Neal Stephenson Cykl barokowy 03 Ustrój świata Tom 3 (2004)

USTRÓJ ŚWIATA Tom III Neal Stephenson USTRÓJ ŚWIATA Tom III Cykl Barokowy Część Trzecia Przełożył Wojciech Szypuła...

4 downloads 279 Views 1MB Size

USTRÓJ ŚWIATA

Tom III

Neal Stephenson

USTRÓJ ŚWIATA

Tom III Cykl Barokowy Część Trzecia Przełożył Wojciech Szypuła Wydawnictwo MAG Warszawa 2008

Tytuł oryginału: The System of The World Copyright © 2004 by Neal Stephenson Copyright for the Polish translation © 2008 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Piotr Wyskok Opracowanie graficzne okładki: Jarosław Musiał Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń ISBN 978-83-7480-072-3 Wydanie I Druk i oprawa [email protected] Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. (22) 721-30-00 www.olesiejuk.pl Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax (0-22) 813 47 43 e-mail: [email protected] http://www.mag.com.pl

Spis treści Spis treści..................................................................................... 4 Księga Ósma.................................................................................6 Ustrój Świata................................................................................ 6 Rezydencja księcia Marlborough................................................. 7 Świątynia Wulkana.....................................................................16 Klub Kit-Cata............................................................................. 20 Stocznia Orneya, Rotherhithe.....................................................25 Surrey......................................................................................... 31 Biblioteka w Leicester House.....................................................50 Most Londyński..........................................................................78 Dom Rogera Comstocka............................................................ 94 Zamek, więzienie Newgate........................................................ 99 „Pod Czarnym Psem”, wiezienie Newgate.............................. 104 Więzienie Fleet.........................................................................109 Bar, więzienie Fleet..................................................................125 Pod stosem ołowianych obciążników,......................................139 Opactwo Westminsterskie........................................................146 Old Bailey.................................................................................148 Tower, Londyn Późne popołudnie,.......................................... 152 Charles White, Esq.,................................................................. 154 Mint Street, Tower, Londyn..................................................... 155 Dappa, ......................................................................................157 Cela Skazańców, więzienie Newgate....................................... 158

Tower Hill, pod szubienicą.......................................................164 Dziedziniec i Zamek, więzienie Newgate................................ 171 Clerkenwell Court.................................................................... 173 Kaplica, więzienie Newgate..................................................... 181 Cheapside Poniedziałek,...........................................................184 Na pokładzie rufowym Minerwy, The Pool, Londyn...............192 Świątynia Wulkana ..................................................................197 Więzienie Newgate...................................................................200 Dom sir Isaaca Newtona, St. Martin's Street............................203 PIĄTEK....................................................................................209 29 PAŹDZIERNIKA 1714.......................................................209 Opactwo Westminsterskie........................................................210 Kaplica więzienna, Newgate.................................................... 215 New Palace Yard, Westminster................................................220 Kamienne kowadło, Wielka Sala, więzienie Newgate.............223 Próba Pyxis...............................................................................226 Dziedziniec, więzienie Newgate.............................................. 229 Izba Gwiaździsta...................................................................... 231 Kościół Grobu Świętego.......................................................... 235 Izba Gwiaździsta...................................................................... 239 Holborn.....................................................................................243 Izba Gwiaździsta...................................................................... 248 Epilogi...................................................................................... 256 LeibnizHaus, Hanower.............................................................257 Ogród Trianon,......................................................................... 259

Pałac Blenheim.........................................................................262 Karolina.................................................................................... 264 Kornwalia................................................................................. 266

Księga Ósma USTRÓJ ŚWIATA

Pozostaje mi teraz w oparciu o te same reguły naszkicować zarys nowego Ustroju Świata. - Newton, Principia Mathematica

Rezydencja księcia Marlborough Środa, 4 sierpnia 1714, rano Księgarze specjalizujący się w pamfletach zgodnie twierdzą, że wigowskie paszkwile sprzedają się najlepiej, a to dzięki temu, że ich autorzy rozpowszechniają z niespotykanym zapałem kłamstwa i opisują skandale. - z listu do Roberta Harleya, pierwszego hrabiego Oxfordu; cytat za Marlborough: His Life and Times, vol. VI sir Winstona Churchilla Levee, czyli zrytualizowaną, na wpół publiczną ceremonię asystowania królowi przy wstawaniu z łóżka, wymyślił Ludwik XIV. Podobnie jak na inne wynalazki Króla Słońce, także i na nią przyzwoici Anglicy kręcili nosem, znając ją wyłącznie z sensacyjnych opowieści o wersalskich dandysach, gotowych prostytuować swoje córki, byle tylko wydębić zaproszenie do potrzymania świecznika albo podania królowi koszuli podczas levee. Tyle też Daniel wiedział na ten temat o godzinie dziewiątej rano w dniu czwartym sierpnia, kiedy goniec przybyły z rana na Crane Court poinformował go, że on, Daniel, należy do grupy wybrańców zaproszonych na pierwsze londyńskie levee księcia Marlborough, które miało się rozpocząć za godzinę.

- Nie uporałem się jeszcze ze swoim levee - mógł odpowiedzieć Daniel, ścierając owsiankę z nieogolonego podbródka, ale zamiast tego kazał posłańcowi zaczekać na dole i zapewnił, że zaraz do niego zejdzie. Marlborough House przeżywał oblężenie: otaczało go kilkuset Anglików

-

resztki

zmęczonego

entuzjazmem

tłumu,

który

poprzedniego dnia w ekstazie i ze śpiewem na ustach podążał za księciem krok w krok po ulicach Londynu; plebs dał się porwać emocjom i zgotował mu triumfalne powitanie godne cesarza Rzymu. Pod wieczór drugiego sierpnia książę i księżna zeszli na ląd w Dover. Następny dzień zajęła im iście królewska parada przez Rochester i inne mieściny przy trakcie wiodącym do Londinium. Tylu możnych wigów chciało wziąć udział w konnej procesji i tylu zwykłych obywateli zgromadziło się przy Watling Street, że Daniel nabrał podejrzeń, iż plotki rozsiewane od dawna przez torysów okażą się prawdziwe i Marlborough naprawdę będzie nowym wcieleniem Cromwella. A teraz proszę: na swoje pierwsze levee książę zaprosił Daniela, który pamiętał, jak - chłopięciem będąc - siedział u Cromwella na kolanach. W porównaniu z pałacem St. James, który zaczynał się upodabniać do stosu zrzuconych na kupę przypadkowych elementów architektonicznych, Marlborough House prezentował się całkiem przyzwoicie. Ogrodzenie wokół dziedzińca zadziałało jak gigantyczny przetak, przepuszczając tylko Daniela, odcedzeni zaś utworzyli zaspy ludzkich ciał po zewnętrznej stronie płotu i - wciskając twarze między

pręty - z natężeniem obserwowali sytuację. Służący pomogli Danielowi wysiąść z powozu. Podchodząc do drzwi wejściowych, zastanawiał się, ilu ludzi w tym tłumie zna jego tożsamość i ma świadomość prastarych koneksji łączących go z dawnym purytańskim wodzem. Musieli wśród nich znajdować się szpiedzy torysów; ci z pewnością go rozpoznali i natychmiast dostrzegli ten związek. Domyślał się więc, że wezwano go także w tym celu, by całemu torysowskiemu światu przekazać zawoalowaną groźbę. Modernizując dom Marlborougha, Vanbrugh zakładał, że książę zamieszka w nim na dłużej, przebudowa była więc gruntowna i większość budowli znajdowała się w stanie cokolwiek surowym. Daniel pozwolił się prowadzić służącemu pod rusztowaniami, wśród stosów cegieł i stert drewna. Jednakże im bardziej zagłębiali się w rezydencję, tym więcej napotykali wykończonych jej fragmentów. Remont rozpoczął się od książęcej sypialni, skąd następnie rozprzestrzeniał się na zewnątrz. Przed dwuskrzydłowymi drzwiami, zdobionymi snycerką zamówioną u samego Grinlinga Gibbonsa, pokojówka wręczyła Danielowi srebrną miednicę z wrzątkiem, owiniętą ręcznikami, żeby nie poparzył sobie dłoni. - Proszę ją postawić obok księcia - brzmiała instrukcja. Otworzono mu drzwi. Siedzący na krześle pośrodku nieskazitelnie białej sypialni książę Marlborough wyglądał jak żuk na lodowcu. Czaszkę miał porośniętą gęstą szczeciną - najwyraźniej nadszedł Dzień Golenia, i to wyraźnie spóźniony, albowiem, jak było powszechnie wiadomo,

niesprzyjające wiatry zatrzymały parę książęcą w Ostendzie na całe dwa tygodnie. Daniel, który o levee wiedział tyle samo, co każdy przeciętny Anglik, zaczął się obawiać, że każą mu namydlić książęcy czerep i zeskrobać dwutygodniową szczeć. W tej samej chwili dostrzegł jednak balwierza, który ostrzył brzytwę na pasku, i skonstatował

(z

bezbrzeżną

ulgą),

że

ostrzem

posłuży

się

przeszkolony w jej używaniu fachowiec. Z półtuzina zaproszonych na levee gości Daniel przybył ostatni, co zresztą natychmiast sobie uświadomił, mimo że oślepiało go sierpniowe słońce odbite od kilogramów nowiuteńkich stiuków. Sufit komnaty znajdował się tak daleko od podłogi, że można by wybaczyć naturaliście, który pomyślałby, że najwyższe festony i fryzy wyrzeźbiono w naturalnie gromadzących się na tej wysokości śniegu i lodzie. Książę miał na sobie szlafrok z jakiegoś połyskującego i szepczącego materiału, szyję zaś otulały mu całe mile płótna, udrapowanego w przewidywaniu golenia. Trudno byłoby sobie wyobrazić

obraz mniej

przystający

do wizerunku

surowego

purytanina. Jeżeli na zewnątrz, przy Pall Mail, torysi wyobrażali sobie, że Daniel przybył do Marlborough House, by namaścić nowego Cromwella, jeden rzut oka na ten pokój rozwiałby ich niepokoje: jeśli nawet książę wrócił po to, by triumfalnie przejąć władzę, nie zamierzał tego czynić jako wojskowy dyktator, lecz jako Król Słońce. Marlborough dźwignął się z krzesła i ukłonił Danielowi, który omal nie upuścił miski z wodą. Pozostali uczestnicy levee -

odpowiedzialni za przytrzymanie świecznika, podanie koszuli, upudrowanie peruki i noszący co najmniej hrabiowskie tytuły ukłonili mu się jeszcze niżej. Daniel niewiele widział, wyraźnie jednak słyszał ich złośliwe chichoty, gdy na chwiejnych nogach pokonywał ostatnie jardy. - Doktor Waterhouse nie wie jeszcze, co dziś znaleziono w kasetce barona von Bothmara - domyślił się książę. - Przyznaję się do całkowitej ignorancji w tej materii, mój panie. - Bothmar, ambasador hanowerski, przywiózł ze sobą pancerną kasetkę, która miała zostać otwarta po śmierci królowej Anny. Zawierała instrukcje Jego Królewskiej Mości dotyczące zarządzania krajem do czasu, gdy Jego Królewska Mość będzie mógł przybyć osobiście i przyjąć należne mu insygnia władzy. Dzisiejszego ranka otwarto kasetkę w obecności członków Tajnej Rady i odczytano znajdujący się w niej dokument. Król wskazał dwudziestu pięciu regentów, którzy mają władać Anglią do chwili jego przyjazdu. Pan, doktorze Waterhouse, jest jednym z nich. - To jakiś żart! - Ależ skąd. Kiedy się tobie kłaniamy, mój panie, czynimy to z szacunku dla twojej regenckiej władzy. Pospołu z dwoma tuzinami innych wybrańców jesteś teraz najlepszą namiastką króla, jaką mamy w Anglii. Nikt wcześniej nie zwracał się do Daniela w taki sposób, on zaś nigdy by się nie spodziewał, że pierwszą osobą, która to uczyni, będzie książę Marlborough. Niewypuszczenie miski z rąk wymagało

w tej sytuacji nie lada przytomności umysłu. Jednakże dokonał tej sztuki (nie bez pomocy jednego ze służących), postawił naczynie we wskazanym miejscu i się odsunął. Na tym kończyły się jego oficjalne obowiązki. Golibroda namoczył gąbkę, wyżął ją i położył księciu na głowie na podobieństwo ociekającej wodą korony. Książę zamrugał gwałtownie, gdy strużka ściekła mu do oka, uniósł lekko głowę i zaczął przeglądać trzymane na kolanach papiery. Najwyraźniej jedną z atrakcji levee było oglądanie, jak główny bohater ceremonii czyta pocztę. - Grub Street musi mieć chyba z dziesięć mil długości - mruknął, odrzucając kolejne gazety. - Wasza Książęca Mość, wkrótce możesz pożałować, że nie jest krótsza. - Tak jak i pan, doktorze Waterhouse. Po tym, jak został pan wyniesiony do godności regenta, stanie się pan obiektem rozlicznych ataków. Marlborough odchylił głowę do tyłu, żeby mydło nie zalewało mu oczu, przyjmując w ten sposób pozycję o tyle niewygodną, że nie mógł już swobodnie zerkać w rozłożone na kolanach dokumenty. Przekładał je więc po omacku, aż świszczały mu złote chwosty przy mankietach, i od czasu do czasu podnosił któryś papier w wyprostowanej ręce. - O, jest - stwierdził, natrafiwszy na najnowszy numer Lens. - To dla pana, doktorze. Przeczytałem to obecnym tu dżentelmenom, gdy czekaliśmy na ostatniego z gości... Niech pan sam przeczyta.

- Dziękuję, mój panie. Jestem przekonany, że lektura przysporzyła panom o wiele więcej uciechy, niż dostarczyłoby moje punktualne przybycie. - Przeciwnie, mój panie, to my powinniśmy zabawiać ciebie odrzekł książę i wzdrygnął się, gdy brzytwa zahaczyła o bliznę na czaszce. Książęcy czerep, którego właściciel oglądał na własne oczy śmierć setek tysięcy Anglików, Francuzów i żołnierzy innych nacji uczestniczących w wojnach z Ludwikiem XIV, był poznaczony ponadprzeciętną liczbą płytszych i głębszych szram i zrostów, czających się pod dwutygodniowym włosiem jak zdradzieckie ławice w mętnej wodzie i stanowiących zagrożenie dla nawigującej po tym akwenie brzytwy. - Co mam przeczytać? - zapytał Daniel, sięgając po podaną mu gazetę. Spojrzenie Marlborougha (którego oczy były niezwykle duże i wyraziste) spoczęło na moment na dłoni Daniela. Ludzie zwykle nie zawracali sobie głowy oglądaniem danielowych rąk: miały komplet palców, były pozbawione wypalonych w Old Bailey piętn i zazwyczaj - wszelkich ozdób. Tego dnia jednak Daniel na jednym z palców prawej ręki miał prostą złotą obrączkę. Nieprzyzwyczajony do noszenia biżuterii, nie mógł się nadziwić, jak mocno takie cacuszko przyciąga uwagę postronnych osób. - „Rozważania o władzy”, na stronie drugiej.

- Stosowny tytuł, jeżeli rzeczywiście mam taką władzę, jaką się mi przypisuje. Kto jest autorem? - To jest właśnie najciekawsze. Otóż niejaki Par... - On to napisał?! - Nie. On tylko znalazł w Clink pewnego Maura, okaz doprawdy niezwykły. Nie jest ów Maur, naturalnie, istotą rozumną, posiadł jednak niecodzienny dar wysławiania się w mowie i piśmie, zupełnie tak, jakby nią był. - Znam go - powiedział Daniel. Udało mu się w końcu zogniskować spojrzenie na wybitym pod tytułem artykułu imieniu DAPPA. Zerknął na księcia, lecz natychmiast odwrócił wzrok, gdy przy uchu Marlborougha wezbrała kropla krwi, która chwilę później spłynęła mu po żuchwie na płótno pod brodą. Książę znowu szarpnął głową. - Ostrożnie, drogi panie! Nie przybyłem do Anglii po to, by umrzeć z powodu szczękościsku! Daniel powiódł wzrokiem po pięciu pozostałych gościach, którzy zaszczycili go wymuszonymi uśmiechami, jakimi nie obdarzano go od czasu, gdy był umiarkowanie ważną personą na dworze Jakuba II. Marlborough znowu był łysy. Dwóch służących krążyło wokół niego z gałgankami w ręku, od czasu do czasu doskakując, aby zatamować krew. Książę przejrzał się w lusterku i skrzywił. - Coś podobnego! Pytam się: to golenie czy trepanacja?!

Pospiesznie odłożył zwierciadło, jakby życie spędzone wśród huku muszkietów i świstu ostrzy nie przygotowało go na tak okrutny widok. Na kolanach trzymał jeszcze mnóstwo listów i gazet, więcej niż doktor Waterhouse przeglądał w ciągu roku, toteż znalezienie pożądanej lektury zajmowało mu dłuższą chwilę. Daniel obserwował go z zaciekawieniem. Za młodu John Churchill był najpiękniejszym mężczyzną w Anglii, a może nawet całym świecie chrześcijańskim, i jego anielska uroda przetrwała do chwili obecnej, choć liczył sobie już sześćdziesiąt pięć wiosen. Był stary i łysy, skórę miał bladą i sflaczałą (a teraz w dodatku także zakrwawioną), ale zachował szlachetną powierzchowność, czego z pewnością nie dałoby się powiedzieć o ogóle arystokracji; oczy miał nadal duże i piękne, nieskażone obwisłą skórą i zwichrowanymi brwiami, które podstarzałym Anglikom często nadawały przerażający wygląd. - Mam! - zakrzyknął triumfalnie i kilkakrotnie trzepnął złożonym listem o kolano, jakby bez tego litery na papierze nie potrafiły się ułożyć w pożądanej kolejności. - List od jednego z regentów! - Lord Ravenscar również znalazł się na liście Bothmara? spytał Daniel, z daleka rozpoznając pieczęć i charakter pisma. - Naturalnie. Jest głównym kandydatem do objęcia stanowiska Lorda Skarbnika. Któż bowiem lepiej od niego zna się na funkcjonowaniu banków, mennicy, Skarbu i Giełdy? - Książę przebiegł wzrokiem list od Rogera. - Nie będę czytał całości -

zapewnił zgromadzonych. - Powitanie, gratulacje... Zaprasza mnie i panią Churchill na soiree, które odbędzie się w jego rezydencji pierwszego września. - Przeniósł zdumione spojrzenie na Daniela. Mości panie, czy nie uważasz, że to trochę niestosowne, urządzać przyjęcie tak szybko po śmierci królowej? - Pierwszego września skończy się miesięczna żałoba - odparł wymijająco Daniel. - Nie mam ponadto wątpliwości, że soiree u lorda Ravenscara będzie przyjęciem taktownym, stosownie dyskretnym... - Obiecuje mi tutaj erupcję swojego wulkanu! Te słowa wywołały chichoty u milczącej dotychczas piątki pozostałych gości. - Opłakując królową, nie powinniśmy zaniedbać powitania nowego króla, mój panie. - Skoro tak stawia pan sprawę, doktorze... Chyba się wybierzemy. Muszę przyznać, że jeszcze nie widziałem tego słynnego wulkanu. - Powiadają, że wart jest wizyty u Ravenscara. - W to nie wątpię. Zaraz poślę odpowiedź do świątyni Wulkana. Gdybyś jednak, mój panie, spotkał markiza Ravenscar, na przykład na zebraniu tej waszej Rady Regentów, koniecznie wspomnij mu, że się do niego wybieram. - Uczynię to z przyjemnością. - Doskonale! Mogę już wstać, czy też konieczna będzie kauteryzacja krwawiących ran?

Kiedy książęca głowa została ogolona, Daniel przestał być potrzebny i Marlborough skoncentrował się na pozostałych gościach, odpowiedzialnych za podanie mu koszuli, peruki, szabli et caetera. Każdy z tych etapów levee był pretekstem do czczych pogaduszek, które nie tylko nie interesowały Daniela, ale były dlań wręcz niezrozumiałe, dotyczyły bowiem ludzi, których nie znał lub których tożsamości mógł się co najwyżej domyślać, gdy książę nazywał ich po imieniu lub w jakiś inny, jeszcze mniej oczywisty sposób. Miał jednak dość oleju w głowie, by zdawać sobie sprawę, że nietaktem byłoby wymknąć się przed zakończeniem ceremonii. Mając na uwadze jego szacowny wiek, służący podsunął mu krzesło. Daniel usiadł. Czas płynął. Wzrok Daniela padł na gazetę. ROZWAŻANIA O WŁADZY Dappa Wolne Clink jednoczy się z całą WIELKĄ BRYTANIĄ w bólu po stracie naszej umiłowanej królowej. Tutejsi osadzeni zamienili jasne, wesołe letnie okowy na ciężkie kajdany żałobne i przebrali się z szarych łachmanów w czarne. Przez całą noc nie dają mi spać dobiegające z niżej położonych lochów lamenty i jęki, dowodzące, że narodowa tragedia dotknęła boleśnie mieszkańców Clink w nie mniejszym stopniu niż łaskawego hrabiego B. Zaledwie przed tygodniem człowiek ten znajdował się na samym szczycie olbrzymiego stosu trupów, jakim jest polityka; wielu uważało

go za najbardziej wpływową postać w państwie. Jednakowoż od śmierci królowej nie słyszano o nim, a i on sam nie daje znaku życia. Co zatem stało się z hrabią B.? Jest to pytanie o tyle retoryczne, że nikogo nie interesuje, co się stało z B. Zadając je, ludzie pytają w istocie „ Co się stało z jego władzą? Gdzie się podziała jego potęga?”. Tydzień temu wszyscy twierdzili, że B. posiadł wielkie jej zasoby, dzisiaj są zgodni, że stracił wszystko. Gdzie zniknęła? Wielu chciałoby to wiedzieć, gdyż więcej ludzi pożąda władzy niźli złota. Herr Leibniz utrzymuje, że wszelkie ciała mają dwie własności: vis viva, oraz tak zwaną quantite d'avancement. Obie zostają zachowane podczas zderzeń i transformacji układu. Pierwsza równa jest iloczynowi masy i kwadratu prędkości, druga zaś po prostu iloczynowi masy i prędkości. U zarania dziejów wszechświat został obdarowany pewną ilością jednej i drugiej, która to ilość nie rośnie i nie maleje z biegiem czasu, a jej cząstki są wymieniane pomiędzy zapełniającymi wszechświat ciałami jak srebrne pensy przechodzące na targu z rąk do rąk. Co prowadzi do pytania: czy ta władza, ta potęga, zachowuje się podobnie jak vis viva quantite d'avancement, czyli: czy jej zasób we wszechświecie jest stały? Czy raczej przypomina udziały w jakiejś kompanii, które jednego dnia osiągają zawrotne ceny, by dzień później stracić wszelką wartość? Gdyby miała przypominać udziały, należy skonkludować, że jej przeogromna ilość, jaką jeszcze niedawno dysponował B., rozpłynęła się jak cień w promieniach słońca. Bez względu bowiem na to, jak

wielkie fortuny przepadają podczas krachu giełdowego, nie widać, by później gdzieś wypływały. Jeżeli jednak ilość potęgi jest stała, to władza B. nie mogła przepaść bez śladu. Gdzie jest? Niektórzy twierdzą, że to lord R. przechwycił ją i ukrył pod kamieniem w obawie przed lordem M., który mógłby przybyć zza morza i ją zagarnąć. Znajomi, których mam pośród wigów, utrzymują, że wszelka władza stracona przez torysa zostaje automatycznie i niezawodnie podzielona między wszystkich ludzi. Jednakże jakkolwiek długo i żmudnie nie przeczesywałbym lochów Clink w poszukiwaniu zaginionej potęgi B., nie znajduję ani krztyny, co unieważnia twierdzenie mych przyjaciół, albowiem w mrocznych salons Clink ludzi nie brakuje. Chciałbym

zatem

przedstawić

nową

Teorię

Potęgi,

zainspirowaną wywodami pana Newcomena, hrabiego Lostwithiel i doktora Waterhouse’a na temat Maszyny Dźwigającej Wodę za Pomocą Ognia. Tak jak młyn miele ziarno na mąkę, krosno tka płótno, a huta wytwarza stal, tak i owa Maszyna ma - jak się nas zapewnia - wytwarzać potęgę. Jeżeli jej chwalcy mówią prawdę (ja zaś nie mam żadnych powodów, aby wątpić w ich uczciwość), dowodzi to, że potęga nie jest wielkością stałą, niezmienną we wszechświecie, takich bowiem wielkości nie można wyprodukować. Stąd wniosek, że zasoby potęgi stale rosną, a tempo tego wzrostu jest coraz szybsze, w miarę jak przybywa wyżej wzmiankowanych Maszyn. Człowiek gromadzący potęgę dla siebie przypomina więc skąpca siedzącego na stosie monet w kraju, którego waluta ulega systematycznej dewaluacji wskutek produkcji większej ilości pieniądza

niż rynek jest w stanie wchłonąć. Tak oto początkowo wielka fortuna zmienia się pomału w hałdę żużlu i traci wartość, zanim właściciel zdecyduje się ją wreszcie sprzedać na targu. Tak też rzecz się ma z lordem B. i jego bezcennym zasobem potęgi. To zaś, co dotyczy lorda B., jest tym słuszniejsze w odniesieniu do jego służalców, zwłaszcza tych najpośledniejszej konduity, a do takich należy pan CHARLES WHITE. Łotr ów twierdzi, że jestem jego własnością; wyobraża sobie, że posiadłszy człowieka, można posiąść władzę. Tymczasem pomysł, że do niego należę, nic mu nie dał, ja zaś, który miałem się okazać z władzy i potęgi wszelkiej wyzuty, piszę oto do publikowanej na Grub Street gazety, którą Ty, Szanowny Czytelniku, właśnie przeglądasz. W miarę jak Marlborough był coraz kompletniej ubrany i coraz pełniej wyekwipowany, odprawiał kolejnych dworzan, co czynili, gnąc się w ukłonach i niemal roniąc łzy z wdzięczności za zaproszenie. Zanim wybiło południe, Daniel został sam z księciem, który w upudrowanej, śnieżnobiałej peruce i dyskretnym, lecz zarazem szokująco modnym stroju, uzupełnionym szpadą, wydał mu się nagle godny najwyższego podziwu. Wyszli się przejść po przylegającym do sypialni ogrodzie różanym, co zaowocowało zgłębieniem tematu róż w stopniu, na jaki Daniel zupełnie nie był przygotowany. Nie dlatego, że ich nie lubił, uchowaj Boże, ale rozmawianie o różach było według niego nieporozumieniem. - Przyjąłem łaskawie zaproszenie Ravenscara - powiedział w końcu książę. - Co więcej, uczyniłem to w obecności tamtej piątki,

wybranej spośród najgorszych londyńskich plotkarzy. Podejrzewam wręcz, że Roger już o wszystkim wie. Przyjęcie zaproszenia uzależniam jednak od pewnego proviso, o którym przy nich nie wspomniałem. Nie zamieszczę go również w uprzejmym liście, który zaraz wyślę do świątyni Wulkana. Zdradzę je tobie, mój panie, ufając, że ty przekażesz je markizowi Ravenscar. - Jestem gotowy, mój panie - odparł Daniel, starając się ukryć przebijające z jego głosu znużenie. Znowu to samo. - Pozwól, łaskawy panie, że przypomnę ci porozumienie, które przypieczętowaliśmy uściskiem dłoni w noc wspaniałej rewolucji, stojąc na grobli przed Tower. - Doskonale je pamiętam, mój panie, ale przypomnienie go z pewnością nie zaszkodzi. - Obiecałem, że zostanę pańskim przyjacielem, jeśli pomoże mi pan zrozumieć, albo przynajmniej śledzić, poczynania alchemików. - W rzeczy samej. - Pochlebiam sobie myślą, że przez dwadzieścia pięć lat, jakie minęły od tamtej chwili, nieraz ci się przysłużyłem - powiedział John Churchill. W tej chwili nie rozmawiali bowiem jak książę z regentem, lecz jak John z Danielem. - Właściwie... Przyznam, że zdziwiłem się, słysząc, że moje nazwisko trafiło na listę Bothmara. - Wielokrotnie miałem okazję, podczas wojny i po jej zakończeniu, pochwalić niektórych Anglików przed księciem

elektorem. Z pewnością nie zaszkodził ci też szacunek, jakim cię darzy księżniczka Karolina. - Twoje starania przynoszą zaszczyt synowi Drake'a. - Posłuchaj, Danielu. Od czasu zawarcia naszej umowy wiele się zmieniło... Juncto Rogera Comstocka odmieniło kształt państwa. To Comstock oddał mennicę w ręce czołowego światowego alchemika; ten alchemik po dziś dzień nią włada i ma się doskonale, niektórzy twierdzą wręcz, że jak nikt inny przykłada się do swojej roboty. Doszły mnie jednak niepokojące słuchy na temat Pyxis, a także tak niesłychanych i zgoła nieziemskich spraw jak próba odzyskania złota Salomona, zdobycia rtęci filozoficznej, oraz innych zalatujących okultyzmem praktyk, dla których nie ma miejsca w osiemnastym wieku. Teraz, kiedy po śmierci Anny (niech Bóg ma w opiece jej duszę) Jerzy ma objąć tron, na moich barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność: muszę pomóc naszemu nowemu królowi... Co ja mówię, królowi. Nowej dynastii! Muszę pomóc im zrozumieć, co naprawdę dzieje się w tym kraju. Zamierzam dopilnować, by na czele mennicy stanął człowiek kompetentny i w pełni władz umysłowych, bo potrzebujemy zdrowego, mocnego pieniądza. Czy można zaufać Newtonowi, że poprowadzi mennicę jak należy, Danielu? Czy będzie w niej bił metalowe krążki, jak pan Bóg przykazał, czy raczej wykorzysta ją jako laboratorium do prowadzenia milenarystycznych eksperymentów? Powiedz mi, czy on jest czarownikiem? A jeśli tak, to czy dobrym?

Świątynia Wulkana Godzinę później - Co mu powiedziałeś? - spytał Roger, raczej z fascynacją niż ze zgrozą. Spacerowali z Danielem po należącym do Rogera ogrodzie różanym, który był dziesięć razy większy niż ten należący do księcia, nie mógł natomiast pochwalić się równie efektowną lokalizacją: tylko u Marlborougha ogrodnicy, przeskoczywszy przez płot, mogli pożyczyć szpadel od samego króla Anglii. - Obawiam się, że udzieliłem zbyt wymijającej odpowiedzi jak na gust księcia - odparł po chwili zastanowienia Daniel. - Zapewniłem go, że czegokolwiek Newton się tknie, robi to doskonale, a zatem, jeżeli naprawdę jest czarownikiem, to i w tym fachu musi być mistrzem. - Na miły Bóg! - wykrzyknął Roger. - Raczej nie poprawiłeś mu nastroju. - Tego nie wiem. Za to chyba udało mi się go przekonać, że Isaac nie jest szaleńcem. Niezły początek. - Ale tylko początek. Hmm... - W naszej konwersacji nie chodziło o to, by Isaaca potępić lub rozgrzeszyć. Miała być dla ciebie ostrzeżeniem. - Jestem gotowy. - Marlborough przyjął twoje zaproszenie. - Wiem o tym, i to od ładnych paru godzin.

- Jeśli on przyjdzie, zjawią się wszystkie ważne persony, zaproszone i nie. - Wynająłem już dodatkową służbę, żeby sobie z tym nadmiarem gości poradzić. To ma być to ostrzeżenie? Że na moje przyjęcie przyjdzie dużo ludzi? Roger wyraźnie się zdekoncentrował i w oko wpadł mu złoty pierścień na palcu Daniela. Zmarszczył brwi, otworzył usta... Zanim rozmowa zeszła na biżuterię, Daniel wszedł mu w słowo: - Nie. Marlborough jest poważnie zaniepokojony tajemniczą atmosferą wokół mennicy. Zamierza zażądać Próby Pyxis, mniej więcej w porze koronacji nowego króla, czyli za jakieś dwa miesiące od teraz: chce zbadać wszystkie monety w Pyxis i mieć absolutną pewność, że pieniądz bity przez Jerzego będzie wolny od wszelkich niedoskonałości. Tymczasem zaś chciałby zobaczyć, że próbuje się jakoś podreperować reputację mennicy i zażegnać związane z nią kontrowersje; chciałby też mieć pewność, że może zaufać Newtonowi. Jeżeli przed pierwszym września sytuacja się wyraźnie nie poprawi, książę nie będzie gościem na twoim soiree. - O zgrozo! - Zostaniesz upokorzony, Rogerze, boleśnie i przykładnie upokorzony. Cały Londyn dowie się, że nie cieszysz się już łaską księcia i nigdy nie zostaniesz nie tylko Lordem Skarbnikiem, ale nawet Lordem Rakarzem. Innymi słowy, dzień pierwszy września będzie początkiem twojej emerytury.

- A zatem... czas przygotować Wulkan! - zagrzmiał Roger po stosownie długiej, trwożliwej pauzie, może nawet połączonej z cichą modlitwą. Zrobił w tył zwrot wokół laski, na której się opierał, odwrócił się plecami do swojego rozmówcy i pomaszerował przez ogród w stronę domu. Był to piękny pokaz brawury, Daniel miał jednak wrażenie, że służył głównie temu, by ani on, ani nikt inny nie zobaczyli w tej chwili wyrazu twarzy Rogera. Dlatego też, zamiast przyglądać się fizjonomii gospodarza, udawał, że bez reszty pochłaniają go zabiegi związane z udrażnianiem wulkanu. Jak również osoba jego twórcy: MacDougall zdjął jedną z płyt tworzących stok sztucznej góry, odłożył ją na bok i włożył głowę głęboko w trzewia machiny. - Tyłek ci widać, MacDougall! - zawołał Ravenscar. - U człowieka twojej profesji jest to nieodmiennie oznaka zaangażowania w ciężką i wydajną pracę. Tyłek, o którym była mowa, zaczął się poruszać gwałtownie na boki, gdy MacDougall podjął desperacką próbę wyplątania się z maszynerii. Rozległy się dwa głuche uderzenia i jedno przekleństwo, zanim oczom widzów ukazała się głowa, zwieńczona - jak pochodnia płomieniem - zawstydzająco rudą czupryną. W obecności włosów i zarumienionych policzków MacDougalla cały świat tracił barwy. - Witam, panie MacDougall - powiedział Daniel. - Miło mi pana widzieć, doktorze Waterhouse. - Udało się panu zdobyć fosfor?

- Jak już panu niedawno mówiłem... Nie kupuję go bezpośrednio od wytwórcy, lecz przez... pośrednika, jeśli można tak powiedzieć. - A złożyłeś już zamówienie u tego pośrednika? - zapytał Roger. - O tak, mój panie. Wczoraj. - No to leć do niego z powrotem i poproś o dwa razy więcej! - Wątpię, mój panie, aby byli w stanie wyprodukować tak znaczną jego ilość w tak krótkim czasie. - Nieważne, podwój zamówienie. Jeżeli erupcja w dniu pierwszym

września

nie

będzie

wspanialsza

od

wszystkich

dotychczasowych, winą za niepowodzenie będzie można obarczyć nasz niewydolny przemysł fosforowy, ale niech nikt nie śmie powiedzieć, że markiz Ravenscar pożałował pieniędzy! - Dobrze, mój panie. Zobaczymy, czy podejmą wyzwanie. Jednak na mój gust może im się udać. - Wyśmienicie, panie MacDougall - powiedział Daniel. Zechciałby pan przybyć na spotkanie mojego klubu, by osobiście opowiedzieć nam o swoim dostawcy? - Ależ, doktorze Waterhouse... Byłbym zaszczycony! - Wobec tego proszę zebrać narzędzia. Ja i markiz Ravenscar będziemy czekać na pana przed domem. Roger i Daniel wyszli z sali balowej i okrążyli szemrzącą fontannę z Wulkanem spuszczającym się na udo Minerwy. - Co dzisiaj porabia urocza para? - zapytał Daniel, nie mogąc oderwać oczu od posągu bogini. - Słucham...? - zdziwił się Roger, sam niezbyt skoncentrowany.

- Miałem na myśli Catherine Barton i jej ciało. - Ach tak... Wyszli na zakupy. Ciału potrzebna jest nowa suknia na przyjęcie. - Doskonale. - Posłuchaj, Danielu... Zupełnie cię nie rozumiem. Po co zabierasz MacDougalla do klubu? - Znam go dobrze. W Pałacu Sztuk Technicznych okazał się bezcennym pracownikiem. Nadzwyczaj pomysłowym. - No dobrze, ale co to ma wspólnego z waszym klubem?! Zostawili fontannę za sobą i znaleźli się w części rezydencji zaprojektowanej przez Daniela: pierwotnej świątyni Wulkana, pochodzącej sprzed przeróbek i udoskonaleń Hooke'a i Vanbrugha. - W Machinach Piekielnych zastosowano fosfor. Ci, którzy je konstruują, musieli zatem mieć styczność z miejscowymi dostawcami tej substancji. Dzięki tobie podobne kontakty utrzymuje teraz także MacDougall, co pomoże nam otworzyć nowy wątek w naszym śledztwie. Panowie Kikin i Orney wprost palą się do tego, by podążyć tym tropem. - Wydawało mi się, że dobiliście targu z Jackiem Shaftoe, przez co klub praktycznie stracił rację bytu. - Jack nie dał znaku życia, odkąd przed tygodniem zeskoczył ze stopnia twojego powoziku przy Hay Market. Jeśli wierzyć plotkom, był zamieszany w wydarzenia w gmachu opery...

- Odrażające. Doprawdy, nie godzi się nadziewać jezuitów na wiolonczele. Jeśli kiedyś spotkam tego Jacka, udzielę mu ostrej reprymendy. - No właśnie o to się rozchodzi: czy Jack jeszcze gdzieś wypłynie? Isaac zasugerował już, że zeskakując z faetonu, Jack stracił wszystko, co wytargował „Pod Czarnym Psem”. - Newton opowiadał mi już o „Czarnym Psie” - zdradził Roger. Twierdzi, że wszystko, co tam powiedział, powiedział pod przymusem: Jack groził wam szablą, wy byliście bezbronni. W związku z tym jego obietnice są nieważne. - A co ty o tym myślisz, Rogerze? - Myślę, że wasza umowa brzmi całkiem rozsądnie, nawet jeśli byliście dla Jacka nieco zbyt szczodrzy. Dlatego niepokoi mnie fakt, że wasz klub nadal chce go ścigać. - Obawiasz się, że narażając na szwank nasze porozumienie możemy doprowadzić do tego, że książę nie przyjdzie na twoje przyjęcie. - Właśnie. Znaleźli się w westybulu świątyni, gdzie przez otwarte na oścież drzwi frontowe zawiewał orzeźwiający zefirek. Kiedy stojąc na schodach, spoglądali w dół, można było ich wziąć za kapłanów Wulkana, którzy zrobili sobie chwilę przerwy w piekielnych modłach. - Nie mogę sterować Orneyem ani Kikinem - powiedział Daniel. - Nie mówiąc już o Isaacu. Może się okazać, że będziesz musiał go zwolnić.

- Słucham?! - Marlborough ma rację, Rogerze. Mennica to nie miejsce dla czarownika. Mówię to z bólem, Isaac bowiem jest moim starym przyjacielem i wypuszcza dobre gwinee, należałoby go jednak zastąpić człowiekiem, który na biciu monet poprzestanie. - Wszystko to prawda, ale nie mam przecież takiej władzy, żeby go zwolnić. - Czyżby? Jesteś przecież regentem, prawda? - Ty również, Danielu. Może ty go wyrzuć? - Nie wykluczam, że tak to się skończy. Z

wnętrza

świątyni

wynurzył

się

MacDougall,

nieco

przechylony na sterburtę, gdyż w prawej ręce niósł dźwięczący metalicznie wór z narzędziami. Wyczuwając, że głowy dwóch regentów są zaprzątnięte sprawami wagi państwowej, wyśliznął się dyskretnie z domu, przemknął do stojącej przy Great Russell Street dorożki Daniela, wskoczył do środka i zatrzasnął za sobą drzwiczki. - Jak bardzo Churchill nienawidzi alchemików? - zapytał Roger. - Czy to w ogóle możliwe, żeby zaufał Newtonowi? - Powtórzę ci, co mu powiedziałem na temat alchemii zaproponował Daniel, czym zaskarbił sobie niepodzielną uwagę Rogera. - Już od dłuższego czasu twierdzę, że na naszych oczach kształtuje się nowy ustrój świata. Dawniej przypuszczałem, że odsunie w cień i zepchnie w nicość wszelkie inne rządzące światem systemy. Jednakże to, co ostatnio widziałem w podziemiach banku, przekonało mnie, że nowe ustroje nigdy nie zastępują starych kompletnie, lecz

raczej otaczają je, obejmują, ogarniają. Tak jak nasze ciała zawierają widoczne pod mikroskopem drobnoustroje, mniejsze od nas samych i charakteryzujące się prostszą budową, ale żyjące tak, jak i my żyjemy. Kiedy pojawią się mocniejsze mikroskopy, nie zdziwię się wcale, jeśli odkryjemy, że wewnątrz tych drobnoustrojów mieszczą się inne, jeszcze mniejsze. Dlatego też wydaje mi się, że wbrew moim nadziejom alchemia nie zniknie, lecz zostanie w jakiś sposób uwzględniona w tym nowo powstającym ustroju świata; stanie się jego

znajomym...

powiedziałbym

nawet:

kojąco

znajomym

elementem, nawet jeśli jej nazwa się zmieni, a jej adepci przestaną śnić o kamieniu filozoficznym. Przestanie być widoczna, będzie jednak istnieć w dalszym ciągu, tak jak zaginiony strumień Walbrook płynie dalej spokojnie pod fundamentami Bank of England. - Ładnie powiedziane. Co na to książę? Uwierzył? - Nie wiem, ale wydaje mi się, że rozsądnie będzie zwiększyć nasze szanse powodzenia i w oczekiwaniu na wybuch wulkanu nadal tropić Jacka. Klub Kit-Cata Godzinę później - Cudowna błyskotka - stwierdził pan Threader, zadzierając wyżej głowę, by przez okulary do czytania spojrzeć na upierścienioną dłoń Daniela. - Nie przeobraża się nam pan chyba w dandysa, drogi panie?

- Nie włożyłbym go na palec, gdybym mógł przewidzieć, jakie wywoła zamieszanie. Może mi pan zwrócić dłoń? - Kim jest ten Niemiec? - To nowy członek klubu. - Muszę panu przypomnieć, doktorze Waterhouse, że w tym klubie obowiązują pewne zasady. Kwestię przyjmowania nowych członków opisano szczegółowo na kilku stronicach regulaminu, z którym należałoby się zaznajomić, zamiast zjawiać się na spotkaniu w towarzystwie... - Baron jest nadwornym filozofem w Hanowerze, człowiekiem wielce wpływowym... - Doskonale. Został przyjęty. Jak się nazywa? - Przybył incognito. Proszę po prostu udawać, że go panowie znacie. Wyłożoną nie tak dawno przez Daniela ideę zawierania się mniejszych bytów w większych można by modelowo zilustrować na przykładzie ich małego stowarzyszenia, które zostało wchłonięte przez klub Kit-Cata. Stało się tak za sprawą Newtona, który, dołączywszy do grupki sfrustrowanych śledczych, przydał ich organizacji tajemniczości i prestiżu. Spotykali się w dyskretnym pokoiku na tyłach, by osoby pokroju Saturna czy MacDougalla mogły bez przeszkód w tych spotkaniach uczestniczyć. W tej chwili lista oczekujących na przyjęcie do klubu liczyła dwadzieścia osób, z których żadna nie miała pojęcia o celu jego działalności. Fakt, że jakiś hanowerski baron cichaczem przepchnął

się na czoło tej kolejki - i to w tym samym dniu, gdy jeden z członków klubu został mianowany regentem - z pewnością dodatkowo podsyci atmosferę. Jeszcze trochę i będą musieli spotykać się w świątyni Mitry, żeby mieć chociaż cień prywatności. - Zmienił się pan po zostaniu regentem! - stwierdził Leibniz, zerkając na pierścień Daniela. - To prezent od Salomona Kohana - zwierzył mu się Daniel. - Kohan nie wygląda mi na człowieka, który rozdaje prezenty. - Po wizycie w Bridewell podarowałem mu sakiewkę ze złotymi obrzynkami, wybitymi przez dziurkarkę w kartach do Maszyny Logicznej. Parę dni później pewien Żyd, złotnik z Lombard, dostarczył mi ten pierścień, a wraz z nim liścik od monsieur Kohana, który kazał przetopić obrzynki i wlać złoto do formy na pierścień. Oto rezultat. - Na pozór jest to z jego strony nader uprzejmy gest. - Zgadzam się. Zanim jednak zdążyli wdać się w rozważania na temat prawdziwych motywów kierujących Kohanem, w pokoju zapadła ta szczególna, jedyna w swoim rodzaju cisza, która zwiastowała przybycie sir Isaaca Newtona, tak jakby nagle znaleźli się w zupełnie innym wnętrzu, na zupełnie innym spotkaniu. Isaac obszedł pokój dookoła, ściskając dłonie gości i członków klubu: pana Kikina, pana Orneya, pana Threadera, Saturna, MacDougalla, Leibniza i - na koniec - Daniela. W sposobie, w jaki patrzył na tego ostatniego (i w jaki do niego mówił), wyczuwało się

wyraźną oschłość, przy której powitanie z Leibnizem wypadło ciepło i sympatycznie. Można by pomyśleć, że Isaac za sprawą magii podsłuchał wszystko, co Daniel mówił o nim wcześniej. - Muszę porozmawiać na osobności z panem regentem oznajmił Newton. Chwilę później siedzieli przy stoliku w głównej sali. Spoczywające na Danielu natarczywe spojrzenie Newtona skutecznie studziło entuzjazm tych spośród gości, którzy mieliby ochotę podejść i pogratulować nowemu regentowi. - Minął zaledwie tydzień od naszej rozmowy z Jackiem Mincerzem „Pod Czarnym Psem” - zaczął Isaac. - Co zamierzasz? - Książę Marlborough chce przy okazji koronacji zażądać Próby Pyxis - odparł Daniel i zawiesił głos, na wypadek gdyby Isaac miał dostać zawału. Newton skrzywił się i poczerwieniał, ale żył. - Wobec braku kontaktu ze strony pana Shaftoe... A może odezwał się do ciebie? - Nie. - Do mnie też nie. Musimy więc działać dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Wzmocnimy w ten sposób swoją pozycję, gdyby zechciał w przyszłości wznowić negocjacje. Isaac nie patrzył na Daniela. - A ty co zamierzasz? - spytał Daniel. - Pożądam tego samego, czego zawsze pożądałem. Twoje knowania z baronem von Leibniz utrudniły mi osiągnięcie celu, gdyż większość obiektu mojego pożądania została przyobiecana carowi i

jest teraz trzymana pod kluczem w grobowcu w Clerkenwell. Jednakże Jack może jeszcze trochę go mieć, dlatego muszę wzmóc starania zmierzające do pojmania go. - A jeśli będziesz musiał wybierać? Z jednej strony umowa z Jackiem, która położy kres zagrożeniu z jego strony dla waluty i króla, ale nie pozwoli ci zdobyć tego, czego szukasz, z drugiej ściganie go do samego gorzkiego końca, dające nadzieję na zdobycie złota, lecz połączone z poważnym ryzykiem przegranej Próby Pyxis. Co wtedy, Isaacu? - Pytasz jak regent. - Nie musi ci się to podobać, ale jestem regentem i zadawanie takich pytań jest moim obowiązkiem. Sprawa jest prosta: czy szanujesz władzę króla i reprezentujących go regentów i jesteś gotowy przedłożyć dobro mennicy i angielskiego pieniądza ponad swoje prywatne zainteresowania? Czy jednak kamień filozoficzny ma u ciebie pierwszeństwo? - Słów mi brakuje, by wyrazić zdumienie faktem, że syn Drake'a nie tylko formułuje takie pytania, ale jeszcze głośno je wypowiada. Niczego się od niego nie nauczyłeś? - Źle mnie zrozumiałeś. Dobro króla jest mi obojętne; w tej kwestii zgodziłbym się z Drakiem. Ale dzięki niemu poznałem też wartość pieniądza. Może nie kocham pieniędzy tak bardzo, jak niektórzy, ale je szanuję. A ty? - Zastanów się, Danielu. Naprawdę myślisz, że porzuciłem godność

lucasowskiego

profesora

matematyki

w

Kolegium

Niepodzielnej Trójcy Świętej i przeprowadziłem się do królewskiej mennicy tylko dlatego, że jestem z zamiłowania numizmatykiem? - Celna odpowiedź. Skoro zatem zgadzamy się, że dalsze śledztwo w sprawie Jacka leży w naszym wspólnym dobrze pojętym interesie, proponuję, żebyśmy wrócili do naszych towarzyszy. *** Kiedy Daniel i Isaac byli pogrążeni w rozmowie, do grupy siedzącej w pokoiku na tyłach klubu dołączył nowy gość. Wszedł bocznym wejściem, prosto z zaułka. Był to człeczyna niepozorny i pospolity, tak bardzo zgarbiony, skulony i przykurczony, że można by pomyśleć, iż padł ofiarą członków Towarzystwa Królewskiego, którzy najpierw zwabili go podstępem w ciemną uliczkę, po czym wycięli mu oba obojczyki. Miętosił w palcach kapelusz, by ukryć drżenie rąk. Brzydko pachniał, ale w przeciwieństwie do wielu innych, którym się to zdarza, zdawał sobie z tego sprawę. Tymczasem pan Threader poklepywał go po plecach niczym ukochanego bratanka, który właśnie wstąpił w szeregi adwokatury. - Przedstawiam panom pana Marsha! - obwieścił. - O panu Marshu już mieliśmy okazję rozmawiać. - Zapomniałem o tej rozmowie - przyznał Daniel. - A niektórzy z nas w ogóle jej nie słyszeli. - Machiny Piekielne wymagają fosforu - powiedział Threader. Słyszeliśmy już, co powiedział nam pan MacDougall o swoim

niedawnym pokaźnym zamówieniu na tę substancję, które w najbliższych tygodniach doprowadzi do gotowania i odparowywania moczu na niespotykaną skalę. - Poruszyliśmy tę kwestię już przed dwoma dniami przypomniał mu Daniel. - W tej chwili ważniejszą sprawą jest tożsamość pana Marsha. - Kiedy poprzedni raz usiłowaliśmy w klubie prześledzić wędrówkę moczu z miasta na wieś, zleciliśmy monsieur Arlancowi, który od tamtej pory okrył się niesławą, śledzenie woźniców beczkowozów nad Fleet Ditch. Zwrócił on naszą uwagę na smutną historię jednego z furmanów, który z nieznanych nam przyczyn wywiózł swój ładunek do Surrey. Tam miał pecha napatoczyć się na młodych hulaków, którzy poczuli się do tego stopnia urażeni wonią roztaczaną przez jego pojazd, że dobyli broni i na miejscu zaszlachtowali

ciągnącego

beczkowóz

konia,

pozbawiając

nieszczęsnego woźnicę jedynego źródła utrzymania. Henry Arlanc utrzymywał, że rozpytawszy o tego człowieka wzdłuż całego Fleet Ditch, dowiedział się, iż wyprowadził się z miasta i zamieszkał daleko stąd, u rodziny. -

Teraz

sobie

przypominam.

Zrobiliśmy

głosowanie

i

zarzuciliśmy ten wątek śledztwa. - Arlanc kłamał! - zakrzyknął pan Threader. - Kiedy skuto go i zabrano do więzienia, zadałem sobie pytanie: czy możemy wierzyć jego słowom na temat woźnicy? I sam zacząłem rozpytywać. Odkrycie prawdy nie wymagało wielkiego wysiłku: po stracie konia

rzeczony woźnica nie wyniósł się bynajmniej z miasta, nie zmienił nawet fachu, tylko zatrudnił się u innego pracodawcy i w dalszym ciągu noc w noc zajeżdżał nad brzeg Fleet. Ja odnalazłem go wczoraj wieczorem. Przedstawiam panom pana Marsha. Słowa te wywołały lekkie oklaski, do których pan Marsh sądząc po jego minie - raczej nie był przyzwyczajony. - Nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł zadać panu jedno pytanie, panie Marsh - powiedział Orney. - W tę noc, kiedy zabito pana konia, co takiego strzeliło panu do głowy, by pojechać do Surrey? - Obiecano mi pieniądze, szanowny panie - odparł pan Marsh. - Kto panu obiecał? - Tamtejsi. Od czasu do czasu płacą za szczyny. - Kim są i gdzie ich można znaleźć? - Nikt tego nie wie, szanowny panie. - Powiada pan, że zawozi im mocz i dostaje za to pieniądze... Jak może pan nie wiedzieć takich rzeczy? - Jedzie się wozem na umówione skrzyżowanie, o północy. Potem trzeba sobie oczy zawiązać, nie? Jak tamci widzą, że zawiązane, wychodzą i bez słowa siadają na koźle. Potem jeżdżą w kółko, w prawo, w lewo, w górę, na dół, i tak przez godzinę albo i dłużej, tak że człowiek już całkiem nie wie, gdzie jest, aż w końcu gdzieś tam opróżniają beczkowóz i odwożą taką samą pokrętną drogą z powrotem. Można zdjąć szmatę z oczu. Człowiek siedzi na tym

samym skrzyżowaniu co przedtem, a na koźle leży sakiewka z pieniędzmi. Niezwykła opowieść pana Marsha wymagała przetrawienia w ciszy, którą przerwał dopiero Newton: - Stracił pan konia, to wiemy. Ale co się wtedy stało z wozem? - Został w Surrey, szanowny panie. - W takim razie jedźmy po niego - zaproponował Isaac. Sprowadzimy go do Pałacu Sztuk Technicznych, jeśli tylko doktor Waterhouse nie ma nic przeciwko temu, i tam dokonamy niezbędnych napraw i pewnych... przeróbek. Mam pewien pomysł. Stocznia Orneya, Rotherhithe 13 sierpnia 1714, rano Daniel przybył wcześniej niż większość członków klubu i usadowił się wygodnie na beli pakuł z Bridewell, czekając na pozostałych. Dzień był prześliczny - później mogło się zrobić gorąco, ale na razie strój Daniela idealnie pasował do ciepłych promieni słońca i umiarkowanego wiaterku znad rzeki. Przed sobą miał trzy opadające w nurt Tamizy natłuszczone pochylnie. Wyzbyły się już swojego brzemienia - carskich okrętów wojennych - i czekały na nowe projekty. U szczytu środkowej stał jeden z zatrudnionych w stoczni cieśli okrętowych. Widząc, że tkwi nieruchomo przez dobre kilka minut, Daniel domyślił się, że coś jest nie w porządku. Wtedy jednak cieśla przestąpił z nogi na nogę, przekrzywił ledwo

zauważalnie głowę, znów znieruchomiał, ale tym razem tylko na chwilę, bo zaraz się zgarbił i spuścił głowę, niemal dotykając brodą do mostka. Daniel uświadomił sobie, że nieznajomy myśli i że nie jest to dumanie o niebieskich migdałach, lecz prawdziwa praca umysłowa. Są ludzie, którzy budują statki w butelkach - ten człowiek budował statek w głowie. Gdyby wystarczyło Danielowi sił, aby na beli pakuł wytrzymać kilka najbliższych tygodni albo miesięcy, z pewnością ujrzałby, jak wizja cieśli przybiera materialną postać. A za rok... Za rok żeglarze będą pływać na tym statku! To było coś cudownego; Daniel zazdrościł temu człowiekowi - nie tylko tego, że był od niego młodszy, ale przede wszystkim tego, że znalazł się sam w spokojnym, zacisznym miejscu, gdzie mógł spokojnie oddać się twórczemu zajęciu, tak jakby zaszył się bezpiecznie - czy to z Bożej łaski, czy za sprawą swojego fachu - w prostszej i milszej opowieści niż ta, w której jemu, Danielowi, przyszło grać rolę. Tak się rozkoszował tą błogą bezczynnością na stosie pakuł, że słysząc tuk, tuk, tuk zbliżającego się nieuchronnie powozu, musiał niemal zmusić się do tego, by odczuć rozdrażnienie. Cieśla szczęśliwy człowiek! - mógł spokojnie zignorować natrętny turkot; Daniel musiał się nim zainteresować. Pojazd okazał się olbrzymią, cuchnącą beczką osadzoną na płaskiej skrzyni zaopatrzonej w koła. Na koźle siedział skulony mężczyzna, trzymając w dłoniach wodze ospałej szkapiny. Zajechał beczkowozem na środek stoczniowego placu, wyprostował plecy i zwiesił głowę swobodnie w tył, otwierając usta.

Na plac zaczęli się schodzić pozostali klubowicze, przesiadujący do tej pory w innych rejonach stoczni i zajęci paleniem fajek, grą w kręgle,

rozmową

oraz

przeglądaniem

niezwykle

ważnej

korespondencji. Kiedy pan Marsh (on to bowiem powoził pojazdem) otrząsnął się z odrętwienia, otworzył oczy i powiódł wzrokiem dookoła, stwierdził, że otaczają go - prawie w komplecie - niewydarzeni detektywi, których dziewięć dni wcześniej poznał był w klubie KitCata. Brakowało Kikina, był natomiast obecny jego ochroniarz, który przykucnął teraz z Saturnem przy pojeździe i razem zaczęli podważać łomami spodnie deski. Ktoś inny na miejscu pana Marsha zacząłby zapewne protestować, widząc, jak obcy ludzie rozmontowują wóz, na którym siedzi, ale on tylko przyglądał się temu z rezygnacją. Saturn wrzucił deski na płaskie dno skrzyni, Rosjanin zaś ostrożnie wyjął przemycony w schowku przedmiot, który na pierwszy rzut oka przypominał zwinięte w kłębek ubrania. Wkrótce jednak ubraniom wyrosły ręce i nogi, zawiniątko zaczęło się przeciągać, wykręcać na wszystkie strony i narzekać jak nieszczęście. Kiedy Rosjanin postawił je na sztorc obok wozu, ze środka wynurzyła się głowa pana Kikina: pozbawiona peruki, kapelusza i włosów, o zaczerwienionych, wściekle mrugających oczach, bluzgająca takim stekiem przekleństw, że na ich dźwięk Kozacy zatkaliby sobie uszy dłońmi i pochowali się za matczyne spódnice. Spoczęła na niej wygrzebana skądś peruka, Kikin zaś wyciągał z kieszeni najróżniejsze drobiazgi: kawałki papieru, ogryzki ołówków, kompas, zegarek.

- Spodziewam się teraz dłuższej oracji ze strony pana Kikina powiedział pan Threader. - Gdy tylko przypomni sobie o dobrych manierach, rzecz jasna. Najpierw jednak posłuchajmy skróconego raportu pana Marsha. - Panowie... Skoro dotarłem tu cały i zdrowy, to jest chyba oczywiste, że wszystko poszło zgodnie z planem. - Spotkał się pan nocą z owym tajemniczym osobnikiem? Zawiązał pan sobie oczy i dał się powieźć do miejsca, w którym jest gromadzony mocz? Tam opróżnił pan beczkowóz, po czym odwieziono pana na to samo puste skrzyżowanie? Znalazłszy na koźle sakiewkę, ruszył pan w drogę powrotną? Pan Threader zadawał kolejne pytania, które pan Marsh z namaszczeniem kwitował skinieniami głowy. - Znakomicie - wtrącił się Daniel Waterhouse. - Zgodnie z umową, koń należy od tej chwili do pana. Może pan wracać do uprawiania swojej profesji. Prosimy tylko, by nikomu pan nie wspominał o naszej umowie. - Sie wie, szanowny panie - odparł Marsh, przewracając z lekka oczami: w ten sposób dawał do zrozumienia, że opowiedzenie tej historii w dowolnym zakątku chrześcijańskiego świata równałoby się samobójstwu. A potem mimo zmęczenia wyjechał ze stoczni i zaczął się oddalać od tworzących dziwaczny klub szaleńców najszybciej, jak tylko jego nowy koń na to pozwalał.

Na stole, na którym zazwyczaj rozkładano plany okrętów, pan Orney rozpostarł mapę Surrey. Kikin - na sztywnych, odrętwiałych nogach - podszedł bliżej i zaczął układać wyjęte z kieszeni skrawki papieru w jakimś zgoła niepojętym porządku, żłopiąc przy tym piwo z glinianego naczynia o kształcie i wielkości wazy na zupę. Kiedy wiatr próbował rozdmuchać papierki, przyciśnięto je kamykami. Kikin położył na mapie swój kieszonkowy kompas. Trzej naturaliści zwrócili uwagę, że Orney - z typową dla niego dbałością o szczegóły ułożył mapę w taki sposób, żeby strzałka oznaczająca na niej północ wskazywała ten sam kierunek, co igła kompasu. Kiedy pan Kikin odzyskał wreszcie zdolność przemawiania ludzkim głosem, oznajmił - bez zbędnych wstępów, powitań i skarg: - Zaczęliśmy stąd. - I położył kamyk na skrzyżowaniu dróg w Surrey,

nieopodal

głównego

traktu

biegnącego

od

Mostu

Londyńskiego. - Dalej pojechaliśmy na południowy wschód, dobrą drogą... - Czyli widział pan w ciemności kompas? - zainteresował się Orney. - Farba fosforowa przygotowana przez Freiherr Leibniza i nałożona przez pana Hoxtona spełniła swoje zadanie: kompas świecił mi prosto w twarz, jasno jak księżyc w pełni. Ruszyliśmy więc, jak wspomniałem, dobrą drogą na południowy wschód... To musiał być ten trakt. - Kikin powiódł palcem po mapie. - Naliczyłem... Niech no sprawdzę... - Zajrzał do notatek. - Siedemdziesiąt osiem obrotów koła.

Newton zaproponował bowiem - a Saturn skonstruował - sprytne małe urządzenie, które przy każdym obrocie koła wydawało ciche klapnięcie. - To będzie tysiąc trzydzieści stóp - powiedział Newton, dokonawszy szybkiego mnożenia w pamięci. Obwód koła wszyscy zainteresowani znali doskonale. W tym momencie Orney wykazał się niezwykłą przezornością: wyjął z kieszeni papierową wstążkę z naniesionymi w regularnych odstępach kreskami i towarzyszącymi im liczbami 50, 100, 200 i tak dalej. Była to skala do mapy, podana nie w stopach, furlongach czy milach, lecz w obrotach koła beczkowozu pana Marsha. Ułożywszy ją pieczołowicie w wężowy kształt (trakt nie był bowiem idealnie prosty), wykazał, że po około osiemdziesięciu obrotach od punktu wyjścia trakt przecina inna, węższa droga. -

To pewnie tutaj

- stwierdził

Kikin, zaglądając do

sporządzonych cyrylicą zapisków. - Dalej na południowy zachód ku zachodowi, pięćdziesiąt klapnięć, ostry zakręt, prawie pod kątem prostym, dalej na południe... Trzysta trzydzieści obrotów później przejechaliśmy po kamiennym moście. Te słowa spowodowały powszechne drapanie się po głowach i wodzenie palcami po mapie, nie było bowiem jasne, którą z dróżek podążył beczkowóz. Wkrótce jednak Leibniz wypatrzył mostek, którego położenie zgadzało się z całym dotychczasowym opisem Kikina, dalej więc liczyli od tego właśnie miejsca.

W sumie Kikin zanotował ponad dwadzieścia zakrętów, trzy mosty, odcinki traktu o lepszej i gorszej nawierzchni, parę razy jakiś pagórek,

wioskę,

mokradło

albo

wyjątkowo

jazgotliwego

przedstawiciela psowatych. Wytyczając kamyczkami na mapie trajektorię beczkowozu coraz wyraźniej widzieli, że była celowo okrężna. Kończyła się w miejscu, które - zgodnie z opisem Kikina przeraźliwie śmierdziało sal ammoniac. Tam beczkowóz został opróżniony i inną, (choć wcale nie mniej krętą) drogą wrócił do punktu wyjścia, wraz z panem Marshem i jego pasażerem na gapę. Uzgadnianie danych na temat przejazdu „tam” z informacjami dotyczącymi przejazdu „z powrotem” - w taki sposób, aby beczkowóz rzeczywiście wrócił tam, skąd wyruszył, a jego trasa nie kłóciła się przesadnie z podaną na mapie lokalizacją mostów, pagórków i innych punktów orientacyjnych - trwało dwakroć dłużej niż faktyczne pokonanie tej drogi przez Kikina i przekształciło się w długotrwałą dysputę na temat stosowanej geometrii euklidesowej i natury przestrzeni absolutnej. Newton z Leibnizem do tego stopnia zaangażowali się w spór, że Daniel musiał im od czasu do czasu przypominać, że argumentacja metafizyczna nie jest dozwolona. Przy okazji zaczęto podawać w wątpliwość dokładność pomiarów dokonanych przez pana Kikina, który w miarę jak zbliżało się południe bronił się z coraz mniejszym zapałem, a gdy słońce minęło zenit, zaczął wręcz przysypiać na zwoju sieci do przenoszenia ładunku. Wykształcały się przeciwne stronnictwa, które następnie rozpadały się na frakcje; zawierano sojusze, by zaraz potem je zerwać

i potępić zdrajców, którzy zarzekali się, że są wierni tylko dobru najwyższemu: prawdzie. W końcu jednak udało się osiągnąć kompromis i uzyskać odpowiedź, która - po zaznaczeniu położonym na mapie złotym pierścieniem Daniela - wydała się wszystkim tak oczywista, że zdumieli się, że wcześniej na nią nie wpadli. Pan Kikin, jeszcze przed chwilą odsądzany od czci i wiary jako nieumiejące zliczyć do trzech strachajło, został teraz nazwany geniuszem i porównany do Vasco da Gamy. Daniel zburzył uroczysty nastrój, zadając proste pytanie: - Co dalej? - Jeżeli wierzyć mapie, wygotowywanie moczu odbywa się na terenie rozległego majątku w North Downs - stwierdził Newton. - Należało się tego spodziewać - zauważył Orney. - W przeciwnym razie sąsiedzi skarżyliby się na smród. - Biorąc pod uwagę wielkość posiadłości, równinny i bezleśny charakter okolicy, a także paskudny charakter bandy Jacka, uważam, że głupotą z naszej strony byłoby wyruszyć tam bez eskorty w sile co najmniej kompanii wojska. - Wobec tego możemy się tylko cieszyć, sir Isaacu, że należy pan do naszego klubu - powiedział Saturn. - Na własne oczy widziałem, jak znalazłszy się w potrzebie, wezwał pan na pomoc taki właśnie oddział - wyjaśnił, nawiązując do zbrojnego najazdu na bar w St. Brides.

- Ludzie, których tam pan widział i przed którymi udało się panu uciec, to Królewscy Gońcy - wyjaśnił Newton. - Od dwóch tygodni podlegają nowemu królowi, nie królowej, ale ich dowódcą nadal jest pan Charles White, wierny sługa Bolingbroke'a. Wtedy pomógł mi tylko dlatego, że posłużyło mu to wciągnięciu mnie w pułapkę. Nie sądzę wszakże, by miał ochotę wesprzeć nas teraz. - Podobno Bolingbroke stracił władzę - zauważył Kikin. - Tak mówią ludzie. - Nie całkiem - odparł Newton. - Jego ludzie nadal są w mennicy i pilnują Pyxis. - Wydawało mi się, że Black Torrent Guards stacjonują w Tower i to ich zadaniem jest stanie na straży naszej waluty - zauważył Orney. - To prawda, ale nimi również dowodzi Charles White. - Po tym, jak Jack włamał się w kwietniu do Pyxis, Bolingbroke podniósł rwetes w parlamencie - tłumaczył Leibnizowi Daniel. Gardłował, że dowodzi to, że wigom nie można powierzać mennicy, i w ten sposób sam przejął nad nią władzę. - Którą następnie scedował na White'a? - Otóż to. Z całą pewnością straci te wpływy, gdy Hanowerczyk zasiądzie na angielskim tronie i wigowie dojdą do głosu, ale na razie jest dowódcą Królewskich Gońców i Black Torrent Guards, rządzi mennicą i pilnuje Pyxis. Spojrzenia wszystkich spoczęły na Danielu: jego wygłaszane na stronie wyjaśnienia zwróciły powszechną uwagę. Zwłaszcza Newton

patrzył mu w oczy z niezwykłym u niego wyczekiwaniem i natarczywością. - Po wydarzeniach, do których doszło przed dwoma tygodniami, napięcie między wigami i torysami opadło, ale bynajmniej nie zniknęło - ciągnął Daniel. - Żołnierze Stowarzyszenia Wigowskiego nadal obozują na obrzeżach stolicy, gotowi przybyć na każde wezwanie, gdyby Bolingbroke próbował przejąć władzę. Może udałoby się ich namówić, aby nam pomogli. Popytam wśród ludzi, którzy mają w tych sprawach coś do powiedzenia. Spotkanie trwało jeszcze jakiś czas, ale tak naprawdę skończyło się po tych właśnie słowach Daniela. Nie trzeba było długo czekać, aby Isaac pod zmyślonym pretekstem wymówił się od dalszej konwersacji. Kikin oddalił się chwilę później, zabierając ze sobą Leibniza, by w drodze powrotnej do Londynu omówić z nim bliżej niesprecyzowane carskie sprawy. Threader i Orney mogli do woli wyzłośliwiać się i prowokować nawzajem; w życiu by się do tego nie przyznali,

ale

z

czasem

połączyła

ich

więź

do

złudzenia

przypominająca przyjaźń. Daniel i Saturn postanowili wynająć na spółkę łódkę z przewoźnikiem. Już na długo przed dotarciem do Londynu Saturn zaczął tego żałować, gdyż Daniel, który rankiem z wielką pogodą ducha siedział na pakułach i gapił się na płynącą Tamizę, zasępił się i okrutnie spochmurniał. - Isaac dąży do konfrontacji - stwierdził. - Nie dla niego kompromisy, ustępstwa, porozumienie. Możemy zapomnieć o

rozejmie, jaki zawarliśmy z Jackiem „Pod Czarnym Psem”. Isaac musi zgładzić bite noire. Ha! Ciekawym, jaką niespodziankę szykuje dla mnie. Saturn wpatrywał się w jakiś mało ważny punkcik na brzegu, licząc na to, że jego współpasażer zamilknie wreszcie, jeśli będzie go konsekwentnie ignorował. Jednakże to ostatnie zdanie kazało mu się odwrócić i spojrzeć badawczo na Daniela. - A dlaczego miałby jakąś szykować? - Bo tylko ja stoję mu na drodze do złota Salomona. Tak sobie przynajmniej wyobraża. - A jak jest naprawdę? - Carowi i jego sługom, takim jak Kohan i Kikin, na pewno nie spodobałoby się, gdyby Isaac skonfiskował całe złoto, ale car jest daleko stąd i na dobrą sprawę nie należy do świata Newtona. Isaac nie bierze go pod uwagę. Mnie natomiast znienawidzi za to, że źle postąpiłem. - Jakie są praktyczne konsekwencje bycia obiektem jego nienawiści? Danielowi przyszedł na myśl Hooke i zaginiona scheda po nim. Jeśli

jednak

coś

takiego

działo

się

dopiero

po

śmierci

zainteresowanego, to jaka to właściwie różnica? - W obecności innych członków klubu traktuje pana z szacunkiem... - ciągnął tymczasem Saturn. - A ja aż do dzisiaj zastanawiałem się, dlaczego tak się zachowuje. Nie może już dyrygować Królewskimi Gońcami ani Black

Torrent Guards; Bolingbroke odarł go z doczesnej potęgi, którą miał albo przynajmniej wydawało mu się, że ma - jeszcze parę miesięcy temu. Chcąc zaś wystąpić przeciwko Jackowi Mincerzowi, będzie potrzebował władzy, którą ja mogę mu zapewnić. Wprawdzie nie bezpośrednio, ale poprzez Rogera. - Czemuż jednak miałby się pan na to godzić, skoro twierdzi pan, że sir Isaac uważa pana za wroga i chętnie by się pana pozbył? - Nadzwyczaj celne pytanie. Myślę, że dla niego cała sprawa jest prosta, a tylko dla mnie skomplikowana, bo to ja grzęznę w plątaninie ustępstw i kompromisów, która jemu przywiodłaby na myśl co najwyżej kłębki kłaków, jakie czasami wydobywaliśmy z krowich żołądków: paskudne i zbędne. Nie zadowoli się byle czym, będzie dążył do całkowitego zniszczenia Bolingbroke'a, Charlesa White'a, Jacka Shaftoe, Leibniza i mnie, jeżeli okażę się na tyle głupi, żeby się w tę sprawę mieszać. Nie potrafię wykrzesać z siebie takiego gniewu, jak Newton, gorącego jak płomień pod tyglem fryszerskim. Może jesteśmy zwykłą szumowiną, którą Isaac odgarnie i zrzuci na ziemię, żeby tam stwardniała i sczerniała. Surrey 15 sierpnia 1714, przed świtem A wojska wielkie przy nim stać będą, które splugawią świątnicę, i twierdze zniosą; odejmą też ustawiczną ofiarę, a postawią obrzydliwość spustoszenia.

- Księga Daniela 11:31 Przetoż gdy ujrzycie obrzydliwość spustoszenia, opowiedzianą przez Daniela proroka, stojącą na miejscu świętem, (kto czyta, niechaj uważa). Tedy ci, co będą w ziemi Judzkiej, niech uciekają na góry; A kto na dachu, niechaj nie zstępuje, aby co wziął z domu swego; A kto na roli, niech się nazad nie wraca, aby wziął szaty swe. - Ewangelia według świętego Mateusza, 24:15-18∗

Był wściekły, że musi prowadzić żołnierzy po angielskiej ziemi. Irlandia, Belgia, Holandia, Francja - to były prawdziwe champs de Mars; armie przetaczały się przez nie w tę i z powrotem i pasły na nich jak owce na angielskich pagórkach. Kiedy jednak przyszło mu dowodzić przemierzającą Anglię kompanią wojska, zaczynał się zastanawiać, czy dobrze zrobił, wybierając taki zawód. Zdawał sobie sprawę, że jest to myślenie głupie i niedorzeczne, bo wojsko zadeptujące Belgię było tam zjawiskiem równie nienaturalnym i niepożądanym jak tutaj, ale tak czy inaczej źle się z tym czuł. I jak zwykle nie zamierzał nikomu o tym mówić. Dwie godziny po północy przeprawili się konnym promem do Lambeth i pomaszerowali - a raczej po prostu powędrowali - na południe, traktem do Clapham. Dudnienie regulaminowego kroku marszowego niosłoby się daleko w tej sennej krainie, oni zaś woleli nie alarmować mieszkańców. Dlatego, zamiast iść w nogę, podzielili 

Cytaty z Biblii za Biblią Gdańską (przyp. tłum.).

się na plutony i ruszyli w różnym tempie na południe, rozdzielając się przed rzadko napotykanymi osadami i łącząc z powrotem po ich wyminięciu. Strażnikom, lunatykom i gapiom, którzy wychodzili na drogę zadawać kłopotliwe pytania, radzili nie wściubiać nosa w nieswoje sprawy i pytali ich o drogę do Epsom. Przyjęta przez nich strategia zakładała, że będą się przemieszczać szybciej niż plotki o ich nadejściu, gdyby jednak jakiś zapaleniec na koniu ich uprzedził, chcieli, ażeby rozpowszechniał nieprawdziwą informację, jakoby kierują się na południowy zachód - co zresztą przez kilka pierwszych godzin faktycznie czynili. Potem jednak zrobili sobie dłuższą przerwę w zagłębieniu terenu nieopodal drogi, zjedli przydziałową rację sucharów, skręcili ostro i truchtem przemierzyli cztery mile traktem na wschód, skąd dalej ruszyli na przełaj. Zwiadowcy prowadzili ich to w górę, to w dół po stokach łagodnych wzgórz, które bardziej wyczuwali pod nogami niż widzieli w ciemnościach. Miał wrażenie, że więcej jest podejść niż zejść, ale zmęczonemu piechociarzowi zawsze się tak wydaje. Niedosłyszał, nie mógł więc słyszeć szmeru liści, lecz rozpoznawał drzewa po zapachu i roztaczanej przez nie aurze spokoju. Z czasem zaczęły gęstnieć i tworzyć zagajniki, które musieli obchodzić dookoła, by nie szeleścić niepotrzebnie i nie trzaskać łamanymi gałązkami. Przesiane przez liście cętki światła przypominały spadające z nieba płatki popiołu z płonącego miasta. W którymś momencie zrobiło się na tyle jasno, że nagle zaczął rozróżniać plamy i ślady, które już od godziny majaczyły mu w ciemnościach. Zatrzymał się i

rozejrzał. Do tej pory wyobrażał sobie, że idą po otwartym terenie i od czasu do czasu obchodzą łukiem jakiś lasek. Mylił się. Drzewa - w rzadszych i gęstszych skupiskach - rosły wszędzie, ograniczając pole widzenia do kilkudziesięciu metrów, poza jednym kierunkiem, gdzie w oddali wznosił się pagórek. Przez cętkowane leśne cienie wiła się jasna smuga: bita droga, przy brzegach porośnięta trawą, na skutek letnich upałów wyschniętą na wiór i boleśnie kłującą. Woda przeciekała tu na wylot przez kredowy grunt, jak monety przez palce szkieletu. To go zaniepokoiło: poprowadził swoich ludzi na wyżynę, gdzie nie znajdą strumieni ani jezior! Za parę godzin zabraknie im wody! Uciszył chwilową panikę wzmożonym wysiłkiem umysłowym, ale dziesięć kroków dalej przypuściła kolejny szturm i na dłużej zawładnęła jego głową. Myśli stały się jałowe i wygniecione jak słoma z zużytego siennika, aż w końcu w pierwszym brzasku dnia rozpłynęły się bez śladu. Jak chłopcy, którzy brodząc w strumyku dochodzą do miejsca, w którym wpływa do rzeki, tak żołnierze dotarli do rozległego wypłaszczenia, które z lewej strony wznosiło się ponad pofalowaną rolniczą krainą, z prawej zaś przytykało do wapiennych przypór kredowego pagórka. Tam właśnie wygodny trakt, wytyczony wyschniętą kostrzewą i sporadycznie rosnącymi drzewami, był przegrodzony gęstą buczyną, która uczepiwszy się dolnych partii pagórka, sięgała coraz wyżej, aż wydawało się, że pokrywa go w całości. Dopiero wykręcając szyję i zerkając pomiędzy gałęziami,

można było dostrzec ciągnącą się na spłaszczonym szczycie suchą łąkę. W tym momencie plan bitwy byłby już dla niego oczywisty nawet gdyby był zwykłym szeregowym i do powstania tegoż planu nie przyłożył ręki: na pagórku znajdowała się posiadłość, do której przystępu od tej strony skutecznie broniła buczyna. Zwyczajni goście przybywali do niej (jak się domyślał) powozami po przeciwległym, łagodniejszym zboczu, on jednak i jego kompania zamierzali wedrzeć się na jej teren od tyłu, od strony przez nikogo (miał nadzieję) niepilnowanej, po porośniętej krzakami i drzewami stromiźnie. Kiedy układał sobie w głowie plan natarcia, podmuch wiatru rozwiał mu włoski na karku. Odwrócił się i wciągnął świeżą bryzę w nozdrza. Pachniała wilgocią i rzeką. Za chwilę miała owionąć szczyt pagórka. Pierwszy raz od kilku godzin odezwał się: rozkazał ludziom wziąć się za ręce, żeby nie przerwali szyku i nie pogubili się we mgle, i piąć się na górę. - W jakiej mgle, panie sierżancie? - zapytał któryś z żołnierzy, powietrze było bowiem krystalicznie czyste. Sierżant Bob odwrócił się jednak plecami do pytającego i bez słowa zaczął się skradać pod górę. Dawno już się przekonał, że jednym z wyznaczników żołnierskiego doświadczenia był czas, jakiego człowiek potrzebował, by się zorientować, że potyczka już się zaczęła. Dla Boba Shaftoe zaczęła się w chwili, gdy od Tamizy powiało wilgocią; ba, nie tylko się zaczęła, ale była już na wpół

zakończona! Dla żołnierzyka, który zapytał „W jakiej mgle?”, początek bitwy nadal skrywał się w nieodgadnionej przyszłości. Ten rodzaj niekompetencji militarnej w skrajnych przypadkach prowadził do tego, że nieudacznicy dawali się otoczyć i wyrżnąć w pień podczas snu lub posiłku; w sytuacjach mniej ekstremalnych powodował ciężkie straty w ludziach. Bob nie znał na tę ignorancję lepszego lekarstwa niż natychmiastowe działanie, które wstrząśnie leniwymi sierżantami i kapralami i zawstydzi ich na tyle, by poszli w jego ślady. Zanim jeszcze dotarł do skraju buczyny, poczuł, jak wilgoć oblepia mu ręce, kiedy zaś wyprowadził ludzi na wierzchołek, łąkę spowijała już tłumiąca wszystkie dźwięki mgła. Zdążył zrobić najwyżej dziesięć kroków, kiedy rozszczekał się pies - żołnierze poruszali się wprawdzie w godnej podziwu ciszy, ale szli z wiatrem, toteż ich woń poprzedzała ich o milę i pies już wiedział, że się zbliżają. W tej chwili mieli za sobą siedem ósmych starcia, które dla większości podwładnych Boba Shartoe jeszcze się w ogóle nie rozpoczęło. Nie on jeden usłyszał szczekanie: przed nimi, we mgle, ktoś próbował uciszyć psa. Jeżeli dopisze mu szczęście, właściciele będą jeszcze leżeć w łóżkach i kląć psisko w żywy kamień, gdy on wykopie im drzwi z zawiasów. Ale to byłby nadmiar szczęścia. Daleko z przodu, nieco z prawej strony, dało się słyszeć rżenie i tętent kopyt: to z przeciwnej strony nadjeżdżała

kawaleria

Stowarzyszenia

Wigowskiego,

co

zarejestrowały nawet okaleczone Bobowe uszy; jeden z młodszych żołnierzy upierał się, że słyszy turkot powozu. Mieszkańcy farmy,

posiadłości, rezydencji, czy co to tam było, z pewnością nie zdążyliby jeszcze zaprząc koni i wyprowadzić pojazdu z wozowni, Bob domyślał się więc, że powozem jadą jacyś oficerowie albo dżentelmeni, aby obserwować, komentować, krytykować, wydawać sprzeczne rozkazy i na przeróżne inne sposoby ułatwiać mu pracę. - Można rozmawiać! - zakomenderował głośno. Zgiełk poniósł się w obie strony wzdłuż szyku (który na skutek mgły upodobnił się raczej do skreślonej niechlujną ręką linijki pisma, w dodatku w wielu miejscach poprzerywanej), szerząc się jak panika. Dobosze zagrali sygnał do ataku, a sierżanci zaczęli wściekle wydzierać się na żołnierzy, zdając sobie nagle sprawę, jak bardzo są rozproszeni. Jeden z plutonów zapodział się na dalekich tyłach, kompletnie zdezorientowany i - co gorsza - nieskory do pogodzenia się ze swoją pomyłką. Bob skreślił go z rozpisanego w głowie planu bitwy jako hors de combat. Pozostałe plutony przemieszczały się z grubsza prostopadle do zamierzonego kierunku marszu. Skończyło się na tym, że wydał gromki rozkaz, nakazując wszystkim kierowanie się na szczekającego psa, co dało znakomity rezultat, znacznie lepszy niż inne stosowane przez niego w przeszłości zabiegi. Zmusił ich do podążania konsekwentnie w górę zbocza. Wkrótce w szeregu poniosła się wieść, że prawa flanka napotkała mur. Bob kazał jej się zatrzymać i odczekał, aż do ściany dobrnie także środek i lewe skrzydło, tworząc (jak podejrzewał) łuk o długości kilkuset

jardów,

zakrzywiony

do

wewnątrz

i

skierowany

wierzchołkiem w przybliżeniu w stronę psa. Oprócz szczekania dało

się teraz słyszeć także granie rogu pocztowego, pokrzykiwania, szczęk kling i strzały pistoletowe. Mur okazał się podłużną stertą kamieni, nierówną i gęsto porośniętą żywopłotem. Bob wahał się przez chwilę, dopóki nie usłyszał tupotu koni za plecami. Mgła zaczęła się podnosić, ustępując przed dziennym światłem. Dopiero wtedy kazał swoim ludziom sforsować mur i pędzić prosto w wir walki. Piechota lepiej nadawała się do zwykłej młócki niż do wyłapywania ewentualnych uciekinierów - tym mogli się zająć ubezpieczający ich tyły konni. *** Londyńskie ulice, które przerażonemu, zdezorientowanemu pieszemu wydawały się całkowicie odmienne i niepodobne do siebie, dla pasażera powozu były identyczne jak kolejne fale na morzu. Kiedy Waterhouse, Newton i Leibniz żeglowali po nich przed świtem, Daniel fantazjował o tym, jak to wielcy oponenci w tej właśnie chwili rozstrzygają spór o rachunek różniczkowy - albo na drodze chrześcijańskiego pojednania, albo w nocnym pojedynku przy drodze. Sir Isaac dał jednak wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza o niczym dyskutować, i udawał, że śpi. Wiercił się tylko i łypał groźnie spode łba, gdy Daniel z Leibnizem ośmielali się zakłócać mu spokój paleniem świecy i szeptami. Trudno mu się było dziwić: miał w tym sporze przewagę i zanosiło się na to, że wyjdzie z niego zwycięsko, po

co więc miałby się wdawać w dysputę z Leibnizem? To Leibniz powinien go przekonać, że w ogóle warto podjąć trud rozmowy. Daniel ani nie spał, ani nawet nie udawał, że śpi. Ledwie się rozjaśniło, otworzył okiennice i z okien rozpostarł się przyjemny widok na przecinającą Surrey drogę, biegnącą w szpalerze drzew. Mogli go jednak podziwiać zaledwie przez kwadrans, zanim rozpłynął się we mgle. Najpierw Leibniz, a chwilę później także Newton przebudzili się z prawdziwego bądź udawanego snu. - Jak panowie myślicie, czy to będzie ostatnie spotkanie naszego klubu?

-

zapytał

Daniel

w

rozpaczliwej

próbie

skłonienia

współpasażerów do jakiejkolwiek wymiany zdań. - Jeżeli pytasz o to, czy złapiemy dziś Jacka, moja odpowiedź brzmi „nie” - odparł Isaac. - Ta okolica do niego nie pasuje. Spodziewam się tam raczej znaleźć wiejską posiadłość jakiegoś lorda. - Niepokoi to pana? - spytał Leibniz. - Chyba od początku było oczywiste, że Jack musiał się sprzymierzyć z przedstawicielami elity. - Naturalnie, ale i tak nie spodziewałem się, że tak po prostu wjedziemy przez bramę do rezydencji jakiegoś księcia. Gdzie w tej chwili jesteśmy? - Nie ma powodu do obaw - uspokoił Isaaca Daniel, który, siedząc twarzą do kierunku jazdy, widział, co się dzieje z przodu. Jeden z niby-Mohawków Rogera macha do naszego woźnicy i każe mu skręcić w lewo. - A co tam jest?

- Węższy trakt, nie tak efektownie obsadzony drzewami. Prowadzi pewnie do jakiejś skromnej farmy na którymś z okolicznych pagórków. Ledwie jednak skręcili w boczną drogę, natychmiast przejechali przez kamienną bramę - nie oficjalny, główny wjazd, lecz boczne wejście do całkiem okazałej posiadłości. Kiedy zaczęli się telepać w koleinach, w pierwszej chwili Daniel pomyślał, że natrafili na ślad piechoty Stowarzyszenia Wigowskiego, której żołnierze zrobili sobie w tym miejscu postój i na komendę jak jeden mąż opróżnili pęcherze. Zaraz jednak skojarzył takty - i chociaż ten jeden raz w życiu udało mu się wyciągnąć właściwy wniosek szybciej od Newtona i Leibniza. Ten odcinek - układ dróg, zakręty i smród - idealnie odpowiadał opisowi przedostatniego etapu podróży pana Kikina. A zatem byli prawie na miejscu. - Woźnica! - zawołał. - Powiedz no... Widzisz przed sobą takie miejsce, gdzie można by skręcić w prawo i podjechać kawałek do góry po starej drodze, wykładanej płaskimi kamieniami? - Nie, szanowny panie - odparł woźnica. W tym jednak momencie wyjechali zza zakrętu i oczom stangreta ukazał się zapowiedziany przez Daniela widok. Newton i Leibniz - którzy zdążyli tymczasem wystawić głowy przez okna również dostrzegli brukowany odcinek. - Tam! - przekrzykiwali się, rozpoznawszy okolicę z relacji Kikina. - Skręć tam! Woźnica posłusznie skręcił i zaczęli wjeżdżać na wzgórze.

Na szczycie znajdowały się stare zabudowania gospodarcze w normańskim stylu, biedne i zapuszczone. Szczekał pies. Zadudniły kopyta i usłyszeli głos gońca z kawalerii: - Zawracaj! Zawracaj! Źle jedziesz! - Dobrze jedziemy! - odpowiedzieli unisono Newton, Leibniz i Waterhouse. Chóralna odpowiedź wywołała u nich wybuch śmiechu, a u psa wściekłe ujadanie. - Kto idzie?! - rozległ się okrzyk z dołu, ze stoku pagórka. W jego tonie było coś takiego, co kazało Danielowi domyślać się, że nie okrzyknął ich żaden z mieszkańców obawiający się najścia intruzów, lecz raczej jeden ze współnajeźdźców, który usiłuje zorientować się w sytuacji - co najpierw trochę Daniela zaskoczyło, a chwilę później wydało mu się niepokojące. Do tego momentu zakładał, że podążają szlakiem, który został już zbadany (i zabezpieczony) przez sprzymierzeńców działających wedle jakiegoś spójnego planu. Teraz jednak do jego uszu 'dobiegały odgłosy świadczące o desperackim wysiłku rozproszonych plutonów i pojedynczych żołnierzy (reprezentujących tę samą stronę w potyczce) nakierowanym na ustalenie wzajemnej pozycji oddziałów, kierunku marszu, tożsamości wojaków et caetera. Niewykluczone zatem, że on, Leibniz i Newton znaleźli się w awangardzie natarcia. Na koniec jakby dla zwieńczenia tego gmachu oszałamiających konstatacji, którego fundamenty położył człowiek wydający okrzyk „Kto idzie?!” - zdał sobie sprawę, że wszystkie działania militarne tak właśnie

wyglądają; że nikt oprócz niego nie jest tym faktem zaskoczony; i że (jak to często w życiu bywa) nie ma na to żadnej rady i za taki stan rzeczy nie należy oczekiwać niczyich przeprosin. Ale przynajmniej miał o czym rozmyślać, zanim wjechali na sam szczyt pagórka, zagłębiając się - i gubiąc - w smrodliwych oparach, w fetorze sal ammoniac tak stężonym, że konie się spłoszyły i woźnica musiał wysilić cały swój kunszt i cały autorytet uzbrojonej w bat ręki, by je okiełznać, zawrócić powóz i ruszyć pod wiatr, oddalając się od fali smrodu. Wykonany w zawrotnym tempie manewr, choć trwał wszystkiego dziesięć sekund, zostawił po sobie mętlik najdziwniejszych scen w umyśle Daniela: szarpiący się na uwięzi, histerycznie rozszczekany pies; opuszczone budynki; plamy na ziemi. Fraza „obrzydliwość spustoszenia” uparcie kołatała mu się w głowie, w wyobraźni słyszał głos Drake'a intonującego wyimek z Biblii. Stare szachulcowe zabudowania były zapewne ruiną na długo przed tym, jak Jack i jego banda zagarnęli je dla siebie; obleźli je jak żuki padlinę, podziurawili, porozbijali, wypatroszyli i przebudowali w jakąś makabryczną nową całość. Ściany zewnętrzne niewiele się zmieniły, natomiast od środka kompleks upodobnił się po części do gigantycznej machiny, po części zaś do laboratorium alchemicznego. Olbrzymie kotły - poczerniałe od sadzy, oszronione kropelkami lutu i obrośnięte kryształami różnych związków chemicznych - zwężały się do skręconych wężowato rur z kutej miedzi. Tam, gdzie skapnęły zabójcze tynktury, ziemia była przypalona i jałowa.

Daniel dopiero po chwili wpadł na pomysł, żeby spojrzeć na Isaaca i przekonać się, jak ten arcyalchemik zareagował na demonstrację Sztuki na tak ogromną skalę. Nie dostrzegł na jego twarzy ani odrazy, ani fascynacji, lecz tylko coś na kształt zadumy i zadziwienia: jego twarz przybierała taki właśnie wyraz, kiedy snuł rozważania i wyciągał wnioski wykraczające daleko poza danielowe granice pojmowania. Nagle jednak spojrzał na Daniela i rzekł: - To dom Clarke'a. Nawiązywał do wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy przybyli z Danielem do Grantham w hrabstwie Lincolnshire: był to dom aptekarza, u którego Isaac mieszkał podczas nauki w szkole. Clarke, który parał się trochę alchemią, na bocznym podwórku gromadził

szczątki

aparatury

i

inne

pozostałości

swoich

eksperymentów. Pięćdziesiąt lat temu złomowisko to musiało być znacznie mniejsze niż laboratorium, które mignęło im przed chwilą, ale małemu Isaacowi i tak wydawało się ogromne, cudownie niebezpieczne i obfitujące w niezbadane tajemnice. W ciągu pięciu dekad, które upłynęły od tamtej pory, wszystko co związane z alchemią zdążyło mu się opatrzyć i spowszednieć, ale widok znajomego domu najwyraźniej obudził w nim te same uczucia, których doznawał jako chłopiec, zapuszczając się - wbrew zakazowi do pracowni pana Clarke'a. Daniel miał ochotę znienawidzić Jacka za to, co zrobił z dobrą starą farmą, chciał być na niego zły i z tego powodu nienawidzić go jeszcze bardziej - ale nie odczuwał żadnej z tych emocji. I nic

dziwnego: nie mógł ich odczuwać po tym, jak w Devonie oglądał dzieła pana Thomasa Newcomena, które były w pewnym sensie zwiastunem odkrytej w Surrey wytwórni fosforu. A może było inaczej? Może i ona, i Maszyna Dźwigająca Wodę za Pomocą Ognia były zwiastunami czegoś, co tylko niewyraźnie majaczyło mu w wyobraźni i czego wcale nie chciał oglądać? Powiedział kiedyś panu Threaderowi (z ogromną pewnością siebie), że Anglia nie potrzebowałaby niewolników, gdyby się nauczyła budować machiny, i że sprytnie skonstruowana maszyneria jest ze swej natury znacznie bardziej angielska niż mozolący się w pocie czoła Negrzy. Teraz jednak naszła go refleksja, że chyba powinien staranniej wybierać obiekty swojego zachwytu i uwielbienia. Pierwsze w historii laboratorium wytwarzające fosfor, zbudowane przez Heinricha Branda, alchemika, było tak sprytne, że natchnęło Leibniza do opisania go wierszem. Po minie Leibniza było zaś teraz widać, że tej farmy nie zamierza opiewać w poezji - chyba że miałby dopisać suplement do Piekła Dantego. Wysiedli z powozu, konie bowiem za żadne skarby nie chciały drugi raz zbliżyć się do hałaśliwej fabryczki. Wiedzieli, że pies jest uwiązany, bo prawie go przejechali; wiedzieli również, że nie należy się spodziewać obecności ludzi - bo kto chciałby nocować w takim zakazanym miejscu? Dlatego też Newton, Leibniz i Waterhouse, zamiast się skradać, śmiało ruszyli w stronę alchemicznej wytwórni, a słysząc za plecami tętent kopyt, nie przejęli się nim zbytnio, wiedzieli

bowiem, że to nadjeżdża młody Mohawk, oddelegowany do czuwania nad nimi. Wiatr rozproszył wreszcie ostatnie strzępki mgły, przynajmniej tutaj, na szczycie, bo w zagłębieniach między pagórkami nadal zalegały gęste szare rzeki oparu. Z wierzchołka rozpościerał się piękny widok na dziesięć mil dookoła i każdy, poza naturalistą, odwróciłby się plecami do paskudnej sceny na środku, by podziwiać panoramę. Ale tych trzech ludzi, którzy nie zawahaliby się pokroić zwłok pięknej kobiety, by obejrzeć zmartwiały wrzód, interesowało się wyłącznie wytwórnią fosforu. Zabudowania okalał stary żywopłot, okrutnie przycięty przez nowych lokatorów. Newton, Leibniz i Waterhouse przeszli przez dziurę w żywopłocie w miejscu, gdzie przecinała go ścieżka, a Mohawk, który nadjechał z innej strony, z łatwością przeskoczył go na koniu, zrobił nawrót i ruszył kłusem w ich stronę. Waterhouse, znając swoje miejsce, wziął na siebie przyziemny obowiązek rozmówienia się z jeźdźcem, aby nic nie zakłócało spokoju dwóch towarzyszących mu znakomitości. - Nie wiem, jakie dostałeś rozkazy - zaczął - ale znajdujemy się we właściwym miejscu. To właśnie tutaj chcieliśmy dziś przybyć. - Czy mam wezwać pozostałych? - To chyba nie będzie konieczne, sami nas zaraz znajdą. - Miałem na myśli... na wypadek oporu, mój panie. - Nie spodziewamy się tu zastać wrogów... poza nim! Daniel wskazał szarżującego na nich psa.

Okazało się, że jest uwiązany na bardzo długim powrozie, aby móc swobodnie obiegać cały szczyt pagórka, przynajmniej dopóki nie popełni typowego dla psów błędu i nie zapłacze sznura wokół jakiejś przeszkody - ale należał do tych bystrych zwierząt, które takiej pomyłki umiały uniknąć. Przepłoszywszy (jak sądził) powóz z Newtonem, Leibnizem i innymi, znalazł sobie zajęcie po przeciwnej stronie zabudowań, gdzie obszczekiwał jakieś nieprzyjazne hałasy teraz zaś biegł do nich z powrotem, zbliżając się nieco z lewej strony. Zawahał się, widząc, że ma do wyboru Newtona i Leibniza, (którzy wysforowali się o kilka kroków naprzód) albo Daniela i konnego Mohawka; całkiem rozsądnie zdecydował, że rzuci się na tę pierwszą dwójkę. Newton i Leibniz, tak bardzo różni, gdy chodziło o kwestie filozoficzne, nie różnili się dosłownie niczym, kiedy przyszło im uciekać przez rozjuszonym mastyfem. Najpierw uskoczyli w prawo, pod żywopłot, gotowi gramolić się na drugą stronę, ale, biorąc pod uwagę ich wiek, byłaby to naprawdę ostateczność. Pognali więc naprzód, licząc na to, że oddalą się poza zasięg powroza, ale on po prostu rozwijał się i rozwijał bez końca; kiedy już, już wydawało się, że napnie się i szarpnie psem, jakby za sprawą kuglarskiej sztuczki pojawiała się kolejna mila sznura. Newton potknął się o coś w biegu i przewrócił, Leibniz zaś schylił się i to coś podniósł: trzymał w ręce długie

drewniane

mieszadło,

zaplamione

i

wypaczone

od

chemikaliów. Miało wprawdzie odłamany uchwyt, ale i bez niego mierzyło dobry sążeń. Niepostrzeżenie znaleźli się w pobliżu kotła,

którego zawartość bełtano takimi właśnie narzędziami, badając stan i gęstość mieszaniny. Leibniz pomachał mieszadłem, wysyłając w ten sposób komunikat, który pies zinterpretował bezbłędnie: porzuciwszy frontalny

atak,

przeszedł

płynnie

do

wypadów

i

uskoków

charakteryzujących natarcie z flanki. Daniel dopiero teraz się z nimi zrównał, przemknął za postawioną przez Leibniza zasłonę i pomógł Isaacowi wstać. Mohawk podjechał tymczasem do psa od tyłu i pokrzykując, próbował zwrócić na siebie jego uwagę. Wierzchowiec doskonale rozumiał ten plan i wcale go nie pochwalał, przez co jeździec musiał dzielić uwagę między kiełznanie konia i manipulowanie psychiką psa. Isaac klęczał - wcale nie dlatego, że się potknął, ale dlatego że coś go zaintrygowało. Wyciągnął rękę do Daniela. - Spójrz, Jack nauczył się wytwarzać czerwony fosfor. Wszędzie go tu pełno. - I pewnie właśnie jego używa do zapalania Machin Piekielnych - rzucił przez ramię Leibniz. Z mieszadłem w ręce przyjął pozycję en garde, chroniąc pozostałą dwójkę przykucniętą za jego plecami pod żywopłotem. Te wysiłki stawały się jednak coraz mniej istotne, gdyż Mohawkowi udało się wreszcie zawładnąć psią wyobraźnią. Koń stawał dęba, gotowy w każdej chwili roztrzaskać mastyfowi łeb kopytami. Mohawk trzymał w ręce pistolet. - Proszę nie strzelać - ostrzegł go Daniel, któremu dawno już obrzydła idea uśmiercania psów dla dobra filozofii naturalnej.

Dźwignął się na nogi i pomógł wstać Newtonowi. - Nie strzelaj! - wrzasnął Leibniz, kiedy obejrzał się przez ramię i zobaczył rozsypany wszędzie fosfor. Ale Mohawk ich nie słyszał. Powróz, na którym był uwiązany pies, zawinął się wokół tylnych nóg konia i spowodował u niego wybuch paniki. Jeździec wycelował w psa. Leibniz okręcił się na pięcie, odwracając się plecami do tego, co miało się za chwilę wydarzyć. Widząc kilka kroków przed sobą Daniela i Isaaca, obrócił w dłoniach mieszadło i - trzymając je poziomo - rzucił się naprzód. Przyrząd trafił Daniela tuż poniżej mostka i pchnął go w tył, do miejsca, w którym sztywny, okrutnie potraktowany żywopłot podciął go na wysokości ud. Ostatnim świadomym wspomnieniem Daniela był widok jęzora ognia tryskającego z lufy pistoletu. Potem niebo zawirowało wokół niego - co było, rzecz jasna, typowym ptolemejskim złudzeniem, gdyż w rzeczywistości to on wykonał salto w tył ponad żywopłotem i (podobnie jak Newton) wylądował na brzuchu pod osłoną krzewów. Powódź białego ognia, który niczym wschodzące słońce wspiął się ponad roślinnym murem, opiekła im łydki. *** Odkąd Bob stracił zdolność słyszenia wysokich, piskliwych dźwięków, stał się podwójnie wyczulony na wszelkiego rodzaju dudnienia, grzmoty i łoskoty, które słyszał nie tyle uszami, ile raczej

stopami i żebrami. Za pośrednictwem tych właśnie organów rozróżniał stukot końskich kopyt, trzask zamykanych drzwi, wystrzały z broni palnej i tym podobne odgłosy. Strzałów na razie słyszał niewiele. Kopyta ubijały ziemię gdzieś za jego plecami: to kawaleria Stowarzyszenia Wigowskiego pędziła wzdłuż szyku piechoty. Bob prowadził swój oddział przez łąkę, w stronę żywopłotu odcinającego ją od szczytu pagórka. Podobnie jak wszystkie inne żywopłoty na terenie posiadłości, także i ten został krótko przycięty, co Bob zinterpretował jako przygotowanie do obrony: ludzie mogli wygodnie za nim przyklęknąć i prowadzić ostrzał. Trzy takie żywopłoty, ciągnące się przez około ćwierć mili mniej lub bardziej otwartego terenu, oddzielały ludzi Boba od farmy na szczycie wzgórza, z której dobiegało szczekanie. Mignął mu jakiś powóz, który wjechał między budynki i natychmiast zawrócił; Bob, nie widząc większego sensu w tym manewrze, postanowił udać, że niczego nie widział. Wyciągnięci w szereg żołnierze odruchowo skręcili, ustawiając się równolegle do najbliższego żywopłotu. Kiedy już prawie do niego dopadli, zaczęli zdejmować przewieszoną przez plecy broń i łamać szyk, aby na własną rękę przeprawić się na drugą stronę, Bob wyczuł stopami jakiś niepokojący odgłos. - Konni! - zawołał. - Ale niewielu, mniej niż szwadron. Utrzymać szyk! Wyjadą zza tych drzew! Ostatnie słowa były już tylko rozsądnym domysłem, opartym na fakcie, że na razie nigdzie nie widział jeźdźców. Jego ludzie odwrócili

głowy w bok: usłyszeli coś, czego on usłyszeć nie mógł. Podążając za ich wzrokiem, spojrzał na skraj pobliskiego zagajnika, rosnącego po drugiej stronie żywopłotu w niewielkim zagłębieniu terenu, i zobaczył w nim końskie nogi, migające wśród pni drzew i podświetlone bursztynowym światłem wczesnego poranka. Chwilę później trzech jeźdźców wypadło zza lasku i skierowało się prosto w stronę ludzi Boba. Wybrali doskonały moment: piechota właśnie zaczynała się rozpraszać i szykować do sforsowania żywopłotu. - W tył zwrot! - skomenderował Bob. - Plecami do żywopłotu! Posłuchali go. Objeżdżając skraj zagajnika, trzej jeźdźcy rozciągnęli się w skośną tyralierę: ten, który jechał po zewnętrznej, został najbardziej z tyłu. Za to środkowy jeździec był... Niemożliwe, wzrok musiał spłatać Bobowi figla... Ten w środku był czarny! Może go coś przypaliło? A może pistolet eksplodował mu w twarz? Nie było czasu na takie rozważania. Bob dobył szabli, szykując się do sparowania cięcia z góry - ale żaden z konnych nie sięgnął po broń. Pierwszy przeskoczył żywopłot tuż obok miejsca, w którym stał Bob, omal go przy tym nie przewracając - nie potrącił go ani nie uderzył, lecz Bobowi zakręciło się w głowie na widok wspaniałego wierzchowca, emanującej z niego siły i gracji ruchów. Czarny człowiek przesadził przeszkodę za plecami sierżanta. W tej samej chwili szczyt wzgórza zapłonął oślepiającym blaskiem, a chwilę później rozległ się ogłuszający świst powietrza i

szybka seria eksplozji. Trzeci jeździec właśnie szykował się do skoku przez żywopłot, ale jego koń się spłoszył, zawahał, z trudem pokonał przeszkodę, źle wylądował i złamał nogę. Jeździec przetoczył się po ziemi i wstał, lekko poobijany. Całe dwa plutony piechoty, przykucnięte pod żywopłotem, wymierzyły do niego z muszkietów z tak bliskiej odległości, że gdyby kazano im strzelać, jego ciało byłoby nie tylko podziurawione jak rzeszoto, ale także poprzypalane eksplodującym prochem. - Zabierz mi to cholerstwo sprzed oczu - powiedział jeździec do najbliższego z żołnierzy. - Lepiej zastrzel mojego konia. Dwaj pozostali - najpierw czarnoskóry, potem biały na pięknym koniu - wstrzymali konie na środku łąki, w odległości rzutu kamieniem. Kilkunastu wigowskich kawalerzystów już ruszyło im na spotkanie. - Jimmy! - zawołał ten trzeci, spieszony. - Tomba! Uciekajcie! Przebijecie się! To fircyki na wychudzonych szkapach; nie będą walczyć i nie znają okolicy. Bob przypuszczał, że pieszy ma całkowitą rację. Gdyby „Jimmy” i „Tomba” galopem przemknęli przez łąkę, przy odrobinie szczęścia mogli przetrwać salwę z muszkietów i przedrzeć się przez szyk wigowskiej kawalerii. Najwyraźniej jednak nie mieli na to ochoty. Spojrzeli po sobie, zawrócili i ruszyli w stronę swojego towarzysza. Bob wynurzył się z cienia żywopłotu. Obejrzał się przez ramię - całkiem niepotrzebnie - by potwierdzić sobie, że jego ludzie celują z muszkietów do całej trójki; jedno jego słowo i trzej intruzi

padną trupem. Z pewnością zdawali sobie z tego sprawę, udawali jednak, że nie widzą ani Boba, ani żadnego z jego żołnierzy. Biały jeździec wysforował się naprzód. - Ależ z ciebie bałwan, Danny. Jesteśmy rodziną, nie? Nie zostawiamy swoich diabłu na pożarcie. W tejże chwili Bob rozpoznał w Jimmym i Dannym swoich bratanków, których nie widział od dwudziestu lat. - Jezu Chryste... - mruknął. Nie był to wyraz zaskoczenia, lecz raczej irytacji i zaskoczenia; za często ostatnio wpadał na różnych Shaftoe'ów, żeby łatwo dało się go zaskoczyć. Słysząc jego słowa, Jimmy i Danny zgodnie spojrzeli w jego stronę. - Ożeż w mordę! - wykrzyknął Danny. - Wiedziałem, że prędzej czy później tak się to skończy, stryjku powiedział Jimmy. Ze smutkiem pokręcił głową. - Wszystko przez to, że uparcie trzymasz z legalną władzą. - To wy go znacie?! - zdziwił się czarnoskóry, kręcąc głową na boki, aż zafurkotała przypominająca miotłę fryzura. - To nasz przeklęty stryjaszek - wyjaśnił Danny. - I co, Bob? Mam nadzieję, że jesteś zadowolony? Serce Boba waliło jak młotem. Stopami również wyczuwał dudnienie - ale to z powodu chmary jeźdźców, którzy pędzili przez łąkę, dostrzegłszy w tej sytuacji wyborną okazję do ścięcia paru głów (albo przynajmniej odcięcia paru kończyn), a więc zapowiedź tego

rodzaju rozrywki, o jakiej marzy każdy kawalerzysta. Zagrożenie z ich strony przywróciło Bobowi mowę. Chwiejnym krokiem zastąpił im drogę i powstrzymał gestem uniesionej dłoni; dowodzący jazdą kapitan miał dość oleju w głowie, by na ten sygnał wstrzymać szarżę. Konni przeszli w kłus i rozstawili się w tyralierę, odcinając intruzom drogę ucieczki. - Długo trwała ta wasza samowolka, chłopcy - powiedział Bob. Zdezerterowaliście z Królewskich Black Torrent Guards dwadzieścia lat temu. - Ale z ciebie kutafon! - jęknął Danny. Jednakże Jimmy złajał go, zsiadając z konia: - Skończony z ciebie dureń, mój bracie. Naszemu stryjowi wydaje się, że wyświadcza nam przysługę, kierując nas w ręce wojskowego wymiaru sprawiedliwości. Wojsko po prostu nas powiesi i będzie po sprawie; cywile wypatroszyliby nas i poćwiartowali na Tyburn Cross. Danny był pod wrażeniem. - Ty to masz łeb, stryjciu... Przepraszam, że cię nazwałem kutafonem. Ale tak jak Jimmy i Tomba wrócili po mnie, tak ja i Jimmy nie oddamy Tomby samego w ręce kata. Prawda, Jimmy? Dobrze mówię? Jimmy? Jimmy! Seamusie Shaftoe, do ciebie mówię, głuptaku! - Tak, naturalnie - przyznał Jimmy. - Tylko, że to diabelnie ciężko zachować się przyzwoicie drugi raz w ciągu... ilu, dwóch minut?

- Miałeś dwadzieścia lat na to, żeby zachowywać się nieprzyzwoicie - zauważył Bob. - Dwie minuty cię nie zabiją. - Dwie minuty w Tyburn też nie? - spytał Danny. Bob zaniemówił. Tomba wybuchnął głośnym śmiechem. *** Daniel jeszcze nigdy nie słyszał, żeby Newton przyznał się do odczuwania bólu - dopiero kiedy złapali go z Leibnizem za ręce i pomogli mu wstać, Isaac zrobił zdziwioną minę, jakby nigdy w życiu nic go nie bolało, i stęknął ciężko. - Och! Ojej! Zacisnął powieki, skrzywił się i znieruchomiał ze zmarszczonym czołem, aż Daniel zaczął się obawiać, że dostał zawału i za chwilę pożegna się z tym światem. Ból jednak wyciekał z Isaaca po odrobinie, aż w końcu jego umysł odzyskał panowanie nad nerwami odpowiedzialnymi za mimikę i twarz przybrała pożądany przez niego wyraz wymuszonej beztroski. - To... - Zasapał się. - Nic takiego. Mięśnie... przy żebrach... nie były gotowe... na interwencję... barona von Leibniz. - Masz połamane żebra? - zaniepokoił się Daniel. - Nie wydaje mi się, żeby popękały - odparł na wydechu Newton i natychmiast pożałował tak długiej nieprzerwanej wypowiedzi, bo musiał teraz wziąć głęboki, bardzo głęboki wdech. Znowu skrzywił się z bólu.

- Sprowadzę powóz - zaproponował Leibniz. - Nie będzie pan musiał chodzić. Danielu, zostaniesz z sir Isaakiem? Daniel pilnował Newtona, Leibniz zaś - który z powodu podagry nawet w ciepłe i pogodne dni poruszał się niezgrabnym kaczkowatym krokiem - udał się na poszukiwanie powozu, którym przyjechali. Konie na pewno się spłoszyły, kiedy eksplodował wierzchołek wzgórza; właściwie określenie „eksplodował” było w tym wypadku niezbyt precyzyjne, chociaż proces zniszczenia obejmował serię wielu małych wybuchów. Należałoby raczej powiedzieć, że wzgórze zajęło się ogniem i spłonęło w mgnieniu oka, tak jakby ktoś skompresował przewidziany na kilka godzin pożar i upchnął go w kilku sekundach. Zabudowania przypominały slumsy, rozrastające się bez żadnego sensu i celu; w przeciwieństwie jednak do zwyczajnych slumsów, które z biegiem czasu otaczały się hałdami kości, gówna i popiołu, farma na wzgórzu była zanieczyszczona odpadami i półproduktami chemicznymi, w większości łatwopalnymi. Ogień skrzesany przez kurek pistoletu Mohawka przeskoczył na wysypaną fosforem ziemię i przemknął po niej do miejsca, w którym trafił na prawdziwą żyłę złota: wyciek z jednego z kotłów. Po strużce szlamu wspiął się na górę i spowodował eksplozję gigantycznych miedzianych retort. Ten wybuch zadziałał jak podsypka na panewce muszkietu i rozniecił główny pożar: zapalił składowisko czerwonego fosforu w dawnej stodole. Stodoła przestała istnieć; nie ocalał z niej nawet wypalony szkielet. Z kotłów zostały strzępy: nadtopione arkusze miedzianej blachy walały się po całej okolicy. Pies, koń i jeździec zmienili się w

wielką dymiącą stertę kości. Spopielił ich żar płonącej stodoły; był to przykład oddziaływania na odległość, w którym ciepło (podobnie jak światło) rozeszło się w przestrzeni po liniach prostych. To dlatego Leibniz, Waterhouse i Newton przeżyli - przekoziołkowawszy przez żywopłot znaleźli się w jego cieniu i żar nawet ich nie musnął. Wewnętrzna strona żywopłotu zmieniła się w jałowy, skamieniały szkielet, z którego tu i ówdzie sterczały czarne, zwęglone stalaktyty. Strona zewnętrzna, odległa zaledwie o kilka cali, pozostała nietknięta. Takie i inne rozważania pochłonęły na długą chwilę ich naturalistyczne umysły, ale w końcu myśli Daniela zaczęły się zwracać także ku innym sprawom. Nie zdążył się wcześniej porządnie rozejrzeć po okolicy: najpierw mgła, a potem pożar skutecznie utrudniały obserwację. Nie wiedział, gdzie dokładnie się znajdują był tylko pewien, że w Surrey, na wyżynnym skrawku North Downs. Patrząc w dół zbocza, widział ciągnący się całymi milami pagórkowaty kraj, ze sterczącymi w paru miejscach iglicami kościołów. Kiedy się odwrócił, w odległości kilkuset jardów, przy trakcie, dostrzegł samotny domek. Zanim jednak zdążył dobrze mu się przyjrzeć, jego wzrok padł na inny, o wiele większy budynek, odleglejszy, rozpościerający skrzydła na szerokość całego wzgórza i położony w ozdobnym ogrodzie. - Jaki ogromny dom! - wykrzyknął. Było to może stwierdzenie niezbyt mądre, ale musiał się nim koniecznie podzielić. Wypatrzył poprowadzoną w szpalerze drzew

aleję, z której skręcili w boczną dróżkę wiodącą na farmę: znikała za rezydencją i dochodziła, jak się domyślał, do jej drzwi frontowych. - Ciekawe czyj? - dodał. Newton też dopiero teraz zwrócił uwagę na olbrzymi dom, był jednak jego widokiem nie tyle zaskoczony, ile raczej zaintrygowany. - Gdybyś był torysem, znałbyś ten widok na pamięć powiedział. - Tę rezydencję lord Bolingbroke kupił przed laty od lorda... Tu padło nazwisko wiga, który zasłynął spektakularnym bankructwem w okresie niewypłacalności Bank of England. - Nie wiedziałem, że Bolingbroke ma w tych okolicach posiadłość - przyznał Daniel. - To dlatego że, zamiast w niej zamieszkać, utrzymuje ją w stanie permanentnego remontu... - Isaac zawiesił głos i przetrawił swoje słowa. - Ustawiczna przebudowa wiąże się zaś z tym, że wędrowni kupcy non stop przywożą do posiadłości i wywożą z niej najróżniejsze towary. Miejscowi już się przyzwyczaili... - Chcesz przez to powiedzieć, że gdyby w domku na terenie posiadłości miała siedzibę jakaś organizacja przestępcza, mogłaby skutecznie ukryć swoje istnienie dzięki wzmożonemu ruchowi wozów kupieckich - stwierdził Daniel. Nie chciał zmuszać Isaaca do tłumaczenia mu wszystkiego ze szczegółami, gdyż widział, że mówienie sprawia mu ból. - Niesamowite. Podejrzewaliśmy, że coś może łączyć Bolingbroke'a z Jackiem, ale kto by pomyślał, że sekretarz stanu zgodzi się gościć takie indywiduum w swoim majątku?

- Nie ma w tym chyba nic niezwykłego. Bolingbroke wcale tu nie mieszka. Poza rym sami ostatnio widzieliśmy, że jest słabszy i bardziej zdesperowany niż u szczytu swojej potęgi, kiedy nas przerażał. Nie wiemy, czy nie zaciągnął u Jacka jakiegoś długu wdzięczności. Dlatego fakt, że Jack korzysta z fragmentu jego zbędnej posiadłości, w dodatku zapewne kupionej za pieniądze Ludwika XJV... Newton wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma w tym nic zaskakującego - i natychmiast tego pożałował, gdyż ruch wywołał palący ból w jego poobijanej piersi. - Widzę jakiś powóz, ale nie nasz - powiedział Daniel. - To pewnie Kikin, Orney i Threader. - Zamachał ręką, a stangret pomachał do niego w odpowiedzi. - Usiądźmy i poczekajmy. - Wolę stać. Przynajmniej nie będę musiał potem wstawać. - Dokąd każemy się zawieźć? - spytał Daniel, licząc na odpowiedź „Do najbliższego lekarza”. - Do tamtego domku - odparł Isaac. - Przekonamy się, co Jack tam knuł, chociaż wydaje mi się, że już się tego domyślam. *** - Miałem rację - powiedział dwadzieścia minut później, siedząc przy znajdującym się w domku warsztacie. Daniel, Leibniz, Orney, Threader i Kikin kręcili się w pobliżu, depcząc po odłamkach szkła - resztkach szyb, które padły ofiarą ich

niedawnej zabawy z ogniem. Powóz, którym Daniel, Newton i Leibniz przyjechali z Londynu, udało się wytropić, sprowadzić z powrotem i przynieść z niego skrzynkę z przyrządami. Newton wyjął z niej doskonale oszlifowaną soczewkę osadzoną w oprawie z uchwytem, przez którą oglądał znalezione na stole dowody rzeczowe. W sypialni na piętrze „Mohawkowie” znaleźli pod łóżkiem trzech ludzi, którzy ni w ząb nie znali angielskiego. Jeden był mężczyzną w średnim wieku, dwaj pozostali mogli być jego uczniami, synami lub jednym i drugim jednocześnie. Kiedy zostali sprowadzeni na dół, Leibniz dowiedział się od nich, że pochodzą z Saksonii. Ulżyło im, gdy stwierdzili, że ktoś mówi po niemiecku, z przerażeniem jednak przyjęli fakt, że ten ktoś jest baronem. W każdym razie Leibniz z nimi rozmawiał, Kikin (który znał niemiecki) przysłuchiwał się tej rozmowie, a Newton badał zebrane na stole ciekawostki. Pozbawieni zajęcia Orney i Threader stali obok warsztatu, a Daniel z zaciekawieniem obserwował ich twarze: na obliczu Orneya malował się niewidziany wcześniej entuzjazm, fizys Threadera stężała zaś w dziwnym u niego wyrazie zaniepokojenia. - Zanim przedstawię panom wyniki moich badań... - odezwał się Newton. - Dowiedział się pan od tych ludzi czegoś ciekawego, baronie von Leibniz? - Moje słowa nie będą chyba dla nikogo zaskoczeniem, biorąc pod uwagę znalezione tu narzędzia i niedokończone wyroby - odparł Leibniz. - To grawerzy. Przyjechali z Drezna.

- Ten starszy jest, jak mniemam, mistrzem. Proszę mu powiedzieć, kim jestem, i przekazać moje najszczersze wyrazy uznania. Leibniz zrobił to, o co go poproszono. Na wzmiankę o Newtonie Saksończycy omal nie padli trupem, ale usłyszawszy komplement, najstarszy z nich pokraśniał z dumy, ukłonił się w pas, po czym (najwyraźniej uznawszy, że nie zachował się dostatecznie służalczo) na wszelki wypadek uklęknął. Dwaj młodsi poszli w jego ślady. Daniel musiał przyznać, że rzadko widywał tak potulne istoty ludzkie. - Isaacu? Mam wrażenie, że zastanawiają się, czy zamierzasz ich teraz zabić. - Działalność, której ślady znaleźliśmy, u Anglików zostałaby poczytana za zdradę stanu. Nie wiem wszakże, czy i Saksończyków można oskarżyć o sprzeniewierzenie się Zjednoczonemu Królestwu. Tę kwestię musieliby rozstrzygnąć ludzie uczeni w prawie. - Twierdzą, że zwabiono ich tu podstępem - wtrącił Leibniz. - Po przybyciu do tego domu zostali uwięzieni. Zapowiedziano im, że nie odzyskają wolności ani nie dostaną zapłaty, dopóki nie wykonają zlecenia, które w tej chwili jest już na ukończeniu. - W rzeczy samej! - przytaknął Newton. Wziął leżący na stole żółtobrązowy wafelek, który uprzednio długo oglądał przez lupę. Oto woskowy odcisk monety o nominale jednej gwinei. Proszę, panowie, obejrzyjcie go. Podał płytkę Danielowi. Wyglądała znajomo i zarazem bardzo, bardzo dziwnie.

- To profil Jerzego Ludwika z Hanoweru! - wykrzyknął Daniel. - Dwa tygodnie temu zleciłem grawerom w mennicy w Tower rozpoczęcie prac nad matrycą do nowych gwinei z wizerunkiem króla Jerzego. Od tamtej pory moja noga nie postała w Wolnej Tower, na co mam wielu świadków. Nie widziałem matrycy, która posłużyła do wykonania tego odcisku, a tu proszę... W Surrey, w posiadłości lorda Bolingbroke'a, znajdujemy woskową kopię nowej gwinei, oraz... Newton podniósł ze stołu metalowy cylinder, na którego jednym końcu znajdowało się wygrawerowane lustrzane odbicie woskowej monety. - Oraz jej doskonałe lustrzane odbicie na sztancy, którą można wykorzystać do bicia fałszywych monet! Te dowody, uzupełnione zeznaniami saksońskich grawerów, to wyrok śmierci dla naszych wrogów. Jest oczywiste, że osoby odpowiedzialne za pilnowanie mennicy, włącznie z dowodzącym strażą Charlesem Whitem, musiały uczestniczyć w spisku, którego celem było sporządzenie woskowego odcisku matrycy i dostarczenie go tutaj, gdzie znaleźliśmy narzędzia służące do bicia monet, a także schwytaliśmy na gorącym uczynku dwóch synów Jacka Shaftoe. Ponieważ ostatnio nie zapuszczałem się do mennicy, Bolingbroke nie będzie mógł mnie oskarżyć o współudział w tych knowaniach. Z nimi wszystkimi spotkam się w Tyburn, jeśli zaś chodzi o tych Saksończyków, będą wolni, gdy tylko ich pomoc w śledztwie przestanie nam być potrzebna. Norman Orney - mężczyzna tęgi, ale silny i całkiem żwawy dzięki pracy w stoczni - zdążył złapać mniejszego i szczuplejszego

pana Threadera, zanim ten runął na podłogę. Z pomocą jednego z młodszych Saksończyków wniósł go na piętro i położył na łóżku. Powachlowali go chusteczką, roztarli mu dłonie, położyli stopy wyżej od reszty ciała i tak dalej, i temu podobne, aż w końcu staremu skrybie wróciły rumieńce i się ocknął. Widać jednak było, że tego żałuje. - Sir Isaacu... - zaczął, po omacku szukając oparcia dla rąk. Pomóżcie mi wstać - rzucił, nie zwracając się do nikogo konkretnego. - Lepiej niech pan leży - zasugerował Daniel. - Modliłem się, żeby ta chwila nigdy nie nadeszła. Muszę uklęknąć przed sir Isaakiem Newtonem i błagać go o życie, a jeśli się okaże, że proszę o zbyt wiele, to chociaż o godną śmierć. Jeśliby i to było niemożliwe, niechaj śmierć będzie przynajmniej szybka. - Przyznaje się pan do zmowy z fałszerzami? - spytał Isaac, równie znudzony jak inni zaskoczeni. - Dawno mnie pan przejrzał, prawda, sir Isaacu? Tak. Byłem w zmowie z fałszerzami, a nawet z tym jednym, konkretnym fałszerzem. Właściwie na początku... - Na początku wyglądało to niewinnie. - Isaac uczynił dłonią taki gest, jakby odganiał osę. - Proszę o wybaczenie, ale wyczułem w pańskich słowach wstęp do długiej i starannie przećwiczonej perory, której nie mam ochoty słuchać. Im dłużej będzie pan mówił, tym bardziej stopniowo, niepostrzeżenie i niewinnie osunie się pan w otchłań... zdrady stanu. Threader aż podskoczył - o ile można tak powiedzieć o człowieku leżącym na wznak.

- Bez względu na to, jak bardzo przeciągnie pan swoją opowieść, jej początek i koniec się nie zmienią, prawda? - ciągnął Isaac. - Na początku nabiera pan pozornie nieszkodliwego nawyku ważenia gwinei i wyławiania z obiegu tych, które są minimalnie cięższe. Na końcu jest pan całkowicie uzależniony od Jacka Mincerza. Umieścił swoich ludzi w pańskiej firmie; zawłaszczył pana do tego stopnia, że może ulokować Machinę Piekielną w pańskim wozie bagażowym, aby w siedzibie Towarzystwa Królewskiego zamordować Mistrza Mennicy. - Ależ, sir Isaacu, ja nie wiedziałem, że o to mu chodzi! - W to akurat wierzę. Jack nie miał powodów, żeby pana ostrzec; wprost przeciwnie. Jednakże nawet jeżeli wyłączymy z naszych rozważań kwestię Machin Piekielnych, nadal pozostaje pan winnym zdrady stanu! - A jeśli zgodzę się zeznawać? Proszę postawić mnie przed sądem, sir Isaacu! Wszystko powiem! Żaden kontratenor z Opery Włoskiej nie śpiewał tak, jak ja będę śpiewał! - Nie zamierzam słuchać pańskiego śpiewu. A propozycja jest spóźniona. I bez pańskiej pomocy uzyskałem już wszystko, co było mi potrzebne. - A gdybym wydał panu Jacka Mincerza? Słowa pana Threadera wydały się Danielowi i pozostałym porażająco teatralne, Newton zaś uśmiechnął się kąśliwie, jak arcymistrz szachowy, który wie, że przeciwnik musi w końcu wprowadzić do gry hetmana.

- Wtedy będziemy mogli negocjować - powiedział. - Proszę mówić. - W każdą niedzielę wieczorem lord Bolingbroke udaje się do pewnego klubu, w którym chętnie bywają torysi. Jest tam na tyłach dyskretny salonik, skąd przejściem dla służby można dostać się wprost do kuchni. Na dany sygnał Bolingbroke udaje się pod jakimś pretekstem do tego saloniku, Jack zaś zakrada się do klubu przez kuchnię w przebraniu szlifierza ostrzącego noże. Przemyka do saloniku

przejściem

dla

służby,

zrzuca

kostium

i

obaj

z

Bolingbrokiem spokojnie knują i koordynują swoje niecne plany. A ponieważ dziś jest niedziela, za kilka godzin znowu powinni się tam spotkać. - Chyba że Jack dowie się, co tu dzisiaj rano zaszło, i uzna, że lepiej nie przychodzić - zauważył Isaac. - A kto mu o tym doniesie? Wszystkie drogi są zablokowane. - Pół hrabstwa widziało, jak pagórek eksplodował. - Może więc Jack o tym usłyszy, a może nie. Tak czy inaczej musi się czasem spotykać z Bolingbrokiem. Jeżeli nie uda się go zaskoczyć w ten sposób, to wiem na jego temat wystarczająco dużo, by podsunąć panu inne pomysły. - Wracajmy zatem do Londynu zastawić pułapkę - zarządził Newton. Tym samym najbardziej owocne (z dotychczasowych) zebranie klubu zostało zakończone, a skarbnik klubu zakuty w kajdany.

Biblioteka w Leicester House 18 sierpnia, rano Suweren jest tą duszą publiczną, która daje życie i ruch państwu. Gdy ona kończy swój żywot, to członki tego państwa nie są już przez nią kierowane, tak samo, jak nie rządzi już szkieletem człowieka jego dusza, gdy ujdzie z ciała, (choć jest nieśmiertelna). - Hobbes, Lewiatan∗

Od ponad stu lat nikt nie przebudowywał Leicester House, który pozostał nieodwołalnie tudorski w stylu - nietrudno było sobie wyobrazić, jak Gloriana wzywa w nim na dywanik sir Waltera Raleigha. W bibliotece nie było żadnych książek żyjących autorów, a kontury lądów przedstawione na stojącym tu globusie dawno wyszły z mody. Sir Isaac nie miał jednak czasu nacieszyć wzroku kulistym rekwizytem. Do biblioteki wprowadził go Johann von Hacklheber, młody lipski baron, Newton nie zdziwił się więc zbytnio na widok innego niemieckiego barona, Gottfrieda Wilhelma von Leibniz, który wstał z krzesła, by się z nim przywitać. Na twarzy Isaaca odmalowała się irytacja na myśl o tym, że oto podstępem zwabiono go na kolejne niezapowiedziane spotkanie z arcywrogiem, postanowił jednak zachować się z godnością i jakoś to przetrzymać. Zaszczycił



Przeł. C. Znamierowski (przyp. tłum.).

przelotnym spojrzeniem młodą kobietę siedzącą na fotelu obok globusa, po czym skupił wzrok na Leibnizu. - Dano mi do zrozumienia, że przyjmie mnie księżna ArcachonQwghlm... - zaczął, ale zawiesił głos i ponownie spojrzał na kobietę przy globusie. Nie chodziło o to, że była atrakcyjna, chociaż to również było prawdą. Uwagę Newtona zwrócił jej przepyszny strój i - nade wszystko - biżuteria, jakiej jego wyłupiaste oczy nie miały okazji podziwiać od czasów, gdy ostatni raz wezwano go przed królewskie oblicze. Na głowie miała najprawdziwszy diadem. Na pierwszy rzut oka poznawało się, że w jej zachowaniu nie ma cienia zmanierowania, a klejnoty nie są bynajmniej tanimi świecidełkami. Johann von Hacklheber już się wymknął z pokoju i głos zabrał Leibniz. - Wasza Wysokość - powiedział, zwracając się do kobiety. - Oto sir Isaac Newton. Sir Isaacu, jestem zaszczycony, mogąc przedstawić panu Jej Wysokość Karolinę, księżną Walii, księżniczkę elektorkę Hanoweru, et caetera, et caetera. - Proszę się nie ruszać, sir Isaacu! - powiedziała Karolina, powstrzymując geniusza we wstępnej fazie długiego i głębokiego oficjalnego ukłonu. - Słyszeliśmy, że został pan kontuzjowany w naszej służbie, na skutek bohaterskiego manewru barona von Leibniz. W pańskim obecnym stanie lepiej nie próbować dworskich ukłonów. Proszę siadać, z łaski swojej.

- Nie złość się na pana von Leibniz, Isaacu. - Inny głos, męski, dobiegł z kąta pokoju. Newton spojrzał w tym kierunku i rozpoznał Daniela Waterhouse'a, zajętego przeglądaniem zakurzonego tomiszcza w brązowej oprawie. - To ja, nie baron, opowiedziałem Jej Wysokości tę historię, i tylko mnie należy winić za ewentualne nieporozumienia, jakie mogłem zaszczepić w jej głowie. Trzeba przyznać, że nie co dzień widuje się niemieckich baronów zamierzających się wielkim drągiem na sir Isaaca Newtona. Niektórzy mogliby pewnie wykorzystać ten fakt przeciwko baronowi, ja jednak, który ucierpiałem w podobny sposób, wybaczyłem mu i podziękowałem. - Ja również jestem mu wdzięczny - odparł swobodnym tonem Newton. Usiadł (sztywno i ostrożnie) na wskazanym przez Karolinę krześle. W ten sposób znaleźli się z Leibnizem po dwóch stronach królowej, zasiadającej na przypominającym tron fotelu. Waterhouse krzątał się dyskretnie na obrzeżach tego trójkąta niczym bojaźliwy bibliotekarz, albo, można by rzec, lokaj-filozof. Karolina przełamała pierwsze lody - niezwykle grube i przeraźliwie zimne - niezobowiązującym zagajeniem o niedawnych wydarzeniach w Londynie. Czy krążące o nich plotki są prawdziwe? Był to gambit idealnie wręcz dobrany do rozpoczęcia partii z sir Isaakiem, który niczego tak nie pragnął, jak uspokoić nową dynastię w kwestii losów waluty królestwa. - Złapaliśmy Jacka Shaftoe! - oznajmił. - Słynny Mincerz nie będzie bił więcej monet na tym świecie.

- Jeżeli dobrze rozumiemy istotę rzeczy, jest to fakt niezwykle doniosły - przyznała Karolina. - Dziwimy się, że tak niewiele o nim słychać. - Nie wiedziałem, że Wasza Wysokość jest w Londynie, dopóki nie przekroczyłem progu tego pokoju. W przeciwnym razie natychmiast zawiadomiłbym Waszą Wysokość o aresztowaniu pana Shaftoe. - Nie o to mi chodziło. Rzecz w tym, że Grub Street milczy na ten temat. - Pan Shaftoe został pojmany na zapleczu pewnego klubu, niedaleko stąd, dosłownie parę minut spacerkiem. Jestem przekonany, że bywający w nim torysi są teraz z tego powodu okrutnie zakłopotani. Niektórzy wigowie chętnie wykorzystaliby tę okazję, by wywołać polityczny skandal, i na pewno wkrótce to zrobią. Ja jednak do większości członków owego klubu nic nie mam i wolałbym nie narażać ich na infamię. Prawdziwym czarnym charakterem jest w tym wypadku pewien torysowski lord, który przez pewien czas grał w kraju pierwsze skrzypce... - Wiem, o kim pan mówi. - On zapewne zasługuje na ujawnienie jego roli i związany z tym dyshonor, nie da się jednak tego osiągnąć bez upokorzenia całego królestwa. Sprawa jest delikatna... W tym miejscu Isaac spojrzał na człowieka, który - o dziwo! mógł wiedzieć na ten temat więcej od niego: na Daniela Waterhouse'a,

królewskiego regenta. Daniel odwrócił się w stronę uchylonych bocznych drzwi do biblioteki i zawołał, podnosząc głos: - Wnieście je! Jeden służący (niewidoczny od strony biblioteki) otworzył drzwi, a drugi - lokaj - wszedł do środka, niosąc tacę, na której leżała obszyta niebieskim aksamitem poduszka. Na poduszce spoczywały dwie metalowe sztabki, głęboko porzeźbione w skomplikowany, złożony z okręgów wzór, wykonane w taki sposób, że można było złożyć je razem i zatrzasnąć jak duży zamykany medalion. Lokaj podał je królowej, aby mogła je dokładnie obejrzeć. Newton i Leibniz, korzystając z okazji, zerknęli na nie ukradkiem. - Jestem zaszczycony, mogąc przedstawić Waszej Wysokości pieczęcie, którymi królewski sekretarz stanu opatruje wszelką oficjalną korespondencję - wyjaśnił Daniel. - Do wczoraj znajdowały się, co oczywiste, w rękach lorda Bolingbroke, który jednak, o czym Wasza Wysokość mogła już słyszeć, całkiem niespodziewanie postanowił poświęcić więcej czasu swojej rodzinie. - Owszem... - przyznała Karolina. - We Francji. - Kiedy widziano go po raz ostatni, podążał na południe z prędkością zastrzeżoną zwykle dla ludzi zrzuconych ze znacznej wysokości. Naturalnie, pozostając człowiekiem honoru, najpierw oddał urzędowe pieczęcie jednemu z królewskich regentów. Jako że to właśnie mnie przypadł w udziale przywilej przechwycenia ich z drżących i spoconych dłoni wicehrabiego, niniejszym przekazuję je

Waszej Wysokości jako ich prawowitej właścicielce. Wasza Wysokość może je zabrać do Hanoweru lub... - Jestem pewna, że tutaj bardziej się przydadzą. Pan i pozostali regenci zaopiekujecie się nimi jak należy, prawda? - Będziemy zaszczyceni, Wasza Wysokość. - Doskonale. A zatem, skoro Bolingbroke zszedł ze sceny, proponuję dłużej się nim nie zajmować. Chętnie dowiem się natomiast czegoś więcej o Jacku Shaftoe. Stawiał opór? Lokaj wycofał się rakiem, położył pieczęcie na stoliku obok Daniela i wyszedł, gnąc się w ukłonach. Newton miał więc chwilę, by przemyśleć odpowiedź. Do tej pory starał się reagować bezzwłocznie na każde słowo i każdy gest królowej, teraz jednak odwlekał swoją wypowiedź. Obserwującemu go Danielowi wydało się, że widzi na jego twarzy przelotny wyraz triumfu - rzadki przejaw słabości u purytanina. Oto siedział po prawej stronie księżnej Walii i opowiadał jej historię pojmania arcyłotra Jacka Mincerza, gdy lokaj wniósł niczym trofeum - pieczęcie jego najgroźniejszego przeciwnika. Tylko zatknięta na pikę głowa Bolingbroke'a mogłaby mu sprawić większą satysfakcję. - Opór? Nie. Raczej udawał znudzonego, tak przynajmniej twierdzą szeryfowie, którzy go aresztowali. - Znudzonego? - Nie inaczej, Wasza Wysokość. Tak jakby z własnej woli wszedł w nasze sidła. - Jest teraz w Tower?

Isaac nie zdołał się powstrzymać od protekcjonalnego uśmiechu. - Pan Shaftoe jest zdrajcą i niebezpiecznym więźniem, toteż Wasza

Wysokość

słusznie

domniemywa,

że

powinien

być

przetrzymywany w Tower. W tym jednak wypadku pewne szczególne okoliczności sprawiły, że wybraliśmy mniej konwencjonalne miejsce odosobnienia. Przed kilkoma miesiącami Jack Mincerz i jego banda dokonali zuchwałego coup de main i zajęli Tower. Sprawę wyciszono, ale fakt pozostaje faktem. Można zatem domniemywać, że Jack miał i zapewne nadal ma - licznych wspólników i zwolenników wśród mieszkańców Tower i na wylot zna wszystkie jej tajniki. Tamtejszą strażą dowodzi zaś w dalszym ciągu Charles White, kapitan Królewskich Gońców i stary druh Bolingbroke'a. - Spodziewałabym się raczej, że regenci znajdą innego kandydata na takie stanowisko - stwierdziła Karolina, spoglądając pytająco na Daniela. - W Anglii nie dokonuje się takich zmian szybko, pochopnie i bez wyraźnej przyczyny - wyjaśnił Daniel. - Na razie nie mamy dowodów świadczących przeciwko panu White'owi; to się może zmienić... - Jeżeli Jack zgodzi się z nami rozmawiać i powie wszystko, co wie - dodał Newton. - Rozumiem. To tylko podkreśla konieczność trzymania go jak najdalej od Tower i wpływów Charlesa White'a. Gdzie wobec tego przebywa?

- W Newgate - odparł Newton. - Jego wspólników umieściliśmy w więzieniu przy Fleet Street. Uznaliśmy, że bezpieczniej będzie trzymać ich osobno. - Słusznie. - Karolina chyba się trochę zaniepokoiła. - Ale Newgate, jeśli się nie mylę, to przybytek nader pospolity. Czy na pewno będzie tam należycie strzeżony? - Newgate to w istocie kilka więzień połączonych w jedno wtrącił Daniel. - Najgorszą sławą rzeczywiście cieszy się ohydny loch. W tym samym kompleksie znajdują się jednak także Dziedziniec i Zamek, gdzie przetrzymywane są co znaczniejsze persony, pod warunkiem, że je na to stać. - Opłaciliśmy strażników więziennych, aby tam właśnie zakuli Jacka w ciężkie kajdany - dodał Newton. - On może zapewne zapłacić im więcej... - To możliwe. Jeśli jednak pomogą mu w ucieczce, narażą się na zarzut zdrady stanu, a ponieważ pracują w Newgate i codziennie mają okazję pogwarzyć sobie z katem, doskonale wiedzą, jaka jest kara za to przestępstwo. - Dziękuję panom za zaznajomienie mnie z sytuacją powiedziała Karolina, tonem głosu i gestem dając do zrozumienia, że tę część rozmowy uważa za zakończoną. - Czas na inne, ważniejsze sprawy. Rozsiadła

się

wygodnie

w

fotelu,

oparłszy

łokcie

na

podłokietnikach. Mówiąc, położyła prawą dłoń na globusie i obracała go to w jedną, to w drugą stronę w wyłożonej filcem kołysce. W tej

pozie wyglądała jak królowa bawiąca się królewskim jabłkiem; brakowało jej tylko berła w drugiej ręce. - Jak panu zapewne wiadomo, sir Isaacu, znam barona von Leibniz od dawna. Był moim nauczycielem matematyki i metafizyki, a także młodszej dziedziny wiedzy, jaką jest filozofia naturalna. Co się tyczy matematyki... Doszły mnie wieści o nader nieprzyjemnym sporze dotyczącym pochodzenia rachunku różniczkowego; szczegóły są nieistotne i nieciekawe. Mniej znaczne umysły postawione w obliczu tego złożonego problemu skłaniają się ku najprostszym wyjaśnieniom: jedno z nich stwierdza, że to pan skradł ideę rachunku baronowi von Leibniz, drugie: że było dokładnie odwrotnie. Mnie jednak żadna z tych hipotez nie wydaje się przekonująca. Słuchając przemowy Karoliny, Daniel patrzył, jak wyraz twarzy Isaaca ulega dramatycznej zmianie. Jeżeli spodziewał się pochwał i wylewnych podziękowań, musiał się srodze rozczarować - nowiny dotyczące Jacka i Bolingbroke'a Karolina uznała za interesujące, lecz, w gruncie rzeczy, wcale nie takie znowu ważne. Miał prawo poczuć się jak słaniający się na nogach i zbryzgany krwią rycerz, który przywlókł truchła dwóch świeżo zarżniętych smoków na dziedziniec zamku księżniczki - a ta rzuciła na nie uprzejmie okiem, wymieniła z nim dwie trzy zdawkowe uwagi i wróciła do przerwanego manicure. Sir Isaac zirytował się przelotnie i szybko pogodził z losem. Tak wyglądało całe jego życie: cokolwiek zrobił, zawsze spotykało go niewiele pochwał i obfitość krytyki. Delikatny zwycięski rumieniec, jeszcze przed chwilą tak ewidentny na jego policzkach,

zbladł, a twarz przybrała dobrze znajomy wygląd: stała się szara i odrętwiała jak galion na dziobie starego, sfatygowanego statku. - Wasza Wysokość zna Leibniza lepiej ode mnie - powiedział Isaac. - Zapoznałem się z opinią Waszej Wysokości i ją przyjmuję; nie zamierzam jej krytykować ani teraz, ani w przyszłości, przy innej okazji. Nie mam, rzecz jasna, takiej władzy, by narzucić ten czy jakikolwiek inny pogląd innym naturalistom. - Umyjmy zatem ręce od tej dyskusji i przejdźmy do metafizyki i filozofii naturalnej. Od dawna bowiem podejrzewam, a doktor Waterhouse się ze mną zgadza, że spór o rachunek różniczkowy jest w istocie efektem ubocznym innej kontrowersji, znacznie ciekawszej, głębszej i bardziej ważkiej. Baron von Leibniz doskonale przysłużył mi się rolą nadwornego filozofa. Jestem przekonana, że sir Isaac chciałby zapisać się w annałach historii w podobny sposób. - Niczego bardziej nie pragnę, Wasza Wysokość - przytaknął Newton. Leibniz wzniósł oczy ku niebu i zerknął na Daniela, szukając u niego wsparcia, ale ten udał, że niczego nie zauważył, i z powagą przysłuchiwał się rozmowie. - Doprawdy, ciekawa jestem, czy którąkolwiek z historycznych dynastii spotkało podobne wyróżnienie: mieć na swoich usługach dwóch tak wybitnych filozofów! Rzadki to przywilej, tym bardziej więc zamierzam go należycie wykorzystać. Obaj jesteście panowie chrześcijanami, wierzycie w Boga żywego i aktywnego. Obaj utrzymujecie, że człowiek został stworzony na Jego obraz i

podobieństwo i obdarzony wolną wolą. Podzielacie zainteresowanie matematyką i filozofią naturalną. A jednak wszystko to nie zmienia faktu, że dzieli was otchłań równie głęboka jak rów między Scyllą i Charybdą, fundamentalna niezgodność poglądów, która uniemożliwia wam współpracę. W czym nie byłoby nic złego, gdybym nadal była księżniczką Ansbach albo innego maleńkiego państewka, pan bibliotekarzem, a pan, sir, duchownym. Stało się jednak inaczej i jestem księżną Walii. Dynastia, której obaj panowie służycie, jest wpływowa i potężna; niektórzy twierdzą, że ustępuje tylko Burbonom. Zamęt filozoficzny w jej łonie mógłby mieć okropne, trudne do przewidzenia konsekwencje. W zeszłym roku poprosiłam doktora Waterhouse'a, żeby przyjechał z Bostonu i pomógł mi zasypać przepaść między panami. To on sprawił, że znaleźliście się tutaj razem, w jednym pokoju, ale uczynił to na moje polecenie, czym zaskarbił sobie moją dozgonną wdzięczność. On wypełnił swoje zadanie; panów rola dopiero się zaczyna. - Wasza Wysokość... - zaczął Newton - wdzięczny jestem, że tak klarownie wyłożyła Wasza Wysokość istotę moich poglądów na Boga, ludzką duszę i wolną wolę. Z przykrością muszę bowiem stwierdzić, że baron von Leibniz rozpowszechniał był oszczerstwa, jakobym był ateistą. Prawdą jest wprawdzie, że odrzucam ideę Trójcy Świętej, czynię tak jednak wyłącznie dlatego, że moim zdaniem doktryna homojuzjańska zatwierdzona na soborze w Nicei jest błędna, odbiega od prawd, w które chrześcijanie wierzyli wcześniej i nadal wierzyć powinni...

- Oszczerców nie trzeba daleko szukać! - żachnął się Leibniz. Zerwał się na nogi z takim zapałem, że musiał zrobić jeszcze pół kroku w stronę Newtona, zanim wyhamował impet. - Zaledwie trzy dni temu uratowałem temu człowiekowi życie, a już dotarły do moich uszu plotki, jakobym dokonał zamachu na jego życie! Takie celowe przeinaczanie faktów nie przybliża nas, drogi panie, do filozoficznej prawdy! - Nie wyobrażam sobie gorszej obmowy niż zarzucanie mi ateizmu! - odparował Newton. Z powodu obolałych żeber było mu o wiele trudniej wstać z krzesła, ale w tej chwili wsparł się obiema rękami na lasce, jakby jednak zamierzał tego spróbować. - Ateizmu? Nie, na honor, nigdy nie posunąłbym się do rozpowszechniania takiej kalumnii. Co innego oskarżyć pana, sir Isaacu, o rozpowszechnianie poglądów, które skłaniają ku ateizmowi innych. A to, choć z przykrością, muszę panu zarzucić. - Co za hipokryzja! Wprost nie do wiary! - wykrzyknął Newton i natychmiast tego pożałował, gdyż wybuch emocji opłacił bólem. Skoro jednak żebra już dały mu się we znaki, postanowił wstać i mówił dalej na stojąco, głosem zniekształconym cierpieniem: Najpierw zgadza się, że nie jestem ateistą, a potem odwraca kota ogonem i zarzuca mi szerzenie ateizmu! To typowy przykład jego pokrętnego dyskursu, ilustrującego pokrętną metafizykę! Przerwał im - choć tylko na chwilę - głuchy łoskot, dobiegający z podłogi pomiędzy nimi. To Karolina, znudzona i niezadowolona przebiegiem rozmowy, wytoczyła globus z miękkiej kołyski i

zepchnęła go na ziemię. Potoczył się na dywanik, wprost między Newtona i Leibniza. Przytrzymała go stopą (w pozie zgoła nieksiążęcej) i zaczęła przetaczać pod butem to w jedną, to w drugą stronę. - Nie ma w niej nic pokrętnego - powiedział Leibniz. - Pan zaś może mieć najszczersze chrześcijańskie zamiary, ale jeśli publikuje pan teorie mętne, niespójne, wewnętrznie sprzeczne i niezrozumiałe, czytelnicy mogą się w nich łatwo pogubić i zacząć skłaniać ku poglądom, jakich wcale nie zamierzał im pan wyłożyć. - To w taki sposób przeprasza mnie pan za fałszywe oskarżenie o ateizm? Nazywając dorobek mojego życia niespójnym i wewnętrznie sprzecznym? Drogi panie, niechże pan daruje sobie dalsze apologie, gdyż ja w ramach przeprosin będę zmuszony wyzwać pana na pojedynek! Karolina mocno popchnęła stopą globus, który przeturlał się kilka jardów po dywanie i wpadł do bramki - jeśli można tak powiedzieć o olbrzymim kominku, zajmującym prawie całą jedną ścianę pokoju. Palenisko znajdowało się nieco poniżej podłogi, toteż globus zatrzymał się w nim i utkwił między dwoma żelaznymi wilkami. - Nowoczesnemu władcy taki globus nie wystarczy - stwierdziła. - Kiedy wraz z księciem Walii wprowadzimy się do tego domu, zamówimy nowy, bogatszy w geografię, a uboższy w potwory i syreny. Gotowy do naniesienia nań linii długości geograficznej, gdy tylko Roger Comstock znajdzie człowieka godnego jego nagrody.

Wstała. Newton z Leibnizem opamiętali się i w przypływie dobrych manier ruszyli za nią, gdy skierowała się w stronę kominka, wyjąwszy uprzednio zapaloną świecę z kandelabru obok fotela. - Z zasady jestem przeciwna paleniu przedmiotów znajdujących się w bibliotekach, ale ta strata i tak będzie niczym w porównaniu ze stratami, jakie filozofii wyrządza wasza sprzeczka. - Ugięła kolana i z wdziękiem przykucnęła przy kominku, zagarniając pod siebie suknię i halki. - Zdarza mi się czasami widzieć różne rzeczy w snach, tych prawdziwych i tych na jawie... Niektóre sny są niezwykle interesujące, możliwe bowiem, że zawierają ziarno prawdy. Te zapamiętuję i często wracam do nich myślami. Jedna taka wizja nie daje mi spokoju, uczepiła się mnie w podobny sposób, jak to się czasem zdarza z niektórymi melodiami. Nie mogę o niej zapomnieć, więc przynajmniej w ten sposób postaram się ją przedstawić. Wyciągnęła rękę ze świecą. Płomień liznął dolną powierzchnię globusa, który był drewniany i ciężki, nie mógł więc szybko zająć się ogniem. Oklejono go jednak trójkątnymi kawałkami papieru z nadrukowanymi rycinami lądów i mórz. Papier się zapalił i nierówny krąg ognia zaczął się rozprzestrzeniać, pochłaniając dzieło kartografa i zostawiając po sobie poczerniałą kulę. - Zofia próbowała mi przed śmiercią powiedzieć, że jesteśmy świadkami narodzin nowego ustroju świata. To oczywiście nie nowina: wiem, i Zofia również wiedziała, że trzeci tom Principia Mathematica ma nosić taki właśnie tytuł, sir Isaacu. Po jej śmierci doszłam do wniosku, że miała całkowitą rację i że, co więcej, ów

nowy ustrój narodzi się nie w Wersalu, lecz tutaj, w Londynie. Tutaj znajdzie się jego południk zerowy, punkt odniesienia dla całego świata. Miło mi pomyśleć, że taki ustrój tworzy się na moich oczach i że mogę przyłożyć rękę do jego powstania. Wyobrażam sobie, że jego symbolem mogłaby się stać kula ziemska równomiernie pocięta południkami i równoleżnikami, symbolem takim samym, jakim krzyż jest dla chrześcijaństwa. Niepokoi mnie jednak wizja tejże kuli stającej w płomieniach. Scena, której właśnie byliście panowie świadkami, to zaledwie nędzna namiastka mojego koszmaru: w moich snach wizja ta jest o wiele piękniejsza i znacznie bardziej przerażająca. - A co zdaniem Waszej Wysokości symbolizuje? - zainteresował się Daniel Waterhouse. -

Zagrożenie.

Jeżeli

nowy

ustrój

świata

zostanie

źle

skonstruowany, będzie skazany na klęskę. Oczywiście z początku wzbudzi powszechny podziw i zachwyt; wszyscy będą się zdumiewać jego regularnością, skutecznością, mądrością jego twórców. Będzie działał zgodnie z planem przez dziesięć lat, przez sto albo i dłużej. Mimo to jeśli od zarania będzie wadliwy, świat w końcu spłonie, a moje proroctwo ziści się w orgii zniszczenia o wiele gorszej niż to, co panowie tu zobaczyliście. Karolina szturchnęła globus, dokumentnie opalony z papieru i jednolicie czarny. Daniel podszedł bliżej, podał jej rękę i pomógł wstać. Spojrzała na Newtona i Leibniza.

- Nie przejmuję się zbytnio losem bankierów, kupców, zegarmistrzów ani poszukiwaczy długości geograficznej; nie obawiam się o ich rolę w stworzeniu ustroju świata. Nie troskam się również o astronomów i alchemików. Ogromnie jednak martwią mnie moi filozofowie, bo jeśli oni się pomylą, cały ustrój będzie wybrakowany, a świat skazany na zagładę. Dlatego przestańcie się kłócić i weźcie się do roboty. - Jak sobie Wasza Wysokość życzy - powiedział sir Isaac. Czym powinniśmy się zająć? - Baron von Leibniz ma trochę racji. Otóż, mimo że pan i większość

członków

Towarzystwa

Królewskiego

rzeczywiście

jesteście chrześcijanami i zwolennikami koncepcji wolnej woli, idee przez was rozpowszechniane i metody stosowane w Towarzystwie doprowadziły do sytuacji, w której wielu ludzi podaje w wątpliwość istnienie Boga, boskość Chrystusa, władzę Kościoła oraz istnienie duszy. Ba, sam doktor Waterhouse przekazał mi niedawno zasmucającą nowinę: że i on utracił wiarę we wszystkie te koncepty. Leibniz i Newton posłali Danielowi zatroskane, zdumione spojrzenia. W obliczu dezaprobaty ze strony tak wielkich umysłów nie pozostało mu nic innego, jak uśmiechnąć się półgębkiem i wzruszyć ramionami. Karolina tymczasem mówiła dalej: - Biorąc pod uwagę, że te właśnie idee stanowią fundamenty naszej cywilizacji, wydaje mi się, że odrzucenie ich zagraża nowemu ustrojowi świata w sposób, o jakim wspomniałam. Sir Isaacu, baronie von Leibniz... Obaj usiłujecie pogodzić wiarę ze swobodnym i

bezkompromisowym zgłębianiem tajników filozofii naturalnej, ale chcecie dokonać tej sztuki za pomocą zgoła odmiennych metod. Jeżeli wam się nie uda, nikomu się nie uda, dlatego chciałabym, abyście tej właśnie sprawie poświęcili swoje wysiłki. - Wywód Waszej Wysokości o nowym ustroju świata i groźbie jego przyszłego rozstrojenia przypomniał mi o pewnej nieścisłości w systemie filozoficznym sir Isaaca Newtona, której nijak nie potrafię zrozumieć - powiedział Leibniz. - Otóż opisuje on układ, w którym ciała niebieskie bez końca krążą po orbitach. Bardzo pięknie. Jednakże sir Isaac zdaje się twierdzi, że Bóg, który ów układ stworzył i puścił w ruch, musi go doglądać i od czasu do czasu regulować, tak jak zegarmistrz reguluje chodzący zegar. Tak jakby zabrakło Mu zdolności przewidywania lub mocy, by ustawić go bezbłędnie na wieki. - To nadinterpretacja cytatu z Optyki mojego autorstwa, który wcale nie jest taki istotny - odparł Newton. - Ależ jest, sir! Jest niezwykle istotny, bo jeśli jest błędny, to utrwala w ludzkich umysłach błędne wizje! - Skoro tak usilnie poprawia pan moje błędy, Herr Leibniz, odpłacę panu pięknym za nadobne. Porównanie wszechświata do zegara i Boga do zegarmistrza jest z założenia błędne. Zegarmistrz opiera się w swojej pracy na określonych faktach i prawach natury, na przykład takich, że ciężarek opada ku środkowi Ziemi, a odkształcona sprężyna wraca do poprzedniego kształtu. Przyjmując je za pewniki, haruje przy swoim warsztacie, by zbudować mechanizm, który w

mniej lub bardziej pomysłowy sposób będzie te własności wykorzystywał. Im lepszy zegarmistrz, tym rzadszych korekt wymaga stworzony przez niego zegar; przypuszczam, że zegarmistrz doskonały potrafiłby zbudować mechanizm, którego w ogóle nie trzeba by było regulować. Bóg jednak nie tylko wykorzystuje siły natury, lecz także sam je tworzy. Tworzy i podtrzymuje. Nic na świecie nie dzieje się bez Jego woli i Jego nadzoru. Bóg bardziej niż zegarmistrza przypomina króla. Wyobraźmy sobie królestwo, które funkcjonuje z idealną regularnością bez żadnych interwencji ze strony władcy: monarcha nie musi niczego zarządzać, nikogo sądzić, w żaden sposób wykorzystywać swojej władzy. Byłoby to królestwo urządzone w raki sposób, że usunięcie zeń suzerena niczego by nie zmieniło, nie przyniosłoby żadnej szkody. Król zostałby władcą wyłącznie tytularnym, niegodnym szacunku i lojalności poddanych. - Tak jak Bóg Spinozy - wtrąciła Karolina. - Jeśli dobrze rozumiem porównanie... - W rzeczy samej, Wasza Wysokość. Jeżeli baron von Leibniz uważa, że świat może istnieć wiecznie bez boskiego nadzoru i interwencji, to należałoby chyba powiedzieć, że to jego filozofia może skłaniać ludzi ku ateizmowi. - Nie wyznaję takiego poglądu, o czym, jak mniemam, doskonale pan wie - odparł niewzruszony Leibniz. - Uważam, że Bóg stale nadzoruje nasz świat, nie w takim sensie jednak, że naprawia go, gdy coś się popsuje. Kto twierdzi inaczej, zarzuca Mu popełnianie

błędów i zmienność. Wierzę raczej w ustaloną zawczasu harmonię, świadczącą o tym, że Bóg wszystko przewidział i o wszystko zadbał. Isaac zamierzał już wygłosić stosowną polemikę, gdy Daniel wszedł mu w słowo: - Wydaje mi się, że podjęliście, panowie, najmniej interesujący z możliwych tematów. Spieracie się o znaczenie pojedynczych słów i celność konkretnych metafor: zegarmistrz, król, i tak dalej. Leibniz i Newton musieli się ugryźć w język, z najwyższym trudem powstrzymując zalew wzajemnych zarzutów i ciętych ripost. Daniel nie miał ochoty oglądać ani tego morderczego pojedynku, ani jego skutków, zwrócił się więc do księżnej Karoliny: - Ujmę to inaczej: czy Wasza Wysokość zgodzi się ze stwierdzeniem, że i sir Isaac, i baron von Leibniz wierzą w Boga, który ma świadomość istnienia wszechświata i w sposób czynny cały czas go nadzoruje? I który w momencie tworzenia go nie popełnił żadnego błędu? - Ma pan rację, doktorze Waterhouse. Jest dla mnie oczywiste, że podzielają ten pogląd. Żałuję, że i o panu nie mogę tego powiedzieć. - W gruncie rzeczy nie jestem uczestnikiem tej dysputy, Wasza Wysokość, dlatego lepiej będzie nie brać moich poglądów pod uwagę. - Przeciwnie, doktorze Waterhouse. We wszystkich znanych mi dialogach filozoficznych występuje sceptyczny interlokutor... - Sceptyczny albo głupi - wtrącił Daniel.

- Może być sceptyczny, głupi, albo jedno i drugie jednocześnie; rzecz w tym, że inni uczestnicy debaty usiłują przekonać go do swoich poglądów. Karolina zarumieniła się jak mała dziewczynka i spojrzała na Newtona i Leibniza, szukając u nich poparcia dla swojego pomysłu. Wyobraziwszy sobie, że wyczytała je w ich twarzach, odwróciła się do zaskoczonego Daniela, który wykrztusił z niedowierzaniem: - Czy dobrze rozumiem, że celem tej dyskusji jest teraz nawrócenie mnie? - Sam się pan przed chwilą żalił na swoją głupotę - zauważyła zirytowana Karolina. - Proszę słuchać. Może dozna pan oświecenia. - Jestem posłusznym sługą Waszej Wysokości, gotowym na oświecenie choćby zaraz. Spieszę jednak donieść, że w moim wypadku głupota i sceptycyzm to dwie strony jednej i tej samej monety; są niebanalne i starannie przemyślane. John Locke podzielał moje zdanie i wyraził to w słowach o wiele lepiej niż ja kiedykolwiek mógłbym

mieć

nadzieję.

Szczegółowe

wyjaśnienia

groziłyby

zboczeniem w trwającą pół godziny dygresję, dlatego powiem krótko: wskutek bliskich kontaktów z ludźmi pokroju Newtona i Leibniza, ludzie tacy jak ja czy Locke są wręcz boleśnie świadomi ograniczeń swojego intelektu i toporności swoich zmysłów. I zdają sobie sprawę, że dotyczy to nie tylko ich samych, ale znakomitej większości populacji. Zgłębiając filozofię naturalną, mieliśmy okazję przekonać się o złożoności wszechświata, o której do niedawna nikt nie miał pojęcia, a i dziś mało kto zdaje sobie z niej sprawę. Świadomość

nierównowagi pomiędzy wielkimi tajemnicami natury i naszymi wątłymi

zdolnościami

pojmowania

skutecznie

studzi

nasze

oczekiwania w kwestii tego, co zdołamy zrozumieć, a co na zawsze pozostanie poza naszym zasięgiem, a także każe nam podejrzliwie spoglądać na ludzi, którzy operują dogmatami albo dają do zrozumienia, że wszystko rozgryźli. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jeśli w ogóle ktoś ma te sekrety zgłębić do cna, to najprędzej zrobią to ci dwaj dżentelmeni. Dlatego chętnie ich posłucham, pod warunkiem, że ograniczą się w swej dyskusji do interesujących tematów. - A jakie tematy uważa pan za interesujące, doktorze Waterhouse? - spytała księżna. - Labirynty. Karolina i Leibniz się uśmiechnęli. Newton spochmurniał. - Nie rozumiem, co by to miało oznaczać. - Dawno temu doktor Leibniz tłumaczył mi, że istnieją dwa intelektualne labirynty, w które każdy myślący człowiek prędzej czy później daje się wciągnąć - wyjaśniła Karolina. - Jeden to kwestia składu continuum, czyli z czego składa się materia, jaka jest natura przestrzeni i tak dalej. Drugim jest problem wolnej woli: czy mamy wybór? Czy decydujemy o swoich działaniach? Innymi słowy, czy mamy dusze? I w jednym zgadzam się z baronem von Leibniz: to naprawdę interesujące pytania, intrygujące tak wielu ludzi, że porównanie z labiryntem wydaje się nad wyraz celne.

- Księżna zażyczyła sobie, by ta dyskusja przyniosła korzyść nowemu ustrojowi świata - przypomniał wszystkim Daniel. Zauważcie, panowie, że z tego względu problem drugi, czyli kwestia wolnej woli i istnienia duszy, jest ważniejszy. Mnie osobiście wystarcza przeświadczenie, że jesteśmy maszynami zbudowanymi z ciała, wolnej woli mamy nie więcej niż kukułka w zegarze, a dusza, duch czy jak tam chcecie to sobie nazwać, to zwykła bajka. Wielu naturalistów dojdzie do podobnych wniosków, chyba że wy dwaj zdołacie ich przekonać, że się mylą. Jej Wysokość uważa, że jeżeli nowy ustrój świata zostanie oparty na takich przekonaniach jak moje, jej koszmarny sen się ziści. Dlatego, jeśli mam pełnić w tym dialogu rolę Simplicia, proszę, z łaski swojej, objaśnić mi, gdzie w tym systemie jest miejsce na wolną wolę i swobodnego ducha, niespętanego matematycznymi prawami naszej mechanistycznej filozofii. - Jeżeli tak stawia pan sprawę, to nie jest to problem nowy powiedział Leibniz. - Kartezjusz od razu się zorientował, że filozofia mechanistyczna kłóci się z wolną wolą, ponieważ prowadzi do nowej doktryny

predestynacji,

niezakorzenionej

w

teologii,

jak

u

kalwinistów, lecz raczej wynikającej z oczywistego faktu, że materia jest posłuszna jasno określonym prawom. - To prawda - zgodził się z nim Daniel. - A potem wszystko mu się pokręciło i ulokował duszę w szyszynce. - Powiedziałbym raczej, że pokręciło mu się znacznie wcześniej, kiedy podzielił wszechświat na materię i rozum.

- Ja zaś twierdzę, że pomylił się jeszcze wcześniej, kiedy zaczął w ogóle doszukiwać się problemu - wtrącił Newton. - Nie ma nic złego w koncepcji, że jedną część wszechświata stanowi pasywny mechanizm, druga zaś jest aktywna i rozumna. Ale monsieur Descartes, pomny tego, co papiści zrobili z Galileuszem, dał się zastraszyć inkwizycji i zabrakło mu determinacji. - Tak czy inaczej zgadzamy się, że Kartezjusz zadawał sobie to pytanie, ale udzielił na nie błędnej odpowiedzi - podsumował Daniel. Czy któryś z panów zna lepszą? Sir Isaacu, mam wrażenie, że neguje pan samo istnienie zagadnienia... - Można przeczytać Principia Mathematica i nie znaleźć w nich ani słowa na temat duszy, ducha, rozumu i tym podobnych spraw powiedział Isaac. - Dzieło traktuje o planetach, siłach, grawitacji i geometrii. Nie próbuję rozstrzygać... Ba! W ogóle nie poruszam kwestii, które zaprzątały uwagę Kartezjusza. Po co snuć hipotezy na ich temat? - Po to, sir Isaacu, aby nie snuli ich inni, mniej zdolni filozofowie - odparła Karolina. - Bo oni z całą pewnością wyciągną niewłaściwe wnioski. Newton cały się nastroszył. - Moje prace na temat grawitacji i optyki przysporzyły mi swoistej sławy, której nigdy nie pragnąłem. Nie przyniosły mi nic dobrego, wyrządziły natomiast wiele zła - tak jak w tej chwili, gdy oczekuje się ode mnie, że będę się wypowiadał ze znawstwem na tematy dalece odległe od przedmiotów moich zainteresowań.

- Tako rzecze oficjalny sir Isaac Newton - powiedział Daniel. Autor Principia Mathematica i Mistrz Mennicy. To jest jednak spotkanie prywatne, dla którego korzystniejszy byłby udział prawdziwego sir Isaaca, autora Praxis. - Praxis nie zostało jeszcze wydane drukiem - zauważył Isaac. I to nie dlatego, że uznałem je za dzieło w jakimś sensie „prywatne”, lecz wyłącznie z powodu nieukończenia. Nie ma więc o czym mówić. - Co to jest Praxis? - zainteresowała się Karolina. - Dzieło, które będzie dla alchemii tym, czym Principia Mathematica dla filozofii mechanistycznej. - Cóż za lakoniczna odpowiedź! Zechciałby ją pan nieco rozwinąć? - Za pozwoleniem Waszej Wysokości... - odezwał się Daniel sir Isaac dawno już się nauczył, że wszelkie jego publicznie wygłoszone stwierdzenia podlegają natychmiastowej krytyce, co wielce go zasmuca i wprawia w zakłopotanie. Dlatego teraz zwleka z publikowaniem wyników swoich prac, dopóki nie dopracuje ich do perfekcji, czyniąc całkowicie odpornymi na wszelkie ataki. Praxis nie jest jeszcze gotowe. - Czyli co? Niczego się nie dowiem? - Karolina wygięła usta w lekką podkówkę. - To wyłącznie moja wina, gdyż niepotrzebnie wspomniałem o Praxis - pospiesznie wyjaśnił Daniel. - Miałem jednak po temu swoje powody: chodziło mi o to, że nawet jeśli publiczny sir Isaac

utrzymuje, że problem, który przykuł uwagę Kartezjusza, nie istnieje, to sir Isaac prywatny nad tymże problemem usilnie pracuje. - W Principia Mathematica jasno wyłożyłem, że nie jest moim celem ustalanie przyczyn działania Siły i poszukiwanie jej siedziby rzekł Isaac dźwięcznym, pewnym siebie tonem. - Grawitacja istnieje i oddziałuje na odległość: takie są fakty; nie zajmowałem się tym, dlaczego i w jaki sposób się to odbywa. Ale przecież nie byłbym człowiekiem,

gdyby

nie

interesowała

mnie

jej

natura

i

funkcjonowanie; zresztą, nawet gdybym zaniedbał tę kwestię całkowicie, baron von Leibniz i jego zwolennicy na kontynencie i tak suszyliby mi o nią głowę. A zatem... Tak! Chcę zrozumieć istotę Siły. Zmagam się z tą kwestią w pocie czoła, i tylko ignoranci zwą moje starania alchemią. Daniel posłał mu zirytowane spojrzenie, które Isaac - trzeba mu w tym miejscu oddać sprawiedliwość - dostrzegł i docenił. - Cest juste! - powiedział. - Określenie to nie jest wprawdzie błędne, ale obarczone wielowiekowym negatywnym brzemieniem. Użycie go świadczy o lekceważeniu moich wysiłków. - Mogę zapytać o pańskie prace z tej dziedziny? - odezwał się Leibniz. - Mniejsza o to, jak chce ją pan nazywać... - Byle tylko pańskie pytanie nie zawierało ukrytych haczyków i pułapek - zgodził się Isaac. Leibniz dokonał w tym momencie niebywałej sztuki jednocześnie przewrócił oczami, westchnął z irytacją i spróbował wyartykułować pytanie:

- Jeżeli dobrze rozumiem znaczenie terminu „siła” w pańskiej metafizyce... - To jedyna spójna definicja „siły”, jaką znam! - żachnął się Newton, zerkając na księżną. Leibniz zachował stoicki spokój, chociaż przyszło mu to z niejakim trudem. - Tym słowem nazywa pan niewidzialne oddziaływanie, przenikające z nieskończoną prędkością przestrzeń, którą, pańskim zdaniem, wypełnia próżnia. Oddziaływanie to nadaje przedmiotom przyspieszenie, mimo że nie widać, aby czegoś dotykały. - Pomijając pańskie zastrzeżenia dotyczące próżni i przestrzeni, jest to całkiem rozsądny opis siły grawitacji - zgodził się Newton. - W pańskiej metafizyce, która, tutaj muszę przyznać słuszność Jej Wysokości, znalazła powszechne uznanie, występuje obiekt nazywany „przestrzenią”. Przestrzeń jest w większości pusta i tylko z rzadka napotyka się w niej skupiska materii nazywane „ciałami”: te duże, kuliste, noszą nazwę „planet”, ale jest również wiele innych, znacznie mniejszych, tak ja ten pogrzebacz, tamten kandelabr, dywan, a także dwunogie ruchome ciała reagujące na określenia Daniel Waterhouse,

Wilhelmina

Karolina

księżniczka

Brandenburgii

Ansbach, et caetera. Mam rację? - Wszystko to jest tak oczywiste, że zdumiewa nas, iż uczony mąż traci czas, aby nam o tym przypomnieć - powiedział Newton. - Niektórymi z tych ciał rządzą wyłącznie deterministyczne prawa filozofii mechanistycznej - ciągnął Leibniz. - Tak jak tym

globusem, który wturlał się do kominka, ponieważ Jej Wysokość go kopnęła. Lecz niektóre ciała, takie jak to nazwane Danielem Waterhousem, zachowują się inaczej. Owszem, one również podlegają tym samym prawom co globus; nasz drogi Daniel z pewnością czuje przyciąganie grawitacyjne, gdyż w przeciwnym razie wzleciałby w przestworza! Nie zmienia to jednak faktu, że te ciała zachowują się w sposób

o

wiele

wytłumaczenia

w

bardziej

skomplikowany

oparciu

o

prawa

i

niemożliwy

wyłożone

w

do

Principia

Mathematica. Gdyby doktor Waterhouse zasiadł do napisania eseju na temat...

powiedzmy...

filozofii

latitudynariańskiej,

której

zwolennikiem był także świętej pamięci pan Locke, ujrzelibyśmy, że pióro w jego dłoni kreśli na stronicy najdziwniejsze krzywe, wśród których próżno by szukać opisanych w Principiach przekrojów stożka. Żadne równanie nie przewidzi ruchu danielowego pióra, gdyż jest on wynikiem niezliczonych i niewyobrażalnie drobnych skurczów mięśni jego dłoni i palców. Kiedy dokonamy sekcji ludzkiej dłoni, stwierdzimy, że ruchami mięśni rządzą nerwy, których przebieg można prześledzić aż do mózgu z taką samą łatwością, jak bieg rzeki wypływającej z górskiego źródła. Wystarczy usunąć mózg albo odciąć połączenia nerwowe z dłonią i co dostaniemy? Bezwładną kończynę, która niczym nie różni się od globusa w kominku; w szczególności możemy przewidzieć jej poruszenia w oparciu o zasady przedstawione w Principiach i wykreślić jej trajektorie w postaci krzywych stożkowych. Oczywiste jest zatem, że z grawitacją - która oddziałuje na wszystko - łączą się nierozerwalnie także inne siły, obserwowane

wyłącznie u animalis∗, a odpowiedzialne za inne, bardziej złożone i o wiele ciekawsze ruchy. - Całkowicie się z panem zgadzam - powiedział Newton. - Na razie stwierdził pan tylko tyle, że kiedy doktor Waterhouse coś pisze, na jego rękę oddziałują poza grawitacją także inne siły i że siły te nie mają wpływu na ruch komet i kamieni w locie. - Hooke był zafascynowany mięśniami - wtrącił Daniel. Oglądał je pod mikroskopem i próbował budować sztuczne, które umożliwiłyby mu latanie. I te sztuczne dałoby się zapewne opisać za pomocą filozofii mechanistycznej: w gruncie rzeczy były przecież tylko

przejawem

praktycznego

wykorzystania

Maszyny

Kondensacyjnej, czyli musiały podlegać prawu Boyle'a. Gdyby miał więcej czasu i lepsze mikroskopy, może udałoby mu się odkryć znajdujące się w mięśniach maleńkie mechanizmy, również dające się opisać na gruncie matematyki. W ten sposób rozwiałby ostatecznie wszelkie tajemnice... Przerwał w pół słowa, widząc, że Newton i Leibniz machają dłońmi, jakby próbowali rozwiać nieprzyjemny zapach unoszący się w powietrzu po puszczeniu bąka. - Nie w tym rzecz! - żachnął się Leibniz. - Nie interesuje mnie fizyka mięśni! Proszę się zastanowić: gdyby Hooke'owi udało się skonstruować machinę latającą, napędzaną w sposób deterministyczny Maszynami Kondensacyjnymi, co jeszcze musiałby jej dodać, aby przysiadła na czubku kopuły w Bedlam, tam przez dłuższy czas 

Wszyscy w pokoju wiedzieli doskonale, że Leibniz używa tego słowa nie na określenie „zwierzęcia", lecz w jego dawniejszym, bardziej technicznym znaczeniu - bytu ożywionego, czyli posiadającego (lub opętanego przez) „anime" - ducha.

zachowała równowagę mimo targających nią podmuchów wiatru, a na koniec znów zerwała się do lotu, zamiast spaść jak trafiony muszkietową kulą gołąb? Staram się zwrócić naszą uwagę na to, co spływa po nerwach z mózgu do kończyn: na decyzje, a raczej na ich fizyczne manifestacje - rzec by można, znaki pisma, w których je zapisano - trafiające następnie do mięśni i nadające kształt tworzącej je materii. - Ja to doskonale rozumiem - odparł Daniel. - I twierdzę, że w całym tym procesie, od początku do końca, mamy do czynienia z tłokami i cylindrami, ciężarkami i sprężynami. Niczego więcej mi nie trzeba, by rozumieć w jaki sposób ja nadaję kształt atramentowi na papierze, a ptak oddziałuje skrzydłami na powietrze. - I ja się z panem zgadzam! - wykrzyknął Leibniz. Zapadła krępująca cisza. - Czyżbym zatem w tak prosty sposób przekonał pana do materializmu, baronie? - zdziwił się Daniel. - W żadnym wypadku. Twierdzę jedynie, że choć maszyna, jaką jest ludzkie ciało, podlega prawom deterministycznym, jest im posłuszna wyłącznie dlatego, że tego właśnie chce dusza, która z kolei stanowi element odwiecznej harmonii stworzenia. - Ach, musimy koniecznie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat - powiedziała Karolina. - To bardzo złożona koncepcja. - I z gruntu błędna! - wtrącił sir Isaac. Księżna musiała wejść pomiędzy dwóch geniuszy filozofii, by nie rzucili się sobie nawzajem do gardeł.

- Zgadzamy się zatem, że baron von Leibniz powinien przedstawić nam dłuższy wywód traktujący o wspomnianej przez niego harmonii stworzenia - stwierdziła pojednawczo. - Najpierw jednak chciałabym poznać opinię sir Isaaca w kwestii, którą poruszyli doktorowie Waterhouse i Leibniz. Sir Isaacu, jak przed chwilą słyszeliśmy,

obaj

panowie



całkowicie

usatysfakcjonowani

koncepcją, wedle, której na każdym poziomie stworzenia mamy do czynienia z mechanizmami. A pan? Uważa pan to wyjaśnienie za wystarczające, czy czegoś w nim panu brakuje? - Jeżeli nawet zgodzimy się, że nie tylko mięśnie, ale także nerwy i mózg to w istocie nic innego jak tylko tłoki i cylindry, ciężarki i sprężyny, których działanie zaobserwuje i opisze w przyszłości jakiś nowy Hooke, nadal musimy wyjaśnić, w jaki sposób komunikuje się z nimi dusza, duch, anima... Byt obdarzony wolną wolą, niepodlegający deterministycznym regułom i wyróżniający nas jako ludzi. W ten sposób wracamy do kwestii, którą poruszyliśmy już wcześniej, a która Danielowi wydała się nieciekawa: co łączy Boga z wszechświatem? Związek spajający nasze dusze z ciałami jest bowiem podobny do tego między Bogiem i jego Stworzeniem. Jeżeli Bóg ma być kimś więcej niż tylko wiecznie nieobecnym gospodarzem domu - więcej niż doskonałym zegarmistrzem, który puścił mechanizm w ruch i przestał się nim interesować - musimy wskazać sposób, w jaki wpływa na funkcjonowanie wszechświata. A wówczas na horyzoncie znów pojawia się to tajemnicze zjawisko nazwane Silą. Kiedy rozprawiamy o żywych istotach i o tym, jak się poruszają, w

końcu i tak stajemy przed podobnym problemem: w jaki sposób dusza zamieszkująca ciało steruje mechanizmem, który jest niczym innym, jak tylko wielkim, przyciężkim zegarem. - Powiem tylko, że absolutnie się z panem nie zgadzam - wtrąci! Leibniz. - Dusza i ciało w żaden sposób się nie komunikują. - Skąd zatem moja dusza wie, że płomień tej świecy chybocze się w podmuchu powietrza? - zdziwiła się księżna Karolina. - Przecież stwierdzam ten fakt wyłącznie dzięki zmysłowi wzroku, a oczy są częścią ciała. - Bóg umieścił w duszy Waszej Wysokości obraz płomienia świecy i wszystkich innych obiektów we wszechświecie - odparł Leibniz. - Nie można jednak powiedzieć, że On również postrzega je w taki sam sposób! Postrzega je poprzez ustawiczne ich stwarzanie. I dlatego odrzucam wszelkie analogie pomiędzy związkiem Boga z wszechświatem i związkiem duszy z ciałem. - Kompletnie nie rozumiem hipotezy barona von Leibniz przyznał Isaac. - A jaka jest pańska hipoteza, sir Isaacu? - Zgadzam się z tym, że ciało ożywione to - w pewnym przybliżeniu - deterministyczna maszyneria; Willis i inni udowodnili, że steruje nim mózg, temu również nie przeczę. Wynika stąd prosta konkluzja, że dusza, za sprawą określonych przez Boga praw, ma władzę nad mózgiem i za jego pośrednictwem porusza ciałem. - W ten sposób cofamy się do Kartezjusza i szyszynki! prychnął Leibniz.

- Z szyszynką nie miał racji, ale rzeczywiście, istnieje pewne podobieństwo między jego ujęciem problemu i moim. - W obu przypadkach mamy do czynienia ze swobodnym, niematerialnym

i

niemechanicznym

duchem,

który

ma

moc

wywoływania fizycznych zmian w maszynie, jaką jest mózg przetłumaczył Daniel. - To chyba oczywiste. Podobnie jak fakt, że Bóg, który również jest niematerialnym duchem, ma moc wywoływania zmian - za pośrednictwem Siły - w całym wszechświecie. - Czy gdy w Praxis badasz przyczyny działania Sił i starasz się je umiejscowić, bierzesz pod uwagę także Siły tego rodzaju? - Nie wydaje mi się, by jakikolwiek opis Siły, który pominie to zagadnienie, można było uznać za wyczerpujący. - Kiedy sir Isaac pracował nad Principia Mathematica, odwiedziłem go w Kolegium Trójcy Świętej - powiedział Daniel. Poprosił mnie o dostarczenie mnóstwa informacji, których na pozór nic nie łączyło: tablice przypływów, dane na temat ruchu pewnej komety, wyniki obserwacji astronomicznych Jowisza i Saturna... Długa to była podróż i zanim dotarłem do Cambridge, zdążyłem się zorientować, że wszystkie te fakty mają jedną cechę wspólną: dotyczą grawitacji. To grawitacja wywołuje przypływy mórz, rządzi ruchami planet i komet. Dzisiaj jest to dla nas oczywiste, wtedy jednak uczeni wcale nie byli zgodni co do tego, że komety są spętane tą samą siłą, która utrzymuje Ziemię na orbicie. Geniusz Isaaca polegał na odkryciu, że wszystkie te zjawiska mają wspólną genezę; że za ich

występowanie odpowiada jedna przyczyna, która wszędzie przejawia się w taki sam sposób. Muszę przyznać, że nigdy nie rozumiałem fascynacji Isaaca alchemią, ale w miarę upływu czasu zrozumiałem, że dąży w tej dziedzinie do podobnego triumfu - chce znaleźć wspólne wyjaśnienie dla wszystkich zjawisk, które nam wydają się różnorodne i niepowiązane: wolna wola, obecność Boga we wszechświecie, cuda, przemiana pierwiastków chemicznych. W celowo niejasnym żargonie alchemików ta praprzyczyna, wspólna zasada czy jakkolwiek to nazwać bywa nazywana kamieniem filozoficznym, rtęcią filozoficzną, czynnikiem życiowym, duchem utajonym bądź ulotnym, tajemnym ogniem, duszą materii, niewidzialnym mieszkańcem, świetlistym ciałem, ziarnem, cnotą płodności. - Mylisz pojęcia - powiedział Isaac. - Ale twoje słowa dowodzą przynajmniej, że przejrzałeś moje notatki, zanim je spaliłeś. Karolina zaniemówiła, ale tylko na chwilę, bo zaraz wzięła górę ciekawość. - Co to za czynnik albo duch? Widział go pan, sir Isaacu? - Widzę go teraz, w emocjach i przemyśleniach odbijających się na twarzy Waszej Wysokości; skutki jego działania są wszędzie widoczne - odparł, cokolwiek wymijająco, Newton. - Wyróżniam dwa rodzaje działań w naturze: mechaniczne i wegetatywne. Mechaniczne to oczywiście te, o których doktorowie Waterhouse i Leibniz mówili wcześniej, jednym słowem: zegar. Słowo „wegetatywne” wywodzę zaś od jego starego rdzenia, oznaczającego twór żywy, ożywiony, rosnący, i opisuję nim proces tworzenia, powstawania czegoś nowego.

Zegary, nawet najlepsze, w końcu się zużywają; świat mechaniczny starzeje się i rozpada. Tej tendencji do rozkładu należy przeciwstawić inną, twórczą ideę, i to właśnie jest idea ulotnego ducha. Niewyobrażalnie mała jego drobina, oddziałując na znacznie większą ilość materii nieożywionej, nijakiej, pasywnej, wywołuje w niej niewiarygodne, wręcz, można by powiedzieć, cudowne przemiany, które właśnie określam mianem „wegetacji”. I tak jak ogólna zasada grawitacji przejawia się w różnych sytuacjach na różne sposoby (przypływy, orbity komet, trajektorie kul i tak dalej), tak i wegetację można zaobserwować w różnych miejscach i różnej postaci, jeśli tylko się wie, gdzie jej szukać. Wrócę tu do przykładu, który już się w naszych rozważaniach przewinął: maszyna latająca, zaopatrzona w sztuczne mięśnie, byłaby urządzeniem mechanicznym, skazanym, obawiam się, na roztrzaskanie się o ziemię, tak samo jak roztrzaskałoby się ciało ptaka, który zdechł w locie. Gdyby jednak taka maszyna zaczęła naprawdę latać, czyli wyczuwać fluktuacje powietrza i odpowiednio na nie reagować, byłbym skłonny przypisać ten fakt którejś z odmian działania wegetatywnego. Daniel nie myli się jednak, kiedy mówi, że wegetacja ma także związek z takimi sprawami, jak dusze, cuda i niektóre co bardziej zdumiewające przemiany chemiczne. - Uważa pan, że w grę wchodzi jakiś czynnik fizyczny, materialna substancja, której można by dotknąć? - Tak, i jej właśnie szukam. Co więcej, wydaje mi się, że wiem, gdzie można ją znaleźć.

Tu Isaac spojrzał wilkiem na Daniela, co umknęło uwagi księżnej, gdyż w tej samej chwili zwróciła się do Leibniza: - Baronie... Czy pański pogląd da się pogodzić z poglądami sir Isaaca? Leibniz westchnął ciężko. - Będzie to trochę... niezręczne. Wyjaśnienia sir Isaaca przywodzą mi na myśl dobrego chrześcijanina, który miota się rozpaczliwie, broniąc się przed natarciem filozofii mechanistycznej. - Doprawdy, bardziej nie mógłby się pan mylić, baronie! żachnął się Newton. - Jest część mechaniczna i jest część wegetatywna natury wszechświata. Ja badam obie. - To znaczy, że w połowie już pan oddał pole mechanice! - Niczego nie oddałem. Nie czytał pan moich Principiów? Świat mechaniczny istnieje, a do opisania go służy filozofia mechanistyczna. - Doktor Waterhouse powiedziałby, że mechanistyczna filozofia opisuje nie część, lecz całość wszechświata. Ja jednak jestem przeciwnego zdania: wszystko jest wegetacją, a to, co bierzemy za mechanikę, to tylko pozory, zewnętrzne przejawy procesów, które w swej istocie nie są wcale mechaniczne. - Oczekujemy bardziej spójnego wyjaśnienia - zastrzegł się Isaac. - Filozofowie hołdujący mechanice rozkładają całą materię na atomy, którym następnie przypisują właściwości, jakie wydają im się sensowne. Czyli właściwości mechaniczne: masę, wymiary, zdolność zderzania się i łączenia z innymi atomami. Z tego próbują następnie

wywodzić istnienie grawitacji, dusz i cudów, co prowadzi ich na manowce. Ja zaś postuluję rozbicie całej materii na monady, którym przypisuję właściwości, rzec by można, duchowe: zdolność do percepcji, refleksji nad percepcją, decyzji i działania. Przy takich założeniach znacznie łatwiej jest wyjaśnić sprawy dla atomistów kłopotliwe i skomplikowane, czyli wszystko to, co pan, sir Isaacu, wrzuca do przegródki z etykietą „wegetacja”, w tym także naszą umiejętność myślenia, decydowania i działania. Trudniej natomiast tłumaczyć

rzeczy

banalnie

proste

i

oczywiste

w

filozofii

mechanistycznej, takie jak natura czasu i przestrzeni. - Czas i przestrzeń! - prychnął Newton. - Drobiazgi, których braku na pewno nikt nie zauważy. - Za pozwoleniem, sir Isaacu... Pańska koncepcja przestrzeni wcale nie jest tak oczywista, jak by się to na pierwszy rzut oka mogło wydawać - zauważył Leibniz tonem człowieka, który odpala salwę argumentów rozpoczynającą kolejny długi spór. Zanim jednak dysputa na dobre się rozwinęła, otworzyły się drzwi biblioteki i w progu stanął Johann von Hacklheber, trzymając w dłoni - w nader znaczący sposób - jakiś list. Za jego plecami było widać Elizę, która przechadzała się po pokoju, przyciskając zaciśniętą pięść do ust. Karolina spojrzała Johannowi w oczy i z dezaprobatą przekrzywiła głowę. Nie powiedziała głośno „Mówiłam, żebyś mi nie przeszkadzał”, ale komunikat był tak oczywisty, że spojrzenia

wszystkich spoczęły na Johannie. On jednak, zamiast natychmiast przeprosić, tylko uniósł brwi. Nie cofnął się. Księżna zamknęła z westchnieniem oczy. Newton, Leibniz i Waterhouse odsunęli się, żeby nie stać jej na drodze do wyjścia wszyscy trzej bowiem zrozumieli, że tylko jeden człowiek ma nad nią taką władzę: jej teść, przyszły, jeszcze niekoronowany król Anglii. - Doktorze Waterhouse? Będzie pan łaskaw wziąć na siebie rolę mojego błędnego rycerza i doprowadzić tę sprawę do końca powiedziała i wyszła, zamiatając podłogę suknią. - Taaak... - mruknął Daniel, kiedy drzwi się za nią zamknęły. To się nazywa mieć wygórowane wymagania. - Wcale nie - odparł Newton. - Wystarczy, że wypuścisz z rąk złoto Salomona. - Ten Żyd, który pracuje dla cara... - zaczął Daniel, woląc nie wymawiać imienia Salomona, by nie wprawić Isaaca w chiliastyczną euforię - stwierdził, że próbna partia kart została wykonana ze złota cięższego niż przeciętne. Petersburska Akademia Nauk wydała zarządzenie, aby wszystkie następne karty produkować z tego samego surowca. Jeżeli nie posłuchamy Rosjan, wymierzą nam karę, i to w rosyjskim stylu. Gdyby nie to, bez namysłu oddałbym ci złoto, uważam bowiem, że nie ma żadnych szczególnych właściwości. - Jak zatem wyjaśnisz fakt, że w roku tysiąc sześćset osiemdziesiątym dziewiątym zostałeś wskrzeszony z martwych przez Enocha Roota? - Że co, proszę?! - Leibniz wytrzeszczył oczy.

- A może to jest jedyny zapisek Hooke'a, w który po prostu wolisz nie wierzyć? - Z relacji Hooke'a wynika, że Enoch podał mi jakiś lek, który... pomógł. - Po prostu pomógł?! Jesteś mistrzem niedopowiedzeń, Danielu. - To mogło być cokolwiek... Albo zgoła nic. Zdarza się przecież, że ludzie, których uważano za martwych, po kilku minutach „ożywają”. - Nie cierpiałem Hooke'a - przyznał Newton. - Ale nawet ja muszę przyznać, że świat nie znał do tej pory obserwatora bystrzejszego niż on. Naprawdę myślisz, że uwierzę, że właśnie on, nie kto inny, wziął żyjącego pacjenta za trupa? - Widzę, że masz wyrobione zdanie na ten temat. Po co zatem ta dyskusja? Newton i Leibniz zgodnie wybuchnęli śmiechem. - Co panów tak rozbawiło? - Nas zmusił pan do wielogodzinnej debaty! - wykrzyknął Leibniz. - A kiedy panu zadać kłopotliwe pytanie, nagle przestaje pan dostrzegać sens dyskusji. - Wystarczy mi niewielka próbka, Danielu - powiedział Newton. - Nie zapominaj, że przez lata szukałem śladowych ilości tej substancji w złocie, które zostało rozcieńczone, zanieczyszczone, zmieszane z innymi metalami. Udoskonaliłem technikę i teraz niepotrzebna mi cała sztabka. Wystarczy... uncja. Albo nawet mniej, jeden wiórek.

- Probierca Piotra poważył je całe, nie mam na zbyciu ani uncji. Mógłbym go poprosić, by odrobinę mi użyczył, ale... - Nie. Raczej nie powinieneś odkrywać kart w ten sposób. Po tych słowach Isaaca Daniel nagle przypomniał sobie, że przecież nosi na palcu pierścień od Salomona Kohana, odlany z przetopionych odpadków z zainstalowanej w Bridewell dziurkarki. Dreszcz przebiegł go od czubka palca po czubek głowy, ale Daniel nic nie powiedział. Modlił się tylko, żeby Isaac nie zauważył jego gęsiej skórki. - Isaacu... - powiedział ktoś. Daniel musiał podnieść wzrok, aby potwierdzić, że głos naprawdę należał do Leibniza. Było to o tyle niezwykłe, że zwracając się do Newtona po imieniu, baron pominął tradycyjne „sir”. - Gotfrydzie... - Newton nie pozostał mu dłużny. - Trzydzieści siedem lat temu przybyłem do tego kraju incognito, by zaproponować ci sojusz. Było to około dwóch lat po tym, jak opracowałem rachunek różniczkowy - po to tylko, by odkryć, że podążam twoim śladem. Przyszło mi wtedy do głowy, że możemy mieć jeszcze inne wspólne zainteresowania i połączywszy siły, zdołamy osiągnąć więcej i szybciej. Daniel utwierdzał mnie w tym przekonaniu. - Dobrze pamiętam zarówno te osobliwe swaty, jak i samego swata - odparł Isaac. - Miał słabość do zabaw z ogniem. Cięta uwaga była tym boleśniejsza, że Isaac rzadko zdobywał się na uszczypliwość. Prawa ręka zaczęła Danielowi okrutnie ciążyć,

jakby pierścień nagle przybrał na wadze - albo jakby wskutek całodziennego wysiłku Daniel dostał wylewu. Schował ociężałą dłoń do kieszeni spodni i zwiesił głowę. - W takim razie pamiętasz także i to, że nasz sojusz rozkwitł, ale szybko zgasł, jak słomiany ogień - ciągnął Leibniz. - Teraz wróciłem. Z pewnością po raz ostatni. Może jednak rozważysz jeszcze raz moją propozycję? Dlaczego nie chcesz posłuchać swojej księżnej, a mojej księżniczki, i współpracując ze mną, kłaść podwalin pod nowy ustrój świata? - Cały czas tym się właśnie zajmuję. Może to ja powinienem zapytać ciebie, Gotfrydzie, czy jesteś gotowy współpracować ze mną? Zwłaszcza, że mogłoby to oznaczać konieczność rezygnacji z monad. Oho, po twojej minie widzę, że nie przyszło ci to do głowy. - Zatem odmawiasz? - Bynajmniej. Ale pozostaje jeszcze kwestia czasu. Ani ty, ani ja, ani nawet nasza księżna nie możemy przewidzieć, ile ta praca potrwa i kiedy się zakończy. Ona chciałaby zamknąć sprawę jak najszybciej, najlepiej już dzisiaj. Tobie też się spieszy. Jesteś już stary i boisz, się, że możesz nie zdążyć. Ja również mam swoje lata, wiem jednak, że natury nie należy ponaglać; ujawnia swoje sekrety w wybranym przez siebie momencie i nie ogląda się na nasze preferencje. Principia Mathematica mogłyby nigdy nie powstać, gdyby w latach osiemdziesiątych natura nie pchnęła ku Ziemi roju komet i nie wykreśliła ich trajektorii w sposób umożliwiający nam odkrywcze obserwacje. Może upłynąć dziesięć, sto albo tysiąc lat, zanim

podsunie nam wskazówki umożliwiające rozwiązanie zagadek, o których dziś rozprawialiśmy. Ale może się również okazać, że taką wskazówką będzie złoto Salomona. Nie dowiem się tego, dopóki nie zbadam jego próbki. Daniel się uśmiechnął. - Twoja cierpliwość, Isaacu, jest zatem nieograniczona, ale tylko dopóki w grę nie wchodzi złoto Salomona. Zabawne. Z naszej trójki tylko ja jestem przekonany, że niedługo naprawdę umrę, bo wy obaj, Isaacu i Gotfrydzie, wierzycie w życie wieczne. Czyżby brakowało wam wiary we własne przekonania? Dlaczego nie umówicie się na ponowne spotkanie za kilkaset lat czy w dowolnym innym momencie, gdy pojawi się dość informacji, by rozstrzygnąć nurtujące was dylematy filozoficzne? Podanie w wątpliwość szczerości ich wiary było tanią sztuczką, która miała zmusić ich do odkrycia kart - ale Daniel był już zmęczony, rozumiał, że sprawa jest przegrana i chciał jak najszybciej zakończyć to spotkanie. - Zgoda! - powiedział Leibniz. - Niech to będzie swoisty pojedynek, potyczka filozoficzna, nie na szpady czy pistolety, lecz na idee; pojedynek, który zostanie rozstrzygnięty w czasie i miejscu na razie nieustalonym. Przyjmuję takie warunki. Wyciągnął rękę do Isaaca. - Będę na ciebie czekał - odparł Newton. - Aczkolwiek nasze poglądy są na tyle odmienne, że wątpię, abyśmy obaj się tam stawili: jeden z nas musi się mylić.

Uścisnął dłoń Leibniza. - Każdy pojedynkowicz potrzebuje sekundanta - zauważył Leibniz. - Proponuję, by Daniel pełnił tę rolę w stosunku do nas obu. Daniel - prychnął lekceważąco. - Może Isaac wierzy w moje zmartwychwstanie, wątpię jednak, abyś ty, Gotfrydzie, podzielał jego pogląd w tej kwestii. Jeżeli więc naprawdę potrzebujecie sekundantów, wydaje mi się, że jest całkiem spore grono osób nieśmiertelnych, które chętnie stawią się we wskazanym miejscu o określonej porze i potrzymają wam płaszcze: tobie, Gotfrydzie, proponuję Enocha Roota, Isaacowi zaś tego wiekowego Żyda w carskiej służbie, Salomona. Nie wyjął ręki z kieszeni, aby dołączyć do uścisku dłoni pierścień wydał mu się okrutnie ciężki i oczywisty i pomyślał nagle, że gdyby go pokazał, Isaac i Gotfryd natychmiast wzięliby się za łby, byle tylko go zdobyć. *** - Rety, mój teść musi być na mnie strasznie zły - stwierdziła Karolina. - O ile oczywiście dobrze rozumiem jego list. Johann i Eliza czekali cierpliwie, gdy czytała list po raz trzeci. Leicester House rozbrzmiewał głuchym łoskotem i szuraniem: pakowano królewski bagaż i szykowano go do podróży. - Upłynęło tyle czasu i tak wiele się wydarzyło, odkąd ogłosiłam, że po trudnych czerwcowych chwilach zamierzam zaszyć

się w Schloftie na odludziu, że kompletnie wyleciało mi z głowy, że Jego Królewska Mość oczekuje mojego powrotu. Wygląda na to, że się domyślił, gdzie naprawdę przebywam. - Może doszły go słuchy o naszej przygodzie na Tamizie zasugerował Johann. Był wyraźnie pochmurny i opierał brodę na czubkach palców złożonych dłoni. Dla Karoliny bura od króla Anglii i elektora Hanoweru mogła być zwykłą rodzinną sprzeczką, ale on traktował ją znacznie poważniej. - W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do Hanoweru - stwierdziła Karolina. - Oczywiście! Johann zerwał się z miejsca i prawie wybiegł z pokoju. Gdyby komuś wystarczyło odwagi, aby zatrzymać go i zapytać, dlaczego to zrobił, odparłby, że ma do załatwienia jakąś niezwykle ważną, niecierpiącą zwłoki sprawę. Jednakże Karolina i Eliza wiedziały, że był w tej chwili wielce poruszony i chyba by oszalał, gdyby kazano mu dalej siedzieć na miejscu i prowadzić konwersację. - Do Hanoweru... - powtórzyła Karolina. - Tylko po to, żeby za parę tygodni tu wrócić! Z listu wynika, że Jego Wysokość zamierza pod koniec września przybyć do Anglii. Jeżeli książę Walii i ja mamy mu towarzyszyć, dotrę do Hanoweru w samą porę, by natychmiast zawrócić i wyruszyć w drogę powrotną. - Rzeczywiście, pod względem geograficznym wrócisz w to samo miejsce, na ten sam południk i równoleżnik - zgodziła się Eliza

po chwili zastanowienia. - Ale tym razem nie będziesz już podróżować incognito, więc z towarzyskiego punktu widzenia przyjedziesz do zupełnie nowego miasta i rozpoczniesz całkiem nowe życie. - Chyba masz rację, o ile zamieszkamy na przykład w pałacu St. James, w tłumie dworzan i ambasadorów, mając za sąsiada księcia Marlborough. Jeśli jednak czegoś się od Zofii nauczyłam, to z pewnością tego, że z czysto praktycznych powodów księżna powinna mieć więcej niż jeden pałac. W jej wypadku Leine Schloss pełnił taką samą rolę, jaką St. James spełni dla mnie i Jerzego Augusta, ale przy każdej okazji wymykała się do Herrenhausen, gdzie mogła żyć tak, jak chciała, i do woli spacerować po ogrodzie. Dlatego tak mi się podoba tutaj, w Leicester House: on będzie moim Herrenhausen, a ty moim majordomusem. - Chwała Bogu... Przez chwilę się bałam, że powiesz „moją księżną wdową”. - Mianuję cię Pierwszą Damą Dworu albo moją Szatną... dodała z roztargnieniem Karolina. - Wymyślimy ci jakiś porządny angielski tytuł. Ale mniejsza o to: chcę, żebyś spędzała tu przynajmniej część czasu, żebym miała z kim przechadzać się po ogrodzie i rozmawiać. - No to się raczej nie napracuję - stwierdziła z uśmiechem Eliza. - Musisz jednak wiedzieć, że gdziekolwiek przebywam, tam rychło pojawia się tłum najdziwniejszych osób, których obecność wiąże się z moją działalnością na rzecz zniesienia niewolnictwa.

- Tym lepiej! W ten sposób Leicester House jeszcze bardziej upodobni się do Charlottenburga za życia Zofii Charlotty. - Rzecz w tym, że moi znajomi bywają nader niezwykli i nieokrzesani... - Czemu tak spoglądasz w dal, kiedy to mówisz? Myślisz o swoim dawno zaginionym ukochanym? Eliza westchnęła i spojrzała wilkiem na Karolinę. - Wciąż pamiętam naszą fascynującą rozmowę w Hanowerze dodała Karolina. - Pomówmy o innej, równie fascynującej konwersacji. Co słychać w bibliotece? - Kiedy wychodziłam, nadal się kłócili. Obaj są bardzo dumni, ale zwłaszcza Newton nie należy do ludzi, którzy łatwo ustępują. Dwór przenosi się tutaj, do Londynu, a biedny Leibniz zostanie w Hanowerze. Punkt dla Newtona. Sir Isaac zwyciężył także w sporze o rachunek różniczkowy, tak w każdym razie uważają uczeni mężowie z Towarzystwa Królewskiego. A niedawne kontrowersje związane z mennicą zostały już chyba wyjaśnione. - Tak ci powiedział? No, to by był prawdziwy cud. - Dlaczego tak mówisz? - Czy Pyxis nie pozostaje przypadkiem we władzy Charlesa White'a? Przecież jeżeli Próba Pyxis źle wypadnie, odpowiedzialność spocznie na Newtonie. - Też o tym słyszałam, ale Newton uważa, że ma w tej chwili przewagę w kwestii Pyxis, ponieważ udało mu się aresztować

arcyłotra znanego jako Jack Mincerz. Straszliwy ten osobnik jest zdany na łaskę i niełaskę sir Isaaca i czeka go niechybne powieszenie, wywleczenie wnętrzności i poćwiartowanie na Tyburn Cross... Johann? Johannie! Przynieś, proszę, sole trzeźwiące. Księżna dostała waporów! Johann wparował do pokoju dosłownie chwilę później, ale jego matce zdążyły już przez ten czas wrócić rumieńce. Nie runęła na podłogę tylko dlatego, że kurczowo uczepiła się oparcia krzesła. - Nie, nic mi nie jest. - Spojrzała na pierworodnego. - Możesz wracać do swoich spraw. Zdziwiony - i wściekły - Johann wyszedł. - Miewam czasem takie napady katalepsji, kiedy w głowie kłębi mi się za dużo myśli naraz. Ale to zawsze szybko mija. Już mi lepiej. Dziękuję Waszej Wysokości za troskę, a wracając do... - Do niczego nie będziemy wracać! - obwieściła księżna Walii. Zamierzamy zatrzymać się w tym miejscu, na tym najciekawszym z możliwych tematów: ty naprawdę kochasz się w najgorszym łotrze, jakiego zna świat! - Przestań! Wcale nie. Po prostu tak się złożyło, że on kocha się we mnie. To wszystko. - No rzeczywiście, to wszystko zmienia. - Po co ten sarkazm? - Jak się poznaliście? Uwielbiam słuchać o pierwszych spotkaniach kochanków.

- Nie jesteśmy kochankami. Jeśli zaś chodzi o to, jak się poznaliśmy... Nie twoja sprawa. Inne drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wszedł Leibniz. Z poważną miną ukłonił się damom. - Domyślam się, że planowany jest rychły powrót do Hanoweru powiedział. - Jeżeli Wasza Wysokość życzy sobie, abym jej towarzyszył, jestem do dyspozycji. - Zwrócił się do Elizy: - Pani... Przyjaźń, która narodziła się przed trzydziestu laty w Lipsku, kiedy przypadkiem spotkaliśmy się na targu, a potem wspólnie z pani ukochanym wagabundą przeżyliśmy interesującą przygodę... - Tu cię mam! - wykrzyknęła Karolina. - ...dobiega kresu. Podjęta przez księżną szlachetna próba mediacji w poszukiwaniu filozoficznego porozumienia, z taką cierpliwością

i

znawstwem

pokierowana

przez

doktora

Waterhouse'a... przykro mi to mówić... - Zakończyła się fiaskiem? - domyśliła się Karolina. - Została przełożona na inny termin. - Jak odległy? - O setki, może nawet tysiące lat. - Hm... Na niewiele więc zda się dynastii hanowerskiej, gdy przyjdzie jej ustalać skład nowej Tajnej Rady. - Przykro mi - powtórzył Leibniz. - Niektórych spraw nie da się przyspieszyć, inne zaś, takie jak mój wyjazd z Londynu, następują stanowczo przedwcześnie.

- Gdzie są sir Isaac i doktor Waterhouse? - zainteresowała się księżna. - Sir Isaac wyszedł i przeze mnie przekazuje przeprosiny, że nie pożegnał się z Waszą Wysokością osobiście. Miałem jednak wrażenie, że naglą go sprawy niecierpiące zwłoki. Doktor Waterhouse natomiast zapowiedział, że będzie czekał w ogrodzie, na wypadek gdyby Wasza Wysokość chciała obciąć mu głowę za tę porażkę. - W żadnym razie! Zaraz pójdę mu podziękować za przysługę. A z panem widzę się jutro na statku! Karolina wybiegła z pokoju. - Elizo... - powiedział uczony. - Gotfrydzie... - powiedziała księżna. Most Londyński Następnego dnia - Nie było nawet w połowie tak ckliwie, jak mogło być stwierdził Leibniz. - Zwłaszcza biorąc pod uwagę naszą długoletnią znajomość i wszystko, co razem przeszliśmy. Będziemy do siebie pisywać, oczywiście. Mówił o pożegnaniu z Elizą, do którego doszło poprzedniego dnia w Leicester House - ale równie dobrze mógł mieć na myśli to, w którym uczestniczył w tej chwili: z Danielem Waterhousem na Moście Londyńskim. - Czterdzieści jeden lat - powiedział Daniel.

- O tym samym pomyślałem! - wykrzyknął Leibniz, właściwie zanim jeszcze Daniel zdążył skończyć zdanie. - Poznaliśmy się czterdzieści jeden lat temu, w tym samym miejscu, na tej, jak wy to nazywacie... - Izbicy. Stali na izbicy pod Placem, mniej więcej w połowie długości mostu, całkiem blisko „Topu masztu”, gdzie klub niedawno zastawiał zasadzkę na zamachowca. Wspomnienie zasadzki, choć przecież całkiem świeże, było jednak w umyśle Daniela wyblakłe i niewyraźne w porównaniu ze wspomnieniem dnia, o którym mówił Leibniz, kiedy to w roku tysiąc sześćset siedemdziesiątym trzecim młody Leibniz (nie będący jeszcze baronem) z maszyną arytmetyczną pod pachą zszedł z pokładu statku, którym przybył z Calais, został przewieziony szalupą na tę samą izbicę, dokładnie w to samo miejsce, i tu poznał młodego Daniela Waterhouse'a z Towarzystwa Królewskiego. Leibniz również doskonale pamiętał tę chwilę. - To chyba było... tutaj! - Postukał stopą w płaski kamień na skraju izbicy. - W tym miejscu moja noga dotknęła angielskiej ziemi. - Ja również tak to zapamiętałem. - I oczywiście obaj się mylimy, jeśli pojęcie przestrzeni absolutnej jest słuszne. Albowiem przez te czterdzieści jeden lat Ziemia obracała się wokół własnej osi i okrążała Słońce, które również, o ile nam wiadomo, przemierzyło spory dystans. Nie zszedłem zatem wcale na ląd tutaj, lecz w zupełnie innym miejscu, które dziś znajduje się gdzieś w międzygwiezdnej pustce.

Daniel nie połknął haczyka. Bał się, że Leibniz lada chwila wygłosi jakąś tyradę przeciwko Newtonowi i jego filozofii, ale baron pohamował się, nie przekraczając tej granicy, a po chwili cofnął się także od krawędzi kamiennego podestu. W ich stronę płynęła już szalupa, która miała go zabrać na pokład hanowerskiego słupa Zofia, gdzie księżna Karolina Zajęła już swoją kajutę. - Co jeszcze pamiętam z tamtego dnia? Wytropił nas i spiorunował wzrokiem Hooke, który wizytował tamto nabrzeże mówił dalej Leibniz, wskazując londyński brzeg Tamizy. Odwiedziliśmy biednego starego Wilkinsa, który złożył na twoje barki ciężkie i odpowiedzialne brzemię... - Kazał mi „urzeczywistnić nasze zamiary”. Leibniz parsknął śmiechem. - Jak sądzisz, co ten stary łobuz miał na myśli? -

Myślałem

o

tym

milion

razy.

Tolerancję

religijną?

Towarzystwo Królewskie? Pansofię? Maszynę arytmetyczną? Nie mam pewności, wiem jednak, że jego zdaniem wszystkie te sprawy ściśle się ze sobą wiążą. - Widział w zarysach twór, który Karolina nazywa dziś nowym ustrojem świata. - Być może. Tak czy inaczej starałem się od tamtej chwili zachować w pamięci koncept tych związków, świadomość, że te idee są połączone jak skuci jednym łańcuchem więźniowie... - Cóż za radosny obraz!

- I jeśli miałbym dziś mówić o jakiejś myśli przewodniej, która przez te czterdzieści jeden lat przyświecała mojemu życiu, to chyba mogę powiedzieć, że starałem się pilnować, by żadna z nich nie odstawała zbytnio od pozostałych, a jeśli tak się zdarzyło, pomagałem jej nadrobić straty. Od dwóch dziesięcioleci guzdrałą jest maszyna arytmetyczna, logiczna, czy jak tam chcesz ją nazwać... - Dlatego się nimi zająłeś, za co jestem ci dozgonnie wdzięczny. Ale kto wie, może dzięki poparciu cara i sile Maszyny Dźwigającej Wodę za Pomocą Ognia wkrótce przestanie być maruderem... - Być może. Żałuję teraz, zwłaszcza po wczorajszym spotkaniu, że zaszyłem się na odludziu, zamiast zająć się zasypywaniem dzielącej was z Newtonem metafizycznej przepaści. Zbyt późno się w to zaangażowałem. - Ale gdybyś zaangażował się wcześniej, miałbyś teraz wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania jakiejś innej sprawy... Jak na dobrego purytanina przystało. Daniel tylko prychnął w odpowiedzi. - Nie zapominaj, że w owym czasie Newton był znany wyłącznie jako świetny optyk i konstruktor teleskopów - ciągnął Leibniz. Wilkins nie mógł przewidzieć, że dojdzie między nami do takich kontrowersji, a ty nie mogłeś wziąć na siebie próby ich zażegnania. Nikt tego od ciebie nie wymagał. - Z pewnością jednak Wilkins rozumiał wspaniałą ideę pansofii i chciał, abym wspierał ją ze wszystkich sił. Zastanawiam się, czy na pewno zrobiłem wszystko co w mojej mocy.

- Moim zdaniem tak, biorąc pod uwagę, że żyjemy w najlepszym ze światów. - Mam nadzieję, że się mylisz. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cała moja podróż z Bostonu do Anglii, którą, przyznaję, podjąłem z niemądrą i ekscytującą nadzieją w sercu, zakończyła się tragedią, i to nawet nie taką prawdziwą, z greckim rozmachem, lecz płytką, nędzną tragedyjką. - Po odwiedzinach u leżącego na łożu śmierci Wilkinsa poszliśmy do kawiarni, nieprawdaż? I tam długo rozmawialiśmy, między innymi o prowadzonych przez pana Hooke'a obserwacjach płatków śniegu; o ich niezwykłej właściwości, polegającej na tym, że sześcioro ramion wyrasta ze wspólnego środka i każde rośnie niezależnie, posłuszne własnym regułom. Nie mają na siebie nawzajem wpływu - a jednak są identyczne. Dla mnie jest to przykład odwiecznej harmonii stworzenia. W podobny sposób, drogi Danielu, z jądra, jakim jest filozofia naturalna, wyrasta więcej niż jeden system pozwalający zrozumieć funkcjonowanie wszechświata. Każdy rozwija się osobno, posłuszny własnym prawom, bez kontaktu z innymi, co udowodniliśmy wczoraj z Newtonem, nie mogąc dojść do porozumienia w żadnej kwestii! Jeśli jednak naprawdę rodzą się ze wspólnego rdzenia, a wierzę, że tak właśnie jest, to gdy nastanie właściwy czas, muszą się do siebie upodobnić, stać się nawzajem swoimi odbiciami, jak ramiona płatka śniegu.

- Mam tylko nadzieję, że biedna śnieżynka zdąży osiągnąć ten stan doskonałości, zanim stopi się w ogniu, który prześladuje w snach Karolinę. - Nie jesteśmy w stanie ani tego przewidzieć, ani temu zapobiec. Możemy tylko kontynuować rozpoczęte dzieło. - A właśnie, skoro o tym mowa... Mam coś dla ciebie. Słuchając Leibniza, Daniel od czasu do czasu zerkał na górę, na most, śledząc przybywających od strony Londynu pieszych i pojazdy, teraz zaś pomachał do kogoś znajdującego się na Placu. Podążywszy wzrokiem za jego gestem, Leibniz rozpoznał Williama Hama, bankiera, machającego im z kozła wozu, który zatrzymał się właśnie u szczytu schodów. Na wozie jechała podejrzanie liczna gromada nadzwyczaj barczystych tragarzy, z których niektórzy nie ruszyli się z miejsca po zatrzymaniu się pojazdu, tylko ponurym wzrokiem wodzili za mijającymi ich przechodniami. Część jednak zeskoczyła i wzięła się do roboty: zaczęli znosić po schodach małe skrzynki i ustawiać je u stóp Leibniza. Szalupa z Zofii zbliżyła się przez ten czas na tyle, żeby obrzucić izbicę cumami; kręcący się w pobliżu przewoźnicy wyłapali je i przywiązali łódź. Hanowerski służący przeskoczył przez nadburcie i schylił się nad pierwszą skrzynką, Leibniz jednak powstrzymał go i poprosił po niemiecku, by jeszcze chwilę się wstrzymał. - Jeżeli to jest to, co myślę... - Nie inaczej - potwierdził Daniel.

- Zostaną przeliczone przez ludzi, którzy mają niezwykłe wręcz oko do wszelkich miar i wag. Chciałbym, żeby wtedy wszystko się zgadzało. Skrzynki piętrzyły się więc pomału, a wagon opróżniał. Każda skrzynka była opatrzona woskową pieczęcią Bank of England, bo tam do niedawna się znajdowały; z porów drewna unosiła się jeszcze wilgotna woń bankowych piwnic. William Ham zszedł na izbicę, niosąc w skórzanej teczce zakurzoną i podpleśniałą dokumentację przesyłki - poczynając od relacji Salomona Kohana z rozładunku Minerwy,

poprzez

wszystkie

pośrednie

etapy

walcowania

i

przycinania w Pałacu Sztuk Technicznych, aż po dziurkowanie w Bridewell. Leibniz przejrzał papiery i policzył skrzynki (było ich 7, słownie: siedem). Następnie przeliczył je ponownie (7) i poprosił Daniela, aby zweryfikował jego rachunki (7). Na koniec podpisał się na dokumentach (w kilku miejscach) jako GOTTFRIED FREIHERR VON LEIBNIZ, uzyskał kontrasygnatę Daniela w roli świadka i dopiero teraz pozwolił przenieść skrzynki na pokład szalupy, licząc je przy tej okazji po raz trzeci (7). - To tylko początek - wyjaśnił Daniel. - Będzie ich znacznie więcej, jak sam dobrze wiesz. Ale ponieważ i tak wybierasz się do Hanoweru, pomyślałem, że dam ci te, które udało się już wyprodukować. - W ten sposób melancholijne pożegnanie kończy się bardzo sympatyczną kodą - powiedział Leibniz i ukłonił się nisko, czym wywołał namiastkę uśmiechu na twarzy Daniela. - I chyba możesz

przestać się zamartwiać tym, czy dobrze się wywiązałeś z zadania, które wyznaczył ci Wilkins. Zapewniam cię, że byłby z ciebie dumny. Danielowi odebrało mowę, zrobił więc tylko krok do przodu i z całej siły uścisnął Leibniza. Leibniz odpowiedział mu tym samym, po czym pospiesznie się odsunął i odwrócił plecami, aby Daniel nie widział jego twarzy. Wskoczył do szalupy. Ostatni raz przeliczył skrzynki (albo tylko udał, że to robi). Przewoźnicy rzucili cumy i wzburzona woda porwała łódź. - Siedem?! - zawołał Daniel. - Siedem, co do sztuki! Do zobaczenia, Danielu, na Parnasie czy gdzie tam trafiają filozofowie! - Filozofowie kończą w starych książkach i tam właśnie będę cię szukał. W bibliotece. - Właśnie buduję bibliotekę, więc w niej mnie znajdziesz. Żegnaj, Danielu. - Żegnaj, Gotfrydzie! - odkrzyknął Daniel. Stał i patrzył, jak łódź maleje mu w oczach, a potem całkiem znika w powodzi statków na The Pool, poniżej osmalonych blanków Tower. Było to niemal zwierciadlane odbicie dnia sprzed czterdziestu jeden lat, kiedy Leibniz pojawił się znikąd i przybił do tej samej izbicy - z tą różnicą, że lustro, w które teraz spoglądał Daniel, było zmętniałe, a obraz niewyraźny. Wiele się bowiem przez ten czas zmieniło i nie miał już oczu młodzieniaszka. Greenwich

Miesiąc później (18 września 1714) Niechaj inni książęta, otoczeni zahukanymi niewolnikami, pławią się w bezgranicznym posłuszeństwie głupich nieszczęśników, którzy nie czują potrzeby wolności i mogą się pochwalić co najwyżej tym, że niczym pończochy lub kamienie potulnie znoszą deptanie i kopanie. Ale niech król Wielkiej Brytanii, niemal jako jedyny we wszechświecie, słusznie chełpi się tym, że jest władcą rozumnych istot. - Przewinienia, które powinny powodować usunięcie z rządu wigów, anonim (przypisywane Bernardowi Mandeville), 1714 - Czegoś takiego nie widuje się codziennie! - wykrzyknął Roger Comstock, markiz Ravenscar. Odezwał się pierwszy raz od kwadransa (czyli, jak na niego, milczał bardzo długo) i wybudził Daniela z letargu, w który ten zapadł w trzeciej godzinie wspólnego stania w kolejce. Ocknął się i rozejrzał. Naturaliści regularnie bywali w Greenwich i wybudowanym na pagórku obserwatorium; niektórzy wręcz mieszkali w nim na stałe. Królowie i królowe rzadko się tam pojawiali, mimo że obserwatorium było ich własnością. Architekci odwiedzali Greenwich często - i prawie za każdym razem tego żałowali, ponieważ realizowane tam projekty słynęły z problemów finansowych, a budynki rozpadały się szybciej, niż ich twórcy byli w stanie je wznosić. Tylko Inigo Jones miał dość oleju w głowie, by zmagając się z wszechobecną

beznadzieją i bezwładem, doprowadzić do wybudowania i zadaszenia zaprojektowanej przez siebie budowli, zanim pochłonęło ją bagno: był to Dom Królowej, a tajemnica jego sukcesu polegała na tym, że był nieduży. Poza tym znajdował się dobrą milę od rzeki - tak przynajmniej wydawało się Danielowi i jego kompanom w kolejce, której łeb ginął we wnętrzu arcydzieła pana Jonesa, ogon zaś sięgał aż nad Tamizę, do miejsca, gdzie do wody schodziły kamienne stopnie, przy których cumowała krzykliwie zdobiona barka. Nieco dalej, gdzie rzeczne koryto stawało się głębsze, kotwicę rzucił okręt marynarki wojennej, który przywiózł z kontynentu nowego króla, Jerzego. Daniel widział to wszystko tylko dzięki temu, że wraz z Rogerem dotarli wreszcie do stóp (a pół godziny później wspięli się na szczyt) kręconych schodów wiodących na taras Domu Królowej. Dalsze kilka minut kolebania się na boki i szurania nogami doprowadziło ich przed drzwi frontowe. Stanęli w progu. Daniel odwrócił się tyłem do wejścia i podziwiał widok (niewybitny, ale zawsze) w dole, okolicę rzeki, Roger zaś, wiedziony gronostajowym zamiłowaniem do miejsc mrocznych, ciasnych i tłumnych, spoglądał w przeciwną stronę, do wewnątrz. Z otwartych drzwi buchały opary wody różanej i spoconych pach, zmieszane z ostrą wonią świeżej farby i pulsujące zalatującą Beowulfem mieszanką niemieckiego i angielszczyzny. Daniel nie miał ochoty odwracać się i sprawdzać, co przykuło uwagę Rogera, toteż przez próg przeszli w niezmienionej, janusowej konfiguracji. Odkąd w kolejce mignął mu sir Christopher Wren, stojący jakąś godzinę od wejścia, Daniel cały czas usiłował zwrócić na

siebie jego uwagę i namówić go, za pomocą dyskretnych gestów, do przyłączenia się do niego i Rogera bliżej wejścia. Był jednak bez szans, bo też i miejsce do takich manewrów wybrał sobie fatalne najgorsze na świecie. Odkąd przed ponad dwudziestu laty sprowadzono Wrena do Greenwich, aby zaprowadził tu trochę porządku, rządził w nim niepodzielnie. Umyślił sobie, że zbuduje szpital dla emerytowanych marynarzy floty wojennej. Pracował za darmo. W roku tysiąc sześćset dziewięćdziesiątym drugim, po bitwie pod La Hougue, królowa Maria gorąco poparła ten projekt, ale po rym, jak dwa lata później zmarła, zastrzyki gotówki z królewskiej kiesy stały się kompletnie nieprzewidywalne. Gdy tylko pojawiały się jakieś pieniądze, Wren wydawał je na olbrzymie kamienne bloki, które następnie zwalał w narożnikach (a potem także wzdłuż linii murów) planowanych przez siebie zabudowań - doskonale bowiem zdawał sobie sprawę, że nie dożyje ich ukończenia, a tak, nawet jeśli późniejsi (słabsi) architekci sknocą szczegóły, nie będą mogli przenieść fundamentów w inne miejsca niż wytyczone w ten sposób przez niego. Jego asystent, Nick Hawksmoor, doceniając genialność tej strategii i całkowicie ją popierając, nabył niedawno ogromny kloc doskonałego marmuru na posągi w skandalicznie niskiej cenie i załatwił przetransportowanie go i wyrzucenie na brzeg w tej okolicy. Zamierzali teraz zgromadzić fundusze na wynajęcie kogoś, kto rzuciłby się nań z dłutem i pobijakiem, i zlecić mu wykucie pięknego pomnika człowieka, który będzie wówczas królem albo królową. Dlatego też panoramę, którą

Daniel mógł podziwiać z tarasu (i która bez reszty pochłaniała uwagę Wrena), tworzyły gigantyczne, jakby ułożone rękami olbrzymów fundamenty:

schodkowaty

szyk

prostopadłościanów,

marzenie

każdego pitagorejczyka. Fakt, że widać było tylko fundamenty, brakowało zaś samych budynków, jakby potwierdzał wygłoszone przed miesiącem słowa księżnej Walii o nowym ustroju świata i konieczności

posadowienia

go

na

solidnych

filozoficznych

fundamentach. A jednak wynik kompromisu (lub jego braku) między Leibnizem i Newtonem wydawał się kruchy i delikatny w porównaniu z dziełem Wrena - co dowodziło, że Wren słusznie uczynił, porzucając czystą filozofię i spożytkowując swój geniusz w służbie architektury. Daniel porzucił wreszcie nadzieje zwrócenia na siebie jego uwagi i odwrócił się, żeby zobaczyć, co tak zachwyciło Rogera. - Rzeczywiście - musiał przyznać, chłonąc roztaczający się przed nim widok. - Czegoś takiego nie widuje się codziennie. Dwa obwisłe policzki, spięte wykrzywionymi w grymasie ustami i zwieńczone groźnym spojrzeniem: oblicze Jerzego. Góra ubrań skrywała jego ciało, w czym jednak nie było nic niezwykłego, może poza tym, że jego strój prezentował się ładniej niż stroje otaczających go ludzi - dworzan, większość których Daniel znał z Hanoweru. Wskazał kilku Rogerowi, który znał ich wszystkich ze słyszenia (i to, jak się okazało, lepiej niż Daniel), ale potrzebował klucza, który pomógłby mu dopasować do konkretnych twarzy plotki, pomówienia, kalumnie i rubaszne anegdoty. Wkrótce wszyscy

zgodnie posyłali Danielowi mordercze spojrzenia, mimo że zajmował w przybliżeniu dwunaste miejsce w kolejce. Może chodziło o to, że zauważyli, jak wytyka ich palcami i szepcze do Rogera, ale bardziej prawdopodobne było to, że zapamiętali go z Hanoweru, gdzie udawał głupiutkiego, bezużytecznego starowinę. A potem król mianował go regentem. Sam ten fakt nie dowodził jeszcze wprawdzie compos mentis, ale dworacy doszli do wniosku, że kogoś musiał przekabacić, a ponieważ Jerzy - naturalnie - nie wchodził w grę, podejrzenie padło na Karolinę. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że Karoliny w ogóle nie ma w sali, dopiero po chwili Daniel dostrzegł ją w kącie, siedzącą obok męża. Zgromadzili wokół siebie własny, mniejszy dwór, złożony w większości z młodych, bystrych londyńczyków, rozgadanych, roześmianych i ściągających złe spojrzenia tych starszych i mniej bystrych, którzy woleli trzymać się nowego króla. Było to ze strony młodych zachowanie nieco dziwne i bezczelne, ale w gruncie rzeczy zrozumiałe: ci, którzy mieli prawo sądzić, że dożyją pogrzebu Jerzego I, naturalną koleją rzeczy skupiali się wokół przyszłego Jerzego II. Większość gości miała dość przyzwoitości i dobrych manier, aby trzymać się tej reguły - i tylko Daniel Waterhouse mącił im szyki, ponieważ był starszym panem w obozie młodzieży. A teraz przybył tutaj, i to w towarzystwie markiza Ravenscar! - Przestanę ich na razie pokazywać i obgadywać, bo niepotrzebnie zwracamy na siebie uwagę - powiedział do Rogera z miną tak obojętną, jakby gwarzyli o wczorajszej pogodzie. - Dodam

tylko na koniec, że bez trudu powinieneś rozpoznać tę szczupłą i tę grubą. Były to, o czym wiedział tout le monde, kochanki Jerzego; jego prawdziwa żona nadal żyła w zamknięciu w wilgotnych murach Schloβu nad Wezerą. - Zauważyłem je już wcześniej - odparł z przekąsem Roger. One mnie również... wzięły na cel. - Wydaje mi się, że mylnie interpretujesz ich natarczywe spojrzenia - stwierdził Daniel, stwierdziwszy, że (istotnie) gruba i chuda wyglądają, jakby chciały wzrokiem podpalić Rogerowi brwi. W ten sposób wilczyca z Lasu Turyńskiego spogląda na ofiarę, zanim się na nią rzuci. U bestii z północy nie jest to jednak oznaka nienawiści, lecz zrozumienia, że jej życie zależy od schwytania tej owcy, królika czy innego bezbronnego zwierzęcia. - O to im tylko chodzi? O pieniądze? - W dużym skrócie... tak. - Sądząc po tym, jak się na mnie gapią, prędzej pomyślałbym, że chcą, żebym dobył szpady i przeszył się nią na wylot. - Nie - uspokoił go Daniel. - Chcą tylko pieniędzy. - Dobrze wiedzieć. - Dlaczego tak mówisz? Zamierzasz im teraz oddać swoje pieniądze? - To byłoby nieuprzejme. - Na samą myśl Roger zarumienił się ze wstydu. - Nie widzę jednak przeszkód, aby im dać cudze.

W końcu podeszli jeszcze bliżej, do miejsca, w którym nieuprzejmością byłoby zauważanie kogokolwiek innego niż ich nowy (jeszcze niekoronowany) król. Jego Wysokość rozpoznał w Danielu swojego regenta. -

Doktor

Vaterhouse

-

zaklekotał.

-

Z

Towarzystwa

Królewskiego. Podsunął Danielowi dłoń do ucałowania. Daniel schylił się nad nią, modląc się w duchu, by to była ostatnia okazja, przy której jego purytańscy przodkowie przewracają się w grobach. Zgroza całej sytuacji i lęk przed zarażeniem się czymś od monarszej ręki, wycałowanej tego dnia przez połowę angielskich syfilityków, owładnęły nim do tego stopnia, że zupełnie przestał słuchać króla. Problem potęgował fakt, że król przeszedł na inny język, (który - dla odmiany - naprawdę znał), a Daniel nie zdążył się przestawić i nastroić uszu na nowe brzmienia. Lewą - niewycałowaną - dłonią Jerzy wskazywał teraz okna po drugiej stronie sali, z których roztaczał się uroczy widok na łagodnie wznoszący się trawiasty pagórek, poprzecinany dróżkami i obsadzony w paru miejscach starannie pielęgnowanymi kępkami drzew. Po prawej stronie, z największego i najwyżej położonego zagajnika sterczał dziwaczny budynek znany jako Królewskie Obserwatorium Astronomiczne: dwie podpórki do książek ujmujące z dwóch boków stojące pośrodku tomiszcze. Inne budowle nie rzucały się w oczy, co nie powinno dziwić, skoro w założeniu miał to być park.

Daniel poniewczasie zdał sobie sprawę, że król zwraca się bezpośrednio do niego (w nadal niezidentyfikowanym języku) i wychwycił z królewskiej przemowy tylko jedno słowo: „Ruben”. Co to mogło znaczyć? Miało jakiś związek z „rub”, pocierać? Czyżby aluzja do tego, że sprzątacze Domu Królowej wypucowali okna na wysoki połysk? Już, już miał pokiwać głową, gdy Jerzy postanowił mu przyjść z pomocą i dodał „nawet” Daniel z przerażeniem uświadomił sobie, że król przeszedł na francuski, aby zostać lepiej zrozumianym - tymczasem on, doktor Waterhouse, nadal ni w ząb go nie rozumiał! Nauet... Czyżby chodziło mu o „navy”, flotę wojenną? To by nawet miało sens, wszyscy przecież wiedzieli, że działalność Obserwatorium Królewskiego ma dla marynarki ogromne znaczenie. Daniel kiwał więc głową, aż w końcu w rozmowę wtrącił się Bothmar - baron von Bothmar, hanowerski ambasador w pałacu St. James w czasach, gdy Hanower i Anglia były jeszcze odrębnymi krajami. - Jego Wysokość nie lubi patrzeć, jak marnuje się dobra ziemia przetłumaczył. - Od rana obserwuje tę otwartą przestrzeń i zastanawia się, czy dałoby się ją jakoś wykorzystać. Trochę kłopotliwa jest jej północna wystawa i związany z nią niedostatek światła słonecznego. Wiedząc, że jest pan, doktorze Waterhouse, doświadczonym naturalistą, Jego Wysokość zapytuje, czy zgodzi się pan z nim, że wiosną można by tam posadzić Ruben... navet... czyli rzepę. - Proszę powiedzieć Jego Wysokości, że gdybym miał pod ręką szpadel, natychmiast bym się tym zajął - odparł zniechęcony Daniel.

Na wieść o tym król zdziwił się trochę, ale skinął głową i zapatrzył się w dal; w jego oczach odbiła się zieleń trawnika rozpostartego w miejscu przyszłego zagonu rzepy. Daniel miał wrażenie, że Jego Wysokości cieknie ślinka na myśl o rzepowej uczcie, jaką będzie mógł za rok wyprawić. Ravenscar parsknął zduszonym śmiechem. - Gdybyś zaczął wymachiwać łopatą, z pewnością zbiłbyś z pantałyku tych rozbrykanych, sfrancuziałych to rysów, którzy dostrzegłszy taki piękny kawałek ziemi, wpadli tylko na to, że mogliby na nim urządzać triumfalne parady na swoich chevah. - Markiz Ravenscar - obwieścił von Bothmar. Daniel odwrócił wzrok, woląc nie oglądać niesmacznego spektaklu, jakim był całus złożony przez Rogera na królewskiej dłoni. Kiedy uznał, że może znów bezpiecznie spojrzeć na króla, temu najwyraźniej przyszło coś do głowy, bo próbował (z powodzeniem) ściągnąć na siebie wzrok księcia Marlborough; było to tym łatwiejsze, że Marlborough należał do tych nielicznych Anglików, których dopuszczono w pobliże angielskiego króla. Tak jak magnes porządkuje opiłki żelaza, tak pewne fakty i wspomnienia rozproszone pod królewską peruką ułożyły się schludnie, gdy obraz twarzy Marlborougha dotarł do obszarów monarszej kory mózgowej odpowiedzialnych za zmysł wzroku. Król odchrząknął i wycharczał kilka zdań związanych z soiree i Vulkanem, które Bothmar przełożył na angielską prozę:

- Jego Wysokość słyszał od księcia Marlborough, że księciu wielce się podobało wydane przez pana przyjęcie, na którym doszło do erupcji słynnego wulkanu. Jego Wysokość z chęcią sam obejrzałby takie

przedstawienie.

Nie

teraz.

Później.

Lord

Marlborough

wspomniał również o tym, że królewska mennica jest doskonale zarządzana, a angielski pieniądz najwyższej jakości. Jego Wysokość będzie potrzebował dobrych ludzi do zarządzania skarbcem; nie jednego, lecz kilku. Ze względu na znaczenie tego urzędu uznał bowiem, że zarzuci tradycję mianowania Lorda Skarbnika i powierzy jego obowiązki komisji. Z przyjemnością mianuje lorda Ravenscara Pierwszym Lordem Skarbnikiem. Podobną przyjemność sprawia mu mianowanie Daniela Waterhouse'a na członka tejże komisji. Wszystko to było dla Daniela świeżą nowiną, chociaż w ostatnich dniach Roger znacznie częściej niż zwykle mrugał do niego porozumiewawczo i szturchał go znacząco łokciem, co powinno było dać mu do myślenia. Nastąpiła długa seria ukłonów i głośne szuranie nogami, należało

bowiem

stosownie

wyrazić

dozgonną

wdzięczność.

Spojrzawszy przypadkiem na Marlborougha, Daniel zorientował się, że książę patrzy na Rogera wyczekująco. Roger, u którego zdolność widzenia kątem oka obejmowała pełne trzysta sześćdziesiąt stopni, doskonale zdawał sobie z tego sprawę; musiał to zatem być jakiś umówiony sygnał. - Jaka będzie pierwsza decyzja Pierwszego Lorda Skarbnika? zainteresował się Bothmar, który również uczestniczył w tej

gorączkowej, choć dyskretnej wymianie spojrzeń. - Pieniądz nowego króla musi mieć godny start! - odparł Roger. Nie chodzi o to, że coś miałoby być nie w porządku z walutą królowej Anny: jest stabilna i solidna. Mam na myśli raczej kwestie proceduralne... Niektórzy powiedzieliby, że przemawia przeze mnie zamiłowanie do zbędnej pompy, ale my, Anglicy, mamy słabość do takich

gestów.

Otóż

jest

taka

skrzynia,

nazywana

Pyxis,

przechowywana w Tower i zamknięta na cztery spusty. Wrzucamy do niej próbki wszystkich świeżo wybitych monet. Od czasu do czasu rada królewska proponuje „A może zajrzelibyśmy do Pyxis?”. To rutynowa kontrola, w podobny sposób artylerzyści sprawdzają regularnie proch gotowy do użytku na wypadek wojny. Wówczas wyciągamy Pyxis z Tower i w uroczystej procesji przenosimy do Izby Gwiaździstej w Westminsterze, gdzie specjalnie na tę okazję stawia się piec. W obecności członków rady Pyxis zostaje odpieczętowane i otwarte, a złoto wyjęte i oddane do zbadania złotnikom z City, którzy oceniają jego wartość, porównując z wzorcem trzymanym w podziemiach Opactwa Westminsterskiego wraz z kośćmi dawnych świętych i innymi skarbami. - W tym miejscu dało się zauważyć, że nowy król pomału przestaje słuchać Rogera, który zdał sobie sprawę, że równie dobrze mógłby być szamanem, podrygującym przed monarchą w peruce i makabrycznej drewnianej masce. - Ale mniejsza o szczegóły: rzecz w tym, że jest to wspaniały rytuał, który pozwala lepiej się poczuć ludziom z City. A ich dobre samopoczucie jest niezmiernie ważne dla prowadzonego przez Waszą Wysokość handlu.

Bothmar zaczął znacząco spoglądać na Rogera, unosząc brwi z takim zapałem, jakby miały mu odfrunąć z czoła i przykleić się do sufitu. - Zmierzam do tego, że czas wyczyścić Pyxis! - powiedział Roger. - Jest w połowie wypełnione doskonałymi monetami z podobizną świętej pamięci królowej Anny. Dogląda go niejaki Charles White; Wasza Wysokość może się z łatwością wywiedzieć od swoich podwładnych, co to za człowiek. Jest nawet możliwe, że jeszcze dzisiaj pozna go Wasza Wysokość osobiście. - Za około dziesięć minut - przytaknął Bothmar, spoglądając ku drzwiom. - Pod warunkiem, że pan do tego czasu skończy. Daniel odruchowo spojrzał w tym samym kierunku - i zepsuł sobie cały dzień widokiem White'a, który przekroczył już próg budowli i z zainteresowaniem wpatrywał się w Daniela. Roger zakończył swą przemowę w taki oto sposób: - Aby zapobiec niepotrzebnemu zamętowi i pomieszaniu pieniądza, proponuję, by przed dorzuceniem do skrzyni nowych gwinei opatrzonych profilem króla Jerzego przeprowadzić Próbę Pyxis. Opróżni się je z monet z podobizną królowej Anny, rozwieje plotki i rozpocznie panowanie Waszej Wysokości deszczem nowych, błyszczących, dźwięczących gwinei. - Rozkład zajęć Jego Wysokości jest bardzo napięty... - Nie szkodzi - uspokoił Bothmara Roger. - Mennica zacznie bić nowe monety dopiero po koronacji, którą, jak słyszałem, zaplanowano

na dwudziestego października. Odczekajmy więc... tydzień, aż zgiełk przycichnie... -

Sir

Isaac

Newton

proponował

piątek

dwudziestego

dziewiątego. - Obawiam się, że to dzień najgorszy z możliwych. Wtedy odbywa się wieszanie w Tyburn, którego nie da się przenieść na inną datę. - Sir Isaac wie o tym, ale twierdzi, że to dobry dzień, ponieważ wtedy właśnie zostanie wykonany wyrok na Mincerzu. - Ach, tak... Rozumiem, jednego dnia, praktycznie w tej samej chwili, odbędzie się Próba Pyxis, sir Isaac zostanie oczyszczony z zarzutów, a najgroźniejszy ze wszystkich fałszerzy zginie na oczach... pół miliona gapiów. Pomijając względy czysto praktyczne, propozycja sir Isaaca jest... niezwykle sprytna. - Nie na darmo jest geniuszem - zauważył Bothmar. - W rzeczy samej! - Jego Wysokość ceni sobie także jego biegłość w kwestiach filozoficznych. - A co sir Isaac miał do powiedzenia na temat rzepy? zainteresował się Daniel, ale Roger natychmiast nadepnął mu na nogę. Bothmar uprzejmie darował sobie tłumaczenie jego pytania. Jeśli zatem nie ma pan nic przeciwko temu... - zaczął. - W żadnym wypadku! Postanowione: piątek, dwudziestego dziewiątego października. Proszę dopilnować, aby Tajna Rada zatwierdziła tę datę, a my przygotujemy Próbę Pyxis.

*** Rogerowi i Danielowi pozwolono zostać i wmieszać się w tłum, czego jednak Daniel szczerze nie znosił. Podjął desperacką próbę ucieczki przez taras na tyłach budynku, ale nie bardzo wiedział, jak dyskretnie okrążyć Dom Królowej, zejść nad Tamizę i złapać łódź do miasta, nie robiąc z siebie widowiska. Wodził więc wzrokiem po trawniku i udawał, że duma nad uprawą rzepy. Kiedy uznał, że przydługie udawanie może się komuś wydać naciągane, przeniósł wzrok wyżej, na stojące na pagórku obserwatorium, i zaczął się zastanawiać, czy Flamsteed już wstał i czy miałby coś przeciwko temu, żeby Daniel złożył mu wizytę i pomajstrował trochę przy instrumentach. Kiedy i ta wymówka przestała być wiarygodna, z pomocą przyszedł mu szczęśliwie dyżurny wykręt wszystkich introwertyków zmuszanych do udziału w przyjęciach: znalazł kawałek papieru, który bez reszty - na pozór, rzecz jasna - pochłonął jego uwagę. W tym wypadku była to ulotka, leżąca zadrukowaną stroną do dołu na tarasie i zdeptana rozlicznymi podeszwami. Zgarnął ją czubkiem laski na szpic buta, podniósł, wziął do ręki i odwrócił. U góry stronicy znajdowały się dwa portrety tej samej wielkości, umieszczone obok siebie. Jeden wyglądał jak wielki kleks z atramentu i był kiepskim przedstawieniem czarnowłosego i czarnoskórego mężczyzny w czarnym ubraniu, łyskającego białkami oczu. Podpis głosił: Dappa w kwietniu 1714, dzieło znanego portrecisty Cbarlesa Wbite’a.

Drugi rysunek, odbitka całkiem udatnego rytu, przedstawiał afrykańskiego dżentelmena o srebrzystych dredach i siwiejącej brodzie, śniadego, rzecz jasna, ale o zróżnicowanej tonacji skóry, zasugerowanej poprzez użycie wyrafinowanych technik i sztuczek grawerskich. Podpis brzmiał: Dappa we wrześniu 1714, dzieło... Tutaj padało nazwisko pewnego znanego i cenionego artysty. Uniósłszy ulotkę do oczu, Daniel rozeznał w tle zakratowane okno, za którym było widać panoramę Londynu nad Tamizą. Taki widok na miasto rozpościerał się z Wolnego Clink. Zaczął czytać. Ulotka nosiła tytuł: DAPPY DODATKOWE UWAGI NA TEMAT WOLNOŚCI i była cukierkowym (oraz, jak się domyślał, sarkastycznym) peanem na cześć księcia Marlborough. - To było nierozważne - powiedział stojący obok człowiek z fajką w ustach. Daniel już wcześniej zauważył go kątem oka i sklasyfikował jako żołnierza, jegomość bowiem miał na sobie mundur oficerski. Widząc w nim bratnią nietowarzyską duszę, miał dość przyzwoitości, by udać, że go nie zauważa. Jednakże ów generał, pułkownik czy kto to był, nie wiedział chyba co to dobre maniery, gdyż zaczął się narzucać Danielowi, gdy ten udawał pochłoniętego lekturą, by nie musieć wdawać się w konwersacje. Daniel spojrzał na niego i natychmiast zauważył dwie rzeczy. Po pierwsze, szlify, dystynkcje na mankietach i inne wojskowe ozdoby wskazywały na oficera Królewskich Black Torrent Guards. I po drugie, był to Marlborough.

- Co masz na myśli, mój panie? - Kiedy półtora miesiąca temu przybył pan na moje levee, które wyprawiłem krótko po powrocie do Londynu, byłem świeżo po lekturze niektórych dzieł tego człowieka. Musiałem je jakoś skomentować, bo wkrótce rozeszła się plotka, jakobym był zagorzałym zwolennikiem twórczości pana Dappy. Wgląda na to, że od tamtej pory tylko zyskał na popularności. Ludzie zaczęli mu przysyłać pieniądze, dzięki którym mieszka dziś w najlepszym lokum w całym Clink, spaceruje po należącym do apartamentu prywatnym tarasie i przyjmuje gości z całej socjety. W dokumencie, który ma pan przed sobą, stwierdza, że stał się praktycznie białym człowiekiem, na dowód czego załącza te dwa portrety. Nadal nosi kajdany, ciążą mu one jednak dalece mniej niż okowy skuwające po dziś dzień zwolenników takich niemodnych praktyk jak niewolnictwo. Uważa się za dżentelmena i utworzył specjalny fundusz, który zamierza przeznaczyć na zakup Charlesa White'a, gdy tylko cena tego ostatniego spadnie do rozsądnego poziomu. - Na Boga! Zna pan treść tej ulotki na pamięć! - Zdarzyło mi się ostatnio, że długo czekałem, aż Jego Wysokość nabierze ochoty na rozmowę. A Dappa umie pisać. - Domyślam się, że odzyskał pan dowództwo swojego dawnego oddziału? - Owszem. Szczegóły tego procesu są trudne do ogarnięcia, ale inni już się nimi zajęli. Udało się odszukać pułkownika Barnesa, kazano mu zebrać żołnierzy rozproszonych po kraju w letnim okresie

uciech i hulanek. Cieszę się, że mnie tu nie było; okrutnie by mnie to irytowało. Ale, ale... To panu należą się gratulacje. - Dziękuję. Nie mam pojęcia, jakie są obowiązki członka Komisji Skarbu... - Proszę mieć oko na lorda Ravenscara i dopilnować, by Próba Pyxis dobrze wypadła. - To, mój panie, zależy od zawartości Pyxis. - To prawda... O to właśnie miałem zresztą zapytać: czy ktoś w ogóle wie, co jest w środku? - On pewnie tak - odparł Daniel, skinieniem głowy wskazując pobliskie okno. Było przez nie widać mężczyznę w rudej peruce, który wprawdzie stał wśród Niemców, ale co rusz zerkał w stronę Daniela i Marlborougha. -

Charles

White...

Rzeczywiście,

nadal

jest

dowódcą

Królewskich Gońców, którzy udają, że pilnują Pyxis. Z prawdziwą przyjemnością spieszę pana poinformować, że zostali otoczeni i znajdują się pod czujną obserwacją Black Torrent Guards. Pan White nie może już mącić w sprawie Pyxis. Ale pułkownik Barnes twierdzi, że White towarzyszył panu i sir Isaacowi Newtonowi podczas wyprawy w dół Tamizy, kiedy w kwietniu Pyxis znalazło się w niebezpieczeństwie. - No dobrze - westchnął Daniel. Najwyraźniej Marlborough sam się wszystkiego domyślił. - Jedynym człowiekiem, który naprawdę zna zawartość Pyxis, jest Jack Shaftoe.

- Hm... W takim razie dziwię się, że pod więzieniem Newgate nie ustawiła się jeszcze kolejka równie długa jak ta tutaj. - Może już się ustawiła. White wyszedł na taras. - Witam, mój panie. - Ukłonił się Marlboroughowi. - Witam, doktorze Waterhouse. - Panie White... - odpowiedzieli Daniel z księciem, po czym wszyscy trzej po kolei dodali: - Boże, chroń króla. - Będzie pan teraz jeszcze bardziej zapracowany niż zwykle stwierdził White, zwracając się do Daniela. - Skoro ma pan pod opieką dwie mennice... - Jakie dwie mennice? Nie rozumiem, panie White. Wiem tylko o jednej. - Ach, może to ja mam złe informacje - odparł White z udawanym zakłopotaniem. - Ale ludzie mówią, że są dwie. - Ma pan na myśli warsztat mincerski Jacka Shaftoe w Surrey? Tę... torysowską mennicę? - spytał Daniel, trzymając ulotkę w taki sposób, aby nie uszła uwagi White'a. Nie uszła. - Naprawdę przydałyby się panu lepsze źródła informacji. Zamiast czytać ten chłam, powinien pan słuchać, co mówią ważne osobistości. Marlborough odwrócił się do nich plecami, co było z jego strony niegrzeczne, ale sadząc po dotychczasowym rozwoju sytuacji, gdyby

nie udał, że nie słyszy tej wymiany zdań, lada chwila musiałoby dojść do pojedynku. - A co takiego mówią, panie White? - Że Ravenscar też bije swoje pieniądze. - Markiz Ravenscar oskarżony o zdradę stanu? Wydaje mi się to niedorzeczne. - Wszyscy wiedzą, że zgromadził prywatną armię, a od tego już tylko krok do otwarcia własnej mennicy. - Eleganccy dandysi nudzący się na salonach mogą wierzyć w co chcą, ale takie oskarżenia wymagają choćby śladowych dowodów. - Dowodów ponoć nie brakuje: w Clerkenwell, w Bridewell, w piwnicach Bank of England... Miłego dnia życzę. White poszedł sobie, co Daniel przyjął z ulgą. Jeszcze przed chwilą bawiło go idiotyczne podejrzenie, że Roger mógłby fałszować pieniądze, teraz jednak był roztrzęsiony i zapomniał języka w gębie. - O czym on mówił? - zainteresował się Marlborough. - O pewnym projekcie filozoficznym, nad którym pracuję wspólnie z Leibnizem. Żeby nie przedłużać... Daniel pokrótce opowiedział księciu o budowie Maszyny Logicznej i związanej z nią wędrówce złota z Clerkenwell, przez Bridewell i bank, do Hanoweru. - Wygląda na to, że ktoś wywiedział się całkiem sporo na jej temat - podsumował. - A następnie zaczął rozpowszechniać fałszywe pogłoski o całej operacji, nadając jej pozory nielegalnego bicia monet.

- Kto je rozpowszechnia, wiemy: przed chwilą z nim rozmawialiśmy - zauważył Marlborough. - Ich pochodzenie nie ma w tym wypadku znaczenia. Daniel nie odpowiedział, zmartwiał bowiem na myśl o tym, że autorem pogłosek mógł być Isaac. - Znacznie ważniejszy jest fakt, że w sprawę są zamieszani dwaj członkowie nowo powstałej Komisji Skarbu - dodał książę. - W jaką sprawę? To eksperyment naukowy! - Który wygląda na jakąś szemraną operację. - Nic na to nie poradzę, że laikom wydaje się szemrany! - Ale może pan poradzić coś na swój udział w nim. - To znaczy? Co pan chce przez to powiedzieć? - Ten wasz eksperyment właśnie dobiegł końca, mój panie. Musicie go przerwać. Gdy tylko to nastąpi, osoby odpowiedzialne i cieszące się zaufaniem króla i City udadzą się do Clerkenwell Court, przeprowadzą inspekcję warsztatu w Bridewell i obejrzą skarbiec bankowy. Nie znajdą nic, co potwierdzałoby oszczerstwa pana White'a. - Eksperyment można przerwać w dowolnej chwili, ale należyte zakończenie go i posprzątanie po nim wymaga więcej niż jednego dnia czy tygodnia. - Ile potrzebujecie czasu? - Na dwudziestego dziewiątego października zaplanowano Próbę Pyxis, egzekucję Jacka Mincerza i rozwianie wszelkich wątpliwości na temat solidności angielskiego pieniądza. Gwarantuję, że zanim ten

dzień nadejdzie, będzie pan mógł zwizytować wskazane przez pana miejsca w obecności dowolnej liczby inspektorów, także samego sir Isaaca, jeśli takie będzie pańskie życzenie. Zapewniam, że znajdzie pan tylko groby templariuszy w Clerkenwell, ubijaczki do pakuł w Bridewell i zapas królewskich monet w banku. - Doskonale - stwierdził Marlborough i oddalił się, kłaniając się idącej przez taras kobiecie, którą była księżna Walii. - Doktorze Waterhouse - zagadnęła Daniela Karolina - Jest mi pan potrzebny. Dom Rogera Comstocka 3:30 rano, cztery dni później (22 września 1714) Daniel ledwie zdążył podejść do drzwi frontowych, gdy przycisnęło się do niego - i to mocno! - najpiękniejsze ciało w całej Brytanii. Nie pierwszy raz zadał sobie pytanie, jak bardzo inaczej wyglądałby świat, gdyby rzeczone ciało zespoliło się było w jednej osobie z umysłem swojego wuja. W tej chwili niewiele dzieliło Daniela od Catherine Barton: on, otrzymawszy prośbę o pilne przybycie, przybiegł w koszuli nocnej, ona zaś miała na sobie jakieś na wpół przezroczyste wdzianko, które mignęło mu w ułamku sekundy, zanim na niego wpadła. Ślicznie pachniała, co w roku tysiąc siedemset czternastym nie było łatwym wyczynem. Poczuł budzącą się erekcję, pierwszą odkąd... odkąd... no, odkąd ostatni raz widział Catherine Barton. Było to co najmniej niestosowne z jego strony, gdyż

dziewczyna była wyraźnie poruszona. Na szczęście, znając ją, mógł przypuszczać, że wprawdzie zauważy, co się dzieje, ale na pewno nie zrozumie tego w niewłaściwy sposób. Wzięła go za rękę i pociągnęła przez dziedziniec, obok fontanny, do sali balowej, pachnącej olejem i rozświetlonej nieziemską biało zieloną poświatą fosforowego kaltes feuer. W sali przybył nowy element: widziany od progu przypominał zaokrąglony dziób statku, zbudowany ze srebra, obwieszony złotymi girlandami i ozdobiony wykutym w srebrze klasycznym fryzem z płaskorzeźbami. W przód sterczał zeń obiekt podobny do tarana, niezwykle wręcz falliczny z wyglądu, obwieszony jakimiś paskami, żelaznymi pierścieniami et caetera. Daniel stanął jak wryty, zanim szpic tarana dźgnął go w twarz, i obszedł go ostrożnie. Oglądając go z boku, dostrzegł, że jest zawieszony pomiędzy parą kół, drewnianych, lecz okutych cienką złotą blachą (to przynajmniej wyjaśniało, w jaki sposób tak ciężki przedmiot udało się wciągnąć do sali). Był to ni mniej, ni więcej, tylko najprawdziwszy rydwan, i to ogromny, bo na osiem stóp szeroki... Rydwan bogów, jak uświadomił sobie Daniel. Obszedł pojazd dookoła (znalazł się w ten sposób kilka jardów od wulkanu) i zajrzał do niego od tyłu: wnętrze rydwanu wypełniało wielkie łoże, przypominające z kształtu język, długie na dziesięć stóp i zajmujące całą szerokość pojazdu. Było obite szkarłatnym jedwabiem, wyłożone futrami i zarzucone poduszkami z aksamitu i jedwabiu o obłych kształtach, przywodzących na myśl różne gruczoły w ludzkim ciele. Na

środku

leżał

Roger

Comstock,

markiz

Ravenscar,

z

przekrzywionym wieńcem laurowym na głowie. Na szczęście nikt nie ściągnął fioletowej togi, w którą był odziany i która w środkowej części wznosiła się teraz na podobieństwo tureckiego namiotu, przybierając formę przypominającą pobliski wulkan. Z tą różnicą, że wulkan, jak na porządny mechanizm przystało, nadal pracował pełną parą, a ukryta śruba pompowała kolejne porcje oleju fosforowego, Roger zaś, jeszcze do niedawna ożywiany, jakby to ujął Newton, „duchem wegetatywnym”, leżał nieruchomo, gdyż duch bezpowrotnie ulotnił się z jego ciała. Sterczący pod togą maszt zawdzięczał stężeniu pośmiertnemu. Wyglądało na to, że będzie potrzebował specjalnej, robionej na zamówienie trumny. - Dziś został zaprzysiężony na Pierwszego Lorda Skarbnika wyjaśniła panna Barton, której (dzięki Bogu!) starczyło przytomności umysłu, by zdać sobie sprawę, że Danielowi należy się jakieś wyjaśnienie. - Z tej okazji odprawialiśmy Misterium Wulkana. - Naturalnie - przytaknął Daniel, posuwając się na czworakach po zdradzieckiej (jedwabistej i oleistej jednocześnie) powierzchni łoża, od czasu do czasu podnosząc wzrok, by wziąć namiar na turecki namiot. - Roger zawsze lubił w ten sposób czcić uroczyste okazje. Poprzednio zrobiliśmy to, kiedy pokonał BoIingbroke'a. Misterium jest długie i skomplikowane... - Domyślam się. Daniel dotarł do miejsca, z którego mógł spojrzeć w twarz Rogera, widoczną w pulsującym fosforowym blasku. - W chwili...

erupcji... nastąpił atak... - Prawdopodobnie zawał. - „Wezwij Daniela!”, zawołał wtedy. „Nie chcę pijawek! Nie chcę zgasnąć jak król Lolek!”. Pobiegłam po pana, a kiedy wróciłam, był już... taki jak teraz. - To znaczy, martwy? Daniel zakończył już rytualne sprawdzanie pulsu - całkowicie zbyteczne, gdyż żaden trup nie wyglądał tak martwo jak Roger. Jednakże nabrzmiały krwią członek wzbudził jego wątpliwości. *** Daniel zachowywał dziwny spokój, kiedy służący ściągnęli zwłoki na skraj rydwanu, przełożyli je na mary i wynieśli. Najwidoczniej nawet po śmierci Roger nie stracił swej kojącej aury, która zawsze działała na niego uspokajająco. I tylko widok bezwładnych kończyn Ravenscara w okrutny sposób uświadomił mu, że cała przemyślność Rogera, cała jego inteligencja i siła osobowości na zawsze odpłynęły z ciała. Zanim drzwi sali balowej zatrzasnęły się za marami, Daniel zaczął się rozklejać. Rydwan, jak się okazało, był zaopatrzony w osłonę - coś w rodzaju brokatowej płachty ochronnej, która miała zapewne chronić wnętrze przed kurzem i ptasim guanem, gdy pojazd czekał w wozowni na chwile rogerowego triumfu. W tej chwili była zrefowana i przywiązana do krawędzi pojazdu za pomocą licznych sznurów ze

złotymi chwaścikami. Kapłanka Wulkana odwiązała je teraz, rozwinęła płachtę i zaczęła rozpinać ją nad łóżkiem, na którego środku siedział Daniel, z łokciami opartymi na kolanach i twarzą ukrytą w dłoniach. Łzy przeciekały mu przez palce. - Nie chcę żyć w świecie bez Rogera - usłyszał swój głos i podziękował w duchu Bogu, że Roger tego nie słyszał. - Był moim dopełnieniem... opiekunem... wspólnikiem... mecenasem... Prawie jakby był moją żoną albo czymś w tym guście... - Albo pan jego - zauważyła panna Barton. Dopełniwszy dzieła umieszczenia Daniela w przytulnym i bezpiecznym jak matczyne łono wnętrzu Rydwanu Wulkana, zadarła spódnicę, na czworakach wgramoliła się do środka i uspokajającym gestem położyła mu dłoń na ramieniu. - Boże święty! - wykrzyknął Daniel. - To naprawdę nie jest już planeta dla mnie. Co mam teraz zrobić? - Roger sporządził nadzwyczaj precyzyjny testament. Wiem, bo mi go pokazywał. Zapisał pieniądze Towarzystwu Królewskiemu; muzeum, które ma powstać tutaj, w jego rezydencji; klubowi KitCata; Operze Włoskiej; a także Instytutowi Sztuk Technicznych Kolonii Zatoki Massachusetts. Daniel nie powiedział głośno tego, co sobie pomyślał: że w parze z aktywami Rogera z pewnością będą szły pasywa podobnej lub większej wartości. Roger szachował wierzycieli niespodziankami, groźbami, odwracaniem ich uwagi i spijaniem ich do nieprzytomności

- ale teraz zjawią się wszyscy naraz, zbiegną się jak mrówki obłażące bezbronną padlinę. Odjął dłonie od twarzy i zaczął bełkotać: - Nie to miałem na myśli. Mam huk roboty, z którą muszę zdążyć przed dwudziestym dziewiątym października. Nie dawałem sobie wielkich szans nawet kiedy Roger był pod ręką i mógł załatwić większość spraw za mnie; pozostali członkowie Komisji Skarbu to szarlatani i figuranci. Sam muszę zorganizować Próbę Pyxis. A co ja wiem na ten temat? Nic! Trzeba zamknąć Clerkenwell Court i Bridewell, zlikwidować warsztaty. Instytut Sztuk Technicznych będzie musiał zaprzestać działalności; wyślę list do Enocha, niech sprzeda siedzibę. Co tam jeszcze było... No tak, księżna Walii prosi mnie, abym pomógł jej przyjaciółce, która próbuje sobie jakoś ułożyć życie

uczuciowe.

Ta

prośba

jest

najeżona

większą

liczbą

niebezpieczeństw i komplikacji niż, na przykład, polityka zagraniczna Republiki Weneckiej. - Głupio mi się trochę śmiać w takich smutnych okolicznościach - przyznała kapłanka Wulkana. - Ale, za przeproszeniem, gada pan od rzeczy. Daniel mógłby wziąć jej te słowa za złe, gdyby nie zaczęła równocześnie masować mu mięśni karku i pleców pomiędzy łopatkami. - Roger zawsze powtarzał, że w pewnych kwestiach nie można panu odmówić bystrości, ale co taki człowiek jak pan wie o sprawach sercowych? Ha, na samą wzmiankę o nich mięśnie plączą się panu w

supły. Proszę się położyć na brzuchu, żeby olej nie spływał po plecach. - Olej?! Jaki olej?! - Ten... - Och, na Boga! - Tak lepiej. Teraz mogę na panu usiąść okrakiem; większość mojego ciężaru przyjmie pan na pośladki, o tak... Łatwiej mi w ten sposób dosięgnąć tych rejonów ciała, którym smarowanie i dobry masaż przyda się najbardziej. - Czy tak właśnie robił to Roger? - spytał Daniel dużo, dużo później. - Nie, Roger wolał na czworakach, jak... - Nie, nie, panno Barton, nie o to pytałem. Czy to dzięki temu Rogerowi udawało się żonglować tyloma piłeczkami na raz i nie zwariować? - Pyta pan o sprawy, o których nie mam pojęcia, doktorze Waterhouse. Proszę się odwrócić na wznak. - Zmierzałem do tego, że troski, które jeszcze niedawno przyćmiewały mi umysł, uleciały w niepamięć... Na Boga, panno Barton! - Miałam wrażenie, że troski znów zakradają się panu do głowy. Dlatego uznałam, że należy działać szybko i zdecydowanie. - Jakie... troski...? Panno... panno... panno... Barton... - No właśnie... Nie mam racji? Niechże pan podniesie biodra z drugiej strony... O, już. Lepiej, prawda? Resztę niech pan zostawi

mnie. Utrzymanie równowagi w tym rydwanie... bywa... kłopotliwe, strasznie... huśta... I

rzeczywiście,

łożyska

rydwanu

Wulkana

zaskrzypiały

przeraźliwie, gdy zaczął się kołysać w przód i w tył, w przód i w tył. Daniel miał już swoje lata, więc i przejażdżka trwała stosownie długo, ale primum mobile - ciało panny Barton - było młode i (jak zgodnie twierdził cały Londyn) w doskonałej formie, toteż bez najmniejszego problemu zniosło te trudy. Daniel miał wrażenie, że unosi się swobodnie w przestrzeni absolutnej i zaczął fantazjować, że rydwan wyjeżdża z sali balowej, opuszcza teren posiadłości, przemierza Tottenham Court Road, prześlizguje się po zroszonych łąkach Lambs Conduit Fields, coraz dalej i dalej... aż nagle wpadł do studni. Otworzył oczy. Było po wszystkim. Panna Barton zeskoczyła z niego wykonując salto w tył (i zahaczając głową o płachtę) i z wprawą wetknęła sobie zwój szat rzymskiej kapłanki między uda. - Może pani wuj jednak miał rację - powiedział Daniel. - Wydaje się to wręcz oczywiste, gdy porównać martwego Rogera z żywym Danielem: pierwszemu ewidentnie brakuje tego, co ma ten drugi! - Teraz ma pan tego trochę mniej - zauważyła filuternie panna Barton i zastrzygła uchem, wychwyciwszy jakiś dobiegający z zewnątrz dźwięk, który umknął uwagi Daniela. - Kto tam?! - zawołała i chwyciła płachtę, szykując się do zerwania jej. - Niech pani tego nie robi! - wykrzyknął Daniel, leżał bowiem na łożu w nadzwyczaj nieskromnej pozie i stroju. Panna Barton przewróciła oczami.

- Służący nie takie rzeczy widzieli - uspokoiła go i pociągnęła materiał. Płachta opadła i spoczęła mu na głowie niczym marszczony daszek. Wyjrzawszy spod niej spojrzał prosto w twarz sir Isaaca Newtona, który stał przed nim zwrócony plecami do wulkanu i przyświecał sobie latarnią. - Przybyłem natychmiast, gdy tylko doszła mnie ta okropna wieść - oznajmił Isaac w którymś momencie trwającej chyba z pół godziny chwili, podczas której Daniel nie mógł wykrztusić słowa. Nie okazał najmniejszego zdziwienia na widok Daniela w takim miejscu i takiej pozie - co dawało do myślenia. Czyżby od początku podsłuchiwał, dzięki czemu miał aż nadto czasu, by zapanować nad gniewem i zdumieniem? A może jego opinia na temat moralności Daniela sięgnęła dna i nic już nie było w stanie go poruszyć? - Widzę jednak, że sytuacja jest pod kontrolą - dodał. - W rzeczy samej, wuju. - Panna Barton zsunęła się z łoża i z miną niewiniątka cmoknęła go w policzek. - Mogę być w czymś pomocny? - zainteresował się Isaac. Daniel miał pustkę w głowie. W późniejszym czasie miał mieć aż nazbyt wiele sposobności ku temu, by przeżywać tę chwilę co rusz od nowa. napawając się swoim bezgranicznym wstydem - ale w tej chwili uderzyło go co innego: kiedy tak siedział na łóżku w na wpół zdartej koszuli nocnej i wpatrywał się w całkowicie ubranego Isaaca, wieść o śmierci Rogera z pewnością zataczała coraz szersze kręgi, rozchodząc się po całej metropolii. Ludzie zrywali się ze snu i

zaczynali działać, uprzedzając Daniela na rozliczne sposoby, których on nigdy nie będzie świadom. Zamek, więzienie Newgate 29 września 1714 Zjeżony wieżyczkami kasztel stał okrakiem nad Holborn. Z tej strony, gdzie dżentelmen i jego gospodarz zasiedli do herbatki, szczycił się szlachetną fasadą, która miała imponować jeźdźcom przybywającym do Londynu od zachodu. Łukowato sklepiona brama skutecznie pełniła rolę parteru gmachu, na piętrze zaś znajdowała się maszyneria służąca do podnoszenia i opuszczenia brony zdolnej wytrzymać rzetelne oblężenie. Maszyneria kryła się za szeregiem wnęk, w których Wolność, Sprawiedliwość i inne szlachetne damy chowały się przed deszczem - co nie ochroniło ich jednak przed sczernieniem od dymu. Nic więc dziwnego, że spoglądały w dół, na przechodniów wzrokiem godnym Furii. Następne piętro było ozdobione potrójnym gotyckim oknem, zawieszonym nad ulicą jak drzwiczki nad tarczą niemieckiego zegara, przez które co godzina wyskakuje kukułka. Za tym oknem znajdowało się nowe mieszkanie Jacka, który jednak nie mógł przez nie swobodnie wyglądać, gdyż wprawiono w nie grube pręty. Można by wręcz pomyśleć, że pierwszym mieszkańcem był kowal, który spędził w tym lokum co najmniej miesiąc, bo tyle czasu musiało trwać wykucie i wmurowanie krat. Samo okno było jednak przepiękne, wyższe od Jacka i szersze

niż jego rozpostarte ramiona, toteż mimo solidnego okratowania przepuszczało mnóstwo światła. Zamek - bo tak nazywano tę część Newgate - był przeznaczony dla lepszych więźniów, przez co brakowało mu wyposażenia powszechnie spotykanego w innych rejonach więzienia, na przykład wprawionych w ściany żelaznych obręczy, do których można by przykuć dokuczliwego pensjonariusza.

Dlatego strażnicy

byli

zmuszeni improwizować: przewlekli stufuntowy łańcuch przez kraty w oknie i przykuli go do kajdan na kostkach Jacka. Długi łańcuch pozwalał mu swobodnie kuśtykać po całym pomieszczeniu, nie sięgał jednak do wejścia. W tej chwili Jack siedział przy stole i popijał herbatę. Jego gość stał przy oknie i wyglądał przez kraty, podziwiając widok na drogę do Snów Hill. Ćwierć mili od Newgate przechodziła na drugą stronę Fleet Ditch, dalej puchła, zwiększając swą szerokość dwu - albo trzykrotnie, i wędrowała przez eleganckie place, na których w czasach dzieciństwa Jacka pasły się krowy. Znacznie bliżej, najwyżej w odległości strzału z łuku, znajdował się kościół Grobu Świętego - stara angielska świątynia, zbudowana zgodnie z modelem architektonicznym znanym specjalistom pod nazwą Wielkiej Kupy Kamieni. Tam właśnie Jack i jego towarzysze w ostatniej drodze do Tyburn zostać mieli za miesiąc poddani przydługiemu i nudnemu rytuałowi. Jack wolał zatem nie patrzeć w stronę kościoła, a zwłaszcza na jego dziedziniec, który pochłonął więcej zmarłych niż był w stanie strawić.

- Do diaska! - żachnął się gość. - Wygląda na to, że najlepsze londyńskie apartamenty mieszczą się w więzieniach. W dodatku zamieszkują je ludzie, z którymi mam same kłopoty. Na tle potrójnego okna rysowała się jego perfekcyjnie dandysowska sylwetka, jaką zręczny miniaturzysta na Pont Neuf mógłby wyciąć z czarnego kartonu. Od wysoko spiętrzonych loków peruki po czubki butów, i z powrotem do góry, po muskularnych łydkach i połach znakomicie skrojonego surduta - tak wędrował wzrok Jacka. Dandys miał pas z rapierem w pochwie; Jack zastanawiał się nawet przez chwilę, czy nie zdzielić go przez łeb łańcuchem i nie zabrać broni, ale ponieważ nic by mu to nie dało, darował sobie te rozważania, otrząsnął się z krwawych urojeń i podjął próbę podtrzymania rozmowy: - Ma pan na myśli tego faceta z Clink? Sławnego Dappę? - Dobrze wiesz, że tak. - Charles White odwrócił się plecami do okna i z roztargnieniem pogładził przełożony przez kraty łańcuch. Zanim w tym kraju zapanował taki bałagan, wszyscy, którzy przysparzali kłopotów lepszym od siebie, siedzieli w takich miejscach jak to. Cieszę się, że zachowujemy chociaż pozory cywilizacji. - Ale czy Dappa zamknięty w Clink nie jest bardziej kłopotliwy niż na wolności? - Wiążę z nim pewne plany. Tak jak i z tobą. Na tym właśnie polega użyteczność takich miejsc, jak Clink i Newgate: pozwalają przetrzymać ludzi takich jak wy do czasu, aż ludzie tacy jak ja zaplanują, co z nimi zrobić.

- Rozumiem. Wiedziałem, że w końcu do tego dojdziemy, i jestem gotowy. Jest pan przewidywalnym nudziarzem, panie White. Dlatego wystarczy, że zadam sobie pytanie: jaki najpospolitszy i najbanalniejszy plan może się zrodzić w ludzkiej głowie? To oczywiste: pozbyć się mnie. Trudno jednak, żebym przejął się taką groźbą, skoro za miesiąc spotkam się z katem na Tyburn Cross, a wątpię, by mógł mnie pan zamordować tutaj w sposób bardziej okrutny, niż on zrobi to tam. Stąd wniosek, że nie może mi pan grozić. Może mi pan co najwyżej zaproponować jakieś korzyści. - Ależ się rozpędziłeś! - wykrzyknął White. - Wypadałoby chyba najpierw porozmawiać o tym, co będziesz musiał zrobić. - Nie ma takiej rzeczy, którą bym musiał zrobić - przypomniał mu Jack. - W pewnym sensie jestem najbardziej wolnym człowiekiem na świecie. Do czego chce mnie pan namówić? - Zostałeś oskarżony o fałszowanie pieniędzy, traktowane i karane jak zdrada stanu. Sir Isaac Newton dysponuje mocnymi dowodami, nie ma więc sensu cię bronić. Zapytają cię, czy przyznajesz się do winy; to tylko formalność, ale niezbędna. Jeżeli odmówisz odpowiedzi, zostaniesz poddany peine forte et dure, czyli ściskaniu ciężarami, aż albo umrzesz, albo zmienisz zdanie. - Od małego regularnie bywałem w Newgate, więc doskonale znam procedury. Do czego pan zmierza? - Jeżeli zgodzisz się zeznawać, dopilnuję, by wysłuchało cię więcej osób niż tylko sir Isaac. W ich obecności powiesz, że sir Isaac

oszukiwał przy biciu gwinei, a ukradzione w ten sposób z królewskiego skarbca złoto... - Chował do kieszeni? - Nie. - Wydawał na prostytutki? - Nie. - Przepijał? -

Nie.

Wykorzystywał

w

prowadzonych

w

Tower

eksperymentach alchemicznych. - No tak! Ależ ze mnie dureń! - Jack plasnął się otwartą dłonią w czoło z takim zapałem, że zagrzechotały ogniwa łańcucha spinającego mu kostki. - To się nazywa wiarygodne oskarżenie! -

Kiedy

lord

Bolingbroke

o

tym

usłyszał,

rozpoczął

przygotowania do Próby Pyxis - ciągnął White niezwykłym, melodyjnym tonem, który miał przypomnieć Jackowi, że jest to bajeczka, której powinien nauczyć się na pamięć. - Na wieść o tym Newton wpadł w panikę, skontaktował się z tobą i nakłonił ciebie i twoją bandę... - Bandę-śmandę... Dlaczego wszyscy tak ich nazywają? Tak można mówić o... sam nie wiem... o kryminalistach. A to jest moja rodzina i przyjaciele. - Nakłonił was, abyście wdarli się do Tower, otworzyli Pyxis, usunęli zeń sfałszowane gwinee, które dowodziłyby winy Newtona, i podrzucili na ich miejsce prawdziwe. W tym celu wywiózł mnie i innych w okolice toru Shive, każąc nam szukać wiatru w polu. Twoja

misja się powiodła, ale nie do końca; tu będziesz musiał wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. W każdym razie z tego właśnie powodu Newton usiłuje w majestacie prawa zlikwidować ciebie i twoją... twoich wspólników. Chce zatrzeć ślady. - Opowiedzenie tej historii w obecności mojego prześladowcy i gromadki zdumionych facetów w wielkich perukach z pewnością dostarczyłoby nam wszystkim rozrywki - przyznał Jack. - Rozważę pańską propozycję. W najbliższych tygodniach zamierzam chodzić wokół niej jak wokół stojącego na środku pokoju posągu, oglądać ją z różnych stron i w różnym świetle i wypatrywać jej słabych punktów. - Dobrze słyszałem? Powiedziałeś „tygodniach”? Przecież... - Czasu mam aż nadto - uciął Jack stanowczo. - Rozważałbym ją znacznie poważniej, gdyby był pan łaskaw mnie poinformować, co będę z niej miał poza półgodzinną uciechą. - Proponuję ci ucieczkę - powiedział White. - Do Ameryki. Tobie i twoim... wspólnikom trzymanym we Fleet. Te słowa poruszyły Jacka, który wstał od stołu, szurając nogami (i wlokąc łańcuch), podszedł do okna i stanął obok White'a. White spozierał przez okno wzdłuż ulicy i lekko na prawo, w ten niezbyt subtelny sposób usiłując zwrócić jego uwagę na kościół Grobu Świętego i inne ponure stacje Wisielczego Marszu. Jack jednak spojrzał w drugą stronę, w lewo, gdzie kilka ważnych budowli tworzyło równy ciąg biegnący prosto na południowy zachód. Pierwsze z brzegu, w zasięgu strzału z muszkietu, a zatem równie jak Newgate wygodne i łatwo dostępne z Old Bailey, znajdowało się więzienie

Fleet: potężny kloc obwiedziony grubym murem i nastroszony miriadami kominów, ciągnący się wzdłuż długiego rowu z gównem, od którego

wziął

swoją nazwę. Dalej, po

drugiej

stronie

wspomnianego rowu i nieco niżej rozpościerało się Bridewell, zamieszkane przez Kobiety Upadłe. Potem wzgórze opadało w nurt Tamizy, a daleko, daleko na horyzoncie majaczyła wieża należąca jak domyślał się Jack - do Opactwa Westminsterskiego. Całą przestrzeń pomiędzy

tymi punktami orientacyjnymi szczelnie

wypełniały nijakie londyńskie domy, powstałe po Wielkim Pożarze, a więc zbudowane z czarnej, osmolonej cegły i ustawione ściana przy ścianie, bez odrobiny zieleni, nie licząc tych rzadkich miejsc, gdzie jakiś gniazdujący ptak, który porwał kawałek mchu lub źdźbło trawy, został zmuszony do wypuszczenia go z dzioba przez kruki - bandytów na usługach Matki Natury. Więzienie Fleet wyróżniało się z morza zabudowy tylko tym, że sterczało na środku niewielkiego placu: miało więc kawałek własnego terenu i ogrodzenie. - Mam uwierzyć, że w jedną noc wyciągnie pan trzech ludzi stamtąd oraz mnie stąd? - spytał Jack. - Bo trzeba by to zrobić jednocześnie.

Osobiście

uważam,

że

to

byłoby

praktycznie

niewykonalne nawet gdyby wigowie nie stłukli waszej partyjki na kwaśne jabłko i nie przegonili połowy jej zwolenników do La France. - Nie ukrywam, że jestem rozczarowany, słysząc takie powątpiewanie w słowach zdobywcy Tower - odparł White. - Ja miałem odpowiednie siły i środki, a pan...

- Nie doceniasz uporu i bogactwa mojej partii. Niech daj się zwieść tymczasowej nieobecności Bolingbroke'a. Szykuje się bunt, Jack. To może potrwać jeszcze rok, dwa, ale wspomnisz moje słowa: jakobicka armia ruszy i zmiecie z powierzchni ziemi uzurpatorski pomiot. - Ma pan na myśli króla Anglii? - Niektórzy tak go nazywają. Zorganizowanie zwykłej ucieczki z więzienia, a nawet dwóch, odbywających się równolegle, to rzecz banalnie prosta, Jack. Zwłaszcza w wypadku Newgate, skąd różni ważni więźniowie uciekali równie często i chętnie jak z Tower. - Muszę panu uwierzyć na słowo. Żaden z gości, których poznałem tutaj jako chłopak, nie uciekł inaczej jak tylko przez Potrójne Drzewo. - Pomyśl w takim razie, jak wielką wartość dla mojej partii ma możliwość zdyskredytowania za jednym zamachem sir Isaaca Newtona, angielskiego pieniądza i wigów. W porównaniu z tym koszt zaaranżowania podwójnej ucieczki z więzienia jest śmiesznie niski. -

Szanowny

panie,

pańska

oferta

została

przyjęta

do

rozpatrzenia. Odczekam teraz stosowny czas, aby inni oferenci mogli złożyć mi konkurencyjne propozycje, następnie rozważę je wszystkie i podejmę rozumną decyzję - chyba, że mój stary kompan, duch przekory, znowu weźmie nade mną górę. „Pod Czarnym Psem”, wiezienie Newgate 4 października 1714

Newgate było najbardziej uniwersalnym budynkiem w mieście. Pełniło funkcję rejonowego więzienia hrabstwa Middlesex dla bandytów i dłużników (uczciwych i nie), a także londyńskiego więzienia dla kryminalistów - i w tej właśnie roli gościło Jacka Shaftoe oraz setki łotrów, którzy mogli co najwyżej pomarzyć o byciu Jackiem Shaftoe. Ale i w tej grupie społecznej można było wyróżnić pośrednie warstwy i rangi. Nie wszyscy londyńscy przestępcy byli rzezimieszkami,

rozbójnikami,

złodziejaszkami,

włamywaczami,

szulerami, kieszonkowcami czy koniokradami. Trafiali się wśród nich także pechowi dżentelmeni winni zdrad, morderstw, napaści z bronią w ręku, gwałtów, skandali, długów, pojedynków, bankructwa oraz fałszowania pieniędzy. Wszystkie te zarzuty - poza gwałtem i długami - odnosiły się także do Jacka. Chyba tylko Noe mógłby się podjąć stworzenia osobnych oddziałów więziennych dla każdej z tych kategorii, lecz wymieszanie ich wszystkich w jednej celi byłoby z kolei sprzeczne z naturą, a z pewnością nieangielskie. Dlatego Newgate podzielono na trzy duże części. Poniżej przewiewnych apartamentów w Zamku i przy Dziedzińcu, gdzie podupadłe fircyki pławiły się w luksusach i spłacały dług wobec społeczeństwa, grając w karty, a zarazem powyżej ohydnych, zawszonych cel dla pospólstwa (zwanych Oddziałem Dolnym), znajdował się Oddział Górny. Jedna jego połowa była zarezerwowana dla kryminalistów, a druga dla dłużników, w praktyce jednak skazańcy mieszali się swobodnie, zwłaszcza w części wspólnej, zwanej „Pod Czarnym Psem”.

Mieszkańcy Dziedzińca i Zamku różnili się od zwyczajnych londyńskich osobistości tylko tym, że stale nosili kajdany. Więźniowie z Oddziału Dolnego wyglądali tak smętnie, tak beznadziejnie, jakby wręcz pysznili się swoją żałosnością i nawet bez ciężkich oków, które mieli obowiązek nosić, nikt nie wziąłby ich za ludzi wolnych. Natomiast lokatorzy Oddziału Górnego tak się mieli do żyjących na wolności londyńczyków, jak suszone i solone dorsze porozwieszane na targu na stojakach, do dorszy żywych i pływających w morzu; inaczej mówiąc, jeśli człowiek zmrużył oczy, przekrzywił głowę i wytężył wyobraźnię, mógł sobie od biedy wyobrazić, jak musieli dawniej wyglądać. Od czasu do czasu rodzina i przyjaciele przynosili im jedzenie, świeże ubrania, świece i przybory toaletowe, toteż większość była w stanie zachować pozory urody i stylu, jakimi mogli się pochwalić przed zakuciem w żelaza. Gość tawerny wyglądał jak jeden z nich. Na Newgate Street połatane ubranie byłoby stygmatem biedy, tutaj jednak, „Pod Czarnym Psem”, postrzegano je raczej jako świadectwo tego, że tam, na zewnątrz, ktoś wciąż o nim pamięta. Czarna peruka - wyleniała i zmierzwiona - przysporzyłaby mu kpin na Charing Cross, ale „Pod Czarnym Psem” dowodziła... No, dowodziła, że nadal ma perukę. Podobnie można by skomentować jego buty, pończochy i zsunięty nisko na czoło trójgraniasty kapelusz. Nawet uciążliwy, chrapliwy kaszel zdradzał typowego lokatora Newgate, podobnie jak szemrana, przyciszona mowa. Każdy bywalec tawerny zaliczyłby go do odsiadujących długi wyrok dłużników z Oddziału Górnego, po czym,

przyjrzawszy mu się uważniej, zauważyłby dwie dziwne rzeczy. Pierwsza była taka, że nie nosił kajdan na nogach, czyli mógł w każdej chwili wyjść. Druga, że jego rozmówcą jest skuty w kostkach łańcuchem mieszkaniec Dziedzińca lub Zamku, czysty i elegancki, który tylko przelotnie zawitał „Pod Czarnego Psa”. Spore grono uzbrojonych w pałki strażników stłoczyło się w tawernie, by mieć na niego oko, gdy rozmawiał ze swoim gościem, szybko jednak doszli do wniosku, że niemożliwe jest, aby stary, rozkaszlany obdartus ze świszczącym oddechem spiskował z Jackiem Shaftoe w celu uwolnienia tego ostatniego. Zresztą, gdyby jednak pomylili się w jego ocenie, wystarczyłoby mu sprzedać solidnego kuksańca i byłoby po kłopocie. Dlatego odprężyli się, pogonili więźniów od stolików i sami zajęli ich miejsca, po czym zamówili u więźnia-barmana coś do picia i spokojnie czekali na rozwój wydarzeń, obserwując siedzącego w kącie sali Jacka. - Dziękuję, że pan przyszedł - powiedział Jack, zwracając się do swojego gościa. - Sam byłbym pana chętnie odwiedził, ale przez większość czasu jestem przykuty do grubej kraty w oknie. Gość skrzywił się i zakaszlał. - Ale pewnie zainteresuje pana informacja, że od pewnych osób otrzymałem nader kuszące propozycje. Znacznie atrakcyjniejsze niż wszystko, co mi pan dotąd oferował. Gość wymamrotał coś z zapałem, a kiedy słowa okazały się niewystarczające, wykonał jednoznaczny gest, jakby przecinał coś kantem dłoni.

- Oczywiście, co do tego nie mam złudzeń - zapewnił go Jack. Od naszego spotkania tutaj w dniu dwudziestego ósmego lipca wiele się

zmieniło.

Wszyscy

wytrwale

mi

powtarzają,

że

macie

niepodważalne dowody mojej winy, które pozwolą posłać mnie i chłopców do Tyburn. Dlatego nie wrócę do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej: do kwestii farmy w Karolinie; to dzisiaj marzenie ściętej głowy. Ale, na Boga, człowiek tak inteligentny jak pan musi chyba zdawać sobie sprawę, że pańskiej nowej propozycji daleko do atrakcyjności! Miłosierna egzekucja, czyli długi lot i krótkie szarpnięcie, a potem przyzwoity pogrzeb dla mnie i moich synów?! Chyba nie sądzi pan, że pójdę panu na rękę w zamian za takie ochłapy? Gdybym chciał po prostu szybko umrzeć, mogę to załatwić dyskretnie, w zaciszu swojego apartamentu! Gość wygłosił dłuższą przemowę, przerwaną w końcu atakiem kaszlu, który chyba sprawił mu okrutny ból, gdyż wił się i giął wpół na krześle. - Pęknięte żebra - zdiagnozował doktor Jack Shaftoe. - Znam ten ból, drogi panie, sam go doświadczyłem raz czy dwa... Coś strasznego, prawda? Złamana ręka czy noga zrasta się migiem, ale żebra... Goją się całe wieki! Jack podtrzymywał w ten sposób konwersację, czekając, aż gościa przestanie dręczyć kaszel, co też w końcu nastąpiło. Gość przytknął chusteczkę do ust, Jack zaś mówił dalej: - Mogę śmiało stanąć przed każdym, kogo mi pan wskaże, położyć dłoń na Biblii i przysiąc, że monety, które pan wybił, a ja

wyjąłem z Pyxis, były uczciwe, natomiast te, które podrzuciłem na ich miejsce, wybiłem z mniejszej niż należało ilości złota. Pan jednak całkiem słusznie zapytuje, kto, do diabła ciężkiego, uwierzy w moje zapewnienia. Na pewno nikt przy zdrowych zmysłach. Otóż to. Właśnie. W rzeczy samej. Potrzebuje pan dowodu rzeczowego w postaci monet, które ukradłem. I pewnie chciałby pan wiedzieć, gdzie one są? No cóż, raz już przecież powiedziałem, że cały swój łup oddałem świętej pamięci markizowi Ravenscar. Myślałem, że to panu wystarczy, ale ponieważ nie przestawał mi się pan naprzykrzać, po śmierci markiza postanowiłem rozpytać się trochę wśród tych spośród moich znajomych, którzy jeszcze żyją, nie siedzą w więzieniach i nie zostali skazani na banicję. I co się okazało? Kiedy Ravenscar zmarł, jego przyjaciel, doktor Waterhouse, zabrał znajdujące się w jego domu sinthie z Pyxis i ukrył je w jakimś podziemnym skarbcu w Clerkenwell... Po pańskiej minie widzę, że zna pan to miejsce. Przetłuszczona peruka zakołysała się w przód i w tył, gdy gość z zapałem pokiwał głową, a potem mruknął coś pod nosem. - Nigdy nie mówi pan wprost, o co panu chodzi, ale na szczęście potrafię przełożyć pańskie słowa na zrozumiałą angielszczyznę: stracił pan wpływ na Królewskich Gońców i musi działać dyskretnie. Wcześniej po prostu urządziłby pan najazd na Clerkenwell Court, teraz jednak ktoś musi najpierw zatwierdzić pański pomysł. Jeżeli chce pan, abym zeznał przed sądem, że monety z Pyxis trafiły właśnie tam, to proszę bardzo: jestem gotowy to zrobić - w zamian za wolność dla Jimmy'ego, Danny'ego i Tomby. Dla siebie zaś proszę tylko o

życie: możecie mnie do końca moich dni trzymać pod kluczem, jeśli taka pańska wola, ale nie dam się poszatkować w Tyburn, żeby kat mógł sobie zamarynować moje szczątki. Gość wymamrotał coś, wbił paznokcie w blat stołu i z trudem wstał. - W takim razie do zobaczenia za tydzień! - zawołał Jack. Gość nie odpowiedział. Odwrócił się, zwracając twarz ku ścianie, po czym, szurając nogami, wyszedł z tawerny. *** Część strażników miała ochotę od razu doskoczyć do Jacka i zawlec go z powrotem do celi nad bramą, ale niektórzy nie zdążyli jeszcze dopić piwa. W dodatku Jack dosłownie przed chwileczką postawił wszystkim kolejkę i sam dostał pienisty kufel, z którego nie zaczął nawet pić. Wywlekanie go z lokalu w takiej chwili byłoby w najwyższym stopniu nieuprzejme. Tak więc Jack siedział sobie spokojnie, witał się i wymieniał uprzejmości z tymi spośród więźniów, którzy ośmielili się do niego podejść, cmoknął nawet w policzek jakąś dziewkę z Oddziału Dolnego (niezłą zakapiorkę, sądząc po wyglądzie), dopóki po dłuższej chwili przy sąsiednim stoliku nie zaczął się ruch. Siedziało tam dwóch mężczyzn, którzy przysłuchiwali się wcześniej rozmowie Jacka z tajemniczym gościem: jeden był młody i muskularny, wiek drugiego trudno było określić (nosił bowiem perukę i miał postawiony kołnierz), ale sądząc po jego

kościstej twarzy należał do tych szczęśliwców, którzy mogli sobie drwić z upływu lat. Większy nie ruszył się z miejsca, obrócił się tylko w taki sposób, żeby kątem oka obserwować sąsiedni stolik. Mniejszy wstał, przeszedł do kąta i przysiadł się do Jacka. Trzymał oburącz kufel (za który płacił Jack!), nie podniósł go jednak do ust, lecz ściskał kurczowo w dłoniach, aby mu się nie trzęsły. A miały ochotę się zatrząść z wściekłości... Chociaż tak naprawdę to chciały zacisnąć się na gardle Jacka Shaftoe. Jack przez dobre kilka minut obserwował swojego nowego towarzysza - który potrzebował aż tyle czasu, by pohamować gniew i móc normalnie mówić. - Od jak dawna... - wykrztusił w końcu - od jak dawna sączysz te... te ohydne kłamstwa do uszu sir Isaaca Newtona?! - Odkąd mnie tak chętnie słucha. Będzie już ze dwa miesiące. Nigdy tego nie pragnąłem. Najważniejsi ludzie w tym mieście są gotowi skakać jak małpa na drucie, byle tylko Ike zwrócił na nich uwagę; kto by pomyślał, że nadstawi ucha akurat wagabundzie? A tymczasem, odkąd zakuł mnie w kajdany, mam u niego posłuch większy niż sam król Anglii. Wystarczy, że pstryknę palcami, a on już przybiega, gotowy słuchać całymi godzinami. - Po tym, jak markiz Ravenscar odszedł na tamten świat, Isaac Newton jest moim najstarszym przyjacielem. A właściwie był, gdyż nasłuchawszy się twoich kłamstw zmienił się w zawziętego i niebezpiecznego wroga. Jack prychnął.

- Widziałem, jacy z was przyjaciele, kiedy dwudziestego ósmego lipca spotkaliśmy się tutaj na rozmowie. Na twarzy Ike'a cały czas malowała się podejrzliwość - nie wobec pana, rzecz jasna. Wobec całego świata. Wtedy zrozumiałem, że mogę go nakręcić paroma słowami i teraz jesteście wrogami. Co ma dla mnie znaczenie równie wielkie, jak fakt, że w Kairze całe roje much obsiadają wielbłądzie zady. Pański dawny przyjaciel, obecny wróg czy kim tam jest dla pana stary Ike, najchętniej rozszarpałby mnie na strzępy. Jednakże ten sam człowiek, który chciałby mnie tak okrutnie skrzywdzić, jest najwyraźniej jakimś alchemikiem albo czarownikiem z bajki. Podobnie jak elfy i trolle, tacy jak on wymierają i niedługo zabraknie ich na tym świecie; to oczywistość, z której zdają sobie sprawę równie dobrze tacy jak pan czy ja. O ile jednak my nie przejmiemy się ich wyginięciem, o tyle Isaac i jego kumple oczekują Apokalipsy, która będzie ich największym i ostatecznym triumfem. Jeden taki namolny gość przyłaził do nas w obozie wagabundów; z braku lepszych rozrywek nabijaliśmy się z niego bez litości. I tak jak właściciel baru wykorzystuje zamiłowanie klientów do dżinu, aby wyciągać od nich pieniądze na utrzymanie swojej rodziny, tak ja wykorzystuję trawiącą Ike'a żądzę zdobycia złota Salomona do zapewnienia sobie i moim chłopakom lepszej przyszłości. I nie spocznę, dopóki nie dopnę swego. Jeżeli skutek będzie taki, że Ike dokona najazdu na tajną wigowską mennicę w Clerkenwell i sprowadzi tu pana i pańskich uczonych kompanów w kajdanach, nie mam nic przeciwko temu. - Dobrze. Rozumiem. Czego pan chce?

- Wolności i miejsca na statku płynącym do Ameryki dla siebie, Jimmy'ego, Danny'ego i Tomby. - Zapamiętam. Wystąpiły jednak pewne komplikacje, o których czuję się zmuszony pana poinformować. - Ja opróżniłem kufel dopiero do połowy, a pan, doktorze Waterhouse, nawet nie tknął swojego... Mamy czas. Byle tylko przestał pan owijać w bawełnę i walnął prosto z mostu, o co chodzi. - Zakładając, że uda się zorganizować waszą ucieczkę, pan i pańscy towarzysze rzeczywiście możecie wylądować na statku do Ameryki. Ale ona nie. Jack miał na końcu języka jakąś ciętą ripostę, ale nagle spoważniał i spojrzał badawczo na Daniela. - Niemożliwe, by mówił pan o tym, o czym ja myślę, że pan mówi. - Wiem, że trudno w to uwierzyć. - Dobrze, powiedzmy nawet, że... No, dużo mogę sobie wyobrazić... Ale dlaczego miałaby akurat pana wziąć na pośrednika? - Nadzwyczaj celne pytanie, na które odpowiedź brzmi: to nie była jej decyzja. Podjąłem się tego zadania na prośbę innej kobiety, przyjaciółki tej, o której rozmawiamy. - Guzik warta taka przyjaźń: prawdziwa przyjaciółka nie próbowałaby naprawić czegoś, co pękło tak dawno temu. To ma być przyjaźń? Też coś! - Co nie zmienia faktu, że przyjaciółka, o której wspomniałem, poprosiła mnie, abym zrobił rozeznanie w tej kwestii. Przyjaciółka

owa jest młoda, naiwna i ma idealistyczne wyobrażenie o sile miłości, et caetera, et caetera. - Jak w teatrze... Nie mówię o wesołych, niemoralnych sztukach z czasów Restauracji, lecz o starszych, które widywałem w teatrach jako młody chłopak. - Pochodzących z epoki, w której wszystko było prostsze. - Otóż to. Właśnie... Nie jestem, w żadnym razie, aż tak naiwny, by wierzyć w takie sentymentalne brednie, mój panie, ale zdaję sobie sprawę, że młode damy, zwłaszcza te nadmiernie rozkochane w teatrze i operze włoskiej, padają czasem ich ofiarą i pozostają pod ich wpływem, dopóki wiek i doświadczenie nie przywrócą im przytomności. Dlatego skłonny jestem założyć, że dama, która pana przysyła, jest po prostu niemądra, a nie złośliwa. - Byłaby zachwycona, znając opinię króla wagabundów na swój temat. - Zbędny przytyk, doktorze. Ta rozmowa jest dla mnie wystarczająco trudna nawet bez pańskich uszczypliwości. Zamierzam powiedzieć panu coś niezwykle ważnego, co musi pan koniecznie przekazać tej mąciwodzie. Proszę słuchać: kobieta, o której rozmawiamy, zapowiedziała mi kiedyś, dawno temu, że aż do dnia swojej śmierci nie zobaczę jej twarzy ani nie usłyszę jej głosu. A nie należy do osób, które łatwo cofają dane słowo. - Jeżeli wymknie się pan śmierci i trafi na pokład statku do Ameryki, siłą rzeczy nie zobaczy jej pan ani nie usłyszy.

- Smutny to los... Ale od dwunastu lat cierpię te katusze, więc kilka dalszych mnie nie zabije. A powieszenie w Londynie owszem. Więzienie Fleet 5 października 1714, po południu Naturalne wydawało się założenie, że więzienie - jak piekło u Dantego - musi wyglądać coraz gorzej, w miarę jak przybysz przekracza jego bramy i zagłębia się coraz dalej w koncentryczne kręgi kolejnych oddziałów. Daniel od wczesnego dzieciństwa omijał Fleet - praktycznie samowystarczalne miasteczko, liczące około tysiąca dusz - szerokim łukiem. Sam gmach więzienia (spalony w sześćdziesiątym szóstym i odbudowany w siedemdziesiątym) miał blisko dwieście pięćdziesiąt stóp długości (mierząc od Oddziału Biedoty na południowym krańcu do znajdującej się na północy kaplicy), czterdzieści stóp szerokości i czterdzieści wysokości, (co wystarczało na pięć niskich kondygnacji, w tym suterenę), tyle tylko, że traktowanie go w całości jako więzienia byłoby takim samym błędem, jak pomylenie White Tower z całym kompleksem Tower. Fleet było osadą zbudowaną w przybliżeniu na planie kwadratu o boku pięciuset jardów i zajmującą - na papierze - około sześciu akrów. Z bliska jednak przypominało jedno z tych wijących się monstrów, jakie Hooke uwielbiał oglądać pod mikroskopem: tętniło życiem, miało niezwykle skomplikowaną strukturę i wydawało się tysiąc razy większe niż było w rzeczywistości. Od zachodu jego umowną granicę

zewnętrzną stanowił Fleet Ditch. Na północy cała Fleet Lane leżała w jego obrębie, ale domy stojące na północ od niej już nie; więzień mógł zatem przejść ulicą, wodząc dłonią po murach północnej pierzei - ale gdyby ośmielił się wejść w którąś bramę lub drzwi, zostałby oskarżony o próbę ucieczki i ściągnął karę finansową na głowę naczelnika. Podobnie rzecz się miała z ulicami Great Old Bailey (wyznaczającą wschodni skraj więzienia) i Ludgate Hill (od południa), chociaż przy tej drugiej sprawa była jeszcze bardziej złożona, Fleet bowiem wypuszczało na południe trzy chude macki w głąb trzech przylegających do Ludgate podwórek. Tak czy inaczej, w ten właśnie sposób wytyczony został w przybliżeniu sześcioakrowy prostokąt, nazywany „klauzurą Fleet”, w obrębie którego niektórzy więźniowie mogli poruszać się bez kajdan i bez straży, pod warunkiem, że uzyskali: Oficjalne postanowienie o poświadczeniu sumy zasadzonego długu, z podanym na odwrocie zastrzeżeniem, że postanowienie traci moc, jeżeli więzień powstrzyma sie od ucieczki. Takie właśnie uświęcone

tradycją

obwarowania

pozwalały

(przynajmniej

teoretycznie) tym spośród więźniów, którzy trafili do Fleer za długi, poruszać się, a czasem także mieszkać na zewnątrz samego więzienia, choć w granicach klauzury, która praktycznie niczym nie różniła się od innych londyńskich dzielnic o wątpliwej reputacji. Wskazówką, że weszło się na jej teren, było dziwne zachowanie niektórych przechodniów: w obrębie sześciu akrów Fleet przechadzali się zupełnie zwyczajne i nie wyróżniali z tłumu, znalazłszy się zaś na którejś z ulic granicznych, zaczynali się poruszać ostrożnie, krok za

krokiem, jakby wyczuwali niewidzialną barierę i bali się, że nieuważny krok lub nieszczęśliwy wypadek zepchnie ich za nią i doprowadzi do oskarżenia o ucieczkę. Całe to rozwiązanie przypominało inne angielskie instytucje, które powstały i rozrosły się bez większego sensu na przestrzeni wieków, jakie upłynęły od podboju normańskiego. Kiedy pierwsi Normanie dotarli w te okolice, zastali tu plac o powierzchni około akra i w kształcie podkowy, płaskim bokiem przylegającej do Fleet (która w owych czasach, jak można sobie wyobrazić, była czystym i wartkim strumykiem) i wybrzuszającej się ku wschodowi. Plac ten już za ich czasów uzyskał wyjątkowy status: biskup Londynu rządził całą okolicą, lecz jego władza nie rozciągała się na jednoakrową podkowę. Ta anomalia wiązała się zapewne w jakiś sposób z zakutanymi w kolczugi Anglami, którzy okładali się nawzajem zakrwawionymi toporami, lecz w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia - liczył się fakt, że po sześciu czy siedmiu stuleciach dziwactwo to przełożyło się na uprzywilejowaną pozycję Fleet jako więzienia dla skazanych za przestępstwa pospolite, a także dla klientów Sądu Najwyższego, Sądu Skarbowego i trybunału Curia Regis. Do Fleet przewożono również podsądnych Sądu Izby Gwiaździstej, kiedy ten jeszcze działał - w taki sposób trafił tu w przeszłości Drakę. Z tych to powodów było wówczas miejscem znacznie ciekawszym i bardziej intratnym dla naczelnika niż w późniejszym okresie, gdy zasłynęło niemal wyłącznie jako miejsce odosobnienia dla dłużników. Od tej reguły zdarzały się jednak wyjątki, i to te wyjątki właśnie szczególnie

interesowały Daniela. Tyle, że, zanim mógł się wziąć za bary z wyjątkami, musiał poznać i zrozumieć normę. Wymagało to od niego rekonesansu, który nie zajął mu wiele czasu, ale i nie przyniósł oszałamiających rezultatów. Nie wierzył własnym oczom i uszom, poznając tajniki zarządzania Fleet. Niczym generał

prowadzący

kampanię

wojenną,

zamierzał

starannie

zaplanować bitwę: stworzyć spis wrogich oddziałów, policzyć żołnierzy, zweryfikować ich uzbrojenie - tymczasem bez względu na to, przez ile dokumentów się przekopał i ilu bankrutom postawił dżin w nędznych spelunkach, wałczących na terenie klauzury o byt z najtańszymi jatkami i burdelami, doliczył się tylko następujących urzędników: • Naczelnik: zakup tego stanowiska traktował jak inwestycję (była

to

prawdopodobnie

najbardziej

skomplikowana

forma

ubezpieczenia na życie) i był wiecznie nieobecny. • Zastępca naczelnika: zawarł z naczelnikiem specyficzny kontrakt,

dzięki

któremu

naczelnik

był

zwolniony

z

odpowiedzialności i kar pieniężnych za ewentualne ucieczki więźniów. Szczegóły były nieistotne, a próby ich ogarnięcia przyprawiały Daniela o zawroty głowy, ale w dużym uproszczeniu należało stwierdzić, że aby umowa miała sens, zastępca naczelnika musiał mieć status porównywalny ze statusem uwięzionego dłużnika. Kiedy wskutek ucieczki więźnia jakieś zobowiązanie natury finansowej spadało na jego barki, mógł po prostu zrezygnować z

niewygodnej funkcji, ogłosić niewypłacalność i rozpłynąć się w tłumie zwyczajnych mieszkańców Fleet. • Kilku woźnych: zajmowali się eskortowaniem więźniów w drodze z więzienia do sądów i z powrotem. Nie mieszkali na terenie więzienia, nie mieli broni (jeśli nie liczyć malowanych pałek) i nie mogli Danielowi ani pomóc, ani przeszkodzić. • Czyściciel: jeśli Daniel dobrze zrozumiał, czyściciel był pasożytniczą odmianą strażnika więziennego. • Herold. • Kapelan. • Trzech strażników. Mimo że godzinami obracał listę w rękach i setki razy przebiegał ją wzrokiem, nijak nie potrafił zrozumieć, jakim cudem personel zajmującego cały akr więzienia, zamieszkanego przez ponad tysiąc mężczyzn, kobiet i dzieci, utrzymywał w nim porządek, jeżeli władzę wykonawczą sprawowało zaledwie trzech strażników. Musiał się tam udać osobiście i zobaczyć to na własne oczy. W przeciwieństwie do Bedlam, we Fleet nie pobierano opłaty za wstęp, a dopóki nosił stare ubrania i nie chwalił się wszem wobec, że jest regentem, ginął w tłumie. Od Fleet Ditch więzienie oddzielał pionowy mur, w paru miejscach podziurawiony zakratowanymi prześwitami, przy których „biedni

dłużnicy”

przesiadywali

całymi

dniami,

grzechocząc

wystawianymi przez kraty cynowymi kubkami. Przechodnie mogli wrzucać do nich monety, ponieważ jednak bycie przechodniem w tym

miejscu oznaczało spacer brzegiem Cloaca Maxima, chętnych było niewielu. Hooke chciał przykryć i pogrzebać cały Fleet Ditch, co miałoby wielce korzystny wpływ na dochody właścicieli kubków, ale jego projekt nie został zrealizowany. Obok krat żebraczych znajdował się półokrągło sklepiony tunel o przerażającej długości czterdziestu stóp, przebijający na wylot masywny kompleks więziennych zabudowań nad Fleet Ditch. Pod obiema jego ścianami ciągnęły się kamienne ławki, zajmowane najczęściej przez osoby podejrzanej konduity. Zagłębiając się weń, przekraczało się wytyczoną przed wiekami granicę i opuszczało, (choć tylko tymczasowo) włości biskupa Londynu. Zubożali pastorzy całymi dniami przesiadywali na ławkach, gotowi za szylinga albo dwa udzielić szybkiego ślubu bez zadawania zbędnych pytań. Ta sama ceremonia kilka jardów dalej byłaby sprzeczna z prawem i nieważna, tu jednak biskup nie miał władzy, by jej zakazać. Wielu duchownych po prostu czekało w tunelu, ale byli też tacy - bardziej przedsiębiorczy - którzy spacerowali w pobliżu i wyłapywali klientów nad brzegiem kanału. Resztę najemców ławek stanowiły prostytutki obojga płci oraz ich klienci, negocjujący ceny i warunki usług, które następnie świadczono na terenie więzienia. W jednym miejscu tunel przecinała kamienna ściana o wysokości ośmiu stóp, szczerząca się wesoło sterczącymi od góry żelaznymi szpikulcami. Znajdowało się w niej okratowane przejście, przez które każdy mógł wejść do środka, lecz tylko niektórzy mogli

wyjść na zewnątrz. Daniel zwolnił, podchodząc bliżej. Peter Horton, pełniący rolę straży tylnej, prawie się z nim zderzył. - Może pan wejść - powiedział. Zerknął na ławkowych, którzy już zwrócili uwagę na Daniela i zaczęli mu składać przeróżne propozycje. Daniel udał, że nie słyszy ani jego, ani ich. Patrzył pod nogi. Trzymaną w dłoni laskę odwrócił do góry nogami i postukał masywną główką w bruk. Przesunął się dwie stopy w bok i powtórzył ten zabieg. W końcu postanowił wejść, jednakże przy samych drzwiach przytrafiło mu się paskudne zderzenie z młodym mężczyzną - paskudne nie dlatego, że doszło do bójki czy nieprzyjemnej wymiany zdań; młody nieznajomy próbował uniknąć kolizji, a kiedy mimo to do niej doszło, przeprosił. Szedł w ciżbie za Danielem i Saturnem i gdy zatrzymali się w tunelu, próbował ich wyminąć.

Paskudność

spotkania

wynikała

z

faktu,

że

był

pomocnikiem rzeźnika, zatrudnionym zapewne w jednej z jatek w klauzurze przy Fleet Lane, przez co ubranie miał przesiąknięte krwią i innymi płynami ustrojowymi zabitych zwierząt, a także oblepione ich odchodami, mózgami, piórami i sierścią, których część przylgnęła teraz do Daniela. Chłopak zaniemówił z przerażenia, zwłaszcza gdy dotarło do niego, że Saturn może chcieć pomścić towarzysza. Daniel jednak uśmiechnął się dobrodusznie, wyciągnął rękę i rzekł: - Proszę przodem, młody człowieku. Chłopak przepchnął się przez drzwi, smarując je świeżym brudem (świeżym, gdyż wcześniej musiało już przejść tą drogą wielu jego kolegów po fachu), i uprzejmie je przytrzymał. Daniel i Saturn

weszli do środka, mijając się z wychodzącą dziwką (trzecie stadium syfilisu) i jej klientem (pierwsze), wytrzymali badawcze spojrzenie strażnika i wyszli na pas otwartej przestrzeni. Przed nimi wznosił się gmach więzienia - olbrzymia bariera, ciągnąca się przez ponad sto stóp w każdą stronę i spiętrzona wysoko nad ich głowami. Wystarczyłoby półtuzinem kroków przemierzyć dzielący ich od niej dystans, pokonać kilka schodków i wejść do środka, ale Daniel znów się zatrzymał. Jego uwagę zwróciło niezwykłe trio, stojące tuż za progiem i niezamierzające ustąpić z drogi ani jemu, ani nikomu innemu. Najbliżej znajdował się brudny, sponiewierany jegomość, który nieustannie obracał się to w lewo, to w prawo, jakby był nabity na pionowy rożen. Przyglądał mu się drugi mężczyzna, nieco schludniej odziany, oparty na pomalowanym farbą kosturze. Kilka kroków od nich stał barczysty, nachmurzony osobnik, który gapił się na pierwszego z taką miną, że w innej sytuacji niechybnie doszłoby między nimi do bójki. Gapienie się trwało niepokojąco długo i Daniel zdał sobie sprawę, że jest świadkiem jakiegoś osobliwego rytuału. Zwrócił uwagę, że strażnik przy bramie zewnętrznej również gapi się w tę stronę - w chwilach wolnych od taksowania wzrokiem wchodzących i wychodzących gości. Ten szczegół pomógł mu rozwikłać zagadkę w tej samej chwili, gdy Saturn (rozbawiony jego zakłopotaniem) postanowił mu wszystko wyjaśnić: - To nowy. Strażnicy więzienni pod jednym względem przypominają łapaczy złodziei: jak już obejrzą sobie dokładnie czyjąś facjatę, nigdy jej nie zapomną.

Daniel odczuł gwałtowną niechęć do poddania się dokładnym oględzinom (niedokładnym zresztą również) ze strony ludzi obdarzonych takim darem, podszedł więc do więziennego muru i zatrzymał się w miejscu niewidocznym dla strażników. Postukał laską w bruk i rozejrzał się na boki. Stał w przewężeniu, w którym odległość od budynku do muru zewnętrznego była najmniejsza; z prawej strony (południowej) wolna przestrzeń nieznacznie się poszerzała, z lewej (północnej) poszerzała się znacznie wyraźniej - a to z tej przyczyny, że więzienie oddzielał tam od Fleet Ditch nie gruby kordon budynków, jak przy głównej bramie, lecz tylko kamienna ściana o wysokości dwudziestu pięciu stóp, najeżona od góry kolcami. Próbowano ją ożywić, malując na niej jakąś scenkę rodzajową, ale Danielowi mignęło z niej tylko kilkanaście pionowych pasów, zasłoniętych przez tłum palaczy, spacerowiczów i dyskutantów. Dzień był chłodnawy, ale za murami przynajmniej nie dokuczał wiatr, co więźniowie i goście skwapliwie wykorzystywali. Obserwując ich, Daniel doznał małego olśnienia: dopóki oglądał samozwańczych „biednych dłużników” z zewnątrz więzienia, wydawało mu się, że takie określenie jest zwyczajną tautologią; kiedy jednak znalazł się w środku, zobaczył dłużników bogatych i zrozumiał, czym się różnią i dlaczego tamci nazywają się „biednymi”. Odwrócił się plecami do Malowanego Dziedzińca, jak nazywano przestrzeń na północ od bramy, i zachowując rozsądny dystans, ruszył za pomocnikiem rzeźnika, z którym przed chwilą był się zderzył. Makabrycznie uświniony chłopak szedł żwawym krokiem, musiał

jednak podczas tej liczącej sześćdziesiąt kroków wędrówki lawirować w ciżbie, stłoczonej między więzieniem (z lewej strony) i tyłami domów nad Fleet Ditch (z prawej). Kierował się do stojących w rzędzie małych, niskich budyneczków przy południowym odcinku więziennego muru. Daniel z daleka rozpoznał w nich ustępy. Wygódki. Sracze. Chłopak zamknął się w jednej z budek, a Daniel zmówił w duchu pacierz za następnego jej użytkownika. Chwilę później młody rzeźnik wyszedł, wrócił do bramy, minął strażnika (który obrzucił go czujnym spojrzeniem, ale się nie odezwał), wtopił się w tłum gości, kurewek i tym podobnych i wyszedł. Daniel Waterhouse i Peter Horton zatrzymali się tymczasem w pół drogi do wygódek - z dwóch powodów: (1) więzienie mieściło prawie wyłącznie lokale mieszkalne - ani lepsze, ani gorsze od mieszkań w innych ubogich dzielnicach Londynu - do których więźniowie mieli własne klucze. Znajdowało się w nim jednak także kilka pomieszczeń o szczególnym przeznaczeniu, czyli, mówiąc wprost, lochów, do których wtrącano ludzi pozbawionych przywileju posiadania klucza. Te właśnie pomieszczenia szczególnie interesowały Daniela. Jeden ich ciąg znajdował się w zabudowaniach nad Fleet Ditch, których wychodzące na tył okna i drzwi miał po prawej ręce, kiedy stał twarzą do ustępów. Niestety, próba ich bliższego zbadania zwróciłaby powszechną uwagę. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że: (2) na lewo od osi łączącej bramę z klozetami odbywało się właśnie kolejne niezwykłe przedstawienie. Daniel z Saturnem znaleźli

się w pobliżu Oddziału Biedoty na samym koniuszku południowego skrzydła gmachu, gdzie w dwóch ogromnych zbiorowych celach żyli więźniowie, których nie stać było na własne lokum. Przy zewnętrznej ścianie jednej z nich znajdował się zaopatrzony w pompę otwarty zbiornik na wodę, wkopany w ziemię niespełna sto stóp od Fleet Ditch; Daniel musiał się bardzo postarać, żeby nie wyobrażać sobie, jaka musi w nim być woda. Do zbiornika zbliżało się właśnie kilkunastu ludzi: czterech zbiło się w ciasną grupkę, towarzyszył im mały orszak obdartusów. Przy zbiorniku rozproszyli się nieco i Daniel dostrzegł, że jeden z nich ma ręce wykręcone za plecy i związane w łokciach kawałkiem szpagatu. Miał gołą głowę. Ludzie, którzy go prowadzili, wyglądali niewiele lepiej od niego, udało im się jednak wytrzasnąć skądś ozdoby, w których od biedy dawało się rozpoznać peruki i kapelusze. Wszystkie spojrzenia spoczęły na najstarszym z nich, a ten rozpoczął przemowę, która do złudzenia przypominała ogłoszenie wyroku sądowego - z pewnością była podobnie długa i podobnie niezrozumiała. Była także nieprzyzwoicie pompatyczna, ale po oskrobaniu werbalnej waty i odsłonięciu gramatycznego kośćca, jej treść sprowadzała się do stwierdzenia, że zebrani (z wyjątkiem tego związanego) tworzą tak zwany Sąd Nadzorczy, którego orator jest przewodniczącym i który podczas zakończonej niedawno narady uznał gołogłowego za winnego wejścia w dniu poprzednim do mieszkania takiego a takiego jegomościa i zabrania glinianej butelki z dżinem z dziury w ścianie, w której, jak powszechnie było wiadomo, właściciel najchętniej ją przechowywał, kiedy akurat nie próbował jej

opróżnić; oraz do zapowiedzenia, że kara za tę przewinę zostanie wykonana natychmiast. Złoczyńca został odwrócony plecami do zbiornika i ustawiony w taki sposób, że oparł się łydkami o jego krawędź, a następnie popchnięty, przez co jego stopy poszybowały do góry, a głowa poleciała w tył, przebiła zalegającą na powierzchni połyskliwą warstwę szumowin i zniknęła pod wodą. Podtrzymując go mocno za ramiona, dwaj urzędnicy „Sądu Nadzorczego” przesunęli go twarzą pod pompę, a trzeci zaczął z zapałem obsługiwać urządzenie. Trudno było Danielowi śledzić dalszy przebieg wydarzeń, sędziów bowiem otoczył tłumek żądnych moralnej lekcji więźniów, mignęły mu jednak stopy skazańca, tańczące dziką tarantelę w powietrzu. Przez wszystkie więzienne okna wyglądali dłużnicy, dla których wymierzana miłośnikowi kradzionych trunków kara również miała być nauczką. Saturn, wyższy od Daniela, widział wszystko doskonale; Daniel przesunął się, oparł plecami o jego plecy i patrzył w drugą stronę, na - jak się domyślał - izolatki. Wyglądały solidnie: masywne drzwi, podwójne sztaby i zamki, mikroskopijne okienka (a i to nie wszędzie). Słyszał o tym, że niektóre cele znajdują się nieprzyjemnie blisko Ditch, ustępów i więziennego śmietniska - i z pewnością o tych właśnie dałoby się to powiedzieć, ale w taki rześki dzień smród nie był przesadnie dokuczliwy. Nigdzie jednak nie dostrzegł ani śladu wzmożonych środków ostrożności, jakich należałoby się spodziewać po miejscu odosobnienia braci Shaftoe. W dodatku z drugiej strony cele wychodziły na Fleet Ditch i okna, nawet zakratowane, umożliwiały komunikację ze światem

zewnętrznym, co umniejszało ich przydatność do przetrzymywania cieszących się złą sławą więźniów. Pompowanie się skończyło. W pełni zresocjalizowany złodziej dżinu został wywleczony z wody i porzucony na ziemi obok zbiornika. Tłum się rozproszył. Część gapiów ruszyła na południe i zniknęła za bliższym rogiem centralnego budynku Fleet, wcisnąwszy się w wąskie odrażające przejście oddzielające go od ubikacji i śmietniska. Mur zewnętrzny w tym rejonie musiał mieć czterdzieści stóp wysokości, ponieważ znajdował się na tyle blisko górnych okien gmachu, że każdy więzień, który na niego spojrzał, zaczynał się zastanawiać nad karierą linoskoczka. Kiedy jednak Daniel z Saturnem skręcili za kolejny narożnik (znalazłszy się tym samym po wschodniej stronie budynku) i skierowali się na północ, odległość dzieląca ich od muru wzrosła nagle do ponad stu stóp. Daniel rozpoznał znany mu z lektur przygotowawczych plac zwany boiskiem, przylegający do północnej części więzienia - czyli tak zwanego Oddziału Potentatów, gdzie zasobniejsi w gotówkę dłużnicy mieszkali we własnych apartamentach - mniej lub bardziej zatłoczonych, w zależności od stopnia zamożności właścicieli. Pensjonariusze Oddziału Potentatów stanowili główne źródło dochodów naczelnika. Mimo panującego chłodu, na boisku grano w tenisa, kule, kręgle i inne gry w tylu miejscach jednocześnie, że Daniel momentalnie się w tym pogubił. Na obrzeżach placu stało kilka stolików, na których latem można by pewnie pograć w karty. Usiadł przy jednym, aby dać odpocząć zmęczonym nogom. Siedział plecami do muru, mając przed sobą całe

boisko i Oddział Potentatów. Po prawej mur wybrzuszał się, obrysowując północnowschodnią wypustkę więzienia. W tym zagłębieniu znajdowało się kilka osobnych budynków - wśród nich kuchnia z własnym zbiornikiem i zaopatrzoną w pompę studnią. Po jednej jej stronie rozpościerało się kolejne śmietnisko, grożące pochłonięciem następnej wygódki i położone niepokojąco blisko więziennej kaplicy. Zidentyfikowanie budowli po drugiej stronie przysporzyłoby pewnie Danielowi większych trudności, gdyby nie fakt, że przed wejściem stało dwóch żołnierzy pod bronią. Dwa wojskowe namioty i ognisko wykroiły dla siebie skrawek boiska. Przez ramię miał przerzuconą tubę na mapy, którą teraz zdjął, otworzył i odwrócił do góry nogami. Pierwsza wysypała się ze środka lawina drobinek kurzu i okruchów tynku przemieszanych z końskim włosiem, ale kiedy chwilę potrząsał tubą, jego cierpliwość została nagrodzona zwojem dokumentów. Saturn nie widział ich od czasu, gdy wygrzebał je z dziury w ścianie pod kopułą Bedlam. - Kiedy maltretował pan laską bruk, niektórzy więźniowie zwrócili na pana uwagę i zaczęli się zastanawiać, czy nie jest pan czasem obłąkany. Jak tak na pana patrzę, sam zaczynam... - Z mojego punktu widzenia to się świetnie składa! - ucieszył się Daniel. - Niech mnie biorą za wariata. Wyjaśnij im, że oszalałem na starość i zamierzam szukać skarbu, który dawno temu zakopał tu pewien fałszerz... - Fałszerz! Tutaj?!

- Naturalnie. W przeszłości zdarzało się, że Sąd Skarbowy i trybunał Curia Regis skazywały fałszerzy i przemytników na odsiadkę we Fleet. Ten fragment mojej bajeczki jest więc jak najbardziej prawdziwy, jak każdy początek historii wariata. Wbiłem sobie do głowy, że znajdę ukryty przez niego skarb. A ty jesteś służącym, którego moi poirytowani krewni opłacili, aby chodził za mną krok w krok, pilnował, żeby nie stała mi się krzywda, i spełniał moje zachcianki. - Skoro o tym mowa... Skoczyłbym do baru, jeśli nie miałby pan nic przeciwko. Napiję się czekolady. A pan...? - Kawy, dziękuję. Daniel zaczął się mocować z pozwijanymi w rulony rysunkami, rozprostowując je na stole i przyciskając w rogach kawałkami połamanych kręgli. Saturn niespiesznym krokiem przemierzył boisko, unikając, kiedy było trzeba, latających i toczących się po ziemi kul i ignorując starego znajomego, który go rozpoznał. Przedarł się na północ, do przesmyku między kuchnią i kaplicą, skąd prosta droga prowadziła na północną stronę więzienia, gdzie - tuż obok kaplicy znajdowały się bar i kawiarnia. Daniel zaś zajął się tym, w czym ćwiczył się z przerwami od pięćdziesięciu lat: spróbował nawiązać kontakt z umysłem Hookea za pomocą

sporządzonych

niecodziennych rycin.

przez

niego

niezwykłych

notatek

i

W roku pańskim 1335 naczelnik więzienia Fleet wynajął ludzi, którym zlecił wykopanie Fosy wokół całego Kompleksu (Dziedzińca & stojącego na nim Gmachu). Szerokość Wykopu wyniosła 10 stóp. Dodajmy w tym miejscu, że Fosa z konieczności łączyła się z Fleet w dwóch miejscach (w przeciwnym razie nie dałoby się jej napełnić Wodą), zataczając Łuk na wschód od tejże Rzeki. Jej przebieg pokrywał się w przybliżeniu z linią dzisiejszego Muru... W późniejszych Dokumentach znajdujemy Skargi na Mieszkańców okolicznych Domów, którzy połączyli z wyżej wzmiankowaną Fosą Rynsztoki, odpływy z Garbarni & tuzin Latryn, czyniąc z niej otwarty Kanał ściekowy, w owych czasach zapewne równie nieprzyjemny jak dzisiaj Fleet Ditch... Fosa nie istnieje, w Archiwach brak jednak wzmianki o tym, jakoby ją zasypano, z czego konkluduję, że wcale nie została zasypana, lecz jedynie zadaszona, by chronić Okolicę przed szkodliwymi Miazmatami, & w dalszym ciągu uchodzi do Fleet, najprawdopodobniej w A i B, co tłumaczy odrażający charakter Fleet... Dalej Hooke wywodził, że w podobny sposób należałoby potraktować cały kanał. A i B oznaczały punkty na wschodnim brzegu Fleet Ditch, znajdujące się w pobliżu dwóch narożników (północno - i południowozachodniego) terenu więzienia i zaznaczone na planie,

który Hooke sporządził jako mierniczy po Wielkim Pożarze. Porównując ten plan z widokiem roztaczającym się z miejsca, w którym siedział, Daniel odczuł przyjemną satysfakcję, gdy fakty zaczęły mu się składać w głowie w logiczną całość. Mało które dzieło rąk ludzkich jest równie niewzruszone i niezmienne jak kamienny sraczyk - zwłaszcza taki, z którego korzystają mieszkańcy całej okolicy, posłuszni wielowiekowej tradycji. Jeżeli w roku tysiąc siedemset czternastym pomocnicy rzeźników z Fleet Lane chodzili za potrzebą

na

południowe

obrzeża

więzienia,

było

bardzo

prawdopodobne, że tak samo robili ich poprzednicy przed stu laty, dwustu, trzystu i tak dalej. Stojące rzędem wygódki musiały należeć do tego tuzina, który wybudowano nad samą fosą. Znajdujący się w pobliżu kuchni ustęp, który Daniel miał w tej chwili przed oczami, również stał nad fosą, ale nad drugim ramieniem jej łuku. Przylegał do muru, po którego przeciwnej stronie ciągnęły się szeregowe domy wychodzące na Fleet Lane - wśród nich jatki, które przed wiekami lgnęły jak muchy do skraju fosy, aby wyrzucać odpadki prosto do wody. Z podobnych powodów tuż obok ulokowano więzienną kuchnię. Obok której stał budynek pilnowany przez żołnierzy. Daniel miał okazję przejrzeć dokumenty procesowe i apelacje więźniów przetrzymywanych w jednym z lochów w pobliżu Oddziału Potentatów. Wszyscy obiecywali góry złota adwokatom, którzy ich stamtąd wyciągną. W tej szczególnej celi rzadko bowiem osadzano dłużników; zazwyczaj trafiali do niej ci, którzy narazili się Izbie

Gwiaździstej lub Curia Regis - ludzie zamożni i niebezpieczni. W dokumentach powtarzało się stwierdzenie, że cela ta znajduje się „po południowej stronie rowu”, co miało sens tylko przy założeniu, że przez „rów” należało rozumieć zaginioną fosę. Karcer opisywano jako „rojący się od ropuch i robactwa”, „zalewany ohydnymi wyziewami” i „pozbawiony choćby najmniejszego promyka światła”. Przykuci do wmurowanych w ziemię klamer więźniowie brodzili w odchodach własnych (nie dostawali nawet kubła) i cudzych, przesączających się przez ściany. Z takich to wesołych rozmyślań wyrwał go Saturn, wróciwszy w towarzystwie obsługującej klientów dziewki, która podała napoje. Przyniósł też gazety z baru, o którym mówiło się, że jest lepiej zaopatrzony w prasę niż wszystkie londyńskie kluby. Daniel otaksował wzrokiem kobietę (mniej bezczelnie, niż zrobiłby to strażnik) i doszedł do wniosku, że nie wygląda na dziwkę. Musiała być córką dłużnika, zmuszoną mieszkać na terenie Fleet przez dłuższy czas (może nawet do śmierci) i dorabiającą sobie w barze - drugim ważnym źródle dochodów naczelnika. Ona również przyglądała mu się z zaciekawieniem, po czym poznał, że Saturn zdążył się już z nią podzielić niedorzeczną historią obłąkanego poszukiwacza skarbów. - Dobra kobieto... - odezwał się, wygrzebując z kieszeni sakiewkę, by zatrzymać dziewczynę przy stoliku - ma pani kontakt z władzami więzienia? - Znaczy się jak? Z Sądem Nadzorczym?

Daniel się uśmiechnął. - Miałem na myśli raczej naczelnika... Wzmianka o naczelniku, nawet uczyniona przez wariata, wprawiła ją w osłupienie. Daniel mógł równie dobrze zapytać, czy pija herbatkę z papieżem. - No dobrze, niech będzie Sąd Nadzorczy, skoro to oni tu rządzą. - Oj rządzą ci oni, rządzą... A nierząd i tak ma się dobrze, nie? Dziewczyna posłała Saturnowi porozumiewawcze spojrzenie: nie zaszkodzi się zabawić kosztem staruszka. - Ci ludzie z muszkietami nie pozwalają mi zajrzeć do karceru! poskarżył się Daniel, wskazując żołnierzy. - Mówiono mi, że Fleet jest otwarte dla wszystkich... - No to ma pan fart. - To znaczy? Co pani ma na myśli? - No bo to jest tak. Gdyby interesowało pana inne miejsce, prędzej by piekło zamarzło, niż rządca dałby się panu gdziekolwiek zbliżyć. Znaczy się, chyba żeby mu pan zapłacił, ma się rozumieć. Ale z tymi żołnierzami to inna para kaloszy... Drażnią go. Co rusz przynudza o nich w Klubie Winnym i Klubie Piwnym, wiecznie ma pretensje, pisze skargi... Niech pan wali prosto do rządcy, on pana wysłucha. Zwłaszcza jak mu pan coś rzuci, nie? Słuchając jej, Daniel wyjmował monety z sakiewki i sortował je na stole według nominałów, co nie pozostało niezauważone. Przycisnął teraz palcem wskazującym jedną z nich (średniej wartości) i przesunął po blacie w taki sposób, aby barmanka mogła ją zgarnąć -

co też zrobiła. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w ten palec, unoszący się w powietrzu nad pozostałymi monetami. - Czy słusznie zatem domniemywam, że stacjonowanie uzbrojonych

żołnierzy

na

terenie

Fleet

jest

zjawiskiem

niecodziennym? Chwilę trwało, zanim rozszyfrowała jego słowa. - Uzbrojeni żołnierze... Fleet... niecodzienne... No pewnie! - Czyli są tu od niedawna? - A będzie już... od sierpnia. Pilnują nowych więźniów, tak przynajmniej gadają. Ale rządca mówi, że to bzdura, taki prece... prese... jak to się mówi... - Precedens. - No. - Niedopuszczalny, jeśli Fleet nie chce zacząć tracić swoich wiekowych przywilejów. Daniel

z

Saturnem

spojrzeli

po

sobie.

Brzmiało

to

pretensjonalnie, ale Saturn utrzymywał przecież, że dłużnikom z Fleet jedną trzecią życia zajmuje sen, jedną trzecią picie, hazard, palenie et caetem i jedną trzecią abstrakcyjne dysputy prawne z naczelnikiem. - Ten rządca... To on stoi na czele Sądu Nadzorczego? - Tak, proszę pana. - Jest obieralny czy... - To trochę skomplikowane. Najczęściej jest najstarszym z dłużników.

- To znaczy, że ten zmyślony sąd pozwala starszym dłużnikom rządzić więzieniem. - No pewnie! - Dziewczyna wybałuszyła oczy. - Przecież wszystkie sądy są zmyślone. Danielowi tak się to spodobało, że zapłacił jej więcej, niż było warto. - Ale, ale... Wspomniała pani o jakimś Klubie Winnym... - No, zgadza się. Spotyka się w poniedziałki, wieczorem. A Piwny w czwartki. Znaczy się, wie pan... Zbierają się chłopy, piją i mówią, że to klub. - Ale kto? Więźniowie? Goście? - Jedni i drudzy. - Ale kończy się to o dziesiątej, prawda? - spytał Daniel, ale widząc cielęcy wzrok dziewczyny, dodał: - Przecież o tej porze strażnicy wypraszają obcych? - No i co z tego? Posiedzenia klubów ciągną się, panie, do drugiej, do trzeciej... Potem rozchodzą się do mieszkań i tam piją do rana. Podsunął dziewczynie kolejną monetę, myśląc o tym, że się wygłupił. Wszyscy przecież powtarzali, że Fleet to największy burdel w Londynie, co byłoby niemożliwe, gdyby naprawdę wszystkich wyganiano o dziesiątej. - A z tych dwóch klubów... Który jest bardziej hałaśliwy? - Hałaśliwy? Winny zaczyna się głośno, a potem cichnie. A piwny odwrotnie, nie?

- Żołnierze też przychodzą? - Od czasu do czasu wpadnie ze dwóch na kufelek, ale między nami i nimi to różnie bywa, nie? - Z powodu działań rządcy. - No... No tak. - Jak żołnierze mogą spać w tych namiotach, jeśli dżentelmeni w klubie tak hałasują? - Nie mogą. Ale tacy, co chcą spać, to w ogóle mają ciężko we Fleet, nie? - Doskonale panią rozumiem. - Daniel podsunął jej ostatnią monetę. - Proszę kupić sobie za to watę i zatkać uszy. - Dziękuję najuprzejmiej łaskawemu panu. - Dziewczyna cofnęła się od stolika. - Do zobaczenia w poniedziałek lub czwartek, jak pan woli. *** - Jeżeli wszystko będzie dalej szło jak po maśle, będę rozczarowany - stwierdził Daniel. - Na mój gust wcale nie będzie łatwo! - zaprotestował Saturn. Widział pan te zamki?! - Będzie łatwo, wystarczy zorganizować przyjęcie. Chodźmy, jeśli strażnicy zechcą nas wypuścić, rozejrzymy się za jakimś lokum przy Fleet Lane. Saturn spochmurniał chyba bardziej niż zwykle.

- Nie podoba ci się mój pomysł? - Podoba mi się tak samo jak większość pańskich ostatnich konceptów - odparł Peter Horton. - Próbujesz się bawić w dyplomatę? - Staram się. Ale jeżeli potrzebował pan dyplomaty, nie trzeba było szukać w Hockley-in-the-Hole. - Skoro zatem rozmawiamy szczerze... To chyba dobry moment, abym ci powiedział, że wiem, że to ty konstruowałeś Machiny Piekielne na zlecenie Jacka. - Ciekaw byłem... - wykrztusił Saturn, nieruchomy i czerwony na twarzy. - Już wcześniej cię podejrzewałem, ale ostatecznie wyzbyłem się wątpliwości w lipcu, gdy skonstruowałeś tę wyśmienitą pułapkę na de Gexa. Peter Horton zaczął brać wdech: przez następne ćwierć minuty wchłonął kilka beczek powietrza i rósł w oczach, jakby jego pierś miała wypełnić całą przestrzeń między murem i budynkiem więzienia i zacząć się rozpychać. W końcu jednak miejsce w płucach mu się skończyło i wydmuchnął całą ich zawartość w świszczącym huraganie. - Ciekaw byłem - powtórzył, jakby za pierwszym razem badał tylko rzeczywiste rozmiary tej frazy. - Denerwowałem się trochę. - Wiem. - Jestem panu wielce zobowiązany... - dodał Saturn, napawając się tym słowem. - Zobowiązany, że nie podał mnie pan do sądu.

- Nikt nie zginął - zauważył Daniel. - A wybuchy ustały. - Szukałem pana, żeby... No wie pan... - Mieć oko na przebieg śledztwa. - Nooo... to też, jasne, ale także... - Miałeś wyrzuty sumienia, że omal nie wysadziłeś mnie w powietrze. - Otóż to! Jakby mi pan czytał w myślach. - Czytam z twojej twarzy i zachowania, jak na dobrego spowiednika przystało. Co wiesz o Pyxis? - Otworzyłem je. Jack jedne rzeczy wyjął, inne włożył do środka. - Co włożył? Czyste złoto? Czy stop z jakimś poślednim metalem? Saturn wzruszył ramionami. - Czasem kupuję złoto, żeby zrobić z niego zegarek, ale specjalnie się na nim nie znam. Daniel zamilkł na chwilę tak długą, że Saturn zdążył się zirytować, zdenerwować na całego, a potem popaść w melancholię i spojrzeć smętnie na gmach więzienia. - Mam tam iść i wybrać sobie celę czy... - To nie najlepsze miejsce dla wytwórcy Machin Piekielnych; dłużnicy są nudni, zaraz byś zaczął pić. - Daniel wstał i dopił kawę, która od początku była co najwyżej letnia, a teraz już całkiem wystygła. - Wracając do sprawy lokum przy Fleet Lane... Moje życie poważnie się skomplikowało, gdy król Anglii wysadził mój dom w

powietrze i zabił mi ojca. Całkiem możliwe, że teraz to ja będę musiał wysadzić inny dom, aby życie znów stało się proste. A wtedy będzie mi potrzebny ktoś taki jak ty. Saturn również wstał od stołu. - To i tak ciekawsze od tego, czym się dotąd zajmowałem. Chętnie się do pana przyłączę. *** ZAWIADOMIENIE o Publicznej Aukcji, która odbędzie się w Wolnym Clink ZA TYDZIEŃ OD DZISIAJ [w dniu 20 października A. D. 1714] Przedmiotem aukcji będzie pan CHARLES WHITE. Jak wszyscy - zarówno arystokraci, jak i ludzie pospolici doskonale wiedzą, kiedy hrabia O... [w niektórych klubach przylgnął doń przydomek „Ostatni Torys”] został przedstawiony w Greenwich królowi Anglii i na kolanach podczołgał się, by ucałować królewską dłoń, Jego Wysokość spiorunował wzrokiem nieszczęsnego suplikanta i odwrócił się do niego plecami, nie zaszczyciwszy go ani słowem. Rzeczony hrabia, czerwony ze wstydu, czmychnął w niesławie, zupełnie jak inny z torysów, zaprzyjaźniony z nim lord B..., którego ostatnio widziano na statku płynącym do Calais, kłaniającego się dla

wprawy

wszystkim

spotkanym

na

pokładzie

francuskim

dżentelmenom. Z tego i innych pomyślnych znaków można wnosić, że torysi są skończeni. Zgodnie z odwieczną tradycją, kiedy ostatni potomek szlachetnego rodu dożywa kresu swoich dni, wykonawca jego testamentu, którym tradycyjnie jest jakiś szanowany mieszkaniec miasta, wyprzedaje jego majątek [żywy inwentarz, zapasy wina, meble, powozy et caetera] na aukcji. Jest to zwyczaj ze wszech miar praktyczny i uszlachetniający: wielu wicehrabiów ze świeżo zakupionymi

tytułami,

wywodzących

się

od

szewców

albo

przemytników, miałoby w przeciwnym razie poważne problemy z ozdobieniem

swoich

rezydencji

rodzinnymi

pamiątkami

wywodzącymi się z czasów najazdu Normanów. Torysi ponieśli klęskę bezprzykładną i ostateczną, przez co triumfującym wigom niewiele można sprzedać. O ile mi zresztą wiadomo, żaden szacowny obywatel nie zgłosił się jeszcze do roli wykonawcy testamentu [z pewnością nie brakłoby chętnych do roli wykonawcy wyroku, ale ta posada została zastrzeżona dla niejakiego Jacka Ketcha, który jest o nią ponoć wielce zazdrosny i nie warto wchodzić mu w drogę, słynie bowiem z tego, że zabił wielu ludzi]. Ponieważ tak się szczęśliwie składa, że mam dużo wolnego czasu per diem [nie mogę w kółko przeliczać hojnych datków od moich czytelników] i cieszę się szacunkiem księcia M... oraz innych czcigodnych osobistości [inaczej przecież nie da się wyjaśnić faktu, że wigowie drukują moje wypociny w swojej gazecie], sam mianowałem

się wykonawcą testamentu i postanowiłem przeprowadzić wyprzedaż żałosnych resztek potorysowskiego majątku. Odpowiedzialność tę wziąłem na siebie z drżeniem serca, spodziewając się, że przyjdzie mi harować w pocie czoła, by pozbyć się pozostawionych przez torysów aktywów: gór bezwartościowych papierowych pieniędzy, akrów trawników przy wiejskich rezydencjach, bezgranicznych zapasów wrogości wobec Anglii oraz przeróżnych innych drobiazgów, takich jak rozmówki francusko-angielskie i papistowskie insygnia. Z wielką ulgą stwierdziłem jednak, że nawet te bezwartościowe resztki przepadły bez śladu, upłynnione lub zlikwidowane, dzięki czemu moje zadanie ogromnie się uprościło. Torysom została tylko jedna rzecz: pan Charles White, mieniący się zresztą moim właścicielem. Jego

poparcie

dla

idei

niewolnictwa

[obyczaju

dzikiego

i

prymitywnego, zgodnie, z którym jeden człowiek może posiąść drugiego na własność], głośno i często wyrażane, dodatkowo upraszcza sytuację, która w przeciwnym razie nieprzyjemnie by się skomplikowała. Dzięki bowiem hojności moich czytelników, tuszę, iż dysponuję wystarczającymi środkami, aby kupić sobie pana White'a na aukcji, która odbędzie się niezwłocznie po koronacji nowego króla, w dniu dwudziestym bieżącego miesiąca. Nabycie pana White'a, który twierdzi, że jestem jego własnością, będzie oznaczało, że odzyskam sam siebie - na czym najbardziej mi zależy. Następnie pozbędę się pośrednika, jeśli można tak powiedzieć, dokonując konfiskaty wszelkich dóbr należących do pana White'a, w tym także siebie samego, po czym uwolnię pana White'a, gołego jak go Pan Bóg

stworzył, aby mógł czmychnąć do Francji, tam napaść jakiegoś dandysa i ukraść mu ubranie. Może tylko wcześniej wymogę na nim, żeby wyczyścił mi buty. W lizaniu butów bowiem nie ma sobie równych. Podpisano DAPPA WOLNE CLINK, 13 października A. D. 1714 Bar, więzienie Fleet Wieczorne spotkanie Klubu Piwnego Czwartek, 14 października 1714 Dappa zaledwie dzień wcześniej opublikował to cholerstwo, a w więziennym barze już było pełno zawierających je ulotek - podobnie zresztą jak we wszystkich innych gospodach, tawernach i kawiarniach w mieście. Tak przynajmniej przypuszczał Daniel, siedząc w kącie, udając, że popija piwo, i czytając zawiadomienie o aukcji. Chociaż, prawdę mówiąc, od pamiętnego spotkania z Jackiem Shaftoe, do którego doszło przed dziesięcioma dniami „Pod Czarnym Psem”, nie odwiedzał ani klubu Kit-Cata, ani innych tego rodzaju przybytków. Więzienny bar stał się jego nowym kolegium, a dłużnicy z Fleet, zwłaszcza starszyzna tworząca Sąd Nadzorczy - nowymi znajomymi. Nie byli wcale mniej interesujący od przeciętnych klientów Kit-Cata, a łatwiej było się z nimi dogadać, gdyż jedynym celem ich życia było

prowadzenie możliwie jak najweselszej egzystencji. A on mógł im ją wielce uprzyjemnić, od czasu do czasu stawiając wszystkim kolejkę. Oraz rozprawiając o zakopanym skarbie. Okazało się, że zaimprowizowana na poczekaniu bajeczka rozprzestrzeniła się wśród mieszkańców Fleet z prędkością zakaźnego zapalenia spojówek. Wierzył w nią mniej niż co dziesiąty, naturalnie - ale i tak zostawało w ten sposób kilka tuzinów desperatów gotowych rzucić się ze szpadlami i łomami na każdy skrawek ziemi, posadzki lub muru, na którym wzrok Daniela spoczął dłużej niż trzy sekundy. On sam żałował, że ściągnął na siebie taką uwagę, i zaczynał się obawiać, że nawet jeśli uda mu się jakoś wydostać braci Shaftoe z karceru, zostanie wskazany jako sprawca i postawiony przed sądem. Niestety, było już za późno: teraz pozostało mu już tylko rozsiewanie kolejnych plotek w nadziei na to, że spowolnią przyszłe dochodzenie. Na głowę nałożył obfitą, brązową perukę, przedstawiał się wszystkim jako pan Partry i zachęcał więźniów, aby mówili o nim „Stary Partry”. Zaczynał rozumieć, że w taki właśnie sposób ludzie pokroju Bolingbroke'a pakowali się w kłopoty: nie robili oczywistych głupstw, ale w sposób niezauważalny ograniczali sobie pole manewru, co zmuszało ich w którymś momencie do podjęcia nadmiernego ryzyka. Żadna z łatwowiernych duszyczek, które za dobrą monetę przyjęły historyjkę o zakopanym złocie, nie należała do Sądu Nadzorczego, co prowadziło do spięć między obiema grupami, gdy tylko Daniel pojawiał się w barze. Rządca i jego podwładni zabiegali o jego łaski po to, by moc pić za darmo, a poszukiwacze złota po to,

by słuchać o jego poszukiwaniach. Daniel bezwstydnie wygrywał jednych przeciwko drugim, co na dłuższą (a nawet na średnią) metę nie byłoby może rozsądną strategią, ale na dziesięć dni powinno wystarczyć. Zaczął pomału dawać do zrozumienia, że zawęził obszar poszukiwań do północnowschodniego narożnika więzienia - tego samego, gdzie w osobnym lochu pod strażą trzymano Tombę oraz Jimmy'ego i Danny'ego Shaftoe. Poszukiwaczom złota wystarczyła niespełna godzina, aby dojść do wniosku, że żołnierze od niedawna obozujący w rzeczonym narożniku zostali sprowadzeni specjalnie po to, by osłaniać operację wydobycia skarbu, nielegalną, rzecz jasna, ale prowadzoną przez Kogoś z Samej Góry, najprawdopodobniej torysów pod przewodnictwem nikczemnego Charlesa White'a! Sąd Nadzorczy nie dawał temu wiary, ale doceniał wartość legendy, która pozwalała złożyć kolejną skargę na naczelnika; jego członkowie zaczęli więc rozpowszechniać fałszywą opowiastkę, a przy okazji dorzucać coś od siebie. Wszystko to było tak niedorzeczne, że myślący racjonalnie Daniel nigdy sam by na to nie wpadł i nie promował takiej strategii, ale sprawa wymknęła mu się spod kontroli i nic już nie mogło powstrzymać jej postępu. Wystarczyły mu dwa dni, by się dowiedzieć wszystkiego co ciekawe na temat Fleet i jego funkcjonowania - a potem zmarnował blisko tydzień na dowiedzenie się rzeczy oczywistej, z której powinien

był

sobie

zdawać

sprawę

od

samego

początku:

nieruchomości w Londynie, choćby nawet cuchnące i zapuszczone jak nieszczęście, zawsze były w cenie. Rudery przy Fleet Lane mogły

wyglądać nędznie, ale dla ludzi, którzy na parterze mozolili się w warsztatach, a na pięterku mieszkali albo prowadzili burdeliki, stanowiły prawdziwe małe królestwa, których każdy cal był strzeżony nie mniej zazdrośnie niż rzeźby i rabatki kwiatowe w wersalskich ogrodach. Daniel wiedział doskonale (równie dobrze, jak to, że najkrótszą linią łączącą dwa punkty jest linia prosta), że w głębi, w piwnicach tych domostw, muszą się znajdować ścieki (wstrętne, ohydne kanały do odprowadzania nieczystości, których wizja jeżyła mu włosy na głowie) łączące się z dawno pogrzebaną fosą okalającą więzienie - tą samą, której zawartość przesączała się przez porowate ściany lochu, w którym przetrzymywano braci Shaftoe. Niestety, usilne kilkudniowe starania, poparte wymyślnymi kłamstwami, nie zaprowadziły go nawet za próg domów przy Fleet Lane, nie mówiąc już o ich podziemiach. Ukryte ścieki były niezwykle cenne, ponieważ pozwalały

dyskretnie

pozbywać

się

odpadów

po

różnych

dochodowych procederach, takich jak rzeźnictwo czy mydlarstwo. Dzięki nim ludzie utrzymywali rodziny i nie mieściło im się w głowie, że mieliby dopuścić do nich jakiegoś obcego starowinę tylko dlatego, że z niezrozumiałych powodów się nimi interesuje. Mógł wprawdzie proponować, że zapłaci za możliwość ich obejrzenia, ale w ten sposób jeszcze bardziej zwróciłby na siebie uwagę. Punkty A i B z ryciny Hooke'a - miejsca styku Fleet Ditch z fosą - znalazł bez wysiłku, okazały się jednak zamurowane i okratowane w taki sposób, żeby tylko drobne nieczystości mogły swobodnie spływać do kanału. Saturn z łatwością rozprawiłby się z tymi zaporami, gdyby

dać mu łódkę i beczkę prochu, ale eksplozja w centrum miasta, ćwierć mili od katedry, raczej nie pozostałaby niezauważona. Okazało się więc, że do zamaskowanej fosy można się dostać wyłącznie

z

więzienia,

wykorzystując

jego

specyficzne

uwarunkowania i nieoczekiwany potencjał historii o zakopanym złocie. W czwartek, siódmego października, Stary Partry, lekko już wstawiony na spotkaniu Klubu Piwnego, dał do zrozumienia, że można by zwieść żołnierzy i dotrzeć do skarbu, kopiąc tunel od strony fosy. Następnego dnia rano okazało się, że ktoś zdemolował wygódkę obok kuchni, pod północnym murem więzienia. Był to ustęp dwustanowiskowy: deska z wyciętymi dwoma otworami, łączącymi się (co po rozbiciu całej konstrukcji stało się oczywiste) we wspólny szyb opadający w niezbadaną, cuchnącą ciemność. Jedna połowa siedziska nadal nadawała się do użytku, z drugą zaś rozprawiono się przy użyciu siekiery, przez co ziejący w niej otwór stał się znacznie większy i o wiele bardziej chropowaty. Nowina ta wielce zasmuciła całą populację Fleet, gdyż zabudowania gospodarcze i tak były już w opłakanym stanie, a naczelnik słynął z niechęci do uszczuplania swoich zysków w celu fundowania więźniom remontów. Sąd Nadzorczy musiałby wytoczyć mu proces i użerać się z nim przez sto lat, żeby zmusić go do naprawienia ubikacji. Rządca odszukał więc Starego Partry'ego, wziął go na stronę i wyjaśnił mu, że choć nikt nie zamierza go wyrzucać z baru i boiska, gdzie przesiaduje całymi dniami w towarzystwie swojego barczystego służącego, gadanie o zakopanym skarbie musi

się skończyć raz na zawsze; mniej rozgarniętym pensjonariuszom zaczynają

przychodzić

do

głów

głupie

pomysły,

co

grozi

zniszczeniami na terenie więzienia. Winny zdewastowania ubikacji - o ile uda się go znaleźć - zostanie poddany karze pompowania. Kolejną lekcją, jaką wyniósł Daniel z całego zamieszania, było stwierdzenie, że nawet jeśli nieruchomości bywają drogie, to ludzie zawsze są tani - co zresztą powinno być dla niego oczywiste, skoro nigdy nie brakowało chętnych, którzy za kawałek srebra zakradną się komuś do domu przez komin, pójdą do łóżka z syfilitykiem albo popłyną do Belgii, by tam dać się zastrzelić z muszkietu. Ale podobnie jak większość ludzi z niewielką praktyką w takich kwestiach starał się o tym nie myśleć, co wychodziło mu całkiem nieźle, dopóki Saturn nie zwrócił mu uwagi, że źle robi. Za żądaną usługę płacił - jak na tamtejsze warunki - sporo i nie trzeba było długo czekać, by musiał zacząć się oganiać od ludzi, którzy usilnie starali się dać mu do zrozumienia, że będą znacznie tańsi od tych już wynajętych. Usługa ta polegała na wejściu na teren Fleet z rzekomym zamiarem skorzystania z ubikacji, dyskretnym udaniu się do zdemolowanej wygódki i wskoczeniu do poszerzonego otworu. Pierwszy chłopak, który się zgodził, dostał premię, ponieważ nie było wiadomo ani co znajdzie na dole, ani czy jego później znajdą. Po chwili wspiął się jednak na górę po (zainstalowanej uprzednio) linie, z sensacyjną wiadomością, że na dole znalazł się w długim, łagodnie zakręcającym tunelu z solidną posadzką ukrytą pod kilkucalową

warstwą szlamu i płynących po niej ściekach, które sięgały mu do pół uda. Następni opłacani przez Daniela młodzi ludzie schodzili tym samym otworem z workami na plecach (nie za dużymi, żeby nie zwracać na siebie uwagi), a wracali z pustymi rękami. Zaczęli od zbicia na dole drewnianej drabiny, by wspinanie się na górę było możliwe bez niezbędnej pionierom liny, a potem schodzili ze sznurami mierniczymi i przynosili w głowach liczby, które Saturn przekładał na mapę podziemi. Osiem stóp na wschód od wylotu ustępu, po północnej stronie tunelu, znajdował się szeroki na dwie dłonie wylot ścieku, który od czasu do czasu rzygał zwierzęcymi wnętrznościami. Jedenaście stóp dalej ział otwór wylotowy ubikacji znajdującej się w następnym budynku. Po kolejnych dwóch sążniach z prawej strony otwierał się odpływ więziennej kuchni. Trzydzieści kroków dalszego brodzenia w cuchnącej brei doprowadzało do wąskiej strużki czystszej wody, wpadającej do fosy za zakrętem tunelu: tym odpływem odprowadzano nadmiar wody z zaopatrzonego w pompę zbiornika pomiędzy kuchnią i karcerem. W miarę jak trwało badanie podziemi, rysował się coraz dokładniejszy obraz tunelu; powstawał po kawałku, na podstawie relacji śmierdzących, ale pełnych zapału chłopaków, którzy o najróżniejszych porach wychodzili z wygódki. Już pierwszego dnia udało im się odkryć nadwątlony fragment muru w odległości dziewięćdziesięciu, może stu stóp na wschód od ubikacji - musiał to być fragment zewnętrznej ściany karceru. Przyciskając do niego ucho,

utwierdzili się w przekonaniu, że słyszą szczęk łańcuchów: masywnych kajdan, które naczelnik Fleet wypożyczył z Newgate specjalnie po to, by skuć bandę braci Shaftoe. Chłopcy ruszyli więc na dół z łomami, dłutami i zawiniętymi w szmaty (dla wyciszenia) młotkami, aby odkuwać i kruszyć zaprawę spajającą cegły. Po dwóch dniach takiej roboty człowiek siedzący w karcerze (czarny, a więc najprawdopodobniej Tomba) wyjął cegłę od swojej strony, tworząc w ten sposób otwór wielkości pięści, i kategorycznie zakazał dalszego rozkuwania ściany, żeby strażnicy czegoś nie zauważyli. Od tego momentu rozpoczęto więc inne przygotowania. Chłopcy rekrutujący się z licznej w Londynie gromady kominiarzy - a zatem przyzwyczajeni do przeciskania się w pionie przez ciasne i brudne przestrzenie - zbadali inne szyby klozetowe. Jeden z takich szybów, wyjątkowo wygodny, po naniesieniu na mapę udało się zlokalizować w domu publicznym w gospodzie „Pod dzwonem i dzikusem”, nieopodal więziennego muru, w jednym z wielu zaułków tworzących ciemny labirynt pomiędzy Fleet i Great Old Bailey. Na początku drugiego tygodnia października Daniel miał wrażenie, że czwartkowa noc w Klubie Piwnym nigdy nie nadejdzie tym bardziej że ruch wokół nadwerężonego ustępu zaczął zwracać uwagę. Nie chodziło przy tym o same wizyty w nim chłopców (którzy zawsze zostawiali kogoś na straży, aby wchodzenie do szybu i wychodzenie z niego odbywały się bez zbędnych świadków), lecz o pozostawiany przez nich po wyjściu szlak, znaczony cuchnącą cieczą, której odór szczypał w nos. Naturalnie w ciemnym, wilgotnym i

śmierdzącym sraczu londyńskiego więzienia nie budził on aż takiego zdziwienia, jakie mógłby budzić w innym otoczeniu, ale byli tacy, którzy go zauważyli, i zaczęły się plotki, wielce dla Daniela niepokojące. Tak jakby i bez nich nie miał się czym niepokoić! Im więcej czasu spędzał w barze, tym bardziej się bał, ale pod koniec całej operacji nie mógł się wyrwać na więcej niż parę godzin. Po południu czternastego października przeczytał napisane przez Dappę obwieszczenie o aukcji z pół tuzina razy, przeplatając to lekturą gazet z ubiegłego i bieżącego dnia. W końcu jednak się ściemniło i do lokalu zaczęły napływać spragnione piwa tłumy. Saturn również ciężkim krokiem wtoczył się przez drzwi, mrugnął do niego porozumiewawczo... a potem - jakżeby inaczej - wszystko potoczyło się zbyt szybko! Zbyt nagle! Nie był gotowy! Przypomniała mu się sytuacja sprzed roku, kiedy Minerwa na długie tygodnie utknęła u wybrzeży Massachusetts, walcząc z niesprzyjającym wiatrem, aż nawet on, człowiek niezbyt przecież religijny, zaczął się modlić o zmianę pogody. A kiedy ta upragniona chwila wreszcie nadeszła, dopadła

ich

piracka

flotylla

Czarnobrodego.

Teraz

również

wyczuwało się w powietrzu zmianę - i zalążek kolejnej przygody. Daniel był przerażony, ale próbował się uspokajać następująco: ludzie tacy jak Jack Shaftoe przez całe życie zmierzają od jednej przygody do drugiej. Nawet Isaac Barrow, który uczył go matematyki w Cambridge, walczył kiedyś z korsarzami na Morzu Śródziemnym. Poza tym wszystko, co się wydarzyło, odkąd przed rokiem i dwoma

dniami odwiedził go Enoch, było jedną wielką awanturą, w której rzadko zdarzały się chwile wytchnienia. Więc... Witaj, przygodo! Przywołał kogoś z obsługi, kazał odszpuntować wskazaną beczkę piwa i zapłacił za nią złotem, co dłużnicy przyjęli z nabożną czcią i zachwytem godnym biblijnego cudu - i sami odpowiedzieli cudem na cud, bo dzięki nim beczka pełna przeistoczyła się w pustą. Daniel kupił następną, ponieważ rozeszło się już po klauzurze (i nie tylko), że Stary Partry stawia całemu Londynowi, i klienci zbiegli się tłumnie; parli ponoć przez bramę taką ciżbą, że nie sposób było wyjść z terenu więzienia. Z początku miał wrażenie, że odbywa się po prostu zwyczajne spotkanie Klubu Piwnego, na którym zjawiło się nieco więcej bywalców niż zwykle, do tego ciut bardziej entuzjastycznych, ale kiedy wdzięczni klienci podnieśli go, zaczęli podrzucać, pokrzykiwać triumfalnie, a potem wznosić na jego cześć toasty, ze swojego nowego - podwyższonego - punktu widzenia powiódł wzrokiem ponad głowami tłumu i wyjrzał na widoczne przez otwarte drzwi i okna boisko, gdzie zalegała... mgła. Nie taka prawdziwa londyńska mgła znad morza, lecz mgła oddechów setek ludzi stłoczonych pod drzwiami nabitego baru. Gdyby byli Indianami lub Turkami, byłby to powód do niepokoju, ale to byli zwyczajni Anglicy, u których Daniel rozpoznawał tylko tradycyjne angielskie cechy: chęć spotkania z innymi, popicia i pobycia w tłumie, zwłaszcza w ciemną, zimną noc. Uznał, że to doskonały moment, aby wykorzystać inną angielską słabość narodową: skłonność do wspólnego podejmowania zwariowanych przedsięwzięć.

- Wydałem całe złoto! - oznajmił, rozpoczynając mowę, której domagali się piwosze. W Klubie Piwnym zrobiło się cicho jak nigdy. Wydałem wszystko, co miałem - powtórzył. - Rodzina, która krzywo patrzy na moje poszukiwania, pomyślałaby pewnie, że niedługo dołączę tu do was jako nowy lokator Fleet. Dla nich byłby to wstyd, dla mnie zaś zaszczyt większy niż odznaczenie Orderem Podwiązki. W tym miejscu musiał odczekać, aż przycichną wiwaty i toasty. - Tak się jednak nie stanie. Wydałem moje złoto w taki właśnie sposób, tutaj, w tym barze, ponieważ jestem przekonany, że wkrótce całkiem niedaleko stąd znajdę go znacznie więcej. Odkryłem bowiem niedawno nowe dokumenty, które umożliwią mi odnalezienie skarbu: złotych monet, ukrytych na terenie Fleet sto czterdzieści lat temu przez mincerzy działających z polecenia sir Thomasa Greshama. Jego wypowiedź zaczęła się wprawdzie obiecująco, lecz wkrótce przeobraziła

(zdaniem

skomplikowany

większości

słuchaczy)

wywód historyczny, toteż

w

aplauz

mętny

i

był mniej

żywiołowy, niż gdyby Daniel kazał po prostu otworzyć nową beczkę. Ale to mu nie przeszkadzało. Prawdziwi wyznawcy teorii zakopanego złota od początku wieczora podejrzewali, że Staremu Partry'emu coś chodzi po głowie. Skupili się teraz wokół niego, wymachując szpadlami i zaostrzonymi patykami. Członkowie Sądu Nadzorczego byli przerażeni i najchętniej poddaliby Daniela karze pompowania, ale nie mogli nic zrobić, dopóki otaczali ich goście, którym w brzuchach przelewało się opłacone przez niego piwo.

- Gdybyście byli teraz łaskawi zanieść mnie w okolice Oddziału Biedoty, moglibyśmy od razu je wykopać i podzielić! Muszę was prosić tylko o jedno: żebyście trzymali się z dala od żołnierzy, w żaden sposób ich nie niepokoili i nie prowokowali. Są przecież uzbrojeni i mogliby chcieć odebrać nam coś, co się nam należy! Jeżeli dobrze ocenił sytuację, ten komunikat całkiem szybko i bez przekłamań dotarł aż na obrzeża tłumu. Dał również członkom Sądu Nadzorczego pretekst do interwencji: rządca i trzech jego ludzi natychmiast ruszyli w stronę pilnowanego przez żołnierzy lochu, prawdopodobnie po to, by zapoznać żołnierzy z rozwojem sytuacji. - Do zbiornika przy Oddziale Biedoty! - zarządził Daniel i został błyskawicznie dostarczony na miejsce w asyście rozochoconych właścicieli szpadli. W tym właśnie miejscu obserwował wymierzanie kary pompowania podczas swojej pierwszej wizyty we Fleet. Teraz wyjął zza pazuchy dokument, sporządzony Prawdziwym Pismem i przez to kompletnie niezrozumiały nawet dla tych więźniów, którzy umieli czytać - co było o tyle korzystne, że zawierał sporządzony dawno temu przez Hooke'a opis mechanizmu zegarowego. - Wedle opisu należy z tego miejsca odmierzyć pięćdziesiąt kroków wzdłuż Fleet Ditch, aż do drzewa - obwieścił i dał tragarzom do zrozumienia, że chciałby znów stanąć na ziemi. Postawili go posłusznie, on zaś cofnął się do skraju zbiornika, skierował na północ i, idąc, zaczął liczyć: - jeden. Dwa. Trzy...

Przy „dziesięciu” liczyli już razem z nim; przy „pięćdziesięciu” maszerowali w nogę jak kompania reprezentacyjna i odliczali kroki idealnie równym głosem. - Nie ma drzewa - zauważył Daniel. - To zrozumiałe, spłonęło w Wielkim Pożarze. Trudno, musimy postępować wedle instrukcji i mieć świadomość, że może być nieprecyzyjna. - Obracał papier w dłoniach, oglądając go to z jednej strony, to z drugiej, aż jego towarzysze zaczęli się niecierpliwić; co bardziej pochopni zabrali się już do kopania pierwszych dziur w ziemi. - Dalej jest napisane „Skręć w prawo i przejdź sto kroków”. Z początku wydawało mi się to bez sensu... - przyznał, spoglądając na piętrzący się po prawej stronie więzienny mur. - Dopóki nie uświadomiłem sobie, że w tamtych czasach gmach więzienia był mniejszy. Musimy jakoś te sto kroków odmierzyć. Każdy miał inny pomysł, jak to zrobić, toteż przez następne dziesięć minut można było odnieść wrażenie, że Fleet wymieniło się pensjonariuszami z Bedlam: ludzie włazili do środka przez okna, przeciągali sznurki przez cudze cele, obmierzali krokami mur budynku, rysowali patykami linie na ziemi. Wkrótce jednak dwie trzecie tłumu zebrały się na bliższym skraju boiska, a mniejsze grupki skupiły się w innych, mniej lub bardziej odległych miejscach, które uznały za właściwe. - Tu też powinno być drzewo, ale również go nie ma powiedział Daniel. Zmrużył oczy, wczytał się w dokument, spojrzał na kopułę katedry. - No tak, wieża świętego Pawła znajdowała się

wtedy trochę gdzie indziej. Na szczęście jestem wystarczająco stary, żeby pamiętać jej położenie. Ruszył przez boisko w stronę tego wyimaginowanego punktu orientacyjnego. Kilka odłamowych grupek przemieszczało się wraz z nim, zazdrośnie licząc kroki. Zatrzymał się pod samym murem zewnętrznym, przesunął pięć kroków w lewo i stanął na skraju płytkiego kamiennego rynsztoka, który przez pewien czas biegł równoległe do muru. Rozejrzał się, udając, że wypatruje następnych charakterystycznych punktów, chociaż w rzeczywistości interesowało go tylko zachowanie żołnierzy. Dowodzący nimi sierżant wywołał z namiotów całą dwunastkę, kazał im założyć bagnety na broń i rozstawić się w tyralierę przed wejściem do lochu. Sam stanął na przodzie. Przed nim znalazło się kilku sędziów Sądu Nadzorczego, starających się chyba oddzielić żołnierzy od cywilów ze szpadlami. Wszyscy, jak jeden mąż, wpatrywali się w Daniela, który zbliżył się na odległość kilu jardów do pierwszych żołnierzy. Dalej się jednak nie posunął. - Tu mamy kopać - ogłosił i czym prędzej uskoczył w bok, zanim ostrze któregoś szpadla zdążyło mu obciąć stopę. Żołnierzom wyraźnie ulżyło. W półmroku za ich plecami wysoki i barczysty mężczyzna popędził w stronę wygódki w takim tempie, jakby jelita miały mu za chwilę eksplodować. Stary Partry poszedł w zapomnienie: został zepchnięty na skraj tłumu i stracił perukę (do czego sam się walnie przyczynił, w odpowiednim momencie potrząsając stanowczo głową). Stanąwszy w cieniu muru, zrzucił

płaszcz i wrócił na odsłonięty teren w swoich tradycyjnych łachmanach, w których zupełnie nie wyróżniał się z tłumu. Poszedł na południe. Okrążył skrzydło przeznaczone dla biedoty i ruszył na północ wzdłuż zachodniego muru. Minął drugi zbiornik z wodą, przeszedł obok bramy (tłoczyli się w niej garnący się do wyjścia miłośnicy piwa, toteż wszyscy trzej strażnicy byli bez reszty pochłonięci

obserwowaniem

ich

twarzy),

przeciął

Malowany

Dziedziniec i znalazł się na północ od więziennego gmachu. Zniszczony ustęp miał teraz dokładnie na wprost siebie. Aby do niego dojść, obszedł prawie całe Fleet, ale przynajmniej nie musiał defilować przed nosem żołnierzy. Wszedł do środka, usiadł na skraju deski, wziął głęboki wdech i obrócił się na pośladkach w taki sposób, że jego stopy znalazły się nad otworem. Kiedy spuścił je do środka, czyjeś silne dłonie zacisnęły mu się na kostkach i pociągnęły je w dół; reszta Daniela podążyła za nimi szybciej, niżby sobie tego życzył. Nad poziomem otworu zostały już tylko ramiona i głowa, gdy oślepiło go światło latarni - ktoś szedł do klozetu! Rozległo się zdumione stęknięcie. Daniel został szarpnięty w dół z takim impetem, że obił sobie brodę o krawędź dziury, i zniknął. W świecie, który zostawił za sobą na górze, rozległ się kobiecy krzyk i łoskot upuszczonej latarni. Nierówny owal jasności zgasł. - Mogła zobaczyć pańską twarz? - zapytał szeptem Saturn. Danielowi odebrało mowę. Sparaliżował go strach, który i tak był zaledwie preludium do kompletnej paniki i, najprawdopodobniej, nudności.

Zaczynał rozumieć, co to znaczy znaleźć się w londyńskich kanałach - a przecież jeszcze się w nich na dobre nie zanurzył, bo Saturn niósł go na ramieniu, z chlupotem brodząc w ściekach i kierując się w stronę znajdującego się za zakrętem źródła światła. Daniel

byłby

uciekł

gdzie

pieprz

rośnie,

gdyby

nie

powstrzymywała go zawstydzająca świadomość, że od tygodnia płacił innym ludziom za to, by zamiast niego nurzali się w tym świństwie. Cierpiał. Czas płynął. Znaleźli się w innej części tunelu, lepiej oświetlonej, wśród ludzi. W ścianie ziała ogromna dziura. Jacyś ludzie uwijali się w nisko sklepionym lochu, po którego drugiej stronie znajdował}' się masywne drzwi, w tej chwili zablokowane klinami w taki sposób, że nawet gdyby żołnierze usłyszeli (mimo wrzawy tłumu) dobiegające z wnętrza odgłosy, nie zdołaliby wejść do środka. Na ziemi leżeli - jakby odpoczywając - trzej najbardziej żałośni nieszczęśnicy, jakich Daniel w życiu widział. Oczywiście wcale się nie relaksowali, lecz byli osłabieni, chorzy i obciążeni stufuntowymi łańcuchami z Newgate. Mężczyzna uzbrojony w młot i przebijak uwalniał ich z oków. Kiedy Daniel do nich podszedł, jeden - już wolny - usiadł i zaczął rozcierać obolałe nadgarstki. - Od tygodni skarżyliśmy się na brak kibla - powiedział. - A teraz każą nam w nim nurkować. - Raczej wspiąć się kiblem na górę - zauważył Saturn. - Mam nadzieję, że dasz radę wejść po drabinie, Danny. - A ja mam nadzieję, że ten dziadunio, co go nosisz na rękach, da radę.

- On ma ukryte rezerwy sił. - To niech je przestanie ukrywać - wtrącił inny mężczyzna, chyba czarnoskóry, chociaż w tej sytuacji rozróżnienie odcieni skóry było nieco kłopotliwe. Daniel poruszył się w końcu, dotknięty tymi kpinami do żywego, i kazał się postawić na nogach. Breja sięgnęła mu do kolan, lecz zniósł to dzielnie, powtarzając sobie w duchu, że przecież od tego się nie umiera. W każdym razie nie od razu. - Jeżeli ktoś już jest gotowy, to niech rusza - zasugerował. - Dzięki piękne, ale wolimy trzymać się razem - odparł Danny. Tomba był już wolny, ale człowiek z młotem dopiero zaczynał pracę przy Jimmym. - Ale proszę się nie krępować i wskazać nam drogę, jeśli jest wolna. - Jest, jest - zapewnił go Saturn, ważąc w dłoni gruby żelazny łom. - Tylko pokonanie ostatniego jej cala będzie wymagało jeszcze odrobiny wysiłku. *** Ostatni cal składał się z desek: była to podłoga zakrywająca stosunkowo szeroką studnię prowadzącą w dół, do ścieku. Tylko ona oddzielała kloaczny świat podziemny od kibelka na tyłach burdelu „Pod dzwonem i dzikusem”. Saturn zwykle nie afiszował się ze swoją potężną posturą, był raczej olbrzymem z tych bardziej dyskretnych - przez co demonstracja

jego prawdziwych rozmiarów i możliwości robiła tym większe wrażenie. Pracownice przybytku miały prawo być zaskoczone, gdy podłoga w ich ubikacji eksplodowała niczym wulkan, siejąc na boki drzazgami i odłamkami, i z otworu wynurzył się Peter Horton. Nie próbowały nawet udawać, że starają się coś z tego zrozumieć, tylko od razu pobiegły do wyjścia, porzucając klientów w mniejszym lub większym dezabilu i w różnym stopniu podniecenia. Burdel miał dwóch wykidajłów, którzy, rzecz jasna, stali przy drzwiach wejściowych i nie bardzo chcieli uwierzyć, że są nagle potrzebni na tyłach, w kiblu. W końcu jednak się zjawili, wymachując pałkami, i stwierdzili, że przeciwnik - w postaci siedmiu brudnych i śmierdzących mężczyzn, którzy przez ten czas zdążyli wygramolić się spod podłogi - ma przewagę liczebną i siłową, a także jest lepiej uzbrojony. - Jeżeli przyszliście nas wyrzucić, spieszę poinformować, że właśnie wychodziliśmy - powiedział Daniel. - Którędy do wyjścia? *** Na dziedzińcu „Dzwonu i dzikusa” czekała duża platforma na kołach, zaprzężona w cztery konie. Przy jej tylnym krańcu stała beczka czystej wody, a obok chłopak z kubłem, z którego z entuzjazmem polewał sadowiących się na wozie pasażerów. Mimo tych zabiegów daleko im jeszcze było do tego, by uznać się za czystych, ale szybka kąpiel spłukała gęste, rozrzedziła rzadkie i

poprawiła im samopoczucie. A najlepsze w niej było to, że trwała krótko: już po chwili zepchnęli pustą beczkę na ziemię. Połowa współorganizatorów ucieczki miała wyjść z Fleet zwykłą drogą, przez bramę, pozostali - w tym dwóch przypadkowych ludzi - przeszli przez burdel, a teraz ruszyli w swoją stronę, Jimmy, Danny, Tomba, Saturn i Daniel położyli się na platformie, a chłopak obsługujący wcześniej kubeł narzucił na nich brezentową płachtę. Kiedy wóz ruszył przez labirynt klauzury, zrzucili uświnione i śmierdzące buty i spodnie; gdyby ktoś chciał ich śledzić, mógłby z łatwością podążyć śladem porzuconej garderoby przez Prujeon Close, Black and White Court i inne, nie mniej atrakcyjne miejsca, aż do Great Old Bailey, ulicy szerokiej i ruchliwej. Tam jednak nie wiedziałby, gdzie skręcić, gdyż od tego momentu pasażerowie starali się już nie zostawiać oczywistych śladów. W kierunku południowym Great Old Bailey prowadziła do Ludgate, gdzie zmieniała się w Water Street i schodziła nad rzekę, na przystań Black Friars Stairs. Na północy, po drugiej stronie ulicy, w odległości rzutu kamieniem znajdował się gmach sądu kryminalnego, a zaraz za nim więzienie Newgate. Ewentualny prześladowca byłby całkiem usprawiedliwiony, gdyby założył, że raczej udali się ku rzece i wolności niż w stronę sądu i najcięższego więzienia w mieście. Oni jednak skręcili właśnie na północ i kawałek dalej się zatrzymali. Saturn wstał, odrzucił płachtę i wziął od woźnicy latarnię. Jimmy, Danny i Tomba usiedli na wozie i zaczęli się rozglądać. Znajdowali się na skrzyżowaniu Great Old Bailey z inną ulicą, jeszcze szerszą,

której boki spinał odległy dosłownie o kilka jardów gotycki kasztel z wieżyczkami i przegradzającą drogę broną. - To więzienie Newgate - stwierdził Jimmy. - Zamiast zerkać w dół i wypatrywać czegoś w mroku, spójrzcie do góry - powiedział Saturn, otwierając osłony latarni. - Na to potrójne okno, nad posągami. Pokazał, o czym mówi. Okno znajdowało się trzydzieści stóp nad poziomem bruku. Między kratami było widać płomyk świecy, który na ułamek sekundy podskoczył i oświetlił czyjąś twarz - i w tej samej chwili został zdmuchnięty. A jednak to wystarczyło, by twarz została rozpoznana. - Ta...! - próbował zawołać Jimmy, lecz dłoń Tomby zacisnęła mu się na ustach i stłamsiła drugą sylabę. Już po tym Jack Shaftoe mógł się domyślić, kto jedzie na wozie, ale dla rozwiania wszelkich wątpliwości Saturn oświetlił kolejno twarze Jimmy'ego, Danny'ego i Tomby. Na koniec poświecił także na Daniela, ponieważ należało nie tylko zakomunikować Jackowi fakt uwolnienia więźniów, lecz także wskazać osobę za to odpowiedzialną. - Lećcie jak ptaki - powiedział Jack. Nie podniósł głosu, ale niewiadomym sposobem jego słowa dotarły wprost do uszu słuchaczy. - Musicie lecieć jak ptaki i nie zatrzymywać się, dopóki nie dotrzecie do Ameryki. - Chyba chciałeś powiedzieć „musimy”, tato? - zdziwił się Jimmy. - Musimy razem polecieć!

- Gdyby dobre chęci pozwalały burzyć więzienia, wszyscy ludzie byliby wolni - odparł Jack. - Ale tak nie jest. Ja siedzę tutaj, a wy tam. Jutro ja tutaj zostanę, a dla was będzie lepiej, jak znajdziecie się daleko stąd. - Nie możemy cię tak zostawić - zaoponował Danny. - Cicho! Nie ma czasu na gadanie, bo muszę wam coś powiedzieć. Od trzydziestu lat powtarzam, że robię wszystko, by zapewnić wam lepszą przyszłość. Do tej pory gadałem, żeby gadać, ale teraz jest inaczej. Nareszcie dopiąłem swego! I po tym macie mnie pamiętać, nie po żadnych innych bzdetach. Uciekajcie! Uciekajcie do Ameryki, znajdźcie sobie żony, spłodźcie dzieci, opowiedzcie im, co dziadek zrobił dla swoich synów. I powiedzcie, że one też mają się dzielnie spisać. Żegnajcie! Jack oparł się o kratę i w półmroku znów mignęła jego twarz. Pod koniec głos mu się załamał. Saturn skinął na woźnicę, który strzelił z bata i skierował wóz na zachód, na drogę wyjazdową. Towarzyszący temu zgiełk i turkot zagłuszyły pożegnalne okrzyki trzech uwolnionych więźniów, a po chwili brezent przesłonił im i tak ledwie widocznego Jacka. Hałaśliwy wóz oddalił się, ulica przed więzieniem opustoszała i tylko wysoko nad powierzchnią bruku majaczyło pięć ludzkich postaci: oparty o okienną kratę Jack, oraz pochowane w niszach Wolność, Sprawiedliwość, Litość i Prawda. Wszystkie cztery damy odwróciły się plecami do więźnia, udając, że nie słyszą stłumionego szlochu, który jeszcze długą chwilę niósł się nad brukiem.

*** Dojechali High Holborn do Chancery Lane, gdzie skręcili na południe, w stronę rzeki, przecięli płac Tempie i dotarli do schodów na przystani. Tam czekała już na nich łódź z wioślarzami, których sowicie wynagrodzono za jednonocną ślepotę, głuchotę i tępotę. Cała piątka zbiegów wsiadła na pokład. Łódź odbiła od brzegu i zaczęła posuwać się na skos w górę rzeki, kierując się w stronę drewnianych pomostów na wysokości Lambeth. - Nie wiadomo, kiedy się zorientują, że uciekliście - powiedział Daniel, gdy doszedł do wniosku, że od bolesnego pożegnania minęło wystarczająco dużo czasu, by niedawni więźniowie byli w stanie przyswoić sobie jego słowa. Opychali się chlebem, serem i jajkami na twardo, które czekały na nich na łodzi, ale kiedy się odezwał, zgodnie spojrzeli na niego. Wywnioskował z tego, że mają nawyk uważnego słuchania i wykonywania poleceń. - Najpierw dadzą znać w dół rzeki, aby wypatrywać takich jak wy w okolicach Gravesend. Dlatego tam nie popłyniecie. Na drugim brzegu czekają na was czyste ubrania i rącze konie. Jest tam również człowiek, który zaprowadzi was do pewnego miejsca w Surrey, gdzie zmienicie konie i poznacie nowego przewodnika. I tak to będzie szło, aż znajdziecie się w Portsmouth. Przy odrobinie szczęścia jutro powinniście stamtąd wypłynąć do Ameryki. Macie udawać najemnych robotników, których całkiem spora grupa wybiera się na znajdującą

się w Karolinie plantację pana Ickhama. Gdyby jednak wieść o waszej ucieczce wyprzedziła was w Portsmouth, możecie być zmuszeni opłacić jakiegoś szmuglera, żeby przemycił was do Francji. - Tata by wolał, żebyśmy popłynęli do Karoliny - zauważył Danny. - Więc tak zrobimy. - Doskonale. W Ameryce powinno się wam spodobać. - Wiemy o tym - odparł Jimmy. - Przecież już tam byliśmy. *** Członkowie bandy braci Shaftoe byli do tego stopnia przyzwyczajeni do nocnych konnych eskapad, że przepadli w mrokach Lambeth, zanim Daniel zdążył wygramolić się z łodzi, żeby się pożegnać. Nie pozostało mu więc nic innego jak usiąść na ławeczce i wraz z Saturnem dać się odwieźć z powrotem na londyński brzeg. - Nie miałem pojęcia, że bycie mózgiem organizacji przestępczej jest takie skomplikowane - poskarżył się. Jeszcze niedawno rozpierało go podniecenie, teraz jednak miał wrażenie, że od lat nie czuł się tak zmęczony. - Większość ludzi dorasta do tego stopniowo, zaczynając od prostszej roboty - powiedział Saturn. - Na przykład kradzieży zegarków. Rzadko się zdarza, żeby ktoś trafił prosto na szczyt. Tylko wybitny członek Towarzystwa Królewskiego mógł tego dokonać. Gdybym nosił kapelusz, zdjąłbym go teraz przed panem.

- Zastanawiam się, czy mój brak doświadczenia będzie okolicznością łagodzącą, kiedy stanę przed sądem. - „Jeśli”, a nie „kiedy”. Chociaż nie od rzeczy byłoby, gdyby i pan zaczął myśleć o powrocie do Ameryki. - Dobrze, zastanowię się nad tym. Najpierw jednak czeka nas jeszcze trochę babrania się w ściekach. - Co też pan mówi, ja już nigdy nie nazwę Walbrook ściekiem. Nie po tym, co dziś widziałem. To po prostu strumyczek, który został zabudowany i udostępniony nam i paru innym wtajemniczonym kamratom. *** Od Crane Court dzieliło ich niespełna ćwierć mili; wynajęta lektyka dowiozła Daniela w kilka minut na miejsce, gdzie stwierdził, że Isaac Newton zasiedział się do późna przy pracy. Ktoś go jednak poinformował o ucieczce i przysłał powóz, który skutecznie zablokował wjazd na podwórko. Daniel skinął na tragarzy, żeby się cofnęli na drugą stronę ulicy. Pojawił się Isaac, biały w świetle ulicznych latarń, kaszlący, ze ściągniętą twarzą. Wsiadł do powozu i natychmiast otworzył wszystkie okna, żeby mieć czym oddychać. - Do Newgate - polecił. - Jeśli to konieczne, będę siedział do rana i pilnował Jacka Shaftoe, a jutro postawię go przed sądem.

Przekonamy się, czy przywalony toną kamieni dalej będzie sprawiał tyle kłopotów. Słowa te padły, gdy pojazd mijał lektykę w odległości wyprostowanej ręki. Należało domniemywać, że Isaac rozmawia z kimś ważnym, kto towarzyszy mu w pojeździe, ale w tej samej chwili spojrzał przez okno - prosto w twarz Daniela. Daniela zamurowało, choć wiedział, że ukryty za czarną zasłoną jest całkowicie niewidoczny. Przez długą chwilę nie mógł złapać tchu, jak przygnieciony wielkim ciężarem więzień. Pod stosem ołowianych obciążników, w Wyciskami, w wiezieniu Newgate 20 października 1714 Apolion krzyknął: „ Teraz już jesteś mój!” i tak go silnie przygniótł, że o mało go nie udusił. - John Bunyan, Wędrówka pielgrzyma∗

Mercury nie znał drogi do Newgate. Dziwny może się wydawać fakt, że boski posłaniec nie odwiedzał potężnej bramy siedzącej okrakiem nad traktem prowadzącym do serca miasta, o którym Jack Shaftoe z lubością myślał jak o największej metropolii świata - mimo to

Merkurego

nigdy

tu

nie

widywano;

zresztą,

szczerze

powiedziawszy, nie bywał również w wielu innych miejscach, w 

Przeł. J. Prower (przyp. tłum.).

których Jack spędził większość życia. Przyczyna jego zachowania była oczywista: chyży i rozbrykany bożek, nawykły do czystych marmurowych posadzek olimpijskich, nie miał najmniejszej ochoty ubrudzić sobie gównem bielusieńkich skrzydełek przy kostkach. Na dobrą sprawę, gdyby się zastanowić, jakie miejsca lubił odwiedzać, Jack mógłby przeżyć życie w całkowitej pustce informacyjnej (i byłby z tym absolutnie szczęśliwy), gdyby nie fakt, że grymaśny Merkury miał troje podczaszych, czyli, mówiąc prościej, przydupasów: Światło, Dźwięk i Smród. Towarzyszyli mu stale, tak jak ponoć Strach i Groza Marsowi, i dostarczali nowiny we wszystkie te miejsca, w których nie postała stopa ich pana i władcy. Światło rzadko widywano w tych okolicach, podobnie zresztą jak w całym Londynie. Przy jednym końcu Newgate znajdował się skrawek wolnej przestrzeni, na tyle wąski, że młody człowiek, który oparłby się plecami o budynek, mógł obsikać zewnętrzny mur więzienia. W te dni, kiedy słońce świeciło nad Londynem, około południa zaglądało także na kilka minut na to podwóreczko. Z tego właśnie powodu wychodzące na podwórko apartamenty (nazywane tak mimo zdobień z grubych żelaznych prętów w oknach) były zarezerwowane dla najzamożniejszych więźniów. Jack się do takich zaliczał (nawet jeśli większość posiadanych pieniędzy wyprodukował osobiście), ale tego dnia nie zajmował żadnego z apartamentów. Powodem jego absencji były pewne prastare i uświęcone tradycją przepisy angielskiego prawa. Spędzał czas w skrzydle przeznaczonym dla pospolitych przestępców, gdzie Światło

było intruzem - przynajmniej dopóki ktoś nie pochwycił jego odrobiny i nie skazał na krótkotrwały areszt we wnętrzu latarni. Co innego Dźwięk, żwawy włóczęga - on miał w Newgate znacznie łatwiej niż jego brat Światło. Więźniowie go uwielbiali i wydawali przy każdej okazji. Po części wynikało to z braku Światła, z powodu, którego Dźwięk stawał się dla nich jedynym nośnikiem mądrzejszych lub głupszych informacji, po części zaś z faktu, że wszyscy lokatorzy - bogaci i biedni, kryminaliści i dłużnicy, mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci - byli zaopatrzeni w narzędzia umożliwiające wydawanie dźwięków przy każdym ruchu, ponieważ od chwili przyjęcia do więzienia do momentu zwolnienia wszyscy nosili żelazne kajdany. Zamożniejszych stać było na lżejsze łańcuchy, biedota musiała poprzestać na ciężkich - ale każdy coś tam dla siebie znalazł. I wszyscy wprost uwielbiali nimi grzechotać, tak jakby zgiełk miał moc odpędzania wszy i odfiltrowywania smrodu z powietrza. Jack leżał w Wyciskami na pierwszym piętrze, w samym środku więzienia. Za ścianą znajdowała się zbiorowa cela kobieca, a w niej około setki kryminalistek, upakowanych jak czekoladowe żołnierzyki w pudełku. Ich jedyną rozrywką było wykrzykiwanie najgorszych przekleństw, jakie przychodziły im do głowy, przez wychodzące na ulicę zakratowane okno. Okazało się, że całkiem spora rzesza wolnych londyńczyków nie ma nic lepszego do roboty niż stać pod tym oknem i słuchać tego złorzeczenia. Ponieważ zwyczaj ten był w tym miejscu pielęgnowany i praktykowany od mniej więcej tysiąca lat (z przerwami na epidemie dżumy i tyfusu, pożary oraz zakrojone na

szeroką skalę przebudowy więzienia), został z czasem wyniesiony do rangi sztuki. W dziedzinie pomstowania więźniarki przerastały zwykłych

śmiertelników

w

podobnym

stopniu,

jak

książę

Marlborough resztę generalicji. Na szczęście dla Jacka, który cenił sobie spokój pozwalający mu od czasu do czasu stracić przytomność, ściany Wyciskami były grube i tłumiły jazgotliwe przekleństwa do znośnego, stałego poziomu. Słyszał zatem więcej niż widział, ale czuł (nosem) po tysiąckroć więcej niż słyszał, ponieważ najpodlejszy i najbardziej odrażający ze wszystkich adiutantów Merkurego - Smród - był w Newgate wszechobecny. Przede wszystkim Jack czuł siebie samego i to, co ostatnio udało się z niego wycisnąć; od czasu do czasu dolatywała go woń dymu, a także gorącego oleju, dziegciu i smoły - Wyciskarnia znajdowała się bowiem nieopodal katowskiej kuchni, w której Jack Ketch wygotowywał w wymienionych wyżej substancjach odcięte głowy i kończyny swoich ofiar, aby po zatknięciu na pikę przy bramie miejskiej jak najdłużej znosiły kaprysy pogody. Jack trafił tu osiemnastego października. Minęło dużo czasu, zanim drzwi się otworzyły, do środka wszedł strażnik i wepchnął mu do ust piętkę czarnego chleba. Znowu upłynęło dużo czasu - i znowu drzwi się otworzyły i strażnik, inny niż poprzednio, przyniósł chochlę wypełnioną tym, co przed chwilą udało mu się do niej nabrać z kałuży na posadzce. Jej zawartość wlał do ust Jacka, by ten zrobił z nią, co uzna za stosowne: przełknął lub wypluł. Jack, porywczy z natury, przełknął. Wiedząc, że więźniowi trzymanemu o chlebie i wodzie

wydziela się jeden posiłek dziennie (chleb na zmianę z wodą), wyliczył sobie, że zbliża się dwudziesty października, dzień koronacji nowego króla w Opactwie Westminsterskim, półtorej mili od Newgate. Jaka szkoda, że nie będzie mógł uczestniczyć w tej ceremonii! Oczywiście nie został zaproszony, ale przecież przez całe życie pakował się tam, gdzie go nie proszono, więc taki drobiazg nie powinien go powstrzymywać. Pochody, procesje i uroczystości związane z koronacją były zastrzeżone dla porządnych i szanowanych obywateli: biskupów, doktorów, włościan i arystokratów. Każdy z nich miał nadzieję (i był święcie przekonany), że co większe fragmenty Jacka Shaftoe skończą wkrótce w kuchni kata. Najpierw jednak należało Jacka oskarżyć i skazać - i to oskarżyć nie o byle co, lecz o zdradę stanu. Zwykłych rabusiów, morderców et caetera po prostu wieszano, a cały wisielec był stanowczo zbyt dużym kąskiem, aby dało się go wygodnie przenieść do więziennej kuchni. Karą za zdradę stanu było natomiast podduszenie przez powieszenie (cokolwiek miałoby to znaczyć), odcięcie ze sznura, wypatroszenie, oraz rozdzielenie - za pomocą czterech par koni, galopujących w cztery strony świata - na co najmniej cztery kawałki, nadające się do zaordynowanych przez kata zdrowotnych kąpieli w oleju, smole i dziegciu. Jacka Shaftoe czekała długa i bolesna wycieczka do Tyburn i z powrotem, najpierw jednak musiało się stać zadość pewnym formalnościom. Wyrok skazujący mógł zapaść dopiero po uczciwym procesie, proces zaś wymagał na

pewnym etapie tego, by podejrzany ustosunkował się do zarzutów i powiedział, czy przyznaje się do winy, czy też wszystkiemu zaprzecza. Z tego właśnie powodu dwa dni temu strażnik zabrał go z czystego i jasnego apartamentu w Zamku i wpędził w wąski zaułek jak owcę zaganianą do koszaru. Zaułek prowadził wprost do Old Bailey. Tam Jack trafił na dziedziniec, na którym sędzia (jak należało się domyślać z peruki i powierzchowności) spojrzał na niego groźnie z wysokości balkonu (dawno już bowiem ustalono, że sędziom narażonym na oddychanie tym samym powietrzem co więźniowie Newgate grozi szybka śmierć na tyfus). Ponieważ Jack nie zamierzał ani przyznać się do winy, ani upierać się przy swojej niewinności, uruchomiona została standardowa procedura i wrócił tą samą drogą do Newgate. Tam jednak zamiast do swojego ślicznego mieszkanka nad bramą, trafił wprost do Wyciskami, gdzie, rozebrany do samych gatek, dał się nakłonić (po bardzo, bardzo usilnych namowach) do położenia się na wznak na kamiennej posadzce. W czterech rogach Wyciskami znajdowały się wmurowane w podłogę klamry, które za pomocą łańcuchów połączono z jego nadgarstkami i kostkami. Następnie jakby w złowrogiej zapowiedzi kary za zdradę stanu - łańcuchy zostały naciągnięte, a Jack razem z nimi. W środkowej części pomieszczenia, pod sufitem, na wielokrążku była zawieszona podłużna drewniana skrzynia (otwarta od góry i przywodząca na myśl koryto). Strażnicy opuścili ją niżej, aż znalazła się kilka cali nad mostkiem Jacka, i zaczęli przekładać do niej

ołowiane walce z niepokojąco schludnego stosiku pod ścianą; lądowały w skrzyni z irytującym łoskotem. Trwało to dość długo, a strażnicy wzorem prawników co rusz powoływali się na precedensy: „Oto przekraczamy sto funtów, ciężar dobry dla starszych pań i dzieci z gruźlicą; teraz mamy dwieście - tyle wystarczyło, żeby lord taki a taki przyznał się po trzech godzinach, ale ciebie, Jack, darzymy większym szacunkiem, więc pomału zbliżamy się do trzystu funtów. Trzysta funtów zabiło Boba Nożownika, ale Wielki Jephtah wytrzymał trzy dni. No, Jack, gotowe. Ty też już jesteś gotowy”. Opuścili skrzynię. Wielokrążek wydał wszystkie niezbędne jęki i kwiki, jakie wydałby Jack, gdyby tylko mógł. Ciężar nie spoczął na nim od razu, lecz napierał pomału, coraz mocniej, jak wzbierający przypływ. Jack natychmiast zrozumiał, dlaczego tylu wspomnianych przez strażników ludzi załamało się lub najzwyczajniej w świecie umarło. Nie chodziło o ciężar i ból, choć oba były trudne do zniesienia; znacznie gorsza była wszechogarniająca rozpacz. Jack zdołał nad nią zapanować (choć z trudem) tylko dlatego, że cały czas powtarzał sobie, że bywał już w gorszych tarapatach. Znacznie gorszych. W ten sposób udało mu się zachować spokój - do chwili, gdy nić łącząca go z tu i teraz pękła i jego wyzwolony umysł zaczął śnić o minionych czasach. Przed oczami przewinęło mu się wiele dawnych historii; niczym na wpół materialne widmo wracał do tętniącego życiem Port Royal na Jamajce, pod oblężony Wiedeń, do Berberii, Bonanzy, Kairu, Malabaru, Meksyku i w inne miejsca. Oglądał dobrze znajome twarze

- większość była mu droga, tylko nielicznych nienawidził; do niektórych ludzi próbował zagadywać, a nawet na nich pokrzykiwać tak głośno, że strażnicy go usłyszeli i przyszli sprawdzić, czy już się poddał i jest gotowy wypowiedzieć się o swojej winie. Na miejscu stwierdzili jednak, że odpłynął we wspomnienia i kompletnie stracił świadomość. Cierpiał męki, lecz nie były one wywołane miażdżącym go ciężarem (bo z jego istnienia przestał sobie zdawać sprawę), lecz niezmiennością i obojętnością wspomnień, które nijak nie reagowały na jego wezwania. Równie dobrze mógłby leżeć w kaplicy kościoła i krzyczeć do fresków na suficie: cudownych z wyglądu, lecz głuchych i martwych. W pewnej chwili mignął mu odziany w kwiecistą tunikę pan Foote, który sączył kolorowego drinka na plaży w Queena Kootah, jakby wznosił toast za jego zdrowie - ale tylko o nim można by od biedy powiedzieć, że zwrócił na Jacka uwagę. O dziwo, jedynym, który do Jacka przemówił, okazał się człowiek najbardziej przez niego znienawidzony: ojciec Edouard de Gex. - Że też akurat na ciebie trafiło! - wściekł się Jack. - Nikt nie rozsierdziłby mnie tak jak ty! - Zgoda, ale musisz przyznać, że najlepiej pasuję do tego miejsca i okoliczności - zauważył de Gex. Wyzbył się drażniącego francuskiego akcentu. - No... niby racja - przyznał słabym głosem Jack. Jak przystało na wyszczekanego jezuitę, de Gex miał już gotowe wytłumaczenie:

- Wszyscy inni, których oglądasz we wspomnieniach, albo jeszcze żyją, albo podążyli szlakiem, który wyznaczył im los, i znaleźli się zbyt daleko stąd, aby cię usłyszeć. Tylko ja jeden wciąż nawiedzam ten świat. - Nie trafiłeś do piekła? Dla mnie zawsze byłeś typem faceta, który po śmierci pójdzie się smażyć. - Jak sam ci to kiedyś wyznałem w chwili słabości, mój status był - i nadal jest - niejasny. - No tak... Twoja diaboliczna cousine trochę ci bruździ... Zapomniałem. - Nawet święty Piotr nie wie, co ze mną zrobić - przyznał duch de Gexa. - Dlatego jestem skazany na błąkanie się po świecie aż do dnia Sądu Ostatecznego. - W jaki sposób zabijasz czas? De Gex wzruszył ramionami. - Poszukuję odkupienia w dawaniu ludziom dobrych rad i kierowaniu tych, którzy mają jeszcze szansę trafić do nieba, na ścieżkę prawości. - Też coś! Kto jak kto, ale ty?! Ojciec Ed ponownie wzruszył ramionami. - Jesteś przykuty do podłogi, więc tak czy inaczej musisz wysłuchać mojej rady. Sam zdecydujesz, czy chcesz z niej skorzystać. - Co to za rada? Tylko mów głośniej, bo zaczynasz się rozwiewać.

- Wcale się nie rozwiewam. Po prostu strażnicy usłyszeli twoje krzyki i otworzyli drzwi. Jest ranek, okna też są pootwierane na oścież, świeże powietrze i światło wpadają swobodnie do środka. Zostanę tutaj, przy tobie; nie zwracaj uwagi na strażników: nie wiedzą, co się dzieje, nie widzą mnie i podejrzewają, że jesteś niespełna rozumu. - Dobre sobie... Ja niespełna rozumu! - Przyjąłeś propozycję Daniela Waterhouse'a... Dlaczego? - Uznałem, że on najprędzej spełni swoją obietnicę. Charles White to człowiek wpływowy, ale znalazł się w kłopotliwej sytuacji i w każdej chwili może zostać wygnany z kraju; nie odważyłbym się mu zaufać. Newton pozostaje dla mnie nieprzenikniony, a Waterhouse... To człowiek odpowiedzialny. Poza tym pozostawał w stałym kontakcie z Saturnem i miał silną motywację, by załatwić sprawę do końca. Chłopców już wyciągnął z Fleet. To wyjaśnia, dlaczego sir Isaac tak się wczoraj wściekł. - Nie wczoraj, Jack, tylko trzy dni temu. Zwalili ci tę skrzynię na pierś przed dwoma dniami, osiemnastego. - A niech mnie kule biją... Kawał czasu. Całkiem się pogubiłem. - I tak wytrzymałeś najdłużej ze wszystkich. Wieść już się rozeszła. Londyn wie i śpiewa o tobie tak: Spada kolejna ołowiu tona, Jack wagabunda rozkłada ramiona. „jeszcze młoda noc,

Czuje w sobie moc, Jeszcze nie jestem gotów, by skonać”. - To to tak zawodzili? Zastanawiałem się... Właściwie nie brzmi źle, jak na twórczość ludową. Wzruszający kawałek. Ale jestem pewien, że nawet pospólstwo stać na coś więcej; może powinni zrobić zrzutkę i wynająć jakiegoś prawdziwego poetę, z odrobiną dobrego smaku. Marzą mi się heroiczne dwuwiersze, może w heksametrze jambicznym, pod które dałoby się podłożyć muzykę... - Jack! Nie zastanawiałeś się, jak to możliwe, że słyszysz mnie, ducha, podczas gdy strażnicy nie mają pojęcia, że tu jestem? - Nie, ale ciekawi mnie co innego: dlaczego zostawiłeś mnie tu samego przez pierwsze dwa dni, do cholery, a teraz przyłazisz, żeby mącić mi spokój swoimi poronionymi radami? - Odpowiedź na oba te pytania jest taka sama: stoisz u progu przejścia łączącego nasz świat ze światem duchów. - Czy w ten poetycki sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że zaraz kojfnę? - Owszem. - No to niedługo i tak się spotkamy, bo czuję, że odpływam... słyszę niebiańskie dzwony... - To dzwon z Westminsteru. Poranny wiatr niesie jego dźwięk nad rzeką. - A co się stało? Ktoś umarł?

- Nie, ale jest taka tradycja, że bije się w główny dzwon opactwa, kiedy nowy król zajeżdża pod zachodnią bramę. Ten dzwon wzywa całą Anglię do kościołów, aby uczcić koronację Jerzego. - Znajdzie się tam dla mnie miejsce? - Skup się, Jack. W przeciwnym razie dźwięk dzwonu będzie ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszysz w życiu. - Przypomnę ci zatem, że nie mam wyjścia, bo musiałbym się albo przyznać do winy, albo wszystkiego się wyprzeć, a wtedy tak czy inaczej trafię do Tyburn, gdzie czeka mnie o wiele gorsza śmierć niż tutaj. Psiakrew, przecież teraz nawet nie czuję bólu! - Nie zapomniałeś o pewnym istotnym elemencie planu? - O czym mówisz? O planie Waterhouse'a? - Tak. - O nie, nie, nie. Wiem, co kombinujesz, ojczulku, i nie dam się nabrać. Już raz to zrobiłeś: sfałszowałeś list od niej i zastawiłeś na mnie pułapkę. - Leżysz na podłodze więzienia przygnieciony trzystoma funtami ołowiu. Zostało ci sześćdziesiąt sekund życia. Doprawdy, zdumiewasz mnie, Jack, obawiając się w takiej chwili podstępu z mojej strony. - Po prostu nie chcę znowu wyjść na durnia. Zamierzam zachować odrobinę dumy. - Nie chodzi ci o dumę, bo tej nigdy ci nie brakowało. Ale co z tego? Czy dzięki niej dostałeś to, na czym ci zależało? Nie. Nie dumy ci trzeba, Jack, lecz wiary. - No żeż w mordę Jezusa...

- Jak chcesz. Ale posłuchaj, nie wolałbyś pożyć jeszcze dziewięć dni, żeby zobaczyć, jak się to wszystko skończy? - Kiedy pomyślę, że po śmierci mam się znaleźć w tym samym wymiarze egzystencji co ty i dalej wysłuchiwać twojego pieprzenia, to dziewięć dni na tym padole łez zaczyna brzmieć obiecująco. - Czyli... - No dobrze, co mi szkodzi. Przyznam się. - Głośniej, Jack. Nie słyszą cię! Nasłuchują odległych fanfar. - Popatrz, to tak jak ja... Myślałem, że już umarłem i aniołowie witają mnie graniem na złotych rogach! - To królewski trębacz obwieszcza przybycie Jerzego Ludwika do Opactwa Westminsterskiego. Towarzyszący mu dobosze walą w bębny. - Dobrze, do licha, przyznaję się! - zawołał Jack. - Zdejmijcie ze mnie to draństwo i zabierzcie tę zjawę! Opactwo Westminsterskie 20 października 1714 Później, już po wszystkim, wszystkie zacne persony, które były świadkami tej sytuacji (a także te, które chciały, by tak o nich myślano), zaklinały się na wszystkie świętości, że łotr otworzył usta i wyszczerzył zęby, a jego twarz przybrała drapieżny wyraz i upodobniła się do pyska bestii. Charles White był postacią znaną i

wpływową, toteż obalenie go nie było takie proste: najpierw należało sprawić, żeby ludzie dostrzegli w nim zwierzę. Rzecz działa się przed zachodnią bramą opactwa. Dookoła zgromadzili

się

wszyscy

najważniejsi

Brytyjczycy,

a

także

ambasadorowie i inni goście z zagranicy, trochę otumanieni po kilku godzinach spędzonych w kościele. Koronacja Jerzego była ni mniej, ni więcej, tylko nieprzeciętnie nudnym nabożeństwem, ożywianym od czasu do czasu demonstracją najbardziej tandetnych insygniów królewskich znanych w świecie na zachód od Szachdźahanabadu. Goście, siedząc - lub stojąc - śledzili niezliczone procesje i recesje; ilekroć król odpędził natrętną muchę, nagradzano go kwadransem fanfar i uroczystych śpiewów. Arcybiskup, Lord Kanclerz, królewski szambelan i cała reszta dworskich dostojników upewnili się między sobą, że Jerzy Ludwik z Hanoweru jest właściwym człowiekiem, potem sprawdzili to po raz drugi i trzeci, następnie - dla pewności odwołali się do rzeszy przeróżnych biskupów, parów, kawalerów et caetera, którzy nigdy nie potwierdzali niczego zwykłym skinieniem głowy czy gestem uniesionego kciuka, lecz wdawali się w pompatyczne, po trzykroć okrężne przemowy, przerywane za każdym razem, gdy tylko sekcji dętej, organiście albo chórowi zachciało się radosnej półgodzinnej polifonii. Pośrodku nawy, w przejściu pomiędzy ławkami, tłoczyły się niezliczone Biblie, ozdobne trony, kielichy, pateny, ampułki, łyżki, kapy, ostrogi, rapiery, sutanny, jabłka, berła, pierścienie, diademy, medale, korony i ceremonialne laski, tak jakby najelegantszy lombard na świecie został złupiony

przez bandę bezrobotnych kapłanów i arystokratów, którzy nawet najmniejszej drobiny łupu nie mogli przenieść z punktu A do punktu B, dopóki nie odmówili kilku pacierzy i nie odśpiewali peanów wychwalających tę wspaniałą, a zarazem przeraźliwie dostojną chwilę. Powietrze gęstniało od hymnów. Pacierze szły po pensie za funt. Imię Pańskie wycierało się jak sweter na łokciach. Pod nogami trębaczy zbierały się kałuże śliny. Kalikanci dorabiali się przepukliny. Chłopcom z chóru rosły brody. Kiedy wreszcie nowy król odziany w monarszy fiolet przemierzył ciężkim krokiem nawę i wyszedł z kościoła, uczestnicy ceremonii nie wierzyli własnym oczom - jak gospodarze przyjęcia o czwartej nad ranem, kiedy najnudniejszy i najbardziej uparty z gości wstaje w końcu od stołu. Nastąpiło dodatkowe pół godziny hymnów, gdy kolejni goście wychodzili na dwór, mrużyli olśnione oczy, mieszali się z innymi gośćmi i wdawali się z nimi w pogawędki. Rozdzwoniły się wszystkie dzwony w Londynie. Przez ten czas król oraz książę i księżna Walii dawno już sobie poszli. Wtedy to spokój pana Charlesa White'a został zakłócony przez czyjąś dłoń, która spoczęła mu na ramieniu. Jako kapitan Królewskich Gońców ubrał się na koronację w przewspaniały i zgoła niemodny mundur, ale kiedy przez obwieszony frędzlami epolet poczuł dotknięcie cudzej ręki, od razu wiedział, co to oznacza. Wtedy to - jak twierdzili niektórzy - jego twarz zmieniła się w maskę drapieżnika. Z rozmachem odwrócił się do człowieka, który miał czelność go dotknąć, lecz na jego widok przeraził się i znieruchomiał: szukał ucha,

które dałoby się odgryźć, tymczasem stojący przed nim człowiek (w średnim wieku, mocno zbudowany, elegancki, w żółtej peruce) z prawej strony nie miał ucha, lecz tylko jakieś zgrubienie wokół otworu usznego. Tak to zmieszało White'a, że zupełnie stracił koncept. Rozejrzał się i stwierdził, że został dyskretnie otoczony przez dżentelmenów (wigów cieszących się fatalną sławą) gotowych w każdej chwili sięgnąć po broń. - Charlesie White, jest pan aresztowany w imieniu króla powiedział mężczyzna w żółtej peruce. I w tejże chwili White go rozpoznał: to był Andrew Ellis. White osobiście odgryzł mu ucho dwadzieścia lat wcześniej, w pewnej kawiarni, na oczach Rogera Comstocka, Daniela Waterhouse'a i licznej wigowskiej widowni. Potem Ellis został jakimś wicehrabią i zaczął bywać w parlamencie. - Nie uznaję króla uzurpatora - oznajmił White, co, biorąc pod uwagę okoliczności, nie było uprzejmym posunięciem. - Uznaję natomiast groźbę użycia broni, do której tak panom spieszno. Dlatego wbrew swojej woli udam się z panami, uznając, że zostałem porwany. - Może pan to nazwać porwaniem, jeśli pan chce, ale chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli - powiedział Ellis. - Zostaje pan aresztowany na rozkaz Lorda Kanclerza. - Mogę wiedzieć, pod jakim zarzutem? - Spiskowania, na polecenie króla Francji, z Jackiem Shaftoe i Edouardem de Gex w celu wkroczenia na teren Wolnej Tower i sfałszowania zawartości Pyxis.

- Czyli Jack Shaftoe jednak pękł... - mruknął White. Szedł w eskorcie zbrojnych wigów przez Old Palace Yard na przystań, gdzie czekała łódź gotowa zabrać go do Tower. - Wsypał pana - przytaknął Ellis. - Ale wcale nie jest pewne, czy pękł, czy ma w tym jakiś interes. - On albo ktoś inny - zauważył White. Ale ludzie, którzy przyszli go aresztować (lub porwać) tylko się roześmiali. Dla przeciętnego widza, który stojąc na brzegu Tamizy patrzył, jak ładują swoją zdobycz na pokład łodzi, byli po prostu gromadą wesołych Anglików, cieszących się, że mają nowego króla i że dotrwali do końca jego koronacji. Old Bailey 20 października 1714 - Winny! - obwieścił sędzia. - Przecież już to powiedziałem - zauważył Jack Shaftoe. Przeląkł się, że może sędzia nie dosłyszał tego, co powiedział. Jego głos był ledwie słyszalny, gdyż mięśnie pompujące powietrze do aparatu mowy miał wyczerpane wielodniowym opieraniem się trzystufuntowemu ciężarowi. W dodatku ludzie, z którymi dzielił placyk sądowy, czynili potworny, nieznośny dla niego hałas. - Sąd uznaje cię, Jacku Shaftoe, za winnego zdrady stanu! oznajmił sędzia, na wypadek gdyby jego poprzedni okrzyk utonął był w zgiełku.

- Sąd nie musi niczego uznawać, bo sam się przyznałem do winy! - zaprotestował Jack, ale nikt go nie słuchał. Chwiał się na nogach - po zdjęciu mu ciężaru z piersi, ale także od powodzi światła, jedzenia i picia, jaką nagrodzono go za kapitulację, przyznanie się do najazdu na Tower, zwalenie wszystkiego na Charlesa White'a, zgodę na stawienie się w sądzie i przyznanie do winy. Dziwnie odbierał rzeczywistość, jak podróżnik z dalekich Chin, któremu wszystko wydaje się nowe i niezwykłe. W Old Bailey trwały jakieś procedury prawne, w których i on brał udział, ale zupełnie nie zwracał na nie uwagi. Po prostu nie mógł się skupić na tym gościu w peruce, który pokrzykiwał na niego z balkonu. Znacznie ciekawsze rzeczy działy się na dole. Court to stare dobre angielskie słowo oznaczające „podwórze”. Kawał gruntu. Plac. Niektóre podwórza, takie jak Jack pamiętał z dzieciństwa na Psiej Wyspie, były otoczone postawionymi na sztorc kawałkami drewna i pełne świń i świńskiego łajna. Inne bywały obudowane kamiennym murem, w którym znajdowały się otwory strzelnicze: ludziom z takich dziedzińców żyło się zwykle przyjemniej niż tym, którzy musieli dzielić podwórka ze świniami. Ale królowa również miała swój court, czyli dwór. Nie, źle: królowa nie żyła. Niech żyje król! Więc to król miał teraz court. Dwór pełen dworzan. Teatry w Southwark stanowiły odrębną kategorię courtów. Podobnie wyspecjalizowanych courtów było zresztą więcej: na przykład tennis court, czyli kort tenisowy, forecourt, czyli podjazd przy rezydencji, a także Court of Directors, czyli rada zarządzająca (Kompanii

Wschodnioindyjskiej). Osobna grupa courtów - w tym wypadku chodziło o „sądy” - zajmowała się karaniem złych ludzi. Do takich właśnie zaliczało się Old Bailey. Dzięki rodzinnym związkom z Irlandią Jack wiedział, że Irlandczycy nazywają Dublin po swojemu Baile Atha Cliath. Wyglądało więc na to, że słowo Bailey było po prostu synonimem słowa court. Bailiff (szeryf) zabierał podejrzanego do bailey (sądu), i zamykał w baildock (celi), skąd podejrzany mógł wyjść wyłącznie po wpłaceniu bail (kaucji). Podczas tych rozważań o courtach i baileyach zasiadający na balkonie sędzia nie szczędził mu prawniczego bełkotu, tudzież kazań o tym, jak to Jack zbłądził, jak na złą drogę zeszli jego matka i ojciec, jak przed nimi wykoleili się ich przodkowie, wiele pokoleń wstecz, aż do antenata całej ich rasy, za którego uchodził Kain. Jack niewiele z tego słyszał, ponieważ współwięźniowie hałasowali niemożebnie, a już zupełnie nic nie przebijało się do jego świadomości, gdyż i tak słuchał jednym uchem. Wystarczająco dobrze wiedział, co powie sędzia: że Jack jest złym człowiekiem (prawdę powiedziawszy, sędzia ujął to znacznie ostrzej), złym w stopniu tak zdumiewającym i absolutnym, że musi ponieść karę śmierci, która zostanie wykonana w najokrutniejszy (a, co za tym idzie, także najbardziej widowiskowy) sposób, jaki mógł zrodzić się w umyśle Anglika. Old Bailey zatrudniało człowieka zwanego heroldem, którego główny talent polegał na tym, że gdyby wrzasnął na podstawioną mu szybę, jego słowa natychmiast same wyryłyby się w szkle. Od czasu

do czasu posyłano go na balkon, aby uciszył tłuszczę. Klienci zajmujący najtańsze miejsca w tym szczególnym teatrze nie przejmowali się bowiem słowami sędziów, ale herolda szanowali przez sam fakt, że był głośny. Teraz również uruchomił swój nieprzeciętny głos: - Uwaga, uwaga, uwaga! Sędziowie z nadania króla nakazują pod karą więzienia osobom wszelkiego stanu zachowanie ciszy i powagi podczas ogłaszania wyroku śmierci dla podsądnego. Jeszcze zanim skończył tę przemowę, wyraźnie się uciszyło; gadało już tylko paru przygłuchych i/lub przygłupich oskarżonych, pochowanych po kątach, ale i ci zostali szybko uciszeni przez pozostałych. Cisza w więzieniu była zjawiskiem rzadkim i kruchym, ale ta, która teraz zapadła, była ciszą szczególną: zaraźliwą jak ospa. Sędzia wstał i ciężkim krokiem podszedł do balustrady. Było widać, że jest w paskudnym humorze. Wolałby wybrać się na uroczystą koronację i pić za zdrowie nowego króla; ba, w całym kraju powinno się ogłosić z tej okazji święto narodowe. To wprost nie do wiary, żeby w takim dniu sąd musiał normalnie pracować! Cóż takiego się stało, że sędzia był tutaj, a nie tam? Najwyraźniej jakieś bardzo wpływowe osoby wyciągnęły go z tłumu i przywlokły do więzienia. - Prawo stanowi, że oskarżony wróci do swojego poprzedniego miejsca pobytu, skąd następnie uda się na Tyburn Cross, gdzie zostanie powieszony, lecz nie umrze od razu. Jego wnętrzności

zostaną wywleczone, a ciało rozwłóczone końmi, co spowoduje śmierć! Śmierć! Śmierć! Niech Bóg zmiłuje się nad jego duszą. Ciemne sylwetki, słabo widoczne za plecami sędziego, musiały być rzeczonymi wpływowymi osobami, które teraz dosłownie przestępowały z nogi na nogę, czekając na chwilę, w której będą mogły wrócić pędem do Westminsteru i obwieścić nowinę: poddany peine forte et dure Jack Shaftoe załamał się, stanął przed sądem, przyznał się do winy i skuty łańcuchami trafił do Celi Skazańców! Tak brzmiała z góry zaplanowana puenta moralitetu odgrywanego w tym miejscu, które Jackowi tym bardziej przypominało teatr, im więcej czasu w nim spędzał. Nie brakowało nawet statystów, czyli, mówiąc żargonem teatralnym, halabardników: ostatnie - kluczowe słowa sędziego, włącznie z „Niech Bóg zmiłuje się nad jego duszą”, omal nie zginęły w łoskocie ciężkich buciorów na schodach. Zanim więźniowie pomyśleli o buncie, zostali otoczeni przez kompanię uzbrojonych w krótkie piki strażników. Niektórzy poddani witali nowego króla toastami, medalami, posągami i konkubinami, ale nie brakło w Londynie i takich ludzi, którzy najlepszy prezent dla nowego monarchy upatrywali w odciętej głowie Jacka Shaftoe, podanej na srebrnej tacy. We wcześniejszym okresie życia Jack, wytężywszy wzrok, próbowałby rozpoznać twarze ludzkich cieni kryjących się w głębi balkonu, może nawet krzyknąłby coś prowokacyjnie. Teraz jednak nic a nic go nie obchodziły. Prawdę mówiąc, od kwadransa nie słyszał ani słowa z przemowy sędziego

(poza, rzecz jasna, okrutnym wyrokiem), a wszystko przez ludzi, z którymi dzielił dziedziniec Old Bailey. Jego ludzi. Coś wyrżnęło go w głowę. Kolana ugięły się pod nim, ale nikt nie próbował zrobić mu krzywdy, ktoś natomiast wcisnął mu na głowę czapkę. Zanim Jack się odwrócił, rozwścieczony strażnik pogonił tajemniczego darczyńcę z powrotem w wiwatujący tłum, któremu bardzo się spodobało to, co zobaczył. Nieartykułowane okrzyki przeszły w rytmiczne skandowanie: - Boże, chroń króla! Boże, chroń króla! Boże, chroń króla! Sędzia wstał, żeby było go lepiej słychać; miał czerwoną twarz, peruka trzęsła mu się na głowie, gdy zdzierał sobie płuca - ale ani jedno jego słowo nie docierało na dół, na dziedziniec. Któryś ze strażników zerwał Jackowi nakrycie głowy i cisnął je na ziemię. Zanim jednak zdążył je wdeptać w błoto Old Bailey, Jack zorientował się, czym naprawdę było: prostą koroną, ozdobioną na środku dużą literą V. Nie znał się specjalnie na literach, ale tę rozpoznał bez trudu: taką samą nosił na prawej dłoni, przy kciuku, i to od niepamiętnych czasów. Już w młodości został oznakowany piętnem wagabundy. Sam ten znak nie był niczym niezwykłym. Co innego godność króla wagabundów - tytuł nie byle jaki, na który naprawdę, z niewyobrażalnym wysiłkiem, Jack sobie zapracował. Tower, Londyn Późne popołudnie, 20 października 1714

- Tak blisko, a zarazem tak daleko... Czy nie o tym właśnie myśli pan nieustannie? - spytał Charles White. Mówił z pewnością siebie niezwykłą u człowieka, który ręce miał związane w łokciach za plecami. Pokazywał te łokcie wszystkim zebranym, jakby taki sposób ich wiązania był ostatnim krzykiem paryskiej mody, odwrócił się bowiem plecami do Newtona i strażników i wyglądał przez okno wychodzące na Mint Street. Jako Mistrz Mennicy Newton mógł zarekwirować na swoje potrzeby dowolny kawałek przestrzeni, który wpadł mu w oko. Będąc jednak człowiekiem praktycznym, któremu zależało przede wszystkim na wydajności mennicy, ulokował swoją pracownię w takim miejscu, by

nie

przeszkadzała

mincerzom.

Mierzyła

w

przybliżeniu

czterdzieści na czterdzieści stóp i została podzielona na kilka klitek, jeden pokoik mający bezpośrednie połączenie z Wieżą Ceglaną (a za jej pośrednictwem z Dziedzińcem Wewnętrznym), oraz duże laboratorium/biuro, skąd rozpościerał się widok na Mint Street. Szkarłatne promienie wieczornego słońca przebijały się przez szpary w zasnuwających północnozachodnie niebo chmurach, padając na lewy policzek i ramię White'a - ale tylko dlatego, że White znajdował się sporo powyżej poziomu gruntu, bo na samej Mint Street, w cieniu ponurych kazamat, zaległ już zmierzch. Kazamata znajdująca się naprzeciwko laboratorium Newtona, nieco na prawo od niego, była zarazem najlepszą i najgorszą ze wszystkich. Ostatnio pełniła tylko jedną praktyczną funkcję: mieściła loch, w którym przechowywano Pyxis. Z tego też powodu była przez dwadzieścia cztery godziny na

dobę strzeżona przez ludzi mieniących się Królewskimi Gońcami oznaczało to tyle, że nosili odznaki ze srebrnym chartem i mieli przy sobie kawałki papieru opatrzone pieczęcią i podpisem Charlesa White'a. White nie miał okazji oglądać tej panoramy (którą sir Isaac Newton oglądał co dzień), dopóki przed chwilą strażnicy nie wprowadzili

go

związanego

do

laboratorium.

Dawał

teraz

jednoznacznie do zrozumienia, że cieszy go widok Gońców, których osobiście dobierał do tej służby, tworzących elegancko odzianą i uzbrojoną po zęby zaporę między Newtonem i jego magiczną skrzynką. Kiedy i oni wypatrzyli go w oknie, skąpanego w blasku słońca, zaczęli wiwatować na jego cześć, chyba nie zdając sobie sprawy z tego, że został aresztowany, i to pod całkiem poważnym zarzutem... - ...zdrady stanu - mówił właśnie Newton. Siedział przy olbrzymim stole o blacie poczerniałym od intensywnego użytkowania. Miał na sobie te same czerwone szaty, które rano przywdział na uroczystość koronacji. - Nie przychodzą mi do głowy żadne inne słowa na określenie przestępstwa, o które jest pan oskarżony. - Oskarżony?! - powtórzył z uśmiechem White. Odwrócił się do Newtona. Światło słoneczne wypełniało laboratorium jak świetlisty gaz. Wszystkie ciemne przedmioty, takie jak stół i dźwigary nisko zwieszonego sufitu, przez kontrast z nim wydawały się jeszcze ciemniejsze niż zazwyczaj. Za to wszystko, co zawierało choć ociupinę blasku lub koloru, mieniło się w rym

półmroku jak wielobarwne gwiazdy: ubranie Newtona, tasiemki uwięzione pomiędzy kartami wiekowych, opasłych, zaczytanych ksiąg, mosiężne i złote szalki wag, rozrzucone po całym pokoju próbki złota i srebra. - Przez kogo? - Przez Jacka Shaftoe. - Jego oskarżenie nie ma zapewne nic wspólnego z tym, że kazał go pan przygnieść trzystoma funtami ołowiu? - Nie sądzę, ponieważ sam uważam, że jest pan zdrajcą. Chociaż muszę przyznać, że dobry adwokat mógłby próbować pana wybronić, zarzucając Jackowi Shaftoe, że nie jest wiarygodnym świadkiem, zwłaszcza po zastosowaniu peine forte et dure. White na chwilę zaniemówił. Nie spodziewał się, że akurat Isaac Newton będzie skłonny pomóc mu bronić się przed sądem. - Pana wcale nie interesuje, co się stanie z Jackiem... Czy mu ktoś uwierzy, czy nie... - Nie interesuje mnie, czy to on był pańską marionetką, czy pan jego. Czy może oboma wami sterował de Gex. - Musi pan udowodnić, że manipulowano przy Pyxis, bo wtedy nikt nie będzie mógł mieć do pana pretensji o to, co się w nim znajduje. Zeznania Jacka mogą się okazać mało wiarygodne, więc... potrzebuje pan moich. - W nowym miejscu zamieszkania będzie pan miał aż nadto czasu, by popracować nad tą i innymi teoriami - rzekł Newton.

Wstał i skinął na strażników. Z dołu dobiegły odgłosy jakiegoś zamieszania, więc chciał podejść do okna i zorientować się w sytuacji. White również miał taki pomysł, ale posłuszni rozkazom Newtona strażnicy złapali go i odciągnęli zarówno od okna, jak i od sir Isaaca. White wreszcie trochę się ożywił, zaczął złorzeczyć Newtonowi i mnożyć najpierw niedorzeczne żądania, a potem wyrafinowane groźby. Wartownicy wywlekli go do Wieży Ceglanej, skąd czekał go krótki spacer przez Plac Defiladowy do domu jednego ze strażników, gdzie miał od tej pory spędzać czas w mimowolnej gościnie. Charles White, Esq., Tower Dappa, Clink 20 października 1714 Panie Dappa, doszły mnie słuchy, jakoby w prasie ukazały się rozmaite pamflety, paszkwile, eseje et caetera pańskiego autorstwa, w których plugawi Pan moje dobre imię. Żądam zatem satysfakcji, i to satysfakcji tego szczególnego rodzaju, której mogę dochodzić tylko gdy przez krótki czas znajdziemy się w jednym miejscu - najlepiej na

otwartym terenie, z dala od ludzi i zabudowań. Z pewnością rozumie Pan, co mam na myśli. Ponieważ nie mogę opuścić Wolnej Tower, nie narażając na szwank mojego honoru dżentelmena, zmuszony jestem prosić Pana o wyświadczenie mi drobnej przysługi w postaci złożenia mi wizyty tutaj, abyśmy na miejscu rozstrzygnęli sprawę. Nie da się tego, oczywiście, osiągnąć, dopóki będzie Pan przebywał w więzieniu pod zarzutem kradzieży. Jak z pewnością Pan pamięta, to ja wystąpiłem z tym zarzutem przed kilkoma miesiącami. Niestety, sprawa przeciągnęła się niemiłosiernie wskutek machinacji rozlicznych prawników, wynajmowanych w Pańskim imieniu przez Pańską cieszącą się fatalną reputacją mecenaskę. Informuję Pana zatem, że w dniu jutrzejszym (21 października) wycofam wszelkie skierowane przeciwko Panu zarzuty i nie będę dłużej zabiegał o postawienie Pana przed sądem. Z tego też powodu oczekuję Pana w Tower w dniu 22 października, o świcie. Zgodnie z tradycją, kiedy jeden dżentelmen rzuca drugiemu tego rodzaju wyzwanie, wyzwany ma prawo wyboru broni; ponieważ nie jest Pan dżentelmenem, może być Pan nieświadomy tego zwyczaju. Mało prawdopodobne wydaje mi się ponadto, by władał Pan należycie bronią białą i posiadł sztukę obrony w stopniu dostatecznym, aby zmierzyć się z kimś takim jak ja. Spodziewam się zatem, że uzna Pan za stosowne rozstrzygnąć nasz spór za pomocą broni palnej, z odległości ustalonej na tyle i tyle kroków. Gdyby status byłego więźnia, czarny kolor skóry lub ubóstwo uniemożliwiły Panu

zdobycie odpowiedniego oręża, proszę mnie o tym zawczasu poinformować, a ja już zadbam o to, by niczego nam nie brakło. Pozostaję (do świtu 22 października) pańskim sługą uniżonym. Charles White, Esq. Mint Street, Tower, Londyn Wieczór, 20 października 1714 „Tak blisko, a tak daleko” powiedział White. Kiedy Isaac Newton zszedł po schodach i zanurzył się w sinych cieniach Mint Street, znalazł się jeszcze bliżej, a zarazem o wiele dalej niż zaledwie pół minuty temu. W okolicy zjawiło się nagle mnóstwo ludzi, tworzących dwie wyraźnie odrębne grupy. Pierwsza, którą wypatrzył z okna, składała się z szóstki konnych i w większości młodych arystokratów; na pierwszy rzut oka wyglądali na oficerów kawalerii, którzy również nie zdążyli się jeszcze przebrać po koronacji. Otoczyli drugą grupę, czyli Królewskich Gońców stojących przed domem Kuratora Mennicy. Gońcy znaleźli się w sytuacji o tyle niezręcznej, że byli pieszo. Odziedziczyli natomiast po swoim dowódcy odrobinę tupetu, którym się teraz popisywali, prężąc pierś, wymachując rapierami i dając do zrozumienia (w perorach pełnych głośnych samogłosek i dźwięcznego „r”), że padli ofiarą porażającej, niesprawiedliwej i godnej najwyższego potępienia napaści.

Kiedy jednak Newton wyszedł na ulicę (gdzie, nawiasem mówiąc, pierwszy raz od dawna nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi), ten zgiełk już powoli cichł. Wszystkie spojrzenia spoczęły na jednym z konnych arystokratów: młodym, ubranym elegancko, lecz bez zbędnej ekstrawagancji, który w milczeniu znosił obelgi i kłamstwa podwładnych White'a. Zanim poruszył się lub przemówił, zapadła cisza, w której dał się słyszeć stłumiony tupot wielu ciężkich buciorów gdzieś w głębi Mint Street: to drugi oddział, znacznie liczniejszy, zbliżał się do domu Kuratora. Dowódca

jeźdźców

odgarnął

połę

płaszcza,

odsłaniając

pokaźnych rozmiarów zwój, opatrzony kołyszącym się na tasiemkach woskowym rubinem pieczęci. - Niemiec nie próżnuje - zakpił jeden z Gońców. - Studiuje słownik. - Cisza! - złajał go najbliższy z jeźdźców. - Więcej szacunku. Mówisz o królu. - Niech żyje król - powiedział dowódca. Inni konni zawtórowali mu gromkimi okrzykami, wśród Gońców zaś rozległ się tylko nieskładny pomruk. Jeździec złamał pieczęć, rozwinął dokument i przeczytał: - Obwieszcza się wszem wobec, że ja, Jerzy, z łaski Bożej król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii et caetera, niniejszym zwalniam pana Charlesa White'a ze stanowiska kapitana Królewskich Gońców i wyznaczam na nie Williama hrabiego Lostwithiel. Podniósł wzrok i zrolował papier. - To ja jestem hrabia Lostwithiel -

wyjaśnił z pewną nieśmiałością. - Jako kapitan Królewskich Gońców zwalniam was ze służby... - Powiódł wzrokiem po twarzach pieszych. - Odstąpcie. Ludzie, których widzicie wokół mnie, to nowi Królewscy Gońcy. Przejmą wszystkie wasze obowiązki. Tup, tup, tup obutych nóg cały czas narastało, odbijając się echem od kazamat na północnym obrzeżu mennicy. Mieszkający tam mincerze spożywali właśnie kolację, lecz zerwali się od stołów i pobiegli do okien, aby zobaczyć, co się dzieje. W ich polu widzenia pojawił się najpierw biały rumak, a potem, pół długości za nim, drugi koń, szary. Obu dosiadali ludzie w mundurach oficerów Królewskich Black Torrent Guards. Za nimi maszerowała kolumna pieszych żołnierzy. Nawet jeśli starzy Gońcy mieli ochotę skrzyżować broń z nowymi i dać się zmasakrować na środku Mint Street, widok nowo przybyłego oddziału dał im do myślenia. Jeden, drugi, a później wszyscy pochowali rapiery do pochew, zdarli i rzucili na bruk odznaki ze srebrnym chartem, a następnie okręcili się na pięcie i odmaszerowali w kierunku Spiżowego Wzgórza, rozstępując się przed podążającym w przeciwną stronę Isaakiem Newtonem. - Panie hrabio... - powiedział Newton. - Dobry wieczór, sir Isaacu. - Losrwithiel zdjął kapelusz. - Cieszę się, że Jego Wysokość tak szybko pozbył się tych ludzi z mennicy. Witam w Tower. To wielki dzień. - W rzeczy samej. - Lostwithiel włożył kapelusz z powrotem.

- Trzeba panu wiedzieć, że bronili mi przystępu do królewskiego Pyxis nieustannie od tamtego czerwcowego dnia, kiedy się dowiedziałem, że ktoś mógł przy nim manipulować. Mówiąc, Newton przybliżał się cal po calu do drzwi domu Kuratora, czemu nowi Gońcy przyglądali się z niekłamanym zainteresowaniem. Oddział pieszych zatrzymał się na zakręcie przy Wieży Łuczniczej. Drugi oficer - teraz było widać, że jest nim pułkownik z drewnianą nogą - wydał jakiś rozkaz, niesłyszalny z tej odległości, który, przekazany w dół hierarchii dowodzenia, przełożył się ostatecznie na wrzaski sierżantów i rozlokowanie szeregowych w nowych koszarach na terenie Wolnej Tower. Tymczasem oficer na białym koniu (generał) podjechał bliżej i po chwili dołączył do hrabiego Lostwithiel. Był to książę Marlborough, toteż chwilę zajęło teraz okazanie mu przez zebranych różnej dozy szacunku. Pułkownik z drewnianą nogą podążył jego śladem, prowadząc pluton żołnierzy, którym nie pozwolono jeszcze udać się na kwaterę. Zachowali jednak pełen szacunku dystans, toteż Newton pozostał jedynym pieszym na długim odcinku ulicy majacząca w mrocznym wąwozie plama czerwieni, zwieńczona białymi włosami jak kłębem pary. - Panie hrabio, w tym oto domu znajduje się skarbiec powiedział Marlborough. - W nim jest zamknięta pancerna skrzynia, należąca do Jego Wysokości i znana pod nazwą Pyxis. Pyxis ma w naszym królestwie status wyjątkowy: jest składowiskiem dowodów

rzeczowych. Od czasu do czasu otwiera się je i rzeczone dowody poddaje rzetelnej ocenie ludzi wybranych przez monarchę. Celem tej próby jest stwierdzenie, czy Mistrz Mennicy - (tu Marlborough pozwolił sobie lekkim skinieniem głowy wskazać Newtona) wywiązuje się należycie z obowiązującego go kontraktu. Musi pan zrozumieć, że Próba Pyxis jest sprawą najwyższej wagi, a zarazem ma sens tylko wówczas, gdy badane dowody, a także zawierające je Pyxis, pozostają nietknięte. Dlatego nikt, kto mógłby być osobiście zainteresowany jej wynikiem, nie ma prawa zbliżyć się do niego przez najbliższe dziewięć dni, po których próba zostanie przeprowadzona. Taka jest wola króla. - Życzenie Jego Wysokości jest dla mnie rozkazem, wasza miłość. - To dobrze. Pułkowniku Barnes, zechce pan łaskawie pomóc hrabiemu Lostwithiel przypilnować skarbca. - Z przyjemnością, wasza miłość - odparł pułkownik z drewnianą nogą. Jednym ruchem głowy uruchomił swój pluton Black Torrent Guards: zajęli pozycje przy drzwiach domu, a po chwili dołączyli do nich nowo mianowani Królewscy Gońcy, którzy dopiero teraz zsiedli z koni. Książę Marlborough zawrócił i odjechał. Newton okręcił się na pięcie i wrócił do laboratorium. Dappa, Clink

White, Tower 21 października 1714 Panie White, otrzymałem Pański wczorajszy list. Dżentelmeni nie toczą pojedynków z niewolnikami. Nie wyzbywają się również praw do przedmiotów, które są ich własnością. Z tych oto powodów zamierzam - podobnie jak cały Londyn - traktować Pańską deklarację jako wyrzeczenie się doktryny niewolnictwa. Uwolnienie świata od tej odrażającej instytucji będzie wymagało znacznie większej liczby takich deklaracji, a także precedensów prawnych w postaci mozolnie wygrywanych spraw sądowych, swoim listem uczynił Pan jednak tak wiele dla dobra tej sprawy, że łaskawie pominę fakt, iż wysyłając go, wkroczył Pan na najkrótszą drogę do samobójstwa, zabójstwa lub obu tych zbrodni naraz, które jest Pan gotowy popełnić, aby wymknąć się z rąk Jacka Ketcha. Niecierpliwie wyczekuję chwili, gdy w dniu jutrzejszym, o świcie, będę mógł rozprawić się z Panem na Tower Hill. Słusznie domniemywał Pan, że przedkładam broń palną nad białą, nie docenił mnie Pan jednak - po raz kolejny! - zakładając, że nie będę w stanie dostarczyć stosownego wyposażenia. Otóż, dołożyłem starań, aby dwie sztuki takiej broni znalazły się w stosownym czasie w

oznaczonym miejscu

i

zgodnie

z tradycją

rządzącą takimi

wydarzeniami, pozwolę Panu wybrać jedną z nich. Idą już strażnicy, żeby mnie rozkuć. Do zobaczenia jutro. Dappa Cela Skazańców, więzienie Newgate 21 października 1714 Newgate jest jak koń trojański, w którego łonie zamknięci są wszyscy obłąkani Grecy, którzy dawniej byli ludźmi czynu. - Pamiętniki prawego złoczyńcy Johna Halla, 1708 Był taki stary żart, że Newgate przypomina niebo, bo droga do niego jest prosta i wąska. Jego twórcą musiał być jakiś wesołkowaty więzień, z pewnością żaden człowiek wolny - ponieważ człowiek wolny docierał do Newgate drogami, które były szerokie i kręte (od zachodu - Holborn, od wschodu - Newgate Street). Dla wygody elitarnego klubu lokatorów więzienia istniał jednak skrót: przypominał szyb lub rynnę, był wąziutki i prosty jak strzała, miał około stu kroków

długości

i

południowowschodniego

biegł

od

narożnika

zagrody

dla

przybytku.

więźniów Swoje

do

istnienie

zawdzięczał uświęconemu angielskim obyczajem prawu przechodu. Z obu stron był wciśnięty między wysokie mury, gdyż mieszkańcy sąsiadujących z nim posesji nie mieli ochoty oglądać na swoich

podwórkach długich sznurów skutych więźniów, przeganianych tam i z powrotem. Zwłaszcza parcela z prawej strony (patrząc od Bailey w kierunku więzienia) miała wyjątkowo upartych i drobiazgowych właścicieli: półtora

akrową

działkę

zajmowało

Kolegium

Lekarskie.

U

przeciętnego więźnia z Newgate Kolegium budziło dwojakie odczucia: świadomość tajemniczości i zgrozę. Tajemniczość brała się z tego, że wysoki gładki mur skutecznie zasłaniał posesję przed wzrokiem przechodnia. Zgrozę zaś budził fakt, że przedsiębiorczy Jack Ketch sprzedawał medykom odcięte z Potrójnego Drzewa ciała biedaków. A w Kolegium zamiast chrześcijańskiego pochówku czekało je pokrojenie na kawałki, przez co ożywiający je dawniej niespokojny duch zmuszony był błąkać się po świecie w oczekiwaniu na Sąd Boży. Jacka Shaftoe wizja Kolegium Lekarskiego nie przerażała wiedział, że kiedy kat z nim skończy, niewiele zostanie do pokrojenia. Nie miało dla niego również żadnych tajemnic, zwłaszcza odkąd trochę się po nim rozejrzał. Wiedział, że za murem rozciąga się ogród, w którym medycy spacerują, gdy mają chęć rozprostować nogi, albo przysiadają

na

ławkach,

nieżywych

złoczyńców.

wyczerpani Resztę

terenu

całonocnym

krojeniem

zajmował

pokaźnych

rozmiarów gmach, zaprojektowany i wybudowany po Wielkim Pożarze przez niejakiego Roberta Hooke'a. Słynął z tego, że wieńczącą go wieżyczkę zdobiła olbrzymia, złocista piguła. Wejście miał jednak z drugiej strony, od Warwick Lane, a do Newgate był

zwrócony tyłem. Trupy dostarczano tylnym wejściem - przez ślepy zaułek łączący więzienie z kolegium, nazywany Phoenix Court. Poprzedniego dnia w Old Bailey wręczono Jackowi uroczysty dokument, coś na kształt świadectwa. Wyrozumiały woźny sądowy przeniósł bezcenny rulon wąską dróżką do Newgate, podążając śladem Jacka i jego orszaku złożonego z uzbrojonych w pałki strażników, i przedstawił go więziennym urzędnikom. Dokument stwierdzał, że Jack ukończył Wyciskarnię z wynikiem pozytywnym i uzyskał promocję do Celi Skazańców. Zgodnie z panującymi w Newgate zasadami oznaczało to, że zamienił ołowiane ciężarki na żelazne łańcuchy. Łańcuchy te leżały właśnie wokół niego na dębowych deskach Cela Skazańców była bowiem wyposażona w drewniane półki, dzięki którym jej mieszkańcy mogli nie stykać się z podłogą. W tej chwili Jack miał całą celę dla siebie i okowy nie ciążyły mu, dopóki nie próbował się przemieszczać. Zresztą niewygody związane z noszeniem łańcuchów drażniły go w znacznie mniejszym stopniu niż dokuczliwa ironia losu, który w tej sytuacji otwarcie sobie z niego zakpił: czym dla pisarza był atrament, tym dla Jacka był szlachetny metal - złoto, srebro, rtęć i stal błyszcząca. Z faktu, że metale po podgrzaniu przybierają postać ciekłą, wynikało jednoznacznie, że składają się po części z wody. Oczywiście w celu uzyskania metalu należało zmieszać z wodą jakąś inną substancję. Owym brakującym składnikiem było niewidoczne promieniowanie innych planet, które docierało na Ziemię, wnikało w

grunt i łączyło się z zawartą w nim wodą. Promienie z Saturna (najciemniejszej i najbardziej leniwej z planet) odpowiadały za powstanie najnędzniejszego metalu: ołowiu. Promieniowanie Jowisza tworzyło cynę, Marsa - żelazo, Wenus - miedź, Księżyca - srebro, Merkurego (jak łatwo się domyślić) - rtęć, a Słońca - złoto. To dlatego żądni złota hiszpańscy konkwistadorzy w swoich podróżach i podbojach rzadko oddalali się od równika: tam bowiem słońce świeciło najgoręcej, wytwarzając najobfitsze złoża tego drogocennego kruszcu. Nawet mało rozgarnięty górnik wiedział, że pospolite metale nieustannie dojrzewają we wnętrzu ziemi i ulegają przemianie w szlachetniejsze. Ołów, który przez kilkaset lat spoczywał pod ziemią, przeobrażał się w srebro, srebro zaś - w swoim czasie - stawało się złotem. Przez wiele lat Jack słynął i promieniał dumą z faktu, że przypisywano mu naturalne pokrewieństwo z żywym srebrem, tym srebrzystym, płynnym duchem. Pewien znany mu uczony człowiek, imieniem Enoch, twierdził, że Merkury krąży najbliżej Słońca ze wszystkich ciał niebieskich; pędzi z niewiarygodną szybkością, nie dając się Słońcu pochłonąć. Jack pochlebiał sobie myślą, że w podobny sposób można by opisać związek łączący go z Królem Słońce. Jak z upodobaniem powtarzali alchemicy: „Co w górze, to i na dole; jako w dole, tak i na górze”. Mógł się wywodzić z najpodlejszego surowca, najpospolitszej odmiany ludzi, ale z biegiem

czasu przemienił się w człowieka powszechnie kojarzonego z żywym srebrem i złotem. W świetle tych przemyśleń tym okrutniejszy wydawał mu się fakt, że od przybycia do Newgate pozostaje unieruchomiony przez najzwyklejsze żelazo, substancję, która nie miała nic wspólnego ze szlachetnym duchem żywego srebra. Mógł sobie co najwyżej tłumaczyć, że awansował z pęt ołowianych (w Wyciskami) do żelaznych (w Celi Skazańców), co było może niewielkim, ale też niezaprzeczalnym krokiem we właściwym kierunku. Te alchemiczne rozważania zostały brutalnie przerwane, gdy rozległ się uporczywy kaszel i charkot jakby dławiącego się człowieka: w Celi Skazańców przybył nowy lokator, który, sądząc po wydawanych przezeń odgłosach, musiał chyba połknąć własny język. Jego pojawienie się było w najwyższym stopniu niezwykłe. Wolni obywatele często opłacali strażników, aby wejść do Celi Skazańców i popatrzeć na ludzi, którzy wkrótce umrą - tak samo jak gapie garnęli się do Bedlam oglądać szaleńców. Zwyczaj ten został jednak zarzucony na czas przetrzymywania Jacka w Newgate, gdyż Ike Newton był przeczulony na punkcie spisków zmierzających do jego uwolnienia. Z tego wynikało, że rozkasłany nieszczęśnik musiał cieszyć się specjalnymi względami straży. Jack obrócił głowę - z wielką ostrożnością, gdyż żelazna obroża miała paskudnie ostrą krawędź i nierówną powierzchnię - ale zobaczył tylko drobną dłoń zaciśniętą na sznurze. Przekręcił ją więc jeszcze odrobinę, pozbywając się przy tym części skóry na szyi, aż w końcu

dostrzegł małego chłopca, który stał na palcach i próbował się powiesić. To znaczy: miał założoną na szyi pętlę, a drugi koniec sznura trzymał w wyciągniętej nad głowę ręce, jakby sam chciał być dla siebie szubienicą. Widząc, że udało mu się wreszcie zwrócić na siebie uwagę, zaczął z wielką wprawą i werwą udawać wisielca: przewracał oczami, wolną ręką drapał pętlę i tańczył na czubkach palców po całej celi - w chwilach wolnych od spazmów. - Nie najgorzej - orzekł Jack po wyjątkowo rozczulającym ataku drgawek. - Chociaż widywałem lepszych. Ba, sam byłem lepszy. Kiedyś też trudniłem się tym fachem, chłopcze. - A co to za fach, Jacku Shaftoe, królu wagabundów? - spytał chłopiec, puściwszy sznur. - Uczepiasz się nóg wisielców, żeby szybciej umierali, i psujesz w ten sposób interes Jackowi Ketchowi, który słono sobie liczy za szybką śmierć. - W takim razie wiesz, po co przyszedłem. - Przejrzałem cię, gdy tylko zobaczyłem tę pętlę ze sznura. Ile bierzesz? - Gwineę. - Ty cwaniaku... Nie wiesz, że nie mam gwinei? - Wszyscy wiedzą, ale spróbować nie zaszkodzi. - Bystry z ciebie chłopak, to ci muszę przyznać. Ale powiedz mi jedno: czy ulica się ze mnie nie nabija? Miałem przecież fortunę i wszystko straciłem. - Ależ skąd! Kochają cię za to.

- Nie może być! - Kiedy jako Jack Mincerz fruwałeś nad Londynem w swoim latającym rydwanie, ubrany w złotą kamizelkę, z tym swoim papistowskim najemnikiem, nie robiło to na nikim wrażenia. Ale teraz, kiedy straciłeś wszystko i stoczyłeś się na dno, znów jesteś Jackiem Wagabundą, a ludzie gadają jak dawniej: to jest w porządku gość, jeden z nas. - Więc to dlatego włożyli mi w sądzie koronę na głowę, kiedy w Westminsterze odbywała się koronacja nowego króla. Wcale ze mnie nie drwili... - Kiedy podnoszą kufle do toastu i wołają „Boże, chroń króla!”, nie myślą o Jerzym Niemcu. - Wiesz co? Wczoraj, jeszcze w Wyciskami, przyszedł do mnie duch tego, jak go nazwałeś, papistowskiego najemnika, i walnął mi mowę. Mówił coś między innymi o mojej dumie. A ja wróciłem pamięcią do Amsterdamu w roku osiemdziesiątym piątym, kiedy to musiałem wybierać między dwiema życiowymi szansami. Jedna polegała na tym, że wyruszę w podróż, zostanę bywałym w świecie kupcem, zarobię tonę pieniędzy i zrobię należyte wrażenie na pewnej damie, by uznała, że jestem dla niej najodpowiedniejszym mężczyzną. Druga możliwość była taka, że odpuszczę sobie ten rejs, stracę wszystko co mam, zostanę w Amsterdamie i dalej będę takim samym wagabundą bez grosza przy duszy, jakim zawsze byłem, w dodatku uzależnionym od wspomnianej damy w kwestii jedzenia, dachu nad głową et caetera.

- Co wybrałeś? - Nie mam do ciebie pretensji, że nie umiesz sam zgadnąć. Cały Londyn wie, że jestem zarówno specjalistą od pieniądza, Jackiem Mincerzem, jak i wagabundą, co teraz najlepiej po mnie widać. Ale ci odpowiem: wyruszyłem na poszukiwanie majątku. Nie udało mi się: straciłem wszystko. Potem trafiła w moje ręce fortuna zgoła niespodziewana. Ją też straciłem. Potem odzyskałem. Znów straciłem. Zdobyłem kolejną... Trochę się to zapętla. - Zauważyłem. - W każdym razie wróciłem do punktu wyjścia i powoli zaczyna do mnie docierać, że znów staję przed takim samym wyborem jak wtedy, tylko że zarazem wszystko wygląda inaczej! Gdybym był został w Amsterdamie, czy ta dama pokochałaby mnie? Czy raczej bym ją znudził? Czy ja bym ją kochał? A może wydałaby mi się zbyt sztywna i wyniosła? Te i inne retoryczne pytania i niezgłębione tajemnice spływały z ust Jacka, dopóki nie zdał sobie sprawy, że udało mu się w ten sposób albo przepędzić chłopca, albo go uśpić. Znów został sam w celi, i sam miał w niej pozostać. Była to ze strony strażników zagrywka obliczona na oskubanie go z pieniędzy - fortel prymitywny i oczywisty, ale wcale nie mniej przez to skuteczny. Po jakimś czasie przyjdą i zaoferują mu lżejsze kajdany - w zamian za pewną sumkę w srebrze; albo zaproponują przeniesienie do apartamentu przy Dziedzińcu - w zamian za sumkę w złocie. Mieli prawo oczekiwać, naturalnie, że jeśli najpierw trochę sobie pocierpi, później uzyskają

lepszą cenę. Cela Skazańców nie była tak ciemna jak Wyciskarnia, gdyż wysoko, pod sufitem, znajdowało się w niej okno, przez które wpadała odrobina światła z Newgate Street. Wkrótce jednak słońce zaszło i okno pociemniało. Jackowi, który nie miał nawet miedziaka na świeczkę, zostały tylko wspomnienia. Przypomniał sobie wąskie, proste przejście z Newgate do Bailey. Na jego końcu znajdowała się furtka, nazywana czasem Janusową Bramą. Przybywający do sądu więźniowie skręcali za nią w lewo, jeśli byli kobietami, lub w prawo, jeśli byli mężczyznami. W ten sposób przedstawiciele różnych płci trafiali do różnych zagród, co zresztą służyło wyłącznie zachowaniu pozorów, gdyż na terenie Newgate mogli się mieszać bez ograniczeń. Jednakże odwiedzający Old Bailey goście widzieli efekt ścisłej segregacji płciowej i - jak domyślał się Jack - oddychali z ulgą, że angielskie więziennictwo jest takie cnotliwe. W czasie obrad sądu więźniowie najpierw pojedynczo znikali z zagród, by po paru minutach do nich wrócić. Ci, którym dopisało szczęście, dymili jeszcze od świeżo przyłożonego żelaza do piętnowania; ci, którzy wracali nietknięci, mieli mniej szczęścia, gdyż czekało ich albo Tyburn, albo Ameryka. Po zakończeniu posiedzenia sądu wszystkich - mężczyzn i kobiety, tych napiętnowanych i tych skazanych na gorszy los - przepędzano z powrotem przez Janusową Bramę do Newgate. Tam właśnie, przy furtce, ale jeszcze na terenie Old Bailey, znajdowało się miejsce, w którym wolny człowiek mógł sobie stanąć i bez przeszkód spoglądać w twarze mijających go więźniów.

Najliczniejszą grupę wśród zbierających się tam obserwatorów stanowili łapacze; dzień wcześniej, kiedy sędzia wydawał wyrok na Jacka, zebrał się ich spory tłum. Kiedy jednak Jack odtworzył tę scenę w pamięci, wydało mu się, że w tłumie tym stała również kobieta, w kapeluszu z czarną woalką. Ukryła twarz przed nim, sama jednak najwyraźniej chciała zobaczyć jego oblicze. Odpływał właśnie w cudowną fantazję, w której odgrywała główną rolę, gdy z zadumy wyrwało go najpierw oślepiające światło latarni, a potem czyjaś dłoń na ramieniu. Rozchylił powieki, burknął coś i zamknął je z powrotem. Światło przygasło, skierowane w inną stronę. Otworzył szeroko oczy i spojrzał prosto w twarz sir Isaaca Newtona. Tower Hill, pod szubienicą 22 października 1714, o świcie Kiedy zrobiło się wystarczająco jasno, by mogli się swobodnie poruszać, nie wymachując żadnymi płonącymi przedmiotami, zebrali się we czterech przy drewnianym podeście z szubienicą na środku Tower Hill. Dwóch wyszło z morza: jeden był czarny, drugi - niski i rudowłosy - miał hak zamiast dłoni. Dwaj inni przybyli z Tower, od strony jej przedmurza; obaj byli dżentelmenami, lecz przyszli pieszo, w towarzystwie kilku strażników oraz podążających w pewnej odległości za nimi sześciu dragonów na koniach. Tego dnia szubienica miała służyć wyłącznie jako punkt orientacyjny, umożliwiający spotkanie dżentelmenom z Tower i

przybyszom zza morza. Tower Hill obejmowało bowiem dosyć rozległy teren, w większości zajęty przez plac defiladowy, tu i ówdzie pokryty jednak ziemnymi umocnieniami, wśród których garnizon ćwiczył się w przydatnej na kontynencie sztuce wojny oblężniczej. Pojedynkowicze woleli nie błąkać się wśród bastionów i okopów, szukając się nawzajem do białego dnia, dlatego też umówili się przy szubienicy, na której czasem wieszano szlachetnie urodzonych więźniów. Strażnicy odprowadzający dwóch panów z Tower zatrzymali się, gdy tylko podest zamajaczył im w oddali, i od tej pory trzymali się na dystans. Aspekt prawny całej tej sytuacji prezentował się całkiem interesująco. Nie było nic niezwykłego w tym, że więzień wyszedł na przechadzkę po Wolnej Tower, której część stanowiło Tower Hill. Nikogo również nie zdziwiłby fakt, że za spacerującym więźniem podążają strażnicy: mieli pilnować, żeby nie próbował ucieczki i nie wdawał się w zdradzieckie knowania z wolnymi ludźmi. Natomiast pojedynki, mimo że często praktykowane, były nielegalne. Można się więc było domyślać, że Charles White zawarł umowę z komendantem Tower: przed świtem wyjdzie na spacer na Tower Hill i w którymś momencie zniknie strażnikom z oczu we mgle. Usłyszą wystrzał z pistoletu, może dwa, potem znajdą White'a żywego lub martwego. Jeśli będzie martwy, zostanie pogrzebany; jeżeli przeżyje, wróci do swoich apartamentów w Tower. Tak czy inaczej, poranny incydent da się łatwo wytłumaczyć: spacerowicze napatoczyli się na rozbójników, wywiązała się szamotanina, White wyszarpnął jednemu z napastników pistolet, et caetera. Historyjka była wątła, ale wcale nie

gorsza od innych, którymi próbowano tuszować pojedynki. Strażnicy nie zbliżali się więc zbytnio, by mieć pretekst do kłamstw, które za godzinę będą musieli przedstawić. Za to dragoni rozstawili się w szerokim półokręgu, by uniemożliwić White'owi ucieczkę do odległego o sto kroków Londynu. - Gdzie pistolety? - zapytał White. Gdyby

jego

przeciwnik

i

sekundant

przeciwnika

byli

dżentelmenami, zacząłby od wymiany uprzejmości, ponieważ jednak miał przed sobą zwykłe morskie wagabundy, ograniczył się do takiego właśnie powitania. - Pistolety? - zdziwił się Dappa. - Jakie pistolety? - Zapowiedział pan w swoim liście, że dostarczy dwa pistolety przypomniał White, podejrzewając, że robi się z niego idiotę. - Nie dwa pistolety, tylko dwie sztuki broni palnej. Obiecałem również, że pozwolę panu wybrać jedną z nich. Chodźmy. Razem z kapitanem van Hoek'iem pokażę panu najpierw pierwszą. Dappa zanurzył się we mgłę. Van Hoek usunął się na bok, aby przepuścić White'a i jego sekundanta, młodego człowieka nazwiskiem Woodruff, ale im niezbyt przypadł do gustu pomysł pozostawienia van Hoek'a za plecami. Po trwających niezręczne kilka sekund unikach i „panprzodach” wszyscy trzej ruszyli tyralierą, zachowując między sobą odległość uniemożliwiającą pchnięcie nożem. - Gdzie ta broń? - zaniepokoił się White. - Niecałe sto kroków stąd - powiedział Dappa.

Teren zaczął się lekko wznosić: znaleźli się u stóp niskiego, lecz stromego pagórka na Tower Hill, stanowiącego tradycyjny punkt widokowy dla londyńczyków, którzy chcieli zobaczyć, jak się wiesza lordów. Zamiast się na niego wspiąć, Dappa odbił w prawo i ruszył wzdłuż jego podstawy, śladem świeżo odciśniętych w ziemi kolein. Zatrzymał się przed małym działem osadzonym na dwukołowej lawecie, celującym w przeciwną stronę niż znajdował się pagórek; w półmroku przedświtu trudno było dokładnie ustalić kierunki, ale działo było wymierzone z grubsza w stronę rzeki. Obok stała beczułka z prochem, leżało ułożone w piramidkę pięć kul, oraz niezbędne przybory - wycior, czerpak do prochu i tak dalej. Zanim White otrząsnął się z tego widoku, Dappa wykonał w tył zwrot i długim krokiem ruszył w stronę Tamizy, odliczając głośno: - Raz. Dwa. Trzy... Zbliżali się do kolejnego pagórka, fragmentu fortyfikacji na przedmurzu. Niebo przez ten czas pojaśniało, mgła się rozwiała i już widzieli, że Dappa prowadzi ich do drugiego działa, ustawionego podobnie jak pierwsze, wycelowane w ich kierunku z półki w połowie wysokości Tower Hill. Dzielące je sto kroków dało White'owi czas na oswojenie się z ideą takiego pojedynku - do tego stopnia, że zaczął doceniać poczucie humoru przeciwnika. - Skąd pan wziął te armaty? - zainteresował się. - To interesująca historia, ale jeśli ma pan za chwilę zginąć, nie ma sensu jej panu opowiadać. Jeżeli zaś to ja mam umrzeć, wówczas

pozostawienie pana w nieświadomości będzie jednym z elementów mojej zemsty. Nawiasem mówiąc, nie są to wcale armaty, lecz haubice. Armata jest znacznie cięższa i ma długą lufę; wystrzeliwuje ciężkie kule z wielką prędkością, by kruszyć mury. Haubica zaś to rodzaj poziomo ułożonego moździerza. Wymaga mniejszego ładunku. Uznałem, że lepiej nada się jako broń do pojedynku. Przy chybionym strzale kula armatnia poszłaby daleko w miasto; pocisk z haubicy, znacznie lżejszy, daleko nie poleci. - Jak te kule mogą być lżejsze, jeżeli są wykonane z tego samego materiału? - zdziwił się Woodruff, który najwyraźniej nie spał na lekcjach filozofii naturalnej. - Są puste w środku. - Dappa bez wysiłku podniósł jedną z kul, mimo że mierzyła dobre sześć cali średnicy. Obrócił ją w palcach, pokazując wydrążony otwór i rozbiegające się od niego promieniście, jak południki, popielate nitki. - Po to, żeby dało się je napełnić prochem. W przeciwnym razie stracilibyśmy tu cały dzień, czekając, aż komuś wyjdzie jeden fartowny strzał. A taki pocisk eksploduje i zabija wszystko w promieniu kilku jardów. - Rozumiem... - Woodruff pokiwał głową. - To bardzo praktyczne. Było widać, że niepokoją go ewentualne konsekwencje tego faktu. Van Hoek przyglądał mu się z rozbawieniem. - Proszę sobie spokojnie obejrzeć pociski, haubice, cokolwiek pan sobie zażyczy. Zapewniam, że są identyczne.

- Nie ma takiej potrzeby - odparł White. - Czas nagli. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że pozycja na wzniesieniu jest ze wszech miar korzystniejsza. - Ruchem głowy wskazał haubicę umieszczoną bliżej Tower. - Dlatego spodziewał się pan, że właśnie ją wybiorę, i gdyby jedna z haubic miała być w jakiś sposób gorsza od drugiej, to tam właśnie by ją pan ustawił. Dlatego wybiorę tę tutaj, panu zaś pozostawię przewagę lepszej lokalizacji. - Jak pan sobie życzy. Czy możemy się teraz udać do punktu leżącego w połowie drogi? Przeszli na środek pola i stanęli do siebie plecami; każdy spojrzał prosto w lufę haubicy, którą za chwilę miał zacząć ładować. Sekundanci ustawili się z boku, pilnując przestrzegania wszystkich zwyczajów i formalności. - Jak to się wszystko doskonale składa... - uświadomił sobie White. - Niedaleko stąd, tam oto, odniosłem triumf nad wigami i Newtonem; jest bowiem przesądzone, że zaplanowana na przyszły tydzień Próba Pyxis wypadnie dla niego niekorzystnie. A teraz, tutaj, albo zwyciężę pana, albo zginę. Tak czy inaczej, na nic lepszego nie mogłem liczyć. - Raz - powiedział Dappa, stawiając pierwszy krok. Nie mógł dłużej słuchać gadaniny White'a. - Jak pan chce - zgodził się White. - Raz. Również zrobił krok. Przez jakiś czas liczyli i maszerowali w zgodnym rytmie, po czym, około czterdziestki (stawiali bowiem

bardzo długie kroki) porzucili wszelkie pozory dumy i dziarsko zabrali się do roboty przy haubicach. White'owi pomagał przy tym sekundant, Dappie nie. Van Hoek stał plecami do haubicy, niczym spacerowicz, który na porannej przechadzce zatrzymał się na chwilę, by zachwycić się widokiem na dolne partie Tower Hill i panoramą The Pool. Kiedy Dappa spojrzał na niego spode łba, van Hoek poślinił hak i podniósł go, jakby sprawdzał, skąd wieje wiatr. - Przestań! Dappa wyrżnął van Hoek'a w plecy. - Patrz, jak się krzątają - powiedział kapitan. - Nie mają zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać. - I to mnie martwi. - W Kairze miałeś więcej zimnej krwi. To ja przyglądałem się tobie z irytacją. - W Kairze nie miałem nic do stracenia! - przypomniał mu Dappa. Odtoczył już beczkę z prochem na bezpieczną odległość od haubicy i właśnie próbował ją odszpuntować nożem. - White i Woodruff przenieśli beczkę gdzieś na bok? - Widzisz? Dopytujesz się o informacje, które od dłuższej chwili gromadzę. - Mogłeś je gromadzić, robiąc jednocześnie coś użytecznego. - No dobrze, już dobrze. - Van Hoek obszedł haubicę od tyłu, spojrzał w dół wzdłuż lufy, zogniskował wzrok na celu. - Tak, przestawili beczkę. Ale za blisko. - Podniósł kamień i posługując się

nim jak tłuczkiem, wbił głębiej drewniany klin z tyłu haubicy, lekko opuszczając w ten sposób lufę broni. - Myślisz, że powinniśmy uwzględnić ruch obrotowy Ziemi? Dappa udał, że nie słyszy prowokacji. Napełnił prochem osadzony na długim uchwycie czerpak i wsunął go do lufy. Średnica czerpaka była znacznie mniejsza niż kaliber broni. - Na tym etapie mają sporą szansę coś zepsuć - zauważył, celując czerpakiem w komorę w głębi lufy. - Mam nadzieję, że napakują za dużo prochu i wybuch rozerwie ich razem z haubicą. - To byłoby nie fair - zakpił z niego van Hoek. Hakiem zeskrobał chemiczny osad wokół zapału. Z powodu swojego kalectwa nie bardzo mógł podnieść kulę armatnią, ten obowiązek spadł więc na Dappę, który wtoczył pocisk do lufy i zaczął go ubijać stemplem, z uwagą obserwując wydarzenia u stóp pagórka. - Oto kara za twoją opieszałość! - wykrzyknął Dappa. Obaj z van Hoek'iem zobaczyli, jak uśmiechnięty od ucha do ucha White przykłada ogień do zapału gotowej do strzału haubicy. Chmura ognia wielka jak kościół parafialny rozdzieliła ich na chwilę, zgasła i zmieniła się w dym. - A to kara dla nich za typowy dla szczurów lądowych pośpiech - stwierdził van Hoek. Zgodnie z przewidywaniami White i Woodruff nabili haubicę zbyt dużym ładunkiem prochu. Energia zapłonu zmiażdżyła pocisk w lufie i broń plunęła prochem, który - na szczęście dla strzelców spłonął na otwartej przestrzeni.

Musieli chwilę poczekać, aż dym się rozwieje i odsłoni Whitea i Woodruffa, którzy wyglądali na oszołomionych i przypalonych, jakby za długo siedzieli na słońcu. Van Hoek przytknął lont do zapału. Haubica wystrzeliła zgodnie z planem, a ponieważ obaj z Dappą stali dokładnie za nią, przez ułamek sekundy mignął im nawet wylatujący z lufy pocisk, który następnie roztrzaskał się o kamienne umocnienia przedmurza - za plecami przeciwników, powyżej nich i nieco na prawo od celu. Zamiast eksplodować, obsypał White'a i Woodruffa nieszkodliwym deszczem odłamków i grudek prochu, których i tak nie zauważyli, bo otrząsnęli się już z szoku i zaczęli nabijać haubicę. - Teraz wylecą w powietrze - stwierdził Dappa, maczając wycior w wodzie. - Nie wydaje mi się. Znaleźli kubeł z wodą, który w swojej łaskawości im zostawiłeś, wzięli z ciebie przykład i też postanowili umyć wnętrze lufy. Mamy jednak nad nimi przewagę: my wiemy, jak skorygować ustawienie haubicy, a oni nie. Van Hoek wbił klin jeszcze mocniej, a potem kopniakiem w koło lawety zmienił lekko jej azymut. Dappa szybko naładował broń i palił się do kolejnego strzału, ale van Hoek co rusz wyskakiwał mu u wylotu lufy z garściami suchej trawy, liści i tym podobnego śmiecia, wypychając nim haubicę do samiutkiego końca, aż upodobniła się do spiżowego wazonu, z którego sterczy suchy wiecheć zielska. Zirytowany Dappa wymachiwał pochodnią nad zapałem, udawał, że przypala podsypkę, ale van Hoek nie zwracał na niego uwagi. Nie przejął się nawet, kiedy drugi pocisk White'a świsnął mu nad głową i

wgryzł się w ziemny stok za ich plecami - zauważył go jednak i wskazał Dappie, który poślinił palce, sięgnął w głąb wydrążonej przez kulę dziury i wyrwał pęk iskrzących lontów. Cisnął go na ziemię i zaklął. Van Hoek porzucił wreszcie pozycję przed lufą haubicy i zaczepił hakiem o uchwyt wiadra z wodą, po czym przestawił je w dogodniejsze miejsce i zalał skwierczący lont. Dappa przez ten czas oddał drugi strzał. Kula trafiła w podnóże ziemnego wału za plecami White'a i Woodruffa, dwa metry na prawo od nich, ale zamiast zagrzebać się w ziemi, odbiła się do góry i zniknęła im z oczu. Kilka sekund później, kiedy najwidoczniej osiągnęła już apogeum i zaczęła spadać, eksplodowała jakieś dziesięć jardów nad powierzchnią gruntu, całkiem blisko celu. White i Woodruff, którzy śledzili jej lot i z ożywieniem wytykali ją palcami, zdążyli się jednak rozpierzchnąć na boki i paść na ziemię. Nic im się nie stało. Van Hoek był zdegustowany. - Mam ochotę pójść do nich i palnąć White'owi w łeb. - Dlaczego? To mój pojedynek, nie twój - zauważył zapracowany Dappa. Van Hoek zaczął zgarniać z ziemi patyki i trawę, które umknęły jego uwagi za pierwszym razem. - Jako twój sekundant mam obowiązek przeszkodzić twojemu przeciwnikowi w ucieczce. A White próbował uciekać. - To śliska sprawa. Kapitan statku powinien w czasie bitwy trwać na pokładzie i nie chować się przed salwą wroga, ale jeśli blisko

niego wyląduje bomba, nikt od niego nie oczekuje, że będzie stał i czekał, aż wybuchnie. - Hmmph... - mruknął van Hoek i wrócił do zapychania lufy śmieciem. Tym razem, jakby dla podkreślenia wagi tego, co robi, zerwał sobie z głowy rudą perukę i wepchnął ją w gardziel haubicy, ubijając nią całe znajdujące się tam zielsko. Obok niego przeleciała kula. Tym razem White i Woodruff jeszcze bardziej zmniejszyli ładunek prochu, toteż pocisk zdążył już po drodze raz zrykoszetować od ziemi, po czym śmignął na wysokości kolan, odbił się od pagórka za ich plecami i spadł Dappie pod nogi czarna, dymiąca kula z płonącym lontem. Pocisk staczał się w dół stoku, ale czynił to stanowczo zbyt wolno. Dappa doskoczył do niego i wymierzył mu kopniaka; chybił; kopnął drugi raz - i wykorzystując impet tego ruchu okręcił się w tył i padł jak długi na ziemię. Van Hoek odwrócił się plecami do pocisku, objął beczkę z prochem i rozpostarł szeroko poły płaszcza, by osłonić ją przed skrami. Kula toczyła się w dół skoku w podskokach przez jedno, dwa, trzy uderzenia serca, a potem eksplodowała. Chwilę później rozległ się kolejny huk - najwidoczniej iskra z wybuchu spadła w zapał haubicy i spowodowała przedwczesny wystrzał. Dappa i van Hoek długo zbierali się z ziemi, na wpół ogłuszeni i poranieni - choć nie śmiertelnie - odłamkami i drobnymi kamykami. Zdążyli jeszcze zobaczyć, jak ich kula eksploduje nad Tamizą.

Podmuch wybuchu przekrzywił działo Dappy, ale ognisty szlak, wytyczony płonącymi patykami i tlącą się trawą, biegł prościutko w dół zbocza, w stronę haubicy White'a. Woodruff rozpaczliwie wymachiwał nogą, usiłując strząsnąć jakiś dymiący, kurczowo uczepiony jego stopy przedmiot - perukę van Hoek'a. White szykował się do kolejnego strzału. I właśnie wtedy obaj przestali istnieć. Przedmurze całkowicie zniknęło z oczu Dappy i van Hoek'a, przesłonięte ognistą kulą, z której wybiegały czarne, paskudnie poskręcane węże. Ponownie rzucili się na ziemię, a kiedy chwilę potem spadł ognisty deszcz, zerwali się i popędzili przed siebie, byle dalej od beczki prochu i zapasu kul. Spotkali się przy podeście szubienicy, wesoło ozdobionym wyciągniętymi jak dłudzy strażnikami, którzy też poszukali tu schronienia. Mniej więcej w tym samym momencie rozległo się głośne BABABAM!, gdy eksplodowały pociski White'a. To był dla Dappy i van Hoek'a sygnał do żwawej ucieczki nad rzekę. Jeżeli któryś ze strażników uniósł głowę, by śledzić ich wzrokiem, zobaczył tylko, jak znikają w potężnej chmurze dymu, która całkowicie przesłoniła niższe partie Tower Hill. We wnętrzu chmury widoczność nie była jednak zerowa, lecz sięgała kilku stóp. Mijając dawną pozycję White'a i Woodruffa, Dappa i van Hoek zatrzymali się, a przynajmniej na chwilę zwolnili. Nie zobaczyli niczego, co przypominałoby ludzkie ciało, chociaż Dappa dałby sobie głowę uciąć, że potknął się o czyjś kręgosłup.

- A to ci dopiero... - mruknął w zadumie van Hoek. Wpatrywał się w coś, co leżało na wypalonej ziemi, poszturchując hakiem i raz za razem przeliczając jakieś drobne przedmioty. - Raz, dwa, trzy, cztery... pięć! Raz, dwa, trzy, cztery... pięć! - Co tam masz? - Uszy! Jest ich za dużo! Dappa podszedł bliżej i pochylił się, aż zetknęli się głowami. Rzeczywiście, na ziemi leżało pięcioro uszu: cztery, zasuszone, blisko siebie, i piąte, nieco z boku, świeże i pokrwawione. - To się da wyjaśnić. - Dappa ruchem nogi przysypał piaskiem czworo starych. - Ale później. Na razie bardzo proszę, wracajmy na statek. Zaraz zjawią się tu wszyscy strażnicy i dragoni naraz! - Chwilowo robią w gacie ze strachu. - To prawda, ale i tak chciałbym jak najszybciej zobaczyć statek. Nadal niewiele widzieli, ale na wpół po omacku ruszyli w dół zbocza jak wiadomo, jest to niezawodna metoda znajdowania mórz i oceanów. - Mam nadzieję, że w ten sposób skończyłeś z tym swoim idiotycznym pisarstwem. Naprawdę miałem już go dość. - Wystrzeliłem z działa i nieprędko znów je naładuję. Jako pisarz pozostaję jednak wiernym niewolnikiem mojej muzy, której życzenie jest dla mnie... - Wiesz co? Faktycznie, lepiej wracajmy na statek. - Van Hoek przyspieszył kroku. - Wypłyniemy na szerokie morza, gdzie ta suka nie będzie mogła ci rozkazywać.

Dziedziniec i Zamek, więzienie Newgate 23 października 1714 Zdumiewające, jak wiele potrafi znaczyć dwadzieścia stóp. Taka właśnie odległość dzieliła łoże z baldachimem i puchowymi pierzynami w Zamku od środka Wyciskami, znajdujące; się tuż za ścianą luksusowego apartamentu. Przed paroma dniami Jack leżał nagi na kamiennej posadzce, przygnieciony skrzynią pełną obciążników - a teraz wylegiwał się na puchu, w czystej płóciennej koszuli nocnej. Miesiąc czy dwa wcześniej bez trudu kupiłby sobie prawo wstępu do Zamku, ale od tamtej pory roztrwonił większość swoich aktywów. A czego nie roztrwonił, stracił na rzecz - lub z powodu swojego niezmordowanego prześladowcy, sir Isaaca Newtona. Apartamenty w Zamku i przy Dziedzińcu nie miały ustalonej wartości - naczelnik więzienia elastycznie dostosowywał ich cenę do rangi więźnia. W wypadku księcia lub innego arystokraty wysokiej rangi, na przykład zbuntowanego szkockiego lorda, oczekiwano co najmniej pięciuset gwinei opłaty wstępnej, która gwarantowała mu, że nie trafi na Oddział Dolny ani Górny. Po pokonaniu tej przeszkody, wspomniany książę musiał co tydzień płacić strażnikowi trzynaście szylingów z groszami za przywilej dalszego mieszkania w luksusach. Teraz, kiedy Jackowi został zaledwie tydzień życia, z czynszu niewiele by się uzbierało, niespełna funt - ale opłata wstępna była zupełnie inną sprawą. Dla pospolitego mieszczanina, pozbawionego tytułów i godności, wyniosłaby znacznie mniej niż dla księcia -

powiedzmy... dwadzieścia funtów. Jakiej sumy należało wymagać od Jacka Shaftoe? Niektórzy by powiedzieli, że jako wagabunda, a więc prostak gorszy od zwykłego plebejusza, powinien zapłacić jeszcze mniej, a więc niecałe dwadzieścia funtów; inni - wśród nich zapewne naczelnik Newgate - upieraliby się, że jest (na swój sposób) osobistością ważniejszą od wszystkich książąt i można zeń zedrzeć fortunę. Krótko mówiąc, nie miał co liczyć na wyrwanie się z Celi Skazańców za mniej niż kilkaset funtów w gotówce. Nie miał takich pieniędzy, już nie. Nie mieli ich również jego żyjący przyjaciele. Skąd się zatem wzięły? Na pewno nie były przedmiotem umowy, jakiej dobił dzień wcześniej z Ikiem Newtonem. Sir Isaac zażyczył sobie, żeby Jack wyznał, że dowody na działanie wigowskiej szajki fałszerzy pieniędzy znajdują się w Clerkenwell, na jednej z posesji należących do Rogera Comstocka. Jack przez całą noc, prawie do rana, uczył się (pod czujnym okiem Newtona) na pamięć zeznania, które następnie podyktował stenografowi i gromadzie nieposiadających się ze zdumienia szacownych świadków. Newton nie obiecywał mu jednak, że umieści go z powrotem w apartamencie w Zamku; Jack zresztą wcale o to nie prosił, wyczuł bowiem, że sir Isaac nie śmierdzi groszem. Oczekiwał raczej złagodzenia czekającej go kary: liczył na tradycyjne (czyli szybkie) powieszenie albo - w najlepszym wypadku - na wysoką grzywnę, której nigdy nie zdoła spłacić, przez co dożyje swoich dni wśród dłużników przetrzymywanych w Newgate.

Ale nie, to ktoś inny - ktoś bardzo bogaty - zaaranżował przeniesienie go do Zamku. Był to kolejny krok na drodze do łaski prawdziwej wiary, o której bajdurzył de Gex: Jack stracił dosłownie wszystko, ale mimo to miał jakiegoś tajemniczego opiekuna. Owszem, ucierpiała na tym jego duma, lecz mógł sobie wyobrazić gorsze męczarnie. Wydawało się mało prawdopodobne, by jego dobrodziejka (chętnie bowiem folgował fantazji, że jego dobroczyńcą jest kobietą) zrobiła to tylko po to, żeby uprzyjemnić mu ostatni tydzień życia doczesnego. Wolał myśleć, że w ten sposób próbuje mu przekazać jakąś wiadomość; próby rozszyfrowania jej całkowicie zaprzątały jego umysł, ale szybko przestał czynić jakiekolwiek postępy w tej kwestii, a wkrótce potem zawiesił dalsze rozważania do czasu pozyskania nowych wskazówek. Dzielił więc wolny czas między rozmyślanie o Elizie i przeklinanie się w duchu za to, że jest na tyle durny, by o niej myśleć. Chociaż z drugiej strony... Musiał przyznać, że nie mógł w ten sposób nikomu zaszkodzić. Nie mogło być mowy, żeby myśli o niej sprowadziły go na złą drogę, jak to w przeszłości bywało; z dobrej drogi zboczył tak daleko, że dalej - na tym świecie - już się nie dało. Dotarł na biegun. Van Hoek tłumaczył mu kiedyś, że gdyby znalazł się na biegunie południowym, wschód, zachód i południe przestałyby istnieć i gdziekolwiek by spojrzał, widziałby północ. Tak właśnie przedstawiała się jego obecna sytuacja.

Clerkenwell Court 23 października 1714, rano Roger dowiedziałby się o wszystkim z wyprzedzeniem i stawił czoło intruzom... Nie, skreślić. Roger zaparzyłby kawę, przyszykował ciepłe bułeczki i poczęstował nimi Isaaca Newtona, hrabiego Lostwithiel i Królewskich Gońców, przez co ich najazd na Clerkenwell Court zamieniłby w wycieczkę z przewodnikiem. Wstęp wyłącznie za zaproszeniami. Daniel nie był jednak Rogerem, toteż kiedy dotarł na miejsce, najazd trwał od dwóch godzin i gdyby lepiej nim pokierowano, zdążyłby się już zakończyć. Zainteresował się nim jednak więcej niż jeden odłamek rządu Jego Królewskiej Mości, przez co operacja nabrała

bezwładności

i

została

zaplanowana

jednocześnie

nieprecyzyjnie i nazbyt szczegółowo. Odbyły się, rzecz jasna, różne spotkania, z udziałem młodych, bystrych jednostek, które miały pomysły, zabierały głos, zapisywały się w protokołach. Ktoś przewidział, że usunięcie wrót skarbca może wymagać znacznej siły; na listę niezbędnego wyposażenia trafiły w ten sposób petardy, mechanizmy korbowe i zaprzęgi wołów. Wystąpiły opóźnienia i nieporozumienia. Nikt nie stawił się w umówionym miejscu o umówionej porze. Grube ryby nie doceniły humorystycznego aspektu fiaska. Upór i urażona duma zdominowały dzień. Żołnierze czekali na rozkazy, kręcąc z niedowierzaniem głowami.

Taki mniej więcej stan rzeczy zastał Daniel, kiedy około dziewiątej przyszedł do Clerkenwell - przyszedł, ponieważ najazd i jego nieprzewidziane konsekwencje skutecznie zablokowały całą Coppice Row i zmusiły go do porzucenia lektyki ćwierć mili od celu. I dobrze się stało, z lektyki bowiem wysiadłby w samym środku zamieszania, został natychmiast zauważony i młodzi uczestnicy wspomnianych spotkań chcieliby z nim rozmawiać. A tak zbliżał się powoli i dyskretnie, niezauważony przez nikogo. Z jednym wyjątkiem: w połowie drogi minął tkwiący w korku powóz księżnej Arcachon-Qwghlm. - Przyjechała pani mieć baczenie na swoją inwestycję? zagadnął, jakby mówił do siebie. Ze środka dobiegł go głośny szelest; domyślił się, że księżna jest zajęta pisaniem lub czytaniem listów. - Dzień dobry, doktorze Waterhouse. Pozwoli pan, że za chwilę do pana dołączę przy Clerkenwell Court? - Polecam pani uwadze puste lokum na piętrze, nad warsztatem zegarmistrzowskim - rzucił przez ramię oddalający się Daniel. - To rodzaj prywatnej łoży, z której obejrzy sobie pani tę komedię omyłek. Minutę później sam dotarł na miejsce. Wszedł boczną furtką i znalazł się w centrum wydarzeń, zanim ktokolwiek go rozpoznał. A potem wszyscy naraz rzucili się na niego i zaczęli dopytywać, od jak dawna tu jest. - Doktorze Waterhouse! - wykrzyknął hrabia Lostwithiel. - Od jak dawna pan tu jest?

- Wystarczająco długo - odparł Daniel po delficku. - Trochę szkoda, że tak się to ułożyło - powiedział hrabia. Słowa te wielce zirytowały Daniela, dopóki nie uświadomił sobie, że hrabia, jako człowiek dobrze wychowany, ma zwyczaj posługiwać się niedopowiedzeniami i umniejszać wagę większości spraw. W tej chwili starał się dać do zrozumienia, że jest mu niezmiernie przykro. Spróbował odpowiedzieć w podobny sposób: - Dla pana to pewnie niezręczna sytuacja. - Skądże znowu - odparł hrabia. Co znaczyło: To istne piekło! - Sprawy się skomplikowały, prawda? - ciągnął dalej w tym samym stylu Daniel. - Pańskie obowiązki jako kapitana Królewskich Gońców mają pierwszeństwo, to zrozumiałe. Widzę, że dobrze pan sobie radzi jako dowódca. - Boże, chroń króla - powiedział hrabia. Jak domyślał się Daniel, miał na myśli: Ma pan całkowitą rację. Dziękuję, że się pan na mnie nie wścieka. - ...chroń króla - powtórzył Daniel. Nie ma za co. - Sir Isaac jest... na dole. - Hrabia spojrzał w stronę otwartego grobowca templariusza. Drzwi, jeśli Daniel dobrze widział, nie zostały uszkodzone. - Jak udało się wam go otworzyć? - Staliśmy przed nimi i zastanawialiśmy się nad użyciem siły, aż w końcu pojawił się taki potężny chłop i otworzył nam kłódkę. Daniel ruszył w stronę bramy, ignorując dwie inne ważne persony, które widząc go, zaczęły się dopytywać, od jak dawna tu jest.

*** - Od jak dawna tu jesteś? - zapytał sir Isaac Newton. Ciepły bąbel oleistego dymu otulił grobowiec templariusza, gdy na dół zniesiono liczne świece i latarnie. Para oddechów półtuzina robotników z szuflami i grabiami mieszała się z oparami źródeł światła, skraplała na zimnym kamieniu i mosiężnych okuciach sarkofagu i ściekała strużkami na ziemię. - Wystarczająco długo - odburknął Daniel. Wiele rzeczy go tu drażniło, ale najbardziej przygnębiała świadomość, że Isaac, który potrafił być tak interesujący, dał się wciągnąć w takie przyziemne rozgrywki i stał się zwyczajnie nudny. Uczynił to jednak z nader wzniosłych powodów - o czym Daniel musiał sobie nieustannie przypominać. - Słyszałem o pojedynku na armaty, który odbył się wczoraj na Tower Hill... - zagadnął Daniel. - Miał z tym coś wspólnego, prawda? - Podobnie jak z ucieczką Shaftoe'ów. Moi świadkowie mają w zwyczaju znikać, kiedy najbardziej ich potrzebuję. Został mi tylko Jack. - Niczego nie znajdziesz, rozgrzebując groby tych nieszczęsnych templariuszy. Zdajesz sobie chyba sprawę, że cokolwiek się tu znajdowało, zostało przeniesione w inne miejsce. - Naturalnie. Jak jednak z pewnością zauważyłeś, w sprawę wmieszały się już także inne siły, które wolniej niż ty czy ja dostrzegają rzeczy oczywiste.

Brzmiało to niemal jak komplement, tak jakby Isaac podawał Danielowi rękę, by wciągnąć go na swój poziom. Daniel najpierw odczuł satysfakcję, a potem nabrał podejrzeń. - Wszystko przez White'a - ciągnął Isaac. - Podejrzewam, że celowo wystawił się na niebezpieczeństwo, by wymknąć się sprawiedliwości, nie wierzę jednak, aby przewidział, w jaki sposób umrze. A sposób ten okazał się dla mnie korzystny. - Ponieważ wywołał panikę wśród nowych władz? Zamiast od razu odpowiedzieć, Isaac rozłożył ręce i powiódł wzrokiem po zajadłych kopaczach. - Kiedy znudzi im się tutaj, przeniosą się do Bridewell. A jeśli i tam nic nie znajdą, podążą tropem dalej, do Bank of England. Daniel zdawał sobie sprawę, że to ostatnie zdanie ma epilog, którego Isaac nie musiał wypowiadać na głos: Chyba że pomożesz mi zdobyć to, czego potrzebuję. I w pierwszym odruchu był gotowy skoczyć do banku i przynieść staremu dobremu Isaacowi kawałek złota Salomona. Czemu by nie? Salomon Kohan zauważyłby jego brak, Piotr Wielki by się rozgniewał, ale pewnie dałoby się jakoś sprawę załagodzić. Wtedy jednak Isaac dodał coś takiego: - Podobno, aby odwrócić uwagę straży od uciekających z karceru braci Shaftoe, jakiś starowina upił bywalców Fleet i zabawiał ich bajeczkami o zakopanym złocie. To zmroziło Daniela. Nagle przypomniał sobie, dlaczego powinien strzec każdej drobiny złota jak oka w głowie: ludzie go

pożądali, dzięki czemu dawało mu władzę, która mogła mu być w przyszłości potrzebna. Uświadomił sobie też całą niedorzeczność alchemicznego światopoglądu. Nie wracając już do tematu, wymówił się od dalszej rozmowy, wrócił na górę i niedługo potem dołączył do księżnej Arcachon-Qwghlm w pustym lokalu na piętrze Pałacu Sztuk Technicznych. *** - Nie powinien pan był zostawiać mnie tutaj samej powiedziała. Daniel instynktownie wyczuł, że nie zarzuca mu faux pas natury towarzyskiej. - Łaskawa pani...? Stała przy oknie, wyglądając na dziedziniec; mówiąc, nie odwróciła się do Daniela. Podszedł i stanął obok niej, zachowując wszakże bezpieczny dystans, aby krzątający się na dole ludzie w perukach nie zobaczyli ich razem w jednym oknie. - Ta inwestycja niepokoiła mnie od samego początku. Odkąd się na nią zgodziłam. Gdyby

wypowiedziała

te

słowa

w

gniewie,

Daniel

prawdopodobnie okręciłby się na pięcie i czmychnął aż do Massachusetts. Nie złościła się jednak, lecz błądziła myślami gdzieś daleko, a po ustach błąkał się jej delikatny uśmieszek.

- Teraz sobie to uświadomiłam, patrząc przez okno - wyjaśniła. Kiedy poprzednio widziałam pański Pałac Sztuk Technicznych, przywodził na myśl targowisko idei: mądrzy ludzie, siedzący w swoich warsztatach i zajęci swoimi sprawami, ale wymieniający się ideami z kolegami po fachu przy kawie albo podczas wspólnego korzystania z toalety. Ten pomysł się chyba sprawdził, nie uważa pan? A ponieważ interesują mnie podobne sprawy, dałam się tej wizji uwieść. Tak, przyznaję się bez bicia. A jednak, mimo tego mojego zauroczenia, jakiś cichy głosik nie przestawał szeptać mi do ucha, że nie była to, aufond, rozsądna inwestycja. A dzisiaj? Przychodzę, patrzę - wszystko zniknęło. Mądrzy ludzie zabrali swoje narzędzia i gdzieś się ulotnili. Został tylko budynek i ten plac, które nie są warte pieniędzy, jakie wyłożyli na nie inwestorzy. Powinny tu wyrosnąć sklepy, jak wszędzie indziej na przedmieściach, niewarte ani więcej, ani mniej od tych po sąsiedzku. - Zgadzam się z panią w kwestii wyceny nieruchomości. Chce pani powiedzieć, że była to inwestycja chybiona dla pani i Rogera Comstocka? - Tak. - Znowu się uśmiechnęła. - To właśnie miałam na myśli. - W księdze rachunkowej tak to zapewne wygląda... - Zapewniam, że tak. - Ale przecież Roger nigdy nie kierował się samą arytmetyką, prawda? Zawsze interesowało go coś więcej niźli czysty zysk. - I bardzo dobrze. Źle mnie pan zrozumiał. Ja również wyznaczam sobie cele, których nie sposób ująć w księgach

rachunkowych, mam jednak zwyczaj oddzielać je w głowie od projektów, które każdy inwestor uznałby za sensowne. Po prostu w przypadku Pałacu Sztuk Technicznych pomyliłam te dwie kategorie. Nie wydaje mi się możliwe, by ktokolwiek mógł posiąść na własność ruchliwego jak żywe srebro ducha geniuszu, oświecającego filozofów i ingenieurs. Równie dobrze można by próbować nałapać do wiadra elektrycznych fluidów pana Hauksbee. - Więc uważa pani, że to beznadziejne? - Co, doktorze Waterhouse? - Próby wspierania takich projektów i inwestowania w nie. - Ależ nie, wcale nie beznadziejne. To ma sens, tylko ja za pierwszym razem się pomyliłam. To wszystko. - A będzie drugi raz? Cisza. - Jak zatem brzmi ostateczny werdykt? - spróbował jeszcze raz Daniel. - Nawet gdybym nie był osobiście zaangażowany w tę sprawę, chętnie poznałbym odpowiedź, gdyż spoczywa na mnie obowiązek wyprzedania majątku Rogera. - Rozumiem... Musi pan poznać jego wartość. - Otóż to, łaskawa pani. Dziękuję. - Pałac Sztuk Technicznych jest wart tyle samo, co pierwszy lepszy pobliski budynek. Teoretycznie mógłby pan zgłaszać pretensje do dokonanych tu wynalazków. Tak, mogę to sobie wyobrazić. Gdyby na przykład za pół roku zegarmistrz, który wcześniej tu pracował, skonstruował zegar, dzięki któremu zdobędzie nagrodę w Konkursie

Długości Geograficznej, właściciel majątku Rogera mógłby zażądać od niego części zysków. Ale to nierealistyczne. Wzbogaciliby się tylko adwokaci. - W takim razie zapomnijmy o tym. Co z Maszyną Logiczną? - Podobno organy do dziurkowania kart zostały wyniesione z Bridewell i utopione w Tamizie. - To prawda. Osobiście dopilnowałem, aby w Bridewell nic nie zostało. - A same karty...? - Zostaną wysłane do Hanoweru, skąd trafią do carskiej akademii w Sankt Petersburgu. - Czyli nie mają żadnego wpływu na bilans. W takim razie o co właściwie mnie pan pyta? Brutalność tych rozważań finansowych wstrząsnęła Danielem, ale nie mógł zaprzeczyć, że jest w pewnym sensie fascynująca. Przypominało to wiwisekcję - operację barbarzyńską, lecz przy tym dostatecznie interesującą, by nie próbował wymykać się z pokoju i iść do najbliższego baru. - Chodzi mi chyba o całą strukturę idei, która nadaje wartość kartom do Maszyny Logicznej. - Wartość? - No dobrze... władzę. Moc dokonywania obliczeń. - Pyta pan, ile warte są te idee? - Właśnie.

- To zależy od tego, jak szybko uda się zbudować taką maszynę. Na razie nie udało się panu tego osiągnąć? - Nie. Dużo się nauczyliśmy podczas konstrukcji dziurkarki... - My? To znaczy...? Eliza wychyliła się przez okno, przypominając Danielowi o żołnierzach i Gońcach plądrujących opustoszałe warsztaty. - Słusznie, nie ma już żadnego „my”. Poszliśmy w rozsypkę i ogromnie trudno byłoby to „my” z powrotem poskładać w całość. - A dziurkarka spoczęła na dnie rzeki. - Zgadza się. - Ma pan jakieś jej plany? Rysunki? - Większość mamy w głowach. - Powiem panu, jak to widzę. Pomysł jest doskonały, a wykonanie znakomite. Jest to jednak pomysł Leibniza i jego powodzenie zależy od losów i reputacji doktora. A w swojej ojczyźnie, wśród Hanowerczyków, którzy rządzą dzisiaj także naszym królestwem, doktor nie cieszy się najlepszą opinią. Karolina go uwielbia, próbowała nawet doprowadzić do pojednania między nim i sir Isaakiem, ale jej zabiegi zdały się na nic i nawet kiedy zostanie królową, niewiele wskóra w tej kwestii. Idei Leibniza nie da się nijak pogodzić z ideami Newtona. Rzecz wyglądałaby inaczej, gdyby były chociaż użyteczne, ale nie są. Jeszcze nie. Skonstruowanie Maszyny Logicznej może zająć bardzo dużo czasu, sto lat lub więcej. Stąd moja odpowiedź: w tej chwili nie ma ona żadnej wartości monetarnej.

- Hm... Dzieło mojego życia jest nic niewarte. Przykro mi to słyszeć. - Powiedziałam tylko, że nie znajdzie pan na nie kupca, a to co innego. Na wschodzie mieszka pewien książę, który chętnie sfinansuje dalsze prace. Proszę mu wszystko wysłać: złote karty, notatki, rysunki, wszystko, co Enoch Root przywiózł panu z Bostonu... Tam przynajmniej ktoś to doceni. - Nie widzę przeszkód. Tak właśnie zamierzałem uczynić. Eliza odwróciła się od okna i otaksowała Daniela wzrokiem; ba, należałoby wręcz powiedzieć, że zagoniła go w ten sposób w kozi róg. Nagle coś przyszło jej do głowy: zwariowany pomysł, który w zasadzie niezbyt jej się spodobał. - Uważa pan, że to wszystko, prawda? Kiedy wspomina pan o dziele swojego życia, ogranicza się pan do pracy przy zbudowaniu Maszyny Logicznej. Daniel rozłożył ręce. - O czym więcej miałbym mówić? - Na przykład o swoim synu, Godfreyu. Powinien się pan zainteresować, co porabia. Dziś jedno dziecko w Bostonie to milion potomków w przyszłości. - To prawda, ale w jakim kraju? I jaki będą mieli status? - To zależy od pana. Zresztą mniejsza o Godfreya... Proszę pomyśleć o wszystkim, czego dokonał pan przez ten rok od otrzymania listu od Karoliny! - Moim zdaniem narobiłem tylko zamieszania.

- Przysłużył się pan krajowi, Maszynie Dźwigającej Wodę za Pomocą Ognia, zniesieniu niewolnictwa, a także Leibnizowi i Newtonowi, nawet jeśli żaden z nich tego nie docenia. - Jak już powiedziałem, dla mnie jest to jeden wielki zamęt. Łatwo jednak popadam w zadumę, a pani dała mi do myślenia na resztę mojego życia. - Proszę nie ograniczać się do rozmyślań, z łaski swojej. Proszę rozplatać ten mętlik i zrozumieć, co pan osiągnął. - Skoro już pokusiła się pani o taką kompleksową ocenę... Znajduje pani w ogóle jakieś aktywa? - Ależ naturalnie. Maszyna Dźwigająca Wodę za Pomocą Ognia z naddatkiem wynagrodzi wszystkie straty, na które się skarżyłam. - Nie miałem wrażenia, że się pani skarżyła. Brzmiało to dla mnie jak przedstawienie suchych faktów. - Nieustannie tracę pieniądze - zapewniła Daniela Eliza. Całkiem dużo wydałam na projekt zniesienia niewolnictwa, a to dopiero początek. Jestem przekonana, że całkowite wyrugowanie tego procederu potrwa co najmniej równie długo jak budowa Maszyny Logicznej. - Czyli nie wypadam wcale gorzej... Miło, że pani tak mówi. A jakie są pani plany na najbliższą przyszłość, jeśli wolno zapytać? - Związane z tą inwestycją? Zamierzam ograniczyć straty, zlikwidować zbędne aktywa i podwoić inwestycję w to, co naprawdę działa: Maszynę Dźwigającą Wodę za Pomocą Ognia.

- Kiedy tak to pani przedstawia, brzmi nad wyraz racjonalnie. Daniel poczuł niewytłumaczalną ulgę. - Nawiasem mówiąc, jeśli maszyna się przyjmie, przysłuży się pani sprawie, zmniejszając popyt na niewolników... - Pańskiej również: dostarczy Maszynie Logicznej mocy niezbędnej do działania. Widzę, że zaczyna pan rozumieć. - Roger lubił powtarzać, że zdolność do nauki to dobra rzecz. - Doskonale. - Eliza klasnęła w dłonie. - Ale pozostało jeszcze sporo szczegółów, o które musimy zadbać, zanim damy się porwać tym wspaniałym planom. Czyż nie? - Umiemy zabezpieczyć karty przed takimi jak oni - uspokoił ją Daniel, wskazując ruchem głowy szalejących na dziedzińcu łupieżców. - Domyślam się. Myślałam o piątku. - Na piątek są zaplanowane dwa ważne wydarzenia: Próba Pyxis i Wisielczy Marsz. Które z nich ma pani na myśli? Eliza uśmiechnęła się smutno. - Oba. Nie da się ich już rozdzielić. - Widzę, że rozumujemy podobnie. Wszystko rozegra się między Jackiem i Isaakiem. Mamy w zasadzie pewność, że Jack podrzucił do Pyxis fałszywe monety. Jeżeli się do tego przyzna, Newton zostanie oczyszczony z zarzutów, a nasz pieniądz nie straci na wartości. - Czy istnieje jakiś sposób ocalenia Newtona i angielskiej waluty, który nie wymagałby takiego zeznania ze strony Jacka?

- A nie łatwiej byłoby namówić Jacka, żeby je złożył? Mógłby w ten sposób uniknąć stryczka, gdyby dobić z nim targu... - To domniemanie opiera się na wątłych przesłankach. Poza tym nie chcę, żeby wdawał się w jakiekolwiek negocjacje. W piątek ma zostać stracony. Bezpośredniość owego stwierdzenia wprawiła Daniela w takie osłupienie, że mówił dalej, jak człowiek, który po postrzale w głowę zdąży jeszcze czasem zrobić jeden lub dwa kroki, zanim osunie się na ziemię. - Ehm... Tak... Nawet jeśli tego właśnie pani chce... to może chociaż wytargować dla niego szybką i litościwą śmierć? - W piątek Jack Shaftoe ma zostać poddany karze śmierci zgodnie z wyrokiem sądu. - Czyli... - Daniel pokręcił głową. Nie był w stanie pojąć tego spokojnego okrucieństwa. - Pyta pani, czy Newton może wyjść zwycięsko z Próby Pyxis, nie dysponując zeznaniem Jacka? - Tak, o to mi właśnie chodziło. Pytam pana jako naturalistę. - W istocie zaś pyta pani, czy można zmanipulować Próbę Pyxis! - Miłego dnia, doktorze Waterhouse. Przed piątkiem oboje mamy jeszcze wiele pracy. Z tymi słowy Eliza wyszła. Kaplica, więzienie Newgate 24 października 1714

Proszę was tedy, bracia! przez litości Boże, abyście stawiali ciała wasze ofiarą żywą, świętą, przyjemną Bogu, to jest, rozumną służbę waszę. - list św. Pawia Apostoła do Rzymian, 12:1 Doczesne władze Anglii nie skończyły jeszcze z Jackiem Shaftoe dosłownie, ale chwilowo nic więcej nie mogły zrobić: uznały go za winnego najstraszliwszej zbrodni, wtrąciły do najgorszego z więzień, skazały na najokrutniejszą karę - i bardzo się tym zmęczyły; miecz pomsty wymagał solidnego naostrzenia, a w kołczanie sprawiedliwości zabrakło strzał. Dlatego oddały Jacka w ręce władz duchowych, czyli Kościoła Angielskiego. Była to pierwsza - i z pewnością ostatnia w jego życiu - sytuacja, kiedy zwrócił na siebie uwagę tej instytucji, i nie wiedział, jak się zachować pod jej badawczym spojrzeniem. W obozach wagabundów, gdzie przeżył lata młodości, nigdy nie brakowało szaleńców; chyba tylko w Newgate ich udział w społeczności był wyższy. Jack i Bob szybko się nauczyli, że Naród Obłąkany dzieli się na różne klasy, sekty i stronnictwa, z których każde wymaga innego traktowania. Dwójka małych, wygłodniałych obdartusów, włóczących się po obozie rozłożonym w samym środku książęcego parku łowieckiego, przyciągała wariatów wszelkiej maści. Chcąc przetrwać, chłopcy musieli się nauczyć odróżniać, na przykład, fanatyków religijnych od pedofilów, gdyż konsekwencje wpadnięcia w łapy jednych i drugich były zgoła odmienne. Fanatyk mógł nawet

obronić małych chłopców przed wagabundą-zboczeńcem, po czym wystawiał im za tę przysługę rachunek w postaci przymusowego kazania. Wygłaszanie kazań leżało w naturze fanatyków, tak jak leżało w niej spuszczanie lania sodomitom. Ponieważ obie te skłonności

stanowiły

dwa

aspekty

jednej

osobowości,

były

nierozdzielne i mali Jack i Bob musieli się z tym pogodzić. Z takich to kazań nauczyli się wszystkiego o Kościele Anglikańskim. Kiedy w późniejszym okresie życia Jack wspominał te homilie na świeżym powietrzu, postrzegał je już przez pryzmat sceptycyzmu dorosłego światowca. Kaznodzieje byli maniakami religijnymi, którzy woleli tułać się po kraju w towarzystwie działających im na nerwy wagabundów niż poddać się władzy anglikanów. Czy po kimś takim można się było spodziewać uczciwej i bezstronnej opinii na temat Kościoła? Pośród oszczerstw i kalumnii, którymi obrzucali lśniące czerwienią kościelne odrzwia, większość stanowiły zapewne czyste wymysły i halucynacje, a nawet jeśli któraś zawierała ziarnko prawdy, i tak składała się głównie z pobożnych życzeń. Jack nie czuł się jakoś szczególnie związany z Kościołem i nie zamierzał go bronić, taktem jednak było, że skutecznie zniechęcił się do kazań i kaznodziejów. Gdyby wierzył we wszystkie ich brednie na temat Kościoła Anglikańskiego, równie poważnie musiałby potraktować powtarzane przez nich do znudzenia twierdzenie, że jest skazany na piekło. Wolał zatem przyjmować wszystkie ich słowa z rezerwą, zamiast odsiewać ziarno od plew.

Kaplica, w której w tej chwili się znajdował, kazała mu przypuszczać, że wszystko, co swego czasu od owych fanatyków usłyszał, było najszczerszą prawdą. Twierdzili, że kościoły anglikańskie - w odróżnieniu od pustych, przypominających stodoły zborów nonkonformistów - są pełne ławek. Aby nie brzmiało to zbyt atrakcyjnie dla tłumu znudzonych wagabundów, którzy miesili stopami błoto albo, w najlepszym wypadku, siedzieli na kłodach drewna, kaznodzieje porównywali podzieloną ławkami przestrzeń do zagród dla zwierząt, w których wierni tłoczyli się jak owce czekające w koszarze na strzyżenie lub rzeź. Uczestnicząc w swoim pierwszym w życiu anglikańskim nabożeństwie, Jack nie mógł nie zauważyć, że kaplica (ulokowana na najwyższym piętrze Newgate) rzeczywiście jest podzielona na zagrody I to nie byle jakie. Zwykła zagroda nie miała dachu, a tutejsze „ławki” (nazywane tak przez personel więzienny) były zaopatrzone w grube pokrywy, aby złoczyńcy nie mogli wyskoczyć z nich górą, a dysydenccy święci zstąpić w ich dusze prosto z nieba, bez pośrednictwa wyznaczonego do tej roli przedstawiciela Kościoła Anglikańskiego. Fanatycy utrzymywali, że u anglikanów ważne persony zajmują najlepsze miejsca, a ludzie z różnych klas nie mieszają się swobodnie, jak to się odbywało w zborach. I rzeczywiście, w kaplicznych ławkach w Newgate obowiązywała ścisła segregacja więźniów: ci z Oddziału Dolnego tłoczyli się po jednej stronie nawy, na lewo od kapelana

stojącego w rogu, przy pulpicie. Więźniowie z Oddziału Górnego stali z prawej strony, dłużnicy byli oddzieleni od kryminalistów, a mężczyźni od kobiet. Najlepsze miejsca, przed samym pulpitem, rezerwowano dla więziennej arystokracji: skazańców udających się niebawem do Tyburn. Zasiadali oni w luksusowej - bo otwartej ławce, byli za to do niej przykuci niczym galernicy do swoich miejsc na statku. Fanatycy mówili, że anglikanom kościół kojarzy się ze śmiercią i symbolizuje wrota piekieł, co brzmiało niedorzecznie. Kaplica była jednak cała obwieszona czarnymi żałobnymi całunami, a naprzeciwko ławki skazańców, oddzielając ją od pulpitu, znajdował się masywny ołtarz, na którym, zamiast posiłku z chleba i wina, stała trumna. Aby ułatwić wiernym zrozumienie jej symboliki, zdjęto wieko i odsłonięto wnętrze - puste i czekające na lokatora. Trumna straszyła ich swoją rozwartą paszczą przez całe nabożeństwo, kapelan zaś korzystał z każdej nadarzającej się okazji, by zwrócić na nią ich uwagę. Fanatycy twierdzili również, że ludzie chodzą do anglikańskich kościołów nie po to, by słuchać Słowa Bożego, ale po to, by patrzeć i się pokazywać; że traktują nabożeństwo jak widowisko, z pewnością nie lepsze, a pod pewnymi względami wręcz gorsze od przedstawienia w teatrze - sztuki teatralne nie próbowały maskować swojej nikczemności i rubaszności, podczas gdy nabożeństwa aspirowały do świętości. Twierdzenie to nie broniło się najlepiej w przedniej części kaplicy, gdzie śmierdzący ludzie siedzieli zamknięci w pudełkach, z których wyglądali przez zakratowane okienka, ale kiedy wzrok Jacka,

znudzonego widokiem otwartej trumny na ołtarzu, zaczął wędrować po całym wnętrzu, Shaftoe zauważył, że z tyłu znajduje się kilka rzędów otwartych ławek. Były one wprost nabite wiernymi - nie parafianami, bo to oznaczałoby ludzi zamieszkałych w Newgate i okolicy, lecz po prostu wiernymi - czyli, w tym wypadku, wolnymi londyńczykami. Wstali oni rano z łóżek, ubrali się odświętnie i postanowili przybyć właśnie tutaj, do miejsca słynącego z wyziewów tak zjadliwych, że przechodnie - zdarzało się! - padali trupem, zaciągnąwszy się buchającym ze środka powietrzem, usiąść w ozdobionym czarnymi szmatami wnętrzu i słuchać, jak więzienny kapelan przez dwie godziny bredzi o śmierci. Jack, któremu obca była fałszywa skromność (a także, prawdę powiedziawszy, każdy inny rodzaj skromności), wiedział doskonale, że ludzie wolni przyszli pogapić się na skazańców, a przede wszystkim na niego. Nie odwrócił wzroku. Kapelan przez ponad godzinę rozwodził się nad paroma nędznymi linijkami z Listu świętego Pawła Apostoła do Rzymian i nikt już nie zwracał na niego uwagi. Jack wiercił się, odwracał i spoglądał wiernym po kolei w oczy, wyzywając ich na pojedynek spojrzeń. Za każdym razem wygrywał, strącając wrogów całymi ławkami, jak przybite do płotu tarcze strzelnicze - poza jedną przeciwniczką, której nie mógł spojrzeć w oczy, jej twarz bowiem skrywała woalka. Była to ta sama kobieta, którą nie tak dawno wypatrzył przy Janusowej Bramie, dokąd podeszła, by mu się przyjrzeć. Wówczas mignęła mu przelotnie, tak szybko, że nie zdążył jej dobrze zapamiętać - ale tym razem, w ten

niedzielny poranek, mógł bez przeszkód gapić się na nią przez pełną godzinę. Ukryła twarz, ale nie mogła ukryć swojej zamożności. Koronkowy fontange na czubku głowy dodawał jej sześć cali wzrostu i pełnił rolę grotmasztu, z którego zwieszała się woalka. Suknię miała ciemną, pozbawioną wszelkich żywych barw, ponurą jak wdowi strój - ale nawet z tej odległości rzucał się w oczy delikatny połysk jedwabiu. Sam materiał był pewnie wart więcej niż zawartość szafy przeciętnego mieszkańca Londynu. Kobiecie towarzyszył młody mężczyzna, twardziel z wyglądu, jasnowłosy i niebieskooki; nie mąż i nie kochanek, lecz ochroniarz. Jack przegrał z nim na spojrzenia - ale tylko dlatego, że coś się zaczęło dziać i się zdekoncentrował. Cheapside Poniedziałek, 25 października 1714, o świcie - Roger odwiedził pana we śnie, czy co? - Słucham?! Saturn otworzył oczy po raz pierwszy od czasu, gdy przed kwadransem wskoczył do powozu przy Clerkenwell Court. Od tamtej pory wiercił się tylko i próbował wygodniej usadowić na każdym wyboju i zakręcie. Daniel czuł się lekko urażony, mając jak na dłoni dowód na to, że jego towarzysz przez cały czas był świadomy i pogrążony w rozmyślaniach. Saturn dźwignął się lekko na łokciu.

- Rzadko się zdarza, by wiedział pan o czymś, co jeszcze nie nastąpiło. Przyszło mi do głowy, że może świętej pamięci markiz Ravenscar nawiedził pana we śnie. - Miałem inne źródło informacji. - Hrabiego Lostwithiel? - Milcz! - Tak myślałem. Dwa dni temu, podczas Złupienia Clerkenwell, na jego twarzy malowało się okrutne upokorzenie. - Będzie jeszcze gorzej, jeśli rozejdzie się wieść, że ze mną rozmawiał, dlatego proszę cię, przestań! - Hmm... Nie sądzę, żeby Ravenscar zapewniał sobie dyskrecję uciszaniem swoich rozmówców. Podejrzewam raczej, że był swoistym ingenieur i umiał wyważyć korzyści i straty. - Do czego zmierzasz, poza tym że nie dorastam Rogerowi do pięt? - Clerkenwell Court był dla mnie tym, czym dla pańskiego ojca zbór, ale teraz wszystko, co udało się tam panu zebrać, za sprawą siły wyższej zostało rozproszone. I tak jak pańscy współwyznawcy, znalazłszy się w podobnej opresji, wynieśliby się do Massachusetts, aby tam budować Miasto na Wzgórzu, tak i ja myślę sobie, coby się wyrwać z tego zakazanego miasta i pojechać do miejsca, które dla mechanika jest tym, czym Plymouth Rock było dla purytanów. - A co to za miejsce, jeśli wolno zapytać? - Również Plymouth, ale inne, starsze i o wiele bliżej położone.

Woźnica, posłuszny wskazówkom Daniela, skręcił w prawo. Daniel zgubił się i przez chwilę nie wiedział, gdzie są, dopóki nie zobaczył, jak z lewej strony mijają kościół Świętego Stefana przy Walbrook. W oknach paliły się już pojedyncze światła; bardzo dobrze. Saturn chyba się zirytował, widząc, że Daniel nie chwyta tej jakże smakowitej przynęty. - To właśnie w Plymouth pan Newcomen buduje swoją maszynę, nieprawdaż? - W każdym razie niedaleko. Na pożegnanie sprezentuję ci mapę zachodniej Anglii. Po drodze na pewno zdążysz ogarnąć subtelne różnice między Plymouth, Dartmouth, Teignmouth i im podobnymi. - Psiakrew, więcej tam gąb∗ niż w parlamencie! - mruknął Saturn. Obserwował Daniela z uwagą - i z odrobiną niepokoju. Obawiał się chyba jego reakcji. - Powołaj się na mnie u pana Newcomena. Dam ci doskonałe referencje - powiedział Daniel. - Dziękuję. - Słowem nie wspomnę o Machinach Piekielnych ani o wychodzeniu w środku nocy spod ziemi przez kibel w burdelu. - Byłbym wdzięczny... - Nie, nie traktuj tego w ten sposób. Pomyśl raczej, że to przejaw mojego egoizmu. Newcomenowi trzeba mniej kowali, a więcej takich ludzi jak ty. 

Mouth (ang.) - usta; pysk (przyp. tłum.).

- Słyszałem, że na potęgę wykuwa jakieś potwornie wielkie kotły. - To prawda, ale pomoc jest mu potrzebna przy produkcji drobiazgów: zaworów i tak dalej. To praca w sam raz dla zegarmistrza, który zszedł na złą drogę. - Wyśmienicie! Do roboty! Znacznie bardziej energiczny od Daniela Horton wyskoczył z powozu, nie czekając, aż ten się zatrzyma. Daniel poczuł zapach rzeki w nozdrzach i skraplającą się wilgoć na czole. Zatrzymali się na nabrzeżu Three Cranes, nieopodal miejsca, w którym zaginiony Walbrook uchodził do Tamizy. W odległości rzutu kamieniem od brzegu równolegle do rzeki ciągnął się szereg magazynów. Między dwoma z nich znajdowało się wąziutkie przejście, łatwe do przeoczenia we mgle lub ciemnościach; Daniel zauważył je tylko dlatego, że daleko, w głębi po prawej stronie, paliło się światełko. Kiedy Saturn ciężkim krokiem ruszył w tamtą stronę, jego szerokie bary od czasu do czasu przesłaniały płomyk. Po mniej więcej minucie czasowe zaćmienia ustały, Daniel usłyszał skrzypnięcie zawiasów, zerodowane kikuty paru słów i trzask zamykanych drzwi. Nieco dalej zaułek rozszerzał się i przechodził w przestronny Vintner's Yard, dziedziniec winiarni. Większość okolicznych domów, włącznie z tym, w którym zniknął Horton, zajmowały warsztaty bednarskie. - A my wracamy do świętego Stefana - polecił Daniel stangretowi.

*** William Ham już na niego czekał - stał przed kościołem, w którym przed laty został ochrzczony. Wsiadł do środka, zajął miejsce Saturna i odchrząknął. - Nie zdarzyło mi się jeszcze wykorzystywać kościoła w takim celu - stwierdził. - Wyjaśniłem wikariuszowi, i w razie konieczności chętnie uczynię to jeszcze raz, że wszystko odbywa się w ramach prawego, chrześcijańskiego przedsięwzięcia. - Wolałbym, wuju, żebyś tak nie mówił. Nie dzisiaj. Nazbyt mi się to kojarzy z pogrzebem. Przez ten czas zajechali przed wejście Bank of England, odległe zaledwie o siedemset stóp od kościoła. - Muszę ci coś powiedzieć - powiedział Daniel, gdy William szukał właściwego klucza. Miał wrażenie, że przyczyna opieszałości i niezdarności siostrzeńca jest poważniejsza niż skostniałe z zimna palce. - Tak, wuju? - Nigdy o tym nie rozmawialiśmy; wiem, że to delikatna sprawa. Kiedy po śmierci twojego ojca Lord Kanclerz zażądał otwarcia jego skarbca, byłem jednym z tych, którzy zeszli do środka, pod ziemię, i stwierdzili, że skarbiec jest pusty. - Dziwny moment na wspominki - burknął William.

Pchnął mocno drzwi. Przypływ złości sprawił przynajmniej tyle, że krew zaczęła mu żywiej krążyć w palcach, a może także w mózgu. W bankowym westybulu nastąpiło krótkie interludium, w którym uspokoił podenerwowanego portiera i kazał mu wracać do łóżka, po czym poprowadził Daniela w głąb dwupoziomowego labiryntu bankowych piwnic. Kiedy tak szli, Daniel mówił: - Żółć w tobie wzbiera, Williamie. To zrozumiałe. Król Karol zabrał twojemu ojcu całe złoto powierzone rodzinie Hamów przez depozytariuszy, w sztabach, arkuszach i monetach. Doprowadził was do ruiny. Twój ojciec zmarł w hańbie. Inni złotnicy ucierpieli podobnie, choć w mniejszym stopniu, i wiedzieli, że twój ojciec nie miał wyboru: król zabrał złoto, powołując się na swoje boskie prawo własności. To dlatego nigdy nie chciałeś angażować się w bankowość. Wasza historia wciąż krąży w branży, a ty jesteś żywym ogniwem łączącym ją z teraźniejszością. Ale do rzeczy... Stwierdziwszy, że skarbiec jest pusty, wyszliśmy na dach waszego domu... - My? - Twoi wujowie Raleigh i Sterling, ja i sir Richard Apthorp. I wiesz, co się tam na dachu wydarzyło? - Nie mam pojęcia. - Sir Richard założył Bank of England. - Jak to?! Przecież bank powstał dwadzieścia lat później! A poza tym, jak jeden człowiek może założyć bank na dachu domu, który tłuszcza właśnie próbuje podpalić?

- Chodziło mi o to, że w tamtej chwili wyklarowała mu się cała wizja systemu bankowego. Zrozumiał, że banki nie będą normalnie funkcjonować, dopóki król ma prawo je łupić ilekroć znajdzie się w potrzebie. To była rewolucyjna myśl, która nie przyszłaby mu pewnie do głowy, gdyby los nie zetknął go z synami Drake'a Królobójcy, wroga praw boskich i orędownika przedsiębiorczości. Kiedy jednak poskładał te klocki w całość, stworzył... to wszystko. - Pięknie - mruknął William. - Szkoda, że on to zrobił, nie ja. Wiesz, wuju, mnie chodzi o odzyskanie honoru rodziny. Stanęli przed drzwiami skarbca, w którym składowano przywożone z Bridewell złote karty do Maszyny Logicznej. Nastąpiła druga faza poszukiwania stosownych kluczy. Daniel wyjął latarnię z rąk siostrzeńca i stanął obok niczym Diogenes, przyświecając mu przy pracy. - Dobrze wiesz, że byłeś wtedy za młody na zakładanie banku przypomniał Williamowi. - Za to teraz, w tej chwili, właśnie odzyskujesz stracony honor Hamów. - Jak, wuju? - William ostrożnie wsunął do jednej z kłódek duży, przesadnie ozdobny klucz. - Król, albo któryś z jego przedstawicieli, zjawi się tu wkrótce, by ukraść coś, co tu złożyłem. Nie, nie jest to moja własność, ale nie jest to również własność króla. Nie ma do niej żadnego prawa! Gdybyś po prostu zwiesił smętnie głowę i pozwolił mu na tę kradzież, zatwierdziłbyś rodzinną hańbę i nic nie byłoby już w stanie zdjąć klątwy ciążącej na rodzie Hamów.

William z wysiłkiem otworzył drzwi skarbca. Ze środka buchnęło duszne, zastałe powietrze, w którym Daniel wyczuł delikatną nutę ścieków - daleką od aromatów Fleet, lecz wystarczającą, by obudzić wspomnienia. - Proszę przodem, wuju - powiedział William, znacznie spokojniejszy niż przed chwilą. - Ależ nie, Williamie, to ty masz pierwszeństwo. To twój czyn: drobny, lecz zarazem wielki. Całe City o nim usłyszy i wartość udziałów banku wzrośnie, a wszystko dzięki twojej decyzji. Co najważniejsze, twój ojciec, jeśli nas widzi, mówi teraz duchom innych zmarłych: „Patrzcie, oto syn mój, w którym mam upodobanie”. - Miło, że tak mówisz, zwłaszcza że wiem, że przecież nie wierzysz w życie wieczne - wychrypiał William. Daniel odwrócił wzrok, aby nie widzieć łez napływających mu do oczu. Nic dziwnego, że kiedy siostrzeniec postukał go w ramię, prawie podskoczył i omal nie upuścił latarni. - Ale ja wierzę - ciągnął William. - I wiesz co, wuju? Jeśli mój staruszek patrzy teraz na nas z góry, to twój siedzi obok niego i cieszy się jak dziecko. Nie byłby szczęśliwszy nawet gdybyś dźgnął naszego nowiutkiego króla patykiem prosto w oko. *** Minutę później Daniel został sam w świątyni Mitry. William Ham znalazł się po drugiej stronie drzwi skarbca i zamknął wuja w

środku. W kieszeni Williama znajdował się dokument opatrzony świeżutkim podpisem Daniela, który stwierdzał, że Daniel przejmuje wszystkie

złożone

w

banku

depozyty

i

zwalnia

bank

od

odpowiedzialności za nie. W najgorszym wypadku ludzie króla stracą co najmniej tyle czasu, ile będzie wymagało jego przeczytanie. Wszystkie depozyty znajdowały się, rzecz jasna, na swoim miejscu, ustawione w równych stosikach przed Danielem. Złote karty przychodziły z Bridewell w małych partiach. Po tym, jak Daniel z Kohanem odwiedzili podziemia banku i odkryli znajdujący się w nich szyb, Daniel wprowadził pewne zmiany w sposobie pakowania kart do transportu. Dogadał się z bednarzem mieszkającym nieopodal Vintner's Yard, który to bednarz, pan Anderton, wyprodukował na specjalne zamówienie serię okrągłych pudeł o specyficznym kształcie. Miały około stopy średnicy, pół stopy wysokości i na pierwszy rzut oka przypominały bębny lub pudła na kapelusze. Były leciutkie i wyglądały niezbyt solidnie; wykonano je z deseczek o grubości nie większej niż jedna ósma cala, giętych na parze w pierścienie, zszywanych rzemieniem i uszczelnianych smołą. Do Bridewell docierały wypełnione wiórami (produktem ubocznym wytwarzanym w nadmiarze przez arsenał strugów i dłut pana Andertona) i zaopatrzone w ściśle dopasowane pokrywki. Ustawiano je w kącie warsztatu dziurkarskiego, nieopodal biurka, przy którym pan Ham ważył i przeliczał złoto.

Kiedy kolejna partia kart była gotowa, a papiery wypełnione jak należy, zdejmowano ze stosu jedno z pudel na kapelusze, otwierano je i w wyłożonym wiórami wnętrzu składano najpierw zawinięte w papier karty, a potem woreczek zawierający metal z wybitych w nich otworków. Na wierzch trafiała dokumentacja. Pudełko zamykano, obwiązywano rzemieniem i opieczętowywano krawędź smołą. W tej postaci było gotowe do przewiezienia do Bank of England. Pudełek nijak nie dałoby się porównać z prawdziwymi beczkami pod względem solidności, szczelności i ceny, ale doskonale pasowały do wnętrza szybu w banku, a ponadto unosiły się na wodzie wprawdzie tylko przez krótki czas, ale to w zupełności wystarczało Danielowi. Gdy William Ham zamknął go w skarbcu, Daniel zdjął drewnianą pokrywę szybu. Ze strachu zakręciło mu się w głowie, na myśl o tym, że coś poszło nie po jego myśli i na dole nikogo nie będzie. Przez następną minutę panika narastała, ale w końcu usłyszał dobiegające ze studni głosy, dostrzegł ślizgające się po ścianach szybu błyski światła, a na koniec zobaczył płomień świecy i usłyszał wyraźne: - Gotów. Daniel wrzucił do studni pierwsze pudełko. Zamiast łoskotu rozbijanej skrzyneczki rozległ się metaliczny szczęk, gdy pudełko wpadło w podstawione dłonie, krótka wymiana zdań, wybuch śmiechu i następne: - Gotów!

Daniel rzucił kolejne pudełko. Kilkanaście pierwszych zrzutów było średnio udanych, przerywanych rozmowami i przeprosinami. Później jednak ludzie na dole ustawili się chyba w łańcuch, w którym pudełka sprawnie przechodziły z rąk do rąk, i nagle to Daniel stał się najsłabszym ogniwem: nie nadążał z podawaniem. Skończyło się na tym, że Peter Horton musiał się wspiąć studnią na górę i mu pomóc. We dwóch błyskawicznie opróżnili skarbiec. Kiedy jednak resztki złota Salomona znikały w szybie, po drugiej stronie drzwi rozległy się już obce - i bardzo rozeźlone - glosy. Jacyś ludzie, którym wyraźnie się spieszyło, tarmosili kłódki, szarpali skoble, ostukiwali zawiasy. William obiecał opóźniać ich najście tak długo, jak tylko zdoła, najpierw stawiając bierny opór, potem wykłócając się o swoje prawa, wreszcie udając, że nie może znaleźć klucza, wyglądało jednak na to, że czas skutecznych protestów dobiega końca. Co gorsza, Daniel był coraz bardziej przekonany, że za drzwiami stoi Isaac, a Isaac umiał otworzyć każdą kłódkę. Rozejrzał się po raz ostatni, by się upewnić, że nie przeoczyli żadnego pudełka, po czym wśliznął się w głąb szybu i zaczął wymacywać stopami szczeble drabiny. Saturn ruszył za nim, ale nieco dłużej zwlekał z zejściem, zajęty najpierw jakąś sztuczką z kawałkiem sznura, a potem zasunięciem na miejsce drewnianej klapy, tak jakby zamykał za sobą drzwi. Sznur zwisał obok drabiny, przepleciony przez otwór wycięty w skraju pokrywy. Drugim końcem był przywiązany do ogromnej, starej skrzyni, stojącej na podłodze skarbca tuż obok studni. Kiedy Saturn się upewnił, że Daniel zszedł na sam

dół i schronił się w bocznym tunelu, owinął sobie sznur wokół nadgarstków i uwiesił się na nim całym ciężarem. Spadł jak kamień, pokonując odległość równą mniej więcej długości wyciągniętej ręki, zanim sznur się napiął, gwałtownie wyhamował jego lot i zmusił go do poszukania szczebli drabiny. Na górze skrzynia przesunęła się i przy odrobinie szczęścia - zasłoniła wylot szybu. Mogli w ten sposób zyskać kilka dodatkowych minut, wszystko zależało teraz od tego, jak starannie zostanie przeszukany skarbiec. Saturn zabrał drabinę ze sobą i ruszył za Danielem na brzeg Walbrook. Rozmieszczone w sporych odstępach świece wytyczały bieg strumienia. Było słychać, że w dół Walbrook brnie jakiś człowiek, może nawet dwóch. Saturn odrzucił drabinę i wszedł za Danielem w nurt, gasząc po drodze kolejne świeczki. Obaj wypatrywali zbłąkanych pudełek na kapelusze. Po paru minutach brodzenia w wodzie dotarli w pobliże dziury w ścianie, przez którą nadmiar wody uchodził z piwnic kościoła świętego Stefana. Daniel pierwszy wspiął się na górę, czołgając się na brzuchu, aż czyjeś silne dłonie chwyciły go i wyciągnęły z odpływu. Niewiele widział, nagle bowiem oślepiła go powódź światła, czuł jednak wilgotną woń świeżej zaprawy, a po odciskach na dłoniach ratowników zorientował się, że muszą być murarzami. Długą chwilę walczyli o wciągnięcie przez odpływ Saturna, a kiedy w końcu z głośnym cmoknięciem wyskoczył z otworu, wzbudził powszechną wesołość. Natychmiast jednak zerwał się na równe nogi i uciszył towarzystwo,

twierdząc,

że

słyszał

nad

Walbrook

echo

rozzłoszczonych głosów z banku, z których jeden, jak mu się wydawało, należał do sir Isaaca. Daniel odzyskał wzrok. W kościelnej krypcie zebrał się spory tłumek: murarz, dwóch pomocników, dwaj bednarze od pana Andertona, Daniel, Saturn i dwóch niebieskich ptaków, którzy pomagali przy transporcie pudełek. Był też z nimi jeden bardzo stary i bardzo przygarbiony człowiek, w porządnym ubraniu i świetnym humorze, zafascynowany dziurą w podłodze, z której co rusz wyłaziły jakieś niespodzianki. - Na śmierć o tym zapomniałem! - wykrzyknął sir Christopher Wren. - Jestem twoim dłużnikiem, Danielu. Trzeba ci wiedzieć, że taka już jest natura projektów architektonicznych: kiedy są w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach ukończone, zostawia się je własnemu losowi. Bardzo słusznie zrobiłeś, zwracając mi na to uwagę. Zanim skończył mówić, odpływ przestał istnieć. Murarze przynieśli ze sobą kawał ołowianej rury, który teraz wepchnęli w głąb ścieku i obsypali dookoła zsypaną z taczek mieszaniną gruzu i zaprawy. Rurę wcisnęli na taką głębokość, aby jej wlot zrównał się z poziomem podłogi, po czym najstarszy z nich zajął się pracą wykończeniową, układając wokół rury maskujące gruz kamienne płyty. W przeciwległym kącie pomieszczenia ludzie Andertona pakowali pudełka z kartami do beczek. Beczki były jeszcze niewykończone: u góry klepki rozchodziły się na boki, luźno

przytrzymywane prowizorycznymi obręczami. Od wewnątrz nacięto w nich rowek, w który miało wejść wieko. W każdej beczce mieściło się w stosiku sześć pudełek, które obsypywało się następnie po bokach wiórami, aby nie telepały się na boki. Na koniec beczki zamykano i wynoszono po schodach na dziedziniec za kościołem, łączący się z szerokim placem na tyłach magazynów solnych - czyli do miejsca, gdzie widok czekających na wykończenie beczek był czymś najnormalniejszym w świecie. Przed wieczorem wszystkie beczki dotarły do warsztatu pana Andertona, gdzie jego ludzie nałożyli wieka, zakrzywili odpowiednio klepki i ścisnęli je solidnymi obręczami. Zmęczony Daniel miał szczerą ochotę na tym zakończyć dzień, ale wolał poczekać do chwili, gdy ostatnie pudełka zostaną zamknięte i zapieczętowane w swojej beczułce. Rozgościł się w kącie warsztatu, w razie potrzeby trzeźwiąc się kawą lub tytoniem, i wytrwał do zakończenia

prac.

Beczki

-

zaadresowane

LEIBNIZHAUS

HANOWER - przetoczono na przystań Three Cranes i powierzono opiece firmy spedycyjnej. Pomny trosk i zachodu, jakich złoto Salomona przysparzało swoim opiekunom podczas rejsu z Wysp Salomona do Ameryki, przewiezienia do pałacu wicekróla Meksyku, kradzieży w okolicach Bonanzy, transportu do Kairu i Malabaru oraz długich wędrówek w ładowni lub na powierzchni kadłuba Minerwy, Daniel czuł się trochę dziwnie, zostawiając je tak po prostu w porcie, na nabrzeżu. Jednakże w przebraniu solonego dorsza i pod opieką

szanowanego

spedytora

było

zapewne

bezpieczniejsze

niż

kiedykolwiek przedtem. Na pokładzie rufowym Minerwy, The Pool, Londyn Wtorek, 26 października 1714, południe Daniel obawiał się trochę wieczornego powrotu na Crane Court, gdyż spodziewał się, że Isaac znajdzie go tam i będzie krytykował, zastraszał, wykpiwał i ogólnie psuł mu samopoczucie. Dlatego też wpadł na pomysł, aby poprosić o wejście na pokład Minerwy, który nie dość, że znajdował się znacznie bliżej Three Cranes, to jeszcze był o wiele gościnniejszy. Od tygodni właściciele statku namawiali go na odwiedziny, on zaś równie długo się od nich wymigiwał. Byli zachwyceni, kiedy wodna taksówka z Danielem na pokładzie przed północą przybiła do burty statku. Dali mu za dużo do wypicia i ułożyli go do snu w jego dawnej kajucie. Kiedy się obudził, czuł w kościach, że spał bardzo, bardzo długo - pewnie z powodu bezgranicznej ulgi, jaką sprawiło mu pozbycie się złota Salomona. Wiedział jednak i to, że mógłby spać znacznie dłużej, gdyby nie dobiegające z pokładu łoskoty i przekleństwa. Wkładał właśnie - bez entuzjazmu - wczorajsze brudne ubranie, gdy nagle jakiś obcy człowiek wparował bez pukania do kabiny. Daniel zapinał akurat sprzączkę buta. Spojrzeli na siebie, obaj równie wstrząśnięci. Intruz był młody, elegancki i dobrze wychowany - a więc, co za tym idzie, przerażony faktem, że przeszkadza starszemu

panu w levee. Co go sprowadzało? Srebrna odznaka w kształcie charta nasuwała odpowiedź. - Szanowny panie... Najuprzejmiej przepraszam, ale... ekh... - Z rozkazu króla musisz przeszukać tę kabinę? - domyślił się Daniel. - Zgadza się, mój panie. Właśnie tak. - A czego kazano ci szukać, jeśli wolno zapytać? Może rozespanych staruszków? Bo jednego już znalazłeś. - Nie, szanowny panie, za pozwoleniem... - Jeśli mi powiesz, czego szukasz, może będę mógł ci pomóc. - Złota, panie. Złota z przemytu. - Rozumiem. Obawiam się jednak, że jedyne złoto w tej kajucie znajduje się na moim palcu. - Daniel zsunął pierścień i pokazał go przybyszowi. - Zamierzasz go skonfiskować? Królewski Goniec wyraźnie się speszył. - Ależ nie, mój panie, skądże. Nie szukamy takiego złota... Pokornie proszę o wybaczenie, że pana niepokoję, ale czy mógłby pan... To znaczy... - Przeszkadzam ci, bo chciałbyś porządnie przeszukać kabinę. Masz szczęście, właśnie wychodziłem. Daniel włożył pierścień z powrotem na palec, unosząc brwi spojrzał na Gońca, wstał i wyszedł. Na pokładzie rufówki zastał Dappę, który przez lunetę oglądał okolice Tower. Kiedy w nocy Daniel dotarł na Minerwę, nie za bardzo wiedział, w którym rejonie The Pool kotwiczy, teraz jednak, w świetle

dnia, zdumiał się, że znajduje się tak niedaleko - na dobrą sprawę w zasięgu głosu - od Tower. Wiedział, że nie należy płoszyć Dappy nagłym odezwaniem się; kiedy człowiek koncentruje się na jakimś odległym obiekcie, przeszkadzanie mu nie należy do dobrego tonu. Nie musiał zresztą pytać o kapitana, gdyż miejsce jego pobytu było całkiem oczywiste: krążąc za Gońcami po statku, bez przerwy klął po holendersku, w sabirze i wszystkich innych znanych mu językach. - Mogło być gorzej - zauważył Dappa, gdy z otwartego luku bluznął wyjątkowo ożywiony strumień vanhoekowych inwektyw. Mamy niewiele ładunku, więc nawet dokładna rewizja nie jest zbyt kłopotliwa. Co innego za dwa tygodnie, kiedy Minerwa będzie wyładowana po nadburcia. - Opuścił lunetę i mrużąc oczy, spojrzał na Daniela. - Skrobią nasze armaty. - Słucham?! - Komuś ważnemu ubzdurało się, że z magicznego złota odlaliśmy po przetopieniu działo i pomalowaliśmy je na czarno, żeby bez przeszkód przemycić je za granicę. Dlatego szydłem zarysowali nam każde działo z osobna, żeby się upewnić, że są spiżowe. - Nie do wiary... - Niektórzy członkowie załogi twierdzą, że przynosi nam pan pecha. - Rozumiem... Kiedy pierwszy raz moja stopa postała na pokładzie, napadł nas Czarnobrody. A teraz to. - Otóż to, doktorze.

- Skoro są tacy przesądni, to może słyszeli powiedzenie, że do trzech razy sztuka? - Co ma pan na myśli? - Dappa się uśmiechnął. - Z pańskich słów wnioskuję, że szykujecie się do wyjścia w rejs. - Owszem. Zabierzemy ładunek i ruszamy do Plymouth. - Nie może być! - Kiedy przed dziesięcioma miesiącami wysadziliśmy tam pana na ląd, postanowiliśmy zaangażować się w pewne ryzykowne przedsięwzięcie, które jeszcze trwa. Dlatego musimy zawinąć do Plymouth, skąd ruszymy na południe do Oporto, a potem myślimy o przeprawieniu się na drugą stronę Atlantyku, tyle że po cieplejszych wodach niż tutejsze. - I na wiosnę wracacie do Londynu? - O nie, pięknie dziękuję! Londynu mamy serdecznie dosyć! Dappa parsknął śmiechem. - Z Ameryki popłyniemy dalej na zachód: Enoch Root zadręcza nas, żebyśmy zawieźli go na Wyspy Salomona... - Ale żeby się tam dostać z Bostonu, musielibyście opłynąć pół świata! - Wiemy, gdzie leżą Wyspy Salomona. I jest nam po drodze. - Po drodze... dokąd? - Do Queena-Kootah, gdzie odwiedzimy starych przyjaciół albo ich groby, a potem do Malabaru, gdzie zostawiliśmy inwestorkę, która, jak należy przypuszczać, zaczyna pomału wyłazić ze skóry. Nie

przyjmie dywidendy w postaci weksla: musimy złożyć jej na plaży żywą gotówkę. - Niezbyt to wygodne... - Ponieważ zarabiamy w Londynie, rzeczywiście jest to trochę niewygodne. Popłyniemy do Malabaru, wyładujemy złoto na piasek, ja będę się z nią kochał, a ona po jakimś czasie nam wybaczy. - Co dalej? - Nie mam pojęcia. - Wasz pasażer na Wyspy Salomona jest moim pełnomocnikiem w Bostonie. Likwiduje tam Instytut Sztuk Technicznych Kolonii Zatoki Massachusetts: wyprzedaje aktywa, układa się z wierzycielami, spłaca długi. Powinienem przysiąść z nim nad rachunkami, zanim czmychnie na antypody. - W takim razie musi pan do niego popłynąć, i to szybko, bo mogę pana zapewnić, że on się tutaj nie wybiera. - Mówił pan, że po drodze zawiniecie do Plymouth... - To prawda. - Ja też mam coś do załatwienia na zachodzie kraju. Moglibyśmy się tam umówić? Zabrałbym się z wami do domu. - Być może - odparł Dappa i, uświadomiwszy sobie nagle, jak nieuprzejmie to zabrzmiało, dodał pospiesznie: - Ja nie mam nic przeciwko temu, ale po tym, co się teraz dzieje, van Hoek będzie zadawał pytania; będzie chciał wiedzieć, gdzie się podziało to kłopotliwe złoto. Podpowiem panu, że właściwa odpowiedź brzmi: daleko, daleko stąd.

- Mam lepszą: nie wiem. - Daniel rozłożył ręce, jakby chciał jednym gestem ogarnąć wszystkie statki na The Pool, i płynnie przeszedł do wzruszenia ramionami. - Jest w drodze - domyślił się Dappa. - Wysłał je pan dokądś statkiem. - Roztopiło się, rozpłynęło w nurcie Tamizy i zmierza do Hanoweru. Jego wędrówka jest równie tajemnicza, a dotarcie do celu równie pewne, jak w przypadku peso, które, jakby kierowane własną wolą, gromadzą się w Szachdźahanabadzie. Im bardziej Daniel popadał w poezję, tym wyraźniej nudził Dappę, który pod koniec tego przydługiego zdania z powrotem podniósł lunetę do oka i wycelował ją w Tower. - Czemu się pan tak przygląda? - zainteresował się Daniel. Wiał silny, zimny wiatr z północy, a on nie miał peruki ani kapelusza. Odkąd wyszedł na pokład, raz tylko zerknął w stronę Tower, by się zorientować w przestrzeni, a potem odwrócił się do niej plecami i postawił kołnierz, osłaniając kark i podstawę czaszki. Dappa jednak patrzył śmiało pod wiatr, opierając mu się z zaciętą miną. - Łatwiej będzie, jak się pan odwróci i sam spojrzy, niż żebym miał wszystko tłumaczyć. - Ale pan ma lunetę, a ja nie. - Przy tej odległości naprawdę nie jest konieczna. - Po co w takim razie jej pan używa?

- Interesują mnie szczegóły. Obserwuję ludzi na szczycie Wieży Latarniowej, którzy, co oczywiste, są odpowiedzialni za to szaleństwo. - Rewizję na waszym statku? - Tak. Zauważył pan może, jak Gońcy popatrują w ich stronę, oczekując instrukcji? Porozumiewają się za pomocą semaforów. Jednym z tamtych jest chyba sir Isaac Newton. Niby to było do przewidzenia, a jednak wystarczyło, by Daniel odwrócił się i stawił czoło wichurze. Dostrzegł grupę osób, o której wspominał Dappa. - Który to Newton? - zapytał. - Ten w środku. Patrzy na nas przez lunetę. - Do licha, na pewno mnie rozpoznał - zaniepokoił się Daniel, ale zamiast ponownie okręcić się na pięcie, znieruchomiał, jak polna mysz sparaliżowana spojrzeniem drapieżnika. Nie mógł się poruszyć. - Nie, proszę się nie martwić, właśnie odjął lunetę od oka... Chociaż nie, to nie tak: on ją upuścił! - Isaac wypuścił z rąk lunetę?! - Danielowi nie mieściło się to w głowie. - Stoi z rozdziawionymi ustami i patrzy w naszą stronę. Nie widzę za dobrze jego twarzy, ale gdybym miał oceniać po sylwetce, powiedziałbym, choć to nie wypada, że go... zamurowało. Skamieniał. Jest porażony. Och... Ojej... Na Boga! - Co? Co się dzieje?! - zaniepokoił się Daniel, z trudem powstrzymując się od wyrwania Dappie lunety z ręki. Gołym okiem

widział tylko tyle, że tłumek na wieży zapadł się do środka, wokół centrum, gdzie jeszcze przed chwilą stał Isaac. - Upadł! Wyciągnął się jak długi! Ma szczęście, że ten z prawej go złapał. - Złapał go?! - Newton po prostu się przewrócił: upuścił lunetę i osunął się na nią. Proszę spojrzeć, ktoś biegnie po pomoc... wołają do żołnierzy na dole, machają kapeluszami... Boże, ależ panika. Dappa opuścił lunetę i spojrzał na Daniela. Głęboka zmarszczka przecięła mu czoło powyżej nosa, aż w końcu uświadomił sobie, co właściwie zobaczył. Kiedy i Daniel zdał sobie sprawę, co się stało, nogi się pod nim ugięły i musiał się złapać relingu. - Żyje jeszcze - tłumaczył racjonalnie Dappa. - Nie spieszyliby się tak, gdyby zmarł na miejscu. Ale wygląda na to, że sir Isaac Newton miał wylew. - Może tylko zasłabł? Ostatnio nie czuł się najlepiej... - Wylew pasuje do tego, co widziałem. Zaatakował jedną połowę ciała: sir Isaac wypuścił lunetę z prawej ręki, prawa noga odmówiła posłuszeństwa... Ale obojętne, co to było - wylew czy omdlenie, zostało spowodowane... Dappa ugryzł się w język. - Rozpoznaniem mnie, kiedy się odwróciłem - dokończył Daniel. - Spełniły się jego najgorsze, najstraszliwsze lęki, dręczące go od czasu, gdy wróciłem do Londynu i wmieszałem się w niezwykłą sagę o złocie Salomona. Niech to szlag! Zabiłem przyjaciela!

- Ani go pan nie zabił, ani nie jest on pańskim przyjacielem zauważył Dappa. - Będzie pan łaskaw wezwać dla mnie taksówkę wodną... Udam się czym prędzej do domu jego siostrzenicy, bo tam zapewne zostanie przewieziony. Ktoś musi go obronić przed lekarzami. Świątynia Wulkana Środa, 27 października 1714 We wtorkowy wieczór optymistyczna część natury Daniela wyświadczyła mu rzadką uprzejmość: nawiedziła go i przekonała, że przyczyną wypadku Isaaca nie było ani omdlenie, ani wylew, ale jeden z tych dzikich napadów paniki, które od czasu do czasu mu się zdarzały, lecz za każdym razem ustępowały bez śladu. Wmówiła mu to na tyle skutecznie, że wieczorem udał się do domu Isaaca przy St. Martins Street, przekonany, że go tam zastanie. Niestety, mylił się. Isaac przebywał w domu świętej pamięci Rogera Comstocka pod opieką Catherine Barton. Udał się więc tam w środę i zastał pannę Barton wielce poruszoną. Spoglądając w przeszłość, z perspektywy czasu należało uznać za cud fakt, że Newton nie umarł dawno temu. Jego kłopoty zaczęły się w sierpniu, kiedy Leibniz przerzucił jego i Daniela przez żywopłot. Ocalił ich w ten sposób przed upieczeniem żywcem w fosforowym ogniu, ale upadek uszkodził Isaacowi żebra i na długie tygodnie uniemożliwił oddychanie pełną piersią. Później Isaac

nabawił się nieżytu oskrzeli, który nie zasługiwałby na poważne potraktowanie, gdyby nie fakt, że ból żeber uniemożliwiał choremu odkrztuszanie wydzieliny. Nieżyt utrwalił się, okopał i przeszedł w zapalenie płuc. Poprzedniego dnia Isaac prawdopodobnie doznał wylewu, choć najwyraźniej niezbyt poważnego: Catherine twierdziła, że z początku cierpiał na niedowład prawej połowy ciała, ale już częściowo odzyskał siły. Dlatego też znacznie bardziej niepokoiła ją narastająca gorączka. - Gorączka?! - wykrzyknął Daniel. Uparł się, że musi zobaczyć pacjenta. Isaac stanowczo zakazał dopuszczania lekarzy w swoje pobliże i Catherine go posłuchała, ale Daniel nie był przecież lekarzem. Isaac leżał na wznak w łożu z baldachimem, odziany w cieniutką koszulę nocną. Zrzucił całą pościel na ziemię i otworzył - albo kazał komuś otworzyć - okno, przez które wpadało rześkie powietrze. Daniel musiał wetknąć ręce w kieszenie, żeby mu nie skostniały. - Isaacu? Newton poruszył głową. Białe włosy zafalowały, oczy spojrzały spod półprzymkniętych powiek... ale nie na gościa. Oddychał płytko i szybko. Daniel podszedł bliżej, schylił się i przytknął ucho do jego piersi; skrzywił się, czując bijące od niego ciepło - jak ze świeżo upieczonego bochna chleba. Płuca Isaaca wydawały takie odgłosy, jakby ktoś w nich smażył bekon; serce biło słabo, szybko i przerażająco nierówno.

Podczas tych oględzin nie mógł nie zauważyć wysypki na odsłoniętej skórze. Usiadł na skraju łoża i rozpiął koszulę chorego. Najpierw oczy, a potem także i głowa Isaaca poruszyły się lekko ruch musiał zwrócić jego uwagę. Wodził wzrokiem za dłońmi Daniela, które przesuwały się w dół, do mostka, rozpinając kolejne guziki; kiedy Daniel rozchylił poły koszuli, wzrok Isaaca podążył za jego prawą ręką i Daniel rozpoznał zaciekawione spojrzenie naturalisty. Cała pierś Isaaca była pokryta wysypką, najgęstszą w okolicy lewej pachy. - Kiedy ostatnio byłeś w Newgate? - spytał Daniel, wyczuwając, że chory odzyskuje świadomość. - Ha! - prychnął Isaac, po czym dobrą minutę kaszlał i pluł, aby oczyścić struny głosowe przed czekającą je pracą. - Widzę, że postawiłeś tę samą diagnozę co ja: tyfus. To pocieszające. Rzadko się zgadzamy. Zdania były pooddzielane długimi przerwami. - Kiedy ostatnio byłeś... - powtórzył cierpliwie Daniel. Isaac nie dał mu dokończyć. - Tydzień temu. Spotkałem się z Jackiem w Celi Skazańców. - Okres inkubacji tyfusu jest zwykle... - Dłuższy, wiem. To prawda. Nie odkryłeś Ameryki. Ale ja jestem stary. I osłabiony innymi przypadłościami. Zostało mi niewiele czasu. Zakładam, że mam tyfus. Zanim wyzdrowieję, będzie jeszcze

gorzej. O ile w ogóle wyzdrowieję. Zimno mi. Możesz mnie z powrotem zapiąć? Prawą rękę mam nie tak sprawną jak dawniej. Daniel nie mógł mu odmówić, pospieszył więc spełnić prośbę, chociaż podejrzewał, że jest to tylko podstęp ze strony Isaaca, który chciał jeszcze raz spojrzeć z bliska na pierścień. Udał, że mu to nie przeszkadza, i najszybciej jak umiał pozapinał guziki, klnąc się w duchu, że przed wejściem do sypialni nie schował błyskotki do kieszeni. - Wygląda na ciężki - zauważył Isaac. - Wiesz, o czym mówię. Ciąży ci na palcu? - Czasami... - Skąd go masz? Bo na pewno nie od kobiety. Daniel skończył z guzikami i schował ręce do kieszeni. - Też chciałbym ci coś dać - przypomniał sobie Isaac, który odprowadził wzrokiem znikający pierścień i dopiero wtedy spojrzał Danielowi w oczy. - Co masz na myśli, Isaacu? - Właściwie nie tyle dać ci, ile zwrócić na to twoją uwagę poprawił się Isaac. - Rzeczy po Hooke'u. Te z Bedlam. Przeniesione później tutaj. Nie było to dla mnie ani najdogodniejsze... ani też najmniej dogodne... miejsce do ich oględzin. Po śmierci... Rogera... częściej tu zaglądam. Nie mogłem przecież pracować, kiedy... no wiesz... kręcił się... i zadawał pytania. Przestudiowałem tamten dokument. Ten, który znaleźliśmy w Bedlam... latem... Wiesz, o czym mówię. Hooke opisał zabieg litotomii... po którym pacjent... zmarł... i

został wskrzeszony... inaczej nie da się tego nazwać... za pomocą pewnego specyfiku. To bardzo niezwykła relacja. - Podrobiłeś ją i podrzuciłeś de Gexowi na przynętę, ale... - Wróciłem do niej. Niedawno. Kiedy zacząłem podupadać na zdrowiu.

Zrobiłem

wiele

notatek.

Rozszyfrowałem

niejasne

fragmenty. Wyjaśniłem to, czego Hooke, który nie był przecież alchemikiem, nie zrozumiał. Wiem, ty uważasz, że to bzdura. Ale gdybyś mógł się zaopiekować tym dokumentem... dopilnować, by trafił we właściwe... ręce... sprawiłbyś mi wielką radość. - Oczywiście, zrobię to. Gdzie go znajdę? - W bibliotece Rogera. Biurko przy oknie. Prawa górna szuflada. - Pójdę po niego i zaniosę do ciebie do domu. - Dobry pomysł. Weź go do laboratorium. Dołóż do reszty. - Reszty czego? - spytał Daniel, ale stało się oczywiste, że nie uzyska odpowiedzi. Isaac podkulił kończyny, obrócił się na bok, zwinął w kłębek i zaczął się trząść jak pies, który właśnie wyszedł z wody. Daniel zawołał Catherine. Razem zebrali leżącą na ziemi pościel i przykryli Isaaca. - Poprosił mnie, żebym zajął się paroma sprawami - wyjaśnił Daniel, aby usprawiedliwić swoje pospieszne wyjście. - Dam znać Radzie, że jest chory i nie będzie mógł uczestniczyć w planowanej pojutrze Próbie Pyxis. - Nie! Niech pan tego nie robi!

Panna Barton złapała go za przegub dłoni. Doskonale wiedziała, że jej słowa przebiją się do mózgu mężczyzny równie łatwo jak wystrzelona z muszkietu kula, jeśli w tej samej chwili będzie go dotykała. - Ależ, panno Barton... proszę spojrzeć na tego nieszczęśnika. Niemożliwe, żeby... - Wuj Isaac powiedział mi, że za wszelką cenę musi być obecny przy Próbie Pyxis. Choćby wcześniej umarł. - Za przeproszeniem... To nie żart? - „Choćbym był martwy”, powiedział, w piątek rano macie wsadzić moje zwłoki do lektyki i kazać je zawieźć do Izby Gwiaździstej. I ja, doktorze Waterhouse, zamierzam go posłuchać. - Dobrze. Jak Bóg da, Isaac będzie jeszcze żył. Daniel delikatnie wyswobodził się z miękkiego uścisku panny Barton i ruszył do biblioteki. Więzienie Newgate 28 października 1714 ...Dzwonnik, który poprzedza kata jak przygrywka melancholijna melodię, torturuje ich swemi nieludzkiemi rymami, tak jakby ludzie w ich sytuacji mogli znieść nietrafioną poezję. W noc przed egzekucja zakrada się pod ich okna i dręczy taką oto serenadą, przygrywając sobie dzwonkiem z „ Czarnego Psa”. - Pamiętniki prawego złoczyńcy Johna Halla, 1708

Odkąd na Jacka został wydany wyrok śmierci, naczelnik kazał zamknąć na głucho drzwi jego apartamentu i wystawił straże, które miały dopilnować niezmienności tego stanu rzeczy. Nie puszczali go nawet „Pod Czarnego Psa” i jedyną namiastką kontaktu z wesołą kompanią z tawerny był dla niego dźwięk dzwonka obwieszczającego koniec dnia. Na ten sygnał miał w zwyczaju wznosić kieliszek porto wybranego z całkiem pokaźnej kolekcji butelek, jaka za sprawą licznych wielbicieli zgromadziła się przez ostatni tydzień w jego pokoju. Tego wieczoru libację przerwał mu jednak ordynarny brzęk dzwonka dobiegający z dołu, z tunelu pod Zamkiem, przechodzącego obok okratowanego wywietrznika Celi Skazańców. Jack nie był jedynym człowiekiem, dla którego sędzia zaplanował następnego dnia śmierć w Tyburn: podobny los czekał jeszcze sześciu skazańców, złoczyńców z Oddziału Dolnego, niemających ani odpowiednich środków finansowych, ani tajemniczych przyjaciół, dzięki którym mogliby się wykupić od stryczka. Nocny dzwonnik wykonywał swój fach na użytek zasłuchanej publiczności, ziejąc ohydnymi wersami wprost przez kraty: O wy, nieszczęśni ze Skazańców Celi, Jutro zginiecie, choćbyście nie chcieli. Skruchę wyraźcie, gdy wspomnicie grzechy, By szatan w piekle nie miał z was pociechy. Wznoście zatem modły do Pana naszego,

Byście prędko ujrzeli oblicze jego. Gdy zaś dzwon w dniu jutrzejszem zagra nad domami, Niech się Bóg zmiłuje nad waszymi duszami. Wypełniwszy swój obowiązek, opuścił cuchnący tunel pod Zamkiem, przeszedł pod broną i znalazł się na Holborn. Stanął na środku ulicy, dokładnie pod potrójnym oknem Jacka, niczym kochanek szykujący się do wyśpiewania serenady dla swej ukochanej. W normalnych warunkach jego manewry pozostałyby niezauważone w ciemności (słońce dawno już zaszło) i byłyby dlań niebezpieczne (ludzie wystający na środku jednej z głównych dróg wjazdowych do City zazwyczaj nie żyli zbyt długo). Tym razem jednak posunięciom dzwonnika towarzyszył - i przyświecał - tłum zaopatrzonych w pochodnie londyńczyków: stanęli w poprzek jezdni, blokując ją ścianą ognia, która oślepiłaby i spłoszyła każdego konia, którego nierozsądny woźnica lub jeździec skierowałby tą trasą. Tego wieczora przejazd przez Newgate był zamknięty. Dzwonnik stanął w ognistym półokręgu, mrugając ze zdumienia, zwykle bowiem oddawał się swojej pasji samotny i niezauważony przez nikogo. Od chwili skazania Jack zgrywał odludka. Przez pierwsze dni tłum gęstniał czasem na Holborn, najprawdopodobniej zwabiony plotkami o tym, że Jack Shaftoe ma wstać z łóżka i pokazać się w oknie jak król w oknie pałacu St. James. Zwykle konstable przeganiali bez litości rozczarowanych gapiów, dzisiejszy wieczór był jednak

szczególny: w końcu, ile razy w życiu Jack mógł zostać powieszony, wypatroszony i rozszarpany końmi? Poświęcił teraz chwilę na zapalenie świec. Źródła światła należały w Newgate do grupy towarów luksusowych i trudno dostępnych. Pochlebcy, którzy nie mieli żółtych chłopców (czyli gwinei), aby kupić Jackowi porto, mogli przynajmniej wyskrobać kilka frędzli (czyli trzypensówek) i podarować mu świeczkę, by po ciemku łatwiej trafiał do nocnika. Rzadko ich używał, ale w tej chwili nie widział sensu dalszego oszczędzania, toteż przeszedł się po pokoju i zapalił wszystkie. Wnętrze natychmiast wypełniło się dymem i wonią zjełczałego łoju, który przypomniał mu dzieciństwo na Psiej Wyspie. W oknie znajdował się okuty żelazem lufcik, przez który można było wpuścić świeże powietrze. Kiedy go otworzył, aby wypuścić dym, wpadł w oko publice na Holborn, która uważała, że w ostatnią noc swojego życia Jack nie ma nic lepszego do roboty, jak z nią pożartować. Znów odezwał się ten przeklęty dzwonek, uciszając podekscytowany tłum, i dzwonnik wykrzyczał swoją strofę. Jack był na to przygotowany. Przysunął twarz do okratowanego lufciku i odkrzyknął: Człeczyno, który dzwonkiem tym, niebogo, Krótką do piekła mnie wysyłasz drogą, Wiedz, że jutro, gdy najdzie mnie potrzeba, Jeszcze przed ósmą splunę na cię z nieba. Bo jeśli rację kaznodzieje mają,

Że dni po śmierci słodkie nas czekają, Wolne od trosk, w szczęścia krainie, Pewno nieznane tam jest twoje imię. Jego występ spotkał się z aplauzem znakomitej większości słuchaczy - poza dzwonnikiem, który zaczął przemykać w stronę kościoła Grobu Świętego, i to żwawo, gdyż coraz więcej stwardniałych gówien i zepsutych warzyw trafiało go w plecy. Po tym, jak wierszokleta oddalił się w niesławie, pozostała tylko prawdziwa, uczciwa tłuszcza - klasa ludzi podzielona ze względu na upodobanie do gwałtów, mordów i kradzieży, połączona zaś bezkrytycznym uwielbieniem dla Jacka. Z pewnością czegoś teraz od niego oczekiwali. Niektórzy, w grupkach, próbowali śpiewać pieśni na jego cześć, w różnych tonacjach i metrach, na razie jednak żadna nie zdobyła powszechnego uznania. Jack - którego widzieli wyłącznie jako ciemną sylwetkę na tle słabo oświetlonego i zadymionego wnętrza apartamentu, na wpół przesłoniętą żelaznymi prętami zamachał rękami, by ich uciszyć, ponownie zbliżył usta do kratki i odezwał się w te słowa: - Grali już capstrzyk, dżentelmen spod Grobu Świętego wyrecytował mi swój wiersz... Udaję się na spoczynek i wam również radzę to uczynić! Jutro czeka nas długi dzień, pełen wrażeń. Rano mam umówione spotkanie w Tyburn, na które wszyscy jesteście zaproszeni! Po południu muszę się stawić w Kolegium Lekarskim, bo wprawdzie moje ciało zostanie poćwiartowane, ale głowa powinna

ujść z tej uroczystości w miarę cało i pomieszkujący tu za rogiem naturaliści... Wystarczy pójść kawałek Newgate Street, skręcić w prawo w Warwick Lane naprzeciwko Grey Fryars, potem pierwsza w prawo i staniecie przed wielkim gmaszyskiem ozdobionym złotą pigułą. Otóż tamtejsi naturaliści zamierzają jutro rozłupać mi czaszkę i zajrzeć do środka, by ustalić, dlaczego jestem takim draniem. Odpowiedział mu ogólny ryk wściekłości, który rozbrzmiał tak zatrważająco

w

jego

schludnym

i

eleganckim

mieszkanku

dżentelmena, że Jack czym prędzej zamknął lufcik. I dobrze zrobił, bo chwilę później o szyby zadźwięczał prawdziwy grad drobnych przedmiotów,

którego

łoskot

narastał,



zagłuszył

krzyki.

Zaciekawiony wrócił do okna i zobaczył deszcz ćwierćpensówek i pensów (dojrzał nawet pojedyncze szylingi), padający tak gęsto, że na ulicy monety tworzyły najprawdziwsze zaspy. Ludzie rzucali mu pieniądze, za które można by mu wyprawić chrześcijański pogrzeb i wyrwać go z rąk medyków. Ci zaś, których nie było stać na rzucanie monetami, pędzili ławą Newgate Street, niosąc pochodnie i wypatrując skrętu w prawo, o którym im powiedział. W Kolegium Lekarskim zapowiadała się długa i ciekawa noc - ale przynajmniej Jack Shaftoe mógł liczyć na trochę ciszy i spokojny sen. Dom sir Isaaca Newtona, St. Martin's Street Czwartek, 28 października 1714, wieczorem - Pan Threader - obwieścił lokaj.

Daniel podniósł wzrok i spojrzał w stronę wejścia do laboratorium. W progu stał pan Threader, z kapeluszem w ręce, onieśmielony i - bez dwóch zdań - przyczajony, jakby się spodziewał, że sir Isaac Newton wyskoczy zza pieca i zamieni go w kijankę. - Nie ma go - uspokoił go Daniel. - Przebywa u swojej siostrzenicy. - Wraca do zdrowia po... tak ludzie mówią... po jakimś attaquei Pan Threader odważył się wejść do środka. Lokaj zamknął za nim drzwi i poszedł sobie. - Pan i ja pomożemy mu w tej rekonwalescencji. Proszę wejść, śmiało. Proszę. Daniel skinął zachęcająco najpierw jedną ręką, potem obiema. Pan Threader posłuchał go w końcu, choć uczynił to z najwyższą niechęcią. Nie był przyzwyczajony do laboratoriów alchemicznych: piece płomienne, zapachy, otwarty ogień, słoje i retorty opisane tajemniczymi etykietami wydawały mu się w jakiś sposób niebezpieczne. Widząc to, Daniel poczuł - przez chwilę - to samo, co musi czuć podrzędny alchemik, kiedy do jego sklepiku zapuści się jakiś łatwowierny naiwniak: wyniosłą satysfakcję z oszołomienia bliźniego, oraz perwersyjną potrzebę oskubania go z ostatniego pensa. Niestety, w tej chwili miał ważniejsze sprawy na głowie i na razie musiał uspokoić pana Threadera. - Dla pana to wszystko wygląda pewnie całkiem obco? Ja miałem więcej szczęścia: przyjaźniłem się z Isaakiem w okresie, kiedy

przerobił nasze wspólne mieszkanie na wielkie dymiące laboratorium. Cały sprzęt, który pan tu widzi, po trochu sprowadzał do naszego lokum, a ja za każdym razem mogłem go zapytać, co to jest i do czego służy. - Daniel parsknął śmiechem. - Czuję się tu jak w domu, chyba bardziej niż chciałbym to sam przed sobą przyznać. Pan Threader pozwolił sobie na oschły chichot. - Muszę przyznać, że tak też pan wygląda. Co wydaje mi się zabawne, biorąc pod uwagę wszystkie pańskie niepochlebne uwagi na temat alchemii. Daniel zaczął się zastanawiać, co też by pan Threader powiedział na wieść o tym, że następnego dnia Daniel może się okazać najwybitniejszym alchemikiem na świecie od czasu, gdy król Salomon wyprawił się na wschód. Porzucił jednak tę myśl jako zbyt niecodzienną, by artykułować ją w takim momencie. - Czy sir Isaac będzie mógł uczestniczyć w Próbie? - Nie darowałby sobie, gdyby go ominęła. - Dobrze wiedzieć, że jego stan się poprawia. Daniel nic nie powiedział. Stan zdrowia Isaaca wcale się nie poprawiał; wyglądało na to, że tyfus powoduje zmiany chorobowe w sercu. W dzieciństwie Isaac próbował zbudować perpetuum mobile, wzorując się na ludzkim sercu - ale jego własne miało chyba w najbliższym czasie odmówić posłuszeństwa. Ludzcy mechanicy nie potrafili

skonstruować

perpetuum

mobile,

pracowali

bowiem

wyłącznie z materią nieożywioną, tymczasem serce działało o wiele

dłużej od wszystkich znanych maszyn, ponieważ jak domniemywali alchemicy - ożywiał je duch wegetatywny. - Zróbmy jakiś pieniądz! - zaproponował Daniel. - Ma pan formę? Propozycja była tak niebezpieczna, że pan Threader zamiast odpowiedzi tylko bardziej się skulił. - A pan... ma złoto? - zapytał. Daniel pokazał mu prawą rękę, po czym zdjął pierścień z palca i bez ceregieli wrzucił do tygielka, który następnie przeniósł szczypcami do wnętrza małego pieca, gdzie wściekle płonął ogień. - To czyste złoto? - upewnił się pan Threader. - Najczystsze - przytaknął Daniel, popychając tygielek głębiej w żar. - Cięższe niż zwykłe. Pan Threader rozdziawił usta. - To chyba niemożliwe. - Za chwilę sam się pan przekona. - Ale jak to możliwe?! - Boska kwintesencja wniknęła w pory metalu, które w zwykłym złocie pozostają puste. Pan Threader spojrzał na Daniela podejrzliwie, jakby się spodziewał, że ten próbuje go okpić, ale Daniel sam nie był pewien, czy ma rację. Wreszcie pan Threader postanowił mu uwierzyć - nie dlatego że zdążył zważyć złoto czy przekonać się do alchemii, ale ze względu na logiczne i polityczne implikacje tego faktu. - A niech mnie... A niech mnie! Pan chce, żebym... ja... Pan coś knuje! Mam rację?

- Wszyscy coś knujemy. Daniel posłał swojemu gościowi spojrzenie, które miało mu zmrozić krew w żyłach, obawiał się bowiem, że ten szykuje się do jakiejś faryzeuszowskiej perory. Na szczęście pan Threader wykazał się odrobiną taktu i powstrzymał od przemawiania. - Rada Obywateli wybrała pana, by w dniu jutrzejszym pełnił rolę Pesoura, prawda? - Doktorze Waterhouse, jest pan zdumiewająco dobrze poinformowany o sprawach, które powinny pozostać tajemnicą. Nie będę się ośmieszał, próbując zaprzeczyć. - Będzie pan zatem przeciwnikiem Mistrza Mennicy, Tym, który wątpi w jego uczciwość. - W taki właśnie sposób od wieków hamuje się nadmierną chciwość ludzi odpowiedzialnych za prowadzenie mennicy przytaknął pan Threader. - To obowiązek, ale i zaszczyt dla każdego złotnika. - Zachodzi więc ciekawy konflikt interesów - zauważył Daniel. Jeśli wziąć pod uwagę, że całkiem niedawno sir Isaac mógł posłać pana do Tyburn razem z Jackiem Shaftoe, ale postanowił tego nie czynić. Pan Threader skwitował te słowa wściekłym bulgotaniem, które huczący piec skutecznie zagłuszył. W sierpniu był człowiekiem żałosnym,

godnym

politowania,

prawie,

rzecz

by

można,

odrażającym. Od tamtej pory oswoił się jednak z myślą, że sprawa

została zamieciona pod dywan, i uznał wracanie do niej za przejaw braku ogłady ze strony gospodarza. Daniel zaś chwilowo skupił się na niezwykłym widoku topiącego się pierścienia - na razie zachował jeszcze swój kształt, ale w miejscach, w których stykał się ze ściankami tygla, zaczynał mięknąć i się rozpływać. - Tylko Jack i jego synowie mogliby zeznawać przeciwko mnie przypomniał pan Threader. - Jack postanowił mnie nie obciążać, a za kilka godzin będzie martwy. Synowie uciekli z więzienia... - Wiem. Sam zorganizowałem im ucieczkę i wiem, gdzie są. Zanim opuścili kraj, poprosiłem ich o złożenie zeznań, które zostały spisane i opieczętowane przy świadkach. Wynika z nich, że brał pan udział w produkcji fałszywych pieniędzy. Ale skoro już o tym mowa... Chyba możemy odlać naszą monetę. Pan Threader sięgnął do kieszeni. - Posiadanie tej zabawki to pewny wyrok śmierci - powiedział. Ale skoro mój wyrok już znajduje się w pańskiej kieszeni, nie ma to chyba wielkiego znaczenia. Wyjął gliniany cylinder, długi na palec i nieco grubszy niż średnica gwinei. W połowie długości cylinder został przecięty lub przełamany na dwoje, a następnie sklejony gęstwą ceramiczną, która po wypaleniu w piecu mocno go spoiła. Pan Threader położył cylinder na warsztacie i obrócił w taki sposób, by było widać lejkowaty wlew. W tej pozycji unieruchomił go dwiema przystawionymi z boków cegłami szamotowymi.

- Proszę bardzo - powiedział. - Gotowe. Ale w ten sposób nie robi się prawdziwych fałszywek! - Nie musi być bardzo przekonująca - odparł Daniel. - I tak musimy ją pokroić na kawałki. Pan Threader najpierw ogromnie się zdziwił, potem zmarszczył brwi, aż wreszcie zrozumiał i pokiwał głową. Przez ten czas Daniel chwycił szczypce i wyjął z pieca rozpalony do białości tygielek. Przeniósł go nad warsztat i oparł szczypce o jedną z cegieł, żeby opanować drżenie rąk, po czym przekręcił oba nadgarstki. Z tygielka wypłynął ciekły ogień. Kropelka, może dwie skapnęły obok, ale większość polała się wprost do dziurki w glinianym cylindrze. - No proszę - odezwał się pan Threader. - I już jedziemy na jednym wózku. Właśnie dopuścił się pan zdrady stanu! - Kontynuuję niechlubną rodzinną tradycję - przyznał Daniel. Wystukał resztki złota z tygla: zebrały się w kałużę na blacie i natychmiast stężały. Odstawił tygielek, odłożył szczypce i zamknął drzwiczki pieca. Pincetą pozbierał wszystkie zbłąkane drobinki złota do małego kubeczka. Wziął do ręki glinianą formę, jeszcze ciepłą, i przełamał ją w pół. Złota gwinea wypadła ze środka i potoczyła się po stole. Pan Threader słusznie go uprzedzał - nie była to najlepiej podrobiona moneta na świecie: krawędzie miała nierówne, w metalu uwiązł bąbelek powietrza, a złoto nie wypełniło dokładnie formy i stempel był częściowo zamazany. W miejscu, gdzie do formy dochodził lejkowaty wlew, z gwinei sterczała cienka wypustka. Daniel wrzucił ją do wody, żeby ostygła, po czym wziął do ręki i zaatakował

masywnymi nożycami. Nie radził sobie z nimi najlepiej, toteż przeszło mu przez myśl, aby posłać po Saturna. Na szczęście pan Threader, który coraz bardziej zapalał się do tego przedsięwzięcia, zacisnął dłonie na jego dłoniach, obaj się natężyli, stękając jak wieprzki, i w końcu udało im się przeciąć monetę: dwie połówki gwinei pofrunęły w przeciwne strony. Daniel przyłożył nożyce w taki sposób, że jedna z połówek zawierała wypustkę i większość grubszych niedoskonałości; dorzucił ją teraz do kubka, do którego wcześniej trafiła reszta odpadów. Druga połówka prezentowała się całkiem nieźle. Podniósł ją z podłogi i wspólnymi siłami przecięli ją na dwoje, a potem na czworo i dalej, trochę jakby dzielili peso na reales, z tą tylko różnicą, że uzyskane przez nich skrawki fałszywej gwinei były znacznie mniejsze i kompletnie nieregularne. Kiedy pan Threader orzekł, że uzyskali w ten sposób zadowalający przekrój rozmiarów i kształtów odłamków, zgarnęli je na szalkę, zważyli i każdy z osobna zapisał wynik. Zgodzili się - bez słów - że na tym mogą zakończyć. Daniel odprowadził gościa do wyjścia. Pan Threader przybył na spotkanie w lektyce, by nikt nie zobaczył, jak Pesour składa wizytę Mistrzowi Mennicy - byłoby to doprawdy wielce podejrzane. - Czy wpłynął pan w jakiś sposób na Radę Obywateli, aby wybrała właśnie mnie? - zainteresował się pan Threader. - Cóż... Zrobiłem co w mojej mocy. - Licząc na moje wyrzuty sumienia. - Nie do końca. Podejrzewam, że każdego z członków Rady dałoby się nakłonić do współpracy, w taki czy inny sposób. Pan

pierwszy przyszedł mi do głowy ze względu na pański talent prestidigitatorski. Mam nadzieję, że sztuczki z kawałkami monet wychodzą panu nie gorzej od sztuczek z całymi gwineami. - Wszystko sprowadza się do umiejętnego odwrócenia uwagi widzów. Zręczność jest znacznie mniej istotna, niż się powszechnie uważa. Ale i tak jeszcze dziś z nimi poćwiczę. - Ja zaś poćwiczę zwracanie na siebie uwagi - obiecał Daniel. - W takim razie nie pośpi pan wiele, bo nie przychodzi to panu naturalnie. - I tak nie zamierzałem się kłaść. Różne sprzeczne z naturą zajęcia będą mnie pochłaniały do białego rana.

PIĄTEK 29 PAŹDZIERNIKA 1714

Opactwo Westminsterskie Rano Przybywa na miejsce o wiele za wcześnie, ponieważ przecenił związany z Wisielczym Marszem ruch w mieście. Taka masa gapiów chce zobaczyć patroszenie i ćwiartowanie Jacka Shaftoe, że wszyscy znacznie wcześniej wylegli na ulice i obstawili trasę przejazdu. Wystarczy, że wyjdzie z domu sir Isaaca Newtona, odwróci się plecami do zgiełku, który na północy wypełnia echem sklepienie niebieskie - niby dźwiękowa zorza polarna - i przejdzie kawałek cichymi ulicami, by się znaleźć na Broad Sancturary, rozległym otwartym terenie na zachód i północ od opactwa. Musi być starym dziwakiem, skoro do takiej kupy gruzu sprowadza go jakaś oficjalna sprawa. Jego misja jest tak niezwykła, że przystaje przed progiem, nie wiedząc, którymi drzwiami wejść do środka i którego kapłana zaczepić. Okazuje się jednak, że w kościele i tak panuje chaos: trwa jeszcze rozbiórka tymczasowych galerii i trybun wybudowanych z okazji koronacji. Londyńscy i irlandzcy robotnicy wynoszą na ramionach masywne ławy z nieheblowanych desek. Nigdzie nie widać żadnego duchownego. Daniel postanawia skorzystać z zachodniego wejścia, w którym tłoczy się chyba nieco mniej barczystych facetów i kloców drewna. Chwilę później łapie się na tym, że depcze kamień, pod którym jedenaście miesięcy wcześniej złożono Tompiona. Był to jeden z cudów tej epoki: oto zegarmistrz

został pochowany w miejscu, które zaledwie pokolenie lub dwa wcześniej było zarezerwowane wyłącznie dla arystokratów i generałów. Zostawia za sobą szczątki Tompiona, uchyla się przed idącą mu na spotkanie dechą i przemyka na kwadratowy dziedziniec, obwiedziony zadaszonym krużgankiem, ale poza tym wystawiony na kaprysy aury. Dzisiaj te kaprysy ograniczają się do ostrego jesiennego słońca i zimnego, wzburzonego powietrza. Wciska ręce głęboko w kieszenie, garbi się i sztywnym krokiem przecina dziedziniec. Dotarłszy do przeciwległego narożnika skręca w prawo i idzie wschodnim krużgankiem do końca. Tam w ścianie znajdują się drzwi, pozbawione wszelkich tabliczek czy oznaczeń i jakby żywcem przeniesione ze średniowiecznej twierdzy: grube deski są połączone żelaznymi klamrami, ponabijane żelaznymi ćwiekami i umocowane na żelaznych zawiasach. System skobli jest obwieszony wiekowymi kłódkami ręcznej roboty, jak pierś trollowego generała medalami. Daniel ma tylko jeden klucz, a na razie jest tutaj sam. Marznie. Mężczyźni dwakroć od pana młodsi i dwakroć ciężsi ginęli na tych pustkowiach, bezbronni wobec okrutnego zimna. Wschodni krużganek rzuca cień i nie chroni przed wiejącym z północnego zachodu wiatrem, który wpada rozpędzony na dziedziniec i przyszpila Daniela do drzwi. Cofa się więc o kilka kroków i wchodzi w pierwsze lepsze otwarte drzwi. Trafia w ten sposób do korytarza, w którym wprawdzie nie wieje, ale jest zimno i ciemno. Na drugim końcu dostrzega migoczące zachęcająco światło. Czuje na twarzy ciepło,

robi kilka kroków i zostaje wynagrodzony zdumiewającym widokiem: oto znalazł się, sam jeden, w najpiękniejszej komnacie w całej Brytanii. Każdy inny Brytyjczyk zorientowałby się zawczasu, że zmierza do kapitularza. Jednakże dla Daniela, wychowanego w środowisku rewolucjonistów, było to jedyne miejsce w kraju, w którym nigdy nie spodziewał się znaleźć - aż do dzisiaj. Sala jest duża, ośmiokątna, a jej ściany wyglądają, jakby w całości składały się z witraży, co jest konstrukcyjną niemożliwością, zważywszy że wieńczy ją kopuła wymurowana z ważących całe tony kamieni. Daniel domyśla się, że ciężar kopuły opiera się na ośmiu kolumnach w narożnikach kapitularza i dziewiątej stojącej pośrodku pomieszczenia, tak smukłej i delikatnej, jakby lada chwila miała się ugiąć i runąć. Przetrwała jednak około czterystu lat i chyba tylko zgorzkniały sceptyk-empiryk mógłby się jej podejrzliwie przyglądać. Dach się nie zawali. Wysokie witraże chłoną światło słońca, które nagrzewa wnętrze. Daniel wchodzi na orbitę wokół środkowej kolumny, wspomina dawne lekcje i uświadamia sobie, że to w tej sali zbierała się najpierw Rada Królewska, a potem cały parlament, dopóki mnisi, zdegustowani wrzaskiem przedstawicieli narodu, nie pogonili ich precz, do znajdującego się po drugiej stronie ulicy pałacu Westminster. Słysząc, jak jego kroki i oddech niosą się echem w zamkniętej przestrzeni, nawet nie próbuje sobie wyobrazić, jaki zgiełk musiał panować w kapitularzu pełnym polityków.

Podczas pierwszych okrążeń kolumny jego uwagę przykuwają głównie przepiękne okna, później jednak zaczyna dostrzegać także drewniane kasetony, zawieszone na wysokości jego oczu i ozdobione malowidłami, w których od razu rozpoznaje (nie musi się im nawet dokładnie przyglądać) przerażające sceny z wizji tego wariata, świętego Jana. Czterej jeźdźcy, każdy na koniu innej maści; Bestia rozszarpująca przerażonych świętych; zbłąkani ludzie oczekujący na otrzymanie

znamienia

Bestii;

wszetecznica

pijana

krwią

pomordowanych świętych; ta sama wszetecznica palona żywcem za swoje przewiny; Chrystus na białym koniu, prowadzący do boju niebiańską armię. Większość obrazów wyblakła do tego stopnia, że rozpoznać je może tylko ktoś taki jak Daniel, który w dzieciństwie musiał się ich uczyć na pamięć, aby móc - jak aktor, który z boku sceny czeka na swoje wejście - zachować się zgodnie ze scenariuszem, kiedy Apokalipsa wydarzy się naprawdę. Z gorzej zachowanych scen zbiorowych ostały się tylko oczy, widoczne wśród wyblakłej i obłażącej farby: zaspane, uniesione ku górze, zerkające na boki w poszukiwaniu doczesnych przewag, zafascynowane czynami aniołów, zatopione w rozważaniu tego, co widzą. Nie potrafi interpretować tego widoku inaczej niż jako ostatnią wiadomość od Drake'a;

jako

przypomnienie,

że

mimo

wszystkich

swoich

przemądrych wywodów Isaac nadal nie wie, kiedy zabrzmi ostatnia trąba anielska, i że mimo wszystkich starań Drake'a i poczynionych przez niego przygotowań on, Daniel, będzie musiał i tak wyjść zza kulisy i odegrać przeznaczoną mu rolę.

Słyszy kroki i wesołe nawoływanie. Rozbrzmiewają w jego uszach bardziej przerażająco niż tętent kopyt wierzchowców Czterech Jeźdźców, gdyż oznaczają, że będzie musiał udawać uprzejmość wobec ludzi, których prawie nie zna. Odwraca się w stronę wejścia. Wchodzi Pierwszy Lord Skarbnik, Klerk, Kontroler i Audytor Skarbu Królewskiego (wszystko to jeden człowiek), odziany w swój najelegantszy

strój.

Towarzyszy

mu

niewiele

gorzej

ubrany

Szambelański Wice-audytor Skarbu Królewskiego. Obaj mają, rzec jasna, swoje nazwiska i swoje życia, ale te pierwsze Daniel zdążył zapomnieć, a te drugie go nie interesują. Jest to jedna z tych częstych w Anglii sytuacji, w których nazwiska się nie liczą - tylko tytuły. - Dzień dobry, doktorze Waterhouse! - odzywa się pierwszy z tej dwójki. - Ma pan swój klucz? Pytanie jest niedorzeczne (gdyby Daniel nie miał tego przeklętego klucza, nie miałby po co tu przychodzić), ale zadane z przekornym błyskiem w oku stanowi tylko retoryczny, żartobliwy wstęp do niewinnej pogawędki. Może być również sposobem na wybadanie Daniela. - A pan ma swój? - odpowiada pytaniem Daniel. Przesadnie wesołkowaty Kontroler (et caetera) wyciąga klucz z kieszeni. Nie chcąc być od niego gorszy, Wiceaudytor (et caetera) poklepuje się po piersi: klucz kołysze się na zawieszonej na szyi tasiemce. Daniel zaciska dłoń na kluczu w lewej kieszeni surduta. Drugą ręką, w prawej kieszeni, podtrzymuje drewniane pudełeczko, jakby

szkatułkę na biżuterię, które dwie godziny temu zabrał z szafki w domu Isaaca. Przeżywa krótki zawrót głowy i staje w szerszym rozkroku, by się nie przewrócić i nie roztrzaskać sobie głowy o wiekowe płyty posadzki. Klucz, Skrzynia, rytuał Sześciu Kłódek... Czuje się prawie tak, jakby trafił na karty nieznanego, nigdy nieopublikowanego rozdziału Objawienia - a może nawet całej odrębnej księgi, apokryficznego ciągu dalszego Biblii. Zza drzwi dobiegają kolejne głosy i Daniel się domyśla, że za chwilę zbierze się kworum. Widząc jego zainteresowanie, Kontroler odsuwa się od progu, przyjmując pozę „proszę przodem”, chociaż trudno powiedzieć, czy kieruje się szacunkiem dla wieku lub rangi Daniela, czy zwykłym lizusostwem. Daniel, występujący w tej sytuacji jako jeden z przedstawicieli Skarbu, wyprowadza Kontrolera i Wiceaudytora na smagany wiatrem dziedziniec. Przed drzwiami Komnaty Pyxis zebrała się grupka ludzi: niektórzy siedzą na plamistych kamiennych ławach, inni depczą kamienne płyty opatrzone nazwiskami średnio znanych nieżyjących ludzi, ale na widok Daniela (i pozostałej dwójki) wszyscy wstają i patrzą na niego - tak jakby to on tu rządził! Całkiem słusznie, jeśli wziąć pod uwagę, co trzyma w kieszeni. - Witam panów - mówi. Czeka, aż ucichnie wyszeptana chórem odpowiedź. - Wszyscy są? Krzykliwie odziany kapłan (nie biskup, bo nie ma mitry) jest zapewne dziekanem westminsterskiej kapituły. Dwaj dżentelmeni podchodzą do drzwi z ogromnymi kluczami w dłoniach. Jacyś

duchowni niskiej rangi trzymają w pogotowiu latarnie. Całości dopełnia

grono

oszołomionych/

podejrzliwych

hanowerskich

arystokratów w towarzystwie sympatycznego angielskiego księcia, który ma im wszystko objaśniać, oraz Johanna von Hacklhebera w roli tłumacza. - Tajna Rada Jego Królewskiej Mości zażądała przeprowadzenia Próby Pyxis - przypomina wszystkim Daniel. - Dlatego, jeśli nie ma sprzeciwów, proponuję spełnić tę prośbę i bez zbędnego zamieszania przenieść wszystko, co do próby niezbędne, do Izby Gwiaździstej. Sprzeciwów nie słychać. Daniel spogląda znacząco na zamknięte drzwi. Pierwszy Lord Skarbnik, Klerk, Kontroler i Audytor Skarbu Królewskiego zajmuje pozycję po jednej jego stronie, inny z kluczników staje naprzeciwko. Tworzą w ten sposób drugi szereg za plecami trzech pierwszych posiadaczy kluczy, którzy podchodzą do drzwi: dziekana kapituły, Szambelańskiego Wiceaudytora Skarbu Królewskiego oraz przedstawiciela Kompanii Złotniczej. Dziekan staje przed drzwiami pierwszy. Zdejmuje z szyi dyndający mu na wysokości mostka klucz na złotym sznurze i zaczyna majstrować przy jednej z trzech kłódek na pierwszych, zewnętrznych drzwiach. Kiedy kończy, swoje pięć minut mają jego dwaj towarzysze. Kłódki przenosi się uroczyście na kamienną ławę, gdzie trafiają pod opiekę innych ważnych ludzi. Żelazna listwa spada ze skobla, zdjęta przez muskularnego akolitę. Drzwi się otwierają. Dwa stopnie prowadzą w dół, do małego przedsionka, zamkniętego

kolejnymi

drzwiami,

nie

mniej

solidnymi

od

poprzednich. Daniel schodzi do małego wnętrza i metodą prób i błędów ustala, do której kłódki pasuje posiadany przez niego klucz. Otwiera ją i wraca na górę; w przedsionku jest miejsce tylko dla jednego klucznika i jego pomocnika z latarnią. Wkrótce wszystkie trzy otwarte kłódki zostają przetransportowane na dziedziniec, a akolita może zdjąć następną listwę. Znowu wszystkie oczy zwracają się ku Danielowi, który schodzi do przedsionka, zapiera się ramieniem o drzwi i pcha z całej siły. Drzwi uchylają się do połowy, po czym zgodnie z jego przewidywaniami - blokują się na amen. Znajdujący się za nimi loch jest dwa razy starszy od reszty kapitularza. Po tym, jak w XIV wieku, podczas niepokojów w Londynie, został złupiony (w nim bowiem opactwo przechowuje swoje skarby), opat kazał wmurować w podłogę kamienny blok, który blokuje drzwi, aby ewentualni przyszli łupieżcy musieli wynosić łupy na sztuki, zamiast jak wówczas - całymi skrzyniami. Daniel ma prawo wejść teraz do środka, bierze więc od kogoś latarnię i bokiem wciska się do Komnaty Pyxis. Tłumi mizantropiczną pokusę, by zatrzasnąć drzwi, zabarykadować się w loszku i przeżyć w nim tysiąc lat, posilając się kamieniem filozoficznym. Wnętrze jest większe niż się spodziewał: kwadrat o boku trzydziestu stóp, z przysadzistą kolumną na środku, na której wspiera się podzielony na czworo niski strop, upodabniający kryptę do domku dla karłów. Po całym tym zamieszaniu z otwieraniem dziwi się niepomiernie, widząc zwykły podziemny zakurzony składzik, zastawiony bez ładu i składu czarnymi skrzynkami.

Wchodzą następni. Niektórzy chyba lepiej od niego orientują się w rozmieszczeniu skrzynek, bo skupiają się przy wybranych i znów klucze idą w ruch. Ostatni ograbili kryptę ludzie Cromwella, którzy odstrzelili kłódki i wynieśli królewskie insygnia. Ponieważ jednak Cromwell nie mniej od króla potrzebował mocnej waluty, musiał naprawić skrzynki i założyć nowe kłódki. Daniela kusi, żeby zwrócić na to uwagę, gdy dziedziczni lordowie mozolą się z purytańskimi mechanizmami, ale udaje mu się pohamować. Z kolejnych skrzyń zostają wyjęte trzy przedmioty: (nr 1) Skórzana teczka zawierająca ważne dokumenty: duplikaty kontraktów Isaaca i innych urzędników mennicy. Zabiera ją Pierwszy Lord Skarbnik. (nr 2) Drewniana skrzyneczka z odważnikami. (nr 3) Szeroka, płaska skrzynia zawierająca wzorcowe arkusze blachy ze szlachetnych metali o znanej czystości, wytworzone w piecach Kompanii Złotniczej. To z nimi będą porównywane monety Isaaca. Trzy skarby zostają wyniesione na dziedziniec z taką pompą jak królewskie trojaczki wyprowadzane na spacer. Długo i głośno szczękają klucze, kłódki i skoble po ich przejściu. Daniel uświadamia sobie, że Próba przebiegała znacznie szybciej i sprawniej, gdy parlament i Rada obradowały tuż obok, w kapitularzu. Kiedy braciszkowie wykopali od siebie polityków, ci z pewnością zapewniali, że „W najbliższych dniach zabierzemy z opactwa wszystkie akcesoria do Próby Pyxis i przeniesiemy je w dogodniejsze

miejsce”. Była to jednak jedna z tych zapowiedzi, które, jeśli nie zrealizuje się ich w ciągu pierwszych dwunastu godzin, nawet setki lat później pozostają niezrealizowane. Z czasem, jak widać, przenoszenie tych trzech rekwizytów spetryfikowało się w odrębną ceremonię. Tworzy się pochód. Okrąża dziedziniec, wchodzi do transeptu kościoła, przecina chór. Zajęci rozbiórką galerii robotnicy wczuwają chyba doniosłość chwili, bo uciszają się nawzajem i ustępują procesji z drogi. Niektórzy zdejmują czapki, inni stają na baczność z łomem przy nodze. Kiedy pochód wychodzi północnym wyjściem, w świątyni znów rozpętuje się radosny chaos. Za progiem procesja robi w prawo zwrot i skręca w przejście oddzielające opactwo od kościoła Świętej Małgorzaty. Drogę w kierunku rzeki przegradza im ponury, oskorupiały Westminster Hall. Na północ od niego (czyli po jego lewej stronie) piętrzą się zabudowania królewskiego Skarbu, wśród nich Izba Gwiaździsta. Tam właśnie rozpoczęła się w czerwcu mordęga sir Isaaca Newtona - i tam też sprawa zostanie ostatecznie rozstrzygnięta, gdy tylko Danielowi i pozostałym uda się przejść na drugą stronę ulicy. Kaplica więzienna, Newgate Kaplica jest kompletnie odmieniona. Czarne całuny zniknęły z okien, skazane na areszt tymczasowy (nie dłuższy niż ósma część roku) w skrzyni, w której będą je żarły mole. Przez kraty w oknach ostrożnie sączy się światło. Nie ma turystów w tylnych ławkach. Na

ołtarzu zamiast trumny wyłożone są chleb i wino. Wina jest tyle, że chyba trzeba by je wydzielać naparstkami, co wcale się Jackowi nie podoba. Skoro bowiem Kościół uważa (a na pewno uważa), że odrobina wina przy komunii to dobra rzecz, dlaczego miałby nie uznać, że wiadro wina to rzecz jeszcze lepsza? Ale po drodze do Tyburn będzie jeszcze wiele okazji, żeby się upić, więc rozdrażnienie skąpstwem Kościoła szybko mija. Został tutaj przyprowadzony, aby go ukościelnić. Jest to kolejny etap coraz bardziej wyrafinowanych i coraz okrutniejszych tortur, które rozpoczęły się poprzedniego wieczoru od najścia dzwonnika, a zakończą się - za kilka godzin - poćwiartowaniem. Jack Shaftoe zostaje wprowadzony do kaplicy osobno, po tym, jak nieszczęśników z Celi Skazańców przykuto już - ze związanymi rękami - do pierwszej ławki. Czuje się jak panna młoda, kiedy ostatni wchodzi do kościoła i wszystkie głowy zwracają się ku niemu. I słusznie! Wstał już bowiem dwie godziny wcześniej, nie chcąc uronić ani minuty z tego absolutnie wyjątkowego dnia, i czas pozostały mu do nabożeństwa poświęcił na przebranie się w Strój Wisielczy. Nie wie, skąd Strój Wisielczy się wziął. Pojawił się o świcie, dostarczony, jak twierdzi strażnik, przez jasnowłosego mężczyznę, który przyjechał ogromnym czarnym powozem i nie odezwał się ani słowem. Dla pomieszczenia go niezbędnych było kilka pudeł. Zanim trafiły do Jacka, zostały starannie przejrzane przez strażników, którzy musieli się upewnić, że nikt nie zawinął w delikatne materie noży,

pistoletów, pilników ani Machin Piekielnych. Ubranie dotarło więc do adresata w nieporządku i poplamione brudnymi paluchami, ale ani jedno, ani drugie nie umniejszyło jego naturalnego majestatu. Wewnętrzna z trzech warstw, ta przylegająca do ciała Jacka, składa się z białych kalesonów z egipskiej bawełny, białych pończoch z tureckiego jedwabiu i białej koszuli, uszytej z takiej ilości delikatnego irlandzkiego płótna, jaką kompania piechoty zużywa na bandaże i kompresy podczas krótkiej kampanii wojennej za granicą. Należy w tym miejscu podkreślić, że przymiotnik „biały” oznacza prawdziwą, oślepiającą, solną biel, nie jakiś brudny beż, który udaje biel na słabo oświetlonych targach bławatnych. Drugą warstwę stanowi para spodni, kamizelka o przedłużonych połach i surdut, wszystko w odcieniach metalicznych. Prawdę mówiąc, Jack jest przekonany, że po prostu są utkane z metalu: kamizelka wygląda na uszytą ze złotogłowiu, spodnie i surdut mienią się srebrzyście. Guziki są złote - czyli, jak domniemywa Jack, podobnie jak podrobione gwinee stanowią grudki taniego stopu, w sprytny sposób pokryte delikatną jak szept warstewką złota. Kiedy jednak przygryza jeden z nich, guzik próbuje mu się odgryźć: jackowe zęby (fałszywe zresztą) zostawiają ledwie widoczny ślad, w którym na dodatek nie widać ani śladu szarości. Nic nie wskazuje, by pod złotem krył się pośledniejszy metal. Twórca guzików odlał je w formie, toteż na każdym widnieje ten sam rysunek: postać ludzka, zbyt drobna jednak i zbyt skomplikowana, by w półmroku apartamentu Jack mógł się jej dobrze przyjrzeć.

Trzecia warstwa, która styka się bezpośrednio z brudem świata, składa się z czarnych skórzanych butów ze srebrnymi sprzączkami; peleryny - fioletowej od zewnątrz, podbitej futrem, lamowanej i zdobionej srebrno i złotogłowiem; oraz białej peruki. Strój Wisielczy obfituje w kieszenie. Część z nich jest pełna monet, którymi Jack może wynagrodzić uprzejmość strażników, kluczników, kowali, woźniców i oprawców, mających się nim przez cały dzień zajmować. To niesamowite, że monety nie zostały skradzione, a guziki oberwane przez strażników, którzy oglądali ubranie. Tajemniczy dobroczyńca musiał nie tylko posłużyć się łapówką, ale też uciec się do gróźb kary prawnej i przemocy fizycznej. Po drodze do kaplicy daje strażnikowi szylinga za następującą przysługę. Przy wejściu do kaplicy każdy lokator Newgate staje jak wryty, oślepiony powodzią światła, czymś na kształt optycznej fanfary. Prawdę mówiąc, oświetlenie kaplicy ledwie wystarcza kapelanowi do czytania z ważącej sto funtów Biblii, ale w porównaniu z resztą Newgate wnętrze jest naprawdę olśniewające. Dom Pana zajmuje najlepsze miejsce w całym więzieniu: południowozachodni narożnik najwyższego piętra. To oznacza, że promienie wschodzącego słońca padają prosto w niektóre z tutejszych okien, a i później podczas dnia słońce nie szczędzi kaplicy swoich łask - o ile w ogóle świeci. Ale dzisiaj niebo jest bezchmurne. Jack prosi strażnika, by pozwolił mu popławić się chwilę w słońcu wpadającym do środka przez jedno z

tych wychodzących na wschód okien w głębi, zanim zostanie odprowadzony na przeznaczoną mu ławkę. Transakcja dochodzi do skutku zgodnie z umową: Jack udaje się do

południowowschodniego

kąta

i

przez

chwilę

stoi

w

rozszczepionym w szkle blasku słońca. Jego ubranie promienieje takim blaskiem, jakby chciało mu wypalić oczy. Gapiąc się prosto w światło, zmusza stare, trzeszczące źrenice do zwężenia się do rozmiarów pcheł, aż w końcu może wyjrzeć przez okno i patrzy w przybliżeniu na wschód. Phoenix Court krzyżuje się tam, w pewnym sensie, z prostą i wąską dróżką łączącą Newgate z Old Bailey, a dalej stanowi północną granicę ogrodu na tyłach Kolegium Lekarskiego. Spoglądając ponad murem ze swojego uprzywilejowanego punktu obserwacyjnego, odczuwa lekkie rozczarowanie: Kolegium nadal stoi. Owszem, w kilku miejscach widać dym, ale wcale nie dlatego, że nocą rozwścieczony tłum je podpalił. Ten dym pochodzi raczej z ognisk, na których ktoś gotuje strawę. Okazuje się, że ogród został przekształcony w obozowisko dla (liczy namioty) kompanii wojska. Nie, źle; to nie są zwykli żołnierze, tylko (analizuje kolory mundurów) grenadierzy - czyli żołnierze najsilniejsi (muszą maszerować obwieszeni całą masą żelaznych granatów), najgłupsi (skoro noszą granaty) i najbardziej niebezpieczni dla tłuszczy (jeśli wziąć pod uwagę efekt wybuchu granatu w tłumie). Dokładnie takich ludzi warto trzymać w ogródku, jeśli jest się arystokratą i obawia się nocnej wizyty nieproszonych gości.

Skoro już stoi w słońcu, postanawia skorzystać z okazji: głaszcze jeden z guzików i obraca go w taki sposób, żeby móc go dokładniej obejrzeć. Najpierw zauważa, że guzik nie trzyma się zbyt mocno, dosłownie na paru nitkach - ale to już wiedział wcześniej, namacawszy go po omacku w ciemnym apartamencie. Teraz tak naprawdę interesuje go widniejący na wszystkich guzikach kształt. W świetle dnia rozpoznaje go od razu: to alchemiczny symbol żywego srebra. Te ustalenia, choć z pozoru mało znaczące, stawiają wszystko w nowym świetle, i to nie tylko w dosłownym znaczeniu tej frazy. Jack pozwala odprowadzić się w głąb kaplicy, zupełnie jak prowadzona do ołtarza ulubienica - ku wielkiemu zdumieniu towarzyszy z ławy skazańców i przerażeniu kapelana. Brakuje tylko pana młodego, niejakiego Jacka Ketcha, który w kuchni przywdziewa oficjalny czarny strój i szykuje się na ten wielki dzień. Ta część uroczystości, w której weźmie udział, odbędzie się później, alfresco, na oczach całej południowowschodniej Anglii. Nabożeństwo przebiega zgodnie z ustalonym wzorem, włącznie z wybranymi na tę okazję czytaniami ze Starego i Nowego Testamentu. Stosowne wyimki są zaznaczone tasiemkami: ten ze Starego Testamentu - grubą, czarną, prowadzącą wprost do fragmentu, którego jedynym celem (w chrześcijańskim nabożeństwie) jest wykazanie, jak beznadziejnie by się nam żyło, gdybyśmy nadal byli Żydami. Przeczytawszy go, kapelan ujmuje w palce trzy cale (i pięćdziesiąt funtów) kartek i przerzuca je, pomijając wywody całej

rzeszy pociesznych proroków i nudne psalmy. Ląduje w samym środku Nowego Testamentu. Nie, mała korekta: ląduje na stronicy zaznaczonej najbardziej krzykliwą, jarmarczną i tandetną zakładką, jaką Jack w życiu widział: grubym pasem żółtego jedwabiu, z uwieszonym na końcu złotym medalionem. Kapelan wywleka to cudo z Księgi, zaciska dłoń na złocistym krążku, składa powiewającą zakładkę i najzwyczajniej w świecie chowa ją do kieszeni(l), ani na chwilę nie spuszczając Jacka z oka. Jack uświadamia sobie, że sługa Boży próbuje dać mu coś do zrozumienia. Kapelan rozpoczyna czytanie. Nie jest to jeden ciągły fragment, lecz raczej seria urywków przeznaczona dla wiernych, którzy krótko żyją i na niczym nie potrafią się dłużej skupić. - I stało się po tych mowach, jakoby po ośmiu dniach, że wziąwszy ze sobą Piotra i Jana i Jakuba, wstąpił na górę, aby się modlić. A gdy się modlił, stał się inakszy kształt oblicza jego, i szaty jego stały się białe i świetne. Ewangelia według świętego Łukasza, 9:28-29. - I stało się, gdy oni szli, że w drodze rzekł niektóry do niego: Pójdę za tobą, gdziekolwiek pójdziesz, Panie! A Jezus mu rzekł: Liszki mają jamy, i ptaszki niebieskie gniazda; ale Syn człowieczy nie ma, gdzieby głowę skłonił. Ewangelia według świętego Łukasza, 9:57-58. - Człowiek niektóry zstępował z Jeruzalemu do Jerycha, i wpadł między zbójców, którzy złupiwszy go i rany mu zadawszy, odeszli, na

pół umarłego zostawiwszy. I przydało się, że kapłan niektóry szedł tąż drogą, a ujrzawszy go, pominął. Także i Lewita, dostawszy się na ono miejsce, a przyszedłszy i ujrzawszy go, pominął. Ale Samarytanin niektóry jadąc, przyjechał do niego, a ujrzawszy, użalił się go. A przystąpiwszy zawiązał rany jego, a nalawszy oliwy i wina, i włożywszy go na bydlę swoje, wiódł go do gospody, i miał staranie o nim. Ewangelia według świętego Łukasza, 10:30-34. - A był niektóry człowiek bogaty, który się obłóczył w szkarłat i w bisior, i używał na każdy dzień hojnie. Był też niektóry żebrak, imieniem Łazarz, który leżał u wrót jego owrzodziały. Pragnąc być nasycony z odrobin, które padały ze stołu bogaczowego, ale i psy przychodząc lizały wrzody jego. I stało się, że umarł on żebrak, i odniesiony był od Aniołów na łono Abrahamowe; umarł też i bogacz, i pogrzebiony jest. A będąc w piekle, podniósłszy oczy swe, gdy był w mękach, ujrzał Abrahama z daleka, i Łazarza na łonie jego. Ewangelia według świętego Łukasza, 16:19-23. - Niech mnie licho, z tego Łukasza to był kawał pisarza - mówi Jack. Kapelan zawiesza głos i spogląda na niego sponad okularów. Przekupywanie księży nie jest zjawiskiem nowym, rzecz jasna, lecz rytuałem starym i uświęconym tradycją równie odwieczną jak sakrament eucharystii. Ale żółty jedwab, złoto... To z pewnością sygnał dla Jacka, by się zorientował, kto dał łapówkę. - Wielebny? Czy mógłbym prosić o przeczytanie jeszcze raz tego kawałka ze Starego Testamentu?

- Słucham? - Niech wielebny przeczyta jeszcze raz. Proszę potraktować to jako część obowiązków, za które otrzymał już wielebny stosowną zapłatę. Kapelan wraca - zamaszyście przerzucając strony - na początek Księgi. Inni skazani wiercą się i burczą pod nosem, niektórzy podzwaniają łańcuchami. Zginąć na szubienicy to jedno, ale musieć dwa razy(!) wysłuchać czytania ze Starego Testamentu... To nie tylko niecodzienne, ale i okrutne! - I poznał Kain żonę swą - intonuje kapelan. - Która poczęła i porodziła Enocha; i zbudował miasto, i nazwał imię miasta tego imieniem syna swego, Enoch... Tu

następuje

piętnastominutowe

wyliczenie

mężczyzn

poznających swe żony, płodzących innych mężczyzn i żyjących setki lat. Mniej więcej w tym miejscu Jack pogubił się przy pierwszym czytaniu - i, prawdę mówiąc, gubi się także teraz, w okolicy wzmianki o tym, jak Kenan spłodził Mahalaleela. Dopiero pojawiające się ponownie imię Enocha wyrywa go z odrętwienia: - A Enoch żył sześćdziesiąt lat, i pięć, i spłodził Matuzalema. I chodził Enoch z Bogiem po spłodzeniu Matuzalema trzy sta lat, i spłodził syny i córki. I było wszystkich dni Enochowych trzysta sześćdziesiąt i pięć lat. I chodził Enoch z Bogiem, a nie było go więcej, bo go wziął Bóg. Księga Rodzaju, rozdział piąty.

Kapelan wzdycha - bardzo, bardzo ciężko, gdyż długo musiał czytać i spragnion jest wielce wina ze stołu Pańskiego, gdyż gardło jego suche jest jako miejsce dzikie bez wody. Amen. - A cóż to, do diaska, znaczy „I chodził Enoch z Bogiem, a nie było go więcej, bo go wziął Bóg”? - To przedstawienie translacji - mówi kapelan. - Nawet niepiśmienny niebieski ptak jak ja wie, że Biblię przetłumaczono z obcego języka, wielebny, ale... - Nie, nie o taką translację mi chodzi. To termin biblijny. Oznacza, że Enoch nie umarł. - Że co? - W chwili śmierci trafił prosto do życia wiecznego. - Znaczy... razem z ciałem? - Jego ciało, zamiast umrzeć, zostało przeniesione do Boga. Czy mogę kontynuować nabożeństwo? - Naturalnie, wielebny. Proszę bardzo. New Palace Yard, Westminster Kiedy wśród krużganków Opactwa Westminsterskiego formuje się orszak Daniela, w mniej lub bardziej wspaniałych i wiekowych domach, pałacach i posiadłościach wokół Londynu gromadzą się inne grupy ludzi, aby następnie z najróżniejszych stron dotrzeć do Westminsteru (łodziami, pieszo lub w złoconych powozach) i ustawić się w szyku pod Izbą Gwiaździstą jak bataliony wojska, oczekujące

wezwania na Pola Marsowe. Nie jest to bynajmniej czcze porównanie. Próbę Pyxis przeprowadza się z wielką pompą właśnie dlatego, że w istocie jest bezlitosną, okrutną bitwą. Z grubsza rzecz biorąc, można ją porównać do walki na noże z udziałem czterech uczestników: króla (reprezentowanego przez członków Rady i Skarbnika Koronnego), Skarbu (gospodarza Próby), mennicy (w dniu dzisiejszym tożsamej z sir Isaakiem Newtonem) i wywodzącego się ze średniowiecza cechu zwanego Kompanią Złotniczą. Zebrali się w Izbie Gwiaździstej w jednym celu: aby oskarżyć sir Isaaca o zdradę stanu (pod postacią sprzeniewierzania funduszy mennicy królewskiej), postawić mu zarzuty, w których nie będzie miejsca na wątpliwości i apelacje, i szybko i sprawnie wymierzyć karę. Wachlarz kar jest szeroki: od wiecznotrwałego pohańbienia, przez obcięcie prawej ręki (tradycyjna kara za fałszowanie pieniędzy), aż po los, jaki wkrótce czeka Jacka Shaftoe

na

Tyburn

reprezentowani

przez

Cross. ludzi

Z w

zarzutem stosownie

występują

złotnicy,

średniowiecznych,

mieniących się złotogłowiem ubraniach. Pełnią rolę oskarżycieli, najemników i inkwizytorów jednocześnie. Ich wybór jest decyzją nadzwyczaj sprytną, gdyż złotnicy słyną z naturalnej i odwiecznej podejrzliwości wobec mennicy i jej produktów - podejrzliwości, która czasami wybucha i przeradza się w otwartą, niczym niemaskowaną wrogość. Takie właśnie stosunki panowały przez cały czas, kiedy Newton sprawował urząd Mistrza. Sir Isaac znalazł sposób uszczuplenia zysków złotników z dostaw kruszcu do mennicy, na co ci odpowiedzieli wyprodukowaniem nowych płyt wzorcowych z tak

czystego metalu, że Isaac musiał się nieźle nagimnastykować, żeby sprostać im swoimi gwineami. Nic więc dziwnego, że złotnicy, tak jak wszyscy zaangażowani w obrót złotem i pieniędzmi (wśród nich także pan Threader), z miłą chęcią byliby świadkami upadku Newtona. Sierżant Sługa Wielkiej Pieczęci wychodzi na dziedziniec i wzywa Daniela i jego towarzyszy. Zbitą grupką wchodzą do pałacu i trafiają do Izby Gwiaździstej. Poprzednią wizytę w niej Daniel zawdzięczał Jeffreys'owi, który przywiązał go tu do krzesła i torturował dla zabawy. Dzisiaj wygląda to nieco inaczej. Sprzęty zostały wyniesione lub odsunięte pod ściany. Na środku sali, na osłaniających podłogę deskach, znajduje się zbudowana z cegieł platforma, sięgająca dorosłemu człowiekowi mniej więcej do piersi. Na niej stoi mały piec, podobny do tego, w którym Daniel w nocy przetapiał swój pierścień. Ktoś musiał w nim palić od wczesnych godzin rannych, ponieważ jest nagrzany do czerwoności i gotowy do użytku. Przechodzą do bocznej komnaty, gdzie zastają Marlborougha. Siedzi u szczytu długiego stołu, przy którym zasiadają także Lord Kanclerz, minister skarbu, nowy Pierwszy Lord Skarbnik (następca Rogera) i inni członkowie Rady. W połowie długości stołu, twarzą do drzwi, w otoczeniu skrybów i asystentów zasiada mężczyzna w białej sędziowskiej peruce, trójgraniastym kapeluszu barona i czarnych szatach. Daniel domyśla się, że to Skarbnik Koronny, przedstawiciel jednego z najstarszych urzędów w angielskim królestwie. Jest opiekunem pieczęci, na której opiera się cała władza ministra skarbu.

Poza tym w imieniu króla rządzi Skarbem także na inne sposoby, między innymi poprzez nadzorowanie Prób Pyxis. Próba nie mogłaby się rozpocząć bez niezbędnych rekwizytów, które Daniel miał zaszczyt dostarczyć ze skarbca w opactwie. Skoro jednak

je

przyniósł,

uroczystość,

choć

obrośnięta

pąklami

ceremoniału, przebiega zupełnie prosto. Sześciu kluczników zostaje wezwanych do stołu. Skarbnik Koronny prosi o dokumenty, odważniki i płyty wzorcowe, które zostają mu przekazane, ale dopiero po tym, jak Daniel i reszta przysięgną na cały stos Biblii, że dostarczyli oryginały. Jeden z Klerków Skarbnika otwiera skrzynkę z wzorcami kruszcu. W środku są dwa metalowe bloki - srebrny i zloty, opisane poplątanymi jak kłębek włosów zawijasami stwierdzającymi ich ponadprzeciętną czystość i całkowitą autentyczność i podziobane odciskami złotniczych pieczęci. Klerk odczytuje na głos opisy i treść pieczęci. Następna ekipa zostaje przywołana i zaprzysiężona: to przybyli z Westminsteru przedstawiciele Skarbca, którzy przynieśli małą, opieczętowaną woskiem skrzyneczkę. Odbita w wosku pieczęć należy do Lorda Burmistrza. Jej właściciel także przybywa na Próbę, w towarzystwie tuzina obywateli miasta, wśród których jest pan Threader. Lord Burmistrz sprawdza pieczęć, po czym otwiera skrzynkę i wyjmuje z niej leżący na aksamitnej poduszeczce stempel. Następnie wraz z obywatelami porównuje rysunek stempla z odciskami na płytach: wszyscy stwierdzają, że pieczęć i odciski doskonale do siebie pasują. To naprawdę są wzorce, którymi złotnicy

rzucają wyzwanie sir Isaacowi Newtonowi. Próba Pyxis może być kontynuowana. Podobny rytuał wiąże się z otwarciem skrzynki zawierającej obciążniki. W środku jest wyłożona zielonym aksamitem, w którego zagłębieniach spoczywają ciężarki: od największego, opisanego 500 szylingów, na który zużyto chyba półkwaterek mosiądzu, po najmniejsze: 1 szyling, 4pensy, 1 pens i tak dalej. Obok znajduje się również pinceta z uchwytem z kości słoniowej, służąca do przenoszenia najmniejszych odważników. - Wezwać złotników - poleca Skarbnik Koronny. Zwracając się do koterii Daniela, dodaje: - Stańcie tam, panowie. I wskazuje im kawałek wolnej przestrzeni w kącie komnaty. Daniel prowadzi swój orszak we wskazane miejsce. Kiedy się odwraca, zauważa, że książę Marlborough mu się przygląda, jakby chciał przypomnieć (zupełnie niepotrzebnie), że nadeszła decydująca chwila. Nowy ustrój świata zaraz zostanie poddany pierwszej próbie, która odbędzie się w skrajnie niekorzystnych warunkach: szefem mennicy jest schorowany i najprawdopodobniej obłąkany alchemik, a wagabunda, który manipulował przy Pyxis, zamiast dostarczyć dowodów swojej winy, udaje się prosto na spotkanie ze Stwórcą. W dodatku nie ma już Rogera, który jakoś załatwiłby tę sprawę. Kamienne kowadło, Wielka Sala, więzienie Newgate - Znalazłem Boga! - obwieszcza Jack Shaftoe.

- Tutaj?! - zdumiewa się jego rozmówca, barczysty facet w czarnym skórzanym kapturze na głowie. Stoją w kolejce w Wielkiej Sali - a właściwie stoi w niej Jack, bo mężczyzna w kapturze tylko podszedł bliżej i z zaciekawieniem ogląda jego Strój Wisielczy. Wielka Sala jest nazwą nadaną nieco na wyrost - to po prostu największe (po kaplicy) pomieszczenie w Newgate, dlatego właśnie tutaj schodzą się więźniowie dbający o tężyznę fizyczną, by podreptać w kółko. Ośrodkiem ich orbity jest osadzony pośrodku posadzki potężny kamienny blok, na którym leżą teraz podstawowe narzędzia kowalskie. Więźniowie gadają zwykle bez wytchnienia, w Wielkiej Sali szaleje huragan bluzgów, tajfun złorzeczeń - ale dziś jest inaczej. Dziś zdumienie odbiera wszystkim głos. Wszystkie twarze zwracają się ku środkowi pokoju, a spojrzenia spoczywają na dwóch najsłynniejszych londyńskich Jackach: Shaftoe i Ketchu, którzy wymieniają uprzejmości niczym Addison i Steele ∗. Słychać tylko zgrzyt łańcuchów o posadzkę i skandowane przez zebrany na zewnątrz tłum okrzyki. Nagle od strony kamiennego kowadła dobiega rozdzierający uszy szczęk: to kolejny więzień został uwolniony z kajdan na nogach. Krępuje go już tylko sznur, którym Ketch związał mu łokcie za plecami. - Hostia ma kształt monety - zauważa Shaftoe. 

Joseph Addison i Richard Steele - założyciele popularnego pisma The Spectator, wydawanego w Anglii w 1. 1711-1714, podejmującego problematykę społeczną, naukową i filozoficzną. Wydanie jego pierwszego numeru uważa się za symboliczny początek Oświecenia w Anglii (przyp. tłum.).

Dochodzi do wniosku, że popełnił błąd: Ketch uznaje jego słowa za zabawne, zapomina się i uśmiecha, odsłaniając dziąsła - w większości puste, a w pozostałych miejscach bliskie opustoszenia, tak się bowiem pechowo składa, że kaptur kończy mu się na wysokości nosa. Gdzieś, w jakimś schowku, na pewno trzyma całe garście sztucznych zębów (nikt w Londynie nie ma takich możliwości ich pozyskiwania jak on), ale dzisiaj ich nie założył. - O ileż wspanialszym skarbem są te monety z chleba niż złote gwinee! - wykrzykuje Shaftoe. - Złotem i srebrem można opłacić wstęp do klubu lub innej jaskini rozpusty. A dzięki monecie z chleba wstąpię do Królestwa Niebieskiego. Pod warunkiem, że uda mi się w najbliższych godzinach załatwić jeszcze parę spraw. Ketch przestaje się interesować jego paplaniną. Ile to już razy słyszał, jak klienci wygadują takie głupstwa? Przeprasza uprzejmie, przeciska się na początek kolejki i poświęca chwilę uwagi uwolnionemu więźniowi, wiążąc mu łokcie w taki sam sposób jak poprzednikowi. Wraca do Shaftoe'a i z miejsca daje do zrozumienia, że intensywnie rozmyślał o Stroju Wisielczym. - Później nie będzie już okazji, żeby się przebrać - uprzedza. - Ależ z pana delikatny człowiek, panie Ketch! - Chodzi mi o to, że podobno jest pan spłukany. Tak mówią ci, którzy wiedzą, co w trawie piszczy. - Znaczy... jak? Myśli pan, że pożyczyłem to wdzianko? Bzdura! Niech pan nie wierzy plotkom, panie Ketch. Zna pan tych ludzi na

wylot i wie, że nie można im ufać. To ubranie należy do mnie tak samo, jak ten elegancki kapturek do pana. Kolejny ogłuszający szczęk. Ketch znów zostawia na chwilę Shaftoe'a i zajmuje się krępowaniem skazańca, który stoi tuż przed nim. Przy tej okazji raz i drugi pociąga nosem, głośno, soczyście, jakby szkodziło mu powietrze w Wielkiej Sali - ale przecież ze wszystkich londyńczyków Jack Ketch z pewnością jest najmniej wrażliwy na miazmaty, wyziewy i wapory. Kiedy odwraca się do Shaftoe'a, ten ze zdumieniem (i niepokojem) dostrzega wypływającą mu spod krawędzi kaptura i ściekającą po policzku łzę. Ketch podchodzi bardzo blisko; z tej odległości Shaftoe, podniósłszy wzrok (Ketch przerasta go o głowę), bez trudu rozróżnia poszczególne dziury w jego ostatnim ocalałym siekaczu. - Nawet pan sobie nie wyobraża, jak wiele to dla mnie znaczy, panie Shaftoe. - Nie, nie wyobrażam sobie, panie Ketch. Jak wiele? - Jestem zadłużony, panie Shaftoe. Zadłużony po uszy. - Nie może być! - Betty, moja luba, ciągle rodzi nowe maluchy. Co roku przez ostatnie osiem lat. - Macie ośmiu małych Ketchów?! Co za ironia losu: człowiek z pańskiej branży jako krynica nowego życia. - Po ostatnim wieszaniu jeden z wierzycieli usiłował mnie aresztować, tam, na ulicy! Ależ się najadłem wstydu...

- Coś podobnego! Przedstawiciel powszechnie szanowanej profesji zostaje napadnięty w miejscu publicznym i oskarżony o niewypłacalność. To rzeczywiście upokarzające! - Co by moje dziatki o mnie pomyślały, gdybym skończył tutaj, w Newgate? - Przecież i tak pan tu siedzi, panie Ketch. Ale mniejsza z tym; rozumiem o co panu chodzi. - Musiałyby zamieszkać ze mną. Tutaj. - To rzeczywiście nie najlepsze miejsce dla maluchów - zgadza się Shaftoe. - No i właśnie dlatego... pan wybaczy... Ketch staje za plecami Shattoe'a, kawałkiem szpagatu oplątuje mu ręce i zawiązuje ruchomy węzeł, który następnie zaciąga, ściągając łokcie Shaftoe'a ku sobie - ale nie za mocno. - Szkoda by było, gdyby Strój Wisielczy się pomiął - domyśla się Shaftoe. - Wielka szkoda, panie Shaftoe, ale ja staram się dbać przede wszystkim o pańską wygodę. Shaftoe się uśmiecha, słysząc tę uprzejmą, choć wymijającą odpowiedź, i z tym uśmiechem na ustach robi krok do przodu, unosi nogę i stawia wypucowany do połysku but na kamiennym kowadle. - Tylko ostrożnie z tym młotem, dobry człowieku - mówi do ospowatego kowala, który wygląda, jakby siedział w Newgate od czasu Wielkiego Pożaru. - Dla mnie to ubranie nic nie znaczy, ale wkrótce ma je odziedziczyć mój serdeczny druh, pan Ketch. Pamiętaj,

że jest on moim przyjacielem, jedynym spadkobiercą i egzekutorem nie tylko moim, lecz, co ważniejsze, także mojego testamentu. Od niepamiętnych czasów tradycją naszego królestwa jest, że wszystko, co mam na sobie, włącznie z zawartością kieszeni, z chwilą mojej śmierci stanie się jego własnością. A w kieszeniach mam trochę monet o różnych nominałach. Jeżeli dobrze się sprawisz i nie oszpecisz moich butów, pan Ketch może łaskawie sięgnąć do którejś z moich kieszeni i rzucić ci jakiś pieniądz. Jeśli jednak je zniszczysz, pan Ketch, zmuszony powetować sobie straty, nie da ci ani pensa. Rozkucie kajdan Jacka Shaftoe zajmuje kowalowi więcej czasu niż zdjęcie łańcuchów ze wszystkich poprzednich więźniów razem wziętych. W końcu jednak okowy spadają, a kowal za swoje starania otrzymuje ślicznego szylinga - z kieszeni Shaftoe'a i ręki Ketcha. Próba Pyxis Każda Próba Pyxis jest inna. Szczegóły rytuału są różne w zależności od tego, czyjego wołu składa się w ofierze i kto podrzyna mu gardło. W dawnych czasach wzywano na świadków Lorda Burmistrza i wszystkich obywateli Londynu, co było nader rozsądnym posunięciem, biorąc pod uwagę, że to mieszkańcom City najbardziej zależało na wysokiej jakości angielskiego pieniądza. Zdarzały się więc Próby Pyxis tłumne i burzliwe, dopóki od pewnego momentu dwunastoosobowa Rada Obywateli nie zastąpiła ogółu londyńczyków. Uczestniczyła w tych etapach Próby, które nie wymagały żadnej

wiedzy tajemnej, a w pozostałych patrzyła złotnikom na ręce. Gdy probiercy wydali werdykt, wracała do miasta, by przekazać mieszkańcom dobrą (lub złą) nowinę. Z upływem wieków Rada pomału się kurczyła, aż poirytowany tym faktem sir Isaac Newton poskarżył się, że Próby Pyxis przekształcają się w szemrane rytuały odprawiane na wpół potajemnie przez

złotniczą

klikę,

przez

nikogo

nieobserwowane

i

niekontrolowane. Można śmiało stwierdzić, że złotnicy przyjęli słowa Isaaca równie niechętnie jak wszystkie jego działania na stanowisku Mistrza Mennicy. Ich głównym celem jest przecież udowodnienie mu zdrady i, jeśli to możliwe, doprowadzenie do sytuacji, w której kat obetnie mu rękę na New Palace Yard. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji zmniejszy się drastycznie, jeśli Isaac przedstawi wiarygodne argumenty przemawiające za jego twierdzeniem, że Próba Pyxis jest ustawiana przez jakieś podejrzane bractwo. Dlatego też w dniu dzisiejszym wahadło wychyliło się z powrotem w drugą stronę i na uroczystość zaproszono tylu świadków, ilu tylko się dało bez ściągania całego City. Próba Pyxis odbędzie się z zachowaniem wszystkich wymogów protokołu. Miasto reprezentuje nie tylko Lord Burmistrz, ale także - niezależnie od przedstawicieli złotników - pełen tuzin obywateli, którzy poza przyglądaniem się będą również uczestniczyć w ceremonii (głównie za pośrednictwem swojego delegata, pana Threadera). Dopiero po ich prezentacji, zaprzysiężeniu i odesłaniu do osobnego kąta ceremonia rozpoczyna się na dobre.

Skarbnik Koronny prosi o wniesienie Pyxis. Sierżant Sługa Wielkiej Pieczęci wychodzi, by po chwili wrócić w towarzystwie hrabiego Lostwithiel i czterech Królewskich Gońców, niosących lektykę z Pyxis. Stawiają ją obok stołu. Lostwithiel potwierdza, że jest to najprawdziwsze Pyxis, dostarczone przez niego osobiście i bez przeszkód prosto z Tower. Skarbnik Koronny nakazuje wezwać drugą Radę - Złotników. Minutę później dwunastu członków cechu w odświętnych strojach posłusznie wkracza do komnaty i staje w równym szeregu. Nie mogą oderwać oczu od Pyxis, przynajmniej dopóki Skarbnik nie odezwie się w te słowa: - Czy przysięgacie oznaczyć, uczciwie i solidnie, zgodnie z waszą wiedzą i doświadczeniem, próbę złotych i srebrnych monet złożonych w Pyxis i ogłosić prawdziwy werdykt, czy zostały wybite zgodnie z określoną przez króla i jego Skarb normą wagową i jakościową, a także czy zawierają ilość nieszlachetnego metalu et caetera określoną w umowie, którą spisano w postaci kontraktu wiążącego Jego Królewską Mość i Mistrza Mennicy, tak wam dopomóż Bóg? - Przysięgamy - odpowiada Rada Złotników. Usatysfakcjonowany przyrzeczeniem Skarbnik Koronny wzywa Mistrza Mennicy. Wszyscy czekali na tę chwilę i na tego człowieka; wszystkie ciała, głowy i oczy zwracają się ku Sierżantowi Słudze Wielkiej Pieczęci, gdy ten wychodzi z sali, a potem zamierają w

bezruchu. Kroki Sierżanta niosą się echem po Izbie Gwiaździstej, później po korytarzu, a potem cichną w oddali. Czekają, czekają i czekają, aż w końcu nabierają przekonania, że naprawdę trwa to za długo. O wiele za długo. Coś się musiało wydarzyć. Jeden z obywateli City rzuca półgłosem jakąś facecję. Któryś ze złotników mówi całkiem głośno: - Może poszedł obejrzeć wieszanie? Inny sugeruje: - A może zwiał do Francji?! Rozzłoszczony Marlborough osobiście ich ucisza. Kiedy szmer żartów i złorzeczeń przycicha, słychać, że ktoś się zbliża. I to chyba więcej ludzi, niż sobie życzył Skarbnik. Orszak jeśli można go tak nazwać - zatrzymuje się na korytarzu. Przez próg przechodzi Sierżant Sługa Wielkiej Pieczęci, prowadząc pod ramię kobietę. Kiedy idą przez Izbę Gwiaździstą, kobieta spogląda ciekawie na piec probierczy. W jego czerwonej poświacie Daniel rozpoznaje Catherine Barton. Sierżant oficjalnie ją zapowiada. Panna Barton cieszy się ogromną sławą, toteż wszyscy zebrani gapią się na nią bez odrobiny skrępowania, w sposób urągający wszelkiej przyzwoitości; pod pewnymi względami lepiej by chyba było, gdyby przyszła nago. - Szlachetni panowie... - odzywa się. Widząc tylu dygnitarzy w jednym miejscu, nie próbuje się nawet domyślać, kto tu rządzi. - Sir Isaac Newton jest chory. Od tygodnia się nim opiekuję, czuwam przy jego łożu I błagałam, aby nie odpowiadał na wasze wezwanie. Nie

posłuchał mnie; kazał się tu dzisiaj przynieść bez względu na wszystko. Jest bardzo słaby, dlatego przybył w lektyce. Jeśli panowie pozwolą, natychmiast każę go tu wnieść. - Panno Barton, czy jako jego opiekunka uważa pani, że sir Isaac czuje się na tyle dobrze, by rozumieć, co tu się dzieje? - pyta Skarbnik Koronny. - Ależ tak, ma doskonałe rozeznanie w sytuacji - zapewnia panna Barton. - Jednakże ze względu na osłabienie prosi, by doktor Daniel Waterhouse był jego rzecznikiem. Ustaliwszy, że to Skarbnik jest szefem, panna Barton podchodzi bliżej i wręcza mu list, zapewne skreślony ręką Isaaca i stwierdzający to, co przed chwilą powiedziała. Daniel nie lubi skupiać na sobie powszechnej uwagi, ale teraz zachowuje się zgoła niezgodnie ze swoją naturą: wychodzi na środek sali, nie czekając, aż wszyscy wyłowią go wzrokiem w tłumie. - Jeżeli przychylicie się, panowie, do prośby sir Isaaca, będę zaszczycony, mogąc służyć mu swoją dłonią i głosem. Następuje długa, skomplikowana i wieloosobowa wymiana pytających spojrzeń, ale ponieważ propozycja Newtona nie wpłynie ani na zawartość Pyxis, ani na treść zapisu w kontrakcie, problem właściwie nie istnieje. Różne ważne osoby zaczynają przyzwalająco kiwać głowami. - Niech tak będzie - zgadza się Skarbnik, przeczytawszy uprzednio list. Dwa razy. - Rada jest panu wdzięczna, doktorze

Waterhouse. Ehm... Czy możemy zatem prosić o wniesienie lektyki sir Isaaca? - To sytuacja bez precedensu - wtrąca Daniel. - Dlatego, za pozwoleniem

szlachetnych

panów,

chciałbym

taki

precedens

zasugerować. Za chwilę i tak przeniesiemy się do Izby Gwiaździstej, aby tam przeprowadzić Próbę Pyxis. Może zamiast przenosić sir Isaaca tam i z powrotem, pomożemy mu się rozgościć od razu w Izbie? Kontrakt zostanie odczytany tutaj, ale sir Isaac może go bez przeszkód wysłuchać stamtąd. - Zgoda. Panna Barton dyga i wycofuje się, spoglądając znacząco na Daniela. Daniel przeprasza na chwilę zebranych i wychodzi tyłem z komnaty. Głowy i twarze zwracają się ku drzwiom. Daniel staje przed czarnym

obeliskiem

lektyki,

zawieszonym

między

dwoma

zaskoczonymi tragarzami. Panna Barton syczącym szeptem wydaje im polecenia: - Do kąta. Do kąta! Nie do tego! Tutaj! Wygląda to niemal komicznie, ale w końcu tragarzom udaje się zrozumieć, o co chodzi pannie Barton: lektyka ma stanąć w rogu Izby Gwiaździstej, zwrócona drzwiczkami do ściany, aby po ich otwarciu chory i osłabiony Isaac nie był od razu wystawiony na widok publiczny. Udaje się ją ustawić w pożądany sposób. Daniel wchodzi bokiem w wąski przesmyk między drągiem nośnym i ścianą i cofa się do kąta. Na chwilę podnosi wzrok i widzi wlepione w siebie spojrzenia ludzi w sąsiedniej komnacie.

Odsuwa zasuwkę na drzwiczkach lektyki i uchyla je. Najpierw widzi dłoń, bladą i nieruchomą, ściskającą ozdobny klucz. Otwiera drzwi szerzej i wpuszcza do środka więcej światła. Isaac siedzi nieruchomo w lektyce, oparty o ścianę, z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Daniel nie musi mu nawet sprawdzać pulsu, aby wiedzieć, że ma przed sobą zwłoki sir Isaaca Newtona, zmarłego w wieku lat siedemdziesięciu jeden na tyfus, którym zaraził się w więzieniu Newgate. Dziedziniec, więzienie Newgate Dziesięć minut później są już na Dziedzińcu, tuż przy Phoenix Court. „Dziedzińcem” jest nazywany trochę na wyrost; w gruncie rzeczy jest to po prostu ufortyfikowany zaułek. Formuje się w nim mała karawana, która przewiezie zebranych do Tyburn: wóz z przyborami profesji pana Ketcha; duża odkryta platforma, w tej chwili załadowana pustymi trumnami; oraz stojące z tyłu sanie. Na platformie pojedzie większość skazanych, Ketch i kapelan; sanie są zarezerwowane dla Jacka Shaftoe, zgodnie z tradycją, że zdrajca musi odbyć ostatnią drogę, stojąc tyłem do kierunku ruchu. Samo powieszenie byłoby zbytkiem łaski dla takiego łotra; użycie pojazdu na kołach - nadmierną wygodą. W miarę jak skazańcy pokonują kolejne etapy drogi na szubienicę, towarzyszący im orszak rośnie w oczach. Na Dziedzińcu zebrały się chyba ze dwie dwudziestki ludzi - głównie strażników z

pałkami, ale jest wśród nich także paru konstabli. Pojawiają się pierwsze garłacze. Powstaje coś na kształt żywego korytarza, zwężający się szpaler ludzi, kończący się przy platformie. Więźniowie wdrapują się na nią i siadają na trumnach. Jack zostaje skierowany do bezkołowej barki lądowej. Jest w niej deska, na której może przysiąść, nie ma jednak trumny. Trumna - a właściwie dowolny pojemnik na ciało - byłby w jego wypadku czystym marnotrawstwem. Pan Ketch, któremu można zarzucić sporo, ale z pewnością nie brak systematyczności, otwiera jeden z wielu schowków w swoim katowskim wozie i wyciąga kilka kawałków sznura. Na każdym jest zawiązana wisielcza pętla. Wrzuca je - poza jednym - na platformę i przechodzi na tył konwoju, by porozmawiać z Jackiem. - Ładna? - Pokazuje mu pętlę. - Gdyby nie ten czarny kaptur, byłoby widać, jak promienieje pan z dumy, panie Ketch. Nie wiem jednak dlaczego. - Ten sznur dostałem od kapitana piratów, którego wieszałem w zeszłym roku. - Sam dostarczył sznur? - A tak. To podobno cuma, tak powiedział. Proszę spojrzeć jaka gruba. - Chciał mieć pewność, że nie pęknie? Dziwne. - Wcale nie. Zaraz panu pokażę. Ketch zachodzi Shaftoe'a z lewej strony i zakłada mu pętlę na szyję. Lina jest tak gruba i sztywna, że nie bardzo może się zacisnąć, za to węzeł lokuje się pod lewym uchem jak zaciśnięta pięść.

- Proszę spojrzeć co za dźwignia! Ketch szarpie za luźny koniec liny. Węzeł napiera na podstawę czaszki Shaftoe'a, przekrzywia mu głowę i popycha do przodu. - A jaka długa! Shaftoe odwraca się i widzi, że Ketch odsunął się od niego na dobre dwa sążnie i wciąż ma w ręce zapas sznura. - Będzie pan miał lot, na jaki mało komu pozwalam, panie Shaftoe. Naprawdę mało komu. Zanim sznur się skończy i szarpnie, rozpędzi się pan jak kula wystrzelona z armaty. Pyknie pan w niebie z fajeczki, zanim obetnę panu jądra i wygarnę bebechy z brzucha. A ćwiartowanie będzie panu równie obojętnie, jak trupowi biskupa zakusy robactwa na cmentarzu. - Szlachetny z pana człowiek, panie Ketch. Betty ma fart, że na pana trafiła. - Panie Shaftoe... - Ketch zniża głos i podchodzi bliżej, odruchowo zwijając sznur w schludny zwój. - Następną okazję do zamienienia z panem paru słów będę miał dopiero pod Potrójnym Drzewem. Jak pan widzi, mam pod opieką jeszcze innych więźniów, a podróż do Tyburn będzie... hm... jak by to... - Uroczysta? - Za przeproszeniem, ale chciałem powiedzieć „pełna wrażeń”. Ja pojadę na platformie, nie będziemy się słyszeć, a ponieważ pan będzie odwrócony tyłem, nie będziemy się również widzieć. Kiedy staniemy twarzą w twarz pod Drzewem, zgiełk będzie taki, że nie pogadamy, choćbyśmy darli się jeden drugiemu prosto w ucho.

Dlatego już teraz chcę panu podziękować. Dziękuję! I zapewniam, że odczuje pan dziś mniejszy ból niż człowiek, który po ciemku wali głową we framugę drzwi. - Jeśli chodzi o ból, niech będzie go tyle, na ile zasłużyłem: ani więcej, ani mniej. Wierzę, panie Ketch, że należycie pan to wymierzy. - Nie zawiodę pańskiego zaufania! Żegnam. Ketch odwraca się plecami do Shaftoe'a, jakby się bał, że znów się rozpłacze. Ale natychmiast się prostuje, wypina pierś, spokojnie przygładza kaptur i wsiada na platformę, gdzie czekają pozostali jego klienci. Izba Gwiaździsta Kiedy Daniel dochodzi do siebie, Skarbnik Koronny czyta głośno jakiś dokument; chrypi trochę, jak człowiek, który już dłuższą chwilę wytęża głos. Daniel spogląda przez drzwi do sąsiedniej komnaty, gdzie Skarbnik zerka sponad okularów na pokaźnych rozmiarów pergamin z obszarpanym brzegiem: jedną z kopii kontraktu, który Isaac podpisał, zostając Mistrzem Mennicy, dostarczoną wraz z innymi skarbami z loszku w opactwie. Z treści wynika,

że

Isaac

bierze

na

siebie

całkowitą

i

wyłączną

odpowiedzialność za wszystko, co zostanie znalezione w Pyxis. Kiedy podpisywał umowę, wydała mu się pewnie stekiem suchych prawniczych bzdur, ale kiedy jej słowa niosą się po Izbie Gwiaździstej i trafiają do uszu najważniejszych osobistości w królestwie, brzmią

niezwykle poważne i groźnie. Isaac ma w pewnym sensie szczęście, że nie żyje. Daniel zauważa, że niektóre z tych osobistości bacznie śledzą każdy jego ruch. Spogląda więc w nieruchomą twarz Isaaca, uśmiecha się, kiwa głową i czyni jakąś uwagę sotto voce, jakby rozmawiał z chorym. Kontrakt kończy się gromką inwokacją do Boga i monarchy. Skarbnik Koronny unosi głowę i prosi o przyniesienie trzech kluczy do Pyxis. Wyjmując klucz z dłoni przyjaciela, Daniel zwraca uwagę, że nie nastąpiło jeszcze stężenie pośmiertne. Isaac zmarł całkiem niedawno. Kiedy wchodzi do drugiej komnaty, dwie pozostałe kłódki są już zdjęte. Została tylko jedna - małe cudeńko, z kształtu przypominające fronton świątyni Salomona. Daniel otwiera ją i zdejmuje ze skobla. Dwaj członkowie Rady Obywateli stają obok niego i podnoszą wieko. Kręgosłupy zebranych trzeszczą głośno, gdy wszyscy wyciągają szyje, by zajrzeć do środka, gdzie znajduje się kupka skórzanych paczuszek, nazywanych sinthiami i opisanych miesiącem i rokiem pochodzenia. - Doskonale - stwierdza Skarbnik. - Rada Obywateli i Rada Złotników przeniosą się teraz do Izby Gwiaździstej, aby tam przeprowadzić Próbę Pyxis. Członkowie obu Rad szepczą między sobą i szurają nogami, Daniel zaś, z kluczem w ręce, wychodzi zdecydowanym krokiem i kieruje się w stronę lektyki. Stoi przed nią panna Barton, zwrócona do niej plecami, jakby chciała zatrzymać wszystkich ciekawskich, którzy

chcieliby życzyć wujowi powrotu do zdrowia (tych, którzy mu źle życzą, również). Oczy ma trochę zaczerwienione, ale kiedy Daniel uspokajającym gestem kładzie jej dłoń na ramieniu, nie drży, a po chwili strąca jego rękę i ruchem głowy wskazuje, żeby przeszedł z nią do kąta. Wielu londyńczyków marzy o znaczącym spojrzeniu tych cudownych oczu, które mówiłoby „chodź do mnie”, ale on musi się zadowolić tym, co go właśnie spotkało: „Idź do kąta”. - Powiedział... - mówi panna Barton. - Powiedział, że pan będzie wiedział co zrobić. Daniel staje więc w kącie, znowu otwiera drzwiczki lektyki i potwierdza, że Isaac nadal jest martwy (właściwie tego się właśnie spodziewał, ale wolał sprawdzić; z Isaakiem nigdy nic nie wiadomo). Pochyla się, aż jego głowa i ramiona znikają w lektyce, i dotyka pachy Isaaca: jeszcze letnia. Podnosi wzrok. Ma doskonały widok na tył gorsetu Catherine Barton i rozpościerającą się w tle Izbę Gwiaździstą. Czarna siateczka trochę przyciemnia obraz, ale wzrok szybko się z tym oswaja. Nikt z zewnątrz nie widzi, naturalnie, ani jego, ani Isaaca. Obywatele opróżniają Pyxis na stół obok pieca. Sinthie wysypują się i tworzą mały kopczyk; kilka spada na podłogę, ale zostają bezlitośnie wyłapane i dorzucone do reszty. Puste Pyxis ląduje na podłodze. Dwudziestu czterech członków obu Rad wspólnie przegląda zawartość stosiku, dzieląc go na dwa mniejsze: jeden zawiera srebrne monety - szylingi, sześciopensówki i inne drobniaki, drugi - złote krążki o nominale jednej lub (znacznie rzadziej) pięciu gwinei. Daniel zauważa, że pan Threader zajął kluczową pozycję u szczytu stołu, po

tej stronie, gdzie piętrzą się złote monety. Przed nim stoi duża waga szalkowa. Pan Threader rozprawia się za pomocą nożyka z sinthiami: uwalnia żółtych chłopców ze skórzanych kaftaników bezpieczeństwa i ustawia z nich piramidkę. Od czasu do czasu wybiera którąś monetę i podrzuca ją w dłoni. Daniel nie umiałby powiedzieć, czy to zwykły tik nerwowy, czy próba oszacowania ich wagi. Widząc, że Próba Pyxis przebiega zgodnie z planem, Daniel koncentruje się na lektyce. „Powiedział, że pan będzie wiedział, co zrobić”. Hm... I tak, i nie. Daniel zna spisany ręką Hooke'a dokument, z którego wynika, że pacjent (tak się składa, że był nim niejaki Daniel Waterhouse, ale to w tej chwili bez znaczenia) zmarł, a następnie został wskrzeszony za pomocą alchemicznego eliksiru. Hooke odtworzył z pamięci i zanotował jego skład. Isaac przejrzał jego zapiski i zanalizował je, jak tylko on to potrafił. Poczynił rozliczne adnotacje do słów Hooke'a w naszpikowanym mitologicznymi konotacjami żargonie bractwa ezoterycznego. Daniel zna się na tych sprawach lepiej niżby chciał, spędziwszy młodość w towarzystwie Isaaca i podobnych mu ludzi. Poświęcił też kilka dni na zapoznanie się z przepisem Hooke'a i uwagami Newtona i wie, że Isaac kilkakrotnie w ostatnich tygodniach podejmował próby powtórzenia tamtej procedury - z pominięciem ostatniego jej etapu. Dlatego też, kiedy dwa dni temu Daniel zasiadł do pracy w jego laboratorium, wszystkie tygle, retorty et caetem

czekały nań gotowe do użytku, podobnie jak wszystkie niezbędne składniki mikstury. Wszystkie - poza jednym. Kluczowym. Daniel wyjmuje z kieszeni drewniane pudełeczko, kładzie je na kolanach Isaaca i otwiera. Znajduje się w niej zakorkowana szklana buteleczka z czerwonym płynem i papierowa paczuszka, niczym miniaturowa sinthia, nie większa od męskiego paznokcia. Daniel rozwija z największą ostrożnością papier. W środku jest odrobina złotego pyłu. Tyle zostało ze złotego pierścienia od Salomona Kohana, który w nocy Daniel przetopił, aby odlać z niego fałszywą gwineę. Połowa tej gwinei powinna się w tej chwili znajdować pod postacią maleńkich skrawków w rękawie pana Threadera. Drugą połową Daniel tak długo pocierał o pilnik, aż się zmieniła w opiłki, które zawinął w papier. Drobinki są tak maleńkie, że trzeba by je oglądać pod mikroskopem, to zaś oznacza, że ich powierzchnia czynna jest ogromna i powinny łatwo oddziaływać z otaczającymi je substancjami. W tej chwili tą substancją jest powietrze i niewiele z tego wynika. Czas jednak przystąpić do ostatniego etapu procedury, czyli umieścić je w innym, znacznie bardziej reaktywnym ośrodku. Daniel bierze flakonik, otwiera go i płynnym ruchem zsypuje do środka całe złoto Salomona. Zatyka buteleczkę, ściska ją w obu dłoniach, z całej siły przytrzymuje korek i potrząsa. Czerwono-pomarańczowa poświata wypełnia wnętrze lektyki. Daniel orientuje się, że to emanujący z buteleczki blask prześwieca mu na wylot przez dłonie i przybiera taką barwę, ale nie czuje ciepła: światło przypomina kaltes feuer, zimny żar fosforowy.

Chowa flakonik pod połę surduta Isaaca, żeby światło nie było widoczne z zewnątrz, a chwilę później postanawia zaryzykować wyjęcie korka. Ma wrażenie, że spogląda w samo jądro wirującej, rozświetlonej piorunami chmury burzowej. Nie umie nazwać zapachu, który uderza go w nozdrza, ale wydaje mu się znajomy; pod jego wpływem ma ochotę przytknąć flakonik do ust i go opróżnić. Powstrzymuje się jednak i zaczyna zastanawiać, jak przenieść tynkturę do wnętrza Isaaca. Wie, że powinien ją podać doustnie, ale jak zmusić trupa do picia? Hooke wspominał coś o szpatulce. Przechyliwszy buteleczkę, Daniel widzi, że roztwór jest gęsty, przypomina owsiankę... i gęstnieje w oczach. Jeśli się nie pospieszy, eliksir stężeje na dobre i stanie się bezużyteczny. Chwyta pierwszy z brzegu przedmiot, który choć z grubsza przypomina szpatułkę: klucz do kłódki Isaaca. Używając go zamiast łyżki, wydobywa z flakonika grudę świecącej substancji wielkości ostatniego stawu małego palca, wsuwa klucz Isaacowi do ust, odwraca i wyciera mu o język. Wygląda przez okienko, sprawdzając, czy poświata nie zwróciła niczyjej uwagi. Nie, oczy wszystkich są zwrócone na pana Threadera, który odprawia uroczysty rytuał: na jednej szalce barokowej wagi usypał stosik gwinei, na drugiej położył jeden z dostarczonych z opactwa wzorcowych odważników. Daniel wygrzebuje następną porcję, flakonik jest już w połowie pusty. Mikstura, chociaż cały czas gęstnieje, nadaje się jeszcze do użytku. Ma pewną przyjemną właściwość, mianowicie klei się sama do siebie znacznie bardziej niż do powierzchni, z którymi się styka;

pod tym względem trochę przypomina rtęć. Nie zostawia wilgotnego śladu, nie osadza się na ściankach buteleczki, nie zostaje na kluczu. Za ostatnim razem udaje mu się wygarnąć całą resztę eliksiru, a gdy wyciąga klucz spomiędzy warg Isaaca, na nim również nie widać żadnych pozostałości. Poświata zgasła. Dopiero teraz Daniel ma odwagę wyciągnąć drżącą rękę, odchylić w dół żuchwę trupa i zajrzeć mu do ust. Ze zdumieniem stwierdza, że tynktura zniknęła bez śladu, jakby nigdy jej tam nie było. Została wchłonięta przez ciało Isaaca. Duch wegetatywny, jeśli to rzeczywiście on, przenika nieożywioną materię zwłok. - Stwierdzam, że te monety mają właściwą wagę - obwieszcza pan Threader. - Proponuję zatem poprosić naszych drogich przyjaciół złotników o ocenę czystości kruszcu. Mówiąc, spogląda na Daniela. - Rada Złotników jest gotowa do przeprowadzenia próby ogłasza przełożony probierców. - Na Fusoura wyznaczyliśmy pana Williama Hama. William występuje przed szereg i zwraca się do pana Threadera: - Potrzebna jest mi próbka metalu o łącznej wadze dwunastu granów. Będzie pan łaskaw mi ją dostarczyć. - Rada Obywateli uczyniła mi zaszczyt, wyznaczając mnie na Pesoura - odpowiada uprzejmie pan Threader. - Zgodnie ze zwyczajem, próbkę pobiera się w postaci drobnych obrzynków z kilkunastu różnych monet. Proponuję teraz również tak postąpić.

- Kompania Złotnicza przychyla się do tej propozycji - mówi Fusour. - Proszę pomieszać gwinee z sinthii, aby próbka była reprezentatywna - mówi Pesour. Zebrane na stole gwinee zsypują się złotą lawiną do Pyxis. Na oczach dwudziestu trzech członków Rad - oraz Daniela, który odsunąwszy się od lektyki, podszedł bliżej - dwudziesty czwarty (jeden z mieszczan) wkłada rękę do skrzyni i starannie miesza monety. W którymś momencie uznaje, że wystarczy, unosi wzrok i pokazuje wszystkim pustą dłoń. Następnie wkłada rękę do Pyxis i wyławia ze środka jedną gwineę, którą kładzie na blacie. Pozostałych jedenastu obywateli robi to samo. Na stole przed panem Threaderem leży tuzin przypadkowo wybranych złotych gwinei. Kościół Grobu Świętego Wszyscy dobrzy ludzie, módlcie się ze szczerego serca za tych nieszczęsnych grzeszników, którzy udają się na spotkanie śmierci. To im bije ten wielki dzwon. Wy, skazani na śmierć, okażcie skruchę i płaczcie. Błagajcie Pana o litość i zbawienie dusz waszych poprzez uczynki, mękę i śmierć Jezusa Chrystusa, który zasiada dziś po prawicy Boga Ojca, aby wstawić się za wszystkimi, którzy kornie do Niego przyjdą. Niech Bóg zmiłuje się nad wami! Niech Chrystus zmiłuje się nad wami!

- dzwonnik z kościoła Grobu Świętego Wyjeżdżając z Dziedzińca, ze zdumieniem stwierdza, że strażnicy więzienni spuścili bronę w bramie, odcinając Newgate Street intra muros od biegnącej na zewnątrz Holborn. Słyszy jazgot burzącej się po drugiej stronie tłuszczy, ale nikogo nie widzi: bramę zasłania mu oddział jeźdźców, uformowany w taki sposób, jakby szykowali się do wycieczki z oblężonej twierdzy. Po chwili jego prywatne ceremonialne sanie zakręcają, a on patrzy wstecz, wzdłuż Newgate, w stronę centrum starego Londynu. Powinien stąd widzieć spory kawał Newgate i Cheapside, aż do odległej Giełdy, ale widzi tylko kolejnych żołnierzy: przybywają z prawej, od strony Phoenix Court, i z lewej, z terenu Szpitala Chrystusowego, formując szyk. To się nie zdarza co dzień. Powietrze wydaje się ciężkie, jakby chciało mu zgnieść czaszkę. Z początku nie wie, o co chodzi, gdyż hałas tłumu jest ogłuszający. Dopiero po chwili dociera do niego, że rozdzwoniły się wszystkie dzwony w Londynie, obwieszczając rozpoczęcie Wisielczego Marszu. Pierwszy odcinek trzymilowej wędrówki mierzy niespełna sto jardów, bo taki właśnie dystans dzieli Newgate od kościoła Grobu Świętego. Pokonanie go zajmuje im zaledwie dwadzieścia minut i Jack pomału dochodzi do wniosku, że podróż nie będzie wcale aż tak trudna, jakby to wynikało z ludowych legend i opowieści. Sam pamięta Wisielcze Marsze znacznie liczniejsze i bardziej niespokojne

- ale też musi przyznać, że ostatni raz uczestniczył w takowym jeszcze przed Zarazą, a dziecku wszystko wydaje się większe. Tak czy inaczej, ma mnóstwo czasu, by pozbyć się sznura, którym Jack Ketch skrępował mu ręce w łokciach. Nie dość, że od początku był zawiązany raczej luźno, to jeszcze łatwo daje się zahaczyć o chropowate deski sań. Już, już ma go zamiar cisnąć w tłum, gdy dochodzi do wniosku, że może znaleźć dla niego lepsze zastosowanie. Pól życia spędził na statkach i zna się na węzłach, więc zanim z gardeł tłuszczy zdąży się wyrwać triumfalne „Jack Shaftoe!”, robi na końcu sznura pętelkę, którą następnie przekłada przez czubek buta. Pętla opiera się o obcas, tworząc coś w rodzaju strzemienia. Paroma nieskromnymi ruchami przewleka sznurek przez nogawkę kalesonów, sięga z przodu za spodnie, podciąga go wyżej i wywleka spod koszuli. W tym momencie znów przydaje mu się żeglarskie doświadczenie, gdy sprawnie wiąże sznurek do pętli na szyi. Nie może spojrzeć do przodu, ale wie, że zajechali pod kościół Grobu Świętego, ponieważ dźwięk jego dzwonu, wcześniej stłumiony, nagle wydaje się ogłuszający. Towarzyszy mu znajomy, niemiły zgrzyt: to dołączył dzwonnik ze swoim monotonnym zawodzeniem. W tych wysiłkach wspierają go wikariusz, grono akolitów i pomagierów. Większość nich, jak przypuszcza rozeźlony Jack, robi to tylko po to, by mieć dobre miejsca na widowni Wisielczego Marszu. Jakaś ceremonia - kompletnie niesłyszalna dla Jacka, który jest na wpół głuchy - odbywa się w tej chwili na schodach przed kościołem. Jack wie, że to dla jego dobra. Ma ochotę znowu

nawrzucać dzwonnikowi, lecz się powstrzymuje. Ci ludzie potrafią być męczący, ale chcą dobrze. Poza tym może któryś z mniej ważnych skazańców czerpie z tej uroczystości jakąś pociechę. Chodzi z grubsza o to, że w zamierzchłych czasach, kiedy kościół Grobu Świętego znajdował się za bramą miasta, na skraju Wielkiej Pustki, był ostatnim kościołem, jaki oglądali zmierzający do Tyburn więźniowie i dawał im absolutnie ostatnią szansę wyrażenia skruchy. We współczesnym Londynie po drodze będą jeszcze mijać liczne inne kościoły, wybudowane przez Wrena, ale tradycja to tradycja. Kościół Anglikański dostaje premię za swój upór. Ceremonia - czymkolwiek jest - nie trwa długo. Wierni podchodzą do więźniów z bukiecikami kwiatów i kubkami wina. Jack z wdzięcznością przyjmuje jedno i drugie, szczodrze sypiąc wyjętymi z kieszeni monetami. Jego gest nie przechodzi niezauważony i wywołuje ryk aprobaty, który Jack słyszy jak łoskot fal przyboju na odległej o milę kamienistej plaży. Gestem przywołuje dzwonnika i nagradza go za jego starania złotą gwineą - którą najpierw przygryza znacząco, wywołując tym wybuchy śmiechu już nie tylko w tłumie, ale także wśród żołnierzy. Rozochocony kiwa również na wikariusza, by zszedł ze schodów. Jemu również wręcza gwineę (ostatnią) jako datek na kościół, ściska mu dłoń i omal nie wyrywa ręki z barku, gdy sanie nagle ruszają naprzód - dzięki Ketchowi, który zauważył, jak gwinee Shaftoe'a - czyli jego gwinee! - znikają w niegodnych ich dłoniach sług Kościoła. Pod jego przewodnictwem konwój pędzi jak ścigany przez mongolską ordę. Dopiero kiedy niebezpieczeństwo

zostaje zażegnane, a konie zwalniają kroku (choć nadal idą całkiem żwawo), Ketch odwraca się do Jacka. Ma rozdziawione usta, nadpsuta szczęka kompletnie mu opadła. „Coś ty sobie myślał, u licha?!”, mówi jego spojrzenie. „Za pieniądze, które tak beztrosko rozdałeś, mógłbym przez rok wyżywić rodzinę!”. W ten oto sposób Jack oddala się od kościoła Grobu Świętego, nie zdążywszy nawet pomyśleć o żalu za grzechy - a przecież taki był główny cel tego postoju. Jeśli nie pokajał się rankiem w więziennej kaplicy, jego strata: drugiej szansy nie dostanie. Prawdę mówiąc, dochodzi do wniosku, że chyba jednak okazał skruchę. Na pewno coś się wydarzyło w kaplicy, jakby opadła ciężka żelazna brona, oddzielając długą i złą część jego życia od krótkiej i lepszej. Łączy się to jakoś z procedurą spożycia monety z chleba, z rytuałem, który ma jakiś głębszy sens, związany, domyśla się Jack, z poczuciem wspólnoty ze wszystkimi, którzy wzięli w nim udział; którzy przyjęli zapłatę tą monetą, Bożym środkiem płatniczym. Krótko mówiąc, Jack czuje się tego ranka dziwnie zjednoczony z całym chrześcijaństwem (nie jest to w żadnym razie uczucie mu znajome), a chrześcijaństwo chyba ten afekt odwzajemnia, bo tłumnie wyległo na ulice, by go pożegnać. Dopiero teraz zaczyna w pełni doceniać wielkość i siłę tłuszczy. Do tej pory obserwował ją z dystansu, jak widz oglądający przedstawienie w teatrze - teraz nagle wszystko się zmienia: to Jack staje się nieszczęsnym aktorem na scenie, a widownią jest cały Londyn. A właściwie nie tyle Londyn, ile cały wszechświat, gdyż

wielu gapiów przybyło spoza miasta. Reagują na wszystkie jego gesty, także te, których wcale nie wykonał. Fale śmiechu przewalają się przez tłum, gdy z ust do ust jest podawany żart, który rzekomo opowiedział. Mniej niż co setny widział Jacka, większość bowiem (jak doskonale pamięta Jack z czasów, gdy sam bywał cząstką takich tłumów) widzi tylko plecy innych. Zwabiła ich legenda: Jack Shaftoe zostanie przewieziony do Tyburn na saniach. Wylegli więc na trasę przejazdu, a nie widząc go, zadowalają się domniemaniem, że jest gdzieś w pobliżu. Jack Ketch, nadal wstrząśnięty i urażony do żywego stratą dwóch gwinei, jest bez wątpienia najważniejszym członkiem publiki: można powiedzieć, że ogląda występ z prywatnej loży na kolach. Jack przypuszcza, że ma teraz w swoim orszaku wszystkich londyńskich konstabli, szeryfów, woźnych sądowych oraz strażników miejskich i więziennych. Nawet w zwyczajny Dzień Wieszania nie wystarczyłoby to, by powstrzymać napierający tłum, toteż zawsze towarzyszy im uzbrojona w krótkie piki piechota. A dziś są jeszcze konni. W pierwszej chwili pomyślał, że to kawaleria, ale później po mundurach rozpoznał Królewskich Black Torrent Guards, czyli budzących grozę dragonów z Tower. Bardzo miło z ich strony, że wybrali się na jego egzekucję, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jak im w ostatnim czasie napsuł krwi. Piękny gest, doprawdy, i zapewne nieprzypadkowy. Ze wszystkich żołnierzy Jego Królewskiej Mości nikt tak jak oni nie chciałby być świadkiem śmierci Jacka. I nikt nie byłby równie solidnym gwarantem, że nie ucieknie. Dlatego też

panorama tłuszczy ogranicza się dla Jacka do tego, co zobaczy pomiędzy deskami sań i krzyżującymi się nogami wojskowych ogierów. Ale i tak widzi niemało. Konwój znalazł się w kleszczach. Na północ od kościoła Grobu Świętego rozciąga się Smithfield, sporawy plac, na którym handluje się bydłem, a od czasu do czasu pali ludzi na stosie ∗. Dwie szerokie ulice, odchodzące łukiem od Smithfield, to Gilt Spur, którą już przemierzyli, i Cow-Lane, która ciągnie się przed nimi. Widać już teraz doskonale, że Smithfield pełni rolę punktu zbornego i zagrody dla ogromnej rzeszy widzów, którzy co najmniej od poprzedniego dnia, a prawdopodobnie nawet dłużej, gromadzą się tu i w buzujących ogniskach palą puste butelki po dżinie. Dźwięk kościelnych dzwonów był sygnałem, na który czekali. Spływają teraz na Smithfield z obu stron: Gilt Spur i Cow-Lane. Tym sposobem jeden milion gapiów znajduje się przed karawaną z więźniami, a drugi napiera na nią z tyłu. Cow-Lane łączy się z Holborn przy wschodnim końcu mostu, który Hooke przerzucił był dawno temu nad Fleet Ditch. Zatem jest to skrzyżowanie o znaczeniu strategicznym. Gdyby tłuszcza zablokowała teraz drogę, konwój nie miałby jak przedostać się na drugą stronę rzeki gówna i dotrzeć na miejsce straceń. Jack tego nie widzi, ale wie, że tam właśnie się kierują, ponieważ grunt pod saniami przechyla się delikatnie, zmuszając go również do odchylenia się od pionu. Zjeżdżają w dół Snów Hill, lada chwila pochód przystanie... Ku jego zdumieniu bez przeszkód skręcają u stóp wzgórza, na brukowaną 

W ten sposób karze się kobiety winne zdrady stanu, zamiast poddawać je bezeceństwom, jakich ofiarą padnie wkrótce Jack.

nawierzchnię mostu. Dopiero znalazły się w połowie jego długości, nad środkiem Fleet Ditch, Jack widzi, co się stało: kompania artylerii uchwyciła przyczółek przy moście i wymierzyła kilka dział (naładowanych zapewne szrapnelami i łańcuchami) w głąb Cow-Lane, w stronę Smithfield. Kawałek dalej druga bateria celuje na południe, wzdłuż kamiennego nabrzeża ścieku, powstrzymując zebrany tam tłum, na oko stutysięczny. Tłuszcza jest więc zmuszona obserwować karawanę z bezpiecznej odległości. Jack wstaje i macha ręką. Dziesięciotysięczna ludzka fala rusza naprzód, aby być świadkami tego

wiekopomnego

wydarzenia.

Trudno

ocenić,

ilu

ginie

stratowanych, ale co najmniej setka zostaje zepchnięta do Fleet Ditch. Jack siada, nie chcąc być odpowiedzialnym za dalsze jatki. Kolejnych dwudziestu widzów wpada do rowu z gównem. Izba Gwiaździsta Dwanaście granów to jedna czterdziesta uncji. Ponieważ złoto jest najcięższą substancją na świecie, czterdziesta część uncji złota jest mniejsza niż ziarnko grochu. Mimo to wystarcza złotnikom, którzy posługując się wyrafinowaną techniką, potrafią rzetelnie określić jakość kruszcu na podstawie tak małej próbki. Pobranie całych dwunastu granów z jednej gwinei byłoby zaprzeczeniem idei Próby Pyxis, test bowiem byłby narażony na kaprysy losu: o wyniku decydowałby niewiele znaczący naddatek lub niedobór złota w jednej jedynej monecie. Stąd konieczność mieszania i próbkowania, która

sprawiła, że na kawałku aksamitu przed panem Threaderem spoczęło dwanaście złotych krążków. Pan Threader, zaopatrzony w potężne nożyce z długimi uchwytami, wstaje, żeby móc użyć większej siły, i sprawnie tnie gwinee na połówki. Uzyskuje w ten sposób dwadzieścia cztery półksiężyce, którym następnie obrzyna rożki (powinno ich być czterdzieści osiem), tak maleńkie, że na czarnym aksamicie przypominają Danielowi punkciki ognia, zwierciadlane odbicie namalowanych na suficie gwiazd. Niczym szalony demiurg, pan Threader tworzy miniaturowy kosmos, który zaludnia półksiężycami i rozsypanymi po firmamencie gwiazdami, po czym pęta ten początkowy chaos okowami ładu: oberżnięte połówki gwinei odkłada na bok, gwiazdki zaś zgarnia w mgławicę na środku aksamitu. Stare palce mają chyba kłopot z wychwytywaniem drobinek, bo raz i drugi musi ślinić opuszkę, jak naukowiec, który nie może uzyskać należytego tarcia na stronicy książki. Oczy wszystkich są na niego zwrócone; może tylko Daniel przygląda mu się z mniejszą uwagą niż inni, bo sprawa Isaaca nie daje mu spokoju. Zerka w stronę lektyki i widzi, że Lord Tajnej Pieczęci wyszedł z bocznej sali, w której wraz z innymi właścicielami największych peruk powinien oczekiwać werdyktu Rady Złotniczej. Jego lordowska mość wpadł na pomysł, że pójdzie się przywitać z sir Isaakiem: właśnie skręca w jego stronę. Na szczęście panna Barton odczytuje jego zamiar i śledzi go złym spojrzeniem - którego on jednak nie zauważa, czy to ze ślepoty, czy też ze zwykłej beztroski. Catherine zastępuje mu drogę. Daniel

odwraca wzrok. Nie chce być świadkiem katastrofy etykietalnej, która za chwilę się wydarzy. - Szanowny panie, proszę tego nie robić! - krzyczy Catherine Barton z kąta Izby Gwiaździstej. Wszystkie głowy zwracają się w jej stronę - wszystkie poza głową Daniela, który spogląda w dokładnie przeciwnym kierunku. Pan Threader zerka na niego sponad okularów i czubkiem długiego palca przyciska jedną z gwiazdek. Kiedy cofa rękę, gwiazdki nie ma. Zgasła. Ale na jej miejsce czym prędzej spada inna, nowa, którą pan Threader chwyta między kciuk i palec wskazujący i dorzuca do stosiku na aksamicie. Jeszcze raz oblizuje palce i Daniel widzi, jak drobinka złota przykleja mu się do języka, a potem znika, prawdopodobnie podążając w kierunku jego nagłośni. Pan Threader zaciera ręce, jakby mu marzły. Całkiem możliwe, że naprawdę mu marzną. Mruga do Daniela porozumiewawczo. Kryzys w kącie został w jakiś sposób zażegnany i Pesour pomału znowu staje się centrum zainteresowania. Stoi nieruchomo, z opuszczonymi rękami, jakby nawet nie drgnął podczas całego tego contretemps. - Sir Isaac stał się ostatnio okrutnie skryty - mówi scenicznym szeptem do jednego ze złotników. - Ciekawe, co stara się przed nami ukryć. Cóż, za kilka minut poznamy wszystkie jego sekrety. Może unikać konfrontacji z Lordem Tajnej Pieczęci, ale nie z tym. Skinieniem głowy wskazuje piec.

Daniel

jest

z

natury

świetnym

ukrywaczem

uczuć

i

powstrzymywaczem impulsów, ale dobrze wie, że pan Threader daje mu umówiony sygnał. - Ty psie! - krzyczy i robi pół kroku naprzód. Sięga prawą ręką za lewe biodro, do kretyńskiego rapiera, który przypasał specjalnie na tę uroczystą okazję. Chwyta rękojeść i do połowy wyciąga broń z pochwy. W tej chwili uwaga wszystkich jest skupiona na nim. Pan Threader gasi następną gwiazdkę i wypuszcza z palców nową. I przeładowuje. - Doktorze Waterhouse... - mówi, trochę niewyraźnie, pewnie dlatego, że próbuje właśnie przełknąć kawałeczek gwinei. Przyjacielu! Dobrze się pan czuje? - Nie jestem pańskim przyjacielem! - odpowiada Daniel i próbuje nie na żarty dobyć rapier. Dopadają go jednak młodsze i silniejsze dłonie, ktoś odgradza go od pana Threadera. - Jestem wiernym przyjacielem sir Isaaca Newtona, człowieka bez reszty oddanego swojej pracy i tak lojalnego wobec króla, że mimo ciężkiej choroby przybył tu dzisiaj, aby być obecnym przy Próbie Pyxis! Chowa rapier, odwraca się na pięcie i wychodzi na otwartą przestrzeń dzielącą Złotników i Obywateli od panny Barton. Wszyscy patrzą na niego, tylko pan Threader jest zajęty swoimi sztuczkami. - I lepiej żeby pan pamiętał, mój panie, że pańskim obowiązkiem jest przeprowadzić ją uczciwie, mimo wrogości, jaką przedstawiciele pańskiej profesji żywią wobec sir Isaaca. Rada...

Daniel wskazuje zamaszystym gestem drzwi bocznej sali. Pochwa z rapierem, do której noszenia nie jest przyzwyczajony, zatacza łuk i uderza go w kostkę, podsuwając mu ciekawy pomysł: zahacza o nią stopą, wymachuje bezradnie rękami i się przewraca. Uczestnicy Próby Pyxis z najwyższym trudem tłumią śmiech, jednakże już po chwili zamierają bez ruchu, porażeni dwoma zupełnie odmiennymi, ale równie hipnotyzującymi widokami jednocześnie: pierwszym z nim jest Catherine Barton, która dopada do Daniela i pochyla się nad nim, dzięki czemu wszyscy mogą zajrzeć jej głęboko w dekolt; drugim jest książę Marlborough, który, wyraźnie poruszony, wychodzi z bocznej sali. - Co tu się wyrabia, na miłość... - zaczyna i milknie, zatopiony w kontemplacji rowka między piersiami panny Barton. - Nic takiego, mój panie - zapewnia go pan Threader. - To tylko chwilowy wybuch emocji. Kiedy w kominku trzaśnie polano, skry sypią się dookoła. Ale wszystkie najważniejsze skry są tutaj. Oburącz wskazuje kopczyk złotych drobin na aksamicie. - Mam nadzieję, że doktor Waterhouse nie zrobił sobie krzywdy. Jeśli jest cały i zdrowy, pozwolicie panowie, że odważę teraz dwanaście granów tych zrzynków. - Nic... mi nie jest - uspokaja go Daniel. - Dziękuję, panno Barton - dodaje. Catherine pomogła mu wstać i teraz otrzepuje go z kurzu. - Przepraszam. Proszę kontynuować. Pan Threader przenosi pincetą drobinki złota - pojedynczo - na szalkę wagi. Na drugiej szalce kładzie dwunastogramowy obciążnik z

zestawu przyniesionego z opactwa. Po minucie ramię wagi wychyla się delikatnie. Pesour rozpoczyna długi i żmudny proces zastępowania większych

odłamków

mniejszymi

oraz,

w

razie

potrzeby,

przełamywania ich na pół, jakby je - w pewnym sensie - rozmieniał. W końcu cofa się od stołu i rozkłada ręce niczym ksiądz. - Stwierdzam, że na szalce tej oto wagi spoczywa próbka metalu uczciwie pobranego ze znalezionych w Pyxis monet, o wadze dokładnie dwunastu granów. Proszę Fusoura o potwierdzenie tego faktu. William Ham podchodzi do stołu. Nie interesował się złotnictwem, odkąd wyrósł z wieku chłopięcego, ale odziedziczył po ojcu miejsce w Kompanii. Daniel domyśla się, że Kompania nie bez powodu wyznaczyła go na stanowisko Fusoura: kilka dni temu w banku stawił czoło sir Isaacowi i Królewskim Gońcom, twierdząc, że nie mają prawa wkroczyć do skarbca i przechwycić znajdującego się w nim depozytu. Szanują go za to: jako stanowczy złotnik stanął w banku na straży świętości angielskiego handlu, teraz zrobi to samo, badając jakość produktu królewskiej mennicy. Dłuższą chwilę stał przy piecu i coś szykował, teraz zaś z drewnianą tacą w rękach podchodzi do wagi. Na tacy leży cieniutki arkusik ołowianej blachy, rozklepany w kształt nieregularnego dysku (trochę przypomina spieczoną skórkę ciastka), forma na kule do muszkietu, szczypce, oraz kostka szarobiałej substancji o boku nieco krótszym niż cal, z półokrągłym zagłębieniem na górnej powierzchni.

William stawia tacę obok wagi i przechyla szalkę ze złotem w taki sposób, aby skrawki gwinei zsypały się na arkusz ołowiu. Składa blaszkę, uniemożliwiając rozsypanie się złota, po czym zgniata ją w nierówną grudkę wielkości orzecha laskowego. Następnie umieszcza ją w jednej połówce formy na kule, przykrywa drugą połówką i mocno ściska formę w szczypcach. Tym sposobem uzyskuje niemal idealnie kulistą paczuszkę: mały globusik, bardziej przypominający szary, dziobaty Księżyc niż Ziemię. Wkłada go w zagłębienie w kupeli (tak właśnie nazywa się sześcianik, wykonany z popiołu ze spalonych kości); kuleczka wpasowuje się zgrabnie w zagłębienie, przywodząc Danielowi na myśl diagramy, na których uczył się geometrii i wpisywania kul w sześciany. William przenosi tacę w pobliże pieca, gdzie czekają już szczypce z długimi uchwytami. Łapie w nie kupelę i wstawia ją w samo serce pieca. Kupela z początku jest szara, ciemna, szybko jednak zaczyna chłonąć - i częściowo oddawać - ciepło, w którym się nurza. Ołów mięknie i się zapada. William spogląda na zegarek. Zawartość kupeli się roztapia, w zagłębieniu tworzy się podtrzymywany napięciem powierzchniowym menisk wypukły. Szary popiół czernieje, nasiąkając ciekłym metalem. Na płycie wzorcowej widnieje napis: Wzorzec odlany ze stopu 22 karatów czystego złota i 2 karatów domieszek w brytyjskim funcie troy, dnia 13 kwietnia 1709. Świętej pamięci sir Isaac Newton pozwoliłby sobie zapewne mieć na ten temat inne zdanie: podejrzewał, że prawdziwa proporcja jest bliższa 23:1, gdyż złotnicy chcą jak najbardziej utrudnić mu Próbę Pyxis. Tak czy inaczej

oznacza to, że gwinee sir Isaaca mają być wykonane praktycznie z samego złota; dozwolona ilość zanieczyszczeń jest minimalna. W dwunastu granach zrzynek, które złożyły się na badaną próbkę, musi być jedenaście (jeżeli wierzyć inskrypcji na płycie wzorcowej) lub więcej (jeśli złotnicy faktycznie ją podrasowali) czystego kruszcu. Aby to sprawdzić, należy oddzielić złoto od niezłota, a następnie zważyć to pierwsze. Kompania Złotnicza już przed wiekami odkryła, że kiedy stopi się próbkę w kupeli w obecności ołowiu, mniej szlachetne metale rozpuszczą się w nim i razem wsiąkną w porowaty materiał jak woda w gąbkę. Czyste złoto zostanie na powierzchni, tworząc maleńką gąskę w zagłębieniu. To właśnie zjawisko mogą teraz obserwować Daniel i członkowie obu Rad. Mimo że nie ma w nim nic nadprzyrodzonego, Danielowi wydaje się nie mniej magiczne niż to, które przed chwilą oglądał w lektyce. Uwolnienie lśniącego złota z roztopionej grudy ołowiu przypomina mu sen Karoliny. Jeśli kupela będzie się zbyt długo wygrzewać w piecu, złoto częściowo odparuje i straci na wadze, co byłoby nie fair wobec Mistrza Mennicy; jeżeli zostanie wyjęta zbyt szybko, w złocie pozostaną nieszlachetne domieszki, co z kolei byłoby nie fair wobec króla. Wiedza o tym, ile czasu powinna spędzić w ogniu, jest zazdrośnie strzeżonym sekretem złotników. Daniel ma wrażenie, że William dyskretnie zerka na pozostałych jedenastu członków Rady, bez słów zasięgając ich opinii. W którymś momencie najwyraźniej dochodzą do porozumienia, bo znów sięga po szczypce, wyciąga kupelę z pieca i odstawia na bok, na cegłę, by ostygła. Ołowiany

płaszcz zniknął, kupela pociemniała i przybrała kolor węgla drzewnego, a w zagłębieniu na jej górnej powierzchni została gąska: maleńka, okrągła kałuża złota. Alchemia przemieniła gwiazdy i księżyce rozsypane na nieboskłonie pana Threadera w małe, złociste słońce. Teraz muszą tylko poczekać, aż ostygnie, żeby je zważyć. Holborn Holborn miała być dla Jacka Doliną Cienia Śmierci. Może tak by ją postrzegał, gdyby jechał zwrócony twarzą do kierunku jazdy i patrzył na podpełzające coraz bliżej Tyburn. Został jednak posadzony tyłem i może oglądać tylko oddalający się Londyn. Jest w tym ukryty komunikat dla niego: patrząc wstecz, powinien z żalem wspomnieć swoją zdradę. Nic z tego. Jack jest jak iskra przenoszona przez okop wypełniony prochem. Zamiast kojarzyć się z Doliną Cienia Śmierci, Holborn przypomina mu wąwóz, w którym pieni się i tętni życie wystawione dla niego na pokaz i stanowiące doskonałą rozrywkę dla człowieka, który powinien oddać się rozważaniu popełnionych grzechów. Nie rozpoznaje nikogo konkretnego, ale Londyn - jako całość wygląda równie znajomo, jak twarze wiernych w kościele w niedzielny poranek widziane oczami starego pastora. Rozróżnia wyraźne grupy gapiów. Oddział handlarek ryb, w sile batalionu, zaszedł z flanki baterie artylerii przy moście, przemaszerował Chick Lane i okrężną drogą dotarł na zachodni brzeg Fleet Ditch, gdzie

podzielił się na kompanie i plutony, które zajęły dogodne stanowiska przy Saffron Hill, na Dyerś Court, Plough Yard i Bleeding Heart Court. Są to przecznice dochodzące do Holborn na odcinku, na którym wspina się znad Fleet Ditch pod górę, gdzie Wisielczy Marsz jest zmuszony poruszać się bardzo powoli. Zaalarmowane posuwającą się na zachód falą zgiełku handlarki wyskakują z zasadzek i ruszają do natarcia: wypadają na drogę, roztrącają pikinierów, przeciskają się między dragonami, i obrzucają Jacka garściami czarnych monet, wygarniętych z kieszeni fartuchów. Monety łomoczą o sanie jak szrapnele, rykoszetują i dźwięczą w powietrzu jak elfie dzwoneczki. Jack odrywa guzik od surduta i rzuca go handlarce, której udało się przedrzeć przez kordon i dotrzeć na odległość kilku jardów od sań. Jest tak zaskoczona, że z trudem łapie guzik w locie. Jack obrywa w nos garścią rybich wnętrzności. Odpowiada ogniem: rzuca kolejny guzik. Atak regimentu handlarek ryb udaje się odeprzeć przy niewielkich stratach własnych. Karawana dociera do szczytu wzgórza i wjeżdża na najszerszą część Holborn, która ciągnie się tu przez milę w kierunku Broad St. Giless, łącząc eleganckie place, które Jack pamięta jeszcze jako pastwiska dla krów. Na wysepce przy Holborn Bar stoi purytanin w czarnym stroju. W wyciągniętych nad głowę rękach trzyma Biblię, otwartą na fragmencie, który jego zdaniem Jack powinien przeczytać. Inny purytanin przedziera się przez kordon, dopada do sań i gramoli się na nie, szykując się do ochrzczenia Jacka za pomocą trzymanego w ręce kubła z wodą. Jadący na platformie

kapelan Newgate nie może sobie na to pozwolić. Reaguje błyskawicznie: zeskakuje z pojazdu, podbiega do sań i zaciska dłoń na uchwycie chrzestnego kubełka. Zaczynają się z purytaninem mocować i wywołują małe zamieszanie, z którego korzysta gromadka katolików (tak przynajmniej domyśla się Jack, sądząc po ich mnisich habitach) i dołącza do procesji. Na jej czele stoi ksiądz, a towarzyszą mu potężnie zbudowani bracia zakonni - co jest całkiem logiczne, bo samotny papista nie przeżyłby w tym tłumie nawet dziesięciu sekund. Ksiądz dogania sanie, spogląda Jackowi w oczy i zaczyna coś pospiesznie recytować, zapewne po łacinie. Ostatnie namaszczenie! Bardzo ładny gest. Nieustraszony papistowski oddział uderzeniowy działa zapewne na rozkaz Ludwika XIV, wydany z tajnej kwatery głównej króla w podziemnej kaplicy w Wersalu. Z niewiadomego dla Jacka powodu karawana się zatrzymuje. Jack daje się ponieść emocjom, wczuwa się w chrześcijański nastrój i rzuca księdzu swoją piękną fioletową pelerynę, dając mu na migi do zrozumienia, by oddał ją ubogiej starowinie, o, tej tam, która jakimś cudem przedarła się na czoło tłumu. Teraz swoje pięć minut mają zamożniejsi mieszkańcy miasta. Korowód minął Chancery Lane i znalazł się w dzielnicy zamieszkanej przez sławnych i bogatych: mija Red Lyon Square, Waterhouse Square, Bloomsbury - to na północy. Od południa dochodzi Drury Lane, łącząca Holborn z Covent Garden i Long Acre. W związku z tym jedna strona widowni należy tu do książąt handlu, a druga do dziwek i aktorów. Kupieckie tuzy, obracające milionami funtów, mało

nie pospadają z balkonów, tak się pchają, żeby go zobaczyć i powygrażać mu pięściami. Damy z drugiej strony ulicy są znacznie bardziej pobłażliwe. Wiedziony nagłym impulsem Jack wstaje, zdejmuje surdut i rzuca go w tłum prostytutek. Ubranie zostaje w mgnieniu oka rozszarpane na strzępy. Jack zostaje w samej kamizelce ze złotogłowiu, z której zdążył już oberwać parę guzików. Odwraca się i sprawdza, czy Ketch widzi, co się dzieje. Widzi. Widzi doskonale. Był przerażony, kiedy Jack zaczął rozdawać jałmużnę przy kościele Grobu Świętego, ale potem się uspokoił, wmawiając sobie, że był to po prostu wypadek przy pracy, niewytłumaczalna chwila słabości Shaftoe'a. Tym bardziej musi cierpieć teraz, patrząc, jak Shaftoe się rozbiera i rzuca bezcenne szaty w tłum. Przy St. Giless szykuje się kolejny rytuał: procesja się zatrzymuje i więźniowie zostają poczęstowani piwem. Jack wypija kilka kufli, płacąc za nie złotymi guzikami. Kiedy ruszają dalej, aby przy Tottenham Court skręcić w Oxford Road, kamizelka wisi na nim luźno: nie ostał się już żaden guzik. Na skrzyżowaniu stoi powóz, niczym łódź, która ugrzęzła na mieliźnie pośrodku bystrzyn. Stoi na nim gruby książę, który specjalnie zajął taką pozycję, by jadący na zachód i odwrócony tyłem Jack dobrze go widział. Wykrzykuje jakieś bardzo nieprzyjemne rzeczy, a kiedy dociera do niego, że w ogólnym rozgardiaszu Jack i tak go nie słyszy, czerwienieje i zaczyna się drzeć i gestykulować z taką furią, że aż przekrzywia mu się peruka. Zwykli ludzie - pomijając

niektóre handlarki ryb - są znacznie bardziej dobroduszni. Przy skrzyżowaniu z Marybone Lane, gdzie na północy rozciągają się szerokie łąki, do sań podbiega niepozorny człowieczek i podaje Jackowi półkwaterek wina. Jack oddaje mu kamizelkę. Docierają na Tyburn Cross. Jest to pustynia wielka jak Ocean Spokojny, szczelnie wybrukowana ludzkimi twarzami. Ponad morzem ludzi w paru miejscach wznoszą się różne obiekty: uwięziony w tłumie wóz; drzewo, które lada chwila runie pod ciężarem oblepiających je gapiów; kilku jeźdźców; oraz Potrójne Drzewo które Jack zauważa dopiero wówczas, gdy sanie się pod nim zatrzymują. Jest to niezwykłe rusztowanie z sześciu potężnych drewnianych belek: trzech pionowych kolumn i trzech poprzeczek, tworzących w górze trójkąt. Wygląda na swój sposób pięknie, człowiek ma wrażenie, że wchodzi do budynku bez dachu, do domu, którego sufitem jest niebo. W promieniu rzutu kamieniem od Drzewa nie ma widzów: pikinierzy i Królewscy Black Torrent Guards powstrzymują falującą gawiedź. Niektórzy jeźdźcy pchnęli wierzchowce na skraj tłumu i stoją tak, z obnażonymi szablami i pistoletami gotowymi do strzału; inni zsiedli z koni i założyli bagnety na lufy muszkietów. Wstępne egzekucje okrutnie się wloką. Jack, chcąc trochę rozruszać publikę, ściąga spodnie i wywija nimi nad głową, aż monety z kieszeni sypią się we wszystkie strony. Gdzieś po drodze zgubił perukę, z ubrania została mu więc już tylko bielizna, buty i sznur na

szyi. Pójdzie na spotkanie z Bogiem jak żebrak, jak ten Łazarz, o którym rano czytał kapelan. Pozostali skazańcy już nie żyją. Ich ciała zdobią dwie poprzeczki Trzynogiej Klaczy, trzecia jest w całości zarezerwowana dla Jacka. Jack wsiada na wóz i zostaje podwieziony pod wolny kawałek szubienicy. Zmęczonymi natłokiem wrażeń oczyma spogląda w górę i przez chwilę widzi tylko niebo, przecięte na dwoje noszącą ślady sznurów belką. Słychać strzały. Jack opuszcza głowę. Pierwszy raz ogląda tłum z wysoka, ale i tak nie widzi, żeby gdzieś się kończył. Chmura prochowego dymu unosi się nad czarną falangą jakichś kwakrów albo barkerów. Nikt nie wie o co chodzi. Przygotowania trwają. Rój much podrywa się z rzeźnickiego stołu Jacka Ketcha, kiedy ten rzuca nań swoje zawiniątko. Poluzowuje dwa troki i wytrząsa zawartość: komplet przyborów do patroszenia ludzi. Stół wygląda jak strup wielkości sporego łóżka. Ketch rozkłada na nim narzędzia, sprawdzając kciukiem ostrość niektórych. Szczególnie uważnie ogląda zardzewiałe kajdany, dając Shaftoe'owi do zrozumienia, że nawet pod koniec całej operacji będzie żywy i przytomny. Kiedy przed kilkoma godzinami wyruszali z Newgate, Ketch miał prawo oczekiwać, że pod wieczór będzie bogatym człowiekiem. Złote guziki, monety w kieszeniach, cały elegancki strój - to wszystko miało należeć do niego. Spłaciłby długi i kupił dzieciom buty.

Teraz zaś okazuje się, że nie dostanie nic. Do tej pory Shaftoe unikał patrzenia mu w oczy, nie wiedział więc (i nie interesował się tym), jak Ketch reaguje na postępujące ubożenie jego niedoszłej fortuny: przeklina, płacze czy po prostu nic wierzy własnym oczom. Teraz jednak mierzą się wzrokiem - Shaftoe stoi na wozie, Ketch przy swojej jatce - i Shaftoe stwierdza, że Ketch jest absolutnie niewzruszony. Nie widać po nim śladu ciepłych uczuć, jakie okazywał wcześniej na Dziedzińcu, tak jakby tamtej sceny w ogóle nie było. Nawet gdyby zdjął teraz kaptur, jego twarz byłaby równie nieprzenikniona jak ta czarna skórzana maska. Stał się profesjonalistą w każdym calu, chłodnym i opanowanym. Pod pewnymi względami zemstę ma ułatwioną: wystarczy przecież, że rzetelnie wykona wyrok sądu i uśmierci Shaftoe'a in terrorem. Shaftoe zaczyna wątpić, czy obrał właściwą strategię. Młodszy człowiek na jego miejscu byłby po prostu przerażony, ale w jego wieku taka refleksja to pocieszający znak. Świadczy o dobrym planowaniu. Powinien teraz coś powiedzieć. - Ja, Jack Shaftoe, znany również jako l'Emmerdenr, Król Wagabundów, Ali Zaybak, Żywe Srebro, Władca Boskiego Ognia i Jack Mincerz, kajam się za moje grzechy i powierzam duszę Bogu. Proszę tylko o uczciwy chrześcijański pogrzeb dla wszystkich moich członków, jeśli uda się je zebrać do kupy. Razem z głową. Wiadomo bowiem powszechnie, że medycy z Kolegium Lekarskiego zbierają się w tej chwili przy stole chirurgicznym przy Warwick Lane, ostrzą

skalpele i szykują się do otwarcia mojej czaszki, żeby pogrzebać mi w mózgu w poszukiwaniu schronienia, w którym od lat pomieszkuje duch przekory. Nie chciałbym, żeby do tego doszło. No, wystarczy tego gadania. Panie Ketch, oddaję się w pańskie ręce. Proszę tylko, by po dwakroć sprawdził pan węzeł, bo kiedy w nocy Betty wpadła nas obsłużyć w Celi Skazańców, skarżyła się, że stracił pan zapał do swojego fachu i szuka pracy w charakterze służącej do wszystkiego. Z życiem, człowieku, bierz się do roboty. Medycy nie będą czekać w nieskończoność... Więcej nie udaje mu się powiedzieć, gdyż Ketch zdążył przez ten czas przerzucić wolny koniec sznura przez poprzeczkę i go naciągnąć. Mocno. Wcześniej obiecywał, że sznur będzie luźny, spadek długi, a zgon szybki - ale to było, zanim Shaftoe złamał ich niepisaną umowę. Ketch napina sznur tak mocno, że skazaniec już tylko pozornie stoi na platformie - w rzeczywistości czubkami palców ledwie muska jej deski. - Za parę minut się tobą zajmę, Shaftoe - szepcze Ketch. Węzeł za uchem popycha Jackowi głowę w dół, nie może więc nie zauważyć, że platforma już spod niego wyjechała. Przypomina sobie o sznurku przeciągniętym pod bielizną od buta do pętli i napiera nań stopą, co daje mu odrobinę wytchnienia i pozwala podnieść wzrok. Na platformie za jego plecami kapelan więzienny i katolicki ksiądz prześcigają się w modlitwach. Cztery pary koni czekają obok Potrójnego Drzewa, skierowane w cztery strony świata jak cztery główne wiatry na róży wiatrów,

gotowe na ostatni i najbardziej widowiskowy akt przedstawienia. Kilka osób, zapewne związanych w taki czy inny sposób z jakimiś aspektami patroszenia i ćwiartowania, stoi przy szubienicy i przygląda się Jackowi. Jednym z nich jest mężczyzna w mnisim habicie, członek eskorty katolickiego księdza na Holborn. Mnich staje obok rzeźniczego stołu Ketcha. Kaptur ma spuszczony na twarz i mocno ściągnięty sznurkiem, przez co ogląda świat z głębi tunelu z czarnego samodziału. Unosi głowę i spogląda na Jacka, sprytnie ustawiając się w taki sposób, by promienie słońca przeniknęły w głąb tunelu. Jack spodziewa się ujrzeć twarz Enocha Roota albo jakiegoś obłąkanego świętego pustelnika. Rozpoznaje w mnichu swojego brata, Boba. To wyjaśnia, skąd się tu wziął. Bob ma swoje kontakty wśród Królewskich Black Torrent Guards. Przez jedną krótką, cudownie niedorzeczną chwilę Jack łudzi się, że ktoś będzie próbował go uratować. Zaraz potem zdejmuje go strach: może Bob jest tu po to, żeby uczepić się jego nóg i przyspieszyć śmierć? Albo po prostu zastrzelić go z pistoletu i skończyć te męczarnie? Sznurek pod bielizną pękał Jack opada o dwa cale, węzeł łomocze go w potylicę, sznur się napina. Jack wpatruje się w brata. W tej chwili, tak jak w dzieciństwie, świat przestaje dlań istnieć. Jest tylko Bob.

Do tej pory Bob trzymał ręce złożone na piersi i ukryte w przepastnych rękawach habitu. Widząc niepokój na twarzy Jacka, rozkłada je szeroko, jak jakiś święty. Rękawy falują gwałtownie. Z prawego wylatują dwa skowronki, z lewego kos. Przez chwilę kołują bezmyślnie nad szubienicą, po czym stwierdzają, że nie jest Prawdziwym Drzewem, i wznoszą się wyżej, ku światłu. Jack odczuwa wielką ulgę. Z łatwością odczytuje komunikat Boba: uciekli. Cala trójka. Są w drodze do Ameryki. Słyszy zgiełk. Nie wie, czy to dudnienie krwi w uszach, czy ryk tłumu - czy może jazgot armii demonów i zastępów aniołów walczących o jego duszę. Przewraca oczami, aż łyskają białka, kiedy próbuje śledzić lot ptaków. Niebo, jeszcze przed chwilą błękitne, szarzeje i się kurczy, aż upodabnia się do ołowianej monety, na której widnieją dwa białe ptaki i jeden czarny. Izba Gwiaździsta Odczekawszy stosownie długo, pan Threader chwyta kupelę szczypcami i odwraca ją do góry nogami nad wypolerowaną szalką wagi. Gąska złota - obły paciorek - spada na szalkę, odbija się i przez chwilę drży dźwięcznie. Wokół niej osypują się drobinki spalonych kości. Pan Threader zdmuchuje je i szturcha gąskę pincetą, by strząsnąć z niej ewentualne inne paprochy. Upewniwszy się, że ma przed sobą czyste złoto, na drugą szalkę kładzie dziesięciogramowy

odważnik, który jest absolutnie niewystarczający, by zrównoważyć ciężar gąski (to dobry znak). Pan Threader bierze więc do ręki pincetę z uchwytem z kości słoniowej i dodaje nią obciążnik o wadze jednego grana. Waga drgnęła, nadal jednak przechyla się na korzyść złotej gąski. Pesour sięga teraz po odważniki tak małe, że Daniel ledwie je widzi:

kwadraciki

złotej

folii

ostemplowane

ułamkowymi

oznaczeniami. Pan Threader piętrzy je w mały stosik, po czym zamiera bez ruchu; kręci głową; zgarnia na bok mnóstwo małych kwadracików i zastępuje jednym większym; chrząka; prycha. W końcu odkłada wszystkie odważniki na swoje miejsca w kasetce i zamiast nich kładzie na szalce dwunastogramowy ciężarek, który wcześniej posłużył mu do zważenia okrawków tuzina gwinei. Szalki długo się kolebią; igła wychyla się po równo to w jedną, to w drugą stronę, aż wreszcie tarcie bierze górę. Igła nieruchomieje w tak idealnie centralnym położeniu, że pan Threader musi przysłonić dłonią nos i usta, żeby nie spłoszyć jej swoim tchnieniem. Przybliża oczy do skali, aż prawie omiata ją rzęsami. Kiedy się cofa i prostuje, jest jedynym człowiekiem w Izbie Gwiaździstej, który poruszył choćby jednym mięśniem. Wszyscy bowiem zwrócili uwagę, że ważenie się przeciąga, i zauważyli, że Pesour sięgnął po dwunastogramowy obciążnik. To bardzo dziwne. - Ciężar gąski wynosi dwanaście granów - obwieszcza pan Threader. - To jakaś pomyłka - mówi zdezorientowany przełożony złotników. - To niemożliwe! Gwinee musiałyby się składać z czystego

złota! - Chyba że w kupeli zaszła przemiana - szepcze pan Threader do Daniela. - I metale nieszlachetne zmieniły się w złoto. - Gdzieś musiał zostać popełniony błąd - upiera się złotnik, szukając poparcia u pozostałych członków Rady. Ale William Ham nie zamierza dłużej tego słuchać. - To poważne oskarżenie - zauważa. - Przydałyby się dowody. - Dowody?! Tu jest dowód! - Złotnik wskazuje wagę. - To, co tu widzimy, dowodzi tylko, że sir Isaac bije uczciwe gwinee, a brytyjski pieniądz jest najrzetelniejszy na świecie - zauważa William. - Wszyscy członkowie Rady obserwowali Próbę... Ba! Uczestniczyli w niej! Mam rację? Nie zauważyliśmy żadnych uchybień.

Milcząc,

zgodziliśmy

się

z

jej

przebiegiem

i

zatwierdziliśmy wynik. Jeżeli teraz chce pan wszystkiemu zaprzeczyć, proszę podejść do tego oto człowieka i powiedzieć mu prosto w oczy: „Szanowny panie, nie znamy się na probierstwie!”. Wyciągniętą ręką wskazuje kąt Izby Gwiaździstej, gdzie książę Marlborough rozmawia z jakimś dostojnikiem. William jest bankierem, niepraktykującym złotnikiem. Ma niską pozycję w hierarchii Kompanii i niewielką siłę przebicia, ale poza granicami elitarnego złotniczego klubu, w City, wypracował sobie gravitas, która sprawia, że gdy coś mówi, wszyscy go słuchają. To dlatego wyznaczyli go na Fusoura. I może właśnie przez to naczelny złotnik usiłuje podważyć rzetelność Próby - obawia się jego wpływów. Ale takie polityczne subtelności umykają Danielowi;

najważniejsze, że (to nawet on dostrzega) zarówno złotnicy, jak i obywatele miasta są pod wrażeniem słów młodego Hama. Jeśli ktoś w ogóle zwraca uwagę na protest, to spogląda na jego autora przelotnie, nawet nie odwracając się w jego stronę, jakby z zaciekawieniem przyglądał się maruderowi. Trzeba złotnikowi przyznać, że szybko orientuje się w sytuacji. Jeszcze przez chwilę krzywi się na myśl o tym, co będzie musiał zrobić, a potem jego twarz traci wyraz. - Dobrze - mówi. - Musimy oddać sprawiedliwość sir Isaacowi. Żaden inny Mistrz Mennicy nas tak nie drażnił, ale też nigdy nie twierdziliśmy, że nie umie się obchodzić z piecem i tyglem. Wraz z całą Radą Złotniczą zwraca się w kierunku Marlborougha i wszyscy kłaniają się w pas. Książę pierwszy to zauważa i ruchem głowy daje znak swojemu rozmówcy, który odwraca się i patrzy na złotników. Daniel rozpoznaje Isaaca Newtona. Odczuwa swoistą dumę z faktu, że jego przyjaciel został w ten sposób uhonorowany i - najwyraźniej - zyskał uznanie księcia. Mija jeszcze chwila, zanim sobie uświadamia, że Isaac nie żyje. Dworską scenę przerywa zamieszanie w galerii prowadzącej do Izby od strony New Pałace Yard: jakiś ordynus chce popsuć imprezę. Sierżant usiłuje go powstrzymać. Ich kroki i podniesione głosy rozbrzmiewają coraz bliżej. - W jakiej sprawie... - W sprawie królestwa, mój panie! - Ale z kim...

- Z moim dowódcą! Księciem Marlborough. Nie wiem, może pan o nim słyszał? Autor tych słów wparowuje do Izby Gwiaździstej. Kuleje. Ma mundur pułkownika i drewnianą nogę z rzeźbionego hebanu. Staje jak wryty, gdy dociera do niego, że przeszkodził w jakiejś uroczystej chwili. Nie wie co powiedzieć, a sytuacja szybko się pogarsza: lordowie zebrani w sali obok nabrali podejrzeń, że umyka im coś ważnego, i większość wybrała ten właśnie moment na to, by się przenieść do Izby Gwiaździstej. Ich miny są jednoznaczne: „Albo wyjaśnienia, albo stryczek!”. Przez ten czas Danielowi udało się rozpoznać przybysza - to Barnes z Królewskich Black Torrent Guards. Pułkownik już wcześniej miał ochotę wykopać sobie grób i się w nim schować, zanim z sąsiedniej komnaty wysypali się Skarbnik Koronny, minister skarbu, Pierwszy Lord Skarbnik, Lord Tajnej Pieczęci i Lord Kanclerz, w towarzystwie rzeszy hanowerskich książąt, których wystarczyłoby do podbicia Saksonii, teraz zaś oprócz drewnianej nogi ma także drewniany język i drewniany mózg. Tylko Marlborough waży się zmącić panującą ciszę. - Panowie... - mówi, odczekawszy, aż sąsiednia sala opustoszeje. - Rady Obywateli i Złotników wydały werdykt. A jeśli dobrze odczytuję inne sygnały, mamy również wieści z Tyburn Cross. Daniel zerka na Barnesa, który rozpaczliwie kręci głową, wytrzeszcza oczy, macha rękami i udaje, że podrzyna sobie gardło.

Marlborough go nie zauważa: nie odrywa wzroku od lordów i Hanowerczyków. - Czy możemy usłyszeć decyzję Rad? - pyta. Pesour i Fusour przez chwilę nawzajem ustępują sobie za pomocą gestów pierwszeństwa, aż w końcu William występuje naprzód i kłania się nisko. - Zaraz sporządzimy stosowny dokument, który zostanie złożony na

ręce

Skarbnika

Koronnego

-

zaczyna.

-

Z

prawdziwą

przyjemnością spieszę jednak poinformować panów, że próba została przeprowadzona i wykazała bez cienia wątpliwości, że jeszcze nigdy w dziejach królestwa pieniądz Jego Królewskiej Mości nie był tak doskonały i solidny. Mistrzowi Mennicy Królewskiej, sir Isaacowi Newtonowi, należą się wyrazy najwyższego uznania! Isaac się waha, ale wypowiedź Fusoura wywołuje burzę wiwatów, która nie chce przycichnąć, dopóki Newton nie wyjdzie na środek sali i się nie ukłoni - co czyni z werwą i wdziękiem; od lat nie poruszał się tak raźno i żwawo. Daniel rozgląda się w poszukiwaniu panny Barton, ale znajduje ją dopiero, gdy staje ona obok niego, łapie go pod ramię i cmoka w policzek. - Jestem zaszczycony, mogąc służyć mojemu krajowi - mówi Isaac. - Niektórzy wyróżniają się w bitwach (skinienie głowy w stronę Marlborougha), inni słyną z udzielania rozumnych rad (ruch głowy wskazujący - o dziwo! - Daniela), jeszcze inni z urody i wdzięku (panna Barton). Ja biję monety i dokładam wszelkich starań, aby miały należytą wartość, jako że stanowią fundament, na którym

oszczędni i przedsiębiorczy obywatele naszego królestwa budują handlowe imperium. - Jest jeszcze jedno, na czym zna się pan jak nikt inny, prawda, sir Isaacu? Marlborough stara się artykułować wyrazy bardzo wyraźnie, na użytek Hanowcczyków, ale i tak czeka, aż Johann von Hacklheber przełoży im jego słowa. - Mam oczywiście na myśli ściganie tych, którzy fałszują pieniądze - dodaje. - Rzeczywiście, to również należy do obowiązków Mistrza Mennicy - przytakuje Isaac. Barnes znów wrócił do swojej rozpaczliwej pantomimy, ale nie jest w stanie zwrócić na siebie uwagi księcia, który nie spuszcza Niemców z oka. - Nie pomylę się chyba, twierdząc, że dzisiaj sir Isaac odniósł triumf podwójny: tutaj, podczas Próby Pyxis, ale także w Tyburn, gdzie, jak powiedzieliby niektórzy, zwycięstwo było jeszcze ważniejsze. Pułkowniku Barnes? -

Tak,

mój

panie.

Jack

Shaftoe,

l'Emmerdeur,

Król

Wagabundów, znany także jako Jack Mincerz, został powieszony. - Powieszony, wypatroszony i poćwiartowany, zgodnie z wyrokiem sądu? - upewnia się Marlborough z takim naciskiem, że bardziej niż pytanie przypomina to stwierdzenie faktu. - Powieszony, mój panie. - Słowa Barnesa zawisają na chwilę w powietrzu, jak wierzgający wisielec na szubienicy. Pułkownik czuje,

że musi coś dodać. - Za szyję. Na śmierć. - Nie na śmierć. Został tylko przyduszony, a następnie odcięty ze sznura, wypatroszony i poćwiartowany, tak? - Panu Ketenowi nie udało się wykonać... ehm... dalszych postanowień

sądu,

to

jest

wywleczenia

wnętrzności

i

rozczłonkowania, na martwym ciele świętej pamięci łotra nazwiskiem Shaftoe. - Zechce nam pan łaskawie wyjaśnić, co mu przeszkodziło, pułkowniku? Ma miękkie serce? A może zapomniał swoich sztućców? - Tłuszcza mu przeszkodziła, mój panie. Groźny i rozjuszony tłum, największy, jaki kiedykolwiek zgromadził się na naszej wyspie. W kontyngencie hanowerskim wybucha przyciszona dyskusja, gdy Johann von Hacklheber próbuje przełożyć „tłuszczę” na literacką niemczyznę. - Właśnie dlatego kazałem Królewskim Black Torrent Guards pilnować szubienicy: spodziewałem się większych tłumów niż zwykle - mówi z roztargnieniem Marlborough w preludium do wybuchu prawdziwej wściekłości. Barnes widzi, co się święci. - Wypełniliśmy ten rozkaz, mój panie. Wieszanie przebiegło bez przeszkód. Udało nam się również bezpiecznie wyprowadzić z Tyburn Jacka Ketcha, szeryfów i strażników. Niestety, trzeba będzie odbudować szubienicę, ale to robota dla cieślów, nie żołnierzy. - Rozumiem. Uznał pan, że rozsądniej będzie wycofać się, zanim dojdzie do patroszenia i ćwiartowania.

- Tak jest. Wtedy to właśnie podniecona tłuszcza zalała szubienicę, żeby go odciąć... - Jego? - pyta Isaac Newton. - Czy jego zwłoki? - Pułkowniku Barnes... - wtrąca się Marlborough. - Czy tłum odciął skazańca, czy tylko naparł na szubienicę z zamiarem odcięcia go? - Jeżeli pytasz, mój panie, o człowieka, który trzymał nóż, nie potrafię podać jego nazwiska - mówi pułkownik. - Miałem wtedy ważniejsze zadanie do wykonania: dowodziłem moim oddziałem. - W jaki sposób? Jakie rozkazy pan wydał? - Bagnet na broń. A potem kazałem otoczyć kordonem Jacka Ketcha i innych żyjących uczestników uroczystości. - Kazał pan strzelać? - Nie. Uznałem, że byłoby to samobójstwo. Zawsze jestem gotowy na śmierć na służbie, ale doszedłem do wniosku, że śmierć w tamtym momencie przeszkodziłaby nam w wykonaniu misji. - Zawsze mi się wydawało, że w pańskiej duszy, pułkowniku, wojownik zmaga się z pastorem. Widzę, że wojownik jednak zwyciężył, pastor bowiem kazałby strzelać i pokładał ufność w Bogu. Tylko wojownik mógł wybrać trudną drogę zdyscyplinowanego odwrotu. Barnes, który spodziewał się wszystkiego, tylko nie pochwał, salutuje i się czerwieni. - Pytają, dlaczego żołnierze nie ostrzelali tłumu, by przywrócić porządek - odzywa się Johann von Hacklheber w imieniu oddziału

wyraźnie nachmurzonych Hanowerczyków. - Dlatego że jesteśmy w Anglii, a w Anglii nie masakruje się cywilów - wyjaśnia Marlborough. - To znaczy, zdarza się, ale usilnie staramy się zerwać z tą niechlubną tradycją. Niech pan to ujmie jakoś bardziej dyplomatycznie, Freiherr von Hacklheber. I proszę dopilnować, żeby ta informacja dotarła do nowego króla, żebyśmy nie musieli szczuć go barkerami. - Mruga porozumiewawczo do Daniela. Isaac nie śledził tej wymiany zdań zbyt uważnie. - Właściwie dobrze się składa, że ciało Jacka Shaftoe pozostało nietknięte - zauważa. - Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł przeprowadzić sekcję jego zwłok w Kolegium Lekarskim i dowiedzieć się, co sprawiło, że był takim człowiekiem, jakim był. - Wiem o tym - mówi Barnes. - Cały Londyn wie, Jack bowiem sam to powiedział, stanąwszy pod szubienicą. Może tylko ujął to nieco barwniej... Tym właśnie rozjuszył tłum. - Trudno. - Isaac wzrusza ramionami. - Niech pańscy ludzie dostarczą ciało do Kolegium. - Nie wiemy, gdzie jest. - Przy Warwick Lane, niedaleko Newgate. - Ehm... Nie wiemy, gdzie jest ciało. - Słucham?! Newton spogląda pytająco na Marlborougha, ale książę wdał się właśnie w kulturalną konwersację z Hanowerczykami i nie ma dla niego czasu. Niemcy nie od razu zrozumieli impertynencję żartu o barkerach; nie mogli uwierzyć, że książę mógł być aż tak

nieuprzejmy. Zaczynają się złościć, niektórzy nawet odrobinkę pienić. Johann von Hacklheber, widząc, że znalazł się między młotem a kowadłem, wycofuje się chyłkiem i próbuje wziąć udział w bezpieczniejszej i ciekawszej rozmowie - tej na temat trupa Jacka Shaftoe. - Po tym, jak zwłoki zostały odcięte, tłuszcza je podniosła opowiada Barnes. - Posłałem żołnierzy, żeby odebrali trupa, ale ludzie cofnęli się i rzucili ciało. - Na ziemię? - Nie, w głąb tłumu. Złapali je stojący dalej gapie. Na widok moich ludzi znowu je odrzucili i przejęli je następni. Wkrótce wykształciła się, jeśli można tak powiedzieć, regularna procedura przekazywania zwłok z rąk do rąk i musiałem wspiąć się pod szubienicę, by śledzić ich wędrówkę. Można powiedzieć, że... szybowały nad tłumem. Jak listek porwany wzburzonym nurtem strumienia, tak i one dawały się nieść niewidzialnym prądom i zawirowaniom tłuszczy, zachowując jednak stały kierunek: jak najdalej ode mnie. Isaac wzdycha. Znów wygląda na swoje lata. - Proszę mi oszczędzić dalszych poetyckich opisów i odpowiedzieć wprost na pytanie: gdzie po raz ostatni widział pan ciało Jacka Shaftoe? - Zniknęło mi z oczu na zachodnim horyzoncie. Isaac wytrzeszcza oczy. - Tłum był ogromny - tłumaczy Barnes.

- Jest pan całkowicie pewien, że po odcięciu ze sznura Shaftoe był martwy? - Za pozwoleniem, panowie... - wtrąca Johann von Hacklheber. Na to pytanie łatwo można sobie odpowiedzieć. Każdy, kto był dziś rano w Newgate, powie wam, że skazaniec miał na sobie przebogaty strój ze złotogłowiu, którego kieszenie wprost pękały od monet. Wszystko to, rzecz jasna, miało być zapłatą dla Jacka Ketcha... - Za szybką śmierć - domyśla się Isaac. - Za złamanie karku jednym szarpnięciem sznura. Dobrze, zostawmy go tłuszczy. Niech spocznie gdzieś na cmentarzu dla biedoty. - To stosowny koniec dla takiego łotra - wtóruje mu Daniel. - A to wszystko: nowy król, silny bank, mocny pieniądz, dokonania naturalistów i dzieła ingenieun to doskonałe fundamenty nowego ustroju świata. Johann von Hacklheber spogląda z ukosa na Marlborougha, który jest o krok od wyzwania jednego z Niemców na pojedynek. - Proszę się tym nie przejmować - uspokaja go Daniel. - To też część tego ustroju.

Epilogi

(...) bowiem i w wieczności Czas sie porusza, odmierzając sprawy Teraźniejszością, przeszłością, przyszłością. - Milton, Raj utracony∗



Przeł. M. Słomczyński (przyp. tłum.).

LeibnizHaus, Hanower Listopad 1714 Większość ludzi, brodząc po kolana w złocie, rozmawiałaby właśnie o nim. Ale nie ci dwaj ekscentryczni baronowie. - A potem wysiadł z lektyki jak gdyby nigdy nic - mówi Johann von Hacklheber. Siada na pustej beczułce. Leibniz, dręczony podagrą, usiadł już wcześniej. Znajdują się w podziemiach domu Leibniza, w spiżarni, tyle tylko że wino, piwo, rzepę, ziemniaki i bulgocące wiadra kiszonej kapusty wyniesiono i rozdano biednym, a ich miejsce zajęły pojemniki zupełnie innego rodzaju. Leibniz, nieufny

wobec

wszystkich mieszkańców Hanoweru, trzymał je tu zapieczętowane do czasu przybycia Johanna, który dopiero niedawno zaczął je rozbierać i wypakowywać złote karty. - Rzeczywiście, brzmi to tak, jakby ożywił go Elixir Vitae zgadza się Leibniz. - Myślałem, że nie wierzy pan w takie rzeczy. Raczej... - Johann gestem ogarnia morze złotych kart. - Myślę o nich w inny sposób niż on. Nie mogę jednak wykluczyć, że monady, odpowiednio uporządkowane, są zdolne do rzeczy, które nam wydają się cudami. - Ma pan tyle magicznego złota, ile dusza zapragnie. Może pan wyleczyć tę podagrę albo...

- Żyć wiecznie? Johann traci pewność siebie. Zamiast odpowiedzieć, bierze łom i zaczyna się mocować z następną beczką. - Podejrzewam, że są ludzie, którzy naprawdę żyją wiecznie ciągnie Leibniz. - Tak jak twój domniemany wuj, a mój dobroczyńca, Egon von Hacklheber, znany również jako Enoch Root. Przypuśćmy, że potrafi manipulować duchem ulotnym w sposób, który pozwala mu leczyć choroby i przedłużać życie. Co z tego wynika? Co w ten sposób osiągnął? Co zmienił? - Niewiele. - Właśnie, niewiele. Poza tym, że od czasu do czasu może sprezentować parę dodatkowych, niezasłużonych lat życia komuś, kto bez jego interwencji byłby zmarł. Enoch na pewno od dwóch tysięcy lat zadaje sobie pytanie, jaki to ma sens. Oczywiste jest, że zainteresował się filozofią naturalną i w miarę możliwości starał się stymulować jej rozwój. Dlaczego? - Dlatego że nie wystarcza mu alchemia. - Najwidoczniej. Zastanów się, Johannie: wygląda na to, że sir Isaac dzięki alchemii pożyje kilka lat dłużej, nie przyniosła mu ona jednak ani szczęścia, ani wiedzy, której by wcześniej nie posiadał. To dla nas kolejna wskazówka, dlaczego Enoch się nią rozczarował. Mówisz, że ja również mógłbym użyć zgromadzonego tu złota Salomona, by przedłużyć sobie życie. Przypuśćmy, że to faktycznie możliwe. Nie jest to jednak z pewnością cel, ku któremu popychał mnie Enoch, ani który wskazał mi Salomon Kohan. Przeciwnie! Obaj

chcieli zagarnąć złoto, żeby nie wpadło w ręce jedynego człowieka, który umiałby zrobić z niego użytek: Isaaca Newtona. Gdybym ja, w tym wieku, zajął się alchemią i zaczął przetapiać te karty, by uzyskać z nich eliksir... Przecież to by była powtórka z Fausta! W dodatku z takim samym fatalnym zakończeniem. - Nie mogę znieść, że Newton triumfuje, a pan marnuje się tutaj, w Hanowerze. - To ja mam cale złoto Salomona, nie on. I można to nazwać moim zwycięstwem, chociaż ja się wcale nie cieszę. Nie zatriumfuję, jeżeli ograniczę się do powielania jego poczynań. To byłaby kapitulacja. Jeżeli mam przeżyć Newtona, nie może to polegać na przedłużaniu sobie życia nadnaturalnymi tynkturami. Muszę zrobić wszystko, by powstała Maszyna Logiczna. - W Sankt Petersburgu? - Albo w dowolnym innym miejscu i czasie, w którym jakiś możny książę uzna za stosowne ją zbudować. - Każę zrobić solidne skrzynie i dostarczyć je tutaj - obiecuje Johann. - Osobiście zniosę je do piwnicy i spakuję do nich karty, a potem własnoręcznie pozabijam je gwoździami, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że zawierają coś cenniejszego niż stare, podpleśniałe listy. Potem będzie je pan mógł jednym ruchem pióra wysłać do Petersburga, jeżeli uzna, że to dla nich najwłaściwsze miejsce. Sądząc jednak po docierających z Rosji plotkach, car ma teraz inne sprawy na głowie. Leibniz się uśmiecha.

- Dlatego powiedziałem „w dowolnym innym miejscu i czasie, w którym jakiś możny książę uzna za stosowne ją zbudować”. Jeśli nie car teraz, to może kiedyś ktoś inny, po mojej śmierci. - Albo po mojej. Albo mojego syna lub wnuka. Jak znam ludzką naturę, Maszyna Logiczna powstanie dopiero wtedy, gdy ktoś stwierdzi, że przydałaby się na wojnie. A to trudno sobie wyobrazić. - W takim razie przekaż swoim dzieciom i wnukom, jeśli się ich dochowasz, że najważniejsza jest wyobraźnia. No i wpój im, że zakurzonych skrzynek w Archiwum Leibniza mają strzec jak oka w głowie. Ale skoro już o tym mowa... Johann ucisza go, podnosząc dłoń. - Księżna Walii zrobiła się wielce władcza, odkąd uzyskała te wszystkie nowe ziemie i tytuły. Kazała mi znaleźć sobie kobietę, z którą mógłbym wiązać jakieś realistyczne plany małżeńskie. Moja matka dzielnie jej sekunduje. Niech przynajmniej pan mnie oszczędzi. - Dobrze - mówi Leibniz. Zapada uroczysta cisza. - Przykro mi, to musiała być dla ciebie trudna rozmowa. - Ale nie niespodziewana. I z perspektywy czasu cieszę się, że mam ją już z głowy. Teraz mieszkam tutaj. Będę czasem jeździł do Londynu, zatańczę z nią na balu, umówię się z matką na herbatę, powspominam i wrócę do Hanoweru, żeby normalnie żyć. - A co u nich? Co słychać u tych dwóch wspaniałych dam? - Są w tej chwili na kontynencie. Wojna wreszcie się skończyła, więc pojechały pogodzić się z kuzynostwem.

Ogród Trianon, Królewskie chateau, Wersal Odgłos strzału niesie się nad nieruchomą wodą. Dzikie gęsi skrzeczą i na zmęczonych skrzydłach podrywają się do lotu. Drugi strzał. Jedna gęś spada. Wodołaz płynie w jego stronę, wycinając na powierzchni stawu kształtny ślad, niemal zwierciadlane odbicie szyku lecących w górze ptaków. Słychać trzask wybitej szyby, okrzyk zaskoczonej damy, śmiech dwóch mężczyzn. Kawałek drewnianej plecionki, obwieszony ściętymi gałęziami i liśćmi, przesuwa się na bok, jak otwierane drzwi, i odsłania małą barkę: zamaskowane stanowisko strzeleckie. Jest niewielka, z trudem mieści dwóch myśliwych, ale urządzona z przepychem, którego nie powstydziłoby się nawet dwóch królów. W środku lśnią złocenia i pysznią się płaskorzeźby Diany i Oriona. W złoconych fotelach siedzi dwóch mężczyzn, każdy uzbrojony w niedorzecznie długą strzelbę na ptaki. Długo nie mogą powstrzymać się od śmiechu, wspominając rozbite okno. Jeden z nich jest bardzo stary, zaróżowiony, nabrzmiały i na wpół zagrzebany w futrach i kocach, które osuwają się na pokład, gdy trzęsie się ze śmiechu. Przytrzymuje gronostaje, żeby nie spadły do wody. - Mon consin! - mówi. - Ubiłeś dwa ptaszki jednym strzałem: gąskę i pokojówkę!

Drugi ma pięćdziesiąt kilka lat, jest dosyć żwawy, ale bez przesady - widać po nim, że pełne przygód życie naznaczyło go rozlicznymi boleściami, skurczami, rwaniem, darciem i łupaniem. Szurając nogami, podchodzi do burty i odsuwa drugą ściankę maskującą, żeby wpuścić do środka trochę słońca i świeżego powietrza. To daje mu dość czasu, by ułożyć i wyartykułować zdanie w kiepskiej francuszczyźnie: - Gdyby została ranna, głośniej by się darła. Tylko ją nastraszyłem. - Obstawiam, że trafiłeś prosto w Trianon sur Bois, rezydencję mojej bratowej, Liselotte. - Ona wydaje mi się taka wyniosła i nieprzystępna. Boję się z takimi rozmawiać. Może przeproś ją w moim imieniu? Powiedz, że jest mi przykro i w ogóle. - A jest ci przykro? Bardzo? - Spryciarz z ciebie, Leroyu. Powiedz mi, czy ta Liselotte zna księżną Arcachon-Qwghlm? - Ależ tak! To dobre przyjaciółki, zwłaszcza gdy chodzi o intrygi. My tu sobie gawędzimy, a one pewnie jedzą razem śniadanie. - W takim razie może Eliza mnie usprawiedliwi. Mówi po francusku lepiej od ciebie. - Ho, ho, ho! - gulgocze król. - Tak mówisz, bo jesteś nią nieprzytomnie zauroczony. To widać. Szeleszczą roztrącane krzewy nad wodą. - Merde! - klnie król. - Znaleźli nas! Zasłoń wejście, szybko!

Jego młodszy towarzysz sięga po ściankę z plecionki, ale nieruchomieje w pół gestu. Przekrzywia głowę. - Szlag by to... - Znowu ten kark? - Coś mi tam wlazło... W życiu nie miałem takiego kurczu. Sięga ręką, żeby rozmasować obolałe miejsce, ale krzywi się z bólu i zadowala poprawieniem jedwabnej chustki na szyi. - Powinieneś unikać wieszania. - Próbowałem. Ale to skomplikowane. Ona pojawia się na brzegu, unosząc na powitanie dłoń ze złączonymi kciukiem i palcem wskazującym. - Dzień dobry, Jack. - Bonjour, madame la Duchesse. Mężczyzna nazwany Jackiem gnie się w dworskim ukłonie, przesadzonym, zahaczającym o kpinę. Każdy z jego kręgów z osobna i wszystkie razem mają ochotę kopnąć go za to w tyłek. - Zgubiłeś coś - mówi la Duchesse. - A ja to znalazłam. - Co takiego? Moje serce? Ciska w niego śrutem. Obaj mężczyźni odruchowo odwracają głowy. Srucina grzechocze o fotel i spada na pokład. - La Palatine kazała wam powiedzieć, że jest za stara, żeby do niej strzelać. - Pepe ma dla was prezent na przeprosiny.

Król wskazuje psa o krótkiej kręconej sierści, który stoi na brzegu, patrzy na Elizę i merda ogonem. Podbiega bliżej i składa jej u stóp zabitego ptaka. - Nie przepadam za ptactwem, ale Liselotte kiedyś bardzo lubiła polować. Może uda się ją tym ugłaskać. Eliza pochyla się, chwyta gęś za szyję i odchodzi, niosąc ptaka w wyprostowanej ręce, jak najdalej od siebie. Mężczyźni nie mogą oderwać od niej wzroku. Leroy sprzedaje Jackowi kuksańca pod żebro. - Magnifique, prawda? - Ty stary capie... - Wspaniała kobieta. Szczęściarz z ciebie, mon cousin. - Miałem szczęście, że ją spotkałem. To fakt. Potem okazałem się głupcem, że ją straciłem. A teraz? Nie wiem co o sobie powiedzieć. Poza tym, że jestem zmęczony. - Zdążysz jeszcze wypocząć po trudach życia. I to w pięknych miejscach. Zaalarmowany Jack zasuwa jedną maskującą ściankę i kuca za nią. Zbliża się trzech francuskich dworzan, zwabionych palbą ze strzelb. - Piękne miejsca... Czyli takie, gdzie nikt mnie nie zobaczy i nie zacznie gadać. - La Zeur albo St. Mało nadają się idealnie, nie uważasz? - I tam właśnie dożyję swoich dni. Jeśli tylko ona mnie zechce. - A jeśli cię wyrzuci? - pyta z udawanym zdumieniem król.

- Wrócę do Anglii, do pracy. - Jako mincerz? - Jako ogrodnik. - Niemożliwe! - Uwierz mi, Leroyu: to typowo angielska słabość, która dopada dżentelmenów, kiedy robią się za starzy do jakiejś użytecznej roboty. Mój brat zaczepił się w posiadłości pewnego majętnego człowieka. Jeżeli Elizie znudzi się kiedyś utrzymywanie starego, zubożałego wagabundy, pojadę do brata, będę mordował książęce chwasty i kłusował w książęcych parkach. Pałac Blenheim - Dobrze! Niech tak będzie! - woła mężczyzna. - Dalej pójdę nieobuty! Wiekiem i posturą przypomina Jacka. Z buta, który niemal po krawędź cholewy jest zanurzony w błocie, wyłania się naga stopa. Bob Shaftoe przenosi na nią cały ciężar ciała, łapie się oburącz za drugie kolano i powtarza procedurę. Chwilę później, już jako człowiek wolny, stoi w błocie po kolana. Jego buty tkwią tuż obok i pomału wypełniają się wodą. Salutuje im. - Płakał po was nie będę! - Dobrze gada!

Głos dobiega z namiotu rozbitego nieopodal, nieco wyżej, na twardszym gruncie. Jakiś mężczyzna wstaje od stołu i patrzy na Boba. Jest druga po południu, ale mimo to na stole palą się świece. Bob ma na głowie filcowy kapelusz z szerokim rondem, na którym zebrał się chyba z galon deszczówki, podzielony na kilka osobnych

kałuż.

Kiedy

zadziera

głowę

-

precyzyjnym,

wyrachowanym ruchem - kałuże się prześlizgują, łączą, slalomem pokonują zagłębienia w filcu i szeroką strugą ściekają mu za plecy, w błoto. A on może zajrzeć do namiotu. Mężczyzna, który odezwał się przed chwilą, stoi w wejściu i spogląda na niego z góry. Przy stole, na składanym krześle siedzi drugi człowiek, z drewnianą nogą; odbiera właśnie kubek z gorącą czekoladą z rąk kobiety, która uwija się przy małym ognisku w głębi namiotu. - Bob! - odzywa się znowu ten, który wstał. - Znowu stoisz boso na deszczu. Tak jak prawie pięćdziesiąt lat temu, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Powiem ci, że dobrze wyglądasz bez butów. Zostaw je tam, niech zgniją, a ty już nigdy nie noś takich dziwacznych wynalazków. Teraz chodź, zanim coś złapiesz i umrzesz. Abigail zrobiła czekoladę. Bob wyrywa nogę z błocka, stawia ją na kamieniu i wsparłszy się na niej, oswobadza z mazi drugą stopę. Ryzykuje rzut oka za plecy, na porzucone buty. - Czy ten przeklęty plan przewiduje w tym miejscu parę butów?

- Nie, żywopłot - odpowiada kuternoga, zerkając na niego przez teodolit. Sprawdza coś na rozłożonym na stole planie ogrodu. - Ale nie przejmuj się, robactwo zeżre buty, nim zaczniemy tu coś sadzić. - Wikariusz Blenheim zna się na uprawie żywopłotów? - Nie gorzej niż na byciu wikariuszem. - A ja na byciu posiadaczem ziemskim - dodaje książę Marlborough i z troską spogląda ponad półmilowym obszarem błota i niewykarczowanych pniaków na wciąż budowany pałac Blenheim. Wszyscy musimy się wiele nauczyć. Przystosować. Wszyscy poza Abigail, bo ona już jest doskonała. Abigail nagradza go sceptycznym spojrzeniem i kubkiem czekolady. Mlaska błoto - to Bob zrobił kolejny krok. Spojrzenie (dawnego) pułkownika i (obecnego) wikariusza, wielebnego Barnesa, znowu spoczywa na ogromnej mapie, która przez kontrast z ponurą rzeczywistością na zewnątrz namiotu prezentuje się niezwykle atrakcyjnie. Barnes wodzi wzrokiem po schludnym, geometrycznym planie, szukając małej kaplicy i pobliskiej plebanii. - Z tego namiotu poprowadzimy naszą ostatnią wielką kampanię: wytępimy robactwo zwabione nieodpartym aromatem butów Boba ciągnie książę. - Bob nauczy się uprawiać ziemię, Barnes troszczyć o duszyczki, ja próżnować, a Abigail będzie się opiekować nami wszystkimi. - Powinno się udać - stwierdza Bob. - Chyba że mój brat się znajdzie.

- Twój brat nie żyje - zauważa Marlborough. - Ale jeżeli pojawi się w pobliżu, będziemy strzelać; a jeśli wyjdzie z tego cało, poślemy go do Karoliny, gdzie będzie mógł popracować u boku swoich potomków. Bo słyszałem, Bob, że nie ty jeden z Shaftoe'ów postanowiłeś rozpocząć nowe życie i uczciwie pracować na roli. Bob dociera wreszcie do namiotu. - Dziwne, zaiste... - mruczy pod nosem. - Ale w pewnym sensie ładnie się to układa. - Co masz na myśli? - Jack, Jimmy i Danny rzeczywiście powinni uczciwie popracować na roli, bo do tej pory, zamiast uczciwie pracować, woleli grać różne role. - Bawią cię takie kalambury? - pyta Barnes. - Bo jeśli tak, to stój sobie dalej na deszczu. Karolina - Dziś rano znów je widziałem, Tomba! Po świcie, jak tylko chmury się rozeszły, spojrzałem na zachód i wtedy je zobaczyłem, podświetlone odbitymi od morza promieniami słońca. Cały łańcuch wzgórz, albo gór, jak wolisz. Czekają na nas jak pieczone jabłuszka w brytfannie. Tomba leży na brzuchu na worku z suszonym igliwiem, który w baraku robotników na plantacji pana Ickhama uchodzi za łóżko. Nie pierwszy raz grzbiet ma cały pocięty uderzeniami bicza. Jimmy

Shaftoe wyciąga z kubła nasiąknięty wodą kłąb szmat, wyciska go i przykłada na rany. Tomba otwiera usta do krzyku, ale nie wydaje żadnego dźwięku. Danny gada jak nakręcony, byle tylko czymś go zająć. - Tydzień szybkiego marszu - mówi. - Konno byłoby szybciej, tylko musielibyśmy ukraść jakieś konie. Tydzień przeżyjemy bez jedzenia, a tam, na wzgórzach, zwierzyny będzie w bród. - Zwierzyny... - przytakuje Tomba. - I Indian. - Spójrz na siebie, Tomba. Jesteś pewien, że Indianie są gorsi od naszego nadzorcy? - Nikt nie może być gorszy - zgadza się Tomba. - Ale ja się na razie nie nadaję do tygodniowych biegów przełajowych. - No to poczekamy, aż ci się zagoją rany. I wtedy... - Wy nic nie kapujecie, chłopcy. Zawsze coś się znajdzie. Nadzorca zna się na tyranizowaniu ludzi, zwłaszcza czarnych. Kiedy tu przybyliśmy, nie rozumiałem tego, ale teraz wiem: mnie traktuje wyjątkowo. Spójrzcie na moje plecy. Nie mam racji? Równoległe ogniste linie przecinają ściany szopy w miejscach, gdzie słońce wciska się do środka przez szpary między deskami. Ryjąca na zewnątrz świnia podkopuje narożnik budynku, ale nie mogą jej pogonić ani zjeść, bo jest dumą i chlubą nadzorcy. Słyszą go zresztą, jak woła z daleka: - Jimmy? Danny! Jimmy? Danny! Gdzie jesteście, do cholery?! - Opiekujemy się naszym kumplem, którego mało nie zakatowałeś na śmierć, łajdaku - mruczy pod nosem Jimmy.

- Chcę widzieć wasze czerwone od słońca karczycha, jasne? Tomba cytuje ulubione powiedzonko nadzorcy. - Wszyscy będziecie mieli czerwone karki, wszyscy, poza tym Maurem. Takim jak on kark czerwieni się nie od słońca, tylko od bicza. Podpiera się rękami i dźwiga na czworaki. Zwiesza głowę. Jego włosy zamiatają podłogę. Jest słaby jak dziecko. - Jimmy? Danny! Jimmy? Danny! Karmicie tego swojego oswojonego Maura? W drodze eliminacji nadzorca ustalił już miejsce ich pobytu. Zbliża się. - Macie rację - stwierdza Tomba. - Dziś mnie zabije. Czas się rozpakować. - No to się rozpakujmy - mówi Danny. Pochyla się nad swoim siennikiem i rozdziera go od góry do dołu. Ze środka wypada podłużne zawiniątko. Jimmy rozwiązuje oplatające je zwoje sznurka i razem rozpakowują paczkę - Danny trzyma ręce przed sobą, poziomo, jak wsporniki pod półkę, a Jimmy odwija kolejne zwoje płótna. Tomba maca po ścianie w poszukiwaniu dogodnego chwytu. W końcu opiera się o nią i wstaje. - Nie ma ich tutaj, paniczu! - woła. - Nikogo nie ma! Tylko biedny Tomba! - Nie łżyj, psie! - wrzeszczy nadzorca. Uchwytem bicza wali w drzwi. Otwierają się. Staje w progu. W środku panuje półmrok, więc niewiele widzi, słyszy za to wyraźnie zgoła nieoczekiwany metaliczny zgrzyt - dwa miecze, krótszy i

dłuższy, wysuwają się z pochew. Może nawet udaje mu się dostrzec niecodzienny w Karolinie widok: lśnienie stali błyszczącej. - Czekaj, sam zgadnę - mówi Danny. - Chcesz zobaczyć jakieś czerwone karczycho. Mam rację? - Co ty... Do roboty, próżniaki! Bo oberwiecie tak samo jak Tomba! Nadzorca wchodzi do baraku i bierze zamach biczem. Zanim jednak zdąży uderzyć, słyszy świst stali kolo ucha i odcięty bicz spada mu pod nogi. Tomba wychodzi chwiejnym krokiem i zamyka za sobą drzwi. Mruży oczy. Przed nim rozpościera się kilka akrów biota, o którym wie, że jest czerwone, ale jemu wydaje się szare, bo nie rozróżnia już kolorów. W oddali stoi duży biały dom. Robotnicy harują w pocie czoła, schyleni nad łopatami i motykami. Nadzorca jest dziwnie cichy; może oczy przywykły mu już do ciemności i widzi, że znalazł się w zamkniętej przestrzeni z dwoma rozwścieczonymi samurajami. - Czerwony kark można uzyskać na różne sposoby - dodaje Danny. - My ci pokażemy, jak to robią w Nagasaki. Następuje szybka sekwencja dźwięków, których Tomba dawno już nie słyszał, ale zna je doskonale. Krew wypływa spod ściany szopy i zbiera się w dołku wygrzebanym przez świnię nadzorcy. Zwabiona jej zapachem świnia podchodzi bliżej, węszy i zaczyna chłeptać. Jimmy i Danny wyskakują z baraku. Danny wyciera długi miecz o spodnie i chowa do pochwy. Jimmy woła do robotników:

- Dziś macie wolne! A kiedy pan Ickham wróci z Charleston i będzie pytał, co tu się stało, powiedzcie, że był tu Ronin Czerwony Kark, który potem poszedł tam. - Wyciągniętym wakizashi wskazuje na zachód, po czym chowa je i odwraca się do Danny'ego i Tomby. Idziemy, chłopaki. Góry czekają. Kornwalia Will Comstock, hrabia Lostwithiel, boi się, że pochłonie ich mgła jeden z tych zbłąkanych oparów, które snują się nad mokradłami jak duchy po nawiedzonym domu - i zabłądzą. I rzeczywiście, dwa razy mgła ich otula. Will każe im się wtedy zatrzymać i poczekać, aż widoczność się poprawi. Daniel martwi się, że Minerwa straci cierpliwość i odpłynie bez niego. Na szczęście około południa mocny wiatr z północy rozwiewa ją, a ich popycha w dół doliny, ku widocznemu w oddali morzu, które ma odcień zielonego groszku i jest upstrzone plamami słońca i cieniami chmur. Ziemia jest tu posiekana kamiennymi murkami na poletka o tak nieregularnych obrysach, że robi wrażenie pozszywanej z kawałków różnych światów. Na opadającej z wrzosowisk wyżynie murki są nierówne i ażurowe. Niżej, w dolinie, podróżni trafiają na lasy karłowatej dębiny, która czepia się wzgórz jak wełna owczego grzbietu i mimo późnej pory roku nie zamierza się pozbyć liści. Tutaj murki są proste i lite, omszałe i przesycone życiem.

Z jednego z takich zagajników wychodzą na zadymioną nizinę, gdzie włochate krowy koloru antracytu wdają się w ospałe przepychanki. Podążają wzdłuż bystrej rzeki, która niedaleko za ich plecami zeskakuje z wyżyn, a przed nimi zwalnia, pęcznieje i rozszerza się w rozlewisko, którym uchodzi do morza. Na Daniela czeka już szalupa mająca zabrać go na zakotwiczoną gdzieś w pobliżu Minerwę, gotową do wyruszenia w rejs przez Oporto do Bostonu. Podróżnych, którzy przybyli tu z Londynu z hrabią Lostwithiel i Thomasem Newcomenem, nie interesują krowy ani szalupy. Kiedy Daniel Waterhouse, Norman Orney i Peter Horton wynurzają się spod obwisłych konarów ostatniego zagajnika, zaczynają dostrzegać w dolinie pewne ciekawostki. Powyżej znacznika przypływu teren wznosi się łagodnie na odcinku długości strzału z łuku, po czym gwałtownym skokiem pokonuje górujące nad ujściem rzeki skalne urwisko. Nawet dla ludzi nieobeznanych ze Sztukami Technicznymi całkowicie oczywisty byłby fakt, że okoliczni mieszkańcy od pokoleń wydobywają węgiel z pokładów u stóp klifu. Skalista plaża jest usłana wyściółką pod ładunek i pożłobiona rynnami w miejscach, gdzie górnicy przewożą węgiel do łodzi. Nie ma w tym nic niezwykłego ot, typowa kopalnia, która zostanie porzucona po wybraniu surowca do poziomu wody. Niezbyt wysoko nad podnóżem urwiska stoi na płaskim występie obiekt, który wygląda na zmontowany z kawałków mostów zwodzonych i machin oblężniczych. Dwie kamienne ściany stoją

swobodnie w odległości mniej więcej czterech jardów jedna od drugiej. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełnia pajęczyna drewnianych belek i wsporników, która Danielowi przywodzi na myśl szubienicę. Na niej wspierają się platformy, schody, drabiny i maszyneria, w której trudno się rozeznać, nawet z bliska. Z jej trzewi dobiega syczenie, cmokanie i łoskot, jakby bicie serca umierającego olbrzyma. Jednakże maszyneria wcale nie umiera, tylko dudni w równym rytmie. Po każdym uderzeniu słychać szum przelewającej się wody, która spływa koślawym drewnianym akweduktem i spada na równinę zalewaną przypływami, w której wyrzeźbiła już sobie płytki rów koryto rzeki, powstałe za sprawą ingerencji człowieka. - To woda gruntowa wypompowana z kopalni przez maszynę pana Newcomena - wyjaśnia Lostwithiel, niepotrzebnie, bo pozostała trójka przybyła z Londynu specjalnie po to, by obejrzeć ten widok. Mimo to czuje, że musi to powiedzieć, tak jak pastor, który na ślubie stwierdza uroczyście: „Ogłaszam was mężem i żoną”. Orney i Saturn nie mogą się doczekać, kiedy będą mogli zajrzeć we wnętrzności maszyny, ciekawi szczegółów jej działania. Daniel towarzyszy im tylko do miejsca, gdzie z drewnianej platformy rozpościera się rozległa panorama doliny. Tam się zatrzymuje. Przed dotarciem do Massachusetts nie ma co liczyć na podobną chwilę względnej samotności. Widzi już teraz Minerwę, stojącą na kotwicy za przybrzeżną mierzeją, niedaleko ujścia rzeki. Załoga szalupy wypatrzyła go już przez lunetę - wiosłują prosto w jego stronę, żeby

rozpędzona szalupa zaryła dziobem w piach w pobliżu miejsca, gdzie maszyna pluje kopalnianą wodą. Nad jego głową wznosi się i opada olbrzymia pięść, umieszczona na końcu ramienia z potężnych, sękatych bali spiętych żelaznymi klamrami, które musiały zostać wykute w jakiejś pobliskiej kuźni. Z pięści zwisa potężny łańcuch: jego ogniwa mają długość męskiego uda, a połączone są ręcznie kutymi nitami wielkimi jak niedźwiedzie pazury. Daniel wie, że w planach Newcomena wszystkie ogniwa są jednakowej wielkości, w rzeczywistości zaś nie ma dwóch takich samych, ale różnice się uśredniają, gdy patrzy się w górę łańcucha, znikającego za górną krawędzią głowicy. Na łańcuchu jest zawieszony tłok, który wchodzi w pionowy cylinder o średnicy górniczego szybu. Styk tłoka z cylindrem jest uszczelniony zbitymi strzępami starej przędzy powroźniczej, które przytrzymuje żelazny pierścień umocowany topornymi nakrętkami. Przez szczelinę przy uszczelce bucha mnóstwo pary, ale większość zostaje tam, gdzie jej miejsce. Drugi koniec ramienia łączy się z tłokiem pompy: kilkoma ociosanymi pniami drzew, połączonymi za pomocą żelaznych obręczy. Tłok znika w ziemi, napędzając maszynerię ssąco-plującą, której Daniel nie widzi ze swojego punktu obserwacyjnego. W porównaniu z ogromem ruchomych części mózg maszynerii jest niewielki i łatwo go przeoczyć: na platformie umieszczonej jedno, może dwa piętra niżej stoi mężczyzna, otoczony dźwigniami, korbami i popychaczami, za pomocą których w razie potrzeby - czyli niezbyt często - dostarcza maszynie niezbędnych do działania informacji. W

tej chwili udziela wyjaśnień stojącym obok niego Orneyowi i Saturnowi. Platforma ocieka wodą, ale jest ciepła: to zużyta para opływa deski i skrapla się na nich. Czując na karku gorący oddech maszyny, Daniel taksuje wzrokiem majątek Właścicieli Maszyny Dźwigającej Wodę za Pomocą Ognia. Notuje w pamięci, by napisać do Elizy i powiadomić ją o wykorzystaniu kapitału, który ona i inni inwestorzy powierzyli Lostwithielowi i Newcomenowi. Pan Orney zabierze list do Londynu i dopilnuje, żeby do niej trafił; sam zresztą z pewnością będzie miał coś do dodania. Jako człowiek obeznany z handlem zauważy wiele rzeczy, które Danielowi umkną, i instynktownie wyczuje, co Elizie wyda się interesujące, a co można pominąć. Orney zresztą sam zainwestował trochę pieniędzy w to przedsięwzięcie i jeśli spodoba mu się to, co tu zobaczy, po powrocie do Londynu rozpowie o tym wśród swoich. Daniel nie musi więc udawać, że ocenia inwestycję bystrym wzrokiem biznesmena. Woli na nią patrzeć okiem naturalisty, doceniać jej aspekt eksperymentalny i dostrzegać ewentualne niedociągnięcia. Plaża pod skalną półką jest usłana szczątkami kotłów. Naturalnym i właściwym kształtem dla kotła jest sfera. Newcomen, który doskonale zdaje sobie z tego sprawę, uczy się wytwarzać z żelaza wielkie, sferyczne skorupy. I tak jak strony brudnopisu

uczniaka



upstrzone

kleksami

i

nieudanymi

bohomazami, tak dno tutejszej rzeki nosi niezatarte ślady wszystkich pomysłów Newcomena, po których widać doskonale, dlaczego

niektóre z zamierzonych przez niego rozwiązań nie mogły się sprawdzić. Nie ma mowy, żeby dało się rozklepać jeden kęs żelaza w pozbawioną szwów banię, musi więc klecić kotły z wielu mniejszych elementów, składając je na zakładkę i łącząc nitami. Pięćdziesiąt lat temu Hooke nałapał iskier z ostrzonego noża, włożył je pod mikroskop i pokazał Danielowi: dziobate kuleczki błyszczącego metalu, przypominające żelazne planetki. Daniel myślał, że są pełne w środku, dopóki nie zobaczył takich, które zostały rozsadzone wewnętrznym ciśnieniem. Skry nie były bowiem litymi kulkami, lecz pustymi bańkami stopionego metalu, które rozrywały się i zastygały, ozdobione wypustkami przypominającymi po trochu rozczapierzone dłonie, po trochu zaś stare pniaki ze sterczącymi na wszystkie strony korzeniami, wyrzucone przez morze na brzeg. Niektóre nieudane kotły pana Newcomena przypominają takie właśnie rozerwane i stężałe iskierki. Inne, po których nie widać na pierwszy rzut oka dlaczego się nie sprawdziły, leżą na wpół zagrzebane w piasku jak meteoryty. Spod ziemi wychodzą kornwalijscy górnicy. Rozmawiają w języku, jakiego Daniel nigdy nie słyszał. Jest ich sześciu, mają na sobie czarne, przemoczone ubrania. Sądząc po tym, jak sztywno idą, muszą mieć przemarznięte stopy; sądząc zaś z tego, z jakim wysiłkiem się poruszają, musieli długo i ciężko pracować. Biorą kosze z jedzeniem i zbierają się wokół jedynego w całej dolinie kotła, który naprawdę działa - tego pod stopami Daniela, napędzającego maszynerię. Kocioł wspiera się na masywnej, kamiennej podporze w

kształcie pierścienia z otworami, przez które pod spód, do paleniska, trafia węgiel i powietrze. Górnicy ściągają buty, wyżymają skarpetki i zaczynają grzać sobie stopy przy ogniu. Z kosza wyjmują paszteciki wielkie jak bochny chleba i pochłaniają je wielkimi kęsami. Twarze mają czarne od węgla, czarniejsze niż Dappa. Oczy błyszczą im jak gwiazdy. Kiedy dwoje takich oczu spogląda w górę, a potem kieruje się ku Danielowi, pozostałe idą w ich ślady. Następuje chwila, w której mierzą go wzrokiem - Daniel stoi na górze, oni siedzą na dole i nie wiedzą co myśleć o dziwnym gościu. Jak go widzą? Ma długi wełniany płaszcz, głowę zakutaną w marynarską czapkę z włóczki, brodę, a teraz jeszcze otaczają go kłęby pary. Zastanawia się, czy zdają sobie sprawę, że siedzą przy maszynie, która w każdej chwili może wybuchnąć. Dochodzi do wniosku, że nie są wcale tacy głupi i wiedzą, co robią, ale pogodzili się z rym zagrożeniem i uznali, że mogą je tolerować na co dzień, w zamian za tutejszy surogat zamożności. Nie inaczej zachowuje się marynarz, kiedy wsiada na pokład statku, chociaż wie przecież, że może utonąć. Daniel przypuszcza, że czarownicy Sztuk Technicznych będę z biegiem lat coraz częściej zmuszać ludzi do podobnych wyborów. Jego podróż zaczęła się, kiedy czarownik przyszedł do jego domu, kończy się zaś wizją czarownika nowego rodzaju, stojącego na platformie maszyny. Spoglądając z góry na kocioł, czuje się jak anioł lub demon, oglądający Ziemię z wysokości Gwiazdy Polarnej - a to dlatego że pan Newcomen, dla którego pierwsze niepowodzenia były lekcją

pokory,

z

czasem

nauczył

się

pracować

niezwykle

systematycznie i teraz równiutkie linie nitów łączących żelazne płyty biegną od wierzchołka kotła w dół jak południki wychodzące z bieguna północnego. W dole płonie ogień, w kotle zaś kłębi się para pod ciśnieniem, które by wystarczyło, żeby wystrzelić Daniela (tak jak niegdyś wystrzelono Drake'a) prosto do Królestwa Niebieskiego, gdyby któryś nit puścił. Nic takiego jednak się nie dzieje. Para dźwiga wodę, a nadmiarowe ciepło daje górnikom namiastkę komfortu. Chwilowo wszystko działa należycie. W którymś momencie cały ustrój

świata

zawiedzie,

podminowany

wrodzonymi

niedoskonałościami, mimo najszczerszych wysiłków Karoliny i Daniela zmierzających do ich usunięcia. Może wtedy potrzebni będą nowi czarodzieje. Na razie jednak musi przyznać - być może tylko dlatego, że ma już swoje lata i widzi szalupę, która ma go zabrać do domu - że jakikolwiek ład, nawet wadliwy i skazany na fiasko, jest lepszy od wiecznego życia w trującej kipieli żywego srebra, która dała temu wszystkiemu początek. Zrobił, co do niego należało. - Wracam do domu - mówi.

TAK SIĘ KOŃCZY CYKL BAROKOWY Opublikowałem to dzieło nie dla dobra ogółu [wątpię bowiem, abym swoimi skromnymi środkami mógł się do niego przyczynić], ale po to, by sprawić przyjemność mojemu bratu - wydawcy. Korzyści płynące z tego fachu są uzależnione od liczby wydrukowanych egzemplarzy, a w naszych próżnych czasach czytelnik prędzej poszukuje ciekawostek niż tematów poważniejszych. Dlatego taka publikacja może się sprzedać, podczas gdy wartościowsza lektura przeszłaby niezauważona. - John Wilkins

Subscribe

© Copyright 2013 - 2019 AZDOC.PL All rights reserved.