Maciej Żerdziński - Opuścić Los Raques

MACIEJ ŻERDZIŃSKI Opuścić Los Raques El Raque 1 Z DZIENNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA LUŹNA NOTATKA Tak. To już pięćset dwudziesty drugi dzień nowego życia...

10 downloads 475 Views 1MB Size

MACIEJ ŻERDZIŃSKI

Opuścić Los Raques

El Raque 1

Z DZIENNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA LUŹNA NOTATKA Tak. To już pięćset dwudziesty drugi dzień nowego życia. Tyle minęło, odkąd zacząłem grzać alienrynę. Czy żałuję? Pytanie trudne, odpowiedzieć mogę na dwa sposoby: Żałuję, bo dostrzegam teraz, że czterdzieści jeden lat mojego życia było niczym błyśniecie światła na odwłoku muchy-gówniary. I nie żałuję, bo już od kilkuset dni nie jestem muchą-gówniarą. Owszem, nadal latam nad tym smrodem w dole, ale ani mi w głowie podchodzić do lądowania. Nie. Nie ćpałem wcześniej hery, nie jechałem na amfie, nie próbowałem grzybków-samosypków. Miałem niezłą robotę w prasie i czarnoskórą laskę, w sam raz dla czterdziestoletniego facia w grubych brylach na tłustym nosie. Na pierwszy lot załapałem się przypadkiem. Wpadł kumpel z wojska. Przyniósł dawne opowieści i jednorazową strzykawkę. W jego stówach nie kryto się wiele, ale za to w jednym centymetrze zielonkawego płynu... O tak. Tam było więcej niż mogłem oczekiwać. Zaraz. Muszę teraz potrzeć rogi kartki, na której piszę. Dwadzieścia siedem razy kciukiem lewej dłoni i osiem razy palcem wskazującym prawej. To mnie uspokaja. Sprawia, że mogę pisać dalej, a moja kontrola jest jeszcze silniejsza niż zwykle. Ten rytuał sięga czasów bez alienryny i jest jedynym, który mi pozostał z dawnych lat. Już. Gdzie jestem teraz? Siedzę w swoim mieszkaniu, na dwudziestym trzecim piętrze, przy zabitym dechami oknie. Nie jest mi potrzebne. I tak widzę dalej. Mam przygotowaną strzykawkę, staza zwisa z oparcia krzesła. Mam jałowy gazik i pudełko ostrzonych laserem igieł. Grzeję w pachwinę, bo żyły na nogach i rękach są niczym zabetonowane żeliwne rury. Nieważne, to tylko podle drogi do raju. To prawda, że nie muszę już grzać tak często jak dawniej. Bywa, że oni tu są i bez alienryny. Kiedy nie jem nawet tych sczerniałych, suchych bulek czy małych, żółtych jabłek z pomarszczoną skórą, oni pojawiają się jak deszcz i jak on studzą wygłodniałe myśli. Mam tu też wiadro na wymiociny i garnek przerobiony na nocnik. Siedzę na starej gazecie, ale nie interesuje mnie, co w niej piszą. Jest cicho, przyjemnie, bezpiecznie. Staza lekko kołysze się na oparciu, woda kapie z kuchennego kranu. Zanim przygrzeję, muszę jeszcze osiemdziesiąt razy pstryknąć palcami lewej dłoni, pomiędzy kolejnymi plaśnięciami kropel z kranu. Jak się pomylę, trzeba od początku. Zaczynam. ... ... ... ... ... ... ... ... . To nie było łatwe. Ale nabrałem wprawy. Jestem w najwłaściwszej formie, żeby gościć w sobie anioły. Chodźcie. Przybywajcie.

Harry

Fritken postukał palcem w swój gruby, błyszczący lipidaminos i powoli

spojrzał w stronę drzwi. Pukanie powtórzyło się. - Cholera - westchnął, wstając z łóżka. - Nagła cholera. Podciągnął granatowe slipki i mrużąc powieki szukał okularów. Jak zawsze. Były na drewnianym krześle, obok nocnej lampki. Założył je i mamrocząc przekleństwa, podszedł do drzwi. - Kto tam? - zapytał, pokasłując. - To ja. Marylin. - Ach tak. - Krzywiąc się otworzył zamek i nie czekając aż wejdzie, zawrócił w stronę łóżka. - O cholera... Ponownie usiadł w rozkopanej pościeli. Wetknął w usta papierosa, potarł zawilgoconą zapałką o blat krzesła i pyknął chmurą sinego dymu. Wolał nie patrzeć na kobietę, która niepewnie szukała dla siebie miejsca. Gorączkowo zaciągał się i wypuszczał z płuc nikotynowy dym, udając, że jej nie widzi. Ale musiał słyszeć zachrypnięty, cichy głos: - Nie ma Spunny? - Skrzyp drugiego krzesła, szelest przekładanej gazety. - Wyszła gdzieś? Zmrużył powieki i dmuchnął dymem pod szkła okularów. Schował się za tym dymem niczym struś, bo i o czym tu gadać? -Harry... Słyszysz mnie? Gdzie jest Spunny? - Czego chcesz, Marylin? Czego ty jeszcze chcesz? - Powiedz, gdzie ona jest i pójdę sobie. - Zobaczył, że zakładanogę na nogę i szelest lycrowych pończoch strzelił boleśnie w jego uszy. Nadal nie patrzył w jej twarz. -Marylin... - wyszeptał. - Wczoraj zabrali Spunny na detox. Muszą ją odtruć z syfu, który pakujecie sobie w żyły. Sama lepiej wiesz, o co idzie. Bo to ty, Marylin, jesteś znawczynią. Ja tylko pomagam wam przeżyć. Nie chciał tego mówić, gorycz sama odnajdywała ujście. Nie było sposobu na Spunny. Przecież starał się ją powstrzymać. Tyle razy prosił, błagał... Pokazywał Spunny te wszystkie malutkie i piękne rzeczy, które dawały mu szczęście czy choćby radość. Ale Spunny grzała w kanał. Nie interesowała się rzeczywistością, więc narastała między nimi pustka, która w końcu dopadła i Fritkena. Kiedy Spunny kołysała się w kącie pokoju, on szwendał się po ciemnawych spelunkach miasta. Pił mocne herbaty i ponuro rozmyślał. Nie miał z kim gadać. W barach z trudem odnajdywał te kilka popularnych zwrotów, dokładnie komunikujących barmanom, co chciałby pić. Interesującym pomysłem okazała się zamiana herbaty na wódkę.

Nawiązywał płytkie znajomości, znowu potrafił się śmiać. Kiedy wracał do domu, żartował z kołyszącej się Spunny i sam odpowiadał na własne pytania. Ale musiał odstawić wódę, bo jego ciało kiepsko ją znosiło. Bóle głowy zmuszały do żarcia przeciwbólowych prochów, którym z kolei nie umiała sprostać wątroba. Nadal jednak twardo chadzał do barów. Zamawiał kawę, czasami cappucino z włoską czekoladą. Najrzadziej kielonek taniej brandy. - Jakoś dawałem radę - wymamrotał spierzchniętymi wargami. - Może przekonałbym ją, żeby odstawiła... Ale ty zrobiłaś swoje, Marylin. Długie nogi wstały i zbliżyły się do jego oczu. Widział mieniący się kolorami tęczy materiał pończoch. Łzy wdzierały się w suchą skórę policzków i żłobiły w niej koryta. Marylin głaskała przerzedzone włosy Fritkena, a on wdychał zapach jej ciała. Sprawiło mu to ból. - Czego ty chcesz? - zapytał, czując, że zaraz wybuchnie histerycznym śmiechem. Pieprzyć się ze mną? A może przyniosłaś działeczkę dla mojej żony? Co? Przecież od pięciu lat wpierdalasz w siebie alienrynę i Bóg jeden wie, jak to możliwe, że nadal masz takie piękne nogi i ciało, które kupi każdy facet. Dlaczego jeszcze żyjesz? Powiedz coś. Mów! Krzyk odbił się od sufitu i spadł na rozstawione na stole holoemitery, wokół których wiły się cienie zakurzonych światłowodów. Słabe echo zaginęło w ich labiryncie, utonęło pośród masywnych wież komputerów. Nieopodal było wejście do łazienki, bliżej stała zminiaturyzowana kuchenka. Cały pieprzony świat Fritkena mieścił się w tym niewielkim pomieszczeniu. Praca, toaleta, żarcie i sen. Kolejność dowolna. Lycra migotała wspomnieniami młodości. - Przykro mi, Harry, że ona tam trafiła. Ale nie było innego sposobu. Marylin od razu straciła kontrolę i zaszła tam, dokąd ja nigdy nie dotarłam. Brała ciężkie dawki, nikt nie mógł jej powstrzymać. Nie powinieneś obwiniać siebie ani mnie. Teraz wiem, co trzeba zrobić. Gdybyś chciał ją odzyskać, odszukaj mnie. Znam... Gwałtownym ruchem wbił twarz między jej uda. Uszy otuliła cisza. Chwilę nie myślał o niczym, a ona głaskała go po łysiejącej głowie. Chciał, żeby trwało to wiecznie, choć czuł, że nie powinien. Bał się utonąć w zapachu tej kobiety. - Czyjej w ogóle można jeszcze pomóc? - zapytał, odrywając się od Marylin. Wydobył resztkę papierosa spomiędzy zdrętwiałych palców lewej ręki i wdusił peta w stado innych spoczywających w plastykowej popielniczce. Jestem jak pet, pomyślał. Dopaliłem się do końca. Marylin odeszła na swoje krzesło.

- Może - odparła zdawkowo. Podobnie odpowiedział lekarz, zabierając Spunny do szpitala. Pielęgniarz dodał, że nikt nie zna właściwej odtrutki na alienrynę. Potrafili jedynie wyciszyć objawy abstynencyjne za pomocą czystej chemicznie heroiny, a potem, jeśli pacjent dawał radę, mogli próbować leczyć uzależnienie od opiatów. Brzmiało to beznadziejnie. Fritken podszedł do kranu i nalał sobie szklankę wody. - Czego jeszcze chcesz? Pieniędzy? - Mam szmal. Mogę ci nawet trochę zostawić. Żebyś zaczął znowu pracować i zebrał się do kupy. - Mam pracę - przerwał - choć może nie tak intratną jak twoja. Amenthy jest u dziadków, wywiozłem ją kiedy jeszcze mogliśmy opuszczać miasto. Już dawno jej nie widziałem. A teraz, kiedy Spunny leży w szpitalu, krążę między garażem i domem, bo nie mam pojęcia, co dla niej zrobić. Co gorsza, w ogóle nie wiem co robić... Po co się budzę i wstaję? Pociągnął łyk i spojrzał w twarz Marylin. Nic się nie zmieniła. Jasne włosy z jednej strony zaczesane za ucho, z drugiej opadające na łagodnie ocieniony policzek. Uważne, ciemne oczy i napięte skrzydełka szczupłego nosa. Wyraźnie zarysowane wargi lekko wygięte w dół niby w wyrazie pogardy, ale tak naprawdę przyjazne i napawające nadzieją. Pamiętał listopadowy deszcz skrzący się w jej włosach, kiedy w trójkę łazili na festyny do miasta i pili tanie piwo. Były podobne. Spunny starsza od siostry, ale to Marylin miała w oczach spokój i pewność. Zawsze sprawiała wrażenie mocniejszej. - Nie pomyślałbym nawet, że i teraz metabolizujesz ten syf. Nie widać, żebyś była przyćpana, Marylin. Wytrzymała jego spojrzenie. - Jestem na bezpiecznej dawce. Tyle mi wystarcza, a nie mam zamiaru szkodzić innym - wzruszyła ramionami. - Wiesz, o czym mówię. Zaśmiał się ponuro. Nie sposób tak powiedzieć o Spunny. Kiedy ewakuował małą Ammy, zabronił dziadkom kontaktów ze swoją żoną. Siała halucynacjami na kilkadziesiąt metrów jak dalekosiężny, totalnie rozregulowany projektor. Każdy slajd mógł porazić ci zmysły. - Jest dobrze - westchnął, sięgając po papierosa. - Nie muszę już uciekać do barów, nie potrzebuję jeść prochów, żeby się przed nią obronić. Mogę nawet pracować. Bez, że tak powiem, zbędnych zakłóceń. Jest dobrze, Marylin... Trzeba tylko zapełnić tę pustkę. Dmuchnął dymem, starając się, żeby w jej oczach wypadło to wesoło, ale jak na złość

odwróciła się w stronę zabitego okna. Widział teraz szyję Marylin i delikatne włoski na karku. Patrzył w czerwień jej długiego swetra i czuł krew szczelnie wypełniającą rury napiętych naczyń. Miarowe, silne uderzenia serca. Jaśniejsze, bardziej wyraziste myśli. Jej obecność to sprawia, czy fakt, że nie zażył obronnego neuroleptyku? Był tylko na dwóch tabletkach lithium carbonicum, jak za dawnych, dobrych czasów. - Popatrz - wskazał dyktę w oknie. - Bardzo piękny widok. Filmowy. Wszystko sobie można wyobrazić. Widziałem tam Jezusa, płaczącego na krzyżu, innym razem samochód, pod który wpada moja córka. Było też pole granatowych malin i fontanny krwi. Wylała się do tego pokoju, a ja wspinałem się na krzesło i łapałem rękami żyrandol. Krew sięgała mi ust, smakowała niczym sok z winogron. Spunny w dole kiwała się na krześle. Jakoś tak było, że widziałem ją poprzez krew... - Przestań. Widziałeś tylko strzępy. Odpady, których nie znosi alienryna. Czy pytałeś kiedyś... Zostawmy to. Martwię się o siostrę i boję się, że to samo wkrótce spotka mnie. Odliczył do dwudziestu, rzucił papierosa do zlewu i podszedł do Marylin. Potem objął ją, a ona uniosła w górę usta. Pół godziny później palił trzeciego papierosa i gładził pościel, starając się zatrzymać w niej kształt kobiecego ciała. Po południu spadł pierwszy śnieg

Nie pamiętam kiedy bawiłem się tak dobrze - zaśmiał się Cricboy. - Nie mogło być lepiej. - A jakże - przytaknął Skinny i wskazał wchodzące anty-abo. - Zaraz się zacznie. Siedzieli pod ścianą kryształu i niklu w jednej z największych galerii miasta. Halogenowe światła pełzały po posadzce, projekcje trójwymiarowych holoobrazów osadzonych na gigantycznych, patykowatych nogach pochylały się nad gośćmi kawiarni. Wśród wielbicieli sztuki byli też pospolici bywalcy barów, kilku najeżonych elektroniką opryszków i dwie cierpliwe prostytutki. - Ja cię pieprzę, Ravaughan. - Cricboy zmrużył skośne oczy i strzelił palcami. - Zaraz zrobi się tu gorąco. - Taaak. Będzie rozróba - przytaknął Skinny, a jego wytatuowany nos poruszył się niecierpliwie. Ravaughan myślał właśnie o nowym preparacie przeciw karaluchom zakupionym kilka godzin wcześniej. Wzruszył tylko ramionami. - Dajcie spokój, panowie. To tylko jeszcze jedna pieprzona demonstracja.

Ale było na co popatrzeć. Do galerii Biwaya wsunęło się kilkanaście kobiet. Barman w turkusowym płaszczu stanął przy podświetlonych butelkach i nerwowo wciągnął łysą głowę w szerokie ramiona. Demonstrantki wkroczyły między stoliki, rozrzucając maleńkie hologramy. Dwie ostatnie zatrzymały się. Niższa, z wydatnym brzuchem, rudymi włosami, postawionymi niczym u jeżozwierza, powiedziała: - Skrobaliście wasze kobiety, chłopaki? - Hm, bo ja wiem - rzucił prowokująco Cricboy. - Różnie bywało, mała. - On tylko tak gada - niespokojnie wtrącił Skinny, a jego kość gnykowa poruszyła się. - Erotoman gawędziarz, rozumiecie? Poza tym jest pedałem. Co on tam mógł skrobać? Odezwała się wyższa anty-abo, zakuta w czarny strój przypominający średniowieczną zbroję. Pokrywały ją malunki płodów i elektrycznych noży koagulacyjnych. - Zabijacie ich? - syknęła gardłowym szeptem. - Zabijacie nie narodzone dzieciaki? - Skąd, psze pani. - Grdyka Skinny'ego dygotała rozpaczliwie. - Tylko tak pierdoli, przecież mówię. To pedzio. Niższa nacisnęła guzik przy prawym sutku. Jej brzemię zalśniło kolorami. Ravaughan patrzył w wypukły monitor tak duży, jak brzuch kobiety. Zza poziomych pasków biegających po krysztale wyłonił się wyraźny obraz. Zwinięty w kłębek płód w trzydziestym tygodniu życia, jak wskazywały cyfry w prawym dolnym rogu. Kliknął drugi przycisk uderzony lakierowanym paznokciem ciężarnej. Huknął gwałtowny stukot maleńkiego serca, przetworzony przez bramki pogłosów i mroczną deformację flangera. Potężne brzmienie emitowane przez niewidoczne głośniki nie pasowało do malutkiej istotki, mrugającej powiekami i poruszającej ospale drobnymi palcami dłoni. Było jak tam-tamy sygnalizujące pierwotny przekaz najprostszych myśli. Z samego serca niezgłębionej dżungli. Wyższa anty-abo wyciągnęła w stronę Cricboya nóż, trzymając go za plastykowy trzonek. - Masz, dupku. Zadźgaj tego malca. Posiekaj go na kawałeczki. A my będziemy to oglądać i cieszyć się, że nie trzeba zmieniać pieluch ani gotować mleka. Bierz majcher i do roboty, dupku! Cienki wąs Cricboya opadł poniżej dolnej wargi. Bezradnie spojrzał na długie ostrze. - No, śmiało... - wyszeptała wysoka, pochylając się nad stołem. - Wbij go w monitor. Cricboy wyprostował się gwałtownie: - Okay. Jestem gejem, siostro. - Uśmiechnął się szeroko. – Nie lubię skrobanek i daj Boże sto lat temu maleństwu. Ze swej strony gotów jestem sponsorować odżywkę dla ciężarnych. Mogę też...

Brzemienna nie reagowała. Kolejny dotyk palca, stukot zastawek serca zagłuszył Cricboya i opanował salę. Anty-abo zaczęły tańczyć. Smugi hologramów śmigały w powietrzu ruszanym skrzydłami wentylatorów. Mieniły się kolorami antyaborcyjnych przekazów. Wydęty brzuch ciężarnej ponuro odbijał refleksy świateł. Płód mrugnął. Jego serce brzmiało teraz ostrzej niż przesterowana gitara. Ale było coś jeszcze na pograniczu światła i cienia, nieopodal najwyższego z dzieł wystawionych w galerii. Nowa jakość inna od tego szaleństwa. Niczym ślad wilczej łapy na placu zabaw. Ravaughan złapał to kątem oka i nim podjął świadomą decyzję, nogi już go niosły. Odtrącił pochyloną nad Cricboyem anty-abo i wmieszał się w tłum demonstrantek. Minął trzech zasępionych oprychów, barmana ocierającego spocone czoło i śmiejącą się dziwkę. Panienka strzyknęła zielonkawą śliną, dopalała właśnie jointa. Potem był stół pełen opancerzonych fotochromami bywalców galerii Biwaya i poorana rytualnymi bliznami twarz ochroniarza. Zatrzymał się w cieniu stalowych nóg gigantycznej sztalugi. - Jest - wymruczał. Przestrzeń zapętlała się tu w smugach kondensacji i nabierała nowego formatu. Zamiast ściany kawiarni widział ociekające rtęcią rośliny, a wśród nich gładki, wijący się chodnik. Dalej lśniły fragmenty rubinowego nieba i pochylone nad ścieżką, smukłe konstrukcje o nieodgadnionym przeznaczeniu. Gdzie jest początek, skąd to wylazło... Źródło. Musi być po lewej. Tam jest najwięcej kondensacji. Stamtąd rozwija się fantos. Myśli Ravaughana były szybkie i precyzyjne. Gałki oczu poruszały się jak optyka karabinu snajpera. Nos wciągnął woń ozonu. Tak. Po lewej jest źródło. - Idę - warknął krótko. - Nie ma czasu. Na ścieżce pojawiały się kształty. Ale wolał nie patrzeć, co nadchodzi ku galerii. To tylko utrudniało robotę. Wskoczył w przestrzeń fantosa, przeciął ją, czując, że serce zwalnia i łomocze ciężkimi uderzeniami, podobnie jak to małe serduszko, które przed chwilą podglądał na monitorze anty-abo. Po omacku wyciągnął rękę. Przeszła przez dziwaczne rośliny i uderzyła w twardy kształt. Drzwi. Przypomniał sobie. Tu powinien być kibel. Namacał klamkę i szarpnął gwałtownie. Był w środku. Na siatkówkach dogasał obraz zbliżających się cieni, ale przed sobą miał właściwe źródło fantosa. Tak jak przypuszczał, była to demonstrantka. Siedziała przy umywalce, obok plastykowa strzykawka; długie, rozrzucone nogi kobiety dygotały w rozkoszy przećpania alienryny. Pótprzymknięte oczy nie były jej potrzebne.

Wystarczał mózg, który wyrzygiwał w rzeczywistość fantosa groźną sforę cieni wygłodniałych światła i życia. - Młoda jesteś. I jeszcze ładna - wydyszał Ravaughan, sięgając pod ciemnozieloną bluzę. - Ale została z ciebie tylko chora i obca temu światu łepetyna. A w niej zaraza, którą siejesz. To jest prawda o tobie, kobieto. Rozpaczliwa myśl oddzieliła się od jej nieprzytomnego ciała, chcąc go powstrzymać. Ale był silniejszy. Wbił gnata w rozchylone usta dziewczyny, skierował lufę w górę i pociągnął za spust. Rozrzucone nogi kopnęły podłogę. Tylko jeden raz. Głowa opadła. Szybko uchylił drzwi toalety. Zdążył zobaczyć jak fantos kurczy się z sykiem; smród ozonu przybrał na sile. Czy któryś z cieni zdążył? Miał nadzieję, że nie. Pochylił się nad ciałem anty-abo i sprawdził zawartość kieszeni jej dżinsowej kurtki. Pudełko papierosów, paczka gumy do żucia, mnóstwo holokarteczek z adresami i hasłami demonstrantek. Sięgnął pod klapy kurtki i namacał obły kształt. Tubka alienryny z przymocowaną skeczem strzykawką. I stare zdjęcie z zielonookim facetem. Niezdarny podpis: Mojej kochanej Judy. Podszedł do umywalki i chlusnął w twarz zimną wodą. W kryształowym lustrze zobaczył swoje odbicie. Jasne, wzmocnione kontaktami oczy, długie, czarne włosy i zmięte czasem policzki. Wargi poruszały się nerwowo raz w prawo, raz w lewo. Wysokie czoło przecięła jedna głęboka zmarszczka. Zjawiała się zawsze, kiedy musiał zabijać. Przez chwilę patrzył na siatkę cieni w kącikach oczu, a potem wyszeptał do zmatowiałego od pary lustra: - To nie ja cię zabiłem, Judy. Oni byli pierwsi. Wyszedł z toalety, przemknął wśród hałasujących demonstrantek i zatrzymał się przy spoconym barmanie. - Zrób pan coś - krzyknął, wskazując palcem za siebie. - Trudno to wytrzymać. Barman

uchylił

się

przed

nadlatującą

holokartką

i

bezradnie

potrząsnął

komórkowcem. - Zakłóciły nas, kurwa noga. Ale wysłałem po gliny ochroniarza. Zaraz będą... Emeryt jest, panie, to i wolny w ruchach. Ravaughan skinął tylko głową. Żwacz po prawej stronie twarzy zadygotał rytmicznie. Zapowiadało się pracowite popołudnie.

Miniaturki rozłożystych dębów ułożono w szeroki, kilkunastometrowy szpaler. Nie były wyższe od buta Fritkena, więc kiedy stąpał po korytarzu pracowni czuł się niczym Guliwer. Po lewej rozstawiono sprzęt modelujący obrazy, po prawej w półmroku dostrzegał

pochylone nad monitorami sylwetki techników. Tam, dokąd zmierzał, widać było białe, proste drzwi. Nie podejrzewał, żeby były prawdziwe, i zdziwił się, kiedy stawiły opór opuszkom palców. Wszedł do gabinetu szefa korporacji Easylmagines D. D. Tricular. Tu miał zacząć. Symboliczny powrót do świata żywych. - Niech pan siądzie, Harry - usłyszał miły głos. - Pan Tricular zaraz pana przyjmie. Wolał się rozejrzeć. Uderzała prostota. Żadnych wyrafinowanych holo, żadnych zakręconych mebli czy niezwykłych rzeźb Imagines. Tylko cztery żółte piankowe fotele. Spiralnie wieńczony sufit z cwanie ustawionym oświetleniem, tak by gość widział tyle, ile chce gospodarz. Kilka posterów na gładkich, metalizujących ścianach i wielka dzika paproć pokryta kropelkami tłustej wody. Robiła wrażenie. Zmuszała do fiksacji oczu na mieniących się grafitem liściach. Nie wiadomo skąd wyłoniły się trzy postacie. - Witam pana. Której odpowiedzieć? Skinął tylko głową i usiadł w fotelu, a tamci zajęli trzy pozostałe. - Ma pan dobre referencje. Przejdźmy do rzeczy. - To byt głos najniższego, ze zdeformowaną, maleńką twarzą i wyrastającymi z czoła wypustkami na kształt rogów muflona. - Zna pan zasady kontraktu? - Pobieżnie. - Wolał nie tłumaczyć, że mu to obojętne. Chciał zacząć na nowo pracę i tyle. - Przypomnę te najważniejsze - powiedziała gruba kobieta zajmująca środkowy fotel i postukała palcem w segregator spoczywający na kolanach. - Pracowników Easylmagines D. D. Tricular obowiązują: zasada współpracy, tajemnicy projektowej i pełna dyspozycyjność. Nie obowiązują reguły ustalone przez Kościół. Pan wykonuje zlecenie, prawnie odpowiadamy my. Była nie tylko gruba, miała też nieznośny tik, zupełnie nie pasujący do jej pulchnej, pogodnej na pozór twarzy. - Doskonale panią rozumiem. Tak było i w innych firmach. Facet z rogatą czaszką wycelował we Fritkena palec z modelowanym w zygzak paznokciem: - Wiadomo mi, że jest pan człowiekiem uznającym zasady religii katolickiej. Naprawdę pojął pan punkt o łamaniu praw Kościoła? Może być dla pana szczególnie trudny. Fritken wzruszył ramionami i zaśmiał się ponuro: - Tak. Sądzę, że rozumiem, co znaczy łamać ustalone prawo. To bardzo łatwe. Mały podrapał się w oba rogi. - Chciałem się tylko upewnić. Nie lubię nieporozumień w czasie pracy.

Fritken zdusił przekleństwo. Co za dupki. Może chociaż trzeci powie coś miłego. Ten w długiej bluzie o włosach przystrzyżonych w prostokąty, zamaskowany skalpelem chirurga plastycznego, który zadbał o usunięcie z jego twarzy wszystkich cech szczególnych. Jednak trzeci milczał, włączyła się za to gruba kobieta: - Zarobki będą wysokie. Zaczyna pan od jutra, w pracowni 22. Projekt nazywa się Dummie III. Ma być gotowy za miesiąc. Pracę nadzoruję ja, ale pan będzie odpowiedzialny za pomysł. Nie mam zamiaru weń wnikać. Znamy i cenimy pana kompetencje. - Jasne. - Kolejny raz skinął głową, zatrzymując pod powiekami obraz jej brwi szarpanej rozszalałym tikiem. - Absolutnie zrozumiałe. - Używki są do pana dyspozycji - rzekł rogaty kurdupel. - Zakazana tylko alienryna, reszta wedle uznania. Nie pokrywamy kosztów detoksykacji czy ewentualnych powikłań. Od tego nie będzie pan ubezpieczony... Cóż to za pojebaniec, pomyślał z rozbawieniem i powiedział: - Nie potrzebuję prochów. Mam swoje sposoby i wiem co robić. - Czy jest pan gotów podpisać wstępny, trzymiesięczny kontrakt? - spytała gruba, wyjmując ze skoroszytu okrągłą kartkę. Zignorował podsunięte pióro ze złotą stalówką i sięgnął po reklamowy długopis. -Tak. Podpisał, co należało i przyłożył kciuk w miejsce czytnika. Kartka zmieniła kolor na zielony, oznaczało to poprawne sfinalizowanie umowy. Ale siłą musiał się powstrzymywać przed wyjściem z pomieszczenia, nie byt jeszcze gotów do kontaktów z takimi jak oni. Pierwszy uścisnął mu dłoń rogaty facecik. - Witamy w firmie. Z nadzieją oczekujemy efektów pana pracy, panie Fritken. - Postaram się nie zawieść pana Triculara. Wtedy odezwał się ten z gładką, seryjną twarzą: - Nie zawiedzie mnie pan, Harry. Gdyby były problemy, jestem do dyspozycji. Uśmiechnął się blado i wyszedł z pomieszczenia. A za nim tamtych dwoje. Ha, pomyślał Fritken. Tego bym akurat nie przewidział. Sam D. D. Tricular ze swoją przepospolitą gębą! Czegóż oni oczekują, że miliarder wita mnie osobiście na pokładzie? Czy rzeczywiście jestem taki dobry? Czy tylko chce, żebym myślał, że tak jest? Wyszedł przez białe drzwi, prosto w szpaler miniaturowych dębów i mrugających świateł wzorcowni. Masz wreszcie pracę, Harry I nie kombinuj, o co konkretnie biega. Już oni to lepiej wymyślili. Akurat tak, żebyś ty nigdy nie doszedł, czego naprawdę chcą. Przewidzieli każde posunięcie i są do przodu o pięćset ruchów. Czas pokaże co dalej.

Strażnik wyświetlił drogę ku wyjściu i zasalutował. - Do widzenia panu. - Do jutra. Zjechał szybkobieżną windą, przeszedł przez pusty hol i stanął na skraju Freesquere, przy którym usadowiły się wieżowce korporacji. Prószył drobny śnieg. Niebo miało barwę zgniłej śliwki i nie widać było żadnych chmur. Kształty neonów rozmywały się w mgiełkach pary, wydychanej przez systemy klimatyzacji budynków. Przechodnie przemykali po ulicach, przecinając pojękujące tory tramwajów. Większość spieszyła się, by zdążyć przed zmrokiem do mieszkań, zjeść spóźniony obiad i posłuchać o nowych aspektach projekcji fantosów. Dobrze wiedzieć, jak wygląda sytuacja. Czy zlikwidowano kolejne źródło? Ile detoksykowanych po alienrynie bezpiecznie przeszło na heroinę? I, co najważniejsze - czy fantosy pojawiły się w nowych miejscach? Czy miasto odebrało im nieco przestrzeni, czy też one zajęły kolejne tereny. Któż bowiem lubi przełazić przez obce strefy. Bóg jeden wie gdzie, kiedy i czy w ogóle wyjdziesz. A jeśli nawet uda ci się wymknąć, to już nigdy się nie roześmiejesz. - Harry! - wyrwał go z zamyślenia niski głos. - Dobrze cię widzieć, chłopie. Nie poznawał pomarszczonej, szczerej twarzy i wysokiej postaci, która złapała go za rękaw płaszcza. - Co w tym dobrego? - rzucił ironicznie. Facet nie dał za wygraną: - Już nie pamiętasz? - spytał dudniącym głosem, nagle jakby znajomym. - Leżeliśmy na tej samej sali w szpitalu przy Korthaka Avenue. Pięć lat temu. Jestem... Na Boga. To przecież stary Speedo. Speedo połykacz papierosów. Z zaburzeniami osobowości, zespołem paranoidalnym, uzależnieniem od benzodwuazepin i afektem bardziej zmiennym niż twarz komiwojażera prezentującego klientowi nowy towar. - To już sześć lat - zaśmiał się Fritken i ze zdumieniem usłyszał w swoim głosie szczerze wesołą nutę. - Nie byłem hospitalizowany od tamtego czasu. Jakoś daję sobie radę, jestem na podtrzymujących dawkach litu, rozumiesz... Speedo, chłopie. Jak się masz. Ścisnął mu ledwie koniuszki palców, bo resztę ukrywały długie rękawy swetra. Wyglądało na to, że starego zaszyli raczej niż że sam się w to ubrał. I ten maleńki, jasnożółty, pręgowany granatem beret na głowie wąskiej niczym łeb konia. - Powiedziałbym ci jak się mam, ale jeśli zacznę, a będzie to ciekawe, to nie dosłuchasz do końca, który jest bardziej interesujący.

Patrząc w pomarszczone oblicze stawnego bywalca oddziałów psychiatrycznych, Fritken zaśmiał się raz jeszcze: - Skąd. Mam trochę czasu, a że dawno z nikim nie gadałem, przyjemnie będzie... - Niewątpiężebędzietoprzyjemne - przerwał Speedo z szybkością karabinu maszynowego. - Alemusimyspierdalaćbonastramwajprzejedzie. - Wypchnął Fritkena z torów i rozpędzony tramwaj przejechał we mgle tuż obok, sypiąc iskrami spod pantografu. - Dlatego obawiałem się, że nie dotrwasz do końca opowieści. - Krótki uśmiech przemknął po twarzy Speedo, zabierając z niej na chwilę kilkanaście lat. - Chodźmy do baru po drugiej stronie ulicy, Harry. Posiedzimy i zobaczymy czy jest o czym gadać. W czasach sali obserwacyjnej miałeś dużo do powiedzenia. Chociaż większość tego, co gadałeś, była gówno warta. Krew uderzyła w arterie mózgu Fritkena. Poczuł, jak myśli nabierają lotu. Paskudne niebo koloru śliwki stało się jaśniejsze, a szare płaty śniegu zaiskrzyły niczym lameta na bożonarodzeniowym drzewku. Po miesiącach spędzonych u boku zaćpanej Spunny, poczuł powiew radości. Nie miał już nadziei na taką chwilę. Przy barze przed dwiema parującymi filiżankami czarnej expresso, Speedo pstryknął koniuszkami palców. - Powiem krótko, Harry. Nie pytaj, ile razy byłem w szpitalu od tamtego czasu. Wystarczy, że od sześciu miesięcy udaje mi się tam nie wracać. Popatrz - na wyciągniętej dłoni miał kilkanaście tabletek. Nie wyglądały przyjaźnie. Dwa rodzaje były Fritkenowi znane. Od razu rozpoznał stabilizujący afekt lit i owalny, ostro zielony Riderdostr. Potęga przeciwpsychotyczna. - Ty wiesz, że ja je wszystkie jem? Codziennie, zgodnie z tym jak stało na wypisie. Są bardzo dobre, te nowe prochy to już nie klasyka psychofarmakologii. Żresz, chodzisz, myślisz, kopulujesz... Może czasem siekną cię po żołądku, ale to nic. Nie możesz już mówić, że trzeba je odstawić, bo znowu ci wykręciło łapę albo gębę. Jestem w formie i zaczynam ją lubić. Nie powiem, że jest genialnie. Ale... ta nowa forma życia niesie pewne pozytywy. Jak oni to nazywali? Zdrowie czy jakoś podobnie, kurde. Fritken wiedział o co chodzi. Odzyskaną normę czasem trudniej znieść niż chorobę. Realia potrafią kąsać boleśniej niż igły. A świat bardziej odbiera ci pewność niż sala obserwacyjna szpitala psychiatrycznego.

- Masz rację, Speedo. Któż jest nami zainteresowany? Dzisiaj wszystko się zmieniło. Kiedy runął ten wrak i ludzie zaczęli grzać alienrynę, nasze objawy stały się czymś zwyczajnym. Speedo siorbnął duży łyk herbaty i wychylił żylastą szyję z workowatego swetra. - Racja. Nasze psychozy stały się normalne. Nie mogę w to uwierzyć, kurde. Nawet świr tęgiego kalibru, a wiem, że się do tej kategorii zaliczam, jest dzisiaj drobną, niespecjalnie dziwaczną anomalią. Dlatego, kurde, jem te pieprzone leki. Na złość wszystkim. Szpitale mają teraz co innego do roboty. Psychiatrzy stracili do nas zapał, bracie. Fritken wzruszył ramionami. Trudno uwierzyć, że mówi to stary Speedo. Nie mogli dać mu rady. Chociaż demonstracyjnie łykał papierosy i mówił, że wchłania media przez skórę pośladków, był rzeczywiście ciężko chory. Biegał po mieście owinięty w stare gazety, na głowie montował żarówki, w skórę przedramion wtykał gołębie pióra i piszczał niczym potępieniec, kiedy wsadzali go do karetki. Ale Fritken wiedział, że i to była tylko przykrywka. Prawdziwe dramaty Speedo przeżywał po cichu. Jego psychoza miała wredny charakter. Omamy i urojenia zapowiadały koniec świata, zabijały Speedo setki razy dziennie na różne sposoby. Musiał to z siebie wyrzucać. Musiał demonstrować emocje, w mózgu nie było miejsca na zabawę. - Jak sobie radzisz? - zapytał Fritken, patrząc w szerokie plecy barmana, który powoli wycierał szklanki. - Wiesz, z fantosami czy wrakiem... Speedo gwałtownie wciągnął głowę w ramiona. Ze swetra wystawał tylko nos i śmieszny beret. Zdawało się, że ciało umknęło gdzie indziej. -A cóż to niby takiego? - wymruczał, przesuwając tabletki po blacie. - Kilka razy zdarzyło mi się wpaść w obcy obszar. I co? Nic tam specjalnie obcego nie było, drogi Harry. Czułem się jak karaluch w ubłoconej kapuście. Na miejscu, rozumiesz. Barman łypnął kaprawym okiem na pigułki i odkaszlnął znacząco, po czym ponownie zabrał się za naczynia. - Nie bałeś się? - zapytał Fritken. - Nie jest za wesoło wdepnąć w fantosa. To horror, przyjacielu. - Bałem się. Ale nie fantosa, Harry. Bałem się tego. - Dłoń Speedo postukała w czapeczkę na czubku głowy. - Boże, pomyślałem za pierwszym razem, nie pozwól, żeby ze mnie wylazło to, co winno być tylko moje. Zajebałbym ludzi w tym cholernym mieście. Nie, żebym ich znowu lubił, ale też po co miałbym ich zajebywać? Rozumiesz, Harry? Te wszystkie fantosy są jak gówno trzmiela przy łajnie nosorożca. Powiem więcej. Fantosy o

tym wiedzą. I unikają mnie jak nietoperz światła. Węszą we mnie smród większy niż ten, który nam przyniosły. Nie było łatwo nadążać za tym śmiesznym człowieczkiem siorbiącym parującą herbatę. Trudno wyczuć, kiedy Speedo mówi do rzeczy, a kiedy gada po swojemu. - Dobra. Cieszę się, że chociaż ty nie narzekasz – wymruczał Fritken spolegliwie. Może wreszcie przyszły dobre czasy dla... - Skąd, spójrz tylko - przerwał Speedo. - Babka za nami, ta z wielkimi piersiami, kurde. Widać ją w lustrze pomiędzy flaszkami gorzały. I jeszcze jedna, co siedzi na końcu baru: może nie ma takich wielkich, ale też wydaje się być w gotowości bojowej. One nadal są poza moim zasięgiem, bracie. Jem leki, ale jakoś na mnie lecą. A więc jest tak jak zawsze mówiłem. Ludzie wolą mnie chorym niż zdrowym. Tylko że choć mózg mam przebogaty, to ciało wielce nieadekwatne. A ty mi tu o fantosach... Ja o dramacie, ty o pierdołach. Fritken nie wiedział co odpowiedzieć. Szukał właściwych słów, głośniki akurat huknęły industrialną muzyką i bar wypełniła nowa duża grupa gości. Powiało śmiechem i imprezą, co wydawało się jeszcze bardziej absurdalne niż dywagacje Speedo. Zjawiły się kolorowe hola, wytatuowani kolesie, barman szczerzący niebieskie zęby i ruchome napisy na butelkach wódy. Czar każdego dnia. Wyrafinowane formy picia kielicha czy palenia jointa. A tam, za szybą po lewej, przez rzednące popołudniowe mgły i początki listopadowego zmierzchu, widać było masywne kontury El Raque l. Od czasu kiedy spadł na środek rynku milczał niczym grobowiec. Wbity w asfalt był turystyczną atrakcją i miejscem schadzek. Niezgłębiony obcy obiekt, pod który sikali naprani wódą faceci i który uwieczniali setkami zdjęć Japończycy. Wpisany w krajobraz miasta, choć żaden architekt nigdy nie rozrysował jego kształtów na monitorze komputera. Spadł z nieba i został, jak chciały niebiosa. Jutro zacznę pracę, myślał Fritken. Jeśli zrobię swoje, jak oczekuje D. D. Tricular, mam szansę wyjechać z tego przeklętego miasta. Ale masywny korpus El Raque l był wyższy nawet od budynku, w którym miał zjawić się nazajutrz o ósmej rano. Fritken próbował o tym nie myśleć. Bo przecież przez wszystkie swe lata zrozumiał, że będzie co ma być. I nic mu do tego. Łypnął ponuro na pokrzywioną twarz Speeda pochylonego nad barem. Zmarszczki pochwyciły jego smutek w swoją nieodgadnioną sieć i nie puściły dalej. Speedo uśmiechnął się, był silniejszy. Speedo rządził.

Z DZIENNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA

LUŹNA NOTATKA To tylko kwestia otwarcia. Nie mam na myśli drzwi czy okna. Otwarcia mojej gotowy nie da się przyrównać z przedmiotem, to nie tak, że klikam myszą i rozwijam sieć cybernetycznych infostrad. To coś zupełnie innego. Widzę ich światy. Są bardzo różne. Trudno je zliczyć, ale w każdym pełno jest Obcych aniołów. Oni cierpią. Żyją uwięzieni od tysiącleci pod wielkimi kopułami, pochwyceni przez niemoc, niczym owady w bursztynie. Patrząc na te piękne istoty zamknięte w ograniczonej przestrzeni, pojmujesz okrucieństwo świata. Nie sposób przejść obojętnie. Każdy z Obcych jest piękny. Każdy anioł może być szansą dla ciebie i twojego świata. Czuję, że to potęga zła osadziła ich w celach. Odebrano Obcym wszystko. Nie mogą żyć, bo nie mają już pana. A powiedziano, że bez pana słudzy stygną lub błądzą we własnych myślach. Kiedy alienryna dociera do moich neuronów, odczuwam wielką moc. Dotykam najbliższej kopuły i zrywam powłoki jak folię cukierka. Oni budzą się. Wychodzą. Nie da się opisać tego widoku. Idą szeregi przywróconych światu istot, z każdym krokiem coraz piękniejszych i pełnych dawnej siły pana. Mogę ich prowadzić. Idą za mną, a może tylko za działką alienryny, którą wdusiłem w żyłę biodrową. Kiedy są we mnie, mogę ich słyszeć i postrzegać, jakimi są naprawdę. W pierwszej chwili odczuwam ich ból po stracie pana. To straszna chwila. Nie wiem do czego ją przyrównać. Ale ta chwila mija. Oni nie chcą, żebym to odczuwał. Nie są okrutni. Nie dzielą się cierpieniem. Tak. Potem słyszysz ich opowieści i śpiewy. Szukają życia. Pragną cieszyć innych swoją mocą. I właśnie ja mogę sprawić cuda. Daję im kawałek naszego świata. Dzielę się, by zaspokoić ich głód życia. Tak jest dobrze. Potrafią wykorzystać przestrzeń, nie przeszkadzając tym, którzy już tu są. Dla nich jeden metr to więcej niż dla nas całe miasto. Wiem, że będą wdzięczni. Dadzą nam więcej niż kiedykolwiek mieliśmy. Nie wiem, ilu zdołało już przejść. Kiedy suną przez sploty mojego unerwienia, czuję spokój. Nie wiem, ilu zdoła przetrwać w nowym świecie. Alienryny wystarcza tylko do pokonania tej drogi. Co dzieje się dalej? Musi ich być tu już wielu. Czasami zjawiają się na kilka chwil i przekazują mi znaki wdzięczności, ale wciąż są zbyt słabi, żebym ich usłyszał. Nie martwię się. Wiem, co robić. Jeśli prawdą jest, że alienryna uzależnia, cóż to znaczy wobec losu upadłych aniołów, uwięzionych w okowach śmiertelnych pułapek? Cóż to wszystko znaczy wobec daru, który posiadłem? Ta myśl nie pozwala zrezygnować, wręcz zmusza mnie

do przygrzania kolejnego centa. Obrazy zamkniętych w niewoli istot nie opuszczają mnie od pierwszego dnia... Oto sens życia muchy, która kiedyś karmiła się gównem. Czas nie gra roli. Wszystko dzieje się poza nim. Jestem ja, są drogi, które otwieram za pomocą alienryny i Obcy, którzy wracają do swojego pana. W takich chwilach nie muszę potwierdzać swojej siły przez rytualne czynności. Wiem, że jestem silny. Boże, jak wielką moc mi dałeś!

Papierowy ptak przeleciał pomiędzy gałęziami pochylonej wierzby i musnął kilka spadających liści. Potem porwał go podmuch i samolocik z gazety runął w błyszczącą olejami kałużę. Zapowiadał się kolejny pochmurny dzień. Nawet nie to, że zimny, ale wilgoć przenikała do szpiku kości. Ravaughan siedział na ławce Freesquere i przeglądał poranną prasę. Pierwsze strony zapełniały krzykliwe tytuły: GOTILA ODCIĘTA OD MIASTA, CD SIĘ STAŁO Z AKADEMIA MEDYCZNĄ?, OSTATNIA TAKA JESIEŃ W SZPITALU KLINICZNYM GDTILI, GDZIE BYLI DETDKSI, KIEDY PRZYSZLI OBCY?... Pisali o gwałtownym ataku fantosów. Kilkanaście ulic południowej dzielnicy wyłączono z życia. Teren jak zawsze otoczyło wojsko. Tym razem fantosy pożarty centralny szpital kliniczny. Było wielu zaginionych, wielu chorych nie zdążono ewakuować. Jeden z dzienników sugerował, że wszystko z powodu izolowanych w klinice ludzi uzależnionych od alienryny. Odtrucie wymknęło się spod kontroli medycznej, ponoć był to kolejny nieudany eksperyment. Rząd, jak to rząd, robił, co w jego mocy. - Gówno - wymruczał Ravaughan i postawił kołnierz płaszcza. Jego teren to było centrum Los Raques. Miał wyznaczone ulice. I znał swoje możliwości. Takich jak on nazywano detoxami. Działali metodami potępianymi przez prawo, ale to samo prawo wydało cichą zgodę na każdą skuteczną formę obrony przed fantosami. To znaczy na eliminację źródeł. Nie izolowanie. Nie przestawianie na heroinę. Należało niszczyć zainfekowane alienryną mózgi. Kudłaty pies odlał się nieopodal i umknął w krzaki, zostawiając na skraju skweru parujący ślad. Ravaughan urwał kolejną kartkę z dziennika i mozolnie uskładał z niej

samolocik. Kiedy rzucał nim w górę, zatrzymał wzrok na neonach korporacji D. D. Triculara. Będzie już pięć lat, przypomniał sobie. A może cała wieczność. Najpierw upadł El Raque l i nikt nie zrozumiał, co się właściwie stało. Wszystko rozegrało się zbyt szybko. Namierzono, co prawda, obiekt jeszcze poza atmosferą, ale żaden z taktyków nie przewidział, że grzmotnie w ziemię jak ślepy. Nikt nie odgadł, że leciał tu, żeby uratować się przed awarią; nie chodziło mu o nic innego jak tylko o własne dupsko... Do dzisiaj niektórzy nie mogli w to uwierzyć, mówili o prowokacji. Bo to nie statek El Raque l przyniósł najgorsze. To pilot, który zdążył się katapultować tuż przed uderzeniem w rynek. Traf chciał, że przyczajony myśliwiec EUROpaktu od razu go zestrzelił za pomocą rakiety powietrze-powietrze. Strzępy obcego cielska - jak później wyliczano miało około dwudziestu ton - spadły niczym kosmiczny deszcz na przyziemne górnicze miasto, podziurawione kopalniami jak ser. Największe kawałki liczyły po kilka kilogramów, najczęściej były to kulki wielkości włoskiego orzecha. I wtedy zaczęła się zabawa. W parku koczowała sekta ćpunów. Sporo im się dostało w kosmicznym spadku. Około czterdziestu kilogramów. Siedzieli na trawie i słuchali sampli Hendruea. Kawał Obcego spadł nieopodal z zalotnym mlaśnięciem. Długo się nie zastanawiali. Któryś wpadł na pomysł, że to będzie ten najlepszy, złoty strzał, kurewsko odlotowy i w ogóle. Z centrum wszechświata. Odlot na megadystans. Po naradzie rozpuścili kawałki pilota w soli fizjologicznej, odmierzyli po jednym cencie i przygrzali jak się należy. I co? I mieli rację. Z tym, że oni nigdzie nie odlecieli. To sukinsyn Obcy starał się powrócić. Dał im ochłapy swojego jestestwa, a to, w czym mógł żyć, aktywował za pomocą ich mózgów. Projekcje nazwano fantosami. To właśnie one poszatkowały Los Raques (tak nazwano miasto od chwili katastrofy) na dwa odmienne światy. Im więcej alienryny mieli ludzie w żyłach, tym więcej obcego ego projektowali na zewnątrz. Nikt nie wiedział, ile jeszcze alienryny zostanie odnalezione w zupełnie przypadkowych miejscach. Musiało być tego całe mnóstwo. A większość klientów uzależnionych od drugów bez wahania ruszyła w ślady ćpunów z parku. Towar bezkonkurencyjny, po jednym przygrzaniu nie było innej oferty. Alienryna ponad wszystko. Każdy narkoman o tym wiedział. Ciągnęli do miasta jak do Mekki, mimo że narkotykowe bajzle przechwyciły mnóstwo towaru. Do wojskowych laboratoriów, gdzie próbowano ją badać, trafiło ledwie dziesięć procent całości. Ravaughan cisnął kolejny samolocik, mierząc w gigantyczne logo na wieżowcu Triculara. - Mamy kłopot - sapnął pod nosem.

Każdy kombinował po swojemu. Jajogłowi znaleźli wreszcie zajęcie, choć po prawdzie gówno zrobili. Armia przygotowywała się do odparcia ataku kolejnych Obcych. Jakby nie pojmowała, że to fantosy są ich środkiem, sposobem, by dostać się na Ziemię. Jeszcze inni trzaskali szmal. Podróbki alienryny. Wycieczki do El Raque l, żebracze sekty czczące Obcego. Gadżety imitujące Obcego. Hałas w mediach. Filmy, książki, holografy z Obcym w głównej roli. No i D. D. Tricular. Wpadł na pomysł genialny i prosty. Jeśli grożą ci fantosy - nasza zabawka pomoże ci z tego wybrnąć. I wypuścił na rynek antyfantosy. Funkcjonowały bezbłędnie. Wystarczyło uruchomić zabawkę w obcej strefie i holoprojekcja zapewniała ci przetrwanie. W zależności od ceny mogłeś kupić wszystko. Nawet kilkudziesięciometrowy holos z ukrzyżowanym Chrystusem. Najbardziej skuteczny dla wierzących katolików. Emisja plastyczna i oczywiście płynnie animowana. Dawała szansę na powrót z przestrzeni fantosa. Mogłeś iść wytyczonym szlakiem i w ten oto sposób opuścić zagrożone miejsce. Nikt nie pytał, jak to działa. Liczył się efekt. Sam fantos oczywiście trzymał się dobrze, ale Tricular nie miał nic przeciw fantosom. Stawiał na ocalenie zabłąkanej jednostki. I zrobił kasę. Przyćmił spółki węglowe i holdingi zbrojeniowe. Jako jedyny dawał nadzieję. Jego zabawki rzeźbiły tunele światła w morzu ciemności, co jak się zdaje, wystarczało mieszkańcom aglomeracji Los Raques. Nie pragnęli niczego więcej. Oślepli jak krety już dawno temu. - Cześć. - Dwójka gliniarzy w cywilu podeszła do Ravaughana od strony Maya's III i cicho usiadła po jego bokach. - Nie najlepsza pogoda na czekanie, co? Ale nie dało się wcześniej. Skinął głową tak, żeby włosy zasłoniły mu twarz. Po co mają widzieć, jak zaciska żwacze. Nie lubił tych facetów. - Ty, Ravaughan, jesteś dobry - powiedział gość z lewej. Miał paskudny piskliwy głos i trądzik na całej twarzy. - Bez pudła kontrolujesz centrum, masz czują. - Taak. Mam czują. - Jesteś najlepszym detoxem, jakim tu dysponujemy. – Suchy jak gruźlik facet z prawej zakaszlał ponuro. - Dlatego płacimy ci, ile chcesz. Tylko w zeszłym tygodniu siedem trafień. Rewelacja. Diabli ich nadali. Ravaughan miał złe przeczucia. Rzadko kiedy umawiali się rano, w nagłym trybie. Jeszcze rzadziej w środku miasta, a nie w budynku policji. O co tu, do cholery, biega? - Słuchaj uważnie, Ravaughan - glina z prawej zabębnił palcami po ławce, zakaszlał, aż wreszcie wbił puste oczy w jego stronę. - Masz nowe zlecenie, chłopie.

Ravaughan oderwał niespiesznie kolejną stronę gazety i w milczeniu składał nowy samolot. Z tymi facetami nie było żartów. Kiedy uznawali, że jesteś niewydolny, odstawiali cię w kąt. A żeby specjalnie nie nagłaśniać sprawy, na wszelki wypadek dawali ci kulkę między oczy, żebyś nie próbował wykorzystywać tego, co wiesz. - Pilnie panów słucham - pierwszy przerwał ciszę, bo zdaje się, na to czekali. - To dobrze - ucieszył się glina z lewej. Wyglądał jak szczur albinos chory na ospę. Zanim powiemy, co masz robić, oto nowe prochy dla ciebie. Masz, weź wszystko. W ciemnej, pociętej bliznami łapie pojawiły się trzy pomarańczowe pudełka. Ravaughan wyłuskał je i czytał na głos: - „Pinderol, tabletki powlekane, dwudziestomiligramowe. Efekt antypsychotyczny natychmiastowy, napęd psychomotoryczny usprawniony. Dawkowanie... osobnicze zmienne, przeciętnie... l tabletka dziennie". Hmmm... Co to ma być, panowie? Pryszczaty zaśmiał się ponuro: - Jak to, kurwa, co? Pinderol. Czekaliśmy na to wiele miesięcy. Zrobili go Japonce, na nasze zamówienie. Mają tu przedstawicielstwo farmakologiczne. Mają też próbki Obcego. Oni się tam specjalnie nie pierdolą w etykę. Szybko poszło, bo daliśmy im kilku gostków na alienrynie. Żaden nie wrócił, ma się rozumieć. Ale przysłali gotowy lek i ty, Ravaughan, masz teraz tarczę jak się patrzy. Nigdy nie byłeś lepiej opancerzony. Nie wierzył w gadkę o japońskich farmakologach. Raczej to ci z bezpieki złamali zakaz eksperymentowania na mózgach żywych. W sumie, cóż go to obchodzi. Jeśli jest jak mówią, łatwiej będzie namierzać przygrzanych alienryną. - Dobra - mruknął, wsuwając do kieszeni neuroleptyk. – Zaraz sprawdzę to. - Ja myślę... chłopie - wycedził glina-suchotnik. Starał się mówić wolno i groźnie. Pieprzony Godfather. - A będzie... dobra... okazja. - Kaszlnął. - Widzę, Ravaughan, że pilnie czytasz gazety. Tak jak i... my Poczuł jak krew uderza mu do głowy. Już wiedział, ale nie chciał, żeby te psy poczuły jego lęk.- Są dobrym i tanim budulcem do samolocików – stwierdził lekko - mogę wykorzystać prasę podług własnych projektów. Uskrzydlam ją, rozumiecie. Pryszczaty glina zapiszczał radośnie. - Dobre. Ale powyrzucałeś już strony tytułowe, bracie. A pisali tam właśnie, że poważnie przygrzany klient grasuje po Gotiii. Nasze podejrzenia padły na detoksykowanych. Zdaje się, że otrzymali przerzut alienryny i sieją Obcym jak sikawka strażacka. Wszędzie go pełno - poklepał Ravaughana po plecach. - Rozumiesz? Chwytasz już, o co idzie?

Ravaughan słuchał, wyciągnąwszy przed siebie nogi. Nie pasował mu do sytuacji facet z szopą postawionych włosów, który zatrzymał się przy szerokim buku. - Co mam nie rozumieć, panowie. Kiedy? - A widzisz. - Suchotnik wskazał palcem zegarek. - Nie jest źle. Masz jeszcze czas. Musimy wykonać parę badań. W takim nasileniu... nie mieliśmy tu Obcego jeszcze nigdy. To okazja dla jajogłowych, bracie. - Nieoczekiwanie zrobił się serdeczny. Jakby wysyłał mnie na śmierć, pomyślał Ravaughan i zerknął na suchotnika. Kiedy wrócił wzrokiem do faceta przy buku, ten sięgnął gwałtownie do kieszeni. Coś błysnęło w jego ręku. Ravaughan zobaczył rosnącą chmurę holospraju. Artysta pędzlował drzewo, nie wiedząc, że kilkanaście metrów dalej siedzą gliniarze i detox. Dobre. - To będzie w piątek. Dzisiaj mamy poniedziałek, więc możesz iść na dziwki czy co tam lubisz, Ravaughan. Tyle od nas. Damy sygnał przez komórkę. Trzymaj się. Suchy rzucił mu na kolana kopertę ze szmalem, obaj uśmiechnęli się nieszczerze i powoli odeszli. Holosprajmen kończył swe dzieło. Buk zamienił się w pękatą postać burmistrza Los Raques, z którego ust wydobywał się świetlisty napis: GŁOSUJCIE NA MNIE. JESTEM SPRAWIEDLIWY. ZABIJAM l LUDZI, l OBCYCH. Ravaughan patrzył, jak podchodzą do holosprajmena. Kilkakrotnie poklepali go po plecach, niby podziwiając jego pracę. Chwilę później artysta leżał w trawie z rozkrwawioną twarzą i puszką spraju wduszoną w usta. Gliniarze skryli się we mgle poranka. Wstał, czując igiełki bólu w zdrętwiałych nogach. Miał jeszcze trochę czasu. A zasłużył na krótki urlop. Tego akurat był pewien.

Fritken zdjął z oczu panoramiczne szkła. - Tyle na dzisiaj - powiedział krótko. - Ile pracowałem? - Osiemnaście godzin. Równa osiemnacha, Harry – powiedział czarnoskóry technik i uśmiechnął się ponuro, wywijając mięsiste wargi. - A ja z tobą, ma się rozumieć - stuknął palcem w swój kask. - Psiamać. Kupa dobrej roboty, bracie... Fritken zakaszlał. Zaczął wypatrywać papierosów. Ale wszędzie widział jedynie zwoje ekranowanych kabli, maleńkie holodyski i ślepia monitorów. Z trudem ostrzył wzrok. Z jeszcze większym trudem zbierał myśli do kupy. Syf. Syf. Syf. Zwłaszcza że cały czas był podłączony do maszynki i cholernego biosprzętu.

- Okay, stary. Doprowadź mnie do stanu używalności. Zacznij od bryli. Oznaczało to pełne unieruchomienie. Półleżał w termoregulacyjnym fotelu, z łepetyny zwisały cienkie przewodniki, łapy miał zagłębione w specjalnych mini-jakkuzi, a miejsca wstydliwe zabezpieczone jak starzec z Alzheimerem. Wszystko w jednym celu. Pracuje mózg, reszta ma nie przeszkadzać. Zamiast kibla są odprowadzenia. Nie ma filiżanki kawy, jest mieszanka ze szczyptą amfy prosto w żyły. Zmęczenie mięśni bezruchem złagodzą mikroruchy cieczy masującej wrażliwe miejsca. -Tylko pomału, Nonze... - Już się robi. - Technik zaczął od kasku, potem zdjął z Fritkena elektrody, na końcu sięgnął między nogi i delikatnie wyjął mu z fiuta cewnik. - Ostrożnie, Nonze. Ostrożnie z moim sprzętem. - Jasne. Jeszcze tylko worek rektalny i wenflon. - Murzyn ponownie sięgnął między nogi i było po wszystkim. - Antybiotyk po cewnikowaniu masz w kieszeni marynarki, Harry. Starczy jeden na tydzień. Popijaj mlekiem. Fritken wstał, pocierając zdrętwiały kark. Nie czuł zmęczenia. Praca przy projektach holosów wyzwalała w nim nową energię. Opróżniał wyobraźnię jak w gabinecie psychiatry kiedy jeszcze do niego chodził - parę godzin i po wszystkim. Ale też właśnie psychiatra ostrzegał go przed długofalowymi konsekwencjami roboty przy holach. Właściwie nigdy nie wiedziałeś, co wyrzyga twoja łepetyna do komputera. Większość najcenniejszych kreacji pozostawała poza zasięgiem świadomej kontroli mózgu. A podświadomość miała swoje tajemnice i nawet zawodowi terapeuci sięgali do niej rzadko. Fritken nigdy nie poddawał się takiej głębokiej terapii. Nie było potrzeby. Leki stabilizowały jego nawracające depresje i krótkie stany maniakalne. Słowa dawały tylko wsparcie. - Zimno tu jak cholera, Nonze. - Fakt. - Nonze nadal poruszał się w kasku, ale w jego wargach pojawił się nie zapalony papieros. - Może dobrze byłoby już się ubrać, Harry. Fritken zaśmiał się nerwowo. Przeszedł pod szafkę z ubraniem i popatrzył w lustro na nagie ciało. Krzywe, cienkie nogi unosiły długi, szeroki korpus porośnięty rudawym włosem. Trudno było dopatrzyć się szyi. Duża, okrągła głowa wieńczyła tę pokraczną konstrukcję. Jakby dzieciak wetknął tam swoją piłkę do kosza i nieporadnie nabazgrał na niej kontury ludzkiej twarzy. Tylko nos wyszedł jak się patrzy. Zapewne po to, żeby utrzymać okulary. Możliwe były usta, choć jak zerwane z maski cyrkowego klauna. Podobnie dwie kępki włosów po bokach łysiny. Czasem zastanawiał się, czy lepiej być karykaturalnym, czy nijakim?

Odnalazł pomiętą paczkę klozapersów i przypalił łapczywie. - Ile mamy jeszcze czasu? - spytał, zakładając bieliznę. - Ile dał mi jeszcze pan Tricular? Nonze z westchnieniem zdjął kask. Ogolony na łyso, na czubku głowy miał maleńki nadajnik holoefektów, mrugający niebieską lampką spoczynku. - Jest poniedziałek rano, człowieku - oznajmił zmęczonym głosem. - Masz czas do piątku. Korporacja musi mieć ten projekt. Mówili ci o miesiącu, ale wyszło inaczej. Coś się powyrabiało w Gotiii i przyspieszyli, sukinkoty. To nie będzie zwykłe zamówienie. Nie wiem, nie mój biznes. O szczegóły pytaj D. D. Triculara. Mówię szczerze jak brat bratu. Fritken wciągnął luźne spodnie i dopiął guziki koszuli. Potem rozchylił niespiesznie żeberka żaluzji. W mglistym powietrzu poranka krążyło stado czarnych ptaków. Wyraźnie odcinały się od neonów i holoreklam - były z innej bajki. Po prawej zobaczył masyw El Raque l, niżej widać było Maya's III i wieńczący ulicę Freesquere. Na ławce, pomiędzy pochylonymi drzewami, dostrzegł siedzącą sylwetkę mężczyzny w ciemnym płaszczu. Facet wyciągnął nogi przed siebie i bodaj czytał gazetę. Siąpiła mżawka. Wyżej na południu błyskały policyjne lampy, ale szczegóły skrywała mgła. - Chyba zamknięto kolejną strefę - wymamrotał Fritken, opuszczając żaluzje. - Znowu się popieprzyło. - No - przytaknął Nonze. - Mówiłem ci przecież. Kupię se zaraz gazetkę, zobaczymy, bracie... Fritken zdusił klozapersa na plastykowym talerzyku z resztką ciasta. - Opowiesz, jak wrócę. Idź lepiej spać, Nonze. Będę tu po południu, chyba coś mi jeszcze zostało pod kopułą. Trzeba tego nałapać ile się da, potem zajmiemy się montażem. Nonze skinął łysą głową. - Nie wątpię. I coś ci powiem, bracie. Jeszcze nigdy nie widziałem takich zasobów jak twoje. A siedzę w tym nie od dziś. Masz też, kurde, wizje, jakich nie ujrzysz na rynku. I to bez żadnych drugów, cholera. Złapiesz Triculara za gardło, bracie. Masz to jak w banku. Harry Fritken - król zabawek z wyobraźni. Fritken poprawił okulary i ruszył w stronę drzwi. Już w progu pracowni dopadł go śpiewny głos Nonze: - Hej, bracie. Odwrócił się. Miniprojektor na głowie Nonze emitował Kaczora Donalda ściskającego czarnoskórą piękność w białym bikini.

- Tylko po to, żebyś wiedział jak się regenerować, Harry. Fritken skinął mu dłonią i poszedł prosto do wind. Na Maya's III było jeszcze gorzej niż wyglądało to z okna. Mżawka, zimno, wokół krążyły strzępy szarych śmieci. Miał wrażenie, że to te wrony upadły z nieba. Hmmm. Co teraz? Dokąd iść? Nie zamierzał spędzić tych kilku godzin w domu, a tym bardziej w opustoszałym barze. Potrzebował też informacji i to przypomniało mu o Marylin. Mieszkała przecież w centrum, w wolnej strefie. Wynajmowała kanciapę przy Beilknecht Ave niedaleko zajezdni autobusów. Dziesięć minut drogi. Może nie będzie przygrzana i w końcu powie jak wyrwać Spunny. Spunny... Czy żyje jeszcze? Czy w ogóle ma jakieś szansę? - Masz pan ochotę na szczyptę towaru? - zagadnął przyczajony w bramie człowieczek. - Ekstraklasa. Obcy w celofanowym woreczku za dwie dyszki. Jak pan kupisz trzy działki, dorzucę laserową strzykawkę gratis. I staże ze skóry grzechotnika. Fritken wzruszył ramionami. Krecia twarz facecika nie miała nic wspólnego z wolnym rynkiem alienryny. Albo był kapusiem, albo tanim cwaniaczkiem sprzedającym podrasowaną herę. Na skrzyżowaniu ze Slow-Acky zbierała się grupa demonstrantów. Rozkładali hola i palili jointy. Fritken nie był zainteresowany czy są to anty-abo, czy wielbiciele Obcego, czy może zwykły ruch przeciwautostradowy. Byli do siebie podobni i wszyscy korzystali z cacek od D. D. Triculara. Minął go pojękujący metalem, brzemienny tłumem tramwaj, dwa policyjne samochody i ubrana na czarno kobieta z holograficzną imitacją dziecięcego wózka. Szedł, zaciągając poły kurtki namakającej mżawką i palił klozapersa. Kierował się dokładnie na masyw zanurzonego w asfalcie El Raque l, aż dotarł do metalowej barierki oddzielającej monumentalny obiekt od rynku. Podniósł głowę. Ociekający parą, ciemny, solidny, wręcz muskularny statek wyglądał groźnie. Zdawał się skrywać odwieczną tajemnicę, którą pewnego dnia wyszepcze ludziom, otworzywszy niewidoczne usta. Pochylony na północ, z pooraną dziwacznymi symbolami powłoką, przypominającą raczej korę prastarego drzewa niż sztuczne tworzywo. Po upadku płonął przez tydzień, ale nie był to wypalony wrak. Zachowywał nieodgadnioną siłę, choć w jego wnętrzu nie pozostało nic, co mogłoby przynieść rozwiązanie zagadki katastrofy. Były tam ponoć zawiłe labirynty korytarzy, spopielało resztki przedmiotów o przeznaczeniu trudnym do odgadnięcia i wielka komnata, z której katapultował się pilot. Kształt obiektu budził niepokój, ponieważ trudno go było do czegokolwiek porównać. Chwilami wyglądał jak pozostawiona przez znudzonego dzieciaka kula modeliny, innym razem - zniekształcona eksplozją grupa Laokoona.

-Fakt... jak oblepiona mułem, nieco podtopiona, pieprzona grupa Laokoona... wymamrotał Fritken, nie mogąc sobie przypomnieć po kim to powtarza. Z czasem przestano pilnować El Raque. Nie miałoby to sensu wobec wydarzeń w mieście. Barierki nie stanowiły problemu dla spragnionych bezpośredniego kontaktu. Kiedy przeszło się odcinek zastygłych fal wzburzonego asfaltu i gęstwiny karłowatych krzewów dzikiej róży, które nie wiedzieć czemu rosły tu bujniej niż gdzie indziej, ukazywały się ciągi sprajowej graffiti rozpryśnięte na podstawie El Raque l. Koczowało tam zawsze paru fanatyków, postawiono też kilka krzyży, a całkiem niedawno, w Dzień Zaduszny, El Raque l zalśnił w odblasku tysięcy zniczy, które zapalili członkowie sekty Obcego. Po drugiej stronie krzewy były jeszcze bardziej splątane i gęste; mało kto lubił tam zachodzić. Mówiono o zdziczałych psach i naćpanych drugami braciach, którzy nigdy nie odeszli od El Raque l dalej jak do barierki. Po to tylko, żeby załapać się na towar. Jajogłowi odpuścili już dawno. Mieli próbki wszystkiego, co udało się wydobyć z czeluści. Turyści przybywali zewsząd, mimo że odstraszały ich coraz trudniejsze do opanowania fantosy i przepisy celne na granicy z resztą świata. Choć dotąd strefa El Raque l była od nich wolna, podobnie jak całe centrum. Mżawka spływała po okularach, szkła zachodziły parą, więc Fritken zdjął je i wsunął w wewnętrzną kieszeń kurtki. Poczuł nagłe zmęczenie, nie wiedział czy pojawiło się za sprawą kolosa wtopionego w jezioro asfaltu czy też osiemnastu godzin pracy przy projekcie. Minął obiekt i szedł dalej, przy Beilknecht Avenue mżawka zamieniła się w drobne płatki śniegu, a niebo ściemniało od grafitowych chmur. Szedł na pamięć, przez rozmazaną krótkowzrocznością panoramę. Marylin mieszkała tu na parterze czteropiętrowego domu. Na podrapanych drzwiach mieszkania odnalazł mosiężną tabliczkę i skrytkę pełną reklam. Zadzwonił krótko. Nikt nie odpowiedział. Trzy kolejne dzwonki. Cisza. - Marylin? - zapytał ochryple, musiał odkaszlnąć. - Marylin? To tylko ja, Harry. Cisza. Przycisnął klamkę i drzwi ustąpiły. Miał przeczucie, że ona tam jest. Ale to nie ona go powitała. Wszedł prosto w jej fantosa. Nie było przedpokoju ani mdłego światła halogenowej żarówki. Pochlapane błotem buty Fritkena nie stąpały po wykładzinie. Nie widział własnego cienia. Czuł kwaśny zapach pomarańczy i trzaski wyładowań na skórze wilgotnej od mżawki. Odwrócił się. Zamiast drzwi, które przed chwilą uchylił, miał przed sobą nieskończenie długi korytarz, tętniący niebieską, lodowato chłodną poświatą. Bum. Bum. Bum. Bum. Odliczył do dwudziestu i zrozumiał, że w takim rytmie wali jego serce. Ono nadawało ton. Światło pulsowało coraz szybciej, może ponad sto pięćdziesiąt razy na minutę. Nie potrafił tego wytrzymać. Zacisnął szczęki i tłumiąc skowyt, ruszył w głąb

mieszkania. Przynajmniej tak mu się wydawało. Szedł zaciskając powieki, ale strach, że po omacku dojdzie do piekła, był silniejszy, więc pozwolił oczom ocenić sytuację. Natychmiast tego pożałował. Wokół były szpalery siedzących, klęczących, pochylonych w bólu ludzi. Mieli siwe włosy, a z ich ust wydobywały się kłębki pary, które z każdym oddechem wracały do sinych ust. Fritken zaskowyczał, a potem zawył. Jak gdyby każdy z siedzących sekwencyjnie odtwarzał tę samą, bezsensowną czynność. W nieskończoność identyczną. Wydmuch i wdech. Wydmuch i wdech. Właściwie czemu tak go to wystraszyło? Oni tylko oddychali. Choć nie było w nich innego śladu życia. Nie wahał się już. Sięgnął do kieszeni i wdusił w usta dwie kapsułki. Szybki neuroleptyk. Metaliczny w smaku Riderdostr, jeszcze ze starych zapasów, bo nie chciało mu się chodzić do psychiatry. Rejonowy doktor znał tylko stary lit. Boże, spraw, żeby osłabił tę wizję. Boże... Poszedł dalej. Dlaczego ćpacie to świństwo. Dlaczego chcecie nas Im oddać. Dlaczego myślicie, że trzeba nam nowego Boga. Dlaczego Oni są tak bardzo obcy. Dlaczego tego nie rozumiem. Dlaczego Oni tak strasznie zmieniają ten świat. Nad jego rozpaloną głową zaplótł się cierniowy tunel, każda gałązka sięgała nagich barków pochylonych starców. Wyłaziły z ich bladej, zimnej skóry i wiły się spazmatycznie. Większość gałązek była ciemna, ale niektóre z cierni pobłyskiwały rubinowym światłem. Im dalej szedł, tym stawały się bardziej mroczne i grube. Dojrzewały. Nie było już skulonych ludzi, tylko mocarne pnie i sękate, żylaste korzenie. Co krok się o nie potykał. Jakby stąpał po kłębowisku rozdrażnionych węży. Obcy. Rodzą się w mieszkaniu Marylin. To ona przywołuje ich do życia. Jej fantos był inny niż te, które widział u żony. Znacznie potężniejszy, znacznie dojrzalszy. Nie miał chyba czasu. Gałęzie syczały, kiedy potrącał je kurtką. Niektóre splotły się tak silnie, że musiał opadać na czworaka i błagając Boga o pomoc, pełznął niczym ranny pies w tym przeklętym korytarzu. Nagle wpadł na miękkie kształty. Poczuł w dłoniach włosy. Tak. To przecież Marylin. Uniósł ją z mgły i przytulił ze wszystkich sił. - Marylin - wyszeptał. - Marylin, przestań... Zwoje cierni wchłonęły jego głos. Fritken słyszał kroki. Nadchodzili ci, których przywołała alienryna. Mięsień serca łomotał krwią o zastawki. Tętnice napięły się niczym rurociągi pełne płonącej nafty. Złapał ją za szyję. Zaczął dusić siostrę swojej żony - Przestań, do diabła. Przestań, przeklęta dziwko... Czuł jak wiotkie ciało napręża się, Marylin szeroko rozwarła usta. Wepchnął w nie wszystko, co miał w kieszeni: lit, neuroleptyk

i antybiotyk, który dostał od Nonze... Kiedy wpadły w jej przełyk, puścił szyję i złapał się za głowę kobiety. To coś było bardzo blisko. Gałęzie skrzypiały przeraźliwie w podmuchach wiatru. Liście wirowały w słońcu, na asfaltowej alejce stał niklowany wózek. Starsza kobieta głaskała paroletnią dziewczynkę, która ściskała w dłoniach kilka błyszczących kasztanów. W głębi trzech mężczyzn w kombinezonach z napisem „Straż Parku" zmiatało liście w kupki, a czwarty wrzucał je pod plandekę samochodu. - Patrz, tato. - Amenthy mocno trzymała jego dłoń. - Po co oni zbierają te liście? Mówiłeś przecież, że tak ładnie wyglądają jesienią. - Liści jest już za dużo, Amenthy. Trzeba je spalić i ci panowie muszą je zbierać. - A gdzie jest mama? Tato, powiedz gdzie jest mama. - Amenthy zawisła u jego dłoni, podkurczając nóżki w kolorowych rajtuzach. Posadził ją na swoich ramionach. - Mama jest w pracy. Ale kiedy wróci, zabierzemy ją do zoo. I na gorącą czekoladę. Ty, mama i ja. Amenthy klasnęła. -Do zoo? Super! Będzie słoń. I nosorożec. I rybki!!! - Tak. A zaraz na początku, tuż za bramą, foka.

Amenthy wybuchnęła śmiechem.

Natychmiast jednak spoważniała i zapytała: - Tatusiu? -No? - A będzie tam też Obcy? Zaśmiał się pod nosem. - Nawet kilku, Ammy. Każdy w kryształowej klatce. - Bo przeszedłby przez kraty, co? - Tak, a Obcy są bardziej niebezpieczni niż lew. Opowiadałem ci, jak chcieli nas stąd wypędzić? Wiatr porwał liście. Słońce spadło niczym ścięta tenisowa piłka. Babcia z wnuczką rozmyły się w ciemnościach. Faceci w mundurach nadal zbierali liście. Miliony liści wirowały w fioletowej poświacie reflektorów samochodu. Światło ponownie zaczęło pulsować w rytm serca i powoli układało się w napisy: BO WY JESTEŚCIE JAK TE LIŚCIE. KTOŚ MUSI WAS POZBIERAĆ. KTOŚ MUSI OCZYŚCIĆ ALEJKI. ŻEBYŚMY ZNOWU MOGLI PO NICH CHODZIĆ. NIE PRZESZKODZISZ NAM.

JESTEŚ TYLKO LIŚCIEM. Skóra pod oczami Marylin była ciemna i pełna tajemnic. Pachniała pomarańczami. Jasne pasma włosów opadały na policzki, wydatne wargi były suche i nie pomalowane. Taką ją lubił najbardziej. - Harry? Harry, co ty tu robisz? - Co ja tu robię? - zakaszlał, odnalazł paczkę klozapersów i powoli podniósł się z dywanu. Czuł usztywnienie nóg i drżenie palców, Marylin też dygotała. Tak to wygląda po starych neuroleptykach. Objawy pozapiramidowe. Nieduże, szybko przemijające, ale wredne. - Jesteś skończona, Marylin. Być może w ogóle ciebie już niema. Nie chciał patrzeć jak chowa strzykawkę i zwija staże. Co się właściwie stało? Z trudem zbierał myśli. - Pytasz mnie, co ja tu robię? Kurwa mać... Odpowiedz lepiej, co tu robili wszyscy inni... Ja tu mieszkam. To jest moje miasto. To jest mój świat. Cokolwiek powiesz, pamiętaj, że ja tu mieszkam, Marylin. Tak samo stary Speedo, a nawet sam D. D. Tricular... I żadne z was nie ma prawa tego zmieniać. Nie płakała. Chyba już nie umiała płakać. Patrzyła bezbronnie spod podbitych powiek i zaciskała dłonie na oparciach krzesła. -Miałaś powiedzieć, komu trzeba zapłacić za Spunny. Będę miał forsę z końcem tygodnia. Kupę szmalu. Do kogo z tym iść? Powiedz mi tylko to, Marylin. Pochyliła głowę. - Mój dealer to wie. Zobaczę się z nim dopiero jutro. Przyjdź w środę. Albo nie. Lepiej będzie, jeśli zostawię ci wiadomość na drzwiach. Teraz odejdź, Harry. Skinął głową. Wyglądała na rozczarowaną. Zepsuł jej ten przeklęty odlot, ale sam odczuwał jedynie ulgę. Miał w dupie jej przygnębienie. Była tylko naćpanym szkodnikiem. - Pamiętaj o swojej siostrze. Proszę cię. Na ulicy niewiele się zmieniło. Było tylko jeszcze ciemniej i śnieg zamienił się w mżawkę. Poczuł skurcz w żołądku. Zerknął na zegarek. -Jezu. Piąta po południu. Ponad pięć godzin... Przebiegł do najbliższego burgera i wiedział już, że tego dnia nie załatwi nic więcej. Musiał wracać do korporacji D. D. Tricular. Tylko on da tyle forsy, żebym mógł wykupić Spunny. Nikt inny. Tylko on.

Z DZIENNIKA BERNARDA ALINRYNIKA

LUŹNA NOTATKA To byt ciężki tydzień. Przez sto pięć godzin uprawiałem rytuał. Podzieliłem czas na równe dziatki i precyzyjnie realizowałem czynności. Najpierw przestawiałem pudełka papierosów, potem - i z tego jestem szczególnie dumny - liczyłem cyknięcia wahadła staromodnego zegara. To było niezwykłe, bo nie musiałem wykonywać żadnych ruchów. Miałem też dwadzieścia osiem minut na przygotowanie dwóch posiłków. Z tym drugim nie zdążyłem. Mam w planie odpowiednią karę. Nie będę sobie pobłażał. Boję się. Pomimo surowego przestrzegania norm, nadal odczuwam lęk. Trudno się do tego przyznać. Tak. Nie bratem alienryny przez tydzień. Mój dealer miał problemy z towarem, ale dzisiaj udało mi się kupić aż cztery centy. Dokładnie zaplanowałem czas przygrzania. Powinno wystarczyć na dwadzieścia dwa dni. Może nawet na cały miesiąc. Jeśli znowu zabraknie alienryny, pozostaną rytuały jako sposób na stłumienie objawów abstynencyjnych, no i oczekiwanie na kolejną dostawę. Nie bardzo mam czym płacić. Sprzedałem prawie wszystko. Dealer wspominał o narządach, nie mam pewności o co mu idzie. Boję się. Boję się, że rytuały nie wystarczą. Kto uratuje anioły? Trudno sobie wyobrazić, że inni ludzie mogą mieć tak wielką moc. Nie wierzę w to. Ostatnim razem przeprowadziłem tu aż cztery. W czasie odliczania uderzeń zegara pojawiło się połączenie i mogłem im pomóc. Czułem jak bardzo są wdzięczni. Mają tu stworzyć miasto. Chcą, żebym mieszkał z nimi. Podoba im się sposób, w jaki realizuję życie, nie pytają dlaczego muszę liczyć lub ustawiać. Obiecali, że wkrótce alienryna stanie się w pełni dostępna. Nazwali ją fragmentem ich boga. Wiele takich fragmentów udało się zaszczepić w ludziach, a ja jestem jednym z najsilniejszych nosicieli. Czuję wielką moc, jestem niczym Atlas dźwigający niebo tych nieszczęśliwych istot. Bez tego nieba oni nie mogą żyć. Napisałem już dużo. Zrozumiałem, że czynię te notatki tylko dla siebie. Nie przeczytałem dotąd ani jednej strony, ale wyznaczyłem już czas, kiedy będę mógł temu sprostać. Oni mi pomogą. Oni będą mi sprzyjać. Boję się. Boję się. Mogę już sięgnąć po strzykawkę. Wszystko, co muszę zrobić, to dotknąć prawym kciukiem prawego palca dłoni. Ponieważ nie zdążyłem z posiłkiem, musi być tego dwa razy więcej. Trzy tysiące razy. Do zapisków wrócę za dwieście czterdzieści godzin. Po tym cyklu rytuałów. Po skończeniu alienryny. Muszę jeszcze napisać, że niezwykłe jest nosić w sobie boga. Tego nie zrozumie nikt, kto nie patrzył jego oczami. Jestem silny i pokonam strach. To niezwykłe być alienrynikiem tej klasy.

No to na razie. Ravaughan schował do kieszeni telefon, przebiegł nie widzącym wzrokiem po ciele śpiącej kobiety i dopił resztkę soku pomarańczowego. Na opakowaniu ciasteczek zapisał namiary domu, o którym mówił mu Biffon, detox z południowej dzielnicy; całkiem zresztą skuteczny i cwany. Podobno często widywał tam dealerów, ale nie szedł ich tropem, bo Beilknecht Avenue obejmowało centrum miasta. Ravaughan czuł, że to dobre trafienie. Coś się tam działo i to nie od dziś. Słyszał o małym, paskudnym w treściach fantosie, w który wdepnęło już kilka osób. Z trudem z tego wybrnęli, zahaczali ledwie o sąsiednią ulicę i fantos puszczał ich bez uszkodzenia. Jeśli rzeczywiście to dom przy Beilknecht Ave, może uda się zgasić trwałą projekcję. Pojmował na swój, praktyczny sposób, że większość projekcji po alienrynie była jakby niemrawa, niepełna. Może miały być tylko spektakularną zasłoną dla zdecydowanie lepiej ukrytych fantosów-zarodników, stanowiących właściwe przejście dla Obcych. Trudno było się do nich dobrać, tego rodzaju projekcje odbywały się najczęściej w mieszkaniach i nierzadko odkrywał je po fakcie. Ravaughan uznawał, że tylko niektórzy z alienryników byli naprawdę niebezpieczni. Ale nie mógł ryzykować dłuższych obserwacji. Musiał eliminować każdego. Była też ostatnia kwestia, ale najistotniejsza ze wszystkich. Jeśli Obcy opanują centrum, do miasta wkroczy armia EUROpaktu. Ravaughan wiedział, że czekają tylko na pretekst. Nie pozwalali nikomu na emigrację w bezpieczniejsze tereny. Obawa przed rozsianiem fantosów była zbyt wielka. Armia miała jasną koncepcję. Zrównać Los Raques z ziemią. Pomysł gówno wart, ale zawsze... Przebadali już setki mózgów alienryników, ale nie rozumieli fantosów. Nie dawali wiary, że Obcy budują tu przyczółki nowego świata, choć na razie żyją w innym wymiarze, niby już „tu", ale jeszcze trochę „obok". Armia była zbyt praktyczna, żeby w to uwierzyć. - Chcesz coś jeszcze? - Kobieta w pościeli obudziła się. Potrząsnęła długimi, lekko skręconymi włosami, patrząc nań ironicznie i przesunęła dłonią po nagim udzie. - Patrzysz na moje piersi, ale chyba nie o nich rozmyślasz. Co? - Skoro tak mówisz... - Skrzywił się w nieszczerym uśmiechu. Wstał z łóżka kompletnie ubrany, pozostawało założyć skarpetki. - Jakoś marnie się czuję, a czeka mnie sporo roboty. Kobieta wzruszyła ramionami. Zsunęła się z pościeli i podeszła do fotela, na którym leżały jej ciuchy. Nie było tego wiele.

- Ciekawe, co ty właściwie robisz, Ravaughan? - zapytała, dopinając zamek zamszowej spódniczki. - Zawsze mówisz, że idziesz pracować albo że właśnie wróciłeś z pracy. Dziwny z ciebie facet. Wyjątkowo pracowity jak na te ospałe czasy. Nie odpowiedział. Myślał o kolejnej osobie, której być może jeszcze dzisiaj przystawi lufę do głowy. Chwile, w których czuł kobiece ciepło Pearl, pochłonęła już pustka. Ale nie odczuwał żalu. Miał tylko pracę i musiał ją wykonać. Dodatkowe rozważania niewiele tu wnosiły, mogły tylko popsuć spójny obraz całości. Coś sprawiało, że miał pewność i siłę, która podsuwała mu tropy zostawione przez alienryników. Czasami widział w mieście ślady Obcych wyraźniej niż odciski własnych butów. Tylko to się liczyło. - Forsa leży tam gdzie zawsze - mruknął wreszcie ochryple. - Idź już, Pearl. Zadzwonię, mam nadzieję, że przed końcem świata. Zaśmiała się piękną twarzą i pstryknęła wypielęgnowanymi palcami. - Uprawiam najstarszą ze znanych profesji, jak na razie, Ravaughan, jestem w szczytowej formie. Nie zapowiada się na końcówkę. Odchrząknął, zakładając but. Lubił Pearl, oprócz oferty swojego ciała miała też ciekawy umysł generujący bystre uwagi. Oddawała wszystko, co posiadała. Nie potrafiła skąpić. Ogolił się po jej wyjściu i jego ponura twarz złapała więcej światła. Zapadnięte policzki zyskały na wyrazie, zmarszczki ułożyły się w wyrazistą płaskorzeźbę wspomnień. Tylko prawy żwacz poruszał się rytmicznie, ale to był niezależny skurczybyk, który zawsze rządził się swoimi prawami. Założył szybko kontakty, wciągnął skórzaną kurtkę i wyszedł, węsząc na klatce schodowej resztki zapachu Pearl. Na schodach zerknął na zegarek. Była trzecia. Kilkudniowa mżawka zamieniła się w ulewę. Deszcz ciął ostro, pionową, trudną do przeniknięcia ścianą. Mimo to na ulicach panował spory ruch. Przechodnie klęli, biegając w popłochu, byle szybciej trafić pod dach. Nieliczne samochody miotały fontannami brudnej wody Rozmyte światła neonów właściwie nie poprawiały widoczności. Smugi spływających barw i zanurzone w nich ludzkie sylwetki. Przeciął obszar Nybrowa, za budynkiem policji wlazł w głęboką kałużę i dochodząc do alei Beilknechta czuł jak woda chlupie w środku butów. Wewnątrz dłoni skrywał papierosa, ale tylko z rzadka wtykał go w usta. W ten właśnie sposób między kciukiem a palcem wskazującym trzymał pety w szkolnej ubikacji; przyszło mu do głowy, że do szkoły chodził wieki temu.

Na rogu Falcoon i Beilknecht Ave zatrzymała go wysoka postać posterunkowego Pisthaka. - Gdzieś się pan tak długo podziewał, Ravaughan? – Deszcz zdawał się omijać cielsko sierżanta. - Gdzieś pan bywał w tych cholernych dniach? Zapuszczałeś pan włosy? - W równie ciekawych miejscach, co zawsze, panie sierżancie - wymruczał. Zapewniam, że nie próżnowałem. Gliniarz splunął w deszcz. - Gdzie teraz pracujesz, Ravaughan? Dalej w medycynie sądowej? Ravaughan oblizał mokre wargi. Pech sprowadził tu tego faceta. Nie widział go od dwóch lat, a ten sukinsyn zachowuje się, jakby gawędzili najdalej dwa tygodnie temu. - Nie pracuję już w państwowej medycynie, panie sierżancie. Mam prywatne zlecenia. Przepraszam, ale właśnie idę do pacjenta. Sierżant Pisthak poklepał go wielką łapą. -Widzę, że się pan spieszysz, doktorze. Ale chcę, żebyś pan wiedział, że brakuje nam pana w dochodzeniówce. Bywają sprawy, których żaden z tych nowych łapiduchów ani nawet liznąć nie potrafi. Jebane teoretyk!. Żaden na ten przykład nie ustalił, kto rozpieprza głowy cholernym ćpunom, Ravaughan. Gdybyś pan coś wiedział, słyszał... gdybyś pan dostał tego pańskiego czują, to ja proszę o sygnał. Czasy są, jakie są, ale nie pozwolę, żeby w mojej dzielnicy rozwalali łby strzałem z gnata. -Dobra. Będę pamiętał... - Ravaughan nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. - Teraz przepraszam, ale w taką pogodę nieprędko dojdę do pacjenta. - Odczekał aż gliniarz zniknie w strugach deszczu i skręcił w stronę numeru 18. Tamte czasy. Wydawały się jeszcze bardziej odległe niż szkoła. Kiedy zajmował się medycyną i jeszcze miał nadzieję, że zrobi coś dobrego... Dopiero teraz odzyskał poczucie misji. Teraz, kiedy zabijał. Klatka schodowa, ciemna i wilgotna, w porównaniu z pluchą na zewnątrz zdała się przytulna i ciepła. Kiedy do niej wszedł, miał pewność, że Biffon zlecił dobry adres. Wśród starych pajęczyn, odrapanych tynków i pokrzywionych wiekiem schodów, wyczuwał porozrywane fragmenty otchłani. Strzępy, których nie sposób opisać ani tym bardziej złożyć w sensowny obraz. Ale one tu były. Ravaughan widział obce ślady. Prawdziwy rój. Przeklętą nicość bez dna. Na drugim piętrze odnalazł ich najwięcej. Prowadziły wprost pod drzwi z mosiężną tabliczką. Wygrawerowano na niej imię „Marylin", pod spodem była skrzynka pełna nie wyjętych reklam. I było coś jeszcze. Wiedział już, że to jest Obcy. Wyłuskał z fiolki owalny kształt neuroleptyku i wetknął go pod język. Czekając, aż tabletka się rozpuści, zauważył, że drzwi mrugnęły doń zachęcająco. Niebieska holokarteczka

uczepiona nad epoksydową klamką w kształcie smoczego ogona. Zerwał ją i schował do kieszeni. Czuł już gorzki posmak prochów, w umyśle rozwijała się serpentyna pancerza. Farmakologiczny pancerz przeciw obcym projekcjom w zamian za wolniejsze i bardziej jałowe myśli. Sztywne mięśnie za szansę bezpiecznego przejścia przez iluzję fantosa. To dobry interes. Zyskiwał moc, ale mocniej też odczuwał przyziemne dolegliwości. Poneuroleptyczne objawy uboczne za antydopaminową skorupę. Tak widać miało być. Wyżej zaskrzypiały drzwi, ale nikt się nie zjawił na schodach. Ślady Obcych ginęły w kurzu piętra i zapraszały na swą drogę. Tysiące połamanych przestrzeni, kaskadujących w niezrozumiałych symbolach obcych mocy. Gubił się. Obawiał. To było stare gniazdo. Potężny filar rodzącego się piekła. Kiedy zaczął ostrzej postrzegać materialne kształty rzeczy, jego myśli odtrąciły fałszywe przekazy Obcych. Zyskał nad nimi kontrolę. Prawy żwacz pulsował rytmicznie. Wiedział, że tak trzeba. Drzwi ustąpiły. Były otwarte.

D.D. Tricular odwrócił swą seryjną twarz w stronę centralnego monitora. - Dobrze panu idzie, Fritken - powiedział melodyjnym półgłosem. - Nad pańskim projektem pracuje osiemnastu holotechników i każdy z nich jest pod wrażeniem. Co pana do mnie sprowadza? W czym mogę pomóc? Fritken zdjął okulary, potarł szczypiące oczy. Miał parę ułożonych wcześniej pytań, ale żadne nie wydawało się wystarczająco dobre na początek. - Dziękuję, panie Tricular - wymruczał, obracając nerwowo okularami. - Nie jestem pewien czy jest pan właściwą osobą... To raczej osobiste pytania... Gruba kobieta, opiekująca się projektem Fritkena, natychmiast uruchomiła paskudną brew. Czuł, że od początku się jej nie spodobał. Pojmowała go jak długą, nie wartą obserwacji dżdżownicę, którą korporacja D. D. Triculara przyciskała butem, aby wypuścić nieco ziemi z jej wnętrza. Nie o ziemię jednak szło, ale o podświadomość, choć dla tej kobiety liczył się tylko efekt. Nie mógł także szukać oparcia w dyrektorze Miinchhausenie, kurduplu z rogatą czaszką i poskręcanymi pazurami. Ten w ogóle nie zajmował się ludźmi. Praca przy holosach odebrała mu chęć kontaktu z człowieczą rasą. Modyfikował tylko swoje ciało. Nawet technik Nonze zamknął swą wielką gębę i stracił połowę ciepła, kiedy w pracowni pojawiło się tamtych troje.

Fritken potrząsnął głową, czując, że nadmiernie wykorzystuje ich czas. Zatrzymał wzrok na sprzęcie do odprowadzania stolca. Odkaszlnął. - Tak więc nie jestem pewien... - Proszę być pewnym, że odpowiem na każde pytanie, Harry - rzekł D. D. Tricular. Nonze nieoczekiwanie skinął w stronę Fritkena i przez ułamek sekundy błysnął swym projektorem. Dla zachęty. - Chciałem pana prosić o pomoc - powiedział Fritken. – Moja żona jest teraz w Gotiii, w oddziale dla alienryników. Ona także wdepnęła w to gówno. Ostatnio nie układało się między nami, Spunny była bardzo chora. Ale kiedy zabrali ją na odtrucie, zrozumiałem, że być może nigdy jej nie zobaczę. Ona nie jest chyba niebezpieczna... Urwał, czując suchość w gardle. Spunny była niebezpieczna, doskonale dawał sobie z tego sprawę. - Chciałbym ją wykupić ze szpitala. Jeśli to niemożliwe, chociaż zobaczyć, chwilę z nią porozmawiać. Albo przekazać jej list... zrobić cokolwiek... panie Tricular - mówił coraz szybciej i z większą mocą. - Nie znam nikogo z kim mógłbym to ustalić. Nie miałem też pieniędzy. Jeszcze w zeszłym tygodniu czułem się naprawdę źle, pan przecież wie, że choruję na zaburzenia afektu: depresja, mania... Ale teraz mam tę pracę, robię swoje i jakoś się pozbierałem. Podobno jest jeszcze szansa. Podobno są ludzie, którym można zapłacić i odebrać Spunny z tego przeklętego miejsca. Mam kilka pomysłów, jak o nią dbać tak, żeby była bezpieczna dla innych. Wiem, co robić. Widzi pan... Ona ma siostrę. Właściwie to siostra zaczęła pierwsza i Spunny przez nią w to weszła. Myślałem, że może ona mi pomoże. Miała zostawić adres... Ale siostra Spunny... Musiał przerwać. Nawrót wspomnień sprzed kilku godzin zatrzymał potok słów. Jak cios topora, krwawy i bezlitosny Nie potrafił tego opanować. Widział siebie idącego przez strugi zimnego deszczu, potem były drzwi mieszkania Marylin i wściekłość, kiedy nie znalazł na nich kartki z adresem dealera. Nagle słyszał zegar wybijający południe i zobaczył mokre ślady butów na klatce schodowej. Wszystko okrywała mgiełka pary, także jego okulary. Nacisnął klamkę i wszedł do środka przygotowany na najgorsze. Ale było spokojnie, żadnych iluzji czy fantasmagorii; tylko cisza, zakurzony przedpokój i miłe, przyjazne światło w głębi mieszkania. Nie tego się spodziewał. Poszedł więc do sypialni, walcząc z parującymi okularami i kiedy je wreszcie przetarł i powtórnie założył, zobaczył Marylin. Siedziała oparta o ścianę, tuż obok równo pościelonego łóżka i niklowanego krzesła, które kupili jej lata temu na dwudzieste urodziny. Miała niebieski podkoszulek, brązowe Levisy i dziurę w czaszce.

Biel ściany spaskudzona była krwią. Nie zdążyła nawet zakrzepnąć. Detox musiał odejść kilkanaście minut wcześniej. Przełknął ślinę i ten cichy dźwięk huknął w przestrzeń jak armata. - Ale ona już nie żyje. Siostrę mojej żony zabił dzisiaj detox, więc nie zostawiła mi obiecanego namiaru. Chciałbym pana prosić o pomoc, panie Tricular. Skurwiel z rogami na czole beznamiętnie przeglądał dyski. Grubej kobiecie brew drgała szybciej niż skrzydła jaskółki. D. D. Tricular patrzył cierpliwie. Musiał być starym człowiekiem. Potrafił słuchać i potrafił czekać. - A może powiem inaczej - głos Fritkena nabrał siły. - Niech to będzie punkt uzupełniający nasz kontrakt. Moja produkcja za moją żonę. Pan to musi załatwić. Nonze pochylił łysą głowę, ale z lufy projektora nie wyskoczyła nawet smużka kreacji. Wielki technik był wystraszony. Chciał zniknąć. Dyrektor Miinchhausen w uparty, mechaniczny sposób przeglądał dyski, a brew grubej zamarła. Przynajmniej tyle. - Dobrze, Harry - D. D. Tricular uśmiechnął się. - Mogę to zrobić. Nie dowierzał. Spodziewał się pokrętnych wyjaśnień albo krótkiego „nie". - Mogę ci pomóc, ale nie sam. Nie mam teraz dostępu do Gotiii. - Wyjaśnienia Triculara były już mniej przyjazne. - Słyszałeś, że szpital i okolice zablokował gigantyczny fantos. To Obca strefa, Harry. Nikt nie wie, co tam się dzieje. W sobotę poczynimy ostatnią próbę, żeby przywrócić ją światu. Jeśli chcesz zobaczyć żonę, pójdziesz tam sam. No, źle się wyraziłem. Będzie tam też zespół ratunkowy, ale nie miej wielkich nadziei na współpracę. Oni nie są pozytywnie nastawieni do alienryników. To zawodowcy w eliminowaniu. Wiedzą jak usunąć problem i nie sądzę, żeby dopuszczali inne możliwości walki z fantosami. Jeśli nie uda się tobie, wkroczą i zrobią to po swojemu. Jeśli i im się nie uda, będziemy musieli zniszczyć wszystko. Zniszczymy całe Los Raques, Harry, bo sprawy wymknęły się spod kontroli. Czy pan to rozumie? Fritken siłą odpędził obraz ściany zachlapanej krwią Marylin. - Tak. Czy to dlatego chce pan, żebym do piątku skończył swą produkcję? D. D. Tricular znowu się uśmiechnął i tym razem uśmiech pozostał na jego doskonale gładkiej twarzy. - Ty ją tam uruchomisz, Harry. To twoja szansa na zbawienie tego świata. Nonze podniósł czarną głowę, brew tłustej kobiety znowu zaczęła podskakiwać, a pan Miinchhausen obrócił na Fritkena swą drobną, rogatą twarzyczkę. Fritken poczuł ulgę.

Jest dopiero szósta po południu, w środę. Zdążę. Muszę zdążyć. Szmer padającego deszczu na chwilę odpędził koszmary. - Dobrze, panie Tricular - powiedział zduszonym głosem. - Ocalę ten świat wedle własnych reguł.

Z DZIENNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA Pamiętam wydarzenie, które miało miejsce równe dziesięć lat temu, jak dzisiaj wyliczyłem. Pracowałem w tygodniku dla zmotoryzowanych, a redakcja mieściła się w Domu Prasy tuż przy rynku. Skończyłem właśnie pisać artykuł o nowych generacjach silników GDI i wyszedłem coś zjeść. Było upalne, wtorkowe popołudnie w środku sierpnia. Przeżyłem wtedy niezwykłą chwilę. Głowę wypełniały mi informacje na temat silników z bezpośrednim wtryskiem benzyny, parametry rozpylenia paliwa wokół świec, oszczędność mocy i fantastyczna redukcja emisji spalin... Cała ta maszyneria precyzyjnie rysowała mi się przed oczami i bytem naprawdę zadowolony, że napisałem dobry tekst. Jednym słowem - bytem uporządkowany i nie odczuwałem zwykłego napięcia. Pamiętam też, co zburzyło ten porządek. Z bramy obok burgera, w którym codziennie jadałem, wyskoczył długi, chaotyczny w ruchach szaleniec. Widywałem go na Maya's III od lat, ale jeszcze nigdy nie przyszło mi z nim rozmawiać. Odziany byt jak zwykle w dziesiątki płacht gazet, a w skórę karku i przedramion powtykał setki gołębich piór. Miał wściekle wykrzywioną twarz, bose stopy; nieustannie poruszał dłońmi niczym pacynka na sznurkach kukiełkarza. Każda część ciała zdawała się niezależna,

brakowało

centralnej

koordynacji,

czegoś,

co

przynajmniej

trochę

ustabilizowałoby nieokrzesany taniec. Człowiek ten podbiegł i złapał za klapy mojej marynarki. Bytem wściekły, że dotyka mnie brudnymi łapami, spróbowałem odepchnąć go, może kopnąć, ale bezwiednie zajrzałem w jego oczy i zatrzymałem się w pół ruchu. W rozszalałej twarzy wariata byt ból. Patrzył na mnie wielkimi, niebieskimi tęczówkami i nie musiał nic mówić; zobaczyłem w nich cierpienie i strach. Poczułem wtedy, jak każda z części najnowszego silnika mitsubishi pęka i odrywa się od całości maszynerii. Płynny metal ściekał mi przez rdzeń kręgowy, wypalał wnętrze, odsłaniając prawdę, obecną w moim mózgu od zawsze. Nie wątpiłem, że stoi przede mną najbardziej wystraszony człowiek świata. Nie wiedział, co to trema przed wizytą Naczelnego ani strach przed wpadką w fiskusie. Ale bat się potwornie. Zapytałem, dlaczego dyszy z przerażenia w samym środku miasta, o drugiej po południu, w upalny, letni dzień? Co się stało? - Nie boję się - wyszeptał. - Nie boję się, człowieku. Nie odpędzałem go, bo nieco zwolnił swój spazmatyczny chwyt.

- Ja tylko błagam Boga, żebyście i wy nie musieli przeżywać moich myśli mamrotał bardzo szybko. - Ja proszę Boga o ciszę, ale On mnie nie słucha. Wiem, że może to ze mnie wypuścić. W każdej chwili, nawet w ten słoneczny, letni dzień. Że może nasączyć tym wasze mózgi, a ja nie chcę, żeby tak się stało. Krzyczę z przerażenia, bo nazywam się Speedofritz i chcę, żeby moje brzemię zostało we mnie na zawsze. Czy wiesz, że tam, w górze, pełno jest głosów, które wyją, żeby je wypuścić? W końcu tu zejdą i nakarmią fałszem wszystkich, którzy zechcą ich wysłuchać. Ta łupina, która nas przed nimi ostania, kruszeje z każdym dniem, to nie będzie nawet koniec, ale początek... Otchłań spadnie na ludzi. Ogarnie wszystko. Nie chciałem zapamiętywać tych stów, same weszły mi w głowę. Przepędziły nowy model silnika GDI i zagnieździły się w oczekiwaniu na inny czas. I ten czas nadszedł dzisiaj. Coś sprawiło, że opisałem to spotkanie z szalonym Speedofritzem sprzed dziesięciu lat. Dzisiaj inaczej go rozumiem. Pojmuję jego lęk, choć odczuwam go po swojemu. Dzisiaj wiem, czego bat się Speedofritz. Nie chcę już grzać. Nie chcę sprowadzać tu Obcych, przejrzałem w końcu ich prawdziwe zamiary. Ale to nie tylko problem objawów abstynencyjnych po odstawieniu alienryny. Oni przybywają do mnie i bez strzykawki. Mam już w sobie ich moc. Mam w sobie ich boga. Czekam, kiedy oczy rozszarpie mi to światło, a uszy wypełnią kroki kolejnego przybysza, który wykorzysta moje unerwienie do transferu pomiędzy światami. Nie mogę się temu oprzeć. Jestem już tylko przęsłem mostu przerzuconego z piekła na Ziemię. Zwojem neuronów, na którym wyryli własną autostradę. Niczym więcej. Bardzo starannie stosuję swoją obronę. Liczę, sprawdzam i dotykam. Setki tysięcy razy. Nie mylę się. Jestem perfekcyjny jak nigdy dotąd. Potrafiłem robić aż 420 zadziorów na lewym przedramieniu i wyrwać l O 000 włosów z lewej strony głowy. Ale im to nie przeszkadza. To nie zwalcza ich siły. Boże, jak wielką moc mi dałeś. Ale nie powiedziałeś, że może posłużyć diabłu.

Dobrze - mruknął do mikrosłuchawki. - W sobotę o drugiej. Tak. Zapamiętałem. Uśmiechnął się, słysząc, że kończą, i schował komórkę do kieszeni kurtki. Oparł plecy na krześle. Przez chwilę patrzył na uderzające w szybę płatki śniegu, a potem powoli opuścił głowę. Wiatr wiał od południa, stamtąd gdzie stacjonowały główne siły EUROpaktu. Było ich tam kilka tysięcy, z siejącym zniszczenie sprzętem, oczekujących na elektroniczny rozkaz ataku. Armia otaczała kordonem wszystkie drogi. Podobno od dawna nikt nie opuścił Los

Raques. Przedtem, zanim pułapka się zatrzasnęła, wyjechało wielu mieszkańców. Dzisiaj na uciekinierów oczekiwała strefa buforowa i tak zwana kwarantanna. Oficjalnie trwało to dwa miesiące i polegało na obserwacji w wojskowym szpitalu psychiatrycznym. Ravaughan wiedział, że odsyłano ich z powrotem. Nie, żeby wszyscy okazywali się nosicielem fantosów. Chodziło o względy bezpieczeństwa. Turyści... Ci także poddawani byli tygodniowej obserwacji, pomimo że poruszali się w mieście ściśle wyznaczonymi szlakami. Los Raques żyło z ich forsy, eksport węgla dawno przestał być interesem. Od katastrofy Obcego miasto stało się wydzieloną enklawą, którą tylko świstki papieru i modemy łączyły z resztą kraju. Mogłeś dzwonić, pisać, serfować po Internecie, ale nie wolno ci było spakować walizek i jechać w góry na pstrągi. - Słuchaj, Ravaughan - mruknął Cricboy. - Powiedz, czy to prawda, że trzeba stąd spierdalać. Gadaj, co wiesz, bo muszę zdecydować, co robić z dzieciakami. Skinny, towarzysz Cricboya, też lekarz neurochirurg, obaj w prążkowych garniturach, poruszył niespokojnie głową i siorbnął łyk piwa. Ravaughan rozejrzał się, mrugnął porozumiewawczo i poprawił opadające włosy, by zyskać na czasie. Tego wieczoru w galerii Biwaya było wyjątkowo tłoczno. Klienci tłoczyli się przy barze, oblegali wszystkie stoliki, stali na środku głównej sali. Czwartek niósł już atmosferę zbliżającego się weekendu. Ponadto od wypadku z Obcym ludzie częściej odczuwali potrzebę spotykania się. Więcej grupowo pili i palili, byli bardziej rozmowni i chętni do zabawy, razem zapominali o lękach i zmęczeniu. Wszyscy szukali wsparcia, bo każdy znał problem fantosów i miał kogoś w rodzinie grzejącego alienrynę. Choć otwarcie mało kto o tym mówił; pomimo zapewnień burmistrza, że alienrynicy będą tylko izolowani, nikt nie dawał wiary jego słowom. Ludzie woleli milczeć niż wydać bliskich. Ukrywali ich w domach. Kiedy Ravaughan patrzył w te rozemocjonowane twarze, słuchał ich głośnych rozmów, podglądał sztubackie zabawy z holoefektami, prawie zapominał, że kilkanaście kilometrów dalej siedzą przyczajeni żołnierze i ponuro czekają na umówiony sygnał. Z Biwaya nie było też widać, że Obcy zajmują prawie dwadzieścia procent zamieszkałych wcześniej obszarów. Że ich projekcje już nie szatkują Los Raques, lecz stają się znaczącą częścią miasta czy, jak czasem mówiono wprost, obcą dzielnicą. Lepiej o tym nie rozmyślać. Lepiej zapomnieć, wmieszać się w tłum i kolorowe wizje holografik, mało co prawda zrozumiałych, za to będących na pewno dziełem człowieka. Łypnął na Cricboya, znał go od lat i wolał nie wdawać się w dłuższe dywagacje. - Nie wiem, stary - rzekł zdawkowo. - Ale różnie może być. Myślę, że więcej powiem ci w poniedziałek. Sam nie jestem najlepiej zorientowany.

Skinny pociągnął kolejny tyk i nadal się nie odzywał. Ravaughan wiedział: oni czuli, że kłamie. Podejrzewali, że po zajęciu przez fantosy Gotiii sytuacja musi wyglądać naprawdę źle. Nie chciał ich zwodzić żadną inną hipotezą. Samooszukiwanie zostawiał im samym. - Słuchaj, Ravaughan - nie rezygnował Cricboy. - Przecież my wiemy, co robisz. Myślisz, że nie czytaliśmy o dziewczynie z przestrzeloną czaszką, którą odnaleziono wtedy w Biwayu? Kiedy tak szybko wyszedłeś i skasowałeś fantosa w kiblu. To musiałeś być ty, chłopie. Ale znamy się i zawsze byliśmy kumplami. Powiedz, czy to prawda, że wojsko ma nas rozdupczyć, kiedy obca dzielnica znowu się powiększy. Tylko tyle. - Nic nie gadaj - nieoczekiwanie wtrącił Skinny. On też wyglądał na zmęczonego. - A ty co się wcinasz, sukinsynu? - zaatakował Cricboy. - Co ci do moich dzieciaków? Pomyśl o swoim synu, a jak nie masz jaj, wracaj do chałupy i zagrzeb się w zabawkach Triculara albo w pornosieci. Powiem ci, że nas napadli już po drugiej stronie. Ravaughan zaśmiał się, choć nie było mu do śmiechu. Lubił kiedyś zapalczywość i dowcip Cricboya. Wygodniej oparł się na niklowanym krześle. Takim samym jak u tej kobiety wczoraj. Przypomniał sobie jej ciemne, proste włosy i odruchowo sięgnął do kurtki. Była tam, miał w kieszeni małą holokarteczkę, którą zdjął z jej drzwi. - Zostaw faceta w spokoju - przemówił niewzruszony Skinny, skubiąc cienkiego wąsa. - On ma swoją pracę, my mamy swoją. Każdy robi, co uważa za stosowne, a ty nie musisz suszyć wszystkim dupy, o to co będzie za parę dni. Daj mu, kurde, odsapnąć. Przyszliśmy tu na piwo, a nie gawędzić o ewakuacji. I tak cię nie wypuszczą. Cricboy pstryknął kościstymi palcami. Jego wystająca kość gnykowa zadygotała w niemocy. - Mam tu parę pytań do starego kumpla i ci nic do tego. Pij sobie piwo. Po prostu. I siedź cicho. Ravaughan otarł pot z czoła. Nie chciał wspominać ani tej kobiety, ani tego, co wyprodukował jej mózg. Pierwszy raz widział tak silnego fantosa. Jeszcze nigdy nie było tak ciężko. - Naprawdę, daj mi spokój, Cricboy - mruknął, wstając. - Nigdy nie mogliśmy się dogadać w kwestiach zawodowych. Nie rozumiałeś roboty psychiatry ani ja roboty neurochirurga. Teraz, kiedy nie jestem już lekarzem, będzie jeszcze gorzej. Jeśli chcesz, emigruj; nie chcesz, zostań. Sam nie wiem, co robić. Zaraz wracam. Zostawił go z rozdziawionymi ustami i poszedł w stronę baru. Oczywiście, powinien odpocząć. Wyznaczono już termin penetracji obcego terenu. Myśl, że w Gotiii może być

znacznie gorzej niż w domu tej ciemnowłosej, nie pozwalała mu na swobodę. A jeśli temu nie sprosta? Fantos mógł go zeżreć, w najlepszym razie skasować. Musiał być gigantycznym obcym światem, a on, Ravaughan, sam zmierzy się z tą otchłanią już pojutrze, w najbliższą sobotę. Nadciągnął barczysty barman z wytatuowanym nosem. - Co podać? - Bacardi z pomarańczowym. Bez lodu. I paczkę klozapersów. Barman kaszlnął i odszedł. - Pospolity wybór, doktorze - usłyszał Ravaughan głos faceta siedzącego obok. Kiedyś uznałbym, że nie w pańskim stylu. Nie musiał popatrzyć w tamtą stronę. Tysiące razy słyszał te zachrypnięte „r" i przycinanie końcówek. To mógł być tylko jeden człowiek. Speedofritz. - Niemożliwe - zawołał zdumiony. - To naprawdę ty, Speedo? Powiedz, że to nieprawda. -To ja. Tyle tylko mogę rzec, doktorze Ravaughan. Hej no pidibap, hej no huuu. Pamięta pan? Tak. To był on. Najcięższy pacjent w historii tego miasta. Nie jeśli idzie o stan, ale uleczalność. Nigdy nie zdołał uzyskać remisji swojej psychozy. Boże, pomyślał Ravaughan, łapiąc się na tym, że nadal nie dowierza, nieprawdopodobne, Speedofritz siedzi spokojnie przy barze i gada do mnie. Tak po prostu. W workowatym, długim na metr swetrze, ogolony i całkiem zborny w ruchach. - Niemożliwe - powtórzył. Speedofritz zaszeleścił swoim dziwnym śmiechem: -

Noniepamiętapan?

-

specjalnie

po

dawnemu

zastukał

słowami.

-

Wkońcujemtecholerneprochyijestdobrzenie? Wróciły stare czasy. Za sprawą najtrudniejszego pacjenta. Niezbadane są nawet najbliższe minuty, pomyślał. Wszystko się zapętliło. - Naprawdę masz remisję objawów? - zapytał wbrew postanowieniu. - Od kiedy, Speedo? Speedofritz wykrzywił pomarszczoną twarz. - Od kiedy Obcy tu wylądował. Uznałem za stosowne zająć się leczeniem. Ze strachu i z ciekawości. Bałem się, że Obcy sięgnie też po mnie, a ciekaw byłem, jak wy sobie poradzicie z sytuacją i z lekami, które żrecie teraz z wyboru, jak ja zawsze musiałem z nakazu. Nie wiem, ale chyba i pan zażywa już neuroleptyk!, doktorze. Pana dłonie. Trzęsą się

co nieco. Czy to nie ciekawe, że jedziemy na tym samym paliwie? Wreszcie wie pan, jak to jest. Ravaughan sięgnął po szklaneczkę rumu z sokiem i przypalił papierosa od zapalniczki podanej przez kelnera. - Uważasz, że to podobne? Obcy i twoja choroba? Speedo wykrzywił się jeszcze bardziej. - Nie i tak. - Co masz na myśli? - Niepodobne, bo mało porównywalne ilościowo. A podobne, bo o to samo idzie jakościowo. Wie pan. Zdarzało się już wdepnąć w fantosa. Pryskał jak pochodnia przed beczkowozem. Czuł skurkozjad, że nie ze mną. Nie miał szans. Wie pan. Ja mam inną jakość. Oni mnie nie chcą takiego. Widzi pan, ludzie uważają, że jestem schizofrenikiem i jest to prawda. Mam objawy jak trzeba. Ludzie uważają, że jestem uszkodzony. Że nie sposób się ze mną dogadać. Mówię o wczoraj, myślę o dzisiaj. Takie tam moje kombinacje, cholera. Ale Obcy uważa, że jestem dla niego niebezpieczny. Nie może mnie wykorzystać. Mam swoje fantosy, można by rzec, że brak mi miejsca w łepetynie na jeszcze inne. Mam Boga w sobie, rozumie pan, doktorze? Żaden inny go nie przepędzi. Zawsze to panu tłumaczyłem, ale może teraz pan wreszcie złapie... Patrz pan na tę babeczkę z tymi cackami na głowie, tam po lewej od nas. Rany, jakie ma balony. Hej no pidibap, hej no hu. Hej no pidibap, ty mała, chonotu. - Taaak. Ogromne - odpowiedział machinalnie Ravaughan. Zastanawiał się nad jego słowami. W głosie Speedo słyszał pewność i spokój, nieobecne nigdy wcześniej. A przecież nie miał poczucia, że tamten był źle leczony. Nigdy go nie izolowali, zawsze mógł wpadać do dyżurki i gadać o każdej dręczącej go sprawie. Miał najlepszych terapeutów i najlepsze metody leczenia. A jednak nic nie dawało rady jego objawom. Byt totalnie rozregulowanym, uszkodzonym straszną chorobą nieszczęśliwym człowiekiem. Cóż się stało, że aż tak się zmienił? Co spowodowało, że przestał... Że przestał... Tak. Jasne. Speedo przestał się bać. Po prostu. - Zmieniłeś się - powiedział, upijając ze szklaneczki. Rum łagodził napięcie w krtani. Koił rozpalone myśli. - Zyskałeś moc, Speedo. - A tak! - Speedo wciągnął koniopodobną głowę w zwoje luźnego swetra. - Mam niezłe samopoczucie i znacznie mniej objawów niż wtedy. Ale powiem panu, doktorze, że nadal jestem w gotowości bojowej. Tylko nie bardzo wiem, jak to uruchomić. Pan mnie rozumie?

Ravaughan spojrzał bez pewności w jego wielkie, niebieskie oczy. Kawałeczki nieba zanurzone w szarawym cieście. - Staram się, Speedo. Jak zawsze. - Dobrze. Pan był w porządku. Zawsze próbował pan pomóc. Ta mała na mnie nie leci. Są na to jakieś leki? Hej no pidibap. Może dałby pan tabletkę. Malutki kawałek farmakologii na kobitki z dużymi cyckami, co? Barman pokręcił z niesmakiem ogoloną głową i przeszedł na drugą stronę baru, gdzie siedziało kilku facetów tracących czas z zabawkami od Triculara. Widać bardziej cenił efekty niż prawdę o zwyczajnych ludziach. Jak prawie każdy w Los Raques. Wszyscy byli tu mistrzami uników. Wszyscy jechali na gównie od D. D. - Nie znam takich tabletek, Speedo - odpowiedział po chwili. - Ale mówisz, że fantos cię unika. Czy dobrze zrozumiałem, że boi się twojej choroby? Że nie potrafi dotrzeć do twoich myśli? Na blacie baru nie wiedzieć skąd pojawiły się tabletki. Speedofritz przesuwał je kciukiem precyzyjnymi ruchami. W końcu ułożył z nich znak zapytania. - Może tak jest, jak pan mówi, a może zupełnie inaczej. Skąd mam wiedzieć? Myślę sobie tylko, że może mógłbym wam jakoś pomóc. Warn, czyli ludziom. Przeciw nim, czyli Obcym. Sam nie zaliczam się do żadnej z tych kategorii. Ale przyzwyczaiłem się już do tego świata i polubiłem tu parę rzeczy. Taka tam symbiomość. Hej no pidibap, hej no hu. Symbiomość z człowiekiem, to brzmi. Symbiosiła, symbiotronizm. Też brzmi dobrze. Albo symbiodupa, che, che... Speedo znowu szeleścił gardłowym śmiechem. Ravaughan pyknął kółkiem dymu. Przy końcu baru pojawiła się krótko obcięta kobieta w skąpym czarnym futrze cętkowanym na biało. Na twarzy wyrysowane miała dziesiątki cienkich, różnokolorowych kresek, tworzących niesamowite wrażenie głębi. Zdawało się, że jej głowa zapada się do wewnątrz, w inną, karykaturalną przestrzeń; w ogóle gubiły się gdzieś rysy twarzy. Natychmiast wzbudziła zainteresowanie pochylonych nad zabawkami mężczyzn. Przestali gawędzić o holoefektach i wyprężali się niczym dzieci przebudzone z długiego snu. Ale zauważali tylko jej nagie ciało wychylające się spod futra. Żaden nie patrzył jej w twarz. Nie dostrzegali ostrzeżenia. Widzieli brązową skórę i smukłe palce trzymające zielonego papierosa. Nieoczekiwanie barman znów zjawił się po ich stronie. - Coś się dzieje na zewnątrz - zauważył niespokojnie. – Panie kochany, coś się stało z El Raque. Tam. Widać przez szybę.

Ravaughan spojrzał we wskazanym kierunku. Śnieg przesłaniał wszystko. Płatki mieniły się tylko w czerwieni neonów, poza tym nic specjalnego nie było widać. Grube, puszyste płatki śniegu na południowym wietrze. - Nie widzicie? - zaaferowany barman potarł tatuaże na nosie. - Przecież to ogień, ludzie. Zapalili wrak Obcego. Teraz dopiero Ravaughan spostrzegł, że to odległy pożar pomalował czerwienią powietrze i przykrył asfalt. Wielka aż do nieba pochodnia. - Coś takiego - mruknął Speedofritz. - Fajerwerki noworoczne. Chociaż, zaraz. Jakie tam noworoczne. Dopiero listopad, cholera. Wszystko im się pomyliło. Ravaughan dopił rum. Nie myślał o pożarze. Nie to było istotne. Nie El Raque, ten opuszczony przez życie wrak. - Słuchaj, Speedo, możesz mi pomóc? - zapytał szybko, starając się nie zdradzać nadmiernych oczekiwań. - Możesz pomóc nam wszystkim z tym, co tu zasiał ten Obcy? - Tak i nie. Tak, bo nawet tego chcę. Nie, bo jak mówiłem, nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę wam pomóc. Mam łazić po tych fantosach i płoszyć je niczym karaluchy? Wie pan, że nie starczy mi siłonadziei. Ravaughan pochylił się i dotknął topornych ściegów swetra schizofrenika. - Ja ci powiem jak - mruknął ochryple. - W sobotę idę do Gotili. Jeśli chcesz, chodź ze mną. Może odnajdziesz wreszcie sens. Może do tego zostałeś stworzony. Speedo zsunął się z barowego krzesła i wyprostował swą długą, powyginaną sylwetkę. - Niech pan sobie na nią popatrzy - wychylił palec spod sflaczałego rękawa i wskazał kobietę w futrze. - Jest piękna niczym wspomnienia z ostatniej hospitalizacji. Ma wspaniałe ciało, ale nie pozwala, by ktoś zajrzał w jej twarz. Jej dusza jest niewiadomą, doktorze. Życzę panu smacznych neuroleptyków i wielu ciekawych przygód w codziennych potyczkach międzyludzkich. Ravaughan patrzył, jak Speedo zakłada na głowę maleńką, żółto-granatową czapeczkę i znika w kłębiącym się tłumie. - Nie słyszał pan, co tu gadam? - Barman atakował piskliwie. - Pali się wrak. Teraz dopiero nam pokażą. Te Obce się wkurwią na maksa. Skasują nas na amen, panie... Wzruszył ramionami, zostawił na barze dwie monety i ruszył w stronę stołu Cricboya i Skinny'ego. Wokół pachniało whisky, marihuaną i potem par oczekujących nocy. Szedł przez tłum, czując się jak granitowy posąg w szpalerze roztańczonych androidów. Z trudem rozumiał ich donośne, odmienione używkami głosy.

Będąc bardzo już blisko pochylonych nad stolikiem, nadal kłócących się neurochirurgów, poczuł, że cały czas ściska coś w spoconej słoni. Powoli rozwarł palce. Na wysokość

piętnastu

centymetrów

wyświetlił

się

niewielki

pomarańczowy

napis,

skontrastowany niebieskim, gładkim tłem:

D. D. TRICULAR, HARRY. TYLKO ON. MARYLIN Zacisnął dłoń, zanim zrozumiał, że to holokarteczka zdjęta z drzwi zabitej kobiety. Zanim dotarła doń jej skąpa treść. Zanim zobaczyli ją tamci dwaj przy stole... Zmiażdżył karteczkę, kasując holotroniczne obwody wmontowane w papier. - Cześć, chłopaki - potrząsnął głową i jasne włosy rozsypały mu się na posmutniałej twarzy. - Podobno pali się El Raque. Tyle się dowiedziałem przy barze. To przez to śnieg jest czerwony. To tylko z powodu ognia.

Na alei Woodymek stało kilkanaście samochodów. Najdalszy porzucono na skraju strefy zamkniętej. Wyglądały jak ciemne, skulone z zimna zwierzęta, wytrzeszczające bezradnie wygasłe ślepia reflektorów. Dachy samochodów przysypał śnieg, podobnie jak pas ziemi, mieszczący kiedyś parking kliniki w Gotiii, pomieszczenia gospodarcze i kilka małych stołówko-barów dla studentów. Teraz była tu dwustumetrowa strefa buforowa. Na skraju od strony miasta rozlokowali się żołnierze paktu, oddziały szybkich interwencji AXeP Zaprawieni w walce z terrorystami, bojownikami, demonstracjami i Bóg wie czym. Fritken wątpił tylko, czy konfrontowali się kiedykolwiek z Obcymi. Zerkając w twarz najbliższego komandosa, pomyślał jednak, że i to było prawdopodobne. Żołnierz wpatrywał się w zamazany obraz odległych budynków. Miał wąską, owadzią twarz, a policzki przecinały smugi mlecznoszarej farby i bruzdy zmarszczek, ślad wspomnień akcji, w których brał udział. Stał nieruchomo, z dłońmi splecionymi na plecach, tuż obok zwisającego lufą w dół karabinka i pasa oplecionego dziesiątkami drobnych, śmiercionośnych urządzeń. Nosił biały, maskujący mundur i obły, sięgający policzków hełm. Przy ustach wił mu się pałąk mikrofonu i przewodziła holozasłony. - Macie jeszcze kwadrans - szczeknął komandos, nie odrywając wzroku od zamglonych obiektów kliniki. - Czekamy tylko na tego speca od fantosów z Los Raques.

Fritken postawił kołnierz płaszcza i obniżył daszek czapki. Gęsty śnieg coraz częściej sięgał szkieł jego okularów. - Myślałem, że pójdę tam sam, bez AXeR - Nie było potrzeby mówić o tym wcześniej - dobiegł go cichy głos zza pleców. To D. D. Tricular wychylał się z otwartych drzwi limuzyny. - Podejdziemy do tego trzema etapami. Pan odpowiada za próbę wygaszenia fantosa za pomocą swojej produkcji. Asystował będzie technik Nonze. Znacie się. Jeśli się nie uda, do akcji wchodzą dwaj detoxi, najlepsi, jakich mamy. Oni podejmą także interwencję w czasie jakiegokolwiek zagrożenia pierwszego etapu misji. Podlegacie ich decyzjom, bo ci ludzie wiedzą o Obcym więcej niż my wszyscy razem. Są praktykami. Mają metody i intuicję. Cokolwiek myśleć o ich metodach, są zawodowcami i mają nosa. Musi pan o tym pamiętać. Żołnierz mruknął znowu do mikrofonu i wokół, jak spod ziemi, wyrosło kilku kolejnych komandosów. Rozległo się kilka krótkich komend. Chwilę później pozostał tylko pierwszy komandos wpatrzony w strefę: inni zniknęli w płatkach śniegu. - A etap trzeci, panie Tricular? Czy poda pan szczegóły? - zapytał Fritken. Serce waliło mu równymi, potężnymi ciosami, od których wibrowała klatka piersiowa. Spunny tam jest. Spunny. Spunny, powtarzał w myślach.

Głos Triculara zdradzał lekki niepokój:

- Nie będę się wdawał w szczegóły, bo sam ich nie znam. Etap trzeci jest wyjściem awaryjnym. W całości realizuje go oddział AxeR Tyle tylko mogę powiedzieć. Żołnierz wpatrzony w nicość uśmiechnął się kącikiem ust. Śnieg spływał po skrzydłach jego hełmu. Płatki bieli i siny metal. Niebo i piekło. - Macie jeszcze dziesięć minut - powiedział. - Cały czas czekamy na tego detoxa. Drugi już jest. Razem z twoim technikiem oczekują w transporterze. Będzie was osłaniało czterech moich ludzi. Zostaną na ostatniej możliwej do podejścia pozycji. Wkraczamy w momencie waszego niepowodzenia, przez co rozumiem powiększenie się obszaru fantosa. Przerwał, wsłuchując się w odbiornik w hełmie. -Proszę zażyć przygotowane neuroleptyk!. Są nowe, najbardziej skuteczne z możliwych. Fritken kopnął dużą grudę śniegu i wbił ręce w kieszenie płaszcza. Nie podobało mu się to. Etap trzeci oznaczał likwidację wszystkiego, co tam było, nie dając zarazem nadziei na zgaszenie obcej przestrzeni. Nie sądził, żeby poddawała się miotaczom granatów czy kulom dum-dum. Obawiał się, że to, czym dysponowali faceci z AXeR mogło nie powstrzymać tego piekła. Jednocześnie wiedział, że dla pewności na wszelki wypadek skasują wszystko. Miasto i żyjących w nim ludzi. Spunny też. A potem jego.

- Proszę zjeść tabletki - ponaglał komandos. - To właściwy czas. Fritken wzruszył ramionami. Jak miał mu to wytłumaczyć? -Nie, dziękuję. Jeśli mam być dzisiaj skuteczny, nie mogę postawić na neuroleptyk!. Nie wiem, kurde, jak to będzie dalej, ale teraz taka jest moja decyzja. Żołnierz odwrócił się demonstracyjnie w stronę samochodu Triculara. Chwila i znowu patrzył przed siebie. - Jest już drugi detox - meldował po kilku minutach. - Z kimś jeszcze... Zmiany w programie, panie Tricular? Nie jesteśmy przygotowani do asekurowania czterech osób. D. D. Tricular wdał się w krótką wymianę zdań z dwoma facetami siedzącymi w limuzynie, po czym bezszelestnie opuścił swoje mitsubishi. - Niech pan poczeka, kapitanie. Fritken odwrócił się. Za nim, w szpalerze nieruchomych żołnierzy i przedstawicieli zarządu miasta, tuż przy transporterze, pojawiły się dwie postacie. Wyższą poznał od razu. Pomimo śniegu, który okrywał czapeczkę na głowie tego mężczyzny i wojskowej kurtki, którą przykryto jego korpus. Miał przed sobą szalonego Speedo, pokręconego jak nikt w cholernym Los Raques. Jezus Maria. Speedofritz jest detoxem? Przecież spotkali się ledwie kilka dni temu. Nic mu o tym nie mówił. Nie. To niemożliwe. Facet z trudnością zabijał muchę. - Harry Fritken. Hej no pidibap, hej no hu. - Speedo ruszył w jego stronę. - Takie spotkanie w takim miejscu jest jak zaginiona opowieść w kipieli spuszczanej w sraczu wody. Dwie

muskularne

sylwetki

komandosów

zatrzymały

powyginaną

postać

schizofrenika. - Trzeba czekać na rozkazy. Drugi z przybyłych wysunął się do przodu i stanął obok Fritkena. Był tylko ciut wyższy, bardziej barczysty i chyba w podobnym wieku. Trudno było go opisać. Długie, najpewniej jasne włosy i zmarszczona twarz ociekały topniejącym śniegiem. Facet miał zapadłe policzki i jasne, przenikliwe oczy. Rytmicznie poruszał prawym żwaczem, choć nie wydawał się zdenerwowany. Zwykłym, pospolitym gestem otarł cieknący nos i wyciągnął dłoń. - Nazywam się Ravaughan. Spróbujmy się zaprzyjaźnić przez te kilka minut. Potem może już nie być czasu. - Harry Fritken - uścisnął podaną dłoń i krótką chwilę miał wrażenie, że tamten bardziej się skrzywił. Ale może był to tylko uśmiech. - Ja pana znam. Do diabła, znam i pana, i starego Speedo. Co tu jest grane? Psychiatra prowadzi swojego pacjenta?

Ravaughan odgarnął z twarzy długie włosy. Pokręcił smutno głową. - Takiego mnie pan nie zna. Tamte czasy minęły, Harry. To nie będzie wizyta lekarska. Ani to szpital przy Korthaka Ave, ani ja nie jestem już lekarzem. Idziemy prosto w fantosa. Był pan kiedy w czymś takim? - Tak. W środę miałem z tym do czynienia. - Fritken przełknął ślinę, przypominając sobie mieszkanie Marylin. - I jeszcze wcześniej, przez te wszystkie lata z moją żoną. - To dobrze. Ravaughan znowu odgarnął włosy i uścisnął dłoń Tricularowi. - Ten facet, z którym tu przyszedłem, nic specjalnie nie może zepsuć. Pan o tym wie, panie Tricular. Jeśli natomiast będzie przydatny, może być tylko lepiej, jak rozumiem. Chcę go tam zabrać, zgłosił się na ochotnika. Mam specjalny pomysł, panie Tricular. Zanim jeszcze do akcji wkroczą komandosi. Tricular zajrzał do wnętrza limuzyny i znowu wdał się w krótką rozmowę. Jego czarny, wełniany płaszcz przypominał złożone skrzydła wielkiego chrabąszcza. A może raczej ćmy, którą ktoś zbił z krótkiego lotu i zaskoczona spadła na ośnieżoną ziemię. - Pięknie dzisiaj pada - powiedział Ravaughan. - Ale nie dajmy się zwieść pozorom. A propos, ugaszono już pożar przy El Raque? Fritken nie odpowiedział. Nie miał pojęcia o żadnym pożarze. Drżał na samą myśl, że już za chwilę zanurzy się w to szaleństwo. Myśli rozpierzchały się po głowie jak myszy ścigane przez cień sokoła. Nieoczekiwanie odezwał się żołnierz. - Tak. Jakiś świrus podpalił dzikie róże, od tego zajął się wrak. A raczej stara smoła, która go skrywa. Zapłonął i zgasł. Nic wielkiego. Ravaughan zaśmiał się bezgłośnie: - Nie mów pan w tym towarzystwie o świrach. Nie wypada, proszę pana - jego głos stał się twardy i pełen goryczy. - Dobra. Co słychać w sekcji dowodzenia, panie Tricular? Tricular wyprostował się i zmrużył oczy w obronie przed płatkami śniegu. Jego seryjna twarz była nadal wyblakła. - Możecie ruszać. Pan odpowiada za swojego towarzysza, Ravaughan. Życzę wam powodzenia, panowie. Ravaughan skrzywił się i kręcąc głową, ruszył w stronę transportera. Fritken pomyślał, że nie zaprzyjaźni się z nim ani teraz, ani potem. Jeśli będzie jeszcze jakieś potem. - Proszę mi pomóc - powiedział przy włazie.

Czarnoskóry żołnierz wyciągnął wielką łapę i wciągnął go do wnętrza maszyny. Fritken zajął miejsce przy swoim techniku. - Co tam, szefie? W porządeczku jest? - Śpiewny głos Nonze nie pasował do ponurych twarzy żołnierzy. - Trzymamy się jakoś? - Tak. Tylko te projektory na plecach mnie drażnią. Za dużo sprzętu mi napakowali. Ledwo chodzę. Transporter ruszył. We wnętrzu zaczęło pulsować niebieskie światło. Nonze poklepał go po ramieniu. - Mnie nie musisz tego mówić, bracie. Mam dwa razy więcej peryferii, jedno sięga mi nawet dupy. Bóg sprawi jednak, że nie będziemy się musieli uwijać. Zajmiemy sobie wygodne pozycje i uruchomimy twoje dzieło, bracie. Nie? Tak będzie? - Szturchnął łokciem zgarbionego nad karabinem komandosa. - Co z tobą, bracie? Żołnierz nie odpowiedział. Odezwał się za to drobny mężczyzna, siedzący przy zakrytym iluminatorze. Miał krótkie nogi, szeroko rozrzucone na podłodze i co chwila wtykał w usta plastykową wykałaczkę: - Będzie, co ma być - rzekł głosem przypominającym skrzypnięcie buta na tęgim mrozie. - Po prostu rozwalimy jeszcze kilku naćpanych alienryną popierdoleńców. Szkoda czasu na holozabawki Triculara. Ja i Ravaughan tracimy tylko czas. Z całym szacunkiem dla waszych lotnych pomysłów, panowie. Fritken pokiwał głową, nie chcąc wdawać się w dysputy z tym krótkonogim, siwym jak gołąb detoxem. Nonze szykował się właśnie do riposty, ale uprzedził go Ravaughan: - Będziesz cierpliwie czekał, aż oni skończą, Biffon. Jeśli zrobisz jakieś głupstwo, nie spodziewaj się wsparcia. Znamy plan rady miasta i będziemy go realizować. Z moją modyfikacją, jeśli zajdzie taka konieczność. Fritken znowu pokiwał głową. Niewiele z tego rozumiał. Starał się tylko skoncentrować przed oczekującą go projekcją. Sam nie bardzo wiedział, co wykreował. Nie było czasu ogarnąć całości; skończył ją ledwie kilka godzin temu. Niebieskie światło zamieniło się w pomarańczowe. Pojawił się też cichy, wibrujący dźwięk. Równo z nim siedzący na ławie komandosi zaczęli dopinać sprzączki przy hełmach. - Hej no pidibap, hej no huuu. Hej no pidibap. Hej, mała, chonotu - milczący dotąd stary Speedo ujawnił nagle zaaferowanie swoją wojskową kurtką. Ujmował materiał w dwa, powyginane reumatyzmem palce i przybliżał do wyblakłych oczu niczym entomolog rzadki okaz pająka.

Tyle że ta wojskowa kurtka szybko wzbudziła w nim odrazę. W końcu przemówił bardziej składnie, choć niewiele bardziej zrozumiale: - Obrośnięte jajem skronie, oto nasze pełne dłonie. Panie i panowie, obrastajcie. Obrastajcie sobie lekko, aż przypieprzy wam przeździebko. Duma nasza ma się z pycha, ale Speedo ma wytrycha... - urwał i skończył zupełnie dorzecznie: - Tymczasem, panowie, chciałbym zauważyć, że nijak ma się to wszystko do naszej ostatniej dyskusji na temat leków psychotropowych. Mówię podwójnie: do pana doktora i ciebie, Harry. Ravaughan zaśmiał się. W tym samym momencie światło w komorze załomotało czerwienią. Krótki, elektroniczny pisk przeciął powietrze. Coś wpadło między postacie siedzących, zdążyli tylko poczuć zimny powiew i zapach pomarańczy. Transportowiec zatrzymał się. - Wychodzić - warknął komandos, który wcześniej patrzył bez końca w padający śnieg. - Dalej nie jedziemy. Idziecie tam sami. Gdyby coś było nie tak, dajcie natychmiast sygnał. Albo światłem, albo dźwiękiem. Jeśli nie dacie znaku życia do trzeciej, wchodzimy. Trzymajcie się za głowy i skulcie na ziemi. Mamy zsynchronizowane zegarki. Zielone cyfry pokazują właściwy czas. Powodzenia waszej misji, panowie. Dwóch innych gwałtownie otworzyło drzwi włazu. Nonze ostrożnie wychylił głowę na zewnątrz i natychmiast skierował czarnoskóre oblicze w stronę Fritkena. - Nie uwierzy pan... Ravaughan wyskoczył na zewnątrz. Za nim wypełznął krótkonogi detox, a potem szepczący pod nosem Nonze i stary Speedofritz. Fritken przeżegnał się. Miał wrażenie, że każdy ruch jego prawej dłoni odbija się w kontaktach komandosów z AXeP. Nie wyrażały żadnych uczuć. Czekali tylko, aż i on opuści pokład transportowca. Hacząc swoim sprzętem o ich wyprężone ciała, przygarbiony pod ciężarem projektora, skierował się rozkołysanym krokiem ku plamie światła. Ślad fantosa na razie nie wracał. Przecisnął się przez stalowe kleszcze włazu i zaciskając powieki zeskoczył na ziemię. Nie poślizgnął się, jak oczekiwał. Nie było ślisko. Nie mogło być, bo stał na jasnożółtym, drobnym piasku skrzącym się w ostrym słońcu. Gdzieś przed nim szumiało morze, tuż obok równe, romboidalne trawniki emanowały soczystą zielenią. Na wprost widniała brama. Ozdobna, mosiężna chyba tablica obwieszczała mistrzowsko wypracowanym napisem: NOWY ŚWIAT.

WEJDŹ, PROSZĘ. Z oddali dochodziły pokrzykiwania mew. Palmy rzucały rozkołysane cienie na spokojnym, przesyconym wilgocią wietrze. -Tak, bracia. Wszystko niby inne; powiedziałbym: ździebko popierdzielone zabrzmiał śpiewny głos Nonze. Delikatnie kopał górki piasku swoim ciężkim, klamrowanym butem. - Ale Pan dał mi wiarę i przygotował na rozmaite niespodzianki. Chodźmy tam. Za bramą rozpakujemy sobie holosprzęt, zapalimy papieroski... Krótkonogi detox rozglądał się niespokojnie, schizofrenik Speedo mamrotał wiązanki neologizmów, a Ravaughan skinął głową i zakołysał długimi włosami, na których wciąż skrzyły się resztki śniegu: - Brzmi to nieźle jak na początek. Zaczynajmy. Fritken podciągnął oklejony pomarańczową taśmą akumulator holoprojektora. W dłoni kurczowo ściskał tabletki. Dwa szybko wchłaniające się lity i jeden atypowy neuroleptyk nie oznaczonej jeszcze generacji. Daszek czapki przesłonił słońce, kiedy spojrzał na zegarek. Była jedenasta siedem. Sucha z napięcia krtań z trudem wykrztusiła słowo. - Chodźmy. Szelest przesypywanego piachu w rytmie ich kroków był jedyną odpowiedzią. Powoli, jeden za drugim, weszli w bramę nowego świata na starej Ziemi.

Z DZIENNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA OSTATNIA NOTATKA Skończyłem najdłuższy ze wszystkich rytuałów, które dotąd odbytem. Trwał równe dwieście godzin. Przez cały ten czas wypiłem tylko cztery litry wody i zjadłem dwa liofilizowane bochenki razowego chleba. Kręci mi się w głowie. To znak, że porządnie wykonałem swoją pracę. Bytem silniejszy niż zazwyczaj. Nie podjadałem ukradkiem. Zaznaczałem kropkami każde kapnięcie wody z kranu. Kiedy woda przestawała kapać (najdłużej na dwie godziny i jedenaście minut), przeciągałem kreski od kropki do kropki, aż każda zyskała połączenie z innymi. Wielki pomysł.

To moja kara i nagroda zarazem. Cykl pięćdziesięciu rytuałów. Każdy następny ma być dłuższy od poprzedniego o dwadzieścia godzin. Wyliczyłem, że nie zdołam tego przeżyć. Liczba bochenków i litrów wypitej wody nie wystarczą, żeby utrzymać mnie przy życiu. Udowodnię więc tym samym dwie rzeczy. Po pierwsze, że jestem całkowicie odpowiedzialny za swoje ciało. Mogę je hodować wedle własnego uznania, ale mogę je także zniszczyć. I po drugie: pokonam Anioły tak, jak sobie zaplanowałem. Długo i cierpliwie budowali drogi w moim mózgu. Przyjemnie będzie zburzyć im tę zawitą konstrukcję. Tak. Kiedy odstawiłem alienrynę, było źle. Wymiotowałem, rysując moje kropki, chwilami traciłem świadomość. Miałem chyba napad padaczki, ale jeśli nawet tak się stało, mam pewność, że trwał nie dłużej niż osiem uderzeń wody o zlew. Rytuałem pokonałem objawy abstynencyjne. Nie jestem już w ciągu alienrynowym. Nie wpuszczam do domu dealera i nie chcę nawet otwierać listów, które wsuwa mi pod drzwi. Nie oddam mu swoich narządów. Nigdy. Tak. Jeszcze dzisiaj zaczynam kolejny, drugi cykl. O dwadzieścia godzin dłuższy od pierwszego. Jeśli oni znowu przeze mnie przejdą, poczują, że ich bóg słabnie. Poczują właściwy kaliber mojej anankastycznej mocy. Los Raąues. Nie żałuję, że nie przejdę się już jego ulicami. Zostawiam to tym mniejszym. Dokładnie tak, jak zostawiłem im kiedyś kolejne artykuły na temat mitsubishi GDI. Nie rozumieli moich natręctw, a ja nie rozumiem ich usiłowań spróbowania jeszcze lepszego gatunku syntetycznego piwa. To ostatnia notatka.

Ravaughan pomyślał, że stało się dokładnie, jak zapowiedział ten czarny holotechnik, Nonze. Czterdzieści metrów za bramą zatrzymali się, rozpakowali sprzęt i zapalili papierosy. Śmiech łaskotał go w gardle, bo widok pięciu ciężko ubranych, obładowanych facetów, stojących wśród piasku, trawy i słońca musiał być komiczny. Znaleźli się w fantosie. Trudno było złapać właściwy kierunek. Gdziekolwiek spojrzał, obraz falował i Ravaughan postrzegał zupełnie nowe, chaotycznie dobrane elementy. Wiedział, że fantos to lubi. Lubił eksportować na co tylko miał ochotę. Wysyłał obrazy z mózgów tamtych ludzi. Kadr za kadrem, ujęcie za ujęciem. Wybierał zawsze temat główny - w tym przypadku było to wspomnienie morza - a potem wplatał weń miliardy szczególików, nieskończoną liczbę zapisków pamięci tych wszystkich nieszczęśników,

których

opanował.

Walił

jak

setki

rozregulowanych,

w

pełni

zautomatyzowanych rzutników, w które ktoś na oślep powtykał slajdy z rozmaitych

dyscyplin. Niby totalny bezsens, ale była metoda w tym szaleństwie. Szedłeś po piasku plaży. I widzisz nagle, że rośnie tu zielona trawa, a potem, kiedy patrzysz uważniej, widzisz, że na tej trawie pasie się stado ośmiocentymetrowych krów. Pasą się, przeżuwają, a mistrzowsko rzucony światłocień prowokuje pewność, że tak ma być i koniec. Nie dziwisz się, że na wydeptanych ścieżkach stoi szereg stołów z halogenowymi lampkami i czarnymi maszynami do pisania marki Mercedes. Nie dziwi cię też, że spiętrzone nieopodal palmy konfigurują się w kształt wieżowca i mimo że jest upalny dzień, dostrzegasz światło zapalone w mieszkaniach i deszcz spływający po odległych szybach. Wszystko jest na swoim miejscu. Z tym, że nie według ziemskich reguł. To prawa fantosa. Wcisnąć ci do głowy swoją wizję rzeczywistości, aż nie będziesz się już dziwił, tylko zostaniesz tu jak w swoim własnym domu. Tak działała alienryna. Mamiła inną, lepszą czy może bezpieczniejszą konfiguracją znanych elementów. Nanizywała na własne nitki to, co zdołała tylko odnaleźć. Ogrom tego, co tu zastali, porażał. Spokojem i perfekcją. Nie tego oczekiwałem, pomyślał, skubiąc wargę. Zaskoczył nas, skurczybyk. Punkt po jego stronie. Zerknął na zegarek. Dwadzieścia osiem po jedenastej. Czas. - Zaczynaj, Harry - powiedział, zatrzymując wzrok na holo- sprzęcie. - Twój ruch. Fritken łapczywie zaciągnął się klozapersem, z trudem odrywał wzrok od piętrzących się zewsząd kreacji. Widać było, że przeżuwa swoje obawy, podobnie jak i Ravaughan. Niezbomie pochylił się nad sprzętem, zdjął z łysiejących włosów czapkę, a potem szybkim, sprawnym ruchem założył hełm. Nie patrząc nawet w ich stronę, mruknął do technika, który natychmiast wetknął w jego hełm pęk kolorowych przewodów. Ich początek sięgał miniaturowej konsoli, za którą usiadł Nonze. Tam było serce tej produkcji. Tam spoczywał cyfrowy zapis holokonwersji wizji Fritkena. Wokół nich, na trójpalczastych, stalowych łapach rozwijały się teleskopowe rzutniki holoobrazów, przygotowane specjalnie na tę okazję przez Siellens-Zerdhol & Focusi. Mierzyły dobrze ponad dwa metry, a ich precyzyjne, fototropowe zdawałoby się ruchy narzucały skojarzenie z prehistoryczną rośliną. Nonze manipulował przy klawiaturze; wielkie, czarne paluchy śmigały niczym taktyczne pociski napastujące cel. Nie na marne. Coraz to nowe elementy wyłaniały się ponad przygarbioną postacią Fritkena. Miał już monitory odbijające zakłócenia i miniplatformę na hydraulicznych wysięgnikach, która umożliwiała mu szybkie przemieszczanie się bez względu na rodzaj podłoża. Kiedy wreszcie wszystko znieruchomiało, usłyszeli suchy trzask klapki hełmu. Matowa szyba-monitor, na której przyjdzie Fritkenowi kontrolować poszczególne sekwencje własnej kreacji, odcięła jego twarz niczym przyłbica.

- Jesteś, Harry - w głosie Nonze wibrowało maskowane podniecenie. - Za piętnaście sekund rozpoczynam twój show, bracie. Masz dobre, spokojne EEG, tętno dziewięćdziesiąt uderzeń na minutę i właściwą akomodację. Ruszaj. Ravaughan zrozumiał, że Fritkena już tu nie ma. Stał na swojej platformie, z szeroko rozstawionymi, pokrzywionymi nogami, w wielkich, magnetycznych butach i dłoniach trzymających na piersi coś w rodzaju joysticka. Wszystkie elementy zdawały się służyć tylko jednemu. Podtrzymaniu jego wielkiej, opancerzonej hełmem głowy. - Gówno z tego będzie - syknął stojący na uboczu Biffon. - Śmieszy mnie cały ten cyrk. Tracimy czas, Ravaughan. Speedofritz dłubał palcem w piasku. Chyba coś rysował, ale nie było czasu przyjrzeć się szczegółom. Nonze rozpoczął emisję, a Fritken gwałtownie zgiął się w pół. Najpierw przechodziło to przez jego ośrodkowy układ nerwowy, a dopiero potem, po wstępnej akceptacji, sprzęgało zwrotnie z procesorem, który bez namacalnego opóźnienia ładował zapis w projektory. Piasek wokół ich butów zawirował. Fritken trzymał się swoich drążków z pochyloną do przodu głową, jak człowiek idący na spotkanie wichury. A potem nagle wyprostował się. Złapał kontrolę nad skonwersowanym zapisem swoich id. - Patrzcie! - Nonze wskazał palcem holorzutniki. - Zaczyna się. Nawet Speedofritz oderwał wzrok od bazgrołów na ziemi. Ravaughan zmrużył oczy w rozbłysku pierwszych elementów wizualizacji Fritkena. Przestrzeń wokół zakrzywiała się, rwała niczym pajęcza sieć pod cielskiem atakującego szerszenia. Obrazy drżały jak skulone z zimna psy, kolory spływały wzdłuż horyzontu. Na chwilę pojawiło się drugie słońce, ale szybko zniknęło, kasując zarazem to, które tu zastali. Jęk rozrywanej ziemi, a może tylko krzyk wystraszonych receptorów. Zapach ozonu. Jezu, zdążył jeszcze pomyśleć. Co on tam ma, w tej swojej łysawej głowie? Co, do cholery, siedzi w tym krzywonogim faceciku? Stado Obcych? Zbiorowa podświadomość Junga? - Dzień dobry panu - usłyszał cichy głos. - Zgubiłam się, proszę pana. Dziewczynka miała nieco ponad metr wzrostu i okrągłe, plastykowe okulary na zadartym nosie. Pocierała dłonią o dłoń, a jej pasiaste, pobrudzone błotem rajtuzy poruszały się rytmicznie. Na stopach nosiła czerwone butki Nike'a, na pełnej potarganych włosów główce przycupnęła granatowa czapeczka z przezroczystym daszkiem. - Proszę pana - powtórzyła dziewczynka. - Czy pan mnie słyszy? Nazywam się Amenthy Fritken i nie wiem, gdzie jest mój dom. Pochylił się nad nią:

- A ja nazywam się Ravaughan. Miło cię poznać, Amenthy. - Czuł, że jego głos staje się coraz bardziej ochrypły. - Prawdę powiedziawszy też nie wiem, gdzie jesteśmy. Stali na skrzyżowaniu trzech korytarzy. Podłogi pokrywała miękka wykładzina, pamiętająca czasy dawnej świetności. Zachowała klasę i czystość, mimo że podeszwy butów porządnie wytarły jej powierzchnię. Rdzawobrązowy kolor harmonizował z mahoniem ścian. Łukowate sklepienia wąskiego sufitu podtrzymywały proste lampy, wykonane z inkrustowanego srebrem drewna. Co druga paliła się, inne sygnalizowały tylko, że może być jeszcze jaśniej. Było tu cicho i przytulnie, jedynie czasem, z daleka, dochodził ponury jęk wiatru. -Ale ty przecież jesteś dorosły, Ravaughan - odezwała się Amenthy. Mosiężne tabliczki przyczepione do niektórych elementów boazerii na chwilę odwróciły jego uwagę. Ale nie potrafił z tej odległości odczytać, co na nich jest napisane. - No to co? - zapytał bezmyślnie. - No, dorośli się nie gubią. Wy zawsze wiecie, gdzie iść - zaśmiała się tryumfalnie. Przestała na chwilę pocierać dłońmi. Dopiero, kiedy klasnęła, wystraszył się. Nie wiedział dlaczego, ale niezręcznie było przerywać panującą tu ciszę. - Poczekaj moja droga - zmrużył powieki jak krótkowidz i podszedł do najbliższej tabliczki. - „Gate 403 Hotel". Hotel? Jesteśmy więc w hotelu... Amenthy wzruszyła ramionami i znowu klasnęła. Chodnik schwycił dźwięk. - Nigdy jeszcze nie byłam w prawdziwym hotelu - zachichotała. - Ale mama była. Ona jeździ po hotelach, bo ma koncerty. Na całym świecie. Obiecała, że w przyszłym roku, jak tylko skończę siedem lat, pojadę z nią... Potarł zdrętwiały kark. Czuł zmęczenie. Nie radził sobie ze zmianą rzeczywistości. Jeśli dobrze pamiętał, niedawno padał przecież śnieg. Czy może raczej deszcz? - Nieważne - powiedział na głos. - Chodź, Amenthy... - Ammy - przerwała mu, okręcając się wokół własnej osi. - Rodzice mówią do mnie Ammy. - Okay, Ammy. W każdym razie chodźmy stąd. Znajdziemy ludzi, wypijemy po filiżance czekolady i popytamy, co to takiego ta „Gate 403 Hotel". - Dobrze, Ravaughan. Ujął jej drobną, spoconą dłoń i bez namysłu wybrał najszerszy z korytarzy. Prowadził nieco w dół, a Ravaughan miał wrażenie, że stoją na piętrze. Chciał dojść do recepcji,

hotelowego holu bądź jakiegokolwiek innego miejsca, gdzie spotka bywalców „Gate 403 Hotel". - Ale zabawa, co? - Ammy podskakiwała niczym pingpongowa piłeczka. - Rzeczywiście - mruknął bez entuzjazmu. - Jak chol... Urwał speszony. Nie miał dzieci, ale stosunkowo nieźle szło mu z pędrakami starszej siostry. Kiedy jeszcze je widywał... Mijali pozamykane drzwi z numerami pokojów. Z wnętrz nie dochodziły żadne dźwięki. Numery zaczynały się od dwójki, co sugerowało drugie piętro. Korytarz skręcił wreszcie w prawo i kiedy znowu wyszli na prostą, dostrzegł schody i smugi światła innego niż elektryczne. - Tam, tam - podskakiwała Ammy. - Tam jest wyjście. Widzisz? Przyspieszył kroku. Pod skórą, gdzieś wewnątrz ciała, narastał niepokój. Prawy żwacz drgał rytmicznie. Pieprzony nerwus. Pójdę z tym do chirurga szczękowego i odetnę mu wiązkę unerwienia. W końcu załatwię sukinsyna. Myślał automatycznie, jak zawsze kiedy maskował przed sobą lęk. Nadal nie słyszał zwykłych dla hotelu dźwięków - stukotu butów w pokojach, śmiechu dobiegającego z baru, szumu wentylatorów czy klekotu odkurzaczy sprzątaczek. Kiedy doszli do schodów, Ammy zaśmiała się: - Patrz, Ravaughan - wskazała palcem wielki obraz zdobiący ścianę półpiętra. - Tam. Jaka śmieszna postać! Kiedy spojrzał w tamtą stronę, aż musiał zmrużyć powieki. Przez duże okna, pocięte skomplikowanym kształtem ram, sączyło się mdłe, szarawe światło. Miast oczekiwanej ulgi poczuł dokuczliwy skurcz mięśni krtani. Obraz, który wskazała mu Amenthy, był portretem kobiety Postać namalowano grubą warstwą farby, z dominacją sepii i fioletu. Co dziwne, kobieta zwrócona była do nich tyłem, ale na jej czarnej, ciężkiej sukni widniał szkic niewieściej twarzy, kryjący się w aksamitnych fałdach. Artysta zmienił tu rytm i sposób malowania. Z ciężkich, mocarnych pacnięć pędzla na delikatne, laserunkowe pociągnięcia. -Ależ to jest... Mama! - wrzasnęła Ammy. - To mama, Ravaughan. Ale kawał. Ha! Kolejny strzał-klaśnięcie ukąsił uszy Ravaughana. Ponownie ujął dłoń dziewczynki i poprowadził ją schodami w dół. TU też było bardzo czysto i schludnie, ale odniósł podobne wrażenie jak na piętrze: hotel ledwie wspominał czasy dawnej, bezpowrotnie minionej świetności. Łysiejąca na krawędziach stopni wykładzina, mętny odcień mahoniowych powierzchni, tanie, żółte światło pospolitych żarówek. I ta cholerna cisza.

Byli już w holu. Puste krzesło recepcjonisty przywitało ich stertą porozrzucanych na biurku kartek, niklowanym dzwonkiem w kształcie dużego borowika i otwartym pudełkiem krótkich papierosów. - Halo - powiedział cicho. - Jest tu kto? - Halo! - ryknęła Ammy. - Mamo, pokaż się! Kawały-dyrdymały, a skrzaty-jak krawaty. Ja cię znajdę, mamusiu. Echo wróciło do nich kilka razy. Na prawo od stanowiska recepcjonisty widniały trzy kolejne obrazy, po lewej stronie strzałki wskazywały rozkład korytarzy, toalet i barów. Za nimi, z cienia rzucanego przez schody, wyrastał pakiet mioteł i mopów. Pachniało dymem cygar pomieszanym z aromatem expresso. - A więc tak wyglądają hotele - parsknęła śmiechem Amenthy. - Mama chyba miała rację. Nuda i tyle. Niech lecą motyle. Nie chciał wyprowadzać jej z błędu. Obserwując biegnącą dziewczynę, wziął z biurka serwetkę, złożył ją na pół i otarł zroszone potem czoło. Potem spiął włosy w kucyk, a w oczy wkroplił nieco solifizjologicznej z antybiotykiem, który zawsze trzymał w kieszeni. Robił tak, bo nosił panoramiczne, hiperostre kontakty i chociaż niezwykle je sobie cenił, to gałki jego oczu reagowały czasem podrażnieniem. Zanim się zorientował, dziewczynka wspięła się na krzesło recepcjonisty i zajrzała mu w oczy. - Co tam kombinujesz, Ravaughan? Karmisz je? - Można to tak ująć, Ammy - uśmiechnął się, chowając krople. - Ale wolałbym raczej nakarmić ciebie. Kiedy jadłaś ostatni raz, moja mała? Pamiętasz? Zeskoczyła z krzesła i zaczęła biegać w kółko. - Jasne, że pamiętam. Jadłam śniadanie, zrobił mi je tata, bo mama jest przecież w trasie koncertowej. Tata mówił, że mama jest chora na paskudną chorobę i nieprędko wróci do domu. Ale chyba powinnam już zjeść obiad. Tak. Jestem głodna jak wilk. Albo całe stado wilków. Pokiwał głową, choć powątpiewał, żeby w Gate 403 Hotel była akurat pora obiadowa. Strzałki wskazywały, że nie dalej jak dwadzieścia metrów stąd, idąc poziomym korytarzem, znajduje się centralny bar „Cabana Room". - Chodź - skinął jej ręką i posłusznie uczepiła się jego kurtki. - Tam powinni być jacyś ludzie. - A ten pan Recepcjonista?

- Recepcjonista. Albo śpi, albo wie, że nikt o tej porze tu nie zajrzy. Nie liczmy, że zaraz przyjdzie. Zanurzyli się w oznakowany strzałkami korytarz. Chodnik miał tu nieco bardziej intensywną, zielonkawą barwę, a ściany pokrywała klasyczna, angielska tapeta. Oświetlenie nadal było marne. Minęli dwa spękane lustra i ich cienie spiesznie umknęły pożółkłej, starodawnej powierzchni. - „Cabana Room" - przeczytał na głos dixilandowy, neonowy napis na ścianie przed nimi. - To ten bar, mała. Sprawdźmy, co w nim jest. Dziewczynka natychmiast zawirowała w tańcu, przebierając pręgowanymi rajtuzkami. - Będzie czekolada? I bułeczki z białym serkiem? Mama mówiła, że w hotelach najlepsze jest śniadanie. Może coś zostało z rana. - Zobaczymy - obiecał mgliście, podejrzewając, że nie będzie nawet herbaty. - Czuję jakiś zapach, może ktoś jest w środku. Przeszli pod łukowatym sklepieniem i wkroczyli w teren „Cabana Room". Ravaughan mylił się. W odróżnieniu od reszty hotelu bar zdawał się jeszcze funkcjonować. Takie właśnie odniósł wrażenie. Że zostało tu jeszcze kilka kropli życia w tym okrągłym, zapełnionym setkami drobnych szczególików miejscu. W umierającym ciele hotelu żyło ledwie samo serce. Na wprost nich zaczynał się długi, zaokrąglony przy końcu bar. Wiśniowe drewno pobłyskiwało z klasą, tu i ówdzie lśniły szklaneczki i mosiężne gałki poręczy. Dostojny, zdobiony witrażem żyrandol oświetlał stoły i rzucał przyjemne światło na gruby ciemnoczerwony dywan pokrywający całą salę. Ponad barem przepływały strużki niebieskiego dymu. Wypuszczał je potężny, wystrzyżony na jeża barman w białym, postrzępionym podkoszulku. Jego muskularne, fantazyjnie wytatuowane łapy trzymały gazetę i grubaśne, brązowe cygaro dymiące przez szpalty. Klientów było niewielu. Uwagę zwracała wysoka, pochylona nad barem kobieta. Trudno było ocenić, co jest w niej najdłuższe - nogi, szyja, palce czy może papieros, który w nich trzymała. Jaskrawoczerwone usta pozyskiwały tandetą i zimnem. Dalej siedział rudy, niebieskooki facet, sztywny jak tyczka, ubrany w nienagannie skrojony garnitur i białą, ostro kontrastującą z otoczeniem koszulę. Kilku innych gości kryło się w ocienionych zakamarkach. - Cześć! To dziecko jest głodne, chłopie. Macie coś do jedzenia? - rzucił Ravaughan, a Ammy kurczowo ścisnęła jego rękę. Barman przestał czytać i powoli podniósł głowę. Jego świdrowate oczy były przekrwione.

Rudowłosy facet w gangu natychmiast spojrzał w ich stronę. - Nie mamy nic do żarcia... Tylko trunki - rzekł barman ospale jakby od dawna nie komunikował się słownie. Rudy był już przy nich. -Ale skąd - zaprzeczył melodyjnym, przesadnie dbającym o akcent głosem. - Stary Casy tylko tak opowiada. Mamy jajecznicę, bekon, grzanki z czosnkiem. No, tyle... w tej chwili. Nazywam się Ted i jestem szefem „Gate 403 Hotel". Z tyłu dobiegł ich ponury śmiech: - A jakże, Teddie. Zapomniałeś dodać, że wołamy tu na ciebie Ted zwany Dupawcem. Rudowłosy spłonął rumieńcem, a barman Casy pokiwał wystrzyżoną głową: -Jajecznicę na boczku zrobię. Dla dziecka. – Bezszelestnie zniknął w pomieszczeniu za barem. Ammy szepnęła do Ravaughana: - Powiesz mi potem, co to znaczy „dupawiec"? - Tata ci to wyjaśni. - A gdzie jest tata?

- Nie wiem, Ammy...

Właśnie. Gdzie był teraz Harry Fritken? Chyba niedawno się widzieli. Ale gdzie to było...

Kilkanaście

minut później Ammy kończyła jeść jajecznicę, a on dopijał drugą

szklaneczkę J&B. Ted zwany Dupawcem siedział obok i rozwlekle opowiadał o czasach świetności „Gate 403 Hotel". -... tylko w garniturach. Żaden chłoptyś w potarganym podkoszulku nie miał prawa tu wejść - niebieskookie spojrzenie z wyrzutem spoczęło na cielsku Casy'ego. - Ale pogorszyło się. Tam za oknem... - Właśnie - whisky przyjemnie drapała w podniebienie Ravaughana. - Co tam jest? Za tymi żaluzjami. Podszedł do okna i rozsunął aluminiowe paski. Nie dostrzegł nic. Wszędzie kłębiły się opary popielatej mgły. Kiedy wpatrzył się w nie uważniej, dostrzegł białe, powoli przesuwające się kształty. Po krzyżowej części kręgosłupa przebiegł mu dreszcz. - Co tam jest, Ravaughan? - wybełkotała dziewczynka, siorbiąc przez słomkę sok pomarańczowy. - Widać mój dom? Wrócił do stołu i usiadł. Ted unikał jego pytającego wzroku. Odpowiedział po chwili namysłu: - Nadal nie bardzo wiem, gdzie jesteśmy, Ammy. Widać tylko mgłę.

- Jak się uważniej przyjrzeć - nieoczekiwanie wsparł go barman - widać jeszcze trzy ogromne statki. Wielkie jak całe miasto. Pływają w takiej ciemnej, prawie granatowej wodzie. Kiedyś było je lepiej widać, co, Teddie? Teraz mgła znowu się zagęściła. Pochylony Ted ścisnął w bólu wargi. Jakby wspomnienia odjęty mu głos. - To jak stąd wyjść? - zapytała wprost mała Ammy. - Gdzie są drzwi? Głos z mniej oświetlonej części baru odpowiedział: - TU nie ma już drzwi. Nie wiemy, jak się stąd wychodzi i nie odczuwamy takiej potrzeby. To jest nasz świat i mimo że niedawno odzyskał dobrą kondycję, teraz znowu mu się pogorszyło. Jeśli chcecie, próbujcie. Jakem stary Nolan, tylko jeden chłopina dał temu kiedyś radę. Hej, Casy. Pamiętasz jeszcze naszego Yitalika? Pana Stone'a, ma się rozumieć. -A jakże - barman pociągnął cygaro i schował się za gazetą. Po chwili milczenia Ted przeprosił ich, po czym po cichu opuścił „Cabana Room". Długonoga kobieta dopaliła papierosa i wyszła za nim. - Nie martw się - Ammy uszczypnęła Ravaughana w rękaw kurtki. - To taka stara zabawa taty. Przygotowuje niespodzianki do końca, a ty nigdy nie wiesz, kiedy ci je wyjaśni. Jest w tym bardzo dobry. - O tak - skwapliwie przytaknął. - Jest rewelacyjny. Zostawił małą przy barze i wstał w poszukiwaniu wyjścia. Przez co najmniej godzinę penetrował labirynty „Gate 403 Hotel". Zawsze dochodził do kolejnej ściany z oknem, ale nie odnalazł żadnych drzwi. Wszędzie panowała przytłaczająca cisza, tylko na pierwszym piętrze, zza drzwi z numerem 107 dobiegało rytmiczne postukiwanie. Jakby dźwięk maszyny do pisania. Poszedł dalej, czując coraz większe znużenie. Panoramiczne kontakty podrażniały piekące gałki oczu. W wysuszone nozdrza drapał zapach stęchlizny. Zrezygnowany, podszedł do kolejnego okna i oparł się o parapet. Pod powiekami migały odbicia dziwacznych portretów, które przed chwilą minął - wszystkie spod ręki tego samego artysty. Na kilku rozpoznał znajome postaci i te zapamiętał najlepiej. Czarnoskóry technik Nonze z holoprojektorem na łysym czole sięgającym emisją ust właściciela, skuteczny Biffon z pistoletem przyłożonym do własnej skroni, patrzący w śnieg komandos z oczami jak dwie bryłki lodu, gładki, zarumieniony D. D. Tricular z zabawką w kształcie ukrzyżowanego Chrystusa. A teraz stał obok portretu Harry'ego Fritkena, dźwigającego gigantyczny bochen chleba przyozdobiony gotyckim napisem: Lithium carbonicum 250 kg. -Kogoś brakuje... - wyszeptał, szukając w kieszeni papierosów. - Ktoś tam jeszcze był. Tak, do cholery. Miał być ktoś jeszcze... Zaraz. Fritken, Nonze, Biffon, Tricular, Komandosi z AXeR.. Zaraz, zaraz...

Wetknął w suche wargi papierosa i przypalił płaską zapalniczką z czerwoną gwiazdą Mitsubishi Motors. Po chwili mamrotał dalej przez strugi sinawego dymu. - Zaraz... A może to ja? Nie. Nie, to nie o mnie idzie. Ja jestem właśnie tutaj. Kogoś jeszcze brakuje... Coś przemknęło obok. Jakiś strzęp wspomnienia, obraz człowieka, którego bezskutecznie starał sobie przypomnieć. Już go prawie miał. Zaraz. Workowaty sweter... -Ravaughan! - wrzasnął dziecinny głosik. - Jesteś tu, obok portretu taty. A ja cię wszędzie szukam, biegam po tych okropnych korytarzach. Szukam cię i szukam. Bo wiesz co, Ravaughan... Ściszyła głos do szeptu, więc musiał pochylić się nad jej małym, żywotnym ciałkiem i przystawić ucho do jej ust. - ... kupę mi się chce - wydusiła, chichocząc. Wyprostował się szybko. - Tam jest toaleta, Ammy. Leć, ja poczekam. - Ale ja się boję - pisnęła. - Tam może być wielki, groźny Borygon albo nawet Kulasy. Chodź ze mną. Przytaknął i zaprowadził ją do kabiny, po czym rozłożył na muszli papier toaletowy i pomógł wdrapać się na klozet. - Będę zaraz za drzwiami. Zawołaj mnie, jak skończysz. - Dobrze - sieknęła. - Ale nie odchodź daleko. Przymknął nieco drzwi kabiny i by zebrać rozproszone myśli zrobił dwa kroki ku umywalkom. - Czas. Liczy się przecież czas - w olśnieniu zerknął na zielone cyfry okrągłego zegarka na przegubie prawej dłoni: pierwsza pięćdziesiąt siedem. Zaraz, zaraz, zmrużył niespokojnie powieki. Żwacz pulsował jak opętany. Do trzeciej mamy czas. Jaki czas? Na co? Kim jest ten ktoś, kogo nie ma na portretach? Dlaczego go nie ma? Nie dawał temu rady. Oczy szczypały coraz bardziej. Amenthy postękiwała z kabiny. Ale chyba nie przywidziało mu się, kiedy lustro po prawej stronie zmieniło srebrną barwę i wyświetliło niebieski napis: LOS RAQUES. CZAS DO TRZECIEJ. NIE WYGRAM. FRITKEN.

Tak. Los Raques. Opuścili miasto i weszli do zainfekowanej Obcym dzielnicy. Jasne, Fritken był dwubiegunowym, depresyjno-maniakałnym facetem od genialnych holoprojekcji. On i Biffon mieli za zadanie „zdetoksykować" zarażonych alienryną, wojsko miało zlikwidować wszystko, a ten człowiek, którego nie mogę sobie... - Ravaughan! - krzyk z toalety. - Ravaughan, boję się! Wpadł tam jednym skokiem, ale mała stała obok muszli klozetowej, z opuszczonymi rajtuzami i zdziwieniem w pogodnych oczach. - Tatuś zawsze myje mi pupę. Ale teraz nie ma tatusia. Westchnął bezradnie i pochwycił dziewczynkę w pół. Ostrożnie doniósł ją do najbliższej umywalki i posadził na aluminiowej powierzchni. Zapiszczała, szarpiąc kołnierz jego kurtki. - Zimno mi, ty kawalarzu - cały czas miała na głowie tę czapkę, a jej plastykowy daszek walił go po lewej skroni. Wymył ją, jak potrafił, po czym zerknął w tamto lustro. Odbijało odrapane drzwi kabiny, szachownicę podłogi i jego zdziwioną, pomarszczoną twarz. Nic więcej. - Chodźmy stąd - dziewczynka zamachała prążkowanymi rajtuzkami i z jego pomocą stanęła na kafelkach toalety. - Wiesz co, Ravaughan. Tamci ludzie na dole w barze, wiesz, ci, co mówili o tych wielkich statkach w granatowej wodzie... - Pancernikach. - No, ci ludzie. - Byli już na korytarzu piętra i znowu słyszał klekot tej maszyny zza drzwi pokoju 107. - Opowiadali mi jeszcze różne bajki. Nie mają świeżych gazet ani telefonu, żeby zadzwonić na miasto. Mówili też, że nie powinnam się ich bać. Że oni sami bardzo się boją tego, co jest tam, za hotelem. Mama też tak kiedyś mówiła. Ale mama zawsze czegoś się boi. Raz na przykład, kiedy byłyśmy u fryzjera, wystraszyła się pająka... Paplała słodkim głosikiem, a on zastanawiał się, co powinien zrobić. Może wynająć pokój i przespać te parę godzin. Potem, kiedy zbiorę siły, zacznę od nowa. Muszę znaleźć wyjście. Muszę jakoś stąd wyjść. Nie, inna myśl skontrowała tamte. Nie o wyjście idzie. Musisz sobie przypomnieć. Nie możesz spać, bo masz mało czasu. I nie trać go na wędrowanie po korytarzach umarłego hotelu. Idź do baru, Ravaughan. -... fryzjerka mówiła, że to tylko pająk-zabawka jednego chłopczyka, który też przyszedł tam ze swoją mamą... - szarpała go za rękaw widząc, że myśli o czymś innym. - No i wtedy... Z rozpaczą spojrzał na lampę, którą właśnie mijali. Jej barokowe kształty wygięty się i spłynęły na wykładzinę formując na spłowiałej wełnie koślawe litery. Co krok mijał kolejną:

Z-A-P-Y-T-A-J-C-Z-Y-P-A-M-l-Ę-T-A-N-a-N-Z-E-N-l-E-Z-N-A-G-D Nie rozumiał. Kontakty piekły tak mocno, że stanął wśród dogasających napisów i ponownie sięgnął po krople. - Znowu karmisz oczka, Ravaughan? - Nic nie umykało małej Ammy. - Ja też chcę. Uśmiechnął się. - Ty też widziałaś napisy na wykładzinie? Takie duże, kolorowe litery... - Jakie litery? - Potrząsnęła chmurą włosów wyłaniających się spod czapeczki. Ravaughan, nakarmisz mi oczka? Daj jej spokój. Ona nic nie wie. Myśl, Ravaughan. Pracuj. Spojrzenie samo powędrowało do zegarka. Było pięć po drugiej. Kiedy zamawiał w barze trzecie J&B, a mała nieustannie paplała, zegarek wskazywał już piętnaście po. O drugiej dwadzieścia zdecydował się zagadnąć długonogą kobietę, która nie wiedzieć kiedy znów zajęła miejsce przy barze. - Cześć - powiedział, czując, jak alkohol uspokaja rozedrgane myśli. - Przyjechałem tu z Los Raques, wiesz, takie górnicze miasto na południu kraju. Ale nie o tym chciałem pogadać... - A o czym? - spytała oschle i spostrzegł wtedy, że jest hotelową dziwką. Chyba nie bardzo już aktywną, raczej przyzwyczajoną tylko do zdawkowych gestów. - O czym chciałbyś porozmawiać z Florence? Zapalił papierosa i podał jej ogień. - Ładne imię - zauważył chytrze. - Chciałem cię zapytać, czy wiesz kto namalował te obrazy na piętrach. Wiesz, wielkie oleje przy oknach. Są niesamowite. Nie kryła rozczarowania, czerwone wargi wydęły się lekceważąco. - O czym ty gadasz? Znam Gate 403 od zawsze i wiem, że nie ma tu olejnych obrazów. Są tylko małe, bladawe akwarele, pejzażyki, jeśli dobrze zapamiętałam. - Prawda - wtrącił Ted zwany Dupawcem. Pojawił się znikąd i znowu miał na twarzy nie pasujący do całej kombinacji wyraz profesjonalizmu. - Nigdy nie wieszałem w moim hotelu olejnych płócien. Zgodnie z tradycją Gate 403. Ravaughan dopił whisky jednym haustem. Zupełnie się pogubiłem, pomyślał z rozbawieniem. Siedzę tu z tanią, długonogą dziwką oraz rudym, nadętym dupkiem i dywaguję na temat olejnych płócien. Ostatnia szklaneczka dobrze mi zrobi. Przynajmniej whisky ma należyty smak. Przynajmniej tyle. - Hej - zawołał do zapatrzonego w dal barmana. - Powtórz to jeszcze raz.

Gate 403 Hotel. Tak. Przecież znał tę nazwę. Kilkadziesiąt lat temu, kiedy chodził do szkoły podstawowej, jego mama regularnie oglądała taki śmieszny serial. Ojciec przeklinał w każde popołudnie emisję; nie dość, że w ogóle nie lubił seriali, ten akurat szczególnie go irytował. Ravaughan pamiętał, że akcja rozgrywała się w hotelu, ale nie potrafił sobie przypomnieć, czy było to właśnie to samo wnętrze, w którym siedział, czy tylko zbieżność nazw. Serial bit wszystkie rekordy popularności i skończył się nagle. Nie odnaleziono ponoć scenarzysty, który na zawsze pozostał anonimowy. Media szumiały wtedy jak ulewny deszcz. To była głośna sprawa. - J&B. - Szorstki głos barmana zlał się z grzechotem lodu w postawionej szklaneczce. - Znalazłem też czekoladę na zapleczu. Przygotować dla dziewczynki? Amenthy wspięła się na barowe krzesło. - Oczywiście. Podwójną, proszę pana - dodała i założyła nogę na nogę. Długonoga dziwka zaśmiała się półgłosem, speszony Ted zwany Dupawcem przestał dywagować i zapatrzył się na rzędy kolorowych butelek. Ravaughan przełknął nieco whisky i odruchowo zerknął na zegarek. Było pięć po wpół do drugiej. Co takiego sprawiało, że znowu poczuł cholerny dreszcz w okolicach krzyży? Przecież nic się nie dzieje, do diabła. Znalazła się nawet czekolada dla małej. - Ha - westchnął i wetknął w usta papierosa. - To rzeczywiście musiało być przyjemne miejsce. - Cieszę się, że pan tak mówi - przytaknął Ted, skwapliwie podsuwając mu zapalniczkę. - Wiedziałem, że pan doceni nasz hotel. - Zawsze było tu wesoło - znowu ten dziwnie znajomy głos z ciemnej części sali. Pan Styper wiedział, jak to opisać. To był dobry serial jak na tamte czasy. Tyle że nie oglądałem wszystkich odcinków. Amenthy dostała swoją czekoladę, a długonoga Florence tłumaczyła jej, że trzeba poczekać, aż napój wystygnie. Ammy kłóciła się, że zawsze pije gorącą czekoladę, a Ted zwany Dupawcem starał się mediować. Ravaughan pokręcił głową i potarł pulsujący żwacz. Sięgał po whisky, szklaneczka odjechała nieco w bok. Co jest, pomyślał ze zdziwieniem. Co jest grane, u licha. Ale ponowna próba zakończyła się podobnie. Szklanka uciekała od niego. - Macie tu ruchome szklanki? - zapytał barmana, który znowu czytał pożółkłą ze starości gazetę. - To sztuczka dla nowych gości? Barman Casy wzruszył tylko mocarnymi ramionami i przewrócił stronę dziennika. Szklaneczka podjechała pod wykłócającą się Ammy, po czym stanęła dokładnie przy jej czekoladzie. Ravaughan zauważył, że z whisky coś się wydobywa. Niebieskawy dymek,

przypominający nieco strzałkę czy może wskaźnik. Na ułamek sekundy zniknął bar, ściany i goście. Ravaughan złapał obraz potężnego lustra, w którym odbijały się niewyraźne kształty pięciu ludzkich sylwetek. Za nimi stały trzy wielkie pancerniki, wszystko otaczała ciemna, granatowa toń. Kiedy znowu patrzył w tatuaże na muskułach Casy'ego, zdołał jeszcze odtworzyć dwa szczegóły tamtej wizji. Wśród tych pięciu jedna sylwetka była dziwnie znajoma. To był on sam. A po granatowych falach przemykał pomarańczowy, ostro skontrastowany napis:

ZAPYTAJ... ONA NIE JEST TYM, CO WIDZISZ. Gwałtownie odwrócił głowę w stronę parującej czekolady. Szklaneczka whisky nadal stała. Obok Ammy szczebiotała radośnie, rozśmieszając prostytutkę Florence. Eksplozja bieli w jego oczach, pot spływający po klatce piersiowej, jęk dopaminy pod sklepieniem czaszki. Zrozumiał. - Hej, Ammy - przechylił się i złapał ją za rękę. - Coś mi się przypomniało. Miałem cię zapytać, jak się czuje ten wielki, czarny wujek, wiesz, pomaga ojcu w pracy... Zaśmiała się jak szklane dzwoneczki trącone kawałkiem porcelany. -A... Wujek Nonze... Dobrze się czuje. Jak zawsze dużo gada i przynosi mi świetne prezenty. Nikt w przedszkolu nie ma tylu holoefektów co ja. - Holoefektów - powtórzył automatycznie, porządkując chaos w swojej głowie. Panie i panowie. Amenthy Fritken łże jak z nut. Ale i to, co ja powiedziałem, jest nieprawdą. Jej śliczne oczy uciekły w bok. Zeskoczyła z barowego stołka. - Muszę siku - przestąpiła z nogi na nogę. - Już, Ravaughan. Chce mi się siku! - Łżę, bo ty nie jesteś wcale Amenthy Fritken. Ty jesteś Obcy. Bawisz się mną. Żerujesz na mnie i wcale nie chce ci się sikać. Grasz na czas. Szybko, niemal odruchowo wydobył z kabury broń. Nie zdołała zamachać wielkimi rzęsami, a lufa pistoletu dotykała jej skroni. Różnie bywało, lecz nigdy nie zastrzelił pięcioletniego dziecka. Owszem, zdarzało się, że rozwalał alienryników-nastolatków. Owszem, były też nastoletnie dziewczyny miotające fantosami dalej niż mogłeś przypuszczać. Ale nie pięcioletnią dziewczynkę, czymkolwiek była naprawdę. Na Boga Jedynego!

- Panie kochany - Ted zwany Dupawcem położył ostrożnie ręce na blacie baru. - Co się panu stało? To jest porządny hotel, może innej daty, ale na litość boską, nie pozwolę w nim skrzywdzić dzieciaka. Panie... - Zamknij się, do cholery - warknął, dotykając spustu. - Zamknij się. Łomot krwi w tętnicach zagłuszał ostatnie logiczne myśli. Konstrukcje pomysłów wzbierały niczym woda przy tamie. Pieniły się z niemocy. - Zabij mnie - powiedziało coś. - Ratuj swój świat, człowieku. Ratuj wszystkie liście na asfaltowych alejkach, bo za dziesięć minut zamiotą je twoi bracia. Nawet nie ja. Ja chcę tylko chodzić po alejkach. Nic mi do was. Dlaczego mnie mami? Czy tak właśnie się broni? Czy naprawdę chce, żebym go zabił, czy liczy na paradoks? Zaraz. Zaraz. Woda przy tych pancernikach. Pięć postaci. Ja. Fritken. Nonze. Biffon. Kto piąty. - Kogo brakuje na obrazach? - zawył w delikatne małżowiny dziecka. - Kogo naprawdę się boisz? Tak bardzo, że Fritken nie może mi tego powiedzieć wprost. - Panie kochany, ja błagam - zapiszczał Ted zwany Dupawcem. - Niech pan usiądzie czy co. To porządny hotel. Tylko ta dziwka Florence... poza tym zawsze przestrzegaliśmy prawa... - Zamknij się, człowieku - opędzał się Ravaughan, patrząc tylko w ufne oczy dziecka. - Ja się nie liczę. Biffon pewnie też. Fritken musiał z tobą przegrać. Razem z nim Nonze. Ale kogoś z nas się boisz. Chcesz zyskać na czasie, bo wiesz, że o trzeciej te sukinsyny z AXeP rozwalą nas wszystkich. Tyle że tobie nic nie zrobią. Po prostu oczyszczą ci przedpola. To coś uśmiechało się dobrotliwie. - Zabij mnie, Ravaughan - mówiło cicho, kusząco. - Umiesz to robić. Cyferblat wyświetlał zielone cyfry: druga czterdzieści pięć. Został ledwie kwadrans. - Wepchnąłeś mnie w ten przeklęty hotel. W tę iluzję, w której nikt nie liczy czasu. Pewnie i to wyjąłeś z głowy jakiegoś alienrynika. Wiesz, jak się tu poruszać... Kim jest ten piąty? Dlaczego nie potrafię sobie przypomnieć? Spust był uległy, posłuszny. Tylko pociągnąć, a wszystko zniknie. A może nie zniknie nic, tylko zburzona zostanie równowaga pomiędzy Obcym fantosem a holograficzną wizją id Fritkena. - Kim on jest... - bezradnie patrzył w nieruchomą szklaneczkę whisky, ale tym razem nie dawała żadnych podpowiedzi. - Ja. Fritken. Nonze. Biffon. I...

- Zabij mnie - proszący głos. - Czynię zło. Pomóż je ugasić. Spust. Oczy. Palec. Mięśnie przedramienia, mięsień zginacz wskaziciela - wystarczy tylko sygnał z centrali. Z mózgu. -Nie. Odsunął pistolet od dziecięcych pokręconych włosów. Od czapeczki z przezroczystym daszkiem. Obcy wykrzywił twarz w grymasie złości. I niemocy. - Harry Fritken - powiedział na głos Ravaughan. - On utrzymuje tę równowagę. Nie dopuszcza do pełnej kontroli fantosa. Są w pacie. Ale co ja mam zrobić, żeby pomóc przechylić szale na naszą stronę? Na kogo mogę liczyć... - Dziękuję panu, panie Ravaughan. - Ted ocierał spocone czoło pod rudymi włosami. Dobrze, że podjął pan właściwą decyzję. Porządny z pana człowiek. - Tak - odpowiedział w zamyśleniu. - Podjąłem dobrą decyzję. Za dziesięć trzecia. Sześćset cholernych sekund. Tyle im zostało. - Hej, ty - zawołał do barmana i wtedy coś odblokowało wspomnienia. - Hej... Hej, no pidibap... Hej, no huu. Głos starego Speedo. Jasne. To jego brakowało na portretach. Dobrze zrozumiał, czym jest Obcy i czego najbardziej się obawia. Tego, czemu nigdy nie zdoła sprostać. Dziewczynka odgadła jego zamysły. Jej twarz wykrzywiał lęk. - Stary Speedofritz! - zawołał. - Siedzisz tam w cieniu i nic nie mówisz? Kiedy myślał już, że nie trafił, z półmroku dobiegł stukotliwy głos: - Co mam gadać, panie Ravaughan. Pan mnie zawezwał na tę wyprawę, to i czekam na moją rolę. Mało to razy siedziałem na swojej sali i nikt mnie nie pytał o zdanie? Teraz jestem niby w tym hotelu, ale i to nie bardzo mnie dziwi. Choroba pewnikiem wróciła. Ravaughan rzucił się w tamtą stronę, roztrącając bywalców Gate 403 i wreszcie zobaczył starego. Siedział przy małym, okrągłym stole i rozkładał na blacie swoje leki. Nie miał nic do picia ani jedzenia. Patrzył okrągłymi oczami w zasłonięte okno. W workowatym swetrze na szpiczastych ramionach, ale już bez wojskowej kurtki, którą niedbale zrzucił na krzesło. Jego końska twarz nie wyrażała emocji. Ravaughan sięgnął do kieszeni. Obok swoich kropli namacał podłużny kształt laserowo ostrzonej strzykawki wypełnionej centymetrem sześciennym alienryny. Wyjął ją z kieszeni i zerwał z ostrza plastykowy pancerz. Zalśniła w świetle barowych lamp. - To nasza szansa, Speedo - cienie wirowały wokół. Wiatr wył za oknami. Światło żarówek zachybotało w oczekiwaniu. - Obcy obawia się tej konfrontacji. Wie, że nie wygra z

twoimi światami. Wie, że ani my nie mogliśmy tego uleczyć, ani on nie da temu rady. Może to jest właśnie twój dzień. Może taka twoja rola na tym świecie. Schizofrenik gwałtownie wciągnął szyję w sweter. Podrapał się po nieogolonym policzku i przesunął swoje tabletki na drugą stronę stołu. Osiem minut do trzeciej. Osiem minut do ataku AXeR - No to wal pan, doktorze - odezwał się w końcu Speedo. - Ostatecznie, taki pański zawód. Cokolwiek to będzie. Bywało, że nastrzykiwaliście mnie gorszymi świństwami. Głos podróbki małej Ammy: - Nie rób tego, człowieku. Nie wiesz, co czynisz. Był już przy prawej ręce starego Speedo. Laserowe ostrze bez wahania znalazło żyłę w zgięciu łokciowym. Nie trzeba było szukac staży. Powoli wstrzyknął strzęp Obcego w naczynie krwionośne zgarbionego schizofrenika. Kosmos w ziemski padół. Bezkresną przestrzeń w pokurczone życiem, wymęczone chorobą ciało. - W żyłę? - zdziwił się Speedo. - Nieczęsto bywało. Podejrzewałem, że zaatakuje pan raczej mięśnie dupy. Ravaughan szybkim ruchem wyjął strzykawkę. Ranka schizofrenika nie krwawiła. Laser działał bezbłędnie. - Po co pan tu w ogóle przychodził? - odezwał się Ted. - Miałem nadzieję, że od pana zacznie się nowa era Gate 403 Hotel, ale teraz widzę, że to jej właściwy koniec. Koniec nas wszystkich. To nie pan Styper pana napisał. Pan jest z zewnątrz. Od innego autora. Pięć minut. Nic się nie działo. - Nie poznasz, co mógłbyś poznać, człowieku. - Fantom Ammy zamachał rękami. Nie zrozumiesz, że jesteście tylko... - Odejdź - wycharczał, krzywiąc się z bólu. Oczy ciekły łzami. Nawet panoramiczne kontakty nie mogły temu sprostać. - Odejdź stąd. -Jesteście tylko liśćmi. Wasz Bóg jest taki jak my. Tylko że byt pierwszy. Nie dajesz szansy nowemu. Odpychasz jego ciało, człowieku. Nie chciał tego słuchać. Kątem oka widział, jak postać Ammy zmienia dziecięce kształty. Coś mrocznego pełzało po dywanie baru. Światło bezradnie próbowało przedrzeć się do ich stołu. Czuł gorzki posmak w ustach. Zapach pomarańczy drażnił wysuszone nozdrza. Ból kąsał oszalałe receptory. Trzy minuty. Speedo kiwał się na krześle. Przez łzy Ravaughan widział, że stary trzęsie się ze śmiechu. Wolał nie myśleć, co go tak rozbawiło.

- Pomóż nam, Speedo. - Oparł się o stół i ramię Speedofritza. - Odpędź to. Dwie minuty. Jedna. Sekundy. - Dobrze. - Speedo pokonał w końcu śmiech. - Gdyby pan wiedział, co oni chcieli tu zrobić, doktorze. Ale jaja. Są jeszcze śmieszniejsi od was. Ale chyba groźniejsi. Jestem waszą strefą buforową, można by rzec. Nie mam wyboru. Jestem z wami. Hej, no pidibap. Hej, no huuu. Hej no, pidibap, hej mała, chonotu. Schizofrenik skinął w stronę, gdzie siedziała wcześniej długonoga Florence, a potem raz jeszcze skubnął swój wyblakły policzek i zwymiotował prosto na stół. Ravaughan zacisnął powieki.

Niebo poruszyło się. Jedna po drugiej, niczym wysuszone gąbki, odpadały chmury. Ultramaryna ściekała po horyzoncie, uderzały w nią dopełniające kolory pomarańczy. Tysiące niezrozumiałych pogmatwanych zygzaków, zdawałoby się, że to napad epilepsji u koszmarnej, niezmordowanie mimikrującej stonogi. Rachityczne odnóża biegały po zmieniających się dach, rozrywały przestrzeń na strzępy i miotały jej fragmentami gdzie popadnie. Chaos. Przenikliwe dźwięki poruszały kosteczkami ucha środkowego jak wiatr szarpiący liście. Dla narządu słuchu były równie niezrozumiałe jak pobzykiwania szarańczy dla ucha delfina. Budziły niepokój. Fritken zrzucił z głowy holohełm i oburącz pochwycił wsporniki. Tylko dzięki magnetycznym przyczepom masywnych butów utrzymywał względnie pionową pozycję. Platformą, na której stał, miotały rozszalałe żywioły. Holoprojektory składały się i łamały z rozpaczliwym wizgiem, aż runęły w otchłań, zniszczone i odrzucone. Nie były już potrzebne. Wszędzie wiły się porozrywane przewody. Niektóre nadal emitowały konwersję projektu Fritkena z procesora Nonze - strzępki holoprojekcji wędrowały wokół jego nóg. Kawałki Gate 403 Hotel, w który wbudował wszystkie swoje przeżycia, stabilizując je emocjami stonowanymi przez lithium carbonicum. Boże, krzyczał w myślach. Boże, pomóż nam. To diabeł. Nie mogłem z nim wygrać. Nie spodziewałem się takiej mocy. Takiej podstępnej, kuszącej iluzji. Wykorzystał mój hotel do własnych celów. A znał każdy szczegół mojej holokonwersji. Spenetrował mnie lepiej niż wziernik endoskopu. Połknął nas i zamknął w obszarze Gate 403. Zamroził czas. Boże. Dopiero teraz rozumiem, co stało się ze Spunny. Nikt nie oprze się takiej wizji, takim pokusom...

Czy uda się Speedofritzowi? Czy stary Speedo zdoła wyeliminować Obcego, czy też Obcy wykorzysta go podobnie jak mnie? Jeśli tak się stanie, będziemy żyć w paranoidalnym świecie schizofrenika, którym zawładnie obce ego. Kto to wytrzyma? Ile musi minąć lat, żebym odnalazł sens istnienia? Obcy nas potrzebuje. Nie powróci do życia bez wiary w swoją moc. To ją zaszczepia alienryna. To te przeklęte kawałki jego jestestwa niesione z prądem krwi do naszych mózgów. Zmiana. Przewalające się transmisje obrazów opadły z cichym sykiem. Na czystym, granatowym tle płynęły trzy pancerniki z jego holokonwersji. A na wprost, blisko, stała wysoka, ciemna postać. Gdziekolwiek zwróciła się twarz tego czegoś, czerń nasączała obrazy statków. To jest Obcy, myśli Fritkena spowolniały. Idzie po mnie. Nie będę już z nim walczył. Koniec. Koniec. Koniec. Pancerniki przypominały teraz trzy plamy smoły. Obcy sięgnął w jego stronę. Fritken szeptał słowa modlitwy, ale plątał szyki zdań, gubił rytm i swoją wiarę. Patrząc na zbliżającą się ciemną, pozbawioną oczu twarz, spostrzegł raptem, że coś rozpaliło światło na granatowym wcześniej morzu. Odległa łuna przywróciła mu nadzieję. - Ratuj mnie, Speedofritz - wycharczał spierzchniętymi wargami. - Ratuj nas wszystkich. Na powrót zalśniła wizja trzech mocarnych pancerników. Obcy zatrzymał się w pół ruchu. Zewsząd spadały kolorowe liście jesieni. Lekka bryza zasnuwała nimi asfaltowe alejki ciągnące się wzdłuż wybrzeża. Dzieciaki pędziły na kolorowych rowerach, dwóch statecznych panów ospale poruszało się po mączce kortów. Matka karmiła z butelki niemowlę, które trzymało w rączce grzechotkę w kształcie słonia. - Speedo - wyszeptał Fritken. Stary siedział na pobliskiej ławce. Nie pasował do tej wizji. Pokurczony w poneuroleptycznych dyskinezach, obklejony starymi gazetami, z wąską twarzoczaszką obróconą ku bosym, brudnym stopom. Nie imały się go ludzkie radości. Zostawiony samemu sobie, porzucony przez swój gatunek, jeszcze bardziej nie chciany niż psy szwendające się wśród slumsów nadbrzeża. A przede wszystkim - nikomu niepotrzebny. - Speedo -jęknął bezradnie Fritken. Obcy pochylił się nad ławką Speedofritza i zastygł bez ruchu. Schizofrenik zdawał się go nie zauważać. Pogrążony w rozmyślaniach, skubał połać gazety na lewym ramieniu i

mamrotał pod nosem. Obcy nie wydawał się być dla niego czymś niezwykłym. Jeszcze jeden szczegół rzeczywistości, podobnie niejasny jak wszystkie inne. - Ratuj nas, Speedo - zawołał Fritken. - Odpędź przeklęte wizje. Speedo spojrzał w stronę wołającego i uśmiechnął się cienkimi wargami. Za plecami wyrosło mu kilkanaście kształtów. Szybko uformowały się w pogięte, wysuszone drzewa. Były białe, wysokie na kilkadziesiąt metrów i zupełnie bezlistne. Konary przypominały ludzkie dłonie. Wszystkie sięgały w stronę Obcego, który pochylił się, rozrzucając wokół plamy czerni. Speedofritz wstał. Drzewa zmieniły swoją konfigurację. Gałęzie odpadały od pni, korzenie wypełzały spod ciemnej ziemi i przepełzały w stronę wody. Na wprost Obcego stało teraz kilkadziesiąt białych krzyży. Na każdym wiła się maleńka, przybita do poprzecznej belki ludzka figurka. Kilkadziesiąt ukrzyżowanych Speedofritzów i jeden pochylony w nagłej niemocy Obcy. Pancerniki kołysały się na wodzie, niebo było jasne i pogodne, a twarz stojącego schizofrenika nadal uśmiechnięta. Obcy poruszał się w dziwnym tańcu. Raz jeszcze spłynął czernią. Z każdym ruchem malał i coraz bardziej przypominał człowieka. Miał już oczy, ale zakrywał je pokracznymi dłońmi. Krzyże pochyliły się nad jego ciałem. Maleńkie postaci Speedofritza znieruchomiały na białym drewnie i patrzyły bez słów w swoje udręczone twarze. Ziemia drżała. Obcy upadł na kolana. Zmiana. Niebo znowu spływało kolorami, przestrzeń wyginała się z jękiem tryskającej wokół ziemi. Gdzieś w oddali przetoczył się grzmot, potem zalśniły zygzaki kolejnych wyładowań. Powoli, ostrożnie formowały się materialne kształty. Dwa poziome budynki połączone przewiązkami, parking dla samochodów, kilka okrągłych zabudowań i przeszklony obiekt z czerwonym krzyżem i wężem Eskulapa na froncie. Szpital kliniczny w dzielnicy Gotyla. Padał śnieg, słońce skrywały sinawe chmury. Na białym tle widać było cztery ludzkie sylwetki. Trzy siedziały wokół platformy Fritkena, jedna leżała nieco dalej, z szeroko rozrzuconymi nogami i twarzą zwróconą ku niebu. Kilkudziesięciu nagle znieruchomiałych żołnierzy AXeP wśród połamanych holoprojektorów i porozrywanych przewodów oprzyrządowania. Zegarek wyświetlał minutę po trzeciej. - Dat radę - wyszeptał Fritken. - Cholerny Speedo...

Wyłączył magnetyczne buty i zeskoczył w śnieg z platformy. Zanim zdążył się wyprostować, stali już przy nim. Trzy umundurowane postacie w obłych hełmach i kanciastych okularach skrywających prawie połowę twarzy. - Jak się pan czuje, Fritken? - znany głos tego, który kilka godzin wcześniej patrzył w przestrzeń przez spadające płatki śniegu. Pokręcił głową i nagle zachwiał się na zdrętwiałych nogach. Komandos złapał go za ramię. - Jestem tylko zmęczony - powiedział cicho. - Gdzie moja żona? Można tam już wejść... Tam już nie ma nic, co mogłoby nam zagrozić. To coś odeszło. AXeP poklepał go po plecach. - To była niezwykła robota, panie Fritken - powiedział niskim głosem. - Nie spodziewałem się, że da pan radę. Gdyby nie ten piąty facet, poszłoby pewnie znacznie szybciej. Pańską żoną i innymi zajmuje się już oddział penetracyjny. Jeśli żyją, zaraz wszystkich wyprowadzą. Obowiązywać ich będzie kwarantanna. W końcu nie mamy jasności, co się właściwie stało. Fritken pokiwał głową. Było mu zimno i czuł dreszcze. - Dobrze - wymamrotał. - Chciałbym ją tylko zobaczyć. Wtedy zrozumiał. - Piąty facet? - zapytał, starając się nie patrzeć w stronę leżącej postaci z rozrzuconymi nogami. - Kogo pan masz na myśli? Żołnierz wskazał dłonią. - Tego tam szczura. Jak powiedziałem, jest już wyeliminowany. Szum silnika zagłuszył skowyt w gardle. Podjechała limuzyna mitsubishi. Śnieg spływał po jej bocznych szybach, strużki pary oznajmiały pełną mobilizację klimatyzacji wewnątrz. TUŻ za limuzyną ustawiły się karetki pogotowia, straż pożarna i stado opancerzonych wozów AXeP Wozy transmisyjne oczekiwały na swoją kolej. - Genialnie! - D. D. Tricular w granatowym płaszczu z aksamitu szedł wprost na niego z wyciągniętą dłonią. Wyglądał jak czarodziej, który szuka własnej bajki. - Genialnie, Harry. Fritken odwrócił się bez słowa. Nonze stał nieopodal i pił z kubka, który podał mu komandos AXeP Biffon palił papierosa, komentując szorstkim głosem sytuację. Ravaughan pocierał oczy i chwiał się podtrzymywany przez trzech komandosów. A śnieg wokół znieruchomiałego Speedo rozbarwił się przyjemnym odcieniem różu. Nawet stąd widać było rozerwane ubranie, tam gdzie wyszły kule, zabierając przy tym ludzkie życie. Porwały je gdzieś dalej i spadły w końcu na ziemię, a może zrykoszetowały wcześniej o budynki kliniki. Nie zostawiły nic, prócz kawałka ciała patrzącego szeroko otwartymi oczami w zasnute śniegiem niebo.

- Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego musieliście go zabijać? Komandos milczał, odezwał się za to D. D. Tricular: - Był bardzo niebezpieczny - jego przyjemny, sympatyczny głos otrzeźwił Fritkena. Na początku przeszkadzał tylko w pańskiej pracy, Harry. Ale ten skurwiel Ravaughan podał mu ampułkę z alienryną i pójdzie za to pod sąd. Chcieli jeszcze bardziej poszerzyć tego fantosa. Chcieli zawładnąć miastem, a może nawet wszystkim, co możliwe. Mamy już papiery tego faceta. Nazywa się Speedofritz i był przewlekle chorym schizofrenikiem. Pan wie, co się stało? Obszar fantosa ogarnął na sekundy wszystko. Nie tylko Los Raques, Harry. Całą Ziemię. Wszyscy byliśmy w polu rażenia Obcych. Wykorzystaliśmy krótką poprawę i snajperzy AXeP zdjęli Speedofritza. Panie Fritken... Przestał słuchać, usiadł i zgarnął puch śniegu w zgrabiałe dłonie. Zimno przyjemnie ostudziło rozpaloną twarz. Spływało za bluzę, pod T-shirt i spodnie. Mroziło spiętrzone emocje. - Zabiliście go - wyszeptał. - Zabiliście Speedofritza, chociaż on łapał w szpitalu komary i wypuszczał je przez okno, bo nie potrafił zdusić kciukiem nawet insekta. Żołnierz z AXeP wzruszył ramionami. - Jest pan w szoku. Nie wie pan, co tu się działo, Fritken. Nawet my bylibyśmy bezradni. Podniósł w ich stronę załzawione oczy. - Zabiliście swojego zbawcę, skurwysyny. To nie ja was uratowałem. Nie byłem w stanie temu przeciwdziałać. To coś wykorzystało moją projekcję do własnych celów. To Speedofritz i Ravaughan. Pamiętajcie o tym, kiedy będziecie robić przekroje mózgu starego Speedo... Cholerne dranie. Ravaughan. Ravaughan! Ravaughan znikał już w opancerzonym transportowcu. Przez chwilę spojrzał jeszcze w ich stronę, ale trzej komandosi wrzucili go do środka jak puszkę po piwie. Śnieg zawirował, gdy odjeżdżali. - Chcecie go sądzić? - zapytał Fritken, czując wzbierający w krtani śmiech. - Chcecie sądzić tego człowieka? Tricular pochylił się. Dobrotliwy czarodziej z limuzyny mitsubishi. - To morderca. Zabił siostrę twojej żony. Między innymi ją. Odpowie też za próbę kolaboracji z Obcymi. Miał szansę, ale okazał się tylko toksycznym szkodnikiem. - A może idzie o pańskie zabawki? Może chcesz promować te magiczne pudełka z holoefektami i sławić imię swojej korporacji, która właśnie ocaliła świat? Czy nie taka jest prawda, ty draniu?

- Nie spał pan od wielu godzin, Harry. - Głos D. D. Triculara nadal ociekał słodyczą. Z uwagi na pańską chorobę jak najszybciej skonsultuję pana z lekarzem psychiatrą. Do tego czasu będzie pan pod ścisłą opieką medyczną. Obawiam się, że po tak ciężkiej pracy nie wytrzymał pan napięcia. Mogły wrócić objawy. Ale nie zostawimy pana. Wszystkim zajmie się moja korporacja. Nie słuchał. Patrzył na grupki ludzi wyprowadzanych ze szpitala. Karetki podjeżdżały jedna za drugą, po czym z włączonym sygnałem znikały w ciemnościach. Dziesiątki karetek pogotowia eskortowanych przez transportery komandosów. Światła wozów przecinały padający śnieg, formując w nim niespójne ruchliwe formy. Z trudem łapał akomodację. - Pańska żona żyje - rzekł żołnierz, poprawiając w uchu słuchawkę nadajnika. - Ma się nieźle, podobnie jak reszta. Nie pamiętają, co się stało. Nie mówią też o alienrynie. Wygląda na to, że wyszli bez uszczerbku. Głos spływał po nim jak roztopiony śnieg. Spunny żyje. Mama wróci i pojadą po małą Amenthy. Znowu będą żyć jak dawniej. Krew odpłynęła z przemęczonego mózgu. Upadł w śnieg. W górze słyszał fragmenty wypowiedzi Triculara, komandosa i jeszcze kogoś trzeciego: -... El Raque l znowu płonie. Tym razem to coś innego... Nie wiem, czy damy radę ugasić... Zabili schizofrenika, który ocalił ich świat. Tak samo obcy jak ten, który spadł z nieba. - ... Mówię, że tym razem chyba nie zdołamy ugasić pożaru... Tak. Potrzymamy ich na obserwacji, wykonamy kilka badań i wrócą do rodzin... Media dopuścimy do wybranych, pan rozumie... Będą sądzić Ravaughana, bo tak będzie lepiej dla reklamy hologównianych projektów. - ... wyjdzie z tego. Dostanie ofertę nie do odrzucenia, zapomni o sprawie. Ma talent, zatrudnimy go na każdych warunkach... Trzeba tylko czasu... Nie. Mam swoich lekarzy! Będzie jak dawniej. Spunny, Amenthyija. Będziemy znowu żyć. Monotonny głos syreny i wkłucie w żyłę zgięcia łokciowego lewej ręki. Biel.

Z DZINNIKA BERNARDA ALIENRYNIKA OSTATNIA NOTATKA

Myślałem, że nic już nie napiszę. Ale nie wiedziałem wtedy, że znajdzie się na Ziemi sita, która pokona Obcych. Tylko dlatego sięgam po długopis. Nie pomyliłem się, to sytuacja uległa zmianie. Oni uciekli, a życie zdaje się wracać do normy. Ludzie sobie poradzą. Mają sposoby na wytłumaczenie każdej sytuacji. Trudno mi ocenić, jak wiele dni nie miałem nic w ustach. Nie wstaję już z łóżka. Leżę we własnych ekskrementach i odliczam uderzenia spadających kropli z kranu. Z każdą kolejną utwierdzam się w przekonaniu, że podjąłem optymalną decyzję. Będzie, jak zaplanowałem. Chcę tylko napisać, że kiedy oni opuszczali nasz świat, wracali tymi samymi drogami, którymi przybyli. Nie doliczyłem się, ilu przeze mnie przeszło. Tylko ostatni przemówił. W pośpiechu, uciekając przed nieznanym ziemskim obrońcą, zostawił mi w głowie szczególny obraz. Są na nim miliony fragmentów data ich boga, tego samego, którego wpuszczałem w swoje żyły. Lecą przez kosmos, zapakowane przez wiernych w kapsuły podobne do El Raque l i opadają na nieświadome grozy planety jak jaja karalucha. Obcy nie musiał tłumaczyć. Zrozumiałem, że to byt tylko wstęp. Oni wiedzą, że warto inwestować w ten świat. Już wkrótce spadną kolejne kawały ich boga. Większe, potężniejsze. I Ziemia zmieni się podług ich oczekiwań. Aż znowu odżyje ich skondensowany bóg. Ja już nie doczekam. Mam tylko nadzieję, że to, co napisałem, jest wynikiem zaburzeń świadomości spowodowanych hipoglikemią, a nie prawdziwym obrazem zostawionym w mojej głowie przez Obcego. Teraz policzę słowa, które napisałem. Po nich policzę litery i znaki interpunkcyjne. Jeśli odliczę tyle samo uderzeń wody o zlew, będę już naprawdę wolny. Na zawsze.

El Raque 2

Vernon Mullen siedział na prostym trójnogim krześle i cierpliwie wyłuskiwał brud spod paznokci. Każdym ruchem manifestował pewność, zadowolenie z siebie i przekonanie, że czyni tak słusznie, jak tylko można. Vernon Mullen, skomplikowana osobowość typu borderline z silnie uwypuklonymi cechami antysocjalnymi, był trudny. Ale wygląd Vernona okazywał się bardziej szokujący. Miał jasnoniebieskie włosy, uformowane w dwa szpice, które ostro kontrastowały z pomarańczowymi szkłami kontaktowymi w jego oczach. Znudzona twarz była jak urządzony przez szalonego dekoratora plac zabaw, z którego uciekły przepłoszone deszczem dzieci. Asymetryczny nos wybito mu maleńkimi diamentami, uszy wymodelowano na kształt karoserii starodawnego volkswagena garbusa, dwa niewidoczne w pierwszej chwili holoemitery wszyto niedbale w bladą skórę policzków. Nie poszczęściło się nawet wargom, które artysta-chirurg przerobił na cnotliwe usteczka kilkunastoletniej dziewczynki, i podbródkowi zakończonemu wywiniętym ku górze kostnym hakiem. Konstrukcja ta, którą z pewną dozą fantazji można by nazwać twarzoczaszką, wieńczyła pozornie standardowy tułów. Niestety ciałem Mullena rządziła jedna ekstrawagancka zasada: im niżej, tym gorzej. Jeszcze długą, ruchliwą szyję zdobiły tylko wypukłe tatuaże, lecz kończyły się na pancernym monitorze; ten zaś, stanowiąc marynarkę, zastępował zarazem tradycyjne powłoki skórne klatki piersiowej. Mullen rzadko kiedy go wyłączał; akurat teraz srebrną powierzchnie przecinały pasy spoczynku. Zazwyczaj monitor przekazywał bezpośrednią relację z narządów wewnętrznych; ich wyglądem rządziło samopoczucie właściciela. Mógł pokazywać wszystkie flaki naraz, mógł też koncentrować się na jednym, na przykład sercu lub na swej ulubionej wątrobie. Bywało, że Mullen zarzucał na monitor postrzępioną kamizelkę z bawełny. Podkreślał tym gotowość do akcji i akcentował pokrewieństwo z nieustraszonymi bohaterami kreskówek. Resztę ciała tego człowieka, miednicę i nogi skrywały zwoje termoregulacyjnej taśmy. Zdawać by się mogło, że to ranny android poowijany prowizorycznie przez przyjaciela, żeby nie pogubił części. Stopy Mullena zdobiły wypolerowane czarne lakierki z jasnoczerwoną, grubą zelówką i tradycyjnymi sznurówkami; nie od razu się zorientowałem, że buty są z aluminium. - Jezu, od tych zaburzonych - wymamrotałem pod nosem. - Pomóż mi z nim, bo nie jest dobrze. Nie, żebym miał coś przeciw facetom deformującym swoje ciała. Widziałem rozmaitych zawodników, choć Mullen był wyjątkowy. Pech chciał, że musiałem go nie tylko

oglądać. Było gorzej. Musiałem się z nim zaprzyjaźnić. Z nim, z katatoniczną Niną, a także z trzema depresyjnymi klientami sekcji Affectus i piątką paranoidalnych schizofreników, których nie wyjąłem jeszcze z krio. -Jezu! Z natury jestem tolerancyjny, przeszedłem też odpowiednie szkolenia w asertywności i w nabywaniu niezbędnego terapeutom dystansu do chorych. Ale nie miałem praktyki. Krótkie staże szpitalne, parę wizyt w ambulatoriach psychiatrycznych. Niewiele tego było. - Zeżarłbym co - odezwał się Mullen, nie przerywając żmudnej pracy przy pazurach. Pokiwałem tylko głową, niech żre, są ważniejsze problemy. Jak powiedzieć tym ludziom, że sprawy mają się podle, a my wszyscy musimy się dogadać, żeby sprostać nowemu wyzwaniu. Czym mógłbym sobie zjednać moją zaburzoną trzódkę? - Słyszałeś, chłopie? - Mullen ponownie stuknął palcem w monitor. - Jestem głodny. Rizzald, czy jak cię tam, do diabła, zwą... Wygasiłem centralny ekran i uśmiechnąłem się szeroko. - A co byś zjadł, Vernon? Baterie paluszki, miedziane kable czy może szczyptę halogenowego światła? - Nie chciałem, żeby za wcześnie wyczuł moje obawy. Przerwał dłubanie w pazurach i namierzył mnie pomarańczowym okiem. Chyba nie znał się na żartach. - Co ty pieprzysz, facet. - Jego głos był niski i posępny. - Żrę to samo co ty. Moje technosy jadą na litowych akumulatorach, ale gówno ci do tego, jak uzupełniam braki w energii. Mówię o zwykłym żarciu, facet. Puszka, liofilizowany chleb, pomarańcze w tubce. Tak. Vernon nie znał się na żartach. Zerknąłem w stronę Niny. Stała nadal przed pancernym iluminatorem i mechanicznie zaczesywała za ucho kosmyk czarnych włosów. - Tam z tyłu, za zielonymi drzwiami, jest nasza kuchnia - powiedziałem, rozkładając maleńki notebook. - Jedzenie znajdziesz w lodówkach. Mikrofale masz obok. Bierz, co chcesz, Vernon. Ja muszę popracować. - Pieprzę - warknął, ale wstał z trójnogu. Uruchomiłem cedek, muzyka starych mistrzów wypełniła nasze kanciaste, toksyczne od zgromadzonej techniki pomieszczenie. Nie mogło wyglądać inaczej. Czego oczekiwać po kapsułach ratunkowych? Maksymalnie wykorzystane, pełne niezbędnych do życia urządzeń i przedmiotów, nie dające złudzeń na chwilę prawdziwej swobody. Moja kapsuła nazywała się „Happy Snake" i Bóg mi świadkiem, że tylko pojebus mógł jej dać taką nazwę. Nie było tu ani szczęścia, ani niczego,

co mogłoby naśladować węża. Kapsuła miała kształt rotundy, szarogęsiły się w niej metal i plastik. Była też i guma, kolorowe sploty przewodów niemrawo cieszyły oczy. - Rany, rany - westchnąłem, podłączając się do kriofagów. – Co teraz robić? Gdybym przewidział, że aż tak mnie udupicie, nigdy bym nie poleciał. Miało być zupełnie inaczej. Mieliśmy lecieć prosto do Centrum Psychiatrii na Jomamits II; moje zadanie - zapewnić stabilność krio i przypilnować dokumentację niedoszłych pensjonariuszy szpitala. Spokojna, miła robota. Codziennie sprawdzałem wskaźniki, regulowałem temperatury zamrożonych, kontrolowałem ich EEG. Bywało, że puszczałem to i owo do ich rdzeni. Oczywiście, całością rządził bioprocesor, ale prawo stanowiło, że tylko człowiek może wprowadzać jego sugestie w życie. Tak dla picu. Nie wiedziałem o co biega, firmy nie było stać na wynajęcie lekarza, więc ujęli to zwięźle: Rizzald da sobie radę. To bystry chłop, a i w psychiatrii go szkolili. Tak, wyślemy Rizzalda. W końcu jest dyplomowanym pielęgniarzem... Cwaniacy! - Oż wy, skurw... - warknąłem na głos, ale ugryzłem się w język, bo sylwetka Niny jakby drgnęła. Zresztą może nie, może to ja się poruszyłem. No, a potem? Wylecieliśmy z Jomamits I. Standardowo. Flagowy transportowiec „Easylmagines", sprawdzona załoga, kilku ochroniarzy, wojo, personel niższy. Wieźliśmy płynny metal dla budowlańców, nasiona skorygowanych genetycznie sadzonek, odzież, tytanowe szkielety osiedli. No i moich podopiecznych, niedoszłych pensjonariuszy gigantycznego psychiatryka na Jomamits II. Było nawet nieźle. Skumplowałem się ze skośnooką kucharką Nazim, wygrałem trochę w pokera od salowych i stewardów. Dopiero w połowie drogi się zaczęło. Przyszedł do mnie sam admirał transportowca i już wiedziałem, że będzie kiepsko, choć nie podejrzewałem, że aż tak. Admirał mówił krótko, wyszczekał najważniejsze bardziej do swojej komórki niż do mnie: Plany się zmieniły. Nie lecimy bezpośrednio na Jomamits II, bo sąsiadujący z nami układ - nawet, do diabła, nie powiedział, co to za jeden - wszedł w konflikt z jeszcze innymi sukinsynami, którzy potrzebowali twardej ręki „Easylmagines". A żeby dodać dramatyzmu całej sytuacji, admirał wyjaśnił, że mieli tam poważną kolizję z meteorem i sprzęt przeznaczony dla Jomamits II poleci do nich. Ja zostanę czasowo osadzony na Jomamits III, zgodnie z ustawą zakazującą transportowania chorych w strefach wojny i kataklizmów. Mam oczekiwać powrotu transportowca „Easylmagines", być może będzie to inny statek, ale też tej korporacji. Jomamits III znajduje się na kursie do skonfliktowanego układu. Ma odpowiedni rezerwuar biologiczny i spełnia normy bezpieczeństwa.

Akurat

zaczynali



przygotowywać

do

kolonizacji,

ale

prócz

pozostawionego sprzętu i opiekujących się nim androidów, nie ma tam człowieczego ducha.

Dobry klimat, panie Rizzald, łagodny i ciepły, mówił admirał. Nie ma drapieżników ani węży, górotwór stabilny. Będzie dobrze, wypocznie pan sobie, a korporacja płaci za każdy dzień. Podwójnie. Że niby taka okazja mi się trafiła. Szybko im poszło. Wpuścili mnie w atmosferę niczym bobek świnki morskiej, odczekali aż „Happy Snake" siądzie przy zalążkach przyszłego osiedla, nadali ostatni komunikat i polecieli robić swoje. Jak skończyłem kląć i kopać kauczukową pryczę, wypiłem kielicha, wspomniałem krągłości żółtoskórej Nazim i walnąłem w wyrko. Tak było wczoraj. Dzisiaj jest już inaczej. Prawo chroniące chorych psychicznie jasno stanowi ich przywileje. Nie można ich mrozić w sytuacjach takich jak ta. Winni nie tylko wiedzieć, co się z nimi dzieje, ale i sami decydować o swoim stanie. Mieli wybór - krio albo pełna aktywizacja. Ja zaś miałem dać z siebie wszystko, żeby wybór był obiektywny. Wedle prostych szacunków, spędzimy tu od trzech od pięciu ziemskich miesięcy. Im szybciej ich zniechęcę, tym szybciej wrócą do kriofagów. Była to jedyna jasna myśl w mojej obolałej łepetynie. Może i niezbyt etyczna, ale za to względnie sensowna. Szybko mi szło. Stuknąłem akurat w klawisz kończący przygotowania do procedury odmrażania trzeciego pacjenta, kiedy nieoczekiwanie powrócił Mullen. - Co tam kombinujesz? - zapytał podejrzliwie; przeżuwał coś wielką gębą, a hak na podbródku ruszał mu się niczym dziób łodzi wikingów. - Lubię wiedzieć, co się dzieje. Lubię panować nad sytuacją. Przełknąłem nadmiar śliny i odpowiedziałem spokojnie: - Rozmrażam pozostałych. Codziennie jednego. Musimy to wszystko jakoś ogarnąć. Ustawić leki, kontrakty terapeutyczne... - Musimy? A co ja mam z tym wspólnego? Ja też jestem pacjentem, facet. - Korpusmonitor właśnie pokazywał przyspieszone perystaltyczne ruchy układu pokarmowego Mullena. - Masz się mną opiekować, bo złożę skargę po lądowaniu na Jomamits II. Mama zapłaciła kupę szmalu za to leczenie, więc będę chorował tak komfortowo, jak to tylko możliwe. To jest moje właściwe zadanie, facet. Pokiwałem głową, z trudem odrywając wzrok od kęsów wędrujących po ciele Mullena. - Chciałem tylko powiedzieć... że liczę na twoją pomoc, Vernon - wyznałem nieszczerze, panując na razie nad emocjami. - Ze wszystkich tutaj jesteś najzdrowszy. Sytuacja jest szczególna... Monitor pokazał zbliżenie jego mięśnia sercowego. Serce bulgotało czerwienią, pnie tętnic pulsowały jak pochwycone w imadło przewody hydrauliczne. Zrobiło mi się słabo.

Nigdy nie pracowałem w oddziałach zabiegowych. Jestem pielęgniarzem, zajmowałem się do tej pory jedynie rehabilitacją uzależnionych od holoefektów. To coś zupełnie innego niż mięsień serca w akcji. Po jego chaotycznej twarzy przemknęła złość. Dopiero teraz zauważyłem, że pod inkrustowanym nosem rośnie mu cienki wąsik zawinięty na końcach. - Nigdy więcej tak do mnie nie mów - syknął, unosząc ku górze wskazujący palec. To ja jestem najbardziej chory. Ja cierpię jak nikt dotąd nie cierpiał i cierpieć nie będzie. Rozumiesz, Rizzald, czy jak cię tam zwą? To ja jestem najnieszczęśliwszy, do jasnej cholery... Szarpnąłem czułe miejsce w tym facecie, zatańczył wściekle niczym pijana primadonna na scenie. Wymachiwał teatralnie rękami, drobił maleńkimi kroczkami wte i wewte, transmitując mi swoje serce obolałe z rozpaczy. - Dobra - kiwnąłem głową. - Ty jesteś najbardziej chory. Pomyliłem chyba historie choroby. Nie wiem, jak to się mogło stać. Mullen znieruchomiał w wystudiowanej pozie. - Jeśli jednak mi nie pomożesz - kontynuowałem bezlitośnie - uznam, że muszę postępować zgodnie z własnymi regułami. Wolałbym ci nie szkodzić, Vernon, sam przecież najlepiej wiesz, jak sobie pomóc. Może się czegoś nauczę? Może pokażesz mi jak z nimi postępować. Rozumiesz teraz, dlaczego chcę, byśmy byli razem? Pomarańczowe oczy zmrużyły się w uśmiechu. Stuknął czubem lakierka w najbliższy kriofag. Wyświetlał się tam zielony pas, co oznaczało, że proces rozmrażania postępuje prawidłowo. - Oni tylko udają, człowieku. - Palce Mullena splotły się w niewieścim geście bezradności. Monitor na brzuchu zgasł niczym zdmuchnięta świeca. - Ale wiem, jak ich rozpracować. Jestem z tobą. Najciężej chory staje po stronie zdrowia. Oto moja wielkość. - Dobrze. Doceniam twój wysiłek. - Uśmiechnąłem się i pokiwałem głową z uznaniem. Bałem się, że zmieni zdanie; wiedziałem, że nie potrafi deklarować stabilnych planów. Taki był od zawsze, taką miał osobowość. Nie umiał nad tym panować, nie było też leków, które mogłyby sprostać jego wrodzonej zmienności. Na monitorze pojawiła się wątroba. Odetchnąłem z ulgą. Było dużo lepiej. Jutro rano zjawi się tu następny. Niejaki Oinson, czterdzieści dwa lata, schizofrenia paranoidalna, a do tego mózg uszkodzony górniczym laserem. Ten na niewiele się zda, pomyślałem. Z dokumentacji wynikało, że od wypadku nie uzyskał remisji. Był lekooporny i nie nawiązywał głębszych kontaktów międzyludzkich. Będzie trudno. Oby podjął

jakąkolwiek decyzję. Jeśli nie podejmie żadnej, muszę odczekać trzydzieści dni. Potem mogę decydować sam. Była czwarta po południu. Mój drugi, podwójnie płatny dzień na Jomamits III. Powinienem być szczęśliwy, że załapałem taką fuchę. Będzie forsa na własne projekty. Mnóstwo forsy. A nie chciało mi się nawet podnieść iluminatora. Tym bardziej wychodzić na fioletową trawę, gdzie osiadł „Happy Snake". Myśl, że mógłbym wciągnąć w płuca powietrze tego świata i na przykład odlać się pod stalowe przęsła fundamentów ludzkiego osiedla, które postawiono nieopodal, wcale nie wydawała mi się kusząca.

Qinson gniewnie odsunął od siebie tabletki. - Nie podobają mi się te leki. Nigdy nie jadłem takich pręgowanych. Mają być białe i okrągłe, panie doktorze. Jak zawsze. - Ja też czuję się źle - dodała mała Baltic. U niej rozpoznano przewlekłą, lekooporną depresję. - Boję się, że nikt po nas nie przyleci. Oni nie chcą nas leczyć, wiedzą, że nigdy z tego nie wyjdziemy. Mullen objął jej zgarbione plecy. Popatrzył w moją stronę i judził niepomny, co obiecywał. - Może tak być. Zgarnęli szmal mojej mamy i odstawili nas na tę pieprzoną bezludną wyspę. Ponura sprawa, ludzie. Co nie, Rizzald? Zabębniłem palcami o stół. Nie miałem sił tłumaczyć Qinsonowi, że nie jestem lekarzem, ani, że je ten sam neuroleptyk, co zawsze, tyle że wyprodukowany przez inną firmę farmaceutyczną, stąd zmiana powłoki tabletki. Wobec melancholijnych wizji małej Baltic byłem jeszcze bardziej bezradny. Jak wynikało z historii choroby, nie tacy jak ja nie dawali jej rady. Szczęśliwie nie zgłaszała jeszcze myśli samobójczych. Katatoniczna Nina również była względnie stabilna. Stała jak wcześniej, ewentualnie chodziła prowadzona pod rękę. Na noc i dwa razy w ciągu dnia wsadzałem ją w urządzenie do masażu mięśni, a potem podłączałem zgłębniki bądź sondy z żarciem i płynami. Miało to swój rytm, a więc niespecjalnie zakłócało porządek doby. Za dwadzieścia osiem dni na powrót wsadzę ją do kriofagu, jako niezdolną do wyrażenia zgody. Ale Mullen... Mullen mnie wkurzał. Mącił w schorowanych głowach i manipulował nimi w zależności od sytuacji. Dokładnie tak, żeby napiąć mnie jeszcze bardziej. Zmieniał się jak cholerny kameleon.

- Słuchajcie - powiedziałem łagodnym głosem. - Zawsze

możecie wrócić do kriofagów. Obudzicie się w szpitalu, w komfortowych warunkach, z

personelem na skinienie. Jeśli jednak chcecie pozostać aktywni, spróbujcie zrozumieć, że obecna sytuacja wymaga mobilizacji. Musimy ustalić plan dnia, obowiązki i różne drobiazgi. Wszystkim będzie łatwiej. Dogadajmy się, jak rany. Oinson wzruszył ramionami. Miał łagodną, zamyśloną twarz, duże, niebieskie oczy i mały, perkaty nos. Kiedy mówił, zdawało się, że wcale nie porusza bladymi wargami. Na łysej głowie nie było żadnych blizn po paskudnej konfrontacji z laserem górniczym, chociaż w historii choroby stało wyraźnie, że ten cholerny „górnik" rozpłatał mu czaszkę na dwie części. - Nie chcę tam wracać - powiedział powoli. - Nie widzę takiej potrzeby. Tylko leki są jakieś dziwne, panie doktorze. - Okay - podniosłem ręce w górę. - Twoja decyzja, stary. Ale je zjedz. Tak trzeba. Mała Baltic pochyliła się nad filiżanką kawy. Widać było jak jej wypukłe czoło rysują głębokie, pionowe zmarszczki lęku. Krótkie, jasne włosy mieniły się w świetle halogenów. Kształtne, pożółkłe od nikotyny palce nieustannie splatały się w nerwowe figury, pełne niepojętych treści. - Też nie chcę tam wracać - mówiła wolniej niż Oinson, choć sensownie. - Ja wiem, że już nigdy się nie przebudzę, jak mnie zmrozicie. Mówili o takim zdarzeniu w telewizji. Kriofagi... Grobowce dla żywych. Małe piekła, w których zostaniesz na zawsze. Pokiwałem głową, wstając z krzesła, a mikrofale syknęły cicho, kiedy otwierałem ich drzwiczki. - Dobra. Teraz będziemy jeść obiad, potem pójdziemy na spacer. Idą wszyscy, bo za wszystkich jestem odpowiedzialny. Na razie jest nas tutaj czworo. Wieczorem wybudzi się pan Slython z rozpoznaniem schizofrenii paranoidalnej. Jutro zabierzemy się za pana Koralsky'ego, pojutrze pani Flace. I tak dalej, aż zbierze się jedenastka. Rany boskie. Dziesiątka i ja jeden. Jak coś spieprzę, korporacja będzie mnie skarżyć w nieskończoność. Nie dość, że centralny procesor zapisuje każdą sekundę na „Happy Snake'u", to dla pewności wszczepili mi autokamerę w lewe oko, gdybym na przykład spieprzył coś na spacerze. A tak. Postanowiłem zabierać ich na spacery, bo nie mogłem sobie wyobrazić, że będą cały czas uwięzieni w pancerzu. Nie, żeby było tu ciasno. Miejsca w kapsule nie brakowało, standardowo przygotowywano ją dla pięćdziesięciu rozbitków. Była mała sala gimnastyczna z sauną, dziesięć kajut i sypialni zarazem, pomieszczenie medialne, sala zabiegowa z sześcioma izolatkami, a nawet bar, zrobiony na modłę angielskich pubów. Wyeliminowałem to ostatnie miejsce, uznając, że nie wniesie nic dobrego w kondycję moich podopiecznych. Próbowałem kontrolować ich ruchy na „Happy Snake'u"; musiałem narzucić

pewien rytm pracy, koncepcję dobowych poczynań. Tak zapamiętałem rzecz z zajęć i zgadzało się to z moimi przekonaniami. - Sałatka z tuńczykiem, chlebek razowy i izotoniczny napój po dwa dolce za puszkę, moi kochani. - Podjechałem do nich z tacą i na powrót zająłem swoje miejsce. - Ziemniaczki gratis, od firmy Nikt się nie zaśmiał. Qinson beznamiętnie sięgnął po żarcie, mała Baltic zaczęła skubać sałatkę, a cholernik Mullen wywalił na monitor wątrobę. Odbijała się krwawym błyskiem w plastykowych talerzykach. Miałem ochotę rzygać, na szczęście pozostali zdawali się jej nie zauważać. - Muzyczka? - Stuknąłem w pilota, nie czekając na odpowiedź. - Niech będzie. Dla relaksu, rozumiecie. Przed naszym pierwszym spacerem. Nie wiedziałem, czy ich przekonałem, pomógł mi Mullen. Skończył jeść, czknął głośno, po czym, udając zmieszanie, sięgnął do kieszeni na dupie zamaskowanej wśród zwojów taśmy. Po chwili wyjął koronkową chusteczkę. Dotykając nią kącików ust, przypominał nobliwą damulkę ze starych filmów. Miast wątroby wyświetlił nam teraz zbliżenie nerek. Niby bez różnicy, ale zawsze porządniej to wyglądało. - No to chodźmy na ten uroczy spacerek, kochani – mruknął łaskawie. - Jesteśmy w końcu na dziewiczej planecie, może to właściwy czas na deflorację. Podobno byli tu ludzie, ale niewiele tknęli. Kto zresztą, do diabła, zna prawdę? Patrzcie... Klasnął i wskazał kuchenny iluminator. Sączyło się zeń blade światło. - Tam jest taka dziwna konstrukcja. - Ponownie musnął chusteczką kącik warg. Może warto się nią zainteresować? Wygląda jak wrota do piekła. Nasz drogi Rizzald osobiście poprowadzi ekspedycję. Punkt pierwszy: defloracja. Wrzuciłem talerzyki do zmywarki, resztki jedzenia do wykorzystywacza. W odbiciu na metalowej powierzchni szafy z puszkami widziałem swoje odstające uszy, skośne, trudne do zaakceptowania oczy, pełne i napawające optymizmem policzki, wreszcie pokręcone na wszystkie strony włosy. - Tak - westchnąłem, szczerząc wielkie siekacze do swego odbicia. - Ależ tak, Mullen. Masz rację. Siedział już w fotelu z nogą założoną na nogę. Skrobał paznokciem po diamentach na nosie. - Co tam przynudzasz, człowieku? Idziemy czy nie? Przeczesałem palcami gęstwinę włosów i odpowiedziałem po godnie:

- Macie na sobie wasze osobiste ubrania, zgodnie z prawem krio. Buty dopasujemy z tych pokładowych, każdy dostanie własną szafkę na linie papilarne. Mamy dzisiaj ciepły, słoneczny dzień, jeśli będą opady, szybko wrócimy. Mówiąc krótko, nie musicie się grubo ubierać. Aha, i jeszcze to. Dodałem do ich zestawu tabletek po jednej, dużej, przedzielonej na dwie różnokolorowe części. - Co to jest? - zapytał Qinson. - Wygląda zupełnie inaczej niż moje stare leki, panie doktorze. -I tak nic nam nie pomoże - obwieściła nieszczęsna Baltic, jej głos zdawał się być pomalowany na czarno. - Pieprzę prochy. - Wzruszył ramionami Mullen. - Tylko psychotechniki wchodzą w grę. Rozłożyłem ręce, wetknąłem w usta swoją tabletkę i na ich oczach popiłem szklanką wody. - Spokojnie, ludzie. To tylko antybiotyk o szerokim spektrum rażenia i przedłużonym działaniu. Na tutejsze mikroorganizmy, rozumiecie. Żeby nas nie dorwały. Mullen zastanawiał się najkrócej. - Dobra. A co mi tam - bał się cholernik o swoje zdrowie. - Może się przydać. Depresyjna Baltic bez słowa zjadła antybiotyk, podobnie jak przed chwilą obiad i pozostałe prochy. Zaskoczył mnie Qinson. - Mikroorgazmy? - Pierwszy raz po wyjęciu z kriofagu patrzył prosto na mnie. Wreszcie coś przeskoczyło mu na synapsach. – Skąd pan wie, panie doktorze, że mam mikroorgazmy? Nigdy tego nikomu nie mówiłem. Mullen ryknął i natychmiast pokazał wątrobę w rzucie bocznym. - Nie, nie. - Poklepałem Qinsona po plecach. - Mówię o mikroorganizmach na Jomamits III. Nie o twoich orgazmach, a o tutejszych organizmach. Tabletka na bakterie, rozumiesz. Qinson zmarszczył czoło; przysiągłbym, że w jego oczach pojawiło się zdziwienie. - Tabletki na baterie? - zapytał głośniej, ale wetknął antybiotyk w usta. - Bardzo dużo się pozmieniało, kiedy byłem w kriofagu. Nigdy wcześniej nie jadłem elektrycznych tabletek. Hm. Trzeba kupić jakąś gazetę. Daleko do kiosku? Mullen walił z uciechy po taśmie izolacyjnej. Coś na kształt wyrazu rozbawienia przemknęło po twarzy przygarbionej Baltic. Ja też nie wytrzymałem i parsknąłem szczerym śmiechem. Nawiązałem z nimi kontakt. Poczułem to całym ciałem. Nie uchem, ani okiem.

Trzewiami.

Godzinę później, około czternastej, byliśmy na zewnątrz. Słońce wisiało w

zenicie, barwiąc ciemnoniebieskie niebo ostrym karminem. Gdziekolwiek spojrzeć, widziało się zarysowaną sieć tutejszych chmur. Jakby ktoś pokrył niebo szkicem drobnej kratownicy, zza której wyzierało odległe, nie mogące podejść bliżej słońce. Chmury były koloru bieli, choć chwilami ginęły w błękicie i stapiały się z tłem. Widok był tym piękniejszy, że kratownica poruszała się. Chmury przepływały regularnie z zachodu na wschód i tylko z rzadka silniejsze podmuchy wiatru niszczyły ich geometryczną formę. Ogrom zjawiska napawał poczuciem niepewności. Stałem pod gigantyczną kopułą świata innego niż mój, a coś bez nazwy i imienia przyglądało mi się jak robakowi rzuconemu na powierzchnię stołu. Jaki będzie twój następny krok, człowieczku? - No właśnie - powiedziałem na głos. - Od czego zaczniemy? Mullen natychmiast podjął decyzję. -Pójdę się odlać. Oznaczę teren i wracam. Może będzie to pierwsza partia ludzkiego moczu na tej barbarzyńskiej ziemi, na którą cisnęła nas cholerna „Easylmagines". Pozostali nie ruszyli się z miejsca. Staliśmy w cieniu rzucanym przez „Happy Snake", a przed nami rozciągała się równina pełna gładkich, fioletowych otoczaków, wśród których wiły się nitki niskopiennych form roślinnych. Ich rdzawo zielone liście szemrały na wietrze i co chwila odrywały się od gałązek. Od razu unosił je wiatr, ale nie leciały daleko. Przyczepiały się do następnego krzewodrzewa i o ile nie mylił mnie wzrok porażony ostrymi kolorami, same wędrowały po pniach w sposobne dla nich miejsce. Dlatego tak trudno było mi ocenić, jaki właściwie kształt mają te niskie drzewka. Pozostawały w nieustannym ruchu, wirowały niczym rój ogromnych pszczół. Na horyzoncie widać było odległy, niewyraźny masyw gór. Bliżej jakieś dwieście metrów na wprost od naszej kapsuły spiętrzał się plac ziemskiej budowy. Najbardziej rzucał się w oczy stalowy łuk, Mullen nazwał konstrukcję wrotami piekieł, wyrastała w niebo, jak gdyby chciała je zranić. Poniżej widać było rozrzucone kontenery

ze

sprasowanymi

materiałami,

prymitywne

budowle

gospodarcze

i

kilkusetmetrową, precyzyjnie zarysowaną sieć wewnętrznych dróg. Oko zatrzymywało się też na kilkunastu zastygłych w bezruchu wysięgnikach, zdających się pochylać nad owalnym kształtem w centrum opuszczonej osady. - Sikanie tutaj to czysta przyjemność, proszę państwa - obwieścił Mullen. - Mocz siada cicho i natychmiast znika pod fioletowymi kamolami. Co dalej, szefie?

- Zobaczmy sobie, cóż właściwie tam jest. - Wskazałem palcem na stalowy łuk i obciągnąłem pręgowaną koszulkę. - Trzymajmy się razem; gdyby ktoś miał inne plany, proszę o sygnał. Puściłem ich przodem. Najpierw ruszył oczywiście Mullen, świecąc cholerną wątrobą i nerwowo pstrykając palcami niczym gracz przed jednorękim bandytą. Za nim wlokła się przygarbiona Baltic, potem szedł zapatrzony we własne buty Oinson, na końcu sunął zaprogramowany na ruch grupy poduszkowy fotel z siedzącą w nim jak w gnieździe, katatoniczną Niną. No i ja zamykający pochód. Ciążenie było tu niższe niż na mojej macierzystej planecie. Szedłem więc lekko, oddychałem powietrzem o przyjemnej woni pomarańczy i czułem coraz większą swobodę. Aż miałem ochotę podskoczyć, żeby poczuć wreszcie ten piękny świat i zrzucić z siebie wspomnienia próżni. Na chwilę zapomniałem nawet o rozmrażających się w kriofagach następnych pacjentach i o tym, że przyjdzie mi tu spędzić Bóg wie ile czasu. Porzuciłem snucie doraźnych planów opanowania chaosu, którym siały mózgi tych nieszczęśników. Po prostu szedłem. Buty miękko wpasowywały się w kępki mchu, lekko potrącając otoczaki. Na jednym z kamieni spostrzegłem szkieletowate zwierzę, nie więcej jak trzydziestu centymetrów długości. Nie dostrzegłem w nim oczu, poruszyło się z cichym chrzęstem, kiedy przykrył je mój cień. Natychmiast pojawił się czujny, ożywiony Mullen. - Co to za zaraza? Złapiemy je, szefie? Może rozrusza Ninę, nie? Spojrzałem z niesmakiem. Z holoemiterów na uszach wypuścił kilkanaście maleńkich kadrów z obrazem katatonicznej Niny na wózku. Kręciły się wokół jego głowy jak karuzela. - Daj spokój, Vernon. Nina jest przecież chora. Powiedz lepiej, co myślisz o tym świecie? Wzruszył ramionami, ale skasował niemądrą projekcję. W zamian na monitorze pokazał się obraz czegoś sinego, pokrytego siecią grubych naczyń i tkanki łącznej. Ani chybi śledziona. - Świat jak świat. Komiksowy jakiś. Mama mówiła, żebym nie wędrował po nieznanych terenach. - Zatoczył krąg ręką. – Cholera wie, co będzie, nie? Poza tym boję się androidów, a pewno pełno się ich kręci po stacji. Może coś się stać. Jakiś wypadek albo awaria. Mama mówiła, żeby unikać androidów przemysłowych. - Nic ci nie będzie - odpowiedziałem, przeskakując duży kamień. - Mamy tu pełną gwarancję bezpieczeństwa. Ale postanowiłem już, że nie pozostaniemy bezczynni. Zajmiemy się klasyfikacją tutejszych form życia. Komputer mówi, że nie ma takich danych. A więc

uzupełnimy je w ramach procedury pierwszego lądowania. To będzie nasza misja. Ha! Oto pomysł. Mullen postukał palcem w róg kostny na podbródku. Wiedziałem, że ten jego róg symbolizuje siłę i mądrość. Było więc tak, jakby Mullen klepał się w głowę.

- Człowieku,

po co nam jakaś robota? - Objął ramieniem smutną postać Baltic. - Chce ci się pracować, mała? A może ty masz ochotę na pracę, jak ci tam do cholery było... Skurczybyk. Zjednuje sobie sojuszników; pozostawało zaczekać na reakcję Qinsona. - Nazywam się Qinson, proszę pana. - Schizofrenik ostrożnie wychylił się z niewidzialnego pancerza. - Jeśli pan doktor chce ze mną pracować, będę pracował. Wykonywałem już rozmaite prace. Nim wyszedłem ze zdumienia, odezwała się depresyjna Baltic: - Praca nie ma sensu, bo wszystko, co zrobimy i tak zginie tu razem z nami. Nie ciekawi mnie też, co żyje w tym świecie, nie bardzo nawet wiem, gdzie jestem... Ale zgodzę się na pracę, bo nie chcę wracać do kriofagu. Najwyraźniej zamierzała spróbować. Mogła przecież powiedzieć: ani praca, ani kriofag. - No to pracujcie, mróweczki. - Śledziona aż zabulgotała, kiedy Mullen wskoczył na jeden z kamieni. - Ja mam inne plany. Podszedłem do niego od tyłu i skinąłem, żeby się pochylił. Na wprost twarzy miałem przeklęty monitor, ale pokonałem odrazę. - Co jeszcze? - zapytał nieprzyjemnym głosem. - Jakieś specjalne zadanie dla mnie? - Posłuchaj, Vernon. - Ściszyłem głos. - Jeśli zrobimy chociaż zalążek bioklasyfikacji, to wystawimy firmie rachunek, a ja dopilnuję, żeby go równo podzielili. Nieźle za to płacą, jak słyszałem. Powiem, że nie chcieliście być bezczynni i że musiałem zagospodarować czas. W ramach rehabilitacji. Zastygł i patrzył przenikliwie pomarańczowymi źrenicami. - Chcesz zrobić szmal? - A co myślałeś? Czemu nie spróbować? Będziesz u mnie szefem od tutejszej fauny. Zapłacą ci podwójnie. Zeskoczył z kamienia i znowu objął plecy Baltic. Z jego uszu trysnęły holograficzne fontanny śmiejących się ust. - Jestem z wami, dzieciaki. Musimy się zmobilizować. Zrobimy nie byle jaką robotę, a mama mówiła, że człowieka ocenia się po efektach jego harówy. Same korzyści, rozumiecie. Chodźcie, chodźcie... Pójdę przodem, jeśli będzie coś niebezpiecznego, wezmę to na monitor.

- Stanął na czele grupy, zrobił parę kroków, po czym przykucnął i zaczął majstrować przy sznurowadłach. Skończył, kiedy minęli go wszyscy i znów znalazł się na tyłach. Vernon Mullen kochał poczucie bezpieczeństwa. Kilka minut później przeszliśmy pod stalowym łukiem. Stanowił najwyższą część skomplikowanego dźwigu. W samej bazie panował bałagan. Widać, że rządziły tu mechanizmy. Realizowały zadania, nie zwracając uwagi na sposób ich wykonywania. Nie obejmowały całości. Każdy skupiał się na swojej działce. Stały, gdzie popadnie, zatrzymane w pół ruchu i trudno było ocenić, kiedy przerwały pracę. Ale miałem nieco doświadczeń z androidami jeszcze z czasów kariery konserwatora przewodów hydraulicznych dwunożnych form parainteligentnych i znałem ich obyczaje. Baltic obserwowała plac budowy spod zmrużonych powiek. Jej wypukłe czoło ciężko chyliło się do ziemi. - Nie podoba mi się tutaj. Dlaczego psujemy kolejny świat? Qinson kręcił się przy masywnej maszynie, pociętej czarno-białymi pasami farby. Co chwila pochylał się nad obłym elementem przy podstawie automatu, ale na szczęście jego wielkie dłonie tkwiły cały czas w kieszeniach szerokich spodni. Choć od razu polubiłem tego człowieka, wolałem, żeby nie majstrował przy przemysłowych kombajnach. Wolałem, żeby ta korpulentna, zaaferowana każdą bzdurą postać była bliżej mnie. - Wystawmy ją do słońca. - Wskazałem fotel z katatoniczną Niną, który umiejscowił się w cieniu przęseł. - Chodź, Vernon. Kiedy już umieściliśmy ją na środku placu pomiędzy trzema okratowanymi studniami, zrobiło mi się żal czasu na to miejsce. Chciałem im tylko szybko pokazać pomieszczenia dla przyszłej załogi, sprawdzić zbiorczy procesor, który zarządzał pracą całości i umknąć z powrotem na kamienistą równinę Jomamits III. Czas pierwszej wycieczki przewidziałem na nie więcej niż dwie godziny. Nie należało zapominać, że moi podopieczni byli inwalidami. Choć sprawiali wrażenie przeciętnych ludzi dzisiejszych czasów, miłe światło tutejszego słońca mogło ich męczyć bardziej niż konfrontacja z drapieżnikiem. -Tam są jakieś drzwi, ludzie! Z dużym, czerwonym napisem. - Mullen namierzył cel haczykowatym podbródkiem, po czym skinął na mnie. - Trzeba to sprawdzić. - Do dzieła - mruknąłem, szarpiąc się porozumiewawczo za koniec ucha. - Miejmy to za sobą. Gdybym wtedy wiedział. Gdybym przeczuwał, co się kryje w spokojnym powietrzu Jomamits III. Ale akurat zabrakło mi przytomności i czują. Wszedłem do sterowni

opuszczonej bazy, zagwizdałem ulubiony kawałek Motorhead i pstryknąłem palcem w sensorowy włącznik wewnętrznego oświetlenia. Byty tam sterty grafitowych akumulatorów, niebieskie przewody pozwijane w grube elipsy i dwie obrotowe konsole zdalnego sterowania. Pod przeciwległą ścianą spoczywało osiem podłużnych skrzyń, opalizujących zielonkawym światłem, podkreślającym guzowatą powierzchnię tworzywa, z którego zostały zrobione. Wokół jednej wiło się kilkanaście rachitycznych stworzonek, poruszonych naszym nagłym wejściem, a może tylko oślepionych ostrym światłem halogenów. Przeskakiwały przez sprężynujące końce wtyków, biegały wokół porozrzucanych pudełek z dyskami, ale mimo domniemanej paniki, cały czas pozostawały w bezpośredniej bliskości skrzyni. Dalej, pomiędzy dwoma ogromnymi ciemnymi monitorami opancerzonymi czarną kratką, stało obrotowe krzesło. Zastygły przy nim dwa człekokształtne roboty przemysłowe. Każdy miał jakieś dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości, srebrzysty korpus i cztery długie kończyny, które obejmowały oparcie fotela. Mógłbym pomyśleć, że to dzieciaki naszego drogiego Vernona, ale widok stworzenia, które siedziało między nimi w obrotowym fotelu, odebrał mi resztki lotnych myśli. - Jezu - szepnął Mullen. - Co to, kurde, jest? Depresyjna Baltic podniosła wypukłe czoło. Qinson skoncentrował się na szczególnie grubym kablu i zdawał się pochłonięty jego fantazyjnym kształtem. - No co to, cholera, jest? - ponownie zapytał wystraszony Mullen. - To coś na fotelu. Ty też tam spojrzyj, Qinson. Tam, na wprost, a nie pod swoje cholerne nogi. Nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Widziałem małą, jajowatą głowę, rachityczne, groteskowo zwisające nad podłogą nogi i porośnięty długim, rzadkim włosem tułów. Wydawało się, że to przebrane za potworka dziecko, które przy pomocy androidów wspięło się na wysoki fotel, aby cierpliwie oczekiwać na wybuch entuzjazmu rodziców. Tyle że to raczej nie było przebrane dziecko. To coś było stare i zasępione, chociaż nie widziałem nawet jego twarzy. Ginęła w cieniu, z którego wyłaniały się suche, pomarszczone ręce zaciśnięte w połowie oparcia. Dalej nie sięgały. - Wycofujemy się. - Mój głos musiał przypominać jęk uciskanej sprężyny. W zastygłym powietrzu rozszedł się zapach przypominający stare pomarańcze. - Wszyscy. Już. Mullen dawno rozpoczął manewr odwrotu. Szedł do tyłu, na owiniętych termofolią nogach, z ostrym obrazem znieruchomiałych nagle jelit rzuconych na monitor, aż wpadł na pochylonego nad przewodem grubiutkiego Qinsona. - Jezu - wrzasnął. - Są też z tyłu.

Kiedy zorientował się, że to tylko schizofrenik, instynktownie porwał go za rękę i wywlókł na plac. Baltic stała obok mnie, więc musiałem objąć jej krągłe plecy. Poddała się naciskowi; po chwili my także byliśmy na zewnątrz. - O zez, kurde. Gdzieś nas facet przyprowadził? Co to za monstrum tam siedzi? Mullen wirował jak primadonna w blasku jupiterów. - Wylazło z tej otwartej trumny, nie? Myślisz, że nie widziałem pudeł pod ścianą? Pewnikiem wykopali trupy Obcych i ożywili je. Co ty myślisz, że będziesz tu z nami eksperymentował, czy co... Jezu. To wariat, ludzie. Trzeba go obezwładnić. Zamiast grzać nam boczek w kapsule, to nas wlecze debil na pożarcie i pieprzy o bioklasyfikacji. Ty myślisz, że kim ty jesteś? Napiszę zaraz do mamy, co ty myślisz, łobuzie jeden... Na klacie znów miał wątrobę, tym razem wielką i dumnie połyskującą, ale nie to przykuło moją uwagę. Patrzyłem na poduszkę z katatoniczną Niną. Była pięćdziesiąt metrów od nas, ale nawet z tej odległości widziałem, że coś się tam rusza. Mogło to być wszystko, tylko nie Nina. Tutejsze piękne słońce nie było aż tak skuteczne. - Zmiana planów. Chodźcie! - rozkazałem niskim głosem, żeby zademonstrować jak świetnie kontroluję sytuację. - Pogadamy na pokładzie „Happy Snake'a". Gdy szli już w stronę stalowego łuku, ukradkiem rzuciłem się do Niny. Miałem rację. To nie ona się ruszała. To były małe, patykowate skurczybyki. Oblazły ją niemal całą, widać było tylko krótko ostrzyżoną głowę i bladą, gładką twarz. Uciekły z cichym chrzęstem dopiero kiedy nadbiegłem. Nie sprawdzając na razie czy nie zrobiły jej krzywdy, ponownie zaktywizowałem poduszkę i razem dogoniliśmy grupę.

- Leci za nami? - wybełkotał

zadyszany Mullen. - Nie wyszedł nawet z tego pomieszczenia. Spokojnie, chłopie. Tylko się nie zdekompensuj. Wolę mieć na karku całe stado tych włochatych, niż ciebie jednego w napadzie histerii. W marszu sięgnąłem do Niny rozkołysanej na wózku. Miała miarowe, wolne tętno i dobrą ciepłotę ciała. Oddychała. Reagowała na mocniejszy dotyk. Słowem: była jak zawsze. Patrząc na przyjazny kształt naszej kapsuły, odetchnąłem z ulgą. Jakoś ich uspokoję. Kiedy zamkniemy właz, zapomną, co widzieli. Powinienem był pomyśleć inaczej. Jednak straciłem czują.

Dobę

później wyglądało to tak. Mullen siedział w ulubionym fotelu, przegryzał

pszenne suchary i w ponurym skupieniu ładował baterie zasilające holoprojektory oraz resztę

biogówna, transmitującego kadry z jego flaków. Nina nurzała się w Mitsubishi-Relax, który rehabilitował jej bezsilne powłoki, stymulując mięśnie, ścięgna i skórę. Depresyjna Baltic kiwała się na obrotowym krześle w jadalni i zdawało się, że wkrótce wejdzie w stan stuporu. Oznaczałoby to dla mnie kolejną terapeutyczną porażkę i powrót dziewczyny do kriofagu. Natomiast zdumiewająco uaktywnił się Oinson. Przemieszczał korpulentne ciało w rozmaite miejsca, myszkował oczami po pustych ścianach i zadawał zaskakujące pytania. Starałem się odpowiadać w miarę skromnych możliwości, ale dręczył mnie nowy problem. Zaskoczyła nas awaria kriofagów. Zaczęło się wczoraj. Mieliśmy wieczorem wybudzić paranoidalnego Slythona, ale procedura rekriotyzacji uległa zakłóceniom. Dwa niezależne od siebie egzoprocesory sugerowały awarię endoprocesora pacjenta. Masło maślane. Podobnie było ze Stephie Koralskym i Hiry Flace; później z pozostałymi, rozpisanymi w planie rekrio. Wszyscy mieli uszkodzone endoprocesory, blokujące ostateczną fazę termoregulacji zmrożonych ciał. Nie potrzebowałem symulacji kryzysowych z centralnego. Na mój nos, prawdopodobieństwo wystąpienia tylu awarii naraz było niemożliwe. Coś się totalnie popieprzyło. Postanowiłem skoncentrować się na rozmrożonych, uznając, że procesory przestają być dla mnie partnerem. Wyczuwałem, że kryzys dopiero się zaczyna. Oinson zbliżał się bokiem, demonstracyjnie patrząc nie na mnie, lecz w przymglone lodem pancerze kriofagów. - Czy mrówki mogą mieć poczucie wstydu, jeśli trapi je mlekotok? - Że jak? - sieknąłem podejrzliwie. Wyglądał jak posapująca lalka. Międlił jęzorem i nadymał zaróżowione policzki. Nie miałem pojęcia, czy to po neuroleptykach (zwiększyłem mu dawki czując, że przeżywa coraz więcej objawów produktywnych), czy inne efekty związane z chorobą. Bałem się, że cierpi, a nie chciałem, żeby ktokolwiek z moich biedaków męczył się przez świetliste pomysły „Easylmagines". Puknąłem palcem w siekacze, co zazwyczaj pomaga mi zebrać myśli. Nie tym razem. - A jeśli mrówki mają poczucie wstydu, to dlaczego ja o tym nie wiem? - nie dawał za wygraną schizofrenik. - Wyluzuj, człowieku - odpowiedziałem łagodnie. - Jeśli nawet przeżywają takie cuda, nie ma to związku z naszym pobytem na Jomamits III. Nie znajdziesz tu mrówek. Nie da rady tego sprawdzić. Popatrzył bez wyrazu, pokręcił śmiesznie okrągłą głową i wrócił do Mullena, którego katował równie niejasnymi pytaniami.

- Ty, Rizzald - zaatakował znienacka Mullen zza jego pleców. - Mamy tu zabezpieczenia? Jakieś lasery czy coś w tym stylu... - Tak. Mamy jeden laser, sterowany przez centralny „Snake'a". Uaktywniłem też skaning otoczenia, na wypadek gdyby coś większego niż patykowce chciało do nas podejść. Jest sprzężony z laserem. Jeśli coś się zbliży, laser „Snake'a" zapyta czy chcemy to wyeliminować. Nie jest źle, Vernon. To porządna kapsuła. Podrapał zwoje folii na kolanach i zasłonił się holoefektem. Przedstawiał nagie, owłosione pośladki, na których widniała uszata twarz szczerząca ostre siekacze i połyskująca nerwowo mrugającymi powiekami. Durna, pusta twarz z włosami zakręconymi za wielkie uszy. Może bym się i zaśmiał, gdyby nie było to moje oblicze. - Musisz mi dokuczać? - Westchnąłem pojednawczo. - Nie zebrałem nawet tyle forsy, żeby mi skorygowali małżowiny. Starzy też nie są bogaci. Ojciec pracuje przy reduktorach zużytych opakowań, a matka pomaga robić wystawy w domu towarowym z miniaturowymi małpami. Nie mam bogatej żony ani rodzeństwa, które zrobiło karierę w holostrefie. Jestem golcem, chłopie. Mullen odwrócił się plecami i zredukował obraz owłosionych pośladków. - Dzięki - mruknąłem, kierując się do zbiornika z Niną. Tutaj szło dobrze. Zapisy z mięśni i skóry sugerowały poprawę kondycji. W jej żyły ładowały się wzbogacone aminokwasy, a sonda masowała pusty żołądek, imitując proces trawienia. Zdaje się, że nie odczuła nawet obecności patykowatych stworzeń. Była jak zawsze: wysoko ponad realia, nieprzystępna i obojętna wszystkim cudom wokół. Dawno powinna umrzeć. Jej schizofrenia miała fatalny, katatoniczny przebieg. Trudno było teraz ocenić czy to z powodu zapalenia mózgu, które przeszła w jednym ze szpitali, czy tylko tak chciały jej neurotransmitery. Nie reagowała na żadne sposoby leczenia. Poddano ją nawet próbie chwilowego zdublowania ośrodkowego systemu nerwowego. Podłączyli jej rdzeń do alternatywnego mózgu, w nadziei, że odblokuje on obwodowy system nerwowy. Altoterapia się nie udała, ale nadzieja, że pewnego przypadkowego poranka Nina przemówi, pozostała. Liczyli na fantastyczne poczynania kompleksu psychiatrycznego na Jomamits II. - Musisz jeszcze trochę poczekać - powiedziałem, odgarniając z jej czoła kosmyk krótkich włosów. - To na nic - rzekła przygarbiona Baltic, która już była w centrali. - Ona nie żyje od wieków. Jest martwa. Tak jak i ja. I wy wszyscy. - Mów za siebie - warknął zdenerwowany Mullen. - Mama mówiła, że dożyję sędziwego wieku i nie zamierzam sprawić jej zawodu. Chyba że Rizzald znowu coś wymyśli.

Nie dałem się sprowokować. Przeszedłem do stołu, który skwapliwie wysunął jajowate krzesło na teleskopach. - Słuchajcie, ludzie. Musimy zmienić plan. Nie podejmę ryzyka wychodzenia na zewnątrz, ale mam nadzieję, że i w środku uda nam się sensownie zagospodarować czas. W głowie miałem pustkę. Co, na Boga, powinienem im zaproponować. Bieganie po „Happy Snake'u" czy improwizowanie rehabilitacyjnych zajęć? To nie byli zwykli pacjenci. To były same cholernie trudne przypadki, którym nie dawała rady doskonała, selektywna farmakoterapia za sto patoli i więcej. -... A więc, zaczniemy od podsumowania. - Usiadłem na krześle i rozprostowałem nogi. - Przylecieliśmy tu z powodu awarii. Mogło być nawet ciekawie, ale pierwsza wyprawa ujawniła, że nie jesteśmy sami. To w bazie mogło być przypadkowym, przypominającym tylko inteligentną formę życia stworzeniem, które tam wlazło siadło na fotelu. Małpolud, humanoid czy coś w tym stylu. Oczywiście, może być inaczej. Jeśli to jest inteligentne, w grę wchodzą następujące hipotezy. Pierwsza: androidy wykopały to spod powierzchni planety. Druga: Obcy przybył tu z zewnątrz, w międzyczasie, pomiędzy ekspedycją zwiadowczą a nami. - No i co z tego? - wzruszył ramionami Mullen, wyjmując z biodra końcówkę zasilacza. - Do czego ty zmierzasz? Uśmiechnąłem się. - Tylko do podsumowania. W myśl pierwszej hipotezy, podług mnie bardziej prawdopodobnej, pojawiają się dwie koncepcje. Obcy żyje i wie, że tu jesteśmy. Obcy nie żyje i widzieliśmy tylko jego szczątki. Mullen uszczelnił miejsce na biodrach i zaśmiał się szyderczo. - Nie żyje, ale porusza palcami. Nie może być. To coś żyje i chociaż nie wygląda na młodzika, moim zdaniem ma się nieźle. Namierzyło nas, człowieku. I trzyma w szachu. Skinąłem głową. Byłem zadowolony, że w ogóle podjął dyskusję. - Jasne. Mnie też się wydaje, że Obcy żyje. Planeta miała być czysta. Jeśli androidy wykopały stwora, to powinny poinformować satelitę, a ten resztę ekipy w szefostwie. My nie możemy tego zrobić. Procesor twierdzi, że pobór mocy potrzebnej do wysłania wiadomości poza atmosferę, przekracza nasze możliwości. A satelita na orbicie nie potwierdza przyjęcia komunikatu. Chyba się pochrzanił albo nie potrafimy się do niego dostroić. Konwencjonalny sygnał „Snake'a" osiągnie Jomamits II za jakieś dziesięć miesięcy. Nie ma co się łudzić. Wcześniej nas stąd nie zabiorą.

- Nikt nas już nie zabierze - wyszeptała Baltic. Promienie słońca z zachodniego iluminatora łagodnie oświetlały jej wypukłe czoło. - Czy nie rozumiecie? Nigdy nie opuścimy tej planety. -Wracajmy do rzeczy... - chrząknąłem, dodając sobie otuchy. - Przypadkowo weszliśmy w kontakt z obcą istotą. Jeśli to coś będzie chciało nas poznać lepiej, musimy się przygotować na wizytę. - Jaką znowu wizytę? - pomarańczowe oczy Mullena tętniły obawą. - Laser sam go namierzy, a ty powiesz: wal w potwora i koniec całej historii. Żadnych kontaktów z Obcymi. Na jego monitorze falowały masy kałowe, a wokół zdeformowanych uszu powoli kręciły się owłosione pośladki z moją podobizną. Cokolwiek o nim powiedzieć, Mullen komunikował się bardzo czytelnie. A w historii choroby stało, że nie sposób było w rozmowie z nim utrzymać jeden spójny wątek. Teraz najwyraźniej zachował zdolność mobilizacji. Podniosłem w górę dłoń. - Spokojnie, to bardziej skomplikowane. Jeśli on do nas wyjdzie, będziemy na bieżąco analizować jego zachowanie. Nie spodoba się nam, postąpimy zgodnie z twoim planem, Vernon. Pamiętajmy jednak, że istot może być więcej. Nie wiemy, skąd się wziął. Jeśli rzeczywiście wykopały go androidy, to nie mam złudzeń, że sarkofagi w bazie kryją takich samych. Nie możemy zakładać, że przeżył tylko jeden. Może ich być kilku albo jeszcze więcej. A jeśli... Musiałem przerwać, bo myszkujący wśród krio Qinson o mało co potknął się o moje nogi. Zdołał je w końcu niezdarnie przeskoczyć, ale wyrwało go to z zamyślenia i zabrał głos: - Panie, doktorze. Chciałem panu powiedzieć, że mrówki są tylko totalnymi informochłonami. Jeśli mają mlekotok, oznacza to, że cały czas łapią informacje i przekazują je dalej. Nie zgadzam się też z koncepcją, że to królowa zbiera dane. Nie ma mowy o żadnej królowej. Karmią coś zupełnie innego. Budują dopiero właściwą formę, której są składnikami. Gdyby je zrozumieć, można by założyć, że zrozumiemy też całą formę. Taka jest właśnie moja propozycja. Zacząć od podstaw i czekać na odpowiedź. Skończył, zapatrzył się niebieskim spojrzeniem w pustą przestrzeń obok moich stóp, trzykrotnie zrobił ryjek i pospiesznie oddalił się w okolicę krio. Tam czuł się najpewniej. Nie mogłem nie skomentować najdłuższej z dotychczasowych wypowiedzi schizofrenika. - Świetnie. Nie do końca rozumiem, o czym mówisz, ale cieszymy się, że uczestniczysz w spotkaniu - zawołałem za nim. - Taaak. W każdym razie, moi drodzy,

sytuacja jest niezwykła, więc i my musimy myśleć niekonwencjonalnie. Potraficie to robić znacznie lepiej niż ja. Bardzo na was liczę. - Ma się rozumieć, głąbie - wzruszył ramionami Mullen. – Ale i z ciebie niezgorszy cwaniaczek. Masz jasno ustaloną płeć, niczego sobie gadane, tylko te twoje pomysły nie mają mojego polotu. Jeśli przewidujesz, że tam w bazie jest znacznie więcej Obcych, ma się rozumieć, że lepiej z nimi nie zadzierać. Posiedzimy sobie w kapsule. Krio się popierniczyły, więc na pewno tam nie wracam. Tu mała Baltic ma rację. Ci, co pozostali zmrożeni, są już po drugiej stronie. Musimy czekać. W aktywności.

- Nie boję się śmierci - skomentowała

krótko Baltic. - Boję się tego trwania. Czas kapie jak smoła. Każdy ruch waszych ciał przypomina mi jak bezsensowne jest ludzkie życie. Tamten Obcy też to wie. Wie, bo jest taki sam jak my. Pokręciłem głową, niby w zadumie, ale naprawdę z rozpaczą. Depresyjna Baltic tonęła. Nie ulegało wątpliwości, że było z nią coraz gorzej. Opowiadała już treści melancholijnych urojeń. - Mam dobry pomysł, żeby was nieco zrelaksować. – Wstałem i klasnąłem dłonią w dłoń. - Jutro, najdalej pojutrze, otworzymy nasz pokładowy bar i zorganizujemy konkurs na najlepszy napój. Zrobimy sobie małą imprezę, kochani. Na przekór wszystkiemu. Mullen opuścił w rezygnacji głowę, Baltic nadal patrzyła w zachodni iluminator, Nina dostojnie leżała w Mitsubishi-Relax, tylko Oinson zareagował na mój nieadekwatny i sztuczny pomysł. - Mrówki są bardzo cierpliwe. Zbierają więcej niż ważą. Dlatego, że kto inny się tym karmi. A ich mlekotok jest specjalną formą obrony. Maskują się. Panie doktorze, pan powinien się tym zainteresować. To bardzo akademicki temat. - Oczywiście, przyjacielu. Tylko dajmy temu trochę czasu. Gadał jak gadał. Ale i moje pomysły miały kiepską jakość. Trafił więc swój na swego.

To

miał być nasz piąty dzień na Jomamits III. Przez ostatnie dwa dni snuliśmy

rozpaczliwe próby porozumienia. Wśród wielu form zajęć, które im zaproponowałem, najciekawszą okazał się jednak rozpaczliwy pomysł z barem. Dzisiaj mieliśmy go otworzyć. Chodziło o imprezę bez alkoholu, w klimacie jazzowej muzyki i opowieści o rodzinach. To jednoczy ludzi, bez względu na choroby czy kondycję umysłu. Obudziłem

się

przed

świtem,

w

głębokim

fotelu

nawigatora,

opatulony

ciemnozielonym kocem z polaroidowymi szkłami na spoconym nosie. Nie była to wesoła pobudka. Czułem, że jestem nieświeży. Moje myśli były jałowe, zmysły przykryte kurzem

niemocy, a mięśnie niechętne do mobilizacji. Z trudem stanąłem na gumowej podłodze „Snake'a". - Nie mogę im tego okazać - westchnąłem przez wyschnięte wargi. Przeszedłem do kabiny z natryskiem i rozebrałem się do naga. Nie wiem jak długo woda spływała po zmęczonym ciele. Para zasnuwała kabinę, a ja siedziałem skulony w kącie i niespiesznie poruszałem palcami stóp. Co miałem zrobić? Jak zapewnić im bezpieczeństwo? Jak ochronić ich przed tym, co spotkaliśmy w bazie? - Dupa - wyszeptałem, strzykając przez zęby strużkami wody. - Znowu dupa. Fakt, nie najlepiej mi się wiodło. Najpierw były ciężkie drugi. Zaczęło się w szkole. Wyszedłem z tego jako zoombie, ale wyszedłem o własnych siłach. Żeby wypełnić pustkę, zarobiłem nieco szmalu i zapłaciłem za montaż gniazda w rdzeniu przedłużonym, w które mogłem wkładać ampułki z holoszlamem. To był odlot. Od razu eksplozja w środku mózgu. Wtykasz ampułę i duuup. Jesteś facet w innym wymiarze. Całe kino płynie unerwieniem do centrali, a z centrali na obwód. Morze holoefektów. Ale odstawiłem też i holo. Nie, nie. Nie przeszło mi. Ja wielbiłem holo. Poprosiła mnie o to dziewczyna imieniem Yinona. Wtedy wydawało się, że kocha mnie bardziej niż ja moje odloty. Zaczopowałem gniazdo platynową szpilką i poprosiłem dziewczynę o rękę. Było nieźle, ale pewnego dnia zastałem ją w naszym łóżku z tym dwuczłonowym fiutem z Vegas. Miałem to gdzieś. Przeprosiłem ich, odczekałem aż skończą, a potem próbowałem wyjaśnić, o co chodzi. Ale Vinona nie chciała ze mną gadać. Zostałem sam. Bez kobiety, bez drugów i bez holoszlamu. Potem było jeszcze gorzej. Zacząłem imać się różnych prac. Łapałem robotę, pakowałem się w tarapaty i odkładałem szmal na lepsze czasy. W końcu przyjęli mnie na frachtowce dla kolonizatorów. Znałem się na wielu drobnych pracach i to ich rajcowało. Mieli kilka etatów za małe pieniądze. Mieli mnie na każde zlecenie. Aż w końcu spuścili mnie z tymi ludźmi na Jomamits III i robiłem teraz za psychiatrę, psychologa, rehabilitanta, pielęgniarkę i cholera wie jeszcze za kogo. A naprawdę byłem tylko nieczynnym narkomanem. I wiedziała o tym każda z moich komórek. Czasem miałem wrażenie, że wyryto na ich powierzchni szpecący tatuaż: HEROINA. -I tego wam, kurwa, nie daruję - wymruczałem, nadstawiając twarz pod strumienie rozpylonej wody. - Nie, że jestem tu z chorymi. Tego, żeście ich na mnie skazali. Złość dodawała trochę napędu. Wstałem, wyjąłem z puszki czystą bieliznę, włożyłem spraną koszulę i wąskie spodnie w jasną kratę. Nie chciało mi się suszyć włosów, więc wsmarowałem w nie garść żelu, a potem rozprowadziłem go szybkimi ruchami dłoni. Dłonie wytarłem w koszulę. Lubiłem jak się błyszczy.

W kabinie panował półmrok. Żaden z chorych jeszcze nie wstał. Nawet depresyjna Baltic, choć zwykle wybudzała się bardzo wcześnie. Nalałem nieco kawy z podręcznego ekspresu i usiadłem przed panoramiczną szybą „Snake'a" w oczekiwaniu na brzask. Miałem nadzieję, że z pierwszymi promieniami tutejszego słońca przyjdą mi ciekawsze pomysły. Pociągnąłem gorący, aromatyczny łyk. Nad podobną kawą kombinowałem w mesie transportowca, jakby zagadnąć żółtoskórą Nazim. Zaledwie tydzień temu. A miałem wrażenie, że to był inny czas, wypełniony zupełnie innymi rolami odgrywanymi przez innych aktorów. Wraz z drugim łykiem przyszedł brzask. Patrzyłem w rubinową kreskę, która nagle zarysowała się w ciemnościach. Niebo nad horyzontem ogarnęła łagodna poświata odcieni fioletów. Dopiero po chwili fiolet zdecydowanie popłynął w górę i stopniowo wypełniał kratownicę niewidocznych dotąd chmur. Z czerni ostrożnie wyłaniała się pajęczyna barw. Nie znajdowałem słów, by je nazwać. Wrażenie potęgował bezruch powietrza; wiatr czekał na inną chwilę, a słońce nadal pozostawało w ukryciu, pozwalając fantazjować na swój temat. Trzeci, wystygły łyk kawy przypomniał mi, gdzie jestem. Oderwałem wzrok od posępnych geometrycznych chmur i spojrzałem na równinę. Gwałtownie zmrużyłem oczy. Odruchowo, zanim jeszcze raz namierzyłem przestrzeń przed „Snake'em", odnalazłem moje polaroidy i wetknąłem je na nos. Stwarzały przyjemny dystans, będąc filtrem pomiędzy mną a postrzeganą rzeczywistością. Nagle poczułem skurcz w głębi krtani. - Co to jest? - syknąłem i zacisnąłem zęby. Nie widziałem wszystkich tych sinych kamieni, które były tam w momencie naszego lądowania. W półmroku rysowały się inne kształty. Kilka z nich mogłem już rozpoznać. Nie miałem wątpliwości, że patrzę na nieruchome kształty budowli. Zaczynały się nie dalej jak dwadzieścia metrów od kapsuły i rozciągały bez końca w różne strony. Szybko podrasowałem ostrość polaroidów. W panoramicznym kadrze, oślepiony mnogością wrażeń, odnalazłem nową formułę Jomamits III. - Masa... - wyszeptałem. - Dlaczego skaner mnie nie ostrzegł? Kontrolka skaningu masy pobłyskiwała spokojną zielenią. Uderzyłem palcami w klawiaturę centralnego. - Co się dzieje? - spytałem głosem przypominającym trzask kraszonego żelazem lodu. - Przed nami rozciąga się całe miasto, a ty milczysz niczym grób, ośle jeden. - Nie rozumiem. - Naprowadź mi na szybę obraz z twoich kamer. Kierunek: opuszczona baza Ziemian. Tylko tyle.

Zajęło mu to mniej niż mrugnięcie oka. Bezpośredni przekaz cyfrowych kamer na wprost mojej obolałej z przerażenia głowy. Zgadzało się. Holoobraz byt identyczny z tym, co widziałem przed chwilą. Bardziej wyraźny, zyskujący na głębi i barwach, ale ten sam. Taki sam. - Nie mogę, kurde... Setki masywnych wież, każda z czterema znieruchomiałymi łopatami u szczytu. Nie myliłem się. Na powierzchni Jomamits III wyrosły wiatraki. Jasna cholera, znałem je ze starych fotek. Znałem z EUROskansenu. Znałem z bajek. Białe, okraszone gdzieniegdzie czerwoną cegłą wiatraki, wyrastające w kratownicę fioletowego nieba. - Daj bliżej - szczeknąłem. W zbliżeniu było jeszcze gorzej. Pomiędzy pradawnymi młynami rozciągały się liny, a wśród tych lin, wśród całej tej gmatwaniny stalowych sznurów, wisiały puste łóżka. Metalowe szkielety łóżek. Nie wiem, ile ich tam było, ale sprawiały posępne wrażenie. Napowietrzny świat pryczy, rozciągnięty pomiędzy umarłymi wiatrakami. - Pytanie: Dlaczego nie sygnalizujesz zmiany masy wokół „Happy Snake'a"? Wczoraj nie było tu tej dekoracji. Procesor nie wahał się: - Zmiana nie polega na zmianie masy. Nie rejestruję nowych obiektów. Parametry są identyczne z rejestrowanymi po lądowaniu kapsuły ratowniczej. Sprecyzuj pytanie. Którą dekorację masz na myśli? Przygryzłem wargę, aż w ustach rozszedł się metaliczny posmak krwi. - Te wiatraki. Mam na myśli stado wiatraków i łóżka zawieszone pomiędzy nimi. Czy tak wyglądała przestrzeń wokół „Snake'a", kiedy osiedliśmy na tej cholernej planecie? -Tak. Przystąpiłem do pukania w siekacze, wargi należy oszczędzać. - Nie uznaję twojej odpowiedzi za prawdziwą. Jak to możliwe, że nie zauważyłem wszystkiego wcześniej? - Nie potrafię odpowiedzieć w oczekiwany przez ciebie sposób. Chrząknąłem uspokajająco: - Powtarzam: wykluczam możliwość, że jakimś cudem poprzednio nie zauważyłem tych obiektów. Sugerujesz może moją pomyłkę? Kilka sekund zwłoki. Pocił się, skubaniec jeden. Po swojemu.

- Nie sugeruję. Wykonałem właśnie procedurę autodiagnozy. Nie znalazłem uszkodzeń w moich systemach. Masa i obiekty były tu w chwili naszego lądowania. Nie potrafię odpowiedzieć inaczej. Czy mogę dokonać twojej diagnostyki? Pat. Centralny nie rozumiał mnie, a ja nie rozumiałem centralnego. To pierwsze było rzadkie, to drugie zdarzało się często. Uznałem, że dalsza współpraca może być bezcelowa, jeśli nie pójdę za jego sugestią. - Dobrze. Możesz mnie zdiagnozować. Co mam zrobić? - Włóż hełm nawigatora. Ma odpowiednie końcówki. Proponuję skaning mózgu i koncentrację na emisji dopaminy w obszarach mezolimbia. Hełm miałem w zasięgu ręki. Od razu wykonałem polecenie centralnego. Spieszyłem się, bo coraz bardziej się obawiałem, że obudzą się pozostali. Nie byłem na to przygotowany. Tego tylko brakowało, żebym się musiał tłumaczyć z wiatraków i łóżek. -I co? Zajęło mu to z osiem sekund. Stwierdziłem z zadowoleniem, że diagnozował mnie dłużej niż siebie. - Bez nowych patologii. Struktura mózgu zachowana, emisja neuroprzekaźników charakterystyczna dla mężczyzny Rizzald D'Artio. - To ja. - Z ulgą zdjąłem hełm. - Nie wiem, co prawda, jakie to stare patologie namierzyłeś w mojej łepetynie, ale niech ci będzie. Fiolet zamienił się w granat i widać było jak kratownice chmur rozświetla czerwona wschodząca kula. Szczyty łopat na wiatrakach zalśniły karminową poświatą. Zdawało się, że pręty wiszących łóżek podgrzano niewidzialnym palnikiem; opalizowały na granatowym tle obrazem tak hipnotycznym, że musiałem opuścić wzrok. - Połącz się z centralnym bazy Ziemian - poleciłem. – Jeśli uznasz, że to nie on, natychmiast przerwij połączenie. Czy dokładnie zrozumiałeś moje słowa? - Mam przerwać połączenie, jeśli uznam, że coś zakłóca kontakt z procesorem bazy na Jomamits III. - Dokładnie. Przełknąłem wystygłą kawę i nalałem świeżej. Nie skończyłem jej pić, a połączenie było już otwarte. - Standard - usłyszałem wyjaśnienie mojego procesora. - Komunikacja werbalna zachowana. Cyfrowa również. Czy chcesz kontynuować? -Tak. - Proszę mówić.

Przełknąłem ślinę. - Mówi dowódca kapsuły ratunkowej „Happy Snake" - walnąłem prosto z mostu. Czy potrafisz odpowiedzieć, co żywego lub martwego wykopały twoje roboty przemysłowe? - Nie potrafię tego precyzyjnie nazwać. - Głos tamtego byt niższy od naszego procesora. - Nie musi być precyzyjnie. Jakie masz hipotezy? - Prawdopodobne jest, że roboty przemysłowe wykopały szczątki organizmów. Prawdopodobne jest, że roboty przemysłowe wykopały szczątki jednego organizmu. Prawdopodobne jest, że roboty przemysłowe wykopały żywą istotę lub żywe istoty. Prawdopodobne jest, że roboty przemysłowe wykopały ludzi. Prawdopodobne jest, że... - Dosyć - uciąłem tę cholerną paplaninę. Z pomieszczeń mieszkalnych dobiegł oczekiwany dźwięk. Depresyjna Baltic. Odgadłem w myślach, że ona będzie tu pierwsza. Hm. Wróciłem do kombinowania. - Dwa pytania. Czy zarejestrowałeś tu znaczące wahania masy? – W przypływie emocji zacząłem się lekko jąkać. - Mam na myśli te obiekty wokół naszej kapsuły i jak się zdaje wokół twojej bazy. - Tak. Pojawiły się takie wahania. Uznaję, iż celowe jest poszerzenie tej odpowiedzi. Był to moment waszego wejścia w atmosferę Jomamits III. Czas ziemski. Skinąłem głową. Szelest z tyłu powtórzył się. - Pytanie drugie. Czy przekazałeś satelicie informację o obiektach, które wykopały androidy? Czy ta wiadomość poszła dalej? - Informacja zastrzeżona. Podaj kod „Easylmagines". Nie znałem żadnego cholernego kodu. O co mu szło, do diabła? Miał odpowiadać na pytania człowieka, a nie srać mi o kodach. - Nie znam tego kodu. - Przepraszam. Dane niedostępne. Informacja zastrzeżona. Ponownie zapatrzyłem się w krwawo połyskujące szkielety łóżek. Choć nad równiną pomykał już lekki wiatr, pozostawały nieruchome, podobnie jak skrzydła wiatraków. Były wyraźniejsze niż przed chwilą. Nie mogły być iluzją. W najbliższych spostrzegłem wiele drobnych szczegółów: potrzaskane fasady tuż przy ziemi, świeże bielmo taniej farby, rdzawy mech porastający ocienione ściany. Wyglądało, jakby te wiatraki tkwiły tu od zawsze. Ale procesor z bazy twierdził inaczej. Dla niego były jak noworodki. Szelest zbliżał się korytarzem pomiędzy kabinami a łazienką. Ściszyłem głos i ponownie nawiązałem kontakt z tamtym komputerem.

- Kiedy wykopaliście te istoty? Bez wyliczania sekund, proszę. - Osiem miesięcy, dwanaście dni, dwie godziny, sześć minut wstecz. Czas ziemski. Tego nie przewidziałem. Podejrzewałem, że to raczej świeża sprawa. Ponad pół roku temu? I on nie może mi powiedzieć, czy ktoś poza planetą o tym wie? Czy satelita był już wtedy uszkodzony? Ostatnią myśl powtórzyłem na głos. - Satelita komunikacyjny uległ uszkodzeniu z chwilą waszego wejścia w atmosferę Jomamits III. - Aha. Więc to my zepsuliśmy łobuza - mruknąłem ponuro. - Nasze wejście w atmosferę było iście spektakularne. No, no, brachu. - Bez odpowiedzi. - Jasne - pociągnąłem kawy. - Może od razu powiedz mi, czy zaszły tu jeszcze jakieś poważne zmiany z chwilą naszego wejścia w atmosferę. Przez poważne rozumiem takie, które łączą się ze zmianą masy, czy też zmianą, która zaszła w waszych wykopaliskach. Procesor bazy odczekał kilka sekund: -Jes... - Przerwałem połączenie zgodnie z rozkazem - włączył się nieoczekiwany głos mojego centralnego. Z trudem odstawiłem pusty kubek na wyciągniętą łapę ekspresu. - Co się stało? - Parametry procesora Vui 2 uległy zakłóceniu. Ktoś inny nadawał ostatnią wiadomość. Dźwięk za moimi plecami przybrał na sile. Pewnie Baltic opuściła już kabinę prysznicową. Nie zdążę im tego wyjaśnić. A nie mogę tego przed nimi ukryć. Takie są prawa rozbitków. Muszę ich szanować, jak tylko potrafię. - Czy możesz ją odtworzyć? -jeszcze bardziej ściszyłem głos. - Tak. Zapis cyfrowy, zbieżność z nadawcą: 100 %. Przekaz brzmi: „Jestem tu". Niski ochrypły głos. Głębszy niż z krtani. Jakby z samych trzewi. - „Stoję blisko ciebie. Chcę tylko porozmawiać". Koniec. Ostrożnie zbliżyłem kubek z kawą do ust i mozolnie obserwowałem piankę zbierającą się u jego szczytu. Potem wykonałem kilka innych czynności, każdą powoli, tępo i bez celu. Ten szelest z tyłu. To nie była depresyjna Baltic. To nie byt dźwięk z kabiny natryskowej. Nie był to też szelest jej gumowych butów. Odwróciłem się, zdejmując polaroidy.

W rozbłysku halogenowego światła, które uderzyło w moje oczy, złapałem jeszcze obraz nagiej, krótko ostrzyżonej kobiety i jej bosych stóp, wokół których zbierały się strużki oleistej cieczy. Stała tuż za włazem, w sterowni „Happy Snake'a", odległa o jakieś cztery metry. Katatoniczna Nina. Przyszła do mnie. Struga wrzącej kawy przyjemnie ogrzała lód w moich udach. Potem odleciałem na dobre.

Wróciłem szybko. Nie było żadnych snów, nie było feerii kolorów pod zaciśniętymi powiekami. Czułem tylko ból kąsający uda i toporny, miarowy łomot serca. Nadal ściskałem plastykowy kubek. Nina stała obok. Naga, jak ją pan Bóg stworzył. Z ciała sterczały resztki instalacji rehabilitacyjnej, blada skóra ociekała wilgocią. Widziałem także jej ciemne, głęboko osadzone oczy, a w nich coś, czego nie potrafiłem dostrzec tam wcześniej. - Wstawaj - usłyszałem piskliwy głos. - Co się dzieje, chłopie? Masz jakiś odlot? Zlałeś się w gacie, czy jak? Zmrużyłem oczy. To nie była Nina. Coś mi przeskoczyło na synapsach i pogubiłem się na dobre. - Nie zlałem się - odpowiedziałem powoli. - Ale kto wie, co będzie dalej... - Jezu. Same problemy z tym człowiekiem. - Piskliwy głos rozbudował się wreszcie w kształt właściciela. Najpierw dostrzegłem ochłap poskręcanych jelit, potem były wypukłe tatuaże na grubej szyi, aż wreszcie objawiła mi się pomarańczowooka twarz z delikatnym, narcystycznym wąsem i bezczelnie wygiętym w górę hakiem na podbródku. Trudno go było nie poznać, ale wobec ostatnich zdarzeń wolałem się upewnić. - To ty, Mullen? - Skandal - zasapał teatralnie i załamał ręce jak przekupka na straganie z chipami. Lata pracowałem nad powłoką, żeby mnie nie mylono z innymi, a ta posikana kupa miecha pyta, czy to ja. Usiadłem i tępo wpatrzyłem się w gumowe końce moich pokładowych butów. - Sorry, nie chciałem cię urazić... Która godzina? - Przed ósmą. Słońce świeci jak zawsze, niebo klarowne niczym łza. Spokój. Może ten diabeł z bazy nie zamierza nas atakować. Śnił mi się, cholera. Tej nocy do mnie gadał. Chciałem wstać, ale ból w udach zmusił mnie do kapitulacji.

-Czy tam, na zewnątrz... - zapytałem powoli. - ... Czy tam stoją... Takie wiatraki? Duże, białe wiatraki? Mullen pochylił się nade mną. Jelita umknęły z monitora, a zalśniły naczynia wątroby. Musiałem go rozbawić. - Nie. Nie ma tam żadnych wiatraków. Wszystko ci się pochrzaniło, chłopie. Nie przejmuj się. Leczyli mnie zawodowcy i zyskałem już dystans do zaburzeń psychicznych. Zdarza się. Palec boży wskazał teraz ciebie. Kolorowe folie na jego nogach oddaliły się w kąt. Zajął ulubioną pozycję na fotelu przy ścianie, ujął w dłoń przygotowane na talerzyku suchary i podłączył się pod przewód z zasilacza. Wydawało się, że zapomniał o mnie, o moich pytaniach i o wszystkim, co mnie akurat wydawało się najbardziej interesujące. Zacisnąłem zęby i przyjąłem wreszcie pozycję siedzącą. Na podłodze leżały moje polaroidy, ale nie miałem siły się po nie schylać. Do salki szpitalnej dotarłem na sztywnych nogach. Usiadłem w fotelu zabiegowym i zasunąłem nad głową kopułę diagnostyczną. Powiedziałem, że oparzyła mnie wrząca kawa i że to cholernie boli. Zanim znowu odpłynąłem w ciemność, zdążyłem pomyśleć, że może bezpowrotnie tracę ulubioną koszulę i spodnie. Medyk ciął jak popadnie. Łagodniał dopiero w kontakcie z moją skórą.

Wieczorem,

tego samego dnia, byłem na chodzie. Obie nogi otaczał pas

biologicznego opatrunku. Nie wiem, co zrobił medyk, ale skóra na udach przestała boleć. W głowie nadal panował zamęt. Zostawiłem podopiecznych bez żadnego wsparcia. Nie miałem pojęcia, co się stało nad ranem. Nie wiedziałem, czy wspomnienie mówiącej do mnie Niny było iluzją, czy też zdarzyło się naprawdę. -Trzeba to uporządkować - mruczałem, zakładając pocięte spodnie. - Zebrać w logiczną całość. W popłochu opuściłem salę medyczną i udałem się w poszukiwanie pacjentów. Odnalazłem ich w pomieszczeniu jadalnym i odetchnąłem z ulgą. Siedzieli przy stole i grali w karty. Rozdawał Mullen, Baltic garbiła się, trzymając w dłoni kubek z parującą herbatą, a Qinson cmokał, obserwując w skupieniu mrugające lampki w mikrofalach. Usiadłem na wolnym krześle i sięgnąłem po czajniczek z herbatą. - Cześć. -

Cześć

-

wymruczał

Mullen,

zaszczycając

mnie

krótkim

spojrzeniem

pomarańczowych oczu. - Zreperowali cię jak należy? Skinąłem głową i łyknąłem; herbata przyjemnie rozgrzewała.

- Gdzie jest Nina? - spytałem. - Regeneruje się? Mullen skończył rozdawanie kart i skinął głową w stronę Baltic. - Ty mu powiedz. Baltic ostrożnie przycisnęła karty do piersi drobną dłonią. Jej cichy głos nie dawał nadziei. - Nina odeszła. Nie było jej już rano. Nie wiemy, gdzie jest. Zdrętwiałem. To znaczy, że wspomnienia poranka były prawdziwe. Znaczyło to także, że utraciłem kontrolę nad wydarzeniami. A jeśli któremuś z nich cokolwiek się przydarzy, odpowiem za to przed sądem. O sądzie postanowiłem nie myśleć. W tej chwili liczyło się coś innego. - Odeszła - powtórzyłem tępo, patrząc w rozłożone karty Ciekawe, jak zareagują na mój stan chwilowej bezradności. - Mrówki muszą wracać skąd przyszły - powiedział Qinson. - Każda czyni tylko pracę, którą jej wyznaczono. Trzeba się z tym pogodzić, panie doktorze. Zakląłem w myślach. - Co z wami? - zapytałem, wstając z krzesła. - Jak się czujecie? Ale widziałem, że było nieźle. Potrafili zagospodarować czas według własnych pomysłów. Nie panikowali. - Idę do centralnego - powiedziałem. - Muszę się zastanowić, co dalej. Już w przewiązce usłyszałem głos Mullena: - Ja nie wyruszę na poszukiwania katatonicznej Niny. Zapamiętaj to, konstruując nowe, świetliste plany. Machnąłem tylko ręką. W sterowni uruchomiłem centralnego. - Co się stało z Niną? - Opuściła kapsułę, kiedy straciłeś świadomość. Prosiła o przekazanie ci wiadomości. -Jakiej? - Zapis z siódmej dziesięć. Cytuję: „Nawiąż kontakt. Nawiąż ze mną kontakt, zanim będzie za późno". Koniec przekazu. Postukałem w zęby palcami. Niby co? Miałem nawiązywać kontakt z wykopanym z ziemi stworem? Po jaką cholerę? - Co się stało z obiektami, o które wypytywałem cię rano? - Nie rozumiem pytania. Miałem szczerą ochotę pochwycić go za ucho i wyszarpać jak się patrzy. Szczęśliwie widok fioletowych kamoli na równinie powoli przywracał mi spokój. -Wiatraki i łóżka - powiedziałem ciszej. - Co się z nimi stało?

- Sytuacja nie uległa zmianie. Masa wokół kapsuły jest stabilna. Dokładnie sprecyzuj następne pytanie, proszę. Co tu precyzować. Uznałem, że należy zmienić temat: - Czy mamy łączność z procesorem bazy? - Bez zakłóceń. Czy chcesz rozma... - Nie - uciąłem ostro. Postanowiłem poczekać. Jeśli mam ponownie skonfrontować się z Obcym, muszę wiedzieć, o co idzie. Potrzebny mi zborny plan. Plan dla Obcego i dla moich podopiecznych. Muszę też odzyskać Ninę. Cokolwiek się z nią stało, muszę ją znaleźć i umieścić w kriofagu. Nawet jeśli to ona nawiązała z tym czymś kontakt. Potem będą się martwić inni. Służby specjalne, jajogłowi i cała cholerna ekipa pracująca za duże pieniądze wśród epoksydowych biurek wieżowców korporacji. - Czy wiesz, dokąd udała się Nina? - Dotarła do bazy. Nie zarejestrowałem jej ruchów poza tamtym obszarem. Prawdopodobnie przebywa wewnątrz bazy. Już prawie klepałem się po udach, ale nagle przypomniałem sobie o opatrunkach i kawie. Moje myśli zyskają na klarowności po kolejnym kubku podrasowanej kawy. Jeśli Nina dotarła do Obcego, to naprawdę weszła z nim w kontakt. Dlaczego właśnie ona? Zaraz, zaraz... Te patykowate stwory... Miała z nimi bezpośrednią styczność. Oblazły ją jak muchy i widać nie uczyniły tego bezcelowo. Obcy pozostał w bazie, nieruchawy, zdechły niemalże. Co innego wykonało robotę. Komunikuje się przez pośredników, którzy realizują jego zamierzenia? Olśnienie przyszło nagle. -Mrówki... „Każda czyni tylko pracę, którą jej wyznaczono...". Jak rany... Oinson wie. Oinson wiedział już wcześniej. Pulsowanie w skroniach stało się nieznośne. Czułem, że i kofeina nie za wiele tu zdziała. Koniec. Nie dzisiaj. Muszę to przespać, zyskać dystans. Inaczej wszystko pójdzie w cholerę. - Gdyby coś zakłóciło twój kontakt z centralnym z bazy, nagrywaj to. Rejestruj ruch w tamtej okolicy. Jeśli uznasz, że Nina opuszcza teren, obudź mnie. W innych przypadkach przedwczesne budzenie potraktuję jako gwałt na mojej osobie. Jasne? - Tak. Przyjąłem polecenie.

Poklepałem obudowę konsoli i z trudem wstałem z fotela. Moja milcząca trójka siedziała przy stole z rozsypanymi kartami wśród kilkunastu kubeczków z niedopitą herbatą. - Idę spać, kochani - powiedziałem półgłosem. - Jutro postanowię, co dalej. Baltic pokiwała głową, Oinson pozostał obojętny, a Mullen zmrużył powieki i odpowiedział śpiewnie: - Tylko pamiętaj. Wielki Twórco Planów. Nie ruszę się nawet na metr poza przestrzeń „Snake'a". -Jasne. W kabinie od razu opadłem na łóżko. Sny zdołały wyprzedzić kolejne z rodzących się pomysłów. Na moje szczęście.

O budziłem się przed czwartą nad ranem. Czułem wściekły głód. Od kilkunastu godzin nie miałem nic w ustach. Wcześniej środki znieczulające pomogły mi zapomnieć o żołądku, ale teraz grzmiał niczym szwadron piechoty domagający się spóźnionego śniadania. Uzupełniłem potrzeby ciała, przebrałem się w nową koszulę z dużym wiśniowym kołnierzykiem i srebrnymi guzikami pod szyją. Z uwagi na opatrunek włożyłem luźne, pokładowe spodnie. Z żelu do włosów zrezygnowałem, uznałem go za pechowy. - No - wysapałem do kriofagów. - Zaczynamy od nowa. Odpowiedziały mi cichym szmerem klimatyzacji i miarowym postukiwaniem detektora masy. Na zewnątrz panowały ciemności, a z odczytu kamer wynikało, że tego poranka nie ma tam ani wiatraków, ani metalowych łóżek. Widać było niewyraźne sierpy obu księżyców nad Jomamits III, a blade światło pełgało pośród kamieni rozrzuconych na równinie. Piękny, bezwietrzny przedświt. Nic tylko wyjść na spacer z papieroskiem w ustach. - Do roboty, brachu - wymruczałem, zajmując wygodną pozycję przed centralnym. Połącz mnie z procesorem bazy. - Czy stosować się do wcześniejszego polecenia przerwania kontaktu w razie zakłócenia sygnału? Zagryzłem wargi i dla animuszu wypuściłem z płuc powietrze. - Nie. Polecenie jest nieaktualne. - Zgłasza się procesor bazy Omara. - Mówi Rizzald D'Artio, dowódca kapsuły ratunkowej „Happy Snake". Pytanie: czy odnotowałeś obecność trzydziestosiedmioletniej kobiety na swoim terenie? -Tak.

- Gdzie jest teraz? - Przebywa w pomieszczeniu dla androidów przemysłowych. Stoi. Od czasu kiedy tam weszła, nie wykonała żadnego ruchu. Nie przyjmuje posiłków ani płynów. Co dwie godziny wysyłam do niej robota kuchennego, zgodnie z procedurą opieki nad chorymi ludźmi. Bez skutku. - Zapakuj ją na wózek i podwieź do naszej kapsuły. - Sprzeciw. Nie mogę stosować przymusu, biernego ani czynnego, wobec ludzi. Nie mogę też wykonać twojego polecenia, ponieważ ingeruje on w pierwszorzędowe zasady mojego oprogramowania. -A niech cię... Komplikacje. Jeśli Nina nie przyjmuje płynów, wkrótce się odwodni i nikt nie zdoła jej pomóc. Nadal jest w katatonii. Dlaczego? Co się dzieje? Czy to tylko impuls spowodował jej krótkotrwałe ożywienie, czy też stało się co innego? - Potrafisz powiedzieć, kto wykorzystuje to połączenie i wchodzi ze mną w kontakt? - Tak. Nazywa się Raultric. Jest istotą, którą wykopaliśmy z planety. Żyje, ale obawia się, że wkrótce umrze. Prosi cię o pomoc. Przełknąłem ślinę.

- Czy możesz mnie z nim połączyć? Chcę rozmawiać z tą istotą.

- Nie teraz. Powiedziałem: Raultric jest zmęczony. Musiałby podejść do mojego komunikatora. Raultric leży pod zbiornikami z azotem, pięć metrów i osiemnaście centymetrów stąd. Wykonuje powolne, monotonne ruchy, podobne do tych, kiedy jeszcze umiał pełzać. Ale teraz nie potrafi ruszyć się z miejsca. Nie wydaje też żadnych dźwięków. - Pomóż mu - powiedziałem, zanim zyskałem właściwy krytycyzm. - Niech androidy podprowadzą go do mikrofonu. - Nie mogę. Prawo zabrania mi podejmowania tego typu inicjatyw. Nie znam tej istoty. Ująłem w palce maleńką latarkę do badania źrenic. - Nie podejmujesz żadnej inicjatywy - powiedziałem twardym głosem. - Po prostu zrób, co ci każę, do cholery. Podprowadź go do miejsca, z którego będzie mógł nawiązać ze mną kontakt. Albo inaczej. Wyślij mu przenośny zestaw komunikacyjny. - Dobrze. Realizuję twoje polecenie. O mało co nie zacząłem sobie świecić po oczach w oczekiwaniu na efekty. A może to tylko pułapka? Może to coś chce mnie podejść, jak kiedyś podchodzili mnie ludzie z opieki... - Zestaw jest już w bezpośredniej bliskości istoty Raultric. Możesz mówić. Pokiwałem głową.

- Kim jesteś? - zapytałem powoli. - Raultric... Nazywam się Raultric - ten sam co wtedy, szorstki, ochrypły głos deformujący końcówki, lecz bez żadnego akcentu. - Jak mogę ci pomóc? -Przybądź... Daj się poznać... Pomóż mi. Mrówkom. Mrówki... Mogą. Nas. Komunik. Ować. Czas. Skąpy. Mały. Krrr. Utki. Mówił coraz wolniej, coraz bardziej tępo i ochryple. - Dlaczego przywołałeś Ninę? Jest chora. Może umrzeć. Cisza. A potem: - Są. Ma. Przyszzzzz. La. Jamo. Ge. Pomóc. Pomóc. Po. Pppp. Szelest oddechu. Znowu cisza. Przeciągająca się, kąsająca kosteczki słuchowe, beznadziejna, jałowa cisza. Musiałem podjąć jakąś decyzję. Jakąkolwiek. - Do procesora bazy - powiedziałem powoli. - Jakie są szansę usunięcia awarii systemów przekazywania obrazów? - Nie potrafię jej usunąć. Nie znam też dokładnej przyczyny awarii. Źle. Bezpieczniej byłoby obejrzeć to wszystko z „Happy Snake'a", przy filiżance dobrej kawy i ciepełku tennoregulacyjnego fotela. - Czy istnieje bezpośrednie zagrożenie napaści Obcego na kogoś z nas? - Kolejne pytanie nie miało sensu; grałem na czas, bijąc się z wątpliwościami. - Nie mogę potwierdzić ani zanegować. Do tej pory Raultric nie poczynił kroków, które mogłyby komukolwiek zaszkodzić. W mojej ocenie nie jest agresywny. Wydaje się być tym, co kiedyś na Ziemi nazwano alienryną. Jest uformowany z tej substancji. Bez bezpośredniego zagrożenia biologicznego. Zarazem istnieje prawdopodobieństwo, iż zgodnie z definicją alienryny może być jednak inwazyjny dla ludzkiej psychiki. Powtarzam: zbyt mało danych. Wiedziałem, że to nie jego wina, że kręci. - Dobrze, dobrze. Pierdoły mi tu wciskasz... Zrobimy tak. Przygotuj się na wizytę. Będę tam do dwóch godzin od teraz. Gdyby cokolwiek stało się z Niną, z tą kobietą w magazynie dla androidów, natychmiast informuj procesor mojej kapsuły. Czy zrozumiałeś? -Tak. Poczułem ulgę. Przynajmniej na coś się zdecydowałem. Wygodniej rozparłem się w fotelu, próbując opanować chaos w łepetynie. Priorytetem jest ratowanie Niny. Na drugim miejscu ulokowałem bezpieczeństwo aktywnych spośród pacjentów. Potem stabilność tych w kriofagach. Na końcu plasował się mój własny tyłek. A wyszło na to, że właśnie ja narażę się

na pewne ryzyko. Z drugiej strony, jeśli mnie coś się stanie, oni wszyscy będą zagrożeni. Pozostawię ich bez opieki na Bóg wie jak długo. Mogą sobie nie poradzić. - Nie potrafię spać - usłyszałem z tyłu piskliwy głos. – Wiercę się w łóżku, kombinuję jak koń pod górę i nic. Coś takiego. Sam Vernon Mullen zaszczycił mnie obecnością skoro świt piętnaście po piątej. Rzeczywiście się przejął. Nie pasowało to do cech jego osobowości, ale widać zniknięcie Niny i Mullena chwyciło za gardło. Stał w białych, szerokich szortach narzuconych na zwoje taśmy otaczającej nogi, z wygasłym monitorem i bezradnym grymasem na zniekształconej twarzy. Aż miałem ochotę zrobić mu fotkę. - Siadaj - wymruczałem przyjaźnie. - Powiem ci, co postanowiłem. Uformowane w szpice włosy poruszyły się w geście niemocy, a ich właściciel zajął miejsce w fotelu obok. Złączył nogi, na brzuchu splótł spiralne pazury i przekrzywił głowę, pozwalając opaść powiekom na pomarańczowe oczy. Hakowaty podbródek bezradnie wycelował w ścianę. Nie byłem pewien, ale wydawało mi się, że Mullen niewieściał. Miewał czasami problemy z identyfikacją płciową, choć osobiście nie dane mi było tego obserwować. Zrozumiałem, że jeśli jeszcze bardziej będzie się zamartwiał, wkrótce zacznie mnie uwodzić. Wolałbym nie dopuścić do takiej sytuacji. Podałem mu kubek z kawą. - Nie martw się, chłopie. Pójdę sam. Ty zostaniesz w kapsule i będziesz miał oko na depresyjną Baltic i na Qinsona. Procesor zajmie się resztą. A gdyby... - Gdzie pójdziesz? - przerwał; pomarańczowe oczy strzeliły niczym reflektory wozu bojowego. - Do tej bazy - wymruczałem spokojnie. - Pójdę tam, zabiorę Ninę i wrócę na popołudniowe zajęcia rehabilitacyjne. Macie trochę czasu na zbijanie bąków. Potem realizujemy plan dnia. Bezlitosna aktywizacja... - Gdzie ty się wybierasz, mój drogi? - Jego oczy zrezygnowały z agresji; teraz wypełniała je troska. - Czy to aby bezpieczne? Czy sprostasz wyzwaniu? Kurwa mać, pomyślałem nerwowo. To się zaczęło. Już się do mnie dobiera. - Eeee - machnąłem ręką, unikając jego spojrzenia. - Taki tam spacerek, Vernon. Ten Obcy zdycha. Nie jest groźny, rozumiesz. Założył nogę na nogę i zatrzepotał powiekami. Przypominał popsutego androidadziwkę. Choć wcześniej nie wyglądał wiele lepiej, wolałem go, jakim był wtedy.

- Dobra. Na mnie czas, Mullen. Muszę pomóc Ninie. – Wstałem z fotela. - Nie mogę jej tak zostawić. Już nie patrzyłem w jego stronę. Wolałem obserwować płytę najbliższego kriofagu. Mgiełka szronu na jego powierzchni studziła niespokojne emocje, które znowu rozpierzchły się pod moim twardym czerepem. Poza tym bałem się jak diabli. Trząsłem dupskiem niczym królik, nad którym stanął wygłodzony lis.

O

wpół do ósmej, wśród kropel deszczu i odblasków wilgoci na fioletowych

kamieniach, dotarłem do placu bazy Omara. Chociaż noc wydawała się pogodna, deszcz rozpoczął się jeszcze przed świtem. Niebo miało barwę zmiażdżonej brudnym butem skórki pomarańczy, a powietrze wypełniło się rojem niewielkich owadów, polatujących to tu, to tam z cichym buczeniem. Strumyki wody szybko wypełniły przestrzenie między kamieniami. Człapałem wśród nich niczym czołg, z chrzęstem i pluskiem, starając się nie deptać stworzonek, które pływały w płytkim nurcie, żwawo przebierając odnóżami. Deszcz wprowadzał tu więc pewne ożywienie. Miast spadku aktywności, fauna uruchamiała się w czasie kiepskiej pogody. Gdzie tylko spojrzałem, coś pełzało, skakało lub biegło. Cokolwiek o tym powiedzieć, czułem się raźniej. Choć nie do każdego stosuje się ta reguła, ja osobiście dobrze czułem się w tłumie. Tylko skąd, do cholery, wzięło się całe to bractwo. - To ja - powiedziałem do czujnika na ogrodzeniu. – Rizzald D'Artio, dowódca „Happy Snake'a". Nie zważając, co będzie dalej, przeskoczyłem szeroki strumyk i już z trudem łapałem równowagę na chodniku prowadzącym do sterowni bazy Omara. Bez przeszkód dotarłem do drzwi, które uchyliły się, gdy tylko wysunąłem rękę w ich stronę. W środku zdjąłem pelerynkę, oczyściłem wilgotną powierzchnię staromodnych okularów i strząsając krople wody z włosów, ruszyłem dalej. Tunel kończył się sterownią. Tak przynajmniej to zapamiętałem. Oświetlenie korytarza było jasne, nawierzchnia gładka, ale mnie to nie zwiodło. Czuć było ruch powietrza, a zapach, który wpadał w nozdrza, przywoływał wspomnienie magazynu odpadów w transportowcu „Easylmagines". Coś postukiwało w przewodach ciągnących się wzdłuż stropu, czasem słychać było głośniejsze trzaski dobiegające z głębi stacji. - Cześć, Obcy - powiedziałem pod nosem. - Jak się masz. Co słychać... Tak w ogóle i w szczególe... No, wiesz. Jak leci?

Nie wiedziałem, jak przemówić do stwora. Od czasów kiedy na Ziemię upadł kawał martwego Obcego, zwany El Raque l, ludzie nie zdołali nawiązać kontaktu z rasami inteligentnymi. Gdziekolwiek lądowaliśmy były, owszem, mizerne ślady jakichś ruin, grobów, urządzeń. Ale nic, co by zagadało jak należy. - Jako pionier uznaję więc swoje prawo do improwizacji. - Pokrzepiony tą myślą stanąłem w progu sterowni. - Nie mogą mnie oskarżyć o złamanie procedury, bo nie ma tu stosownych przepisów. To coś leżało jakieś osiem metrów dalej pod stertą srebrnych, owalnych przedmiotów. Poza tym nic się nie zmieniło. Kłęby rozrzuconych kabli, poniewierające się skrzynki i osiem guzowatych, opalizujących zielenią sarkofagów. Konsole sterowania mrugały niebieskim światłem, a powierzchnie opancerzonych kratką monitorów pozostawały wygasłe jak za pierwszym razem. Tylko srebrne androidy przemieściły się i stały teraz w okolicy Obcego. Po chwili wahania podszedłem tam i ja. - Dzień dobry - powiedziałem niepewnie, czując suchość w ustach. - Jestem człowiekiem. Reprezentuję rasę człowieczą. Obcy wydawał się inny niż za pierwszym razem. Był bardziej ludzki. Miał proporcjonalny korpus i cztery, bezwładnie rozrzucone kończyny. Gęste włosy, zdające się porastać jego ciało, okazały się starym, narzuconym na barki kocem. Skóra na łysej czaszce marszczyła się, a w niektórych miejscach odłaziła niczym tapeta. Patrząc na wychudzone, żylaste ciało, pomyślałem, że ta istota nie umierała tak sobie. Najwyraźniej toczyła ją choroba lub uległa wypadkowi. Zarazem jednak zmieniała się, wydawała się coraz bardziej człowiecza, jak gdyby kontakt, który nawiązaliśmy, czynił ją ludzką wedle naszych oczekiwań. Formowała się w sposób, który miał jej i nam ułatwić pogłębienie kontaktu. - Słyszysz mnie?... Raultric! Drgnął i poruszył rachitycznymi palcami. Skóra dłoni też się złuszczała i zwisała luźnymi płachetkami. - Po. Mżżżmi - wycharczał niskim głosem. Pokiwałem głową. Wyjąłem z kieszeni spodni przygotowane wcześniej rękawiczki i wetknąłem w nie dłonie. Wolałem unikać bezpośredniego zetknięcia. Nie byłem pewien, czy antybiotyki o szerokim spektrum obejmują zasięgiem obce mikroorganizmy. - Posadzę cię. - Ostrożnie złapałem go gdzieś w okolicy pach i delikatnie uniosłem. Był lekki i bez większych problemów dowlokłem go do najbliższego fotela. Kiedy już siedział, z bezwładnie opartą o podgłówek czaszką, przyjrzałem się uważniej jego twarzy. Miał duże, głęboko zapadnięte oczodoły, spore, odstające uszy o jasnoróżowych, pokrytych

rysunkiem żył małżowinach i zaskakująco żółte zęby wycelowane w moją stronę. Tu i ówdzie widać było resztki owłosienia; miało siworudą barwę i sterczało mu z łba niczym wspomnienie okazałej grzywy. Pragnął chyba otworzyć oczy, lecz nie mógł sprostać nawet temu. Powieki drżały mu, jak błony pławne i kryły wpuklone do wewnątrz oczy. -Jak ci pomóc... Nagła cholera. - Lekko szarpnąłem jego wychudłe, wiotkie ramię. Co mogę dla ciebie zrobić, bracie? -Nina... - wyszeptał nieco wyraźniej. - Ona wie. Wystarczy przestać się bać. Nina wie... Ująłem go pod żebra. Był lekki i nie sprawiło mi problemu przeniesienie go na fotel pomiędzy okratowanymi monitorami. Nie reagował już na żadne bodźce. Z rzadka wydawał ciche sapanie, które napawało mnie ponurymi myślami. Raultric niedobrze rokował. Najwyraźniej umierał. A ja bałem się tak po prostu zabrać go do kapsuły i zamknąć w pomieszczeniu medycznym. Matka Mullena sprawiłaby później, że nie wyszedłbym z pierdla przez osiem lat. - Trudno - wymamrotałem. - Wobec tego przyjdzie mi posiedzieć w pierdlu, ale nie mogę go tak zostawić. Nie wiem czy on Obcy czy człowieczy, w każdym razie z alienryny, i niech mnie diabli, jeśli go tak zostawię. Wpierw jednak musiałem zająć się Niną. Znalazłem ją dwa pomieszczenia dalej, w cieniu płaskich maszyn budowlanych, zaplątaną w zwoje światłowodów. Rzucały na jej skórę biały, halogenowy połysk. Jej nagie ciało opalizowało w ciemności. Wyglądała niczym anioł pochwycony w kadr wirtualnego slajdu. Kiedy podszedłem bliżej, mój prawy but uderzył w jakiś przedmiot. Poczułem zapach gotowanych warzyw. No tak. Posiłki dostarczane przez roboty kuchenne. Trzy pełne miseczki leżały u jej stóp. Wyglądało, że znowu jest w pełnoobjawowej katatonii. Potrzebowała szybkiej pomocy. - Wracamy - delikatnie dotknąłem jej ramienia. - Już czas. Idziemy do domu. Biernie poddała się mojemu naciskowi. Kilka minut później staliśmy pośród deszczu, a nad naszymi głowami zebrała się chmara latających form tutejszego życia. - Mamy parasol, Nina - powiedziałem raźnym głosem. - Jomamits III dba o nasz komfort jak się patrzy. Ubrałem ją w długą pelerynę i ustawiłem temperaturę materiału na dwadzieścia siedem stopni. - Poczekaj tu na mnie. Zaraz jeszcze jednego przyprowadzę. Też jest chory jak diabli, ale w inny sposób niż ty. Podobno się znacie.

Posapując z przejęcia, wróciłem szybko do pomieszczenia, w którym leżał Raultric. Znowu zdał mi się odmieniony. Nie przypominał wcale Obcego. Miał ludzką twarz i wreszcie otworzył oczy. Były obojętne, ale czujne, niebieskie światełko tliło się gdzieś w głębi ich źrenic. Kogoś przypominał. Jakieś oblicze, które znałem wcześniej, które znali niemal wszyscy ludzie. Hm. Nie czas na rozważania. - Chodź, stary - mruknąłem, pakując go na wózek do transportu butli. - Powiększymy liczbę moich podopiecznych. - Pomogłeś mi, człowieku - wyszeptał zupełnie wyraźnie. - Jesteś dobry. Na swój sposób, tak jak na swój sposób dobra jest Nina i ci wszyscy, których zostawiłeś w kapsule. Teraz bardziej was rozumiem. Pokiwałem tylko głową i uruchomiłem silniczek transportera. - Nie wiem, w co się pakuję, ale sumienie każe mi zająć się i tobą. Nie sądzę, żebyś był bardziej kłopotliwy niż pan Mullen, dla przykładu. - Teraz już was rozumiem. - Dotknął mnie swoją wychudzoną ręką i znowu przymknął powieki. Jeśli tak szybko będzie się uczłowieczał, to już wkrótce da się go powierzyć medykowi z kapsuły. Nina stała, jak ją zostawiłem. Otoczona morzem skrzydlatych dziwolągów, wpatrzona przed siebie i bierna niczym rzeźba z modeliny. - No to jesteśmy w komplecie - westchnąłem, stawiając wózek z Obcym obok katatonicznej kobiety. - Zobaczymy, co powie reszta załogi. Mullen zacznie mnie skarżyć, zanim wyjawię, że jestem golcem. No, czas w drogę... Wtedy stało się coś dziwnego. Raultric wstał z wózka do przenoszenia butli i powoli jak lunatyk obrócił się w stronę Niny. Potem pochylił się i objął ją wpół, jak dziecko, które bezwiednie chwyta się spódnicy matki. Poczułem dreszcz przerażenia. To wymykało się spod mojej kontroli. Lęk wdrapał się po kręgosłupie i skosił mnie bezlitośnie. Wąskie, ładne palce Niny bezwiednie dotykały moich dłoni. Stopy drętwo spoczywały w pokładowych butach. Miała otwarte oczy, dostrzegłem w nich niebieskie światełka, te same, które widziałem wcześniej w oczach Raultrica. Czaiły się w zieleni tęczówek, jak dwoje małych wrót ku jasności. Zapraszały moje myśli gdzieś głęboko, tam, gdzie nie mogły dotrzeć słowa ni gesty. Gdzieś w otchłań, w którą bezpowrotnie wpadliśmy, uderzając w powierzchnię Jomamits III. Zrozumiałem, że o to w tym wszystkim szło. Że miałem im pomóc w nawiązaniu kontaktu i obdarzyć obcą istotę ludzkim cierpieniem, żebyśmy wszyscy byli dla niego czytelni jak otwarta, dobrze oświetlona kartka książki.

Chciałem uciec. Wyrwać się w mój odstawiony tylko na chwilę psychodeliczny holoświat, popękany od uderzeń elektrycznych impulsów fantasmagorii, trzasków chipów rozpędzonych w ładowaniu kreacji prosto w rdzeń przedłużony. Chciałem upaść w objęcia holograficznej kochanki z ostatniego katalogu „Easylmagines". Byłem tylko nieczynnym narkomanem. Teraz pamiętała o tym każda najdrobniejsza część mojego ciała. Wszystkie były głodne prochów i holodysków. Ale Nina i Obcy okazali się silniejsi. Wrota w jej oczach rozszerzyły się. Runąłem w dół. Miałem takie szansę z tego uciec, jak kropla śliny w kaskadzie wodospadu. W ostatnim przebłysku światła zrozumiałem, kim naprawdę jest ta istota. I czyją twarz odbudowała dzięki mojej pomocy... Odleciałem, gdzie chciała. Bez słowa protestu, bo nie zdążyłem nawet poruszyć zdrętwiałym ze strachu językiem. Wszak byłem niczym innym, jak tylko wypalonym ludzkim wrakiem.

El Raque 2

Najpierw była alienryna. Myśl ostrożnie rodziła się pod sklepieniem czaszki. Nie pasowała do wspomnień ostatnich dni. Z trudem radziła sobie pośród synaps, w nierzeczywistym świecie stworzonym przez naukowców „Easylmagines". Bał się otworzyć powieki. Chronił się jak tylko potrafił, skulony pośród odpadów dogasającego fantosa. - Jak się nazywasz? - pyta miły kobiecy głos. - ...Rizzald D'Artio - odpowiedziały jego usta. Myśli smagnął ból. Nieprawda - krzyczały. Nazywasz się... - ...Brytus Ravaughan. - Poczuł ulgę, kiedy wypowiedział te słowa. - Kim jesteś? Teraz było już łatwiej. Czuł jak setki, tysiące myśli umykają z ciasnego kąta w mózgu i wyrywają się do wolności. Wracały na stanowiska jak ryby wypuszczone z powrotem do rzeki z zawiązanego na supeł, czarnego plastykowego worka. Nic ich nie mogło powstrzymać. Z każdą sekundą nabierały dawnej swobody. - Jestem więźniem aresztu Ondalee przy Copernicus Ave. - Za co zostałeś skazany? Nie mógł powiedzieć tego, co oczywiste. Z jakiegoś powodu musiał dopuścić do głosu inną wersję, której nie dawał wiary. - Zostałem skazany za zdradę wobec ludzkości, paragraf l artykuł 0. Wyrok jest dożywotni, nie mam praw publicznych, nie mam możliwości apelacji. Jestem zbrodniarzem. - Dlaczego więc pozostajesz tutaj, a nie osadzono cię w więzieniu o zaostrzonym rygorze? Przełknął ślinę. - Ponieważ... Ponieważ dano mi szansę, możliwość ułaskawienia... W zamian wyraziłem zgodę na eksperyment. Zostałem poddany konfrontacji z alienryną, a wcześniej zmieniono mi zapis cech osobowości. - Kto to jest Rizzald D'Artio? - To właśnie ta inna osobowość. Narkoman z zaburzeniami adaptacyjnymi, który kiedyś unieczynnił swój mózg, samobójczo podłączając go do rdzenia megaholo. To nim byłem w ostatnim czasie. To boli. Nie chcę o nim myśleć... Boli mnie głowa. - Gdzie jesteś teraz?

- ...Chyba nadal w areszcie przy Copernicus Ave. Ale nie jestem pewny. Nie potrafię sprecyzować daty. Pamiętam tylko, że zostałem poddany procedurze krio, jeszcze w areszcie. Nie wiem, ile czasu upłynęło od tamtej chwili. - Ile czasu byłeś osadzony? - Siedem lat minęło, kiedy zabrali mnie z dzielnicy Gotilia. Rozprawa sądowa miała miejsce miesiąc później i od tamtej chwili nigdy nie byłem wolny. Nie miałem dostępu do żadnych mediów. Nie wiem, co było dalej. Jeszcze mocniej zacisnął powieki. Wyczuwał jakiś zapach, niepokojący posmak drażnił jego nozdrza, ale nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego wzbudza w nim obawy. - Co teraz czujesz? - Ktoś dotyka mojej prawej ręki... - Było to dziwne, dawno zapomniane wrażenie. - Jesteś pewien? - Zaraz... Nie, to lewa dłoń. Kciuk lewej dłoni. Poczuł, jak narasta w nim panika, ale sygnał z właściwych receptorów przyniósł nieoczekiwaną ulgę. Pomału, ostrożnie, odbudowywał mapę swojego ciała. - Dobrze. A teraz? - Teraz brzuch. Skóra po lewej stronie od pępka. Coś ostrego smagnęło go po stopie. Odruch Babińskiego - zrozumiał, że bada go neurolog. Poczuł też, że paluch stopy bagnetowato wygiął się w górę. Odruch patologiczny. Zepsuli mi mózg, przeklęte dranie. - Źle... - wymruczał przez zaciśnięte zęby. - Nie jest źle - uspokoił go kobiecy głos. - To przejściowe, nie zawsze świadczy o ogniskowym uszkodzeniu ośrodkowego układu nerwowego. Zaburzenia ustąpią w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, po okresie adaptacji właściwej osobowości. Spokojnie, wszystko przebiega zgodnie z procedurą odzysku. To dobrze, pomyślał. Przełknął ślinę. Wracam do życia. Oddali mi prawdę. Kawałek po kawałku, oddają mi moje ciało i wspomnienia. Wracam. - Otwórz oczy. Chcę zobaczyć twoje źrenice. Obawiał się tego polecenia. Ośrodek wzroku najbardziej czule sygnalizował możliwe komplikacje. Strach, iż nie udźwignie rzeczywistych obrazów, uświadomił mu, że musiał długo przebywać we władaniu eksperymentalnego fantosa. Bardzo długo. - Powtarzam polecenie: otwórz oczy, Ravaughan. - Dobrze - wyszeptał i zrobił, co kazano.

Pochylała się nad nim postać w niebieskim, chirurgicznym stroju. Kobieta. Miała ostre rysy i krogulczy nos nad cienkimi, nie pomalowanymi wargami. Oczy przesłaniały jej szkła z wbudowaną mikrooptyką, właściwą dla neurochirurga. Nie tego się spodziewał. Łagodny głos, który słyszał wcześniej, nie pasował do drapieżcy. - Nazywam się Alice Kee i jestem odpowiedzialna za kondycję twojego mózgu. Szybko spenetrowała punktowym światłem dno jego oczu. - Możesz usiąść. Twarz odpłynęła, ukazując powyginane konstrukcje lamp i odległy błękit sufitu. Ravaughan poruszył kończynami i ostrożnie, z trudem łapiąc koordynację, usiadł. Chwilę patrzył na końce bosych stóp, potem omiótł wzrokiem swoje wychudłe nogi, wygolone podbrzusze, aż dotarł do siwych włosów, porastających klatkę piersiową. Wśród nich odnalazł zerwane wspomnienia odklejonych elektrod i małe, trądzikowate zmiany, które utwierdziły go w przekonaniu, że koszmar trwał znaczie dłużej niż te kilka dni w roli Rizzalda D'Artio. Czuł szczypanie w końcu penisa; domyślił się, że to po cewnikowaniu. - Wrócił pan, panie Ravaughan - skomentował sytuację obojętny głos gdzieś z bliska. - Miałem rację, stawiając na pana. Jest pan silny. Ravaughan uniósł głowę. Z trudem przyszło mu wykonać stabilny obrót szyją, a jeszcze trudniej zyskać szybką akomodację oszołomionych soczewek. Obrazy dalszego planu rozmazywały się w feerii barw i minęło kilka minut, zanim zdołał uzyskać poprawną ostrość wzroku. - Tak - powiedział bardziej do siebie niż do kogokolwiek. - Wróciłem. Nie wiem tylko dokąd i po co, pomyślał niespokojnie. Siedział na stole chirurgicznym w dużym, okrągłym pomieszczeniu, pośród potężnych, jasnozielonych roślin o szerokich, rzeźbionych zdawałoby się liściach. Na wprost rozlokowano rząd foteli, ale tylko pięć było zajętych. Drapieżna kobieta stała po jego lewej stronie, wspierając się na masywie wieży monitorowania, a tuż za nią kręciło się dwóch niskich facetów, podobnie jak ona ubranych w niebieskie kombinezony. Słyszał miarowe tykanie swojego tętna w głośniku monitora i nadal czuł niepokojący zapach. - Tak - powtórzył jeszcze ciszej. - Wróciłem. Ten zapach, posmak... Skąd go znam? Nie, to nie z aresztu ani z więzienia. Nazbyt ciepły czy może raczej organiczny... -Wykonałeś dobrą robotę, Ravaughan. - Ten sam obojętny głos. Należał do siedzącego pośrodku mężczyzny. -I ciekaw jestem, jak to zapamiętałeś. Ravaughan zmrużył powieki. Znał tego niedużego faceta w szarym, równo skrojonym ubranku. Choć trudno było o bardziej seryjną twarz bez cech umożliwiających rozpoznanie,

paradoksalnie nie sposób było ją zapomnieć. Ta twarz, którą już gdzieś... Nie tak dawno temu, ledwie... -D. D. Tricular... To przecież pan - powiedział, wpatrując się w oczy szefa korporacji „Easylmagines". -W rzeczy samej. Napłynęły kolejne wspomnienia. Ostatni raz widział go lata temu, w tamtym przeklętym dniu, kiedy wyszli z centrum fantosa - on, stary Speedo i Harry Fritken. Nie. Stary Speedo nie wyszedł. Został na śniegu, zastrzelony jak żmija. Zabili go, kiedy skończył swoje. Nie mogli przecież przyznać, że schizofrenik ocalił świat. Nie, nie. To był tylko kolejny popieprzeniec z zepsutym mózgiem. Odwrócili więc sprawę i spektakularnie obarczyli go odpowiedzialnością za atak fantosa. A Fritken był za słaby, żeby się mocniej angażować. On dawał im tylko emocjonalne paliwo, bo trudno było znaleźć kogoś z bardziej przerysowanym afektem niż Harry. Oddał, co miał i pewnie zostawili go w spokoju. Co innego ja, myślał Ravaughan, tępo wpatrując się w obojętne rysy D. D. Triculara. Ja nie mogłem tak sobie odejść. Oni wiedzieli, że się domyśliłem. Szło o wielką forsę, a D. D. nie mógł pozwolić, żeby jego holozabawki przestały się sprzedawać. Sprawa z fantosami dopiero rozkręciła mu produkcję. I dopiął, czego chciał. Wszem i wobec rozgłosił, że ocalił ludzkość. Kiedy mnie skazywał sąd wojenny, on podpisywał kontrakt z armią EUROpaktu na wyposażenie holo. - Zastanawiam się, o czym myślisz, Ravaughan - rzekł D. D. Tricular, wytrzymując jego spojrzenie. -1 postawiłbym wszystko, co mam, że kombinujesz o forsie, którą zarobiłem na całej tej sprawie z El Raque l. Mam rację? Ravaughan

nie

odpowiedział.

Starał

się

odpędzić

ponure

wspomnienie

zamordowanego Speedo. Ten skurwiel D.D. nie inwestowałby swojego czasu na byle jakie spotkanie. Co ja dla nich właściwie zrobiłem, kiedy wszczepili mi zapis D'Artio? I co mam jeszcze zrobić? - Ale jesteś w błędzie. - Tricular wstał, a wraz z nim wstało czterech pozostałych. Nie o pieniądze idzie w tym wszystkim. - Okay - przytaknął Ravaughan. Czuł, że musi zebrać więcej sił. Na razie nie mógł temu sprostać. Był bezbronny niczym noworodek. - Będziesz poddany pełnej rehabilitacji. - Tricular skinął głową w stronę medyków. Możesz żądać wszystkiego, co ci przyjdzie do głowy. Kiedy zyskasz odpowiednią kondycję, znowu się spotkamy i wtedy wyjaśnię, dlaczego cię potrzebowałem. Chcę, żebyś zrozumiał, o

co w tym wszystkim chodzi. Teraz powiem tylko, że jesteśmy na orbicie Marsa i leżysz w sali medycznej transportowca flagowego „Easylmagines". Do widzenia, panie Ravaughan. Wyszedł pierwszy, a za nim tamtych czterech. Kopuła świateł zjechała spod sufitu i pochyliła się w stronę stołu z Ravaughanem. - Zaczniemy od bodźców skórnych - rozległ się miły głos krogulczej neurochirurg. Zdaje się, że masz tu największe braki. -Ile? -Ile to potrwa? - zajrzała mu w oczy uzbrojonymi szkłami. - Tydzień, jak sądzę. Jeśli nie zajdą komplikacje, po siedmiu dniach będziesz w doskonałej formie psychofizycznej. Pokręcił głową. - Nie, nie. Ile byłem tamtym facetem? Jak długo podawaliście mi alienrynę? Nie spodziewał się szybkiej odpowiedzi, ale otrzymał ją, zanim zwątpił w sens pytań: - Siedemnaście miesięcy. Na powrót zacisnął powieki. Czuł już tylko lęk. Wszechobecny, rządzący każdą komórką strach. Był bezradny.

Pięć dni później czuł się dużo lepiej. Pogodził się już z pękiem przewodów, które oplatały jego ciało i platynowymi elektrodami zanurzonymi w większość dużych mięśni. Zaakceptował je, bo pomagały odbudowywać strukturę obwodowego układu nerwowego. Kłopot sprawiał tylko bioprocesor na skórze czaszki. Dla Ravaughana był niczym kaganiec nałożony przez korporację D.D. Triculara. Mieli tam pełny zapis jego poczynań. Nic nie umykało uwadze rehabilitantów. Poza tym bioprocesor koordynował funkcje całości. Tego dnia Ravaughan dużo pływał w elipsoidalnym basenie, czynił notatki, uzupełniając testy osobowości i wędrował po korytarzach transportowca. Zdążył też rozegrać partię szachów z pielęgniarką, ale nie ukończyli następnej. Doktor Kee ponownie wezwała go do pomieszczenia, w którym się wybudził. Był tam już pięć razy i za każdym razem przechodził katusze. Nie opuszczali żadnego szczegółu, pytania sięgały w coraz głębsze pokłady pamięci; nigdy nie był pewien, czy zaspokaja ich wymagania. Na tym bowiem postanowił się skoncentrować. Chciał uspokoić ich niecierpliwe twarze i udzielać odpowiedzi w oczekiwany sposób. Unikał spięć, czując, że komplikacje mogą go wyeliminować. -Pamiętasz El Raque l? - zapytała neurochirurg i wskazała wibrującą sinusoidę na jednym z otaczających monitorów. - Tak. Dokładnie pamiętam masyw El Raque l i krzewy dzikiej róży, które rosły wokół.

- Dobrze. Co mówi ci ten obraz? Musiał się skupić. Hologram przedstawiał małego chłopaka, który bawił się kamerą przed niskim, biednym domem, pośród cieni zachodzącego słońca i wysokich, dojrzewających mleczy. - To chyba ja - wymruczał, czując ból w okolicach ciemienia. - Przed domem moich rodziców... Tak. To były wakacje po czwartej klasie. Miałem powtarzać czwartą klasę, bo polałem klejem ceramitowym włosy koleżanki... Nazywała się Noobi. Była Koreanką i chciałem ją poderwać... Urwał, bo zmarszczki na twarzy doktor Kee wyostrzyły się, coś niedobrze było z jego odpowiedzią. Przechodził teraz coraz bardziej precyzyjne testy, podczas których towarzyszył im starszy, brodaty psycholog, a także dwie cyberasystentki, które oceniały dane z bioprocesora. - Wszystko się zgadza - wyjaśniła Kee. - Ale to nie twoje wspomnienia. To mały D'Artio i jego dom rodzinny. Zaklął w duchu dopiero, kiedy pokazali inne holo. Stał tam chłopczyk w podobnym wieku, ale otoczenie było odmienne. Dwa kryształowe wieżowce, podłużny kształt limuzyny i para bogatych ludzi, którzy obejmowali się ponad głową malca. - Poznaję. To ja i moi rodzice - powiedział szybko. - Piąta klasa, w tle biurowiec ojca. Pamiętam też spotkanie z jego sekretarką, w windzie na ósmym poziomie, trzy lata później. Zablokowałem mechanizm drzwi i sięgnąłem pod jej kostium. Pamiętam każdy szczegół, są nawet kolory... To było po raz pierwszy, kiedy dotknąłem ciała kobiety. - Zgadza się - pokiwał głową siwy psycholog. - To pańskie wspomnienia. Żywe, zabarwione właściwym afektem. Nie są obwarowane mechanizmami obronnymi. Łatwy dostęp, duża swoboda wypowiedzi. -

Tak

-

potwierdziły

cyberasystentki.

-

Redukcja

parametrów

konfliktu

charakterystyczna dla osobowości alfa. Znowu pokazali mu hologram. Tym razem przedstawiał masyw El Raque l, płonący w deszczu, w kłębach sinego dymu, otoczony setkami pojazdów z mrugającymi kogutami. W tym obrazie też tkwiła jakaś pułapka. - To jest właśnie El Raque l. Lisesia czy może Los Raques, kilka dni przed naszą wyprawą w głębinę fantosa w Gotiii. Był tam nieoczekiwany pożar, który potem powtórzył się i obiekt niemal doszczętnie spłonął. To ostatnie powiedziano mi już w areszcie. Ból wewnątrz czaszki nasilił się. Istniała inna wersja tej odpowiedzi. Mroczna, przepełniona zimnem i łomotem krwi w tętnicach... Misja pośród ciemności galaktyki. Spadał. Eksplodował. Umier...

- Co się dzieje teraz? - Zaburzenie nie uszło uwadze psychologa. - Co pan czuje, Ravaughan? - Mamy odczyt potężnego konfliktu interpsychicznego. - Cyberasystentki waliły palcami po klawiaturach. Sinusoida na monitorze zmieniła kolor i straciła regularność cykli. Pojawiają się parametry trzeciej struktury osobowości. Podobne rejestrowaliśmy już wcześniej, kiedy pacjent odnajdywał się w teście Rorschacha. - Hybryda? - pyta ostro doktor Kee. - Zbyt mało danych - sucho odpowiada asystentka. Psycholog patrzył tylko w jego twarz. -A jak pan to odbiera? - zapytał, ściszając głos. - Boli mnie głowa - Ravaughan bezskutecznie starał się opanować. - Jest jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy opowiadam wam wspomnienia D'Artio. Doktor Kee zerknęła do swojego notebooka. - Mam tu symulacje fuzji osobowości Ravaughana z osobowością D'Artio. To kilkaset najbardziej prawdopodobnych mozajek takiego mikstu. Jeśli doszło do tego procesu, może on być nieodwracalny. Nie uszkodzi cię w sposób znaczący, ale w niektórych sytuacjach może się objawiać. Skinął głową, że rozumie. Nadal pokazywali cholerny masyw. - Kiedy te konflikty się ujawniają... jest pan wobec nich bezradny - dodał psycholog. Do czasu, kiedy nie uda się panu z nimi ostatecznie skonfrontować lub ewentualnie zablokować mechanizmami obronnymi pańskiej psychiki, będzie temu towarzyszył silny lęk. Nie dziwi nas to. Wiesz pan, o czym mówię? Ravaughan skrzywił usta, pokonując ból. Ale wytrzymał spojrzenie psychologa. - Rozumiem, o czym pan mówi. Jeśli doszło do tej fuzji z D'Artio, to oznacza, że jestem zaburzony osobowościowe i będę cierpiał w ten czy inny sposób. Nie ma na to neuroleptyków, bo zaburzenia osobowości nie noszą znamion psychozy. Jeśli jednak wyprę to, o czym pan mówi, stosując patologiczne mechanizmy obronne, dojdzie do odpowiedniej konwersji i tak czy inaczej pojawią się jakieś wredne doznania. Z rzeczy, o które mnie pytacie, akurat edukację psychiatryczną pamiętam nazbyt dobrze. Psycholog przytaknął. Widać było, że sam toczy wewnętrzny spór. - Nigdy i nikomu nie radziłbym wypierać takich rzeczy, ale w pana przypadku jest to chyba jedyna szansa. Nie ma tu mowy o żadnej głębinowej psychoterapii, bo im głębiej wnikniemy w pańską podświadomość, tym ostrzej uwypuklimy przeżywany przez pana konflikt dwóch typów osobowości. To nie nosi cech zwykłego zaburzenia. Zresztą sam pan to dobrze pojmuje...

- Tak - potwierdził Ravaughan i odetchnął z ulgą, bo schowali wreszcie ten hologram z El Raque l. Miał też wrażenie, że po raz pierwszy przejął kontrolę nad ich poczynaniami. Udało mu się ich zagadać. Dłuższą, spokojną wypowiedzią ułatwił dalsze pytania, wreszcie przestali kierować się w stronę czegoś innego niż śladowa fuzja ludzkich osobowości. Potem było już łatwiej. Pomylił się raz jeszcze. Wyświetlili mu kadr z płonącym chrząszczem, nad którym trzymał lupę chłopiec klęczący na

rozsłonecznionej łące.

Niepotrzebnie wstydził się tego czynu, bo sprawcą był D'Artio. Poza tym odpowiadał bezbłędnie. Dał sobie radę nawet z detoksykacją alienryników. Potwierdził, że ich zabijał, rozpoznawał nieszczęsne ofiary na odpowiednich holach. Tego samego wieczoru zdemontowali mu bioprocesor i większość platynowych elektrod. Kiedy skończyli trzecie z kolei skanowanie mózgu rezonansem magnetycznym, była dziesiąta czasu pokładowego. Doktor Kee zaprosiła go na kawę. Zapowiadała się bardziej swobodna rozmowa. - Pan D.D. Tricular poprosił, żebym cię wprowadziła w podstawy tego projektu zaczęła Kee, sadowiąc się w piankowym fotelu o barwie letniego nieba. Pamiętał takie niebo z dawnych czasów, kiedy był jeszcze wolnym człowiekiem i wędrował po parku swojego miasta. Steward napełnił kubki parującym płynem i rozstawił na stole kilka niewielkich naczyń. Ravaughan przeszedł pod prostokątny iluminator i stamtąd ogarnął wzrokiem kajutę pani doktor. Nie przypominała wnętrza transportowca; przynajmniej nie tak sobie takie wnętrze wyobrażał. Kilka prostych mebli, asymetryczne wybrzuszenia ekstrawaganckiej tapety, imitacja kominka i obudowany w drewno zestaw do projekcji. Był też i tapczan, podobny do fotela, na którym miał wkrótce usiąść - niebieska pianka z dyskretnym chromem przy podpórkach. Oświetlenie stanowiły ruchome, dyskowate lampy. Wędrowały po kajucie na sygnał słowny Kee. Teraz przywoływała je nad stolik. - Ładnie tu. - Na chwilę wróciły wspomnienia stalowych ścian aresztu, biel sracza w kącie celi i tępy, mdły halogen uczepiony równego sufitu. - Inaczej niż w innych częściach transportowca. - Lubię komfort, nawet jeśli jest tylko iluzją - odpowiedziała Kee, zakładając nogę na nogę. Tym razem nie miała na sobie niebieskiego uniformu chirurga. Była w ciemnozielonych spodniach, ciasno opinających zgrabne nogi, i długiej, pokładowej bluzie w

kolorze bliskim fioletowi. Rozpuściła włosy, okazały się dłuższe niż myślał. Nawet ostre dotąd rysy twarzy zdały mu się łagodniejsze i jakby bardziej przyjazne. - Zapraszam na kawę, drogi Brytusie. - Pierwszy raz od dawna ktoś nazwał go po imieniu. Nawet sam w myślach tytułował się Ravaughanem. - Udało mi się zdobyć prawdziwą Irish cream, co na „Easylmagines" jest podobnym wyczynem, jak kupienie głowicy nuklearnej na straganie. Zaśmiał się, dbając, żeby nie wyszło to sztucznie. Tego oczekiwała. Musiał odnotować ten nieprzypadkowy przecież dowcip. Nawet pielęgniarki były poważne, kiedy próbował z nimi swobodnej pogawędki. Oni wszyscy byli śmiertelnie poważni. Najwyraźniej spieprzyli coś niezwykle dla nich istotnego. - A myślałem, że już nigdy nie wypiję kawy z ekspresu - powiedział wesołym tonem. - Chociaż w głębi ducha nigdy się z tym nie pogodziłem. Ruszył w jej stronę, ale zatrzymał się przed matową powierzchnią dużego lustra wbudowanego pomiędzy stelażami elektryki. Natychmiast się uaktywniło i nabrało czystej, zwierciadlanej głębi. Zobaczył w nim swoje całe odbicie: ogoloną na łyso czaszkę, plastry na skórze i nitki szwu po niedawnej resekcji bioprocesora. Były jeszcze blizny, ale starsze, wygojone. Duże, niebieskie naczynia na skroniach sprawiały wrażenie zmęczonych krętą wspinaczką przez wysokie czoło. Rzęsy wydawały się niewieście długie; pewnie przez tę łysinę na głowie. Jasne oczy zachowały jeszcze wspomnienie dawnej żywotności; gorzej ze skórą twarzy. Miał ziemistą cerę, niemal białą, pokrytą cieniem na policzkach i długimi zmarszczkami sięgającymi podbródka. Nie golił się od wybudzenia, ale na twarzy nie odnalazł śladu zarostu. Pewnie przyblokowali to hormonami. Mocna kiedyś szyja, teraz zdawała się być wiotka, wręcz sztuczna. Po lewej stronie, tuż pod uchem, wystawał z niej zielony wenflon, zaczopowany pomarańczowym koreczkiem. Na zapadłej klatce piersiowej miał siatkowaną, czarną koszulkę i może dlatego właśnie biel skóry zdawała się aż tak bardzo upiorna. Luźne płócienne spodnie podkreślały szczupłość nóg. Na bosych stopach sportowe buty z grubą podeszwą. Ich pręgowane, nowoczesne kształty nie pasowały do tego, co było nad nimi. Nosiły wrak. Jestem już stary, pomyślał. Wyglądam na sześćdziesiąt lat. A podobno mam tylko pięćdziesiąt jeden. - Nie możesz się na siebie napatrzyć, co? - przypomniała o sobie Kee. - Nie prezentuję się nazbyt ciekawie - westchnął, odwracając się w jej stronę. - Ale nie to stanowi największy problem. Usiadł po drugiej stronie niskiego okrągłego stołu i sięgnął po kawę. Przez chwilę wciągał w nozdrza jej mocny aromat. Potem ujął dozownik i wsypał do gęstego płynu strugę

kryształków. Patrzyła uważnie. Pamiętał, że słodził przesadnie dużo, w przeciwieństwie do D'Artio; tamtemu wystarczała jedna płaska łyżeczka. - Fantastyczna - powiedział po pierwszym łyku. - Lepsza niż te, które wspominałem. Kee postukała palcem w blat stolika i uśmiechnęła się. Miała duże, równe zęby. Ciekawe, czy są prawdziwe. - Jaki problem? - zapytała, upijając nieco z filiżanki. - Przepraszam? - Ponownie zajął się kawą, choć doskonale zdawał sobie sprawę, czego dotyczy pytanie. Chciał uśpić jej czujność. - Przed chwilą zacząłeś mówić o jakimś szczególnym problemie... Światło nad nimi zakołysało się w rytm ruchów jej głowy. -Ach tak - zaśmiał się, odstawiając filiżankę. – Prawdziwy problem polega na tym, że nie wiem, czy jestem łysy. Może to śmieszne, ale przed osadzeniem mnie w celi sporą wagę przykładałem do włosów. Byty długie, jak pani wie. Miałem długie, siwiejące włosy. Parsknęła śmiechem, co uznał za sukces. - Mogę to wymodelować, jeśli chcesz - powiedziała, odzyskując powagę. - Mam w notebooku każdy z twoich fizykalnych parametrów. Pewnie da się to obliczyć. Komputer powie, ile masz żywych cebulek w skórze i przetworzymy to na monitorze. - Nie, nie - machnął ręką. - Czas pokaże, co i jak. Ale byłbym poważnie zmartwiony, gdyby okazało się, że jestem starym łysolem. Niech sobie rosną, zobaczymy, co będzie. Coś błysnęło w kącikach jej zielonych oczu i zrozumiał, że nie ma za wiele czasu. Nadal starał się być lekko rozbawiony i przesadnie uprzejmy. Wiedział, że takiego go zapamiętali. Myśleli, iż taki właśnie był. Bo nigdy i nikomu nie ujawnił, jaki jest naprawdę. Nie mogli zebrać takiego wywiadu, bo nie znał człowieka, przed którym odkryłby więcej niż zamierzał. - Przejdźmy do rzeczy - rzekła Kee, prostując nogi tak, by miał okazję przyjrzeć się dyskretnym wzorom pokrywającym jej uda. - Jak wspominałam, pan Tricular prosi, żebym ci wyjaśniła podstawy naszego projektu. Kiedy go rozpoczęliśmy, obowiązywała tajemnica i nie mogłeś z takiej szansy skorzystać. Skupił wzrok na swoich żylastych, pomarszczonych dłoniach. - Zgadza się - przytaknął ostrożnie. - Wiedziałem tylko, że pojawiła się możliwość opuszczenia aresztu. Podpisałbym wtedy pakt z samym szatanem, jeśliby zaoferował podobny układ. Propozycja przeprowadzenia eksperymentu z alienryną w zamian za możliwości ułaskawienia... Nie wiem, czy pani mnie rozumie.

Pozwolił zmarszczkom jeszcze bardziej pociąć twarz, udając, że wspomina bolesne chwile. Starał się oddać jej inicjatywę, nie tracąc kontroli nad sytuacją. Starał się robić to, co oni; z tym że próbował być o jeden ruch do przodu. - Rozumiem - przytaknęła Kee. - Ale jesteśmy zmuszeni wprowadzić cię w inne szczegóły tej operacji. Zaszły pewne komplikacje. Musisz nam pomóc. Muszę wam pomóc, ale przede wszystkim muszę wykazywać żywe zainteresowanie ofertą odzyskania wolności, pomyślał. - Zanim pani zacznie... - popatrzył przez dłonie w twarz kobiety - ...chciałem tylko zapytać, czy nadal mam szansę na ułaskawienie? Czy pan Tricular nie zmienił zdania? Ten sam błysk w jej zielonych oczach. Poczuł, jak mięśnie pleców przeszywa skurcz lęku. - Pan D.D. Tricular nigdy nie cofa danego słowa. - Łgała oczywiście. - Ale nie jestem upoważniona, żeby o tym mówić. Ja tylko reprezentuję zespół naukowy, który podjął temat, czym lub kim jest tak naprawdę alienryną. Ujęła w dłonie małego pilota. - Znasz oficjalną wersję upadku El Raque l - kontynuowała po chwili. - Wiesz, że myśliwce EUROpaktu zmasakrowały katapultującego się Obcego. Wiesz też, że strzępki jego ciała nazwano później alienryną, a pewnie lepiej niż ja pojmujesz konsekwencje dożylnego podania tej substancji. - Tak. To podstawy, o których wiedzą wszyscy. Uśmiechnęła się przekornie kątem cienkich warg. - Wszyscy byli w błędzie. Ty też. - Nie czekała, aż zada pytanie, nie dopuściła go do głosu. - My nie strąciliśmy tego pilota. Nie mogliśmy go strącić, bo to nie on się katapultował. Obcy pozostał w El Raque l aż do samego końca. Upadł w centrum Lisesii razem ze swoim statkiem. Co w takim razie strąciły myśliwce EURO? O, tak. To jest właśnie najbardziej czuła kwestia. I niełatwo o niej mówić. Popatrz. Po przeciwległej stronie pomieszczenia wykreował się płaski kadr holo. Przemknął po nim cień, potem jeszcze jeden. Wreszcie pomieszczenie rozjaśniło się w nagłej eksplozji, na której centrum najechała siatka współrzędnych przyłbicy hełmu pilota myśliwca. Masa spadła w dół - Ravaughan od razu rozpoznał ją jako późniejszy masyw El Raque, a z nieba ściekały dopalające się szczątki eksplozji.

Kolejny ruch pilotem i holo zatrzymało się w tym

kadrze. - To jest to, co zaatakowały dwa myśliwce paktu. - Kee spektakularnie wyciągnęła długi palec w stronę holo. –I to właśnie to coś, nazwane później alienryną.

Ravaughan przełknął kawę, czując mimo to narastającą suchość w krtani. Kee nie kłamała. Zapis był autentyczny, a jej słowa prawdziwe. Co się dzieje? Dlaczego tak to skrywali? Co takiego wyknuł w swej przepospolitej czaszce D. D. Tricular? - Czy to drugi Obcy? - zapytał ochryple. - Czy tamtego dnia myśliwce rozwaliły inny obcy obiekt? Zamachała nogami, założyła jedną na drugą. Jeszcze nie miał okazji widzieć jej tak podekscytowaną. - O nie - powiedziała cichym głosem. - To byłoby zbyt proste. Spadający El Raque wyrzucił ze swego wnętrza pewien ładunek. Jak już mówiłam. Obcy pozostał w statku do końca, ale tuż przed katastrofą starał się ocalić to, co wydawało mu się najważniejsze. Tak ważne, że bez wahania poświęcił swoje życie. Wiesz, Ravaughan, jak dokładnie badano wrak. Wiesz, że nie znaleziono tam nic szczególnego. El Raque pełnił funkcję transportowca. Praktycznie całą, możliwą do wykorzystania przestrzeń zajmowała ładownia. Z tej właśnie ładowni Obcy katapultował zawartość. Wyrzucił ją nisko, poniżej chmur, bo chciał, żeby spadła jak najbezpieczniej. Nie zostawił tego w próżni, nie spalił w atmosferze. Do końca kontrolował sytuację i chronił swój bezcenny ładunek. Gdybym mogła to do czegoś porównać, powiedziałabym, że Obcy katapultował wnętrzności swojego statku, a sam runął w dół w pancernej, bezwartościowej łupinie. Ravaughan poczuł mdłości. Postanowił wytrzymać do końca opowieści Kee. Chociaż przeczuwał, że o najważniejszym przyjdzie mu rozmawiać z samym Tricularem. - Kiedy to spostrzegliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać. Na pierwszy ogień poszła armia. Siły powietrzne wybroniły swoich pilotów. Katapultowanie zawartości ładowni obaj piloci jednoznacznie ocenili jako atak. Tam, w powietrzu, nie mieli czasu na myślenie. Bronili miasta w dole. Coś masywnego wyskoczyło z wnętrza El Raque l, więc strącili to, żeby osłabić siłę uderzenia. Obawiali się natomiast zaatakować sam statek. Dostali wyraźny rozkaz, aby go nie uszkadzać. Nie było wiadomo, czy nie eksploduje. Nie chciano też niszczyć czegoś, co mogło nam pomóc w drodze do gwiazd. Kee pochyliła się w jego stronę i ściszyła nieco głos: - To był transportowiec. Jego pilot miał do zrealizowania misję. Miał nam przywieźć alienrynę. Bez względu na to, co stanie się z nim samym, miał dostarczyć ludziom swój towar. Na tym polegała jego misja. Jak sądzisz, skąd to wiemy? Mdłości nie ustępowały. Ale tu ból żołądka zaczynał brać górę.

- Obcy przeżył upadek - odgadł Ravaughan, prostując się w fotelu. - Zdołał wam to jakoś przekazać. A potem umarł. I pozostały wątpliwości, których nie umiecie wyjaśnić. Pewnie stąd ciągła potrzeba eksperymentowania z alienryną. Nie wiecie o niej wszystkiego. Nie miał wątpliwości, że musi być sobą. Musi aktywnie uczestniczyć w rozmowie. Jeśli wyczują, że coś skrywa, zlikwidują go jak niebezpiecznego psa. Już to kiedyś widział. Pieprzony D. D. nie wypuszczał spraw spod swej kontroli. Zduszał je kciukiem jak insekty. Jak starego Speedo, wtedy na śniegu, pod kompleksem klinicznym w Gotiii. - To prawda - przytaknęła Kee. - Obcy dogorywał, kiedy tam byliśmy. Tak, ja też uczestniczyłam w próbie ratowania mu życia. Miał pękniętą czaszkę i uszkodzony ośrodkowy system nerwowy. Ale zanim umarł, zdołał nam przekazać kilka zdań, nad którymi biedziliśmy się przez następne dwa lata. Wiesz, co powiedział? - Tego nie domyśliłbym się nawet wtedy, kiedy byłem w życiowej formie - sapnął, krzywiąc się z bólu. Tym razem nie zaśmiała się. Nadal mówiła ściszonym głosem: - Tłumaczenie jest hipotetyczne, ale najbardziej uproszczona wersja brzmi mniej więcej tak: „Bierzcie go (ich) a nie zabijajcie. Pokaże (powie?, zaprowadzi? przywoła?) wam wszystko, czego szukacie. Jest waszym nowym...". Właśnie. Czym jest? Szyfranci paktu nie mają wątpliwości, że na koniec Obcy podał nam słowo-klucz. Chyba imię lub nazwę. Bez tego ostatniego słowa cała wypowiedź jest mętna. Być może chodzi o jakieś stworzenie lub organizm, co w pewnym sensie odzwierciedla zawartość ładunku transportowca. Nie mamy wątpliwości, że mówił o ładunku. Mimo że umierał, mamrotał tylko o tym. - O alienrynie. - Ravaughan skinął swą łysą, bliznowatą głową i spróbował zebrać myśli. Znowu czuł ból, tym razem pośrodku czoła. - Czym ona jest według was? Jaka jest jej właściwa rola? Kee nerwowo poruszyła się w fotelu i znowu zamachała nogami. Wcale nie ukrywała podniecenia. - Według naszej koncepcji, alienryna jest czymś takim, co może nas zaprowadzić do gwiazd. Nie mam na myśli paliwa. Nie sposób tego jasno określić, ale alienryna stanowi silnik, materiał napędowy i statek gwiezdny zarazem. Nie trzeba wychodzić z pokoju, żeby dokonać skoku we Wszechświat. Wystarczy jeden centymetr alienryny w strzykawce. Zaledwie jeden centymetr. Ravaughan zachował spokój, choć słowa Kee zdały mu się złowieszcze. - Macie jej więcej niż podano oficjalnie? Czy udało się wam ją wyprodukować?

- Tak i nie - odpowiedziała kobieta. - Po eksplozji znaleźliśmy nienaruszony, dwutonowy kawał tej substancji. To, co spadło na miasto, to były tylko marne ochłapy. Marne, a przede wszystkim cholernie niebezpieczne. Doszliśmy do wniosku, że atak rakiety powietrze-powietrze skaził strukturę alienryny W nieokreślony dla nas sposób alienryna przejawia swoistą inteligencję. Odebrała nas jako agresorów i nie odegrała roli, której oczekiwał po niej Obcy. Nie poprowadziła nas do gwiazd, ale do samego piekła. Sam wiesz, co działo się z ludźmi, którzy ją zażywali. Ukazała im podłe, mroczne otchłanie, światy, jakich żaden człowiek nie chciał i nie potrafił zaakceptować. Każdego, kto próbował się z nią złączyć, prowadziła prosto ku śmierci. Zamiast nas wysłać ku gwiazdom, przywołała na Ziemię piekło. Przerwała, łapiąc oddech. - Mieliśmy zupełnie inne wyniki z tą jej częścią, która pozostała nienaruszona. Nie do końca jednak, bo i ten dwutonowy kawał zapamiętał atak rakiety i choć nie został tak okrutnie poszarpany, też nie zaprowadził nas do celu. Ravaughan uśmiechnął się i wyszeptał: - A gdzie doszedłem ja? Kee odpowiedziała jeszcze ciszej: - Ty wiesz, że daleko. Najdalej ze wszystkich, chociaż nie takie były nasze intencje. Oczekiwaliśmy po tobie czegoś zupełnie innego. Popatrz. Holo wyświetliło jakąś postać. Kiedy Kee powiększyła ją do wysokości pomieszczenia, Ravaughan znowu poczuł strach. - Wiemy, że nawiązałeś z nim kontakt - jej głos stał się słodki. - Prowadziliśmy pełny monitoring twoich przeżyć. Każdy sygnał z twojego mózgu był dla nas zapisaną stroną książki o alienrynie. Nie było sensu udawać, że jest inaczej. Mimo drżenia całego ciała, Ravaughan patrzył w wychudzoną, ciemną twarz na holo. W zapadłe, głęboko osadzone oczy. - W jakiś sposób skontaktowałem się z tą istotą albo raczej ona ze mną - przyznał się Kee. - Nazywa się Raultric. Ale nie wiem, czego oczekiwał. Nie zdołał tego wypowiedzieć. Umierał. Miałem tam problemy... Ja, czy ten cholerny D'Artio... Miałem inne zadania. Nie potrafię sobie przypomnieć jakie, ale były ważniejsze. Tak. Było coś, co stanowiło absolutny priorytet. A Obcy umierał. I w końcu postanowiłem mu pomóc... - Był już martwy - poprawiła go Kee. - Mieliśmy tylko konający zapis mózgu tej istoty, który udało nam się zeskanować, kiedy umierał na stole operacyjnym tuż po katastrofie El Raque. Podobnie zrobiliśmy to z D'Artio. Okazało się, że oba skany są w jakiś sposób

komplementarne. Tolerowały się, nie wchodziły w silne konflikty osobowości, jak wielokroć zdarzało się wcześniej. Potrzebowały tylko nośnika, czegoś, co mogłoby wyrazić ich wewnętrzny dialog. Symulacyjne komputery nie dawały temu rady. Uznaliśmy, że oba skany muszą zaistnieć w żywym człowieku. Ty pasowałeś. Mogłeś temu sprostać; znałeś już i alienrynę, i miałeś potężną kontrolę wewnętrzną. Pragnąłeś też swobody. Wolności. Ażeby zapewnić ci lepsze warunki kontaktu, podaliśmy w twoje żyły megadawkę alienryny. Zakładaliśmy, że alienryna nie zaatakuje Obcego tak jak nas i mieliśmy rację. Wszystko przebiegało jak należy. Ale na koniec okazało się, że skan D'Artio jest nieszczelny. Zbyt późno wykryliśmy przeciek, który gromadził się w twoich zasobach pamięci. Nie zdołaliśmy temu zapobiec. Musieliśmy podać ci neuroleptyk i wybudzić przed czasem. Ravaughan tracił siły. Chciał już wyjść z tego przeklętego pomieszczenia. Pragnął pochwycić w żylaste dłonie szyję tej chudej dziwki i wyrwać jej łeb z kręgosłupa, tak samo jak oni urwali mu wszystko, co tylko mogli. Kim był? Kim jestem? Jeśli włożę w usta pistolet i pociągnę za spust, kogo właściwie zabiję? Siebie? D'Artio? Obcego? Czy nas trzech naraz, czy każdego skurwysyna z osobna? - Do czego wam jeszcze jestem potrzebny? - rzucił ostro. - Macie wszystko, co przeżyłem. Wiecie, że wędrowałem po jakiejś planecie, wiecie, że na moich rękach odrodził się Obcy. Chcecie jeszcze więcej? Możecie znowu mnie podłączyć do alienryny. Możecie mnie osadzić w pudle. Po co pani mi to opowiada? Przecież ja sam... Ja... Nie wiem, co mogę jeszcze powiedzieć. To był D'Artio. Nie ja, do cholery... Kee nie odezwała się. Jej zielone oczy zdawały się świecić, jak dwie latarki pośród mroku. Holo z Obcym wisiało tuż obok. Było bliższe niż wspomnienie własnego odbicia, które niedawno widział w lustrze. To nie wizerunku Obcego się wystraszyłem, pomyślał. - Czego oczekujecie? - powtórzył, tym razem bezradnie. - Chcemy, żebyś oddał nam to, co ukradłeś - odpowiedział beznamiętny głos należący do kogoś, kogo nie było w pomieszczeniu. - Potem będziesz wolny, tak jak ci obiecałem. Masz trzy dni czasu, Ravaughan. Ty wiesz, jak wykorzystać alienrynę. Wiesz, czym jest naprawdę. Obcy powiedział to D'Artio, ale ukradłeś mu ten najważniejszy dla nas fragment. Doktor Kee patrzyła prosto w jego oczy. Głos Triculara ucichł. Ravaughan słuchał uderzeń swego serca regulowanego przez parę wszczepionych rozruszników i liczył upływające sekundy. Mam ich. Wiem, czego chcą. To fałsz. On mnie sprawdza. Chce wiedzieć, ile naprawdę zapamiętałem. Chce wiedzieć, czy ten zdychający Obcy, który nagle zyskał ludzką twarz, został rozpoznany. Poczuł to w swoim sercu. Nie w głowie.

- Gówno - mruknął, krzywiąc w uśmiechu usta. Jak gdyby niwecząc blef wytrawnego pokerzysy. - Nie oddam. Posłuchaj mnie uważnie, Kee. Nie oddam wam tego, czego szukacie, bo pytacie pod nie tymi, co trzeba, drzwiami. Musicie to ustalić z D'Artio. On zabrał wszystko. Macie to na dyskach. - Zostały ci trzy dni, Ravaughan - powtórzyła za Tricularem. - Macie to na dyskach z D'Artio. Uśmiech zniknął jej z twarzy. Jego był coraz szerszy.

Tej nocy Ravaughan śnił przeszłość. Z nieprawdopodobnym przyspieszeniem przemknął czasy szkoły, studiów i pierwszych lat pracy. Wspomnienia zatrzymały się w trzydziestym pierwszym roku życia. Nieoczekiwanie dla siebie wrócił we śnie do zapomnianej chwili, którą spędził w kościele. Poszedł tam sam, po latach całych unikania konfrontacji z Bogiem, uznawał bowiem, iż Jego dzieło na Ziemi było pułapką, w którą chcąc nie chcąc wpadali wszyscy. Nie pojmował, jak Bóg mógł skazać swoje dzieci na choroby, nędzę i pokusy, wobec których nawet najsilniejsi pozostawali bezradni. Dlatego stracił wiarę. Długo nie potrafił się do tego przyznać, ale coś w głębi jego ducha przeczyło istnieniu Stwórcy. Ravaughan byt więc w opustoszałym kościele, nie wiedząc, czemu tu wrócił. Siedział w tym samym miejscu, co zwykle, tuż za masywnym, gotyckim filarem na samym końcu ławy, którą usytuowano w ostatnim rzędzie. Nie widział stąd ołtarza. Właściwie nigdy nie patrzył w jego stronę. Przez lata młodości i dzieciństwa analizował strukturę filara, za którym skrywał się niczym mały złodziejaszek. Ten zaś zbudowany z cegieł przypominających łuskę był jak wyimaginowany potwór sięgający sklepienia świątyni. Z przodu dobiegał szemrzący głos kilku kobiet wypowiadających słowa litanii, jak szelest górskiego potoku. Falował i brzęczał pośród drewna i cegieł, wibrował na pograniczu słyszalności, wpadał w monotonię, której nie sposób było rozwikłać, ale nigdy nie zanikał. Cierpliwe, nieskończenie pokorne głosy kilku starych kobiet, płynące ponad hukiem pędzących na zewnątrz samochodów. Nawet ich nie widział. Nie rozróżniał większości słów. Ale wiedział, że czynią modlitwę. Pod neogotyckim sklepieniem, gdzie zbiegały się filaryodnóża, którym latami poświęcił więcej czasu niż samej modlitwie. Tamtego

dnia

Ravaughan

zrozumiał.

Pośród

tysięcy

holoreklam,

pośród

ekranowanych przewodów setek programów telewizji kablowej, pośród obietnic politykierów o nalanych twarzach i ocierających pot z wnętrza dłoni, pośród korowodów rytualnych

zakupów i turystycznych eskapad istnieje coś jeszcze. Słabe, wątłe, ale nie umarłe. Być może, pokonane, dogorywające, ale nadal zdolne do szeptu. Zbyt małe, aby je dostrzec. Zbyt ciche i nazbyt pogodzone z klęską, zagubione w labiryntach, które wykreował pieniądz. Ravaughan odkrył, że wraz z jego zwątpieniem, wraz ze zwątpieniem tych wszystkich, którzy wpadli w sieć nie cierpiących zwłoki interesów, ich Bóg obumiera. - Przepraszam! - Niski człowieczek przecisnął się obok, zawadzając garbem o koniec nosa Ravaughana i zajął miejsce po jego prawej stronie. - Najmocniej pana przepraszam... Nastrój chwili prysnął. Niespokojne posapywanie człowieczka zagłuszyło szelest modlących się kobiet. Miał do wyboru ogromny i pusty kościół, ale musiał wcisnąć się właśnie obok mnie, pomyślał Ravaughan z irytacją. Tak bardzo chciałem być sam choć przez chwilę. - Przepraszam - powtórzył człowieczek i ciągnął, jakby odgadując jego myśli. Usiadłem koło pana, bo niezręcznie mi się zdało iść gdzie indziej. Wie pan, jak to jest. Wchodzę do kościoła, a tu siedzi jeden facet na tyłach. Myślę: może dobrze będzie usiąść blisko. Zawsze człowiekowi raźniej z drugim człowiekiem niż samotnie. Mały jestem i garbaty, ale co tam. Lepszy taki niż żaden, nie? Przepraszam, jeśli w czymś uraziłem. - Dobrze już, dobrze. - Ravaughan starał się nie patrzeć na intruza. Spojrzenie tamtego obłapiało niczym taśma klejąca. – Niech pan tylko mniej gada. - Dlaczego? - obruszył się człowieczek. W jego dłoniach pojawiła się dojrzała pomarańcza. Zapach podrażnił nozdrza Ravaughana. - To jest kościół, chłopie - syknął. - Co pan, w kościele człowiek się modli, a nie gada jak przekupka. TU się nie je pomarańczy, panie kochany. Pożałował swych słów. Trąciły jakąś wrażliwą strunę w garbusie i tamten natychmiast zareagował: - Pomarańcza jest tylko symbolem pokusy. Nigdy nie wiesz, czy będzie kwaśna czy słodka. Ale skórka zawsze przyciąga twoje oczy. Jeśli zaś idzie o moją gadkę... Hm, niby gdzie mam gadać, jak nie tu? - Człowieczek nieoczekiwanie przycisnął się do ramienia Ravaughana. - W domu. - W domu też gadam. Sam do siebie, ma się rozumieć, ale gadam - człowieczek zaśmiał się chrapliwie i położył owoc na ławce, prawie na wprost swojej przekrzywionej głowy. - Widzi pan, ja też jestem samotny. Czasami powiem coś do dziewczyny, która przynosi mi jedzenie, ale nie za często. W sklepie mnie zbywają. Dozorca mnie unika. No to przychodzę do kościoła, bo gdzie mam spotkać dobrego rozmówcę, jak nie tu? Ale wie pan,

że i w kościele nie idzie? Każdy mówi, żebym siedział cicho. Chociaż pan jest w porządku. Nie uciekł pan od razu. Ravaughan zaklął w myślach, miał właśnie w planie ucieczkę. Zawód nauczył go tolerancji i szacunku do chorych psychicznie, ale, na Boga, w kościele chciał odpocząć. Co za pech. Niezręcznie tak wyjść. W końcu tylko się przysiadł, nie mogę go karać. - Panie kochany... Fajne pan masz włosy - przemówił garbus od rzeczy. -I płaszcz też w porządku. Pan to pewnie ma z kim rozmawiać, co? - Powiem szczerze: cierpię na nadmiar rozmówców - odrzekł, nie patrząc mu w oczy. Człowieczek zakaszlał: - Coś takiego! To czemuś sam tu przyszedł? Ucieka pan przed ludźmi, czy oni gonią pana? - Obie wersje są prawdopodobne - warknął Ravaughan przez zduszoną krtań. - Ach, tak - zabębnił garbus długimi, węźlastymi palcami po obrysowanym blacie kościelnej ławy. - Zmęczyło pana życie. Rozumiem... Życie może zmęczyć. Jest jak film, w którym nazbyt wielu pragnie odgrywać główne role, a nikt nie chce być statystą. Tu się chyba kryje prawda o życiu. Ale powiem panu coś na pocieszenie. W zaufaniu, ma się rozumieć. Zanim Ravaughan zdołał poczynić unik, ręka garbusa sięgnęła pod mankiet jego płaszcza i na chwilę podciągnęła go w górę tak, że uwidocznił się cyferblat zegarka. - Już za dwadzieścia osiem dwunasta - ucieszył się garbus. - Jest dobrze, mój drogi. Za dwadzieścia osiem minut będzie tu ślub. Zobaczymy piękną parę młodych ludzi, którzy wstąpią w związek małżeński. Będą mieć czyste, jasne twarze, a zapewniam też pana, że w ich sercach nie znajdzie pan ani śladu benzyny bezołowiowej. Nie wie pan, o czym mówię? Takie kiepskie porównanie, mam do niego słabość. To będzie prawdziwa miłość. Książkowa. Ravaughan uznał, że dłużej nie zdoła temu sprostać. - Do widzenia. - Był po męczącym dwudniowym dyżurze, a przed sobą miał jeszcze sprawy na poczcie, sąd i konsultacje w klinice hematologicznej. - Źle pan trafił. Śluby to nie moja specjalność. Wychodząc z ławy, usłyszał smutny głos garbusa: - Szkoda. Miło się z panem gawędziło. Proszę częściej wpadać. Gdyby co, wie pan już, gdzie mnie szukać. Często tu bywam. - Dobra. Ravaughan ogarnął człowieczka krótkim spojrzeniem i ruszył do wyjścia. Na zewnątrz przystanął. Sznur samochodów pędził LowskyMiko w kierunku sinego od smogu wiaduktu, obok holo gigantycznej sowy, które zdobiło narożny budynek poniżej.

- Cholerny dzień - zaklął. - Jeszcze tyle spraw do załatwienia. -I poszedł w kierunku zaparkowanego samochodu. Trzydzieści dwie sekundy później pędził pod hologramem sowy w kierunku kuli smogu w dole Lisesii. Trzydzieści trzy sekundy później obudził się na plastykowej pryczy, na II poziomie transportowca „Easylmagines", który krążył po orbicie Marsa. Tricular będzie mnie trzymał w swojej wszechmocnej łapie, dopóty nie zyska pewności, że się nie domyśliłem. On nie będzie ryzykował. Będzie mnie bez końca wypytywał i sprawdzał, czy zapamiętałem twarz cholernego Raultrica. Muszę to udźwignąć. Muszę być cierpliwy, żeby później przejrzeć jego prawdziwe plany.

Następny dzień Ravaughan spędził, wędrując po transportowcu. Pokonywał labirynty korytarzy przedzielone prostokątnymi śluzami i walczył z tępym bólem mięśni nóg. Szczególnie męczące były nieustanne przykurczę łydek. Zesztywniałe pasma ścięgien sprawiały, że kiedy starał się biec, czuł się jakby ktoś złośliwy podmienił mu dolne kończyny na szczudła. Uparcie, borykając się z ciałem, zmierzał dalej. Nie było innego wyjścia. Nikt go nie zatrzymywał. Miał swobodny dostęp do większości poziomów; było to zgodne z zaleceniami rehabilitujących go speców. Uznali, że terapia ruchowa to najlepsza forma integrowania ośrodkowego układu nerwowego z resztą ciała. Nie wszystko wychodziło jak należy. Kiedy myślał, żeby skręcić w prawo, dreptał w lewo, kiedy próbował sięgać po ligninę do kieszeni dresu, pochylał się i sprawdzał przylepce butów. Czasami bał się, że uszkodzili go poważniej niż sami przypuszczali. Łapał się na obcych myślach, wspominał wydarzenia, które w jego życiu nigdy nie miały miejsca. Niekiedy nie potrafił rozpoznać czy to rzeczywiście on czy tylko zapis umarłego Rizzalda D'Artio. Strach potęgowały pomyłki układów motorycznych. Im więcej się bał, tym bardziej chaotycznie przychodziło mu realizować pomyślane wcześniej czynności. Zaczynał się też usztywniać. Objawiało się to natręctwami. Kiedy nawet udawało mu się zrobić to, co chciał, powtarzał czynność w obawie, iż się pomylił. - Nie jest dobrze - mruczał, schodząc z roweru treningowego. - Spieprzyli mi mózg. Rozpędził się teraz ciasnym, łukowatym korytarzem na poziomie D, najwyższym, jaki dotąd osiągnął. W przeciwieństwie do innych miejsc, nie spotkał tu żadnego człowieka ze stałej załogi. Słyszał tylko stukot własnych butów, ucichły natomiast odgłosy rozmów, szum maszyn, terkot pracujących procesorów. Biegł, sapiąc chrapliwym, płytkim oddechem.

Nie starał się wracać do wczorajszego spotkania z doktor Kee. Wyparł też słowa D. D. Triculara. Do czasu ostatecznej konfrontacji pragnął poprawić kondycję. To jedyny sposób stłumienia paniki. Zbierał się do kupy. Scalał to, co bolało najbardziej. - Przejście niedostępne - przemówiła znienacka kolejna śluza wrednym, metalicznym głosem. - Poziom, do którego zmierzasz, jest placówką służby zdrowia. Brak twoich danych. Nie spodziewał się tego, ale ucieszyła go chwila nieplanowanego odpoczynku. -Nazywam się... - z trudem złapał równowagę, opierając się o metal śluzy. - ... Nazywam się Ravaughan. Brytus Ravaughan. - Proszę poczekać - uciął sprawę metaliczny głos. Ravaughan czekał i sapał. Pomimo rozruszników, serce łomotało arytmicznie o wychudłą klatkę piersiową. Czoło pobolewało po prawej stronie, szczęśliwie chłód śluzy przyjemnie studził rozpaloną skórę. - Powtarzam: brak dostępu. - Okay - odpowiedział i natychmiast skontrował. - Jaki jest profil tej placówki? - Kriotyzacja przewlekle chorych. Brak twoich danych na liście personelu. Nie miał pojęcia, co właściwie sprawdza, ale przeczuwał, że nieprzypadkowo chcą izolować to miejsce. - A może jestem na liście pacjentów? - Potwierdzam. - Jeśli jestem pacjentem, to chcę wejść - zażądał, czując dreszcz na wilgotnej skórze pleców. - Brak dostępu. A więc tu mnie zamrozili, pomyślał niespokojnie. Stąd bierze się początek mojego nowego życia. Odwrócił się, chcąc odejść, ale uczynił to tylko w myślach. Ciało pozostało niczym ciężki głaz. - Czy na liście kriotyzowanych są także: Ernst Oinson, Fio Baltic, Nina Vederberger i Vernon Mullen? - zadał nieoczekiwane dla siebie pytanie. Miał wrażenie, że samodzielnie przebrnęło przez odradzającą się strukturę jego prawdziwych wspomnień. Nie zdołał nad tym zapanować. Jak ostry nóż przeszyło wszystkie zapory, które tak mozolnie budował. - Potwierdzam. - Czy pozostają wewnątrz placówki? - Brak dostępu do tych danych. Spróbował wykonać kolejny rozkaz: Odwróć się i wracaj, skąd przyszedłeś. Już. Natychmiast.

Ale stał przed śluzą i tylko oszalałe gałki oczu słuchały poleceń mózgu. Reszta pozostawała pod panowaniem kogoś innego. - Otwórz śluzę - powtórzył z uporem i po raz kolejny zdumiał się nad wypowiedzianymi słowami. - Muszę tam wejść. To moje zadanie. Muszę ich ratować. - Brak dostępu. Pięść prawej ręki uderzyła w niebieski metal. - Otwieraj. Muszę ich ratować. Jestem odpowiedzialny za tych ludzi. - Brak dostępu. - Ty durny skurwielu - krzyknął wściekle. - Dopóki nie przejmie ich korporacja, odpowiadam za tych ludzi. Muszę tam wejść. Muszę sprawdzić, co się dzieje. - Ale nie wejdziesz, Ravaughan - wyjaśnił obojętny cichy głos z tyłu. - Albo D'Artio, jeśli wolisz. Twoja misja jest skończona, a ty nie jesteś już im potrzebny. Ravaughan kręcił głową. Ból szalał pod czaszką. Musiał tam wejść. Powinien z nimi być. - Będziemy cię musieli spacyfikować. Straciłeś kontrolę, człowieku. Nadal nie potrafił się odwrócić, choć zza pleców dobiegało już kilka głosów. Poznawał D. D. Triculara, brodatego psychologa i Kee. Nieważne. Znowu ta sama, rozpychająca się łokciami myśl. Musisz tam wejść, chłopie. Musisz się z nimi porozumieć. - Do mięśnia - usłyszał polecenie kogoś nowego. - Coś mu się zablokowało i nie może nad tym zapanować. Potem do izolatki. Ravaughan pozostał niewzruszony na wkłucie igły. Uparcie gapił się w pancerne grodzie. Coś spływało mu po twarzy. Tracił ostrość widzenia. -... Odleciał na dobre.... Może przedwcześnie tu trafił, cholera... Spokojnie. Kiedy się wybudzi, nie będzie pamiętał... Może jakieś ślady, wyspy pamięci... Co najwyżej wyspy pamięci... Jest wrakiem. Ludzkim wrakiem, tak jak powiedział pan Tricular... Ravaughan przypomniał sobie źrenicę katatonicznej Niny w bazie na Jomamits III. Znowu go zapraszała. Ponownie runął w jej ciemność i spadał tak aż do końca swoich wspomnień. Im głębiej się osuwał, tym lepiej rozumiał, dlaczego musi spotkać tych czworo. Kiedy dotknął dna świata pod źrenicą katatonicznej Niny, uśmiechnął się szeroko. Nie wiedzieli, że pamiętał. Co za ulga. Chwilę później szybki neuroleptyk ogarnął przestrzenie między synapsami i odebrał mu wszystkie myśli.

Pierwszym, co odzyskał, był węch. Poruszał nozdrzami, ostrożnie wciągając powietrze i nawet nie starał się otwierać oczu. Pragnął wytrzymać tak jak najdłużej. Wśród drobnych eksplozji fioletu i żółtych rozbłysków pod powiekami, automatycznie rozpoznawanych przez korowe ośrodki wzroku, starał się zebrać myśli. Ten zapach... Ależ tak. Znam go. Już kiedyś się temu dziwiłem. Pamiętał, że kiedy pierwszy raz wybudził się w transportowcu, przeżył nieodparte wrażenie, że niegdyś oddychał już tym powietrzem. Podobnie jak za pierwszym razem targnęły nim teraz tamte wspomnienia. Baza na Jomamits III. W pomieszczeniu, w którym umierał Obcy. Ten sam zapach, niosący mechaniczny posmak w ustach, a zarazem przesączony czymś, co rozpoznawał jako woń starej pomarańczy. Nieważne, kto go tak zapamiętał, ja czy D'Artio. To już bez znaczenia. I tak ja dźwigam całe brzemię. - Jestem tu znowu - westchnął ochrypłym szeptem przez ściśniętą krtań i spierzchnięte, obolałe wargi. - Wróciłem. Odliczył do stu i pozwolił powiekom na drugą odsłonę. Mylił się. To nie była baza na Jomamits III. Leżał w znanym sobie pomieszczeniu, pod skomplikowanym systemem ruchomych lamp, obok wieży monitorowania i przenośnego zestawu do elekrostymulacji. Tuż obok siedział zgarbiony, żółtoskóry technik, a z prawej strony pochylała się doktor Kee. Jej cienkie wargi wykrzywiał pozorowany uśmiech. - Tym razem spałeś tylko dziesięć godzin - uprzedziła pytanie. - Dzisiaj mija ultimatum, które wyznaczył ci pan Tricular. Masz jesz cze czas. Masz cały dzień na podjęcie decyzji. - Jasne - powiedział i zaniósł się ostrym kaszlem. Powoli, pokonując zdrętwiałe mięśnie, przybrał pozycję siedzącą. Kiedy próbował wstać, zakręciło mu się w głowie. Ale oganiał się przed ich dłońmi i po chwili poczuł się lepiej. Nie chciał, żeby mu pomagali. - Mam wrażenie, że chciałem się z kimś spotkać - powiedział, podciągając slipki. Pamiętam, że było to bardzo ważne. Kee zamachała ręką i skierowała w jego stronę punktowe światło latarki do badania dna oczu. - To nieważne, Ravaughan - jej głos był cichy i przymilny. - Miałeś drobny problem. Wczoraj, w czasie rehabilitacji, przeżyłeś silny konflikt ze szczątkami zapisu osobowości D'Artio. Zdominowały twoje poczynania. Musieliśmy cię zablokować. Wpadłeś niemal w stupor. Potem miałeś napad epilepsji. Paskudny napad, Ravaughan. Złożony, taki jak w

padaczce skroniowej, rozumiesz. Silne zaburzenia świadomości, objawy produkcji psychotycznej... Jeśli nawet coś pamiętasz, są to raczej wspomnienia z okresu napadu. Nie staraj się w to wnikać. Nie warto tracić czasu. Pamiętaj, co powiedział Tricular. Musisz nam powiedzieć, co zostawił w tobie D'Artio. To jest twoje jedyne zadanie. Droga do wolności. - Jasne - powtórzył bezwiednie. - Jestem na orbicie Marsa, w transportowcu „Easylmagines", po eksperymencie z alienryną i wszczepem zapisu osobowości faceta o nazwisku D'Artio, którego wcześniej zhybrydowano z Obcym. Pan Tricular dał mi szansę. Mam odnaleźć w swoim mózgu to, co ukrył w nim ten wszczep. Mam wam powiedzieć, czym jest alienryna lub kim jest Obcy. Kee gorliwie uzupełniła jego wypowiedź. - Masz jeszcze kilkanaście godzin. Jest ósma rano czasu pokładowego. O piątej spotkasz się z zarządem korporacji. Do tego czasu możesz robić, co chcesz. My nie jesteśmy ci już w stanie pomóc. Zdaj się na siebie, Ravaughan. Założył ciemnozieloną bluzę i luźne płócienne spodnie z innego kompletu. Sportowe Niki leżały po drugiej stronie stołu zabiegowego. Tamci wyszli już, kiedy wsuwał je na swoje białe stopy, pocięte granatowymi wstążkami naczyń. Taki właśnie jestem, rozmyślał. Niczym zapisany znakami papirus. Albo płachta rozpostartej skóry, zabazgrana niezrozumiałymi symbolami i nawet ten, który te znaki poczynił, pozostaje dla mnie nieodgadniony. Ale mam szansę. Musi być jakiś klucz. Muszę odnaleźć słowo-klucz. Tego akurat jestem pewien. Jeśli znajdę hasło do gmatwaniny zapisanych we mnie przeżyć, uspokoję też D.D. Triculara. Jego zespół się nie liczy. Oni wiedzą mniej ode mnie. Wierzą w tę całą bzdurę z podróżami w kosmos za pomocą alienryny i atrapy Obcego z El Raque l. Myślą, że coś ukradłem i zepsułem wiekopomną misję ludzkości... Wierzą w bzdury, które tamten im dał, żeby mogli mnie zgładzić w razie konieczności. Działa samotnie. Nikogo nie wtajemniczył w prawdę o eksperymencie z alienryna. Przyjdzie czas, by o tym myśleć. Teraz muszę okazać mu jakiś bardziej przekonujący dowód. - O ile nie rozlecę się wcześniej na drobne kawałeczki. W końcu przerobili mnie na monstrum - wymruczał, prostując się z chrzęstem kręgów. Wyszedł z pomieszczenia zabiegowego, mamrocząc pod nosem. Ciało szło przed siebie. Unikało mózgu. Może wreszcie zrozumiało, że nie warto mu ufać. Kończył jeść śniadanie w stołówce na poziomie A i nie wymyślił nic, co mogłoby mu pomóc. Patrzył w twarze siedzących obok i starał się w nich dostrzec samego siebie. Dwóch wysokich mężczyzn w ciemnych kombinezonach, trzy wygolone na łyso kobiety, które jadły

w milczeniu i nie zdejmowały z oczu lustrzanych szkieł, grupka sztywno siedzących mięśniaków o małych, niewyraźnych twarzach i dużych kaburach, które czepiały się ich pleców. I jeszcze kilka postaci, siedzących samotnie, przy półokrągłych, metalowych stołach doczepionych do ścian. - Kim oni są? - wymamrotał, odsuwając talerz zupy pomidorowej. - Co mnie z nimi łączy? Nie potrafił przetworzyć ich zamazanych twarzy w myślach, które pomogłyby mu odnaleźć siebie. Byli jak kleksy. Przypadkowi, niejasni, jednokolorowi... Gdyby tak wziąć gumkę i wytrzeć ich wszystkich. Albo przynajmniej osuszyć bibułą. -Boże... - Nieruchoma tafla zupy obserwowała go podejrzliwie. - Co się ze mną dzieje!? Ciało znowu podjęło samowolną decyzję. Udało się do kabiny z nazwiskiem „Ravaughan", przeszło przez pokój zawalony dziesiątkami holodysków oraz sprzętem rehabilitacyjnym i upadło w równo złożoną pościel.

Spał krótko. Po dwudziestu minutach spokoju zerwał się gwałtownie. Siedział, drżąc wśród niemiarowego łoskotu mięśnia serca; pot spływał zeń strumieniami. Przez chwilę hiperwentylował, starając się powstrzymać panikę. Wiedział, że znowu coś się wydarzyło. Serce zwolniło swój rytm, pot zastygał, przynosząc chłód. Ależ tak. Patrzył na statyw stojącego przy łóżku holoprojektora, ale widział też co innego. Postrzegał obraz białych wiatraków, połączonych tysiącami stalowych lin, do których uczepiono stare, szpitalne prycze. Widział znieruchomiały, przerażający świat katatonii. Płynął przez zastygłe myśli Niny Yederberger, w ciszy, bezkresie i bólu. Była samotna za życia. Była samotna w stuporze. Nie rozumiała zjawisk zachodzących wokół niej. Z rzeczywistości zapamiętała jedynie wiatraki stojące pod rodzinnym Leiden i zdjęcie z gazety, która zamieściła artykuł o płycie jakiejś legendy rocka. Morze łóżek wśród lasu wiatraków. I ten jeden jedyny, jasny, wyrazisty kadr, Nina Vederberger zatrzymała w swoim umyśle na wieczność. Była tu bezpieczna. Trwała. W kokonie zbudowanym z kolorów, wspomnień i kształtów dziecięcych fantazji. Przeskok. Patrzył niebieskimi oczyma Ernsta Qinsona. Świat zdał mu się nagle gigantycznym mrowiskiem, pełnym nieustannego ruchu i doskonałej, perfekcyjnej precyzji. Ogarniał go lęk,

bo nie pasował do tego obrazu. Mrówki były wszędzie. Każda miała do zrealizowania wyznaczone zadanie. Cierpliwie czyniły swe powinności, wszystko co posiadały oddawały opasłej, śnieżnobiałej królowej. Leżała niczym obleśny, nieruchawy demon. Oinson nie wiedział co robić. Nie pasował. Nie potrafił odgadnąć swojego zadania i bał się, że mrówki zaczną się nim interesować. Że zlikwidują go jak insekta za to tylko, że nie wie, co ma zrobić dla swojej królowej. Jak się dopasować do tej zwartej, schematycznej konstrukcji, zastanawiał się Oinson. Jaki ruch wykonać w następnej minucie? I w kolejnej, i w jeszcze następnej, i dalej... Jaki ruch powinien poczynić, aby mrówki nie zauważyły jego odmienności? Przeskok. Ludzkość to dwa przeciwbieżne sobie strumienie prądu, w które zanurzył mnie czarodziej, rozmyślał Vemon Mullen. Miotam się od bieguna do bieguna, bo tak właśnie trzeba. Mama kochała mnie bardziej niż kogokolwiek. Kiedy wtykała moją prawą dłoń pod swoją spódnicę, głęboko, aż do tego ciemnego, wilgotnego końca, powtarzała, że tata to skurwiel i brutal i że tylko ja jestem jej prawdziwym towarzyszem życia. A kiedy mama wychodziła do pracy, ojciec wracał z nocnego rejsu po kasynach i głaskał moje podbrzusze, szepcząc w małe uszy o nowych modelach volkswagena, dla którego prowadził kampanię reklamową. Potem łapał mnie za włosy i wrzeszczał, że przegrał dwadzieścia siedem tysięcy dolarów w dwadzieścia jeden minut i bijąc mnie po piętach, wołał, że mam być inny niż on. Mam być inny niż wszystkie skurwysyny, które mijają nas na ulicach. I nigdy, przenigdy, nie mam ukrywać tego, co jest we mnie. I jestem inny, myślał Vemon Mullen. I nie mam już nic do ukrycia. Widzą moją inność i widzą moje wnętrze. Ale widać jeszcze za mało się od nich różnię. Muszę zrobić następny krok. Muszę... Przeskok. Powolne, zimne myśli Fio Baltic. Czarne, zawieszone tuż nad ziemią słońce. Małe ludzkie sylwetki i długie, rachityczne cienie. I myśli: Jeśli mogę o coś prosić, to proszę tylko o jedno. Gdyby można było dokręcić słoik, w którym jestem uwięziona. Gdyby ktoś mógł wykonać ten jeden ruch, tak, żeby powietrze ostatecznie przestało tu wpływać. Nie mam siły zrobić tego sama. A nie potrafię umrzeć, bo słoik jest nie dokręcony. Stoi w piwnicznym kącie, pod zakurzonymi pajęczynami i dwoma opartymi o siebie kołami roweru. Ściany słoika są czarne i nic przez nie nie widać. Ale skądś wiem, że w pajęczynach nie ma ani jednego pająka, a szprychy zardzewiały i obręcze się zdeformowały. Proszę tylko o jedno. Niech ktoś dokręci mój słoik. Nie potrafię tego zrobić sama, a wiem, że muszę tu siedzieć aż do końca... Niech ten koniec przyjdzie szybciej. Pragnę go, pożądam ze wszystkich sił. Przeskok.

Przeskok. Przeskok. Przeskok. Cztery fragmenty Obcego. Cztery wizje ludzkich umysłów. Cztery ziemskie światy. Odmienne światy czterech ludzkich osobowości. Ravaughan patrzył przed siebie. Oddychał miarowo i delikatnie głaskał szarą pościel. -A ja jestem piątym fragmentem tej układanki. Ja i D'Artio. Pojął, że Obcy jest w każdym z nich. Nie skonfrontował się z jednym tylko człowiekiem, ale dokonał szerokiego kontaktu. Pochłonął ich emocje i przyswoił sobie cechy różnych ludzkich osobowości. Zatem zyskał coś, czego nie miał, albo nie potrafił zdobyć wcześniej. Czekał na nasz ruch, a cała wizja z Jomamits III miała służyć temu, żeby do tego zdychającego worka z alienryny zbliżyli się ludzie, którzy zechcą okazać jej wsparcie. Nie rozumiał tego, co tu zastał. Był ochłapem umańej cywilizacji. Miał do wykonania zadanie. Opuścił swą planetę, podobnie jak tysiące innych, którzy zostali przeznaczeni do tej ostatniej misji w dziejach świata Jomamits. Mieli ocalić swego boga, pakując fragmenty jego cielska do ładowni statków. Te boskie kawałki, które ludzie nazwali alienryną. Po których oczekiwali cudów w dosłownym znaczeniu tego słowa. Które strącali z nieba, by później bać się tego, co pokazało im, jak odmienne mogą być światy i rzeczywistości. - Wszyscy się pomylili - westchnął Ravaughan. Maska na masce, a pod nią osiem innych. Mistrzowsko zaplanowane posunięcia, teatrzyk, w którym aktorzy nie wiedzą, że realizują sztukę wedle dokładnie rozpisanego scenariusza. Tricular eksperymentował z alienryną. Wpakował ją w żyły Ravaughana i w żyły tamtej czwórki pacjentów. Mnie się lęka, więc po stokroć sprawdza, czy się nie domyśliłem. Tamtych czworo, bezradnych, schorowanych ludzi, na powrót zamroził w kriofagach. Teraz potrzebuje ich już tylko do produkcji nowej generacji leków psychotropowych. Oczywiście dla dobra ludzkości. I swoich genialnych zabawek, opartych na holograficznej iluzji. Ale Tricular się przeliczył. Nie oczekiwał, że tu, z dala od Ziemi, na orbicie Marsa, na której się schował przed komisją etyczną rządu, zajdzie efekt, do którego nie on doprowadził, ale ja i kilku innych nieszczęśników. - Już po wszystkim. Alienryną była jak zarodniki. Upadały tam, dokąd prowadziły je statki wiernych. Za każdym razem siew padał na inny grunt. I różne dawał owoce. El Raque l uderzył w Ziemię, a kawał boga z Jomamits sięgnął po mózgi chorych. Nie rozróżniał tego w ten sposób.

Postrzegał ludzkie jednostki odmiennie, jako różne gatunki. Zadomowił się w tych, które uznał za najbardziej zagubione. I właśnie tam widział swoje ocalenie. Ravaughan ogarniał obrazy, które przeżywali kriotyzowani ludzie. W osłupieniu patrzył na tych, którzy żyli w środku cywilizacji, do której tak naprawdę nigdy nie należeli. Oinson ujął to najtrafniej. Byt bardziej obcy na swojej planecie niż przybysz, który upadł w El Raque l z odległego Jomamits. Tak jak stary Speedo, jak Fritken, jak on sam... Wszyscy leżymy na tych żelaznych pryczach uczepionych lin pomiędzy wiatrakami katatonicznej Niny. Nawet się nie widzimy. Patrzymy w niebo. - Ravaughan, Ravaughan. Niech się pan obudzi. - Ostry głos przeciął jego wizję niczym nóż. - Pan Tricular pana oczekuje. Już czas. Pokiwał łysą głową i wstał z łóżka. Cyfry zegara nad drzwiami informowały, że jest pięć po piątej. Szybko zleciało, pomyślał ospale. Obcy inaczej odlicza czas. Garstka klarownych myśli, które zdołał mi przekazać, zajęła mu całe godziny. - Idź pan pomiędzy nami - pouczył facet z kanciastymi okularami na orlim nosie. Taka jest procedura. Asekurowała Ravaughana czwórka mundurowych i niska, wygolona na zero kobieta; widział ją już tego dnia w jadłodajni poziomu A. Weszli razem do windy, ale nie odgadł czy jadą w górę, w dół, czy na boki. Zamknięta przestrzeń przestała tu cokolwiek znaczyć. Był już poza statkiem „Easylmagines". Winda zatrzymała się raptownie i wkroczył do niej mały, pokrzywiony facecik z czaszką, z której wyrastały dwa krótkie rogi. Miał podłe, zapadnięte oczy, którymi poruszał niczym ryba wyciągnięta nad powierzchnię wody. - Pracowałem przy projekcie Fritkena tamtego dnia w Los Raques - powiedział rogaty, nie patrząc na Ravaughana. - Teraz przyszło mi kontrolować projekt związany z panem. Drzwi się zamknęły, winda ruszyła; rogaty kontynuował: - Zapis pańskich przeżyć jest bardzo pogmatwany. Są w nim jednoznaczne ślady, które zostawił D'Artio. Schemat pana osobowości i wszystkie symulacyjne konwersje waszej kompilacji sugerują, że pan rozróżnia to, co własne i to, co D'Artio. Ale mamy coś jeszcze. Obok kompilacji dwóch ludzkich ego, pojawiła się nieoczekiwana hybryda. Domyślam się, że może to być pan/Obcy, pan/Obcy/D'Artio albo, co raczej mało prawdopodobne, D'Artio/Obcy. W panu jest więc tajemnica alienryny. I pan nam ją teraz wyjawi. Winda wypuściła ich w nieoczekiwanym miejscu i momencie. Od razu znaleźli się w centrum dużego, prostokątnego pomieszczenia przyozdobionego gigantycznymi paprociami i

trzema prostymi holorzeźbami „Easylmagines". Pomiędzy hologramami siedział sam D.D. Tricular. Na widok przybyłych cmoknął głośno i złożył usta w zaciekawiony ryjek. - Niech pan siada, Ravaughan - mruknął, przygładzając kępki włosów przyciętych w prostokąty. - Mamy mało czasu, ale nie wie pan jeszcze dlaczego. Otóż alienryna zaczyna stygnąć. Kamienieje i zamienia się w jałowe, organiczne kawałki, w bryły gruntu planety, z której przybył tu Obcy. Gadaj pan jak ją wykorzystać albo wróci pan do celi i nigdy jej nie opuści. Nie mam dla pana innych propozycji. Żołnierze eskorty rozstąpili się. Ravaughan poczuł większą swobodę. Tamten łgał jak z nut, naprowadzał go na trop niczym psa gończego. - Cóż mam panu powiedzieć? - zapytał, pochrząkując. – Czego konkretnie pan oczekuje? Tricular mruknął coś do rogatego po prawej, a potem przechylił okrągłą głowę: - Jak kontrolować alienrynę, to najbardziej istotna kwestia. I druga, nierozerwalnie związana z pierwszą: Co przekazał nam Obcy, którego nosisz w swej głowie? Ravaughan uśmiechnął się. Stał przed człowiekiem, którego potęga ogarnęła całą Ziemię. Gigantem, którego szpik kostny, miast erytrocytów, produkował złote studolarówki. Tricular miał ich miliardy. I znał ich moc. Mógł za nie kupić nawet wolność. Ale Ravaughan był w Ninie, która żyła w katatonicznym świecie zastygłych w bezruchu wiatraków. Patrzył też przez wylęknione oczy depresyjnej Baltic. Ogarniał najbliższą minutę rzeczywistości wraz z Ernstem Oinsonem i obserwował w lustrze ponury odbłysk płata wątroby Mullena. I jednocześnie przebywał jeszcze dalej, gdzieś w Jomamits III, na jednym z fioletowych kamieni, na których stały pancerne buty Rizzalda D'Artio, drapiącego się teraz po karku z zaczopowanym gniazdem holo. Tricular jest niczym liść, usłyszeli wszyscy głos Obcego. Ten człowiek nie może wiedzieć tego, co wy wiecie. Jest niebezpieczny. Mami was. Kusi. On i wszyscy inni, którzy są jak liście. Musicie ich tylko zamieść. Oczyścić drogi, po których będziemy razem chodzić. Zróbcie to. Oczyśćcie alejki z fetoru gnijących liści. Możecie temu sprostać. Macie moc większą niż jego pieniądze. Wypuście ją na zewnątrz. To jest wasz czas. - Chce pan wiedzieć, czym jest alienryna... - powtórzył pytanie Ravaughan, a uśmiech nadal wykrzywiał jego usta. - Czym jest alienryna... Wziął głębszy oddech. Wręcz fizycznie poczuł, jak poruszyły się umysły tamtych czworga osadzonych w pojemnikach krio. I niespokojny zapis D'Artio. Wystarczy tylko dmuchnąć, a liście znikną z parkowych dróżek, które będą służyć innym, bardziej godnym istotom. Wystarczy wypuścić to na zewnątrz. Nadejdzie czas

alienryny. Ona wybierze wiernych. Ludzi, Obcych... Nie będzie podziału na chorych i zdrowych. Dawni pacjenci przestaną być insektami wrzuconymi w mrowisko pełne ruchliwych, studolarowych monet. Ułomny Bóg odda swój świat nowemu, doskonalszemu od siebie. Trzeba to uczynić, pomyślał Ravaughan, a czwórka z kriofagów przytaknęła gorliwie. Trzeba zdmuchnąć stąd tego szczura Triculara i wszystkich innych, niegodnych alienrynowego boga. Niech się tak sta... Coś powstrzymało jego rozpędzone myśli. Przypomniał sobie dziwaczny hotel, w który wleźli tamtego dnia, w Gotiii. Gate 403. Tak samo był zatytułowany serial, który kiedyś oglądał z rodzicami. Wróciły słowa, którymi wabił go fantos małej dziewczynki w hotelowym barze. To przecież to samo. Podobna gra. Maska w masce, nałożone na jeszcze jedną. Byle ukryć prawdziwą twarz, którą rozpoznał razem z D'Artio w obliczu odradzającego się Obcego. -Ten zapach... - wyszeptał, a uśmiech znikł z jego starej twarzy. - Ten sam zapach. W Gate 403, w mieszkaniu brunetki, ostatniej, którą zdołałem zdetoksykować strzałem w głowę, w ładowni opuszczonej bazy na Jomamits III... Taki sam zapach jak tu, w transportowcu „Easylmagines", który podobno krąży wokół powierzchni Marsa... Zaraz. Zapach... Pułapka w pułapce. Kolejna maska. Jestem w jego fantosie. D.D. Tricular nadal trzyma mnie w swoim eksperymencie. On już dostał, co chciał. Ma oswojoną alienrynę. Pragnie ją karmić nami, ale do tego jest potrzebny jeszcze jeden ruch. Wiążący całość. Ja mam go wykonać. Jeśli przytaknę tej myśli, żeby go zlikwidować, on zrozumie, że ja się domyślam... Jesteście jak liście. Za dużo upadłych liści, które trzeba zamieść. Pomóż nam. Pomóż. Ravaughan szarpnął głową. Przeszywający ból więzadeł mięśni szyi. Ale pokonał na chwilę strach. Zmarszczki umknęły z jego twarzy. Mógł wybierać, choć nie różnił się wiele od wraków, które napotkał na swej drodze. - Chcę żyć - powiedział na głos, łapiąc się za głowę. – Nikomu nie zrobię już krzywdy. Chcę tylko żyć w moim mieście. Zostawcie mnie na zawsze. Tricular zaśmiał się, a pokład transportowca zadrżał. Alienryna była oswojona. Ktokolwiek władał nią do tej pory, teraz rządziła całością korporacja „Easylmagines". Ravaughan poczuł, jak rozsypuje się na strzępki materii. Światy w jego głowie gasły niczym świeczki zdmuchnięte podmuchem wiatru. Czarny tunel za okiem katatonicznej Niny porwał go raz jeszcze.

Czuł, że tym razem budzi się naprawdę. Nie zdradził się tamtemu, że go rozpoznał. Udowodnił, że jest marnym, zniszczonym przez życie szczurem, myślącym tylko o swoim przetrwaniu. Może taka właśnie była prawda.

Odstawił magnum od pooranej bliznami głowy i drżąc, upadł na kolana. Słuchał, jak oszalałe ze strachu serce łomocze w jego wnętrzu, a ciche wyładowania z wszczepionych rozruszników starają się stabilizować jego pracę. Przypomniał sobie dziewczynę, którą musiał zabić. Pamiętał, że nazywała się Marylin i że namierzył ją detox Biffon. Patrzyła w milczeniu, a jej szerokie źrenice prosiły o to, od czego przed chwilą, wśród resztek wspomnień z orbity, odstąpił. Uniósł się z kolan i wstał, z trudem łapiąc równowagę. - Cholera. Gdzie ja jestem? - wymamrotał przez spierzchnięte wargi. - Porzucony wrak w oszalałym Los Raques? Znowu wolny, choć nie wiem nawet dlaczego. Co zrobiłem? Ile czasu minęło? Dla kogo pracuję... Do diabła z tym wszystkim... Czy to wreszcie koniec megahalucynacji z orbity Marsa? Podszedł do okna, za którym siąpiła mżawka. Chwilę patrzył na rozmyte światła neonów korporacji Triculara. Potem bliżej na spadające kropelki i płynące przez noc ciągi gigantycznych holoreklam. - Wtedy w kościele - zaśmiał się. - Spotkałem Cię w porysowanej przez łobuzów ławce, za filarem, w ostatnim rzędzie. I wróciłeś do mnie. To Ty pokonałeś alienrynę. Dałeś mi szansę, mimo że nie chciałem z Tobą rozmawiać. Ale jest źle. Tricular przejął kontrolę. A ja nie potrafiłem temu sprostać. El Raque l stał wygasły. Był świadectwem grozy, która opadła na miasto i przypominał, że może jeszcze nie wszystko zostało powiedziane. Zakwestionował podstawy naszych wartości, starł nasze odwieczne prawdy niczym artystazawodowiec wycierający gumką nieudane szkice poprzednika-amatora. Czy o to chodziło? Czy ludzie mają uważniej patrzeć? Czy zamknąć się w sobie jeszcze mocniej i szczelniej niż dotąd i namiętniej kupować zabawki od Triculara? Co on z nami zrobi? Teraz, kiedy ma władzę absolutną i alienrynę, którą zdołał w końcu uczłowieczyć... Ravaughan patrzył w deszcz. Wokół rozchodził się przyjemny zapach dojrzałych pomarańczy. Opuściłem orbitę. Jestem już w domu na LowskyMiko. Jestem już w domu. W Los Raques.

Trzy dni temu wróciłem na Ziemię, a wczoraj rano wypuścili mnie z pierdla Ondałee. Dzisiaj oddali mi moje prawa, ani słowem nie wspominając o jakichkolwiek eksperymentach na żywych mózgach. Założyli mi konto w banku, kupili dobry garnitur, oddali stare, wysłużone magnum. I kazali iść w miasto, raz na zawsze, byle dalej od nich. Żeby nie słyszeli, jak sobie palnę w durny, łysy łeb. Wypalili mnie. I wiedzą, że nie potrafię im zagrozić. Teraz muszę już tylko przeżyć. Ja i to, co zdołali ze mną zhybrydyzować. Reklamy płynęły wśród nocy. Było ich dużo więcej niż jego myśli. Były też bardziej czytelne.

La Nave 1

Stary garbus długo przeciskał się obok jego kolan, aż opadł na kościelną ławę. Przez kilkadziesiąt sekund cmokał dziwacznie, poruszał się niespokojnie i bębnił palcami po odrapanym blacie. Cień filara skrywał jego brzydką twarz. -Proszę pana. Psze pana. Dobrze, że mogę z kimś pogadać... Rany, jaka ulga. Już kiedyś tu pan był. Dwadzieścia lat temu. My się już znamy, nie? Jeszcze nie tak jak starzy kumple, ale można pogawędzić. Coś mi podpowiada, że źle się dzieje. Jakoś kiepsko pan wygląda. Łysy, zmarnowany i jeszcze te blizny. Oj, chyba bardzo słabo panu szło w ostatnich latach. No, powiedz pan coś ciekawego. - Jakoś leci - odburknął Ravaughan i nieoczekiwanie dla siebie samego zapytał: - Co będzie dalej? - Jak to co? - zdumiał się garbus tubalnym głosem. - Życie się toczy jak co dzień. Co to, mało pan przeżył, żeby takie pytania zadawać... Co się z panem dzieje, Ravaughan? Ravaughan zakłopotany potarł skórę na głowie. Nie wiedział, co powiedzieć. - No dobra, dobra... - garbus nie wytrzymał milczenia. - W zaufaniu, tylko między nami. Dzisiaj może zdarzyć się coś zupełnie wyjątkowego. Spróbuje pan zgadnąć? - Nie - odpowiedział Ravaughan. Garbus zachichotał i szturchnął go w łokieć. - Jasne, chciałem tylko potrzymać pana w napięciu. Lubię przetrzymywać ludzi w napięciu, ale mało który wytrzymuje do końca. W panu wyczuwam wdzięcznego słuchacza... A więc dzisiaj, właściwie już za chwilę... - przerwał i wychylił twarz z plamy cienia. - ... Zaraz, zaraz. Już. - W jego ładnych, długich palcach pojawił się stosik pogiętych kartek. Były zapisane archaiczną, maszynową czcionką. - No, niech pan jednak zgadnie, to naprawdę proste. Ravaughan wychylił się i wyjrzał za filar. Zobaczył daleki, oświetlony złotem ołtarz. - Będzie ślub - powiedział bezwiednie, jakby ten ołtarz mu przypomniał. - Piękny ślub dwojga młodych ludzi... Garbus podjął natychmiast ściszonym głosem: - O tak. Zaczną wszystko od nowa. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem piękniejszej sceny, jak ta, która się tu zacznie za czterdzieści minut - wywodził, zerkając na zapisane kartki. – Nadchodzi wzniosła chwila, panie Ravaughan. Przeczuwam, że nie będzie ich już wiele. Poczeka pan ze mną? - Tak - odpowiedział Ravaughan. Nie mógł się nadziwić, czemu latami przedkładał widok cegieł filara nad piękno ołtarza. - Pewnie, że popatrzę.

- To dobrze - ucieszył się garbus. - To bardzo dobrze. Ravaughan zamknął powieki, ale na siatkówkach nadal widział krzyże. - A później? - zapytał wbrew własnym myślom. - Co będzie później? Czy on nas zniszczy? Czy pan będzie z nim walczył? Garbus zasapał wzburzony: -Panie... Panie, co pan. Pytać mnie o takie rzeczy. - Przepraszam. Ostatnio dużo się wydarzyło... Trochę się pogubiłem. Garbus machnął ręką w geście rezygnacji i sięgnął pod długi sweter. - Dobra. Co my tu mamy... - Jego oczka myszkowały wśród zapisanych linijek. - A tak. Potem będzie wielka improwizacja, panie Ravaughan. Niby stary schemat, rozumie pan, ale kolejne posunięcia zależą tylko od pana. Pan decyduje. Pan i inni. Ja mam już niewiele do powiedzenia. - Rozumiem - przytaknął Ravaughan. - Rozumie pan, że co? - Że wszystko zależy ode mnie. Garbus przytaknął, ale jego twarz na chwilę pokrył smutek. - Zaczyna brakować kartek. Literki, które wybija moja maszyna, są coraz bardziej blade - wymruczał niewyraźnie. - Mato kto chce je czytać. To tak, jakby zaczął się już inny serial. Rozumie pan, Ravaughan? Ktoś powinien nad wszystkim panować, ale niekoniecznie muszę to być ja. Niech pan o tym pomyśli w trudnej chwili. Jeśli tamten zostawi panu czas na myślenie. Do kościoła wchodziły odświętnie ubrane grupki. Im więcej ich było, tym cichszy zdawał się głos starych kobiet kończących monotonną litanię. Jedno po drugim zapalały się światła u stropu. Filar zalśnił wesołymi odblaskami. Ravaughan wygodniej rozparł się w ławie. Miał wrażenie, że siedzi na długim, szerokim statku, który wypływa na pełne morze. Nie chciał stracić ani chwili. Wiedział, że zostało ich już niewiele.

El Raque 4 (PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ)

Krzyk szarych mew, wrzask chłopca rozdającego reklamówki, jednostajny huk młota pneumatycznego. Gonitwa samochodów rozmytych prędkością i przesłoniętych kurzem, hologramy tętniące podstawowymi barwami. Siwa głowa żebraczki uderzająca w kraty chodnika. Zapach ozonu, smród taniego żarcia, powiew perfum dwóch plotkujących prostytutek. W mieście Los Raques, w samym jego centrum, nieopodal pomnika ku czci El Raque l, pod murem z przylepionymi doń podobiznami undergroundowych artystów. Z napisem płynącym po prostokątach chodnika niczym wstęga rzeki: GATE 404. TWOJE OCALENIE. Oto, co rejestrował Harry Fritken. Stał oparty o zimne płyty, z jedną dłonią schowaną głęboko w kieszeni zielonych spodni i drugą, kurczowo ściskającą podłużny kawałek farmakologii. Fritken nie musiał nawet poruszać głową. Czuł każdą nanosekundę swego miasta i czuł każdy mililitr krwi pędzącej przez najdrobniejsze z włosowatych naczyń swoich palców. Nie było granic. Nie było podziału na wewnątrz i zewnątrz. Ubranie nie oddzielało go od otoczenia. Przestałem być miedzianym kablem w prezerwatywie, nie mam na sobie żadnej pieprzonej izolacji. Płynie przeze mnie prąd, każdy zasrany elektron tego miasta mknie przez układ bodźco-przewodzący mojego serca... A serce bije szybko. Będzie ze sto czterdzieści uderzeń na minutę. Moja głowa myśli szybko, więcej w niej pomysłów niż wszy w siwych włosach żebraczki. Mięśnie nóg drżą niczym stado chartów czekających, aż sędzia wypuści zająca na tor. Jestem Fritken, Harry Fritken, człowiek miasta, człowiek-kosmos. W dupie mam rodzinę, w dupie mam noworoczne oferty i w tejże dupie mam szefową działu holokonwersji. Nie przejmuję się, że nad Ziemię nadleciały kolejne EJ Raque. Jestem facet z jajami, bezsenny sukinsyn z żarłoczną wątrobą. Albowiem trawię wszystko. Każdy wdech spalin, każdy śmierdzący wódą i amfą oddech, każde krzywe spojrzenie i kolejną redukcję etatów. Moje malutkie hepatocyty dają radę tym pierdołom. Paliwo. Więcej paliwa. To przecież tylko paliwo. Dla szybkich organizmów, dla których jedna pornograficzna scena oznacza więcej niż sześć bochenków chleba i barani udziec polany grzanym winem. Oczy Fritkena zatrzymały się na ruchomym punkcie. Obok przechodziła mama z kilkuletnim dzieciakiem. Uda, uda... Niepotrzebnie schowane w izolatorze spódnicy; błąd. Wąski nos i długie, przyjazne włosy. Dobra jest. Nieokreślone piersi, może nieduże, może ogromne, także izolowane biustonoszem przed światem, w obawie przed prądem, który

mogłyby skwapliwie przewodzić. Duży błąd. Izolowała swe ciało, izolowała więc duszę. I ta jej mała, taka piękna i niewinna jak to dziecko przebierająca szybko kolorowymi rajtuzami. Z pogodną twarzą aniołka, mrucząca głosem niby dzwoneczki w mahoniowej pozytywce z pokoju dzieciństwa Harry'ego Fritkena. - Jak z ksero karteczka. Wyskoczyła twa piękna dzieweczka. Cud się stał - krzyknął do ich pleców. Kobieta odwróciła się, wtedy zobaczył, że nosi też druciane okulary. Podobne do tych, które zdeptał kilkadziesiąt godzin wcześniej, gdyż uznał, że poradzi sobie bez sztucznego rasowania ostrości wzroku. Żadnych korekt matki natury. - Pan mówił do mnie? - Ma się rozumieć. Mówiłem z nadzieją, że pomimo tak zacnej izolacji, zdołasz poczuć tętno tego miasta. Oferuję się jako przewodnik. Harry Fritken, do usług. Majtnęły blond włosy, kiedy gwałtownie odwracała głowę. Fritkenowi mignęła na sekundę zdziwiona twarz córeczki. Jak z ksero karteczki. Kobieta pociągnęła dziewczynkę za sobą. - ... czeniec. Chodźmy, Blannath. Szybciej. - Do widzenia - skinął im łysiną klauna otoczoną kępkami rudosiwych włosów i z udanym rozżaleniem spojrzał w nadlatujący światłosyf. - Żegnajcie, Izolatki. Do widzenia. Do zobaczenia. Zdążył zamknąć powieki. Zatrzymał pod nimi garść przypadkowych obrazów, którymi zajęły się zaraz jego błyskawiczne myśli. Eksplodowała dzika reklama. Nie widział jej. Nie słyszał. - Oto strawa godna mego ja. Stop-klatki z miasta. Żarcie prima sort. Zając wyskoczył z przybudówki. Charty natychmiast pomknęły za nim, gulgocząc i warcząc niczym trzystukonne silniki mitsubishi. Fritken płynął w strumieniu przechodniów, nie otwierając oczu. Nie chciał oglądać eksplodujących wokół światłosyfów ani przypadkowych twarzy. Był nasycony na dobre pięć minut. Nie czuł zderzeń z ciałami mijanych ludzi. Nie słyszał ich przekleństw. Miękko wtapiały się w całość wrażeń. Nie przeszkadzały w myśleniu. Nie teraz. -Brrrr... - mruczał, modulując głos-układ wydechowy. - Brrrrrrr... Brrrrrrr.... Ihmmmm. Brrrrr. Brenn-brennnn-brennn-brenn-brenn-bren.... Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.... Prawa ręka chowała się w kieszeni, lewa ciągle ściskała kawałek farmakologii. Miał jeszcze dużo czasu na zażycie pieprzonego litu. Dużo czasu na normotymik-skurwysynik. Zając uciekał. Piąte okrążenie. Charty goniły tuż za nim. Byty niespożyte.

- Dostaniesz, co chcesz, panie Tricular - zawołał Fritken i nagły lęk chwycił go za gardło. - Ale mam sposoby, żeby zapomnieć o wszystkim. Nie musisz ich znać. Ani ty, ani twoje wysrane przez procesory gówna korporacji „Easylmagines". Te cudeńka, które zrobiłem na twoje zamówienie. Nawet Gate 404. Lit czekał ukryty w spoconej dłoni, opływany przez krew jego naczyń, 140 razy na minutę, osiem tysięcy czterysta tyknięć w godzinie. A godzin było nieskończenie wiele.

Paryż, Montmartre. Wąska uliczka prowadziła w trzewia dawnego Paryża. Wzdłuż wysokiego krawężnika, po bruku starej, nierównej kostki płynął strumyk mętnej wody. Takie strumyki płynęły tu od wieków, a każdy unosił strzępki brudu w głąb kanałów, byle dalej od miasta, w otchłań labiryntów podparyskich tuneli kanalizacyjnych, w niewidzialny, stęchły, podziemny świat. Niczym tysiące kłębuszków nerkowych, niezmordowanie pracujących na rzecz piękna kamieniczek. Tak, woda dawała jeszcze jakąś nadzieję. A właśnie nadziei potrzebował teraz Ravaughan. - Daj mi papierosa - powiedział do idącej obok kobiety. Gaulois miał oczekiwany mocny smak. Chmurka niebieskiego dymu rozmyła się w zapadającym zmierzchu i spłynęła purpurą od świateł neonu całodobowej pralni. Ravaughan poszedł dalej, ale obraz dwóch kobiet z reklamy nad ciemnym foliowym workiem pozostał w jego oczach. I białe prostokąty pralek dążących równym rzędem do nieskończoności. Wśród chaosu holoobrazów pomieszanych ze skrawkami rzeczywistości, w nieustannie zmieniającej się kolorystyce wabiącej ludzkie receptory Ravaughan przechował akurat kadr z dwiema kobietami otoczonymi gromadą białych pralek. Prostota piorących wobec kreujących lepszą rzeczywistość, wszechmocnych fantosów D.D. Triculara wydała mu się bardziej szlachetna. - Co się dzieje? - kobieta zacisnęła dłoń na jego ramieniu. - Czemu, do diabła, nic nie mówisz? - Nie wiem - mruknął. Miała na imię Vynona, a jej nogi były niczym statywy nowoczesnej świątyni alienryników. Mocne i pewne siebie, nieskończone, prowadzące w inny świat. - Dlaczego ty, chłopie, cały czas milczysz? Pewnie jesteś daleko stąd. Mam rację? - Po co pytasz - odburknął zmęczony. - Mamy iść do hotelu przy Rue de la Tour d'Auvergne. Mamy tam spędzić kilka nocy. Mamy się kochać i wypić parę karafek wina, a potem wypalić odrobinę dobrej trawy. Ale czy naprawdę muszę odpowiadać na twoje pytania? Nie sądziłem, że będziesz tyle gadać.

- Dobrze - przytaknęła, energicznie potrząsając głową, a jej granatowe włosy zalśniły metalicznym błyskiem. - Nie muszę zadawać pytań, a jeśli nawet, ty nie musisz odpowiadać. Okay? Wszystko dla ciebie. Bierz, jak chcesz, po swojemu. Akceptuję każdą z wersji. Czy to cię zadowala? -Tak. Avenue Trudaine otworzyła przed nimi migotliwy korytarz holograficznych pornosów. Fasady domów falowały tysiącem piersi, krawężniki zamieniły się w ciągi zamków błyskawicznych, kryjących kobiece wdzięki, a bruk, po którym stąpali, wyświetlał mnogie, wyczynowe sceny seksualnych zbliżeń. Dominowały kolory sepii i pomarańczy, rozkłębione w niebieskim tle i smużkach czerni. Tak drukowano adresy miejsc cielesnych schadzek. Buty Ravaughana jednostajnie miażdżyły kopulujące pary, wgniatały w bruk powiększone narządy, wykrzywione żądzą twarze i pełne wyzywającej bezczelności usta. - Z czego ty się śmiejesz, Ravaughan? - spytała Vynona, przekrzykując akompaniament tej kaskady holosów. - To zabawne - rzekł, miażdżąc stopami sploty lepkie od potu kochanków. - Czterysta metrów pełne orgii i ani jednej dziwki na rogu czy pod latarnią. Nawet z tych najtańszych, najbardziej marnych. Vynona wzruszyła ramionami. Jej piersi zafalowały pod ciemnozielonym swetrem w żółte, nieregularne pasy. Prawdę mówiąc, nie potrafił oderwać od nich wzroku. - Po co? Po co ci dziwki, kiedy masz tu najpiękniejsze z możliwych ciał? - spytała, choć nie brakowało jej kobiecej mądrości. – Ja pamiętam, jak stały tu obskurne, kolorowe panienki i białe, tanie zdziry z Rosji. Nie wyglądało tak ładnie. Nigdy bym wtedy nie weszła w tę ulicę. A teraz jest fajnie. Po prostu dobra zabawa, Ravaughan - bajer i tyle. Nie trzeba brać tego poważnie. - Dlatego właśnie się śmieję - przytaknął. Dobrze wiedzieli oboje, że śmieje się z czegoś zupełnie innego. Śmiał się, kiedy recepcjonista hotelu de la Tour d'Auvergne zaprowadził ich do małego apartamentu na drugim piętrze i nawet wtedy, kiedy pokazała mu, co ma pod pręgowanym swetrem. I jeszcze później. Potem upadł w białą pościel pachnącą jej ciałem. Tego dnia wypił butelkę dwugwiazdkowej brandy, wypalił trzydzieści siedem gitanów i wpuścił w żyłę zgięcia łokciowego ampułkę z filmem Love in Paris, The best Joy ever. -Naprawdę fajna zabawa... - mamrotał, tuląc prześcieradło w pustym mieszkaniu na czwartym piętrze domu przy LowskyMiko, w południowej części centrum Los Raques. Dziesięć złotych za trzy godziny z przyjaciółką na Montmartre.

Brytus Ravaughan, pięćdziesiąt siedem lat, tysiące starych wspomnień i ani jednej sensownej myśli, która ogarnęłaby przyszłość. Na zawsze w świecie tanich fantosów D.D. Triculara. Tych monumentów ku czci boga z El Raque l i platynowych elektrod wszczepionych w układ bodźco-przewodzący mięśnia serca. - Kurwa mać - mamrotał w pustym łóżku. - Załatwili mnie gorzej niż starego Speedo w tamtym dniu. Przeklęte dranie... Zabrali mi każdy dzień, o którym mógłbym marzyć. Zaprogramowali niczym holograficzną dziwkę w świecie procesorów szybszych niż ludzkie myśli. Aleja wam jeszcze... Na Boga jedynego. Ja was jeszcze pokonam. Ja cię zniszczę, Tricular. Przysięgam. Gryzł pościel w bezsilnej klątwie nagiego, starego człowieka, drżącego w abstynencyjnym głodzie kolejnej ampułki z holo. - Może nawet jutro cię załatwię. Sucha, pomarszczona dłoń szukała staży. Ampułka z drugą częścią Nights at the Paris. Best Joy ever. - Jestem Ravaughan, dranie. Jestem silny. Błogie wkłucie i skondensowany, dopaminergiczny świat pomknął w stronę mózgu. Platynowe elektrody rozrusznika serca sieknęły wyładowaniem w mięśnie komór. Ravaughan siedział w kafejce pod muzeum d'0rsay. Deszcz spływający po szybach mienił się kolorami zachodu słońca. Takie same kolory pomykały po niebieskich włosach Julitte, siedzącej po drugiej stronie stolika. Miała czarne oczy i czarne, wysokie, zamszowe buty, a paliczki trzech palców jej prawej dłoni zdobiły pierścienie z białego złota. - Kocham cię, Ravaughan - wyszeptały ciemne usta Julitte. - Tylko nie zadawaj tych pytań, proszę cię. - Jasne - zgodził się nieoczekiwanie. - Żadnych pytań w Paryżu. - Wszystko ci sama opowiem. Nie musisz już nic mówić. Nie musisz się bać, że odejdę. - O tak - przytaknął z ulgą. - Przecież nie muszę się bać. Już dawno opuściłem Los Raques.

Harry

Fritken wybuchnął śmiechem na widok komiwojażera, który przekonywał

żółtoskórych turystów do zakupu bryłek oryginalnej alienryny. A potem jego żołądek nie wytrzymał ósmej kawy. Zerwał się z krzesła i wybiegł z przeklętego miejsca. Za drzwiami galerii Biwaya uderzył w oczekujący światłosyf i roztrzaskał konstrukcję potężnym pchnięciem. Światło

oplotło jego skronie, wyglądał teraz jak anioł, a może demon, pędzący przez Los Raques w nieokreślonym kierunku. Strzępki reklamy za jego plecami bezradnie puściły niedoszłą zdobycz. Fritken był szybszy. Przeciął rynek, a ludzie rozpierzchali się niczym stado fok, które namierzyła orka. Minął dwie tramwajowe linie, przeskoczył ciało żebrzącego mężczyzny i zostawił za sobą wzbijające się do lotu gołębie. Potem był areszt przy Copernicus, park, kopalnia Uncle Kosthey i przykopalniane domy ozdobione bezczelnie wywieszonym praniem. Zwolnił na skraju dzielnicy Gotila. Nie czuł się tu pewnie, buty przylgnęły do chodnika, gałki oczu odzyskały koordynację. Nagle eksplodowały kolory. Dopadł go kolejny światłosyf D.D. Triculara. CZY MYŁ-EŚ RANO SWOJE ZĘBY, PRZYJACIELU? JASNE, ŻE MYŁEŚ. CZYM? ZNOWU NASZĄ. PASTĄ, „SILTHUON T"? JESTEŚ DO TYł-U, BRACIE. TERAZ NIE ROBIMY JUŻ TEJ SMOŁY, TYLKO SILTHUONOWE WSZCZEPY. ZĘBY, KTÓRE MYJĄ SIĘ SAME l NIGDY NIE PYTAJĄ O DENTYSTĘ. SILTHUON X, KOMPLET PROSZĘ — OTO TWOJE PIERWSZE SŁOWA PO WYJŚCIU Z PRACY. DOBRYCH ZGRYZÓW, CZŁ-OWIEKU. I PAMIĘTAJ: JUŻ WKRÓTCE. NADCHODZI BRAMA 404. Fritken poczuł spokój. Na jego twarzy pojawiła się ulga. - Dzisiaj. Dzisiaj do niego pójdę. Pieprzyć wszystko. Po niebie krążyły gołębie, nad nimi wisiały chmury. A wyżej... Głodni byli wszędzie. Kilku z nich coraz bliżej. Fritken czuł łapczywy spazm w każdym podmuchu wiosennego wiatru. Wrócił smutek, melancholia, poczuł skurcze mięśni łydek i ból w pustym żołądku. Kilkanaście następnych godzin objęła pustka. Obudził się w swoim mieszkaniu. - Jaki to mamy dzień? - zapytał, pocierając piekące powieki. - Niedziela? Spunny tkwiła w fotelu przy oknie z pluszową zasłoną. U jej stóp w aksamitnych pantoflach walały się dziesiątki kartek; tuż obok łóżka, na którym leżał Fritken, poniewierał się emaliowany kubek. Herbaciane rysy ciemną plamą znaczyły zieloną powierzchnię dywanu. Sterta petów wychylała się z popielniczki na nocnym stoliku, dwie przekrzywione grafiki łypały ponuro ze ściany porysowanej flamastrem. Musiał być dzień, bo światło sączyło się przez plusz zasłon, zmącone kurzem strugi myszkowały w zabałaganionej sypialni. - Niedziela? - powtórzył Fritken i zamknął oczy, chroniąc się przed łupaniem w środku głowy. - Ile spałem?

Spunny splotła drobne dłonie i bez słowa zaczęła płakać. Jej kasztanowe teraz, krótko przycięte włosy, nabrały połysku od muśnięć światła wpadającego do sypialni. Fritken pamiętał, że takiego połysku nie ma w ich życiu. Płacz żony nie dawał szans na rzeczową rozmowę. Na myśl, że tłumaczy jej, co oznaczają gwałtowne zmiany jego afektu, stukot w głowie od razu przybierał na sile. Nie tym razem. Był zbyt wyczerpany. - Powiedz mi tylko, co to za dzień? Nie będę cię męczył, nie będę się tłumaczył. Taki po prostu jestem, moja droga - rzekł, siadając z trudem na łóżku. Żołądek zawył w rozpaczy, zgaga uderzyła w wygłodniały przełyk. Fritken nie pamiętał, kiedy jadł. Wspomnienie ostatnich godzin majaczyło za mgłą. Mrok, ból w trzewiach, pustka w głowie... Szedł w miasto, błądził po nocy, wdając się w dyskusje z przechodniami, aż dotarł do monumentu ku czci El Raque l. Najpewniej znowu coś go nakręciło, bowiem w miarę spokojne wspomnienia zamieniały się w miliony porozrywanych wątków, kaskad myśli i czuł się wśród nich niczym dzieciak wobec nieskończoności. Kiedy i jak dotarł do domu? Nie pamiętał. Nie przypominał też sobie rozmowy z żoną czy z małą Ammy. - Widać jestem dziś w miarę zdrowy - wymamrotał. - Nie jest mi ani za smutno, ani za wesoło. I to bez pieprzonego litu. Wstał z łóżka, przekręcił włącznik lampki i przyjrzał się swemu nagiemu ciału. Szczupłe,

pełne

naprężonych

mięśni

nogi,

wypukły

od

farmakologii,

pokryty

jasnoniebieskimi naczyniami brzuch i zapadła klatka pierś... Cholera. Do diabła śmierdzącego siarką. Skąd to się wzięło? Oba mięśnie piersi pokrywał misterny tatuaż. Widział dwa łabędzie skrzydła, splecione szyje węży i maleńkich jeźdźców unoszących w górę ciemne chorągwie. Obrazy w sieci przypominającej pajęczynę ginęły za ramionami i spływały na skórę pleców. Dzieło prawdziwego mistrza, ktokolwiek to był, ale Fritken nigdy nie planował kaleczyć swego ciała rycinami fantasy. - Widziałaś to, Spunny? Te rysunki na mojej klacie? - wymamrotał, przechodząc pod barek na kółkach. Nadal szlochała bezgłośnie. Na widok jej bezradnej sylwetki poczuł wibrację w krtani. - Jasne. - Szybko przełknął szklankę mineralnej. - Ty płacz, a ja jakoś sobie dam radę. Muszę sprostać życiu, choć nie wiem nawet jaki dziś dzień. Wypił kolejną szklankę i przeszedł do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. Atak światła od strony podwórka poraził mu oczy. Na lodówce stał budzik, był kwadrans po dziewiątej, wtorkowe przedpołudnie.

- Nie może być - zaśmiał się z trudem. - Wtorek. A więc spałem trzy doby... Ostrożnie ukroił cztery pajdy chleba i posmarował je czekoladowym masłem zostawionym najpewniej przez Ammy. Po namyśle przełożył chleb cienkimi plastrami żółtego sera. Potem zalał herbatę wrzątkiem, ostrożnie usiadł przy podrapanym drewnianym stole. - Ja mam dosyć, Harry - jęknęła Spunny. Stała w drzwiach kuchni i patrzyła z wyrzutem jak spiesznie pochłania spóźnione śniadanie. - Naprawdę. Bez słowa spróbował herbaty. Nadal była zbyt gorąca. Na jej twarzy nie było już śladów łez, tylko tępy, utrwalony w skórze smutek i wspomnienie makijażu. Była w ciemnych spodniach i czerwonej bluzce na guziki. Kupili ją na zimowej wyprzedaży po dobrej, niskiej cenie. Kiedyś z przyjemnością rozpinał te malutkie, białe guziczki i zdarzyło się, że jeden, chyba czwarty z dołu, urwał się i pozostał w jego spoconych palcach. Aż do rana. - Więc co mam teraz zrobić? - zapytał bezradnie. - Teraz już nic, Harry. Chciałabym, żebyś nas zostawił. Właśnie teraz, kiedy jesteś w miarę zdrowy, kiedy mówisz i zadajesz pytania. I kiedy dziecko jest w szkole. Przecież jeśli na Ziemię znowu spadnie alienryna, nie pomożesz mi. Po upadku El Raque l też nie potrafiłeś mi pomóc. Zamknąłeś się ze sprzętem w pracowni albo włóczyłeś po mieście. Nie chcę do tego wracać. Muszę uciec, zanim będzie za późno. Chyba że wykorzystam ofertę Triculara. Wejdę we wszystko, byle nie wracać do świata z alienryny. Pokonał pierwszą kromkę i z wysiłkiem zaatakował drugą. Herbata parzyła wysuszony język, ale dawała się przełykać. - Możesz wejść w Gate 404 - doradził uczciwie. - To dobra robota. Jeśli zaś idzie o mnie... Zaraz się pozbieram. Mamy jakiś szmal? Zapowiadał się ładny dzień. Niebieskie niebo, kilka białych, łagodnych chmur, słońce, jakie najbardziej lubił: ani letnie, ani zimowe. I jego żona: czerwień oparta o biel; plama krwi na skórze noworodka. - Dostałeś duży czek od „Easylmagines" D.D. Triculara. Musiałam część zabrać na szkołę i jeszcze trochę na jedzenie i czynsz. Resztę wydaj jak chcesz, ale już nie w tym domu. Zmrużył oczy i z niesmakiem spojrzał na tatuaż na piersi. - Dobra. Tylko zjem tę trzecią kromeczkę i dopiję herbatę. Na stole poniewierały się buteleczki z lekami, królował rozsypany lit. Bez wahania sięgnął po dwie okrągłe tabletki. Zanim jeszcze poczuł lit w gardle, pociągnął potężny łyk herbaty. Przeszły.

- Nie musisz się tłumaczyć - powiedziała Spunny. - Nie chcę wiedzieć, dlaczego nie jadłeś leków, ani dlaczego wracasz kilka dni później niż planowałeś. Nie zapytam cię także, dlaczego do domu przyprowadziła cię prawie gołego prostytutka. To są twoje problemy, Harry, chcę tylko, żebyś wiedział, jak wyglądałeś. Czym, a nie kim jesteś w chorobie. Nie mamy już wojny ani kataklizmów, a ja żyję z facetem, który wraca z frontu. Pieprzę cię, Harry. Nie pozwolę, żeby Ammy patrzyła na pijaną kurewkę i pytała, czemu tatuś nie idzie do lekarza. Zrozumiałeś, dlaczego musisz opuścić mieszkanie? Śmierdzisz tygodniowym potem i tanimi perfumami dziwek. Chcesz innych szczegółów? Od dziesięciu lat to samo. Nie możesz mi darować alienryny? Nie potrafisz wybaczyć, że w to weszłam i że przeze mnie zginęła Marylin? Skinął głową, dokończył śniadanie i otarł usta. - Jasne. Zrozumiałem, że nie rozumiesz mojej choroby, ani nie akceptujesz mojego zdrowia. Ja sam nie pamiętam pijanej prostytutki ani tych tatuaży. Nie pamiętam także, dlaczego nie jadłem litu, choć chyba lepiej mi było w chorobie niż teraz, kiedy siedzę nagi w kuchni i rozmyślam, dokąd iść. Rozumiem, że skazałaś mnie już dawno. I że od dziesięciu lat kombinujesz w niezrozumiały dla mnie sposób. Spunny oddzieliła się odeń chłodną maską obojętności. - Bierz, co chcesz i wyprowadź się, Harry. Tym razem przemyślałam to dobrze. - Okay Przeszedł obok, chwytając zapach jej mydła i pogwizdując zamknął się w łazience. - Nie ma litości dla chorych afektywnie dwubiegunowo - westchnął, siadając na sedesie. Po wszystkim wziął prysznic, włożył wiszący na sznurkach podkoszulek, odnalazł parę czystych skarpetek i wydobył slipki z suszarki. Były naelektryzowane i strzelały wyładowaniami w jego suche ręce. Ale te minipioruny nie wnikały pod skórę, nie drążyły naczyń spragnionych kopa. - Znowu jestem izolowany - zaśmiał się, patrząc w lustro zamglone parą. Widział w nim siebie. Dwa pukle potarganych włosów, w pośpiechu, niedbale, niczym przypadkiem doklejone do łysej głowy. A niżej: wystraszona twarz o wielkich, zapadniętych oczach. - Oto jestem. Harry Fritken, do usług. Okrągłe czoło ociekało lękiem i piegami. Brwi zadawały pytania. Duży nos prosił o skalpel chirurga. Tylko w niebieskich tęczówkach kryła się nadzieja. Widział w nich swoje ukryte maniakalne zasoby, tam biło szalone źródełko, z którego czerpać mogło wielu.

- Ten pieprzony Tricular. On to wie. On jeden chce ubijać interes, bez względu na cenę - powiedział do odbicia. - Ale zgadzam się z tym, co mówił stary Speedo. Ten człowiek jest zły. Proponuje nam swoje holozabawki i dzień za dniem zastępuje nimi rzeczywistość. Jest tak silny, że pokonał nawet El Raque l. Kontroluje tutejsze sprawy podług własnych reguł. Taaak. Świat dziękuje mu za ocalenie i ten sam świat nie zadaje nawet pytań. A jego psy są wszędzie. Tricular nie oszczędza na smyczach. Są tak długie, że ludzie przestali je dostrzegać. Nawet ja - najcenniejszy karmiciel psów, jakiego dotąd posiadł i zapewne najwierniejszy z jego tresowanych chartów. Oparł zmęczoną głowę na lewym ramieniu i słuchał serca uderzającego równym, powolnym rytmem. Kiedy doliczył do dwustu, sięgnął po rajtuzki małej Amenthy. Szybko owinął nimi szyję, drugi koniec przywiązał do klamki. Centrala wyrzucająca krew na obwód przyspieszyła. - Raz, dwa, trzy... - zaczął odliczać. - Harry Fritken dziękuje za całokształt i zmywa się. Zamknął oczy. Upadł na kafle posadzki. Bawełniany wąż trzymał za krtań. Tamował dopływ krwi i stymulował układ przywspółczulny hamujący pracę pompy. Świat zawirował radośnie w oczekiwaniu na koniec spektaklu. - Harry, co z tobą? - usłyszał głos żony. - Harry! Zaraz wróci Ammy. Proszę, zabieraj się z domu. Nie utrudniaj. Dziecko. Żona. Dziecko. Ukochane obrazy wyświetliły się na gasnących siatkówkach. Były silniejsze. Przemogły nawet gorycz. Prawa ręka autonomicznie powędrowała w górę i złapała za klamkę. Nie chciała, żeby one widziały jak wisi w slipkach i skarpetkach na klamce. Ratowała ojca dla wracającej ze szkoły córki. Uniósł się i klęknął z trudem. Kiedy poluzował zacisk, powietrze z sykiem wdarło się do płuc. - Harry? Harry?! Co się dzieje z tą klamką? - Idę - wycharczał, spluwając do toalety. - Tylko powieszę rajtuzki Ammy. Już... Zachwiał się i musiał opuścić głowę. Po chwili obrazy nabrały ostrości i wtedy przypomniał sobie, że potłukł nową parę okularów. - Są tu jakieś zapasowe bryle? - zapytał, wychodząc z łazienki. Unikał widoku jej czerwonej bluzki. Przeszedł do swojej pracowni. - Chciałbym się lepiej... spakować - wyjaśniał, pokasłując. - Lepiej widzieć... To, czego nie zabiorę.

Pracownia wyglądała jak wtedy, gdy ją opuścił. Dziesiątki chaotycznie rozstawionych monitorów, syntezatory fantomowych kreacji połączone grubymi żyłami światłowodów. Na szarej, wyblakłej wykładzinie poniewierały się opuszczone moduły, makiety i pozwijane filmowe taśmy. Potknął się o podręcznego laptopa i kopnął kartonowe pudło pełne zapisanych dyskietek. Dźwigały ciężkie brzemię. Zarejestrował na nich fragmenty światów zrodzone w swoim mózgu, projekty umykających wizji, miliony sekwencji nie istniejących scenerii. Nazywał je pakietami marzeń; stanowiły wszystko, co posiadał. Nigdy nie był pewien, co właściwie tworzy. Dostawał zlecenie od firmy, najczęściej pocztą, siadał przy monitorach i wyrzucał z głowy pomysły niczym śmieciarka ładunek na wysypisku. Odczuwał wtedy ulgę, spokój, potem przychodził smutek. Brakowało jaj. Były tylko wypalone wizje. -I odstawiłem lit przez tych cholernych „Easylmagines", żeby im dać najlepsze ze swoich marzeń - wymamrotał, oplatając szarą taśmą kartonowe pudła. - Przez lata rzygałem wielką kreacją. Wystarczy to tylko spakować i zanieść panu Tricularowi. „Easylmagines" wystawi na sprzedaż moje dzieło, a ludzie zastąpią nim resztki rzeczywistości. Oferta dla tego świata. Gate 404. Nawet moja rodzina w to wejdzie. Zrobił, co miał do zrobienia, ale nie potrafił dogadać z nimi szczegółów. Oddał surowe dzieło i zażądał godziwej zapłaty Pamiętał, że sekretarka i ich główny programista próbowali nawiązać z nim lepszy kontakt; miał cyzelować całość pod nadzorem pracowników korporacji, w centralnym wieżowcu „Easylmagines". Pamiętał, jak bezczelnie sięgnął do piersi sekretarki i dał ścinkę ich wyłupiastookiemu specowi od programów. Pamiętał, jak wybiegł z budynku, śpiewając „Eyes of Space", potem inne mocne kawałki, aż potłukł swoje panoramiczne okulary i oparł się o mur ceglanego budynku, w samym centrum miasta, nieopodal pomnika ku czci El Raque l. Pamiętał, że na chwilę zatrzymał wzrok na malunkach podziemnych artystów, a potem zobaczył reklamy obwieszczające światu, że jego dzieło już wkrótce będzie skończone. Wtedy stracił resztki izolacji. Do pracowni weszła Spunny. Jej ciemne spodnie mignęły mu przed oczami, ale nie podniósł głowy, tylko dalej owijał plastrem swoje kartony. - Mam twoje zapasowe okulary, Harry. Potrzaskane. – Położyła szkła na skrzynkach. To wszystko, co mogę ci dać. - Dzięki. - Wyprostował się i wyszedł pakować ubrania. Nie było tego dużo. Dwie marynarki, trzy pary znoszonych spodni, kilkanaście sztuk koszul i podkoszulków, masa pogniecionej bielizny. Weszły do jedynej walizy, jaką mieli, na plecy zarzucił ogromną siatkę z kartonami i bez pożegnania, z zapasowymi okularami na grubym nosie, ruszył do wyjścia.

- A sprzęt? - wychyliła się z drzwi, kiedy był na półpiętrze. - Co z tą cholerną graciarnią?

- Zabiorę, jak znajdę lokum. Wcześniej będę dzwonił. Na chodniku o mało nie

staranował otępiałego mężczyzny, klęczącego przy burym brytanie i monotonnie drapiącego jego sierść. - Przepraszam - wybąkał, unikając oczu warczącego psa. Po chwili spostrzegł, że pies jest tylko odpadem fantosa od Triculara. Mężczyzna głaskał dzikie holo. Ktoś kiedyś kupił zabawkę, a potem znudził się i zapomniana szwendała się teraz po okolicy, zgodnie z rytmem zaprogramowanym przez mikrochip. Na litowych bateriach mogła tak łazić pięć lat. Czasem trudno było odgadnąć, co jest prawdą, a co tylko iluzją wykreowaną w holokabinach. Wszystko było podejrzane. - Drapiesz pan holo, panie - mruknął zrezygnowany Fritken. - To nie istnieje, człowieku. Przestań, no już... Mężczyzna wzruszył ramionami i robił swoje. Inny, wysoki facet, w ciemnym prochowcu, minął ich dopalając cienkiego, brązowego papierosa i wszedł w drzwi, które przed chwilą opuścił Fritken. Skądś go znam. Ta wysoka, lekko przygarbiona postać... Hmmm. Technik z „Easylmagines"? Może on, a może kto inny. Jakie to, do cholery, ma znaczenie, kiedy nie wiem, gdzie iść, mimo że „Easylmagines" zapłaci mi kolejnymi chipami pełnymi forsy. Ulicę dalej, na alei Falcoona, zatrzymał rozpędzoną taryfę. Kierowca pomógł mu załadować bagaż. - Dokąd, szefuniu? Fritken wciągnął głowę w ramiona. - Wie pan. Całe życie mieszkam w tym mieście, ale jeszcze nie przyszło mi szukać hotelu. Jedź pan do pierwszego lepszego niedaleko centrum. Może być drogi, byle spokojny. Taksówkarz łypnął zza kierownicy kaprawym okiem i zmarszczył czoło. - Przekaz prosty, zadanie trudne, szefuniu. Spróbujemy znaleźć coś bez karaluchów... To znaczy reklam, ma się rozumieć. Kiedy wjechali na rondo, taryfiarz odwrócił się. - Kobitka? - domyślnie wskazał palcem bagażnik. Fritken zaśmiał się i rozluźnił. - Też, ale przede wszystkim lithium carbonicum. Zapomniałem swojej dawki i źle się porobiło. Kierowca udał, że wie, o co idzie. - Jak to w życiu - mruknął. Taksówka pomknęła w stronę LowskyMiko.

Ravaughan

wyszedł na wiosenne słońce i ulicę Mariatthe's Churche, po której

krążyły dziesiątki światłosyfów reklamujących towary ze sklepów. Były niczym drapieżniki. Podpełzały wolno, mrugając uwodzicielsko łagodnym kolorem, by nagle zmienić kształt w serię wrzeszczących kadrów i opleść potencjalnego klienta fantomowym światem. Trwało to nie dłużej niż sześćdziesiąt sekund – tak stanowiło prawo miasta Los Raques. Potem gasły i przyjmowały formę pogodnej kuli, a ofiara klęła ile wlezie lub szła do sklepu wydać forsę na reklamowany towar. Kiedy chciał, mijał je nie zaczepiany. Potrafił otoczyć myśli szczelnym pancerzem, który odbijał treści światłosyfów. Nie miały do niego dostępu. Był silniejszy. To chyba będzie tu, myślał, patrząc na wieżę gotyckiego kościoła. To tu, w tym kopalnianym mieście, zakręconym od smogu i niespełnionych ludzkich pragnień, spadła macka rozpadu, by karmić się nimi przez następne lata. Już zapomnieli, co tu się działo. Nie pamiętają, że ktoś lub coś próbowało sięgnąć po ich mózgi. I pomimo że odeszło w cień, pozostawiło wielki, czarny ślad. Oni wszyscy łażą teraz po tym śladzie, nurzają się w samym centrum odcisku i pewnie dlatego nie widzą, że dawno utonęli w mroku. Wabieni niewidoczną pokusą, misternym dziełem zła, karmiącym ich teraz tym samym, co wcześniej proponował Obcy. - Nie widzą - mruknął. - Bo dawno utonęli. Gdzieś tu pod jego butami, nad zamkniętym korytarzem jednej z kopalni spoczywało serce ciemności. Manipulator umysłów doskonalszy niż najlepszy zespół speców od neurochirurgii. Nie trzeba szukać kanałów, przez które mrok wypełza na zewnątrz. Były wszędzie. Łypały czarnymi ślepiami prosto w wiosenne słońce, które witali zmęczeni ludzie, prosto w ich osowiałe po zimie, poorane życiem twarze. - Gdzieś tu jesteś. Chodzisz po tych samych ulicach i zbierasz swoje przeklęte żniwo. Jesteś tu, draniu... Czekasz na innych, znam twoje zamiary. Wiem, że wyklułeś się w tym świecie, wiem, że ludzie cię zaakceptowali i teraz za bezcen skupujesz ich skarby. Przeciął rynek, w bramie przy Maya's III poczuł dreszcz. Zdjął ciemne okulary z rżniętego kryształu gór i wciągnął w cienkie nozdrza haust powietrza. Nic. To tylko żebrak, któremu codziennie rzucał drobne monety i dwa smętne koty obserwujące się w perwersyjnym skupieniu. Nic ponadto. Za bramą czekał jeden z biurowców „Easylmagines". Wyrastał w otoczeniu ciemnych od sadzy murów, niczym białe drzewo z grząskiego bagna. Wolny od pomniejszych reklam, był jak ostoja dobra i nadziei. Zdobił go potężny, rubinowy mobilneon, doskonale widoczny z każdego punktu Los Raques:

EASYIMAGINES ZABAWKI DLA KAŻDEGO ZABAWKI, KTÓRE OCALIŁY ŚWIAT ZABAWKI, KTÓRE ZABEZPIECZĄ Cl PRZYSZŁOŚĆ ZABAWKI PRAWDZIWSZE, NIŻ WSZYSTKO, CD POZNAŁEŚ

TWOJA SZANSA NA OCALENIE: GATE 404. JUŻ WKRÓTCE; - Zabawki, które cię zabiły - uzupełnił Ravaughan ze smutkiem. Potem odwrócił się w stronę Maya's III i wetknął w usta cygaretkę. Wyszedł na ulicę i niespiesznie ruszył w stronę Freesquere. Nagle stanął i ponownie spojrzał na rubinowe litery płynące po błękicie. I dopiero wtedy zrozumiał. Śmiech zatrząsł jego szerokimi ramionami, ogarnął całe ciało i nawet stadko wędrujących za nim zdziczałych fantosów. Ravaughan trzeźwiał. Krok za krokiem wydobywał się z ciągu ampułek holo, które od miesięcy pakował w żyły. Jakaś nieuchronna siła bezinteresownie wydobywała go ze sztucznych uliczek Paryża, uścisków podniecających, pustych kochanek i ataków doskonale przygotowanych reklam. -To przecież takie proste. Ta twarz, którą dzięki mnie zyskał Obcy, ta pusta skorupka na obraz i podobieństwo szefa wielkiej korporacji. Po co mu to było? Co stworzyliśmy tak naprawdę w koszmarnej halucynacji na orbicie Marsa? Fritken. Bezwiednie przywołał dawno zapomniane nazwisko. Harry Fritken i jego doskonałe, najszczersze z możliwych kreacje. Tylko z nim może się udać. Teraz, kiedy nie ma już starego Speedo, kiedy doszczętnie spłonął El Raque l, a wraz z nim umarły światy, które próbowali mi wszczepić w głowę w eksperymencie z alienryną. Co ja wtedy w istocie zrobiłem? Kogo zniszczyłem? Komu pomogłem? Wiem tylko, że uczłowieczyłem to cholerne bóstwo z alienryny. Czy może raczej... - Zobaczymy, dojdziemy do tego - wymruczał, odwracając głowę od neonu korporacji. - Ale najpierw Harry Fritken.

Wiedział, gdzie mieszka Fritken. Pamiętał krótką uliczkę ukrytą na granicy centrum. Niedaleko mieszkała ta piękna czarnowłosa kobieta, w której mieszkaniu dopadł go nieprawdopodobny fantos. Tam wszystko zaczęło się pieprzyć. Najbliższy dom kołysał się na trójpalczastej nodze, a kilkadziesiąt uszkodzonych fantosów walczyło o przestrzeń w jego cieniu. Niebo było bez szans. Ledwie widoczny błękit łypał bezradnie przez warstwy szybkozmiennych kreacji, nawet muchy miały tu sztuczny pobłysk. Ravaughan wszedł w obrazy wykreowane przez niewidzialne emitery. Mijał nie pasujące do siebie zestawy holo: Śnieg padał na akrobatów wirujących wśród tłoków silnika. Kobieta karmiła pomarańczowego niedźwiedzia, który trzymał w łapie puszkę z kofeinizowanym napojem dla noworodków. U stóp tej pary, na aluminiowych statywach, będących najwyraźniej niedokończonym projektem szalonego architekta, wesoło skakały tęczowe pstrągi. Ravaughan zmrużył oczy. Coraz trudniej tu mieszkać. Coraz trudniej odnaleźć drogę w labiryntach dzikich holozabawek i ocalałych fragmentów rzeczywistości. A

zresztą,

czym

jest

rzeczywistość?

Odległym

wspomnieniem

brudnego,

kopalnianego miasta, nieudolnie poprawionego kawałkami zdychającej przyrody? A może raczej tym, co widzę teraz? Rzeczywistość jest niezmienna. Większość przyjmuje takie założenie jako podstawę funkcjonowania. Ale jednocześnie wiadomo, że Los Raques nie jest tym, czym było przed upadkiem El Raque l, kiedy nazywało się jeszcze Lisesia. Jeśli codziennie widzę chaos obrazów, to prędzej czy później muszę się w nim pogubić. I co zrobię wtedy? Mogę zamknąć się w uszczelnionym przed zabawkami pokoju i władować w gniazdo na karku lub żyłę zgięcia łokciowego ampułkę z holo. Też od D.D. Triculara. A więc to tak, myślał teraz spokojnie. A więc o to chodzi... W chaosie zanurzyła nas produkcja od „Easylmagines". A rozwiązaniem-uporządkowaniem jest oferta, też od nich, którą dostajesz za marne dwa dolce. I znowu będzie bezpiecznie, a jeśli nie wiesz, co zrobić w najbliższej godzinie, program od zbawcy D.D. zrobi to za ciebie. Nawet lepiej niż ty sam czy twoja kobieta. W końcu Tricular pokonał Obcych, a to nie byle jaka gwarancja siły i dobroci. Zdobył zaufanie. Po wieki wieków. Ha. Jak to piekielnie sprawnie działa. Drzwi w morzu ciemności. Za parę marnych dolców wejdziesz w nowy świat. W Gate 404. Gigantyczna wiewiórka w czarnym prochowcu przeskoczyła chodnik tuż przed nim i zniknęła wśród serpentyn obrazujących tropowe ruchy plemników. Na chodniku zostały ślady wiewiórczych łap. Każdy był wypukły na kształt kobiecej piersi i wszystkie emitowały fioletowy napis:

JUŻ WKRÓTCE. BATE 404. ŚWIAT GODNY LOS RAOUES. Ravaughan skręcił tam, gdzie powinna być Beilknecht Ave. A jakże, pomyślał, świat najlepszy z najlepszych, jak ten stary, gówniany serial sprzed dwudziestu pięciu lat. Zapalił cygaretkę. Wymęczony życiem facet siedział na resztkach szarego krawężnika. Głaskał widmo holopsa, a inny mężczyzna, odwrócony do Ravaughana tyłem, z wielkim worem pełnym kartonowych pudeł, perswadował mu coś zachrypłym z niemocy głosem. Brama prowadząca do klatki schodowej śmierdziała moczem i ozonem. Czy znajdę tu Fritkena?

Harry Fritken splunął i nie trafił w przelatującą obok muchę. Drażnił go mrugający paskudnie zielonkawy odwłok i monotonne buczenie. Wygodniej rozparł się na białej pościeli i założył ręce pod głowę, patrząc w podrapany, zdobiony stiukami sufit maleńkiego hotelowego pokoju. Przespał pierwszą noc i zastanawiał się, co dalej. Radio mruczało porannymi wiadomościami, a on leżał z otwartymi oczami już kilka godzin i nie wstawał. Nie chciał nawet unosić głowy, żeby nie patrzeć na skrzynie ze sprzętem i rozrzucone na podłodze ubrania. Nawet jeść mu się nie chciało. - Spieprzaj - warknął do pikującej muchy. Brak sił, chociaż wiem, że jestem najsilniejszym zwierzęciem tego świata. Przynajmniej jeśli idzie o toczenie gnoju. Jeśli taki mocarz jak żuk gnojarz daje radę turlać kupę kilkanaście razy większą i cięższą niż on sam, cóż dopiero powiedzieć o mnie. Jestem absolutnym mistrzem. Jestem mistrzem w toczeniu gównianych kuł. Co gorsza, potrafię je sprzedać. Chciało mu się sikać, pewnie znowu przez lit, ale postanowił wstrzymywać mocz jak najdłużej. Nie chciał łazić do ciemnego kibla w kącie pokoju i patrzeć na długonogiego kosarza przyczajonego za emaliowaną rurą. Nie chciał oglądać w lustrze popękanej bólem twarzy. - To nie ma sensu - wyszeptał. - Po co w ogóle sikać? Po kiego diabła mam łazić do sracza i pozwalać, żeby podglądał mnie pająk? Cóż to wnosi? Nie chciał wracać do korporacji. W obłej, aluminiowej walizie na podłodze ukryty był laptop z ostatnią częścią niezwykłego projektu, wieńczącego wieloletnią pracę. Ostatni

kawałek największej jak dotąd holoprodukcji Fritkena. Na skalę całego miasta i więcej, zdolną do duplikacji w zależności od liczby klientów. Do tej pory, jadąc na swoim maniakalnym paliwie, Fritken nie zastanawiał się, o co w ogóle chodzi. Ale nieoczekiwanie zmienił się biegun choroby i depresyjne myśli zmusiły go do wglądu w sytuację. Zabawka nazywała się GATE 404. Nowa wersja starego, wielbionego przez tłumy serialu. Włączona przez procesor w jednym domu, poszukiwała przestrzeni i kompatybilnie łączyła się z każdą napotkaną zabawką, wykreowaną w studiach D.D. Triculara. Chaotyczny dotąd świat miał ponownie zyskać porządek. Ludzie czekali na tę ofertę od lat. I nikt nie zastanawiał się, dlaczego wszystkie nitki prowadzą do pająka, siedzącego w gabinecie na 106 piętrze centralnego wieżowca korporacji „Easylmagines". -I ten pieprzony pająk o tym wie. A jeśli nawet ktoś się zawaha, on i tak spreparuje przednią reklamę. Będzie bardzo sugestywna, więc każdy dupek z miasta rzuci się po nowy towar od dobrotliwego pana D.D. i schowa w nim swój popękany ze strachu łeb. Za moją sprawą będzie miał go w czym schować. Przemknęło mu przez głowę, żeby uruchomić stare kontakty i poszukać prostej roboty, na przykład przy reklamie proszków czy... W sam raz dla starego durnia. Bez stresu, bez bólu... - ... Ponownie obserwujemy obiekty - usłyszał nagle w radio. - Silne zakłócenia w bezpośrednim zbliżeniu. Są wszędzie. W nieustannym ruchu. Wygląda to jak rój formujący nieokreślony kształt. ... Nie wiem. Nie wiemy, skąd się biorą, ale jest ich coraz więcej. Frankie mówi, że rejestrator masy nie nadąża. Jest ich mnóstwo. Cisza w eterze. Tylko te zakłócenia. ... Tak. Nie wątpimy, że nie są to asteroidy. Ignorują naszą obecność. Harper i Speedofritz wracają do bazy z terenu wykopów. Harper coś pokazuje... Coś jest na powierzchni. Nie dalej niż milę od nas jakiś smukły kształt, nigdy go tu dotąd nie było. Skąd się wziął? A skąd ja mam wiedzieć? Jest wysoki. Przypomina wieżę, rośnie w stronę tamtych. Te nad nim wirują. Mają teraz kształt elipsy, może raczej węża, który pożera swój ogon. To się wije, drży. Opadają teraz niżej, są prawie kilometr nad powierzchnią Księżyca. Harper jest już przy trzecim włazie, Speedofritz stanął przy garażach M'Walkerów i skanuje przestrzeń swoimi czytnikami. Nie chce wracać. Mówi, że widział, jak ta iglica wysuwa się z pyłu, był wtedy bardzo blisko. Mówi, że ich słyszał. Frankie... Powiedz mu, do cholery, żeby wracał do ładownika. Nie słucha. Czy macie już wizję? Czy obraz dociera do satelity? Nie słyszą nas, Frankie. Harper osiągnął już śluzę, Speedofritz dobrał się do jednego z M'Walkerów. Staram się zdalnie go unieruchomić, ale wydaje się, że on i tak zrobi swoje. Wie, jak przełamać blokadę, bo sam ją programował... rwa. Stój. Kapitanie Speedofritz, to rozkaz. Nie ma czasu.

Rejestrujemy dalej. Ruchome obiekty skracają średnicę. Są teraz czymś w rodzaju pierścienia osadzonego na tej wystającej z Luny iglicy Coś się chyba szykuje... Wobec braku sygnału z bazy na orbicie, ośmiu satelitów komunikacyjnych czy sygnału z satelitów międzydrożnych decyduję się na nawiązanie kontaktu. Wysyłam w ich stronę wiązkę kontaktową, stożek obejmuje wszystkie obiekty. Muszą nas słyszeć. Włączam światła, Frankie uruchomił sekwencje powitalne... Głupi ...syn. Wracaj. Wracaj, to rozkaz. Jedzie dalej. Speedofritz wali prosto na iglicę, nie wyżej jak dwa metry nad powierzchnią. Oszalał. Przyspiesza. Co robić, Frankie... Jak go powstrzymać. Nie. Nie mogą widzieć, że jesteśmy uzbrojeni. Daj mu spokój... Nadal bez kontaktu i z wami, i z obcymi obiektami. Pierścień jest już bardzo ciasny. Wręcz dotyka ścian iglicy. Jest Harper. Mówi, że strasznie boli go głowa. Uważa, że Obcy są agresywni. Chcą coś zabrać... Harper zwariował. Co?.. Gada, że słyszeli co mówią. Nie wie, jak to usłyszał, nie rozumie... Dobra. Inwazja? Obcy nie wyglądają na specjalnie zainteresowanych nami. Robią swoje. Ciekawe, czy wy też ich namierzacie. Satelity komunikacyjne muszą ich mieć. Ale baza Viprojko 2 jest po drugiej stronie. Te zakłócenia są chyba celowe. Ani oni nie chcą z nami gadać, ani nie chcą, żebyśmy im przeszkadzali. Zwiększam jednak moc sygnału do naszej górnej granicy zapasów energii. Nie mogę tak długo, procesor zaraz go ograniczy... Już prawie tam jest. Speedofritz osiągnął już iglicę. Co on robi? Jeśli ich zaatakuje... Co robić... Zaraz... Tak. Harper mówi, że nie mogli się dogadać. Kapitan Speedofritz inaczej ich odebrał. Mówił podobno, że chcą coś zabrać, a on ma im w tym pomóc. Affecti? O co tu idzie? Nieważne. Nie ma teraz czasu. Zniknął nam z oczu... Jest pierwszy logiczny odczyt z centralnego. Mówi, że udało mu się znaleźć odpowiednik iglicy. Na Ziemi. Ma zarejestrowany obraz budowli nieznanego pochodzenia, struktura krzemu w mieście na Starym Kontynencie. Lisesia/Los Raques, centrum miasta. Tamten był identyczny, tylko znacznie mniejszy. Brak szczegółowych danych. Słyszycie mnie? Sprawdźcie to. Sprawdźcie czy to jakoś pasuje ...rwa. Nie słyszą nas. Te cholerne zakłócenia... Tak. Nie ma już pierścienia. Jest teraz jedna całość. Coś jak patyki, na które nabito rozzłoszczone gniazdo os. Zmniejszam moc sygnału o dwieście. Centralny dał mi ultimatum. Nadal bez reakcji Obcych. Nadal nie widzę, gdzie właściwie jest Speedofritz. Musi być przy iglicy. Nie odbieram jego sygnału, chociaż on może nas słyszeć. Obce obiekty trwają teraz nieruchomo. Wszystko zastygło. Straszne zakłócenia. Mnie też zaczyna boleć głowa. Coś tu się chyba dzieje. Żadnych odczytów o wzroście promieniowania. Tylko masa, drobne wahania pola w ich obszarze. Centralny tropi inne związki, ale prócz tego monumentu z Los Raques brak wspólnych danych. Podejmuję decyzję o wysłaniu w ich stronę nowego satelity. Mamy teraz tylko górnicze, ale idzie o zbliżenie. Może utrzyma sygnał. Drugi satelita

poleci do was. Z całym nagraniem, które rejestrujemy... Dobra. Niech będzie. Frankie zajmie się zwiadowczym, kontaktowy wysyła Harper. Nic nam nie przeszkadza. Włazy otwarte, silniki odpalone. Trzy, dwa, jeden, zer.... oszły. Kontaktowy już do was leci, nasz idzie na orbitę Obcych. Nie chcemy, żeby przecinał ich pole. Łączność zachowana. Mamy zbliżenie. Co to jest? Wygląda jak kora drzewa pełna larw... Aż się roi. Jest pojazd Speedofritza. Zbliżenie. Nie ma go w środku. Nie ma też na powierzchni. Gdzie się podział... Sygnał traci moc. Satelita automatycznie realizuje program własny, górniczy, schodzi na inną orbitę. Wzmacniam sygnał. Usłyszał nas. Ponownie jest przy Obcych. Jezu... Setki El Raque. To inwazja, nie ma żadnych wątpliwości. Podchodzimy teraz jeszcze bliże.... Trzask wyrwał Fritkena z zamyślenia. Radio wypełnił nerwowy głos prezentera. Słowa, potok słów. Ale głos spikera zginął wraz z ostatnim tyknięciem radiowego procesora. Przetrwały tylko wspomnienia. W nowym świecie, w którym właśnie się odnalazł. Był już wieczór, granatowe chmury schodziły do lądowania. Ziemia zadrżała w niemym krzyku, kiedy wbiły się w nią trzy gwiezdne obeliski. Osiem sekund później poddała się. Była w ich władaniu. Daleko i blisko zarazem. Cichy sygnał komórki. Nie wiedzieć czemu sięgnął do szafki, na której leżał telefon. - Fritken, słucham - nie chciało mu się nawet patrzeć, kto dzwoni. - Mówi Tricułar - beznamiętny głos z beznamiętnej twarzy. - Wiem, gdzie teraz jesteś, Harry, będziemy tam za godzinę. Potrzebna mi ostatnia część twojej holokonwersji. Znowu musimy ratować świat. Na Ziemię spadły trzy nowe wraki, ale zapewniam cię, że jesteśmy dobrze przygotowani. Nie traciłem czasu, Harry. Ty to wiesz lepiej niż inni. - Jasne - rzekł Fritken, patrząc tępo na łunę za oknami. - Dawno byłeś na to przygotowany.

Ravaughan

wyczuwał, że zostało już mało czasu. Na Freesquere dotarł koło

południa. Usiadł na ławce przy Maya's III i sięgnął do papierowej torby z parującym cienkim hot dogiem. Siedziałem tu w tamtych dniach. I przyszło dwóch smutasów z propozycją nie do odrzucenia. Potem była akcja w Gotiii. Potem ten koszmar w areszcie lub na orbicie Marsa. A teraz? Teraz wszystko było inne. Maya's III wyglądała jak wodospad utworzony z tysięcy fragmentów. Pozostawały w nieustannym ruchu, niczym nakładające się na siebie kadry z szeregów ukrytych projektorów. Nurzały się w nich wystraszone figurki przechodniów.

Najbliższe kamienice ogarniało holo tropikalnej dżungli. Na obraz splecionych, mocarnych pni nasuwały się kadry nie istniejącej burzy, każdy zamknięty w prostokącie o innej barwie tła. Wyżej dryfowały stumetrowe białe nosorożce; reprezentowały drogą serię Naturę 2, wykupioną na pniu lata temu. Pomiędzy białymi cielskami poruszało się morze mniejszych, zmiennokształtnych holośmieci. Od dwudziestometrowych reklam odkurzaczy, przez kilkunastometrowe zabawki generujące kolejne mikroświaty, aż do milionów małych, monoelementamych kawałków z darmowych reklamówek rozrzucanych codziennie przed wejściami do mieszkań. Mrużąc oczy, Ravaughan spojrzał wyżej. Obrazy rozmywały się tam i migotały metaliczną poświatą. Nie było innego wiosennego nieba nad Los Raques. Bóg jeden wie, jak to daleko sięga. Może ogarnęło całą atmosferę? Może jest dalej? Może Ziemia wygląda teraz jak jeden gigantyczny holos reklamujący projekty D.D. Triculara? Sami nazywaliśmy kiedyś fantosami to, co kreowała wroga alienryna, a dziś tak samo nazywamy ziemską produkcję od poczciwców z „Easylmagines". Ciekawe, jak zaregowałby na nich stary Speedo. Czy zawołałby swoje: Hejno pidibap? Czy raczej poprawiłby tylko pręgowany beret i wzruszył ramionami, bo cokolwiek witało go w tym świecie, tak czy inaczej było mu obce i zupełnie niezrozumiałe. Taaak. Mamy więc namiastkę tego, czym od zawsze był świat dla schizofrenika. Potrzaskane kawałki, nie pasujące fragmenty i zimne, metalowe emocje, które ścigają cię niczym węże, a ty nie umiesz wskoczyć w kadr ani schować głowy za rzutnik. Teraz łatwiej zrozumieć dramat innych ludzi. Jak mało wystarczyło, żeby zniszczyć rzeczywistość. - Mogę się przysiąść? - głos intruza zmusił Ravaughana do opuszczenia głowy. Pytał starszy, łysy jak kolano mężczyzna. Trzymał za rękę kilkuletnie dziecko w hełmie mającym redukować ataki światłosyfów. Ten sam hełm, co wiedział Ravaughan, emitował bliższe dziecięcemu pragnieniu własne bajkowe wizje. Przesunął się na koniec ławki. Coraz rzadziej spotykało się ludzi, którzy chcieli posiedzieć bez celu. - Tak, jasne. Tu, na Freesquere nadal srają gołębie, ale nie sposób odróżnić guano od chodnika. Nie wiem nawet, na czym siedzę. Może to tylko wspomnienie dawnej ławki. Może ten dziadek z dzieckiem też stanowią początek nowej, podchwytliwej reklamy? - ...Pobaw się przy tym drzewie, Jerihio, a dziadek chwilka odpocznie... No, idź tam i uruchom se dziecinko ten nowy program. Zawsze to na powietrzu, a nie w chałupie. Przecie po to my wyszli na spacer.

Ravaughan skrzywił się w uśmiechu. Nie zdołał znaleźć Fritkena. Podobno Harry opuścił mieszkanie kilka minut przed nim. Żona Fritkena, miła, miedzianowłosa kobieta o łagodnych, załzawionych oczach, nie wiedziała, kiedy mąż wróci. Ravaughanowi powiedziała tylko, że Harry Fritken jest totalnie chory, nieprzewidywalny i okrutny. A przede wszystkim, że nadal pracuje dla korporacji „Easylmagines". W końcu, widząc zawiedzioną minę gościa, dała mu trzy numery telefonów, pod którymi chował się mąż. Nie potrafiła powiedzieć, czy zechce odpowiedzieć na sygnał. Albo odbiera wszystkie, albo żadnego. - Słyszołeś pan już? - zwrócił się starszy człowiek do Ravaughana. - Zaś idzie koniec, panie kochany. - Może i tak - odpowiedział, obserwując dzieciaka, który tkwił bez ruchu pod ledwie widocznym cieniem drzewa, wśród buszujących strzępków holo. Tyle że dzieciak nie był nimi zainteresowany. Stał ze zwieszoną, powiększoną przez hełm głową i patrzył na to, co wyświetlało się bezpośrednio przed jego drobną twarzą. - Gdzie ja tera z dzieciakiem na spacer pójdą? - pociągnął stary bladym, chudym nosem. - I tak ledwie tukej dolazłem. Jak po sznurku, prowadzony przez GPS. Każe leźć w lewo to skręcom, panie, chociaż widzę przed sobą jakieś zwierze albo mur. Potem, gada GPS, idź terozki prosto, no to lezę prosto, przez morze albo ruchome wydmy. No i w końcu dochodzę codziennie na ten plac, bo zawsze tu przychodziłem, jak się jeszcze wódkę z chłopakami pijało. A teraz ani wódki, panie, a niedługo ani nawet tego, co dzisiaj jeszcze widać, nie będzie. Obce zaś tu zlecą. -I ja pamiętam ten plac z dawnych czasów - przytaknął staremu ze skurczoną krtanią. Stałem tu na rogu z kolegą i cholera wie o co nam szło, ale pamiętam, że dobrze się stało. Teraz trudno by tak powiedzieć. Stary kiwnął głową, że się zgadza i nadawał na swojej fali. - Córka ma we łbie pęk kabli, panie kochany. Zięć jeszcze więcej. Nawet żreć przestoli, barany. Starszy wnuk ładuje se w żyły te holo, wie pan. Filmy takie. A i mały już hełm na łbie nosi. Całą rodzinkę popierdoliło. Nawet moja stara, jeszcze rok temu jak żyła, ona tyż, wie pan, poszła se zrobić gniazdko na karku. Że niby lepsze seriale przez to dawali. Od tego Triculara, co to nas przed Obcemi tak pięknie uratował. A i terozki, gada, że nam dupy ocali. Trza ino kupić nowy holo, Gate 404 czy jakoś tak. Ja tam nic kupować nie chciałem, ale jak słyszę w radiu, że zaś tu Obce pierdykną, to chyba nie będzie się co zastanawiać. Trza się schować, jak godo pan Tricular. On to wszystko pochytoł. I trza słuchać, co prawi, panie. Bo on doświadczony w tych Obcych jak żaden inny...

Ravaughan oderwał rozkojarzony wzrok od dzieciaka i bystro spojrzał na starego. - Coś pan powiedział? - Ostygłe nagle palce odruchowo sięgnęły po papierośnicę i wyłuskały cygaretkę. - Że niby co w tym radiu? - Gadali, że te Obce, panie kochany, zaś tu mają upaść. W piguły ich tam się krynci, na księżycu. Gdzieś tam za rudą fedrowali i za głęboko przodek poszeł. Rozbudzili wraki pełne alienryny jak tanksztela. I one wnet tu mają się łygać. Zaś na nas diabły pienińskie opadną... Ravaughan schował cygaretkę i sięgnął po telefon, zerkając na holokarteczkę z numerami do Fritkena. - Toś pan o tym nie wiedział? - stary pozwolił swej smutnej twarzy na zdziwienie. W jego bladoniebieskich, martwych oczach było więcej życia niż w całym Los Raques. - Nie. Naprawdę. Ravaughan wstał. Kilka światłosyfów natychmiast rzuciło się do ucieczki, zgodnie z rozkazem samoocalenia, w trosce o światłowodowe szkieleciki i litowe serce mikroemitera. Umknęły ostre barwy i przez parę sekund widział strzępki zielonej trawy. A jeśli to kolejna iluzja, bo niby skąd i dzięki czemu miałaby wyrosnąć tu trawa? - Może i nie spadną, ale niby po co się pojawili... Panie, po co od razu dzwonić, oni i tak zrobią, co tam se chcą... - Stary miał ochotę na pogawędkę, ale Ravaughan uniósł w górę dłoń z telefonem i odszedł kilka kroków. Pierwszy numer milczał. Drugi odezwał się głosem Fritkena, ale po to tylko, żeby poinformować, że nie ma go w domu. I wreszcie trzeci. Cisza. Sygnał. Cisza sygnał. I cisza. Długa. Ostateczna. Ravaughan spojrzał w niebo, a potem w bok, gdzie lśnił wszechpotężny mobilneon „Easylmagines". Gate 404! Raptem dotarł do niego sens tego, co widział wcześniej. Te wszystkie reklamy, które od jakiegoś czasu górowały nad całą oszalałą resztą. On znowu ma ofertę. Tylko skąd wiedział, kiedy rzucić ją na rynek? Skąd pan D.D. Tricular to wiedział? Może jeszcze zdążę. Może zdążę przed kolejnym końcem tego świata. Może ostatecznie opuszczę Los Raques.

Włożył brązowe spodnie, czarne kowbojskie buty i zieloną kurtkę z postawionym kołnierzem. Przygładził potargane włosy z tyłu czaszki. Potem opuścił dłonie, pozwalając im swobodnie kołysać się wzdłuż bioder. Miał jakieś czterdzieści minut. Powoli zyskiwał spokój.

To nie moja sprawa, powiedział do swej bladej twarzy i pełnych bólu oczu. Ja tylko robię projekty, a inni wykorzystują je do własnych potrzeb. To nie moja wina. Podszedł do okna. Po raz pierwszy od lat Los Raques tonęło w mroku. Jakby morze smoły zdusiło migotliwe kreacje holo i przyniosło miastu chwilowy spokój. Spokój czy kres? Wolał nie myśleć, co przyniesie ranek. Znowu alienrynę? Czy jakiś nowy dar piekła, na który znów rzucą się zagubieni ludzie? - Trzy nowe wraki - zaśmiał się Fritken, zbierając i pakując porozrzucany sprzęt. Czym są wobec nich samooczyszczające się silthuonowe zęby? Chwilę myślał o żonie i córce, ale czuł, że teraz nie jest im potrzebny. Nie mógł im pomóc. Nie potrafił. Zaraz tu przyjedzie długa limuzyna mitsubishi prowadzona przez najlepszy z możliwych system GPS, który nawet w piekle wskazałby Tricularowi właściwą drogę. Usiadł na łóżku i objął nogami aluminiową walizkę z ostatnią częścią holokonwersji. Wtedy zadzwonił telefon. Tricular zmienia plany? Sięgnął po komórkę i zobaczył zupełnie obcy numer. Kto to mógł być? Sygnał umilkł i po chwili odezwał się po raz drugi, ale już inną barwą. A potem komórka zaświergotała trzecim sygnałem, tym najbardziej niedostępnym. To kolejny raz, przypomniał sobie Fritken. Przed telefonem od D.D. Triculara też ktoś mnie ścigał. Cholerny natręt, który chce zakłócić mi spokój? Albo zaproponować robotę dla konkurencji, która i tak okaże się filią „Easylmagines". Czemu męczy mnie akurat dzisiaj? Wbrew sobie przycisnął klawisz potwierdzenia: - Fritken, słucham. - Mówi Ravaughan. - Rozległ się głos, który przypomniał mu lepsze dni. - Pamiętasz mnie, Harry? -Tak... A jakże. Ha, jak zawsze dzwonisz w najbardziej odpowiednim momencie. Wypuścili cię z pierdla? - To długa historia, Harry. Musimy się spotkać. Teraz. Fritken poczuł dreszcz. - Teraz spotkam się z Tricularem. Wiesz, cały czas dla niego pracuję i znowu mamy ratować świat. Może po tym wszystk... - Teraz, chłopie - syknął Ravaughan. - Nie możesz się z nim spotkać. Czekam na ciebie w knajpce przy starym teatrze. Pamiętasz... - Tak. Wiem, gdzie. Jestem w hotelu po drugiej stronie rynku. - Blisko - ucieszył się Ravaughan. - Pospiesz się, Harry. Mam pomysł na twojego szefa. Nie cierpiący zwłoki. - Dobra. Zaraz będę.

Schował telefon do kieszeni kurtki, złapał rączkę aluminiowej walizki i runął do wyjścia, ale zaraz zawrócił po jedno z pudeł z przenośnym sprzętem do holokonwersowania. Po schodach pożarowych, najciszej jak mógł, zbiegł aż na parter. Portier łypał w trzy monitory, a z jego obandażowanej głowy wychodził cienki niebieski przewód. Nie odwrócił się nawet, kiedy Fritken wymykał się na zewnątrz. Pięć minut później szedł przez rynek Los Raques. Dochodziła ósma wieczorem. Z oddali dobiegało zawodzenie syren, mdłe strugi reflektorów usiłowały przeciąć gęstą noc. Wszędzie wstawała mgła i czuć było ostry posmak ozonu. Buty Fritkena miażdżyły ciałka światłosyfów; chrzęst rujnowanej elektroniki towarzyszył mu całą drogę. Jak spacer w letnim lesie po suchym podścielisku. Moje środowisko naturalne. Wyglądało na to, że Obcy runął na południu. Centrum było ciche i spokojne. Czasem tylko przemknął wojskowy poduszkowiec lub nafaszerowany efektami pojazd poszukiwaczy przygód. Na ulicach snuli się coraz liczniej zdezorientowani mieszkańcy, grupki czcicieli alienryny i spragnieni sensacji kamerzyści. Światła paliły się w wielu oknach. Mieszkańcy miasta budzili się z długiego letargu. Stary teatr miał nieodmiennie podrapaną fasadę i spryskane archaicznymi farbami kolumny. Kiedy mijał pierwszą z nich, dłoń niczym macka wychynęła z cienia i złapała Fritkena za kurtkę. - Alienrynkę? Nowa dostawa, u mnie najszybciej w całym mieście. Bierz pan, póki świeża. Dopiero co spadła. - Zostaw pan... W wąskiej uliczce wzdłuż ścian teatru Islandera odnalazł kroplę światła sączącą się zza prostokąta barowej szyby. Od razu go zobaczył. Z cygaretką, w prochowcu, ze starą, zniszczoną twarzą pod siwymi, wciąż gęstymi i długimi włosami. Przy pustym stoliku najbliżej okna nad parującym kubkiem mocnej kawy i matowym pobłyskiem kilku nieaktywnych holokarteczek. -Witaj, Ravaughan. - Wyciągnął dłoń. - Spadły tu trzy El Raque. Ale tak naprawdę to my jesteśmy wrakami, choć nikt nas nie musiał zrzucać. Ravaughan odwzajemnił mocny uścisk i poruszył prawym żwaczem. - Jesteś już stary, Fritken. Ale nigdy nie mów, że jesteś wrakiem. Latasz wyżej niż ktokolwiek. Siadaj. Dają tu niezłą kawę, a mamy do pogadania. Fritken skinął kelnerce. Jej wyładowany elektroniką biust stwarzał iluzję piersi wyprzedzających resztę ciała.

- Szklankę wody. I dwie herbaty - a potem usiadł po drugiej stronie stołu i zamrugał porozumiewawczo. - Trzeba ostrożnie. Bez kofeiny. Sam wiesz. Ravaughan zerknął na zegarek. - On cię znajdzie. Ma na ciebie swoje pomysły i wie, jak szukać. Fritken postukał palcem w prawą kość jarzmową. -Tu mam nadajnik w systemie GPS. Ale wziąłem co nieco do zakłócania i trochę mu to zajmie. -Ile? - Do trzech godzin. Lepiej, żebyśmy zdążyli, cokolwiek planujesz. Ravaughan uśmiechnął się, pokazując duże, zdrowe zęby. - Jeśli nie zdążymy, wiesz, co nas czeka. W końcu to ty przygotowałeś projekt Gate 404. Sądzę, że będzie ofertą na czas chaosu po upadku trzech nowych wraków. Czy Tricular jest już gotowy? Fritken odpowiedział ostrożnie: - Znam tylko poszczególne odcinki. Wiesz, jak ze mną jest. Skupiam się na fragmentach, nigdy nie potrafiłem ogarnąć całości. Tak w życiu, jak w robocie. Ravaughan zakaszlał i zgasił cygaretkę. - To po co masz się z nim spotkać? - Czujne oczy badały twarz Fritkena. aż ten opuścił wzrok. - Czego mu brakuje? Kelnerka postawiła między nimi dwa parujące kubki, pstryknęła palcami w abażur maleńkiej lampki na ścianie i odeszła rozkołysanym krokiem, wlokąc strużki błękitnego światła. - Brakuje mu klamry. - Fritken uśmiechnął się niepewnie. - Wiesz, ja czułem, że ten facet kręci. I czułem, że robię dla niego coś podłego. Tłumiłem to uczucie i dusiłem jak szczura, w najgłębszej skrytce mojego wnętrza... Jasne, pomagała mi choroba, kiedy odlatywałem na długie tygodnie. A on wie, jak wydusić ze mnie każdą kroplę emocji potrzebnych do dobrej konwersji. Wie, czego mi trzeba. Miałem wszystko. Kobiety, narkotyki, miejsca, narzędzia... Tricular otworzył mi kredyt, z którego mogłem czerpać życie. I natychmiast mu je zwracać. Tak teraz to rozumiem. Żyłem na strasznym haju przez tydzień lub dwa, po czym wyrzygiwałem w procesor afektywnego pawia skondensowanego od najostrzejszych kawałków. A sztab ludzi z korporacji dopiero to porządkował. W barze pojawiło się kilku nowych klientów, ale Fritken nie potrafił skoncentrować na nich wzroku. Mówił o sprawie, której wstydził się najbardziej. Ravaughan milczał, splatając długie, węźlaste palce.

- Jakieś dwa lata temu zrozumiałem, że on mnie wyssie, wyciśnie jak tubkę ze skondensowanym mlekiem. Pamiętasz, co zrobił z tobą? I postanowiłem się zabezpieczyć. Miałem chwilkę względnej normy, zażywałem lit i nieźle kontrolowałem sytuację. Postanowiłem zrobić to tak, żeby każdy odcinek konwersji, którą oddawałem im na dyskach, stanowił niezależny fragmencik jednej wspólnej kreacji. Ma tego mnóstwo. Prawdę powiedziawszy, podejrzewam, że stworzyłem dla niego nową wersję świata. Nieskończoną, a zarazem ograniczoną do pewnego obszaru, który opiera się na zasadach, na których funkcjonowała Brama 403, jeśli jeszcze pamiętasz... I mam tu, między nogami, walizkę z zapisem ostatniego kawałka tego dzieła. Bez tego on nigdy dalej nie ruszy. Ale Tricular jest spokojny. Nie obawia się, że go wyroluję czy ucieknę. Jestem uzależniony od tego, co mi daje, więc wie, że gdybym porzucił robotę, zdechnę prędzej niż potrafisz przewidzieć. Stanę jak stary cadilac bez paliwa. - Rozumiem. - Ravaughan zmrużył oczy. - Wszedłeś z nimi w swego rodzaju symbiozę. Nigdy bym cię o to nie podejrzewał, Harry. Fritken zabębnił po blacie drżącymi palcami. - Chyba można to tak nazwać. Jednak łatwo mnie kupić... Czy może raczej przekupić... okazując uznanie. On dał mi poczucie siły. Nie dostałem tego ani w pracy, ani w domu. Doskonale wiedział, czego szukam. Ravaughan pokiwał głową i pociągnął długi łyk z filiżanki, po czym wygiął w dół sine, popękane wargi. - Posłuchaj, Harry. Ja wiem, kim jest ten facet. - Boże, ja też - zawołał Fritken i zaśmiał się półgłosem. To była długa droga, pomyślał. I chyba warto było po niej iść. Dostałem więcej niż ci, którzy nigdy nie musieli żreć litu i zawsze mieli pluszowe kapcie na stopach wyszorowanych pumeksem. Dostałem hojny dar, ale przyszedł czas zapłaty. Nie da rady inaczej. Mogę znów służyć na dwu łapkach, a potem zdusić lęk wśród rozkołysanych piersi następnej dziwki. Ale nie. Trzeba patrzeć w oczy Ravaughana, bo to w nim jest siła. On jest detoxem. Czyści. - Ja też wiem, kim on jest - powtórzył Fritken przez wysuszoną krtań. - Może nawet miałem wątpliwości, ale dzisiaj się zdradził. Słuchałem w radiu relacji z Księżyca. Użył tam nazwiska starego Speedo. Najpierw go zabił, a dziesięć lat później, dla zabawy, tak po prostu, obdarzył jego nazwiskiem jakiegoś kapitana, który wszedł w kontakt z Obcymi. Nie ma żadnych Obcych, Ravaughan. To tylko ten skurwiel i jego zręczne mistyfikacje. Bo co skutecznie może skłonić ludzi do kupienia Gate 404? Strach. Najpierw zagrał El Raque l, teraz idzie na całość. Wie, że to zadziała. Opanuje świat. Bez wielkiej globalnej wojny

zrujnował naszą rzeczywistość i na błyszczącej tacy poda nam swoją wersję planety Ziemia. Będzie tania. Diablo tania... Ravaughan zapalił kolejną cygaretkę, zaciągnął się i krótkim ruchem rozgonił popielate pasma. - Zgadzam się - powiedział, pochylając się nad stołem i rzucając cień na dłonie Fritkena. - Ale nie do końca jest to mistyfikacja. To inwazja. Inwazja innej niż nasza rzeczywistości, pragnącej zdominować wszystko, cośmy szanowali i cenili. To jest wojna o świat. I nie ma Tego, który mógłby nas obronić. Albo może ma On w sobie tyle pokory, że nie chce się w to mieszać. Może uznał, że dał nam wszystko, co miał i czuje, że nie do końca się udało. Może znowu ogląda ślub w jakimś kościele albo grzebie w stercie maszynopisów. Może wreszcie jest tak, że On zdał się na nas. Jeśli my przegramy, zniknie jak tylko On potrafi, bo straci wszystko, co w nas kocha. - O czym ty gadasz, Ravaughan? - zaniepokoił się Fritken. - Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy? - Mówię o naszym Bogu, Harry. Nie udawaj idioty. Ale powiem jeszcze więcej. Tricular jest Obcym. Spadł tu znacznie wcześniej niż El Raque l, a potem rzucał już tylko fragmenty swojego planu. Statek z ochłapem własnego ciała, głupawki z holo, darmowe wizje prowadzące donikąd... Blefował, strasząc nas inną, złowrogą rzeczywistością, chociaż był wtedy po obu stronach. Nazywaliśmy to holosami, technosami, fantosami, światłosyfami... Jak tylko zechcesz. Przygotował sobie teren, poznał nas i zrozumiał, że warto przechwycić ludzi z tym, co w nich najcenniejsze. Mówię o emocjach. On się tym karmi, Harry. Pewnie taka jest zasada. Ogarnąć świat i wycisnąć jak cytrynę. Można to robić szlachetnie, dać ludziom mnogie rozwiązania, sposoby, i czekać na to, do czego sami będą zmierzać. Mam wrażenie, że taki właśnie jest nasz pierwotny Bóg. Ale są inni. Tacy jak Tricular. Szybcy, spragnieni życia i śmierci. On chce nas zamknąć w klatce Gate 404. Wiesz, po co? Żeby szybciej wycisnąć. Tricular jest istotą, która nie ma czasu. Nie liczy się jakość. Dajcie, co macie, a potem znajdę sobie inny świat, pełny afektu. On jest zły, Harry. Kiedy spojrzałem w neony jego korporacji, kiedy wspominam jego pustą twarz, kiedy widzę krew na śniegu obok starego Speedo, wiem, że nie można do tego dopuścić. Musisz go załatwić, Harry. Fritken cały zadrżał. -Jak? Ravaughan dopił kawę i z miną desperata wygodnie rozparł się w krześle. - Zastawimy pułapkę, Harry. Tyją zrobisz, a ja ci powiem jak. Kelnerka zbliżyła się do ich stołu. Byłaby lepsza bez iluzji korygującej obraz piersi, pomyślał Fritken. Potem zerknął

na blat baru, wokół którego wirowały krzykliwe prostokąty zapraszające do skorzystania z efektów Gate 404, a stamtąd przeniósł spojrzenie na parę nastolatków przy stole nieopodal. Splecione kadry namiętnych projekcji sączyły się z ich holohełmów. - Masz rację. Nie podoba mi się to wszystko - przytaknął z ulgą. - Zrobię, co zechcesz. Twarz Ravaughana rozpogodziła się, ale zaraz ogarnęło ją skupienie. - Zadzwoń do Triculara, Harry. Powiedz mu, że został ci mały szczegół. I że jego psy mogą odebrać towar przed świtem, cokolwiek to oznacza. Ale musisz mieć pięć godzin na pracę. To go uspokoi. Będzie sądził, że mówisz prawdę. Fritken aktywował już swoją komórkę. - Dobra. Ale gdzie ja wtedy będę? Ravaughan zaśmiał się. - W swoim hotelowym pokoju, Harry - powiedział. – Jeszcze w Los Raques - dodał ciszej. Fritken nie zrozumiał, co miał na myśli stary pomarszczony detox. Ale nie chciał zadawać kolejnych pytań, bo bał się trudnych odpowiedzi. Niepokoił się skrycie, czy wiedząc dokładnie, do czego zmierza Ravaughan, będzie w stanie mu pomóc. Czy nie umknie znowu w pancerz choroby. Strach podpowiadał, że nie jest gotowy przejąć brzemię Ravaughana. Strach nakazywał ucieczkę daleko stąd, w nowy wspaniały pomysł, na maniakalnym paliwie, najwyższym z możliwych lotów... Wystarczy odstawić lit, zamknąć oczy i... - Harry - dosięgnął go spokojny głos Ravaughana. – Dzwoń tam. Mamy mało czasu. Sięgnął po dwie tabletki. Ręce drżały w panice. Oczy przeszywał ból. Serce waliło o żebra. Żołądek skwierczał, jak popękany balon. - Jestem strasznym tchórzem, Ravaughan powiedział wbrew sobie. - Knuję, jak się wycofać, przecież wiesz... A może ty chcesz, żebym to wszystko wsadził w głowę, a potem odstrzelisz mi mózg, jak wtedy Marylin i innym nieszczęśnikom, którzy siali obłędem. Do czego zmierzasz? Siwe włosy Ravaughana zalśniły srebrem, kiedy odgarniał je za uszy. Prawy żwacz na jego twarzy pulsował rytmicznie. Ale nie odezwał się. Fritken popił lit zimną herbatą. Zamknął oczy. Otworzył. I wcisnął klawisz aktywacji. - Pan Tricular? - zapytał przymilnie, zachowując spokój. - Proszę o pięć godzin. Coś mi nie wychodzi, a chcę mieć pewność, że oddaję właściwy finał całego dzieła... Tak. Będę w hotelu.... Nie, nie... Po prostu piję herbatę i dopracowuję pomysł. Jak zawsze, panie Tricular... Będzie pan osobiście.... Rozumiem. Jestem przygotowany.... Nie zawiodę pana. Jestem w dobrej formie. Westchnął. - Teraz twój ruch. Ratuj nasze dupy, Ravaughan, albo on wypali nam oczy.

- Mówiłem ci już, Harry, że nie jesteś wrakiem. Tyle że czasem wygodniej jest tak myśleć. Dobrze, żeś nie powiedział, że ci się spieszy, bo spadli tu nowi Obcy On świetnie wie, że masz to w dupie. Rozumie też, że w pracy realizujesz siebie, dlatego ma ona dla ciebie wielką wartość. - To prawda - przytaknął ze zmęczeniem. - Ty też zostawiasz mi wybór. I tego nie rozumiem, Ravaughan. - Już wkrótce, Harry. Wyszli w noc, syreny i oszalały z przerażenia tłum. Wokół pływały kolorowe napisy: GATE 4D4 - WASZA JEDYNA SZANSA. JUŻ JUTRO.

Godzinę później siedzieli w obskurnym pokoju na dawnej LowskyMiko, w budynku nad byłą księgarnią z holoneonem sowy, który służył teraz jako siedlisko zdziczałych światłosyfów. Ravaughan wynajmował to mieszkanko, bo rzadko zapuszczały się tu najaktywniejsze, niebezpieczne reklamy. Z okna, przez łuny na południu i ciągnące niczym chmury fantosy, widać było ostrą wieżę jednego z ostatnich ocalałych w mieście kościołów. Niczym palec Boga mierzyła w rozmigotane od reklam nocne niebo, a może też ostrzegała przed czymś, co może upaść z otchłani kosmosu. I upadło. - Patrz, Harry - wskazał Ravaughan neogotycką budowlę. - Tego się boi Tricular. Fritken skulony na niklowanym krześle, krzywymi nogami obejmujący aluminiową walizę, podniósł wzrok z uwagą, ale zaraz rozczarowany odwrócił głowę. - Kościoła?... Co ty, Ravaughan? Będziesz nas teraz nawracać? Kto na to pójdzie? W czasach holodziwek, El Raque i superprodukcji „Easylmagines"? Ravaughan bez słowa spojrzał na zegarek i zaciemnił okno. Nie poganiał myśli, bo chciał się nacieszyć każdą chwilą, która jeszcze pozostała. Powoli podniósł do ust cygaretkę i zapalniczkę. - Szerzej, Harry. Musisz to ująć szerzej. - Zapalił, ale zaraz zgasił, bo dym uderzył w krtań boleśniej niż przewidywał. - Tricular boi się nadziei. Propozycji innej niż jego opcja. Wolnej, swobodnej, ale przez to nieodgadnionej. Fritken zaśmiał się ponuro. Łyse czoło błysnęło kroplą potu. Twarz świeciła tłuszczem i trądzikiem. Ravaughan takim właśnie go zapamiętał. Wiekowy, pryszczaty młodzieniec, poddany obróbce sytuacji i emocji bardziej kaleczących niż maszynka do mięsa.

- Nie powiesz chyba, że jeszcze nie wiesz, co robić? - wyjąkał ze strachem Fritken. Co mam mu dać? Wizję neogotyku z LowskyMiko? Ravaughan poszedł do kuchni i przyniósł stertę pudełek po zużytych holo. Potem dwa kubki, żółty czajniczek z herbatą i strzykawkę z trzema platynowymi ostrzami. Metodycznie rozpiął guziki koszuli. Półnagi usiadł na wprost Fritkena, który szeroko otworzył usta. - Mam tu wszczepione dwa rozruszniki. Był taki trudny czas, że musieli mnie kontrolować, jak ropuchę na stole operacyjnym. Bali się, że za dużo emocji zabije mnie przed końcem eksperymentu i zabezpieczyli się. Kiedy było za ostro, rozruszniki, każdy niezależny, regulowały pracę serca. Aż dwa, bo to był drogi eksperyment i kontrola platynowych elektrod musiała być stuprocentowa. Nie mogłem się im zepsuć przed czasem... Teraz patrz uważnie. Ustawił na trzecim krześle mały, rozkładany monitor i po chwili widać było zieloną krzywą EKG. Nad nią niebieska sinusoida oddawała podstawowy zapis pracy mózgu. Mrugnął do oniemiałego Fritkena. - Widzisz, Harry? Wszystko jest. Bez kabli, chłopie. Nadajniki też mi wszczepili. Tyle że zabrali dużo więcej. Ale trochę zostało, czego nie przewidział Tricular. Wypuścił mnie jak pustą zabawkę, zależną od ampułek holo, z megakonfliktem trzech osobowości. Chciał, żebym zdychał po śmietnikach, wśród odpadów z jego stołu. Pomylił się. Zapamiętałem więcej niż przypuszczał. On jednak nie zna ludzi. Nie przewidział, że wystarczy mi kilkanaście miesięcy, żeby uporządkować i połatać spustoszenia. Dopóki jest pewien, że nie ma mnie w tej grze, dopóty mam przewagę. - Gadaj, co mam robić, Ravaughan? - Fritken rozdrapał z przejęcia kilka pryszczy. Kurwa, mów z sensem, chłopie. Nie znam się na rozrusznikach, ani na EEG, kurwa, tylko na holokonwersjach. A i to potrafię nieźle spierdolić.... Ravaughan pokiwał ze zrozumieniem głową i wskazał palcem walizeczkę Harry'ego. - Konwersuj mnie. Ale w taki sposób, żeby on tego nie namierzył. Zrób mi w programie uchwyt, pod który będę się mógł podczepić potem, kiedy ludzie kupią Gate 404. Będę jak wolny wirus, rozumiesz? On da wszystkim pałac, a ja go rozgryzę od fundamentów. Nie zniszczę. Będę budował co innego. Fritken wyjął laptopa. Szybko, nie patrząc na końcówki, podłączył się do domowego sprzętu Ravaughana. -Ale nie powiedziałeś, po co te medyczne historie... Nie rozumiem, czemu siedzisz półnagi....

- Mam dużo różnych rzeczy w głowie, obawiam się, że kiedy tam sięgniemy, ciało może szwankować... Wiesz, emocje mogą mnie skosić jak dziecko. - Ravaughan oplótł prawe ramię rozkładanymi odnóżami strzykawki, która szybko podpełzła w górę i wprowadziła ostrza w żyły zgięcia łokciowego. - Stąd ten monitor. Bioprocesor będzie sygnalizował parametry, tylko zerkaj, czy nie trzeba mi większej dawki. Jeśli tak, zobaczysz napis na monitorze, włożysz odpowiednią ampułkę w strzykawkę i tyle. Nic więcej nie rób, broń Boże nie lecz mnie po swojemu. Jestem całkiem dobrze ustawiony, wszystkie leki, jakie mogą być potrzebne są w tej ośmiokomorowej strzykawce albo leżą w małym pudełku po holoefektach. Rozumiesz? Z każdym zdaniem Harry rozluźniał się. Uszeregowany logicznie ciąg czynności, to rozumiał. Rozstawił szerzej nogi w kowbojkach, w chwytaku na udach osadził laptopa i sięgnął po kubek herbaty. Chwilę siorbał łapczywie. - Nie masz cewnika - zauważył czujnie. -1 worka rektalnego. Ravaughan wzruszył ramionami. - Trudno. Przepraszam cię już teraz. - Chodziło o twój komfort, ja jestem przyzwyczajony – wyjaśnił Fritken. - Pracował w rozmaitych warunkach; sam często kończył pracę w kałuży ekskrementów. - Zrobimy tak. Będziesz miał swój zaczep w Bramie, ale zmiksowany ze mną. Program Gate 404 jest ustawiony na autodiagnostykę i wyłapie wszystkie obce struktury budujące. Zniszczyłby cię w nanosekundzie. Musimy go oszukać, dlatego przez moment będziemy konwersować razem, a potem ci odpuszczę. - Najważniejsze jest przejście. Potem, kiedy towar będzie na rynku, a Tricular zatrze ręce, patrząc na miliony, które w to wlezą, wtedy dopiero podłączę się na poważnie i spróbuję zniszczyć jego wizję. Ravaughan spiął gumką włosy. Fritken sprawdził okablowanie i podał mu elektrody skroniowe. - Masz na to specjalny pomysł? - zapytał z niepokojem. – Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z potęgi Gate 404. Poprzednia 403 była ledwie namiastką. A przypomnij sobie jak trudno było wyjść. Tamto robiłem tydzień, to prawie dziesięć lat. Miałem czas, miałem superpaliwo i emocje, jakich mało. Zbudowałem mu twierdzę, która wchłonie wszystkie hola, jakie włóczą się po tym świecie. Ravaughan przyczepił elektrody do skroni. - Pomysł nie jest mój. Chcę tylko powielić jedną myśl, którą przekazał mi garbaty starzec w tym starym kościele. Mam też nadzieję wciągnąć w to Triculara.

Dłonie Fritkena niczym rozpędzone kraby przeleciały po klawiaturze. - Popraw prawą elektrodę, mam kiepski odczyt. Przesuń ją bliżej tętnicy skroniowej. Jeszcze trochę. Teraz dobrze. Żre. Ravaughan poczuł swędzenie pod lewą powieką. Dyskretny zapach ozonu. - Szkła! - Fritken rzucił mu ciemne okulary z polaroidu. Sam nadział na głowę hełm z granatowego kryształu opatrzony logiem „Easylmagines". - Włóż końcówki do elektrod, musimy mieć połączenie zwrotne: receptor-siatkówka-ośrodek - transmisja z kory. Masz obrazy na powierzchni? -Nie. - Słaby sygnał - wymamrotał Fritken. - Faktycznie masz silną blokadę emocji na poziomie potężnego wyparcia. Jak to ruszę, możesz się zdekompensować, chłopie. A to jeszcze nie jest właściwy moment. Byłeś naprawdę zhybrydyzowany? - Tak. Spróbuj delikatnie wydobyć, co się da. - Ravaughan poczuł ból i zapach ozonu nasilił się. - Nie chcę tego ruszać, dopóki na całego nie wejdę w Gate 404... Dobra. Coś widzę. Palce Fritkena zastygły nad klawiaturą. -Co? - Słońce, niebo, wysoka dziewczyna idzie z jasnowłosym chłopakiem pod rękę, ale trzyma dystans.... - Pamiętasz to zdarzenie? - To ja i Sjogrennberg. Szwedzka laska, z którą nawijałem w liceum. Były wakacje... - Dobra. Mam twój zapis. Musi starczyć, boję się ruszać tego, co jest pod nim. Przypomina to parametry Speedofritza, tyle że ja wiedziałem, że on choruje na schizofrenię... Poczekaj na mnie. Spotkamy się w tym twoim kadrze, a potem szybko to przegramy. Ravaughan nie słyszał. Poczuł ciepło. Od dawna był świetnie zakonserwowaną rybą, a może raczej pancernym skorupiakiem, osadzonym w twierdzy z wapienia i chitynowych łusek, w cylindrycznym tunelu wydrążonym w otchłani gór. Teraz szedł wzdłuż morza, które wyrzucało na brzeg kawałki śmieci, szumiało prastarym, ale zawsze świeżym głosem wiatru i fal, mieniło się kolorami zachodu. Szedł ze swoją szwedzką dziewczyną, która paliła skręta, i nie musieli mówić po tym, co powiedzieli sobie rano, po pierwszej, wspólnej nocy. Patrzył jak woda wypełnia ślady ich stóp. Piana otaczała jej kostki, szczupłe łydki prowadziły mięśnie, uda naprężały się z każdym krokiem, a jego dłoń sięgała w tamtą stronę, sczepiona z jej palcami, wahadłowe ruchy zegara, taki sam zegar miał mój ojciec w swoim gabinecie, takie same ruchy robiliśmy tej nocy...

- Która godzina? - rozległ się cichy męski głos. - Tu, nad morzem łatwo stracić poczucie czasu, nie? Szwedka wzruszyła szerokimi ramionami, a Ravaughan nie odrywał od niej wzroku, ignorując intruza. - Powiedz mi, Ravaughan, która godzina. Muszę mieć pewność, że mnie odbierasz nalegał natręt. - Do cholery, chyba nie będziemy się tu pławić po wieki. Wyobrażasz sobie, że to jakaś ampułka holopornosa, czy jak? Fritken stał w kurtce z postawionym kołnierzem, po kolana w morskiej wodzie i przecierał spocone czoło. Ravaughan uśmiechnął się. - Nie mam zegarka, Harry. Czemu nie zdejmiesz tych gaci, człowieku? Fritken puknął palcem w głowę. -Myślisz, że będę się idealnie dostosowywał do sytuacji... Nie ma na to czasu. Zabieram cię stąd, Ravaughan. Zobaczysz, czym może być Gate 404. Lepiej, żebyś rozumiał, co chcesz zburzyć. Spróbuj to ogarnąć w wirtualnym modelu. Fale spieniły się i potrzaskały na miliardy kawałków. Jakby morze runęło w otchłań. Ravaughan poczuł, że przylega do jedynej ocalałej fali. Dwie tafle nieba -jedna niebieska, druga w odcieniach żółci - zbliżyły się do siebie. Skulił się odruchowo, ale niepotrzebnie. Znowu zobaczył Fritkena. Ten stał na początku białych schodów prowadzących do monumentalnej konstrukcji, która rozbudowywała się w górę, na boki, w głąb... Była wszędzie. Niczym mistyczne dzieło starożytnej cywilizacji, postawione w sercu tropikalnej dżungli. Biło z niej światło bieli. Piękne i nieodgadnione fasady były czyste, choć pełne pokus. Zdawała się nieskończenie bezpieczna i mocarna. Zewsząd, z każdej części mroku, prowadziły do niej białe wstążki schodów. Tysiące zaproszeń w krystalicznie czysty, doskonały świat. Fritken zeskoczył stopień w dół i objął oniemiałego Ravaughana. - Wszystko już przygotowane. A spróbuj sobie wyobrazić, co czeka ludzi w środku. Zobaczą to, jak pochodnię w oceanie ciemności, jak latarnię morską, wskazującą właściwy kierunek i chroniącą przed sztormem raz na zawsze. Na wieki. - Ktoś, kto tu wejdzie, zatraci się bez reszty - przyznał Ravaughan. - Jak w życiu, stary - promieniał Fritken. - Bo czym to się różni? Jedno i drugie sztuczne. Każda z rzeczywistości jest zmienna, jak się ostatnio okazało. Idzie tylko o potrzeby.

- Nie, Harry. Idzie o cel. Ten, kto włada tym... tą Gate 404, chce nas osadzić w kanarkowej klatce... I chce patrzeć jak rozbudujemy się do naszych trzewi, aż pękną i wypuszczą z siebie smród, którym on będzie się karmił z uśmiechem na ustach. Fritken milcząco przytaknął, myślał o czym innym. Nagle rozłożył ręce i uniósł w górę oba kciuki. - Dopiąłem swego, Ravaughan. Myślę, że Speedofritz miał rację. Dla niego i tak wszystko było obce i niezrozumiałe. Chyba tak się dzieje z większością z nas, choć ludzie nie myślą o tym na co dzień. Ale powiem jasno. Wolę ten świat od tego sprzed upadku pierwszego El Raque. Od tamtych popieprzonych górniczych kół, od ludzi ryjących pod ziemią i wiadomości w dziennikach, kogo zabili, a kogo będą sądzić. Od stania w kilometrowych korkach i patrzenia na ośmiu chłopa budujących sto lat jedną zasraną autostradę. Od szpitala, w którym mnie leczyli, bo byłem za szybki i wolałem biegać goły niż w prążkowanym gangolu. Kazali mi oddychać brudem, więc wyczyściłem, co się dało. W Gate 404 nie potrzeba żadnej izolacji. Co ci się tu nie podoba? Teraz dobudowałem już schody i program jest gotowy. Połączyło się. Ostatecznie. Ravaughan złapał Fritkena za ramię i mocno potrząsnął. - Uspokój się, chłopie. Musimy spierdalać. Tricular chce nas pożreć. To pasożyt. Obcy, zimny, selektywnie wycinający najlepsze kąski. - Ale dał mi szansę - jęknął Fritken i zrobił gest, jakby chciał objąć swe dzieło. - A to tylko model. Zobaczysz, jak się będzie rozwijał naprawdę. Jak zabuduje, kawałek po kawałeczku, całe zasrane Los Raques. Jak wchłonie tandetne światłosyfy. Każdy, kto kupi Gate 404 sprawi, że będzie jaśniej. Piękniej. -Fritken! Musimy stąd spieprzać. Teraz! Już!!! Fritken opuścił głowę. Znowu był łysym, grubawym gościem, niepewnie stojącym na krzywych nogach. - Dobrze. Masz wejście gratis. Możesz tu zrobić, co chcesz. W przeciwieństwie do innych możesz wbudować w Gate 404 swoją opcję. Inni mogą dobudować tylko to, na co pozwoli program. Ty jesteś wirusem, na którego obecność wydano przyzwolenie. Na razie nie do wykrycia. Dopóty się nie zdekompensujesz. Schody uniosły ich w górę, ponad światy i nieba, w serpentyny ściekających barw i łoskot pracy mięśni. Ravaughan zwinął się z bólu. Strzykawka na zgięciu poruszyła się z sykiem. Ruch tłoka ustał. Rozruszniki wyłączyły się. Ulga. - Okay - pryszczata, podrapana twarz Fritkena wynurzyła się z niebytu. - Miałeś kłopoty przy wyjściu. Jednak jakaś cząstka ciebie chciała tam pozostać... Czekaj, zdejmuję ci elektrody.

Ravaughan zobaczył pokój zalany purpurowo-niebieską poświatą monitorów. Odległy świt nad Los Raques. I szczyty trzech nowych wraków za chmarami wschodzących światłosyfów. - Jak tam jest? - zapytał Fritkena wyglądającego przez okno. - I która godzina? Fritken spojrzał na zegarek. - Dochodzi szósta. Tłumy, człowieku. Tysiące oszalałych szukających oferty od D.D. Byle dalej od wraków. Naprawdę są wielkie, zdominowały nawet te cholerne nosorożce płynące o tej porze przez miasto. Już je widać. Wszystkie. Ravaughan z trudem ruszał głową. Czuł zimną, nieprzyjemną wilgoć w kroczu. Zsikałem się. A jednak. Patrzył, jak Fritken ładuje sprzęt i dzwoni do Triculara. Potem, jak zaczesuje rzadkie włosy i dopija zimną herbatę. - Po południu rzucą to na rynek. Musi tylko wgrać, co mam w laptopie i od razu rusza dystrybucja. Wszystko przygotowane, Ravaughan. Nawet pudełeczka. - Jasne. - Kiedy będziesz gotowy, żeby wejść w Gate 404, muszę o tym wiedzieć. Pomogę w twojej konwersji, sam nie dasz rady, chłopie. Wystarczy, że zadzwonisz, a ja się uruchomię z dowolnego punktu. Mam twoje podstawowe parametry, kiedy podłączysz się do zabawki, będę wiedział jak cię znaleźć. A może tu przyjdę raz jeszcze, zobaczymy... Ravaughan patrzył w migotliwy półmrok za oknem. - Dobrze. Dziękuję ci, Harry. Ale nie ma innego wyjścia. - Ja wiem. Ale wiem też, że jeśli ci się uda, ostatecznie zniknę z tego świata. Z każdej wersji, bracie. Kiedy wyszedł, Ravaughan zapalił cygaretkę i patrzył na tłum ciągnący pod centralny wieżowiec „Easylmagines". Regularnie zaciągał się, wypuszczał nozdrzami dym, a rozruszniki bezszelestnie regulowały pracę jego serca.

Trzy tafle światła wyznaczały kierunek. Sepia po lewej stronie, kadm pod stopami, a ultramaryna nad głową. Reszta przestrzeni tonęła w żółtawej bieli. Fritkenowi zdawało się, że stąpa po czymś niematerialnym, niepewnym, a zarazem czuł się bezpiecznie, choć zmierzał prosto w kierunku znienawidzonych białych, epoksydowych drzwi ze starodawną, mosiężną klamką. Towarzyszyło mu stadko kilkudziesięciu dwudziestocentymetrowych czarnych aniołków, które podfruwały na wysokość jego głowy i brzdąkały na jasnoczerwonych gibsonach fragmenty z Bohemian's Rhapsody. Kiedy zbliżył się do drzwi, po bokach wyrosły szpalery miniaturowych dębów, z których z krzykiem wyfrunęło stado kolorowych wron.

Łopot skrzydełek potężniał, aż zamienił się w gromkie oklaski. Fritken wzruszył ramionami i sięgnął do klamki: - Po co to wszystko? - zapytał sam siebie. Odpowiedział mu ktoś niewidzialny: -Dopiąłeś swego, Harry. Jesteś wielki. Panie i panowie: oto zbawca tego świata: Wielki Harry Fritken. Fritken zmrużył oczy i poprawił potrzaskane okulary, które wręczyła mu Spunny. A teraz, trzy godziny po spotkaniu z Ravaughanem w mieszkaniu na LowskyMiko, stał w progu gigantycznej centrali sterowania projektami „Easylmagines" i ściskał spoconą dłonią rączkę swej aluminiowej walizki. Aniołki z gitarami rozpierzchły się i nie wiedzieć skąd wynurzyło się trzech holotechników. Wśród nich najbliższy współpracownik Fritkena, czarnoskóry Nonze z przerobioną na emiter czaszką. Wydawali się poważni, byli dostojni w ruchach i gestach, jak gdyby wykonywali część wielkiego misterium. Oddał im walizeczkę z ostatnią częścią konwersji i rozluźnił się. Koniec, pomyślał spokojnie. Dopiąłem swego. Komukolwiek ma służyć, jestem za swe dzieło odpowiedzialny i nie wstydzę się tego, jakie jest. Miałem dobre intencje. Patrzył, jak tafle światła miksują się, powoli ukazując właściwe barwy, wśród których odradzały się prawdziwe kształty pomieszczenia. W jajowatych, srebrnych krzesłach siedziało kilkaset osób, które przez wszystkie te lata pracowały przy projekcie Gate 404. Otaczali go jak lwa na arenie i bili brawo. Bliżej, na hebanowej sofie z oparciem wygiętym niczym szkielet wieloryba, siedział burmistrz Los Raques, pękata pokraka i znany kreator zawadiackich, zawsze szczerych uśmiechów. Obok niego, sztywno wyprostowany, spoczywał ohydny skurwiel z rogatą czaszką, który zawiadował pracą nad każdym większym projektem korporacji. Potem kobieta o nerwowych jaskółczych brwiach, twardziel w mundurze EUROpaktu, kilku nieznanych facetów w drogich ubraniach i wreszcie on. Szara, pospolita marynarka ze staromodną, nieco zaokrągloną klapą; granatowe, wąsko skrojone spodnie i czarne trzewiki z szarą zelówką. Do tego drobna, obojętna twarz nieznacznie wykrzywiona w kącikach ust na znak, że pan D. D. Tricular uśmiecha się całą gębą. - Witaj, Harry. - Tricular skinął dłonią, a za jego plecami eksplodowały korki szampanów. - Pijemy dziś twoje zdrowie. Fritken ukłonił się i usiadł na podstawionym krześle o geometrii tak obcej ludzkiemu oku, że oczy zaszły mu łzami. Może zresztą naprawdę się wzruszyłem, co za cholerna różnica. Tyle że wszystko tutaj, ta błyskotliwa folia dobrotliwych twarzy i gestów, nie bardzo pasuje do tego, co przed chwilą zostawiłem na ulicach Los Raques. Do oszalałego tłumu

pragnącego uciec raz na zawsze od monumentów upadłych El Raque, otoczonych zasiekami z metalu i ciałami komandosów AXeP - Panie i panowie. - Tricular wstał, a oklaski ustały. - Właśnie teraz, tam, za moimi plecami, w naszej najszybszej wzorcowni, wykańczamy największe dzieło korporacji „Easylmagines". To Harry Fritken jest jego ojcem. Chcę tylko powiedzieć, że cieszę się, iż mnie przypadło pomóc temu człowiekowi. Za ten sukces, Harry, i za to, że miałem zaszczyt z tobą współpracować, chcę teraz wznieść toast. Znowu oklaski. Burza oklasków i wyciągnięte w górę kielichy z szampanem. Ludzie wiwatowali, a samodzielne kamery, wznoszące się nad ich głowami, transmitowały ten obraz do wszystkich zakątków świata. Wielkie, radosne kadry popłynęły przez chaotyczne, skurczone w lękliwym oczekiwaniu Los Raques. - Nie musimy się już bać upadłych El Raque ani zawartości ich ładowni - grzmiał Tricular. - Mamy schron, który wkrótce rozrośnie się w cały świat. Nikt nie będzie groził tej planecie. Nie czekaliśmy z opuszczonymi rękami, aż spadną kolejne wraki. Jesteśmy dzisiaj przygotowani na konfrontację, bo sami stworzyliśmy sobie lepszą ofertę niż oferowała nam alienryna z El Raque l. Jeszcze głośniejsze oklaski. Zdawało się, że całe miasto krzyczy jednym głosem, pełnym nadziei i wdzięczności dla korporacji. Może cały świat. - Nic nie tracimy - Tricular przetarł dyskretnie czoło i zerknął bystro na Fritkena. - To, czym był nasz świat, musi odejść. Nie mógłby sprostać inwazji Obcych. Nie ku temu został stworzony i marne były jego fasady. Przez chwilę w tle gigantycznej sali pojawiły się niewyraźne, zamazane obrazy wrzosowisk zroszonych deszczem. Potem skryły się w cieniu. Fritken poczuł chłód. Jak gdyby coś nieodwracalnie odeszło w noc. Wspomnienie tego, czym była wolność, życie, śmiech i wypalony z dziewczyną joint. Przez chwilę dostrzegł małą Amenthy i jej matkę, która wyrzuciła go z domu niczym chorego na ospę psa. Potem przypomniał sobie starcie w Gotiii, a potem wrócił ból, który mu towarzyszył od zawsze. Na czarnym teraz tle błysnęły gwiazdy. A wśród nich pędzące przez mrok, martwe, ale nadal pełne jadu, obłe, mocarne korpusy szukających pożywienia El Raque. Nikt nie śmiał przerwać tej ciszy Nawet Tricular patrzył okrągłymi, pustymi oczami w holo kosmosu i nawet on zdawał się czegoś lękać. Aż w końcu na celownikach zlodowaciałych okrętów pojawiła się zielona planeta. Tępe, zastygłe w próżni pyski El Raque drgnęły i zwróciły się w jej stronę. - Tak - powiedział Tricular. - To inwazja. W pełnym tego słowa znaczeniu. Duchowa i fizyczna.

On coś ma. Coś schował w zanadrzu, żeby oferta, którą nam teraz przedstawi, była ostateczna i nie do odrzucenia. Coś, co naprawdę podbuduje moją wizję Gate 404. - Pracowaliśmy równolegle. - Tricular ruszył w stronę wizji holo po czarnych, błyszczących bladym światłem schodkach. Wkrótce stał już na tle gigantycznego wraku, który runął wczoraj przy największym w mieście cmentarzu na Flyparku. Maleńka postać w szarej marynarce, podświetlona tak, że zdawało się, iż to ten właśnie człowieczek, a nie dymiący El Raque ma w sobie prawdziwą siłę. Dobre, pomyślał Fritken. Widzi to teraz cały świat. Każdy ma nadzieję. Każdy wie, że Tricular się nie poddał. Mało tego. Zna drogę ocalenia. - Pracowaliśmy tu, na Ziemi - kontynuował Tricular. - I pracowaliśmy na orbicie Marsa. Tu powstawał projekt ocalenia, genialna i wszechmocna holokonwersja Harry'ego Fritkena, którą nazwaliśmy Gate 404, na cześć projektu, który ocalił nas dziesięć lat temu przed El Raque l. A tam, na orbicie, w doskonałych, ultranowoczesnych laboratoriach, przy współpracy z EUROpaktem, światowym rządem ocalenia i dzięki ochotnikom, którzy oddali swe życie, powstało dzieło, które nie tylko pomoże nam przetrwać, ale zaoferuje taką jakość bycia, żeby nikt z was nie mógł powiedzieć, że się nudzi. Że konstrukcja Gate 404 jest nijaka. Że jest pusta i nietrwała. Że jest tylko połowicznym rozwiązaniem. Dymiący El Raque zniknął z kadru. Dat miejsce potężnej stacji wirującej nad czerwoną planetą. Na najbliższej burcie widać było fioletowy, ostry napis: „Easylmagines". Projekt ocalenia. - Musieliśmy lecieć aż tam -Tricular pokazał Marsa. - Musieliśmy wydać wszystkie pieniądze korporacji i wciąż szukać nowych sponsorów w światowym rządzie. Nie czas, by o tym mówić, ale wielu nie rozumiało skali zagrożenia. Praca na orbicie Marsa kosztowała nas wiele wyrzeczeń i wiele istnień ludzkich poświęciło się temu projektowi. Schowani daleko od zakłócającej nasze delikatne poczynania burzy elektromagnetycznej Ziemi mogliśmy w spokoju podjąć wyzwanie, jakie rzucił nam El Raque 1.1 oto udało się. Obraz ultranowoczesnych laboratoriów, setek ludzi w białych uniformach, stoły neurochirurgiczne, halogenowe oświetlenie i wygoleni na łyso ochotnicy. Jeden obraz za drugim na tle znieruchomiałej sylwetki Triculara. Przez chwilę zbliżenie dobrze znanej Fritkenowi twarzy. Łysej, pooranej bliznami, z wenflonem wszczepionym w skroń, ale patrzącej buntowniczo jak zawsze: stary Ravaughan. To tam go usidlili. Tam więc został hybrydą. - Udało się wyprodukować bezpieczną wersję alienryny. – Głos Triculara zdawał się teraz wtapiać w ciszę. - Mamy jej dużo. Wystarczy, żeby raz na zawsze scementować projekt

nowego świata Gate 404. Wystarczy, żeby połączyć nasze wizje w spójną przestrzeń, która od nowa zbuduje rzeczywistość w jedną perfekcyjną całość. I już nigdy żaden El Raque nie będzie mógł jej naruszyć, by narzucić nam obce, niezrozumiałe koszmary, przed którymi teraz znowu drży cały świat. Mamy to, co przyniosły nam niebiosa. Współpracujące z dziełem Harry'ego Fritkena. Nie z Obcymi, którzy upadli na Ziemię i którzy pędzą przez wszechświat, by pochłonąć nas bez reszty. Obrazy za plecami Triculara zatrzymały się. Fritken widział tam teraz biel, a na niej tysiące małych krążków o tęczowej, przyjaznej oku barwie. Każdy krążek przedzielony był na dwie równe części jak tabletka neuroleptyku. Każdy z logo „Easylmagines" i napisem: DESIGNED FOR GATE 404. - Panie i panowie. - Tricular wzniósł dłonie w górę. - Już teraz do nabycia: dysk z projektem Gate 404 i tabletka bezpiecznej, stuprocentowo współpracującej z naszym pomysłem alienryny. Zatwierdzone przez rząd, armię i mnie. Ocalenie. Schodził po bladych schodach. Towarzyszyła mu wrzawa i oklaski. Los Raques padło na kolana. Wraz z nim cały świat. Jezu. Jezu. Jezu Wszechmogący. A potem myśl jasna i szybka: Ravaughan. Nie doceniłeś go. Miałeś rację, ale to już niczego nie zmieni. Boże dopomóż nam wszystkim. - Chodź, Harry - Tricular ogarnął go ramieniem. – Będziesz patrzył jak tam, w dole, powstaje twój świat. Wedle moich ocen już wieczorem powinien zająć cały obszar miasta Los Raques. Fritken popatrzył w jego twarz i zapytał cicho: - Kim jesteś? Tricular wzruszył ramionami. Jego okrągłe oczy przeszył cień. - Niczym. Ja tylko pomagam przetrwać. Fritken pokiwał głową i zdjął okulary. Wskazał nimi wirujące tabletki z napisem Gate 404. Tricular czekał na jego słowa, ale on nie zdołał ich wypowiedzieć. Uśmiechnął się, czując nagłe zmęczenie.

Został

co najmniej jeden dzień. Ravaughan usiadł w otwartej kafejce na rynku

miasta, nieopodal zastygłego w niemocy El Raque l i zapalił cygaretkę. Pobolewało go serce, a przecież na razie nie musiało sprostać nawet jednej tysięcznej emocji, które planował wyzwolić już wkrótce.

-Jestem już przecież starym facetem - westchnął, prostując długie nogi w czarnych, znoszonych levisach. - I miałem ciężkie życie. W ciężkim mieście, jakąkolwiek wersję wziąć pod uwagę. Nie czekał na kelnera. Nie było tu takiego. Knajpkę porzucono, jak wszystko wokół. Puste opakowania wirowały wśród butów, zużyte holosy szwendały się z elektronicznym skrzypem, siejąc coraz bledszymi i coraz mniej przekonującymi wizjami, samotne reklamy wybuchały obrazami w konfrontacji z samymi sobą. Spojrzał w górę. Między elektronicznym śmieciem widać było, jak na migotliwe niebo powoli nastaje błękit podświetlony wciąż niewidocznym słońcem. Padał chyba deszcz albo coś podobnego do deszczu, więc starał się złapać w dłonie chociaż fragment tej dziwnej, jak gdyby zapomnianej wiosny. Gdzie oni są? Dlaczego nie próbują odgarnąć z nieba szlamu i poszukać słońca? Ale wiedział, że mieszkańcy Los Raques zajmowali się czym innym. Od rana kupowali lub dostawali gratis pakiet z Gate 404. Kiedy około dziesiątej rano Ravaughan minął wrak przy Flyparku, wielki, ponury monument, osadzony na cmentarnej ziemi i złowieszczo przekrzywiony na wschód, były tam jeszcze panikujące tłumy. Drugi z upadłych El Raque znalazł koło południa wśród serpentyn dróg szybkiego ruchu, przy wjeździe do miasta od południa. Czarny szpon wbity w ziemię, otoczony wojskiem i smrodem dopalających się osłon z żywicopodobnej substancji. Tam była już tylko armia AXeP Ludzie szukali ocalenia w propozycji Triculara, który zadbał o właściwą reklamę i dostępność projektu Gate 404. Mogłeś to kupić za symboliczną złotówkę. A po południu rozdawali już całkiem za darmo pudełka sponsorowane przez umierające miasto. Wraz z alienryną. Tak jak przewidziałem. To po to Tricular zamęczył ludzi na orbicie Marsa. Wszystko zgodnie ze scenariuszem. - Dzieło Harry'ego Fritkena - Ravaughan pogłaskał zapieczętowany dysk z Gate 404. Co za cholerny pech, że Tricular uruchomił zasoby tych, którzy najbardziej cierpieli. Speedofritz, Fritken, ci nieszczęśnicy z projektu na orbicie... Sięgnął tam, dokąd nigdy nie mieliśmy pełnego dostępu i czego baliśmy się bardziej niż wojny Do chorych, wymęczonych życiem i uszkodzonych cierpieniem mózgów. Dostał i wykorzystał najbiedniejszych z biednych. Ledwie aktywna reklama wypatrzyła ruch jego dłoni i podbiegła na rachitycznych, tytanowych nogach, by opleść go na kilka sekund wizją samopiorących nitek do ubrania. Strącił ją w zamyśleniu i rozgniatał butem, aż umilkł skrzyp mikrooptyki. - Czemu pan to zrobił? - Zmusił go do spojrzenia w prawo kobiecy głos. - Czy była aż tak natarczywa? Czy to jej wina, że taką ją zaprogramowano?

Kobieta była średniego wzrostu, miała na sobie żółty, poprzecinany czarnymi pręgami płaszcz ze skaju. Z małej, złośliwie przekrzywionej głowy zwisały dwa niebieskie warkoczyki. Tuliła uszkodzonego krasnoluda z archaicznej, zupełnie nieudanej serii bajek fantasy. - Czemu pytasz? - skrzywił się, bo serce znowu skosił mu ostry ból. - Przecież sama łazisz po tysiącach podobnych i niszczysz je z każdym krokiem. - Może. Ale to była moja reklama. Zniszczył pan moją własność. Ja pana znam. Pan jesteś ten sławny detox. Wstał i przyjrzał się jej. - Ale ja cię nie znam - skrzywił się z niesmakiem. Kobieta miała w ciele wiele technosów, robota była stara i niektóre, od dawna nie osłaniane antybiotykami, zostały przez organizm odrzucone. Po lewej stronie jej głowy zastygła ropa. Podobnie na nodze i dłoniach. Uśmiechnęła się niemrawo. - Ależ widzieliśmy się kiedyś w galerii Biwaya. Demonstrowałam wtedy prawa kobiet do rodzenia. Powinien pan pamiętać, bo właśnie wtedy zabił pan w toalecie galerii moją młodszą koleżankę. Była alienryniczką, ale nie jestem pewna czy zasłużyła na śmierć. Usiadł z powrotem na podniszczonym krześle i pokazał jej miejsce obok. - Też już nie jestem tego pewien. Próbowałem detoksykować świat, ale nie wiem czy dobrze robiłem, strzelając ludziom między oczy. Chociaż w środku nie mieli specjalnie dużo z człowieka. Kobieta potrząsnęła warkoczykami, nie chciała siadać. - Nie obwiniam pana, Ravaughan. Nie po to tu przyszłam. – Jej głos przypominał mu zupełnie inną, nie związaną z nią sytuację. – On chce panu tylko powiedzieć, że nie musi pan tego robić. Że On już się pogodził. No i nie może się z panem spotkać, bo brakuje Mu sił. Teraz zrozumiał. Ona przyszła od... - Byłem dzisiaj w kościele i szukałem Go - powiedział cicho. - Ale zrozumiałem, że On nie ma już czego tam szukać, bo nikt teraz nie bierze ślubu... - Ani w tych dniach, ani nawet miesiąc wcześniej - przytaknęła. - Próbuję się Nim opiekować, ale On nie chce dalej trwać. Nie ma dla kogo, a bez nas jest nikim. Powiedział, że nigdy nie uzurpował sobie do nas prawa. Że dostaliśmy widać lepszą ofertę, więc wybór zostawia nam. I niech pan patrzy, dokąd idą ci ludzie... Uniósł głowę i spojrzał tam, gdzie od dwóch godzin usiłował nie patrzeć. Na wschodzie, od centralnego wieżowca „Easylmagines", przez osiedla za północnym rondem i domy towarowe na alejach Fantykora, błyskawicznie rozpinała się nowa rzeczywistość. Sięgająca nieba, skrząca się pogodnymi fasadami, ciepła i przystępna, rozwijała we wszystkie

strony serpentyny znanych mu białych schodów. Gate 404. Cud intelektu komputera i niezwykłych emocji fritkenowskich. Za dwie godziny będzie już w centrum, a może już tu jest, wraz z każdym podłączającym się do programu człowiekiem. Widać było, jak wchłania stare domy, wypalone ciągi tramwajów i morze holograficznego przestarzałego śmiecia. Było, jak mówił Harry. Gate 404 karmiła się tym, co wcześniej wyprodukował Tricular. I to właśnie robiło największe wrażenie. Porządkowała zdziczałe miasto, oczyszczała niebo i ziemię. Zbiorowa halucynacja rosnąca w postępie geometrycznym. Jak baobab posiany na śmietnisku. Program-wizja, program wymieniający rzeczywistość i dający szansę na doskonałą ucieczkę od posępnych, gotowych do ataku El Raque. Czy raczej, jak podejrzewał Ravaughan, pustych atrap, które miały czynić spustoszenie na zasadzie zbiorowej paniki. I ludzka zwierzyna przynaglona tą zadziwiającą nagonką stadami chroniła się w Gate 404. - Powiedz Mu proszę, że jednak będę próbował – mruknął w stronę kobiety. - Że ja w Niego wierzę i mam tu coś do zrobienia. Nie odpowiedziała, ale jej brzydka twarz rozjaśniała się jakby wspomnieniem uśmiechu. -I przekaż jeszcze, że mam pewien pomysł. Ale o tym opowiem Mu sam. Kiedy przyjdzie mi zdać relację ze wszystkiego, co zrobiłem. Nie patrzył, jak odchodziła. Zaciągnął poły długiego płaszcza, pozwolił włosom opaść na szerokie ramiona i nie zważając na kłucie w lewej piersi, ruszył od potęgi Gate 404 na zachód, w stronę swojego mieszkania. Na Maya's III spotkał jeszcze kilkudziesięciu naćpanych, zagubioną parę nastolatków i stadko dzikich psów, które goniły z wyciem resztki ocalałych holoreklam. Z rozpaczą szukał czegoś, co dałoby mu dodatkową motywację do spełnienia zaplanowanej misji. Miał nadzieję, że widok kreacji Gate 404 podbijającej świat, wykrzesze zeń złość. Ale był już stary, a wizja Gate 404 okazała się piękniejsza niż wszystko, co dotąd widział. Więc zdawało się, że nie ma potrzeby ratowania durnych skurwysynów chodzących po tym zawsze ohydnym mieście. Tak mówił Harry Fritken. Czego właściwie chcę? Mam swoje cygaretki, wspomnienia i ani kawałka rodziny. Nie mam nawet przyjaciół. Mój Bóg umiera skulony w kącie stęchłego mieszkanka, a dziewczyna, która się nim opiekuje, nie zachowała strzępka klasy. Kim więc jestem? Detoxem? Niszczycielem na emeryturze? Zablokowaną w emocjach hybrydą? Przeskoczył oleistą kałużę, z której mrugnęło wielkie oko, nieporadnie reklamując nowe wszczepy platynowych soczewek. Wkrótce i ono zniknie. - Jeszcze czas - wymruczał, zerkając na zegarek. - Jeszcze zdążę przemyśleć kilka spraw, wypalić parę cygaretek i popić je dobrą brandy.

Cienie domów kołysały się niepewnie. Ulica spływała brudnym halogenowym światłem umierających reklam. Naczynia wieńcowe serca znowu odezwały się bólem. Przypomniał sobie... - Kiedyś biegał tędy Speedofritz. Poobkładany gazetami, z pękami szarych, gołębich piór wetkniętymi w skórę ramion. W pręgowanej czapeczce na końskiej głowie. I dla twojej pamięci, Speedo, za to, że ten łotr zabił cię trzema strzałami w plecy, za to, że uczynił z ciebie złoczyńcę... Za to właśnie ja uczynię wszystko, żeby ocalić świat przed jego wizją. Ravaughan wyprostował zgięte plecy. Szedł powoli, pełen mocy, a cienie rozstępowały się przed jego wysoką postacią. Zyskał pewność. Znowu miał w sobie siłę.

Minęła dwudziesta, Harry - powiedział Tricular. - Patrz. Nasz projekt jest już niemal miastem. Wedle danych sprzed dwudziestu pięciu minut trzysta dwadzieścia siedem tysięcy ludzi skorzystało z tego dobrodziejstwa. W najśmielszych oczekiwaniach nie zakładałem tak szybkiego rozwoju wypadków. Fritken pociągnął izotoniczny napój i zgiął słomkę w pół. - A co będzie z tymi, którzy nie skorzystają? Myślał pan o tym? Tricular nie odwrócił się. Siedział na szkieletowym, wysoko uniesionym krześle, na wprost okna i patrzył na kryształy Gate 404, scalające się w zapadającym mroku, zgodnie z perfekcyjnym programem holosyntezy. Fritken widział pobłysk światła na kostkach misternie wystrzyżonych włosów szefa. Aureola nad głową ciemności. - Tak. Myślałem o nich. Nie będą mieli wyjścia. Albo wejdą do Gate 404, albo zostaną w swych norach, zdani na pastwę El Raque. Jeśli wolą koszmar od raju... Cóż, Harry. Nie przejmowałbym się nimi. Słyszałeś, że na Ziemię spadnie wkrótce około trzystu wraków? Właśnie weszły w Układ Słoneczny. A za tymi trzema setkami leci jeszcze parę tysięcy. Odnalazły życiodajną żyłę waszych emocji i jak głodne psy chcą tu opaść i karmić się tym, co w nas najcenniejsze. Państwa tego świata błagają mnie o pomoc. Dostali już konstrukty Gate 404. Zdecydowałem, że i oni będą mogli rozbudowywać twoje dzieło, Harry. Musimy się podzielić. Chociaż śmiali się ze mnie, kiedy ostrzegałem, że właściwa inwazja dopiero nastąpi. Statywy krzesła uniosły Triculara jeszcze wyżej, górował nad miastem jak mały, głodny pająk. Powiedział: „życiodajną żyłę waszych emocji..." Dopiero potem mówił „o nas". To on jest tu Obcy. Miał rację stary Ravaughan, że El Raque to tylko jego odpady,

mistyfikacja, pułapka. Zadrżał przed nimi cały świat... Ale jego ohydne ciało, ta niby obłaskawiona wersja alienryny, znowu kieruje ludzi na zgubne ścieżki. A my boimy się tego, co siedzi jakoby wewnątrz wraków. - Już czas, Harry - blada twarz odwróciła się i spojrzała z góry. - Możesz jeszcze iść na dziwki, jeśli znajdziesz chętne i nadal żyjące w Los Raques... Potem dołącz do nas. Spotkamy się znów w korporacji, ale już wewnątrz twojego świata. Pewnie jesteś bardzo ciekaw, jak to wszystko wygląda. - Jestem, ale odwlekam moment konfrontacji z lubością godną stwórcy - odpowiedział i oplótł słomką palec prawej dłoni. Przecież nigdy tak naprawdę nie był ciekaw, co siedzi w nim samym, teraz jest podobnie. Szło o to, żeby podzielić się emocjami z innymi ludźmi. Nie warto o tym mówić z D.D. Tricularem, bo nie mógł tego zrozumieć. I lepiej, żeby nie rozumiał. - Pójdę już. Do widzenia. - Ruszył w stronę wyjścia. - Trzymaj się, Harry - rzucił niedbale Tricular, patrząc na potęgę rosnącą u swych stóp. On już żre to, co mu zgromadziłem. Na razie oczami. Jak wilk, który zapędził owce w pułapkę. Syci się ich widokiem i zaraz zacznie je połykać. Korytarz, już bez miniaturowych dębów i aniołków z czerwonymi gitarami, prowadził do innego poziomu. Fritken zjechał windą i skierował się do wyjścia. Jeszcze przed zmierzchem chciał dotrzeć do mieszkania Ravaughana. Bał się łączyć z nim satelitarnie, bo z tego miejsca łatwo mógł zostać namierzony. Powietrze stało nieruchomo. Mijał zagubione przeczniczki, alejki i skrzyżowania szybkim krokiem, zerkając na sygnalizator GPS. Nadal działał zupełnie sprawnie, nawigując Fritkenem niczym pies oślepłym panem. Fritkena ogarnął powiew grozy. Czuł, jak nad chmurami gromadzą się złe nowiny, wprost fizycznie wyczuwał zło, które miało bez końca upadać na umierającą planetę i kąsać pokusami jej mieszkańców. Wszystko za sprawą istoty, którą zostawił w wieżowcu korporacji i jej czarnych planów. - Zrobimy to, Ravaughan - wydyszał ze złością. – Odwrócimy pułapkę. Kolejny mijany dom wtopił się w biel wielkiej holokonwersji Fritkena. To nic, jest jeszcze czas, pomyślał. Jeszcze zdążymy go załatwić.

Nie przypominali mścicieli dawnej cywilizacji ani powierników dobrych religii. Nie mieli wyglądu władców, nie nosili mundurów komandosów z AXeP Nie byli też młodzi, przeciwnie, zmęczone twarze nie dawały nadziei. Harry Fritken, łysy, spocony i świecący kropkami trądzika, chory na dwubiegunowe zaburzenia afektu, w popękanych, starodawnych

okularach na tłustym nosie. I Brytus Ravaughan, wychudzony, żylasty starzec, ze zautomatyzowanym sercem i pooranym bólem wysokim czołem. Z siwymi, spiętymi w niezgrabny kucyk włosami, opancerzony kratą elektrod i myślami ciężkimi od wspomnień. Zaciągał się po raz ostatni i gładził leżący na kolanach wielki rewolwer. - Już czas, Harry - wymruczał, gasząc cygaretkę. - Po co ci ta giwera, Ravaughan? - zapytał Fritken, sadowiąc się w pluszowym fotelu po drugiej stronie stołu zastawionego sprzętem do konwersji. Ravaughan bał się tego pytania. Ale musiał odpowiedzieć. - Pomyślałem, że jeśli moja konwersja się nie uda, spróbuję zdetoksykować samego siebie. Tricular mógł zostawić we mnie kolejną ze swoich pułapek i chcąc zniweczyć jego chore pomysły będę być może musiał wyeliminować jego bezwiednego agenta. Fritken uśmiechnął się ponuro. - Sądzę, że tak się nie stanie, Ravaughan. Zrobisz, co zechcesz, jak zawsze... Mam już twój odczyt. Za pięć minut wchodzimy. Jak się czujesz? - Jestem już zmęczony, Harry - odpowiedział ochryple Ravaughan. - Dawno nie spałem, niewiele jem. Mam też swoje lata, chłopie. Czuję się kiepsko, żeby rzec wprost. Ale najbardziej drażni mnie cewnik. Fritken pokiwał głową w granatowym hełmie. - To może być długi lot, Ravaughan. Lepiej się zabezpieczyć. Jak serce? - Nieźle - skłamał Ravaughan. - Przestało boleć i z nim akurat nie będzie problemów. - Okay. - Fritken wyciągnął w górę trzy palce. - Trzy minuty. Połknij alienrynę, bracie. A potem rozluźnij się, myśl o czymś miłym. Ravaughan sięgnął po krążek tabletki z maleńkim napisem Designed for Gate 404®. Chwilę obracał go w palcach, bo myśli wzbraniały się przed kolejną dawką obcej inwazji. Widać tak właśnie musi być. Żeby go pokonać, trzeba żreć jego ciało. W końcu to dzięki mnie udało mu się dokonać tej zmiany. Bezpiecznie zhybrydyzował siebie z emocjami mieszkańców umierającego świata. Poświęcił nas wszystkich, tam, na orbicie Marsa i zyskał to, co mam teraz połknąć. Czemu więc się wzdragam? Przecież dobrze to znam. We mnie się wyhodował - Raultric-Tricular. Głupawy anagram. Pokazał swoje twarze, znam tę obcą i tę drugą w oswojonej wersji. Nie mam czego się bać. Już mnie pożarł. Już wtedy na mnie pasożytował. - Minuta, Ravaughan - mruknął Fritken. - Zjedz to, cholera, albo będę musiał opóźnić program. Smakuje jak multiwitamina, jeśli to cię zachęci. Nic się ze mną nie dzieje. To się uaktywni dopiero w nowym świecie.

Ravaughan próbował przypomnieć sobie jakąś miłą chwilę z przeszłości. Monitorowane okulary wyświetliły ciemność. Tylko mała niebieska kropka spokojnie pulsowała w lewym górnym rogu przed wejściem w zbiorowe szaleństwo, precyzyjnie przygotowane przez Harry'ego Fritkena. - Okay - sięgnął po szklankę wody i popił alienrynę. – Po wszystkim. Jestem gotowy. Palce Fritkena były szybkie. Otworzyły przejście w dyskietkę z Gate 404, zanim Ravaughan zdążył pomyśleć, że alienryna wcale nie ma smaku multiwitaminy. Była niczym stary, anyżkowy cukierek.

La Nave 2

Upadli w otchłań potrzaskanych konstrukcji, pośród labiryntów kolorów. Wszystko było chaotyczne, rozbiegane, jak gdyby miało się dopiero narodzić lub ostatecznie upaść. Kaskady fragmentów pędziły na strumieniach barw, wśród których zagubiłby się najwytrawniejszy kolorysta. Ból. Strach. Trzeba się wycofać. Umknąć w dawne lata. Zanurkować w głębie podświadomości. Nadeszła dekompensacja, której Ravaughan tak bardzo się obawiał. Miał teraz zobaczyć, jakie naprawdę brzemię dźwigał od czasu eksperymentu na orbicie Marsa. Czuł, jak w mózgu otwierają się zamknięte od miesięcy wrota. Najpierw przyszła czerń. Pulsujący mrok; pomykały przezeń cienie przedstawiające dawny człowieczy świat. Ravaughan patrzył na owe obrazy niczym zwiedzający galerię. Czuł przygnębienie. Znalazł się w samym sercu ciemności, na dnie, które miało okazać pustkę i marność ich rzeczywistości, w kraterze zdawałoby się bez wyjścia. Brakowało nawet powietrza. Bez kropli wilgoci, sucha, kąsana niemocą przestrzeń. To jest to, co Oitriad/Tricular wziął od depresyjnej Baltic - zrozumiał nagle. Pokazuje ludziom, od czego uciekli. Nagle czerń rozstąpiła się. Zewsząd nadciągały rozpędzone mrówki. Miliony szeregów poruszających się we wszystkich kierunkach, w ruchu uporządkowanym wedle reguł nieuchwytnych dla człowieczego oka. Były tak zajęte, że nie zdołały go dostrzec; jeśli już, mogły go tylko stratować. Pozostawało patrzeć na nie i być obojętnym, niedopasowanym, bezradnym. Albo uciec we własny, urojeniowy świat. Oto jest zagubienie, które przeżywał Ernest Qinson i które teraz zamieni się w płynną, pełną zrozumienia harmonię. Pancerze mrówek zalśniły światłami. Rayaughan spostrzegł, że po pas zanurza się w morzu elektrycznych przewodów; był przez nie zakłócony. Bioelektryczna praca mózgu i serca wpadła w niekończący się ciąg niepotrzebnych, sprzecznych rozkazów, które sprzęgały się w potępieńczym jęku i szarpały świadomością. Kim jestem? Jakie jest moje ciało? Jaka jest moja płeć? Co mam robić?... Muszę się przebudować. Muszę wszczepić nowe elementy, które pomogą mi ogarnąć ten chaos. Rayaughan postrzegał to wszystko niespokojnymi myślami Vernona Mullena. Kiedy poczuł, że zaraz rozerwie swe żyły, nagle wszystko znieruchomiało. Miał teraz przed oczyma jedyną wizję, dzięki której mógł wreszcie przestać się bać. Łóżka w powietrzu i białe, mocarne, zawsze służące dobru wiatraki. Chciał iść dalej, ale rozsądek nie pozwalał. Katatoniczne ujęcie rzeczywistości Niny było pułapką silniejszą niż pokusa zmiany. Zmiany

pociągały za sobą niepewność, a więc lęk, a tutaj ta znieruchomiała wizja wiatraków i przymocowanych do nich stalowych pryczy gwarantowała stabilność. Po wsze czasy. Trwanie bez aktywności. Przytulny koszmar pozwalający uniknąć innych, jeszcze straszniejszych koszmarów. Rayaughan złapał się za głowę. Muszę to powstrzymać. Teraz dopiero przyjdzie najgorsze. To, czym mam powalić świat Triculara albo ostatecznie zniszczyć siebie. - Hej, jak leci? - przyjazny głos Fritkena pomógł mu zogniskować spojrzenie. Daleko, we mgle, w odległej wizji, do której zmierzał, majaczyły białe czyste kształty. Patrzył z niemocą jak rozwijają się serpentyny schodów. Ogarniał go ból. Nie potrafił się ruszyć. - Ciężko z tobą, chłopie - pogodnie marudził Fritken. - Filtry Gate 404 nie chcą cię przepuścić. Są tak zaprogramowane, żeby czyścić i eliminować zagrożenia. Masz to w sobie. Wielką, cholerną destrukcję. Zaraz, zaraz... Uruchamiam prywatne wejście. Jesteś gotowy? - Tak - wycharczał. - Boli. Zrób to szybko, Harry. Rayaughanowi zdawało się przez chwilę, że widzi biegnącą w swoją stronę sylwetkę na krzywych nogach. Zbliżały się też niczym rzucony rulon dywanu białe schody. Te same, przy których spotkał Fritkena ledwie noc wcześniej. Ulga. A potem jeszcze większy strach. Co teraz? Co ze mnie wylezie? Czy On mi pomoże? A może naprawdę porzucił ludzi na pastwę nowego, złego bożka z kosmosu? Tak czy owak ostrożnie postawił nogę na białym stopniu. - Wchodzę, Harry. Nie mam dokładnego planu, ale liczę, że zaraz coś się wydarzy. Możesz mnie zostawić. Możesz odejść już, gdzie zechcesz. Postać Fritkena wyrosła tuż obok. Twarz bez pryszczy, rozchmurzone i spokojne wysokie czoło. W pękatej nieco sylwetce widać było teraz samoakceptację i siłę. Oczy Fritkena patrzyły spokojnie w potężny, zaludniony już świat Gate 404, otwierający się przed nimi. Bez złości czy buntu. Harry się pogodził, pomyślał Ravaughan. Pogodził z samym sobą. - Nie mam już, gdzie iść - wyjaśnił Fritken. - Może zatem pomożesz mi wrócić do naszego prawdziwego świata. Nigdy nie zostanę bogiem, nawet jeśli ludzie wybrali dziś moją wizję. To sztuczne. Nieprawdziwe. I groźne. Czuję, że ta nowa alienryna połączyła nas z tamtym. Ostatecznie. Stąd nie da się wyjść. Ravaughan przytaknął i pokonując ból spojrzał w centrum Gate 404. - Wszyscy wpadli w jego sieć, bo jest doskonała. Potwornie doskonała. Gate 404 była ogromną i geometrycznie bardzo zawiłą przestrzenią. Składała się z wielu mniejszych fragmentów i poziomów. Wszędzie wędrowali uciekinierzy z Los Raques.

Sylwetki wielu z nich nakładały się, ale program powodował, że mogli istnieć jednocześnie w tym samym miejscu bez kolizji. Ravaughan nie miał pojęcia, do czego przyrównać tę wizję. Każdy dom miał swój styl, każda uliczka niepowtarzalną barwę i rysunek, a wszystko to pod niepojętym tutejszym niebem. To zaś nie było płaskie czy monotonne, przypominało powietrzny strumień, który opływa ulice i domy, i unosi ze sobą świat w rytmie nieustannej zmiany. Bo wszystko, co widział, poruszało się. Gate 404 była fantastyczną, wciąż płynącą, wędrującą wizją. Budowle zmieniały pozycje i geometrię, uliczki wspinały się lub opadały, a światło wypełzało z niewiadomych źródeł, w tym samym momencie co kropiący deszcz lub pogodne kule chmur rozmigotanych złotem. Mimo licznych kontrastów, zmian i przeskoków trudno było się tu niepokoić. Wystarczyło uczestniczyć w bajkowym spektaklu Gate 404. Napawał radością i pogodą, mimo że stworzył go demon destrukcji. Tak pewnie będzie, kiedy Tricular opanuje wizją już cały świat. Dopiero wtedy zacznie pędzić swoje owce na alienrynowe łąki, aby osaczyć je i wycisnąć z każdej emocji, którą przeżyją. Aż hodowla dobiegnie końca. Kiedy nażre się na kolejne tysiąclecia i zacznie szukać nowych ofiar. - Teraz, Ravaughan - powiedział Fritken. - Właź zaraz, bo za godzinę Gate 404 będzie fortecą. Jedno, czego nam trzeba, to wprowadzić tu zakłócenia. Ja jestem bezradny. Nie mogę walczyć sam ze sobą, a przecież Gate 404 to ja sam. Czas z tym skończyć. Ravaughan wahał się tylko chwilę. - Wchodzę, zobaczymy co ze mnie wylezie - powiedział. - Dowiemy się, czy noszę w sobie Jego siłę i kim jestem naprawdę. Ruszył schodami w stronę centrum Gate 404. Program rozpoznawał go jako przyjazny element układanki. Dzięki interwencji Fritkena, pozwalał Ravaughanowi na zmiany. Nikt inny nie miał tu takich możliwości. Tricular mógł być pewien swego. - Dalej, śmiało - powiedział Fritken. Wyprzedzał Ravaughana zaledwie o parę kroków. - Zaraz się zacznie. Twoje EEG szaleje. Coś wypływa na powierzchnię. Już... Ravaughan pokonał kolejne trzy stopnie i nagle zgiął się wpół. Opadł na biały marmur niczym zwiędły liść. Szeleścił bezradnie. Konał. - Ruszaj, chłopie - ponaglał spokojny głos Fritkena. – Twój ruch. Musisz to zrobić. - Nie umiem - szemrał cicho. - Już po mnie. Zapomniałem nawet chodzić, jak należy. Wypalili mnie na orbicie... Ravaughan siedzący w swoim pokoju po omacku uniósł załadowane magnum i przyłożył do skroni. Jeśli utracę kontrolę, mam jeszcze szansę wymknąć się z pułapki...

Ale hybryda, którą był, poniosła go dalej. Raultric/D'Artio/Ravaughan pędzili przed siebie. Obcy wył i próbował powstrzymać Ravaughana, a D'Artio krzyczał, że trzeba pomóc załodze „Happy Snake'a". Konflikt osobowości rozsadzał człowieczą czaszkę. Ravaughan wymiotował w pokoju przy LowskyMiko, strzykawka ładowała w jego żyły leki regulujące ciśnienie i szerokość naczyń wieńcowych. Rozruszniki tonizowały galopujący rytm serca oszalałego z nadmiaru adrenaliny. Wirował w strumieniach nieba Gate 404, słyszał okrzyki Fritkena i współczuł wszystkim, którzy poddali się tej oszukańczej wizji chwilowego raju. D'Artio na oślep szukał śladów katatonicznej Niny. Raultric miotał się niczym orka pochwycona w stalową sieć. Ale siła tej istoty była niewiarygodna. Wyrywał się z prowizorycznej pułapki zastawionej przez ułomnych ludzi i z każdą chwilą stawał się coraz potężniejszy. Wraz z nim rosła potęga Gate 404. Ravaughan był bezradny. Jego uwięziony umysł nie potrafił wydać skutecznego polecenia do palca wskazującego prawej ręki, żeby pociągnął za spust. Gdzie Fritken? Gdzież jego sposoby opanowania tej demonicznej potęgi? Dlaczego znowu zniknął, zostawiając mnie samego? A może tak właśnie miało być. Może Fritken oszukał, może wetknął mnie tu celowo, abym scementował to, co wraz z Tricularem wyhodowali w holotoriach tej przeklętej korporacji... Gdzie szukać odpowiedzi? Kto mnie uwolni z koszmaru? - Błąd - dobiegł go cichy, spokojny głos. - Niepotrzebnie używasz groźnych słów: „potworny", „demoniczny", „straszny", „oszukańczy"... Dlaczego to robisz? Ravaughan otworzył powieki. Łzy szczypały suchą skórę policzków. Bezradnie rozglądał się wokół. Nic. Szarość. Pustka. - Kto... Kto mówi? - sapnął. - Czy potrafisz odpowiedzieć na moje pytanie? - Ale po co? - wycharczał zawzięcie. - Czy muszę rozmawiać z szatanem? Nie chcę realizować twoich potrzeb ani pomysłów. Odejdź precz. Łagodny, przyjazny śmiech. - Dlaczego tak mnie nazywasz? Nie dajesz mi szansy na pokazanie świata, który dla was przygotowałem. Chcę, żebyś się zastanowił, Ravaughan. Żebyś odrzucił skostniałe przesądy i spojrzał na dobra, które będą ci służyć lepiej niż wszystko, co dotąd znałeś. Ravaughan penetrował szarość wokół. Nadal nie widział rozmówcy. - Nie rozumiem, dlaczego tyle gadasz. Przecież możesz mnie zdusić jak karalucha. Uczyń to, inaczej zrobię wszystko, żeby zdusić ciebie.

Śmiech. Głośniejszy niż przed chwilą. Szczery, dobrotliwy, ojcowski śmiech, jako odpowiedź na pogróżki czteroletniego synka. - Paktujesz, ponieważ nie możesz mnie unicestwić. Fritken jakoś to zablokował. Nie możesz mnie usunąć, więc chcesz przekonać. - Dokładnie to mówię, Ravaughan. Chcę cię przekonać, że stworzyłem doskonałość. Nie tylko dla siebie. Dla was. Nie korzystałem z moich wizji, choć przeżyłem więcej niż cały wasz gatunek i mogłem wam wykreować obcy wszechświat. Ale nie tak sobie to wyobrażałem. Pamiętaj, że urzeczywistniłem tylko ludzkie marzenia. Biednych, chorych, zniszczonych systemem i czekających na sygnał z niewidocznej centrali. Dałem wam szczęście, jakiego nie mogliście zaznać w dotychczasowym świecie. To jest misja alienryny. Tej najprawdziwszej, nie skażonej atakiem taktycznych rakiet powietrze-powietrze. Ravaughan patrzył na szarość wirującą wokół swoich zakurzonych, bosych stóp. Jakby był pielgrzymem, który dotarł do końca drogi. I który zostanie poddany ostatecznej próbie. - Idź precz. Nie wierzę, że to my skaziliśmy ten statek, myślę, że to cwana pułapka wygłodniałego bożka, szukającego nowych ofiar. Ty sam jesteś skażony bardziej niż mocz chorej hieny. - Dlaczego więc nie pozwolisz sobie pokazać Gate 404? Czyżbyś nie był pewny? Może ci wstyd, że się pomyliłeś w swoich ciemnych, paranoicznych myślach? Boisz się spojrzeć na to, co stworzyłem, tak jak zawsze bałeś się spojrzeć w głąb siebie samego. - Odejdź precz! - W głosie Ravaughana była pewność, ale tamten trafił w sedno. Ravaughan czuł lęk, że się pomylił. - Mam rację. Czuję to. Znam twoje myśli, bo jesteś moją malutką, człowieczą cząstką. - Łagodny głos był teraz bliżej. - Za to właśnie cię szanuję. I pokażę ci, co stworzyłem wbrew twojej woli. Sam ocenisz. Idź precz - powtórzył uparcie. - Dobrze, ale razem z tobą. Pokażę ci, co stracisz, a co zyskasz. Ravaughan znowu zgiął się wpół. Przez nieskończenie długą sekundę czuł, jak jego ciało kroją niewidzialne ostrza. Pękał niczym stara puszka z kocim żarciem. Umysł wysypywał się, uciekał od stalowej kontroli, którą wypracowywał latami. Rozmywał się, tęczował jak kropla benzyny w górskim strumieniu. Umierał. Raptem poczuł, że materializuje się na powrót. W innym czasie i miejscu. Nadal patrzył na swe bose stopy Były mniejsze, podrapane, podobnie jak kolana i łokcie. Stał na moście ponad wstęgą rzeki i obserwował, jak pod powierzchnią przesuwają się ciemne

smukłe klenie. Jeszcze przed chwilą je łowił, ale teraz wędka leżała połamana w stosik patyczków. Na niebie gromadziły się chmury. Było parno. - Wrzucim skurwojada? - głos blondyna z wiejskim akcentem; to on połamał wędkę. Fajnie będzie patrzeć jak pierdyknie w głębie za filarami. - Wrzucić go trzeba, bo już od dwóch miesięcy nikogo nie wrzucilim. - Łysiejący brunet z czarną krechą brwi pod niskim, zdeformowanym bliznami czołem miał wyższy głos, przesiąknięty wódką i nienawiścią do wszystkiego, co się rusza. - Ale wpierw go napompujemy słomką. Aby dłużej pływał... Miejskie gnidy zaroz idom na dno. Te dwie ostatnie potopiły się, zanim my ich do wody wrzucili. To nudne. - Dobry pomysł - przytaknął blondyn. Miał szparę między zębami, a jego ciało okrywała kraciasta, flanelowa koszula i sine tatuaże obrazujące kopulujące świnie. - Mamy jego rower, a w rowerze przeca zamontował se pompkę. Dobry przyrząd do pompowania takich miejskich gnojków, nie? - Dawaj, skurwojada. - Świszczący głos łysawego bruneta smagnął Ravaughana niczym bat. - Zdejmuj galoty, mały pedale... No, już, kurwo jedna. Nie potrafił wykrztusić słowa. Coś większego niż globus rosło w suchej krtani. Nie wiedział, o czym myślał, kiedy zerwali z niego spodnie i kopniakami rozrzucili nogi. Blondyn próbował pompować w powietrzu, a łysawy pocierał palcami krocze. Coś ciepłego pomknęło po udach małego Ravaughana. - Ty, Fantes - zmarszczył brunet gęste brwi. - Patrz. Zlało się nam małe kurwiszcze. - To dobrze. Będzie lepszy poślizg. Przygnietli go do stalowego przęsła. Rzeka zbliżyła się, a chmury oddaliły. Patrzył na wesoło goniące się klenie i czekał na ból. Krzyczał, kiedy coś obcego wlazło w jego ciało. Ale nie zdążyli napompować Ravaughana. Stary samochód ryczący steranym silnikiem wbrew wszystkim zakazom wskoczył na wiejski most i jak boski taran uderzył w rozdziawioną gębę blondyna. Zanim jeszcze spod kół wypłynęły dwa strumyki krwi, ojciec wyskoczył z samochodu i złapał za gardło bruneta. Ravaughan zapamiętał ten obraz. Dwa strumyki jasnoczerwonej krwi i siniejąca morda, z której wybałuszają się świńskie oczy pod zrośniętymi brwiami. Kiedy wyszedł ze szpitala, ojca trzymano w areszcie. Po wakacjach, a był już w szóstej klasie, ojciec siedział w więzieniu. A w listopadzie odebrał sobie życie. Skazali go za zabójstwo, gdyż do końca, pomimo błagań adwokata i namów samej sędziny, powtarzał: „Chciałem ich zabić i zabiłem, wysoki sądzie. Widziałem, co robili mojemu synowi i zabiłem ich. Tak jak pani zabija komary, tak samo ja zabiłem tych dwóch. Nie jest mi przykro. Cieszę się, że udało mi się ich wyeliminować".

Ravaughan patrzył na wybałuszone oczy duszonego bandziora. Twarz ojca zmieniła się w monotonne oblicze Triculara. Teraz on ratował swoje dziecko. -Widzisz, co to za świat? - popłynął ciepły głos Triculara. - Pamiętasz tamten dzień? Zatem przypomnę ci jeszcze inny... Ravaughan znowu patrzył na swoje stopy. Tym razem w granatowych skarpetach i w białych, lekarskich klapkach. Drugi rok studiów. Kolejne zajęcia z anatomii. Sala pełna kawałów ludzkiego ciała. Dwie wielkie, jakby odrąbane ręce oplecione ciemnowiśniowymi mięśniami, wzdłuż których biegły wiązki wysuszonych, poskręcanych naczyń i nerwów. Rozpłatany korpus, na dnie którego pływała mętna ciecz, taka sama, jak w wielkich akwariach, w których zanurzono kilkanaście innych ludzkich fragmentów. Pomiędzy akwariami dwa rzędy krzeseł z siedzącymi studentami. I głos asystenta: - Co to jest? - wskazujący palec wbija się w pokręcone, sine, cuchnące formaliną mięso. - No, mów pan wreszcie co to jest? Ravaughan uśmiechnął się z trudem. - To chyba jest macica. - Za plecami asystenta kolega sięga do wysokiego akwarium, w którym pływają mózgi. W odróżnieniu od innych części ludzkiego ciała mózgi sprawiają dobre wrażenie. Są czyste, mają jasną, białożółtą barwę, bez wiszących strzępków czy resztek gnijącej materii. - Tak, to na pewno macica. Twarz asystenta zbliża się. Lekarz klinicysta miał dziury po ospie i czarny, hitlerowski wąsik. Łokieć białego fartucha wbijał się w męski fragment układu moczowo-płciowego leżący na białym blacie stołu, gdzie spoczywały także książki i torby studentów. - Nie, panie kolego. To jest pęcherz moczowy. Ravaughan mija wzrokiem tę nieudaną, sadystyczną postać w białej czapeczce, bardziej przypominającej ruską furażerkę, niż nakrycie głowy chirurga. Patrzy na kolegę, który dobył wreszcie jeden z mózgów. Asystent nadal szydził z pomyłki Ravaughana, więc nie mógł widzieć, jak za plecami inny student odrywa fragmencik mózgu i demonstracyjnie, dwoma palcami, niczym smakowitą krewetkę wtyka go w usta. Asystent dobył czarny długopis przytwierdzony do zewnętrznej klapy fartucha, ale nie zdążył go wykorzystać. Koleżanka z prawej, drobna blondyna jedząca relanium przed każdym zaliczeniem, wypuściła grubą strugę wymiocin w przestrzeń między Ravaughanem i asystentem. Rzygnęła aż na czapeczkę wąsatego sadysty. Jej śliczne oczy trzepotały bezradnie. Twarz miała puste rysy Triculara. - Tego też nie pamiętasz? Nie przypominasz sobie, jak uratowała cię przed pałką z zaliczenia? Ani kumpla, który zżarł kawałek człowieczego mózgu, żeby tylko przypodobać się rudawej studentce bez stanika z rozkołysanymi pod fartuchem piersiami...

Ravaughan milczał. Tamten potrafił odwrócić sens każdej sytuacji, każdej myśli. - No to jeszcze jedno wspomnienie z przebogatej skarbnicy doświadczeń o zwykłych ludziach i ich szarych losach. - Tricular zakończył zajęcia z anatomii i rzucił go w ramiona brązowoskórej kochanki z przedmieść Caracas. Ravaughan odbywał tam praktykę hematologiczną, ponieważ miał szczęście znać hiszpański i pojechał na stypendium dla studentów sponsorowane przez Bank Światowy. Szelest pościeli i głosy kochanków nie mogły zagłuszyć świstu włączonej klimatyzacji. Ich spocone, splecione ciała przelewały się po niebieskim tle prześcieradła niczym biało-brązowa żelatyna. Ravaughan patrzył w zielone oczy i tonął w oszołomieniu, dryfując ku bliskiej nirwanie. Nagle przypomniał sobie małych, łysych od cytostatyków pacjentów z bezwiednie opuszczonymi głowami pokrytymi siecią niebieskich żyłek i z oczami pełnymi zwątpienia. Widział twarze odchodzących i cierpienie ich rodzin. Słuchał krzyków matek i czuł pięści ojca, bezradnie bijącego go po plecach za okrutną białaczkę, która zabrała dziewięcioletnią Juanę. Ravaughan pragnął oderwać się od tych obrazów, ale im bardziej się im przeciwstawiał, tym głębiej tonął w obsesjach. Kroplówki pełne czerwonej masy erytrocytarnej, szkiełka zegarkowe z czarną krwią pobraną z mostka nastolatka. Krew spływająca po żyle przedramienia i obojętna twarz łysego chłopczyka, dla którego jedynie oddział hematologiczny był względnie bezpiecznym środowiskiem. Nie wytrzymał. Z krzykiem oderwał się od brązowej kobiety, oplatającej jego białe, jakby glistowate ciało. Dyszał, patrząc w jej zielone oczy, przymglone seksem i nagłym zdziwieniem. Była pięknym ucieleśnieniem jasnej, dobrej strony ludzkiego życia. Nie dla niego te jasne ścieżki. Nie potrafił po nich wędrować. Z wysiłkiem oderwał się od ślicznej twarzy i spojrzał na wielkie, nieruchome oblicze księżyca. - Czy podać coś do picia? - zapytał usłużnie automat służący, który wisiał nad nimi przez cały czas, kiedy się kochali. - Proponuję havana club z pepsi, cytryną i trzema kostkami rżniętego lodu. Dobry zestaw po udanym seksie. Ravaughan chwycił szybkim ruchem plastikowy pancerzyk automatu poruszający niepewnie tytanowymi odnóżami. -Mogę także zaproponować baccardi z pamarańczowym... - ręka Ravaughana zdusiła pancerz i cisnęła automatem o ścianę. - Ssssooookrhiiiemmm. Znów spojrzał w zielone oczy kochanki. Poczuł, że uda mu się odtrącić myśli czerwone od krwi, pełne śmierci i bólu. Ona uśmiechnęła się do niego. Ujął jej podbródek i zbliżył rozchylone usta do swoich. Ale zanim zdążył ją pocałować, wyprzedził go ochłap parującej czerwieni. Krew zalała wszystko wokół - ich nagie ciała, niebieską pościel i

kremowe tapety. W białym, księżycowym świetle spływały zmielone śmigłami klimatyzatora krwiste strzępki ogromnej zielonej jaszczurki, która lazła w ich stronę tunelami wentylacji, ale dotarła do apartamentu w postaci gadziego mięsa. Wróciły hematologiczne obsesje. Zerwał się z łóżka, strzepując krew. Kobieta krzyczała. Nie wiedział, dokąd ma uciec. Dopiero pogodny śmiech Triculara przyniósł wybawienie. - A widzisz? To wasz świat. Bardzo piękny. Pełen cierpienia i śmierci. Nazwałbym go: „W oczekiwaniu na chorobę i zgon". Myśleliście oczywiście, że jest niezwykle wspaniały... - Idź precz! - krzyknął Ravaughan, czując, że tamten wypowiada jego własne myśli. - Mówiłem ci, że tu właśnie jest to „precz". Zanim ostatecznie odmówisz, zerknij jeszcze na parę sekwencji, które zawiązałeś na sznurek w obawie, że się rozsypią. Ravaughan zadrżał. Ale tym razem Tricular oszczędził mu wspomnień z jego własnego życia. W nieprawdopodobnym tempie rzucał natomiast groteskowo nieruchome, znane już Ravaughanowi przerażające obrazy: mężczyzna w hełmie strzela do matki tulącej dziecko. Powykręcany szkielet samochodu z bezwładnie wystającymi białymi rękami ofiar, ludzkie ciała rozerwane samobójczym wybuchem. Czołg najeżdżający na drobną figurkę człowieka. Stadion wypełniony po brzegi ludźmi z zawiązanymi oczami oczekującymi na rozstrzelanie. Pręt szpady wchodzący w rdzeń kręgowy czarnego byka z oślepłymi ze strachu oczami. Plama na ścianie za mężczyną, który nie ma już twarzoczaszki, a tylko dymiący, galaretowaty stożek. Ociekające płatami wyharatanej z mięsa skóry dwa walczące pitbulteriery i entuzjazm w oczach ludzi tuż za nimi. Upiornie blade zwłoki noworodka ciśnięte pomiędzy butelki po mineralnej w koszu na śmieci... I raptem kadry z mediów skończyły się tak samo nagle, jak nadeszły. -A teraz pokażę ci moją propozycję. Bądź obiektywny. A przynajmniej staraj się. Tricular otworzył wrota do centrum swojego królestwa. Do Gate 404.

Fritken

szybko odgadł, co się dzieje. Kiedy stracił kontakt z Ravaughanem,

zrozumiał, że Tricular przejął utraconą tylko na chwilę kontrolę. Był jeszcze silniejszy niż przypuszczali. Zaatakowali z zaskoczenia, mieli więc zrazu przewagę. Fritken chciał, żeby Ravaughan zyskał status programu destabilizującego Gate 404 i umieścił parametry jego konwersji pośród własnych holokreatorów. Ravaughan zyskiwał zatem prawo do przebudowy systemu Triculara. Był traktowany przez obronę antywirusową jako jeden z macierzystych programów generacyjnych. Miał tylko „zarazić" Gate 404 własnym zwątpieniem, a równocześnie zaproponować swoją wersję rzeczywistości. Wtedy programy kreujące Gate

404 miast budować sztuczną rzeczywistość zaczęłyby ją kasować. Aż do osaczenia Triculara, który bez wszechobecnej iluzji byłby niczym skorpion pozbawiony jadu i pancerza. Fritken nie do końca rozumiał, co właściwie zamierza uaktywnić Ravaughan. Wiedział jedynie, iż tamten dźwiga w sobie jakiś potworny konflikt osobowości, którego obawia się Tricular. Być może podświadomość Ravaughana znała jednak sposób na pokonanie bóstwa, które właśnie opanowało Los Raques i szybciej niż wylewające morza zatapiało resztę świata w holograficznej iluzji Gate 404. Musiał mu zaufać. - Chyba że Ravaughan oszalał - westchnął Fritken. - Jest jak Don Kichot, który kopią dźga wiatraki w świętej wierze, iż to smoki... Cholera. Jest nawiedzony misją. Przestał nawet żreć. Gdyby nie to, że Tricular odkrył przede mną swe prawdziwe zamiary, przyjąłbym wersję szaleństwa bez wahania. Ale przecież widziałem, jak Tricular siedzi w swojej wieży. Czarny pająk, który właśnie ukończył najdoskonalszą, niemal niewidzialną sieć... Pewnie jak zawsze idzie mu o duży szmal. Mając nas tutaj, może żerować na wszystkim, co ludzkie, w nieskończoność. Ale czy trzeba mówić o misji kiedy się walczy? Nie wiedział, co robić. Ravaughan zniknął w szarej mgle, która oplotła go kiedy klęczał na schodach nieopodal Fritkena. Zdawało się, że w tej mgle była jeszcza jakaś inna postać, ale nie był pewien. Zakładał, że uwolnili demona Gate 404. Jeśli demona, to musiał być nim Tricular. Pojawił się dokładnie wtedy, kiedy chcieli go zniszczyć. Nikt inny nie reagowałby tak szybko.

Fritken przycupnął na białych schodach. Muszę ich znaleźć. A

przynajmniej spróbować. Gate 404 była tak rozległą przestrzenią, że jego szansę zdawały się właściwie zerowe. Ale znał istotę tego świata. Wiedział, gdzie są kluczowe węzły nowej rzeczywistości. - Kim chcę być? Właściwie nie wiem. Ale trochę trzeba się przebudować - westchnął z zadowoleniem. - W końcu jestem u siebie. Dotknął powierzchni konwersji i program natychmiast mu się podporządkował. Fritken skasował brzuszek, dobudował sobie coś na kształt skrzydeł albo płetw i spotęgował aerodynamikę całości. Przypominał teraz postać z komiksu, tyle że bez mięśni: chudą, sprawną i płetwiastą, zdolną do błyskawicznego przemieszczania się. - To akurat dobrze zrobiłem - zaśmiał się. - Jasne, że oferta zmiany ciała będzie skutecznym reklamowym wabikiem. Każdy może się tu ulepszyć. Według własnych potrzeb. Zero zależności. Dobiegł do końca schodów i wskoczył do wnętrza holostrady. Od razu zyskał odpowiednią dynamikę i popłynął wzdłuż świetlnych arterii, które serpentynami zanurzały się w Gate 404. Wokół migotały kondensacje i błękitno-żółte niebo. Musiał teraz zejść niżej. Do

samej podstawy. Do upadłego El Raque, który stanowił tu centrum. Pamiętał, że była to jego najbardziej udana kreacja: morze kwiatów z łabędzimi skrzydłami pośród niklowanych, staromodnych lamp, we wnętrzu których pływały błękitne syreny. Z szeptem wiatru i białymi sterowcami pod przezroczystym molo idącym prosto w niebo. Opadł niżej, gładko przechodząc przez centralny węzeł Gate 404. Zatrzymał się w strugach pyłu. Pośród karłowatych cieni, które nie przypominały niczego, co stworzył. W mętnym świetle. - Co jest, kurde? - wymamrotał Fritken. - Pomyłka. Jakaś cholerna pomyłka w holoemiterach. Trzeba to szybko naprawić... Było inaczej, niż planował przez wszystkie te lata w holotoriach korporacji „Easylmagines" i w zaciszu swojego mieszkania. Miast raju, który wykreowały jego maniakalne pomysły, dotarł do jądra ciemności. Wszechobecny cień nie pozwalał dostrzec platform błękitu, zielonych mórz i kolorowych plam holograficznych słońc. Fritken stał na wulkanicznym, zdawało się, pyle, w kurzu, niepokoju i wśród szelestu przerażonych szeptów. Zobaczył nieskończony korowód ludzkich cieni idących w stronę rubinowej poświaty, która zdawała się jedyną szansą na opuszczenie piekła. Pochylone, jęczące, ludzkie sylwetki, mozolnie przebierające nogami w ostatnim wysiłku, który mogły podjąć. Wszystkie patrzyły w rubinową łunę czekającą u kresu beznadziejnie długiej, pełnej lęku i smutku wędrówki. Już gdzieś to widziałem, pomyślał, drętwiejąc. Kiedyś, na czarno-białych filmach z obozów zagłady. Tyle że w mniejszej skali. Ale tamci mieli skute stopy, podarte obozowe pasiaki, numery na plecach i rękach. Przecież tamtych prowadzono na śmierć. A tu szli mieszkańcy Los Raques. Poszukiwacze raju. - Dlaczego nie uciekacie? - krzyknął do najbliższych. - Dlaczego mu nie uciekacie? Czyście oślepli? To pułapka. Wszystko, co mu dałem, wykorzystał do zrobienia folii. Kolorowej, cudnej, aż lepkiej od tego, co nigdy nie było nam dane. Ale to tylko folia. Resztę przerobił na kształt piekła. Drwi z was, bo nie macie siły się stąd wyrwać i gra na waszych lękach. Stójcie... Ludzie, zatrzymajcie się... Zaczął szarpać ich bezwładne ręce, ale nie chcieli nań spojrzeć. Leźli dalej, wielomilionowy szpaler mrówek, powoli, bezwolnie zmierzających w stronę ognia. -To przecież jego kolejna pułapka... - wołał. - To światło przed nami to tylko przynęta Triculara. Zagania was niczym dumę owce. Na rzeź. Nie możecie mu się poddać. Gate 404 jest przecież piękna. Jest dobra... Jest lepsza niż świat, w którym żyliśmy. Ale on wpuścił was w tę ścieżkę pełną czerni. Dlaczego idziecie właśnie tędy? Ludzie!

Złapał za dłoń starą kobietę, prowadzącą pod ramię słaniającego się mężczyznę. Staruszka była pierwszą osobą, która spojrzała mu w oczy. - Bo inaczej nie można się stąd wydostać - dopiero jej słowa boleśnie uprzytomniły mu, jak straszna cisza panuje w tym świecie. - Jak to nie można...? - Przeskoczył na drugą stronę, roztrącając ludzi przed nimi, aż zdusił w uścisku wątłe ramię przygiętego starca. - Przecież wiecie, co jest obok... Gate 404. Najpiękniejszy świat, jaki kiedykolwiek powstał... Starzec milczał. Fritken rzucił się wstecz i łapał za dłonie, za ramiona, kogo tylko zdołał. Milczeli wszyscy. Krzyczał o swoim raju. Przecież to miał być raj... Przecież zrobiłem im lepszy świat. Bez śmierci i cierpienia. Bez zła... Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Jak gdyby coś niewidzialnego wysysało jego energię i nie dawało nic w zamian. Nie zostawiało nawet nadziei, że odzyska siły czy choćby wiarę, iż kiedykolwiek będzie się jeszcze śmiał. Cofał się coraz wolniej. Jak śmiertelnie zmęczony łosoś, który nie może płynąć dłużej w górę strumienia. Oni szli. Muszę iść z nimi. W to rubinowe światło. Wiedział już, co tam odnajdzie. Przyjdzie mu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego porzucił swój świat. Pojął, że dał się omamić kolorowej iluzji i nie zdołał powstrzymać destrukcji, którą zasiał w Los Raques D.D. Tricular. Przeciwnie, on, Fritken, zrobił wszystko, żeby ją pogłębić. - Boże... - upadł na kolana. - Boże... Ale tutaj nie było już Boga. Tylko suchy, wulkaniczny pył i strumienie brudnego światła. Zerwał się ostatkiem sił i rzucił w bok. Przecież musi być jakieś wyjście. Jeśli nie potrafię się wycofać, to mogę dotrzeć do najbliższego węzła komunikacyjnego. Tych węzłów jest tu mnóstwo. Każdy może być transferem do innego poziomu Gate 404. Aż znajdę wyjście. Biegł, nie myśląc o wspólnej misji z Ravaughanem. Jedyne, czego pragnął, to wyrwać się z piekła. Nie miał już komiksowych kształtów. Znowu był spoconym, brzuchatym gościem na krótkich, krzywych nogach. Pocierał mokre czoło i poprawiał zsuwające się z nosa okulary. -Jeszcze trochę... - szeptał. - Zaraz się stąd wyrwę. Dobrze przynajmniej, że wpadłem na koniec tego pochodu wraków.

Było nieco luźniej. Nie szli jeden obok drugiego. Dysząc z wyczerpania, pokonał następnych kilkaset metrów. Choć trudno było mówić o metrach, tą przestrzenią nie rządziły ludzkie miary. - Jeszcze trochę, Harry. Tyle już w życiu wytrzymałeś. Jeszcze tylko parę minut... Aż dobiegł do skraju wąwozu, w który zleciał z niebios Gate 404. I nie zrobił nawet maleńkiego kroku dalej. Nie potrafił. - Boże - wyszeptał, tracąc głos. - Gdzie jesteś... Nie było tu ścian. Nie było murów ani drutów pod prądem. Były człowiecze cierpienia. Koszmary, które chcieli zostawić w Los Raques. Zło, które sami czynili i od którego nagle, sztucznie, chcieli się uwolnić. Tricular opancerzył tę drogę milionami najskrytszych demonów, które każdy z wędrujących nosił wcześniej w zakamarkach psychiki. Grube na kilometry, niewidzialne mury ludzkich podłości. Fritken wiedział, że będą coraz intensywniejsze. Wystarczy parę kroków, by postradać zmysły i zgubić się na zawsze. Bał się, jak nigdy dotąd. Nikt mnie tam nie znajdzie. Po wieki wieków będę krążył w nienawiści, zbrodniach, krwi, zgniliźnie... Bez szansy na ocalenie. A zarazem wiecznie żywy. Cofnął się i powrócił doń głos staruszki, którą niedawno szarpał. - „Bo stąd nie można się wydostać". Fritken opuścił głowę. Naprzód. Trzeba iść w światło. Cokolwiek w nim jest, nie może być gorzej niż tam, dokąd chciałem uciec. I ruszył. Bez pamięci i nadziei. Jak każdy, kto tu wpadł.

Otwórz oczy, Ravaughan - rozległ się ponownie głos przywołujący go do życia. Patrz, co odrzucasz. Otworzył oczy. Widział dolinę pełną przezroczystej wody, w której zanurzały się także jego stopy. W głębi pływały chmury, na nich ucztowali ludzie, wszędzie słychać było śmiech i radosne nawoływania. Z wody wynurzały się kryształowe windy, prowadzące wprost do pasiastego nieba. Pośród białych zeppelinów, koron skrzydlatych drzew i purpury aksamitnych traw. Ravaughan zmrużył oczy, tak silny blask bił od tej krainy. W sercu czuł radość. Przestał odczuwać ból. Zyskiwał nadludzką siłę. Przepoczwarzą! się.

-Tak, mój drogi przyjacielu. Możesz się zmienić – rzekł uśmiechnięty Tricular. Możesz być, kim tylko zechcesz. Nie stworzyłem dla was trochę tylko lepszego akwarium niż to, w którym dotąd żyliście. To zupełnie nowa jakość. Możesz penetrować wszystkie uroki Gate 404. Są ci dane. Obok przebiegła dziewczyna. Wiatr unosił delikatną sukienkę i widać było łańcuszek z czarnego tworzywa, który oplatał jej udo. Wysoko, w okolicy jej najskrytszych tajemnic, dokąd Ravaughan przez lata wędrował w marzeniach. Przełknął ślinę, ale nie czuł się upokorzony, że uwiódł go prosty obraz biegnącej młodej kobiety. Nie potrafił tego odrzucić. Chciał dotykać zwinnego ciała i wędrować z nią pod morzem, w chmurach i siedzieć na koronach latających drzew. Czuł, że to prawda. Że może być wszędzie. W każdym zakątku świata, na który teraz patrzył. I chociaż nie ruszył się z miejsca, powoli płynął w stronę śmiechu i szczęścia. Tricular rozwarł ręce w geście zaproszenia. - Czyż nie tego właśnie szukałeś? Czyż nie to czyni was szczęśliwymi? Odrzuć tamte koszmary Odrzuć nakazy, które znasz od dziecka. Pozbądź się zła i lęku. To miejsce cię zaakceptuje. Nie będziesz musiał o wszystko walczyć, bo wszystko jest ci dane. Na zawsze. Ravaughan patrzył na splecione ciała kochanków i kwiaty okrywające ich rozpalone twarze. Miały płatki w kształcie łabędzi. Miniaturki białych ptaków, stworzone po to tylko, by chłodzić zroszoną potem skórę kobiet i mężczyzn. Ludzie wirowali w rurach kryształowych wind prowadzących prosto do nieba. Byli tu jak bogowie. I ja też chcę być taki. Wolny. Skrzydlaty. Wszechmocny. Ja chcę się tylko cieszyć. Tylko trochę... Zrobił krok do przodu, ale coś go powstrzymywało. Potem kątem oka dostrzegł coś, co było jak błysk cienia. Chciwe, skrywane pragnienie, żeby poszedł dalej, przemknęło po seryjnej twarzy Triculara. I przypomniał sobie, jak tamten wysiadł z czarnej limuzyny, w zapiętym płaszczu, w którym znikały białe płatki śniegu. Chłonął je jak gąbka. Tak jak śnieg chłonął krew zastrzelonego przez AxeR biedaka Speedofritza, tak teraz Tricular chłonie wszystko, co jest esencją naszego życia. Nie tacy jesteśmy, pomyślał Ravaughan. Nie możemy poddać się tej pokusie, bo to w nas jest zło, a on tylko przyprószył je lukrem. Kłamie, że pozbawił nas ciemnej strony. On sam jest ciemną stroną.

-

Idź

precz

-

powtórzył powoli. - Nie ty wymyśliłeś dziewczynę ani łańcuszek na jej udzie. Nie ty wymyśliłeś zeppeliny. I nie ty wymyśliłeś te skrzydlate kwiaty To dzieło Harry'ego Fritkena, którego okradłeś i okłamałeś. Ty stworzyłeś Los Raques, miasto wraków i upadku. Ty zabiłeś Speedofritza i nieszczęśników, którym celowałem w trupie mózgi. I myślę, że także ty stworzyłeś tych dwóch skurwysynów, którzy kiedyś chcieli mnie napompować. Tak jak

twoim dziełem jest ten moment, w którym klimatyzator zmielił zieloną jaszczurkę. A stworzyłeś to, aby w odpowiedniej chwili móc dowodzić, jak straszny jest człowieczy świat. Ale to nie świat jest straszny. Ty jesteś koszmarem naszego świata. Gdziekolwiek On zasieje swoje trawy, ty rzucasz na nie cień. Nie widzimy cię wyraźnie, ale wiemy, że jest noc. Nie słyszymy, jak sączysz jad w nasze uszy, bo siedzisz w nas od zawsze i zdaje się chwilami, że to nasze własne głosy. A teraz chcesz mi wmówić, że to ludzie są źli? Ze zły jest Tamten, który nas stworzył? Jeśli tak jest, to pokaż, co potrafisz. Chcę, żebyś teraz wymyślił coś lepszego niż ta młoda kobieta. Coś genialniejszego w kształcie niż zeppelin. Ale sam! Coś nowego, czego bym już wcześniej nie podziwiał i nie kochał. Tricular pochylił się. Ravaughan nie widział teraz jego twarzy tylko równe prostokąty przyciętych krótko włosów. Były jak zamknięte księgi. - Potrafisz być mistrzem iluzji. Spadasz z kosmosu na świat, w którym jesteś od zawsze i który psujesz lepiej niż Tamten go stworzył. Omamiasz nas kosmicznymi El Raque, a widzę w tobie tylko lęk, iż nie uda ci się mnie pokonać. Żeby zamknąć nas w swojej pułapce, wyczarowałeś ułomną wersję raju. A przypominam, że to do nas należy wybór. Nie do ciebie. Tricular wpił dłoń w dłoń i pocierał nimi coraz szybciej. - Przestań, człowieku - zasyczał wściekle. - Przestań tak do mnie mówić. Przybyłem tu w El Raque i jako alienryna szukam ratunku. Dla mnie i dla was. Jesteśmy sobie potrzebni. Ravaughan pstryknął palcami i poruszył rytmicznie żwaczem. - Nawet ciebie nie słucham. Ale powtarzam: wybór należy do mnie. I właśnie teraz, widząc co mi oferujesz, odrzucam twój świat. Chcę stąd odejść. Z Gate 404, czy jak to nazwał nieszczęsny Harry Fritken, na którym najdłużej żerowałeś. Nie stworzyłeś nic godnego człowieka. To tylko nasze marzenia, a te zawdzięczamy komuś innemu. Wszystko runęło. Pośród ciszy zanurzyli się w czeluści. W nieskończony tłum pogiętych sylwetek oczekujących na nowego władcę. Wokół rubinowej poświaty bijącej z monstrualnie powiększonej sylwetki El Raque l. - A więc tak nas chciałeś przywitać. To jest ta prawdziwa Gate 404. Pokazałeś, co potrafisz. Twoje najszczersze dzieło, utkane z pyłu, prochu, szarości i bólu. Zewsząd dochodziły nowe szeregi uciekinierów z Los Raques. I tych, których ogarniała przestrzeń chorego fantosa Triculara. Ravaughan z żalem patrzył na nich wszystkich skulonych w lęku.

- Gdzieś wśród tych ludzi jest też Harry Fritken. I pewnie jego żona i dziecko. Nie mieliby szans, żeby się nawet zobaczyć, a obiecywałeś im przecież złote góry. Tricular nie odpowiedział, tylko pocierał dłonią o dłoń i chwiał się jak czarna świeca. Zdawało się, że jego czaszka rośnie. Że deformuje się, jak dym z płonącej opony. Zalewa całe niebo, dusi niewidzialne słońce i zagłusza ciche słowa zmęczonego człowieka. Ludzie w dole patrzyli oniemiali. Widać było jak płoną im oczy. Nie mogli już na nic liczyć. Tricular przywołał ich tylko po to, żeby oddali mu każdą swoją myśl. Wszystko, co mieli, było dla niego dostępne. Mógł to przeżuwać w nieskończoność. - Nie mam siły Speedofritza - powiedział Ravaughan. - Ale teraz musisz mi już pomóc. Nawet, jeśli tego jeszcze nie napisałeś. Cisza. A potem... Tak. Potem przyszła zmiana, na którą ci w dole nie mieli już żadnej nadziei. U stóp Ravaughana spienił się granat. Był jak nieoczekiwany powiew górskiego powietrza na bagnach ze szczurzego łajna. Ravaughan odetchnął pełną piersią; poczuł wreszcie siłę śmiesznego garbusa z pomiętymi kartkami maszynopisu w zwinnych palcach. Ukrytego za kościelnym filarem w oczekiwaniu na kolejną młodą parę, która mieć będzie przed sobą czyste morze. Gate 404 spłynęła granatem. Za jego plecami falowały ciemne fale. Powiał zimny, rześki wiatr. - Zobacz, Fritken. Już są! - zawołał Ravaughan gromkim głosem. - Gdziekolwiek jesteś, Harry. Patrz i podziwiaj, bo bez ciebie nie dałbym rady. Ravaughan uniósł się z klęczek i ogarnął wzrokiem granat za plecami. Z mgły, która osnuwała morze, nadpływały trzy wielkie pancerniki. Rozkołysane, monumentalne i bardziej mocarne od upadłych na Ziemię El Raque. Cięły fale i przestrzeń jak noże, a z każdym metrem, który pokonywały, morze zalewało labirynty Gate 404. Kiedy pochłonęły rubinową poświatę El Raque l i zatopiły iglicę obcego statku, ostry wiatr porwał zanikający bełkot szkarady, która jeszcze przed chwilą stała obok Ravaughana. Wicher smagnął siwe włosy. - Harry - zawołał. - Chodź za mną. Wszedł w wodę i wspinał się po falach, które nie zamierzały go pochłonąć, aż dotarł do burty pierwszego z pancerników. Kiedy wspiął się na jego pokład po metalowej, pokrytej rdzą drabince, poczuł, że jest wreszcie we właściwym miejscu. Chwilę później stanął obok niego Harry Fritken.

- Patrz - wskazał Ravaughan szeregi fal nadciągające z zachodu. - Patrz, Harry. Jest ich dużo. Pancerniki w granatowej wodzie. Fritken włożył ręce w kieszenie i uśmiechnął się: - Może na nich się wszyscy odnajdziemy. Jeśli pragniemy ocalenia. Płynęli dalej. Do ludzi, ku życiu. Palce garbatego starca uderzały teraz w klawiaturę archaicznej maszyny szybciej niż kiedykolwiek. Czcionki znowu były wyraźne i żywe. Kartki papieru wirowały wokół stołu, wieszcząc dobrą nowinę i upadek zła. Tricular skulił się na swoim misternym krześle w wieżowcu korporacji i poczuł, jak pęka obojętna maska, którą nosił na twarzy. Bezradnie zawył do odległych gwiazd. Krzyk białych łabędzi unosił się nad pianą granatowych fal. Surowe dzioby pancerników cięły misterną iluzję pająka z „Easylmagines". Fritken uśmiechał się, stojąc na rufie pierwszego okrętu. Musiał zbudować cały świat, a potem pozwolić na jego upadek, żeby odzyskać równowagę. Teraz był już wolnym człowiekiem. Rządził samym sobą. I wreszcie wiedział, kogo chce odnaleźć w następnych godzinach swojego życia. Serce Ravaughana zatrzymało się w pokoiku na LowskyMiko. Tam nie był już potrzebny. Płynął ku przeznaczeniu. Raz jeszcze, tym razem na zawsze, opuszczał Los Raques.

KONIEC KATOWICE 1999

Subscribe

© Copyright 2013 - 2019 AZDOC.PL All rights reserved.