​łą​cze​nia po​now​‐ nie, tym ra​zem z ko​mór​ki, tyle że w trak​cie cze​ka​nia na sy​gnał tra​cę za​sięg. Jesz​cze przez chwi​lę trzy​mam w dło​ni dur​ny ka​‐ wał mar​twe​go two​rzy​wa, po czym ci​skam nim w zło​ści na dru​‐ gi ko​niec kuch​ni.

*** Nie do​strze​żesz tego w oczach lu​dzi, nie w taką po​go​dę, gdy wszy​scy na​cią​ga​ją moc​no czap​ki na gło​wy i pa​trzą pod nogi na ob​lo​dzo​ne chod​ni​ki. Za​uwa​żysz to jed​nak w ich ru​chach, w po​‐ włó​cze​niu no​ga​mi. Roz​po​znasz tych, któ​rzy nie prze​trwa​ją. O, jest sa​mo​bój​ca. Tam​ten fa​cet. Nie prze​trwa. Ale ta nie od​bie​‐ rze so​bie ży​cia. Mó​wię o ko​bie​cie idą​cej sta​now​czym kro​kiem z pod​nie​sio​ną gło​wą. Ona wy​trzy​ma, zro​bi co w jej mocy, bę​‐ dzie się mo​dlić do tego, w kogo lub w co wie​rzy, do​cze​ka do sa​me​go koń​ca. Ze ścia​ny daw​ne​go biu​row​ca kłu​je w oczy graf​fi​ti: KŁAM​‐ STWA KŁAM​STWA SAME KŁAM​STWA. Idę do So​mer​set Di​ner na sa​mot​ną ka​wa​ler​ską so​bot​nią ko​la​‐ cję, ale zba​czam z tra​sy, by przejść obok McDo​nal​da na Main Stre​et. Ob​rzu​cam wzro​kiem pu​sty par​king, stru​mień lu​dzi wle​wa​ją​cy się do wnę​trza i wy​le​wa​ją​cy na ze​wnątrz. Ci dru​‐ dzy trzy​ma​ją w dło​niach pa​pie​ro​we tor​by, z któ​rych uno​si się para. Przy bocz​nej ścia​nie bu​dyn​ku stoi prze​peł​nio​ny kon​te​ner na śmie​ci, czę​ścio​wo prze​sła​nia​ją​cy bocz​ne wyj​ście. Za​trzy​‐ mu​ję się na se​kun​dę, wy​obra​żam so​bie, że je​stem mor​der​cą. Mam wóz z sil​ni​kiem prze​ro​bio​nym na olej ro​ślin​ny albo zwy​‐ kły, z cu​dem zdo​by​tym pa​li​wem. Mam cia​ło w ba​gaż​ni​ku. Cze​kam cier​pli​wie na na​dej​ście pół​no​cy. Na mo​ment, w któ​‐ rym koń​czy się nor​mal​ny wie​czor​ny ruch, ale za​nim po​ja​wią

się pierw​sze noc​ne mar​ki. Wte​dy re​stau​ra​cje świe​cą za​zwy​‐ czaj pust​ka​mi. W koń​cu, ob​rzu​ciw​szy jesz​cze jed​nym spoj​rze​niem po​grą​żo​‐ ny w mro​ku par​king, otwie​ram ba​gaż​nik i wyj​mu​ję z nie​go na​‐ sze​go przy​ja​cie​la. Pod​pie​ram cia​ło i cią​gnę je za sobą. Ra​zem wy​glą​da​my jak para opie​ra​ją​cych się wza​jem​nie o sie​bie pi​ja​‐ ków. Mi​jam śmiet​nik i wcho​dzę bocz​ny​mi drzwia​mi pro​sto do ko​ry​ta​rzy​ka, przy któ​rym znaj​du​je się mę​ski ki​bel. Za​my​kam za​suw​kę, zdej​mu​ję pa​sek… Gdy do​cie​ram do mo​jej knajp​ki, Ruth-Ann wita mnie ski​nie​‐ niem gło​wy, po czym na​peł​nia mój ku​bek kawą. W kuch​ni słu​‐ cha​ją Dy​la​na, Mau​ri​ce pod​śpie​wu​je ra​zem z nim tekst do Ha​‐ zel. Od​su​wam menu, ota​czam się błę​kit​ny​mi bru​lio​na​mi. Prze​‐ tra​wiam ze​bra​ne do tej chwi​li fak​ty. Pe​ter Zell zgi​nął pięć dni temu. Pra​co​wał w ubez​pie​cze​niach. Uwiel​biał ma​te​ma​ty​kę. Miał ob​se​sję na punk​cie nad​la​tu​ją​cej aste​ro​idy, zbie​rał o niej in​for​ma​cje i śle​dził jej prze​lot na nie​bie. Gro​ma​dził wszyst​kie in​for​ma​cje na ten te​mat i trzy​mał je w pu​deł​ku opi​sa​nym z nie​‐ zna​ne​go mi jesz​cze po​wo​du licz​bą 12,375. Jego twarz. Zgi​nął, ma​jąc si​nia​ka pod pra​wym okiem. Nie utrzy​my​wał bli​skich kon​tak​tów z ro​dzi​ną. Jego je​dy​nym przy​ja​cie​lem był fa​cet o na​zwi​sku J.T. To​us​sa​‐ int, któ​re​go lu​bił w dzie​ciń​stwie i z któ​rym z ja​kie​goś po​wo​du po​sta​no​wił od​no​wić zna​jo​mość. Sie​dzę nad je​dze​niem przez go​dzi​nę, czy​ta​jąc w kół​ko wszyst​kie no​tat​ki, mam​ro​cząc do sie​bie pod no​sem, roz​ga​nia​‐ jąc mach​nię​cia​mi ręki chmu​ry dry​fu​ją​ce​go od stro​ny są​sied​‐ nich sto​li​ków dymu ty​to​nio​we​go. W któ​rymś mo​men​cie Mau​ri​‐ ce wy​cho​dzi z kuch​ni w bia​łym far​tu​chu, sta​je nade mną, pod​‐ pie​ra się pod boki i roz​cza​ro​wa​ny spo​glą​da na ta​lerz.

– W czym pro​blem, Hen​ry? – pyta. – Zna​la​złeś bie​dro​necz​kę w ja​jecz​ni​cy czy co? – Po pro​stu nie je​stem głod​ny. Nie bierz tego do sie​bie. – Wiesz, jak nie lu​bię mar​no​wać żar​cia – rzu​ca Mau​ri​ce, okra​sza​jąc tę wy​po​wiedź pi​skli​wym chi​cho​tem, więc pod​no​szę gło​wę, wy​czu​wa​jąc nad​cho​dzą​cą pu​en​tę. – Ale to prze​cież nie ko​niec świa​ta! Śmiech ku​cha​rza milk​nie, a on sam wta​cza się z po​wro​tem do kuch​ni. Wy​cią​gam port​fel, wol​no od​li​czam trzy dzie​siąt​ki za ra​chu​‐ nek i do​rzu​cam ty​siąc do​la​rów na​piw​ku. Knaj​pa musi spro​stać ce​nom urzę​do​wym albo zo​sta​nie za​mknię​ta, dla​te​go ro​bię co mogę, by ją wspo​móc. Po​tem zbie​ram swo​je błę​kit​ne bru​lio​ny i je pa​ku​ję. Ge​ne​ral​nie wiem, że nic nie wiem.

4. – Hej, Pa​la​ce. – Tak? – Mru​żę oczy, chrzą​kam, po​cią​gam no​sem. – Kto mówi? Od​szu​ku​ję wzro​kiem ze​gar. Pią​ta czter​dzie​ści dwie. Nie​dziel​‐ ny po​ra​nek. Cały świat re​ali​zu​je plan Vic​to​ra Fran​ce’a. Ja​kie tam spa​nie, trze​ba być zwar​tym i go​to​wym o każ​dej po​rze. „Ad​wen​to​wy ka​len​darz… za​gła​dy”. – Tu Tri​sha McCon​nell. Prze​pra​szam, że cię bu​dzę. – Nic nie szko​dzi. – Zie​wam, prze​cią​gam się. Nie roz​ma​wia​‐ łem z po​ste​run​ko​wą McCon​nell od kil​ku dni. – Co się dzie​je? – Na​praw​dę przy​kro mi, że cię nie​po​ko​ję. Chcia​łam po​in​for​‐ mo​wać, że zna​la​złam te​le​fon ofia​ry. Dzie​sięć mi​nut póź​niej jest już u mnie w domu – małe mia​sto, zero ru​chu – i sie​dzi​my przy roz​chwie​ru​ta​nym sto​le ku​chen​‐ nym, któ​ry ko​ły​sze się za każ​dym ra​zem, gdy ktoś pod​no​si bądź od​sta​wia ku​bek kawy. – Nie umia​łam po​zbyć się z my​śli tego miej​sca zda​rze​nia – wy​zna​je McCon​nell odzia​na w mun​dur od czap​ki po służ​bo​we obu​wie. Wzdłuż no​ga​wek jej gra​na​to​wych spodni bie​gną sza​re lam​pa​sy. Jest sku​pio​na, zde​ter​mi​no​wa​na, to ko​bie​ta, któ​ra ma coś do po​wie​dze​nia. – Wciąż tłu​kło mi się po gło​wie. – Mnie tak​że – przy​zna​ję pół​gło​sem. – Wszyst​ko tam wy​da​wa​ło się ta​kie… nie​wła​ści​we. Wiesz, o czym mó​wię? – Wiem. – Zwłasz​cza brak ko​mór​ki. Wszy​scy je prze​cież no​szą. Na okrąg​ło. Na​wet te​raz, praw​da? – Praw​da. – Wszy​scy poza żoną Dan​ny’ego Do​tse​tha.

– Za​tem… – McCon​nell pod​no​si pa​lec dla wzmoc​nie​nia dra​‐ ma​tur​gii, a ką​cik jej ust wy​krzy​wia się w prze​bieg​łym uśmie​‐ chu. – Dwie noce temu, mniej wię​cej w po​ło​wie dy​żu​ru w re​wi​‐ rze siód​mym, w koń​cu na to wpa​dłam. Ktoś mu​siał ofie​rze pod​‐ wę​dzić te​le​fon. Ki​wam gło​wą, po​wo​li, z mą​drą miną, jak​bym da​wał do zro​zu​‐ mie​nia, że też na to wpa​dłem, ale zlek​ce​wa​ży​łem ten trop dzię​ki wie​dzy, jaką dys​po​nu​ją tyl​ko de​tek​ty​wi. W tym sa​mym cza​sie okła​dam się men​tal​nie pię​ścia​mi, po​nie​waż zu​peł​nie za​‐ po​mnia​łem o tym te​le​fo​nie. – Są​dzisz, że mógł go za​brać mor​der​ca? – Nie, Hank. – Ku​cyk mio​ta się tam i z po​wro​tem, gdy McCon​nell za​prze​cza sta​now​czym ru​chem gło​wy. – Sam mó​wi​‐ łeś, że de​nat miał przy so​bie port​fel. Port​fel i klu​cze. Gdy​by ktoś za​mor​do​wał go na tle ra​bun​ko​wym, za​brał​by to wszyst​‐ ko, praw​da? – Ktoś mógł go za​bić tyl​ko dla ko​mór​ki – rzu​cam. – Dla cze​‐ goś, co w niej było. Nu​mer. Zdję​cie. Albo in​for​ma​cje. – Nie są​dzę. Wsta​ję, by od​sta​wić kub​ki na blat. Stół za mną znów się chy​‐ bo​cze. – Uwa​żam, że to nie był mor​der​ca, tyl​ko ktoś przy​pad​ko​wy, klient albo pra​cow​nik re​stau​ra​cji – mówi McCon​nell. – Ja​kiś czło​wiek ukradł ko​mór​kę z kie​sze​ni de​na​ta. – Okra​da​nie zwłok to po​waż​ne prze​stęp​stwo. – Ow​szem – zga​dza się ze mną. – Ale ry​zy​ko wpad​ki nie​wiel​‐ kie, jak do​sko​na​le wiesz. Zer​kam na nią zza bla​tu, gdzie prze​le​wam kawę z dzban​ka do kub​ków. – Słu​cham? – Po​wiedz​my, że je​stem zwy​kłym oby​wa​te​lem. Nie kimś bez​‐ ro​bot​nym albo spłu​ka​nym, po​nie​waż stać mnie na co​dzien​ną wi​zy​tę w re​stau​ra​cji.

– Okay. – Mam ro​bo​tę, ale nie naj​lep​szą. Gdy​bym więc opchnę​ła ko​‐ mór​kę ko​muś, kto zaj​mu​je się od​zy​skiem kad​mu, mo​gła​bym spo​ro za​ro​bić. Wy​star​czy​ło​by mi na mie​siąc albo i dwa do​bre​‐ go ży​cia, kto wie, czy nie mo​gła​bym rzu​cić ro​bo​ty aż do sa​me​‐ go koń​ca. Mamy więc na​gro​dę, i to ku​szą​cą. – Tak, tak. – Po​do​ba mi się spo​sób, w jaki to so​bie ukła​da. – Sto​ję więc w tym McDo​nal​dzie, wiem, że gli​ny już jadą – kon​ty​nu​uje McCon​nell. – My​ślę so​bie, jest dzie​sięć pro​cent szans, że zo​sta​nę zła​pa​na. – W sy​tu​acji gdy gli​nia​rze mają się po​ja​wić na miej​scu zda​‐ rze​nia? Po​wie​dział​bym, że dwa​dzie​ścia pięć pro​cent. – Jed​nym z nich jest Mi​chel​son, więc po​wiedz​my, że osiem​na​‐ ście. – Czter​na​ście na​wet. – Śmie​je się, ja tak​że, ale my​ślę o moim ojcu, o Szek​spi​rze i o J.T. To​us​sa​in​cie: mo​ty​wy prze​ana​li​zo​wa​‐ ne pod ką​tem ma​try​cy no​wych cza​sów. – Je​śli jed​nak zo​sta​‐ niesz zła​pa​na, nie ma zmi​łuj, masz sto pro​cent szans, że zgi​‐ niesz w wię​zie​niu. – Cóż – od​po​wia​da, na​dal pew​na swe​go. – Je​stem mło​da. Je​‐ stem cwa​na. De​cy​du​ję się na pod​ję​cie ry​zy​ka. – Do​bra. Ku​pu​ję tę wer​sję – stwier​dzam, do​le​wa​jąc mle​ka do swo​jej kawy. – Kto ukradł te​le​fon? – Ten dzie​ciak, któ​ry stał na ka​sie. Przy​po​mi​nam go so​bie na​tych​miast, ośli​zgły typ, prysz​cza​ty, z prze​krzy​wio​nym dasz​kiem, spo​glą​da​ją​cy to na znie​na​wi​dzo​‐ ne​go sze​fa, to na znie​na​wi​dzo​nych gli​nia​rzy. I ta mina zda​ją​ca się ob​wiesz​czać wszyst​kim wo​kół: „Zro​bi​łem was w ko​nia, pa​‐ lan​ty!”. – A to gno​jek – mru​czę. – A to gno​jek. McCon​nell pro​mie​nie​je. Wstą​pi​ła do po​li​cji w lu​tym mi​nio​ne​‐ go roku, więc słu​ży​ła – ile to bę​dzie? – czte​ry mie​sią​ce, za​nim

ktoś chwy​cił za sie​kie​rę i przy​wa​lił nią w sam śro​dek łba ludz​‐ ko​ści. – Za​mel​do​wa​łam cen​tra​li, że opusz​czam pa​tro​lo​wa​ny te​ren, sam wiesz, jak te​raz jest, nikt się ni​czym nie przej​mu​je, i po​je​‐ cha​łam pro​sto do tego McDo​nal​da. Wcho​dzę do środ​ka, a ten dzie​ciak za​czy​na ucie​kać, le​d​wie zo​ba​czył moją minę. Prze​‐ sko​czył przez ladę, do​padł do drzwi i gna jak wi​cher przez par​king. Ale ja my​ślę so​bie: nic z tego, przy​ja​cie​lu. Nic z tego. Roz​ba​wi​ła mnie. – Nic z tego. – Wy​cią​gam pi​sto​let i ru​szam w po​ścig za nim. – Nie mów. – Tak zro​bi​łam. Nie​sa​mo​wi​te. Dwu​dzie​sto​ośmio​let​nia McCon​nell ma może metr pięć​dzie​siąt pięć wzro​stu, waży góra pięć​dzie​siąt ki​lo​‐ gra​mów i wy​cho​wu​je sa​mot​nie dwój​kę dzie​ci. Te​raz zry​wa się na rów​ne nogi i za​czy​na cho​dzić po mo​jej kuch​ni, żywo ge​sty​‐ ku​lu​jąc. – Po​gnał na ten nie​wiel​ki plac za​baw obok. Po​wia​dam ci, gno​‐ jek był pręd​ki jak ten Struś Pę​dzi​wiatr, śmi​gał rów​nie szyb​ko po żuż​lu, jak i po tej brei, w któ​rą za​mie​nia się śnieg. Krzy​czę więc: „Po​li​cja! Po​li​cja! Stój, skur​wie​lu!”. – Nie mów, że na​praw​dę wrzesz​cza​łaś: „Stój, skur​wie​lu!”. – Wrzesz​cza​łam. Nie mo​głam so​bie tego od​mó​wić. To była moja ostat​nia szan​sa, żeby go​nić po​dej​rza​ne​go, drąc się: „Stój, skur​wie​lu!”. McCon​nell za​ku​ła łeb​ka w kaj​dan​ki i przy​ci​snę​ła go ostro tam, na miej​scu, na pla​cu za​baw przy West Stre​et. Pękł razdwa. Opchnął ko​mór​kę pa​niu​si o nie​bie​skich wło​sach, na​zwi​‐ skiem Be​ver​ly Mar​kel, któ​ra ma taki ge​szeft obok za​bi​te​go de​cha​mi biu​ra po​rę​czy​cie​la za​raz przy bu​dyn​ku sądu hrab​‐ stwa. Mar​kel jest zło​cia​rą, sku​pu​je mo​ne​ty i sztab​ki, ale na boku pro​wa​dzi tak​że lom​bard. McCon​nell po​szła tym tro​pem:

Be​ver​ly zdą​ży​ła już sprze​dać fe​ral​ną ko​mór​kę ja​kie​muś gru​‐ ba​so​wi imie​niem Con​rad, któ​ry sku​pu​je ba​te​rie li​to​wo-jo​no​we, bo za​mie​rza się kon​tak​to​wać z obcą rasą le​cą​cą na Zie​mię aż z An​dro​me​dy, by oca​lić ludz​kość i za​brać ją na po​kła​dy swo​ich okrę​tów ra​tun​ko​wych. McCon​nell zło​ży​ła owe​mu Con​ra​do​wi wi​zy​tę, a on, gdy w koń​cu do​tar​ło do nie​go, że przy​by​ła nie z ko​smo​su, tyl​ko z ko​men​dy po​li​cji, nie​chęt​nie od​dał jej, o dzi​‐ wo, wciąż nie​tknię​ty te​le​fon. Ko​men​tu​ję fi​nał tej dra​ma​tycz​nej opo​wie​ści ci​chym, za to prze​cią​głym gwiz​dem apro​ba​ty, a po​tem za​czy​nam bić bra​wo. McCon​nell w tym cza​sie wyj​mu​je rze​czo​ną ko​mór​kę i kła​dzie ją na sto​le po​mię​dzy nami: jest to pła​ski czar​ny smart​fon, lśnią​cy i gład​ki. Ta sama mar​ka i mo​del co mo​je​go te​le​fo​nu, więc przez mo​ment mam wra​że​nie, że na​praw​dę na​le​ży do mnie i że Pe​ter Zell zgi​nął, ja​kimś cu​dem ma​jąc przy so​bie moją wła​sność. – Cóż mogę po​wie​dzieć… – Pod​no​szę te​le​fon, czu​ję na dło​ni jego chłód i wagę. Wy​da​je mi się, że trzy​mam w ręku je​den z or​ga​nów we​wnętrz​nych Zel​la, ner​kę albo pół​ku​lę mó​zgo​wą. – Od​wa​li​łaś ka​wał do​sko​na​łej po​li​cyj​nej ro​bo​ty. Ona spo​glą​da na wła​sne dło​nie, po​tem na mnie i tak to się koń​czy. Sie​dzi​my w ci​szy po​ran​ka, dwo​je lu​dzi na tle je​dy​ne​go okna skrom​nej bia​łej kuch​ni. Na ze​wnątrz słoń​ce pró​bu​je się prze​bić przez gę​stą za​sło​nę wi​szą​cych bar​dzo ni​sko chmur. Mam z tego miej​sca zna​ko​mi​ty wi​dok, zwłasz​cza o świ​cie: so​‐ sno​wy za​gaj​nik, pola upraw​ne w od​da​li, tro​py je​le​ni prze​ci​na​‐ ją​ce po​ła​cie dzie​wi​cze​go śnie​gu. – Bę​dzie z cie​bie kie​dyś zna​ko​mi​ty de​tek​tyw – stwier​dzam. – Wiem, wiem – od​po​wia​da z uśmie​chem, do​pi​ja​jąc kawę. – Nie mam co do tego wąt​pli​wo​ści.

***

Po włą​cze​niu ko​mór​ki Pe​te​ra Zel​la wi​dzę zdję​cie Kyle’a Lit​‐ tle​joh​na, jego sio​strzeń​ca sza​le​ją​ce​go na lo​dzie, z twa​rzą za​‐ kry​tą ma​ską ho​ke​jo​wą i sze​ro​ko roz​sta​wio​ny​mi łok​cia​mi. Dzie​ciak musi być prze​ra​żo​ny, my​ślę i przy​my​kam oczy, by od​pę​dzić od sie​bie ten ob​raz. Trzy​maj się te​ma​tu, na​ka​zu​ję so​bie. Nie roz​pra​szaj się. Moje pierw​sze spo​strze​że​nie jest ta​kie, że na li​ście ostat​nich po​łą​czeń, obej​mu​ją​cej trzy mie​sią​ce, są dwie roz​mo​wy opi​sa​‐ ne imie​niem i na​zwi​skiem So​phie Lit​tle​john. Pierw​sza zo​sta​ła prze​pro​wa​dzo​na w mi​nio​ną nie​dzie​lę za pięt​na​ście dzie​sią​ta rano i trwa​ła tyl​ko dwa​na​ście se​kund, aku​rat tyle, ile trze​ba, by usły​szeć zgło​sze​nie au​to​ma​tycz​nej se​kre​tar​ki albo by So​‐ phie ode​bra​ła, roz​po​zna​ła głos bra​ta i odło​ży​ła słu​chaw​kę. Dru​ga roz​mo​wa trwa​ła trzy​na​ście se​kund, a od​by​ła się w po​‐ nie​dzia​łek, w dniu śmier​ci Zel​la, tym ra​zem o wpół do dwu​na​‐ stej przed po​łu​dniem. Wy​cią​gam błę​kit​ny bru​lion i za​pi​su​ję w nim wszyst​kie te in​‐ for​ma​cje, ołó​wek su​nie po pa​pie​rze z ci​chym skro​ba​niem, w tle sły​szę bul​got za​pa​rza​nej kawy, dru​giej tego dnia. Ko​lej​na ob​ser​wa​cja jest taka, że w cią​gu tych sa​mych trzech mie​się​cy Pe​ter łą​czył się sied​mio​krot​nie z in​nym nu​me​rem, opi​sa​nym jako J.T.T. Więk​szość roz​mów mia​ła miej​sce w po​nie​‐ dział​ki po​po​łu​dnia​mi, być może cho​dzi​ło o umó​wie​nie się na ko​lej​ny se​ans Di​stant Pale Glim​mers. Ostat​nie po​łą​cze​nie, przy​cho​dzą​ce, trwa​ło mi​nu​tę i czter​dzie​ści se​kund. Roz​ma​‐ wia​li w ze​szły po​nie​dzia​łek kwa​drans po trzy​na​stej. Cie​ka​we… Cie​ka​we… Bar​dzo cie​ka​we. Dzię​ki raz jesz​cze, po​ste​run​ko​wa McCon​nell. Trze​cie spo​strze​że​nie spra​wia, że ser​ce za​czy​na bić mi moc​‐ niej. Nie ru​szam się z miej​sca, na​wet gdy sły​szę na​tar​czy​we pi​ka​nie eks​pre​su do kawy. Sie​dzę przy sto​le i ga​pię się tępo na ekran smart​fo​na, a w gło​wie mam okrop​ny mę​tlik. Al​bo​wiem za​uwa​ży​łem na li​ście nie​opi​sa​ny nu​mer, z któ​rym Pe​ter Zell

po​łą​czył się na całe dwa​dzie​ścia dwie se​kun​dy o dwu​dzie​stej dru​giej w noc swo​jej śmier​ci. I roz​mo​wę z po​przed​nie​go wie​czo​ra, z tym sa​mym od​bior​cą i o tej sa​mej go​dzi​nie, ale trwa​ją​cą aż czter​dzie​ści dwie se​kun​‐ dy. Prze​wi​jam li​stę jesz​cze raz, pal​ce tań​czą na ekra​nie ko​mór​‐ ki, szyb​ko, co​raz szyb​ciej. Każ​de​go wie​czo​ra ten sam nu​mer. Rów​no o dzie​sią​tej. Wszyst​ko po​łą​cze​nia wy​cho​dzą​ce. Żad​ne nie trwa​ło dłu​żej niż mi​nu​tę. Te​le​fon Pe​te​ra Zel​la ła​pie za​sięg w moim domu, całe dwie kre​ski, po​dob​nie jak mój. Dzwo​nię więc na ów ta​jem​ni​czy nu​‐ mer i ktoś od​bie​ra już po dwóch sy​gna​łach. – Halo. Moja roz​mów​czy​ni od​zy​wa się nie​wy​raź​nie, pra​wie szep​tem, jest zmie​sza​na – a ja to do​sko​na​le ro​zu​miem. Nie co dzień dzwo​ni do czło​wie​ka nie​bosz​czyk. Ale i tak roz​po​zna​ję ją bez tru​du. – Pani Ed​des? Mówi de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce z miej​sco​wej ko​‐ men​dy po​li​cji. Oba​wiam się, że mu​si​my od​być ko​lej​ną roz​mo​‐ wę.

*** Przy​cho​dzi wcze​śniej, ale ja i tak zdo​ła​łem ją uprze​dzić. Za​‐ uwa​ża mnie bez tru​du i na​tych​miast zbli​ża się do loży, któ​rą zaj​mu​ję. Pod​no​szę się z sie​dzi​ska, choć nie do koń​ca, to taki miły gest pod​pa​trzo​ny u ojca, a ona sia​da na​prze​ciw​ko mnie. Za​nim opad​nę z po​wro​tem na sie​dzi​sko, wy​ra​żam po​dzię​ko​‐ wa​nie za to, że przy​szła. Do​da​ję też, że musi mi po​wie​dzieć wszyst​ko, co wie o Pe​te​rze Zel​lu i nie​ja​snych oko​licz​no​ściach jego śmier​ci. – Mój Boże – rzu​ca ła​god​nym to​nem, bio​rąc do ręki gru​by ja​‐ dło​spis w błysz​czą​cej okład​ce. – Nie tra​ci pan cza​su, jak wi​‐ dzę.

Po​ta​ku​ję, po czym ra​czę ją ko​lej​ną prze​mo​wą twar​dzie​la, z któ​rej wy​ni​ka do​bit​nie, że musi mi po​wie​dzieć wszyst​ko, co wie. Wcze​śniej mnie okła​ma​ła, po​mi​nę​ła istot​ne de​ta​le, więc daję jej do zro​zu​mie​nia, że nie będę to​le​ro​wał ko​lej​nych uni​‐ ków i wy​krę​tów. Na​omi Ed​des spo​glą​da na mnie, uno​sząc wy​‐ so​ko brwi. Usta ma po​ma​lo​wa​ne ciem​no​czer​wo​ną szmin​ką, w nie​mal okrą​głych oczach czai się mrok. Ko​pu​ła jej na​gie​go cie​mie​nia lśni w bla​sku lamp. – Co bę​dzie, je​śli tego nie zro​bię? – pyta z peł​nym spo​ko​jem, spusz​cza​jąc wzrok na kar​tę dań. – To zna​czy je​śli nie po​wiem panu wszyst​kie​go? – Pro​blem w tym, że jest pani klu​czo​wym świad​kiem. – Prze​‐ ćwi​czy​łem tę kwe​stię kil​ka​krot​nie z sa​me​go rana, ma​jąc jed​‐ nak na​dzie​ję, że nie będę mu​siał jej wy​gła​szać. – Zwa​żyw​szy na zdo​by​te in​for​ma​cje i fakt, że pani nu​mer prze​wi​ja się wie​lo​‐ krot​nie w te​le​fo​nie ofia​ry… – Po​wi​nie​nem bar​dziej się do tego przy​ło​żyć; zgry​wa​nie twar​dzie​la wy​cho​dzi mi znacz​nie le​piej przed kimś ta​kim jak Vic​tor Fran​ce. – I ma​jąc na wzglę​dzie, że pod​czas na​szej ostat​niej roz​mo​wy po​sta​no​wi​ła pani za​ta​ić tę in​for​ma​cję. Krót​ko mó​wiąc, mogę pa​nią zgar​nąć. – Zgar​nąć? – Aresz​to​wać. Zgod​nie z pra​wem sta​no​wym. I fe​de​ral​nym też. Ko​deks kar​ny sta​nu New Hamp​shi​re, w pa​ra​gra​fie… – Wy​cią​gam ner​wo​wym ru​chem pa​czusz​kę cu​kru z po​jem​nicz​ka sto​ją​ce​go na środ​ku sto​łu. – Mu​siał​bym spraw​dzić, któ​ry to pa​ra​graf, po​nie​waż nie pa​mię​tam. – Okay – od​po​wia​da z po​waż​ną miną. – Ro​zu​miem. – Uśmie​‐ cha się, od​dy​cha głę​biej, ale to jesz​cze nie ko​niec. – Na jak dłu​go? – Na… – Tak​że spusz​czam wzrok, nie pa​trzę jej w oczy. Prze​‐ ka​zu​ję złe wie​ści pa​czusz​ce cu​kru. – Na całą resz​tę cza​su. – Za​tem in​ny​mi sło​wy, je​śli nie za​cznę na​tych​miast śpie​wać – stwier​dza – wrzu​ci mnie pan do ciem​ne​go lo​chu i po​zwo​li

w nim gnić, do​pó​ki nie przy​le​ci Maja i nie roz​pie​przy ca​łe​go świa​ta. Do​brze pana zro​zu​mia​łam? Przy​ta​ku​ję w mil​cze​niu, a gdy pod​no​szę gło​wę, za​uwa​żam na jej twa​rzy roz​ba​wie​nie. – Cóż. Wąt​pię, aby był pan do tego zdol​ny. – Dla​cze​go? – Moim zda​niem pan chy​ba na mnie leci. Nie wiem, co na to po​wie​dzieć, na​praw​dę nie wiem, ale moje pal​ce wy​ży​wa​ją się na kra​wę​dzi tej nie​szczęs​nej pa​czusz​ki z cu​krem. Ruth-Ann przy​cho​dzi z od​sie​czą. Na​le​wa mi świe​żej kawy do kub​ka, po​tem przyj​mu​je od Na​omi za​mó​wie​nie na nie​sło​dzo​ną mro​żo​ną her​ba​tę. Wi​dząc przede mną wy​sy​pa​ną kup​kę cu​kru, krzy​wi się, ale od​wra​ca bez sło​wa i zni​ka w kuch​ni. Zwra​cam się do Na​omi: – W po​nie​dzia​łek rano po​in​for​mo​wa​ła mnie pani, że nic pani nie łą​czy​ło z Pe​te​rem Zel​lem. Oka​zu​je się, że to nie​praw​da. Wy​dy​ma war​gi, pry​cha. – Nie mo​że​my za​cząć od in​ne​go te​ma​tu? – pyta. – Nie chce pan wie​dzieć, dla​cze​go je​stem łysa? – Nie. – Prze​wra​cam kart​kę błę​kit​ne​go bru​lio​nu i cy​tu​ję: – De​tek​tyw Pa​la​ce: „Jest pani asy​stent​ką pana Gom​per​sa?”. Pani Ed​des: „Niech pan da spo​kój. Je​stem se​kre​tar​ką”. – Spi​sał pan to wszyst​ko? – Roz​wi​ja ser​we​tę ze sztuć​ca​mi, za​czy​na się ba​wić wi​del​cem. – De​tek​tyw Pa​la​ce: „Czy zna​ła pani do​brze ofia​rę?”. Pani Ed​‐ des: „Szcze​rze po​wie​dziaw​szy, wąt​pię, abym za​uwa​ży​ła jego nie​obec​ność. Jak już wspo​mnia​łam, nie by​li​śmy ze sobą zży​ci”. – Od​kła​dam bru​lion, po​chy​lam się nad bla​tem i wyj​mu​ję jej wi​‐ de​lec z dło​ni, jak​bym był tro​skli​wym ro​dzi​cem. – Sko​ro nie by​‐ li​ście ze sobą zży​ci, dla​cze​go wy​dzwa​niał do pani co wie​czór? Od​bie​ra sztu​ciec.

– Dla​cze​go nie pyta pan o moją ły​si​nę? Są​dzi pan, że mam raka? – Nie, pro​szę pani. – Przy​gła​dzam wąsa. – Na pod​sta​wie ob​‐ ser​wa​cji gę​sto​ści i pod​wi​nię​cia pani rzęs mogę przy​pusz​czać, że mia​ła pani pięk​ne dłu​gie wło​sy. Uzna​ła pani jed​nak, że w ob​li​czu zbli​ża​ją​ce​go się koń​ca szko​da mar​no​wać czas na ich pie​lę​gna​cję. Całe to cze​sa​nie, my​cie i co tam wy, ko​bie​ty, ro​bi​‐ cie jesz​cze z nimi. Pa​trzy na mnie, po​tem gła​dzi dło​nią bla​dy cze​rep. – Jest pan bar​dzo do​myśl​ny. – Dzię​ku​ję. – Kła​niam się jej lek​ko. – A te​raz wra​caj​my do Pe​‐ te​ra Zel​la. – Naj​pierw za​mó​wie​nie. – Pani Ed​des! Uno​si ręce w bła​gal​nym ge​ście. – Pro​szę. – No do​brze. Naj​pierw za​mó​wie​nie. Je​stem taki zgod​ny, po​nie​waż już wiem, że bę​dzie mó​wić. Wy​‐ zna mi wszyst​ko, co za​ta​iła wcze​śniej, czu​ję, że to tyl​ko kwe​‐ stia cza​su. Bu​dzi się więc we mnie ta dziw​na ner​wo​wość, to mro​wie​nie to​wa​rzy​szą​ce nie​cier​pli​we​mu wy​cze​ki​wa​niu, jak​‐ bym szedł na rand​kę, ma​jąc świa​do​mość, że skoń​czy się na ca​‐ ło​wa​niu – może na​wet na czymś wię​cej – tyl​ko mu​szę wy​ka​zać się cier​pli​wo​ścią. Na​omi za​ma​wia ka​nap​kę z be​ko​nem, sa​ła​tą i po​mi​do​rem, co Ruth-Ann kwi​tu​je zwię​złym: „Do​bry wy​bór, moja dro​ga”. Ja pro​szę o omlet z trzech jaj i peł​no​ziar​ni​ste​go to​sta, co zo​sta​je sko​men​to​wa​ne uwa​gą, że mają w menu wie​le dań nie​skła​da​ją​‐ cych się wy​łącz​nie z ja​jek. – Za​mó​wi​li​śmy – rzu​cam, gdy kel​ner​ka od​cho​dzi. – Jesz​cze mi​nut​kę. Po​roz​ma​wiaj​my o panu. Kto jest pana ulu​‐ bio​nym pio​sen​ka​rzem? – Bob Dy​lan.

– A ulu​bio​na książ​ka? Upi​jam łyk kawy. – Te​raz czy​tam Zmierzch Ce​sar​stwa Rzym​skie​go Gib​bona. – No tak – mru​czy – ale ja py​ta​łam o ulu​bio​ną. – Straż​ni​cy, to taka po​wieść gra​ficz​na z lat osiem​dzie​sią​tych. – Znam ten ty​tuł. – Dla​cze​go Pe​ter Zell wy​dzwa​niał do pani co​dzien​nie o dwu​‐ dzie​stej dru​giej? – Spraw​dzał, czy jego ze​ga​rek do​brze cho​dzi. – Pani Ed​des! – Był uza​leż​nio​ny od mor​fi​ny. – Co ta​kie​go? Przy​glą​dam się jej pro​fi​lo​wi – ob​ró​ci​ła się wła​śnie bo​kiem, by wyj​rzeć przez okno – i nie mogę się otrzą​snąć ze zdzi​wie​nia. Czu​ję się tak, jak​by po​wie​dzia​ła, że Pe​ter Zell był in​diań​skim wo​dzem albo ge​ne​ra​łem Ar​mii Czer​wo​nej. – Uza​leż​nio​ny od mor​fi​ny? – Tak, to chy​ba była mor​fi​na. W każ​dym ra​zie ja​kiś opiat. Ale nie te​raz… już nie… to zna​czy on nie żyje… ale ja… – Milk​nie, po​to​czy​stość zni​ka jak za do​tknię​ciem cza​ro​dziej​skiej różdż​ki, po​trzą​sa więc gło​wą i za​czy​na mó​wić wol​niej. – Przez ja​kiś czas, jesz​cze w ubie​głym roku, był uza​leż​nio​ny od cze​goś, ale po​tem prze​stał brać. Kon​ty​nu​uje, a ja słu​cham uważ​nie, za​pi​su​jąc każ​de sło​wo, któ​re pada z jej ust, mimo że naj​bar​dziej chłon​na część mo​je​‐ go umy​słu cze​pia się jak rzep no​wej in​for​ma​cji – uza​leż​nio​ny od mor​fi​ny albo ja​kie​goś in​ne​go opia​tu, ale tyl​ko przez pe​wien czas – i za​czy​na ją prze​żu​wać, wy​sy​sać do szpi​ku i de​cy​do​wać, czy war​ta jest stra​wie​nia. Czy to może być praw​da. – Zell nie miał skłon​no​ści do ko​rzy​sta​nia z ży​cia, jak pan za​‐ pew​ne już za​uwa​żył – mówi Na​omi. – Żad​ne​go al​ko​ho​lu. Żad​‐ nych pro​chów. Na​wet nie pa​lił. Nie miał na​ło​gów. – Zga​dza się.

Pe​ter gry​wał za to w Dun​ge​ons & Dra​gons. Ukła​dał w ko​lej​‐ no​ści al​fa​be​tycz​nej opa​ko​wa​nia płat​ków śnia​da​nio​wych. Wpi​‐ sy​wał w ta​be​le dane i ana​li​zo​wał je. – Ze​szłe​go lata, gdy do​szło do tego wszyst​kie​go, chy​ba po​‐ czuł, że po​wi​nien coś zmie​nić. – Uśmie​cha się po​nu​ro. – Nowy styl ży​cia. Tak przy oka​zji, opo​wie​dział mi o tym ja​kiś czas póź​niej. Nie by​łam świa​do​ma jego wy​bo​rów, gdy je po​dej​mo​‐ wał. Za​pi​su​ję: „Mi​nio​ne lato. Zmia​na sty​lu ży​cia”. Py​ta​nia ci​sną mi się na usta, ale zmu​szam się do mil​cze​nia, sie​dzę w bez​ru​chu, po​zwa​la​jąc jej mó​wić, sko​ro już za​czę​ła. – Ale wie pan – cią​gnie Na​omi – ten ro​mans z sub​stan​cja​mi odu​rza​ją​cy​mi chy​ba nie po​szedł po jego my​śli. A może ra​czej: za​czę​ło się nie​źle, lecz skoń​czy​ło mar​nie. Jak zwy​kle, wie pan. Przy​ta​ku​ję, jak​bym wie​dział, choć znam ten te​mat wy​łącz​nie z ma​te​ria​łów szko​le​nio​wych i kry​mi​na​łów. Oso​bi​ście je​stem taki jak Pe​ter: piw​ko od cza​su do cza​su, a na​wet to nie​ko​‐ niecz​nie. Zero traw​ki, zero fa​jek, zero go​rza​ły. Od za​wsze. Chu​der​la​wy szes​na​sto​let​ni kan​dy​dat na po​li​cjan​ta sie​dzą​cy w knaj​pie z za​czy​ta​nym eg​zem​pla​rzem Gry En​de​ra, pod​czas gdy jego kum​ple palą na par​kin​gu blan​ty albo dzie​lą się za​war​‐ to​ścią fio​le​to​we​go ce​ra​micz​ne​go bon​go, a po​tem wra​ca​ją uja​‐ ra​ni i we​se​li do lo​ka​lu – tego lo​ka​lu. Nie wiem dla​cze​go. Chy​‐ ba po pro​stu nie po​cią​ga​ją mnie tego typu spra​wy. Do​sta​je​my za​mó​wio​ne da​nia, więc Na​omi prze​ry​wa, by za​jąć się de​kon​struk​cją ka​nap​ki. Ukła​da na ta​le​rzu trzy sto​si​ki: wa​‐ rzy​wa tu, pie​czy​wo tam, be​kon na sam skraj. Ja na​to​miast je​‐ stem we​wnętrz​nie ro​ze​dr​ga​ny, nie mogę prze​stać my​śleć o no​‐ wych ka​wał​kach ukła​dan​ki, któ​re spa​dły mi pro​sto z nie​ba. Pró​bu​ję zro​zu​mieć ich zna​cze​nie i spa​so​wać je, zu​peł​nie jak w tej sta​rej grze wi​deo. Aste​ro​ida. Pu​deł​ko na buty.

Mor​fi​na. J.T. To​us​sa​int. Wresz​cie 12,375. Dwa​na​ście prze​ci​nek trzy​sta sie​dem​dzie​‐ siąt pięć cze​go? Uwa​żaj, Hen​ry, na​po​mi​nam się. Słu​chaj. Po​dą​żaj za tro​pa​mi. – Mniej wię​cej w paź​dzier​ni​ku Pe​ter prze​stał brać – kon​ty​nu​‐ uje Na​omi, prze​chy​la​jąc gło​wę i przy​my​ka​jąc oczy. – Dla​cze​go? – Nie mam po​ję​cia. – Okay. – Ale wiem, że cier​piał. – Syn​drom od​sta​wie​nia. – Tak. Pró​bo​wał to ukryć, ale nie zdo​łał. No​tu​ję, usi​łu​jąc ulo​ko​wać te wszyst​kie wy​da​rze​nia na li​nii cza​su. Sta​ry Gom​pers opo​wia​dał mi tu​bal​nym gło​sem prze​po​‐ jo​nym dżi​nem i apa​tią o tym, że Pe​ter wy​ciął nu​mer w pra​cy, wy​darł się na ja​kąś nie​szczę​sną dziew​czy​nę. Tę prze​bra​ną za aste​ro​idę. W Hal​lo​we​en. Na​omi nie prze​sta​je mó​wić. – Od​sta​wie​nie mor​fi​ny jest trud​ne, wła​ści​wie pra​wie nie​moż​‐ li​we. Dla​te​go za​ofe​ro​wa​łam mu po​moc. Po​wie​dzia​łam, żeby nie wy​cho​dził z domu przez ja​kiś czas. – Okay… „Ty​dzień?”, po​wie​dział Gom​pers. „Może dwa? My​śla​łem już, że zre​zy​gno​wał na do​bre, ale on nie​ocze​ki​wa​nie wró​cił. Po​ja​‐ wił się bez sło​wa wy​ja​śnie​nia i znów był taki jak przed​tem”. – Ja tyl​ko za​glą​da​łam do nie​go każ​de​go ran​ka, gdy szłam do pra​cy. Cza​sa​mi w po​rze lun​chu. Upew​nia​łam się, czy ni​cze​go mu nie bra​ku​je. Przy​no​si​łam upra​ną po​ściel albo zupę, cze​go​‐ kol​wiek po​trze​bo​wał. Nie miał żad​nej ro​dzi​ny. Ani przy​ja​ciół. Ja​koś tak na ty​dzień przed Świę​tem Dzięk​czy​nie​nia, do​da​je Na​omi, Pe​ter znów był na cho​dzie. Nogi miał wciąż jak z waty, ale był go​tów wró​cić do pra​cy i ana​li​zo​wa​nia da​nych.

– To wte​dy za​czął dzwo​nić do pani co wie​czór? – Cóż, noc to naj​trud​niej​szy czas, a on był prze​cież sa​mot​ny. Dla​te​go ka​za​łam mu się mel​do​wać każ​de​go wie​czo​ra. Dzię​ki temu ja wie​dzia​łam, że nic mu nie jest, a on miał świa​do​mość, że ktoś cze​ka, by usły​szeć jego głos. – Każ​de​go wie​czo​ra? – Kie​dyś mia​łam psa – stwier​dza. – To było o wie​le bar​dziej uciąż​li​we. Prze​żu​wam to, co od niej usły​sza​łem, ża​łu​jąc, że Na​omi nie spra​wia wra​że​nia cał​ko​wi​cie szcze​rej. – Dla​cze​go po​wie​dzia​ła mi pani, że nie by​li​ście zży​ci? – Bo nie by​li​śmy. Przed mi​nio​ną je​sie​nią, za​nim do​szło do tego wszyst​kie​go, nie za​mie​ni​li​śmy ze sobą sło​wa. – Skąd więc tyle po​świę​ce​nia dla ob​ce​go fa​ce​ta? – Mu​sia​łam coś zro​bić. – Spusz​cza wzrok. – Prze​cież on cier​‐ piał. – To praw​da, ale po​świę​ci​ła mu pani mnó​stwo wy​sił​ku i cza​su. I to w ta​kim okre​sie. – Wła​śnie. O to cho​dzi. – Prze​sta​je się roz​glą​dać, pa​trzy pro​‐ sto na mnie, oczy jej błysz​czą, jak​by chcia​ła mnie spro​wo​ko​‐ wać, że​bym pod​wa​żył taki na​cią​ga​ny mo​tyw, ja​kim jest zwy​kła ludz​ka do​broć. – W ta​kim okre​sie. – Skąd miał si​niec? – Ten pod okiem? Nie wiem. Ja​kieś dwa ty​go​dnie temu przy​‐ szedł z nim do pra​cy, twier​dząc, że spadł ze scho​dów. – Uwie​rzy​ła mu pani? Wzru​sza ra​mio​na​mi. – Jak już wspo​mnia​łam… – ...nie by​li​ście zży​ci. – Tak. Na​gle na​bie​ram ocho​ty, by po​chy​lić się nad sto​łem, chwy​cić ją za dło​nie i po​wie​dzieć, że bę​dzie do​brze, że wszyst​ko bę​‐ dzie do​brze. Ale nie mogę cze​goś ta​kie​go zro​bić. To by​ło​by

nie w po​rząd​ku. Nie mogę jej po​wie​dzieć, że bę​dzie do​brze, po​nie​waż nie bę​dzie i po​nie​waż mu​szę za​dać jesz​cze jed​no py​‐ ta​nie. – Na​omi – za​czy​nam i za​uwa​żam w jej oczach błysk. Po raz pierw​szy zwró​ci​łem się do niej po imie​niu. – Co ro​bi​łaś na par​‐ kin​gu przed re​stau​ra​cją tam​te​go ran​ka? Iskier​ki w jej oczach ga​sną, twarz tę​że​je, po​licz​ki bled​ną. Ża​‐ łu​ję, że o to za​py​ta​łem. Ża​łu​ję, że nie je​ste​śmy zwy​kłą parą, że nie za​mó​wi​my za​raz de​se​ru. – Czę​sto o tym mó​wił. Przez te​le​fon, zwłasz​cza w oko​li​cach grud​nia. Od​sta​wił pro​chy, by​łam prze​ko​na​na, że to zro​bił, ale wciąż nie był do koń​ca szczę​śli​wy. Z dru​giej stro​ny, kto dzi​siaj ma po​wo​dy do praw​dzi​we​go szczę​ścia? Czy w tych oko​licz​no​‐ ściach w ogó​le moż​na mó​wić o szczę​ściu? – Chy​ba nie. Za​tem chcesz po​wie​dzieć, że wspo​mi​nał o tym McDo​nal​dzie? Na​omi kiwa gło​wą. – Tak. Py​tał, czy znam to miej​sce. Twier​dził, że gdy​by miał ode​brać so​bie ży​cie, to wła​śnie tam. Tyl​ko spójrz, mó​wił. – Mil​czę, z głę​bi lo​ka​lu do​bie​ga dzwo​nie​nie ły​że​czek o kub​ki. Sły​szę też szme​ry me​lan​cho​lij​nych roz​mów. – W każ​dym ra​zie gdy nie po​ja​wił się w pra​cy, po​my​śla​łam, że pój​dę do tego McDo​nal​da. Wie​dzia​łam. Wie​dzia​łam, że tam go znaj​dę. Z ra​dia w kuch​ni do​bie​ga​ją tak​ty otwie​ra​ją​ce Mr Tam​bo​uri​ne Man. – Hej – rzu​ca Na​omi. – To prze​cież Dy​lan. Lu​bisz ten ka​wa​‐ łek? – Nie. Po​do​ba​ją mi się tyl​ko jego pio​sen​ki z lat sie​dem​dzie​sią​‐ tych i to, co na​grał po ty​siąc dzie​więć​set dzie​więć​dzie​sią​tym. – To nie​do​rzecz​ne. Zby​wam ją wzru​sze​niem ra​mion. Słu​cha​my przez mi​nu​tę. Mu​zy​ka gra. Na​omi od​gry​za ka​wa​łek po​mi​do​ra. – Moje rzę​sy, tak?

– Tak.

*** To naj​pew​niej nie​praw​da. Ta ko​bie​ta mnie zwo​dzi, z nie​wia​do​mych jesz​cze po​wo​dów kie​ru​je na nie​wła​ści​we tory. Z per​spek​ty​wy mo​ich do​tych​cza​so​wych od​kryć sama myśl, że Pe​ter Zell eks​pe​ry​men​to​wał z twar​dy​mi nar​ko​ty​ka​mi – nie wspo​mi​na​jąc już o zna​le​zie​niu do nich do​stę​pu i za​pła​ce​niu nie​sa​mo​wi​cie wy​so​kiej ceny oraz o ry​zy​ku na​praw​dę su​ro​wej kary we​dług prze​pi​sów usta​no​wio​nych po po​ja​wie​niu się Mai – wy​da​wa​ła się bar​dziej niż nie​do​rzecz​na. Jed​na szan​sa na mi​‐ lion, chcia​ło​by się po​wie​dzieć. Z dru​giej stro​ny, jak wi​dać, na​‐ wet przy tak mi​ni​mal​nym praw​do​po​do​bień​stwie coś może się wy​da​rzyć. W prze​ciw​nym ra​zie mó​wi​li​by​śmy o ze​ro​wych szan​‐ sach. Wszy​scy to te​raz pod​kre​śla​ją. Sta​ty​sty​cy wy​stę​pu​ją​cy w pro​gra​mach te​le​wi​zyj​nych, na​ukow​cy ze​zna​ją​cy przed Kon​‐ gre​sem, każ​dy pró​bu​je to ja​koś wy​tłu​ma​czyć, każ​dy de​spe​rac​‐ ko sta​ra się nadać temu ja​kiś sens. Tak, szan​se na zde​rze​nie były astro​no​micz​nie małe. Sta​ty​stycz​nie bio​rąc, bli​skie zera. Ale na​wet tak ni​kłe praw​do​po​do​bień​stwo wy​stą​pie​nia ko​li​zji aste​ro​idy z Zie​mią oka​za​ło się bar​dziej niż wy​star​cza​ją​ce. Wra​ca​jąc do te​ma​tu. Nie mogę uwie​rzyć, że znów mnie okła​‐ ma​ła. Sam nie wiem dla​cze​go. Przy​my​kam po​wie​ki i znów ją wi​dzę, spoj​rze​nie tych wiel​kich ciem​nych oczu, smut​ne, ale pew​ne. Opusz​cza wzrok na wła​sne dło​nie, usta jej nie​ru​cho​‐ mie​ją… Z nie​wia​do​me​go po​wo​du je​stem prze​ko​na​ny, że Na​omi była ze mną szcze​ra. Kwe​stia za​ży​wa​nia mor​fi​ny przez Pe​te​ra Zel​la krą​ży wol​no po mo​jej gło​wie, mi​ja​jąc or​bi​tu​ją​ce obok my​śli o po​zo​sta​łych nowo od​kry​tych fak​tach: na przy​kład o ob​se​sji ofia​ry na punk​‐ cie McDo​nal​da jako miej​sca po​peł​nie​nia sa​mo​bój​stwa. I co da​‐ lej, de​tek​ty​wie? Fa​cet zo​stał za​mor​do​wa​ny, a za​bój​ca pod​rzu​‐

cił jego zwło​ki wła​śnie w to samo, wy​bra​ne przez ofia​rę miej​‐ sce? Ja​kie są na to szan​se? Dzi​siaj pada zu​peł​nie inny śnieg: z nie​ba sy​pią się wol​no wiel​‐ kie tłu​ste płat​ki, któ​re do​kła​da​ją swo​je do zasp po​kry​wa​ją​cych spo​rą część par​kin​gu. – Wszyst​ko w po​rząd​ku, Hank? – pyta Ruth-Ann, wsu​wa​jąc do kie​sze​ni far​tu​cha stu​do​la​rów​ki po​zo​sta​wio​ne prze​ze mnie na bla​cie. Robi to, nie pa​trząc na​wet na no​mi​na​ły. – Nie wiem. – Krę​cę gło​wą. Wy​glą​da​jąc przez okno na opu​‐ sto​sza​ły par​king, pod​no​szę do ust ku​bek, by do​pić kawę. – Mam wra​że​nie, że nie zo​sta​łem stwo​rzo​ny na ta​kie cza​sy. – No nie wiem, chłop​cze – od​po​wia​da. – Moim zda​niem tyl​ko ty z nas wszyst​kich do nich pa​su​jesz.

*** Bu​dzę się o czwar​tej nad ra​nem, wy​rwa​ny z abs​trak​cyj​ne​go snu o ze​ga​rach i klep​sy​drach, i ko​łach do ru​let​ki. Nie mogę po​now​nie za​snąć, po​nie​waż na​gle mnie olśni​ło, na​gle coś zro​‐ zu​mia​łem. Zna​la​złem ko​lej​ny ele​ment ukła​dan​ki. Wkła​dam ble​zer i spodnie, na​sta​wiam kawę, wsu​wam do ka​‐ bu​ry służ​bo​wy pi​sto​let. Po mo​jej gło​wie krą​żą wol​no sło​wa: ja​kie są na to szan​se? Będę miał spo​ro ro​bo​ty, gdy wsta​nie dzień. Mu​szę za​dzwo​nić do Wi​lent​za. Mu​szę po​je​chać na Ha​zen Dri​ve. Spo​glą​dam na księ​życ, wiel​ki, ja​sny i zim​ny. Cze​kam na świt.

5. – Prze​pra​szam! Dzień do​bry. Wi​tam. Mógł​byś spraw​dzić dla mnie tę prób​kę? – Ow​szem. Tym wła​śnie się tu​taj zaj​mu​je​my. Daj mi chwil​kę, okay? – Po​trze​bu​ję tej ana​li​zy na wczo​raj. – Czy nie po​pro​si​łem, abyś dał mi chwil​kę? – gde​ra nie​chęt​‐ nie. To asy​stent asy​sten​ta, przed któ​rym ostrze​ga​ła mnie dok​tor Fen​ton. Czło​wiek, któ​ry za​wia​du​je te​raz la​bo​ra​to​rium przy Ha​zen Dri​ve. Jest mło​dy, roz​czo​chra​ny i jak zwy​kle spóź​nio​ny, w do​dat​ku pa​trzy na mnie tak, jak​by ni​g​dy wcze​śniej nie wi​‐ dział gli​nia​rza. Czła​pie w kie​run​ku biur​ka, wska​zu​jąc mi rząd po​ma​rań​czo​wych pla​sti​ko​wych krze​seł, ale od​ma​wiam. – Na​praw​dę po​trze​bu​ję tej ana​li​zy. – Sta​ry. Daj mi tę pie​przo​ną chwi​lę. Trzy​ma w ręku tor​bę peł​ną pącz​ków, tłuszcz prze​siąk​nął przez całe jej dno. Sam wy​glą​da na za​spa​ne​go albo moc​no ska​co​wa​ne​go. – Pro​szę pana? – Do​pie​ro co wsze​dłem do biu​ra. Czło​wie​ku, chy​ba nie ma jesz​cze dzie​sią​tej. – Jest za pięt​na​ście je​de​na​sta. A ja cze​kam tu​taj od dzie​wią​‐ tej. – Tak, cóż, nad​cho​dzi ko​niec świa​ta. – Ow​szem – od​po​wia​dam. – Sły​sza​łem. Dzi​siaj mi​nie ty​dzień od śmier​ci Pe​te​ra Zel​la, a ja w koń​cu mam coś, cze​go mogę się ucze​pić. Szcze​gół. Ideę. Bęb​nię pal​‐ ca​mi po bla​cie biur​ka tok​sy​ko​lo​ga, gdy on, dy​sząc przez sze​‐

ro​ko otwar​te usta, opa​da cięż​ko na ob​ro​to​wy fo​tel. Po​tem kła​‐ dę przed nim fiol​kę z ciem​ną krwią za​czerp​nię​tą z ser​ca Pe​te​‐ ra Zel​la, tę, któ​rą wy​ją​łem ran​kiem z lo​dów​ki i scho​wa​łem w prze​no​śnej lo​dów​ce uży​wa​nej cza​sa​mi do no​sze​nia lun​chu. – Sta​ry, daj spo​kój. Ona nie jest na​wet opi​sa​na. – Uno​si fiol​kę, by spoj​rzeć na nią w świe​tle lam​py ha​lo​ge​no​wej. – Nie ma na niej na​lep​ki ani daty. Prze​cież to może być sy​rop cze​ko​la​do​wy. – Ale nie jest. – Może i tak, ale nie tak wy​glą​da​ją na​sze pro​ce​du​ry. – Nad​cho​dzi ko​niec świa​ta – rzu​cam, a on pa​trzy na mnie kwa​śno. – Musi być na niej na​lep​ka, no i ktoś musi zle​cić ana​li​zę. Kto ją zle​ca? – Dok​tor Fen​ton – od​po​wia​dam. – Po​waż​nie? Opusz​cza fiol​kę, mru​ży za​czer​wie​nio​ne oczy i mie​rzy mnie wzro​kiem. Dra​pie się po gło​wie, za​sy​pu​jąc blat łu​pie​żem. – Po​waż​nie – za​pew​niam go. – Twier​dzi​ła, że ma​cie tu​taj strasz​ny bur​del. Że za​mó​wie​nia giną wam nie​ustan​nie. Stą​pam po cien​kim lo​dzie i je​stem tego świa​do​my. Ale raz ko​‐ zie śmierć. Fa​cet gapi się na mnie, wy​da​je się lek​ko prze​stra​‐ szo​ny. W tym mo​men​cie za​uwa​żam, że za​ci​skam pię​ści i zęby. Mu​szę się do​wie​dzieć, czy ofia​ra mia​ła mor​fi​nę we krwi. Mu​‐ szę się do​wie​dzieć, czy Na​omi Ed​des mó​wi​ła praw​dę. Tak przy​pusz​czam, ale wolę się upew​nić. – Przy​ja​cie​lu, pro​szę cię – rzu​cam pół​gło​sem. – Zba​daj tę krew. Po pro​stu to zrób.

*** – Bra​cie? – za​ga​du​je mnie bro​da​ty oku​lar​nik w śred​nim wie​‐ ku, gdy prze​cho​dzę przez Scho​ol Stre​et, by do​stać się z par​‐ kin​gu na ko​men​dę, po dro​dze ana​li​zu​jąc ko​lej​ne roz​wią​za​nia, usta​la​jąc chro​no​lo​gię zda​rzeń. – Sły​sza​łeś już do​brą no​wi​nę?

– Tak – od​po​wia​dam, uśmie​cha​jąc się uprzej​mie. – Oczy​wi​‐ ście. Dzię​ku​ję. Chcę jak naj​szyb​ciej wejść do środ​ka, po​wie​dzieć ko​le​gom, co od​kry​łem, usta​lić plan dzia​ła​nia. Naj​pierw jed​nak mu​szę wpaść do biu​ra Wi​lent​za, spraw​dzić wy​ni​ki wy​szu​ki​wa​nia, o któ​re po​pro​si​łem go tego ran​ka za pięt​na​ście dzie​wią​ta. Nie​ste​ty, bro​da​ty ma​niak re​li​gij​ny nie od​pusz​cza, a gdy pod​no​‐ szę w koń​cu wzrok, wi​dzę, że jego bra​cia i sio​stry przy​by​li w sile, mam przed sobą całe sta​do odzia​nych w dłu​gie czar​ne płasz​cze wier​nych, ślą​cych uśmie​chy na wszyst​kie stro​ny, ści​‐ ska​ją​cych w rę​kach wy​mię​te ulot​ki. – Nie oba​wiaj się – rzu​ca zwy​czaj​nie wy​glą​da​ją​ca ko​bie​ta, któ​ra wy​ra​sta przede mną. Ma lek​kie​go zeza, na zę​bach śla​dy czer​wo​nej szmin​ki. Wszy​scy są ubra​ni po​dob​nie, poza nią jesz​cze trzy ko​bie​ty i dwaj męż​czyź​ni. Wszy​scy szcze​rzą zęby w dra​pież​nych uśmie​chach, wszy​scy ści​ska​ją w dło​niach cien​kie ulot​ki. – Dzię​ki – od​po​wia​dam już bez uśmie​chu. – Na​praw​dę dzię​‐ ku​ję… To nie Ży​dzi, ich roz​po​zna​ję po cha​rak​te​ry​stycz​nych ka​pe​lu​‐ szach. I nie Świad​ko​wie Je​ho​wy, któ​rzy w mil​cze​niu wy​cią​ga​ją w two​im kie​run​ku swo​je pi​sem​ka. Kim​kol​wiek są, ro​bię to co za​wsze w ta​kiej sy​tu​acji: wbi​jam wzrok we wła​sne buty i pró​‐ bu​ję iść da​lej. – Nie oba​wiaj się – po​wta​rza ko​bie​ta, a po​zo​sta​li for​mu​ją za jej ple​ca​mi nie​rów​ny pół​okrąg, blo​ku​jąc mnie jak ho​ke​iści bram​kę. Co​fam się o krok, omal nie spa​da​jąc z chod​ni​ka na jezd​nię. – Praw​dę mó​wiąc, nie czu​ję oba​wy. Ale dzię​ku​ję za tro​skę. – Nie wol​no od​rzu​cać praw​dy – mam​ro​cze ko​bie​ta, wcis​ka​jąc mi ulot​kę do ręki. Spo​glą​dam na za​dru​ko​wa​ny ka​wa​łek pa​pie​‐ ru tyl​ko po to, by unik​nąć na​wie​dzo​ne​go wzro​ku, i wi​dzę na okład​ce za​zna​czo​ny czer​wo​ną ob​wód​ką wy​tłusz​czo​ny tekst:

WY​STAR​CZY SIĘ MO​DLIĆ. Wy​dru​ko​wa​no to na gó​rze stro​ny i dru​gi raz na dole: WY​STAR​CZY SIĘ MO​DLIĆ! – Prze​czy​taj – na​kła​nia mnie dru​ga ko​bie​ta, przy​sa​dzi​sta Afro​ame​ry​kan​ka owi​nię​ta cy​try​no​wym sza​lem ozdo​bio​nym srebr​ną brosz​ką. Gdzie​kol​wiek spoj​rzę, znad gru​be​go odzie​‐ nia szcze​rzą się do mnie roz​anie​lo​ne gęby. Otwie​ram więc ulot​kę i prze​cho​dzę do sed​na. JE​ŚLI ŚLE​PO​T Ę JED​NE​GO CZŁO​WIE​KA MOŻE ULE​CZYĆ MO​DLI​T WA TU​ZI​NA WIER​NYCH, TO MI​LION WY​STAR​CZY, BY ZA​PO​BIEC ZA​GŁA​DZIE LUDZ​KO​ŚCI. Nie prze​ko​nu​je mnie to stwier​dze​nie, ale czy​tam da​lej. Ulot​‐ ka obie​cu​je, że je​śli więk​szość z nas od​rzu​ci ży​cie w grze​chu i uklęk​nie przed wie​ku​istą świa​tło​ścią Boga, to wiel​ka kula ognia mi​nie Zie​mię i znik​nie za ho​ry​zon​tem, nie czy​niąc ni​ko​‐ mu krzyw​dy. Miło by było. Chcę tyl​ko do​stać się do swe​go biu​‐ ra. Skła​dam więc ulot​kę i wpy​cham ją po​now​nie do rąk ko​bie​‐ ty, tej z lek​kim ze​zem i śla​da​mi szmin​ki na zę​bach. – Nie, dzię​ku​ję. – Pro​szę ją za​trzy​mać – upie​ra się, pod​czas gdy po​zo​sta​li na​‐ le​ga​ją chó​rem: – Prze​czy​taj! – Czy mogę pana o coś za​py​tać? – od​zy​wa się Afro​ame​ry​kan​‐ ka, ta w sza​lu i z brosz​ką. – Jest pan czło​wie​kiem wie​rzą​cym? – Nie. Ale moi ro​dzi​ce wie​rzy​li w Boga. – Niech Pan im bło​go​sła​wi. Gdzie są te​raz? – Nie żyją – od​po​wia​dam. – Zo​sta​li za​mor​do​wa​ni. Pro​szę mnie prze​pu​ścić. – Zo​staw​cie go w spo​ko​ju, sza​ka​le! – grzmi ktoś za mo​imi ple​‐ ca​mi. Zer​kam przez ra​mię, moim wy​baw​cą jest de​tek​tyw McGul​ly, nad​cho​dzą​cy z otwar​tym pi​wem w dło​ni i cy​ga​rem ster​czą​cym spo​mię​dzy zę​bów. – Chce​cie się do ko​goś mo​dlić, to mó​dl​cie się do Bru​ce’a Wil​li​sa z Ar​ma​ge​do​nu. – McGul​ly sa​lu​tu​je mi, a po​tem po​ka​zu​je wy​pro​sto​wa​ny pa​lec pi​kie​tu​ją​‐ cym wy​znaw​com.

– Kpij z nas, grzesz​ni​ku, to nie zmie​ni fak​tu, że wszel​ki wy​‐ stę​pek zo​sta​nie uka​ra​ny – rzu​ca świę​ta od uma​za​nych szmin​‐ ką zę​bów do mo​je​go ko​le​gi, co​fa​jąc się przed nim. Jed​na z trzy​ma​nych przez nią ulo​tek lą​du​je na chod​ni​ku. – Bę​dziesz mu​siał sta​wić czo​ło ciem​no​ści, mło​dzień​cze. – Wiesz co, sio​stro? – mówi McGul​ly, po​da​jąc mi piwo, by ufor​mo​wać z dło​ni tubę. – Ty też!

*** – To chy​ba war​tość w pro​cen​tach. – Ale co? – Ta licz​ba – od​po​wia​dam. – Dwa​na​ście prze​ci​nek trzy​sta sie​‐ dem​dzie​siąt pięć set​nych pro​cent. Krą​żę wo​kół biur​ka, trzy​ma​jąc pod pa​chą jak pił​kę pu​deł​ko po bu​tach Pe​te​ra Zel​la peł​ne wy​cin​ków o aste​ro​idzie, w któ​‐ rych po​za​kre​ślał albo po​pod​kre​ślał wszyst​kie licz​by. Po​ka​zu​ję je swo​im ko​le​gom, wy​ja​śnia​jąc, co od​kry​łem, co chy​ba od​kry​‐ łem. McGul​ly sie​dzi z po​chmur​ną miną, jak zwy​kle na krze​śle od​chy​lo​nym moc​no do tyłu, i ob​ra​ca w dło​niach opróż​nio​ną z sa​me​go rana bu​tel​kę piwa. Cu​lver​son tkwi za biur​kiem w od​pra​so​wa​nym sre​brzy​stym gar​ni​tu​rze, w za​my​śle​niu są​czy kawę z kub​ka. An​dre​as przy​cup​nął w swo​im mrocz​nym ką​cie, gło​wę ma opusz​czo​ną, oczy za​mknię​te, pew​nie śpi. Bo to Con​‐ cord, u li​cha! – Gdy po​ja​wi​ły się pierw​sze in​for​ma​cje o Mai, Pe​ter na​tych​‐ miast za​czął je śle​dzić. – Pe​ter to ten twój wi​sie​lec? – Tak, ofia​ra. Wy​cią​gam pierw​szy wy​ci​nek pra​so​wy da​to​wa​ny na dru​gi kwiet​nia, w któ​rym szan​se na zde​rze​nie wy​no​szą jesz​cze 1:2 128 000, i po​da​ję go Cu​lver​so​no​wi. – A tu jest inny, o kil​ka dni póź​niej​szy. – Wyj​mu​ję po​mię​ty ka​‐ wa​łek pa​pie​ru i czy​tam: – „Choć od​kry​ty obiekt wy​da​je się

spo​rej wiel​ko​ści, jego śred​ni​cę sza​cu​je się na sześć i ćwierć ki​lo​me​tra, to astro​no​mo​wie z pro​gra​mu Spa​ce​gu​ard twier​dzą, że szan​se ko​li​zji z Zie​mią są nie​mal ze​ro​we. Dok​tor Ka​thy Gold​sto​ne, wy​kła​dow​czy​ni astro​fi​zy​ki Uni​wer​sy​te​tu Ari​zo​ny, okre​śla je mia​nem po​mi​jal​nych”. Pe​ter Zell pod​kre​ślił oczy​wi​‐ ście „sześć i ćwierć ki​lo​me​tra”. Się​gam po na​stęp​ny wy​ci​nek i po ko​lej​ny. Zell śle​dził nie tyl​ko wy​li​cze​nia do​ty​czą​ce Mai, ale tak​że jej tra​jek​to​rię, sza​co​wa​ną gę​stość i skład. W pu​deł​ku gro​ma​dził też do​nie​sie​nia na te​mat wszel​kich zmian spo​łecz​nych, praw​nych i eko​no​micz​nych bę​‐ dą​cych skut​kiem po​ja​wie​nia się aste​ro​idy. Tu tak​że in​te​re​so​‐ wa​ły go dane licz​bo​we, za​pi​sy​wał je na od​wro​cie kar​tek, wy​‐ ko​ny​wał ja​kieś dzia​ła​nia – w po​sta​ci dłu​gich ko​lumn liczb, z któ​rych wie​le było opa​trzo​nych wy​krzyk​ni​ka​mi – i do​da​wał to wszyst​ko do two​rzo​ne​go wzor​ca. – A niech to – rzu​ca na​gle Cu​lver​son. – A niech to co? – in​te​re​su​je się McGul​ly. – O czym mó​wisz? – Wi​dzisz… on… – za​czy​nam, ale Cu​lver​son mnie ubie​ga. – Per​spek​ty​wa śmier​ci w wy​ni​ku glo​bal​ne​go ka​ta​kli​zmu może być po​strze​ga​na przez oso​bę za​ży​wa​ją​cą nar​ko​ty​ki jako wy​‐ mów​ka na swo​ją ko​rzyść. – Otóż to – wtrą​cam. – Otóż co? – do​py​tu​je się McGul​ly. – Wi​sie​lec na​sze​go ko​le​gi sza​co​wał ry​zy​ko. Pro​mie​nie​ję. Cu​lver​son kiwa mi gło​wą z apro​ba​tą, a ja za​my​‐ kam wiecz​ko pu​deł​ka. Do​cho​dzi wpół do dwu​na​stej, ko​niec zmia​ny, więc z szat​ni znaj​du​ją​cej się kil​ka po​miesz​czeń da​lej sły​szy​my szme​ry roz​mów funk​cjo​na​riu​szy wra​ca​ją​cych z pa​‐ tro​li. Na​szych mło​dych Je​ży​ków z dłu​gi​mi pał​ka​mi. Ha​ła​su​ją, wy​zy​wa​ją się na​wza​jem, piją na​po​je ener​ge​tycz​ne z wą​skich pu​szek, wkła​da​ją ka​mi​zel​ki ku​lo​od​por​ne. Szy​ku​ją się do wyj​‐ ścia na ze​wnątrz, chęt​ni mie​rzyć z bro​ni do sza​brow​ni​ków, za​‐ peł​niać izbę wy​trzeź​wień.

– Mam taką teo​rię, że Zell pod​jął de​cy​zję na bar​dzo wcze​‐ snym eta​pie kry​zy​su. Uznał, że je​śli szan​se na zde​rze​nie prze​‐ kro​czą usta​lo​ny przez nie​go po​ziom, spró​bu​je cze​goś nie​le​gal​‐ ne​go i nie​bez​piecz​ne​go, cze​goś, co wcze​śniej wy​da​wa​ło mu się zbyt ry​zy​kow​ne. Na po​cząt​ku czerw​ca praw​do​po​do​bień​stwo prze​kro​czy​ło za​‐ kła​da​ny próg, więc Zell udał się do domu swo​je​go daw​ne​go przy​ja​cie​la J.T. To​us​sa​in​ta, któ​ry wie​dział, skąd skom​bi​no​wać nar​ko​ty​ki. Na​wa​li​li się obaj jak sto​do​ły. Po​tem jed​nak – pod ko​niec paź​dzier​ni​ka – Zell za​czął źle re​‐ ago​wać, ode​chcia​ło mu się eks​pe​ry​men​tów albo za​bra​kło mu nar​ko​ty​ków. Wkro​czył w fazę od​sta​wie​nia. W tym mo​men​cie McGul​ly uno​si wol​no rękę, kpiar​skim ru​‐ chem, zu​peł​nie jak na​sto​la​tek, któ​ry pra​gnie uprzy​krzyć ży​cie na​uczy​cie​lo​wi ma​te​ma​ty​ki. – Halo, de​tek​ty​wie. Prze​pra​szam. Niby jak ta nie​wąt​pli​wie tra​gicz​na opo​wieść czy​ni z fa​ce​ta ofia​rę mor​der​stwa? – Tego nie wiem. Mó​wię tyl​ko o tym, co do tej pory od​kry​łem. – Okay. Cud​nie! – McGul​ly wsta​je z hu​kiem od biur​ka. – Jedź​‐ my więc do domu tego ca​łe​go To​us​sa​in​ta i zrób​my mu ki​pisz. Zer​kam na Cu​lver​so​na, po​tem na McGul​ly’ego, czu​jąc przy​‐ śpie​szo​ne bi​cie ser​ca. – My​ślisz? – Ja​sne. – Wy​glą​da na ucie​szo​ne​go, co na​tych​miast przy​wo​dzi mi na myśl fi​lo​zo​ficz​ną kwe​stię no​wej ery rzu​co​ną przez McCon​nell: „To była moja ostat​nia szan​sa, żeby go​nić po​dej​‐ rza​ne​go, drąc się «Stój, skur​wie​lu!»”. – Nie mamy pew​no​ści, że on jest na​praw​dę win​ny – pro​te​stu​ję i od​wra​cam się do Cu​‐ lver​so​na w na​dziei, że bę​dzie prze​ciw​ny moim obiek​cjom, że usły​szę coś w sty​lu: „Ależ mamy, synu”, jed​nak​że on mil​czy za swo​im biur​kiem głę​bo​ko za​my​ślo​ny. – Czy jest win​ny? – pry​cha McGul​ly. – Chry​ste, czło​wie​ku, masz go na tacy. To fa​cet, któ​ry pro​du​ku​je za​ka​za​ne sub​stan​‐

cje, han​dlu​je nimi. Au​to​ma​tycz​na ciu​pa. Pa​ra​graf dzie​wią​ty, zga​dza się, mi​strzu? Na​kry​łeś go na skła​da​niu fał​szy​wych ze​‐ znań. Pa​ra​graf sam nie wiem któ​ry, niech bę​dzie na​wet bury. – Hm, ja tyl​ko przy​pusz​czam, że za​ła​twiał te pro​chy, nie wiem nic na pew​no. – Od​wo​łu​ję się do Cu​lver​so​na, je​dy​ne​go do​ro​słe​‐ go w tym po​miesz​cze​niu. – Może po​win​ni​śmy wy​stą​pić o na​‐ kaz? Na przy​kład na prze​szu​ka​nie domu? – Na​kaz? – McGul​ly wy​rzu​ca ręce w górę, wzy​wa​jąc na świad​ka nasz po​kój, nie​bo, za​spa​ne​go An​dre​asa, któ​ry wła​śnie roz​wie​ra po​wie​ki, by spoj​rzeć na coś, co trzy​ma na biur​ku. – Za​raz, chwi​la, wie​cie co? Fa​cet jeź​dzi wo​zem prze​ro​bio​nym na olej ro​ślin​ny? Przy​znał się do tego, nie? – Ow​szem, i co z tego? – Jak to co? – McGul​ly uśmie​cha się od ucha do ucha, wy​ko​nu​‐ je try​um​fal​ny gest. – Do pa​ra​gra​fu osiem​na​ste​go do​da​no nie​‐ daw​no trzy ko​lej​ne ar​ty​ku​ły do​ty​czą​ce re​gla​men​ta​cji su​row​‐ ców na​tu​ral​nych. – Do​ska​ku​je do biur​ka, chwy​ta gru​by se​gre​‐ ga​tor w czar​nej okład​ce ozdo​bio​nej fla​gą USA. – Pro​sto z dru​‐ kar​ni, ami​gos. Je​śli nasz ko​le​ga do​da​je do ole​ju po fryt​kach choć kro​plę ropy, jego po​jazd ła​mie prze​pi​sy. Po​trzą​sam gło​wą. – Nie mogę aresz​to​wać go za zła​ma​nie prze​pi​su, któ​ry nie ist​niał w mo​men​cie po​peł​nie​nia wy​kro​cze​nia. – No tak, agen​cie Ness, pan jak zwy​kle jest pra​wo​rząd​ny. – Po​ka​zu​je mi oba wy​pro​sto​wa​ne pal​ce i jesz​cze wy​wa​la ję​zyk na do​kład​kę. – Masz jesz​cze je​den pro​blem – do​da​je Cu​lver​son. Wiem, co za​raz usły​szę, i je​stem na to go​to​wy. A na​wet trosz​kę pod​eks​‐ cy​to​wa​ny. – Twier​dzi​łeś wczo​raj, że ten cały To​us​sa​int ma czy​‐ ściu​teń​ką kar​to​te​kę. Cięż​ko pra​cu​je. Sta​ra się. Dla​cze​go więc Zell po​my​ślał wła​śnie o nim, gdy wpadł na po​mysł, że za​cznie ćpać? – Do​sko​na​łe py​ta​nie – stwier​dzam. – Pa​trz​cie.

Po​ka​zu​ję wy​druk, któ​ry do​sta​łem od Wi​lent​za tuż przed tym, nim wsze​dłem na pię​tro. To kar​to​te​ka ojca Tous​sa​in​ta. Spraw​‐ dzi​łem go, po​nie​waż tknę​ło mnie coś, co usły​sza​łem i za​no​to​‐ wa​łem dzień wcze​śniej. To​us​sa​int po​wie​dział o swo​im ojcu: „Tak, był ar​ty​stą. Mię​dzy in​ny​mi…”. Ob​ser​wu​ję Cu​lver​so​na, gdy prze​bie​ga wzro​kiem ra​port. Ro​ger To​us​sa​int, alias Ro​‐ oster To​us​sa​int, alias Mar​cus Kil​roy, alias To​ots Keu​ring. Po​‐ sia​da​nie. Po​sia​da​nie z za​mia​rem dys​try​bu​cji. Po​sia​da​nie z za​‐ mia​rem dys​try​bu​cji. Po​sia​da​nie. Udo​stęp​nia​nie nie​let​nim. Po​‐ sia​da​nie. Nic więc dziw​ne​go, że Pe​ter Zell, po​wziąw​szy de​cy​zję o za​‐ ku​pie nar​ko​ty​ków – gdy szan​se na zde​rze​nie prze​kro​czy​ły za​‐ kła​da​ny przez nie​go próg – przy​po​mniał so​bie o przy​ja​cie​lu z daw​nych lat, po​nie​waż oj​ciec tam​te​go był di​le​rem. Cu​lver​son po​ta​ku​je w koń​cu, wsta​je ocię​ża​le z krze​sła. McGul​ly zry​wa się jak bły​ska​wi​ca. Ser​ce wali mi jak osza​la​łe. – Do​bra – rzu​ca Cu​lver​son. – Je​dzie​my. Ki​wam gło​wą, na mo​ment za​pa​da ci​sza, po czym ru​sza​my jed​no​cze​śnie w kie​run​ku drzwi, trzej po​li​cjan​ci go​to​wi do dzia​‐ ła​nia, spraw​dza​ją​cy, czy broń jest w ukry​tych pod płasz​cza​mi ka​bu​rach. Czu​ję ta​kie unie​sie​nie, że gdzieś tam głę​bo​ko, w trze​wiach, ro​dzi się oba​wa. Oto chwi​la, o któ​rej ma​rzy​łem przez całe ży​cie – trzej de​tek​ty​wi ru​sza​ją na ak​cję, zwar​ci i go​to​wi, ad​re​na​li​na za​czy​na bu​zo​wać w ich ży​łach. McGul​ly za​trzy​mu​je się po dro​dze przy biur​ku An​dre​asa. – A pan, pa​nie ślicz​ny, nie idzie z nami? – pyta, ale ostat​ni pra​‐ cow​nik wy​dzia​łu kry​mi​nal​ne​go ni​g​dzie się nie wy​bie​ra. Sie​dzi nie​ru​cho​mo, z kub​kiem wy​sty​głej kawy tuż obok łok​‐ cia, z fry​zu​rą przy​po​mi​na​ją​cą pta​sie gniaz​do, i gapi się bez​‐ myśl​nie w po​mię​tą ulot​kę gło​szą​cą: WY​STAR​CZY SIĘ MO​‐ DLIĆ. – Daj spo​kój, ko​le​go. – McGul​ly nie ustę​pu​je, za​bie​ra mu obiekt ad​o​ra​cji. – Nowy zna​lazł śmie​cia, któ​rym trze​ba się za​‐

jąć. – No chodź – do​da​je Cu​lver​son, a ja po​wta​rzam za nim te dwa sło​wa. An​dre​as od​wra​ca gło​wę, może o cen​ty​metr, i coś mam​ro​cze. – Coś po​wie​dział? – py​tam. – A je​śli oni mają ra​cję? – po​wta​rza An​dre​as gło​śniej. – Ci… Ci… – wska​zu​je ulot​kę, czym do​pro​wa​dza mnie do pa​sji. – Nie mają. – Sta​now​czym ru​chem kła​dę mu dłoń na ra​mie​‐ niu. – Mo​że​my te​raz o tym nie my​śleć? – Nie my​śleć o tym? – po​wta​rza po mnie płacz​li​wie An​dre​as. – Nie my​śleć o tym? Prze​wra​cam szyb​kim ru​chem ku​bek sto​ją​cy na bla​cie jego biur​ka, brą​zo​wa ciecz za​le​wa ulot​kę, sto​ją​cą obok niej po​piel​‐ nicz​kę, do​ku​men​ty i kla​wia​tu​rę. – Hej! – woła An​dre​as, gdy go od​cią​gam od biur​ka i od​wra​‐ cam. – Hej! – Wiesz, co te​raz ro​bię? – rzu​cam, przy​glą​da​jąc się ka​wie zmie​rza​ją​cej ku skra​jo​wi bla​tu. – My​ślę so​bie: „Och, nie! Kawa za​le​je za​raz pod​ło​gę! To ta​kie strasz​ne! Po​roz​ma​wiaj​my o tym!”. Kawa prze​le​wa się przez kra​wędź bla​tu, ście​ka po ścian​ce biur​ka, ochla​pu​je buty An​dre​asa i two​rzy spo​rą ka​łu​żę na par​‐ kie​cie. – Spójrz tyl​ko – do​da​ję. – Ga​da​niem ni​cze​go nie po​wstrzy​ma​‐ li​śmy.

*** Wszyst​ko wy​glą​da tak samo jak przed​tem. Psia buda, cier​ni​ste za​ro​śla, dąb, dra​bi​na opar​ta o kra​wędź da​chu. Bia​ły pie​sek wa​bią​cy się Ho​udi​ni krą​ży bo​jaź​li​wie wo​‐ kół jej pod​sta​wy, na szczy​cie na​to​miast wiel​ki J.T. To​us​sa​int na​‐ pra​wia ko​lej​ne gon​ty. Pra​cu​je w po​zy​cji klę​czą​cej, w tych sa​‐ mych brą​zo​wych spodniach i czar​nych bu​cio​rach. Zer​ka przez

ra​mię, gdy sły​szy chrzęst żwi​ru na pod​jeź​dzie, a ja w tym sa​‐ mym mo​men​cie do​strze​gam w jego oczach błysk, coś na kształt za​sko​cze​nia, ja​kim zwie​rzę ukry​te w no​rze re​agu​je na po​ja​wie​nie się my​śli​wych. Wy​sia​dam z wozu pierw​szy, pro​stu​ję ple​cy i po​pra​wiam koł​‐ nierz płasz​cza, jed​ną dło​nią osła​niam oczy przed blas​kiem zi​‐ mo​we​go słoń​ca, dru​gą uno​szę w ge​ście po​wi​ta​nia. – Dzień do​bry, pa​nie To​us​sa​int – wo​łam. – Mam do pana jesz​‐ cze kil​ka py​tań. – Co? – dzi​wi się. Pod​no​si się z klę​czek, ła​pie rów​no​wa​gę i sta​je na da​chu. Słoń​ce pod​świe​tla jego wy​pro​sto​wa​ną syl​wet​kę, ota​cza​jąc ją dziw​nym ja​sno​sza​rym halo. Za mo​imi ple​ca​mi trza​ska​ją drzwi wozu, McGul​ly i Cu​lver​son tak​że wy​sia​da​ją. Tous​sa​int na ich wi​dok wzdry​ga się, cofa o krok, po​ty​ka. Uno​si ręce, by od​zy​skać rów​no​wa​gę, a ja sły​szę, jak McGul​ly wrzesz​czy: „Broń!”, więc od​wra​cam się, by po​wie​dzieć: „Nie, to nie pi​sto​let”, po​nie​waż to nie jest pi​sto​let. „To tyl​ko do​zow​‐ nik uszczel​nia​cza!” Ale McGul​ly i Cu​lver​son już się​gnę​li po broń, unie​śli służ​bo​‐ we sig-sau​ery P229. – Na​wet nie drgnij, dup​ku! – drze się McGul​ly, ale To​us​sa​int nie może za​mrzeć w bez​ru​chu. Jego buty stra​ci​ły przy​czep​‐ ność na stro​mym da​chu, więc ma​cha rę​ko​ma, wy​trzesz​cza​jąc oczy ze stra​chu. McGul​ly wciąż wrzesz​czy, więc do​łą​czam do nie​go. – Nie, nie, nie! Nie strze​laj! – Pa​ni​ku​ję, po​nie​waż nie chcę, by go za​bi​li. Mu​szę po​znać praw​dę. To​us​sa​int okrę​ca się na pię​cie, pró​bu​je schro​nić się za szczy​‐ tem da​chu, ale McGul​ly na​ci​ska spust; uło​mek ce​gły od​pry​sku​‐ je od ko​mi​na, To​us​sa​int się od​wra​ca i spa​da z wy​so​ko​ści na zie​mię.

*** – Twój dom cuch​nie jak psie gów​no. – Skup​my się na spra​wie, McGul​ly. – Okay, ale prze​cież mó​wię praw​dę. Capi tu nie​mo​żeb​nie. – Pro​szę. J.T. To​us​sa​int za​czy​na coś mó​wić, a może tyl​ko po​ję​ku​je, więc McGul​ly każe mu się za​mknąć i znów za​pa​da ci​sza. Ol​brzym leży jak dłu​gi na brud​nym dy​wa​nie w sa​lo​nie, twa​rzą do dołu, krwa​wi z czo​ła w miej​scu, w któ​rym przy​wa​lił pod​czas upad​‐ ku. McGul​ly sie​dzi mu na ple​cach, pa​ląc cy​ga​ro. Cu​lver​son opie​ra się o ko​mi​nek, a ja krą​żę ner​wo​wo, świa​dom, że wszy​‐ scy pa​trzą te​raz na mnie, po​nie​waż to moje przed​sta​wie​nie. – Do​bra, utnij​my so​bie po​ga​węd​kę – rzu​cam, czu​jąc sil​ny dreszcz prze​bie​ga​ją​cy przez całe cia​ło. Wy​zby​wam się resz​‐ tek ad​re​na​li​ny na​pro​du​ko​wa​nej pod​czas strze​la​ni​ny i bie​gu przez za​bło​co​ne po​dwó​rze. Spo​kój. Tyl​ko spo​kój. – Pa​nie To​us​sa​int, wy​cho​dzi na to, że pod​czas ostat​niej roz​‐ mo​wy po​mi​nął pan kil​ka bar​dzo istot​nych szcze​gó​łów pań​skich re​la​cji z Pe​te​rem Zel​lem. – Wła​śnie – po​ta​ku​je McGul​ly, prze​su​wa​jąc się nie​znacz​nie, by zwięk​szyć ucisk na krzyż le​żą​ce​go. – Ty dup​ku! – McGul​ly? – rzu​cam, pró​bu​jąc za​su​ge​ro​wać bez mó​wie​nia tego wprost, by od​pu​ścił, on jed​nak prze​wra​ca tyl​ko ocza​mi. – Na​ćpa​li​śmy się raz czy dwa i tyle – od​po​wia​da Tous​sa​int. – Okay? Bra​li​śmy ra​zem, ja i Pe​tey. Na​szpry​co​wa​li​śmy się kil​ka razy. – Kil​ka razy – po​wta​rzam. – Tak. Ki​wam wol​no gło​wą. – Dla​cze​go mnie okła​ma​łeś, J.T.? – Dla​cze​go cię okła​mał? – dzi​wi się McGul​ly, prze​no​sząc na mnie wzrok. – Może dla​te​go, że je​steś gli​nia​rzem, nie​doj​do.

Sto​ją​cy przy ko​min​ku Cu​lver​son pry​cha z roz​ba​wie​nia, a ja za​czy​nam ża​ło​wać, że nie zo​sta​wi​li mnie sam na sam z J.T. W tym sa​lo​nie. Gdy​by​śmy roz​ma​wia​li w czte​ry oczy, wy​śpie​‐ wał​by mi wszyst​ko. Jak pod​czas nor​mal​nej roz​mo​wy po​mię​dzy dwo​ma fa​ce​ta​mi. To​us​sa​int zer​ka na mnie, przy​wa​lo​ny cię​ża​rem McGul​ly’ego nie może się bar​dziej ru​szyć. – Przy​je​chał pan do mnie, po​nie​waż pań​skim zda​niem zo​stał za​mor​do​wa​ny. – Po​wie​dzia​łem, że po​peł​nił sa​mo​bój​stwo. – Czy​li skła​mał pan – ri​po​stu​je. – Nie pro​wa​dzi​cie do​cho​dzeń w spra​wach sa​mo​bój​ców. Zwłasz​cza te​raz. Cu​lver​son znów pry​cha w iden​tycz​ny spo​sób, więc zer​kam w jego kie​run​ku i wi​dzę, że się krzy​wi: „Cel​nie cię pod​su​mo​‐ wał”, mówi jego mina. McGul​ly strze​pu​je ka​wał po​pio​łu na dy​‐ wan po​dej​rza​ne​go. To​us​sa​int igno​ru​je ich obu, sku​pia wzrok na mnie, nie prze​‐ sta​jąc mó​wić. – Sko​ro przy​szedł pan do mnie w po​szu​ki​wa​niu za​bój​cy, to gdy​bym panu po​wie​dział, że bra​li​śmy te pie​przo​ne środ​ki prze​ciw​bó​lo​we, uznał​by pan, że to ja go za​bi​łem, praw​da? – Nie​ko​niecz​nie. My​ślę: ta​blet​ki. Pa​styl​ki. Ma​leń​kie lśnią​ce barw​ne kap​suł​ki wy​sy​pu​ją​ce się na spo​co​ną dłoń. Pró​bu​ję so​bie wy​ob​ra​zić mo​‐ je​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go, jak się sta​cza, po​pa​da w uza​‐ leż​nie​nie. – J.T… – za​czy​nam. – Nie​waż​ne – war​czy. – Już po mnie. Ko​niec, krop​ka. – No – po​twier​dza ra​do​śnie McGul​ly, a ja z ca​łych sił ży​czę so​bie, aby się wresz​cie za​mknął. Choć​by dla​te​go, że wie​rzę To​us​sa​in​to​wi. Na​praw​dę. Przy​naj​‐ mniej ja​kąś czę​ścią sie​bie. Okła​mał mnie z tego sa​me​go po​wo​‐ du, dla któ​re​go Vic​tor Fran​ce zmar​no​wał wie​le go​dzin na wę​‐

sze​nie wo​kół warsz​ta​tu przy Man​che​ster Road, by do​star​czyć mi żą​da​ne in​for​ma​cje: w na​szych cza​sach każ​de oskar​że​nie wią​że się z su​ro​wy​mi kon​se​kwen​cja​mi. Każ​dy wy​rok to do​ży​‐ wo​cie, a na​wet kara śmier​ci. Gdy​by J.T. ujaw​nił całą praw​dę o tym, co łą​czy​ło go z Zel​lem, zgnił​by w wię​zie​niu. Tym​cza​sem na​dal nie mam po​wo​du, by uznać, że to on za​bił Pe​te​ra. – McGul​ly. Zejdź z nie​go. – Co ta​kie​go? – ob​ru​sza się mój ko​le​ga. – Wy​klu​czo​ne. Obaj zer​ka​my in​stynk​tow​nie w kie​run​ku Cu​lver​so​na; wszy​scy mamy niby tę samą ran​gę, ale to on jest naj​star​szy. Wy​chwy​tu​‐ je​my jego zdaw​ko​we ski​nie​nie gło​wy. McGul​ly pa​trzy na mnie spode łba, pod​ry​wa się jed​nak z ple​ców po​dej​rza​ne​go, ocię​ża​‐ le jak ja​kiś go​ryl po​wsta​ją​cy z zie​mi. Ru​sza​jąc w stro​nę sofy, ce​lo​wo przy​dep​tu​je pal​ce Tous​sa​in​ta. J.T. pod​no​si się z tru​dem na ko​la​na, na co Cu​lver​son rzu​ca ci​cho: „To wy​star​czy”, sam mu​szę więc przy​klęk​nąć, aby spoj​rzeć prze​słu​chi​wa​ne​mu w oczy. Ja​kimś cu​dem uda​je mi się ode​zwać do nie​go spo​koj​‐ nie, wręcz przy​mil​nie: – Po​wiedz mi wię​cej. Dłu​ga ci​sza. – On… – za​czy​na McGul​ly, ale milk​nie, gdy pod​no​szę ostrze​‐ gaw​czo dłoń, nie spusz​cza​jąc z oka po​dej​rza​ne​go. – Pro​szę – od​zy​wam się po​now​nie. – Ja chcę tyl​ko po​znać praw​dę, pa​nie To​us​sa​int. – Nie za​bi​łem go. – To wiem – mó​wię, po​nie​waż tak my​ślę. W tym mo​men​cie, spo​glą​da​jąc mu w oczy, nie wie​rzę, że za​bił Pe​te​ra. – Chcę je​‐ dy​nie wie​dzieć, jak było na​praw​dę. Po​wie​dział pan, ta​blet​ki. Skąd pan je wziął? – To nie ja je za​ła​twi​łem. – To​us​sa​int pa​trzy na mnie zdzi​wio​‐ ny. – Pe​ter je przy​niósł. – Co?

– Przy​się​gam na Boga, że to praw​da – od​po​wia​da, wi​dząc w moim spoj​rze​niu scep​ty​cyzm. – Klę​czy​my na​prze​ciw sie​bie na pod​ło​dze jak para re​li​gij​nych fa​na​ty​ków albo po​kut​ni​ków. – Mó​wię po​waż​nie. Fa​cet po​ja​wił się na moim pro​gu z dwie​ma bu​te​lecz​ka​mi peł​ny​mi pro​chów. Siar​czan mor​fi​ny. Po sześć​‐ dzie​siąt mi​li​gra​mów w kap​suł​ce, po sto kap​su​łek w bu​te​lecz​‐ ce. Po​wie​dział, że chce za​żyć nar​ko​ty​ki w bez​piecz​ny i efek​‐ tyw​ny spo​sób. – Tak po​wie​dział? – pry​cha McGul​ly, sa​do​wiąc się na so​fie z bro​nią wy​ce​lo​wa​ną w To​us​sa​in​ta. – Tak. – Pro​szę pa​trzeć na mnie – mó​wię. – Pro​szę po​wie​dzieć, co wy​da​rzy​ło się póź​niej. – Od​par​łem, że nie ma pro​ble​mu, ale musi się nimi ze mną po​‐ dzie​lić. – Pod​no​si gło​wę, roz​glą​da się wo​kół, spod na wpół przy​mknię​tych po​wiek prze​bły​sku​je ner​wo​wość, wy​zwa​nie, duma. – Co mia​łem zro​bić, u li​cha? Ha​ro​wa​łem całe ży​cie… za​pie​prza​łem każ​de​go dnia od ukoń​cze​nia szko​ły. Mój sta​ry był śmie​ciem, a ja nie chcia​łem skoń​czyć jak on. – Jego ma​syw​‐ ne cia​ło drży, pod​kre​śla​jąc emo​cje to​wa​rzy​szą​ce tym sło​wom. – A tu na​gle po​ja​wia się to gów​no, nor​mal​nie jak grom z ja​sne​‐ go nie​ba. Nikt już nie chce ni​cze​go bu​do​wać, ka​mie​nio​łom zo​‐ sta​je za​mknię​ty, a ja zo​sta​ję bez ro​bo​ty, bez per​spek​tyw, nic, tyl​ko cze​kać na za​sra​ną śmierć. Dwa dni póź​niej pod mo​imi drzwia​mi zja​wia się Pe​ter Zell z wia​drem opia​tów. Co wy by​‐ ście zro​bi​li na moim miej​scu? Pa​trzę na klę​czą​ce​go przede mną, wstrzą​sa​ne​go dy​go​tem wiel​ko​lu​da, któ​ry wbi​ja wzrok w zie​mię. Spo​glą​dam na sto​ją​‐ ce​go przy ko​min​ku Cu​lver​so​na, któ​ry krę​ci ze smut​kiem gło​‐ wą. Sły​szę pi​skli​we dźwię​ki, prze​no​szę więc wzrok na sofę i McGul​ly’ego, któ​ry odło​żyw​szy pi​sto​let, ru​cha​mi rąk na​śla​du​‐ je grę na skrzyp​cach. – Okay, J.T. – rzu​cam zno​wu. – Co było da​lej?

To​us​sa​int z ła​two​ścią po​mógł Zel​lo​wi bez​piecz​nie i efek​tyw​‐ nie za​ży​wać siar​czan mor​fi​ny, oszu​ki​wać okres pół​trwa​nia i od​mie​rzać ilo​ści tak, aby zmi​ni​ma​li​zo​wać ry​zy​ko przy​pad​ko​‐ we​go przedaw​ko​wa​nia. Mi​lion razy wi​dział, jak jego oj​ciec to robi, jak za​ży​wa roz​ma​ite leki: oskro​bu​je je z po​le​wy, roz​kru​‐ sza, waży i umiesz​cza pod ję​zy​kiem. Gdy zu​ży​li za​war​tość obu bu​te​le​czek, Pe​ter zor​ga​ni​zo​wał ko​lej​ne. – Nie wspo​mi​nał ni​g​dy, skąd je ma? – Nie… – Pau​za, może pół​se​kun​do​we wa​ha​nie, gdy pa​trzę mu pro​sto w oczy. – Na​praw​dę. To trwa​ło aż do paź​dzier​ni​ka. Skąd​kol​wiek brał te pro​chy, źró​deł​ko w koń​cu wy​schło. Po paź​dzier​ni​ku, kon​ty​nu​uje To​us​sa​int, na​dal trzy​ma​li się ra​‐ zem, wspól​nie cho​dzi​li na se​an​se Di​stant Pale Glim​mers, cza​‐ sem też wpa​da​li na piw​ko po pra​cy. Za​sta​na​wiam się nad każ​‐ dym no​wym de​ta​lem, roz​wa​żam je ko​lej​no, pró​bu​jąc usta​lić, co może być praw​dą. – A ostat​ni po​nie​dzia​łek? – Co? – Co się wy​da​rzy​ło w ze​szły po​nie​dzia​łek wie​czo​rem? – To, co po​wie​dzia​łem. Obej​rze​li​śmy film, oba​li​li​śmy kil​ka bro​wa​rów i zo​sta​wi​łem go tam. – Jest pan pe​wien? – py​tam. – Jest pan pe​wien, że to już wszyst​ko? Ci​sza. Spo​glą​da na mnie, chy​ba za​mie​rza do​dać coś jesz​cze. Wi​dzę, jak jego umysł ostro pra​cu​je za fa​sa​dą ka​mien​nej ma​‐ ski. Chce mi po​wie​dzieć coś jesz​cze. – McGul​ly – rzu​cam. – Jaka jest kara za psu​cie pa​li​wa? – Śmierć – od​po​wia​da McGul​ly, a ja wi​dząc, że oczy To​us​sa​in​‐ ta ro​bią się okrą​głe, po​trzą​sam gło​wą. – Po​waż​nie py​tam. – To leży w ge​stii or​ga​nów ści​ga​nia – od​po​wia​da Cul​​ver​son. – Okay – mó​wię, sku​pia​jąc wzrok na po​dej​rza​nym. – Mu​si​my pana zwi​nąć. Po​sta​ram się jed​nak, by zo​stał pan uka​ra​ny dwu​‐

ty​go​dnio​wym aresz​tem. – Pod​no​szę się i wy​cią​gam do nie​go rękę, by po​móc mu wstać. – Góra mie​sięcz​nym. Buł​ka z ma​‐ słem. Wte​dy wtrą​ca się McGul​ly: – Albo roz​strze​la​my go​ścia na miej​scu. – McGul​ly… – Od​wra​cam się od To​us​sa​in​ta na se​kun​dę, chcąc spoj​rzeć w kie​run​ku Cu​lver​so​na, aby wy​per​swa​do​wał na​sze​‐ mu ko​le​dze te głu​pie żar​ty, i za​nim zdą​żę prze​nieść po​now​nie wzrok na po​dej​rza​ne​go, ten jest już w ru​chu, wy​strze​lił jak z pro​cy, tra​fia​jąc mnie z byka w pierś, przy tej ma​sie za​dzia​łał jak ta​ran. Pa​dam na ple​cy, McGul​ly zry​wa się z sofy, Cu​lver​son tak​że ru​sza się z miej​sca, się​ga​jąc po broń. W dło​ni To​us​sa​in​ta po​ja​wia się mo​del sta​no​we​go par​la​men​tu. Cu​lver​son, choć już wy​mie​rzył, nie strze​la, po​dob​nie jak McGul​ly, po​nie​waż po​dej​‐ rza​ny sie​dzi na mnie, przy​su​wa to cho​ler​stwo do mo​je​go oka po​zła​ca​ną igli​cą w dół. Na​gle robi się ciem​no. – A to skur​wy​syn – rzu​ca McGul​ly. To​us​sa​int zła​zi ze mnie, sły​szę, jak bie​gnie do drzwi. Wrzesz​‐ czę: „Nie!”, krew leje się z mo​jej twa​rzy, dłoń​mi za​kry​wam oczy. – Nie strze​laj​cie! – krzy​czę, ale jest już za póź​no, obaj wy​pa​‐ la​ją. Wizg kul nade mną, bar​dziej je sły​szę, niż wi​dzę, po​tem krzyk To​us​sa​in​ta i ło​mot, z ja​kim się prze​wra​ca. Za drzwia​mi kuch​ni Ho​udi​ni szcze​ka jak osza​la​ły, sko​wy​czy i war​czy, oka​zu​jąc wście​kłość i zdzi​wie​nie.

*** „Halo, de​tek​ty​wie. Prze​pra​szam. Niby jak ta nie​wąt​pli​wie tra​gicz​na opo​wieść czy​ni z fa​ce​ta ofia​rę mor​der​stwa?” Te sło​wa od​bi​ja​ją się echem w opu​sto​sza​łych na​gle za​ka​mar​‐ kach mo​je​go umy​słu, gdy zwi​jam się z bólu, le​żąc w szpi​ta​lu. Rzu​co​ne sar​ka​stycz​nym to​nem py​ta​nie McGul​ly’ego na ko​‐ men​dzie, za​nim po​je​cha​li​śmy do domu po​dej​rza​ne​go.

J.T. To​us​sa​int nie żyje. McGul​ly po​strze​lił go trzy​krot​nie, a Cu​lver​son raz, więc fa​cet zmarł, nim zdą​żył do​je​chać do szpi​ta​la. Twarz mnie boli. Cier​pię po​twor​nie. Może To​us​sa​int za​ata​‐ ko​wał mnie tą po​piel​nicz​ką, po​nie​waż wcze​śniej za​mor​do​wał swo​je​go przy​ja​cie​la Pe​te​ra. Nie, wąt​pię, by to była praw​da. Uwa​żam, że rzu​cił się na mnie ze stra​chu. Wo​kół nie​go było za dużo gli​nia​rzy, McGul​ly go stra​szył, ja uspo​ka​ja​łem, ale on i tak miał pie​tra, że jak już go przy​mknie​my za to dur​ne wy​‐ kro​cze​nie z prze​ra​bia​niem sil​ni​ka, zgni​je w wię​zie​niu i na pew​no nie wyj​dzie przed trze​cim paź​dzier​ni​ka. Skal​ku​lo​wał szan​se i pod​jął ry​zy​ko, jak Pe​ter, ale w prze​ci​wień​stwie do mo​‐ je​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go prze​grał. McGul​ly po​strze​lił go trzy​krot​nie, Cu​lver​son raz. Zim​ny trup. – Pół cen​ty​me​tra wy​żej i by​ło​by po oku – stwier​dza le​kar​ka, mło​da ko​bie​ta. Ja​sne wło​sy ma ucze​sa​ne w ku​cyk, nosi adi​da​‐ sy, a rę​ka​wy jej bia​łe​go far​tu​cha są wy​so​ko pod​wi​nię​te. – Okay – od​po​wia​dam. Na​kła​da na mój pra​wy oczo​dół gru​by opa​tru​nek i przy​kle​ja go pla​stra​mi. – Do​szło do zła​ma​nia dna oczo​do​łu – do​da​je – w związ​ku z tym może pan od​czu​wać drę​twie​nie ca​łe​go po​licz​ka. – Okay – po​wta​rzam. – Oraz śred​nią, a na​wet sil​ną di​plo​pię. – Okay. – Przez di​plo​pię ro​zu​mie​my po​dwój​ne wi​dze​nie. – Aha. W trak​cie tej roz​mo​wy w mo​jej gło​wie ko​ła​cze się wciąż py​‐ ta​nie: „Niby jak ta nie​wąt​pli​wie tra​gicz​na opo​wieść czy​ni z fa​‐ ce​ta ofia​rę mor​der​stwa?”. Nie​ste​ty, chy​ba znam od​po​wiedź. Wo​lał​bym, aby tak nie było, ale co zro​bić. Le​kar​ka nie prze​sta​je mnie prze​pra​szać, a to za brak do​‐ świad​cze​nia, a to za prze​pa​lo​ne ża​rów​ki, któ​rych nie ma czym

za​stą​pić, i ogól​nie za nie​do​bór środ​ków uśmie​rza​ją​cych ból. Wy​glą​da przy tym na dzie​wię​cio​lat​kę, chy​ba nie skoń​czy​ła na​‐ wet sta​żu. Mó​wię jej, że nie szko​dzi, że ro​zu​miem. Na​zy​wa się Su​san Wil​ton. – Pani dok​tor – za​ga​du​ję, gdy na​wle​kła już je​dwab​ną nit​kę i zszy​wa ranę na po​licz​ku, krzy​wiąc się, jak​by na​pra​wia​ła wła​‐ sną twarz, nie moją. – Pani dok​tor, czy po​peł​ni​ła​by pani sa​mo​‐ bój​stwo? – Nie – od​po​wia​da. – Cho​ciaż… Może. Gdy​bym wie​dzia​ła, że po​zo​sta​ło mi już tyl​ko cier​pie​nie. Ale tak nie jest. Po​do​ba mi się moje ży​cie, wie pan. Gdy​bym jed​nak była kimś in​nym, kimś, kto jest okrop​nie nie​szczę​śli​wy, wte​dy pew​nie mo​gła​bym po​‐ my​śleć: co będę tak sie​dzieć i cze​kać na naj​gor​sze? – Ra​cja – od​po​wia​dam. – Świę​ta ra​cja. Po​tem nie​ru​cho​mie​ję, po​zwa​la​jąc jej zszyć ranę. Po​zo​sta​ła już tyl​ko jed​na za​gad​ka. Je​śli To​us​sa​int mó​wił praw​dę, a uwa​żam, że tak wła​śnie było, to Pe​ter za​opa​try​wał ich obu w ta​blet​ki. Skąd je jed​nak brał? Ostat​ni ele​ment tej ukła​dan​ki, i chy​ba wiem, gdzie go znaj​dę.

*** So​phie Lit​tle​john wy​glą​da rów​nie nie​po​ko​ją​co jak jej brat, na​wet te​raz, gdy gapi się na mnie zza gru​be​go łań​cu​cha przez szpa​rę po​mię​dzy drzwia​mi a fu​try​ną. Ma taką samą nie​pro​‐ por​cjo​nal​nie małą żu​chwę, wy​dat​ny nos i sze​ro​kie czo​ło, na​‐ wet jej oku​la​ry są rów​nie nie​mod​ne. Wło​sy nosi ścię​te krót​ko, po chło​pię​ce​mu, ster​czą jej tu i ów​dzie zu​peł​nie jak Pe​te​ro​wi. – Tak? – pyta. Kie​dy tak na sie​bie pa​trzy​my, przy​po​mi​nam so​bie, że ni​g​dy wcze​śniej się nie spo​tka​li​śmy. Do tego do​cho​dzi mój obec​ny wy​gląd: gru​by opa​tru​nek na​ło​żo​ny na oko przez dok​tor Wil​‐ ton, ota​cza​ją​ca go si​no​żół​ta opu​chli​zna.

– Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce, pro​szę pani, z miej​sco​wej ko​men​dy po​li​cji – wy​ja​śniam. – Oba​wiam się, że… – Ury​wam, po​nie​waż drzwi się za​trza​sku​ją. Za​raz jed​nak sły​szę grze​chot łań​cu​cha i mo​ment póź​niej znów się otwie​ra​ją. – W po​rząd​ku – rzu​ca So​phie, ki​wa​jąc gło​wą ze sto​ic​kim spo​‐ ko​jem, jak​by od za​wsze wie​dzia​ła, że ta chwi​la na​dej​dzie. – W po​rząd​ku. Za​bie​ra mój płaszcz, po czym wska​zu​je ten sam nie​bie​ski fo​‐ tel, na któ​rym sie​dzia​łem pod​czas ostat​niej wi​zy​ty. Wyj​mu​ję bru​lion, ona zaś w tym cza​sie wy​ja​śnia, że męża nie ma nie​ste​‐ ty w domu, po​nie​waż mu​siał zo​stać po go​dzi​nach. Jed​no z nich czę​sto zo​sta​je w pra​cy dłu​żej. Bez​wy​zna​nio​we usłu​gi du​cho​we Eri​ka Lit​tle​joh​na sta​ły się co​dzien​no​ścią, peł​ni je bo​wiem każ​‐ de​go wie​czo​ra, a uczęsz​cza na nie tak wie​le osób z per​so​ne​lu szpi​ta​la, że mu​siał wy​nieść się z ka​pli​cy w piw​ni​cy i za​anek​to​‐ wać au​dy​to​rium na pię​trze. So​phie roz​ga​du​je się bez po​wo​du, ale ja to do​sko​na​le ro​zu​miem, taka jest jej ostat​nia li​nia obro​‐ ny przed roz​po​czę​ciem wła​ści​wej roz​mo​wy. Ja, słu​cha​jąc, my​‐ ślę so​bie, że tak mu​sia​ły wy​glą​dać oczy Pe​te​ra, gdy jesz​cze żył: ich spoj​rze​nie było czuj​ne, ana​li​tycz​ne, wy​ra​cho​wa​ne, lek​‐ ko smut​ne. Uśmie​cham się, zmie​niam po​zy​cję na wy​god​niej​szą, po​zwa​‐ lam się wy​ga​dać So​phie, a w koń​cu za​da​ję jej py​ta​nie, któ​re jest ra​czej stwier​dze​niem: – Dała mu pani cały blo​czek re​cept. Wbi​ja wzrok w tu​rec​ki dy​wan, po​tem znów pa​trzy mi w oczy. – Ukradł mi je. – Aha – rzu​cam. – Okay. Le​żąc w szpi​ta​lu z ob​ra​że​nia​mi twa​rzy, za​sta​na​wia​łem się nad tą kwe​stią do​brą go​dzi​nę, aż na​gle do​zna​łem olśnie​nia. Bra​ko​wa​ło mi tyl​ko ab​so​lut​nej pew​no​ści. Mu​sia​łem sko​rzy​stać z wie​dzy dok​tor Wil​ton, po​nie​waż ona zna​ła się na tym le​piej: czy po​łoż​ne mogą wy​pi​sy​wać leki?

Oka​zu​je się, że mogą. – Prze​pra​szam, po​win​nam była wcze​śniej o tym wspo​mnieć – przy​zna​je pół​gło​sem So​phie. Za roz​su​wa​ny​mi drzwia​mi łą​czą​cy​mi sa​lon z ogro​dem za​uwa​‐ żam Kyle’a, któ​ry ra​zem z in​nym dzie​cia​kiem, też ubra​nym w zi​mo​wy kom​bi​ne​zon, bawi się te​le​sko​pem. Obaj ską​pa​ni są w nie​ziem​skim świe​tle lamp ogro​do​wych. Mi​nio​nej wio​sny, gdy szan​se na zde​rze​nie były wciąż mi​ni​mal​ne, za​pa​no​wał ist​ny boom na astro​no​mię, lu​dzie na​gle za​czę​li się in​te​re​so​wać na​‐ zwa​mi pla​net, ich or​bi​ta​mi, dzie​lą​cy​mi je od​le​gło​ścia​mi. Tak jak po je​de​na​stym wrze​śnia wszy​scy umie​li wy​mie​nić z pa​mię​‐ ci każ​dą pro​win​cję Afga​ni​sta​nu i róż​ni​ce mię​dzy szy​ita​mi a sun​ni​ta​mi. Kyle i jego ko​le​ga uży​wa​ją te​raz te​le​sko​pu jak ma​czu​gi i okła​da​ją się nim na zmia​nę, oczy​wi​ście na niby, śmie​jąc się na cały głos w zmierz​cha​ją​ce nie​bo. – To było w czerw​cu. Na po​cząt​ku czerw​ca – za​czy​na So​phie, więc od​wra​cam się znów do niej. – Pe​ter za​dzwo​nił nie​spo​‐ dzie​wa​nie, po​wie​dział, że chciał​by umó​wić się na lunch. Od​‐ par​łam, że chęt​nie się z nim zo​ba​czę. – Zje​dli​ście lunch u pani w ga​bi​ne​cie? – Tak – przy​zna​je. Zje​dli, nad​ro​bi​li za​le​gło​ści, od​by​li bar​dzo przy​jem​ną po​ga​‐ węd​kę, jak na bra​ta i sio​strę przy​sta​ło. Wspo​mi​na​li fil​my, któ​‐ re obej​rze​li w dzie​ciń​stwie, ro​dzi​ców, do​ra​sta​nie. – Wie pan, ta​kie ro​dzin​ne spra​wy. – Wiem, pro​szę pani. – Było bar​dzo miło. Pew​nie dla​te​go tak mnie za​bo​la​ło, gdy od​kry​łam, po co Pe​ter tak na​praw​dę przy​szedł. Ni​g​dy nie by​li​‐ śmy so​bie zbyt bli​scy. A po​tem on na​gle dzwo​ni jak​by ni​g​dy nic. Po​my​śla​łam wte​dy, pa​mię​tam to do​sko​na​le, że jak to sza​‐ leń​stwo do​bie​gnie koń​ca, może uda nam się za​przy​jaź​nić. – Uno​si rękę, by obe​trzeć łzę z ką​ci​ka oka. – Szan​se na zde​rze​‐

nie były wte​dy sto​sun​ko​wo nie​wiel​kie. Wciąż moż​na było my​‐ śleć o przy​szło​ści i snuć pla​ny. Cze​kam cier​pli​wie. Trzy​mam otwar​ty błę​kit​ny bru​lion na ko​‐ la​nach. – No więc… – od​zy​wa się zno​wu So​phie. – W moim za​wo​dzie sta​wia​my na ho​li​stycz​ne po​dej​ście do pa​cjent​ki, z le​ka​mi sty​‐ ka​my się naj​czę​ściej pod​czas od​bie​ra​nia po​ro​dów, w okre​sie cią​ży nie są one po​trzeb​ne. Za​tem do​pie​ro po wie​lu ty​go​dniach zo​rien​to​wa​ła się, że w pra​wej gór​nej szu​fla​dzie jej biur​ka bra​ku​je blocz​ka z re​cep​‐ ta​mi. A kil​ka ko​lej​nych ty​go​dni za​ję​ło jej doj​ście do tego, że to spraw​ka bra​ta. Że kra​dzie​ży do​ko​nał pod​czas umó​wio​ne​go i jak​że mi​łe​go lun​chu. W tym mo​men​cie So​phie prze​ry​wa opo​‐ wieść, uno​si wzrok ku su​fi​to​wi i krę​ci gło​wą, jak​by się ob​wi​‐ nia​ła. Ja na​to​miast wy​obra​żam so​bie Pe​te​ra, spo​koj​ne​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go, w chwi​lo​wym po​ry​wie bra​wu​ry, gdy po​‐ dej​mu​je brze​mien​ną w skut​ki de​cy​zję – praw​do​po​do​bień​stwo zde​rze​nia prze​kra​cza już próg 12,375 pro​cent – i wy​ko​rzy​stu​‐ jąc nie​obec​ność sio​stry, któ​ra wy​szła do to​a​le​ty albo zaj​rzeć do pa​cjent​ki, spo​co​ny jak dia​bli pod​no​si się z krze​sła, otwie​ra szu​fla​dę… Kyle i jego kom​pan wy​bu​cha​ją na ze​wnątrz śmie​chem. Ja nie spusz​czam jed​nak wzro​ku z So​phie. – Za​tem roz​gry​zła to pani w paź​dzier​ni​ku. – Tak – po​twier​dza, zer​ka​jąc na mnie ukrad​kiem, lecz nie py​‐ ta​jąc, skąd wiem. – Wście​kłam się. Na​praw​dę. Na rany Chry​‐ stu​sa, prze​cież wciąż je​ste​śmy ludź​mi, czyż nie? Po​win​ni​śmy się więc za​cho​wy​wać jak lu​dzie, do​pó​ki nie na​stą​pi ko​niec. – Gniew w jej gło​sie jest au​ten​tycz​ny. Po​trzą​sa gło​wą w roz​go​ry​‐ cze​niu. – Zda​ję so​bie spra​wę, że to brzmi nie​do​rzecz​nie. – Nie, pro​szę pani. Wca​le nie.

– Wy​gar​nę​łam wszyst​ko Pe​te​ro​wi, a on przy​znał się do kra​‐ dzie​ży, i to by było na tyle. Nie… przy​kro mi to mó​wić… nie roz​ma​wia​łam z nim od tam​tej pory. Ki​wam gło​wą. Mia​łem ra​cję. Na​le​ży mi się me​dal. Czu​ję, że po​wi​nie​nem już iść. Mu​szę jed​nak po​znać całą praw​dę. Po pro​stu mu​szę. – Dla​cze​go nie po​wie​dzia​ła mi pani tego wcze​śniej? Dla​cze​go nie od​bie​ra​ła pani mo​ich te​le​fo​nów? – Cóż, cho​dzi o to… Ja pod​ję​łam de​cy​zję. Po​sta​no​wi​łam, że… – za​czy​na, ale w tym mo​men​cie od stro​ny drzwi wej​ścio​wych sły​szę głos Eri​ka, któ​ry mówi: „Ko​cha​nie”. Stoi w pro​gu, nie wiem jak dłu​go, śnieg zdą​żył za​sy​pać ka​wa​‐ łek pod​ło​gi. – Nie – od​zy​wa się Erik po​now​nie. – To już nie ma zna​cze​nia. – My​lisz się. Wi​tam po​now​nie, de​tek​ty​wie. – Wcho​dzi, płat​ki śnie​gu na skó​rza​nym płasz​czu top​nie​ją bły​ska​wicz​nie. – Ka​za​‐ łem jej skła​mać. Je​śli więc mają być tego kon​se​kwen​cje, po​‐ win​ny spaść na mnie. – Nie są​dzę, by ktoś mu​siał za co​kol​wiek od​po​wia​dać. Zwy​‐ czaj​nie chcę po​znać praw​dę. – Okay. Za​tem praw​da wy​glą​da tak, że nie wi​dzia​łem sen​su w in​for​mo​wa​niu pana o kra​dzie​ży do​ko​na​nej przez Pe​te​ra i za​‐ bro​ni​łem So​phie to ro​bić. – Wspól​nie pod​ję​li​śmy tę de​cy​zję. – Zmu​si​łem cię do jej pod​ję​cia. Erik Lit​tle​john krę​ci gło​wą, pa​trząc na mnie twar​do, nie​mal su​ro​wo. – Po​wie​dzia​łem jej, że nie po​win​na panu o tym mó​wić. – Dla​cze​go? Spo​glą​dam mu w oczy, ale nie robi to na nim wra​że​nia. – Co było, to było. In​cy​dent z blocz​kiem re​cept So​phie nie miał nic wspól​ne​go z póź​niej​szą śmier​cią Pe​te​ra, nie wi​dzia​‐

łem więc po​wo​du, aby wspo​mi​nać o tym po​li​cji. – Sło​wo „po​li​‐ cja” wy​mó​wił tak, jak​by był to ja​kiś abs​trak​cyj​ny kon​cept, coś nie z tego świa​ta, w od​róż​nie​niu ode mnie, od czło​wie​ka z krwi i ko​ści, któ​ry sie​dzi w jego sa​lo​nie z otwar​tym błę​kit​‐ nym bru​lio​nem na ko​la​nach. – Wy​ja​wie​nie tego po​li​cji wy​da​ło mi się rów​no​znacz​ne z prze​ka​za​niem szcze​gó​łów pra​sie, opi​‐ nii pu​blicz​nej. – Mo​je​mu ojcu – szep​cze So​phia. – O to tak na​praw​dę mu cho​dzi. Jej ojcu? Szpe​ram w pa​mię​ci, przy​gła​dza​jąc wąsa. Przy​po​mi​‐ nam so​bie ra​port po​ste​run​ko​wej McCon​nell: oj​ciec Pe​te​ra, Mar​tin Zell, prze​by​wa w domu opie​ki Ple​asant View, zdia​gno​‐ zo​wa​no u nie​go po​cząt​ki de​men​cji. – Cięż​ko prze​żył wia​do​mość o sa​mo​bój​stwie Pe​te​ra – do​da​je So​phie. – Jak by się czuł, wie​dząc, że jego je​dy​ny syn zo​stał nar​ko​ma​nem? – Po co mę​czyć czło​wie​ka? – do​da​je Erik. – Zwłasz​cza w tych oko​licz​no​ściach… Dla​te​go ka​za​łem żo​nie prze​mil​czeć pew​ne szcze​gó​ły. To była moja de​cy​zja i ja bio​rę za nią peł​ną od​po​‐ wie​dzial​ność. – Okay – prze​ry​wam mu. – Okay. Wzdy​cham. Je​stem zmę​czo​ny. Oko mnie boli. Czas stąd iść. – Mam jesz​cze jed​no py​ta​nie – zwra​cam się do So​phie. – Wy​‐ da​je się pani prze​ko​na​na, że Pe​ter po​peł​nił sa​mo​bój​stwo. Mogę za​py​tać dla​cze​go? – Dla​te​go, że mi o tym po​wie​dział – wy​zna​je pół​gło​sem. – Co? Kie​dy? – Tego sa​me​go dnia. Gdy je​dli​śmy lunch w moim ga​bi​ne​cie. Wte​dy to już trwa​ło, jak pan wie. O jed​nym przy​pad​ku trą​bi​li na wszyst​kich ka​na​łach. Mó​wię o Dur​ham. O tej szko​le pod​‐ sta​wo​wej. – Tak, pa​mię​tam… – Fa​cet, któ​ry wy​cho​wał się w Dur​ham, na wy​brze​żu, wró​cił do ro​dzin​nej miej​sco​wo​ści, by po​wie​sić się

w szat​ni swo​jej daw​nej kla​sy. Zna​lazł go tam jego były znie​na​‐ wi​dzo​ny na​uczy​ciel. So​phia przy​ci​ska opusz​ki pal​ców do po​wiek, Erik sta​je za nią, kła​dzie jej dło​nie na ra​mio​nach w po​krze​pia​ją​cym ge​ście. – Tak czy ina​czej Pete, to zna​czy Pe​ter, po​wie​dział mi, że gdy​‐ by on miał wy​bie​rać, zro​bił​by to w McDo​nal​dzie. Tym na Main Stre​et. Wte​dy uzna​łam to za żart. Ale… ale chy​ba mó​wił po​‐ waż​nie. – Tak, pro​szę pani. Na to wy​glą​da. No i pro​szę, McGul​ly. Niby jak ta nie​wąt​pli​wie tra​gicz​na opo​‐ wieść czy​ni z fa​ce​ta ofia​rę mor​der​stwa? Od​po​wiedź brzmi: ni​‐ jak. Kosz​tow​ny pa​sek, czer​wo​ny pi​kap, nic z tego nie ma zna​cze​‐ nia. Gdy eks​pe​ry​ment z za​ży​wa​niem nar​ko​ty​ków oka​zał się fia​skiem – gdy Pe​ter zo​stał na​kry​ty na kra​dzie​ży, a co waż​niej​‐ sze, na ak​cie zdra​dy – po​zo​stał mu je​dy​nie wstyd i nie​koń​czą​cy się ból od​sta​wie​nia, a wszyst​kie​go tego do​zna​wał w ob​li​czu nad​cho​dzą​ce​go koń​ca świa​ta. Wła​śnie dla​te​go ak​tu​ariusz Pe​‐ ter Zell do​ko​nał ostat​nich ob​li​czeń, ko​lej​nej ana​li​zy zy​sku i wią​żą​ce​go się z nim ry​zy​ka, a po​tem ode​brał so​bie ży​cie. Bum! – De​tek​ty​wie? – Tak? – Dla​cze​go pan nie no​tu​je? Erik Lit​tle​john przy​glą​da mi się po​dejrz​li​wie, jak​by uwa​żał, że coś przed nim ukry​wam. Gło​wa mnie boli. Sa​lon za​czy​na fa​lo​wać. Wi​dzę dwie So​phie i dwóch Eri​ków. Jak na​zwa​ła tę do​le​gli​wość dok​tor Wil​ton? Di​‐ plo​pia? – Prze​stał pan no​to​wać to, co mó​wi​my. – Nie. Ja tyl​ko… – Prze​ły​kam śli​nę, wsta​ję. – Spra​wa za​‐ mknię​ta. Prze​pra​szam, że pań​stwa nie​po​ko​iłem.

*** Pięć, sześć go​dzin póź​niej. Nie wiem do​kład​nie, o któ​rej; w każ​dym ra​zie w środ​ku nocy. An​dre​as i ja je​ste​śmy na ze​wnątrz, ra​zem da​li​śmy nogę z Pa​‐ nuc​cie​go, baru miesz​czą​ce​go się w piw​ni​cy przy Phe​nix Stre​‐ et. Ucie​kli​śmy przed har​mi​drem, smro​dem dymu ty​to​nio​we​go i po​nu​rą at​mos​fe​rą spe​lun​ki. Sto​imy po​środ​ku za​śnie​żo​ne​go chod​ni​ka, ża​den z nas nie miał ocho​ty na nic moc​niej​sze​go. An​‐ dre​as zo​stał do​słow​nie ode​rwa​ny od swo​je​go biur​ka przez McGul​ly’ego i zmu​szo​ny do świę​to​wa​nia mo​je​go pierw​sze​go suk​ce​su. Cho​ciaż tak na​praw​dę nie roz​wią​za​łem żad​nej spra​‐ wy, ba, w ogó​le nie było żad​nej spra​wy, je​śli się do​brze za​sta​‐ no​wić. Tak czy ina​czej, tam na dole było okrop​nie, smród dymu pa​pie​ro​so​we​go mie​szał się z opa​ra​mi al​ko​ho​lu, po​gło​‐ śnio​ny na cały re​gu​la​tor te​le​wi​zor za​głu​szał roz​mo​wy. Lu​dzie tło​czy​li się mię​dzy po​kry​ty​mi graf​fi​ti fi​la​ra​mi, któ​re jako je​dy​‐ ne po​wstrzy​mu​ją tę ru​de​rę przed za​wa​le​niem. Nie mó​wiąc już o tym, że ja​kiś mą​dra​la pusz​czał bez prze​rwy utwo​ry Elvi​sa Co​stel​lo Cze​ka​jąc na ko​niec świa​ta, Toma Wa​it​sa Zie​mia sko​‐ na​ła z wrza​skiem i ten nie​śmier​tel​ny ka​wa​łek R.E.M. Na ze​wnątrz znów za​czy​na śnie​żyć, wiel​kie gru​be płat​ki sy​‐ pią się z nie​ba, ry​ko​sze​tu​jąc od ce​gla​nych ścian. Wsu​wam dło​‐ nie głę​bo​ko w kie​sze​nie, od​chy​lam moc​no gło​wę i ga​pię się w nie​bo zdro​wym okiem. – Słu​chaj… – rzu​cam do An​dre​asa. – Taaa? Wa​ham się. Nie​na​wi​dzę ta​kich mo​men​tów. An​dre​as wy​cią​ga ca​me​la z pacz​ki, a ja pa​trzę na płat​ki śnie​gu roz​pusz​cza​ją​ce się na jego czu​pry​nie. – Prze​pra​szam – mó​wię, gdy uda​je mu się za​pa​lić pa​pie​ro​sa. – Za co? – Za roz​la​nie two​jej kawy. Uśmie​cha się sztyw​no, po​tem za​cią​ga dy​mem.

– Nie ma spra​wy – od​po​wia​da. – Ale… – Se​rio, Hen​ry. Kogo to ob​cho​dzi? Na scho​dach pro​wa​dzą​cych do baru po​ja​wia się gro​mad​ka na​sto​lat​ków, śmie​ją się jak sza​le​ni, wy​stro​je​ni w dzi​wacz​ne pre​apo​ka​lip​tycz​ne ciu​chy. Jed​na z dziew​czyn ma na so​bie szma​rag​do​wą suk​nię ba​lo​wą i tia​rę, jej chło​pak nosi się po go​‐ tyc​ku na czar​no. Inny dzie​ciak, trud​nej do usta​le​nia płci, wło​‐ żył wor​ko​wa​te szor​ty na kra​cia​ste raj​tu​zy, a szel​ki pod​pro​wa​‐ dził chy​ba za​wo​do​we​mu klau​no​wi. Zza otwie​ra​nych drzwi bu​‐ cha mu​zy​ka, chy​ba ja​kiś ka​wa​łek U2, cich​nie jed​nak nie​mal na​tych​miast, gdy wej​ście zo​sta​je po​now​nie za​mknię​te. – W ga​ze​tach pi​szą, że Pa​ki​stań​czy​cy chcą roz​pie​przyć ją na strzę​py – od​zy​wa się An​dre​as. Pró​bu​ję so​bie przy​po​mnieć, któ​ry utwór U2 trak​tu​je o koń​cu świa​ta. Prze​no​szę wzrok z dzie​cia​ków na uli​cę. – Tak. Twier​dzą, że roz​gryź​li pro​blem, i wie​dzą, jak to zro​‐ bić. A my mó​wi​my, że im na to nie po​zwo​li​my. – Tak, sły​sza​łem. – Wi​dzia​łem kon​fe​ren​cję pra​so​wą. Se​kre​ta​rza sta​nu i se​kre​‐ ta​rza obro​ny. I ko​goś jesz​cze. Oświad​czy​li, że je​śli Pa​ki​stań​‐ czy​cy spró​bu​ją, my spu​ści​my na nich ato​mów​ki pierw​si, za​nim zdą​żą wy​strze​lić swo​je ra​kie​ty. Dla​cze​go mie​li​by​śmy zro​bić coś ta​kie​go? – Nie wiem. – Czu​ję pust​kę we​wnątrz. Zim​no mi. An​dre​as wy​glą​da na wy​cień​czo​ne​go. – To prze​cież ja​kieś sza​leń​stwo. Oko za​czy​na mnie bo​leć, po​li​czek mi drę​twie​je. Po wyj​ściu od Lit​tle​joh​nów za​dzwo​ni​łem do Do​tse​tha, a on ła​ska​wie przy​jął moje prze​pro​si​ny za mar​no​wa​nie jego cen​ne​go cza​su, po czym za​żar​to​wał, jak to on, że nie wie, z kim roz​ma​wia ani o jaką spra​wę cho​dzi.

An​dre​as chce po​wie​dzieć coś jesz​cze, ale prze​ry​wa mu dźwięk klak​so​nu do​bie​ga​ją​cy gdzieś z pra​wej. Z miej​sca, w któ​rym Phe​nix Stre​et mija szczyt wznie​sie​nia i za​czy​na opa​‐ dać ku Main Stre​et. Gło​śny, ży​wio​ło​wy od​głos klak​so​nu miej​‐ skie​go au​to​bu​su, któ​ry na​bie​ra pręd​ko​ści, pę​dząc w dół. Dzie​‐ cia​ki za​czy​na​ją wrzesz​czeć i wi​wa​to​wać, ma​cha​ją w jego kie​‐ run​ku, a ja i An​dre​as pa​trzy​my na sie​bie. Ko​mu​ni​ka​cja miej​ska zo​sta​ła za​wie​szo​na już daw​no temu, ale na​wet wcze​śniej żad​‐ na noc​na li​nia nie bie​gła wzdłuż Phe​nix Stre​et. Au​to​bus zbli​ża się szyb​ko, ja​dąc dwo​ma ko​ła​mi po chod​ni​ku, ru​szam więc w jego stro​nę, wy​szar​pu​ję służ​bo​wy pi​sto​let z ka​‐ bu​ry i mie​rzę w sze​ro​ką przed​nią szy​bę. To jest jak sen: wo​kół mrok, ol​brzy​mi au​to​bus ozna​czo​ny świe​cą​cym na​pi​sem: „Zjazd do za​jezd​ni”, któ​ry mknie pro​sto na nas ni​czym okręt wid​mo. Jest już tak bli​sko, że mo​że​my zo​ba​czyć kie​row​cę, to mło​dy chło​pak, tuż pod dwu​dziest​ce, bia​ły, ma na gło​wie od​‐ wró​co​ną dasz​kiem do tyłu bejs​bo​lów​kę, nie​chluj​ny za​rost pod no​sem i sze​ro​ko roz​war​te oczy, spoj​rze​nie pod​eks​cy​to​wa​ne tą przy​go​dą. Jego kum​pel, czar​no​skó​ry, też dwu​dzie​sto​pa​ro​la​tek no​szą​cy po​dob​ną czap​kę, stoi w otwar​tych przed​nich drzwiach, wy​chy​la się i wrzesz​czy: „Ju​huu!”. Każ​dy z nas chciał kie​dyś zro​bić coś sza​lo​ne​go: te dwa ma​to​ły, jak wi​dać, przez całe ży​cie ma​rzy​ły o prze​jażdż​ce kra​dzio​nym au​to​bu​‐ sem. Dzie​cia​ki sto​ją​ce obok nas wyją, zwi​ja​jąc się ze śmie​chu. An​‐ dre​as gapi się pro​sto w ośle​pia​ją​cy blask re​flek​to​rów, a ja sto​‐ ję z pi​sto​le​tem w gar​ści i za​sta​na​wiam się, jak to ro​ze​grać. Może naj​le​piej nic nie ro​bić, po​zwo​lić im od​je​chać. – A co tam! – rzu​ca na​gle An​dre​as. – Co po​wie​dzia​łeś? Jest już jed​nak za póź​no. Od​wra​ca się, rzu​ca nie​do​pa​łek w kie​run​ku baru i wska​ku​je przed ma​skę roz​pę​dzo​ne​go au​to​‐ bu​su.

– Nie… – Star​cza mi cza​su, by wy​po​wie​dzieć tyl​ko tę jed​ną, prze​sy​co​ną smut​kiem sy​la​bę. Do​brze to so​bie wy​li​czył. Wek​to​ry czło​wie​ka i au​to​bu​su skrzy​żo​wa​ły się w prze​strze​ni, choć ich masy i pręd​ko​ści były dia​me​tral​nie róż​ne. Bum! Au​to​bus ha​mu​je z prze​raź​li​wym pi​skiem, czas za​mie​ra, two​‐ rząc stop​klat​kę: dziew​czy​na w suk​ni ba​lo​wej kry​je twarz w ra​mie​niu gota, ja sto​ję z roz​dzia​wio​ną gębą, mie​rząc z bro​‐ ni, jak du​reń, w bok au​to​bu​su, któ​ry za​trzy​mał się pod zwa​rio​‐ wa​nym ką​tem – tyl​ny​mi ko​ła​mi na chod​ni​ku, a przed​ni​mi na jezd​ni. An​dre​as ze​śli​zgu​je się po ma​sce i pada na zie​mię. Lu​‐ dzie wy​bie​ga​ją tłum​nie z baru, wo​kół sły​szę pod​nie​sio​ne gło​sy i krzy​ki. Po​ry​wacz au​to​bu​su i jego kum​pel wy​ta​cza​ją się na ze​‐ wnątrz i sta​ją przy drzwiach, skąd ga​pią się z nie​do​wie​rza​‐ niem na zwło​ki An​dre​asa. Na​gle u mo​je​go boku po​ja​wia się Cu​lver​son, czu​ję sta​now​czy ucisk na nad​garst​ku, au​to​ma​tycz​nie opusz​czam rękę z pi​sto​le​‐ tem wzdłuż boku. McGul​ly prze​py​cha się przez tłum, wrzesz​‐ cząc na cały głos: „Po​li​cja!” i wy​ma​chu​jąc od​zna​ką. W dru​giej dło​ni trzy​ma piwo, spo​mię​dzy jego zę​bów ster​czy cy​ga​ro. Przy​klę​ka na środ​ku jezd​ni, przy​kła​da dwa pal​ce do szyi An​‐ dre​asa. Cu​lver​son i ja sto​imy po​środ​ku onie​mia​łe​go tłu​mu, ob​‐ łocz​ki mar​z​ną​cej pary wy​do​by​wa​ją się z na​szych ust. Gło​wa na​sze​go ko​le​gi wy​da​je się nie​na​tu​ral​nie prze​krę​co​na, zła​mał kark. Nie żyje. – Co o tym są​dzisz, Pa​la​ce? – pyta McGul​ly, zry​wa​jąc się na rów​ne nogi i spo​glą​da​jąc w moim kie​run​ku. – To sa​mo​bój​stwo czy mor​der​stwo?

CZĘŚĆ TRZECIA

Pobożne życzenia Wtorek, 27 marca Rektascensja 19 11 43,2 Deklinacja -34 36 47 Elongacja 83,0 Delta 3,023 j.a.

1. – Boże Wszech​mo​gą​cy! Hen​ry Pa​la​ce, co się z tobą po​ro​bi​ło? To pod​su​mo​wa​nie, pa​da​ją​ce z ust daw​nej sym​pa​tii, któ​rej nie wi​dzia​łem od sze​ściu lat, wy​da​je mi się wy​jąt​ko​wo nie​tak​tow​‐ ne, ale za​raz uzmy​sła​wiam so​bie, jak wy​glą​da moja twarz, moje oko. Uno​szę dłoń, po​pra​wiam gru​by opa​tru​nek, przy​gła​‐ dzam wąsa, wy​czu​wa​jąc przy oka​zji szcze​ci​nę po​kry​wa​ją​cą szczę​kę. – Mia​łem ostat​nio kil​ka gor​szych dni – od​po​wia​dam. – Przy​kro mi to sły​szeć. Jest wpół do siód​mej rano. An​dre​as nie żyje, Zell nie żyje, To​‐ us​sa​int nie żyje. Ja na​to​miast sto​ję po​środ​ku Cam​brid​ge, na kład​ce bie​gną​cej w po​przek rze​ki Char​les, ga​wo​rząc nie​zo​bo​‐ wią​zu​ją​co z Ali​son Ko​ech​ner. Dzień jest za​dzi​wia​ją​co przy​jem​‐ ny, tem​pe​ra​tu​ra sko​czy​ła do po​nad dzie​się​ciu stop​ni na plu​sie, zu​peł​nie jak​by prze​kro​cze​nie gra​ni​cy sta​nu Mas​sa​chu​setts było rów​no​znacz​ne z do​tar​ciem na dru​gą, cie​plej​szą pół​ku​lę. Ła​god​ne po​wie​wy wia​tru, blask wsta​ją​ce​go słoń​ca, szum wody pod na​szy​mi sto​pa​mi, wszyst​ko to spra​wia​ło​by mi ra​dość, ale nie w tym ży​ciu, nie tu i te​raz. Gdy przy​my​kam oczy, wi​dzę je​‐ dy​nie śmierć: An​dre​as roz​płasz​czo​ny na ma​sce au​to​bu​su, J.T. To​us​sa​int le​żą​cy pod ścia​ną z po​dziu​ra​wio​nym ku​la​mi tu​ło​‐ wiem, Pe​ter Zell wi​szą​cy w ła​zien​ce re​stau​ra​cji. – Miło cię zno​wu wi​dzieć, Ali​son. – Na​praw​dę? – pyta. – Na​praw​dę. – Nie drąż​my tego te​ma​tu. Dzi​ka plą​ta​ni​na wło​sów w od​cie​niu ru​dej or​chi​dei zo​sta​ła przy​cię​ta na do​ro​słą mo​dłę i spię​ta w kok szpil​ka​mi. Ali​son ma

na so​bie sza​re spodnie, sza​ry ble​zer i ma​leń​ką zło​tą brosz​kę w kla​pie. Wy​glą​da nie​sa​mo​wi​cie. – Za​tem… – Wy​cią​ga z we​wnętrz​nej kie​sze​ni nie​wiel​ką ko​‐ per​tę. – Ten cały Ske​ve to ja​kiś twój przy​ja​ciel? – Nie – od​po​wia​dam na​tych​miast, uno​sząc pa​lec. – To mąż Nico. Ali​son spo​glą​da na mnie, uno​sząc zna​czą​co brew. – Nico wy​szła za mąż? – Aste​ro​ida. – To jed​no sło​wo wy​star​cza za wy​ja​śnie​nie. Spon​ta​nicz​ny ślub. Ślub z przy​mu​su. Ogrom​ne​go przy​mu​su. Ali​son przy​ta​ku​je, rzu​ca zdaw​ko​we: „No, no”. Nico mia​ła dwa​‐ na​ście lat, gdy się po​zna​ły, ale już wte​dy nie wy​glą​da​ła na oso​‐ bę, któ​ra może się kie​dy​kol​wiek ustat​ko​wać. Pa​li​ła ukrad​kiem pa​pie​ro​sy, pod​kra​da​ła dziad​ko​wi piwo z lo​dów​ki w ga​ra​żu, bez prze​rwy mia​ła pro​ble​my z fry​zu​rą i dys​cy​pli​ną. – Do​brze. Za​tem ten twój szwa​gier, Ske​ve, jest ter​ro​ry​stą. Wy​bu​cham śmie​chem. – Nie. Ske​ve nie jest żad​nym ter​ro​ry​stą. To idio​ta. – Część dia​gra​mu Ven​na, za​wie​ra​ją​ca obie te ka​te​go​rie, może być na​praw​dę po​jem​na. Wzdy​cham, opie​ram się bio​drem o po​rdze​wia​łą po​ręcz kład​‐ ki. Pod nami prze​pły​wa łódź wio​sło​wa, pru​jąc wą​skim dzio​bem spo​koj​ne wody, jej za​ło​ga po​ję​ku​je z wy​sił​ku, za​nim znik​nie pod mo​stem. Po​dzi​wiam te dzie​cia​ki, któ​rym chce się wstać przed szó​stą, by wio​sło​wać za​wzię​cie, wal​czyć o for​mę i trzy​‐ mać się pro​gra​mu. Na​praw​dę je po​dzi​wiam. – Co byś po​my​ślał – pyta Ali​son – gdy​bym ci po​wie​dzia​ła, że rząd Sta​nów Zjed​no​czo​nych już daw​no temu prze​wi​dział moż​‐ li​wość wy​stą​pie​nia po​dob​ne​go kry​zy​su i przy​go​to​wał plan ra​‐ tun​ko​wy? Że ka​zał wy​bu​do​wać, w ta​jem​ni​cy rzecz ja​sna, schro​ny gwa​ran​tu​ją​ce prze​trwa​nie, oczy​wi​ście tam, gdzie nie wy​stą​pią skut​ki ude​rze​nia aste​ro​idy? Miej​sce, do któ​re​go zo​‐

sta​ną wy​sła​ne naj​ja​śniej​sze umy​sły ludz​ko​ści, by od​two​rzyć nasz ga​tu​nek? Uno​szę dłoń do twa​rzy, roz​ma​so​wu​ję po​li​czek, któ​ry za​czy​na nie tyl​ko cierp​nąć, ale i bo​leć. – Po​wie​dział​bym, że to sza​leń​stwo. Hol​ly​wo​odz​ka bzdu​ra. – I miał​byś ra​cję. Ale są lu​dzie, któ​rzy w to wie​rzą. – Na li​tość bo​ską! Przy​po​mi​nam so​bie De​re​ka Ske​ve’a le​żą​ce​go na wą​skiej pry​‐ czy, z tym dur​nym uśmie​chem na ustach. „Chciał​bym ci po​wie​‐ dzieć, ale to ta​jem​ni​ca”. Ali​son otwie​ra bia​łą ko​per​tę, roz​kła​da trzy kart​ki rów​nie ja​‐ sne​go pa​pie​ru i po​da​je mi je, a ja na​gle czu​ję ocho​tę, by po​‐ wie​dzieć: „Wiesz co, za​po​mnij​my o nim. Mam spra​wę mor​der​‐ stwa do roz​wią​za​nia”. Rzecz w tym jed​nak, że to nie​praw​da. Trzy kart​ki za​pi​sa​ne gę​sto na ma​szy​nie, żad​nych zna​ków wod​nych, pie​czę​ci agen​cji, tyl​ko tu i owdzie pla​my po ko​rek​to​‐ rze. W dwa ty​sią​ce ósmym roku Dy​rek​to​riat Stra​te​gicz​ne​go Pla​no​wa​nia Sił Lot​ni​czych Sta​nów Zjed​no​czo​nych do​pro​wa​dził do spo​tka​nia wy​bra​nych pra​cow​ni​ków szes​na​stu agen​cji rzą​‐ do​wych, wli​cza​jąc w to DHS, DTRA i NASA. Te​ma​tem bu​rzy mó​zgów był „glo​bal​ny ka​ta​klizm”, któ​ry miał na​stą​pić „w re​la​‐ tyw​nie krót​kim cza​sie” – wy​pisz, wy​ma​luj 2011GV1 – i spo​sób za​po​bie​że​nia mu. Roz​wa​żo​no wszel​kie moż​li​wo​ści: nu​kle​ar​ne kontr​ude​rze​nie, po​wol​ną ope​ra​cję ze​pchnię​cia obiek​tu z do​‐ tych​cza​so​wej or​bi​ty, atak ki​ne​tycz​ny. Osta​tecz​nie uczest​ni​cy do​szli do wnio​sku, że w ra​zie naj​gor​sze​go po​zo​sta​nie sku​pić się na obro​nie cy​wil​nej. Zie​wam, ale brnę da​lej. Je​stem wciąż na pierw​szej stro​nie. – Ali​son? Prze​wra​ca nie​znacz​nie ocza​mi, jest to tak zna​jo​my, ła​god​nie sar​ka​stycz​ny gest, że mo​men​tal​nie ści​ska mi się ser​ce. Moja była sym​pa​tia wy​ry​wa mi pa​pie​ry z ręki.

– Wy​stą​pi​ła róż​ni​ca po​glą​dów. Astro​fi​zycz​ka z Law​ren​ce Li​‐ ver​mo​re Na​tio​nal La​bo​ra​to​ry, nie​ja​ka dok​tor Mary Catch​man, na​le​ga​ła na to, by rząd pod​jął dzia​ła​nia za​po​bie​gaw​cze i wy​‐ bu​do​wał schro​ny na Księ​ży​cu. Gdy po​ja​wi​ła się Maja, parę osób uzna​ło, że De​par​ta​ment Obro​ny zre​ali​zo​wał te za​le​ce​nia, a co za tym idzie, że te schro​ny ist​nie​ją. – Schro​ny? – Tak. – Na Księ​ży​cu? – Tak. Mru​żę po​wie​ki przed bla​skiem bla​de​go wciąż słoń​ca i na​‐ tych​miast wi​dzę ocza​mi wy​obraź​ni An​dre​asa roz​płasz​czo​ne​go na ma​sce au​to​bu​su, zsu​wa​ją​ce​go się z niej po​wo​li. WY​STAR​‐ CZY SIĘ MO​DLIĆ. Taj​ne rzą​do​we schro​ny. Ludz​ka nie​zdol​ność do zmie​rze​nia się z fak​ta​mi jest gor​sza od sa​me​go za​gro​że​nia. Na​praw​dę. – Po​wia​dasz więc, że De​rek krą​żył qu​adem po ba​zie, po​nie​‐ waż szu​kał cze​go… Pla​nów? Kap​suł ra​tun​ko​wych? Gi​gan​tycz​‐ nej pro​cy? – Cze​goś w tym ro​dza​ju. – To jesz​cze nie czy​ni z nie​go ter​ro​ry​sty. – Wiem, ale tak to za​kwa​li​fi​ko​wa​no. Od chwi​li gdy przy​le​pio​‐ no mu tę ety​kiet​kę, nie da się nic zro​bić. Tak te​raz dzia​ła woj​‐ sko​wy wy​miar spra​wie​dli​wo​ści. – Wiesz, nie prze​pa​dam za tym gnoj​kiem, ale Nico go ko​cha. Na​praw​dę nie da się nic… – Nic. Nic a nic. – Ali​son rzu​ca dłu​gie spoj​rze​nie na rze​kę, wio​śla​rzy, kacz​ki, chmu​ry su​ną​ce wzdłuż brze​gu. Nie jest pierw​szą dziew​czy​ną, z któ​rą się ca​ło​wa​łem, ale po​zo​sta​ła tą, z któ​rą ro​bi​łem to do​tych​czas naj​czę​ściej. – Wy​bacz. To nie moja spe​cjal​ność. – A jaka jest two​ja spe​cjal​ność?

Nie od​po​wia​da. Wie​dzia​łem, że tak bę​dzie. Po​zo​sta​li​śmy w kon​tak​cie, wy​mie​nia​li​śmy się oka​zjo​nal​nie ad​re​sa​mi ma​ilo​‐ wy​mi, co kil​ka lat po​da​wa​li​śmy so​bie nowe nu​me​ry te​le​fo​nów. Stąd wiem, że sta​cjo​nu​je w No​wej An​glii i że pra​cu​je dla agen​‐ cji rzą​do​wej, dzia​ła​jąc na szcze​blu dla mnie nie​osią​gal​nym. Za​nim za​czę​li​śmy się spo​ty​kać, chcia​ła zo​stać we​te​ry​na​rzem. – Masz jesz​cze ja​kieś py​ta​nia? – Nie. – Zer​kam na rze​kę, póź​niej znów prze​no​szę wzrok na nią. – Cze​kaj. Tak. Przy​ja​ciel za​py​tał mnie, dla​cze​go nie po​‐ zwo​li​my Pa​ki​stań​czy​kom roz​wa​lić tej aste​ro​idy, sko​ro mają na to ocho​tę. Ali​son wy​bu​cha śmie​chem po​zba​wio​nym we​so​ło​ści, po czym za​czy​na drzeć trzy​ma​ne w ręku kart​ki. – Prze​każ swo​je​mu przy​ja​cie​lo​wi – od​zy​wa się, rwąc do​ku​‐ ment na co​raz mniej​sze ka​wał​ki – że gdy​by to zro​bi​li, co nie wcho​dzi w grę, mie​li​by​śmy do czy​nie​nia nie z jed​nym wiel​kim ka​mie​niem, a z ty​sią​ca​mi mniej​szych, choć rów​nie nisz​czy​ciel​‐ skich. Z set​ka​mi ty​się​cy na​pro​mie​nio​wa​nych aste​ro​id. Nie od​po​wia​dam. Ali​son wy​sy​pu​je pod​ro​bio​ny pa​pier za ba​lu​‐ stra​dę, do rze​ki, po czym od​wra​ca się do mnie i uśmie​cha. – Nad czym to pan pra​cu​je, de​tek​ty​wie? – pyta. – Nad ni​czym – od​po​wia​dam, od​wra​ca​jąc wzrok. – Na​praw​‐ dę.

*** Ale i tak opo​wia​dam jej o Zel​lu, nie umiem się po​wstrzy​mać. Idzie​my ale​ją Joh​na F. Ken​ne​dy’ego, od Me​mo​rial Dri​ve aż do pla​cu Ha​rvar​da. Wy​łusz​czam jej wszyst​ko, od po​cząt​ku do koń​ca, a na ko​niec pro​szę, jak za​wo​do​wiec za​wo​dow​ca, by wy​ra​zi​ła swo​ją opi​nię. Do​cie​ra​my do kio​sku, w któ​rym kie​dyś sprze​da​wa​no ga​ze​ty; te​raz jest ople​cio​ny bo​żo​na​ro​dze​nio​wy​mi lamp​ka​mi, w środ​ku po​mru​ku​je nie​wiel​ki ge​ne​ra​tor, pry​cha​jąc i char​cząc od cza​su

do cza​su jak mi​nia​tu​ro​wy czołg. Szy​by kio​sku zo​sta​ły za​czer​‐ nio​ne, a na drzwiach ktoś wy​wie​sił dwa ka​wał​ki kar​to​nu z wiel​kim czar​nym na​pi​sem: DOK​T OR KAWA. – Cóż – mówi Ali​son, gdy otwie​ram przed nią drzwi. – Nie ma​‐ jąc przed ocza​mi ma​te​ria​łu do​wo​do​we​go, mogę po​wie​dzieć, że do​sze​dłeś do słusz​nych wnio​sków. W dzie​więć​dzie​się​ciu pię​ciu ta​kich przy​pad​kach na sto de​li​kwent oka​zu​je się sa​mo​bój​cą. – Ow​szem – przy​zna​ję. We wnę​trzu prze​ro​bio​ne​go kio​sku jest ciem​no, za źró​dło świat​ła słu​ży kil​ka na​gich ża​ró​wek i ko​lej​ne cho​in​ko​we lamp​‐ ki. Za​uwa​żam jed​nak sta​ro​mod​ną kasę oraz eks​pres do kawy, przy​sa​dzi​sty i po​ły​sku​ją​cy, za​par​ko​wa​ny ni​czym czołg na środ​‐ ku czar​nej lady. – Wi​taj​cie, isto​ty ludz​kie – rzu​ca wła​ści​ciel tego przy​byt​ku, bro​da​ty Azja​ta, góra dzie​więt​na​sto​la​tek, w ka​pe​lut​ku i oku​la​‐ rach w ro​go​wej opra​wie. Sa​lu​tu​je Ali​son z uśmie​chem na twa​‐ rzy. – Miło mi, jak za​wsze zresz​tą. – Dzię​ku​ję, dok​to​rze Kawa – od​po​wia​da moja była. – Kto pro​‐ wa​dzi? – Niech spraw​dzę… Spo​glą​dam tam gdzie on, na sie​dem pa​pie​ro​wych kub​ków usta​wio​nych w sze​re​gu na sa​mym koń​cu lady. Na każ​dym wy​‐ pi​sa​no na​zwę kon​ty​nen​tu. Po​ru​sza kil​ko​ma z nich, po​trzą​sa, na ko​niec li​czy wzro​kiem wsy​pa​ne do nich ziar​na kawy. – An​tark​ty​da. Bez​kon​ku​ren​cyj​nie. – Po​boż​ne ży​cze​nia – wzdy​cha Ali​son. – Co ty nie po​wiesz, sio​stro. – Dwie zwy​kłe. – Two​je ży​cze​nie jest dla mnie roz​ka​zem – pada od​po​wiedź. Pra​cu​je szyb​ko, usta​wia dwie fi​li​gra​no​we fi​li​żan​ki, za​nu​rza koń​ców​kę pa​row​ni​ka w sta​lo​wym kub​ku z mle​kiem i włą​cza eks​pres.

– Naj​lep​sza kawa na świe​cie – za​pew​nia mnie Ali​son z prze​‐ ko​na​niem. – A co z tą pię​cio​pro​cen​to​wą szan​są? – rzu​cam, gdy eks​pres za​czy​na grze​cho​tać i bul​go​tać. Ali​son uśmie​cha się pod no​sem. – Wie​dzia​łam, że o to za​py​tasz. – Tak się za​sta​na​wiam. – Hen​ry – mówi Ali​son, gdy chło​pak po​da​je nam dwie mi​nia​tu​‐ ro​we fi​li​żan​ki kawy. – Mogę ci coś po​wie​dzieć? Mo​żesz pra​co​‐ wać nad tą spra​wą w nie​skoń​czo​ność, mo​żesz od​kryć wszyst​‐ kie wią​żą​ce się z nią se​kre​ty, mo​żesz od​two​rzyć ży​cie tego fa​‐ ce​ta aż do chwi​li na​ro​dzin jego, jego ojca czy dziad​ka, ale ten świat i tak się skoń​czy. – Tak. Wiem. – Sie​dzi​my w ką​cie tego er​za​cu ka​wiar​ni, sku​le​‐ ni przy sko​ło​wa​nym przez dok​to​ra Kawę pla​sti​ko​wym sto​li​ku kar​cia​nym. – Ale co z tymi pię​cio​ma pro​cen​ta​mi z two​jej ana​li​‐ zy? Wzdy​cha i raz jesz​cze ra​czy mnie tym lek​ko sar​ka​stycz​nym wy​wró​ce​niem oczu. – Te pięć pro​cent wy​glą​da tak… Ten fa​cet, jak mu tam, Tous​‐ sa​int… Żeby za​ata​ko​wać cię po​piel​nicz​ką i spró​bo​wać uciecz​‐ ki, i to w obec​no​ści trzech uzbro​jo​nych de​tek​ty​wów, mu​siał być na​praw​dę zde​spe​ro​wa​ny. – McGul​ly gro​ził mu wcze​śniej eg​ze​ku​cją. – W żar​tach. – Bał się. Nie wie​dział, że to żar​ty. – Tak, tak. – Prze​krzy​wia gło​wę to w jed​ną, to w dru​gą stro​‐ nę, za​głę​bia​jąc się w my​ślach. – Ale ty gro​zi​łeś mu w tym sa​‐ mym cza​sie aresz​tem z po​wo​du ja​kie​goś po​mniej​sze​go na​ru​‐ sze​nia pra​wa. – Na dwa ty​go​dnie. Prze​rób​ka sil​ni​ka. Drob​nost​ka – pre​cy​zu​‐ ję.

– Tak – mru​czy. – Ale z po​wo​du tej drob​nost​ki chcie​li​ście prze​szu​kać jego dom, zga​dza się? Ali​son prze​ry​wa, by na​pić się kawy. Ja swo​jej na ra​zie nie ru​‐ szam, tyl​ko ga​pię się na moją byłą. O, Hen​ry, my​ślę so​bie. Hen​ry. Cho​le​ra. Ktoś nowy wcho​dzi do ka​wiar​ni, mło​da dziew​‐ czy​na, stu​dent​ka. Dok​tor Kawa rzu​ca oczy​wi​ście: „Wi​taj, isto​‐ to ludz​ka”, od​pa​la ma​szy​nę, a dziew​czy​na wrzu​ca zia​ren​ko kawy do kub​ka ozna​czo​ne​go na​pi​sem EU​RO​PA. – To tyl​ko pię​cio​pro​cen​to​we praw​do​po​do​bień​stwo – pod​su​‐ mo​wu​je Ali​son. – Ale sam wiesz, co lu​dzie mó​wią o praw​do​po​‐ do​bień​stwie. – Tak – od​po​wia​dam, de​lek​tu​jąc się kawą, któ​ra jest na​praw​‐ dę pysz​na. – Tak, tak, tak.

*** Bu​zu​ję. Czu​ję to. Ta kawa, ten po​ra​nek… Pięć pro​cent szans. Dzie​więć​dzie​siąt​ką trój​ką na pół​noc. Dzie​więć​dzie​siąt ki​lo​‐ me​trów na go​dzi​nę, ósma rano, ani jed​ne​go sa​mo​cho​du na dro​dze. Gdzieś po​mię​dzy Lo​well a Law​ren​ce ko​mór​ka chwy​ta trzy kre​ski za​się​gu, więc dzwo​nię do Nico, bu​dzę ją i prze​ka​zu​ję złe wie​ści. De​rek wplą​tał się w coś na​praw​dę sza​lo​ne​go, więc nie zo​sta​nie zwol​nio​ny. Po​mi​jam więk​szość szcze​gó​łów. Nie uży​wam sło​wa ter​ro​ry​‐ sta. Nie wspo​mi​nam o taj​nej or​ga​ni​za​cji ani o schro​nach na Księ​ży​cu. Po​wta​rzam tyl​ko to, co Ali​son po​wie​dzia​ła o obec​‐ nym woj​sko​wym sys​te​mie spra​wie​dli​wo​ści: raz przy​cze​pio​na ety​kiet​ka wy​star​cza, by za​trzy​mać ko​goś w aresz​cie na do​‐ bre. Sta​wiam spra​wę naj​de​li​kat​niej, jak umiem, ale też ja​sno: jest, jak jest, nic wię​cej nie mo​że​my zro​bić – w du​chu przy​go​to​wu​‐ jąc się na płacz​li​wą, wście​kłą, na​wet nie​na​wist​ną re​pli​kę.

Moja sio​stra jed​nak mil​czy, od​su​wam ko​mór​kę od ucha, by spraw​dzić, czy na​dal mam za​sięg. – Nico? – Tak, je​stem tu​taj. – Czy… Czy to zna​czy, że ro​zu​miesz? Jadę na pół​noc, cią​gle na pół​noc, mi​jam gra​ni​cę sta​nu. Wi​ta​‐ my w New Hamp​shi​re. Żyj wol​nym lub zgiń. – Tak – od​po​wia​da Nico, po czym prze​ry​wa, by wyd​much​nąć po​wo​li dym pa​pie​ro​so​wy. – Ro​zu​miem. – Wy​glą​da na to, że De​rek spę​dzi resz​tę ży​cia na te​re​nie tej bazy. – Ro​zu​miem, Hen​ry – po​wta​rza z na​ci​skiem, jak​bym chciał roz​dra​py​wać rany. – Ro​zu​miem. Jak uda​ło się spo​tka​nie z Ali​‐ son? – Słu​cham? – Jak ona wy​glą​da? – No… do​brze – rzu​cam. – Wy​glą​da na​praw​dę do​brze. W tym mo​men​cie roz​mo​wa skrę​ca ja​kimś cu​dem na inne tory, Nico mówi mi, jak bar​dzo lu​bi​ła kie​dyś Ali​son, po czym obo​je za​czy​na​my wspo​mi​nać daw​ne do​bre cza​sy: do​ra​sta​nie, pierw​‐ sze dni na far​mie dziad​ka i póź​niej​sze wy​da​rze​nia, ta​kie jak za​kra​da​nie się do piw​ni​cy z dziew​czy​na​mi i chło​pa​ka​mi. Za oknem wozu prze​my​ka mo​no​ton​ny kra​jo​braz. Przez chwi​lę znów roz​ma​wia​my ze sobą tak jak kie​dyś, dwo​je dzie​cia​ków, brat i sio​stra, w praw​dzi​wym świe​cie. Chwi​lę po za​koń​cze​niu tej roz​mo​wy do​cie​ram do celu. Mi​jam po​łu​dnio​wą część Con​cord, ale za​sięg mam wciąż wy​jąt​ko​wo do​bry, więc ko​rzy​stam z oka​zji i wy​bie​ram ko​lej​ne po​łą​cze​nie. – Pan Do​tseth? – Cześć, mło​dzień​cze. Sły​sza​łem, co przy​da​rzy​ło się An​dre​‐ aso​wi. Chry​ste. – Wiem, wiem. Pro​szę po​słu​chać, za​mie​rzam jesz​cze raz tam się ro​zej​rzeć.

– Za​mie​rzasz ro​zej​rzeć się gdzie? – Na po​se​sji przy Bow Bog Road. Tam, gdzie pró​bo​wa​li​śmy do​ko​nać aresz​to​wa​nia po​dej​rza​ne​go w spra​wie wi​siel​ca. – Nie​źle wam po​szło. Poza tym, że za​strze​li​li​ście fa​ce​ta. – Tak, pro​szę pana. – Hej, a sły​sza​łeś już, mło​dzień​cze, o tych dwóch głup​kach z Hen​ni​ker? Para szczy​li je​cha​ła na tan​de​mie, cią​gnąc za sobą na lin​ce wa​liz​kę, taką na kół​kach. Za​trzy​ma​ła ich sta​no​wa po​‐ li​cja, oka​za​ło się, że w wa​liz​ce mie​li peł​no esco​pe​tas, tych ma​‐ łych mek​sy​kań​skich ob​rzy​nów. Mó​wi​my o bro​ni war​tej pięć​‐ dzie​siąt ty​się​cy, z któ​rą pa​ra​do​wa​ły ja​kieś dzie​cia​ki. – No, no. – Po obec​nych ce​nach, oczy​wi​ście. – Tak. Za​tem, pa​nie Do​tseth, za​mie​rzam po​je​chać tam jesz​‐ cze raz i tro​chę się ro​zej​rzeć. – Za​mie​rzasz ro​zej​rzeć się gdzie?

*** Za​bez​pie​cze​nie pa​skud​nej cha​łu​py J.T. To​us​sa​in​ta ta​śmą po​li​‐ cyj​ną wy​ko​na​no w wy​jąt​ko​wo nie​chluj​ny spo​sób. Ktoś prze​cią​‐ gnął żół​ty pas ce​lo​fa​nu po​mię​dzy fi​la​ra​mi we​ran​dy, kil​ka​krot​‐ nie, ale luź​no, więc zwi​sał smęt​nie, ło​po​cząc przy każ​dym po​‐ ry​wie wia​tru, po​tem przy​mo​co​wał go do ko​na​ra po​bli​skie​go dębu, a na ko​niec przy​wią​zał do słup​ka skrzyn​ki na li​sty. Dzień póź​niej wy​glą​da to na​praw​dę smęt​nie, jak nie​uprząt​nię​te de​‐ ko​ra​cje po daw​no za​po​mnia​nym przy​ję​ciu uro​dzi​no​wym. Dom po​wi​nien zo​stać prze​szu​ka​ny przez mun​du​ro​wych funk​‐ cjo​na​riu​szy z pa​tro​lów​ki, po​nie​waż wy​ma​ga​ją tego pro​ce​du​ry, ja jed​nak wąt​pię, czy tak się sta​ło. Po pierw​sze, wska​zu​je na to nie​dba​łość, z jaką za​bez​pie​czo​no miej​sce zda​rze​nia, a po dru​gie – wnę​trze domu wy​da​je się nie​tknię​te. Wszyst​kie me​‐ ble w sa​lo​nie sto​ją tam, gdzie je zo​sta​wi​li​śmy. Nie mam więc pro​ble​mu z wy​obra​że​niem so​bie roz​ko​szu​ją​ce​go się ka​nap​ką

z jaj​kiem i kieł​ba​są po​ste​run​ko​we​go Mi​chel​so​na, któ​ry prze​‐ cha​dza się po czte​rech ma​leń​kich po​ko​ikach, pod​no​sząc jed​ną ręką po​du​chy na so​fie, za​glą​da​jąc do lo​dów​ki, zie​wa​jąc i ma​jąc to wszyst​ko gdzieś. Sześć spo​rych plam za​schnię​tej po​czer​nia​łej krwi two​rzy dłu​‐ gi ar​chi​pe​lag na po​kry​tej gru​bą wy​kła​dzi​ną pod​ło​dze sa​lo​nu w miej​scu, gdzie łą​czy się ona z par​kie​tem przed​po​ko​ju. Krew z roz​cię​cia pod moim okiem, krew z roz​bi​tej gło​wy To​us​sa​in​ta i paru ran po​strza​ło​wych, któ​re do​pro​wa​dzi​ły do jego śmier​ci. Omi​jam je z dużą ostroż​no​ścią, po​tem sta​ję na sa​mym środ​ku po​miesz​cze​nia, ob​ra​cam się wol​no, dzie​ląc ten dom – men​tal​‐ nie, rzecz ja​sna – na sek​to​ry, jak po​le​ca​ją Far​ley i Le​onard, abym mógł roz​po​cząć praw​dzi​we prze​szu​ka​nie. Spraw​dzam bu​dy​nek mi​li​metr po mi​li​me​trze, czoł​ga​jąc się na​wet, by nie​‐ zdar​nie wpeł​znąć pod łóż​ko To​us​sa​in​ta. Wy​cią​gam skła​da​ną dra​bi​nę ze schow​ka i wspi​nam się po niej pod su​fit, by od​su​nąć jed​ną z płyt, spraw​dzić, co się za nią kry​je, nie znaj​du​ję jed​nak ni​cze​go prócz izo​la​cji i skła​do​wi​ska pra​daw​ne​go ku​rzu. Grze​‐ bię w gar​de​ro​bie ofia​ry – cze​go ja w niej wła​ści​wie szu​kam? Wie​sza​ka na ba​je​ranc​kie pa​ski z jed​nym pu​stym ha​czy​kiem? Pla​nów to​a​le​ty McDo​nal​da przy Main Stre​et? Sam już nie wiem. Znaj​du​ję – majt​ki, ko​szu​le, ogrod​nicz​ki. Dwie pary bu​tów. Poza tym nic. Pięć pro​cent, jak wy​li​czy​ła Ali​son. Pięć pro​cent szans. Wą​skie drzwi za spi​żar​nią pro​wa​dzą na krót​kie, po​zba​wio​ne po​rę​czy be​to​no​we scho​dy. Po​nu​ra piw​ni​ca, je​dy​na ża​rów​ka, któ​rą za​pa​la się po​cią​gnię​ciem za ka​wa​łek sznur​ka. Na​prze​‐ ciw wej​ścia stoi ze​psu​ty boj​ler, w któ​rym urzą​dzo​no le​go​wi​sko dla psa. Wiel​ka po​du​cha do spa​nia, ko​lek​cja po​gry​zio​nych gu​‐ mo​wych za​ba​wek, wy​li​za​na do czy​sta mi​ska na kar​mę i dru​ga, do ćwier​ci wy​so​ko​ści wy​peł​nio​na brud​ną wodą. – Bie​da​czy​sko – mó​wię na głos i wte​dy się po​ja​wia.

Jak​by za spra​wą cza​rów na szczy​cie scho​dów sta​je Ho​udi​ni. Ma​leń​ki ku​dła​ty psiak, wy​szcze​rzo​ne po​żół​kłe kły, wiel​kie oczy, krę​co​na, moc​no brud​na sierść. Co mam z nim po​cząć? Znaj​du​ję reszt​ki be​ko​nu i sma​żę je szyb​ko, a po​tem, gdy Ho​udi​ni je pa​ła​szu​je, opa​dam cięż​ko na ku​chen​ne krze​sło i wy​obra​żam so​bie że Pe​ter Zell jest tu ze mną, sie​dzi na​prze​ciw, bez oku​la​rów, któ​re spo​czy​wa​ją obok na bla​cie, i sku​pia całą uwa​gę na po​praw​nym wcią​gnię​ciu no​‐ sem roz​drob​nio​nej na pył za​war​to​ści ta​blet​ki prze​ciw​bó​lo​wej. Na​gle od stro​ny wej​ścia do​bie​ga gło​śny huk za​trza​ski​wa​nych drzwi. Krze​sło wali się gło​śno na pod​ło​gę, gdy pod​no​szę się rap​tow​nie. Ho​udi​ni prze​ry​wa je​dze​nie, za​czy​na war​czeć, a ja zry​wam się do bie​gu, pę​dzę naj​szyb​ciej jak umiem, mi​jam sa​‐ lon, przed​po​kój, otwie​ram drzwi i krzy​czę: „Po​li​cja!”. Nic, ci​sza, bia​ły traw​nik, sza​re chmu​ry. Gnam w stro​nę uli​cy, tra​cę rów​no​wa​gę, ale nie​mal na​tych​‐ miast ją od​zy​sku​ję, śli​zgam się pod ko​niec, jak​bym jeź​dził po lo​dzie. Drę się: „Po​li​cja!”, naj​pierw w jed​nym kie​run​ku, po​tem w dru​gim, dy​sząc cięż​ko. Ktoś był w domu przez cały czas ra​‐ zem ze mną, za​kradł się w po​szu​ki​wa​niu tego sa​me​go co ja, ale uciekł i znik​nął. – Niech to – mru​czę pod no​sem. Od​wra​cam się, wpa​tru​ję w zie​mię, pró​bu​jąc od​róż​nić od​ci​‐ śnię​te w tej brei śla​dy stóp in​tru​za od mo​ich wła​snych. Z nie​ba sy​pią się znów wiel​kie płat​ki śnie​gu, le​ni​wie, je​den za dru​gim, jak​by wcze​śniej usta​li​ły, w ja​kiej ko​lej​no​ści spad​ną. Ser​ce po​‐ wo​li mi się uspo​ka​ja. Ho​udi​ni po​ja​wia się w pro​gu, ob​li​zu​je pysz​czek. Na​dal jest głod​ny. Za​raz… Prze​chy​lam gło​wę, przy​glą​dam się do​mo​wi, drze​wu, traw​ni​ko​wi. – Chwi​lecz​kę. Co kry​je buda, sko​ro Ho​udi​ni miesz​ka w sta​rym boj​le​rze?

*** Od​po​wiedź jest pro​sta: ta​blet​ki i nie tyl​ko. Jest tam tak​że cała masa in​ne​go to​wa​ru. Brą​zo​we ko​per​ty peł​ne bu​te​le​czek le​ków, w każ​dej po kil​ka​‐ dzie​siąt trzy​dzie​sto- i sześć​dzie​się​cio​mi​li​gra​mo​wych pi​gu​łek, na któ​rych wy​ci​śnię​to na​zwę albo logo pro​du​cen​ta. Zde​cy​do​‐ wa​na więk​szość to mor​fi​na o zmo​dy​fi​ko​wa​nym uwal​nia​niu, ale znaj​du​ję też oksy​ko​don, hy​dro​mor​fon, li​do​ka​inę. Sześć ta​kich ko​pert, w su​mie kil​ka​set pi​gu​łek w każ​dej. Nie​wiel​ki kar​ton po​cię​te​go na małe ka​wał​ki per​ga​mi​nu. Moź​dzierz do roz​gnia​‐ ta​nia ta​ble​tek, zwy​czaj​ny, jaki moż​na ku​pić w każ​dej ap​te​ce. Dru​gi kar​ton, wsa​dzo​ny do fo​lio​we​go wor​ka, w nim pa​pie​ro​wa to​reb​ka z su​per​mar​ke​tu skry​wa​ją​ca pi​sto​let, za któ​ry dziś moż​na by do​stać kil​ka ty​się​cy do​lców. Są też fiol​ki peł​ne ja​‐ kiejś ciem​nej cie​czy i kil​ka​dzie​siąt próż​nio​wo za​pa​ko​wa​nych strzy​ka​wek. W ko​lej​nej pa​pie​ro​wej tor​bie znaj​du​ję go​tów​kę. Gru​be pli​ki stu​do​la​ró​wek. Dwa ty​sią​ce, trzy ty​sią​ce. Prze​sta​ję li​czyć przy pię​ciu ty​sią​cach. Ręce mi się za bar​dzo trzę​są. W każ​dym ra​zie wi​dzę tu​taj mnó​stwo kasy. Wra​cam do wozu po rol​kę świe​żej ta​śmy. Roz​wi​jam ją, za​bez​‐ pie​czam jak trze​ba, cia​sno, moc​no. Ho​udi​ni drep​cze za mną do gra​nic po​se​sji, a po​tem sta​je obok, dy​sząc. Nie za​pra​szam go do che​vro​le​ta, ale też nie ro​bię nic, by go po​wstrzy​mać przed wsko​cze​niem do środ​ka.

*** – Re​wir. Bra​cie. No nie uwie​rzysz, jak ci po​wiem. – McGul​ly stoi przy lek​ko uchy​lo​nym oknie, w po​ko​ju wy​czu​wam słod​ka​‐ wy cięż​ki za​pach. – Ja​cyś jaj​ca​rze w Hen​ni​ker jadą tan​de​mem, cią​gną za sobą na sznur​ku wa​liz​kę na kół​kach… – Sły​sza​łem już o tym. – Tak? – mru​czy. – Szko​da.

– Pa​lisz ma​ri​hu​anę? – Tak so​bie po​cią​gam. To był na​praw​dę cięż​ki ty​dzień. Za​‐ strze​li​łem fa​ce​ta, pa​mię​tasz? Chcesz za​ja​rać? – Nie, dzię​ki. Mó​wię mu o wy​pa​dzie do domu To​us​sa​in​ta. Mó​wię, jak się do​wie​dzia​łem, że coś jesz​cze jest na rze​czy. Słu​cha mnie ze szkli​stym wzro​kiem, od cza​su do cza​su za​cią​ga​jąc się dy​mem z cien​kie​go blan​ta i wy​dmu​chu​jąc go przez uchy​lo​ne okno. Nie wi​dzę ni​g​dzie Cu​lver​so​na, biur​ko An​dre​asa zo​sta​ło opróż​nio​‐ ne, mo​ni​tor stoi ekra​nem do ścia​ny, te​le​fon wy​pię​to z gniazd​‐ ka. Wy​da​wać by się mo​gło, że od lat nikt tu​taj nie sie​dział. – Za​tem ten śmieć cały czas nas okła​my​wał – pod​su​mo​wu​je McGul​ly. – Mo​głem się tego do​my​ślić. To di​ler, uza​leż​nił swo​je​‐ go przy​ja​cie​la, a ten się po​wie​sił. – Z tym że to Zell za​ła​twił pro​chy. To on ukradł sio​strze blo​‐ czek re​cept. – No tak. – Szcze​rzy zęby, dra​pie się po bro​dzie. – Ale cze​kaj no… Wiesz co? Kogo to te​raz ob​cho​dzi? – Ra​cja – przy​zna​ję. – Cel​na uwa​ga. – Ej. Czy to nie ten pie​przo​ny kun​del z miej​sca zbrod​ni? – Może… – od​po​wia​dam. – Może co? – ob​ru​sza się McGul​ly, a ja za​czy​nam krą​żyć ner​‐ wo​wo po po​ko​ju z psem po​dą​ża​ją​cym moim śla​dem. – Może było tak: Pe​ter przy​niósł To​us​sa​in​to​wi te ta​blet​ki w czerw​cu. Za​czę​li się spo​ty​kać, ćpa​li ra​zem, ale Zell w koń​cu od​pu​ścił, no i J.T. zo​stał z tym sam. W pew​nym mo​men​cie za​‐ czął sprze​da​wać nad​wyż​ki i tak za​ro​bił spo​rą kasę. A że klien​‐ tów przy​by​wa​ło, zna​lazł no​we​go do​staw​cę. – Tak! – wy​krzy​ku​je pod​nie​co​ny McGul​ly i wali pię​ścią w stół. – To pew​nie ta sama oso​ba, któ​ra chcia​ła cię za​bić, roz​pi​na​jąc łań​cu​chy śnie​go​we. Spo​glą​dam na nie​go i wi​dzę, że kpi ze mnie. Sia​dam za wła​‐ snym biur​kiem.

Nie ma sen​su mó​wić mu o nie​ocze​ki​wa​nym trza​śnię​ciu drzwi w trak​cie prze​szu​ka​nia, gdyż uzna, że to zmy​śli​łem, albo po​‐ wie, że to du​chy. Tym​cza​sem ja wiem, że ni​cze​go nie zmy​ślam i że du​chy nie ist​nie​ją. Ktoś pró​bo​wał mnie po​wstrzy​mać przed zna​le​zie​niem tych nar​ko​ty​ków i na pew​no nie był to J.T. To​us​sa​int, po​nie​waż J.T To​us​sa​int spo​czy​wa w kost​ni​cy pod bu​dyn​kiem miej​skie​go szpi​ta​la. Ho​udi​ni wę​szy pod biur​kiem An​dre​asa, ukła​da się tam do snu. Moja ko​mór​ka dzwo​ni. – Halo! De​tek​tyw Pa​la​ce? To Na​omi Ed​des, wy​da​je się zde​ner​wo​wa​na, a na dźwięk jej gło​su i ja sta​ję się nie​spo​koj​ny, jak ja​kiś dzie​ciak. – Tak, to ja. Wi​tam. – Czu​ję na so​bie wzrok McGul​ly’ego, więc wsta​ję z krze​sła i pod​cho​dzę do okna. – W czym mogę po​móc? – Ja tyl​ko… – Sły​szę se​rię trza​sków, ser​ce ska​cze mi do gar​‐ dła na myśl, że stra​ci​łem za​sięg. – Halo! Czy… – Je​stem tu wciąż. Ja… przy​po​mnia​łam so​bie o czymś, co może po​móc w pana do​cho​dze​niu.

2. – Do​bry wie​czór – rzu​ca, a ja od​po​wia​dam tymi sa​my​mi sło​wa​‐ mi, po czym mie​rzy​my się wzro​kiem przez kil​ka se​kund. Na​omi Ed​des przy​szła w ja​skra​wo​czer​wo​nej su​kien​ce ozdo​‐ bio​nej na przo​dzie rzę​dem czar​nych gu​zi​ków. Ja za to wy​glą​‐ dam strasz​nie, je​stem tego pe​wien. Ża​łu​ję, że nie wpa​dłem do domu, by za​mie​nić „służ​bo​we” ciu​chy, czy​li sza​rą ma​ry​nar​kę i nie​bie​ski kra​wat, na coś bar​dziej od​po​wied​nie​go, sko​ro mam zjeść ko​la​cję w to​wa​rzy​stwie damy. Pro​blem jed​nak w tym, że wszyst​kie moje ma​ry​nar​ki są sza​re, a kra​wa​ty nie​bie​skie. Na​omi miesz​ka w Con​cord He​ights, na po​łu​dnie od Air​port Road, na nowo wy​bu​do​wa​nym osie​dlu, gdzie wszyst​kie uli​ce wzię​ły na​zwy od owo​ców. Jej dom stoi przy Ana​na​so​wej, a wszyst​kie bu​dyn​ki na za​chód od Kiwi po​zo​sta​ły nie​wy​koń​‐ czo​ne z po​wo​du nad​cią​ga​ją​cej ka​ta​stro​fy. Drew​nia​ne szkie​le​ty ster​czą w nie​bo ni​czym wy​ko​pa​ne ko​ści di​no​zau​rów, da​chy tyl​‐ ko w po​ło​wie są po​kry​te gon​tem, wnę​trza już daw​no zde​wa​‐ sto​wa​no, ni​g​dy nie uży​wa​ne kuch​nie ogra​bio​no z mie​dzi i mo​‐ sią​dzu. – Nie może pan wejść – stwier​dza, wy​cho​dząc na we​ran​dę z kurt​ką prze​rzu​co​ną przez ra​mię. Szyb​ko na​cią​ga czap​kę na gład​ko ogo​lo​ną gło​wę. Ni​g​dy wcze​śniej nie wi​dzia​łem po​dob​‐ ne​go na​kry​cia gło​wy, to coś jak​by dam​ska wer​sja fil​co​we​go ka​pe​lu​sza. – Strasz​ny mam ba​ła​gan. Do​kąd idzie​my? – Po​wie​dzia​łaś… – Na​omi kie​ru​je się w stro​nę mo​je​go wozu, więc ru​szam za nią, śli​zga​jąc się na skraw​kach czar​ne​go lodu, któ​ry po​kry​wa pod​jazd. – Po​wie​dzia​łaś, że masz dla mnie in​‐ for​ma​cje mo​gą​ce po​móc w roz​wią​za​niu spra​wy Pe​te​ra.

– Bo mam – od​po​wia​da. – A przy​naj​mniej tak uwa​żam. Choć to nie tyle in​for​ma​cje, ile… coś jak​by idea. Co ci się sta​ło w twarz? – Dłu​go by opo​wia​dać. – Boli cię? – Nie. – To do​brze. Po​wie​dzia​łem praw​dę, zra​nio​ne oko nie dało mi się we zna​ki ani razu od rana, lecz gdy tyl​ko sło​wo „nie” opu​ści​ło moje usta, pra​wą stro​nę twa​rzy prze​szy​ło mi pul​su​ją​ce ukłu​cie bólu pro​mie​niu​ją​ce z pęk​nię​te​go oczo​do​łu, zu​peł​nie jak​by rana pró​‐ bo​wa​ła mnie uka​rać za łgar​stwo. Mru​żę zdro​we oko, prze​‐ trzy​mu​ję falę nud​no​ści, a gdy pod​no​szę gło​wę, za​uwa​żam, że Na​omi stoi przy drzwiach od stro​ny pa​sa​że​ra, po sta​ro​świec​‐ ku cze​ka​jąc, aż je przed nią otwo​rzę, więc obie​gam ma​skę, by to zro​bić. Za​nim zdą​żę wró​cić na swo​ją stro​nę, ona już sie​dzi w fo​te​lu i wy​cią​ga rękę do kom​pu​te​ra po​kła​do​we​go, lecz po​‐ mi​mo wy​raź​nej fa​scy​na​cji tym sprzę​tem nie do​ty​ka ekra​nu. – Cóż to za idea? – Jak to dzia​ła? – To naj​zwy​klej​szy kom​pu​ter. Dzię​ki nie​mu wiem, gdzie są w da​nym mo​men​cie wszy​scy po​zo​sta​li po​li​cjan​ci. – Co to zna​czy DZ? – Do​wód​ca Zmia​ny. O ja​kiej idei mó​wisz? – To pew​nie nic ta​kie​go. – Okay. Spo​glą​da za okno albo na wła​sne wid​mo​we od​bi​cie w szy​bie. – Może po​roz​ma​wia​my o tym pod​czas ko​la​cji? – rzu​ca. Na​stęp​nie opro​te​sto​wu​je po​mysł uda​nia się do So​mer​set Di​‐ ner, a prócz tej re​stau​ra​cji mamy do wy​bo​ru tyl​ko któ​ryś z ba​‐ rów szyb​kiej ob​słu​gi, jed​ną ze spe​lu​nek albo Pa​ne​rę. Sły​sza​‐ łem o otwar​tej wciąż do​brej re​stau​ra​cji w Bo​sto​nie, któ​rej wła​ści​cie​le dali so​bie radę z ce​na​mi urzę​do​wy​mi dzię​ki so​wi​‐

tym ła​pów​kom. Tam czło​wiek może prze​żyć miłe chwi​le przy sto​le na​kry​tym bia​łym ob​ru​sem, ale z tego, co mi mó​wio​no, mu​siał​bym wy​dać wszyst​kie oszczęd​no​ści, ja​ki​mi jesz​cze dys​‐ po​nu​ję. Tak więc lą​du​je​my u pana Chow, roz​dzie​le​ni upa​pra​nym tłusz​‐ czem ce​ra​to​wym ob​ru​sem, pa​trząc so​bie w oczy znad kub​ków pa​ru​ją​cej her​ba​ty ja​śmi​no​wej. – I jak tam leci? – Słu​cham? – Prze​pra​szam, nie wiem, jak to po​wie​dzieć w gli​niar​skim żar​go​nie. – Uśmie​cha się kpią​co. – Jaki jest sta​tus tej spra​wy? – Cóż… Wła​ści​wie usta​li​li​śmy po​dej​rza​ne​go. – Na​praw​dę? I jak wam po​szło? – Nie​źle. Mógł​bym jej po​wie​dzieć wię​cej, ale nie chcę. Po​dej​rza​ny za​‐ ata​ko​wał mnie mo​de​lem par​la​men​tu sta​no​we​go. Po​dej​rza​ny był też di​le​rem nar​ko​ty​ków i za​opa​try​wał ofia​rę bądź był przez nią za​opa​try​wa​ny. Po​dej​rza​ny nie żyje. Na​omi wy​da​je się usa​tys​fak​cjo​no​wa​na swo​ją nie​wie​dzą, zresz​tą je​dze​nie po​‐ ja​wia się bar​dzo szyb​ko, a jest to ob​ro​to​wa taca peł​na pie​ro​‐ gów, zup i kur​cza​ka w orze​chach ner​kow​ca. Ró​żo​wy neon za oknem przy na​szym sto​le wy​świe​tla ryt​micz​nie dwa sło​wa: „Chow! Chow!”. – Co to za idea do​ty​czą​ca mo​jej spra​wy? – Wiesz co? – Co? Wie​dzia​łem, że bę​dzie to ro​bić. Opóź​niać, prze​wle​kać, prze​‐ cią​gać. Dziw​nie się czu​ję, jak​bym ją do​brze znał. – Daj mi go​dzi​nę. – Go​dzi​nę? – Hen​ry, pro​szę, ja na​praw​dę… – Z jej oczu wy​zie​ra szcze​‐ rość, z twa​rzy zni​ka kpią​cy uśmie​szek. Po​do​ba mi się, i to bar​‐ dzo, to czy​ste spoj​rze​nie, bla​de ob​li​cze, sy​me​tria ogo​lo​nej gło​‐

wy. – Wiem, za​dzwo​ni​łam, by po​wie​dzieć, że mam coś do prze​‐ ka​za​nia. Mu​szę jed​nak wy​znać, że my​śla​łam też o tym, jak miło by było zjeść ko​la​cję z dru​gim czło​wie​kiem. – Ro​zu​miem. – No wiesz – cią​gnie wy​ja​śnie​nia. – Chcia​łam po​kon​wer​so​‐ wać. Na​jeść się do syta bez roz​ma​wia​nia o śmier​ci. – Ro​zu​miem – po​wta​rzam. – I za​mie​rzam spró​bo​wać, cho​ciaż nie mam po​ję​cia, czy to jest jesz​cze moż​li​we. – Ro​zu​miem. Uno​si rękę, od​pi​na ze smu​kłe​go bla​de​go nad​garst​ka ze​ga​rek i kła​dzie go na ce​ra​cie po​mię​dzy nami. – Go​dzi​na nor​mal​no​ści. Stoi? Wy​cią​gam dłoń i kła​dę ją, tyl​ko na mo​ment, na jej ręce. – Stoi.

*** Speł​nia​my jej za​chcian​kę, sie​dzi​my tam i pa​ła​szu​je​my nie naj​‐ lep​szą, ale i nie naj​gor​szą chińsz​czy​znę, roz​ma​wia​jąc o nor​‐ mal​nych spra​wach. Opo​wia​da​my so​bie o świe​cie, w któ​rym do​ra​sta​li​śmy, o tej dziw​nej rze​czy​wi​sto​ści sprzed po​ja​wie​nia się aste​ro​idy, o mu​‐ zy​ce, fil​mach i pro​gra​mach te​le​wi​zyj​nych sprzed pół​to​rej de​‐ ka​dy: ze​spo​le NSYNC, se​ria​lach Be​ver​ly Hills 90210 i The Real World, ki​no​wym block​bu​ste​rze i Ti​ta​ni​cu. Na​omi, jak się oka​zu​je, przy​szła na świat i do​ra​sta​ła na przed​mie​ściach Ga​ithers​bur​ga w sta​nie Ma​ry​land, któ​ry na​zy​‐ wa Naj​bar​dziej Ni​ja​kim Sta​nem Ame​ry​ki. Uczęsz​cza​ła do tech​ni​kum przez kil​ka se​me​strów, ale rzu​ci​ła na​ukę, by zo​stać wo​ka​list​ką „tra​gicz​nej, choć do​brze się za​po​wia​da​ją​cej” pun​‐ kroc​ko​wej ka​pe​li, a po​tem, gdy w koń​cu zro​zu​mia​ła, co chce na​praw​dę ro​bić, wy​je​cha​ła do No​we​go Jor​ku, by ukoń​czyć stu​‐

dia. Uwiel​biam słu​chać, jak mówi, w jej gło​sie jest tyle me​lo​dy​‐ ki. – Co to było? Co mia​ło być two​im ży​cio​wym ce​lem? – Po​ezja. – Upi​ja łyk her​ba​ty. – Chcia​łam pi​sać wier​sze, ale nie tyl​ko w pa​mięt​nicz​ku. Pra​gnę​łam zo​stać pu​bli​ko​wa​ną, uzna​ną po​et​ką. Na​dal tego chcę, szcze​rze po​wie​dziaw​szy. – Żar​tu​jesz. – Skąd​że. Za​pi​sa​łam się na stu​dia, po​je​cha​łam do No​we​go Jor​ku, do​ra​bia​łam jako kel​ner​ka, oszczę​dza​łam każ​dy grosz. Ja​dłam chiń​skie zup​ki. Ro​bi​łam co trze​ba. Wiem, co so​bie my​‐ ślisz. – Tak? Co? – Tyle sta​rań, a i tak wy​lą​do​wa​ła w ubez​pie​cze​niach. – Nie. Wca​le tak nie po​my​śla​łem. Tak na​praw​dę pod​czas prób schwy​ta​nia gru​be​go ma​ka​ro​nu pa​łecz​ka​mi zaj​mu​je mnie jed​na je​dy​na myśl: oto typ oso​by, jaki za​wsze po​dzi​wia​łem, oto ktoś, kto wy​zna​cza so​bie trud​ne do osiąg​nię​cia cele i dąży do nich za wszel​ką cenę. Tak, wiem, dzi​siaj każ​dy może go​nić za swo​imi ma​rze​nia​mi. Dłuż​sza wska​zów​ka na ze​gar​ku Na​omi za​ta​cza pe​łen krąg i su​nie da​lej, taca jest już pu​sta, reszt​ki ma​ka​ro​nu i pu​ste opa​‐ ko​wa​nia po so​sach le​żą​ce na na​szych ta​ler​zach wy​glą​da​ją jak wy​lin​ki dzi​wacz​nych ga​dów. Te​raz ja opo​wia​dam jej hi​sto​rię swo​je​go ży​cia. Mó​wię o ojcu pro​fe​so​rze, mat​ce pra​cu​ją​cej na po​ste​run​ku po​li​cji, nie po​mi​jam ni​cze​go, na​wet szcze​gó​łów do​‐ ty​czą​cych ich śmier​ci, gdy mia​łem dwa​na​ście lat. – Obo​je zgi​nę​li? – Tak. Od​kła​da pa​łecz​ki, a ja my​ślę: o cho​le​ra. Nie wiem, dla​cze​go opo​wie​dzia​łem jej o tym zda​rze​niu, uno​‐ szę czaj​ni​czek, prze​ce​dzam reszt​kę her​ba​ty. Na​omi wciąż mil​‐ czy, więc roz​glą​dam się za na​szą kel​ner​ką, wska​zu​ję jej pal​‐ cem pu​ste na​czy​nie.

Opo​wiesz ko​muś taką hi​sto​rię jak ta o za​bój​stwie ro​dzi​ców, a on na​tych​miast za​czy​na ci się uważ​niej przy​glą​dać, pa​trzy ci pro​sto w oczy, niby oka​zu​jąc współ​czu​cie, a tak na​praw​dę pró​‐ bu​je wej​rzeć w głąb two​jej du​szy, spraw​dzić, ja​kie bli​zny bądź ska​zy w niej po​zo​sta​ły. Dla​te​go wła​śnie nie wspo​mnia​łem o tym fak​cie ni​ko​mu od wie​lu lat – trak​tu​jąc to jako za​sa​dę – poza tym nie cier​pię lu​dzi, któ​rzy wy​ra​ża​ją swo​ją opi​nię na ten te​mat; nie cier​pię lu​dzi, któ​rzy wy​ra​ża​ją opi​nię o mnie. Na​omi jed​nak, co mu​szę jej od​dać, ko​men​tu​je moje zwie​rze​‐ nia zdaw​ko​wym „oj”. Nie do​strze​gam bły​sku skan​da​li​zu​ją​cej fa​scy​na​cji w jej oczach, żad​nych prób „zro​zu​mie​nia”. Sły​szę tyl​ko tę jed​ną, szcze​rze brzmią​cą sy​la​bę. Oj. – Za​tem twoi ro​dzi​ce zo​sta​li za​mor​do​wa​ni, a ty po​świę​ci​łeś ży​cie zwal​cza​niu prze​stęp​czo​ści. Zu​peł​nie jak Bat​man. – Tak – przy​zna​ję, uśmie​cha​jąc się, i za​nu​rzam ostat​nie​go pie​roż​ka w po​dłuż​nej so​sjer​ce wy​peł​nio​nej so​sem im​bi​ro​wosza​lot​ko​wym. – Jak Bat​man. Kel​ner​ka za​bie​ra ze sto​łu ob​ro​to​wą tacę, my kon​ty​nu​uje​my roz​mo​wę, neon miga i miga, aż w koń​cu ga​śnie. Sta​rusz​ko​wie pro​wa​dzą​cy re​stau​ra​cję wy​nu​rza​ją się z kuch​ni, pcha​jąc przed sobą wiel​kie szczot​ki, zu​peł​nie jak w fil​mach. Po za​mie​ce​niu pod​ło​gi za​czy​na​ją usta​wiać krze​sła na sto​łach, więc wy​cho​dzi​‐ my.

*** – No do​brze. Wiesz, co to klau​zu​la wa​run​ko​wa? – Nie mam po​ję​cia. – Cóż, to w su​mie cie​ka​wa spra​wa. Albo i nie. Sam mu​sisz oce​nić. Na​omi po​pra​wia się na skła​da​nym pla​żo​wym le​ża​ku, pró​bu​‐ jąc przy​brać wy​god​niej​szą po​zy​cję. Po​wi​nie​nem prze​pro​sić ją jesz​cze raz za to, że w moim sa​lo​nie brak me​bli z praw​dzi​we​‐ go zda​rze​nia prócz tych pla​sti​ko​wych le​ża​ków usta​wio​nych

w pół​okrąg przy od​wró​co​nej do góry dnem skrzyn​ce na mle​ko, ale zro​bi​łem to już tyle razy, że sama po​pro​si​ła mnie, bym prze​stał. – Klau​zu​la wa​run​ko​wa w po​li​sie ubez​pie​cze​nia na ży​cie jest umiesz​cza​na na wy​pa​dek, gdy​by ubez​pie​czo​ny zmarł w cią​gu dwóch lat od za​war​cia umo​wy. W ta​kim przy​pad​ku fir​ma ma pra​wo zba​dać oko​licz​no​ści śmier​ci klien​ta, za​nim wy​pła​ci od​‐ szko​do​wa​nie. – Okay – od​po​wia​dam. – Czy wie​le po​lis za​wie​ra taką klau​zu​‐ lę? – O tak – za​pew​nia mnie Na​omi. – Wszyst​kie. Do​le​wam jej wina. – I za​wsze są wy​ko​rzy​sty​wa​ne? – Tak. – Hm – mru​czę, przy​gła​dza​jąc wąsa. – Szcze​rze po​wie​dziaw​szy, klien​ci Mer​ri​mac​ka mają wiel​kie szczę​ście – mówi Na​omi – po​nie​waż więk​szość zna​czą​cych to​‐ wa​rzystw ubez​pie​cze​nio​wych po pro​stu zwi​nęła in​te​res i nie wy​pła​ca żad​nych od​szko​do​wań. My w Mer​ri​mac​ku mó​wi​my: „Tak, otrzy​ma​cie swo​je pie​nią​dze, po​nie​waż za​war​li​śmy umo​‐ wę, a aste​ro​ida nie ma z tym nic wspól​ne​go”. Nasz szef sze​‐ fów, ten z Oma​hy, chy​ba cier​pi na coś w ro​dza​ju kom​plek​su Je​‐ zu​sa. – Ro​zu​miem – przy​ta​ku​ję. – Ro​zu​miem. Po​ja​wia się Ho​udi​ni, ob​wą​chu​je pod​ło​gę, przy​glą​da się po​‐ dejrz​li​wie Na​omi, po czym znów ucie​ka. Zro​bi​łem mu le​go​wi​‐ sko w ła​zien​ce, to roz​pię​ty sta​ry śpi​wór, nic wię​cej, je​śli nie li​‐ czyć mi​secz​ki z wodą. – Po​li​ty​ka na​szej fir​my na​ka​zu​je zdo​być stu​pro​cen​to​wą pew​‐ ność, że nie je​ste​śmy ro​bie​ni w ko​nia, po​nie​waż ostat​ni​mi cza​‐ sy nie bra​ku​je prób wy​łu​dzeń. No wiesz, osku​ba​nie to​wa​rzy​‐ stwa ubez​pie​cze​nio​we​go to chy​ba naj​prost​szy spo​sób na zgar​‐ nię​cie spo​rych pie​nię​dzy przed koń​cem. Fin​gu​ję śmierć mat​ki,

zgar​niam kasę, ba​lu​ję na Ba​ha​mach. Z tego po​wo​du wdro​ży​li​‐ śmy środ​ki ostroż​no​ści. – Czy​li? – Ba​da​my każ​de rosz​cze​nie. Je​śli jest dys​ku​syj​ne, zo​sta​je od​‐ da​lo​ne. Tknię​ty nową my​ślą za​mie​ram z bu​tel​ką wina w dło​ni. Hen​ry, ty głup​ku. Ty to​tal​ny ma​to​le. Przy​po​mi​nam so​bie bo​wiem sze​‐ fa, bla​de​go gru​ba​sa na​zwi​skiem Gom​pers, któ​ry sie​dzi w fo​te​‐ lu i mówi, że Zell pod ko​niec ży​cia nie pra​co​wał już przy ana​li​‐ zie ry​zy​ka. Nikt nie ku​po​wał po​lis na ży​cie, więc nie było co ana​li​zo​wać. Za​tem Pe​ter, jak każ​dy inny pra​cow​nik fir​my, zo​‐ stał od​de​le​go​wa​ny do ba​da​nia rosz​czeń. – To dość re​stryk​cyj​ne za​bez​pie​cze​nie, je​śli się do​brze za​sta​‐ no​wić – do​da​je Na​omi – zwłasz​cza w wy​pad​ku tych wszyst​kich lu​dzi, któ​rzy nie pró​bu​ją nas oszu​kać, a ich bli​scy na​praw​dę ode​bra​li so​bie ży​cie i na od​szko​do​wa​nie trze​ba cze​kać do​dat​‐ ko​wy mie​siąc albo dwa dłu​żej. Okro​pień​stwo. – Tak, tak – bą​kam, a mój umysł pra​cu​je na peł​nych ob​ro​tach, my​ślę o Pe​te​rze, o tym, jak wy​glą​dał w McDo​nal​dzie, o tych wy​ba​łu​szo​nych oczach. Mia​łem wszyst​kie odpo​wie​dzi jak na dło​ni. Pierw​sze​go dnia do​cho​dze​nia pierw​szy świa​dek, któ​re​‐ go prze​słu​cha​łem, wy​ło​żył kawę na ławę. – Za​sta​na​wiam się więc… – rzu​ca Na​omi, a ja na​tych​miast sku​piam na niej całą uwa​gę. – Za​sta​na​wiam się, czy Pe​ter nie od​krył przy​pad​kiem cze​goś albo czy nie był bli​ski od​kry​cia… Sama nie wiem. Zda​ję so​bie spra​wę z tego, jak głu​pio to brzmi. Wpadł na coś i od tego zgi​nął? – To wca​le nie jest ta​kie głu​pie. Se​rio. Mo​tyw. To mógł​by być mo​tyw. Hen​ry, ty skoń​czo​ny dur​niu. – Okay – od​zy​wam się znów do Na​omi, zaj​mu​jąc miej​sce na​‐ prze​ciw​ko niej. – Mów da​lej.

Robi to: opo​wia​da mi o spra​wach, nad któ​ry​mi pra​co​wał Pe​‐ ter, w więk​szo​ści z nich be​ne​fi​cjen​ta​mi nie byli bli​scy zmar​łe​‐ go, lecz oso​by praw​ne. Prze​róż​ne fir​my ubez​pie​cza​ły swo​ich pre​ze​sów w oba​wie przed stra​ta​mi, ja​kie by po​nio​sły w ra​zie ich przed​wczes​nego zgo​nu. Słu​cham tego wszyst​kie​go w mil​‐ cze​niu, ale po chwi​li do​cie​ra do mnie, że trud​no mi się sku​pić – może z po​wo​du nad​mia​ru wy​pi​te​go wina, póź​nej pory, krwi​stej czer​wie​ni warg Na​omi i bla​dej po​świa​ty bi​ją​cej od ską​pa​nej w bla​sku księ​ży​ca czasz​ki. Wsta​ję więc zno​wu i za​czy​nam prze​cha​dzać się po sa​lo​nie, krą​żę od te​le​wi​zo​ra do ku​chen​‐ nych drzwi i z po​wro​tem. Na​omi przy​glą​da mi się, prze​chy​liw​‐ szy gło​wę, wy​da​je się tym wszyst​kim roz​ba​wio​na. – Za​tem to jest two​ja me​to​da od​chu​dza​nia? – Cho​dze​nie po​ma​ga – przy​zna​ję. – Chciał​bym zo​ba​czyć, nad czym Pe​ter ostat​nio pra​co​wał. – Okay. – Jego biur​ko… – przy​my​kam po​wie​ki, przy​po​mi​nam so​bie tam​ten mo​ment – nie wi​dzia​łem na nim żad​nej pocz​ty przy​cho​‐ dzą​cej ani otwar​tych se​gre​ga​to​rów. – Nie mo​gło ich tam być – po​twier​dza Na​omi – po​nie​waż prze​sta​li​śmy ko​rzy​stać z kom​pu​te​rów i prze​szli​śmy cał​ko​wi​cie na pa​pier. Gom​pers wy​my​ślił nowy, wku​rza​ją​cy sys​tem. A może to był po​mysł ko​goś z biu​ra re​gio​nal​ne​go, sama nie wiem. W każ​dym ra​zie każ​de​go dnia na ko​niec pra​cy od​kła​da​‐ my do​ku​men​ty do sza​fy na akta i bie​rze​my je stam​tąd na​stęp​‐ ne​go ran​ka. – Czy są po​przy​dzie​la​ne do kon​kret​nych osób? – Nie ro​zu​miem py​ta​nia. – Czy wszyst​kie do​ku​men​ty, nad któ​ry​mi pra​co​wał Pe​ter, znaj​du​ją się w jed​nym miej​scu? – Hm. Tego nie wiem. – Okay – rzu​cam, szcze​rząc zęby. Czu​ję, że po​licz​ki mi pło​ną, oczy błysz​czą. – To mi się po​do​ba. Na​praw​dę.

– Za​baw​ny fa​cet z cie​bie – stwier​dza Na​omi, a ja na​gle nie mogę uwie​rzyć, że jest praw​dzi​wa, że sie​dzi w moim domu na zde​ze​lo​wa​nym le​ża​ku w tej pięk​nej czer​wo​nej su​kien​ce ozdo​‐ bio​nej czar​ny​mi gu​zi​ka​mi. – Ale ja mó​wię po​waż​nie – od​po​wia​dam. – Nie​wy​klu​czo​ne, że zmie​nię za​wód. Spró​bu​ję szczę​ścia w ubez​pie​cze​niach. Mam prze​cież całą resz​tę ży​cia przed sobą. Na​omi się nie śmie​je. – Nie. Nie. Nie ty. Je​steś wzo​rem po​li​cjan​ta, Hank – rzu​ca, wsta​jąc. Pa​trzy mi pro​sto w oczy, kur​czę się pod tym spoj​rze​niem, lecz nie spusz​czam wzro​ku. Znie​nac​ka na​cho​dzi mnie bo​le​sna świa​do​mość, że to ko​niec. Ni​g​dy wię​cej się nie za​ko​cham. To ostat​ni raz. – Gdy nad​le​ci aste​ro​ida, sta​niesz na jej dro​dze z wy​ciąg​nię​tą ręką i za​wo​łasz: „Stój! Po​li​cja!”. Nie wiem, co na to od​po​wie​dzieć, na​praw​dę. Po​chy​lam się, ona lek​ko uno​si gło​wę i ca​łu​je​my się, bar​dzo wol​no, jak​by​śmy mie​li do dys​po​zy​cji całą wiecz​ność. Mniej wię​cej w po​ło​wie po​ca​łun​ku zno​wu po​ja​wia się pies, trą​ca mnie w nogę, więc od​ko​pu​ję go de​li​kat​nie. Na​omi pod​no​si ręce, obej​mu​je mnie za szy​ję, wsu​wa pal​ce pod koł​nierz ko​‐ szu​li. Koń​czy​my pierw​szy po​ca​łu​nek i na​tych​miast roz​po​czy​na​my dru​gi, tym ra​zem gwał​tow​niej​szy, a gdy po​now​nie od​ry​wa​my się od sie​bie, Na​omi pro​po​nu​je, by​śmy po​szli do sy​pial​ni. Wy​‐ ja​śniam prze​pra​sza​ją​cym to​nem, że nie mam praw​dzi​we​go łóż​ka, tyl​ko ma​te​rac roz​ło​żo​ny na pod​ło​dze. Do​da​ję, że nie mia​łem cza​su, by ku​pić po​rząd​ne łóż​ko, a kie​dy ona pyta, od jak daw​na tu miesz​kam, bą​kam, że ja​kieś pięć lat. – To już chy​ba go so​bie nie ku​pisz – mam​ro​cze, przy​tu​la​jąc się moc​niej.

– Chy​ba masz ra​cję – od​po​wia​dam szep​tem, po​cią​ga​jąc ją na zie​mię.

*** Dużo póź​niej, w kom​plet​nych ciem​no​ściach, gdy sen za​czy​na nam kle​ić po​wie​ki, szep​czę do Na​omi: – Jaki ro​dzaj po​ezji? – Vil​la​nel​la – od​mru​ku​je, a ja mó​wię szcze​rze, że nie mam po​‐ ję​cia, co to zna​czy. – Vil​la​nel​la to wiersz dzie​więt​na​sto​wer​so​wy – tłu​ma​czy ci​‐ cho, mru​cząc mi w szy​ję. – Pięć strof, każ​da ry​mo​wa​na, po trzy wer​sy. Lek​ko zmo​dy​fi​ko​wa​ny pierw​szy i trze​ci wers pierw​szej stro​fy po​wta​rza​ją się na prze​mian w każ​dej na​stęp​‐ nej stro​fie, aż do koń​ca wier​sza. – Okay – od​po​wia​dam, nie do koń​ca przy​swa​ja​jąc to, co usły​‐ sza​łem, moją uwa​gę bo​wiem po​chła​nia​ją elek​try​zu​ją​ce mu​‐ śnię​cia jej warg. – Wiersz koń​czy się czte​ro​wer​so​wą stro​fą, w któ​rej trze​ci i czwar​ty wers są po​wtó​rze​niem pierw​sze​go i ostat​nie​go z po​‐ cząt​ko​wej stro​fy. – Aha – szep​czę i do​da​ję za​raz: – Chy​ba będę po​trze​bo​wał przy​kła​du. – Jest wie​le na​praw​dę nie​złych. – Wy​re​cy​tuj je​den z tych, któ​re sama na​pi​sa​łaś. Jej ci​chy śmiech jest cie​płem roz​le​wa​ją​cym się po moim oboj​‐ czy​ku. – Pi​szę do​pie​ro pierw​szy, ale nie jest jesz​cze skoń​czo​ny. – Pierw​szy? – Je​den, ale świet​ny. Skoń​czę go przed paź​dzier​ni​kiem. Taki mam plan. – Aha. Za​mie​ra​my w bez​ru​chu i ci​szy na krót​ką chwi​lę.

– Do​brze – od​zy​wa się Na​omi. – Wy​re​cy​tu​ję ci coś na​praw​dę zna​ne​go. – Nie chcę zna​ne​go. Chcę twój. – To wiersz Dy​la​na Tho​ma​sa. Z pew​no​ścią już go sły​sza​łeś. Ostat​nio wie​lo​krot​nie tra​fiał do ga​zet. Po​trzą​sam gło​wą. – Rzad​ko czy​tu​ję ga​ze​ty. – Dziw​ny z cie​bie czło​wiek, Hen​ry. – Lu​dzie czę​sto mi to mó​wią.

*** Bu​dzę się w środ​ku nocy, sam nie wiem dla​cze​go, i wi​dzę Na​‐ omi sto​ją​cą w drzwiach, ma na so​bie tyl​ko bie​li​znę i wła​śnie wkła​da przez gło​wę czer​wo​ną su​kien​kę. Za​uwa​ża, że ją ob​‐ ser​wu​ję, za​mie​ra na mo​ment, a po​tem uśmie​cha się bez skrę​‐ po​wa​nia i koń​czy się ubie​rać. Na​wet w bla​dej po​świa​cie lam​‐ py z przed​po​ko​ju do​strze​gam, że nie ma szmin​ki na ustach. Łysa i uro​cza, przy​po​mi​na no​wo​rod​ka. – Na​omi? – Hej, Hen​ry. – Przy​my​ka oczy. – Jest coś jesz​cze – do​da​je, otwie​ra​jąc je mo​ment póź​niej. Prze​sła​niam dło​nią czo​ło, by wi​dzieć ją le​piej. Skoł​tu​nio​ną po​ściel mam przy pier​si, nogi zwi​sa​ją mi lek​ko z ma​te​ra​ca. Na​omi przy​sia​da na pro​wi​zo​rycz​nym łóż​ku obok mo​ich stóp, ple​ca​mi do mnie. – Na​omi? Co chcia​łaś mi po​wie​dzieć? – Nie​waż​ne. Po​trzą​sa rap​tow​nie gło​wą, znów wsta​je, rzu​ca w ciem​ność se​rię szyb​ko wy​po​wia​da​nych słów: – Chcę, że​byś wie​dział, Hen​ry, że bez wzglę​du na to, co… bez wzglę​du na to, jak to wszyst​ko się skoń​czy… prze​ży​łam na​‐ praw​dę cu​dow​ną noc. – Ja​sne – od​po​wia​dam. – Ja też.

– Było cu​dow​nie. Ni​g​dy tego nie za​po​mnę – do​da​je. – Bez wzglę​du na to, jak to wszyst​ko się skoń​czy. Za​nim zdą​żę za​re​ago​wać, po​chy​la się, ca​łu​je mnie moc​no w usta i wy​cho​dzi.

3. – Hen​ry? – Co? – py​tam, sia​da​jąc i roz​glą​da​jąc się wo​kół. – Halo? Te​le​fo​ny bu​dzą mnie tak czę​sto, że tym ra​zem dłuż​szą chwi​lę zaj​mu​je mi uświa​do​mie​nie so​bie, że wy​jąt​ko​wo śni​łem nie o Ali​son Ko​ech​ner, lecz o Na​omi Ed​des. Mo​ment póź​niej przy​‐ cho​dzi olśnie​nie: to nie był sen – Na​omi na​praw​dę tu jest, to zna​czy była, bo nie wi​dzę jej te​raz ni​g​dzie. Za​sło​ny są roz​su​‐ nię​te, bla​de pro​mie​nie słoń​ca two​rzą pro​sto​kąt​ne żół​ta​we pla​‐ my na sko​tło​wa​nej po​ście​li i sta​rym ma​te​ra​cu. W słu​chaw​ce sły​szę wście​kły ko​bie​cy głos. – Wie pan, ja​kie kary gro​żą obec​nie za uda​wa​nie urzęd​ni​ka pań​stwo​we​go? O Boże, nie, tyl​ko nie Fen​ton. – Tak, pro​szę pani, wiem. Krew. Prób​ka krwi. Ha​zen Road. – Mimo to za​cy​tu​ję je panu. – Pani dok​tor… – Po​da​wa​nie się za urzęd​ni​ka pań​stwo​we​go jest ka​ra​ne wy​‐ ro​kiem po​zba​wie​nia wol​no​ści od lat dzie​się​ciu do dwu​dzie​stu pię​ciu, przy czym pa​ra​graf szó​sty sta​no​wi, że oso​ba oskar​ża​‐ na o to prze​stęp​stwo zo​sta​je au​to​ma​tycz​nie osa​dzo​na w wię​‐ zie​niu, gdzie bę​dzie cze​kać na pro​ces, któ​ry ni​g​dy nie na​stą​pi. – Znam ten prze​pis. – Taka sama kara cze​ka każ​de​go, kto utrud​nia do​cho​dze​nie. – Czy mogę to pani wy​ja​śnić? – Nie, dzię​ku​ję. Je​śli jed​nak nie sta​wi się pan w kost​ni​cy naj​‐ póź​niej za dwa​dzie​ścia mi​nut, tra​fi pan za krat​ki.

Po​trze​bu​ję dwu mi​nut, by się ubrać, i ko​lej​nych dwu, by zmie​‐ nić opa​tru​nek prze​sła​nia​ją​cy oko. Nim za​mknę drzwi fron​to​‐ we, roz​glą​dam się raz jesz​cze po sa​lo​nie: le​ża​ki, pu​sta bu​tel​ka po wi​nie. Brak naj​mniej​sze​go śla​du po Na​omi, nie ma jej to​‐ reb​ki, płasz​cza, od​ci​sków ob​ca​sów na wy​kła​dzi​nie. Nie wy​czu​‐ wam na​wet za​pa​chu jej per​fum. Była tu jed​nak. Wy​star​czy, że przy​mknę po​wie​ki, a znów czu​‐ ję, jak ła​sko​cze opusz​ka​mi skó​rę na moim kar​ku, jak przy​cią​ga mnie do sie​bie. To nie był sen. Dwa​dzie​ścia mi​nut, po​wie​dzia​ła dok​tor Fen​ton i nie żar​to​wa​‐ ła. Prze​kra​czam do​zwo​lo​ną pręd​kość na ca​łej dro​dze do szpi​‐ ta​la miej​skie​go.

*** Dok​tor Ali​ce Fen​ton wy​glą​da tak samo jak pod​czas na​sze​go ostat​nie​go spo​tka​nia w chłod​nym ste​ryl​nym wnę​trzu kost​ni​cy, ma na​wet ten sam wó​zek ze sprzę​tem me​dycz​nym. Ota​cza​ją nas te same po​nu​re sta​lo​we drzwicz​ki z sza​ry​mi klam​ka​mi; skła​dzik na zwło​ki po​tę​pio​nych ema​nu​ją​cy smut​kiem i gro​zą. Dok​tor Fen​ton spo​glą​da na ze​ga​rek, gdy do niej pod​cho​dzę. – Osiem​na​ście mi​nut i czter​dzie​ści pięć se​kund. – Pani dok​tor, mam na​dzie​ję, że… Mam na​dzie​ję… Pro​szę po​‐ słu​chać… Nie wiem dla​cze​go, ale ją​kam się płacz​li​wie. Chrzą​kam więc i pró​bu​ję sfor​mu​ło​wać sen​sow​ne wy​ja​śnie​nie, któ​re ją za​do​‐ wo​li, chcę, by zro​zu​mia​ła, dla​cze​go ukra​dłem prób​kę krwi i ka​za​łem ją prze​ba​dać niby z jej po​le​ce​nia, jak wiel​ką czu​łem pew​ność, że to spra​wa zwią​za​na z nar​ko​ty​ka​mi, jak waż​ne było dla mnie usta​le​nie, czy Zell był uza​leż​nio​ny czy nie. To jed​nak nie ma już naj​mniej​sze​go zna​cze​nia, ni​g​dy go nie mia​ło, po​nie​waż w rze​czy​wi​sto​ści cho​dzi​ło o kwe​stię rosz​czeń ubez​‐ pie​cze​nio​wych. Tym​cza​sem to​pię się pod po​łą​czo​nym na​po​rem bi​ją​ce​go z jej oczu żaru i ośle​pia​ją​ce​go bla​sku lamp, a w do​‐

dat​ku to​wa​rzy​szy nam sam Pe​ter, któ​re​go cia​ło wy​cią​gnę​ła z za​mra​żar​ki i po​now​nie po​ło​ży​ła na zim​nej pły​cie sto​łu do sek​cji. – Prze​pra​szam – tyle je​stem w sta​nie z sie​bie wy​krztu​sić. – Na​praw​dę bar​dzo pa​nią prze​pra​szam, pani dok​tor. – Tak. – Twarz ukry​ta za ide​al​ny​mi krę​ga​mi szkieł oku​la​rów po​zo​sta​je bez​na​mięt​na, nie​po​ru​szo​na. – Ja rów​nież. – Słu​cham? – Ja rów​nież pana prze​pra​szam, po​wie​dzia​łam. Je​śli są​dzi pan, że po​wtó​rzę to po raz trze​ci, to głę​bo​ko się pan myli. – Nie ro​zu​miem. Dok​tor Fen​ton od​wra​ca się do wóz​ka i bie​rze do ręki ja​kiś do​ku​ment. – To wy​ni​ki ba​dań. Skło​ni​ły mnie one do zre​wi​do​wa​nia po​dej​‐ ścia do tej spra​wy. – To zna​czy? – py​tam lek​ko drżą​cym gło​sem. – Ten czło​wiek zo​stał za​mor​do​wa​ny. Szczę​ka mi opa​da, nic na to nie mogę po​ra​dzić. Gdy w gło​wie po​ja​wia​ją mi się sło​wa, wy​po​wia​dam je na głos bez za​sta​no​‐ wie​nia: – Wie​dzia​łem. O mój Boże, od po​cząt​ku wie​dzia​łem. Dok​tor Fen​ton po​pra​wia na no​sie oku​la​ry, któ​re lek​ko jej się zsu​nę​ły, i za​czy​na mó​wić: – Przede wszyst​kim ba​da​nia wy​ka​za​ły nie tyl​ko bar​dzo wy​so​‐ kie stę​że​nie al​ko​ho​lu we krwi, ale tak​że jego obec​ność w żo​‐ łąd​ku, co zna​czy, że mu​siał spo​ro wy​pić na kil​ka go​dzin przed zgo​nem. – To też wie​dzia​łem – wtrą​cam. J.T. To​us​sa​int pod​czas pierw​‐ sze​go prze​słu​cha​nia przy​znał, że po obej​rze​niu ko​lej​ne​go od​‐ cin​ka Pale Di​stant Glim​mers sko​czy​li na kil​ka piw. – Poza tym we krwi stwier​dzo​no obec​ność zna​czą​cych ilo​ści za​ka​za​nych sub​stan​cji – in​for​mu​je mnie dok​tor Fen​ton.

– To by się zga​dza​ło – my​ślę na głos, po​zo​sta​jąc o krok przed dok​tor Fen​ton dzię​ki wy​si​lo​nej pra​cy umy​słu. – Mor​fi​na. – Nie – za​prze​cza pa​to​loż​ka, prze​no​sząc na mnie za​cie​ka​wio​‐ ne, ale i lek​ko po​iry​to​wa​ne spoj​rze​nie. – Mor​fi​na? Nie. Nie stwier​dzo​no śla​du opia​tów żad​ne​go ro​dza​ju. W je​go krwi zna​‐ leź​li​śmy zwią​zek zwa​ny kwa​sem 4-hy​drok​sy​bu​ta​no​wym. Zer​kam jej przez ra​mię na wy​druk z la​bo​ra​to​rium, wiot​ką kart​kę peł​ną ob​li​czeń i od​ha​czo​nych okie​nek, opa​trzo​ną czy​‐ imś nie​zwy​kle pre​cy​zyj​nym cha​rak​te​rem pi​sma. – Jaki kwas, prze​pra​szam? – GHB. – Mówi pani o pi​guł​ce gwał​tu? – Niech pan prze​sta​nie ga​dać – fuka na mnie, za​kła​da​jąc la​‐ tek​so​we rę​ka​wicz​ki. – Pro​szę tu po​dejść i po​móc mi od​wró​cić zwło​ki. Wsu​wa​my dło​nie pod zwło​ki, uno​si​my je ostroż​nie i ob​ra​ca​my brzu​chem do bla​tu. Pa​trzy​my te​raz na prze​raź​li​wie bla​dą po​‐ łać cia​ła ota​cza​ją​cą krę​go​słup. Dok​tor Fen​ton przy​sta​wia do oka nie​wiel​ki oku​lar przy​po​mi​na​ją​cy lupę, ja​kiej uży​wa​ją ju​bi​‐ le​rzy, opusz​cza nie​zwy​kle moc​ną lam​pę wi​szą​cą nad sto​łem i na​kie​ro​wu​je ją na za​si​nia​łe otar​cie zdo​bią​ce tył le​wej łyd​ki ofia​ry, tuż nad kost​ką. – Wy​glą​da zna​jo​mo? – pyta, więc po​chy​lam się bar​dziej. Wciąż roz​my​ślam o GHB. Po​trze​bu​ję mo​je​go bru​lio​nu, mu​szę to wszyst​ko za​pi​sać. Mu​szę to do​kład​nie prze​ana​li​zo​wać. Na​‐ omi, sto​jąc w drzwiach mo​jej sy​pial​ni, chcia​ła po​wie​dzieć coś jesz​cze, ale zmie​ni​ła zda​nie i wy​szła. Czu​ję na​gle taką tę​sk​no​‐ tę za nią, że ko​la​na ugi​na​ją się pode mną. Mu​szę oprzeć się o stół, chwy​cić jego kra​wędź obie​ma rę​ka​mi. Spo​koj​nie, Hen​ry. – Za to wła​śnie naj​bar​dziej pana prze​pra​szam – oświad​cza bez​na​mięt​nym to​nem dok​tor Fen​ton. – Tak bar​dzo śpie​szy​łam się z wy​da​niem orze​cze​nia o oczy​wi​stym sa​mo​bój​stwie, że nie

zba​da​łam na​le​ży​cie ob​ra​żeń znaj​du​ją​cych się w oko​li​cach kost​ki ofia​ry. – Okay. Ale co… – Milk​nę, nie mam bla​de​go po​ję​cia, o czym ona mówi. – Za​nim zna​lazł go pan po​wie​szo​ne​go w McDo​nal​dzie, Pe​ter Zell zo​stał po​zba​wio​ny przy​tom​no​ści, po czym ktoś wlókł go za nogę. – Spo​glą​dam na nią, nie​zdol​ny do wy​du​sze​nia sło​wa. – Naj​praw​do​po​dob​niej do ba​gaż​ni​ka sa​mo​cho​du – kon​ty​nu​uje pa​to​loż​ka, od​kła​da​jąc wy​ni​ki ba​dań na wó​zek. – Tak pew​nie tra​fił na miej​sce, gdzie zo​stał po​wie​szo​ny. Jak już wspo​mnia​‐ łam, zmie​ni​łam dia​me​tral​nie po​dej​ście do tej spra​wy. Wi​dzę ocza​mi wy​obraź​ni błysk w ga​sną​cym spoj​rze​niu Pe​te​‐ ra Zel​la, jego oku​la​ry, wszyst​ko to nik​ną​ce w mro​ku sa​mo​cho​‐ do​we​go ba​gaż​ni​ka. – Ma pan ja​kieś py​ta​nia? Mam wy​łącz​nie py​ta​nia. – Co z jego okiem? – Słu​cham? – Go​ją​cy się ślad po ude​rze​niu. Na po​licz​ku pod pra​wym okiem. Lu​dziom mó​wił, że spadł ze scho​dów. Czy to moż​li​we? – Moż​li​we, choć mało praw​do​po​dob​ne. – I jest pani cał​ko​wi​cie pew​na, że w jego krwi nie było mor​fi​‐ ny? Jest pani pew​na, że nie za​żył jej tej nocy, któ​rej zgi​nął? – Tak. Nie za​ży​wał jej od co naj​mniej trzech mie​się​cy – po​‐ twier​dza. Mu​szę po​now​nie prze​my​śleć to wszyst​ko, od sa​me​go po​cząt​‐ ku do koń​ca. Mu​szę usta​lić chro​no​lo​gię zda​rzeń, roz​gryźć na nowo To​us​sa​in​ta i Pe​te​ra Zel​la. To, że cały czas mia​łem ra​cję, że od​gad​łem praw​dzi​wą przy​czy​nę śmier​ci, wca​le mnie nie cie​szy, by​naj​mniej nie na​bie​ram prze​ko​na​nia o wła​snej nie​‐ omyl​no​ści. Wręcz prze​ciw​nie, czu​ję nie​pew​ność, smu​tek, zmie​sza​nie. Mam ta​kie wra​że​nie, jak​by to mnie wrzu​co​no do ba​gaż​ni​ka, jak​by to mnie ota​czał mrok, jak​bym to ja spo​glą​dał

z wy​tę​sk​nie​niem w wą​ską szcze​li​nę, zza któ​rej wi​dać blask dnia. Opu​ściw​szy kost​ni​cę, przy​sta​ję na mo​ment przy drzwiach ozna​czo​nych krzy​żem i mu​ska​jąc pal​ca​mi ten sym​bol, przy​po​‐ mi​nam so​bie, że tyle osób czu​je się ostat​ni​mi cza​sy pod​le, że trze​ba było za​mknąć to miej​sce i prze​nieść co​dzien​ne na​bo​‐ żeń​stwa do więk​szej sali znaj​du​ją​cej się gdzieś nade mną. Tak to te​raz wy​glą​da.

*** Te​le​fon dzwo​ni, le​d​wie wy​cho​dzę na par​king szpi​ta​la. – Jezu, Hank, gdzieś ty się po​dzie​wał? – Nico? Mam kło​po​ty ze zro​zu​mie​niem jej w tym har​mi​drze, jaki do​‐ bie​ga ze słu​chaw​ki. – Mu​sisz mnie uważ​nie po​słu​chać, pro​szę. Ha​łas w tle się na​si​la, to coś jak wy​cie wia​tru w nie​do​mknię​‐ tym oknie. – Nico, czy ty je​steś gdzieś na au​to​stra​dzie? Na par​kin​gu też jest zbyt gło​śno, wra​cam więc do holu szpi​‐ ta​la. – Hen​ry, po​słu​chaj. Wiatr się wzma​ga, za​czy​nam w nim wy​ła​wiać zna​jo​me wy​‐ cie… sy​ren. Stłu​mio​ne od​le​gło​ścią, ale prze​bi​ja​ją​ce się co​raz wy​raź​niej przez za​wo​dze​nie wi​chu​ry. Wsłu​chu​ję się w te dźwię​ki – sy​re​ny nie brzmią jed​nak jak na​sze, po​li​cyj​ne. Czyż​‐ by to był ra​dio​wóz ze sta​nów​ki? Sam już nie wiem, czym jeż​‐ dżą te​raz fe​de​ral​ni sze​ry​fo​wie. – Nico, gdzie je​steś? – Nie zo​sta​wię cię. – O czym ty, u li​cha, mó​wisz? Głos ma twar​dy jak stal: niby sły​szę swo​ją sio​strę, ale ja​koś zmie​nio​ną. Jak​by ktoś ka​zał jej czy​tać kwe​stie ze sce​na​riu​sza.

Ryk w tle cich​nie na​gle, roz​le​ga się trza​śnię​cie drzwi​czek, tu​‐ pot stóp. – Nico! – Wró​cę. Nie zo​sta​wię cię. Po​łą​cze​nie zo​sta​je prze​rwa​ne. Za​pa​da ci​sza.

*** Pę​dzę w kie​run​ku bazy Gwar​dii Na​ro​do​wej sta​nu New Hamp​shi​re dwie​ście na go​dzi​nę, ile fa​bry​ka dała, kom​pu​ter po​kła​do​wy zmie​nia wszyst​kie świa​tła z czer​wo​nych na zie​lo​ne, abym za​wsze miał wol​ną dro​gę. Sil​nik po​chła​nia dro​go​cen​ne pa​li​wo jak gąb​ka wodę. Kie​row​ni​ca drży w mo​ich dło​niach, a ja drę się sam na sie​bie: głup​cze, głup​cze, głup​cze. Po​wi​nie​nem był jej po​wie​dzieć. Dla​‐ cze​go jej nie po​wie​dzia​łem? Po​wi​nie​nem był prze​ka​zać jej wszyst​ko to, co usły​sza​łem od Ali​son: De​rek od sa​me​go po​‐ cząt​ku ją okła​my​wał, tak na​praw​dę zwią​zał się z taj​nym sto​‐ wa​rzy​sze​niem głup​ków wie​rzą​cych w teo​rie spi​sko​we, przez co zo​stał uzna​ny za ter​ro​ry​stę, nie​bez​piecz​ne​go prze​stęp​cę, więc je​śli moja sio​stra spró​bu​je do nie​go do​łą​czyć, rząd przy​‐ pnie jej iden​tycz​ną ety​kiet​kę. Za​ci​skam dłoń w pięść, walę nią w kie​row​ni​cę. Po​wi​nie​nem był jej po​wie​dzieć, jak bez​sen​sow​na jest pró​ba po​świę​ce​nia się dla ko​goś ta​kie​go. Dzwo​nię do biu​ra Ali​son Ko​ech​ner, ale oczy​wi​ście nikt nie od​‐ bie​ra. Pró​bu​ję jesz​cze raz, lecz tym ra​zem te​le​fon za​wo​dzi, więc ci​skam go z fu​rią na tyl​ne sie​dze​nie. – A niech to szlag! Nico za​raz po​peł​ni ja​kieś głup​stwo, da się za​strze​lić żan​dar​‐ mom albo tra​fi do paki, z któ​rej nie wyj​dzie aż do sa​me​go koń​‐ ca, po​dob​nie jak ten de​bil. Ha​mu​ję z pi​skiem opon przed bra​mą bazy Gwar​dii Na​ro​do​‐ wej i beł​ko​czę jak ja​kiś du​reń do war​tow​ni​ka:

– Ej! Bar​dzo prze​pra​szam. Na​zy​wam się Hen​ry Pa​la​ce. Je​‐ stem de​tek​ty​wem, chy​ba zła​pa​li​ście moją sio​strę. – Żoł​nierz nie od​po​wia​da. To nie ten, któ​ry mnie wpusz​czał po​przed​nim ra​zem. – Jej mąż sie​dzi u was w wię​zie​niu, więc przy​je​cha​ła tu​taj za nim. Mu​szę ją zna​leźć. War​tow​nik przy bra​mie za​cho​wu​je ka​mien​ną twarz. – W chwi​li obec​nej nie mamy żad​nych więź​niów. – Co? Tak… och. Ej! Cześć! Ma​cham gwał​tow​nie obie​ma rę​ka​mi, uno​sząc je wy​so​ko nad gło​wę, po​nie​waż do​strze​gam zna​jo​mą twarz. To ta twar​da re​‐ zer​wist​ka, któ​ra pil​no​wa​ła anc​la, gdy przy​je​cha​łem na wi​dze​‐ nie z De​re​kiem; wte​dy sta​ła spo​koj​nie w ko​ry​ta​rzu, pod​czas gdy ja usi​ło​wa​łem prze​mó​wić temu kre​ty​no​wi do ro​zu​mu. – Ej! – wo​łam do niej. – Mu​szę się zo​ba​czyć z więź​niem. Re​zer​wist​ka ma​sze​ru​je w na​szą stro​nę, pro​sto do miej​sca, w któ​rym sto​ję z jed​ną nogą na zie​mi, a dru​gą w au​cie za​par​‐ ko​wa​nym pod dziw​nym ką​tem nie​opo​dal bra​my wjaz​do​wej. – Prze​pra​szam. Wi​tam. Mu​szę się po​now​nie zo​ba​czyć z tym więź​niem. Wiem, nie mam ze​zwo​le​nia. Ale to pil​na spra​wa. Je​‐ stem po​li​cjan​tem. – Z ja​kim więź​niem? – Je​stem de​tek​ty​wem… – Milk​nę, by za​czerp​nąć od​de​chu. – Co pani po​wie​dzia​ła? Mu​sia​ła za​uwa​żyć, że przy​je​cha​łem, mu​sia​ła zo​ba​czyć sa​mo​‐ chód na mo​ni​to​rin​gu i wy​szła spraw​dzić, co się dzie​je przy bra​mie. Dziw​nie się po​czu​łem na tę myśl. – Py​ta​łam, z ja​kim więź​niem. Nie od​zy​wam się, prze​no​szę wzrok z re​zer​wist​ki na war​tow​‐ ni​ka i z po​wro​tem. Obo​je ga​pią się na mnie, trzy​ma​jąc dło​nie na kol​bach prze​wie​szo​nych przez kark ka​ra​bi​nów ma​szy​no​‐ wych. Co tu się wy​ra​bia, my​ślę ner​wo​wo. Nico tu nie ma. Nie sły​szę wy​cia sy​ren, żad​nych dzwon​ków alar​mo​wych. Je​dy​ny dźwięk, jaki do mnie do​cie​ra – poza mru​cze​niem wciąż pra​cu​‐

ją​ce​go sil​ni​ka che​vro​le​ta – to huk wir​ni​ków he​li​kop​te​ra, któ​ry pod​cho​dzi do lą​do​wa​nia bądź star​tu​je gdzieś na te​re​nie tej wiel​kiej bazy. – Z chło​pa​kiem. Wa​szym więź​niem. Tym, z któ​rym po​przed​‐ nio się wi​dzia​łem. Dre​dy, te spra​wy, sie​dział tam… – Wska​zu​ję bu​dy​nek miesz​czą​cy areszt. – W celi. – Nie wiem, o kim pan mówi – od​po​wia​da war​tow​nik. – Tak, ale pani wie – rzu​cam, zwra​ca​jąc tępe spoj​rze​nie na re​zer​wist​kę. – Prze​cież była pani obec​na… Ani na mo​ment nie od​ry​wa​jąc ode mnie wzro​ku, ko​bie​ta uno​‐ si po​wo​li broń na wy​so​kość pasa. War​tow​nik pil​nu​ją​cy bra​my tak​że prze​su​wa AK-47 i tak znaj​du​ję się na​gle przed dwoj​giem żoł​nie​rzy, któ​rzy mie​rzą mi pro​sto w pierś. Mają gdzieś, że je​stem gli​nia​rzem, a oni słu​żą w ar​mii Sta​‐ nów Zjed​no​czo​nych. Nie in​te​re​su​je ich, że wszy​scy po​win​ni​‐ śmy bro​nić pra​wo​rząd​no​ści. Wąt​pię, by co​kol​wiek mo​gło ich po​wstrzy​mać przed za​strze​le​niem mnie na miej​scu. – Nie ma tu żad​nych więź​niów.

*** Le​d​wie wsia​dam do sa​mo​cho​du, sły​szę dzwo​nek ko​mór​ki. Za​‐ czy​nam więc go​rącz​ko​wo ob​ma​cy​wać tyl​ne sie​dze​nie, aby ją jak naj​szyb​ciej zna​leźć. – Nico? Halo! – Ejże, spo​koj​nie. To ja, Cu​lver​son. Wy​pusz​czam po​wie​trze z płuc. – Słu​chaj, chy​ba wspo​mnia​łeś o ja​kiejś ko​bie​cie na​zwi​skiem Na​omi Ed​des. Tej od spra​wy wi​siel​ca. Ser​ce sza​mo​cze mi się pod że​bra​mi jak ryba zło​wio​na w sieć. – Tak? – McCon​nell wła​śnie ją zna​la​zła w Wa​ter West Bu​il​ding. W tej fir​mie ubez​pie​cze​nio​wej. – Co zna​czy, że McCon​nell ją tam zna​la​zła?

– To zna​czy, że ona nie żyje. Chcesz się prze​ko​nać na wła​sne oczy?

CZĘŚĆ CZWARTA

Niedługo to się zmieni Środa, 28 marca Rektascensja 19 12 57,9 Deklinacja -34 40 37 Elongacja 83,7 Delta 2,999 j.a.

1. Mu​szę się skon​cen​tro​wać na fak​tach. To naj​lep​sze, co mogę zro​bić w tym cia​snym po​miesz​cze​niu z pod​wie​sza​nym su​fi​tem i trze​ma rzę​da​mi sta​lo​wych szaf na akta. Czy nie tym wła​śnie po​wi​nien się zaj​mo​wać mło​dy de​tek​tyw przez grzecz​ność we​‐ zwa​ny na miej​sce zbrod​ni przez star​sze​go ko​le​gę? To nie moje mor​der​stwo, spra​wę pro​wa​dzi Cu​lver​son, więc sto​ję tyl​ko tuż za drzwia​mi po​grą​żo​ne​go w pół​mro​ku po​ko​ju, sta​ra​jąc się nie wcho​dzić w dro​gę ani Cu​lver​so​no​wi, ani po​ste​‐ run​ko​wej McCon​nell. Wpraw​dzie ofia​rą jest mój świa​dek, ale spra​wę pro​wa​dzą oni. A za​tem: ofia​rą jest mniej wię​cej dwu​dzie​sto​pię​cio​let​nia ko​‐ bie​ta, ubra​na w brą​zo​wą ba​weł​nia​ną spód​ni​cę w pe​pit​kę, czar​ne raj​sto​py i śnież​no​bia​łą bluz​kę z pod​wi​nię​ty​mi rę​ka​wa​‐ mi. Na cie​le za​uwa​żam sze​reg zna​ków szcze​gól​nych. Wo​kół nad​garst​ków ma wy​ta​tu​owa​ne róże w sty​lu art déco, w obu mał​żo​wi​nach licz​ne kol​czy​ki, jed​no noz​drze ozdo​bio​ne zło​tym ćwie​kiem, jej gło​wa zo​sta​ła nie​daw​no ogo​lo​na, ja​sne wło​sy za​‐ czy​na​ją do​pie​ro od​ra​stać. Cia​ło leży w pół​noc​no-wschod​nim na​roż​ni​ku po​miesz​cze​nia. Nie wi​dać żad​nych śla​dów prze​mo​‐ cy fi​zycz​nej czy na​pa​sto​wa​nia sek​su​al​ne​go, rzecz ja​sna poza raną po​strza​ło​wą, któ​ra z całą pew​no​ścią mu​sia​ła być przy​‐ czy​ną śmier​ci. Po​je​dyn​czy strzał w nie​mal sam śro​dek czo​ła po​zo​sta​wił po​‐ szar​pa​ny otwór tuż po​nad pra​wym ką​ci​kiem le​we​go oka ofia​‐ ry. – Cóż, tym ra​zem na pew​no nie mamy do czy​nie​nia z sa​mo​‐ bój​stwem przez po​wie​sze​nie – re​cho​cze Den​ny Do​tseth, po​ja​‐

wia​jąc się za mną. Wąs, sze​ro​ki uśmiech, kawa w pa​pie​ro​wym kub​ku. – To po​krze​pia​ją​ce, nie​praw​daż? – Dzień​do​be​rek, Den​ny – od​zy​wa się raź​no Cu​lver​son. – Wchodź śmia​ło. Do​tseth mnie wy​mi​ja. W ma​leń​kim po​miesz​cze​niu robi się ciaś​niej, tłocz​niej. Czu​ję za​pach kawy Do​tse​tha i aro​mat ty​to​‐ niu z faj​ki Cu​lver​so​na, w po​wie​trzu wi​dzę uno​szą​ce się włó​‐ kien​ka wy​kła​dzi​ny. Żo​łą​dek wy​wra​ca mi się na nice. Skup się, Hen​ry. Za​cho​waj spo​kój. Po​zba​wio​ny ozdób po​kój ma kształt pro​sto​ką​ta, wy​mia​ry dwa na trzy me​try. Brak w nim ja​kich​kol​wiek me​bli poza trze​ma sza​fa​mi na akta. Świa​tło mru​ga, dwie dłu​gie ja​rze​niów​ki cią​‐ gną się pod przy​ku​rzo​ną, wi​szą​cą ni​sko opra​wą. Ofia​ra leży, opie​ra​jąc się ple​ca​mi o jed​ną z pół​otwar​tych sza​fek, zgi​nę​ła na ko​la​nach, gło​wę ma od​chy​lo​ną do tyłu, po​wie​ki roz​war​te, co su​ge​ru​je, że była zwró​co​na twa​rzą do za​bój​cy, być może bła​ga​ła o ży​cie. To prze​ze mnie. Nie ro​zu​miem jesz​cze wszyst​kie​go, ale to moja wina. Za​cho​waj spo​kój, Hen​ry. Skup się. Cu​lver​son szep​ce do Do​tse​tha, ten przy​ta​ku​je ru​chem gło​wy, re​cho​cząc w naj​lep​sze. McCon​nell za​pi​su​je coś w no​te​sie. Roz​bryzg krwi, od​wró​co​ny pół​księ​życ na tyn​ko​wa​nej ścia​nie za zwło​ka​mi, mro​wie ró​żo​wych i czer​wo​nych kro​pek two​rzą​‐ cych wzór przy​po​mi​na​ją​cy z grub​sza musz​lę. Cu​lver​son i Do​‐ tseth przy​pa​tru​ją mu się uważ​nie, po​tem od​chy​la​ją gło​wę ofia​‐ ry, by zna​leźć ranę wy​lo​to​wą. Kula prze​bi​ła kru​chą por​ce​la​nę czasz​ki po​mię​dzy ocza​mi, prze​wier​ci​ła się przez mózg i wy​‐ pry​snę​ła po​ty​li​cą. Tak to przy​naj​mniej wy​glą​da. Dok​tor Fen​ton po​wie nam, jak było na​praw​dę. Od​wra​cam się, wy​cho​dzę na ko​ry​tarz. Na prze​ciw​leg​łym krań​cu holu wi​dzę tro​je zbi​tych w cia​sną grup​kę pra​cow​ni​ków to​wa​rzy​stwa ubez​pie​cze​nio​we​‐ go, sto​ją przed za​krę​tem, za któ​rym znaj​du​ją się drzwi wej​‐

ścio​we do biu​ra. Za​uwa​ża​ją, że na nich pa​trzę, od​po​wia​da​ją spoj​rze​nia​mi, po czym milk​ną i roz​cho​dzą się do swo​ich po​ko​‐ jów. – Okay – mówi Cu​lver​son. – Za​bój​ca wcho​dzi tędy, ofia​ra znaj​du​je się tu​taj. Pro​stu​je się, robi kil​ka kro​ków w moją stro​nę, a po​tem wra​ca do zwłok po​wo​li, głę​bo​ko za​my​ślo​ny. – Może cze​goś szu​ka​ła w jed​nej z tych sza​fek? – pod​po​wia​da McCon​nell, co Cu​lver​son kwi​tu​je zdaw​ko​wym ski​nie​niem, a ja my​ślę: „Oczy​wi​ście, że tak”. Do​tseth upi​ja kawy, mru​czy z sa​tys​fak​cją, a Cu​lver​son kon​ty​‐ nu​uje: – Za​bój​ca ha​ła​su​je, być może ce​lo​wo. Ofia​ra się od​wra​ca. Od​twa​rza tę sce​nę, od​gry​wa​jąc obie role. Prze​chy​la gło​wę to w jed​ną, to w dru​gą stro​nę, za​sta​na​wia się, po​wta​rza se​kwen​‐ cje ru​chu, by le​piej pa​so​wa​ły do ukła​du. McCon​nell spi​su​je to wszyst​ko, ba​zgrząc szyb​ko w służ​bo​wym no​te​sie. Kie​dyś bę​‐ dzie z niej nie​zły de​tek​tyw. – Za​bój​ca przy​ku​ca, ofia​ra cofa się w sam róg, broń wy​pa​la… – Cu​lver​son sta​je w drzwiach, ukła​da pal​ce w pi​sto​let, imi​tu​je od​da​nie strza​łu, a po​tem wy​pro​sto​wa​nym pal​cem wska​zu​ją​‐ cym śle​dzi tor lotu po​ci​sku aż pod prze​ciw​le​głą ścia​nę, za​trzy​‐ mu​jąc się tuż przy ra​nie wlo​to​wej. – Hm… – mru​czy. McCon​nell w tym cza​sie za​glą​da do szaf​ki na akta. – Ta szu​fla​da jest pu​sta – stwier​dza. Cu​lver​son zer​ka jej przez ra​mię, ja nie ru​szam się z miej​sca. – No więc? – rzu​ca Do​tseth z ła​god​nym uśmie​chem. – Cho​dzi o je​den z tych za​daw​nio​nych ura​zów? „Mu​szą ją za​bić, za​nim zgi​nie?” Sły​sze​li​ście o fa​ce​cie, któ​ry po​wie​sił się w swo​jej daw​nej kla​sie? – Tak, tak – od​bur​ku​je Cu​lver​son, roz​glą​da​jąc się po po​miesz​‐ cze​niu.

Ja sku​piam uwa​gę na ofie​rze. Otwór wlo​to​wy wy​glą​da jak kra​ter wy​bi​ty w pół​ku​li jej czasz​ki. Opie​ram się o fra​mu​gę, z tru​dem ła​pię od​dech. – McCon​nell… – od​zy​wa się na​gle Cu​lver​son. – Słu​cham – od​po​wia​da na​tych​miast po​ste​run​ko​wa. – Po​roz​ma​wiaj z tymi ćwo​ka​mi – wska​zu​je kciu​kiem na biu​ro. – Po​tem sprawdź resz​tę bu​dyn​ku, stąd aż do par​te​ru. – Tak jest. – Prze​słu​chaj też tego dziad​ka z re​cep​cji. Ktoś mu​siał wi​dzieć wcho​dzą​ce​go za​bój​cę. – Tak jest. – Ho, ho, ho! – Do​tseth tłu​mi ziew​nię​cie. – Mamy praw​dzi​we do​cho​dze​nie. Zo​sta​ło nam… ile jesz​cze? Pół roku? Je​stem pod wra​że​niem. – Wszyst​ko dzię​ki mło​de​mu – rzu​ca Cu​lver​son. Nie od razu do mnie do​cie​ra, że mówi o mnie, po​nie​waż klę​czy te​raz i prze​cze​su​je pal​ca​mi wy​kła​dzi​nę w po​szu​ki​wa​niu łu​ski. – Przy​po​mniał nam, do cze​go zo​sta​li​śmy po​wo​ła​ni. Ocza​mi wy​obraź​ni oglą​dam nie​my film: ko​bie​ta szu​ka akt, smu​kłe pal​ce mu​ska​ją ko​lej​ne tecz​ki, na​gle roz​le​ga się trzask otwie​ra​ne​go za jej ple​ca​mi zam​ka. Od​wra​ca się – wy​ba​łu​sza oczy – bum! – Od​puść so​bie sze​fa, McCon​nell. Tego fa​ce​ta, któ​ry nas po​‐ wia​do​mił. Ja z nim po​ga​dam – de​cy​du​je Cu​lver​son, prze​glą​da​‐ jąc wła​sny no​tat​nik. – Na​zy​wa się Gom​pers – pod​po​wia​dam. – Wła​śnie, Gom​pers – po​wta​rza. – Pój​dziesz ze mną? – Tak… – Milk​nę, za​ci​skam zęby. – Nie. – Hen​ry? Sła​bo mi, prze​ra​że​nie kieł​ku​je we mnie, nie mogę od​dy​chać, czu​ję się tak, jak​bym miał w płu​cach ba​lon, któ​ry ktoś na​peł​‐ nia ga​zem albo tru​ci​zną. Ser​ce ło​mo​cze mi o że​bra ni​czym wię​zień, któ​ry pró​bu​je wy​wa​żyć drzwi celi.

– Nie, dzię​ki. – Wszyst​ko w po​rząd​ku, synu? – Do​tseth cofa się o krok, jak​‐ by się bał, że zwy​mio​tu​ję mu na buty. McCon​nell się​ga za ple​cy Na​omi, prze​su​wa pal​ca​mi po ścia​‐ nie. – Mu​sisz… – Ocie​ram dło​nią czo​ło, od​kry​wam, że jest całe mo​kre. Rana pod okiem za​czy​na znów bo​leć. – Za​py​taj Gom​‐ per​sa, ja​kie akta trzy​ma​li w tej szaf​ce. – Za​py​tam – obie​cu​je Cu​lver​son. – Mu​si​my mieć ko​pię każ​de​go pa​pier​ka, jaki się w niej znaj​‐ do​wał. – Ja​sne. – Mu​si​my usta​lić, cze​go bra​ku​je. – Ej, pa​trz​cie! – woła McCon​nell. Zna​la​zła kulę. Wy​dłu​ba​ła ją ze ścia​ny za gło​wą Na​omi. Nie wy​trzy​mu​ję, od​wra​cam się i ucie​kam. Za​ta​czam się po ko​ry​ta​‐ rzu, cu​dem znaj​du​ję wyj​ście na scho​dy, zbie​gam po nich, po​ko​‐ nu​jąc po dwa, trzy stop​nie na​raz, i w koń​cu kop​nię​ciem otwie​‐ ram drzwi. Wy​pa​dam do holu, po​tem na chod​nik i tam do​pie​ro ła​pię od​‐ dech. Bum!

*** Ale się po​ro​bi​ło… Co ja so​bie my​śla​łem? Wła​zisz do ga​bi​ne​tu lu​ster, ga​niasz za po​szla​ka​mi – pa​sek, za​czę​ty list, zwło​ki, otar​cie kost​ki, akta – jed​no po dru​gim, osza​ła​mia​ją​ca gra, wy​‐ star​czy raz wejść i czło​wiek uty​ka na wiecz​ność po​mię​dzy ko​‐ lej​ny​mi zwier​cia​dła​mi. Sie​dzę dzi​siaj przy kon​tu​arze, nie tam gdzie za​wsze, w loży, po​nie​waż nie zniósł​bym wi​do​ku miej​sca, w któ​rym Na​omi Ed​des wy​ja​wi​ła mi pod​czas lun​chu se​kret Pe​‐ te​ra Zel​la: że był uza​leż​nio​ny i fan​ta​zjo​wał o ode​bra​niu so​bie ży​cia w McDo​nal​dzie przy Main Stre​et.

Nie roz​po​zna​ję na​gra​nia, któ​re są​czy się te​raz z kuch​ni, w do​dat​ku to coś zu​peł​nie nie w moim gu​ście. Elek​tro​nicz​ny ło​mot na key​bo​ar​dach, pe​łen ostrych pi​sków, gwiz​dów i skrze​‐ ków. Przed sobą mam rów​no po​ukła​da​ne bru​lio​ny, sześć błę​kit​‐ nych pro​sto​ką​tów w rów​niut​kim rzę​dzie ni​czym kar​ty ta​ro​ta. Ga​pię się na ich okład​ki już od go​dzi​ny, apa​tycz​nie, nie​zdol​ny się prze​móc, by je otwo​rzyć i prze​czy​tać hi​sto​rię swo​jej po​‐ raż​ki. To sil​niej​sze ode mnie, my​śli kłę​bią mi się w gło​wie, błą​‐ dzą ni​czym po​nu​rzy, ob​ła​do​wa​ni to​bo​ła​mi uchodź​cy. Pe​ter Zell nie po​peł​nił sa​mo​bój​stwa. Zo​stał za​mor​do​wa​ny. Dok​tor Fen​ton to po​twier​dzi​ła. Na​omi rów​nież pa​dła ofia​rą mor​der​stwa. Ktoś strze​lił jej w gło​wę, gdy szu​ka​ła akt ubez​pie​cze​nio​wych, tych, o któ​rych roz​ma​wia​li​śmy po​przed​nie​go wie​czo​ra. Przed wyj​ściem przy​sia​dła w no​gach mo​je​go łóż​ka. Chcia​ła mi coś jesz​cze wy​znać, ale ugry​zła się w ję​zyk i po​szła do domu. Pe​ter po​wie​dział jej o McDo​nal​dzie: gdy​by miał ode​brać so​‐ bie ży​cie, zro​bił​by to wła​śnie tam. Sio​strze też o tym wspo​‐ mniał. Cie​ka​we, komu jesz​cze. Bu​te​lecz​ki z kap​suł​ka​mi mor​fi​ny owi​nię​te re​kla​mów​ką i ukry​‐ te w psiej bu​dzie. Nie zwra​cam uwa​gi na ku​bek sty​gną​cej kawy, któ​ry mam przed sobą na kon​tu​arze. Nie zwra​cam uwa​gi na le​wi​tu​ją​cy gdzieś nad moją gło​wą te​le​wi​zor. Re​por​ter stoi przed czymś, co wy​glą​da na pa​łac, i pod​nie​sio​nym gło​sem mówi o „po​mniej​‐ szej kon​fron​ta​cji, któ​ra przy​bie​ra roz​mia​ry kry​zy​su”. Pe​ter Zell i J.T. To​us​sa​int, An​dre​as, Na​omi Ed​des. – Już je​stem, sło​necz​ko – rzu​ca Ruth-Ann, ma na so​bie far​‐ tuch, w jed​nym ręku trzy​ma blo​czek za​mó​wień, w dru​gim dzier​ży uchwyt dzban​ka z kawą. – Co to za mu​zy​ka? – py​tam. – Gdzie Mau​ri​ce?

– Od​szedł – od​po​wia​da kel​ner​ka. – Strasz​nie dziś wy​glą​dasz. – Wiem, do​lej mi kawy, pro​szę. A do tego jesz​cze moja młod​sza sio​stra. Za​gi​nio​na, być może mar​twa albo za​mknię​ta w wię​zie​niu. Ko​lej​na ka​ta​stro​fa, któ​‐ rej nie umia​łem prze​wi​dzieć ani za​po​biec. Te​le​wi​zja po​ka​zu​je ma​te​riał, na któ​rym wi​dać sze​reg Pa​ki​‐ stań​czy​ków sie​dzą​cych za sto​łem, zie​lo​ne mun​du​ry woj​sko​we, zło​te epo​le​ty, je​den z nich prze​ma​wia z po​wa​gą do mi​kro​fo​nu. Fa​cet sie​dzą​cy dwa miej​sca ode mnie pry​cha po​gar​dli​wie. Sku​‐ piam na nim uwa​gę, gość w śred​nim wie​ku, nosi kurt​kę har​ley​‐ ow​ców, ma su​mia​ste wąsy i so​lid​ną bro​dę. – Mogę? – pyta, na co wzru​szam ra​mio​na​mi, a on wdra​pu​je się nie​zręcz​nie na ladę i ba​lan​su​jąc na klęcz​kach, wy​cią​ga rękę, by zmie​nić ka​nał. Moja ko​mór​ka za​czy​na wi​bro​wać. Cu​lver​son. – Cześć. – Jak się czu​jesz, Hen​ry? – Do​brze – od​po​wia​dam. – Dzię​ki za tro​skę. Pa​ki​stań​czy​cy znik​nę​li z ekra​nu te​le​wi​zo​ra, za​stą​pił ich pre​‐ zen​ter sto​ją​cy na tle pi​ra​mi​dy pusz​ko​wa​ne​go żar​cia z przy​kle​‐ jo​nym do twa​rzy ob​sce​nicz​nym uśmie​chem. Cu​lver​son stresz​cza mi do​tych​cza​so​we usta​le​nia. Oko​ło czter​na​stej pięt​na​ście The​odo​re Gom​pers, sie​dzą​cy we włas​‐ nym ga​bi​ne​cie w to​wa​rzy​stwie flasz​ki, usły​szał strzał, ale że był zbyt pi​ja​ny, by zro​zu​mieć, co się dzie​je, do​pie​ro po dłuż​szej chwi​li po​szedł szu​kać źró​dła ha​ła​su. Ko​lej​ne ileś mi​nut stra​cił na to, by do​trzeć do wła​ści​we​go po​miesz​cze​nia, czy​li cia​sne​go ar​chi​wum, w któ​rym zna​lazł cia​ło Na​omi. Na po​li​cję za​dzwo​nił o czter​na​stej dwa​dzie​ścia sześć. – A co z resz​tą pra​cow​ni​ków? – W cza​sie za​bój​stwa na miej​scu był tyl​ko Gom​pers. Obec​nie ma trzech pod​wład​nych, ale wszy​scy roz​ko​szo​wa​li się dłu​gim

lun​chem w Bar​ley Ho​use. – A to pech. – Ow​szem. Zbie​ram błę​kit​ne bru​lio​ny, ro​bię z nich sto​sik, po​tem znów je roz​kła​dam, two​rząc tym ra​zem kwa​drat, coś w ro​dza​ju for​ty​fi​‐ ka​cji ota​cza​ją​cych ku​bek z kawą. Cu​lver​son za​mie​rza prze​‐ pro​wa​dzić ba​da​nie zna​le​zio​ne​go po​ci​sku, ist​nie​je bo​wiem szan​sa, choć nie​wiel​ka, że pi​sto​let, z któ​re​go od​da​no strzał, zo​stał na​by​ty le​gal​nie, jesz​cze przed po​ja​wie​niem się aste​ro​‐ idy, a co za tym idzie, bę​dzie​my mo​gli go na​mie​rzyć. Ką​tem oka ob​ser​wu​ję, jak fa​cet obok zbie​ra z ta​le​rza roz​la​ne żółt​ko ka​wał​kiem pie​czy​wa. Pre​zen​ter te​le​wi​zyj​ny z nie​sma​kiem ci​‐ ska pusz​kę do śmiet​ni​ka i pre​zen​tu​je wi​dzom fi​ku​śne urzą​dze​‐ nie do pa​ko​wa​nia próż​nio​we​go. Wła​śnie wsy​pu​je do sta​lo​we​go lej​ka mi​secz​kę tru​ska​wek. Cu​lver​son re​fe​ru​je, że McCon​nell prze​cze​sa​ła całą resz​tę Wa​ter West Bu​il​ding, czte​ry pię​tra po​‐ miesz​czeń biu​ro​wych, z któ​rych po​ło​wa świe​ci już pust​ka​mi. Oczy​wi​ście nikt nie wi​dział ani nie sły​szał ni​cze​go nie​zwy​kłe​‐ go. Lu​dzie mają wszyst​ko gdzieś. Sta​ru​szek z dol​ne​go holu stwier​dził, że do bu​dyn​ku nie wszedł ani z nie​go nie wy​szedł nikt, kogo by nie znał, lecz poza głów​nym są jesz​cze dwa tyl​ne wej​ścia, z któ​rych jed​no pro​wa​dzi pro​sto na rzad​ko uży​wa​ną klat​kę scho​do​wą, a wszyst​kie ka​me​ry mo​ni​to​rin​gu już daw​no zo​sta​ły roz​kra​dzio​ne. Wię​cej po​szlak. Wię​cej za​ga​dek. Wię​cej fak​tów. Pa​trzę na te​le​wi​zor, gdzie pre​zen​ter wrzu​ca do lej​ka kar​ton ja​gód i włą​cza urzą​dze​nie. Mój są​siad przy la​dzie ko​men​tu​je to gwiz​dem peł​nym apro​ba​ty. – A co… – za​czy​nam. Na​gle za​mie​ram w bez​ru​chu, sie​dzę tam, trzy​ma​jąc się obie​‐ ma rę​ka​mi za gło​wę. Znie​nac​ka mu​szę pod​jąć de​cy​zję, czy opusz​czę to mia​sto i po​ja​dę na pół​noc do Ma​ine, gdzie wy​naj​‐ mę dom nad za​to​ką Ca​sco i będę tam sie​dział przy oknie z pi​‐

sto​le​tem na po​do​rę​dziu i cze​kał na ko​niec, czy zo​sta​nę tu​taj i do​koń​czę tę spra​wę. I wszyst​kie na​stęp​ne też. – Hen​ry? – od​zy​wa się Cu​lver​son. – …z ak​ta​mi? – do​kań​czam py​ta​nie i chrzą​kam. Sia​dam pro​‐ ściej na stoł​ku, wty​kam pa​lec w jed​no ucho, by za​głu​szyć pre​‐ zen​te​ra i kosz​mar​ną mu​zy​kę. Się​gam po bru​lio​ny. – Co z ak​ta​‐ mi? – A, tak, akta – rzu​ca Cu​lver​son. – Cho​ler​nie po​moc​ny pan Gom​pers stwier​dził, cy​tu​ję, że je​śli o nie cho​dzi, je​ste​śmy w krop​ce. – Aha. – Rzu​cił okiem na ar​chi​wum i osza​co​wał, że może bra​ko​wać kil​ku​dzie​się​ciu te​czek, ale nie jest w sta​nie okre​ślić, któ​rych rosz​czeń one do​ty​czy​ły, kto nad nimi pra​co​wał i tak da​lej. Od​‐ pu​ści​li so​bie pra​cę na kom​pu​te​rach w stycz​niu, a nikt nie po​‐ my​ślał o tym, aby ro​bić ko​pie za​pa​so​we pa​pie​ro​wych do​ku​‐ men​tów. – A to pech – pod​su​mo​wu​ję, wyj​mu​jąc dłu​go​pis, by to wszyst​‐ ko za​no​to​wać. – Ju​tro spró​bu​ję na​mie​rzyć ko​goś z bli​skich albo przy​ja​ciół ofia​ry, prze​ka​żę im złe wie​ści i spraw​dzę przy oka​zji, co wie​‐ dzą. – Ja to zro​bię – ofe​ru​ję. – Se​rio? – Jak naj​bar​dziej. – Je​steś pe​wien? – Zaj​mę się wszyst​kim. Cho​wam ko​mór​kę, zbie​ram bru​lio​ny. Py​ta​nie po​zo​sta​je to samo: dla​cze​go? Dla​cze​go ktoś miał​by to ro​bić? Dla​cze​go te​‐ raz? Mor​der​stwo z zim​ną krwią. Z ja​kie​go po​wo​du, w ja​kim celu? Sie​dzą​cy dwa miej​sca da​lej wą​sacz znów wy​da​je to dziw​ne prych​nię​cie, po​nie​waż pro​gram zo​stał przer​wany wia​do​mo​‐

ścia​mi. Ja​kieś ko​bie​ty w aba​jach ucie​ka​ją w pa​ni​ce we wszyst​‐ kich kie​run​kach, w tle opusz​czo​ne brud​ne tar​go​wi​sko. Fa​cet spo​glą​da na mnie smut​no, po​trzą​sa gło​wą, jak​by chciał po​wie​dzieć: „No po​patrz tyl​ko, chło​pie”, czu​ję, że za chwi​lę mnie za​gad​nie, tak po ludz​ku, żeby ulżyć ser​cu, na co zu​peł​nie nie mam cza​su ani sił. Cze​ka mnie ro​bo​ta do wy​ko​na​nia.

*** W domu zdej​mu​ję rze​czy, w któ​rych ga​nia​łem cały dzień – do kost​ni​cy, do bazy Gwar​dii Na​ro​do​wej, na miej​sce zbrod​ni – a po​tem za​mie​ram na środ​ku sy​pial​ni i roz​glą​dam się uważ​nie. Mi​nio​nej nocy, tuż po dwu​na​stej, obu​dzi​łem się w tym po​ko​ju w po​dob​nym mro​ku i do​strze​głem Na​omi w drzwiach. Pod​‐ świet​lona bla​skiem wkła​da​ła przez gło​wę czer​wo​ną su​kien​kę. Po​grą​żo​ny w my​ślach, prze​cha​dzam się ner​wo​wo. Wło​ży​ła su​kien​kę, po​tem przy​sia​dła na skra​ju ma​te​ra​ca i za​‐ czę​ła mó​wić – chcia​ła mi coś wy​znać – ale po​wstrzy​ma​ła się z ja​kie​goś po​wo​du. „Nie​waż​ne”, rzu​ci​ła. Krą​żę wol​nym kro​kiem po wła​snej sy​pial​ni. Ho​udi​ni za​trzy​‐ mu​je się w pro​gu, jest nie​spo​koj​ny. Na​omi za​czę​ła coś mó​wić, za​mil​kła, zmie​ni​ła zda​nie i do​da​ła: „Było cu​dow​nie. Ni​g​dy tego nie za​po​mnę. Bez wzglę​du na to, jak to wszyst​ko się skoń​czy”. Krą​żę na​dal, pstry​ka​jąc pal​ca​mi, przy​gry​za​jąc koń​ców​kę wąsa. Choć po​wie​dzia​ła wła​śnie to, za​mie​rza​ła wy​znać coś zu​‐ peł​nie in​ne​go. Kła​dę się i za​pa​dam w nie​spo​koj​ny sen. Po​cisk, któ​ry prze​‐ szył czasz​kę Na​omi, zmie​nia się w ogni​stą kulę ude​rza​ją​cą w kru​chą po​wierzch​nię na​szej pla​ne​ty, roz​oru​je po​ła​cie lądu, wy​rzu​ca w nie​bo gła​zy i zie​mię, opa​da na dno oce​anu, pie​niąc go i za​mie​nia​jąc wodę w parę. Brnie co​raz głę​biej, nisz​czy wszyst​ko po dro​dze, uwal​nia zma​ga​zy​no​wa​ną ener​gię ki​ne​‐ tycz​ną, po czym znów jako po​cisk prze​szy​wa mózg, roz​pru​wa

sza​rą masę, roz​dzie​ra ner​wy, two​rzy ciem​ność, wy​sy​sa ży​cie ze​wsząd, do​kąd do​trze. Bu​dzi mnie blask słoń​ca są​czą​cy się do wnę​trza sy​pial​ni. W gło​wie mam już plan na​stęp​nych kro​ków do​cho​dze​nia. Trop, któ​rym po​dą​żę, jest tak nie​wy​raź​ny, że nie​mal nie​‐ uchwyt​ny.

2. To nie moje mor​der​stwo, tyl​ko Cu​lver​so​na, mimo to jadę znów do cen​trum, do Wa​ter West Bu​il​ding, jak zwie​rzę, któ​re było świad​kiem po​żar​cia po​bra​tym​ca i od tam​tej pory wra​ca w to miej​sce nie​ustan​nie, by za​spo​ko​ić nie​zdro​wą fa​scy​na​cję. Po Eagle Squ​are krą​ży ja​kiś drab – ubra​ny w przy​du​żą par​kę i fu​trza​ną cza​pę, nosi z przo​du i z tyłu ta​bli​cę z na​pi​sem wy​‐ ma​lo​wa​nym wiel​ki​mi ko​śla​wy​mi li​te​ra​mi: CZY ONI MAJĄ NAS ZA GŁUP​KÓW? Łazi tak, po​trzą​sa​jąc bez chwi​li wy​tchnie​nia dzwon​kiem, jak​by był Świę​tym Mi​ko​ła​jem z Ar​mii Zba​wie​nia. – Ej – woła w moim kie​run​ku. – Wiesz może, któ​ra go​dzi​na? Po​chy​lam gło​wę, igno​ru​ję go, otwie​ram drzwi. W holu nie ma sta​rusz​ka. Idę scho​da​mi na dru​gie pię​tro, nie ob​wiesz​czam swo​je​go przy​by​cia, jak wy​pa​da, lecz mi​jam se​‐ kre​ta​riat i znaj​du​ję pana Gom​per​sa tam, gdzie się go spo​dzie​‐ wam, za biur​kiem z orze​cha. – Och – bąka za​sko​czo​ny, pró​bu​jąc wstać, by mnie po​wi​tać. – Ja już wczo​raj po​wie​dzia​łem pań​skie​mu ko​le​dze wszyst​ko, co wie​dzia​łem o bied​nej Na​omi. – Wiem – po​ta​ku​ję, za​uwa​ża​jąc, że prze​rzu​cił się ze szkla​ne​‐ czek na ku​fle. – Po​wie​dział pan, ale nie wszyst​ko. – Słu​cham? Czu​ję w trze​wiach taki chłód, jak​by mi ktoś wy​ciął ko​lej​no wszyst​kie or​ga​ny, a po​tem po​wkła​dał je po​now​nie na chy​bił tra​fił. Ude​rzam dłoń​mi o blat biur​ka Gom​per​sa i po​chy​lam się moc​no. On cofa się, pró​bu​je unik​nąć miaż​dżą​ce​go spoj​rze​nia. Wiem, jak wy​glą​dam. Nie​ogo​lo​ny, wy​mi​ze​ro​wa​ny, z si​no​fio​le​‐ to​wą opu​chli​zną ota​cza​ją​cą śnież​no​bia​ły opa​tru​nek na oku.

– Gdy roz​ma​wia​li​śmy w ze​szłym ty​go​dniu, wspo​mniał mi pan, że wa​sza ma​cie​rzy​sta fir​ma z Oma​hy ma fio​ła na punk​cie za​‐ po​bie​ga​nia wy​łu​dze​niom od​szko​do​wań. – Co? Nic nie pa​mię​tam – beł​ko​cze. – Na​praw​dę? Pro​szę spoj​rzeć – war​czę, a on wzdry​ga się, gdy rzu​cam przed nie​go błę​kit​ny bru​lion. – Pro​szę czy​tać. Gom​pers na​wet nie drgnie, więc mó​wię mu, co za​pi​sa​łem: – Stwier​dził pan, że fir​mie za​le​ży wy​łącz​nie na ochro​nie zy​‐ sku. Wczo​raj jed​nak za​pew​nił pan de​tek​ty​wa Cu​lver​so​na, że nie dys​po​nu​je​cie ko​pia​mi za​gi​nio​nych akt. – No bo wi​dzi pan, od​kąd prze​szli​śmy cał​ko​wi​cie na pa​pier… – mam​ro​cze. – Ser​we​ry… – Nie pa​trzy na mnie, utkwił spoj​‐ rze​nie w zdję​ciu sto​ją​cym na bla​cie, przed​sta​wia ono cór​kę, któ​ra wy​je​cha​ła do No​we​go Or​le​anu. – Wszy​scy pań​scy pra​cow​ni​cy spraw​dza​ją rosz​cze​nia, nie ko​‐ rzy​sta​jąc ze wspar​cia kom​pu​te​rów, ale ża​den z nich nie za​bez​‐ pie​cza się, ko​piu​jąc naj​waż​niej​sze do​ku​men​ty? To chce mi pan po​wie​dzieć? – Cóż. Ja… – Gom​pers spo​glą​da w kie​run​ku okna, a po​tem sku​pia wzrok na mnie. Po jego oczach wi​dzę, że ura​czy mnie tym sa​mym tek​stem. – Na​praw​dę bar​dzo mi przy​kro, ale… Wy​ry​wam Gom​per​so​wi ku​fel z dło​ni i ci​skam nim w okno. Roz​bi​ja się, za​sy​pu​jąc wy​kła​dzi​nę gra​dem odłam​ków szkła, lodu i kro​pel roz​la​ne​go dżi​nu. Gom​pers gapi się na mnie, ła​‐ piąc po​wie​trze ni​czym wy​ję​ta z wody ryba. Wy​obra​żam so​bie Na​omi – wszyst​ko, cze​go chcia​ła, to na​pi​sać ide​al​ną vil​la​nel​lę – no​szą​cą mu bu​tel​ki al​ko​ho​lu ze skle​pu na rogu, a po​tem chwy​tam dra​nia za kla​py i uno​szę z fo​te​la. Czu​ję, jak jego si​‐ nie​ją​ce ciel​sko drży pod na​cis​kiem mo​ich dło​ni. – Czyś pan osza​lał? – Gdzie są ko​pie tych akt? – W Bo​sto​nie. W biu​rze re​gio​nal​nym. Przy Sta​te Stre​et. – Po​‐ luź​niam uchwyt, ale tyl​ko odro​bi​nę. – Każ​de​go wie​czo​ra ar​chi​‐

wi​zu​je​my wy​ni​ki po​stę​po​wań i wy​sy​ła​my je do Bo​sto​nu – in​for​‐ mu​je mnie płacz​li​wym to​nem. – Tam je de​po​nu​je​my, okay? Pusz​czam go, więc opa​da na biur​ko i ze​śli​zgu​je się jak ro​bal na sie​dzi​sko fo​te​la. – Pro​szę mnie po​słu​chać, pa​nie wła​dzo… – za​czy​na, ale wcho​‐ dzę mu w sło​wo. – Je​stem de​tek​ty​wem. – De​tek​ty​wie. Oni za​my​ka​ją biu​ra jed​no po dru​gim. Szu​ka​ją pre​tek​stów. Stam​ford. Mont​pe​lier. Nie wiem, co po​cznę, je​śli i nas zli​kwi​du​ją. Nie mamy żad​nych oszczęd​no​ści. To zna​czy moja żona i ja. – Głos za​czy​na mu drżeć. – Nie prze​trwa​my. – Spo​glą​dam na nie​go ostro. – Je​śli za​dzwo​nię do nich i po​pro​‐ szę o zwrot de​po​zy​tów, za​py​ta​ją, do cze​go mi są po​trzeb​ne, a ja… – Tra​ci dech, pró​bu​je wziąć się w garść, ja nie spusz​‐ czam jed​nak wzro​ku. – Co mam im po​wie​dzieć, że ukra​dzio​no mi do​ku​men​ta​cję, że… że paru mo​ich pra​cow​ni​ków nie żyje? – Spo​glą​da na mnie, oczy ma za​łza​wio​ne, wiel​kie jak spodki, skam​le jak dzie​ciak. – Ja tyl​ko chcę tu pra​co​wać. Pro​szę mi po​zwo​lić do​trwać do koń​ca. Bar​dzo pro​szę. Łka, ukry​wa twarz w dło​niach. Mam tego dość. Aste​ro​ida jest ide​al​ną wy​mów​ką dla wie​lu osób, nie​uchron​nym zde​rze​‐ niem tłu​ma​czą wszyst​kie wred​ne, sa​mo​lub​ne za​cho​wa​nia, kry​‐ ją się za jej ogo​nem jak dzie​ci za mat​czy​ną spód​ni​cą. – Przy​kro mi – pro​stu​ję ple​cy – ale musi mi pan do​star​czyć ko​pie tych akt. Chcę mieć do​stęp do każ​de​go kwit​ka, któ​ry znik​nął, a pan wska​że mi po​nad​to, nad któ​ry​mi pra​co​wał Pe​ter Zell. Ro​zu​mie​my się? – Ja… – Bie​rze się w garść, sia​da pro​ściej, wy​dmu​chu​je nos w chu​s​tecz​kę. – Spró​bu​ję. – Pro​szę nie pró​bo​wać – rzu​cam, od​wra​ca​jąc się na pię​cie. – Pro​szę to zro​bić. Ma pan czas do ju​tra rana.

***

Scho​dzę na par​ter po​wo​li, cały ro​ze​dr​ga​ny, wy​koń​czo​ny, po​‐ zba​wio​ny ener​gii. Gdy przy​ci​ska​łem Gom​per​sa, nie​bo uzna​ło, że czas na ze​sła​nie nam ko​lej​nej por​cji tej okrop​nej mar​z​ną​cej mżaw​ki, tak więc te​raz czu​ję ją na twa​rzy, prze​mie​rza​jąc po​‐ now​nie Eagle Squ​are w dro​dze do auta. Fa​cet z ta​bli​cą wciąż krę​ci się przed bu​dyn​kiem, wi​dzę zna​jo​‐ mą par​kę i na​stro​szo​ną fu​trza​ną cza​pę, sły​szę po​now​nie, jak woła: „Wie pan, któ​ra go​dzi​na?”. Igno​ru​ję go, ale za​stę​pu​je mi dro​gę. Chro​ni się za ta​bli​cą z na​pi​sem CZY ONI MAJĄ NAS ZA GŁUP​KÓW? jak cen​tu​rion za tar​czą, rzu​cam więc pół​gło​sem: „Prze​pra​szam pana”, na co on nie re​agu​je, a do mnie do​cie​ra w tym mo​men​cie, że mam przed sobą fa​ce​ta spo​tka​ne​go mi​‐ nio​nej nocy w So​mer​set Di​ner. Nie ma te​raz na so​bie kurt​ki har​ley​ow​ca, ale roz​po​zna​ję su​mia​sty wąs, czer​wo​ne po​licz​ki i te smut​ne oczy. – Ty je​steś Hen​ry Pa​la​ce, nie? – za​ga​du​je. – Tak – po​twier​dzam, za póź​no uświa​da​mia​jąc so​bie, co za​raz na​stą​pi. Się​gam do ka​bu​ry pod pa​chą, ale fa​cet mnie uprze​dza, pusz​‐ cza ta​bli​cę i dźga mnie czymś pod że​bro. Zer​kam w dół. To pi​‐ sto​let, krót​ki, czar​ny, pa​skud​ny. – Nie ru​szaj się. – Okay – od​po​wia​dam. Nie​ru​cho​mie​je​my po​środ​ku pla​cu, rów​no mok​nąc. Chod​ni​‐ kiem prze​cho​dzą ja​cyś lu​dzie, mi​ja​ją nas w od​le​gło​ści paru me​trów, ale prze​cież leje i jest tak po​twor​nie zim​no, że każ​dy roz​sąd​ny czło​wiek kuli się i spusz​cza wzrok. Nikt nas nie za​‐ uwa​ża. Zresz​tą i tak wszy​scy są zo​bo​jęt​nia​li. – Nie od​zy​waj się. – Do​brze. – Okay. Dy​szy cięż​ko. Wąsy i bro​dę ma upstrzo​ne żół​ta​wy​mi pla​ma​mi jak po ni​ko​ty​nie z pa​pie​ro​sów. W od​de​chu wy​czu​wam woń

dymu. – Gdzie ona jest? – sy​czy. Skie​ro​wa​na ku gó​rze lufa wrzy​na mi się bo​le​śnie w cia​ło, wiem, gdzie do​trze kula, je​śli zo​sta​nie wy​strze​lo​na: prze​bi​je skó​rę, po​tem mię​śnie i tra​fi pro​sto w ser​ce. – Kto? – py​tam. Przy​po​mi​na mi się atak po​piel​nicz​ką w wy​ko​na​niu To​us​sa​in​‐ ta. Aby po​rwać się na coś ta​kie​go, mu​siał być na​praw​dę zde​‐ spe​ro​wa​ny, tak przy​naj​mniej twier​dzi​ła Ali​son. Te​raz mam przed sobą fa​ce​ta, któ​ry w bia​ły dzień za​ata​ko​wał funk​cjo​na​‐ riu​sza po​li​cji, w do​dat​ku uży​wa​jąc bro​ni pal​nej, co jest po​waż​‐ nym prze​stęp​stwem. To de​spe​rat. Czu​ję, jak lufa wrzy​na mi się moc​niej w bok. – Gdzie ona jest? – pyta po​now​nie. – Ale kto? – Nico. O Boże. Nico. Pada na nas co​raz moc​niej, ale na​dal się nie ru​sza​my. Nie mam na so​bie na​wet płasz​cza prze​ciw​desz​czo​‐ we​go, tyl​ko sza​rą ma​ry​nar​kę i nie​bie​ski kra​wat. Zza kon​te​ne​‐ ra na śmie​ci wy​bie​ga szczur i mknie przez plac w kie​run​ku Main Stre​et. Śle​dzę go wzro​kiem, pod​czas gdy na​past​nik ob​li​‐ zu​je ner​wo​wo war​gi. – Nie wiem, gdzie jest Nico – za​pew​niam go. – Wiesz, do​brze to wiesz. Wci​ska lufę głę​biej w bok osło​nię​ty cien​ką ba​weł​nia​ną ko​szu​‐ lą, czu​ję, że pal​ce go świerz​bią, by po​cią​gnąć za spust, ta go​‐ to​wość do dzia​ła​nia roz​grze​wa na​wet lo​do​wa​ty me​tal lufy. Ocza​mi wy​obraź​ni wi​dzę otwór wlo​to​wy na czo​le Na​omi, tuż nad pra​wym ką​ci​kiem le​we​go oka. Tak mi jej bra​ku​je. Zim​no tu, twarz mam całą mo​krą. Czap​kę zo​sta​wi​łem w sa​mo​cho​‐ dzie, tam gdzie psa. – Pro​szę mnie po​słu​chać – mó​wię, pod​no​sząc głos, by prze​‐ krzy​czeć bęb​nie​nie desz​czu. – Nie wiem, gdzie ona jest. Sam

pró​bo​wa​łem ją zna​leźć. – Pie​prze​nie. – Mó​wię praw​dę. – Pie​prze​nie. – Kim pan jest? – To nie po​win​no cię in​te​re​so​wać. – Okay. – Je​stem jej przy​ja​cie​lem, ro​zu​miesz? Je​stem przy​ja​cie​lem De​re​ka. – Okay – po​wta​rzam, pró​bu​jąc so​bie przy​po​mnieć wszyst​ko, co Ali​son mó​wi​ła na te​mat Ske​ve’a i jego nie​do​rzecz​nej or​ga​‐ ni​za​cji: ra​port Mary Catch​man, taj​ne bazy na Księ​ży​cu. Bred​‐ nie i bzdu​ry, a mimo to zna​la​złem się w tej sy​tu​acji: je​śli fa​cet na​ci​śnie spust odro​bi​nę moc​nej, zgi​nę na miej​scu. – Gdzie jest De​rek? – py​tam, ale mój prze​śla​dow​ca pry​cha tyl​ko gniew​nie, po czym war​czy: „Ty dup​ku”, cofa rękę, tę, w któ​rej nie trzy​ma bro​ni, i ude​rza mnie pię​ścią w skroń. Świat za​czy​na mi wi​ro​wać przed ocza​mi, tra​cę ostrość wi​dze​‐ nia, zgi​nam się wpół, a on ude​rza mnie jesz​cze raz, tym ra​zem sier​pem od dołu, w szczę​kę, więc lecę do tyłu, walę po​ty​li​cą w ce​gla​ną ścia​nę bu​dyn​ku. Nie​mal na​tych​miast czu​ję po​now​‐ nie na​cisk lufy, pi​sto​let znów wbi​ja mi się pod że​bra. Sto​ję chwiej​nie, cze​ka​jąc, aż świat prze​sta​nie się krę​cić jak osza​la​‐ ły, czu​ję krew są​czą​cą się z roz​cię​tej war​gi do ust, puls ło​mo​‐ cze mi w gło​wie, opa​tru​nek na oku na​sią​ka desz​czem. Prze​śla​dow​ca przy​su​wa się bli​żej, sy​czy mi pro​sto w ucho: – De​rek Ske​ve nie żyje, o czym do​sko​na​le wiesz, po​nie​waż to ty go za​bi​łeś. – To nie… – usta mam peł​ne krwi, mu​szę ją naj​pierw wy​pluć – …ja. – No tak, ty go tyl​ko ka​za​łeś za​bić, to na​praw​dę żad​na róż​ni​‐ ca. – Nie wiem, o czym pan mówi.

To za​baw​ne, my​ślę so​bie. Gdy świat prze​sta​je wi​ro​wać, w polu wi​dze​nia znów się po​ja​‐ wia twarz roz​wście​czo​ne​go wą​sa​cza i zi​mo​wy pej​zaż znaj​du​‐ ją​ce​go się za nim pla​cu. W pew​nym sen​sie do​my​śla​łem się tego. Gdy​by ktoś mnie za​py​tał, po​wie​dział​bym, że Ske​ve pew​‐ nie nie żyje. Nie zdą​ży​łem jed​nak za​sta​no​wić się nad tym głę​‐ biej. Boże, któ​re​goś ran​ka obu​dzę się i wszy​scy wo​kół będą mar​twi. Od​wra​cam gło​wę, splu​wam ko​lej​ną stru​gą czar​nej krwi. – Pro​szę po​słu​chać – rzu​cam naj​spo​koj​niej jak umiem. – Daję sło​wo… Nie, pro​szę na mnie spoj​rzeć. Pro​szę pa​trzeć mi w oczy. – Prze​śla​dow​ca pod​no​si gło​wę, na jego ob​li​czu ma​lu​je się strach, usta drga​ją pod gę​stym za​ro​stem; przez mo​ment wy​glą​da​my jak para gro​te​sko​wych ko​chan​ków, któ​rzy spo​glą​‐ da​ją so​bie w oczy na pu​stym zmro​żo​nym pla​cu, mimo że dzie​li ich pi​sto​let. – Nie mam po​ję​cia, gdzie jest te​raz Nico. Nie wiem też, gdzie po​dział się Ske​ve. Jed​nak​że mogę panu po​‐ móc, je​śli tyl​ko po​wie mi pan wszyst​ko, co wie na ten te​mat. Prze​śla​dow​ca za​sta​na​wia się nad tą pro​po​zy​cją. Wi​dzę we​‐ wnętrz​ne roz​dar​cie w jego wiel​kich smęt​nych oczach. W pew​‐ nym mo​men​cie otwie​ra usta, dy​szy cięż​ko. Po​tem nie​spo​dzie​‐ wa​nie rzu​ca pod​nie​sio​nym gło​sem: – Kła​miesz. Wiesz, gdzie są. Nico mó​wi​ła, że jej brat ma plan, ja​kiś taj​ny po​li​cyj​ny plan… – Co ta​kie​go? – Że wy​cią​gnie De​re​ka… – Co? – Nico po​wie​dzia​ła, że jej brat ma plan, że zdo​bę​dzie dla niej wóz… – Za​raz… chwi​lecz​kę… Leje jak z ce​bra. – Po​tem oni za​bi​ja​ją De​re​ka, a mnie cu​dem uda​je się uciec. Wy​cho​dzę na ze​wnątrz, ale jej ni​g​dzie nie ma.

– Nie mam po​ję​cia, o co w tym wszyst​kim cho​dzi. – Ow​szem, masz. Sły​szę ostre me​ta​licz​ne klik​nię​cie, gdy od​bez​pie​cza broń. Krzy​czę dwu​krot​nie, po​tem skła​dam dło​nie jak do klaś​nię​cia. Wą​sacz rzu​ca: „Ejże!”, ale za​głu​sza go war​cze​nie do​bie​ga​ją​ce od stro​ny chod​ni​ka. Gość ob​ra​ca gło​wę w kie​run​ku źró​dła ha​‐ ła​su, a ja walę go w twarz obie​ma rę​ka​mi, tak że leci do tyłu i pada na ple​cy. – Cho​le​ra! – ję​czy, le​żąc na chod​ni​ku, a ja do​by​wam służ​bo​‐ wej bro​ni i mie​rzę w nie​go, pro​sto w tors, ale tra​cę rów​no​wa​‐ gę, po​nie​waż ten ruch oka​zał się zbyt gwał​tow​ny, w do​dat​ku jest bar​dzo ciem​no, twarz mam za​la​ną desz​czem, jak na złość znów za​czy​nam wi​dzieć po​dwój​nie i chy​ba ce​lu​ję nie w tego fa​ce​ta co trze​ba, gdyż na​gle ktoś mnie ko​pie. Wą​sacz ze​rwał się z zie​mi i przy​ło​żył mi z pół​ob​ro​tu, więc walę się na zie​mię jak oba​lo​ny po​mnik dyk​ta​to​ra. Prze​ta​czam się szyb​ko, roz​glą​‐ dam po pla​cu. Nic. Ci​sza. Deszcz. – A niech to – mru​czę, sia​da​jąc. Wy​cią​gam chu​s​tecz​kę i przy​ci​skam ją do roz​cię​tej war​gi. Ho​‐ udi​ni pod​bie​ga, sta​je przede mną, pod​ska​ku​je, po​pi​sku​je, więc wy​cią​gam do nie​go rękę, po​zwa​lam mu ją ob​wą​chać. – On kła​mie – za​pew​niam psa. Dla​cze​go Nico mia​ła​by ko​muś opo​wia​dać, że mam plan wy​do​‐ sta​nia De​re​ka z wię​zie​nia? Skąd mo​gła​by wy​trza​snąć sa​mo​‐ chód? Pro​blem w tym, że fa​ce​ci po​kro​ju wą​sa​cza są za​zwy​czaj zbyt głu​pi, by kła​mać. Czło​wiek wie​rzą​cy w to, że nasz rząd zdo​łał w cią​gu ostat​nich kil​ku lat zbu​do​wać w se​kre​cie cały sys​tem baz na ciem​nej stro​nie Księ​ży​ca – że wy​da​li​śmy gi​gan​tycz​ne pie​nią​dze na wy​pa​dek po​ten​cjal​ne​go, zgo​ła nie​praw​do​po​dob​‐ ne​go za​gro​że​nia – musi być skoń​czo​nym dur​niem. To dziw​ne, my​ślę so​bie, z tru​dem wsta​jąc z chod​ni​ka. Moja sio​stra jest zbyt mą​dra, by uwie​rzyć w ta​kie bzdu​ry.

Ocie​ram usta rę​ka​wem i ru​szam chwiej​nym kro​kiem do sa​‐ mo​cho​du. Ona na​praw​dę jest mą​dra. Zde​cy​do​wa​nie za mą​dra na coś rów​nie dur​ne​go. – Hm – mru​czę. – Hmm…

*** Go​dzi​nę póź​niej znów je​stem w Cam​brid​ge, na za​la​nym desz​‐ czem pla​cu na​prze​ciw Ha​rvard Yard. Nie​opo​dal przy​cup​nął krąg ob​dar​tej bez​dom​nej mło​dzie​ży, da​lej tań​czy para hi​pi​sów, ja​kiś czło​wiek sprze​da​je książ​ki z wóz​ka na za​ku​py, za nim ko​‐ bie​ta w bluz​ce bez ra​mią​czek ba​lan​su​je na mo​no​cy​klu, żon​glu​‐ jąc krę​gla​mi i śpie​wa​jąc: Que Sera, Sera. Sta​rusz​ka w srebr​‐ nym spodnium pali skrę​ta z ma​ri​hu​any na prze​mian z czar​no​‐ skó​rym męż​czy​zną no​szą​cym mun​dur z de​mo​bi​lu. Roz​cią​gnię​‐ ty na scho​dach pi​jak chra​pie gło​śno, spodnie ma prze​mo​czo​ne ury​ną. Wszyst​ko to dzie​je się pod czuj​nym okiem po​li​cjan​ta sta​no​we​go z Mas​sa​chu​setts. Lu​strza​ne oku​la​ry prze​ciw​sło​‐ necz​ne po​ły​sku​ją z jego ran​ger​skie​go ka​pe​lu​sza. Ki​wam mu gło​wą, krót​ko, jak gli​niarz gli​nia​rzo​wi, ale nie re​agu​je. Prze​cho​dzę na dru​gą stro​nę Mt. Au​burn Stre​et i znaj​du​ję kiosk z za​czer​nio​ny​mi okna​mi. Na​dal nie mam po​ję​cia, gdzie pra​cu​je Ali​son Ko​ech​ner, a pod jej daw​nym nu​me​rem nikt nie od​bie​ra te​le​fo​nów, zo​sta​ło mi więc tyl​ko to miej​sce, któ​re zwy​‐ kła czę​sto od​wie​dzać. – No, no – rzu​ca na mój wi​dok Dok​tor Kawa. – Czyż​by moje ne​me​zis? – Słu​cham? – Mru​żę po​wie​ki, roz​glą​da​jąc się po ciem​nym po​‐ miesz​cze​niu, ale prócz tego dzie​cia​ka i mnie nie ma ni​ko​go. Dok​tor Kawa uno​si ręce, uśmie​cha się sze​ro​ko. – Żar​to​wa​łem, czło​wie​ku. Tak tyl​ko ga​dam. – Wska​zu​je mnie obie​ma rę​ka​mi, jak​by mie​rzył z pi​sto​le​tów. – Wy​glą​dasz mi, przy​ja​cie​lu, na ko​goś, komu przy​da​ło​by się po​rząd​ne lat​te.

– Nie, dzię​ku​je, bar​dziej przy​da​ła​by mi się in​for​ma​cja. – Nie sprze​da​ję in​for​ma​cji, tyl​ko kawę. Krzą​ta się za kon​tu​arem, zwin​nie i szyb​ko, wsta​wia lej​ko​wa​‐ ty filtr do eks​pre​su, po chwi​li wyj​mu​je go po​now​nie, od​mie​rza zmie​lo​ną kawę i ugnia​ta. – By​łem tu​taj kil​ka dni temu. – Sko​ro tak mó​wisz – rzu​ca obo​jęt​nie chło​pak, nie od​ry​wa​jąc wzro​ku od eks​pre​su. Pa​pie​ro​we kub​ki wciąż sto​ją rzę​dem na la​dzie, każ​dy przy​‐ dzie​lo​ny do in​ne​go kon​ty​nen​tu, wy​star​czy po​dejść i ob​sta​wić. Ten z na​pi​sem Ame​ry​ka Pół​noc​na mie​ści tyl​ko dwa zia​ren​ka, w Azji znaj​du​je się cała garść, po​dob​nie jak w Afry​ce. Pro​wa​‐ dzi jed​nak An​tark​ty​da, kawa za​czy​na się z niej wy​sy​py​wać. Po​‐ boż​ne ży​cze​nia. Jak​by to cho​ler​stwo mo​gło za​ryć w lód i zga​‐ snąć jak świecz​ka. – Przy​sze​dłem w to​wa​rzy​stwie ko​bie​ty. Mniej wię​cej tego wzro​stu, krót​kie rude wło​sy. Ład​na. Kiwa gło​wą, na​le​wa​jąc mle​ka z kar​to​nu do nie​wiel​kie​go sta​‐ lo​we​go dzba​nusz​ka. – Ja​sne. – Pod​ty​ka na​czyn​ko pod pa​row​nik, prze​krę​ca włącz​‐ nik i za​czy​na spie​niać. – Dok​tor Kawa pa​mię​ta wszyst​ko. – Znasz ją? – Nie znam, ale czę​sto wi​du​ję. – Okay. Tra​cę na mo​ment kon​cen​tra​cję, za​uro​czo​ny przy​glą​dam się dzba​nusz​ko​wi Dok​to​ra Kawy, a po​tem wzdry​gam się, gdy za​‐ bie​ra go rap​tow​nym ru​chem spod pa​row​ni​ka, tuż przed tym, nim spie​nio​ne mle​ko prze​le​je się przez kra​wędź. – Ta-dam! – Chciał​bym zo​sta​wić jej wia​do​mość. – Na​praw​dę? Dok​tor Kawa uno​si brew. Ja ma​su​ję się po boku, na któ​rym lufa pi​sto​le​tu wą​sa​cza zo​sta​wi​ła spo​ry si​niec, tuż pod li​nią że​‐

ber. – Prze​każ jej, że był tu​taj Hen​ry. – To mogę zro​bić. – I do​daj, że mu​szę się z nią jesz​cze raz zo​ba​czyć. – To też mogę zro​bić. – Zdej​mu​je z ha​czy​ka nie​wiel​ką ce​ra​‐ micz​ną fi​li​żan​kę i naj​pierw na​peł​nia ją odro​bi​ną espres​so, a po​tem na wierzch na​kła​da gru​bą war​stwę spie​nio​ne​go mle​‐ ka. Ta sztu​ka wy​ma​ga odro​bi​ny ge​niu​szu, nie mó​wiąc już o nie​sa​mo​wi​tym wy​czu​ciu. – Nie za​wsze się tym zaj​mo​wa​łeś – stwier​dzam. – Mó​wię o pa​rze​niu kawy. – Nie – przy​zna​je, nie od​ry​wa​jąc wzro​ku od swe​go dzie​ła. Chwy​ta fi​li​żan​kę w dło​nie i za​czy​na nią de​li​kat​nie ko​ły​sać, wy​‐ cza​ro​wu​jąc ciem​ny wzór na spie​nio​nej bie​li. – Stu​dio​wa​łem ma​te​ma​ty​kę sto​so​wa​ną – wy​ja​śnia, wska​zu​jąc le​d​wie za​uwa​‐ żal​nym ski​nie​niem gło​wy sto​ją​cy po dru​giej stro​nie uli​cy bu​dy​‐ nek Uni​wer​sy​te​tu Ha​rvar​da. Mo​ment póź​niej spo​glą​da na mnie z pro​mien​nym uśmie​chem. – Ale wiesz, co mó​wią lu​dzie – kwi​tu​je, po​da​jąc mi lat​te z nie​mal ide​al​nym li​ściem dębu wy​ry​‐ so​wa​nym na pian​ce. – Ma​te​ma​ty​ka sto​so​wa​na nie ma przy​‐ szło​ści. Pa​trzy na mnie wy​cze​ku​ją​co, wiem, że spo​dzie​wa się po mnie śmie​chu, ale ja po​zo​sta​ję po​waż​ny. Oko mnie boli. War​ga pie​‐ cze w miej​scu pęk​nię​cia. – Dasz jej znać, że Hen​ry tu był? – Tak, ko​leś. Po​wiem jej. – Prze​każ jej też… – Wła​śnie, w su​mie dla​cze​go by nie? – Prze​każ jej, że Hen​ry Pa​la​ce chce wie​dzieć, co się kry​je za tą Ver​ne’owską księ​ży​co​wą ście​mą. Zda​ję so​bie spra​wę, że coś jest na rze​czy, i chcę się do​wie​dzieć, kto i po co to robi. – Wow. Czło​wie​ku, to do​pie​ro tre​ści​wa wia​do​mość. Wy​cią​gam port​fel z kie​sze​ni, ale Dok​tor Kawa po​wstrzy​mu​je mnie przed jego otwar​ciem.

– Nie, nie – rzu​ca. – To na koszt fir​my. Będę szcze​ry, przy​ja​‐ cie​lu. Nie wy​glą​dasz za do​brze.

3. De​tek​ty​wi roz​wa​ża​ją wszyst​kie moż​li​wo​ści, bio​rą pod uwa​gę każ​dy splot wy​da​rzeń, któ​ry mógł do​pro​wa​dzić do zbrod​ni, usta​la​ją naj​praw​do​po​dob​niej​sze z nich, ty​pu​ją wła​ści​we. Na​omi zo​sta​ła za​mor​do​wa​na, gdy prze​glą​da​ła akta ubez​pie​‐ cze​nio​we, nad któ​ry​mi pra​co​wał Pe​ter. A ro​bi​ła to, po​nie​waż wie​dzia​ła, że uwa​żam je za waż​ny trop, i chcia​ła mi po​móc w do​cho​dze​niu. Na​omi zo​sta​ła za​mor​do​wa​na, gdy prze​glą​da​ła akta, by zde​‐ cy​do​wać, któ​rych nie po​wi​nie​nem zo​ba​czyć. Ktoś ją za​strze​lił. Nie​zna​jo​my? Wspól​nik? Przy​ja​ciel? Po​wrót z Cam​brid​ge do Con​cord zaj​mu​je mi go​dzi​nę. Go​dzi​‐ na jaz​dy wy​mar​łą au​to​stra​dą, od jed​ne​go znisz​czo​ne​go dro​go​‐ wska​zu przy zjeź​dzie do ko​lej​ne​go; po dro​dze mi​jam wy​łącz​‐ nie je​le​nie, któ​re za​trzy​mu​ją się bo​jaź​li​wie na po​bo​czu pół​noc​‐ nej nit​ki dzie​więć​dzie​siąt​ki trój​ki. My​ślę o Na​omi sto​ją​cej w drzwiach mo​jej sy​pial​ni. Noc z po​nie​dział​ku na wto​rek. Im dłu​żej się nad tym za​sta​na​wiam, tym bar​dziej je​stem prze​ko​‐ na​ny, że to, co za​mie​rza​ła mi po​wie​dzieć – to, co za​czę​ła mó​‐ wić, ale zre​zy​gno​wa​ła w pół sło​wa – nie do​ty​czy​ło war​stwy uczu​cio​wej, lecz pro​wa​dzo​ne​go prze​ze mnie śledz​twa. Kto jed​nak stał​by pół​na​gi, ską​pa​ny bla​skiem księ​ży​ca i mó​wił dru​giej oso​bie o szcze​gó​łach do​ty​czą​cych spor​nych umów i kwot ubez​pie​czeń? Tu mu​sia​ło cho​dzić o coś in​ne​go, ale nie do​wiem się już ni​g​dy o co, mimo że na​praw​dę bar​dzo tego chcę. Za​zwy​czaj gdy pod​jeż​dżam pod ko​men​dę miej​ską, zo​sta​wiam wóz na wol​nym po​wie​trzu i wcho​dzę tyl​ny​mi drzwia​mi pro​wa​‐ dzą​cy​mi na kry​ty par​king. Tego po​po​łu​dnia z ja​kie​goś po​wo​du

wy​bie​ram dłuż​szą dro​gę, ob​cho​dzę bu​dy​nek i ko​rzy​stam z fron​to​we​go wej​ścia, tego sa​me​go, któ​rym do​sta​łem się na ko​men​dę po raz pierw​szy, gdy mia​łem czte​ry czy pięć lat. Wi​‐ tam się z Mi​riam, któ​ra pra​cu​je na daw​nym sta​no​wi​sku mo​jej mamy, i wcho​dzę szyb​ko na pię​tro, by za​dzwo​nić do ro​dzi​ny Na​omi. Pro​blem jed​nak w tym, że sta​cjo​nar​ne li​nie nie dzia​ła​ją. Nie sły​szę cha​rak​te​ry​stycz​nych dźwię​ków wy​bie​ra​nia ani na​‐ wet szu​mu w tle. Apa​rat jest mar​twy. Spraw​dzam prze​wód od biur​ka do gniazd​ka i z po​wro​tem, po​tem na​cis​kam kil​ka​krot​‐ nie wi​deł​ki. Roz​glą​dam się po po​ko​ju, przy​gry​za​jąc war​gę. Wszyst​ko wy​glą​da nor​mal​nie: biur​ka, sto​sy do​ku​men​tów, szaf​‐ ki na akta, pa​pier​ki po ka​nap​kach, pusz​ki po na​po​jach, bla​de słoń​ce prze​świ​tu​ją​ce przez brud​ne szy​by je​dy​ne​go okna. Prze​‐ cho​dzę na dru​gi kra​niec po​miesz​cze​nia, do biur​ka Cu​lver​so​na, pod​no​szę słu​chaw​kę jego apa​ra​tu. To samo: ci​sza ab​so​lut​na. Od​kła​dam słu​chaw​kę ostroż​nie na wi​deł​ki. – Coś się spie​przy​ło – stwier​dza McGul​ly, sta​jąc w pro​gu z rę​‐ ka​mi skrzy​żo​wa​ny​mi na pier​si. Rę​ka​wy blu​zy ma pod​wi​nię​te, cy​ga​ro ster​czy mu z ką​ci​ka ust. – Do​brze mó​wię? – Ow​szem – przy​zna​ję. – Nie mogę za​dzwo​nić. – Czu​bek pie​przo​nej góry lo​do​wej – war​czy, gme​ra​jąc w kie​‐ sze​niach spodni od dre​su w po​szu​ki​wa​niu za​pa​łek. – Coś się kroi, Nowy. – Ta… – rzu​cam, ale on chy​ba mówi po​waż​nie, od cza​su gdy go po​zna​łem, ni​g​dy jesz​cze nie miał ta​kiej miny. Pod​cho​dzę do biur​ka An​dre​asa, od​su​wam krze​sło i spraw​‐ dzam jego te​le​fon. Nic. Sły​szę, że w po​ko​ju so​cjal​nym dwa po​‐ miesz​cze​nia da​lej roz​ma​wia paru Je​ży​ków. Je​den się śmie​je, dru​gi mówi: „Więc ja mu na to: słu​chaj, cze​kaj”. Gdzieś trza​‐ ska​ją drzwi, ktoś bie​gnie ko​ry​ta​rzem. – Wpa​dłem z sa​me​go rana na ko​men​dan​ta – in​for​mu​je mnie McGul​ly, wcho​dząc do po​ko​ju i opie​ra​jąc się o ścia​nę przy

grzej​ni​ku. – No to mó​wię mu: „Cześć, dup​ku”, jak co dzień, a on mija mnie bez sło​wa. Jak​bym był ja​kimś cho​ler​nym du​‐ chem. – No, no. – A te​raz mają tam ja​kąś na​ra​dę. W ga​bi​ne​cie Or​dle​ra. Ko​‐ men​dant, za​stęp​cy ko​men​dan​ta. Do tego ban​da pa​lan​tów, któ​‐ rych nie znam. – Pró​bu​je za​pa​lić cy​ga​ro. – W pa​no​ra​micz​nych oku​la​rach prze​ciw​sło​necz​nych. – W oku​la​rach prze​ciw​sło​necz​nych? – Tak. Po​wta​rza „w oku​la​rach prze​ciw​sło​necz​nych” ta​kim to​nem, jak​by te sło​wa mia​ły ukry​te zna​cze​nie, ale co​kol​wiek chce prze​my​cić, ja tego nie ła​pię. I tak słu​cham go tyl​ko jed​nym uchem. Na po​ty​li​cy mam pul​su​ją​ce​go guza, na​bi​łem go so​bie tego ran​ka, wa​ląc o ce​gla​ną ścia​nę na Eagle Squ​are. – Za​pa​mię​taj moje sło​wa, mło​dy… – Ce​lu​je we mnie nie​za​pa​‐ lo​nym cy​ga​rem, ma​cha nim na wszyst​kie stro​ny jak Duch Przy​‐ szłych Świąt. – Coś się, kur​wa, kroi.

*** Hol głów​ne​go od​dzia​łu miej​skiej bi​blio​te​ki pu​blicz​nej wy​peł​‐ nia kla​sy​ka, naj​więk​sze hity za​chod​nie​go ka​no​nu two​rzą spo​rą pi​ra​mi​dę. Ody​se​ja, Ilia​da, Aj​schy​los i We​rgi​liusz to jej pod​sta​‐ wa. Szek​spir i Chau​cer dru​gi po​ziom, po​tem są now​sze utwo​‐ ry, a ca​łość wień​czy Słoń​ce też wscho​dzi He​min​gwaya. Ni​ko​‐ mu nie chcia​ło się za​ty​tu​ło​wać tej wy​sta​wy, ale jej prze​sła​nie wy​da​je się aż na​zbyt oczy​wi​ste: „Książ​ki, któ​re war​to prze​‐ czy​tać przed śmier​cią”. Ja​kiś żar​tow​niś, być może na​wet ten sam, któ​ry za​pę​tlił na​gra​nie R.E.M. w sza​fie gra​ją​cej u Pan​nu​‐ cie​go, do​dał do sto​su ksią​żek Ostat​ni brzeg, wci​ska​jąc go mię​‐ dzy Mia​stecz​ko Mid​dle​march” a Oli​ve​ra Twi​sta. Wyj​mu​ję ten to​mik i przed zej​ściem do piw​ni​cy, gdzie znaj​du​je się księ​go​‐ zbiór pod​ręcz​ny, od​no​szę na re​gał z fan​ta​sty​ką.

Do​cho​dzę do wnio​sku, że tak mu​sia​ło wy​glą​dać ży​cie po​li​‐ cjan​ta w epo​ce przed​cy​fro​wej. Dziw​ną przy​jem​ność spra​wia mi wer​to​wa​nie gru​bej jak ce​gła książ​ki te​le​fo​nicz​nej Ma​ry​lan​‐ du, prze​su​wa​nie pal​cem wska​zu​ją​cym po ko​lej​nych ko​lum​nach drob​ne​go dru​ku, wresz​cie wy​szu​ki​wa​nie po​żą​da​ne​go na​zwi​‐ ska. Czy po tym wszyst​kim będą jesz​cze po​li​cjan​ci, tego nie wiem. Nie, ra​czej ich nie bę​dzie, a w każ​dym ra​zie na pew​no nie po​ja​wią się od razu. W Ga​ithes​bur​gu znaj​du​ję trzy nu​me​ry na​le​żą​ce do ko​goś no​‐ szą​ce​go na​zwi​sko Ed​des. Prze​pi​su​ję je uważ​nie do błę​kit​ne​go bru​lio​nu, po czym wra​cam na górę i mi​ja​jąc Szek​spi​ra i Joh​na Mil​to​na, do​cie​ram do sta​ro​mod​nej bud​ki te​le​fo​nicz​nej sto​ją​cej przy głów​nym wej​ściu. Jest ko​lej​ka, mu​szę więc od​cze​kać pra​‐ wie dzie​sięć mi​nut, ga​piąc się przez wy​so​kie zdob​ne okno na wą​tłe bez​list​ne ga​łę​zie mi​kre​go gra​bu ro​sną​ce​go przed bi​blio​‐ te​ką. W koń​cu nad​cho​dzi moja ko​lej, na​bie​ram tchu i wy​stu​ku​‐ ję pierw​szy nu​mer. Ron i Emi​ly Ed​des miesz​ka​ją​cy na Ma​ry​land Ave​nue. Nie od​‐ bie​ra​ją, nie mają też au​to​ma​tycz​nej se​kre​tar​ki. Ma​ria Ed​des, za​miesz​ka​ła przy Au​tumn Hill Pla​ce. Od​bie​ra, ale po pierw​sze spra​wia wra​że​nie oso​by bar​dzo mło​dej, a po dru​gie mówi wy​łącz​nie po hisz​pań​sku. Uda​je mi się jed​nak za​‐ py​tać ła​mań​cem, czy zna Na​omi Ed​des, na co od​po​wia​da, że nie. Prze​pra​szam ją za kło​pot i od​wie​szam słu​chaw​kę. Na ze​wnątrz znów pada. Wy​bie​ram ostat​ni nu​mer. Wsłu​chu​‐ jąc się w sy​gnał, ob​ser​wu​ję sa​mot​ny owal​ny liść trzy​ma​ją​cy się jed​nej z ga​łę​zi, któ​ry ko​ły​sze się pod ude​rze​nia​mi kro​pel desz​czu. – Halo. – Wil​liam Ed​des? – Tak, tu Bill. Kto mówi? Za​ci​skam zęby. Przy​kła​dam dłoń do czo​ła. Żo​łą​dek zwi​ja mi się w su​peł.

– Czy jest pan krew​nym ko​bie​ty o na​zwi​sku Na​omi Ed​des? Mo​ment ci​szy, któ​ra na​stę​pu​je po mo​ich sło​wach, jest trud​ny do znie​sie​nia, bo​le​sny. Roz​ma​wiam z oj​cem Na​omi. – Pro​szę pana? – za​ga​du​ję w koń​cu. – Kto mówi? – po​wta​rza chłod​nym, for​mal​nym to​nem. – De​tek​tyw Hen​ry Pa​la​ce – od​po​wia​dam. – Je​stem po​li​cjan​‐ tem w Con​cord w sta​nie New Hamp​shi​re. Od​wie​sza słu​chaw​kę. Liść gra​bu, ten ostat​ni, któ​ry jesz​cze przed mo​men​tem chwiał się pod na​po​rem desz​czu, znik​nął. Roz​glą​dam się i mam wra​że​nie, że wi​dzę miej​sce, gdzie wy​lą​do​wał, czar​ną plam​kę na po​ła​ci po​kry​te​go siną bre​ją traw​ni​ka. Wy​bie​ram po​now​nie nu​mer Bil​la Ed​de​sa, ale tym ra​zem nikt nie od​bie​ra. Obok bud​ki za​trzy​mu​je się ja​kaś sta​rusz​ka, stoi opar​ta o wó​‐ zek na za​ku​py, jaki moż​na zna​leźć przed każ​dym su​per​mar​ke​‐ tem. Wpa​tru​je się we mnie, więc uno​szę rękę w prze​pra​sza​ją​‐ cym ge​ście i po raz trze​ci pró​bu​ję do​dzwo​nić się do Bil​la Ed​‐ de​sa. Nie dzi​wi mnie, że znów nie od​bie​ra ani że sy​gnał milk​‐ nie na​gle jak no​żem ucię​ty. Oj​ciec Na​omi, sto​jąc w sa​lo​nie albo w kuch​ni, wy​rwał prze​wód z gniazd​ka, a te​raz owi​ja go me​to​dycz​nie wo​kół apa​ra​tu i od​kła​da wszyst​ko na pół​kę albo do sza​fy, jak coś, o czym woli się nie pa​mię​tać. – Prze​pra​szam pa​nią – mó​wię, otwie​ra​jąc drzwi sta​rusz​ce z wóz​kiem, a ona pyta: – Co ci się sta​ło w twarz, chłop​cze? Nie od​po​wia​dam. Wy​cho​dzę z bi​blio​te​ki, ssąc ko​niec wąsa, jed​ną dłoń trzy​mam na pier​si, czu​ję bi​cie ser​ca… Cho​le​ra… To jest to… Cho​le​ra… Za​czy​nam biec, pę​dzę przez po​kry​ty ma​zią traw​nik w kie​run​ku za​par​ko​wa​ne​go sa​mo​cho​du.

*** Con​cord to nie​wiel​ka miej​sco​wość, ra​zem z przed​mie​ścia​mi zaj​mu​je ja​kieś sto pięć​dzie​siąt ki​lo​me​trów kwa​dra​to​wych, ile

więc może za​jąć do​jazd z cen​trum do szpi​ta​la, zwłasz​cza że na uli​cach nie ma ani jed​ne​go sa​mo​cho​du? Dzie​sięć mi​nut to zbyt mało, by roz​gryźć pro​blem, ale wy​star​cza, bym zy​skał pew​ność, że dam so​bie z tym radę, że roz​wią​żę spra​wę tego mor​der​stwa – a na​wet tych mor​derstw – po​nie​waż oba po​peł​‐ nił ten sam spraw​ca. Je​stem wła​śnie na skrzy​żo​wa​niu Lan​gley Par​kway z dro​gą nu​mer dzie​więć, pa​trzę na szpi​tal miej​ski, któ​ry wy​glą​da z tej per​spek​ty​wy jak dzie​cię​cy za​mek usta​wio​ny na pa​gór​ku; ota​‐ cza​ją go inne za​bu​do​wa​nia i par​kin​gi, biu​ra i kli​ni​ki. Nowe skrzy​dło, któ​re nie zo​sta​ło i nie zo​sta​nie już ukoń​czo​ne, sto​sy drew​na, ta​fle szkła, rusz​to​wa​nia ukry​te pod plan​de​ka​mi. Za​trzy​mu​ję się na par​kin​gu, nie wy​sia​dam, bęb​nię pal​ca​mi o kie​row​ni​cę. Bill Ed​des za​re​ago​wał tak nie bez po​wo​du, a ja wiem, jaki to po​wód. Z tego fak​tu wy​ni​ka na​stęp​ny, któ​ry pro​wa​dzi mnie do ko​lej​‐ ne​go. Czu​ję się, jak​bym wszedł do ciem​ne​go po​ko​ju i za​uwa​żył je​‐ dy​ne źró​dło świa​tła, ja​kim jest le​d​wie wi​docz​na szcze​li​na pod drzwia​mi znaj​du​ją​cy​mi się na prze​ciw​le​głym krań​cu. Gdy otwo​rzę te drzwi, tra​fię do ko​lej​ne​go po​miesz​cze​nia, nie​co tyl​‐ ko ja​śniej​sze​go od po​przed​nie​go, i do​strze​gę na​stęp​ne drzwi na​prze​ciw, a pod nimi odro​bi​nę ja​śniej​szy blask. Mu​szę prze​mie​rzać te po​ko​je je​den po dru​gim, każ​dy z nich bę​dzie le​piej oświe​tlo​ny. Nad wej​ściem znaj​du​je się rząd sfe​rycz​nych lamp, wszyst​kie świe​ci​ły, gdy by​łem tu​taj ostat​nim ra​zem, a te​raz dwie są prze​‐ pa​lo​ne i nikt się tym nie przej​mu​je. Nasz świat roz​pa​da się ka​‐ wa​łek po ka​wał​ku, wszyst​ko drży i sy​pie się w gru​zy na samą myśl o nad​cho​dzą​cej za​gła​dzie, a każ​dy taki nie​wiel​ki uby​tek ma swo​je kon​se​kwen​cje.

Za pod​ko​wia​stą ladą re​cep​cji nie ma dzi​siaj żad​nej wo​lon​ta​‐ riusz​ki, wi​dzę tyl​ko zbi​tą w cia​sną grup​kę ro​dzi​nę sie​dzą​cą na jed​nej z roz​sta​wio​nych pod ścia​na​mi ka​nap. Mat​ka, oj​ciec i dzie​ciak, gdy prze​cho​dzę, wszy​scy spo​glą​da​ją na mnie wy​lęk​‐ nio​nym wzro​kiem, jak​bym był po​słań​cem przy​no​szą​cym im złe wie​ści, na któ​re cze​ka​ją. Od​po​wia​dam prze​pra​sza​ją​cym ge​‐ stem, po czym za​trzy​mu​ję się po​środ​ku holu, roz​glą​dam na wszyst​kie stro​ny, pró​bu​jąc zna​leźć ko​ry​tarz pro​wa​dzą​cy do win​dy B. Mija mnie pie​lę​gniar​ka w szpi​tal​nym stro​ju, za​trzy​muje się w drzwiach, prze​kli​na pod no​sem, po czym za​wra​ca. Chy​ba wiem, w któ​rą stro​nę po​wi​nie​nem się udać, ro​bię więc dwa kro​ki i nie​mal na​tych​miast do​świad​czam prze​nik​li​we​go bólu w za​ban​da​żo​wa​nym oku. Sy​czę, przy​ci​skam dłoń do opa​‐ trun​ku, ale to tyle, nie mam cza​su na roz​czu​la​nie się nad sobą. Od​czu​wam ból, po​nie​waż… jak to zwięź​le uję​ła dok​tor Wil​‐ ton, opa​tru​jąc mi ranę… pa​nu​je nie​do​bór środ​ków uśmie​rza​ją​‐ cych. Fak​ty łą​czą się same, od​ży​wa​ją w mo​jej pa​mię​ci, po czym same usta​wia​ją się we wła​ści​wej ko​lej​no​ści, je​den za dru​gim, two​rząc coś na kształt kon​ste​la​cji. Nie czu​ję jed​nak za​do​wo​le​‐ nia, nic mnie nie cie​szy, gdyż ból jest na​praw​dę nie​zno​śny. I na twa​rzy, i w boku po​trak​to​wa​nym lufą pi​sto​le​tu, i na po​ty​li​cy, któ​rą przy​wa​li​łem w ścia​nę. My​ślę za to: „Hen​ry, ty dur​niu”. Tak, dur​niu, po​nie​waż gdy​bym umiał cof​nąć się w cza​sie i spoj​‐ rzeć na fak​ty trzeź​wo, już daw​no do​szedł​bym do praw​dy i roz​‐ wią​zał spra​wę za​bój​stwa Pe​te​ra Zel​la, a spra​wy Na​omi Ed​des w ogó​le by nie było. Moja łysa przy​ja​ciół​ka na​dal by żyła. Drzwi win​dy roz​su​wa​ją się, więc wcho​dzę do ka​bi​ny. Je​stem je​dy​nym pa​sa​że​rem, wy​so​ki mil​czą​cy jed​no​oki po​li​‐ cjant prze​su​wa​ją​cy pal​ca​mi po pa​ne​lu z gu​zi​ka​mi ni​czym śle​‐ piec czy​ta​ją​cy braj​la, pró​bu​ją​cy zna​leźć od​po​wie​dzi. Jeż​dżę dłuż​szą chwi​lę to w górę, to w dół.

– Gdzie? – mru​czę do sie​bie. – Gdzie byś to trzy​mał? Wiem, że w tym bu​dyn​ku musi być gdzieś kry​jów​ka po​dob​na do psiej budy J.T. To​us​sa​in​ta, miej​sce, w któ​rym skła​do​wa​ny jest to​war do sprze​da​ży i utarg. Każ​dy szpi​tal jed​nak to ogrom​na bu​dow​la, peł​na ką​tów na​da​ją​cych się na skryt​ki – wszel​kich ma​ga​zyn​ków, ga​bi​ne​tów, biur i ko​ry​ta​rzy​ków – a zwłasz​cza taki szpi​tal, po​grą​żo​ny w cha​osie ni​g​dy nie ukoń​‐ czo​nej prze​bu​do​wy. Tu​taj są set​ki ide​al​nych schow​ków. W koń​cu de​cy​du​ję się opu​ścić win​dę, wy​sia​dam z ka​bi​ny w pod​zie​miach i znaj​du​ję dok​tor Fen​ton w jej ga​bi​ne​cie, na koń​cu krót​kie​go łącz​ni​ka opo​dal kost​ni​cy. Po​miesz​cze​nie jest małe, ale za​dba​ne, ozdo​bio​ne świe​żo ścię​ty​mi kwia​ta​mi, ro​‐ dzin​ny​mi zdję​cia​mi i pla​ka​tem re​kla​mu​ją​cym wy​stęp Mi​cha​iła Ba​rysz​ni​ko​wa i ba​le​tu Bol​szoj z ty​siąc dzie​więć​set sie​dem​‐ dzie​sią​te​go trze​cie​go roku. Dok​tor Fen​ton wy​glą​da na za​sko​czo​ną i nie​za​do​wo​lo​ną z tej wi​zy​ty. Minę ma taką, jak​by wła​śnie za​uwa​ży​ła w ogro​dzie ja​‐ kie​goś szkod​ni​ka, na przy​kład szo​pa, któ​re​go – jak są​dzi​ła – po​zby​ła się na do​bre. – Cze​go? Mó​wię więc, cze​go po​trze​bu​ję, i py​tam, ile cza​su to zaj​mie w nor​mal​nych oko​licz​no​ściach. Krzy​wi się i rzu​ca ta​kim to​nem, jak​by to wy​ra​że​nie daw​no już zmie​ni​ło zna​cze​nie: – W nor​mal​nych oko​licz​no​ściach? – Tak. W nor​mal​nych oko​licz​no​ściach. – Od dzie​się​ciu do dwu​dzie​stu je​den dni – stwier​dza – acz​kol​‐ wiek przy obec​nym sta​nie za​trud​nie​nia na Ha​zen Dri​ve bę​dzie to ra​czej od czte​rech do sze​ściu ty​go​dni. – Do​brze, ro​zu​miem, ale czy może to pani dla mnie zro​bić na ju​tro rano? – py​tam, spo​dzie​wa​jąc się wy​bu​chu wzgar​dli​we​go śmie​chu i od razu ukła​da​jąc so​bie w my​ślach treść bar​dziej bła​gal​nej proś​by.

Dok​tor Fen​ton jed​nak zdej​mu​je oku​la​ry, wsta​je z krze​sła i przy​glą​da mi się uważ​nie. – Dla​cze​go tak bar​dzo chce pan do​pro​wa​dzić do roz​wią​za​nia tej spra​wy? – Dla​te​go, że… – Roz​kła​dam ręce. – Dla​te​go, że trze​ba ją roz​wią​zać. – Okay – rzu​ca, po czym obie​cu​je, że zro​bi, o co pro​szę, je​śli obie​cam, że już ni​g​dy, prze​nig​dy, pod żad​nym po​zo​rem nie zaj​‐ rzę ani nie za​dzwo​nię do jej biu​ra. Wra​ca​jąc do win​dy, znaj​du​ję miej​sce, któ​re​go szu​ka​łem. Aż się za​chły​stu​ję. Szczę​ka mi opa​da, po czym mó​wię: „O mój Boże!”. Mój głos od​bi​ja się wie​lo​krot​nym echem od ścian ko​‐ ry​ta​rza. Nim na po​wrót za​pad​nie ci​sza, pę​dzę w kie​run​ku biu​‐ ra dok​tor Fen​ton, aby po​pro​sić ją o jesz​cze jed​ną przy​słu​gę.

*** Moja ko​mór​ka nie dzia​ła. Nie ma za​się​gu. Usłu​ga nie​do​stęp​‐ na. Robi się co​raz go​rzej. Mogę je so​bie z ła​two​ścią wy​obra​zić: za​nie​dba​ne masz​ty prze​kaź​ni​ków, chy​lą​ce się z wol​na, a po​tem prze​wra​ca​ją​ce. Ka​ble po​zry​wa​ne, bez​u​ży​tecz​ne. Jadę po​now​nie do bi​blio​te​ki, wrzu​cam ćwierć​do​la​rów​ki do par​ko​me​tru. Cze​kam w dłu​gim ogon​ku do bud​ki te​le​fo​nicz​nej, a gdy przy​cho​dzi w koń​cu moja ko​lej, ła​pię po​ste​run​ko​wą McCon​nell w domu. – O, cześć, Hen​ry – wita mnie. – Pra​cu​jesz te​raz na pię​trze. Mo​żesz mi po​wie​dzieć, co się tam u was na gó​rze dzie​je? Co sze​fo​wie kom​bi​nu​ją? – Nie mam po​ję​cia. – Ta​jem​ni​czy fa​ce​ci w oku​la​rach prze​ciw​‐ sło​necz​nych. Sło​wa McGul​ly’ego: „Coś się, kur​wa, kroi”. – Po​‐ trze​bu​ję two​jej po​mo​cy. Masz ja​kieś ciu​chy poza spodnia​mi? – Słu​cham?

McCon​nell za​pi​su​je, do​kąd ma się udać i kie​dy, by spo​tkać się z dok​tor Fen​ton na​za​jutrz rano. Przed bud​ką usta​wia się znów ko​lej​ka. Po​ja​wia się zna​jo​ma sta​rusz​ka z wóz​kiem na za​ku​py. Ma​cha do mnie obie​ma rę​ka​mi, jak​by chcia​ła się przy​wi​tać, za nią sta​je biz​nes​men w brą​zo​wym gar​ni​tu​rze, z nie​od​łącz​nym ne​se​se​rem, i mat​ka z dwie​ma bliź​niacz​ka​mi. Przy​sta​wiam po​‐ li​cyj​ną od​zna​kę do szy​by, po czym przy​ku​cam, sta​ra​jąc się przy​jąć jak naj​wy​god​niej​szą po​zy​cję w tej nie​wiel​kiej, oto​czo​‐ nej drew​nem prze​strze​ni. Do​bi​jam się do de​tek​ty​wa Cu​lver​so​na przez jego CB i mó​wię, że roz​wią​za​łem spra​wę. – Cho​dzi o tego wi​siel​ca? – Tak. A przy oka​zji spra​wę za​bój​stwa Na​omi Ed​des. – Co? – Two​ją spra​wę też roz​wią​za​łem – uści​ślam. – To ten sam za​‐ bój​ca. Wy​łusz​czam mu wszyst​ko do​kład​nie, po ko​lei, po​tem na dłuż​‐ szą chwi​lę za​pa​da ci​sza, prze​ry​wa​na tyl​ko trza​ska​mi w ete​‐ rze, i w koń​cu sły​szę po​chwa​łę. Od​wa​li​łem ka​wał do​sko​na​łej po​li​cyj​nej ro​bo​ty. – Ow​szem. Mówi mi to samo, co ja po​wie​dzia​łem ty​dzień wcze​śniej McCon​nell. – Bę​dzie z cie​bie kie​dyś zna​ko​mi​ty de​tek​tyw. – Tak – od​po​wia​dam. – Na pew​no. – Wra​casz na ko​men​dę? – Nie. Nie dzi​siaj. – Do​brze – po​pie​ra mnie. – Nie rób tego.

4. Na​wet w naj​spo​koj​niej​szej dziel​ni​cy do​cho​dzi z rzad​ka do po​‐ waż​niej​szych prze​stępstw, ktoś zo​sta​je za​bi​ty w bia​ły dzień bez po​wo​du, na przy​kład na uli​cy albo na par​kin​gu. Cała ko​men​da sta​wi​ła się na po​grze​bie mo​jej mamy, wszy​scy sta​nę​li na bacz​ność, gdy wno​szo​no trum​nę – czter​na​stu pra​‐ cow​ni​ków i osiem​dzie​się​ciu sze​ściu funk​cjo​na​riu​szy w gra​na​‐ to​wych mun​du​rach, wszy​scy nie​ru​cho​mi jak po​są​gi, sa​lu​tu​ją​cy. Re​bec​ca For​man, księ​go​wa ko​men​dy, kor​pu​lent​na sie​dem​dzie​‐ się​cio​czte​ro​let​nia ko​bie​ta o przy​pró​szo​nych si​wi​zną wło​sach, tak się roz​kle​iła, że trze​ba ją było wy​pro​wa​dzić. Je​dy​ną oso​‐ bą, któ​ra nie wsta​ła, był pro​fe​sor Pa​la​ce, mój oj​ciec. Sie​dział sku​lo​ny w ław​ce do koń​ca krót​kiej ce​re​mo​nii, pa​trzył gdzieś w prze​strzeń nie​wi​dzą​cy​mi oczy​ma, wy​glą​dał przy tym jak głę​‐ bo​ko za​my​ślo​ny czło​wiek cze​ka​ją​cy na au​to​bus. Po obu stro​‐ nach miał wy​lęk​nio​ne za​pła​ka​ne dzie​ci, dwu​na​sto​let​nie​go syna i sze​ścio​let​nią cór​kę. Sie​dział tam zgar​bio​ny, opie​ra​jąc się o moje bio​dro, spra​wiał wra​że​nie skon​ster​no​wa​ne​go ra​czej niż zroz​pa​czo​ne​go. Już wte​dy dało się prze​wi​dzieć – co też zro​bi​łem – że nie prze​trzy​ma tego wszyst​kie​go. Te​raz, pa​trząc wstecz, je​stem pe​wien, że dla mo​je​go ojca, pro​fe​so​ra an​gli​sty​ki, naj​trud​niej​szy do za​ak​cep​to​wa​nia był nie sam fakt śmier​ci żony, lecz iro​nia wy​ni​ka​ją​ca z tego, że ko​bie​‐ ta za​sia​da​ją​ca od po​nie​dział​ku do piąt​ku za ku​lo​od​por​ną szy​bą na ko​men​dzie zo​sta​ła za​strze​lo​na przez zło​dzie​ja w so​bot​nie po​po​łu​dnie na sa​mym środ​ku par​kin​gu przed mar​ke​tem. Aby uzmy​sło​wić wam, jak spo​koj​nym mia​stecz​kiem w roku dzie​więć​dzie​sią​tym siód​mym było Con​cord i jak ni​ski pa​no​wał wte​dy po​ziom prze​stęp​czo​ści, po​wiem tyl​ko, że zda​niem FBI

moja mat​ka była je​dy​ną ofia​rą strze​la​ni​ny owe​go roku. Ina​czej mó​wiąc, szan​se na to, że zgi​nie w ten spo​sób, wy​no​si​ły mniej wię​cej je​den do czter​dzie​stu ty​się​cy. Tak to jed​nak dzia​ła: bez wzglę​du na to, jak małe są szan​se na wy​stą​pie​nie okre​ślo​ne​go zda​rze​nia, ten je​den na ileś tam przy​pad​ków kie​dyś na​stę​pu​je, po​nie​waż w prze​ciw​nym ra​zie praw​do​po​do​bień​stwo by​ło​by rów​ne zeru. Po sty​pie oj​ciec ro​zej​rzał się po kuch​ni przez te swo​je gru​be oku​la​ry i po​wie​dział tak: – To co bę​dzie​my jeść na obiad? Nie miał jed​nak na my​śli tego kon​kret​ne​go dnia, tyl​ko całą przy​szłość. Uśmiech​ną​łem się nie​pew​nie do Nico. Ze​gar ty​kał. Oj​ciec nie miał żad​nych szans na prze​trwa​nie tego. Pro​fe​sor Pa​la​ce za​czął sy​piać na so​fie, nie bę​dąc w sta​nie wejść na pię​tro i zmie​rzyć się z nie​obec​no​ścią żony w łóż​ku. Ani my​ślał też upo​rząd​ko​wać jej gar​de​ro​bę. Pa​ko​wa​nie ma​mi​‐ nych su​kie​nek przy​pa​dło w udzia​le mnie. Ja mu​sia​łem za​jąć się wszyst​kim. Poza tym krę​ci​łem się czę​sto przy ko​men​dzie, za​cze​pia​łem mło​dych de​tek​ty​wów, pro​sząc ich, by in​for​mo​wa​li mnie, gdy coś usta​lą. I Cu​lver​son to ro​bił: za​dzwo​nił do mnie, gdy zba​da​‐ no od​ci​ski stóp ze​bra​ne na żwi​ro​wej po​wierzch​ni par​kin​gu, za​dzwo​nił, gdy zlo​ka​li​zo​wa​no po​jazd opi​sa​ny przez świad​ków, srebr​ną to​yo​tę po​rzu​co​ną w Mont​pe​lier. Gdy za​trzy​ma​no po​‐ dej​rza​ne​go, Cu​lver​son przy​je​chał do nas, roz​ło​żył przede mną akta spra​wy na ku​chen​nym sto​le i opo​wie​dział mi o wszyst​kim po ko​lei, abym mógł prze​śle​dzić dzia​ła​nia po​li​cji. Po​zwo​lił mi obej​rzeć wszyst​ko prócz zdjęć zwłok. – Dzię​ku​ję panu – po​wie​dzia​łem do Cu​lver​so​na, a oj​ciec, bla​‐ dy jak trup, sto​jąc w pro​gu kuch​ni, wy​mam​ro​tał to samo. Wy​‐ da​je mi się, że Cu​lver​son od​po​wie​dział coś w sty​lu: „Na tym po​le​ga moja ro​bo​ta”, ale szcze​rze po​wie​dziaw​szy, nie są​dzę,

by rzu​cał aż tak wy​świech​ta​ny​mi for​muł​ka​mi. Nie pa​mię​tam zbyt do​brze tam​te​go okre​su, to były na​praw​dę trud​ne chwi​le. Dzie​sią​te​go czerw​ca tego sa​me​go roku zna​le​zio​no cia​ło mo​‐ je​go ojca w jego ga​bi​ne​cie, gdzie po​wie​sił się na sznu​rze od ko​ta​ry. Po​wi​nie​nem był po​wie​dzieć Na​omi całą praw​dę o mo​ich ro​‐ dzi​cach, ale tego nie zro​bi​łem, a te​raz, gdy i ona nie żyje, nie zdo​łam już na​pra​wić tego błę​du.

5. Po​ra​nek wy​da​je się prze​pięk​ny, ale mimo wszyst​ko jest coś iry​tu​ją​ce​go w tym, że zima tak szyb​ko od​pu​ści​ła, ustę​pu​jąc miej​sca wio​śnie – za oknem ku​chen​nym wi​dzę po​to​ki wody z roz​to​pów, spła​chet​ki zie​le​ni wy​ła​nia​ją​ce się spod co​raz cień​‐ szej po​kry​wy śnie​gu. Będą z tym pro​ble​my, oce​niam z punk​tu wi​dze​nia po​li​cjan​ta. Zmia​na po​go​dy za​dzia​ła na lu​dzi jak czar​‐ na ma​gia, to prze​cież ostat​nia wio​sna, jaką zo​ba​czy​my. Spo​‐ dzie​wam się wzro​stu de​spe​ra​cji, świe​żej fali lę​ków, ter​ro​ru i po​prze​dza​ją​ce​go ko​niec przy​gnę​bie​nia. Dok​tor Fen​ton po​wie​dzia​ła, że je​śli zdo​ła wszyst​ko za​ła​twić, za​dzwo​ni do mnie przed dzie​wią​tą. Jest ósma pięć​dzie​siąt czte​ry. Tak na​praw​dę nie po​trze​bu​ję jej ra​por​tu. To zna​czy nie trze​‐ ba mi po​twier​dze​nia. Mam ra​cję i wiem o tym. Wiem, że roz​‐ gry​złem spra​wę. Ale taka po​moc nie za​szko​dzi. Przy​da się w są​dzie. Ob​ser​wu​ję ide​al​nie bia​ły ob​ło​czek su​ną​cy po błę​ki​cie nie​ba, gdy na​gle dzwo​ni te​le​fon – dzię​ki ci, Pa​nie! – chwy​tam więc słu​chaw​kę i mó​wię: – Halo! Żad​nej od​po​wie​dzi. – Pani dok​tor? Znów prze​cią​ga​ją​ca się ci​sza, a po​tem sły​szę ja​kiś dźwięk, chy​ba dy​sze​nie, więc sam wstrzy​mu​ję od​dech. To on. To mor​‐ der​ca. Już wie. Igra ze mną. Cho​le​ra. – Halo! – po​wta​rzam.

– Mam na​dzie​ję, że jest pan za​do​wo​lo​ny, pa​nie wła​dzo, prze​‐ pra​szam, de​tek​ty​wie. – Ze słu​chaw​ki do​bie​ga gło​śne kaszl​nię​‐ cie, po​tem brzęk, jak​by lodu w szklan​ce wy​peł​nio​nej dżi​nem, uno​szę więc wzrok ku nie​bu, wzdy​cha​jąc głoś​no. Gom​pers. – To nie naj​lep​sza pora… – Mam te akta – rzu​ca, jak​by mnie nie sły​szał. – Owe ta​jem​ni​‐ cze rosz​cze​nia, któ​rych pan szu​kał. Mam je. – Pro​szę pana… – On jed​nak nie za​mie​rza za​milk​nąć, da​łem mu prze​cież dwa​dzie​ścia czte​ry go​dzi​ny na za​ła​twie​nie tej spra​wy, i oto jest, mel​du​je wy​ko​na​nie za​da​nia, bied​ny drań. Nie mogę ot tak od​wie​sić słu​chaw​ki. – Do​brze – mó​wię więc. – Po​je​cha​łem do de​po​zy​tu i wy​szu​ka​łem akta z bra​ku​ją​cy​mi nu​me​ra​mi. Tyl​ko na jed​nej tecz​ce zna​la​złem na​zwi​sko Zel​la. To chciał pan wie​dzieć, zga​dza się? – Zga​dza się. Jego głos ocie​ka pi​jac​kim sar​ka​zmem. – Mam na​dzie​ję. Po​nie​waż dro​go za to za​pła​cę. Bę​dzie, jak mó​wi​łem. Do​kład​nie tak, jak po​wie​dzia​łem. Zer​kam na ze​ga​rek. Jest za mi​nu​tę dzie​wią​ta. Nie​waż​ne, co Gom​pers ma mi do po​wie​dze​nia. Ta spra​wa nie wią​że się z żad​nym wy​łu​dze​niem. – Sie​dzę so​bie w sali kon​fe​ren​cyj​nej biu​ra re​gio​nal​ne​go w Bo​sto​nie, prze​glą​dam akta i kto mnie na​kry​wa? Po​wiem panu: Ma​rvin Kes​sel. Wie pan, kim on jest? – Nie, pro​szę pana. Ale bar​dzo dzię​ku​ję za po​moc. Ta spra​wa nie ma nic wspól​ne​go z ubez​pie​cze​nia​mi. – Ma​rvin Kes​sel, dla pana in​for​ma​cji, jest za​stęp​cą sze​fa re​‐ gio​nu Środ​ko​wo​atlan​tyc​kie​go i Pół​noc​now​schod​nie​go, któ​ry bar​dzo się in​te​re​so​wał tym, co dzie​je się w na​szym lo​kal​nym od​dzia​le. No i te​raz już wie, po​dob​nie jak Oma​ha, że skra​dzio​‐ no nam akta, a lu​dzie po​peł​nia​ją sa​mo​bój​stwa. U nas ni​g​dy nie jest nud​no! – Mówi zu​peł​nie jak mój oj​ciec. „Bo to Con​cord, u li​cha!” – Z tego po​wo​du stra​cę ro​bo​tę, po​dob​nie jak wszy​scy

w na​szym od​dzia​le. Znaj​dzie​my się na uli​cy. Dla​te​go mam na​‐ dzie​ję, że ma pan pod ręką dłu​go​pis, bo zdo​by​łem dla pana te in​for​ma​cje. Mam dłu​go​pis, więc Gom​pers prze​ka​zu​je mi co trze​ba. Umo​‐ wa, nad któ​rą Pe​ter Zell pra​co​wał w chwi​li śmier​ci, zo​sta​ła pod​pi​sa​na w po​ło​wie li​sto​pa​da przez nie​ja​ką pa​nią V.R. Jo​nes, dy​rek​tor​kę Open Vi​sta In​sti​tu​te, or​ga​ni​za​cji non pro​fit za​re​je​‐ stro​wa​nej w sta​nie New Hamp​shi​re. Jej sie​dzi​ba mie​ści się w New Ca​stle, czy​li na wy​brze​żu, opo​dal Por​ts​mouth. Cho​dzi​‐ ło o peł​ne ubez​pie​cze​nie na ży​cie pre​ze​sa, pana Ber​nar​da Tal​‐ leya, któ​ry po​peł​nił sa​mo​bój​stwo w mar​cu. To​wa​rzy​stwo ubez​‐ pie​cze​nio​we Mer​ri​mack Life & Fire sko​rzy​sta​ło więc z upraw​‐ nień i za​rzą​dzi​ło kon​tro​lę tego przy​pad​ku. Za​pi​su​ję to wszyst​ko od​ru​cho​wo, do​sko​na​le wie​dząc, że in​‐ for​ma​cje te nie mają i ni​g​dy nie mia​ły naj​mniej​sze​go zna​cze​‐ nia. Kie​dy Gom​pers koń​czy, rzu​cam szyb​kie: „Dzię​ki”, po​now​nie zer​ka​jąc na ze​ga​rek. Dwie mi​nu​ty po dzie​wią​tej, lada mo​ment za​dzwo​ni dok​tor Fen​ton, po​twier​dzi, co trze​ba, i będę mógł wsiąść do sa​mo​cho​du, by schwy​tać mor​der​cę. – Pro​szę pana, wiem, ile mu​siał pan po​świę​cić, ale tu cho​dzi o mor​der​stwo. To waż​na spra​wa. – Nie masz po​ję​cia, mło​dy czło​wie​ku – rzu​ca po​sęp​nym to​‐ nem. – Nie masz bla​de​go po​ję​cia, co na​praw​dę jest waż​ne. Od​wie​sza słu​chaw​kę, a ja zwal​czam po​ku​sę, by do nie​go od​‐ dzwo​nić. Przy​się​gam na Boga, że mam ogrom​ną chęć rzu​cić wszyst​ko i po​je​chać do nie​go, po​nie​waż wiem jed​no: on tego też nie prze​trzy​ma. W tym mo​men​cie te​le​fon dzwo​ni po​now​nie, więc chwy​tam za słu​chaw​kę. Tym ra​zem to dok​tor Fen​ton, któ​ra mówi: – Skąd pan to wie​dział? – Na​bie​ram tchu. Za​my​kam oczy. Wsłu​chu​ję się w bi​cie wła​sne​go ser​ca. Upły​wa se​kun​da, dwie se​kun​dy. – Hen​ry? Jest pan tam?

– Je​stem – od​po​wia​dam po​wo​li. – Pro​szę mi po​wie​dzieć, co do​kład​nie pani zna​la​zła. – Z przy​jem​no​ścią, ale pro​szę pa​mię​tać, że jest mi pan win​ny ko​la​cję, i to nie byle co, tyl​ko po​rząd​ny stek. – Ja​sne – rzu​cam, otwie​ra​jąc oczy. Za ku​chen​nym oknem roz​‐ cią​ga się ide​al​nie błę​kit​ne nie​bo. – Pro​szę mi tyl​ko po​wie​dzieć, co pani od​kry​ła. – Wa​riat z pana – stwier​dza dok​tor Fen​ton. – Ba​da​nie krwi Na​omi Ed​des po​twier​dzi​ło obec​ność siar​cza​nu mor​fi​ny. – Aha – mru​czę pod no​sem. – Wi​dzę, że ta wia​do​mość pana nie za​sko​czy​ła. – Nie, pani dok​tor – od​po​wia​dam. Nie mo​gła mnie za​sko​czyć. – Przy​czy​na zgo​nu nie ule​gła zmia​nie. To na​dal roz​le​głe ob​ra​‐ że​nia tkan​ki mó​zgo​wej po po​strza​le w czo​ło. Wie​my już jed​‐ nak, że ofia​ra za​ży​ła po​chod​ne mor​fi​ny na sześć do ośmiu go​‐ dzin przed śmier​cią. To tak​że zu​peł​nie mnie nie za​ska​ku​je. Przy​my​kam po​now​nie oczy i wy​obra​żam so​bie Na​omi opusz​‐ cza​ją​cą mój dom w środ​ku nocy i wra​ca​ją​cą do sie​bie, by się na​ćpać. Jej za​pa​sy mu​sia​ły się już koń​czyć, bała się więc tego, co te​raz bę​dzie, sko​ro jej di​ler umarł. McGul​ly go za​strze​lił. Prze​ze mnie. Och, Na​omi, mo​głaś mi po​wie​dzieć. Wyj​mu​ję sig-sau​era P229 z ka​bu​ry i kła​dę go na bla​cie ku​‐ chen​ne​go sto​łu, wy​su​wam ma​ga​zy​nek, opróż​niam, zli​cza​jąc w su​mie dwa​na​ście po​ci​sków ka​li​bru .357. W So​mer​set Di​ner, ty​dzień wcze​śniej, Na​omi ja​dła fryt​ki i opo​wia​da​ła mi o tym, że to ona po​ma​ga​ła Pe​te​ro​wi Zel​lo​wi, po​nie​waż wi​dzia​ła, jak cier​pi z po​wo​du syn​dro​mu od​sta​wie​nia. Od​wra​ca​jąc wzrok, twier​dzi​ła, że mu​sia​ła mu po​móc. Już wte​dy mo​głem się wszyst​kie​go do​my​ślić, gdy​bym tyl​ko chciał.

– Ża​łu​ję, że nie mogę po​wie​dzieć panu nic wię​cej – do​da​je dok​tor Fen​ton. – Gdy​by ta dziew​czy​na mia​ła na gło​wie wło​sy, wte​dy mo​gła​bym stwier​dzić, czy bra​ła mor​fi​nę od dłuż​sze​go cza​su. – Na​praw​dę? Słu​cham jej jed​nym uchem. Oto dziew​czy​na, któ​ra uzna​ła, że po​win​na po​móc przy​pad​ko​we​mu ko​le​dze z pra​cy, fa​ce​to​wi, któ​re​go le​d​wie zna​ła, po​nie​waż wi​dzia​ła, jak cier​pi. Oto dziew​czy​na ma​ją​ca spo​re do​świad​cze​nie w bra​niu nar​ko​ty​‐ ków, któ​ra urzą​dzi​ła wła​snym ro​dzi​com ta​kie pie​kło, że jej ro​‐ dzo​ny oj​ciec od​wie​sił słu​chaw​kę, gdy tyl​ko usły​szał jej imię i sło​wo „po​li​cja”. – Ma​jąc wy​star​cza​ją​co dłu​gą prób​kę wło​sa, moż​na po​ciąć go na pół​cen​ty​me​tro​we od​cin​ki i pod​dać ko​lej​no ba​da​niom – wy​‐ ja​śnia tym​cza​sem dok​tor Fen​ton – dzię​ki cze​mu da się do​wie​‐ dzieć, ja​kie sub​stan​cje były me​ta​bo​li​zo​wa​ne mie​siąc po mie​‐ sią​cu. To fa​scy​nu​ją​ca me​to​da, może mi pan wie​rzyć. – Zo​ba​czy​my się na miej​scu – od​po​wia​dam. – A co do ko​la​cji, może być pani spo​koj​na. Po​sta​wię pani ten stek. – Na to li​czę, Hen​ry – rzu​ca. – Może być w oko​li​cach Bo​że​go Na​ro​dze​nia? Wiem, co wy​ka​za​ło​by ba​da​nie wło​sa. Tym ra​zem Na​omi za​‐ ży​wa​ła nar​ko​ty​ki od rów​no trzech mie​się​cy. Od wtor​ku trze​‐ cie​go stycz​nia, czy​li od dnia, w któ​rym pro​fe​sor Le​onard Tol​‐ kin z La​bo​ra​to​rium Na​pę​du Od​rzu​to​we​go NASA wy​stą​pił w te​‐ le​wi​zji, by prze​ka​zać jej tę samą złą wia​do​mość co wszyst​kim in​nym lu​dziom. Zga​du​ję jed​nak, że nie wró​ci​ła do na​ło​gu jesz​‐ cze tej sa​mej nocy, lecz na​stęp​ne​go dnia albo na​wet dwa dni póź​niej. Ła​du​ję po​now​nie na​bo​je do ma​ga​zyn​ka, umiesz​czam go na miej​scu, za​bez​pie​czam broń i cho​wam ją do ka​bu​ry. Ro​bię to wszyst​ko po raz ko​lej​ny – wy​cią​gam ma​ga​zy​nek, prze​li​czam

na​bo​je, skła​dam wszyst​ko po​now​nie – od chwi​li gdy obu​dzi​łem się o wpół do ósmej. Pe​ter Zell do​ko​nał oce​ny ry​zy​ka i zde​cy​do​wał się na za​ży​wa​‐ nie nar​ko​ty​ków wie​le mie​się​cy wcze​śniej, prze​szedł przez cały cykl za​uro​cze​nia, eks​pe​ry​men​to​wa​nia, uza​leż​nie​nia i od​wy​ku, pod​czas gdy szan​se na zde​rze​nie ro​sły nie​ubła​ga​nie. Na​omi jed​nak, po​dob​nie jak masa in​nych osób, do​ko​na​ła wy​bo​ru do​‐ pie​ro wte​dy, gdy wszyst​ko zo​sta​ło ofi​cjal​nie po​twier​dzo​ne, gdy szan​se na zde​rze​nie sko​czy​ły do stu pro​cent. Mi​lio​ny lu​dzi na ca​łym świe​cie uzna​ły na​gle, że naj​le​piej bę​dzie się na​ćpać i po​‐ zo​stać na​ćpa​nym, za wszel​ką cenę, za​czę​li więc brać co po​‐ pad​nie, od he​ro​iny przez pseu​do​efe​dry​nę po kra​dzio​ne szpi​tal​‐ ne środ​ki uśmie​rza​ją​ce ból – byle za​nu​rzyć się w bło​go​ści, uciec od stra​chu w świe​cie, w któ​rym ta​kie po​ję​cia, jak dłu​go​‐ ter​mi​no​we skut​ki, znik​nę​ły ze słow​ni​ka. Co​fam się w cza​sie do tam​te​go wie​czo​ra w So​mer​set Di​ner, uj​mu​ję dłoń Na​omi w obie ręce i pro​szę, aby się nie krę​po​wa​ła i wy​zna​ła mi praw​dę, opo​wie​dzia​ła o swo​ich sła​bo​ściach, po czym za​pew​niam ją, że nie dbam o nic i nie zmie​nię o niej zda​‐ nia. Że ro​zu​miem. Ale czy na​praw​dę bym zro​zu​miał? Oj​ciec wy​tłu​ma​czył mi, czym jest iro​nia. W tym wy​pad​ku po​‐ le​ga ona na tym, że wte​dy, w paź​dzier​ni​ku, gdy wszyst​ko się jesz​cze wa​ży​ło, Na​omi Ed​des po​mo​gła Pe​te​ro​wi Zel​lo​wi ze​‐ rwać z na​ło​giem – i to tak sku​tecz​nie, że po​zo​stał czy​sty na​‐ wet wte​dy, gdy ogło​szo​no nie​uchron​ność za​gła​dy. Ale ona sama nie umia​ła się wy​zwo​lić, po​nie​waż jej uza​leż​nie​nie było głęb​sze i trwa​ło dłu​żej, a nade wszyst​ko nie wy​ni​ka​ło z chłod​‐ nych kal​ku​la​cji… Na​omi oka​za​ła się za sła​ba. Iro​nia po​le​ga rów​nież na tym: w po​cząt​kach stycz​nia nie było ła​two do​trzeć do nar​ko​ty​ków, zwłasz​cza ta​kich, ja​kich po​trze​‐ bo​wa​ła Na​omi. Nowe pra​wo, nowi gli​nia​rze, nie​bo​tycz​nie zwięk​szo​ne za​po​trze​bo​wa​nie, wą​skie gar​dło uszczu​plo​nych

do​staw na każ​dym nie​mal szcze​blu. Na​omi jed​nak wie​dzia​ła, do​kąd się udać. Z noc​nych roz​mów z Pe​te​rem wie​dzia​ła o tra​‐ wią​cej go wciąż po​ku​sie, o jego daw​nym kum​plu J.T. To​us​sa​in​‐ cie, wciąż han​dlu​ją​cym zdo​by​wa​ną po​kąt​nie mor​fi​ną. I tak tra​‐ fi​ła do pod​nisz​czo​ne​go domu przy Bow Bog Road, za​czę​ła ku​‐ po​wać, za​czę​ła brać, nie mó​wiąc o tym Pe​te​ro​wi ani ni​ko​mu in​ne​mu. O jej uza​leż​nie​niu wie​dział tyl​ko To​us​sa​int i jego nowy do​staw​ca. Wła​śnie ten do​staw​ca jest mor​der​cą. Wte​dy, w środ​ku nocy, sto​jąc w pro​gu mo​jej sy​pial​ni, omal nie wy​ja​wi​ła mi praw​dy. Nie tyl​ko o uza​leż​nie​niu, lecz tak​że o wy​‐ łu​dze​niach. „Przy​po​mnia​łam so​bie o czymś, co może po​móc w pana do​cho​dze​niu”, po​wie​dzia​ła raz wcześ​niej. Gdy​bym ze​‐ rwał się z łóż​ka, chwy​cił ją za nad​garst​ki i za​cią​gnął na po​‐ wrót do łóż​ka, na​dal by żyła. Gdy​by​śmy ni​g​dy się nie spo​tka​li, na​dal by żyła. Czu​ję cię​żar bro​ni w ka​bu​rze, ale nie wyj​mu​ję jej po​now​nie. Jest go​to​wa do uży​cia, na​ła​do​wa​na. Ja też je​stem go​tów.

*** Che​vro​let to​czy się wol​no po gi​gan​tycz​nym par​kin​gu, po czar​nym as​fal​cie po​zna​czo​nym struż​ka​mi roz​to​pów. Jest dzie​‐ wią​ta dwa​dzie​ścia trzy. Jed​ne​go tyl​ko jesz​cze nie roz​gry​złem: po​wo​du. Dla​cze​go do tego wszyst​kie​go do​szło? Dla​cze​go ktoś zro​bił coś ta​kie​go? Wy​sia​dam z wozu i bez po​śpie​chu ru​szam w kie​run​ku szpi​ta​‐ la. Mu​szę aresz​to​wać po​dej​rza​ne​go, ale co waż​niej​sze, mu​szę po​znać praw​dę. W za​tło​czo​nym holu sta​ję za fi​la​rem, gar​bię się, żeby wy​glą​‐ dać na niż​sze​go niż w rze​czy​wi​sto​ści, oban​da​żo​wa​ną twarz kry​ję za „Mo​ni​to​rem” jak ja​kiś szpieg. Po kil​ku mi​nu​tach za​‐ uwa​żam zbli​ża​ją​ce​go się mor​der​cę, idzie pew​nym kro​kiem,

punk​tu​al​nie. Ma waż​ną pil​ną ro​bo​tę do wy​ko​na​nia w pod​zie​‐ miach bu​dyn​ku. Kulę się jesz​cze bar​dziej, drżę ner​wo​wo, go​tów do dzia​ła​nia. Mo​tyw wy​da​je się oczy​wi​sty: pie​nią​dze. To dla nich lu​dzie krad​ną, a po​tem sprze​da​ją za​ka​za​ne sub​stan​cje i po​peł​nia​ją mor​der​stwa, by za​trzeć śla​dy swo​jej dzia​łal​no​ści. Zwłasz​cza te​raz, gdy po​pyt jest gi​gan​tycz​ny, a źró​dła do​staw po​wy​sy​cha​‐ ły, ceny ro​sną nie​ustan​nie. Ana​li​za ry​zy​ka jest za​bu​rzo​na, ktoś mógł​by po​sta​wić wszyst​ko na jed​ną kar​tę, aby do​ro​bić się szyb​ko spo​rej for​tu​ny. Coś mi tu jed​nak nie pa​su​je. Za​rów​no w po​sta​wie mor​der​cy, jak i w jego zbrod​niach. Naj​pierw jed​no, po​tem dru​gie za​bój​‐ stwo, na​wet coś gor​sze​go od ode​bra​nia czło​wie​ko​wi ży​cia, i to wszyst​ko tyl​ko dla za​ro​bie​nia do​dat​ko​wych pie​nię​dzy? Ry​zy​ko utra​ty wol​no​ści, eg​ze​ku​cji, ode​bra​nia tej nie​wiel​kiej ilo​ści cza​‐ su, jaka nam jesz​cze zo​sta​ła? Tyl​ko dla pie​nię​dzy? Wkrót​ce po​znam wszyst​kie od​po​wie​dzi. Zej​dę na dół, wszyst​‐ ko prze​bie​gnie zgod​nie z pla​nem i bę​dzie po pta​kach. Sama myśl o tym, że już nie​dłu​go będą miał to wszyst​ko za sobą, spra​wia, że czu​ję się dziw​nie, ogar​nia mnie smu​tek, ja​kiś chłód, za​ci​skam moc​niej pal​ce na ga​ze​cie. Za​bój​ca Pe​te​ra – i Na​omi – wsia​da do win​dy, a ja kil​ka se​kund póź​niej wbie​gam na wio​dą​ce w dół scho​dy.

*** W kost​ni​cy pa​nu​je prze​ni​kli​wy chłód. Lam​py nad sto​łem au​‐ top​syj​nym są zga​szo​ne, jest więc rów​nie ciem​no jak ci​cho. Ścia​ny wy​da​ją się sza​re, mam ta​kie wra​że​nie, jak​bym zna​lazł się we wnę​trzu lo​dów​ki albo trum​ny. Wkra​czam w tę przej​mu​‐ ją​cą ci​szę na mo​ment przed tym, nim dok​tor Fen​ton uści​śnie dłoń Eri​ka Lit​tle​joh​na i wy​mie​ni z nim zdaw​ko​we ko​le​żeń​skie po​wi​ta​nie. – Wi​tam.

– Dzień do​bry, pani dok​tor. Jak już wspo​mnia​łem, mam spo​‐ tka​nie umó​wio​ne na dzie​sią​tą, ale do tego cza​su chęt​nie słu​żę po​mo​cą. – Oczy​wi​ście – od​po​wia​da dok​tor Fen​ton. – Dzię​ku​ję. Lit​tle​john mówi uprzej​mym zni​żo​nym to​nem, jak wy​pa​da. Jest w koń​cu dy​rek​to​rem Od​dzia​łu Usług Du​cho​wych. Zło​ta​wa bro​‐ da, wiel​kie oczy, aura sza​cun​ku. Ład​na, wy​glą​da​ją​ca na nową skó​rza​na kurt​ka bar​wy ma​ho​niu, zło​ty ze​ga​rek. Pie​nią​dze to za mało, by do​pu​ścić się tego, co uczy​nił, zbrod​‐ ni, któ​re po​peł​nił. Za mało. Przy​naj​mniej z mo​je​go punk​tu wi​‐ dze​nia. Mam gdzieś, czym po​czę​stu​je nas wkrót​ce nie​bo. Przy​wie​ram do ścia​ny w od​le​głym za​kąt​ku ko​ry​ta​rza, w po​‐ bli​żu drzwi pro​wa​dzą​cych do win​dy. Lit​tle​john od​wra​ca się, by ukło​nić się ni​sko, z sza​cun​kiem, po​ste​run​ko​wej McCon​nell, któ​ra w za​ło​że​niu ma wy​glą​dać na po​grą​żo​ną w ża​ło​bie, lecz wy​da​je się ra​czej po​iry​to​wa​na niż smut​na, może dla​te​go, że wy​ko​na​ła moje po​le​ce​nie i wło​ży​ła spód​ni​cę i bluz​kę, do​bra​ła do tego czar​ną ko​per​to​wą to​reb​kę i roz​pu​ści​ła wło​sy, re​zy​gnu​jąc z cha​rak​te​ry​stycz​ne​go ku​cy​ka. – Dzień do​bry pani – mówi za​bój​ca Pe​te​ra Zel​la. – Mam na imię Erik. Dok​tor Fen​ton za​pro​si​ła mnie, bym zaj​rzał do niej z rana. Jak ro​zu​miem, proś​ba wy​szła od pani. McCon​nell kiwa gło​wą z po​wa​gą i wy​gła​sza krót​ką prze​mo​‐ wę, któ​rą dla niej przy​go​to​wa​łem. – Mój mąż Dale za​strze​lił się z wła​snej sta​rej fu​zji – mówi. – Nie mam po​ję​cia, dla​cze​go to zro​bił. To zna​czy wiem, ale my​‐ śla​łam… – Tu uda​je, że nie jest w sta​nie kon​ty​nu​ować, głos jej drży, za​ci​na się, a ja za​cie​ram men​tal​nie ręce: „Do​bra je​steś, pięk​nie to za​gra​łaś, McCon​nell”. – My​śla​łam, że do​trwa​my do koń​ca. Że bę​dzie​my ra​zem. – Rana jest roz​le​gła – wtrą​ca dok​tor Fen​ton – więc pani Tay​‐ lor i ja do​szły​śmy do po​ro​zu​mie​nia, że do​brze by było, gdy​by to​wa​rzy​szył jej pan przy oglę​dzi​nach zwłok.

– Oczy​wi​ście – od​po​wia​da Lit​tle​john, zni​ża​jąc głos nie​mal do szep​tu. Ob​rzu​cam go uważ​nym spoj​rze​niem, szu​ka​jąc cha​rak​te​ry​‐ stycz​ne​go wy​brzu​sze​nia su​ge​ru​ją​ce​go obec​ność bro​ni. Je​śli ma przy so​bie pi​sto​let, do​brze go ukrył. Moim zda​niem tym ra​zem nie wziął go ze sobą. Lit​tle​john uśmie​cha się współ​czu​ją​co do McCon​nell, po​cie​sza ją, kła​dąc jej dłoń na ra​mie​niu, od​wra​ca się do dok​tor Fen​ton. – Gdzie znaj​du​je się te​raz mąż pani Tay​lor? – pyta rów​nie de​‐ li​kat​nym to​nem. Czu​ję ucisk na dnie żo​łąd​ka. Za​sła​niam usta dło​nią, by stłu​‐ mić od​gło​sy wy​da​wa​ne przy od​dy​cha​niu, pró​bu​ję wziąć się w garść. – Tędy, pro​szę – od​po​wia​da dok​tor Fen​ton i tak wresz​cie do​‐ cie​ra​my do punk​tu zwrot​ne​go, po​nie​waż pro​wa​dzi obo​je, Lit​‐ tle​joh​na pod​trzy​mu​ją​ce​go tro​skli​wie McCon​nell, fał​szy​wą wdo​wę, na dru​gi ko​niec sali, w kie​run​ku miej​sca, gdzie cze​‐ kam na ko​ry​ta​rzu. – Zło​ży​li​śmy cia​ło – wy​ja​śnia dok​tor Fen​ton – w daw​nej ka​pli​‐ cy. – Co? Lit​tle​john waha się, gubi krok, w jego oczach po​ja​wia się oba​wa i dez​orien​ta​cja, a mnie ser​ce pod​cho​dzi do gard​ła, po​‐ nie​waż wiem już, że mia​łem ra​cję… Zy​sku​ję pew​ność, ale na​‐ dal trud​no mi w to uwie​rzyć. Ga​pię się na nie​go, wy​obraź​nia pod​su​wa mi wi​zję tych de​li​kat​nych pal​ców za​kła​da​ją​cych pa​‐ sek na szyi Pe​te​ra Zel​la, za​ci​ska​ją​cych go po​wo​li, wi​zję pi​sto​‐ le​tu trzy​ma​ne​go w drżą​cej ręce, du​żych czar​nych oczu Na​omi. Jesz​cze chwi​la, Hen​ry. Jesz​cze tyl​ko chwi​la. – Chy​ba za​szło nie​po​ro​zu​mie​nie, pani dok​tor. – Lit​tle​john od​‐ zy​wa się pół​gło​sem do dok​tor Fen​ton. – Ależ skąd – od​po​wia​da śmia​ło le​kar​ka, uśmie​cha​jąc się współ​czu​ją​co do McCon​nell. Po​do​ba jej się ta gra.

Lit​tle​john na​ci​ska, nic wię​cej mu prze​cież nie zo​sta​ło. – Myli się pani. To po​miesz​cze​nie zo​sta​ło wy​łą​czo​ne z użyt​ku. Jest za​mknię​te. – Zga​dza się – mó​wię, a on pod​ska​ku​je, na​raz do​cie​ra do nie​‐ go, co tu się dzie​je. Roz​glą​da się po kost​ni​cy, więc wy​cho​dzę z ukry​cia, mie​rząc do nie​go z pi​sto​le​tu. – A pan ma klucz. Może mi go pan po​dać? Gapi się na mnie onie​mia​ły. – Gdzie jest klucz? – po​wta​rzam. – Jest… – Przy​my​ka oczy, otwie​ra je po​now​nie, krew od​pły​wa mu z twa​rzy, na​dzie​ja kona w oczach. – Jest w moim biu​rze. – Przejdź​my tam za​tem. McCon​nell tak​że wyj​mu​je broń z czar​nej to​re​becz​ki. Dok​tor Fen​ton cofa się, oczy lśnią jej za okrą​gły​mi oku​la​ra​mi, wi​dać, że ra​du​je ją każ​da se​kun​da tego spek​ta​klu. – De​tek​ty​wie Pa​la​ce. – Lit​tle​john robi krok w moją stro​nę, pró​bu​je ra​to​wać sy​tu​ację, głos mu drży, ale na​dal sta​ra się coś zro​bić. – De​tek​ty​wie, na​praw​dę nie ro​zu​miem… – Ci​cho – uci​nam. – Milcz pan. – Do​brze. Nie wiem, o co panu cho​dzi, ale je​śli pan… je​śli pan uwa​ża… Uda​wa​ne zdzi​wie​nie bu​rzy po​rzą​dek jego mi​łej ską​d​inąd twa​‐ rzy. Dzię​ki temu do​strze​gam praw​dę, wi​dzę ją jak na dło​ni, na​‐ wet w tym, że tak ła​two przy​po​mniał so​bie moje na​zwi​sko: wie​dział do​sko​na​le, kim je​stem, od chwi​li gdy za​ją​łem się tą spra​wą, od mo​men​tu gdy za​dzwo​ni​łem do jego żony, by ją prze​słu​chać. Cały czas mia​łem go na ogo​nie, śle​dził mnie, sta​‐ rał się utrud​nić mi do​cho​dze​nie. Za​chę​cał na przy​kład So​phie, by nie od​po​wia​da​ła na moje py​ta​nia, su​ge​ru​jąc, że to mo​gło​by źle wpły​nąć na jej ojca. Mnie z ko​lei wma​wiał, że jego szwa​‐ gier cier​piał na po​waż​ną de​pre​sję. Cza​ił się przed do​mem, gdy prze​słu​chi​wa​łem J.T. Tous​sa​in​ta. To on roz​piął łań​cu​chy śnie​‐ go​we w moim wo​zie.

Póź​niej po​ja​wił się raz jesz​cze w domu To​us​sa​in​ta, za​pew​ne w po​szu​ki​wa​niu resz​ty to​wa​ru, za​pi​sa​nych nu​me​rów te​le​fo​nu, spo​rzą​dzo​nych list klien​tów. Chciał tego sa​me​go co ja, z tą róż​ni​cą, że wie​dział, cze​go szu​ka, lecz uda​ło mi się go prze​pło​‐ szyć, za​nim zdo​łał prze​szu​kać budę dla psa. Ale zo​stał mu jesz​cze je​den spo​sób na zmy​le​nie tro​pu. Jesz​‐ cze jed​na brud​na sztucz​ka, któ​ra omal nie za​dzia​ła​ła. Po​ste​run​ko​wa McCon​nell robi krok do przo​du, wy​cią​ga z to​‐ reb​ki kaj​dan​ki, ale po​wstrzy​mu​ję ją. – Cze​kaj! – Dla​cze​go? – pyta zdzi​wio​na. – Naj​pierw chcę usły​szeć, co ma do po​wie​dze​nia – wy​ja​śniam, nie prze​sta​jąc mie​rzyć z pi​sto​le​tu do Lit​tle​joh​na. – Przy​kro mi – sły​szę w od​po​wie​dzi z jej ust – ale na​praw​dę nie mam po​ję​cia, o co ci cho​dzi. Od​bez​pie​czam broń. My​ślę, że chy​ba go za​bi​ję, je​śli na​dal bę​dzie kła​mał. Mogę to zro​bić, bez dwóch zdań. Na szczę​ście za​czy​na mó​wić. Po​wo​li, nie pod​no​sząc gło​su, bez​na​mięt​nym to​nem, nie pa​trząc na mnie, tyl​ko na wy​lot lufy pi​sto​le​tu, opo​wia​da, jak było. Ra​czy mnie hi​sto​rią, któ​rą już znam, któ​rej sam się do​my​śli​łem. Po paź​dzier​ni​ku, gdy So​phie od​kry​ła, że jej brat ukradł blo​‐ czek re​cept, by wy​ku​py​wać na nie mor​fi​nę – po tym, jak się po​sta​wi​ła i od​cię​ła go od le​ków, po tym, jak za​czął cier​pieć z po​wo​du syn​dro​mu od​sta​wie​nia, a ona uzna​ła, że to już ko​‐ niec tej spra​wy – po tym wszyst​kim Erik Lit​tle​john udał się do J.T. To​us​sa​in​ta, by zło​żyć mu pro​po​zy​cję. W tam​tym okre​sie, gdy zde​rze​nie z Mają na​dal nie było prze​‐ są​dzo​ne, w szpi​ta​lu pra​co​wa​ła po​ło​wa per​so​ne​lu. Far​ma​ceu​ci od​cho​dzi​li sta​da​mi, a na ich miej​sce za​trud​nia​no nowe oso​by zwa​bio​ne za​rob​kiem gwa​ran​to​wa​nym przez rząd. Z za​bez​pie​‐ cze​nia​mi róż​nie by​wa​ło. Jed​ne​go dnia le​ków pil​no​wa​li uzbro​je​‐ ni w broń ma​szy​no​wą straż​ni​cy, na​stęp​ne​go wzmoc​nio​ne

drzwi do ma​ga​zyn​ków sta​ły otwo​rem. Au​to​ma​ty do wy​da​wa​nia le​ków prze​sta​ły funk​cjo​no​wać już oko​ło wrze​śnia, a po tech​ni​‐ ku od​de​le​go​wa​nym przez pro​du​cen​ta do szpi​ta​la miej​skie​go w Con​cord wszel​ki słuch za​gi​nął. Dy​rek​tor Od​dzia​łu Usług Du​cho​wych po​zo​stał na swo​im sta​‐ no​wi​sku po​mi​mo ota​cza​ją​ce​go go cha​osu. Nie​wzru​szo​ny jak ska​ła, był osto​ją dla słab​szych. I – po​czy​na​jąc od li​sto​pa​da – za​czął kraść leki z przy​szpi​tal​nej ap​te​ki, z ga​bi​ne​tów pie​lę​‐ gniar​skich, a na​wet z sza​fek pa​cjen​tów. Brał wszyst​ko, siar​‐ czan mor​fi​ny, oksy​ko​don, hy​dro​mor​fon, opróż​nio​ne do po​ło​wy wo​recz​ki z mor​fi​ną. Przez cały czas ce​lu​ję pro​sto w jego po​zba​wio​ną wy​ra​zu twarz, w te na wpół przy​mknię​te zło​ci​ste oczy i za​cię​te usta. – Obie​ca​łem To​us​sa​in​to​wi, że będę go za​opa​try​wał – kon​ty​‐ nu​uje Erik. – Po​wie​dzia​łem, że we​zmę na sie​bie ry​zy​ko za​ła​‐ twia​nia to​wa​ru, je​śli on zgo​dzi się za​ry​zy​ko​wać jego roz​pro​‐ wa​dza​nie. Dzie​li​li​śmy się ry​zy​kiem, po​dob​nie jak zy​ska​mi. Czy​li jed​nak pie​nią​dze, my​ślę, dur​ne pie​nią​dze. To ta​kie ni​‐ skie, pod​łe, głu​pie. Dwa za​bój​stwa, dwa po​grze​ba​ne cia​ła, całe to ludz​kie cier​pie​nie po​wo​do​wa​ne zmniej​szo​ny​mi daw​ka​‐ mi za​ży​wa​nych środ​ków prze​ciw​bó​lo​wych, i to przed sa​mym koń​cem świa​ta. Spo​glą​dam na mor​der​cę, mie​rzę go wzro​kiem od stóp do głów. Zro​bił to wszyst​ko dla zy​sku? Dla zło​te​go ze​‐ gar​ka i skó​rza​nej kurt​ki? – Ale Pe​ter do​wie​dział się o wszyst​kim – wtrą​cam. – Tak – wy​zna​je szep​tem Lit​tle​john. – Do​wie​dział się. – Po​chy​‐ la gło​wę, krę​ci nią po​wo​li, ze smut​kiem, jak​by wspo​mi​nał wszyst​kie te złe rze​czy, któ​re przy​da​rza​ją się z woli Boga. Wy​‐ le​wy, upad​ki ze scho​dów. – Pew​ne​go… pew​nej so​bo​ty… po​ja​wił się w domu To​us​sa​in​ta. Było póź​no. Ja za​wsze cho​dzi​łem tam póź​no. Ro​bię wy​dech, za​ci​skam zęby. Nie umy​ka mi to, że je​śli Pe​ter udał się tam wspo​mnia​nej so​bot​niej nocy – o czym J.T. nie ra​‐

czył mi wspo​mnieć – mu​sia​ło cho​dzić o za​kup nar​ko​ty​ków. Za​‐ dzwo​nił jak co dzień do Na​omi, któ​ra go wspie​ra​ła w wal​ce z na​ło​giem, choć sama za​ży​wa​ła w se​kre​cie mor​fi​nę, a po​tem po​szedł do To​us​sa​in​ta, by się na​ćpać, i tam na​dział się na ostat​nią oso​bę, ja​kiej mógł​by się spo​dzie​wać, czy​li na szwa​‐ gra, któ​ry w ta​jem​ni​cy przed wszyst​ki​mi za​opa​try​wał te​raz To​us​sa​in​ta. Każ​dy z nich miał skry​wa​ne przed po​zo​sta​ły​mi ta​jem​ni​ce. – Zo​ba​czył mnie z tor​bą w ręku, a ja za​czą​łem go bła​gać: pro​szę, pro​szę, nie mów nic sio​strze. Ale wie​dzia​łem… wie​‐ dzia​łem, że on… – Milk​nie, za​sła​nia twarz dłoń​mi. – Wie​dzia​łeś, że mu​sisz go za​bić. Po​ru​sza gło​wą, le​d​wie za​uwa​żal​nie, w górę i w dół. Miał ra​cję: Pe​ter wy​ga​dał​by So​phie. Wła​ści​wie za​dzwo​nił do niej w tej spra​wie już na​stęp​ne​go dnia, w nie​dzie​lę osiem​na​‐ ste​go mar​ca, a po​tem jesz​cze raz, w po​nie​dzia​łek, ale nie ode​‐ bra​ła. Usiadł więc, by na​pi​sać do niej list, lecz nie umiał do​‐ brać od​po​wied​nich słów. W po​nie​dzia​łek Erik Lit​tle​john po​szedł na se​ans Di​stant Pale Glim​mers do Red Ri​ver, po​nie​waż wie​dział, że tam wła​śnie za​‐ sta​nie swo​je​go szwa​gra, ci​che​go agen​ta ubez​pie​cze​nio​we​go. I za​stał go w to​wa​rzy​stwie ich wspól​ne​go zna​jo​me​go J.T. To​us​‐ sa​in​ta, któ​re​go Pe​ter po se​an​sie po​że​gnał, gdyż chciał wra​cać do domu pie​szo – w tym mo​men​cie Lit​tle​john robi pau​zę, bo ofia​ra zo​sta​ła w koń​cu sama. No i sta​je przed Pe​te​rem jak szwa​gier przed szwa​grem, pro​po​nu​je piwo, chce się do​ga​dać. Trze​ba się prze​cież po​go​dzić, za​nim na​dej​dzie kres wszyst​kie​‐ go. Piją więc ra​zem piwo, do któ​re​go Erik nie​po​strze​że​nie do​sy​‐ pu​je ja​kiś śro​dek, a gdy Pe​ter już jest oszo​ło​mio​ny, wy​cią​ga go z Red Ri​ver, nie​zau​wa​żo​ny przez ni​ko​go, po​nie​waż wszy​scy mają wszyst​ko to gdzieś, i pro​wa​dzi do McDo​nal​da, by tam po​‐ wie​sić go w to​a​le​cie.

*** McCon​nell za​ku​wa po​dej​rza​ne​go w kaj​dan​ki, a ja pro​wa​dzę go do win​dy. Dok​tor Fen​ton idzie za nami. Wjeż​dża​my na górę w mil​cze​niu. Pa​to​loż​ka, mor​der​ca, po​li​cjant​ka, po​li​cjant. – A niech mnie – mru​czy w koń​cu dok​tor Fen​ton. – Tak, wiem – wzdy​cha McCon​nell. Ja nic nie mó​wię. Lit​tle​john tak​że mil​czy. Win​da sta​je na par​te​rze, drzwi roz​su​wa​ją się, uka​zu​jąc za​tło​‐ czo​ny hol, jed​nym z cze​ka​ją​cych jest chło​piec sie​dzą​cy na ka​‐ na​pie. Erik sztyw​nie​je na jego wi​dok, po​dob​nie jak ja. Wcze​śniej wspo​mniał, że przy​szedł do kost​ni​cy na dzie​wią​tą trzy​dzie​ści, ale o dzie​sią​tej ma spo​tka​nie. Kyle spo​glą​da w stro​nę win​dy, wsta​je zdzi​wio​ny, lek​ko wy​‐ stra​szo​ny, ma przed sobą ojca w kaj​dan​kach. Lit​tle​john nie wy​trzy​mu​je, wy​ska​ku​je z win​dy, lecz ja trzy​mam go moc​no za rękę, po​cią​ga mnie za sobą, jak​by​śmy byli nie​ro​ze​rwal​ną ca​ło​‐ ścią. Lą​du​je​my na pod​ło​dze, prze​ta​cza​my się kil​ka razy. Po​ste​run​ko​wa McCon​nell i dok​tor Fen​ton tak​że wy​pa​da​ją z win​dy. Hol jest pe​łen lu​dzi, le​ka​rzy, wo​lon​ta​riu​szy, wszy​scy uska​ku​ją, prze​kli​na​jąc, gdy Lit​tle​john i ja wal​czy​my w zwar​ciu. Erik ude​rza mnie czo​łem w twarz, gdy się​gam po pi​sto​let. Cios jest tak sil​ny, że czu​ję eks​plo​zję bólu w zra​nio​nym oku, dru​gim wi​dzę chy​ba wszyst​kie gwiaz​dy, ja​kie ist​nie​ją we wszech​świe​‐ cie. Pa​dam na nie​go, ale on pró​bu​je się spode mnie wy​do​stać wę​żo​wym ru​chem. McCon​nell krzy​czy: „Stój!”, do​łą​cza do niej inny, cień​szy głos wo​ła​ją​cy: „Stać! Stać!”. Pod​no​szę gło​wę, ostrość wi​dze​nia wra​ca mi po​wo​li, ale w koń​cu ob​raz się sta​‐ bi​li​zu​je. – Okay – rzu​cam. On trzy​ma moją broń. Chło​pak pod​niósł pi​sto​let, mo​je​go służ​‐ bo​we​go sig-sau​era P229. Ce​lu​je pro​sto w moją gło​wę. – Synu – od​zy​wa się McCon​nell, któ​ra też wy​cią​gnę​ła broń, ale nie bar​dzo wie, co ma te​raz zro​bić. Mie​rzy nie​zbyt pew​nie

w Kyle’a, zer​ka na nas, wciąż sple​cio​nych na pod​ło​dze, po​tem wra​ca wzro​kiem do dzie​cia​ka. – Puść​cie… – Kyle po​cią​ga no​sem, pła​cze, a ja wi​dzę w nim sie​bie, gdy mia​łem je​de​na​ście lat, i nic na to nie po​ra​dzę. – Puść​cie go. Boże. Hen​ry, ty dur​niu. Mia​łem mo​tyw cały czas tuż przed ocza​mi, tu nie cho​dzi​ło o pie​nią​dze, lecz o to, co moż​na za nie zdo​być. Na​wet te​raz. Pa​trzę na tego za​baw​nie wy​glą​da​ją​ce​go chło​pa​ka, ist​ne ksią​‐ żąt​ko, któ​re​go zo​ba​czy​łem za​le​d​wie dru​gie​go dnia śledz​twa, gdy szedł przez za​sy​pa​ny dzie​wi​czym śnie​giem traw​nik. Zo​ba​czy​łem to w oczach Lit​tle​joh​na, gdy wo​łał z czu​ło​ścią w górę scho​dów, po​na​gla​jąc chło​pa​ka, by się szy​ko​wał, a po​‐ tem chwa​lą​ce​go się tym, jaki z ma​łe​go de​mon na lo​dzie. Za​łóż​my, że w obec​nych nie​zbyt ra​do​snych cza​sach był​bym oj​cem. Cze​go bym nie zro​bił, żeby chro​nić wła​sne dziec​ko? Do cze​go bym się po​su​nął, wie​dząc, co wszyst​kim nam gro​zi w naj​bliż​szej przy​szło​ści? W za​leż​no​ści od tego, gdzie spad​nie aste​ro​ida, świat albo ule​gnie za​gła​dzie, albo po​grą​ży się w mro​ku, a ja mam przed sobą czło​wie​ka, któ​ry zro​bi wszyst​‐ ko – któ​ry do​pu​ścił się wie​lu strasz​nych rze​czy – żeby za​pew​‐ nić sy​no​wi moż​li​wość prze​trwa​nia, za​kła​da​jąc ten dru​gi wa​‐ riant. Żeby dać mu szan​se na prze​ży​cie ka​ta​kli​zmu i zła​go​dzić skut​ki tego, co po nim może na​stą​pić. Nie, So​phie nie za​dzwo​ni​ła​by na po​li​cję, gdy​by od​kry​ła jego ta​jem​ni​cę, prę​dzej spa​ko​wa​ła​by sie​bie i syna i wy​je​cha​ła jak naj​da​lej, a przy​naj​mniej tego Erik Lit​tle​john oba​wiał się naj​‐ bar​dziej: że mat​ka nie zro​zu​mie, co oj​ciec robi dla ich wspól​‐ ne​go dziec​ka, nie poj​mie wagi jego za​cho​wa​nia i za​miast zo​‐ stać, uciek​nie z sy​nem. A jaki los cze​kał​by ich obo​je? Łzy pły​ną z oczu dziec​ka, tak samo jak z oczu Lit​tle​joh​na. Chciał​bym po​wie​dzieć, że ja, jako pro​fe​sjo​na​li​sta, jako de​tek​‐

tyw w trak​cie nie​zwy​kle trud​ne​go aresz​to​wa​nia, za​cho​wu​ję się jak trze​ba, je​stem sku​pio​ny i czuj​ny, ale to nie​praw​da. Po mo​ich po​licz​kach rów​nież pły​ną stru​mie​nie łez. – Od​daj mi broń, mło​dzień​cze – mó​wię. – Mu​sisz mi od​dać broń. Je​stem po​li​cjan​tem. Robi to. Pod​cho​dzi do mnie i wkła​da mi pi​sto​let do ręki.

*** Ka​pli​ca w piw​ni​cy jest wy​peł​nio​na kar​to​na​mi. Na​pi​sy gło​szą, że znaj​du​je się w nich sprzęt me​dycz​ny, i to się zga​dza w kil​ku przy​pad​kach. Trzy kar​to​ny za​wie​ra​ją strzy​‐ kaw​ki, dwa wy​peł​nio​no ma​secz​ka​mi ochron​ny​mi, jest też pu​‐ deł​ko z ta​blet​ka​mi jodu i roz​two​ru soli fi​zjo​lo​gicz​nej. Wo​recz​ki do kro​plów​ki i po​krę​tła. Opa​ski uci​sko​we i ter​mo​me​try. Jest też spo​ro ta​ble​tek, ta​kie same, jak te, któ​re zna​la​złem w psiej bu​dzie. Gro​ma​dził jej tu​taj, by wy​nieść za jed​nym za​‐ ma​chem i prze​ka​zać To​us​sa​in​to​wi. Od​kry​wam tak​że żyw​ność. Pięć kar​to​nów pusz​ko​wa​nych sma​ko​ły​ków: su​szo​nej wo​ło​wi​ny w pla​ster​kach, go​to​wa​nej fa​‐ so​li i zupy na mię​sie. Tego typu żar​cie znik​nę​ło z pó​łek su​per​‐ mar​ke​tów już wie​le mie​się​cy temu, moż​na je jed​nak zdo​być na czar​nym ryn​ku, je​śli po​sia​da się od​po​wied​nio dużo pie​nię​dzy, tyle że dzi​siaj wszyst​kim ich bra​ku​je. Na​wet gli​nia​rzom. Pod​‐ no​szę pusz​kę ana​na​sów w za​le​wie, czu​ję w dło​ni zna​jo​my, bu​‐ dzą​cy no​stal​gię cię​żar. W więk​szo​ści kar​to​nów tkwi broń. Trzy my​śliw​skie moss​ber​gi 817 z dwu​dzie​sto​jed​no​ca​lo​wy​mi lu​fa​mi. Sa​mot​ny thomp​son M1 z dzie​się​cio​ma pu​deł​ka​mi na​boi ka​li​‐ ber .45, po pięć​dzie​siąt kul w każ​dym. Do tego mar​lin ka​li​ber .30-06 z lu​ne​tą. Je​de​na​ście ru​ge​rów LCP ka​li​ber .380, nie​wiel​kich, wa​żą​cych po nie​ca​łe trzy​dzie​ści deko pi​sto​le​tów au​to​ma​tycz​nych, i całe

wia​dro amu​ni​cji do nich. Broń war​ta wie​le ty​się​cy do​la​rów. Fa​cet przy​go​to​wy​wał się na naj​gor​sze. Na to, co ma na​stą​pić po ka​ta​kli​zmie. Choć gdy tak pa​trzę na to za​gra​co​ne po​miesz​‐ cze​nie z krzy​żem na drzwiach, peł​ne kar​to​nów za​wie​ra​ją​cych broń, pusz​ko​wa​ne żar​cie i leki, za​czy​na do mnie do​cie​rać, że ka​ta​klizm już na​stą​pił. W jed​nym z więk​szych pła​skich pu​deł, w ja​kich za​zwy​czaj wy​‐ sy​ła się ob​ra​zy albo lu​stra, spo​czy​wa spo​ra ku​sza ra​zem z dzie​się​cio​ma rów​no uło​żo​ny​mi na dnie alu​mi​nio​wy​mi beł​ta​‐ mi.

*** Sie​dzi​my w ra​dio​wo​zie, po​dej​rza​ny oczy​wi​ście na tyl​nej ka​‐ na​pie. Wra​ca​my na ko​men​dę. Od celu dzie​li nas tyl​ko dzie​sięć mi​nut jaz​dy, ale to wy​star​czy, bym do​wie​dział się, że roz​pra​co​‐ wa​łem wszyst​ko po​praw​nie. Za​miast cze​kać, aż się ode​zwie, sam za​czy​nam mó​wić, zer​‐ ka​jąc co rusz w lu​ster​ko wstecz​ne, by spraw​dzać w oczach Eri​ka Lit​tle​joh​na, czy mam ra​cję. Wiem jed​nak, że tak wła​śnie jest. „Czy mogę mó​wić z pa​nią Na​omi Ed​des?” Tak wła​śnie do niej za​ga​dał, tym me​lo​dyj​nym, ła​god​nym gło​‐ sem, któ​re​go nie roz​po​zna​ła. Mu​sia​ła się po​czuć dziw​nie, pew​nie tak samo jak wte​dy, gdy ja za​dzwo​ni​łem do niej z te​le​fo​nu Pe​te​ra Zel​la. Tym ra​zem ktoś obcy do​bi​jał się do niej z nu​me​ru na​le​żą​ce​go do J.T. To​us​‐ sa​in​ta, któ​ry zna​ła na pa​mięć, po​nie​waż wy​dzwa​nia​ła tam od wie​lu mie​się​cy, ile​kroć chcia​ła od​le​cieć albo za​po​mnieć się. A te​raz, nie​spo​dzie​wa​nie, obcy głos w te​le​fo​nie za​czął wy​da​‐ wać jej po​le​ce​nia. Za​dzwoń do tego gli​nia​rza, za​dzwoń do swo​je​go no​we​go przy​ja​cie​la de​tek​ty​wa. Przy​po​mnij mu dys​kret​nie, co prze​‐

oczył. Za​su​ge​ruj, że to ohyd​ne mor​der​stwo na tle nar​ko​ty​ko​‐ wym jest czymś zu​peł​nie in​nym. I wie​cie co? To za​dzia​ła​ło. Cho​le​ra. Twarz pali mnie ży​wym ogniem na samą myśl. War​gi wy​krzy​wia​ją mi się z obrzy​dze​‐ nia. Wy​łu​dze​nie od​szko​do​wa​nia. Fał​szy​we rosz​cze​nie. To wy​da​ło mi się bar​dzo praw​do​po​dob​ne, w koń​cu lu​dzie gi​nę​li z tego typu po​wo​dów. By​łem śle​py jak roz​bry​ka​ny szcze​niak, bez​‐ myśl​ny, go​to​wy ga​niać za rzu​ca​ną na niby pi​łecz​ką. Przy​głu​pi gli​niarz, dziec​ko we mgle, po pro​stu du​reń. Wy​łu​dze​nie od​‐ szko​do​wa​nia! Aha! To musi być to. Trze​ba spraw​dzić, nad czym fa​cet pra​co​wał… Lit​tle​john mil​czy. Za​ciął się. Żyje już w przy​szło​ści. Oto​czo​ny przez śmierć. Ale ja wiem, że się nie mylę. Kyle zo​stał w szpi​ta​lu, sie​dzi w holu z dok​tor Fen​ton, cze​ka​‐ jąc na po​ja​wie​nie się mat​ki, któ​ra wy​słu​cha wie​ści i zda so​bie spra​wę, że ma przed sobą naj​trud​niej​sze mie​sią​ce ży​cia. Jak my wszy​scy tu​taj, a jed​nak jej sy​tu​acja jest jesz​cze gor​‐ sza. Nie mu​szę o nic wię​cej py​tać, mam peł​ny ob​raz sy​tu​acji, ale nie po​tra​fię się po​wstrzy​mać. – Na​stęp​ne​go ran​ka po​szedł pan do sie​dzi​by ubez​pie​czal​ni i tam pan cze​kał, zga​dza się? – Za​trzy​mu​ję się na czer​wo​nym świe​tle przy War​ren Stre​et. Mógł​bym je prze​łą​czyć, mam prze​cież w wo​zie nie​bez​piecz​ne​go prze​stęp​cę, mor​der​cę, lecz sto​ję spo​koj​nie, trzy​ma​jąc dło​nie na dzie​sią​tej i dru​giej. – Pro​‐ szę od​po​wia​dać na py​ta​nia. Na​stęp​ne​go dnia za​cza​ił się pan w jej biu​rze? – Tak – szep​cze. – Gło​śniej, pro​szę. – Tak. – Cze​kał pan w ko​ry​ta​rzu przed jej bok​sem. – W ma​ga​zyn​ku.

Za​ci​skam dło​nie na kie​row​ni​cy, aż kost​ki sta​ją się tak bia​łe, że nie​mal za​czy​na​ją błysz​czeć. McCon​nell mie​rzy mnie wzro​‐ kiem z sie​dze​nia pa​sa​że​ra. Wy​glą​da na za​nie​po​ko​jo​ną. – W ma​ga​zyn​ku. A po​tem, gdy zo​sta​ła sama, po​nie​waż Gom​‐ pers za​jął się pi​ciem, a resz​ta pra​cow​ni​ków wy​szła na lunch do Bar​ley Ho​use, wy​jął pan broń i zmu​sił Na​omi, aby prze​szła do ar​chi​wum. Chciał pan, aby​śmy po​my​śle​li, że prze​glą​da​ła akta, bo… no wła​śnie: dla​cze​go? Chciał pan za​ciem​nić ob​raz jesz​cze bar​dziej, abym na pew​no po​łknął nowy ha​czyk? – Tak. I… – Słu​cham. Czu​ję, że McCon​nell kła​dzie mi rękę na dło​ni, abym przy​pad​‐ kiem nie zje​chał z dro​gi. – Wy​ga​da​ła​by się przed pa​nem prę​dzej czy póź​niej – mówi Lit​tle​john. „Hej, Hen​ry”, po​wie​dzia​ła, przy​sia​da​jąc na kra​wę​dzi ma​te​ra​‐ ca. „Jest coś jesz​cze”. – Mu​sia​łem to zro​bić – ję​czy Lit​tle​john, świe​że łzy na​pły​wa​ją mu do oczu. – Mu​sia​łem ją za​bić. – Nikt nie musi ni​ko​go za​bi​jać. – Nie​dłu​go – rzu​ca, od​wra​ca​jąc się do okna. – Nie​dłu​go to się zmie​ni.

*** – A nie mó​wi​łem, że coś się spie​przy​ło? McGul​ly sie​dzi na pod​ło​dze na​sze​go po​ko​ju opar​ty ple​ca​mi o ścia​nę. Cu​lver​so​na za​sta​ję w po​dob​nej po​zy​cji, acz​kol​wiek on za​cho​wu​je odro​bi​nę god​no​ści, mimo że ma skrzy​żo​wa​ne nogi i pod​cią​gnię​te no​gaw​ki spodni. – Gdzie są na​sze me​ble? – py​tam. Biur​ka znik​nę​ły. Kom​pu​te​ry znik​nę​ły, te​le​fo​ny, na​wet ko​sze na śmie​ci. Nie ma też wy​so​kich sza​fek na akta, któ​re sta​ły obok okna, zo​sta​ły po nich tyl​ko cha​rak​te​ry​stycz​ne pro​sto​kąt​‐

ne wgnie​ce​nia w pod​ło​dze. Nie​do​pał​ki pa​pie​ro​sów spo​czy​wa​ją na wy​bla​kłej nie​bie​skiej wy​kła​dzi​nie jak mar​twe owa​dy. – A nie mó​wi​łem?… – po​wta​rza McGul​ly, jego głos od​bi​ja się echem od ścian opróż​nio​ne​go po​ko​ju. Lit​tle​john cze​ka na ze​wnątrz, sie​dzi na tyl​nej ka​na​pie chev​ro​‐ le​ta niań​czo​ny przez po​ste​run​ko​wą McCon​nell wspo​ma​ga​ną, dość nie​chęt​nie zresz​tą, przez Rit​chie​go Mi​chel​so​na. Mu​szę go tam prze​trzy​mać do chwi​li ofi​cjal​ne​go za​re​je​stro​wa​nia. Wsze​dłem na ko​men​dę sam, wbie​głem na pię​tro, by po​ga​dać z Cu​lver​so​nem. Chcia​łem, by​śmy za​ła​twi​li to ra​zem – to w koń​cu dwa mor​der​stwa: jego i moje. Je​ste​śmy part​ne​ra​mi. McGul​ly koń​czy pa​pie​ro​sa, pstry​ka nim na wy​kła​dzi​nę, by nie​do​pa​łek wy​lą​do​wał na sa​mym środ​ku po​ko​ju, mię​dzy brać​‐ mi. – Ktoś już wie – stwier​dza Cu​lver​son. – Ale co? – pyta McGul​ly. Nasz ko​le​ga nie od​po​wia​da, po​nie​waż w pro​gu sta​je ko​men​‐ dant Or​dler. – Wi​tam pa​nów – rzu​ca. Ma na so​bie zwy​kłe cy​wil​ne ciu​chy, wy​glą​da na zmę​czo​ne​go. McGul​ly i Cu​lver​son spo​glą​da​ją na nie​go nie​uf​nie, nie pod​no​‐ sząc się z pod​ło​gi. Ja pro​stu​ję ple​cy, łą​czę ob​ca​sy i sta​ję w wy​‐ cze​ku​ją​cej po​zy​cji. Je​stem świa​dom, że mam na dole po​dej​rza​‐ ne​go o do​ko​na​nie dwóch za​bójstw, ale dziw​nym zbie​giem oko​‐ licz​no​ści od​no​szę wra​że​nie, że to jest w tym mo​men​cie nie​‐ istot​ne. – Pa​no​wie, dzi​siaj rano wy​dział kry​mi​nal​ny po​li​cji w Con​cord zo​stał włą​czo​ny do struk​tur fe​de​ral​nych. Wszy​scy mil​czy​my jak gła​zy. Or​dler trzy​ma pod pa​chą sko​ro​‐ szyt, na okład​ce wid​nie​je pie​częć De​par​ta​men​tu Spra​wie​dli​‐ wo​ści. – Włą​czo​ny do struk​tur fe​de​ral​nych? Co to w ogó​le zna​czy? – py​tam.

Cu​lver​son krę​ci wol​no gło​wą, pod​no​si się ocię​ża​le, uspo​ka​ja​‐ ją​cym ru​chem kła​dzie mi dłoń na ra​mie​niu. McGul​ly nie zmie​‐ nia po​zy​cji, się​ga tyl​ko po ko​lej​ne​go pa​pie​ro​sa i za​pa​la go. – Co to zna​czy? – po​wta​rzam py​ta​nie. Or​dler, wbi​ja​jąc wzrok w pod​ło​gę, od​po​wia​da: – To zna​czy, że wszyst​ko się zmie​ni. Mamy po​słać na uli​ce jesz​cze wię​cej szcze​nia​ków. Obie​ca​li mi, że mogę za​trzy​mać więk​szość funk​cjo​na​riu​szy, je​śli będę chciał, a im bę​dzie to pa​‐ so​wać, jed​nak​że wszy​scy prze​cho​dzi​my pod ju​rys​dyk​cję De​‐ par​ta​men​tu Spra​wie​dli​wo​ści. – Ale co to zna​czy? – do​py​tu​ję się po raz trze​ci. Chcę wie​‐ dzieć, jak to się od​bi​je na nas. Od​po​wiedź wy​da​je się oczy​wi​‐ sta. Sto​ję prze​cież w pu​stym po​ko​ju. – Za​mknę​li wszyst​kie wy​dzia​ły do​cho​dze​nio​we. Ge​ne​ral​nie… Strzą​sam dłoń Cu​lver​so​na z ra​mie​nia, ukry​wam twarz w dło​‐ niach, pod​no​szę wzrok i krę​cąc gło​wą, spo​glą​dam na ko​men​‐ dan​ta, któ​ry koń​czy: – Ge​ne​ral​nie za​pa​dła de​cy​zja, że w za​ist​nia​łej sy​tu​acji pro​wa​‐ dze​nie do​cho​dzeń nie ma więk​sze​go sen​su. Mówi coś jesz​cze, ale ja już tego nie sły​szę, cho​ciaż wiem, że z jego ust pa​da​ją na​stęp​ne sło​wa. Milk​nie do​pie​ro po chwi​li, jak​by cze​kał na py​ta​nia. Pa​trzy​my tyl​ko na nie​go, więc mam​‐ ro​cze coś pod no​sem, od​wra​ca się i wy​cho​dzi. W tym mo​men​cie do​cie​ra do mnie, że grzej​nik zo​stał wy​łą​‐ czo​ny, przez co w po​ko​ju pa​nu​je strasz​ny ziąb. – Ktoś już wie – po​wta​rza Cu​lver​son. Obaj z McGul​lym spo​glą​da​my w jego kie​run​ku, jak​by​śmy byli ma​rio​net​ka​mi i jak​by ktoś po​cią​gnął wła​śnie za sznur​ki. – Nie po​win​ni wie​dzieć jesz​cze przez ty​dzień – mó​wię. – Do dzie​wią​te​go kwiet​nia. Cu​lver​son po​trzą​sa gło​wą. – A jed​nak ktoś do​wie​dział się wcze​śniej. – Ale o czym? – pyta zdez​o​rien​to​wa​ny McGul​ly.

– Ktoś już wie, gdzie ude​rzy ta pie​przo​na aste​ro​ida.

*** Gdy otwie​ram drzwi pa​sa​że​ra, na wi​dok mo​jej miny McCon​‐ nell pyta: – Co się sta​ło? Mil​czę przez dłuż​szą chwi​lę. Sto​ję tam, z jed​ną ręką opar​tą o dach sa​mo​cho​du, pa​trzę na nią, póź​niej po​chy​lam się i wy​cią​‐ ga​jąc szy​ję, spo​glą​dam na sku​lo​ne​go więź​nia. Mi​chel​son przy​‐ siadł na ma​sce, pali pa​pie​ro​sa, zu​peł​nie jak wcze​śniej moja sio​stra, tam, na par​kin​gu. – Co się dzie​je, Hen​ry? – Nic – od​po​wia​dam. – Nic. Za​bie​ra​my więź​nia na ko​men​dę. We trój​kę wy​cią​ga​my aresz​to​wa​ne​go z che​vro​le​ta. Lit​tle​john wy​ła​nia się w kaj​dan​kach i tej ślicz​niut​kiej skó​rza​nej kurt​ce. Ob​ser​wu​je nas spo​ro lu​dzi: Je​ży​ki, kil​ku we​te​ra​nów, Hal​bur​‐ ton, sta​ry me​cha​nik, któ​ry wciąż pa​łę​ta się po na​szym par​kin​‐ gu. Be​to​no​we scho​dy pro​wa​dzą stąd pro​sto do piw​ni​cy, gdzie za​ła​twia się wła​śnie ta​kie spra​wy. Przy​wie​zio​ny w ra​dio​wo​zie prze​stęp​ca prze​cho​dzi w ręce ofi​ce​ra dy​żur​ne​go, by tra​fić po​‐ tem do aresz​tu. – Re​wir? – za​ga​du​je Mi​chel​son. – Co jest gra​ne? Sto​ję tam, trzy​ma​jąc jed​ną dłoń na ra​mie​niu po​dej​rza​ne​go. Ktoś gwiż​dże za McCon​nell, któ​ra wciąż jest w spód​ni​cy i bluz​ce, więc nie po​zo​sta​je mu dłuż​na i od​krzy​ku​je: – Wal się, zła​ma​sie! Pro​wa​dzi​łem tymi scho​da​mi kie​szon​kow​ców, go​ścia po​dej​rza​‐ ne​go o pod​pa​le​nie i nie​zli​czo​nych pi​ja​ków. Ni​g​dy wcze​śniej nie sze​dłem tędy z mor​der​cą. I to po​dwój​nym. Nic jed​nak nie czu​ję. Je​stem ja​kiś odrę​twia​ły. Mat​ka by​ła​by ze mnie dum​na, my​ślę. Na​omi pew​nie też. Ale żad​nej z nich

nie ma tu te​raz. A za pół roku nie bę​dzie tu​taj ni​ko​go z nas, po​zo​sta​nie tyl​ko przy​sy​pa​ny po​pio​łem kra​ter. Ru​szam da​lej, wio​dąc na​szą małą grup​kę w stro​nę scho​dów. De​tek​tyw pro​wa​dzi aresz​to​wa​ne​go dra​ba. Gło​wa mi pęka. W nor​mal​nych oko​licz​no​ściach by​ło​by tak: ofi​cer dy​żur​ny przy​jął​by od nas za​trzy​ma​ne​go i od​pro​wa​dził go na dół, by po​‐ brać jego od​ci​ski pal​ców i od​czy​tać mu pra​wa. Na​stęp​nie aresz​to​wa​ny zo​stał​by zre​wi​do​wa​ny i sfo​to​gra​fo​wa​ny, ka​za​no by mu opróż​nić kie​sze​nie, a ich za​war​tość tra​fi​ła​by do za​plom​‐ bo​wa​ne​go wor​ka. W koń​cu zo​stał​by po​uczo​ny o moż​li​wo​ści uzy​ska​nia po​ra​dy praw​nej. Ko​goś ta​kie​go jak Erik Lit​tle​john by​ło​by z pew​no​ścią stać na pry​wat​ne​go ad​wo​ka​ta, umoż​li​wio​‐ no by mu więc kon​takt ze wska​za​ną kan​ce​la​rią. Te stro​me be​to​no​we stop​nie są, ina​czej mó​wiąc, ko​lej​nym eta​pem dłu​giej i skom​pli​ko​wa​nej pro​ce​du​ry, któ​rej po​cząt​kiem było od​kry​cie cia​ła w brud​nej ubi​ka​cji, a koń​cem bę​dzie sala są​do​wa. W nor​mal​nych oko​licz​no​ściach. Po​nie​waż za​trzy​ma​li​śmy się kil​ka kro​ków od klat​ki scho​do​‐ wej, Mi​chel​son znów się od​zy​wa. – Re​wir? – rzu​ca. – Hen​ry? – wtó​ru​je mu McCon​nell. Nie wiem, co bę​dzie z Lit​tle​joh​nem, je​śli prze​ka​żę go w ręce sie​dem​na​sto-, może osiem​na​sto​let​nich szczy​li, któ​rzy cze​ka​ją już z tę​pym wzro​kiem i wy​pro​sto​wa​ny​mi rę​ko​ma na prze​ka​za​‐ nie po​dej​rza​ne​go. Ostat​ni​mi cza​sy prze​pi​sy zmie​nio​no już ty​lo​krot​nie, że nie mam po​ję​cia, jak wy​glą​da​ją ak​tu​al​nie obo​wią​zu​ją​ce. Nie wiem, co kry​je sko​ro​szyt Or​dle​ra ani co jesz​cze uleg​ło zmia​nie prócz za​wie​sze​nia do​cho​dzeń w spra​wach kry​mi​nal​nych. Do tej pory nie za​da​wa​łem so​bie py​ta​nia, co dzie​je się z oskar​żo​nym o za​bój​stwo, gdy już zo​sta​nie schwy​ta​ny. Praw​‐ dę mó​wiąc, nie przy​pusz​cza​łem, że kie​dy​kol​wiek do​ko​nam za​‐ trzy​ma​nia i znaj​dę się w tym po​ło​że​niu.

Tym​cza​sem sto​ję tu​taj i za​sta​na​wiam się, ja​kie mam opcje. Oto jest py​ta​nie. Spo​glą​dam na Eri​ka, któ​ry nie spusz​cza ze mnie wzro​ku, a po​tem rzu​cam zdaw​ko​we „Wy​bacz” i prze​ka​zu​ję go Je​ży​‐ kom.

Epilog Śro​da, 11 kwiet​nia Rek​ta​scen​sja 19 27 43,9 De​kli​na​cja -35 32 16 Elon​ga​cja 92,4 Del​ta 2,705 j.a.

Jadę ro​we​rem z dzie​się​cio​bie​go​wą prze​rzut​ką po chod​ni​ku za​‐ la​ne​go wio​sen​nym bla​skiem New Ca​stle w sta​nie New Hamp​‐ shi​re, szu​ka​jąc Sa​la​man​der Stre​et. Słoń​ce nad moją gło​wą co rusz cho​wa się, by za​raz znów się wy​ło​nić zza pie​rza​stych chmur, lek​ka bry​za jest cie​pła, ma sło​na​wy za​pach, więc my​ślę so​bie: a co mi tam, i skrę​cam w pra​wo, by bocz​ną ulicz​ką do​‐ trzeć na samo wy​brze​że. New Ca​stle jest nie​wiel​kim uro​czym let​nim ku​ror​tem, obec​‐ nie po se​zo​nie, z cha​rak​te​ry​stycz​ny​mi cią​ga​mi skle​pów pa​‐ miąt​kar​skich, cu​kier​nio-lo​dziar​nia​mi, pocz​tą i mu​zeum. Mają tu​taj na​wet pro​me​na​dę bie​gną​cą przez pra​wie ki​lo​metr wzdłuż pla​ży, wi​dzę też garst​kę za​go​rza​łych pla​żo​wi​czów na po​bli​skich wy​dmach. Para sta​rusz​ków trzy​ma się za ręce, mama rzu​ca pił​kę sy​no​wi, na​sto​la​tek pró​bu​je ode​rwać od zie​‐ mi pę​ka​ty la​ta​wiec. Dróż​ka na koń​cu pla​ży pro​wa​dzi na ry​nek, gdzie so​czy​ście zie​lo​ny traw​nik ota​cza zbu​do​wa​ną z pięk​ne​go ciem​ne​go drew​‐ na al​ta​nę ozdo​bio​ną cho​rą​giew​ka​mi i ame​ry​kań​ski​mi fla​ga​mi. Naj​wy​raź​niej mi​nio​nej nocy od​był się tu miej​ski fe​styn, a ko​lej​‐ ny przy​go​to​wa​no na ten wie​czór. Po pla​cu krę​ci się kil​ko​ro miej​sco​wych, roz​pa​ko​wu​ją in​stru​men​ty, roz​ma​wia​ją, ści​ska​ją so​bie ręce. Przy​pi​nam ro​wer do prze​peł​nio​ne​go kon​te​ne​ra na śmie​ci wy​ła​nia​ją​ce​go się z ła​chy pa​pie​ro​wych ta​cek i nie​do​je​‐ dzo​nych ka​wał​ków cia​sta, po​kry​tych ra​do​sną mo​zai​ką mró​‐ wek. W Con​cord też mie​li​śmy wczo​raj pa​ra​dę, po zmro​ku z bar​ki za​ko​twi​czo​nej na rze​ce od​pa​lo​no sztucz​ne ognie, któ​re roz​‐ świet​liły nie​bo nad ko​pu​łą sta​no​we​go par​la​men​tu ma​je​sta​tycz​‐ ną wie​lo​barw​ną łuną. Te​raz już wie​my, że Maja wy​lą​du​je gdzieś w In​do​ne​zji. Wła​dze nie chcą bądź nie po​tra​fią po​dać do​kład​nej lo​ka​li​za​cji punk​tu zero, wie​my jed​nak, że cho​dzi o re​jon ar​chi​pe​la​gu in​do​ne​zyj​skie​go, na wschód od za​to​ki Bone. Pa​ki​stan, znaj​du​ją​cy się za​le​d​wie czte​ry ty​sią​ce ki​lo​me​‐

trów na za​chód od miej​sca zde​rze​nia, po​no​wił groź​by znisz​‐ cze​nia aste​ro​idy, na co rząd Sta​nów Zjed​no​czo​nych od​po​wie​‐ dział jak po​przed​nio obiek​cja​mi. Tym​cza​sem Ame​ry​ka świę​tu​je, urzą​dza pa​ra​dy, po​ka​zy sztucz​nych ogni, fe​sty​ny. Na jed​nym z przed​mieść Dal​las, w lo​‐ kal​nym cen​trum han​dlo​wym, do​szło do gra​bie​ży, któ​ra za​koń​‐ czy​ła się strze​la​ni​ną, póź​niej​szy​mi za​miesz​ka​mi i utra​tą ży​cia przez sześć osób. Po​dob​ne in​cy​den​ty mia​ły miej​sce w Jack​so​‐ nvil​le na Flo​ry​dzie i w Rich​mond w sta​nie In​dia​na. Dzie​więt​na​‐ ście osób zgi​nę​ło, ra​bu​jąc mar​ket bu​dow​la​ny w Gre​en Bay w sta​nie Wi​scon​sin.

*** Bu​dy​nek miesz​czą​cy się pod nu​me​rem czte​ry przy Sa​la​man​‐ der Stre​et nie wy​glą​da na głów​ną sie​dzi​bę ja​kiejś in​sty​tu​cji. To do​mek jed​no​ro​dzin​ny utrzy​ma​ny w sty​lu po​pu​lar​nym na pół​wy​spie Cape Cod, drew​nia​ny, po​ma​lo​wa​ny na pa​ste​lo​wy błę​kit, sto​ją​cy tak bli​sko brze​gu mo​rza, że na jego we​ran​dzie bez tru​du wy​czu​wam cha​rak​te​ry​stycz​ny za​pach soli. – Dzień do​bry pani – rzu​cam na wi​dok okrut​nie wie​ko​wej ko​‐ bie​ty, któ​ra otwie​ra mi drzwi. – Je​stem de​tek​tyw Hen​ry Pa​la​‐ ce. – Nie, już nie de​tek​tyw. – Prze​pra​szam, na​zy​wam się Hen​‐ ry Pa​la​ce. Czy to Open Vi​sta In​sti​tu​te? Sta​rusz​ka od​wra​ca się bez sło​wa i ru​sza w głąb domu, a ja po​dą​żam za nią, mó​wiąc, cze​go po​trze​bu​ję. W koń​cu otrzy​mu​‐ ję od​po​wiedź. – Był strasz​nym dzi​wa​kiem, nie​praw​daż? – pod​su​mo​wu​je Pe​‐ te​ra Zel​la. Głos ma do​no​śny i za​ska​ku​ją​co czy​sty. – Szcze​rze po​wie​dziaw​szy, ni​g​dy go nie spo​tka​łem. – Ale taki był. – Okay. Wła​śnie wpa​dłem na to, że nie za​szko​dzi​ło​by do​wie​dzieć się nie​co wię​cej o ostat​niej spra​wie, któ​rą mój agent ubez​pie​cze​‐

nio​wy pro​wa​dził przed śmier​cią. Mu​sia​łem zdać służ​bo​we​go che​vro​le​ta, więc przy​je​cha​łem tu​taj na ro​we​rze, na zde​ze​lo​‐ wa​nej dam​ce mo​jej mamy. Za​ję​ło mi to po​nad pięć go​dzin, wli​‐ cza​jąc po​stój w opusz​czo​nym lo​ka​lu Dun​kin’ Do​nuts, gdzie zja​‐ dłem przy​wie​zio​ny z domu lunch. – Strasz​ny dzi​wak. Wca​le nie mu​siał się tu​taj fa​ty​go​wać. – Dla​cze​go? – Dla​te​go. – Wska​zu​je akta, któ​re przy​wio​złem, le​żą​ce te​raz na sto​li​ku po​mię​dzy nami. Trzy kart​ki w kar​to​no​wej tecz​ce: po​li​sa, rosz​cze​nie i ze​sta​wie​nie za​łącz​ni​ków. – Py​tał mnie o to, co rów​nie do​brze mo​głam mu po​wie​dzieć przez te​le​fon. Na​zy​wa się Ve​ro​ni​ca Tal​ley, jej pod​pi​sy wid​nie​ją na do​ku​men​‐ tach, jej i nie​ży​ją​ce​go już męża Ber​nar​da. Oczy pani Tal​ley są małe i czar​ne, wy​glą​da​ją jak pa​cior​ko​wa​te ślep​ka lal​ki. Sa​lon, w któ​rym sie​dzi​my, też jest mały, ale ład​ny, ścia​ny zdo​bią ob​‐ raz​ki z musz​la​mi i al​ga​mi. W dal​szym cią​gu nie wi​dzę choć​by jed​ne​go do​wo​du na to, że zna​la​złem się w sie​dzi​bie ja​kiejś in​‐ sty​tu​cji. – Sza​now​na pani, je​śli do​brze ro​zu​miem, pani mąż po​peł​nił sa​mo​bój​stwo. – Tak. Po​wie​sił się. W ła​zien​ce. Na tym, no…. – Po​ru​sza się ner​wo​wo. – Na tym czymś, z cze​go ciek​nie woda. – Na desz​czow​ni​cy? – Tak. Pan wy​ba​czy, je​stem sta​ra. – Pro​szę przy​jąć moje kon​do​len​cje. Na​praw​dę bar​dzo mi przy​kro. – Nie​po​trzeb​nie. Ber​nard uprze​dził mnie, że to zro​bi. Ka​zał mi iść na dłu​gi spa​cer, po​roz​ma​wiać z kra​ba​mi pu​stel​ni​ka​mi, i za​po​wie​dział, że kie​dy wró​cę, bę​dzie wi​siał mar​twy w ła​zien​‐ ce. Tak też było. Po​cią​ga no​sem, mie​rzy mnie ostrym spoj​rze​niem ma​leń​kich oczu. Śmierć Ber​nar​da Tal​leya, co wiem z lek​tu​ry do​ku​men​‐ tów, przy​nio​sła jej oso​bi​ście mi​lion do​la​rów i do​dat​ko​we trzy

dla Open Vi​sta In​sti​tu​te, je​śli ta​ko​wy ist​niał na​praw​dę. Zell za​‐ twier​dził to rosz​cze​nie i od​blo​ko​wał wy​pła​tę pie​nię​dzy po tym, jak trzy ty​go​dnie temu zło​żył wi​zy​tę w tym miej​scu – jed​nak​że nie odło​żył akt spra​wy do ar​chi​wum, być może chciał do niej jesz​cze wró​cić. – Pan jest w pew​nym sen​sie taki jak on, nie​praw​daż? – Słu​cham? – Jest pan po​dob​ny do swo​je​go przy​ja​cie​la, tego, któ​ry był tu przed pa​nem. Sie​dział na tym sa​mym miej​scu co pan. – Jak już wspo​mnia​łem, sza​now​na pani, nie zna​łem pana Zel​‐ la. – Mimo to jest pan do nie​go bar​dzo po​dob​ny. Za ku​chen​nym oknem wi​szą dzwo​necz​ki po​ru​sza​ne przez wiatr, sie​dzę przez mo​ment nie​ru​cho​mo, wsłu​chu​jąc się w ich de​li​kat​ne kry​sta​licz​ne dźwię​ki. – Czy może mi pani opo​wie​dzieć o Open Vi​sta In​sti​tu​te? Chciał​bym wie​dzieć, na co zo​sta​ną prze​zna​czo​ne te pie​nią​dze. – Pana przy​ja​ciel też o to py​tał. – Tak? – Pro​wa​dzi​my le​gal​ną dzia​łal​ność. Je​ste​śmy za​re​je​stro​wa​ną or​ga​ni​za​cją non pro​fit. – Nie wąt​pię. Na tym koń​czy od​po​wiedź. Wiatr zno​wu po​ru​sza dzwo​necz​‐ ka​mi, po​tem od stro​ny ryn​ku do​bie​ga​ją dźwię​ki roz​grzew​ki or​‐ kie​stry: tub i trą​bek. – Sza​now​na pani, do​wiem się wszyst​kie​go w inny spo​sób, je​śli będę mu​siał, wo​lał​bym jed​nak, aby​śmy po pro​stu to so​bie wy​‐ ja​śni​li. Wzdy​cha, na​stęp​nie wsta​je i czła​pie do drzwi, a ja ru​szam za nią, ma​jąc na​dzie​ję, że po​ka​że mi coś kon​kret​ne​go, po​nie​waż to był czy​sty blef, nie mam już żad​nych moż​li​wo​ści spraw​dze​‐ nia cze​go​kol​wiek.

*** Pie​nią​dze zo​sta​ły wy​da​ne w więk​szo​ści na ty​tan. – Nie znam się na tym – za​pew​nia mnie pani Tal​ley. – Ale Ber​‐ nard był in​ży​nie​rem. On wszyst​ko za​pro​jek​to​wał, choć za​war​‐ tość wy​bie​ra​li​śmy ra​zem i wspól​nie gro​ma​dzi​li​śmy ma​te​ria​ły. Za​czę​li​śmy w maju, za​raz po tym, jak ogło​szo​no, że cze​ka nas naj​gor​sze. Na sto​le w ga​ra​żu spo​czy​wa gład​ka me​ta​lo​wa kula spo​rej wiel​ko​ści. Pani Tal​ley in​for​mu​je mnie, że ze​wnętrz​na po​wło​ka zo​sta​ła wy​ko​na​na z ty​ta​nu, lecz pod nią znaj​du​je się jesz​cze kil​ka warstw alu​mi​nium sta​no​wią​cych izo​la​cję ter​micz​ną za​‐ pro​jek​to​wa​ną przez jej męża, któ​ry przez wie​le lat pra​co​wał jako in​ży​nier lot​ni​czy. Stąd wy​ni​ka​ła jego pew​ność, że sfe​ra bę​dzie od​por​na na pro​mie​nio​wa​nie ko​smicz​ne i zde​rze​nia z wszel​kim śmie​ciem, gdy znaj​dzie się na or​bi​cie Zie​mi. – Jak dłu​go mia​ła​by tam prze​trwać? Sta​rusz​ka uśmie​cha się cie​pło po raz pierw​szy w mo​jej obec​‐ no​ści. – Do chwi​li, gdy ludz​kość zdo​ła ją od​zy​skać. – We​wnątrz sfe​ry upa​ko​wa​no pu​deł​ka z pły​ta​mi DVD, ry​sun​ki, zro​lo​wa​ne ga​ze​ty w tu​bach z plek​si, prób​ki roz​ma​itych two​rzyw. – Sło​na woda, ka​wa​łek gli​ny, ludz​ka krew – po​ka​zu​je pani Tal​ley. – Mój mąż był szczwa​nym li​sem. Na​praw​dę szczwa​nym li​sem. Prze​glą​dam za​war​tość nie​wiel​kie​go sa​te​li​ty przez kil​ka mi​‐ nut, prze​kła​da​jąc ten dzi​wacz​ny zbiór przed​mio​tów, trzy​ma​jąc każ​dy z nich w dło​ni, ki​wa​jąc gło​wą z apro​ba​tą. Oto hi​sto​ria rasy ludz​kiej w pi​guł​ce. Gro​ma​dząc tę ko​lek​cję, pań​stwo Tal​‐ ley skon​tak​to​wa​li się z pry​wat​ną fir​mą wy​no​szą​cą ła​dun​ki na or​bi​tę i usta​li​li datę wy​strze​le​nia na czer​wiec, ale skoń​czy​ły im się pie​nią​dze. Wła​śnie dla​te​go po​trzeb​ne im było od​szko​do​‐ wa​nie z ubez​pie​czal​ni. Wła​śnie dla​te​go Ber​nard mu​siał po​peł​‐ nić sa​mo​bój​stwo. – Dzię​ki temu wy​strze​le​nie sa​te​li​ty od​bę​dzie się zgod​nie

z pla​nem – za​pew​nia mnie pani Tal​ley spo​koj​nie. – Co chciał​by pan do​ło​żyć do na​szej kap​su​ły? – Nic – od​po​wia​dam. – Dla​cze​go pani pyta? – Pań​ski przy​ja​ciel chciał to zro​bić. – Pe​ter Zell? Chciał coś do​ło​żyć? – Nie tyl​ko chciał, ale fak​tycz​nie do​ło​żył. – Się​ga ku zgro​ma​‐ dzo​nym przed​mio​tom, grze​bie w nich przez chwi​lę i w koń​cu wy​cią​ga nie​win​nie wy​glą​da​ją​cą ko​per​tę, cien​ką, małą, zło​żo​ną wpół. Nie za​uwa​ży​łem jej wcze​śniej. – Wy​da​je mi się, że wła​‐ śnie po to tu​taj przy​je​chał. Uda​wał, że musi za​jąć się na​szym rosz​cze​niem oso​bi​ście, choć ja prze​cież zdą​ży​łam po​in​for​mo​‐ wać go o wszyst​kim. Mimo to po​ja​wił się w moim domu. Miał przy so​bie tę ko​per​tę. Po​pro​sił, w dość nie​skład​ny spo​sób, abym po​zwo​li​ła mu ją do​ło​żyć do na​szych rze​czy. – Nie bę​dzie pani mieć nic prze​ciw​ko, je​śli…? – To był prze​cież pań​ski przy​ja​ciel. – Sta​rusz​ka wzru​sza ra​‐ mio​na​mi. Pod​no​szę ko​per​tę i wy​trzą​sam z niej za​war​tość: to mi​kro​ka​‐ se​ta ma​gne​to​fo​no​wa, jed​na z tych, któ​rych uży​wa​no w au​to​‐ ma​tycz​nych se​kre​tar​kach albo w dyk​ta​fo​nach. – Wie pani, co na niej jest? – Nie. Sto​ję tam, przy​glą​da​jąc się ka​se​cie ze wszyst​kich stron. Wiem, że zna​le​zie​nie sprzę​tu, na któ​rym będę mógł od​two​rzyć to na​gra​nie, może być trud​ne, ale prze​cież nie ma rze​czy nie​‐ moż​li​wych. W jed​nym z ma​ga​zy​nów na​szej ko​men​dy prze​cho​‐ wy​wa​no sta​re apa​ra​ty te​le​fo​nicz​ne z au​to​ma​tycz​ny​mi se​kre​‐ tar​ka​mi. Je​śli na​dal tam są, po​ste​run​ko​wa McCon​nell może zdo​być dla mnie je​den z nich. Albo znaj​dę ja​kiś w lom​bar​dzie czy na jar​mar​ku, któ​ry od​by​wa się co ty​dzień w Man​che​ste​‐ rze. Tam znaj​dę sprzęt, od​two​rzę tę ta​śmę. Cie​ka​wie by​ło​by usły​szeć głos Pe​te​ra, cie​ka​wie by​ło​by…

Pani Tal​ley cze​ka, ob​ser​wu​je mnie z prze​chy​lo​ną gło​wą, zu​‐ peł​nie jak ptak. Ma​leń​ka ta​śma wy​glą​da tak, jak​by spo​czy​wa​ła na dło​ni gi​gan​ta. – Okay – mó​wię, wrzu​ca​jąc ka​se​tę do ko​per​ty, któ​ra tra​fia na​tych​miast na stos in​nych dro​bia​zgów. – Dzię​ku​ję za po​świę​‐ co​ny mi czas. – Pro​szę. – Od​pro​wa​dza mnie do drzwi, ma​cha na po​żeg​na​‐ nie. – Pro​szę uwa​żać na scho​dy. Pań​ski przy​ja​ciel po​śli​zgnął się na nich i roz​kwa​sił so​bie pa​skud​nie twarz.

*** Od​pi​nam ro​wer od kon​te​ne​ra na śmie​ci sto​ją​ce​go na ryn​ku New Ca​stle, gdzie te​raz krą​ży roz​ba​wio​ny tłum, i ru​szam w po​dróż po​wrot​ną do domu. Dźwię​ki za​ba​wy cich​ną za mo​imi ple​ca​mi, wkrót​ce sły​szę już tyl​ko dud​nie​nie mu​zy​ki, a w koń​cu za​pa​da kom​plet​na ci​sza. Jadę skra​jem au​to​stra​dy nu​mer dzie​więć​dzie​siąt, czu​ję wiatr w no​gaw​kach spodni i rę​ka​wach płasz​cza roz​wie​wa​ne​go od cza​su do cza​su przez cię​ża​rów​kę albo ra​dio​wóz fe​de​ral​nych. W mi​nio​ny pią​tek za​wie​szo​no dzia​ła​nie pocz​ty, cze​mu to​wa​‐ rzy​szy​ła dość wy​staw​na ce​re​mo​nia w Bia​łym Domu, jed​nak​że pry​wat​ne fir​my ku​rier​skie na​dal do​star​cza​ją pacz​ki, z tym że kie​row​com to​wa​rzy​szą te​raz uzbro​je​ni po zęby ochro​nia​rze. Przy​ją​łem za​pro​po​no​wa​ną mi przed​wcze​sną eme​ry​tu​rę, do​‐ sta​ję osiem​dzie​siąt pięć pro​cent kwo​ty, któ​rą za​ra​bia​łem pod​‐ czas peł​nie​nia służ​by. W su​mie od​słu​ży​łem rok, trzy mie​sią​ce i dzie​sięć dni w pa​tro​lów​ce oraz trzy mie​sią​ce i dwa​dzie​ścia dni jako de​tek​tyw wy​dzia​łu kry​mi​nal​ne​go. Nie przej​mu​jąc się, zjeż​dżam na sam śro​dek jezd​ni i sunę po po​dwój​nej żół​tej li​nii. Nie da się my​śleć za dużo o tym, co bę​‐ dzie, po pro​stu się nie da.

***

Do domu wra​cam do​pie​ro póź​ną nocą, ale ona cze​ka na mnie, sie​dzi na od​wró​co​nej dnem do góry skrzyn​ce na mle​ko, któ​ra słu​ży mi za krze​sło na gan​ku. Moja młod​sza sio​stra w dłu​giej spód​ni​cy i dżin​so​wej blu​zie, czu​ję od niej gorz​ką woń pa​pie​ro​‐ sów. Ho​udi​ni ły​pie na nią groź​nie zza dru​giej skrzyn​ki, zęby ma ob​na​żo​ne, drży cały, pew​nie wy​da​je mu się, że jest te​raz nie​wi​dzial​ny. – Na li​tość bo​ską – rzu​cam, bie​gnąc w jej kie​run​ku. Zo​sta​‐ wiam ro​wer na zie​mi pod scho​da​mi, a mo​ment póź​niej już się ści​ska​my, śmie​je​my. Przy​tu​lam jej gło​wę do swo​jej pier​si. – Ty wa​riat​ko – do​da​ję, gdy się w koń​cu roz​dzie​la​my. – Wy​bacz, Hen. Na​praw​dę mi przy​kro. Nie musi mó​wić nic wię​cej, to wszyst​ko, co po​trze​bu​ję od niej usły​szeć w cha​rak​te​rze spo​wie​dzi. Od sa​me​go po​cząt​ku wie​‐ dzia​ła, co robi, gdy cała we łzach pro​si​ła o od​na​le​zie​nie męża. – Nic się nie sta​ło. Szcze​rze mó​wiąc, te​raz, po fak​cie, mu​szę przy​znać, że za​dzi​wi​łaś mnie swo​ją prze​bie​gło​ścią. Za​gra​łaś mi na uczu​ciach… Jak tata zwykł mó​wić przy ta​kich oka​zjach? Jak na obo​ju? Zga​dza się? – Nie wiem, Hen​ry. – Tak, to na pew​no był obój, do tego bo​no​bo i… – Mia​łam wte​dy tyl​ko sześć lat, Hen​ry, nie pa​mię​tam ni​cze​go, co do nas mó​wił. Pstry​ka nie​do​pał​kiem za ba​lu​stra​dę gan​ku i się​ga po no​we​go pa​pie​ro​sa. Krzy​wię się od​ru​cho​wo na to od​pa​la​nie jed​nej faj​ki od dru​giej, a ona rów​nie od​ru​cho​wo prze​wra​ca ocza​mi na moje pro​tek​cjo​nal​ne za​cho​wa​nie – ot, sta​re na​wy​ki. Ho​udi​ni wy​sta​wia nos zza skrzyn​ki i szcze​ka, raz, krót​ko i nie​zbyt gło​‐ śno. Po​ste​run​ko​wa McCon​nell twier​dzi, że to bi​chon fri​sé, lecz dla mnie już za​wsze bę​dzie pu​dlem. – Już po wszyst​kim, ale mu​sisz mi coś wy​ja​śnić. Cze​go chcia​‐ łaś się do​wie​dzieć? Ja​kiej in​for​ma​cji do​star​czy​łem ci nie​świa​‐ do​mie, uda​jąc się do bazy Gwar​dii Na​ro​do​wej?

– Gdzieś na te​re​nie kra​ju wdra​ża​ny jest taj​ny pro​jekt – za​czy​‐ na Nico, wol​no ce​dząc sło​wa i od​wra​ca​jąc ode mnie wzrok. – Na pew​no nie w ja​kimś oczy​wi​stym miej​scu. Za​wę​zi​li​śmy więc krąg po​szu​ki​wań, a te​raz na​szym ce​lem jest zna​le​zie​nie z po​‐ zo​ru nie​win​nie wy​glą​da​ją​cej bazy, któ​ra na​le​ży do tego pro​jek​‐ tu. – Jacy my? – Tego nie mogę po​wie​dzieć. Ale mamy in​for​ma​cje… – Skąd je ma​cie? – Nie mogę ci tego zdra​dzić. – Daj spo​kój, Nico. Czu​ję się tak, jak​bym tra​fił do Stre​fy mro​ku. Sprze​czam się z sio​strą tak samo jak kie​dyś o ostat​nie​go li​za​ka czy o to, że znów pod​pro​wa​dzi​ła sa​mo​chód dziad​ka, tyle że tym ra​zem cho​dzi o ja​kąś idio​tycz​ną teo​rię spi​sko​wą. – Ta​kie miej​sce musi mieć okre​ślo​ny sys​tem za​bez​pie​czeń. – Ustal​my jed​no: ty chy​ba nie wie​rzysz, że ktoś prze​rzu​ca lu​‐ dzi na Księ​życ? – Cóż – od​po​wia​da Nico, za​cią​ga​jąc się dy​mem. – Nie​któ​rzy z nas w to wie​rzą. Szczę​ka mi opa​da, peł​ne im​pli​ka​cje tego wszyst​kie​go – co zro​bi​ła, co robi tu​taj, dla​cze​go prze​pra​sza – do​pie​ro te​raz za​‐ czy​na​ją do mnie do​cie​rać. Spo​glą​dam na nią po​now​nie i na​gle wy​da​je mi się inna, po​dob​na do mamy znacz​nie mniej niż do​‐ tąd. Jest szczu​plej​sza niż przed​tem, oczy ma za​pad​nię​te, bar​‐ dzo po​waż​ne, w ostrych ry​sach twa​rzy nie do​strze​gam na​wet śla​du dzie​cię​cych krą​gło​ści. Nico, Pe​ter, Na​omi, Erik – wszy​scy mie​li se​kre​ty, wszys​cy się zmie​ni​li. Od​da​lo​na o czte​ry​sta pięć​dzie​siąt mi​lio​nów ki​lo​me​‐ trów Maja od​dzia​łu​je na nas wszyst​kich. – De​rek był jed​nym z nich, tak? Obo​je w tym tkwi​li​ście, ale twój mąż na​praw​dę wie​rzył, że co po​nie​któ​rzy pró​bu​ją się schro​nić na Księ​ży​cu?

– Tak. Mu​siał wie​rzyć, że ten wy​pad qu​adem do bazy ma sens, ale nie znał praw​dzi​we​go celu. Nie mo​gli​śmy mu za​ufać. Był zbyt… – …głu​pi. Nie od​po​wia​da. Minę ma za​cię​tą, w jej oczach do​strze​gam zna​jo​my błysk, zna​jo​my chłód. Przy​po​mi​na mi w tym mo​men​‐ cie agre​syw​nych fa​na​ty​ków re​li​gij​nych z pla​cu przed ko​men​‐ dą, Je​ży​ków cze​pia​ją​cych się pi​ja​ków dla sa​mej za​dy​my. Pew​ni lu​dzie zro​bi​li​by wszyst​ko, byle nie sta​wić czo​ła rze​czy​wi​sto​‐ ści. – Wspo​mi​na​łaś o sys​te​mie za​bez​pie​czeń. Gdy​by to była ta baza, któ​rej szu​ka​li​ście, zna​la​zł​bym go, po​wiedz​my, w kaj​da​‐ nach? – Nie. Zo​ba​czył​byś jego zwło​ki. Mówi to ostrym, bru​tal​nym to​nem. A ja czu​ję się tak, jak​bym roz​ma​wiał z kimś ob​cym. – Wie​dzia​łaś, czym ry​zy​ku​je. On nie miał bla​de​go po​ję​cia, ale ty wie​dzia​łaś. – Hen​ry, wie​dzia​łam o tym już w chwi​li, gdy za nie​go wy​cho​‐ dzi​łam. Nico pa​trzy gdzieś w prze​strzeń, do​pa​la​jąc pa​pie​ro​sa, a ja sto​ję przed nią, drżąc na ca​łym cie​le nie z po​wo​du tego, co sta​ło się z De​re​kiem, nie z po​wo​du afe​ry ro​dem z scien​ce fic​‐ tion, w któ​rą wplą​ta​ła się moja sio​stra, na​wet nie dla​te​go, że sam da​łem się w to nie​chcą​cy wplą​tać. Je​stem zde​ner​wo​wa​ny, po​nie​waż moja młod​sza sio​stra za chwi​lę wyj​dzie i znik​nie – ni​g​dy wię​cej już jej nie zo​ba​czę. I będę tu​taj cze​kał ra​zem z psem. – Mogę ci tyl​ko po​wie​dzieć, że to wszyst​ko było tego war​te. – Jak mo​żesz tak mó​wić? – Przy​po​mi​nam so​bie ostat​nią część tej hi​sto​rii. Nie​uda​ną pró​bę sfor​so​wa​nia miej​sca uwię​zie​nia, po​zo​sta​wie​nie De​re​ka na pew​ną śmierć. Jak​by moż​na go było

spi​sać na stra​ty, zło​żyć w ofie​rze. Pod​no​szę ro​wer, za​rzu​cam go so​bie na ra​mię i idę do drzwi, mi​ja​jąc Nico. – Cze​kaj… Nie chcesz wie​dzieć, cze​go szu​ka​li​śmy? – pyta mnie sio​stra. – Nie. Dzię​ku​ję. – Na​praw​dę war​to było. Mam dość. Nie je​stem na​wet wście​kły, je​śli już, ra​czej wy​‐ cień​czo​ny. Pe​da​ło​wa​łem cały dzień. Nogi bolą mnie po tej jeź​‐ dzie. Nie je​stem pe​wien, co zro​bię ju​tro, ale jest już na​praw​dę póź​no. Zie​mia na​dal się ob​ra​ca. – Mo​żesz mi za​ufać – rzu​ca Nico za mo​imi ple​ca​mi, po​nie​waż sto​ję już przy otwar​tych drzwiach z Ho​udi​nim przy no​dze. – Na​praw​dę było war​to. – Za​trzy​mu​ję się, od​wra​cam, pa​trzę na nią. – Jest jesz​cze na​dzie​ja – stwier​dza. – Aha – mó​wię. – Jest jesz​cze na​dzie​ja. Okay. Za​my​kam drzwi.

PO​DZIĘ​KO​WA​NIA Po​dzię​ko​wa​nia nie​chaj przyj​mą: dok​tor Tim Spahr, dy​rek​tor Mi​nor Pla​net Cen​ter przy Ha​‐ rvard-Smi​th​so​nian Cen​ter for Astro​phy​sics; dok​tor Cyn​thia Gard​ner, pa​to​log kry​mi​nal​na; Ko​men​da po​li​cji w Con​cord, zwłasz​cza po​ste​run​ko​wi Jo​seph Wri​ght i Cra​ig Le​ve​qu​es; Andrew Win​ters; Jeff Strel​zin, za​stęp​ca pro​ku​ra​to​ra ge​ne​ral​‐ ne​go sta​nu New Hamp​shi​re; Ste​ve Wal​ters z Uni​wer​sy​te​tu Loy​ola w sta​nie Ma​ry​land; Bi​ny​amin Ap​ple​baum z „New York Ti​me​sa”; dok​tor Judy Gre​ene; Da​vid Bel​son z Aka​mai Tech​no​‐ lo​gies; dok​tor Nora Osman i dok​tor Mark Po​me​ranz; Ja​son, Jane, Do​ogie, Dave, Brett, Mary El​len, Ni​co​le, Eric i cała resz​‐ ta z Qu​irk Bo​oks; Mol​ly Lyons i Jo​el​le Del​bo​ur​go; czy​tel​ni​cy zero: Nick Ta​mar​kin, Erik Jack​son i Lau​ra Gu​tin; Mi​cha​el Hy​‐ man (i pies Wy​lie); a szcze​gól​nie: Dia​na, Ro​sa​lie, Isa​ac i Mil​ly. Ru​sty Schwe​ic​kart, były astro​nau​ta NASA oraz eks​pert od aste​ro​id, na​ma​wiał mnie, bym nie pi​sał tej książ​ki, i pro​sił, abym sku​pił się na znacz​nie bar​dziej praw​do​po​dob​nym sce​na​‐ riu​szu, w któ​rym zde​rze​nie nie skut​ku​je apo​ka​lip​są, choć jest rów​nie ka​ta​stro​fal​ne w skut​kach. Mimo że nie speł​ni​łem tej proś​by, po​le​cam wszyst​kim wi​zy​tę na jego stro​nie in​ter​ne​to​‐ wej – www.B616Fo​un​da​tion.org

Subscribe

© Copyright 2013 - 2018 AZDOC.PL All rights reserved.