Han Jenny Lato 2

Jen​ny Han Bez cie​bie nie ma lata Tłuma​cze​nie: Małgo​rza​ta Ka​cza​row​ska Tytuł ory​gi​nału: It’s not sum​m er wi...

14 downloads 679 Views 1MB Size

Jen​ny Han Bez cie​bie nie ma lata Tłuma​cze​nie: Małgo​rza​ta Ka​cza​row​ska

Tytuł ory​gi​nału: It’s not sum​m er wi​tho​ut you Tłuma​cze​nie: Małgo​rza​ta Ka​cza​row​ska Pro​j ekt okładki: Krzysz​tof Kiełbasiński Zdjęcia na okładce: © sha​pe​char​ge Re​dak​cja, ko​rek​ta i przy​go​to​wa​nie: Do​li​na Li​te​rek Co​py​ri​ght © 2010 by Jen​ny Han. Pu​bli​shed by ar​ran​ge​m ent with Fo​lio Li​te​ra​ry Ma​na​ge​m ent, LLC and GRA​A L Li​te​ra​ry Agen​cy. Po​lish trans​la​tion © 2014 by Gru​pa Wy​daw​ni​cza Fok​sal sp. z o.o. Co​py​ri​ght © Gru​pa Wy​daw​ni​cza Fok​sal sp. z o.o., 2014 Wszel​kie pra​wa za​strzeżone Wy​daw​ca: Gru​pa Wy​daw​ni​cza Fok​sal sp. z o.o. ul. Fok​sal 17, 00-372 War​sza​wa tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01 e-mail: biu​[email protected]​sal.pl www.gwfok​sal.pl ISBN: 978-83-7881-362-0 Skład wer​sji elek​tro​nicz​nej: Mi​chał Olew​nik / Gru​pa Wy​daw​ni​cza Fok​sal Sp. z o.o. i Mi​chał La​tu​sek / Vir​tu​alo Sp. z o.o.

Spis treści Dedykacja Rozdział pierwszy Rozdział drugi Rozdział trzeci Rozdział czwarty Rozdział piąty Rozdział szósty Rozdział siódmy Rozdział ósmy Rozdział dziewiąty Rozdział dziesiąty Rozdział jedenasty Rozdział dwunasty Rozdział trzynasty Rozdział czternasty Rozdział piętnasty Rozdział szesnasty Rozdział siedemnasty Rozdział osiemnasty Rozdział dziewiętnasty Rozdział dwudziesty Rozdział dwudziesty pierwszy Rozdział dwudziesty drugi Rozdział dwudziesty trzeci Rozdział dwudziesty czwarty Rozdział dwudziesty piąty Rozdział dwudziesty szósty Rozdział dwudziesty siódmy Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty Rozdział trzydziesty Rozdział trzydziesty pierwszy Rozdział trzydziesty drugi Rozdział trzydziesty trzeci Rozdział trzydziesty czwarty Rozdział trzydziesty piąty Rozdział trzydziesty szósty Rozdział trzydziesty siódmy Rozdział trzydziesty ósmy Rozdział trzydziesty dziewiąty Rozdział czterdziesty Rozdział czterdziesty pierwszy Rozdział czterdziesty drugi Rozdział czterdziesty trzeci Kilka lat później Podziękowania

J+S na za​wsze

roz​dział pierw​szy 2 LIP​C A

To był kolejny upalny letni dzień w Cousins. Leżałam obok basenu z twarzą zasłoniętą czasopismem, moja matka układała pasjans na werandzie, a Susanna krzątała się po kuchni. Wiedziałam, że niedługo wyjdzie z domu, niosąc szklankę mrożonej her​ba​ty i książkę, którą jej zda​niem po​win​nam prze​czy​tać – na pew​no jakiś ro​m ans. Chłopcy od rana surfowali na falach po wczorajszej wieczornej burzy. Conrad i Jeremi wrócili jako pierwsi, a ja ich usłyszałam, zanim jeszcze zobaczyłam – wchodzili po schodach, pękając ze śmiechu z powodu Stevena, który stracił kąpielówki po spotkaniu z wyjątkowo wysoką falą. Conrad podszedł do mnie, podniósł lepkie od potu czasopismo i uśmiechnął się. – Masz na po​licz​kach od​bi​te li​te​ry. Zmrużyłam oczy, patrząc na nie​go. – Co tam jest na​pi​sa​ne? Przy​kucnął obok mnie. – Nie jestem pewien. Pozwól, że się przyjrzę – powiedział i zaczął wpatrywać się we mnie tym swoim poważnym wzro​kiem. Po​chy​lił się, żeby mnie pocałować; jego war​gi były zim​ne i słone od wody mor​skiej. – Może pójdzie​cie na górę? – prychnął Je​re​m i, ale wie​działam, że tyl​ko żar​tu​j e. Mrugnął do mnie, pod​szedł od tyłu do Con​ra​da, pod​niósł go i wrzu​cił do ba​se​nu, a po​tem sam za nim wsko​czył. – No chodź, Bel​ly! – zawołał. Oczywiście poszłam w ich ślady. Woda była przyjemna – nawet więcej, była cudowna. Tak jak zawsze Cousins po​zo​sta​wało je​dy​nym miej​scem, w którym pragnęłam być. – Halo? Słyszałaś choć słowo z tego, co właśnie do cie​bie po​wie​działam? Otwo​rzyłam oczy i zo​ba​czyłam Tay​lor strze​lającą mi pal​ca​m i przed no​sem. – Prze​pra​szam. Co mówiłaś? Nie spędzałam wakacji w Cousins, Conrad i ja nie byliśmy razem, a Susanna nie żyła. Nic już nie miało być takie jak dawniej. Minęły dwa miesiące – ile to dokładnie dni? – od kiedy umarła, a ja wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Nie pozwalałam sobie w to uwierzyć – gdy umiera ktoś, kogo kochamy, jego śmierć wydaje się nierzeczywista, jakby to wszystko przytrafiło się komuś innemu, było częścią czyjegoś innego życia. Nigdy nie radziłam sobie najlepiej z pojęcia​m i abs​trak​cyj​ny​m i. Co to zna​czy, kie​dy ktoś na​prawdę od​cho​dzi na za​wsze? Czasem zamykałam oczy i powtarzałam w myślach w kółko: „To nie jest prawda, to nie jest prawda, to się nie wydarzyło naprawdę”. To nie była część mojego życia. Ale tak właśnie wyglądało teraz moje życie po tym wszystkim, co zaszło. Znajdowałam się w ogrodzie Marcy Yoo. Chłopaki wygłupiali się w basenie, a dziewczęta leżały na ułożonych w rzędzie plażowych ręcznikach. Przyjaźniłam się z Marcy, ale pozostałe – Katie, Evelyn i inne dziewczyny – były raczej znajomymi Taylor. Dopiero minęło południe, a temperatura przekroczyła już trzydzieści stopni Celsjusza – dzień zapowiadał się upalny. Leżałam na brzuchu i czułam, jak pot gromadzi się w zagłębieniu na moich plecach. Za​czy​nało mnie mdlić od słońca. Był do​pie​ro dru​gi lip​ca, a ja już li​czyłam dni do końca lata. – Pytałam, co za​m ie​rzasz założyć na im​prezę u Bra​da – powtórzyła Tay​lor. Ułożyła na​sze ręczni​ki tuż obok sie​bie, tak że wyglądały jak je​den duży ręcznik.

– Nie wiem – od​parłam, ob​ra​cając głowę, żeby na nią spoj​rzeć. Miała na no​sie małe kro​pel​ki potu. Za​wsze za​czy​nała się naj​pierw pocić na no​sie. – Ja założę tę nową su​kienkę, którą kupiłam z mamą w outle​cie – oznaj​m iła. Zno​wu za​m knęłam oczy, po​nie​waż nosiłam ciem​ne oku​la​ry i Tay​lor nie wi​działa, czy mam je otwar​te. – Którą? – No wiesz, tę w grosz​ki, zawiązy​waną na szyi. Po​ka​zy​wałam ci ją dwa dni temu. Tay​lor wes​tchnęła ze znie​cier​pli​wie​niem. – A, praw​da – po​wie​działam, cho​ciaż da​lej nie pamiętałam tej su​kien​ki i wie​działam, że Tay​lor to za​uważyła. Miałam właśnie rzucić jakiś komplement pod adresem sukienki, kiedy nagle poczułam na karku coś lodowato zimnego. Wrzasnęłam i zobaczyłam, że Cory Wheeler kuca obok mnie z puszką coli ociekającą wodą, pękając ze śmie​chu. Usiadłam, spojrzałam na niego ze złością i wytarłam szyję. Miałam już kompletnie dość tego dnia i chciałam tylko wrócić do domu. – Co ci od​wa​liło, Cory?! Da​lej się śmiał, co jesz​cze bar​dziej mnie rozzłościło. – Rany, ale ty je​steś dzie​cin​ny! – po​wie​działam. – Wy​da​wało mi się, że je​steś strasz​nie gorąca – za​pro​te​sto​wał. – Chciałem cię trochę ochłodzić. Nie odpowiedziałam mu, dalej trzymałam rękę na karku i czułam, że zaciskam zęby. Inne dziewczyny gapiły się na mnie, a Cory prze​stał się uśmie​chać. – Sor​ki – po​wie​dział. – Chcesz się napić coli? Potrząsnęłam głową, więc wzru​szył ra​m io​na​m i i wy​co​fał się nad ba​sen. Rzu​ciłam okiem na dziewczyny i poczułam się zawstydzona, bo Katie i Evelyn patrzyły na siebie z minami: „O co jej chodzi?”. Opędzanie się od Cory’ego przypominało opędzanie się od szczeniaka owczarka niemieckiego – po prostu nie miało sen​su. Spoj​rzałam na Cory’ego, ale on już zajął się czymś in​nym. – To był tyl​ko żart, Bel​ly – po​wie​działa ci​cho Tay​lor. Z powrotem położyłam się na ręczniku, tym razem na plecach. Wciągnęłam powietrze i powoli je wypuściłam. Zaczynała mnie boleć głowa od zbyt hałaśliwej muzyki z głośników podłączonych do iPoda Marcy, a poza tym na​prawdę chciało mi się pić. Po​win​nam była wziąć tę colę od Cory’ego. Tay​lor po​chy​liła się i zdjęła moje oku​la​ry, żeby spoj​rzeć mi w oczy. Przyj​rzała mi się uważnie. – Je​steś wściekła? – Nie, po pro​stu jest mi za gorąco. – Otarłam pot z czoła grzbie​tem ręki. – Nie wście​kaj się. Cory nie po​tra​fi in​a​czej się za​cho​wy​wać przy to​bie. Po​do​basz mu się. – Wca​le mu się nie po​do​bam – po​wie​działam, nie patrząc jej w oczy. Wie​działam, że przy​najm​niej trochę mu się po​do​bam, ale wolałabym, żeby było in​a​czej. – Nieważne, on serio na ciebie leci, a ja dalej uważam, że powinnaś mu dać szansę. Przestaniesz myśleć o samawiesz-kim. Odwróciłam od niej głowę. – Może na tę imprezę zrobię ci warkocz dobierany? – zaproponowała Taylor. – Mogę zacząć od przodu i upiąć go z boku, tak jak po​przed​nio. – Do​brze. – Co za​m ie​rzasz założyć? – Nie je​stem pew​na. – Dobra, tylko masz wyglądać ślicznie, bo wszyscy tam będą – przypomniała Taylor. – Wpadnę wcześniej i razem się wy​szy​ku​j e​m y. Brad Ettelbrick urządzał huczne imprezy urodzinowe każdego lipca od początku gimnazjum. W lipcu byłam już w Cousins Beach, a od domu, szkoły i szkolnych kolegów dzieliły mnie miliony kilometrów. Nigdy nie żałowałam, że te imprezy mnie omijają, nawet wtedy, gdy Taylor opowiadała o wypożyczonej przez jego rodziców maszynie do ro​bie​nia waty cu​kro​wej albo nie​sa​m o​wi​tych fa​j er​wer​kach, które pusz​cza​li nad je​zio​rem o północy. Po raz pierwszy spędzałam wakacje w domu i mogłam iść na imprezę u Brada. Po raz pierwszy nie jechałam w lecie do Cousins i tylko to mnie obchodziło, tylko tego żałowałam. Myślałam, że będę tam spędzać każde wakacje mo​j e​go życia, a let​nia wil​la od za​wsze była je​dy​nym miej​scem, w którym pragnęłam się zna​leźć. – Ale idziesz, praw​da? – upew​niła się Tay​lor. – Tak, mówiłam ci prze​cież, że idę. Zmarsz​czyła nos. – Wiem, ale… – urwała w pół słowa. – Nie​ważne.

Wiedziałam, że Taylor czeka, aż wszystko znowu wróci do normy i będzie tak jak dawniej, ale to było niemożliwe. Ja już nig​dy nie miałam być taka jak daw​niej. Kiedyś potrafiłam wierzyć i mieć nadzieję. Wydawało mi się, że jeśli czegoś będę dostatecznie mocno pragnąć, do​sta​tecz​nie długo so​bie tego życzyć, wszyst​ko się ułoży tak, jak po​win​no. Su​san​na na​zy​wała to prze​zna​cze​niem. Życzyłam sobie Conrada w każde urodziny i powtarzałam to życzenie przy każdej spadającej gwieździe, każdej zgu​bio​nej rzęsie, każdej mo​ne​cie rzu​co​nej do fon​tan​ny. Myślałam, że tak będzie za​wsze. Taylor chciała, żebym zapomniała o Conradzie, żebym po prostu wymazała go z pamięci i ze wspomnień. Po​wta​rzała, że każdy musi jakoś prze​bo​leć pierwszą miłość, to jak ry​tuał wcho​dze​nia w do​rosłość. Ale Conrad nie był po prostu moją pierwszą miłością, częścią jakiegoś rytuału – znaczył dla mnie o wiele więcej. On, Jeremi i Susanna byli moją rodziną i we wspomnieniach zawsze pojawiali się razem, połączeni nierozerwalnymi więzami. Żadne z nich nie mogło ist​nieć bez po​zo​stałych. Gdybym zapomniała o Conradzie, wyrzuciła go z serca i udawała, że nigdy mi na nim nie zależało, to tak samo, jak​bym wy​rzu​cała z ser​ca Su​sannę. Tego nie mogłabym zro​bić.

roz​dział dru​gi

Dawniej, kiedy tylko w czerwcu kończył się rok szkolny, pakowaliśmy się do samochodu i jechaliśmy prosto do Cousins. Dzień wcześniej moja matka wybierała się do hipermarketu, żeby kupić wielkie kartony soku jabłkowego, a także zapas olejku do opalania, batoników owsianych i pełnoziarnistych płatków śniadaniowych. Kiedy błagałam o coś słodkiego, mówiła mi „Nie bój się, Beck będzie miała mnóstwo płatków, od których dostaniesz próchnicy”. Oczywiście miała rację, ponieważ Susanna – nazywana przez moją matkę Beck – uwielbiała płatki dla dzieci. W letniej wil​li je​dliśmy mnóstwo płatków śnia​da​nio​wych, które nig​dy nie miały oka​zji się ze​sta​rzeć. Jed​ne​go roku chłopcy jedli płatki na śniadanie, obiad i kolację. Mój brat Steven wybierał Frosty Flakes, Jeremi – Cap’n Crunch, a Conrad – Corn Pops. Jeremi i Conrad byli synami Beck i uwielbiali płatki śniadaniowe. Ja zjadałam wszyst​ko, co zo​stało i było słod​kie. Przez całe życie jeździłam do Cousins, nie ominęliśmy żadnych wakacji. Przez prawie siedemnaście lat próbowałam dogonić chłopaków z nadzieją, że pewnego dnia będę dostatecznie duża, żeby stać się częścią ich paczki – letniej paczki. W końcu mi się to udało, ale teraz było już za późno. Ostatniego wieczoru zeszłego lata, w basenie, po​wie​dzie​liśmy, że za​wsze będzie​m y tam wra​cać. To prze​rażające, jak łatwo i szyb​ko można złamać obiet​nicę. Zeszłego lata po powrocie do domu czekałam. Po sierpniu nadszedł wrzesień i zaczęła się szkoła, a ja dalej czekałam. Ja i Conrad nie obiecywaliśmy sobie przecież niczego, nie zgodził się zostać moim chłopakiem, łączył nas tylko pocałunek. Conrad jechał do college’u, gdzie miał spotkać milion innych dziewczyn, które nie musiały wracać o ustalonej porze do domu, mieszkały z nim po sąsiedzku, były od mnie mądrzejsze, ładniejsze, bardziej tajemnicze i zupełnie nowe. To wszyst​ko było dla mnie nie​m ożliwe. Myślałam o nim przez cały czas – co to wszystko znaczyło, czym się dla siebie staliśmy. Nie mogliśmy cofnąć czasu, wiedziałam, że ja już nie mogę się wycofać. To, co zaszło między nami – między mną a Conradem, a także między mną a Jeremim – zmieniło wszystko. Kiedy skończył się sierpień i zaczął wrzesień, a telefon wciąż nie dzwonił, wystarczyło, że przypominałam sobie, jak Conrad patrzył na mnie tego ostatniego wieczoru, a wiedziałam, że wciąż jesz​cze mogę mieć na​dzieję. Wie​działam, że nie wymyśliłam so​bie tego, nie po​tra​fiłabym. Zgodnie z tym, co mówiła moja matka, Conrad przeprowadził się do akademika, miał nieznośnego współlokatora z New Jersey, a Susanna zamartwiała się, że za mało je. Matka opowiadała mi to wszystko przy okazji, mimochodem, żeby nie urazić mojej dumy, a ja nigdy nie próbowałam z niej wyciągać więcej informacji. Wiedziałam, że on za​dzwo​ni, byłam tego pew​na – wy​star​czyło tyl​ko cze​kać. Telefon zadzwonił w drugim tygodniu września, trzy tygodnie po tym, jak widziałam go po raz ostatni. Jadłam lody truskawkowe w salonie i kłóciłam się ze Stevenem o pilota. Była dziewiąta wieczorem w poniedziałek, pora na najlepsze programy w telewizji. Telefon zadzwonił, ale ani Steven, ani ja nie ruszyliśmy się, żeby odebrać. Wie​dzie​liśmy, że to z nas, które wsta​nie, prze​gra walkę o te​le​wi​zor. Mama ode​brała w swo​im ga​bi​ne​cie, przy​niosła słuchawkę do sa​lo​nu i po​wie​działa: – Bel​ly, to do cie​bie. Dzwo​ni Con​rad. A po​tem mrugnęła do mnie. Wszyst​ko we mnie zawibrowało, usłyszałam w uszach szum oceanu, ryk sztormowych fal. Miałam wrażenie, że je​stem pi​j a​na, czułam się cu​dow​nie. Doczekałam się swojej nagrody! Nigdy nie czułam takiej satysfakcji z powodu tego, że miałam rację i że byłam cier​pli​wa. Ste​ven wy​rwał mnie z tego transu. – Dla​cze​go Con​rad miałby dzwo​nić do cie​bie? – za​py​tał, marszcząc brwi. Zignorowałam go, wzięłam od matki telefon i wyszłam z pokoju, zostawiając za sobą Stevena z pilotem do

te​le​wi​zo​ra i roz​ta​piające się lody. Wszyst​ko to prze​stało mieć zna​cze​nie. Po​zwo​liłam Con​ra​do​wi za​cze​kać, aż doszłam do schodów i usiadłam na stop​niach. – Cześć – po​wie​działam. Sta​rałam się ukryć uśmiech, bo byłam pew​na, że się go domyśli. – Cześć – od​parł. – Co słychać? – Nic spe​cjal​ne​go. – Coś ci po​wiem. Mój współlo​ka​tor chra​pie jesz​cze głośniej niż ty. Zadzwonił znowu następnego wieczoru, a potem jeszcze następnego. Za każdym razem gadaliśmy godzinami. Kie​dy dzwo​nił te​le​fon i oka​zy​wało się, że to do mnie, a nie do Ste​ve​na, mój brat początko​wo nic nie ro​zu​m iał. – Dla​cze​go Con​rad do cie​bie wy​dzwa​nia? – dzi​wił się. – A jak myślisz? Za​ko​chał się we mnie. Po pro​stu je​steśmy za​ko​cha​ni. Ste​ven omal się nie zadławił. – Chy​ba zwa​rio​wał – oznaj​m ił, potrząsając głową. – Czy to naprawdę niemożliwe, że Conrad Fisher zakochał się we mnie? – zapytałam go, zaplatając wyzywająco ręce. Nie mu​siał się na​wet za​sta​na​wiać nad od​po​wie​dzią. – Tak – stwier​dził. – To ab​so​lut​nie nie​m ożliwe. Szcze​rze mówiąc, miał rację. To było zupełnie jak sen, całkowicie odrealnione. Po całych latach, tylu wakacjach spędzonych na oglądaniu się za nim, tęsknocie i marzeniach o nim, dzwonił do mnie. Lubił ze mną rozmawiać. Potrafiłam go rozbawić nawet wtedy, gdy nie było mu do śmiechu. Rozumiałam, przez co przechodzi, bo sama po części przez to przechodziłam. Na świe​cie było tyl​ko kil​ka osób, które ko​chały Su​sannę w taki sposób, jak my. Myślałam, że to wy​star​czy. Zaczęło nas łączyć coś, co nig​dy nie zo​stało zde​fi​nio​wa​ne, ale co bez wątpie​nia ist​niało. Na​prawdę. Kil​ka razy jechał trzy i pół godziny ze swojej uczelni, żeby się ze mną zobaczyć. Raz nocował u nas, ponieważ zrobiło się późno i moja matka nie chciała, żeby wracał o tej porze. Conrad spał w gościnnym pokoju, a ja leżałam bez​sen​nie w łóżku przez wie​le go​dzin, myśląc o tym, że on śpi kil​ka metrów ode mnie, w moim domu. Byłam pewna, że gdyby Steven nie przyczepiał się do nas jak rzep, Conrad próbowałby mnie przynajmniej pocałować, ale w obecności mojego brata to było praktycznie niemożliwe. Kiedy oglądaliśmy telewizję, wpychał się między nas, rozmawiał z Conradem o rzeczach, o których nie miałam pojęcia i które mnie nie interesowały, takich jak fut​bol. Pew​ne​go razu po obiedzie zapytałam Conrada, czy ma ochotę wybrać się na mrożony deser do Brusters, a Steven wtrącił się, mówiąc, że to świetny pomysł. Spiorunowałam go wzrokiem, ale tylko wyszczerzył do mnie zęby. Wtedy Conrad na jego oczach wziął mnie za rękę i powiedział, że możemy iść wszyscy. Poszliśmy wszyscy, nawet moja mat​ka – nie mogłam uwie​rzyć, że jeżdżę na rand​ki z matką i bra​tem na tyl​nym sie​dze​niu. Ale tak naprawdę to wszystko sprawiało, że ta jedna cudowna noc w grudniu wydawała się jeszcze cudowniejsza. Conrad i ja pojechaliśmy do Cousins tylko we dwoje. Noce jak ze snu rzadko się zdarzają, ale ta była naprawdę jak ze snu. To było coś, na co war​to było cze​kać. Byłam szczęśliwa, że mie​liśmy tę noc. Po​nie​waż w maju było już po wszyst​kim.

roz​dział trze​ci

Wyszłam wcześniej od Marcy. Powiedziałam Taylor, że chcę odpocząć przed wieczorną imprezą u Brada, co było po części prawdą. Rzeczywiście chciałam odpocząć, chociaż nie z powodu imprezy. Kiedy tylko wróciłam do domu, założyłam rozciągnięty T-shirt z Cousins, nalałam do butelki zimny sok winogronowy i gapiłam się w telewizor, aż roz​bo​lała mnie głowa. Otaczała mnie cudowna, kojąca cisza, w której słychać było tylko telewizor i szum włączającej się i wyłączającej klimatyzacji. Miałam cały dom dla siebie, ponieważ Steven znalazł sobie na lato pracę w Best Buy – oszczędzał na pięćdziesięciocalowy telewizor LCD, który zamierzał jesienią zabrać ze sobą do college’u. Matka była w domu, ale całe dnie spędzała za​m knięta w ga​bi​ne​cie. Twier​dziła, że musi nad​go​nić swoją pracę. Ro​zu​m iałam ją, bo na jej miej​scu też chciałabym być sama. Taylor przyszła około szóstej, uzbrojona w ciemnoróżowy kuferek do makijażu z logo Victoria’s Secret. Weszła do sa​lo​nu i zmarsz​czyła brwi, widząc mnie leżącą na ka​na​pie i ubraną w T-shirt z Co​usins. – Nie brałaś jesz​cze prysz​ni​ca, Bel​ly? – Brałam prysz​nic rano – od​parłam, nie wstając. – Tak, a potem leżałaś cały dzień na słońcu. – Taylor złapała mnie za ramię, więc pozwoliłam, żeby mnie po​sa​dziła. – Wsta​waj i idź pod prysz​nic. Poszłam za nią na górę i weszłam do łazienki, podczas gdy Taylor zniknęła w mojej sypialni. Wzięłam chyba najszybszy prysznic w życiu – zostawiona sama sobie moja przyjaciółka była nieprawdopodobnie wścibska i miałam pew​ność, że grze​bie w mo​ich rze​czach, jak​by należały do niej. Kiedy wyszłam, Taylor siedziała na podłodze przed lustrem, szybkimi ruchami nakładając na policzki puder brązujący. – Chcesz, żebym cię uma​lo​wała? – Nie trze​ba – od​parłam. – Czy możesz za​m knąć oczy, bo chciałabym się ubrać? Przewróciła ocza​m i, za​nim je za​m knęła. – Bel​ly, prze​sa​dzasz z tą wsty​dli​wością. – Mnie to nie przeszkadza – powiedziałam, zakładając majtki i stanik. Znowu włożyłam T-shirt z Cousins. – Dobra, możesz już pa​trzeć. Tay​lor otwo​rzyła sze​ro​ko oczy i nałożyła ma​scarę. – Mogę ci po​m a​lo​wać pa​znok​cie – za​pro​po​no​wała. – Mam trzy nowe ko​lo​ry. – Nie ma sen​su. – Pod​niosłam ręce i po​ka​załam jej, że mam pa​znok​cie ogry​zio​ne do mięsa. Tay​lor skrzy​wiła się. – No do​bra, to w czym za​m ie​rzasz iść? – W tym – od​parłam, ukry​wając uśmiech i wska​zując na swój T-shirt. Miałam go na sobie tyle razy, że wokół szyi zrobiły się malutkie dziurki, a materiał stał się miękki jak chusteczka. Na​prawdę chciałabym móc założyć go na im​prezę. – Bar​dzo śmiesz​ne – prychnęła Tay​lor i po​deszła na czwo​ra​kach do mo​j ej sza​fy. Wstała i zaczęła w niej grzebać, przesuwając wieszaki, jakby nie znała już na pamięć każdego noszonego przeze mnie ciu​cha. Za​zwy​czaj mi to nie prze​szka​dzało, ale dzi​siaj czułam się lek​ko roz​drażnio​na i wszyst​ko mnie de​ner​wo​wało. – Nie martw się, założę po pro​stu szor​ty i bluzkę bez rękawów – po​wie​działam do niej. – Belly, ludzie przychodzą na imprezy u Brada naprawdę odstawieni. Nie byłaś na żadnej, więc możesz tego nie wie​dzieć, ale nie wy​pa​da przyjść po pro​stu w sta​rych szor​tach.

Taylor wyciągnęła z szafy białą letnią sukienkę. Ostatni raz miałam ją na sobie zeszłego lata, na imprezie, na której po​znałam Cama. Su​san​na twier​dziła, że wyglądam w niej jak z ob​raz​ka. Wstałam, wzięłam od Tay​lor su​kienkę i od​wie​siłam ją do sza​fy. – Jest po​pla​m io​na – oznaj​m iłam. – Znajdę coś in​ne​go. Tay​lor z po​wro​tem usiadła przed lu​strem. – No to załóż tę czarną w kwiat​ki. Nie​sa​m o​wi​cie pod​kreśla two​j e cyc​ki. – Jest za cia​sna. Nie​wy​god​nie mi w niej – od​parłam. – A jak ład​nie po​proszę? Westchnęłam, zdjęłam sukienkę z wieszaka i założyłam. Czasem łatwiej było po prostu posłuchać Taylor. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami od dziecka, tak długo, że stało się to całkowicie oczywiste, było czymś, o czym nie warto już na​wet wspo​m i​nać. – No, sama widzisz, że świetnie wyglądasz. – Taylor podeszła i zapięła mi suwak. – Dobra, to przemyślmy nasz plan działania. – Jaki plan działania? – Myślę, że po​win​naś na tej im​pre​zie złapać Cory’ego. – Tay​lor… Pod​niosła rękę. – Posłuchaj mnie chociaż. Cory jest bardzo miły i do tego przystojny. Gdyby popracował trochę nad mięśniami, można by go wziąć za mo​de​la. – Da​ruj so​bie – prychnęłam. – Dobra, ale na pewno jest tak samo przystojny, jak pan C. – Nigdy nie nazywała go teraz po imieniu, zawsze tyl​ko „sama-wiesz-kto” albo „pan C”. – Tay​lor, prze​stań mnie piłować. Nie mogę o nim za​po​m nieć tyl​ko dla​te​go, że ty tego chcesz. – A nie możesz chociaż spróbować? – zaczęła namawiać. – Cory może ci posłużyć za odskocznię. Nie będzie miał nic prze​ciw​ko. – Jeśli jesz​cze raz wspo​m nisz o Co​rym, nie pójdę na tę im​prezę – za​gro​ziłam i na​prawdę za​m ie​rzałam tak zro​bić. W grun​cie rze​czy li​czyłam na to, że złamie ten za​kaz, a ja będę miała wymówkę, żeby zo​stać w domu. Tay​lor otwo​rzyła sze​rzej oczy. – Do​bra, do​bra, wy​bacz. Nie po​wiem już ani słowa. Sięgnęła po swój kuferek i usiadła na krawędzi łóżka, a ja zajęłam miejsce u jej stóp. Taylor wyciągnęła grzebień, rozczesała mi włosy i zaczęła je szybko zaplatać zręcznymi palcami. Kiedy skończyła, przypięła mi warkocze tak, aby two​rzyły ko​ronę. Żadna z nas się nie od​zy​wała, ale Tay​lor w końcu prze​rwała mil​cze​nie. – Uwiel​biam cię w tym ucze​sa​niu. Wyglądasz zupełnie jak in​diańska księżnicz​ka. Zaczęłam się śmiać, ale za​raz się po​wstrzy​m ałam. Tay​lor złapała mój wzrok w lu​strze. – Wiesz co, na​prawdę wol​no ci się śmiać i do​brze się bawić. – Wiem – od​parłam, ale nie byłam o tym prze​ko​na​na. Przed wyjściem zajrzałam do gabinetu matki, która siedziała przy biurku, otoczona teczkami z dokumentami i stosami papierów. Susanna uczyniła ją wykonawcą testamentu, a o ile wiedziałam, to oznaczało mnóstwo papierkowej roboty. Matka często rozmawiała przez telefon z prawnikiem Susanny, ustalając różne rzeczy. Chciała, żeby wszyst​ko było ide​al​nie, bo tego życzyłaby so​bie Beck. Susanna zapisała Stevenowi i mnie trochę pieniędzy na studia, a ja dostałam także biżuterię. Bransoletkę z szafirami, której chyba w życiu nie miałam zamiaru założyć, diamentowy naszyjnik na ślub (Susanna dokładnie tak na​pi​sała), a także moje ulu​bio​ne kol​czy​ki i pierścio​nek z opa​la​m i. – Mamo? Mat​ka uniosła głowę. – Tak? – Jadłaś już obiad? Wie​działam, że nie jadła, bo nie wy​cho​dziła z ga​bi​ne​tu, odkąd wróciłam do domu. – Nie je​stem głodna – od​parła. – Jeśli w lodówce nie ma nic do je​dze​nia, możesz zamówić so​bie pizzę. – Zro​bię ci ka​napkę – za​pro​po​no​wałam. Zrobiłam zakupy wcześniej w tygodniu, ja i Steven zajmowaliśmy się tym na zmianę. Wątpiłam, żeby matka pamiętała, że jest długi week​end z oka​zji czwar​te​go lip​ca. – Nie trze​ba, później zejdę na dół i sama coś so​bie przy​go​tuję. – Do​bra. – Za​wa​hałam się. – Idę z Tay​lor na im​prezę, po​sta​ram się wrócić nie za późno. Jakaś część mnie pragnęła, żeby matka poprosiła, żebym została w domu. Jakaś część mnie chciała jej

zaproponować, że zostanę i dotrzymam jej towarzystwa, zapytam, czy chciałaby obejrzeć jakiś stary film albo zjeść trochę świeżo zro​bio​ne​go po​pcor​nu. Mat​ka zdążyła na nowo po​chy​lić się nad pa​pie​ra​m i i przy​gry​zała końcówkę długo​pi​su. – Do​bry po​m ysł – stwier​dziła. – Uważaj na sie​bie. Za​m knęłam za sobą drzwi. Tay​lor cze​kała na mnie w kuch​ni, wysyłając SMS-y. – Po​spiesz się i wy​cho​dzi​m y. – Chwi​la, muszę jesz​cze coś zro​bić. Po​deszłam do lodówki i wyciągnęłam skład​ni​ki na ka​napkę z in​dy​kiem: musz​tardę, ser i chleb. – Bel​ly, na tej im​pre​zie będzie je​dze​nie. Nie mu​sisz te​raz jeść. – To dla mamy – wyjaśniłam. Przygotowałam kanapkę, położyłam ją na talerzu, przykryłam folią i zostawiłam na blacie w dobrze widocznym miej​scu. Impreza okazała się dokładnie taka jak w opowieściach Taylor. Na miejscu bawiła się połowa naszej klasy, nie było za to widać rodziców Brada. Ogród oświetlały pochodnie, a głośniki niemal wibrowały od głośnej muzyki. Dziewczyny zaczęły już tańczyć. Zo​ba​czyłam też ogromną baryłkę i wielką czer​woną chłod​ziarkę. Brad stał przy gril​lu, ob​ra​cając ste​ki i kiełba​ski. Miał na so​bie far​tuch z na​pi​sem „Pocałuj ku​cha​rza”. – Tak jak​by kto​kol​wiek chciał się z nim całować – prychnęła Tay​lor. Kręciła się obok Brada na początku roku, zanim zdecydowała się na obecnego chłopaka, Davisa. Kilka razy umówiła się z Bra​dem, ale po​tem rzu​cił ją dla dziew​czy​ny z czwar​tej kla​sy. Zapomniałam się spryskać sprejem na komary, więc czułam, że mają na mnie prawdziwą ucztę. Co chwila pochylałam się, żeby podrapać się w nogę, i cieszyłam się, że mogę to robić – że mam jakieś zajęcie. Bałam się, że przy​pad​kiem na​po​tkam wzrok Cory’ego, którego za​uważyłam obok ba​se​nu. Ludzie pili piwo z czerwonych plastikowych kubeczków, ale Taylor przyniosła dla nas drinki. Mój nazywał się Fuzzy Na​vel, miał kon​sy​stencję sy​ro​pu i sma​ko​wał che​m ią. Wypiłam dwa łyki, a resztę wylałam. Taylor wypatrzyła Davisa stojącego przy stole tenisowym – chłopaki grali w ping-ponga, próbując wrzucić piłeczkę do kubka z piwem przeciwnika. Przyłożyła palec do ust i złapała mnie za rękę. Kiedy podeszłyśmy do niego od tyłu, Tay​lor go objęła. – Mam cię! – oznaj​m iła. Davis odwrócił się i ją pocałował, jakby nie widzieli się zaledwie kilka godzin wcześniej. Przez jakąś minutę stałam tam, niepewnie ściskając torebkę i starając się na nich nie patrzeć. Tak naprawdę nazywał się Ben Davies, ale wszyscy mówili na niego po prostu Davis. Był bardzo przystojny, miał dołeczki w policzkach i oczy zielone jak szkło. Przy tym nie był specjalnie wysoki, co początkowo Taylor uważała za powód do dyskwalifikacji, ale teraz przestało jej jakoś przeszkadzać. Nie cierpiałam jeżdżenia z nimi do szkoły, ponieważ przez cały czas trzymali się za ręce, a ja siedziałam jak dzieciak na tylnym siedzeniu. Zrywali przynajmniej raz na miesiąc i chodzili ze sobą dopiero od kwietnia. Po jednym zerwaniu Davis zadzwonił do Taylor, płacząc, a ona przełączyła rozmowę na głośniki. Czułam się winna, słuchając go, ale jed​no​cześnie za​zdro​sna i ełna po​dzi​wu, że zależało mu na niej tak bar​dzo, że na​wet płakał. – Pete musi się iść od​si​kać. – Da​vis objął Tay​lor w ta​lii. – Za​grasz ze mną, dopóki nie wróci? Po​pa​trzyła na mnie i potrząsnęła głową, wy​su​wając się z jego objęć. – Nie mogę zo​sta​wić Bel​ly sa​m ej. Spio​ru​no​wałam ją wzro​kiem. – Tay​lor, nie mu​sisz mnie prze​cież niańczyć. Za​graj z nim. – Je​steś pew​na? – Tak, je​stem pew​na. Odeszłam od nich, zanim zdążyła zaprotestować. Przywitałam się z Marcy, Frankie, z którą jeździłam w gimnazjum do szkoły, z Alice, która była moją najlepszą przyjaciółką w przedszkolu, z Simonem, z którym miałam zdjęcie w szkolnym albumie. Większość z nich znałam przez całe życie, a jednak nigdy jeszcze tak bardzo nie tęskniłam za Cousins. Kątem oka zobaczyłam, że Taylor rozmawia z Corym, więc pospiesznie się oddaliłam, żeby nie zdążyła mnie zawołać. Wzięłam sobie coś do picia i podeszłam do trampoliny. Nikt na niej nie siedział, więc zrzuciłam klapki i wspięłam się na nią, a potem położyłam dokładnie na środku, ostrożnie układając spódnicę. Gwiazdy lśniły jak jasne diamentowe iskierki na niebie. Napiłam się coli, beknęłam kilka razy i rozejrzałam, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie usłyszał – ale nie, wszyscy wrócili już do domu. Potem spróbowałam policzyć gwiazdy, co było w sumie tak samo głupie, jak liczenie ziarenek piasku, ale robiłam to, żeby się czymś zająć. Zastanawiałam się, kiedy uda mi się wymknąć i wrócić do domu. Przyjechałyśmy moim samochodem, a Taylor mogła się zabrać z Davisem. Zaczęłam się

za​sta​na​wiać, czy to będzie dziw​nie wyglądało, jeśli za​pa​kuję kil​ka hot dogów do zje​dze​nia na później. Od co najmniej dwóch godzin nie myślałam o Susannie. Może Taylor miała rację, może to właśnie tutaj powinnam być. Jeśli wciąż będę pa​trzeć za sie​bie i tęsknić za Co​usins, nig​dy nie zdołam się uwol​nić. Kiedy się nad tym zastanawiałam, Cory Wheeler wspiął się na trampolinę i podszedł do mnie. Położył się obok mnie i ode​zwał się: – Cześć, Con​klin. Od kie​dy Cory i ja mówimy so​bie po na​zwi​sku? Ze​brałam się w so​bie i od​po​wie​działam: – Cześć, Whe​eler. Starałam się na niego nie patrzeć i skoncentrować się na liczeniu gwiazd, a nie na tym, jak blisko mnie się znaj​do​wał. Cory pod​parł się na łokciu. – Do​brze się ba​wisz? – za​py​tał. – Ja​sne. Zaczął mnie boleć brzuch. Do​sta​wałam wrzodów żołądka od uni​ka​nia Cory’ego. – Wi​działaś ja​kieś spa​dające gwiaz​dy? – Jesz​cze nie. Cory pachniał wodą toaletową, piwem i potem, ale o dziwo, to nie była nieprzyjemna mieszanka. Cykady grały głośno, a im​pre​za wy​da​wała się bar​dzo od​legła. – Słuchaj, Con​klin… – Tak? – Da​lej cho​dzisz z tym gościem, z którym byłaś na balu? Tym ze zrośniętymi brwia​m i. Nie mogłam po​wstrzy​m ać uśmie​chu. – Con​rad wca​le nie ma zrośniętych brwi. I nie chodzę z nim. My, no… ze​rwa​liśmy. – Faj​nie – od​parł i to słowo za​wisło w po​wie​trzu. To był jeden z tych przełomowych momentów – dalszy ciąg wieczoru mógł się potoczyć na dwa sposoby. Gdybym pochyliła się odrobinę w lewo, mogłabym go pocałować. Mogłabym zamknąć oczy i zatracić się w Corym Wheelerze, a po​tem da​lej sta​rać się za​po​m nieć, a przy​najm​niej uda​wać, że za​po​m i​nam. Ale chociaż Cory był przystojny i uroczy, nie był Conradem i nawet odrobinę nie mógł się do niego zbliżyć. Cory był prosty jak jego krótko obcięte włosy, schludnie ułożone i zaczesane. Nie przypominał Conrada, który jedynym spoj​rze​niem lub uśmie​chem po​tra​fił spra​wić, że wszyst​ko we mnie za​czy​nało drżeć. Cory żar​to​bli​wie szturchnął mnie w ramię. – No to jak, Con​klin? Może mo​gli​byśmy… Usiadłam i po​wie​działam pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy. – O kurczę, muszę się wy​si​kać. Do zo​ba​cze​nia, Cory! Zeszłam z trampoliny tak szybko, jak tylko mogłam, znalazłam klapki i ruszyłam w kierunku domu. Obok basenu za​uważyłam Tay​lor, więc po​deszłam pro​sto do niej. – Mu​si​m y po​ga​dać! – syknęłam. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam do stołu z przekąska​m i. – Ja​kieś pięć se​kund temu Cory Whe​eler pra​wie za​py​tał, czy będę z nim cho​dzić. – I co mu odpowiedziałaś? – Oczy Taylor lśniły, a ja byłam na nią wściekła za tę jej pewność siebie, przekonanie, że wszyst​ko idzie zgod​nie z pla​nem. – Po​wie​działam, że muszę się wy​si​kać – oznaj​m iłam. – Bel​ly! Marsz z po​wro​tem na tę tram​po​linę i pocałuj go! – Taylor, możesz przestać? Powiedziałam ci, że nie jestem zainteresowana Corym. Widziałam, że wcześniej z nim gadałaś. Po​wie​działaś mu, żeby spróbował się ze mną umówić? Lek​ko wzru​szyła ra​m io​na​m i. – Wiesz… podobasz mu się od roku i strasznie dużo czasu potrzebował, żeby się zdecydować. Niewykluczone, że odro​binę po​pchnęłam go we właści​wym kie​run​ku. Słodko wyglądaliście ra​zem na tej tram​po​li​nie. Potrząsnęłam głową. – Na​prawdę byłabym ci wdzięczna, gdy​byś tego nie robiła. – Chciałam tyl​ko odwrócić twoją uwagę od pro​blemów! – Wiesz, że nie mu​sisz tego robić – przy​po​m niałam. – Owszem, muszę. Patrzyłyśmy na siebie ze złością przez jakąś minutę. Zdarzały się dni takie jak dzisiejszy, kiedy miałam ochotę ją udusić za to, że tak się rządzi. Zaczynałam mieć całkiem dość Taylor popychającej mnie w tym czy tamtym kierunku albo ubierającej mnie, jakbym była jedną z jej gorszych i mniej zamożnych lalek. Nasza przyjaźń zawsze tak

wyglądała. Tym ra​zem jed​nak miałam w końcu praw​dziwą wymówkę, żeby stąd iść, i czułam z tego po​wo​du ulgę. – Chy​ba już wrócę do domu – po​wie​działam. – O czym ty mówisz? Do​pie​ro przyszłyśmy. – Nie je​stem w na​stro​j u, ja​sne? Tay​lor chy​ba także za​czy​nała mieć mnie dosyć. – To się już robi nudne, Belly – stwierdziła. – Od miesięcy łazisz ponura. To nie jest zdrowe… Moja mama uważa, że po​win​naś po​szu​kać fa​cho​wej po​m o​cy. – Co takiego? Opowiadałaś o mnie swojej mamie? – Spojrzałam na nią z wściekłością. – Powiedz jej, żeby za​cho​wała swo​j e po​ra​dy psy​chia​trycz​ne dla El​len. Tay​lor zachłysnęła się. – Nie wierzę, że po​wie​działaś coś ta​kie​go. Zgodnie ze słowami matki Taylor ich kotka Ellen cierpiała na sezonowe zaburzenia afektywne. Z tego powodu przez całą zimę dostawała leki antydepresyjne, a kiedy na wiosnę dalej była humorzasta, została wysłana do zaklinacza kotów. Nic jej to nie po​m ogło. Moim zda​niem El​len miała po pro​stu wred​ny cha​rak​ter. Ode​tchnęłam głęboko. – Przez całe miesiące wysłuchiwałam, jak rozpaczasz z powodu zachowania Ellen, a teraz Susanna umarła, a ty chcesz, żebym się całowała z Co​rym, piła piwo i za​po​m niała o niej? No to przy​kro mi, ale nie po​tra​fię. Tay​lor ro​zej​rzała się szyb​ko i po​chy​liła do mnie. – Nie zachowuj się tak, jakbyś była nieszczęśliwa tylko z powodu Susanny. Jesteś też nieszczęśliwa z powodu Con​ra​da i do​sko​na​le o tym wiesz. Nie wierzyłam własnym uszom. To zabolało – zabolało, bo było prawdziwe, ale mimo wszystko to był cios poniżej pasa. Mój ojciec dawniej mawiał, że Taylor jest nieopanowana – to prawda, ale na dobre czy na złe, Taylor Jewel była częścią mnie, a ja byłam częścią niej. Nie​zu​pełnie złośli​wie przy​po​m niałam: – Nie wszy​scy możemy być tacy jak ty, Tay​lor. – Ale zawsze możesz spróbować. – Uśmiechnęła się leciutko. – Posłuchaj, przepraszam za ten pomysł z Corym. Chciałam tyl​ko, żebyś była szczęśliwa. – Wiem. Objęła mnie, a ja na to po​zwo​liłam. – Zo​ba​czysz, to będzie wspa​niałe lato. – Wspa​niałe – powtórzyłam jak echo. Chciałam już iść da​lej, mieć to za sobą. Jeśli prze​trwam to lato, następne na pew​no będzie łatwiej​sze. Ostatecznie zostałam. Posiedziałam na werandzie z Taylor i Davisem, popatrzyłam, jak Cory flirtuje z dziewczyną z dru​giej kla​sy, zjadłam hot doga i wróciłam do domu. Kanapka nadal leżała na blacie zawinięta w folię, więc schowałam ją do lodówki i poszłam na górę. W sypialni matki paliło się światło, ale nie zajrzałam tam, żeby powiedzieć jej dobranoc. Poszłam prosto do mojego pokoju, założyłam z powrotem rozciągnięty T-shirt z Cousins, rozplotłam warkocze, umyłam zęby i opłukałam twarz. Potem wsunęłam się pod kołdrę i po prostu leżałam, rozmyślając. Myślałam o tym, że tak właśnie teraz będzie wyglądać moje życie – bez Su​san​ny i bez chłopców. Minęły już dwa miesiące. Przetrwałam czerwiec, więc zaczęłam myśleć, że mi się to uda. Mogłam chodzić z Taylor i Davisem do kina, pływać w basenie Marcy, może nawet umówić się z Corym Wheelerem. Jeśli będę potrafiła robić takie rzeczy, wszystko będzie w porządku. Może jeśli zapomnę, jak cudownie było kiedyś, moje życie stanie się dużo łatwiej​sze. Ale kiedy tej nocy zasnęłam, przyśniła mi się Susanna i letnia willa, a ja nawet we śnie pamiętałam doskonale, jak cudownie tam było, jak bardzo czułam się tam na miejscu. Niezależnie od tego, co robisz i jak bardzo się starasz, nie masz władzy nad swo​imi sna​m i.

roz​dział czwar​ty Je​re​m i

Widok płaczącego taty potrafi naprawdę namieszać ci w głowie. Może nie na wszystkich by to zrobiło takie samo wrażenie, może niektórzy mają ojców, którym zdarza się płakać i którzy okazują swoje emocje. Mój tata nie był typem emocjonalnym i nigdy nie pozwalał nam płakać, ale w szpitalu, a potem w domu pogrzebowym płakał jak za​gu​bio​ne dziec​ko. Mama umarła wcześnie rano – to stało się tak szybko, że potrzebowałem chwili, żeby zrozumieć, że to się wy​da​rzyło na​prawdę. To nie od razu do​cie​ra do człowie​ka. Wie​czo​rem – pierw​sze​go wie​czo​ru bez niej – w domu zo​sta​liśmy tyl​ko ja i Con​rad. Byliśmy sami po raz pierw​szy od wie​lu dni. W domu panowała cisza. Tata razem z Laurel byli w domu pogrzebowym, a krewni zatrzymali się w hotelu. Zo​sta​liśmy tyl​ko ja i Con. Przez cały dzień lu​dzie wcho​dzi​li i wy​cho​dzi​li, ale te​raz byliśmy sami. Siedzieliśmy przy stole w kuchni. Ludzie przysyłali nam różne rzeczy: kosze z owocami, talerze kanapek, ciasto ka​wo​we i wielką puszkę maśla​nych her​bat​ników z Co​st​co. Ukroiłem kawałek cia​sta ka​wo​we​go i we​pchnąłem je so​bie do ust. Było su​che. Ukroiłem i zjadłem jesz​cze kawałek. – Chcesz trochę? – za​py​tałem Con​ra​da. – Nie bar​dzo – od​parł. Pił mleko, a ja zacząłem się zastanawiać, czy jest jeszcze dobre. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś robił za​ku​py. – Ja​kie są pla​ny na ju​tro? – za​py​tałem. – Czy wszy​scy tu się zwalą? Con​rad wzru​szył ra​m io​na​m i. – Pew​nie tak – po​wie​dział. Miał wąsy z mle​ka. Nie roz​m a​wia​liśmy więcej. Conrad poszedł do siebie na górę, a ja posprzątałem kuchnię. Kiedy poczułem się zmęczony, także poszedłem na górę. Zastanawiałem się, czy wejść do Conrada, ponieważ nawet jeśli nie rozmawialiśmy ze sobą, kiedy byliśmy ra​zem, czułem się le​piej, mniej sa​m ot​ny. Stałem na korytarzu i przez moment zamierzałem zapukać, ale wtedy usłyszałem, że płacze, starając się stłumić szloch. Nie wszedłem do jego po​ko​j u, zo​sta​wiłem go sa​m e​go, po​nie​waż wie​działem, że on tak by wolał. Wróciłem do swo​j ej sy​pial​ni, położyłem się do łóżka i też się rozpłakałem.

roz​dział piąty

Założyłam na pogrzeb stare okulary, te w czerwonej plastikowej oprawce. To przypominało noszenie zbyt ciasnego płaszcza sprzed lat – kręciło mi się w głowie, ale nie zwracałam na to uwagi. Susanna zawsze lubiła mnie w tych okularach, mówiła, że wyglądam w nich jak najinteligentniejsza dziewczyna w okolicy, jakbym zdążała do jasno określonego celu i dokładnie wiedziała, jak zamierzam go osiągnąć. Upięłam włosy luźno do góry, ponieważ zawsze jej się to po​do​bało i mówiła, że w ten sposób pod​kreślam rysy twa​rzy. Czułam, że postępuję właściwie, starając się wyglądać tak, jak najbardziej się jej podobałam. Wiedziałam, że mówiła to wszystko tylko po to, żeby mi zrobić przyjemność, ale i tak wierzyłam w jej słowa, ponieważ wierzyłam we wszystko, co mówiła Susanna. Uwierzyłam jej nawet wtedy, gdy mi obiecała, że nigdy nie odejdzie. Myślę, że wszyscy w to wierzyliśmy, nawet moja matka, i dlatego wszyscy byliśmy zaskoczeni, kiedy to się wydarzyło. Ale nawet wtedy, gdy stało się niezaprzeczalnym faktem, nie potrafiliśmy naprawdę tego zaakceptować. To się wydawało nierzeczywiste – to nie mogło dotyczyć naszej Susanny, naszej Beck. Co chwila słyszy się o ludziach, których stan się poprawił pomimo niepomyślnych rokowań i zawsze byłam przekonana, że tak będzie w przypadku Susanny. Nawet gdy​by to miała być jed​na szan​sa na mi​lion, ona była tą jedną z mi​liona. Jej stan pogorszył się szybko i tak bardzo, że moja matka kursowała między domem Susanny w Bostonie a naszym początkowo co drugi weekend, a potem coraz częściej. Musiała brać urlop w pracy i urządziła sobie pokój w domu Su​san​ny. Telefon zadzwonił wcześnie rano, kiedy na dworze było jeszcze ciemno. Oczywiście przynosił złe wieści – tylko złe wieści nie mogą nigdy zaczekać. Kiedy tylko usłyszałam dzwonek, jeszcze przez sen zrozumiałam, że Susanna odeszła. Leżałam w łóżku i czekałam, aż matka przyjdzie, żeby mi to powiedzieć. Słyszałam, że chodzi po swoim pokoju, a po​tem odkręca prysz​nic. Ponieważ nie przyszła, ja poszłam do niej – pakowała się, chociaż miała jeszcze mokre włosy. Popatrzyła na mnie znużonym i pu​stym wzro​kiem. – Beck odeszła – po​wie​działa. I to było wszyst​ko. Poczułam, że zaciska się we mnie supeł, a kolana odmówiły mi posłuszeństwa. Usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę. Myślałam, że wiem, jakie to uczucie, kiedy pęka serce – byłam pewna, że to właśnie czułam, stojąc samotnie na szkolnym balu. Ale tamto było niczym w porównaniu z tym bólem w piersiach, pieczeniem w oczach, świadomością, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Jak widać, wszystko jest względne. Wydaje ci się, że wiesz, czym jest miłość i czym jest praw​dzi​wy ból, ale tak na​prawdę nie masz o tym pojęcia. Nie wiem, kie​dy zaczęłam płakać, ale nie po​tra​fiłam prze​stać, cho​ciaż nie byłam w sta​nie od​dy​chać. Matka przeszła przez pokój i przyklękła na podłodze, przytulając mnie i kołysząc w ramionach. Sama nie płakała, była całko​wi​cie nie​obec​na du​chem, jak wy​pro​sto​wa​na trzci​na albo pu​ste na​brzeże. Matka pojechała do Bostonu jeszcze tego samego dnia. Przyjechała do domu tylko po to, żeby sprawdzić, czy wszystko u mnie w porządku, i zabrać dodatkowe ubrania. Myślała, że jeszcze zdąży. Powinna tam być, kiedy Su​san​na umarła, cho​ciażby ze względu na chłopców, i byłam pew​na, że ona też tak uważa. Opanowanym belferskim głosem poinformowała Stevena i mnie, że mamy przyjechać za dwa dni na sam pogrzeb. Nie chciała, żebyśmy przeszkadzali w przygotowaniach, ponieważ było mnóstwo rzeczy do zrobienia i spraw do po​za​m y​ka​nia. Moja matka została wykonawcą testamentu, a Susanna oczywiście doskonale wiedziała, co robi, wybierając ją do tej roli. To prawda, że nie było nikogo lepszego do tego zadania i że załatwiały część spraw jeszcze przed śmiercią

Susanny, ale tu chodziło o coś więcej. Moja matka czuła się najlepiej, kiedy była zajęta, miała coś do roboty. Nie mogła się rozsypać, kiedy była potrzebna, zawsze potrafiła stanąć na wysokości zadania. Żałowałam, że nie odzie​dzi​czyłam po niej tych cech, po​nie​waż ja czułam się za​gu​bio​na i nie wie​działam, co mam ze sobą zro​bić. Myślałam o tym, żeby zadzwonić do Conrada, kilka razy nawet wybrałam jego numer, ale nie potrafiłam się na to zdobyć. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, bałam się, że rzucę coś niewłaściwego, co tylko pogorszy sprawę. Potem pomyślałam o tym, żeby zadzwonić do Jeremiego, ale powstrzymał mnie strach. Wiedziałam, że kiedy za​dzwo​nię i po​wiem to na głos, to sta​nie się praw​dzi​we, a Su​san​na na​prawdę odej​dzie. Po drodze do Bostonu prawie się nie odzywaliśmy. Jedyny garnitur Stevena, ten, w którym niedawno był na szkolnym balu, wisiał na tylnym oknie, zapakowany w pokrowiec. Ja nie zawracałam sobie głowy wieszaniem mojej su​kien​ki. – Co my im po​wie​m y? – za​py​tałam w końcu. – Nie wiem – przy​znał Ste​ven. – Byłem tyl​ko na po​grze​bie cio​ci Shir​le, ale ona była strasz​nie sta​ra. Ja byłam wte​dy zbyt mała, żeby pamiętać tam​ten po​grzeb. – Gdzie będzie​m y no​co​wać? W domu Su​san​ny? – Nie mam pojęcia. – Jak myślisz, jak pan Fisher to znosi? – Nie potrafiłam się na razie zmusić i wyobrazić sobie reakcji Conrada albo Je​re​m ie​go. – Pije whi​sky – od​parł Ste​ven. Wte​dy prze​stałam za​da​wać py​ta​nia. Przebraliśmy się na stacji paliw, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od domu pogrzebowego. Kiedy zobaczyłam schludny i wyprasowany garnitur Stevena, pożałowałam, że nie powiesiłam mojej sukienki. Siedząc w samochodzie, cały czas wygładzałam ją dłońmi, ale to niewiele pomogło. Powinnam słuchać matki, kiedy mówiła mi, że sztuczny jedwab jest niepraktyczny. Powinnam też przymierzyć tę sukienkę, zanim ją zapakowałam. Po raz ostatni miałam ją na so​bie na przyjęciu na uni​wer​sy​te​cie mo​j ej mat​ki, trzy lata temu, więc te​raz zro​biła się za mała. Bardzo wcześnie byliśmy na miejscu – dostatecznie wcześnie, żeby spotkać moją matkę krzątającą się, układającą kwia​ty i roz​m a​wiającą z or​ga​ni​za​to​rem po​grze​bu, pa​nem Brow​ne. Na mój wi​dok na​tych​m iast zmarsz​czyła brwi. – Po​win​naś była wy​pra​so​wać tę su​kienkę, Bel​ly – po​wie​działa po​nu​ro. Przy​gryzłam wargę, żeby nie po​wie​dzieć cze​goś, cze​go mu​siałabym po​tem żałować. – Nie miałam cza​su – od​parłam, cho​ciaż to nie była praw​da. Miałam mnóstwo cza​su. Obciągnęłam su​kienkę, żeby nie wy​da​wała się taka krótka. Mat​ka skinęła tyl​ko głową. – Możecie iść po​szu​kać chłopców? Bel​ly, po​roz​m a​wiaj z Con​ra​dem. Steven i ja wymieniliśmy spojrzenia. Co miałabym powiedzieć? Minął miesiąc od szkolnego balu, na którym roz​m a​wia​liśmy po raz ostat​ni. Znaleźliśmy ich w przyległej salce, w której stały ławki i pudełka chusteczek przykryte lakierowanymi pokrywkami. Jeremi miał pochyloną głowę i wyglądał, jakby się modlił, choć nigdy wcześniej nie widziałam, żeby to robił. Conrad sie​dział pro​sto, ze sztyw​ny​m i ra​m io​na​m i, wpa​trując się w prze​strzeń. – Cześć – rzu​cił Ste​ven i odchrząknął. Pod​szedł do nich i objął ich szorst​kim ge​stem. Uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej nie widziałam Jeremiego w garniturze. Był chyba trochę za ciasny, ponieważ Jeremi wyglądał, jakby było mu niewygodnie, i co chwila poprawiał go przy szyi. Miał za to nowiutkie buty. Byłam cie​ka​wa, czy moja mat​ka po​m a​gała mu je wy​brać. Kiedy przyszła kolej na mnie, podbiegłam do Jeremiego i uścisnęłam go tak mocno, jak tylko mogłam. Był całko​wi​cie sztyw​ny w mo​ich ra​m io​nach. – Dzięki, że przy​j e​cha​liście – po​wie​dział, a jego głos brzmiał dziw​nie ofi​cjal​nie. Zastanowiłam się, czy może jest na mnie wściekły, ale odsunęłam od siebie tę myśl, gdy tylko się pojawiła. Czułam się winna, że coś takiego w ogóle przyszło mi do głowy. To był pogrzeb Susanny. Dlaczego Jeremi miałby myśleć o mnie? Poklepałam go niezgrabnie po plecach, zataczając dłonią niewielkie kręgi. Miał wyjątkowo niebieskie oczy, co ozna​czało, że mu​siał płakać. – Strasznie mi przykro – powiedziałam i natychmiast tego pożałowałam, ponieważ słowa wydawały się bardzo nie​sku​tecz​ne i nie prze​ka​zy​wały tego, co na​prawdę chciałam po​wie​dzieć i co na​prawdę czułam.

„Strasz​nie mi przy​kro” było równie nie​prak​tycz​ne, co sztucz​ny je​dwab. Do​pie​ro te​raz po​pa​trzyłam na Con​ra​da, który zdążył już z po​wro​tem usiąść, ze sztyw​ny​m i ple​ca​m i w pomiętej białej ko​szu​li. – Cześć – po​wie​działam, sia​dając obok nie​go. – Cześć – od​parł. Nie byłam pewna, czy powinnam go objąć, czy zostawić w spokoju, więc ścisnęłam tylko jego ramię, a on nic nie powiedział. Sprawiał wrażenie, jakby był zrobiony z kamienia. Obiecałam sobie, że będę przy nim cały dzień, będę tuż obok nie​go, stanę się ostoją siły, tak jak moja mat​ka. Moja matka, Steven i ja usiedliśmy w czwartym rzędzie, za kuzynami Conrada i Jeremiego, a także za bratem pana Fishera i jego żoną, która polała się zdecydowanie za dużą ilością perfum. Pomyślałam, że matka powinna siedzieć w pierwszym rzędzie, i powiedziałam jej to szeptem, ale tylko kichnęła i stwierdziła, że to bez znaczenia. Pewnie miała rację. Po​tem zdjęła żakiet i przy​kryła nim moje odsłonięte uda. Odwróciłam się raz i zobaczyłam z tyłu mojego ojca. Z jakiegoś powodu nie spodziewałam się, że tu będzie, co w sumie było dziwne, bo przecież on także znał Susannę, więc to oczywiste, że przyjechał na jej pogrzeb. Po​m a​chałam do nie​go dys​kret​nie, a on zro​bił to samo. – Tata tu jest – szepnęłam do mat​ki. – Ja​sne, że jest – od​parła, nie oglądając się. Szkolni koledzy Jeremiego i Conrada siedzieli razem z tyłu i wyglądali na niepewnych i nie na miejscu. Chłopcy mie​li opusz​czo​ne głowy, a dziew​czy​ny szep​tały ner​wo​wo między sobą. Uroczystość się przeciągała. Nieznany mi pastor wygłaszał mowę pogrzebową zawierającą mnóstwo komplementów pod adresem Susanny. Nazywał ją życzliwą, współczującą i wytworną, a chociaż to wszystko była prawda, miałam wrażenie, że tak naprawdę nigdy jej nie widział. Pochyliłam się do matki, żeby jej o tym powiedzieć, ale słuchała go i nie​ustan​nie po​ta​ki​wała. Myślałam, że nie będę już płakać, ale płakałam bardzo dużo. Pan Fisher wstał i podziękował wszystkim za przybycie, powiedział też, że zaprasza nas później do domu na poczęstunek. Jego głos kilka razy się załamał, ale zdołał nad sobą zapanować. Kiedy widziałam go po raz ostatni, był opalony, pewny siebie i wysoki, ale tego dnia sprawiał wrażenie człowieka zagubionego w burzy śnieżnej. Miał skulone ramiona i pobladłą twarz, a ja myślałam o tym, jak trudno musi być mu stać przed tymi wszystkimi, którzy kochali Susannę. Zdradzał ją, zostawił ją, gdy najbardziej go potrzebowała, ale w końcu do niej wrócił. Przez te ostatnie tygodnie trzymał ją za rękę. Może on też myślał, że ma więcej cza​su. Trumna była zamknięta. Susanna powiedziała mojej matce, że nie chce, żeby wszyscy się na nią gapili w chwili, gdy nie wygląda idealnie. Twierdziła, że umarli wyglądają tak, jakby byli sztuczni, zrobieni z wosku. Powtarzałam sobie, że ta oso​ba w trum​nie to nie jest Su​san​na, że nie​ważne, jak wygląda, ponie​waż już nie żyje. Kiedy uroczystość się zakończyła i odmówiliśmy modlitwę, ustawiliśmy się w kolejce do złożenia kondolencji. Czułam się dziwnie dorosła, stojąc obok mojej matki i brata. Pan Fisher pochylił się i uściskał mnie sztywno. Miał mo​kre oczy. Potrząsnął dłonią Ste​ve​na, objął moją matkę i skinął głową, gdy szepnęła mu coś do ucha. Kiedy objęłam Jeremiego, zaczęliśmy oboje tak płakać, że podpieraliśmy się nawzajem. Czułam, że jego ramiona drżą. Kiedy objęłam Conrada, chciałam powiedzieć coś, żeby go pocieszyć – coś bardziej przydatnego niż „przykro mi” – ale tak szybko było po wszystkim, że nie zdążyłam powiedzieć nic więcej. Za mną stała cała kolejka ludzi czekających, żeby także złożyć kon​do​len​cje. Cmentarz znajdował się niedaleko. Obcasy cały czas zapadały mi się w ziemię. Najwidoczniej wczoraj musiało tu padać. Zanim trumna z Susanną została opuszczona do mokrego grobu, Conrad i Jeremi położyli na jej wieku po białej róży, a pozostali dołożyli inne kwiaty. Ja wybrałam różową piwonię. Ktoś zaczął śpiewać psalm. Kiedy już było po wszystkim, Jeremi nie ruszył się z miejsca. Stał tuż obok grobu Susanny i płakał. To moja matka podeszła do nie​go, wzięła go za rękę i po​wie​działa coś ci​cho. Kiedy wróciliśmy do domu Susanny, Jeremi zaprosił mnie i Stevena swojej sypialni. Siedzieliśmy na łóżku w na​szych ele​ganc​kich ciu​chach. – Gdzie jest Con​rad? – za​py​tałam. Nie zapomniałam o mojej obietnicy, że nie zostawię go dzisiaj, ale on nie ułatwiał mi zadania, bezustannie gdzieś zni​kając. – Zo​staw​m y go na trochę sa​m e​go – od​parł Je​re​m i. – Nie je​steście głodni? Byłam głodna, ale nie chciałam się do tego przy​znać. – A ty? – Owszem, trochę. Na dole jest je​dze​nie. – Jego głos za​wie​sił się lek​ko na słowach „na dole”.

Wiedziałam, że nie chciał tam iść i stanąć twarzą twarz z tymi wszystkimi ludźmi, widzieć współczucia w ich oczach. „Ja​kie to smut​ne – będą po​wta​rzać. – Po​pa​trz​cie na tych osie​ro​co​nych chłopców”. Jego przy​j a​cie​le nie przy​szli tu​taj, po​szli za​raz po po​grze​bie. Na dole byli tyl​ko dorośli. – Ja mogę iść – za​pro​po​no​wałam. – Dzięki – po​wie​dział z wdzięcznością. Wstałam i zamknęłam za sobą drzwi. W korytarzu zatrzymałam się, żeby popatrzeć na zdjęcia na ścianach, matowe i oprawione w identyczne czarne ramki. Na jednym z nich Conrad nosił muszkę i brakowało mu przedniego zęba, na innym ośmio- lub dziewięcioletni Jeremi miał na głowie czapeczkę Red Sox, której nie chciał zdjąć chyba przez całe lato. Twierdził, że przynosi mu szczęście, i zakładał ją codziennie przez trzy miesiące. Co jakiś czas Susanna prała ją i odkładała na miej​sce, kie​dy spał. Na dole dorośli kręcili się bez celu, pili kawę i rozmawiali przyciszonymi głosami. Moja matka stała przy bufecie i kroiła ciasto dla obcych ludzi. Przynajmniej dla mnie byli to obcy ludzie – zastanawiałam się, czy ona ich znała, czy wie​dzie​li, kim była dla Su​san​ny, że była jej naj​lepszą przy​j a​ciółką i spędzała z nią nie​m al każde lato swo​j e​go życia. Wzięłam dwa ta​le​rze, a mat​ka po​m ogła mi nakładać je​dze​nie. – Wszyst​ko w porządku tam na górze? – za​py​tała, kładąc na ta​le​rzu pla​ste​rek sera pleśnio​we​go. Skinęłam głową i zdjęłam go. – Jeremi nie lubi sera pleśniowego – wyjaśniłam, a potem wzięłam jeszcze garść krakersów i kiść zielonych wi​no​gron. – Wi​działaś może Con​ra​da? – Chyba jest w piwnicy – odparła, poprawiając sery na półmisku. – Może do niego zajrzysz i zaniesiesz mu talerz? Ja wezmę je​den na górę dla chłopców. – Do​brze. Wzięłam ta​lerz i przeszłam przez ja​dal​nię. Jeremi i Steven zeszli jednak na dół, więc zatrzymałam się i patrzyłam, jak Jeremi rozmawia z gośćmi, pozwala się obejmować i ściskać sobie rękę. Kiedy nasze oczy się spotkały, uniosłam dłoń i leciutko pomachałam. On zrobił to samo i ledwie dostrzegalnie przewrócił oczami pod adresem kobiety uczepionej jego ramienia. Susanna byłaby z nie​go dum​na. Zeszłam po schodach do piwnicy wyłożonej wykładziną dywanową i dźwiękoszczelnej. Susanna urządziła ją w ten sposób, kie​dy Con​rad zaczął grać na gi​ta​rze elek​trycz​nej. W środ​ku było ciem​no, Con​rad nie za​pa​lił światła. Poczekałam, aż moje oczy przyzwyczają się do mroku, a potem ostrożnie zeszłam po schodach, wymacując sobie drogę. Znalazłam go od razu – leżał na kanapie z głową na kolanach dziewczyny, która głaskała go po włosach, jakby miała do tego jakieś prawo. Chociaż lato dopiero się zaczynało, była już opalona. Zdjęła buty, kładąc bose stopy na ni​skim sto​li​ku, a Con​rad gładził jej nogę. Wszyst​ko we mnie za​cisnęło się w cia​sny supeł. Widziałam ją na pogrzebie. Pomyślałam, że jest naprawdę śliczna, i zastanawiałam się, kim może być. Miała orientalną, chyba hinduską urodę – ciemne włosy i oczy – i była ubrana w czarną minispódniczkę i białą bluzkę w czar​ne gro​chy. I jesz​cze opa​ska – nosiła czarną opaskę. Za​uważyła mnie pierw​sza. – Cześć – po​wie​działa. Dopiero wtedy Conrad spojrzał w moją stronę i zobaczył, że stoję w drzwiach z talerzem sera i krakersów. Usiadł pro​sto. – Czy to je​dze​nie dla nas? – za​py​tał, nie patrząc na mnie. – Moja mama to przy​syła – wy​m am​ro​tałam nie​wy​raźnie. Po​deszłam, po​sta​wiłam ta​lerz na sto​li​ku i przez chwilę stałam, za​sta​na​wiając się, co po​win​nam te​raz zro​bić. – Dzięki – rzuciła dziewczyna tonem, który mówił raczej: „Możesz już iść”. Nie w sposób złośliwy, tylko dający do zro​zu​m ie​nia, że im prze​szka​dzam. Powoli wycofałam się z pokoju, ale kiedy dotarłam do schodów, ruszyłam biegiem. Przebiegłam między ludźmi w sa​lo​nie. Słyszałam, że Con​rad bie​gnie za mną. – Za​cze​kaj! – zawołał. Pra​wie zdążyłam wy​do​stać się z holu, kie​dy do​go​nił mnie i złapał za ramię. – Cze​go chcesz? – za​py​tałam, strząsając jego rękę. – Puść mnie. – To była Au​brey – wyjaśnił, pusz​czając mnie. Aubrey, czyli dziewczyna, która złamała Conradowi serce. Zawsze wyobrażałam ją sobie inaczej, jako blondynkę, ale ta dziew​czy​na była ład​niej​sza, niż myślałam. Nie miałam szans w ry​wa​li​za​cji z taką dziew​czyną. – Prze​pra​szam, że prze​rwałam wam chwilę in​tym​ności – ode​zwałam się. – Rany, dorośnij wresz​cie – rzu​cił Con​rad.

Są takie chwile w życiu, które z całego serca pragniesz cofnąć, wymazać na zawsze. Do tego stopnia, że byłabyś go​to​wa wy​m a​zać także sie​bie, żeby tyl​ko tam​ten mo​m ent prze​stał ist​nieć. To, co się wte​dy stało między mną a Con​ra​dem, było właśnie jedną z ta​kich chwil. W dniu po​grze​bu jego mat​ki do chłopa​ka, którego ko​chałam bar​dziej niż ko​go​kol​wiek i co​kol​wiek, po​wie​działam: – Idź do diabła. To była najgorsze co komukolwiek powiedziałam. Oczywiście mówiłam już wcześniej takie rzeczy, ale teraz miałam na zawsze zapamiętać wyraz jego twarzy sprawiający, że pragnęłam umrzeć. Potwierdzał każdą podłą i małostkową rzecz, jaką kiedykolwiek myślałam o sobie, te rzeczy, co do których masz nadzieję, że nikt nigdy się o nich nie dowie. Po​nie​waż gdy​by ktoś o nich wie​dział, zo​ba​czyłby, jaka je​steś na​prawdę, i znie​na​wi​dziłby cię. – Po​wi​nie​nem wie​dzieć, że taka je​steś – stwier​dził Con​rad. – To zna​czy jaka? – za​py​tałam roz​pacz​li​wie. Wzru​szył ra​m io​na​m i i za​cisnął zęby. – Nie​ważne. – Nie, po​wiedz mi. Zaczął się od​wra​cać, żeby odejść, ale za​trzy​m ałam go, stając mu na dro​dze. – Po​wiedz mi – powtórzyłam, pod​nosząc głos. Po​pa​trzył na mnie. – Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, żeby coś z tobą zaczynać. Jesteś tylko dzieciakiem. Zadawanie się z tobą to był ogrom​ny błąd. – Nie wierzę ci – od​parłam. Goście zaczęli na nas patrzeć. Moja matka, która stała w salonie i rozmawiała z ludźmi, których nie rozpoznawałam, uniosła głowę, kie​dy zaczęłam mówić. Nie po​tra​fiłam na nią spoj​rzeć, czułam, że płoną mi po​licz​ki. Wiedziałam, że w takim momencie należy się wycofać. Wiedziałam, że powinnam tak postąpić – w tamtej chwili miałam wrażenie, jakbym unosiła się ponad sobą i obserwowała siebie samą i wszystkich w pobliżu, patrzących na mnie. Ale kiedy Conrad tylko wzruszył ramionami i znowu się odwrócił, poczułam się niesamowicie wściekła i nie​sa​m o​wi​cie mała. Chciałam się po​wstrzy​m ać, ale nie po​tra​fiłam. – Nie​na​widzę cię – po​wie​działam. Con​rad obej​rzał się i skinął głową, jak​by spo​dzie​wał się, że dokład​nie to usłyszy. – To do​brze – stwier​dził. Pa​trzył na mnie w sposób mówiący, że li​tu​j e się nade mną, ma mnie dość i na​prawdę ze mną skończył, a ja czułam, że za​czy​na mnie mdlić. – Nie chcę cię nigdy więcej oglądać – dodałam i przepchnęłam się obok niego, a potem wbiegłam po schodach tak szyb​ko, że po​tknęłam się na naj​wyższym stop​niu i upadłam z całym im​pe​tem na ko​la​na. Wydaje mi się, że ktoś westchnął z oburzeniem, ale ja niemal niczego nie widziałam przez łzy. Na oślep wstałam i po​biegłam do gościn​nej sy​pial​ni. Zdjęłam oku​la​ry, rzu​ciłam się na łóżko i rozpłakałam. To nie Con​ra​da nie​na​wi​dziłam, tyl​ko sie​bie. Po chwili przyszedł mój ojciec. Zapukał kilka razy, ale kiedy nie odpowiedziałam, wszedł i po prostu usiadł na brze​gu łóżka. – Wszyst​ko w porządku? – za​py​tał mnie tak łagod​nie, że po​czułam łzy zno​wu cieknące z oczu. Nikt nie po​wi​nien być dla mnie miły, nie zasługi​wałam na to. Stanęłam ple​ca​m i do nie​go. – Czy mama gnie​wa się na mnie? – Nie, oczy​wiście, że nie – uspo​koił mnie. – Zejdź na dół i pożegnaj się z gośćmi. – Nie mogę. Jak miałabym wrócić na dół i spoj​rzeć lu​dziom w oczy po tym, jak urządziłam taką scenę? To było nie​m ożliwe. Czułam się upo​ko​rzo​na i sama byłam so​bie win​na. – O co poszło to​bie i Con​ra​do​wi? Pokłóciliście się? Ze​rwa​liście ze sobą? Niesamowicie dziwnie się czułam, gdy usłyszałam słowa „zerwać ze sobą” z ust mojego taty. Nie mogłam z nim o tym roz​m a​wiać, bo to było zbyt dzi​wacz​ne. – Tato, nie umiem z tobą roz​m a​wiać o ta​kich rze​czach. Mógłbyś so​bie pójść? Chciałabym być sama. – No do​brze – od​parł, ale usłyszałam w jego głosie, że go to za​bo​lało. – Chcesz, żebym zawołał twoją matkę? To była ostat​nia oso​ba, którą chciałam wi​dzieć. – Nie, proszę, nie rób tego – po​wie​działam na​tych​m iast. Łóżko skrzypnęło, kie​dy mój oj​ciec wstał i za​m knął za sobą drzwi. Je​dyną osobą, którą chciałam te​raz zo​ba​czyć, była Su​san​na – tyl​ko ona i nikt inny. W tym momencie uświadomiłam coś sobie z przerażającą jasnością: nigdy już nie będę niczyją ulubienicą. Nigdy

nie będę zno​wu dziec​kiem, nie tak jak wcześniej. To już było skończo​ne. Su​san​na na​prawdę odeszła. Miałam nadzieję, że Conrad mnie posłucha i nigdy więcej go nie zobaczę. Gdybym jeszcze kiedyś musiała na niego spoj​rzeć, gdy​by po​pa​trzył na mnie tak, jak tam​te​go dnia, załamałabym się.

roz​dział szósty 3 lip​ca

Kiedy wcześnie rano następnego dnia zadzwonił telefon, pomyślałam od razu, że telefony o takiej porze zawsze ozna​czają złe wieści. Do pew​ne​go stop​nia miałam rację. Wydaje mi się, że ciągle jeszcze spałam, kiedy usłyszałam jego głos i przez sekundę myślałam, że to Conrad. Nie byłam w stanie złapać tchu – to, że Conrad do mnie dzwonił, wystarczyło, żebym zapomniała, jak się oddycha. Ale to nie był on, tyl​ko Je​re​m i. Byli prze​cież braćmi, więc mie​li po​dob​ne głosy, cho​ciaż nie iden​tycz​ne. – Bel​ly? Tu Je​re​m i. Con​rad zniknął. – Jak to „zniknął”? Błyska​wicz​nie się obu​dziłam, a ser​ce po​deszło mi do gardła. To słowo ozna​czało coś in​ne​go niż za​zwy​czaj, za​brzmiało nie​odwołal​nie. – Kil​ka dni temu wy​j e​chał z let​nich kursów i nie wrócił. Masz jakiś po​m ysł, gdzie może być? – Nie. – Nie roz​m a​wiałam z Con​ra​dem od po​grze​bu Su​san​ny. – Opuścił dwa egzaminy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił. – W głosie Jeremiego brzmiała desperacja, a może na​wet pa​ni​ka. Nigdy przedtem nie słyszałam takiego tonu, zawsze był wyluzowany, zawsze się śmiał, nigdy nie był poważny. Miał rację, Conrad nie zrobiłby czegoś takiego, nie wyjechałby, nie zawiadamiając nikogo. W każdym razie dawny Conrad by się tak nie za​cho​wał, ten Con​rad, którego ko​chałam, od kie​dy skończyłam dzie​sięć lat. Usiadłam i po​tarłam oczy. – Czy twój tata o tym wie? – Tak, całkiem spanikował. Nie radzi sobie z takimi rzeczami. – Takie rzeczy należały do domeny Susanny, a nie pana Fi​she​ra. – A ty co za​m ie​rzasz? – Sta​rałam się, żeby mój głos za​brzmiał tak, jak głos mo​j ej mamy, spo​koj​ny i rozsądny. Zupełnie jakbym nie była śmiertelnie przerażona myślą o tym, że Conrad zniknął. Nie bałam się aż tak bardzo, że ma jakieś kłopoty, ale jeśli wyjechał, jeśli naprawdę wyjechał, to mógł nigdy nie wrócić. I tego bałam się bardzie,j niż byłam to w sta​nie wy​ra​zić. – Nie wiem. – Jeremi odetchnął ciężko. – Od kilku dni ma wyłączoną komórkę. Myślisz, że mogłabyś pomóc mi go szu​kać? – Tak, oczy​wiście. Ja​sne, że ci po​m ogę – od​parłam na​tych​m iast. W tym momencie wszystko zaczęło mieć sens. To była moja szansa, żeby naprawić relacje z Conradem. Uświadomiłam sobie, że właśnie na coś takiego czekałam i nawet o tym nie wiedziałam. Zupełnie jakbym przez ostat​nie dwa mie​siące cho​dziła we śnie, a te​raz w końcu obu​dziła się na do​bre. Miałam jakiś cel, coś do zro​bie​nia. Tamtego dnia wygadywałam straszne, niewybaczalne rzeczy, ale może jeśli zdołam mu choć odrobinę pomóc, będę mogła to wszyst​ko na​pra​wić. Mimo że przerażała mnie myśl o tym, że Conrad zniknął i nie mogłam się doczekać odkupienia moich win, bałam się także spo​tka​nia się z nim. Nikt na całym świe​cie nie miał na mnie ta​kie​go wpływu jak Con​rad Fi​sher. Kiedy tylko skończyłam rozmowę z Jeremim, zaczęło mnie po prostu roznosić. Wrzuciłam do sportowej torby bie​liznę i T-shir​ty. Ile cza​su po​trze​bo​wa​liśmy, żeby go zna​leźć? Czy wszyst​ko z nim było w porządku? Domyśliłabym się, gdy​by mu się coś stało, praw​da? Za​pa​ko​wałam szczo​teczkę, grze​bień i płyn do so​cze​wek kon​tak​to​wych.

Mat​ka pra​so​wała ubra​nia w kuch​ni, wpa​trując się w prze​strzeń i marszcząc czoło. – Mamo? – za​py​tałam. Po​pa​trzyła na mnie za​sko​czo​na. – Tak? Co się dzie​j e? Miałam już za​pla​no​wa​ne, co po​wiem. – Taylor jest załamana, bo znowu zerwała z Davisem. Przenocuję dzisiaj u niej, może jeszcze jutro tam zostanę. Zo​baczę, jak się będzie czuła. Wstrzymałam oddech, czekając, aż się odezwie. Matka potrafiła wyczuwać kłamstwa najlepiej ze wszystkich znanych mi ludzi. To było coś więcej niż matczyna intuicja, przypominało raczej policyjny wykrywacz kłamstw. Ale tym ra​zem nie uru​cho​m ił się żaden alarm, nie za​dzwo​nił żaden dzwo​nek. Jej twarz była całko​wi​cie obojętna. – Dobrze – odparła i wróciła do prasowania. – Postaraj się wrócić jutro wieczorem – dodała. – Zrobię halibuta. – Spry​skała kroch​m a​lem spodnie kha​ki. Miałam wolną drogę i po​win​nam po​czuć ulgę, ale tak na​prawdę nic nie po​czułam. – Po​sta​ram się – obie​całam. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie powiedzieć jej prawdy – ona powinna zrozumieć, powinna chcieć pomóc. Kochała obu chłopców, to ona zawiozła Conrada na pogotowie, kiedy złamał rękę na skateboardzie, ponieważ Susanna trzęsła się tak bardzo, że nie była w stanie nawet prowadzić. Moja matka była opanowana i solidna, zawsze wie​działa, co robić. Przy​najm​niej daw​niej tak było, bo te​raz prze​stałam być tego pew​na. Kiedy Susanna znowu zachorowała, moja matka zaczęła działać jak automat, wypełniając swoje obowiązki, prawie za​wsze nie​obec​na du​chem. Któregoś dnia zeszłam na dół i zobaczyłam, że zamiata korytarz i ma czerwone oczy. Przestraszyłam się, bo nie była typem osoby, która by płakała. Kiedy ją taką widziałam – zachowującą się jak prawdziwy człowiek, a nie po prostu jak mat​ka – nie​m al za​czy​nałam tra​cić w nią wiarę. Mat​ka od​sta​wiła żelaz​ko, wzięła ze stołu to​rebkę i wyciągnęła port​fel. – Kup jej ode mnie lody – po​wie​działa, po​dając mi dwa​dzieścia do​larów. – Dziękuję, mamo. Wzięłam od niej bank​not i we​pchnęłam go do kie​sze​ni. Przy​da się później na pa​li​wo. – Baw się do​brze – po​wie​działa i prze​stała zwra​cać na mnie uwagę. Z nie​obecną twarzą pra​so​wała te same spodnie, które przed chwilą skończyła pra​so​wać. Kiedy wsiadłam do samochodu i ruszyłam spod domu, w końcu pozwoliłam sobie na to, żeby ogarnęło mnie uczucie ulgi. Nie musiałam dzisiaj znosić milczącej, przygnębionej matki. Nie chciałam jej zostawiać, ale nie chciałam też być z nią, po​nie​waż przy​po​m i​nała mi to, o czym naj​bar​dziej chciałam za​po​m nieć. Su​san​na odeszła i nig​dy nie wróci, a nikt z nas nie mógł już być taki jak daw​niej.

roz​dział siódmy

Wdomu Taylor drzwi frontowe prawie nigdy nie były zamknięte, a jej schody, z długą poręczą i wypolerowanymi drew​nia​ny​m i stop​nia​m i, znałam tak samo do​brze, jak własne. Po wejściu do domu poszłam pro​sto do jej po​ko​j u. Tay​lor leżała na brzu​chu i przeglądała jakiś plot​kar​ski ma​ga​zyn, ale kie​dy tyl​ko mnie zo​ba​czyła, usiadła. – Czy ty je​steś ma​so​chistką? – za​py​tała. Rzuciłam torbę na podłogę i usiadłam obok niej. Zadzwoniłam po drodze do Taylor i opowiedziałam jej o wszyst​kim. Nie chciałam tego robić, ale nie miałam wy​bo​ru. – Dla​cze​go je​dziesz go szu​kać? – do​py​ty​wała się. – Prze​cież nie jest już two​im chłopa​kiem. Wes​tchnęłam. – Zupełnie jak​by kie​dy​kol​wiek nim był. – No właśnie! – Przekartkowała czasopismo i podała mi je. – Popatrz na to. Byłoby ci świetnie w tym bikini z białym. Wyglądałoby sek​sow​nie na two​j ej opa​le​niźnie. – Je​re​m i niedługo tu będzie. – Spoj​rzałam na cza​so​pi​smo i oddałam je Tay​lor. Nie po​tra​fiłam so​bie wy​obra​zić sie​bie w ta​kim bi​ki​ni, ale do​sko​na​le po​tra​fiłam so​bie wy​obra​zić ją. – Se​rio po​win​naś była wy​brać Je​re​m ie​go – stwier​dziła. – Con​rad to prze​cież świr. Powtarzałam jej w kółko, że to nie jest takie proste, jak wybór jednego albo drugiego. Nigdy nie było takie proste, bo prze​cież tak na​prawdę od początku nie miałam wy​bo​ru. – Con​rad nie jest świ​rem. Taylor nie mogła mu wybaczyć, że nie poleciał na nią w tamte wakacje, kiedy miałyśmy po czternaście lat i zaprosiłam ją do Cousins. Była przyzwyczajona do tego, że podoba się wszystkim chłopakom i kompletnie zaskoczyło ją, że jest ignorowana, bo tak właśnie zachowywał się wobec niej Conrad. Ale nie Jeremi, który stracił dla niej głowę w chwili, gdy zamrugała do niego wielkimi, brązowymi oczami. Nazywała go swoim Jeremiaszem, troszkę się z nim drażniąc w sposób, jaki chłopcy uwielbiają. Jeremi też na to leciał, aż do chwili, gdy rzuciła go dla mojego bra​ta, Ste​ve​na. Tay​lor wydęła usta. – No dobra, może to odrobinę za ostra ocena. Może nie jest świrem. Ale co właściwie zamierzasz? Chcesz już za​wsze sie​dzieć i cze​kać, aż ze​chce się po​j a​wić? – Nie! Ale on ma jakieś kłopoty i potrzebuje teraz przyjaciół bardziej niż kiedykolwiek – odparłam, ciągnąc wy​stające z dy​wa​nu pa​sem​ko. – Nie​ważne, co zaszło między nami, za​wsze będzie​m y przy​j a​ciółmi. Tay​lor przewróciła ocza​m i. – Jak chcesz. Ja ci w tym po​m a​gam tyl​ko dla​te​go, żebyś wresz​cie z nim skończyła. – Skończyła? – Tak. Teraz widzę, że to jedyny sposób. Musisz zobaczyć się z Conradem twarzą w twarz, powiedzieć mu, że już z nim skończyłaś i że nie dasz się wciągać w jego gierki. Wtedy i tylko wtedy będziesz mogła zapomnieć o tym la​m e​rze. – Taylor, wina leży też po mojej stronie. – Przełknęłam ślinę. – Kiedy widziałam go po raz ostatni, zachowałam się okrop​nie. – Nieważne, chodzi o to, że musisz o nim zapomnieć i poszukać zieleńszego pastwiska. – Zmierzyła mnie wzrokiem. – Na przykład Cory’ego, chociaż tak między nami, nie sądzę, żebyś miała u niego jeszcze jakieś szanse po zeszłym wie​czo​rze. Miałam wrażenie, że zeszły wieczór był tysiąc lat temu. Po​sta​rałam się wyglądać na jak naj​bar​dziej skru​szoną.

– Słuchaj, dzięki, że po​zwa​lasz mi tu zo​sta​wić sa​m ochód. Gdy​by dzwo​niła moja mama… – Belly, daruj sobie, trochę szacunku, proszę. W odróżnieniu od ciebie jestem mistrzynią w okłamywaniu rodziców – powiedziała i pociągnęła nosem. – Wrócisz do jutra wieczorem, prawda? Jesteśmy zaproszeni na jacht rodziców Da​vi​sa. Obie​całaś mi, że pójdziesz. – To będzie dopiero o ósmej czy dziewiątej. Jestem pewna, że do tej pory będę już z powrotem. Poza tym niczego nie obie​cy​wałam – przy​po​m niałam. – No to obie​caj te​raz – roz​ka​zała. – Obie​caj, że przyj​dziesz. Przewróciłam ocza​m i. – Dlaczego tak ci zależy, żebym wróciła? Chcesz znowu poszczuć na mnie Cory’ego Wheelera? Nie potrzebujesz mnie, masz Da​vi​sa. – Owszem, potrzebuję cię, nawet jeśli jesteś beznadziejną przyjaciółką. Chłopak to nie to samo, co przyjaciółka, i świetnie o tym wiesz. Pamiętasz chyba, że niedługo kończymy liceum. Co będzie, jeśli pójdziemy do innych col​le​ge’ów? Co wte​dy? – Tay​lor po​pa​trzyła na mnie oskarżyciel​sko. – No do​bra, do​bra, obie​cuję. Tay​lor nadal chciała, żebyśmy poszły na tę samą uczel​nię, tak jak za​wsze so​bie to obie​cy​wałyśmy. Wyciągnęła do mnie rękę i splotłyśmy małe pal​ce. – Za​m ie​rzasz w tym je​chać? – za​py​tała na​gle Tay​lor. Po​pa​trzyłam na szarą blu​zeczkę bez rękawów. – No, owszem. Potrząsnęła głową tak gwałtow​nie, że jej ja​sne włosy śmignęły wokół niej. – To za​m ie​rzasz mieć na so​bie, kie​dy po raz pierw​szy zo​ba​czysz Con​ra​da? – Wiesz, nie wy​bie​ram się na randkę. – Kiedy masz się zobaczyć ze swoim byłym, musisz wyglądać lepiej niż kiedykolwiek. To absolutnie podstawowa reguła przy ze​rwa​niach. Mu​sisz spra​wić, żeby pomyślał: „Szlag, stra​ciłem coś ta​kie​go?”. To je​dy​ny sposób. Nie pomyślałam o tym. – Nie ob​cho​dzi mnie to, co on pomyśli – po​wie​działam. Tay​lor grze​bała już w mo​j ej tor​bie z rze​cza​m i. – Masz tu tyl​ko bie​liznę i T-shirt, i jesz​cze tę starą ko​szulkę. Nie cier​pię jej. Naj​wyższy czas wysłać ją na eme​ry​turę. – Da​ruj so​bie – prze​rwałam jej. – Nie grzeb w mo​ich rze​czach. Tay​lor ze​rwała się z twarzą lśniącą z pod​nie​ce​nia. – Proszę, pozwól, że cię spa​kuję, Bel​ly! Proszę, zro​bisz mi tym wielką przy​j em​ność. – Nie – powiedziałam tak stanowczo, jak tylko mogłam. Przy Taylor trzeba było być stanowczym. – Praw​do​po​dob​nie wrócę ju​tro, nie po​trze​buję ni​cze​go więcej. Tay​lor zi​gno​ro​wała mnie i zniknęła w swo​j ej wiel​kiej gar​de​ro​bie. W tym mo​m en​cie za​dzwo​niła moja komórka – to był Je​re​m i. – Mówię se​rio, Tay – po​wie​działam, za​nim ode​brałam. – Nie martw się, wszystkim się zajmę. Pomyśl o mnie jak o wróżce-matce chrzestnej – odparła z wnętrza gar​de​ro​by. Ode​brałam. – Cześć – po​wie​działam. – Gdzie je​steś? – Nie​da​le​ko, jakąś go​dzinę dro​gi od was. Je​steś u Tay​lor? – Tak – po​twier​dziłam. – Chcesz, żebym ci powtórzyła, jak masz je​chać? – Nie trzeba, pamiętam. – Umilkł i przez moment myślałam, że się rozłączył. – Dzięki, że to robisz – powiedział w końcu. – Daj spokój. Myślałam, że powinnam powiedzieć coś jeszcze – że zawsze był jednym z moich najbliższych przyjaciół i że jakaś część mnie jest niemal szczęśliwa, że mam wymówkę, żeby się z nim zobaczyć. Lato bez chłopców Beck się nie li​czyło. Nie potrafiłam jednak znaleźć słów, które by dobrze zabrzmiały, a zanim zdążyłam coś wymyślić, on już się rozłączył. Tay​lor w końcu wyłoniła się z gar​de​ro​by, za​pi​nając moją torbę. – Wszyst​ko go​to​we – oznaj​m iła roz​pro​m ie​nio​na. – Tay​lor… – Spróbowałam ode​brać jej torbę. – Nie, zaczekaj, aż dojedziecie na miejsce. Podziękujesz mi – powiedziała. – Byłam bardzo hojna, chociaż mnie ab​so​lut​nie po​rzu​casz. Zi​gno​ro​wałam ostat​nie zda​nie. – Dzięki, Tay.

– Nie ma za co – odpowiedziała, poprawiając włosy przed lustrem na toaletce. – Widzisz, jak bardzo mnie potrzebujesz? – Odwróciła się do mnie, opierając ręce na biodrach. – Jak wy w ogóle zamierzacie znaleźć Conrada? Równie do​brze może sie​dzieć gdzieś pod mo​stem. Nad tą częścią, szczegółowym pla​nem działania, prak​tycz​nie się nie za​sta​na​wiałam. – Je​stem pew​na, że Je​re​m i będzie miał jakiś po​m ysł – stwier​dziłam. Jeremi pojawił się za godzinę, dokładnie tak, jak zapowiadał. Patrzyłyśmy z okna salonu, jak jego samochód skręca w półko​li​sty pod​j azd pod do​m em Tay​lor. – Rany, ale z niego ciacho! – Taylor podbiegła do toaletki i zaczęła nakładać błyszczyk na usta. – Dlaczego mi nie po​wie​działaś, że tak się zmie​nił? Kiedy po raz ostatni widziała Jeremiego, był o głowę niższy i chudy jak szczapa. Nic dziwnego, że wybrała zamiast nie​go Ste​ve​na. Ale dla mnie za​wsze wyglądał po pro​stu jak Je​re​m i. Pod​niosłam torbę i wyszłam z po​ko​j u, a Tay​lor dep​tała mi po piętach. Kie​dy otwo​rzyłam drzwi, Je​re​m i stał na scho​dach. Miał na głowie czapeczkę Red Sox i był ostrzyżony krócej niż wtedy, gdy widziałam go ostatni raz. To było dziwne, nie​m al nie​rze​czy​wi​ste uczu​cie wi​dzieć go tu​taj, pod drzwia​m i Tay​lor. – Właśnie miałem do cie​bie dzwo​nić – po​wie​dział, ściągając czapkę. Należał do tych chłopaków, którzy nie przejmują się tym, że mogą mieć zmierzwione włosy i głupio wyglądać. To była jedna z jego najbardziej uroczych cech charakteru, za którą zawsze go podziwiałam, ponieważ sama żyłam w ciągłym stra​chu przed skom​pro​m i​to​wa​niem się. Chciałam go objąć, ale z jakiegoś powodu – może dlatego, że on nie wykonał żadnego gestu, a może dlatego, że na​gle po​czułam się za​wsty​dzo​na – po​wstrzy​m ałam się od tego. – Szyb​ko tu przy​j e​chałeś – po​wie​działam tyl​ko. – Pędziłem jak wściekły – wyjaśnił, a po​tem dodał: – Cześć, Tay​lor. Wspięła się na pal​ce, żeby go uści​skać, a ja pożałowałam, że sama tego nie zro​biłam. Tay​lor cofnęła się, otak​so​wała go przy​chyl​nym spoj​rze​niem i oznaj​m iła: – Świetnie wyglądasz, Jeremiaszu. – Uśmiechnęła się do niego, czekając, aż odpowie, że ona też świetnie wygląda. Kie​dy tego nie zro​bił, prychnęła: – To była two​j a ko​lej, żeby mi po​wie​dzieć, jak świet​nie wyglądam. Rany! Je​re​m i roześmiał się. – Sta​ra do​bra Tay​lor. Wiesz, że świet​nie wyglądasz. Nie muszę ci tego mówić. Wy​m ie​ni​li uśmie​chy. – Jedźmy już może – za​pro​po​no​wałam. Zabrał ode mnie torbę, więc poszłyśmy za nim do samochodu. Kiedy robił w bagażniku miejsce, Taylor złapała mnie za ramię. – Za​dzwoń, kie​dy do​j e​dziesz na miej​sce, gdzie by to nie było, Bel​ly​ciusz​ku. Nazywała mnie tak, ponieważ kiedy byłyśmy małe, miałam obsesję na punkcie Kopciuszka. Śpiewała to razem z mysz​ka​m i: Bel​ly​ciu​szek, Bel​ly​ciu​szek. Poczułam nagły przypływ czułości do niej. Nostalgia i wspólne wspomnienia wiele znaczyły – więcej niż sobie uświa​da​m iałam. Będzie mi jej bra​ko​wało za rok, kie​dy pójdzie​m y do różnych col​le​ge’ów. – Dzięki, że mogę tu zo​sta​wić sa​m ochód, Tay. Skinęła głową i po​ru​szyła war​ga​m i, mówiąc mi bezgłośnie: SKOŃCZ Z NIM. – Cześć, Tay​lor – rzu​cił Je​re​m i, wsia​dając do sa​m o​cho​du. Ja poszłam w jego ślady – jego samochód jak zawsze był zaśmiecony, na podłodze i na tylnym siedzeniu po​nie​wie​rały się pu​ste bu​tel​ki po wo​dzie. – Cześć! – zawołałam, kie​dy odjeżdżaliśmy. Tay​lor stała, ma​chała i pa​trzyła za nami. – Nie za​po​m nij o obiet​ni​cy, Bel​ly! – zawołała. – Ja​kiej obiet​ni​cy? – za​py​tał za​cie​ka​wio​ny Je​re​m i, spoglądając w lu​ster​ko. – Obie​całam jej, że wrócę przed im​prezą z oka​zji czwar​te​go lip​ca. Będzie na jach​cie jej chłopa​ka. Je​re​m i skinął głową. – Nie ma spra​wy, wrócisz na czas. Mam na​dzieję, że jesz​cze dzi​siaj od​wiozę cię do domu. – A, to do​brze – od​parłam. Naj​wy​raźniej nie po​trze​bo​wałam w ogóle tej tor​by z rze​cza​m i. – Tay​lor nic się nie zmie​niła – po​wie​dział jesz​cze. – Fakt, chy​ba nie. Po​tem żadne z nas już nic nie mówiło. Całą drogę je​cha​liśmy w ci​szy.

roz​dział ósmy Je​re​m i

Umiem dokładnie wskazać moment, w którym wszystko się zmieniło. To było w zeszłe wakacje, kiedy Con i ja siedzieliśmy na werandzie, a ja próbowałem mu opowiadać o tym, jakim gnojem okazał się nowy asystent trenera drużyny fut​bo​lo​wej. – Wy​trzy​m asz to jakoś – po​wie​dział. Łatwo mu było mówić, sko​ro sam zre​zy​gno​wał. – Nie ro​zu​m iesz, ten gość ma świra… – zacząłem tłuma​czyć, ale on mnie już nie słuchał. Pod dom podjechał ich samochód. Jako pierwszy wysiadł Steven, za nim Laurel, która zapytała, gdzie jest moja mama, i mnie uściskała. Potem uściskała Conrada, a ja zacząłem pytać: „Hej, a gdzie jest Belly Button?”, kiedy się po​j a​wiła. Con​rad zo​ba​czył ją pierw​szy. Patrzył na nią ponad ramieniem Laurel. Szła w naszą stronę, jej włosy rozwiewały się wokół niej. Miała nieprawdopodobnie długie nogi. Była ubrana w szorty i zniszczone tenisówki, a spod koszulki wychylały się ramiączka stanika. Przysiągłbym, że nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na jej stanik. Miała dziwny wyraz twarzy, którego nie znałem – jak​by była onieśmie​lo​na i zde​ner​wo​wa​na, ale jed​no​cześnie dum​na z sie​bie. Patrzyłem, jak Conrad ją obejmuje, i czekałem na swoją kolej. Miałem ochotę zapytać ją, o czym myślała, dlaczego jej twarz miała taki wyraz, ale nie zrobiłem tego. Wyminąłem Conrada, złapałem ją w objęcia i powiedziałem coś głupiego, co sprawiło, że się roześmiała i z powrotem stała się po prostu Belly Button. Poczułem ulgę, ponieważ nie chciałem, żeby była kim​kol​wiek in​nym niż po pro​stu Bel​ly. Znałem ją od urodzenia i nigdy nie myślałem o niej jak o dziewczynie. Była jedną z nas, moją przyjaciółką. To, że choćby przez se​kundę wi​działem ją in​a​czej, wstrząsnęło mną. Mój tata mawiał, że w każdej sprawie w życiu istnieje moment, który może wszystko zmienić. Jeden moment, od którego zależy wszystko inne, ale rzadko wiesz o tym w odpowiedniej chwili. Tak jak rzut za trzy punkty na początku drugiej kwarty, zmieniający całe tempo gry, sprawiający, że ludzie się budzą i odzyskują siły. Wszystko zależy od tego jed​ne​go mo​m entu. Możliwe, że nie pamiętałem tego, gdy pod naszym domem zatrzymał się samochód i po chwili wysiadła z niego dziewczyna – dziewczyna, którą ledwie poznałem. To mógł być taki moment, kiedy ktoś wpadnie wam przelotnie w oko, gdy idąc ulicą, czujecie ulotną smugę perfum. Idziecie dalej i zapominacie o tym, więc niewykluczone, że mnie też udałoby się za​po​m nieć i wszyst​ko wróciłoby do nor​m y. Ale po​tem przy​szedł mo​m ent, który wszyst​ko zmie​nił. Był wieczór, minął może tydzień od początku wakacji, a Belly i ja siedzieliśmy nad basenem. Śmiała się z czegoś, co po​wie​działem – nie pamiętam już, z cze​go, ale byłem szczęśliwy, że po​tra​fię ją roz​ba​wić. Cho​ciaż śmiała się często i to nie była spe​cjal​na sztu​ka, i tak dla mnie było to cu​dow​ne uczu​cie. – Je​re​m i, je​steś naj​do​wcip​niej​szym chłopa​kiem, ja​kie​go znam – po​wie​działa. To był jeden z najwspanialszych komplementów, jakie usłyszałem w życiu, ale to nie był moment, który wszystko zmie​nił. To się zdarzyło chwilę później. Udawałem obrażonego Conrada, który właśnie się obudził, i szło mi to doskonale. Con​rad wy​szedł z domu, usiadł obok niej na leżaku, pociągnął ją za włosy związane w koński ogon i za​py​tał: – Z cze​go się śmie​j esz? Bel​ly po​pa​trzyła na nie​go i na​prawdę się za​ru​m ie​niła, jej twarz po​czer​wie​niała, a oczy zalśniły.

– Nie pamiętam – od​parła. Poczułem, że mój żołądek się skręca, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Byłem zazdrosny, wściekle zazdrosny o Conrada, a kiedy chwilę później Belly wstała, żeby przynieść sobie coś do picia, zobaczyłem, jak on za nią patrzy, i po​czułem, że mnie mdli. Wte​dy właśnie zro​zu​m iałem, że nic już nie będzie ta​kie samo, jak daw​niej. Chciałem powiedzieć Conradowi, że nie ma do tego prawa, że ignorował ją przez tyle lat i nie mógł teraz po prostu zde​cy​do​wać, że so​bie ją weźmie, bo taki ma ka​prys. Belly należała do nas wszystkich. Moja mama ją uwielbiała i nazywała swoją potajemną córką, przez cały rok czekała, żeby się z nią zobaczyć. Steven, chociaż potrafił jej naprawdę dokuczać, był wobec niej bardzo opiekuńczy. Wszyscy opiekowali się Belly, która w ogóle o tym nie wiedziała, ponieważ była zbyt zajęta oglądaniem się za Con​ra​dem. Od kie​dy pamiętam, za​wsze była w nim za​ko​cha​na. Wiedziałem tylko, że chcę, żeby na mnie tak patrzyła. Po tamtym dniu przepadłem na amen. Czułem do niej coś więcej niż do przy​j a​ciółki, może na​wet ją ko​chałem. W moim życiu były inne dziewczęta, ale żadna z nich nie była Bel​ly. Nie chciałem dzwonić do Belly po pomoc, ponieważ byłem na nią zły. Nie chodziło tylko o to, że wolała Conrada, w tym nie było niczego zaskakującego – zawsze było jasne, że go wybierze. Ale przecież się przyjaźniliśmy, a ile razy zadzwo​niła do mnie po śmier​ci mo​j ej mamy? Dwa razy? Plus kil​ka e-ma​ili i SMS-ów. Teraz jednak siedziałem obok niej w samochodzie, wdychałem zapach Belly Conklin (mydło Ivory, wiórki kokosowe i cukier), patrzyłem na jej nos, który marszczyła, zastanawiając się nad czymś, na jej nerwowy uśmiech i po​ob​gry​za​ne pa​znok​cie. Słuchałem, jak mówi moje imię. Kiedy się pochyliła, żeby poprawić ustawienie nawiewu, jej włosy musnęły moją nogę i wydały mi się naprawdę miękkie. To spra​wiło, że wszyst​ko so​bie przy​po​m niałem. Trud​no mi było się na nią złościć i trzy​m ać ją na dy​stans, tak jak planowałem – niech to szlag trafi, to było praktycznie niemożliwe. Kiedy byłem przy niej, chciałem po prostu ją złapać, objąć i całować do upo​j e​nia. Może wte​dy w końcu zdołałaby za​po​m nieć o tym dup​ku, który był moim bra​tem.

roz​dział dzie​wiąty

Dokąd je​dzie​my? – za​py​tałam Je​re​mie​go. Próbowałam zwrócić jego uwagę, sprawić, żeby choćby przelotnie na mnie popatrzył. Wydawało mi się, że od kiedy przyjechał, nie spojrzał mi w oczy, i czułam się przez to wytrącona z równowagi. Potrzebowałam potwierdzenia, że między nami wszyst​ko jest jak daw​niej. – Nie wiem – przyznał. – Nie rozmawiałem z Conem od dłuższego czasu i nie mam pojęcia, gdzie mógłby po​j e​chać. Miałem na​dzieję, że ty masz jakiś po​m ysł. Pro​blem po​le​gał na tym, że właści​wie nie miałam po​m ysłu. Na​wet cie​nia po​m ysłu. Odchrząknęłam. – Nie roz​m a​wia​liśmy ze sobą od… od maja. Jeremi popatrzył na mnie kątem oka, ale nie skomentował tego. Zastanawiałam się, co Conrad mu powiedział – praw​do​po​dob​nie nie​wie​le. Mówiłam da​lej, po​nie​waż on mil​czał. – Dzwo​niłeś do jego ko​le​gi z aka​de​m i​ka? – Nie mam do nie​go nu​m e​ru. Na​wet nie wiem, jak się na​zy​wa. – Nazywa się Eric – odparłam szybko, zadowolona, że przynajmniej tyle wiem. – Jest jego współlokatorem od początku roku i zostali zakwaterowani razem także na letnie kursy. Więc, no, pewnie tam powinniśmy jechać. Na Uniwersytet Browna. Wypytamy tego Erika i pogadamy z ludźmi z akademika. Nie wiadomo, może Conrad kręci się gdzieś w po​bliżu kam​pu​su. – To jest jakiś po​m ysł. – Je​re​m i spoj​rzał w lu​ster​ko i zmie​nił pas. – Czy​li od​wie​dzałaś Cona na uczel​ni? – za​py​tał. – Nie – od​po​wie​działam, patrząc w okno. Wstyd mi się było do tego przy​znać. – A ty? – Tata i ja pomogliśmy mu przy przeprowadzce do akademika. – Po chwili dodał z ociąganiem: – Dzięki, że ze mną po​j e​chałaś. – Nie ma spra​wy. – Ro​zu​m iem, że Lau​rel nie miała nic prze​ciw​ko? – Ja​sne, że nie – skłamałam. – Cieszę się, że mogłam z tobą je​chać. Dawniej przez cały rok czekałam na spotkanie z Conradem, wyczekiwałam nadejścia lata tak, jak dzieci wyczekują Gwiazdki. Tylko o tym myślałam i nawet teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło, nadal potrafiłam myśleć tylko o nim. Później włączyłam ra​dio, żeby wypełnić czymś ciszę w sa​m o​cho​dzie. W pew​nej chwi​li wy​da​wało mi się, że Je​re​m i chce coś po​wie​dzieć. – Coś mówiłeś? – za​py​tałam. – Nie – od​parł. Przez jakiś czas po prostu jechaliśmy. Jeremi i ja zawsze mieliśmy sobie coś do powiedzenia, ale teraz nie od​zy​wa​liśmy się do sie​bie. W końcu prze​rwał mil​cze​nie. – W zeszłym ty​go​dniu wi​działem się z Noną. Zaj​rzałem do domu opie​ki, w którym pra​cu​j e. Nona była pielęgniarką z hospicjum, która opiekowała się Susanną. Spotkałam ją kilka razy – sprawia wrażenie pogodnej i silnej. Była drobna, miała najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu, chude nogi i ramiona, ale widziałam, jak pod​no​siła Su​sannę, jak​by była lek​ka jak piórko. Pod ko​niec cho​ro​by pew​nie na​prawdę nie​m al nic nie ważyła.

roz​dział dzie​siąty

Kiedy stan Susanny się pogorszył, początkowo nikt mi o tym nie powiedział. Ani Conrad, ani moja matka, ani sama Su​san​na. Wszyst​ko po​to​czyło się strasz​nie szyb​ko. Tamtym ostatnim razem próbowałam się wykręcić od wizyty u Susanny. Powiedziałam matce, że mam klasówkę z trygonometrii, która będzie się liczyła jako jedna czwarta oceny rocznej. Byłabym gotowa wymyślić cokolwiek, żeby się wy​m i​gać od tego wy​j az​du. – Zamierzam zakuwać przez cały weekend, nie mogę przyjechać. Może w przyszłym tygodniu – powiedziałam przez te​le​fon, sta​rając się, żeby mój głos brzmiał zwy​czaj​nie, a nie roz​pacz​li​wie. – Do​brze? – Nie – odparła natychmiast moja matka. – Nie zgadzam się. Masz przyjechać w ten weekend. Susanna chce się z tobą zo​ba​czyć. – Ale… – Żad​ne​go ale. – Jej głos był twar​dy jak stal. – Kupiłam już dla cie​bie bi​let na pociąg. Do zo​ba​cze​nia ju​tro. W pociągu zastanawiałam się intensywnie nad tym, co mogę powiedzieć, kiedy zobaczę Susannę. Opowiem jej o tym, jaka trud​na jest try​go​no​m e​tria, że Tay​lor jest za​ko​cha​na po uszy, a ja za​sta​na​wiam się nad kan​dy​do​wa​niem na stanowisko klasowego sekretarza. To ostatnie było kłamstwem, nie zamierzałam tego robić, ale wiedziałam, że Su​sannie spodo​bałby się taki po​m ysł. Za​m ie​rzałam opo​wie​dzieć jej o tym wszyst​kim i nie pytać o Con​ra​da. Mat​ka ode​brała mnie z dwor​ca, a kie​dy wsiadłam do sa​m o​cho​du, po​wie​działa: – Cieszę się, że przy​j e​chałaś. Po chwi​li dodała: – Nie martw się, Con​ra​da nie ma w domu. Nie odpowiedziałam jej, patrzyłam tylko w okno. Byłam niesprawiedliwie wściekła na nią, że zmusiła mnie do przy​j az​du, ale jej to naj​wy​raźniej nie ob​cho​dziło. – Uprzedzę cię od razu, że Susanna nie wygląda dobrze – mówiła dalej. – Jest zmęczona, bardzo zmęczona, ale szczęśliwa, że będzie mogła cię zo​ba​czyć. Kiedy matka powiedziała, że Susanna nie wygląda dobrze, zamknęłam oczy. Nienawidziłam siebie za to, że boję się ją widywać, że nie odwiedzam jej częściej, ale nie byłam jak moja matka, odporna i silna jak stal. Widok Susanny w takim stanie był dla mnie zbyt trudny do zniesienia. Miałam wrażenie, jakby kolejne kawałeczki jej osoby, tego, kim była, od​pa​dały je​den po dru​gim. Kie​dy wi​działam ją w ta​kim sta​nie, uświa​da​m iałam so​bie, że to się dzie​j e na​prawdę. Gdy podjechałyśmy pod dom, Nona siedziała na zewnątrz i paliła papierosa. Poznałam ją kilka tygodni wcześniej, kie​dy Su​san​na wróciła ze szpi​ta​la. Nona miała wyjątkowo onieśmielający uścisk dłoni, ale kiedy wysiadłyśmy z samochodu, zaczęła odkażać ręce płynem antybakteryjnym i spryskiwać ubranie odświeżaczem, zupełnie jakby była nastolatką przyłapaną na potajemnym paleniu. Wiedziałam, że Susannie to nie przeszkadza, dawniej uwielbiała papierosy, ale teraz nie mogła już palić – tyl​ko, bar​dzo rzad​ko, ma​ri​hu​anę. – Dzień do​bry – zawołała do nas Nona i po​m a​chała. – Dzień do​bry – od​po​wie​działyśmy. Sie​działa na we​ran​dzie. – Cieszę się, że cię widzę – po​wie​działa do mnie, a do mat​ki dodała: – Su​san​na się ubrała i cze​ka na was na dole. Moja mat​ka usiadła obok niej. – Bel​ly, idź tam pierw​sza, ja po​ga​dam chwilę z Noną. Wie​działam, że ta „roz​m o​wa” będzie po​le​gała na wspólnym pa​le​niu pa​pie​rosów. Były z Noną już za​przy​j aźnio​ne.

Nona była pragmatyczna, ale przy tym głęboko wierząca. Pewnego razu zaprosiła moją matkę, żeby poszła z nią do kościoła, a chociaż moja matka nie była w ogóle osobą religijną, przyjęła to zaproszenie. Początkowo myślałam, że chce tylko zrobić Nonie przyjemność, ale potem zaczęła chodzić do kościoła sama, a ja uświadomiłam sobie, że jest w tym coś więcej. Po​trze​bo​wała uko​j e​nia. – Mam iść sama? – za​py​tałam i na​tych​m iast tego pożałowałam. Nie chciałam, żeby miały do mnie pre​ten​sje o to, że się boję, po​nie​waż sama już miałam do sie​bie pre​ten​sje. – Su​san​na cze​ka na cie​bie – po​wie​działa moja mama. Rzeczywiście czekała. Siedziała w salonie porządnie ubrana, a nie po prostu w piżamie, miała nawet zrobiony makijaż. Brzoskwiniowy róż wydawał się jaskrawy i krzykliwy na tle kredowobiałej skóry, ale wiedziałam, że postarała się spe​cjal​nie dla mnie, żeby mnie nie prze​stra​szyć. Dla​te​go uda​wałam, że nie je​stem wy​stra​szo​na. – Moja ulu​bio​na pa​nien​ka – po​wie​działa, otwie​rając sze​ro​ko ra​m io​na. Przy​tu​liłam ją tak ostrożnie, jak po​tra​fiłam, i oznaj​m iłam, że wygląda znacz​nie le​piej. Kłamałam. Powiedziała, że Jeremi wróci do domu dopiero wieczorem, więc my, dziewczyny, mamy chatę tylko dla siebie na całe popołudnie. Po chwili do środka weszła moja matka, ale zostawiła nas same. Zajrzała tylko do salonu, żeby się przywitać, a po​tem poszła robić obiad, pod​czas gdy my roz​m a​wiałyśmy. Kie​dy tyl​ko moja mat​ka wyszła z po​ko​j u, Su​san​na po​wie​działa: – Nie bój się, nie spo​tkasz się z Con​ra​dem, skar​bie. W ten week​end nie przy​j eżdża do domu. Przełknęłam ślinę. – Po​wie​dział ci? Roześmiała się lek​ko. – Ten chłopiec o niczym mi nie mówi. Twoja matka wspomniała, że z balem nie poszło… tak dobrze, jak to sobie wy​obrażałyśmy. Strasz​nie mi przy​kro, skar​bie. – Ze​rwał ze mną – po​wie​działam. To było bardziej skomplikowane, ale jeśli patrzeć na same fakty, to właśnie się stało. Sprawy tak się potoczyły, bo on tego chciał – to za​wsze od nie​go zależało, to była jego de​cy​zja, czy będzie​m y ra​zem, czy nie. Su​san​na wzięła mnie za rękę. – Nie gnie​waj się na Con​ra​da. – Nie gnie​wam się – skłamałam. Byłam na niego bardziej wściekła niż kiedykolwiek i kochałam go bardziej niż kiedykolwiek, ponieważ był dla mnie wszyst​kim. I za to także byłam na nie​go wściekła. – Connie przechodzi teraz trudny okres przez to wszystko, co się dzieje. – Susanna urwała i odgarnęła mi włosy z twarzy, przykładając rękę do czoła, jakbym miała gorączkę. Jakbym to ja była chora i potrzebowała pocieszania. – Nie pozwól mu się ode​pchnąć, on cię po​trze​bu​j e. Chy​ba wiesz, że cię ko​cha. Potrząsnęłam głową. – Wca​le nie. A w myślach dodałam: „On ko​cha tyl​ko sie​bie sa​m e​go i cie​bie”. Za​cho​wy​wała się tak, jak​by mnie nie usłyszała. – Czy ty go ko​chasz? Kie​dy mil​czałam, skinęła głową, jak​bym jej od​po​wie​działa. – Zro​bisz coś dla mnie? Po​wo​li po​ki​wałam głową. – Opie​kuj się nim za​m iast mnie. Zro​bisz to? – Nie muszę się nim opiekować zamiast ciebie, na pewno sama sobie z tym poradzisz – powiedziałam i starałam się, żeby to nie za​brzmiało roz​pacz​li​wie, cho​ciaż to nie miało zna​cze​nia. Su​san​na uśmiechnęła się. – Je​steś moją małą dziew​czynką, Bel​ly. Po obiedzie postanowiła się chwilę zdrzemnąć, ale obudziła się dopiero pod wieczór, rozdrażniona i zdezorientowana. Rozzłościła się nawet na moją matkę, co mnie przeraziło, ponieważ Susanna nigdy na nikogo się nie złościła. Nona próbowała ją położyć do łóżka, a ona początkowo protestowała, ale ostatecznie jej uległa. Po dro​dze do sy​pial​ni mrugnęła do mnie bez prze​ko​na​nia. Jeremi wrócił w porze kolacji, a ja poczułam ulgę na jego widok. On sprawiał, że wszystko stawało się jaśniejsze, łatwiejsze do wytrzymania. Sam widok jego twarzy pozwalał mi częściowo zapomnieć, jak ciężko było przebywać w tym domu. – Co to za za​pach spa​le​ni​zny? – za​py​tał, wchodząc do kuch​ni. – A, to tyl​ko Lau​rel go​tu​j e. Cześć, Lau​rel! Moja mat​ka trzepnęła go ku​chenną ścierką, ale zro​bił unik i zaczął żar​to​bli​wie zaglądać pod po​kryw​ki.

– Cześć, Je​re​m i – po​wie​działam do nie​go. Sie​działam na stołku i obie​rałam fa​solkę. Spoj​rzał na mnie. – O, cześć. Co słychać? – po​wie​dział, pod​szedł do mnie i szyb​ko mnie uści​skał. Próbowałam znaleźć w jego oczach odpowiedź na pytanie, jak się czuje, ale nie pozwolił mi na to. Kręcił się po kuch​ni, żar​tując z Noną i moją matką. Pod wieloma względami był ciągle tym samym Jeremim, ale widziałam, że pod innymi zdążył się bardzo zmienić. Do​rosnąć. Wszyst​ko to kosz​to​wało go więcej wysiłku – te żarty i ten uśmiech. Nic już nie było pro​ste.

roz​dział je​de​na​sty

Miałam poczucie, że upłynęły całe wieki, zanim Jeremi znowu się odezwał. Udawałam, że zasnęłam, a on bębnił pal​ca​m i po kie​row​ni​cy. – Ta pio​sen​ka była głównym te​m a​tem mo​j e​go balu szkol​ne​go – po​wie​dział na​gle. – Na ilu ba​lach byłeś w su​m ie? – za​py​tałam, na​tych​m iast otwie​rając oczy. – W su​m ie? Na pięciu. – Co? Ja​sne, już to widzę – prychnęłam, cho​ciaż mu wie​rzyłam. Nic dziwnego, że Jeremi był na pięciu balach. To taki typ chłopaka, z którym każda dziewczyna chciałaby się umówić. Wie​dział, jak spra​wić, żeby dziew​czy​na po​czuła się królową balu, na​wet gdy​by była zupełnie ni​kim. Je​re​m i zaczął od​li​czać na pal​cach. – W trzeciej klasie byłem na dwóch, moim i Flory Martinez w liceum Sacred Heart. W tym roku byłem na własnym i jesz​cze dwóch, z So​phią Fran​klin i… – Do​bra, do​bra, pod​daję się. Je​steś roz​chwy​ty​wa​ny. – Po​chy​liłam się i zaczęłam po​pra​wiać na​wiew kli​m a​ty​za​cji. – Musiałem kupić smoking, bo to wypadło taniej, niż co chwila go wypożyczać – oznajmił Jeremi, patrząc prosto przed siebie. A potem powiedział coś, czego kompletnie nie spodziewałam się usłyszeć. – Ty wyglądałaś świetnie na balu. Po​do​bała mi się ta su​kien​ka. Za​ga​piłam się na nie​go. Czy Con​rad po​ka​zał mu na​sze zdjęcia? Czy co​kol​wiek mu opo​wie​dział? – Skąd wiesz? – Moja mama opra​wiła jed​no zdjęcie. Nie spo​dzie​wałam się, że wspo​m ni o Su​san​nie. Wy​da​wało mi się, że szkol​ne bale są bez​piecz​nym te​m a​tem. – Słyszałam, że zo​stałeś u sie​bie królem balu. – Owszem. – Mu​siało być faj​nie. – Owszem, było bar​dzo faj​nie. Powinnam była zaprosić Jeremiego. Z nim na pewno byłoby zupełnie inaczej. Potrafiłby znaleźć właściwe słowa i szalałby na parkiecie, popisując się wszystkimi tymi głupimi tańcami, które dawniej ćwiczył, kiedy oglądaliśmy MTV. Pamiętałby, że moimi ulubionymi kwiatami są stokrotki, zaprzyjaźniłby się od razu z Davisem, a dziewczyny pa​trzyłyby na nie​go i żałowały, że to nie one przyszły z nim na bal.

roz​dział dwu​na​sty

Od początku wiedziałam, że namówienie Conrada nie będzie łatwe, bo nie był osobą, która lubiłaby chodzić na szkolne bale. Ale widzicie, nie obchodziło mnie to. Naprawdę zależało mi, żeby ze mną poszedł, żeby był moim partnerem. Minęło siedem miesięcy od naszego pierwszego pocałunku i dwa miesiące, odkąd widziałam się z nim po raz ostat​ni. A także ty​dzień od na​szej ostat​niej roz​m o​wy. Pójść z kimś na bal oznacza konkretne zobowiązania, prawdziwą deklarację, a ja wyobrażałam sobie dokładnie, jak to będzie wyglądało w naszym przypadku. Wyobrażałam sobie, jak Conrad będzie na mnie patrzył, jak przetańczymy wolny kawałek, a jego ręka będzie spoczywać na moich plecach. Jak później zjemy na kolację frytki z serem i obej​rzy​m y wschód słońca z da​chu jego sa​m o​cho​du. Miałam wszyst​ko szczegółowo za​pla​no​wa​ne krok po kro​ku. Kiedy zadzwoniłam do niego tamtego wieczoru, sprawiał wrażenie zajętego czymś, ale postanowiłam nie dawać za wy​graną. – Masz ja​kieś pla​ny na pierw​szy week​end kwiet​nia? – za​py​tałam. Mój głos zadrżał na słowie „kwie​cień”. Oba​wiałam się, że się nie zgo​dzi. W głębi du​szy spo​dzie​wałam się od​m o​wy. – A dla​cze​go py​tasz? – spy​tał ostrożnie. – Będę miała szkol​ny bal. Con​rad wes​tchnął. – Bel​ly, ja nie cier​pię tańczyć. – Wiem, ale to mój bal i naprawdę chciałabym iść, i chciałabym, żebyś poszedł ze mną. – Dlaczego on musiał wszyst​ko tak bar​dzo utrud​niać? – Je​stem już w col​le​ge’u – przy​po​m niał mi. – Nie chciałem iść na​wet na własny bal ma​tu​ral​ny. – No cóż, to tym bar​dziej masz powód, żeby iść na mój – od​parłam lek​ko. – Nie możesz po pro​stu iść z przy​j a​ciółmi? Nic nie od​po​wie​działam. – Przepraszam, ale naprawdę nie mam ochoty. Zbliża się sesja, trudno mi będzie przyjechać i wrócić tego samego wie​czo​ru. Nie mógł zro​bić dla mnie tej jed​nej rze​czy, która by mnie uszczęśliwiła. Po pro​stu nie chciało mu się. Niech będzie. – Nie ma spra​wy – po​wie​działam. – Jest mnóstwo chłopaków, których mogę za​pro​sić. Żaden pro​blem. Nie​m al słyszałam, jak po dru​giej stro​nie słuchaw​ki jego mózg za​czy​na in​ten​syw​nie pra​co​wać. – No do​brze, pójdę z tobą – zgo​dził się w końcu. – Wiesz co? Daruj sobie – odparłam. – Cory Wheeler już mnie próbował zaprosić, mogę mu powiedzieć, że zmie​niłam zda​nie. – Kto to, do cho​le​ry, jest Cor​ky Whe​eler? Uśmiechnęłam się. Miałam go, a przy​najm​niej tak mi się wy​da​wało. – Cory Whe​eler – po​pra​wiłam go. – Gra w piłkę nożną ze Ste​ve​nem i do​brze tańczy. Jest od cie​bie wyższy. – No to będziesz mogła założyć szpil​ki – po​wie​dział wte​dy Con​rad. – Chy​ba tak. Rozłączyłam się. Czy naprawdę żądałam za dużo, prosząc, żeby poświęcił jeden cholerny wieczór i poszedł ze mną na bal? Poza tym kłamałam, Cory Wheeler wcale nie próbował mnie zaprosić, ale wiedziałam, że zrobiłby to, gdyby uznał, że tego od nie​go ocze​kuję. W łóżku popłakałam trochę, schowana pod kołdrą. Wyobrażałam sobie ten bal jak ze snu, Conrada w garniturze i siebie w fioletowej sukience, którą mama kupiła mi dwa lata temu, ponieważ o to błagałam. Nigdy wcześniej nie wi​dział mnie w suk​ni wie​czo​ro​wej ani na szpil​kach. Na​prawdę, na​prawdę chciałam, żeby mnie zo​ba​czył.

Kie​dy za​dzwo​nił później, po​zwo​liłam mu się na​grać na po​czcie głoso​wej. – Cześć, przepraszam za to wcześniej. Nie umawiaj się z Corym Wheelerem ani z żadnym innym facetem. Pójdę z tobą. Możesz i tak założyć szpil​ki. Odsłuchałam tę wiadomość chyba ze trzydzieści razy, ale mimo to nie zrozumiałam wtedy, co tak naprawdę po​wie​dział. Nie chciał, żebym poszła z in​nym chłopa​kiem, ale sam też nie chciał ze mną iść. Założyłam fioletową sukienkę i widziałam, że moja matka jest zadowolona. Założyłam też naszyjnik z pereł, który dostałam od Susanny na szesnaste urodziny, i z tego także była zadowolona. Taylor i inne dziewczęta poszły do modnego fryzjera, ale ja postanowiłam uczesać się sama. Zawinęłam włosy w luźne fale, a matka pomogła mi je ułożyć z tyłu. Wydaje mi się, że po raz ostatni mnie czesała, kiedy byłam w drugiej klasie podstawówki i codziennie za​pla​tałam war​ko​czy​ki. Umiała so​bie do​brze ra​dzić z lokówką, cho​ciaż… umiała so​bie do​brze ra​dzić ze wszyst​kim. Kie​dy usłyszałam jego sa​m ochód pod​j eżdżający pod dom, pod​biegłam do okna. Wyglądał oszałamiająco w gar​ni​tu​rze – czar​nym, którego nig​dy wcześniej nie wi​działam. Zbiegłam ze schodów i otwo​rzyłam na oścież drzwi, za​nim jesz​cze zdążył na​cisnąć dzwo​nek. Nie po​tra​fiłam ukryć uśmie​chu i właśnie miałam mu się rzu​cić na szyję, kie​dy po​wie​dział: – Ład​nie wyglądasz. – Dzięki – od​parłam, opusz​czając ra​m io​na. – Ty też. W domu zrobiliśmy chyba setkę zdjęć – Susanna powiedziała, że chce mieć dokumentację fotograficzną Conrada w garniturze i mnie w tej sukience. Moja matka rozmawiała z nią przez telefon. Najpierw dała słuchawkę Conradowi, który na wszyst​ko, co słyszał, od​po​wia​dał „Tak, obie​cuję”. Byłam cie​ka​wa, co obie​cy​wał. Zastanawiałam się także, czy pewnego dnia Taylor i ja będziemy robić to samo – rozmawiać przez telefon, podczas gdy nasze dzieci będą się szykować do wyjścia na szkolny bal. Przyjaźń mojej mamy i Susanny przetrwała dziesiątki lat, niezależnie od dzieci i mężów. Byłam ciekawa, czy moja przyjaźń z Taylor okaże się równie trwała, odporna i nie​znisz​czal​na. Szcze​rze mówiąc, wątpiłam w to. To, co łączyło moją matkę i Su​sannę, przy​tra​fiało się nie​licz​nym. – Ułożyłaś so​bie włosy tak, jak mówiłyśmy? – za​py​tała mnie Su​san​na. – Tak. – Czy Con​rad po​wie​dział ci, że wyglądasz prześlicz​nie? – Tak – od​parłam, cho​ciaż właści​wie nie po​wie​dział nic ta​kie​go. – Ten wieczór będzie jak ze snu – obie​cała mi. Moja mat​ka kazała nam po​zo​wać przed do​m em, na scho​dach i przy ko​m in​ku. W domu był też Steven razem ze swoją partnerką, Claire Cho. Śmiali się przez cały czas, a kiedy matka robiła im zdjęcia, Steven stał za Claire, obejmując ją obiema rękami w talii, a ona opierała się o niego. To wyglądało na​tu​ral​nie, pod​czas gdy na na​szych zdjęciach Con​rad stał sztyw​no obok mnie, obej​m ując mnie ra​m ie​niem. – Czy wszyst​ko w porządku? – za​py​tałam szep​tem. – Ja​sne – od​parł i uśmiechnął się do mnie, ale mu nie uwie​rzyłam. Coś się zmie​niło, nie wie​działam tyl​ko, co ta​kie​go. Dałam mu orchideę, którą miał sobie wpiąć w butonierkę, i wtedy okazało się, że zapomniał bukiecika dla mnie. Powiedział, że zostawił go w lodówce w akademiku. Nie byłam rozżalona ani zła, czułam się tylko zawstydzona. Przez cały ten czas podkreślałam, jak ważni jesteśmy dla siebie z Conradem, jakbyśmy naprawdę byli parą, a teraz mu​siałam go błagać, żeby po​szedł ze mną na bal, a on na​wet nie pamiętał, żeby przy​wieźć dla mnie kwia​ty. Widziałam, że poczuł się paskudnie, kiedy to zauważył – dokładnie wtedy, gdy Steven sięgnął do lodówki i wyjął bu​kie​cik na rękę z ma​lut​kich różowych różyczek pa​sujących do su​kien​ki Cla​ire. Dał jej także większy bu​kiet. Cla​ire wyciągnęła różę z bu​kie​tu i podała mi ją. – Weź – po​wie​działa. – Zro​bi​m y dla cie​bie przy​pinkę. Uśmiechnęłam się, żeby oka​zać jej wdzięczność. – Nie ma spra​wy, nie chcę dziu​ra​wić tej su​kien​ki – od​parłam. To była bzdu​ra, a Cla​ire z grzecz​ności udała, że mi wie​rzy. – To może we​pnie​m y ci ją we włosy? Myślę, że to będzie wyglądało na​prawdę ślicz​nie. – Ja​sne – zgo​dziłam się. Cla​ire Cho była miła i miałam na​dzieję, że ona i Ste​ven nig​dy ze sobą nie zerwą, zo​staną ra​zem na za​wsze. Po tej wpadce z bukiecikiem Conrad zrobił się jeszcze bardziej sztywny. Kiedy szliśmy do samochodu, złapał mnie za rękę. – Prze​pra​szam, że za​po​m niałem o tych kwia​tach – po​wie​dział ci​cho. – Po​wi​nie​nem był pamiętać. Przełknęłam gwałtow​nie ślinę i uśmiechnęłam się z lek​kim wysiłkiem. – Ja​kie to były kwia​ty? – Biała or​chi​dea – od​parł. – Moja mama ją wy​brała. – No trudno, w przyszłym roku musisz mi przywieźć dwa bukieciki na szkolny bal, żeby to odrobić – powiedziałam. – Przypnę so​bie po jed​nym na każdym nad​garst​ku.

Pa​trzyłam na nie​go, mówiąc te słowa. Za rok wciąż będzie​m y ra​zem, praw​da? To właśnie chciałam wie​dzieć. Jego twarz po​zo​stała nie​ru​cho​m a. Wziął mnie za ramię. – Jeśli będziesz chciała, Bel​ly – po​wie​dział. W sa​m o​cho​dzie Ste​ven po​pa​trzył na nas w lu​ster​ku. – Stary, nie mogę uwierzyć, że mam podwójną randkę z tobą i moją młodszą siostrą. – Potrząsnął głową i się roześmiał. Con​rad nic nie po​wie​dział. Czułam, że ten wieczór za​czy​na mi się wyśli​zgi​wać. To był łączony bal dla trzeciej i czwartej klasy, jak zwykle w naszym liceum. Na swój sposób było to fajne, bo można było iść na bal dwa razy, zamiast tylko raz, na koniec szkoły. To czwartoklasiści wybierali temat i tym razem motywem przewodnim była klasyka Hollywoodu. Wnętrze wystylizowano na hollywoodzki bankiet, był też czerwony dy​wan i „pa​pa​raz​zi”. Komitet szkolny zamówił całościowy pakiet usług w firmie zajmującej się organizacją balów. To kosztowało mnóstwo kasy, którą zbierali przez całą wiosnę, ale teraz wszędzie na ścianach wisiały stare plakaty filmowe i stał nawet wielki świecący neon HOLLYWOOD. Parkiet do tańca przypominał plan filmowy oświetlony reflektorami i z ma​kietą ka​m e​ry na trójno​gu. Z boku stało na​wet krzesło reżyse​ra. Usiedliśmy przy stoliku z Davisem i Taylor, która założyła jedenastocentymetrowe szpilki i była teraz równego wzro​stu ze swo​im chłopa​kiem. Conrad uściskał Taylor na powitanie, ale nie starał się podtrzymywać rozmowy ani z nią, ani z Davisem. Po prostu siedział i widać było, że źle się czuje w garniturze. Kiedy Davis odchylił klapę marynarki i pokazał srebrną piersiówkę, wzdrygnęłam się. Może Con​rad na​prawdę był za do​rosły na to wszyst​ko. Wtedy zobaczyłam na parkiecie Cory’ego Wheelera otoczonego kręgiem ludzi, w którym stali także mój brat i Cla​ire. Tańczył bre​ak​dan​ce. Po​chy​liłam się do Con​ra​da. – To właśnie Cory – szepnęłam. – Jaki Cory? – za​py​tał. Nie mogłam uwie​rzyć, że tego nie pamięta. Pa​trzyłam na nie​go przez chwilę, próbując od​czy​tać coś z jego twa​rzy, a po​tem od​sunęłam się od nie​go. – Nie​ważne – po​wie​działam. Po kil​ku dal​szych mi​nu​tach Tay​lor złapała mnie za rękę i oznaj​m iła, że idzie​m y do łazien​ki. Po​czułam ulgę. W łazien​ce Tay​lor nałożyła na nowo błysz​czyk na usta. – Da​vis i ja po balu idzie​m y do po​ko​j u jego bra​ta w aka​de​m i​ku – szepnęła do mnie. – Po co? – za​py​tałam, szu​kając w to​reb​ce własne​go błysz​czy​ku. Podała mi swój. – No wiesz, żebyśmy mo​gli pobyć sami. – Otwo​rzyła sze​ro​ko oczy dla pod​kreśle​nia tych słów. – Na​prawdę? Kurczę – po​wie​działam po​wo​li. – Nie wie​działam, że aż tak je​steś w nim za​ko​cha​na. – Wiesz, byłaś za bardzo zajęta tym przedstawieniem z Conradem. Jest niesamowitym ciachem. Ale dlaczego za​cho​wu​j e się jak ostat​ni sztyw​niak? Pokłóciliście się? – Nie… Nie po​tra​fiłam spoj​rzeć jej w oczy, więc zajęłam się nakłada​niem błysz​czy​ku. – Belly, nie dawaj sobie wciskać kitu. To jest twój bal, a on jest twoim chłopakiem, nie? – Taylor napuszyła włosy i przej​rzała się w lu​strze, wy​dy​m ając usta. – Zmuś go przy​najm​niej, żeby z tobą zatańczył. Kiedy wróciłyśmy do stolika, odprężyłam się trochę, bo Conrad i Davis rozmawiali o turnieju NCAA. Davis kibicował Uniwersytetowi Connecticut, natomiast Conrad – Uniwersytetowi Karoliny Północnej. Najlepszy przyjaciel pana Fishera pomagał w tamtejszej drużynie, a Conrad i Jeremi byli jego zagorzałymi fanami. Conrad potrafił go​dzi​na​m i gadać o ko​szykówce. Z głośników zabrzmiał wolny kawałek, więc Taylor wzięła Davisa za rękę i poszła z nim na parkiet. Patrzyłam, jak tańczą – jej głowa opierała się na jego ramieniu, jego ręce spoczywały na jej biodrach. Niedługo Taylor miała stracić dzie​wic​two. Za​wsze mi po​wta​rzała, że będzie pierw​sza. – Na​pi​j esz się cze​goś? – za​py​tał Con​rad. – Nie – od​parłam. – Chciałbyś zatańczyć? Za​wa​hał się. – A muszę? – Spróbowałam się uśmiechnąć. – Daj spokój, to po​dob​no ty uczyłeś mnie tańczyć. Con​rad wstał i wyciągnął do mnie rękę. – W ta​kim ra​zie proszę do tańca. Podałam mu dłoń i poszłam z nim na środek parkietu. Tańczyliśmy powoli, a ja byłam szczęśliwa, że głośna

mu​zy​ka zagłusza gwałtow​ne bi​cie mo​j e​go ser​ca. – Cieszę się, że przy​j e​chałeś – po​wie​działam. – Co ta​kie​go? – za​py​tał. – Cieszę się, że przy​j e​chałeś – powtórzyłam głośniej. – Ja też. – W jego głosie słychać było wa​ha​nie. Stał tuż przede mną, jego ręka opierała się na moim biodrze, moja ręka była na jego ramieniu, ale jednocześnie wy​da​wał się bar​dziej od​legły niż kie​dy​kol​wiek. Później wróciliśmy do sto​li​ka. – Chciałabyś gdzieś po​tem iść? – za​py​tał. – Wiesz, after party zaczyna się dopiero o północy – powiedziałam, bawiąc się naszyjnikiem z pereł i owijając go na pal​cach. Nie umiałam spoj​rzeć na Con​ra​da. – Miałem na myśli tyl​ko cie​bie i mnie – wyjaśnił Con​rad. – Mo​gli​byśmy zna​leźć ja​kieś miej​sce, żeby po​ga​dać. Poczułam nagle, że kręci mi się w głowie. Jeśli Conrad chciał pójść w jakieś miejsce, gdzie będziemy sami i będzie​m y mo​gli po​roz​m a​wiać, to zna​czyło, że za​m ie​rza ze mną ze​rwać. Byłam tego pew​na. – Nie chodźmy nig​dzie, zo​stańmy tu jesz​cze trochę – po​pro​siłam, sta​rając się, żeby mój głos nie brzmiał błagal​nie. – Do​brze – po​wie​dział. Siedzieliśmy, patrząc, jak wszyscy inni tańczą, błyszczą się im twarze i spływa makijaż. Wyciągnęłam różę z włosów i scho​wałam ją do to​reb​ki. Po dłuższej chwi​li mil​cze​nia za​py​tałam: – Czy two​j a mama zmu​siła cię, żebyś tu przy​szedł? Ser​ce mi pękało, ale mu​siałam to wie​dzieć. – Nie – od​parł, ale cze​kał z od​po​wie​dzią odro​binę zbyt długo. Kiedy wyszliśmy na parking, pojawiła się mżawka i moje włosy, na układaniu których spędziłam całe popołudnie, na​tych​m iast oklapły. Kie​dy szliśmy do sa​m o​cho​du, Con​rad ode​zwał się: – Głowa mi pęka. Za​trzy​m ałam się. – Chcesz, żebym wróciła do środ​ka i po​py​tała, czy ktoś ma coś na ból głowy? – Nie, nie trzeba. Wiesz co, może od razu wrócę do akademika. W poniedziałek mam egzamin. Będziesz nie​za​do​wo​lo​na, jeśli bym nie po​szedł na after par​ty? Mogę cię pod​rzu​cić na miej​sce. Uni​kał mo​j e​go spoj​rze​nia. – Myślałam, że zo​sta​niesz tu na noc. Con​rad nie​zgrab​nie wyciągnął klu​czy​ki. – Wiem – mruknął. – Ale te​raz myślę, że po​wi​nie​nem wra​cać… – za​wie​sił głos. – Ale ja nie chcę, żebyś już jechał – powiedziałam i nienawidziłam mojego głosu za to, że brzmiał, jakbym go błagała. We​pchnął ręce do kie​sze​ni spodni. – Prze​pra​szam. Staliśmy na parkingu, a ja myślałam: „Kiedy wsiądziemy do jego samochodu, to będzie koniec. Odwiezie mnie do domu, wróci do swo​j e​go col​le​ge’u i nig​dy więcej tu nie przy​j e​dzie. Będzie po wszyst​kim”. – Co się stało? – za​py​tałam go, czując w środ​ku na​ra​stającą pa​nikę. – Czy ja zro​biłam coś nie tak? Odwrócił spoj​rze​nie. – Nie, tu nie cho​dzi o cie​bie. To nie ma nic wspólne​go z tobą. Wzdrygnął się, kie​dy złapałam go za rękę. – Czy mogę cię pro​sić, żebyś ze mną po​roz​m a​wiał? Czy możesz mi po​wie​dzieć, co się dzie​j e? Conrad nic nie odpowiedział. Widziałam, że chciałby się już znaleźć w samochodzie, jechać byle dalej ode mnie. Miałam ochotę go ude​rzyć. – No do​bra, nie ma spra​wy – oznaj​m iłam. – Sko​ro ty tego nie chcesz po​wie​dzieć, ja to zro​bię. – Cze​go nie chcę po​wie​dzieć? – Że między nami wszyst​ko skończo​ne. Co​kol​wiek między nami było, już tego nie ma. Mam rację, praw​da? Zaczęłam płakać, ciekło mi z nosa, a łzy mie​szały się z desz​czem. Wy​tarłam twarz grzbie​tem dłoni. Za​wa​hał się. Wi​działam, że szu​ka od​po​wied​nich słów. – Bel​ly… – Prze​stań. – Cofnęłam się o krok. – Po pro​stu prze​stań. Nic nie mów. – Za​cze​kaj chwilę – po​pro​sił. – Nie roz​sta​waj​m y się tak. – To ty chcesz się roz​stać – po​wie​działam. Ru​szyłam w prze​ciwną stronę, tak szyb​ko, jak tyl​ko mogłam na tych idio​tycz​nych szpil​kach.

– Za​cze​kaj! – krzyknął. Nie odwróciłam się, postarałam się iść jeszcze szybciej. Omal się nie zatrzymałam, kiedy usłyszałam, jak trzasnął pięścią w maskę sa​m o​cho​du. Może zatrzymałabym się, gdyby pobiegł za mną, ale nie zrobił tego. Wsiadł do samochodu i odjechał, dokładnie tak, jak za​po​wia​dał. Następnego dnia rano Steven wszedł do mojego pokoju i usiadł przy biurku. Dopiero wrócił do domu i był jeszcze ubra​ny w smo​king. – Ja śpię – po​wie​działam i przewróciłam się na dru​gi bok. – Wca​le nie. – Mil​czał przez chwilę. – Con​rad nie jest tego wart. Ja​sne? Wiedziałam, że dużo go kosztowało, żeby to powiedzieć, i byłam za to naprawdę wdzięczna. Steven od zawsze po​dzi​wiał Con​ra​da. Kie​dy wy​szedł z po​ko​j u, powtórzyłam w myślach: „On nie jest tego wart”. Kie​dy w po​rze obia​do​wej zeszłam na dół, mat​ka za​py​tała: – Wszyst​ko w porządku? Usiadłam przy kuchennym stole i oparłam głowę na blacie. Na policzku czułam chłodne i gładkie drewno. Po​pa​trzyłam na matkę. – Domyślam się, że Ste​ven wszyst​ko wy​pa​plał? – Niezupełnie – odparła ostrożnie. – To ja go zapytałam, dlaczego Conrad nie został na noc, tak jak to było za​pla​no​wa​ne. – Ze​rwa​liśmy – po​wie​działam i po​czułam się w ja​kimś stop​niu pod​eks​cy​to​wa​na, mówiąc to na głos. Sko​ro ze​rwa​liśmy, to zna​czyło, że wcześniej byliśmy parą. Mat​ka usiadła na​prze​ciw​ko mnie i wes​tchnęła. – Tego się oba​wiałam. – Jak to? – Widzisz, to jest bardziej skomplikowane, niż myślisz. Tu nie chodzi tylko o ciebie i Conrada, ale także o innych lu​dzi. Chciałam zacząć krzyczeć na nią, powiedzieć, że jest nieczuła i okrutna. Czy nie widzi, że mnie dosłownie serce pęka z bólu? Ale kiedy spojrzałam na nią, przygryzłam tylko język. Istniały poważniejsze powody do zmartwień niż moje głupie serce. Trzeba było myśleć o Susannie, która będzie okropnie rozczarowana. Naprawdę nie chciałam jej za​wieść. – Nie martw się o Beck – po​wie​działa moja mat​ka łagod​nie. – Ja z nią po​roz​m a​wiam. Chcesz coś do je​dze​nia? Po​wie​działam, że chcę. Później, kiedy znowu siedziałam sama w pokoju, powtarzałam sobie, że tak będzie lepiej. On chciał od samego początku wszystko skończyć, więc to lepiej, że zrobiłam to jako pierwsza. Kompletnie sobie nie wierzyłam. Gdyby zadzwonił i powiedział, że chce, żebym wróciła, gdyby przyjechał do nas z kwiatami albo z odtwarzaczem grającym naszą piosenkę – czy w ogóle mieliśmy jakąś naszą piosenkę? – gdyby wykonał choćby najmniejszy gest, na​tych​m iast bym się z nim po​go​dziła. Ale Con​rad nie za​dzwo​nił. Kiedy dowiedziałam się, że stan Susanny się pogarsza i już się nie poprawi, zadzwoniłam do niego raz. Nie ode​brał, a ja nie zo​sta​wiłam wia​do​m ości. Gdy​by ode​brał, gdy​by od​dzwo​nił, nie wiem, co bym mu po​wie​działa. I w ten sposób było po wszyst​kim. Ze​rwa​liśmy ze sobą.

roz​dział trzy​na​sty Je​re​m i

Kiedy mama dowiedziała się, że Conrad idzie z Belly na szkolny bal, omal nie zwariowała. Była obłędnie szczęśliwa, zupełnie jakby mieli się pobrać. Nie widziałem jej tak szczęśliwej od dawna i po części cieszyłem się, że Conrad to sprawił, ale przede wszystkim byłem zazdrosny. Matka wydzwaniała do niego do college’u, przypominając mu o różnych rzeczach – na przykład, żeby w porę wypożyczył smoking. Zaproponowała, żeby wziął mój, ale po​wie​działem, że nie będzie na nie​go pa​so​wał. Nie ciągnęła te​m a​tu, a ja po​czułem ulgę. Ostatecznie okazało się, że tego samego wieczoru idę na bal z jakąś dziewczyną z Collegiate, więc i tak po​trze​bo​wałbym tego smo​kin​gu. Tyle że na​wet gdy​bym go nie po​trze​bo​wał, nie chciałbym go pożyczać Con​ra​do​wi. Kazała mu obie​cać, że będzie miły dla Bel​ly i będzie się za​cho​wy​wał jak praw​dzi​wy dżen​tel​m en. – Niech to będzie wieczór, który za​pa​m ięta na całe życie – po​wie​działa. Kiedy następnego dnia po balu wróciłem do domu, samochód Conrada stał na podjeździe. To wydało mi się dziw​ne – myślałem, że miał prze​no​co​wać u Lau​rel, a po​tem po​j e​chać pro​sto do col​le​ge’u. Zaj​rzałem do jego po​ko​j u, ale spał, a za​raz po​tem sam się położyłem. Wieczorem zamówiliśmy chińszczyznę, ponieważ mama powiedziała, że ma na nią apetyt, ale kiedy jedzenie zo​stało przy​nie​sio​ne, na​wet go nie spróbowała. Je​dliśmy w sa​lo​nie, na ka​na​pie przed te​le​wi​zo​rem, cze​go nie ro​bi​liśmy nig​dy, dopóki mama nie za​cho​ro​wała. – No i jak? – za​py​tała, patrząc wy​cze​kująco na Con​ra​da. Była bar​dziej pełna ener​gii niż wcześniej przez cały dzień. Wepchnął do ust całą sajgonkę, zupełnie jakby się gdzieś spieszył. Przywiózł do domu rzeczy do prania, chyba ocze​kując, że mama się nimi zaj​m ie. – Z czym? – za​py​tał. – Kazałeś mi cze​kać cały dzień na re​lację z balu! Chcę znać wszyst​kie szczegóły! – A, praw​da – po​wie​dział. Miał zawstydzony wyraz twarzy, a ja wiedziałem, że nie chce o niczym opowiadać. Byłem pewien, że zrobił coś, co zruj​no​wało ten wieczór. – A, prawda – powtórzyła kpiąco mama. – No już, Connie, opowiadaj. Jak Belly wyglądała w tej sukience? Tańczy​liście? Chcę się wszyst​kie​go do​wie​dzieć. Lau​rel nie przysłała mi jesz​cze zdjęć. – Było faj​nie – po​wie​dział Con​rad. – I to wszyst​ko? – Zdzi​wiłem się. Tego wieczoru wszystko mnie w nim irytowało. Miał okazję iść z Belly na bal i zachowywał się tak, jakby to był przy​kry obo​wiązek. Gdy​bym był na jego miej​scu, po​tra​fiłbym się le​piej zna​leźć. Con​rad mnie zi​gno​ro​wał. – Wyglądała na​prawdę ślicz​nie. Miała taką fio​le​tową su​kienkę. Mama skinęła głową z uśmie​chem. – Wiem do​sko​na​le którą. A jak wyglądał bu​kie​cik? Con​rad po​pra​wił się na krześle. – Bar​dzo ład​nie. – Zamówiłeś w końcu taki do przy​pięcia do stro​j u czy taki na rękę? – Taki do przy​pięcia – po​wie​dział.

– A czy tańczy​liście? – Tak, bar​dzo dużo – od​parł. – Chy​ba prze​tańczy​liśmy wszyst​kie pio​sen​ki. – Jaki był mo​tyw prze​wod​ni balu? – Nie pamiętam – stwierdził Conrad, ale ponieważ matka wyglądała na rozczarowaną, dodał: – Chyba „Noc w Starym Świecie”, takie coś jakby podróż po Europie. Mieli tam wielką wieżę Eiffla ozdobioną choinkowymi lamp​ka​m i i Lon​don Brid​ge, po którym można było na​prawdę cho​dzić. A, i jesz​cze Krzywą Wieżę z Pizy. Popatrzyłem na niego. „Noc w Starym Świecie” to był temat naszego szkolnego balu w zeszłym roku. Wiedziałem o tym, bo na nim byłem. Naj​wi​docz​niej mat​ka tego nie pamiętała. – To brzmi uroczo – powiedziała. – Żałuję, że nie mogłam tam pojechać i pomóc Belly się wyszykować. Zadzwonię dzisiaj do Laurel i będę ją piłować, żeby mi przysłała zdjęcia. Jak myślisz, kiedy będą gotowe oficjalne zdjęcia z balu? Chciałabym któreś opra​wić. – Nie je​stem pe​wien – stwier​dził Con​rad. – Za​py​taj Bel​ly, do​brze? Mat​ka od​sta​wiła ta​lerz na sto​lik i oparła się o po​dusz​ki ka​na​py. Na​gle zaczęła spra​wiać wrażenie wy​czer​pa​nej. – Za​py​tam – obie​cał. – Chy​ba się już położę – oznaj​m iła mama. – Je​re​m i, będziesz mógł tu po​sprzątać? – Ja​sne, mamo – po​wie​działem i po​m ogłem jej wstać. Pocałowała nas obu w po​li​czek i poszła do sy​pial​ni. Przenieśliśmy gabinet na górę, a jej sypialnię na parter, żeby nie musiała chodzić po schodach. Bardzo szybko się męczyła. Kie​dy wyszła, za​py​tałem sar​ka​stycz​nie: – Czy​li prze​tańczy​liście całą noc, tak? – Od​czep się – rzu​cił Con​rad, od​chy​lając głowę na opar​cie ka​na​py. – Byłeś w ogóle na tym balu? Czy w tej spra​wie też mamę okłamałeś? Spoj​rzał na mnie z wściekłością. – Owszem, byłem. – Wiesz, jakoś wątpię, żebyście na​prawdę tańczy​li całą noc – drążyłem. Czułem się jak ostat​ni drań, ale nie po​tra​fiłem się po​wstrzy​m ać. – Mu​sisz być taki upier​dli​wy? Co cię ob​cho​dzi ten bal? Wzru​szyłem ra​m io​na​m i. – Po pro​stu mam na​dzieję, że nie zruj​no​wałeś Bel​ly wie​czo​ru. Dla​cze​go w ogóle tu je​steś? Spo​dzie​wałem się, że się wku​rzy. Chy​ba chciałem, żeby tak było. Ale on po​wie​dział tyl​ko: – Nie każdy może być królem balu. – Zaczął za​m y​kać po​j em​ni​ki z je​dze​niem. – Będziesz jesz​cze jadł? – Nie, już skończyłem – od​parłem.

roz​dział czter​na​sty

Kiedy przyjechaliśmy na kampus, na trawnikach przed budynkami było mnóstwo ludzi. Dziewczyny opalały się w szortach i stanikach od bikini, a grupa chłopaków grała w Ultimate Frisbee. Znaleźliśmy parking tuż obok akademika Conrada i mieliśmy właśnie wślizgnąć się do środka, gdy na zewnątrz wyszła dziewczyna z koszem pełnym świeżo upranych rzeczy. Czułam się okropnie młoda i zagubiona – byłam tu po raz pierwszy i wszystko wyglądało in​a​czej, niż to so​bie wy​obrażałam, było głośniej​sze i bar​dziej zatłoczo​ne. Jeremi znał drogę, więc musiałam się pospieszyć, żeby dotrzymać mu kroku. Wbiegał po dwa schody, aż w końcu znaleźliśmy się na drugim piętrze. Szłam za nim jasno oświetlonym korytarzem. Na ścianie obok windy wisiała tablica informacyjna z plakatem POMÓWMY O SEKSIE, a także ulotki o chorobach wenerycznych, instrukcja samodzielnego badania piersi i artystycznie rozmieszczone prezerwatywy w jaskrawych kolorach. Ktoś kolorowym mazakiem napisał: „Poczęstuj się jedną… albo kil​ko​m a”. Na drzwiach po​ko​j u Con​ra​da było jego na​zwi​sko, a poniżej dru​gie – Eric Tru​sky. Jego współlokator okazał się zwalistym, umięśnionym facetem z rudawymi włosami. Otworzył drzwi ubrany w spoden​ki gim​na​stycz​ne i T-shirt. – Co jest? – za​py​tał, przyglądając mi się uważnie. Przy​po​m i​nał wil​ka. Powinnam uznać za komplement, że chłopak z college’u taksuje mnie wzrokiem, ale czułam tylko obrzydzenie. Miałam ochotę schować się za Jeremim tak, jak chowałam się za matką, kiedy miałam pięć lat i byłam naprawdę nieśmiała. Musiałam sobie przypomnieć, że mam szesnaście lat – prawie siedemnaście – i jestem za duża, żeby denerwować się w obecności faceta, który nazywa się Eric Trusky. Nawet jeśli Conrad powiedział mi kiedyś, że Eric wiecznie podsuwa mu ostre filmy pornograficzne i prawie całe dnie spędza przy komputerze, a od czternastej do szes​nastej ogląda se​ria​le. Je​re​m i odchrząknął. – Je​stem bra​tem Con​ra​da, a to… na​sza zna​j o​m a – po​wie​dział. – Wiesz może, gdzie on jest? Eric otwo​rzył drzwi i wpuścił nas do środ​ka. – Sta​ry, nie mam pojęcia. Po pro​stu za​padł się pod zie​m ię. Ari do was dzwo​nił? – Jaki Ari? – za​py​tałam Je​re​m ie​go. – Asy​stent – wyjaśnił. – Asy​stent Ari – powtórzyłam, a kącik ust Je​re​m ie​go uniósł się lek​ko. – Kim ty je​steś? – za​py​tał Eric. – Na​zy​wam się Bel​ly. Obserwowałam go, wypatrując choćby najsłabszej oznaki, że mnie sobie przypomina, czegoś, co by mi powiedziało, że Conrad o mnie opowiadał, albo przynajmniej o mnie wspominał. Oczywiście niczego nie za​uważyłam. – Bel​ly, tak? Słodko. Je​stem Eric – od​parł, opie​rając się o ścianę. – No, cześć – po​wie​działam. – Do​bra, czy​li Con​rad nic ci nie mówił, za​nim wy​j e​chał? – prze​rwał nam Je​re​m i. – On w ogóle nic nie mówi. Zachowuje się jak android. – Eric uśmiechnął się do mnie. – No dobra, rozmawia z ład​ny​m i dziew​czy​na​m i. Po​czułam, że za​czy​na mnie mdlić. Ja​ki​m i ład​ny​m i dziew​czy​na​m i? Jeremi odetchnął głośno i zaplótł dłonie za głową, a potem wyciągnął komórkę i spojrzał na nią, jakby spodziewał się tam zna​leźć jakąś od​po​wiedź.

Usiadłam na łóżku Conrada, przykrytym pościelą w kolorze granatowym. Było nieposłane, chociaż w letniej willi za​wsze słał łóżko tak, że było gład​kie i ele​ganc​kie jak w ho​te​lu. Czy​li tu te​raz miesz​kał. Tak wyglądało jego życie. W swoim pokoju w akademiku miał niewiele rzeczy – żadnego telewizora, odtwarzacza, zdjęć na ścianie. Na pewno nie było tu żadnego śladu mojego istnienia, ale także ani śladu Susanny czy jego taty. Tylko komputer, ubrania, kilka par butów, książki. – Właśnie miałem wyjeżdżać. Wracam na wakacje do rodziców. Możecie pamiętać o zamknięciu drzwi, kiedy będzie​cie wy​cho​dzić? A jeśli znajdzie​cie Cona, po​wiedz​cie mu, że wisi mi dwa​dzieścia dolców za pizzę. – Nie ma spra​wy, po​wiem mu. Byłam pewna, że Jeremi nie polubił Erika; widziałam to w sposobie, w jaki jego usta prawie, ale nie do końca, ufor​m o​wały uśmiech, kie​dy to mówił. Usiadł przy biur​ku Con​ra​da i ro​zej​rzał się po po​ko​j u. Ktoś zastukał do drzwi, więc Eric podszedł do nich ciężko, żeby otworzyć. To była dziewczyna w bluzce z długimi ręka​wa​m i, leg​gin​sach i ciem​nych oku​la​rach prze​su​niętych na czu​bek głowy. – Wi​działeś może mój swe​ter? – za​py​tała i zaj​rzała za nie​go, jak​by cze​goś, a może kogoś szu​kała. Moją pierwszą myślą było pytanie: „Czy oni ze sobą chodzą?”. Z powodu drugiej – „Jestem od niej ładniejsza” – poczułam się zawstydzona, ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Prawda była taka, że nie miało znaczenia, która z nas dwóch jest ład​niej​sza, sko​ro Con​rad tak czy in​a​czej mnie nie chciał. Je​re​m i ze​rwał się z miej​sca. – Je​steś zna​j omą Cona? Wiesz może, gdzie po​j e​chał? Przyj​rzała mu się z za​cie​ka​wie​niem. Po sposobie, w jaki wsadziła kosmyki włosów za uszy i zdjęła okulary z głowy, mogłam poznać, że uznała Je​re​m ie​go za cia​cho. – No, tak. Cześć, je​stem So​phie. Znasz Con​ra​da? – Je​stem jego bra​tem. Jeremi podszedł i potrząsnął jej ręką. Chociaż był zdenerwowany, nie zapomniał otaksować jej wzrokiem i uśmiechnąć się swo​im po​ka​zo​wym uśmie​chem, który spra​wił, że na​tych​m iast się roz​pro​m ie​niała. – Rany, je​steście kom​plet​nie nie​po​dob​ni, nie? Sophie należała do ludzi, którzy kończą każde zdanie znakiem zapytania. Już wiedziałam, że gdybyśmy się znały le​piej, nie cier​piałabym jej. – Owszem, często to słyszy​m y – przy​znał Je​re​m i. – Con​rad ni​cze​go ci nie mówił, So​phie? Po​do​bało jej się, że mówi do niej po imie​niu. – Po​wie​dział, że je​dzie nad mo​rze, chy​ba po to, żeby sur​fo​wać, nie? Jest kom​plet​nym świ​rem. Je​re​m i po​pa​trzył na mnie. Nad mo​rze. Con​rad był w let​niej wil​li. Kiedy Jeremi dzwonił do swojego taty, siedziałam na brzegu łóżka i udawałam, że nie podsłuchuję. Powiedział panu Fisherowi, że wszystko jest w porządku, a Conrad jest cały i zdrowy w Cousins. Nie wspomniał w ogóle o mojej obec​ności. – Tato, po​j adę tam po nie​go, to żaden pro​blem – za​pro​po​no​wał Je​re​m i. Pan Fi​sher po​wie​dział coś, a on od​parł: – Ale tato… – W tym mo​m en​cie spoj​rzał na mnie i rzu​cił bezgłośnie: – Za​raz wra​cam. Wy​szedł na ko​ry​tarz i za​m knął za sobą drzwi. Kiedy zostałam sama, położyłam się na łóżku Conrada i zagapiłam w sufit. To właśnie tutaj spał każdej nocy. Znałam go przez całe życie, ale pod pew​ny​m i względami pozo​stawał dla mnie za​gadką. Wstałam z łóżka i podeszłam do biurka. Ostrożnie otworzyłam szufladę, w której znalazłam pudełko ołówków, kilka podręczników i stos kartek. Conrad zawsze obchodził się dobrze ze swoimi rzeczami. Przekonywałam siebie, że wcale go nie szpie​guję, szu​kam tyl​ko do​wodów. Byłam Na​sto​let​nią Panną De​tek​tyw, Bel​ly Con​klin. W drugiej szufladzie, wepchnięte głęboko pod ściankę, znalazłam to, czego szukałam: błękitne pudełeczko od Tiffany’ego. Otwierając je, wiedziałam, że źle postępuję, ale nie potrafiłam się powstrzymać. To było pudełeczko na biżuterię, a w środku znalazłam naszyjnik – mały wisiorek. Wyjęłam go i zawiesiłam na palcach. W pierwszej chwili pomyślałam, że to ósemka i że może Conrad umawia się z jakąś dziewczyną trenującą łyżwiarstwo figurowe, więc od razu doszłam do wniosku, że jej także nie cierpię. Później przyjrzałam się uważniej i położyłam na dłoni we właściwą stronę. To nie była ósem​ka. To był znak nie​skończo​ności. ∞ W tym momencie zrozumiałam, że ten naszyjnik nie był przeznaczony dla żadnej łyżwiarki ani dla Sophie, koleżanki z aka​de​m i​ka. On był dla mnie. Con​rad kupił go dla mnie. To był dowód na to, że na​prawdę mu zależy.

Conrad świetnie sobie radził z matematyką. No dobrze, radził sobie świetnie po prostu ze wszystkim, ale szczególnie z ma​te​m a​tyką. Kilka tygodni po tym, jak zaczęliśmy gadać przez telefon, kiedy te rozmowy stały się bardziej rutynowe, chociaż nie mniej eks​cy​tujące, po​wie​działam mu, jak bar​dzo nie cier​pię try​go​no​m e​trii i jak fa​tal​nie so​bie z nią radzę. Od razu poczułam się winna, że poruszam taki temat – narzekałam na problemy z matematyką, podczas gdy Susanna chorowała na raka. Moje kłopoty były nieistotne i niedojrzałe, strasznie licealne w porównaniu z tym, przez co prze​cho​dził Con​rad. – Prze​pra​szam – po​wie​działam. – Za co? – Za to, że gadam o moich ocenach z trygonometrii, a… – głos mi się załamał – a tymczasem twoja mama jest cho​ra. – Nie przepraszaj. Możesz ze mną rozmawiać, o czym tylko chcesz. – Umilkł na chwilę. – Poza tym wiesz, stan mamy się po​pra​wił. W tym mie​siącu przy​tyła pra​wie trzy ki​lo​gra​m y. Na​dzie​j a w jego głosie spra​wiała, że prze​pełniła mnie czułość, od której mogłabym się rozpłakać. – Wiem, słyszałam wczo​raj od mo​j ej mamy – po​twier​dziłam. – To świet​na wia​do​m ość. – Czy na​uczy​ciel wam mówił, jak można łatwo za​pa​m iętać, jak li​czyć funk​cje try​go​no​m e​trycz​ne? Wtedy właśnie Conrad zaczął mi pomagać przez telefon. Na początku nie przykładałam się do tego, lubiłam po pro​stu słuchać jego głosu i wyjaśnień. Ale po​tem mnie prze​py​ty​wał, a ja nie chciałam go za​wieść. W ten sposób zaczęły się nasze korepetycje. Matka uśmiechała się do mnie porozumiewawczo, kiedy wieczorem dzwonił telefon, i na pewno uważała, że flirtujemy, ale nie rozwiewałam jej złudzeń. Tak było łatwiej, a poza tym mogę teraz przyznać, że sprawiało mi przyjemność, że ktoś uważa nas za parę. Pozwalałam jej tak myśleć, chociaż wiedziałam, że to nie jest prawda – przynajmniej jeszcze nie – ponieważ miałam poczucie, że to mogłaby być prawda. Pewnego dnia tak będzie. Na razie miałam prywatne korepetycje z matematyki i naprawdę zaczęłam sobie radzić z trygonometrią. Conrad potrafił sprawić, że nieprawdopodobne rzeczy nabierały sensu, a ja nigdy nie kochałam go mocniej niż podczas tych wieczorów spędzonych przy telefonie na nauce, kiedy omawialiśmy w kółko te same za​da​nia, aż w końcu je zro​zu​m iałam. Kie​dy Je​re​m i wrócił do po​ko​j u, za​m knęłam rękę na na​szyj​ni​ku, za​nim zdążył go za​uważyć. – No i jak? – za​py​tałam go. – Twój tata jest wściekły? Co po​wie​dział? – Chciał sam jechać do Cousins, ale powiedziałem mu, że się tym zajmę. Nie ma mowy, żeby Conrad posłuchał teraz taty. Gdyby tam pojechał, tylko by go wkurzył jeszcze bardziej. – Jeremi usiadł na łóżku. – Czyli chyba jednak w te wa​ka​cje mimo wszyst​ko po​j e​dzie​m y do Co​usins. Kiedy to powiedział, uświadomiłam sobie, że to się dzieje naprawdę. W końcu do mnie dotarło, że spotkanie z Con​ra​dem nie było czymś, co ma nastąpić w od​ległych ma​rze​niach, tyl​ko stać się nie​ba​wem. Na​tych​m iast za​po​m niałam o wszyst​kich pla​nach ra​to​wa​nia Con​ra​da. – Może po​wi​nie​neś mnie po dro​dze od​wieźć do domu – po​wie​działam szyb​ko. Je​re​m i po​pa​trzył na mnie zdu​m io​ny. – Mówisz serio? Nie dam sobie rady sam. Nie masz pojęcia, jak jest. Od kiedy u mamy zaczął się nawrót choroby, Conrad wszedł w jakiś cholerny tryb autodestrukcji. Nic go nie obchodzi. – Jeremi urwał na chwilę. – Ale wiem, że da​lej go ob​cho​dzi, co o nim myślisz – dodał. Ob​li​załam war​gi, po​nie​waż na​gle zaschło mi w ustach. – Nie je​stem tego pew​na. – Wiesz, ja je​stem, a ja znam swo​j e​go bra​ta. Czy możesz ze mną je​chać? Proszę. Kiedy przypomniałam sobie swoje ostatnie słowa do Conrada, miałam poczucie, że palę się od środka ze wstydu. Nie można powiedzieć czegoś takiego do chłopaka, który właśnie stracił matkę. Po prostu nie można. Jak miałam mu spoj​rzeć w oczy? Nie byłabym w sta​nie. – Przy​wiozę cię z po​wro​tem na tę im​prezę na jach​cie, jeśli tym się mar​twisz – po​wie​dział Je​re​m i. To tak okropnie do niego nie pasowało, że natychmiast zapomniałam o palącym mnie wstydzie i spiorunowałam go wzro​kiem. – Myślisz, że ob​cho​dzi mnie jakaś głupia im​pre​za z oka​zji czwar​te​go lip​ca? Spoj​rzał na mnie dziw​nie. – Wiem, że uwiel​biasz fa​j er​wer​ki. – Za​m knij się – rzu​ciłam, a on się uśmiechnął. – No do​bra – zde​cy​do​wałam. – Wy​grałeś, jadę z tobą. – No to świet​nie. – Wstał i spoj​rzał na mnie. – Skoczę tyl​ko do łazien​ki. A, i jesz​cze jed​no. Wiesz co, Bel​ly? – Tak? Je​re​m i uśmiechnął się do mnie złośli​wie.

– Wie​działem, że ule​gniesz. Od początku byłaś bez szans. Rzu​ciłam w nie​go po​duszką, a on zro​bił unik i pod​biegł do drzwi jak trium​fujący spor​to​wiec. – Idź się szyb​ciej wy​si​kać, dra​niu. Kiedy wyszedł, założyłam naszyjnik i schowałam go pod bluzkę. Ściskałam go wcześniej tak mocno, że na dłoni zo​stał mi ma​lut​ki od​cisk w kształcie sym​bo​lu nie​skończo​ności. Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego go założyłam? Dlaczego nie włożyłam go po prostu do kieszeni albo nie zostawiłam w pudełku? Czułam, że naprawdę, naprawdę zależy mi na tym, żeby nosić ten wisiorek. Wiedziałam, że był prze​zna​czo​ny dla mnie.

roz​dział piętna​sty

Zanim zeszliśmy do samochodu, zebrałam podręczniki, zeszyty i laptop Conrada i wepchnęłam tyle, ile zdołałam, do ple​ca​ka, który zna​lazłam w sza​fie. – Dzięki temu będzie mógł się uczyć do tych egzaminów w poniedziałek – powiedziałam, podając Jeremiemu lap​top. Mrugnął do mnie. – Po​do​ba mi się twój tok myśle​nia, Bel​ly Con​klin. Po drodze wstąpiliśmy do pokoju Asystenta Ariego. Miał otwarte drzwi i siedział przy biurku, więc Jeremi zajrzał do środ​ka i po​wie​dział: – Cześć, Ari, je​stem Je​re​m i, brat Con​ra​da. Zna​leźliśmy go. Dzięki za sy​gnał. Ari roz​pro​m ie​nił się. – Nie ma spra​wy. Je​re​m i wszędzie znaj​do​wał przy​j a​ciół – każdy chciał się za​przy​j aźnić z Je​re​m im Fi​she​rem. A potem byliśmy już w drodze, jadąc prościutko do Cousins. Opuściliśmy szyby w samochodzie i podkręciliśmy ra​dio. Prawie nie rozmawialiśmy, ale teraz mi to nie przeszkadzało. Wydaje mi się, że oboje byliśmy za bardzo zatopieni w myślach. Ja wspo​m i​nałam ostat​ni raz, kie​dy je​chałam tą trasą. Wte​dy nie byłam z Je​re​m im, tyl​ko z Con​ra​dem.

roz​dział szes​na​sty

To bez wątpienia była jedna z najlepszych nocy mojego życia, zaraz po sylwestrze spędzonym w Disney Worldzie, kiedy miałam dziewięć lat, a moi rodzice jeszcze byli razem. Oglądaliśmy fajerwerki wybuchające tuż nad pałacem Kop​ciusz​ka i na​wet Ste​ven nie na​rze​kał. Gdy zadzwonił, nie rozpoznałam jego głosu, może dlatego, że się nie spodziewałam, a może dlatego, że byłam ro​ze​spa​na. – Je​stem w sa​m o​cho​dzie, jadę do cie​bie – po​wie​dział. – Możemy się zo​ba​czyć? Było wpół do pierwszej w nocy, a od Bostonu dzieliło nas pięć godzin, co oznaczało, że wyjechał wieczorem. Po to, żeby się ze mną zo​ba​czyć. Powiedziałam mu, żeby zaparkował dalej na ulicy i że spotkam się z nim na rogu, kiedy moja matka się położy. Od​parł, że za​cze​ka. Zga​siłam światło i cze​kałam przy oknie, wy​pa​trując tyl​nych świa​teł. Kiedy tylko zobaczyłam jego samochód, chciałam wybiec na zewnątrz, ale musiałam zaczekać. Słyszałam, że matka szeleści czymś w swoim pokoju i wiedziałam, że będzie czytać w łóżku co najmniej przez pół godziny, zanim zaśnie. To była prawdziwa tortura – wiedziałam, że on czeka na mnie, ale nie mogłam iść do niego. Sam pomysł był zupełnie szalony, bo o tej porze w Cousins było lodowato zimno, ale kiedy mi to zaproponował, czułam, że to jest szaleństwo, tyl​ko w do​brym zna​cze​niu tego słowa. Po ciemku założyłam szalik i czapkę, które babcia zrobiła dla mnie na drutach na Gwiazdkę, a potem zamknęłam drzwi sypialni, na palcach podeszłam korytarzem do sypialni matki i przycisnęłam ucho do drzwi. Zgasiła już światło, a ja usłyszałam, że cichutko pochrapuje. Steven nie wrócił jeszcze do domu – miałam szczęście, ponieważ podobnie jak nasz oj​ciec miał bar​dzo lek​ki sen. Matka w końcu zasnęła, a w domu był spokojnie i cicho. Lampki na choince wciąż się świeciły – zostawialiśmy je na noc, ponieważ wtedy mieliśmy wrażenie, że ciągle trwa Gwiazdka i że w każdej chwili może się pojawić Święty Mikołaj z prezentami. Nie zawracałam sobie głowy pisaniem wiadomości. Uznałam, że zadzwonię do matki rano, kiedy się obu​dzi i za​cznie za​sta​na​wiać, gdzie je​stem. Zeszłam ostrożnie po schodach, pamiętając o skrzypiącym stopniu, ale kiedy wyszłam z domu, zbiegłam po schodach werandy i przebiegłam przez trawnik. Szron chrzęścił pod moimi tenisówkami. Zapomniałam założyć płaszcz – pamiętałam o sza​li​ku i czap​ce, ale nie o płasz​czu. Jego samochód stał na rogu, dokładnie tam, gdzie zapowiedział. Był całkowicie ciemny, nieoświetlony, a ja otwo​rzyłam drzwi od stro​ny pasażera, tak jak​bym wcześniej robiła to mi​lion razy. Zaj​rzałam do środ​ka, ale nie wsiadłam od razu. Chciałam naj​pierw na nie​go po​pa​trzeć. Była zima, więc miał na sobie szarą polarową kurtkę, jego policzki były zaróżowione z zimna, a opalenizna wy​blakła, ale wyglądał tak samo jak za​wsze. – Cześć – po​wie​działam i wsiadłam do sa​m o​cho​du. – Nie wzięłaś płasz​cza – za​uważył. – Nie jest aż tak zim​no – od​parłam, cho​ciaż było i trzęsłam się, mówiąc te słowa. – Masz. Con​rad zsunął po​lar i podał mi go. Założyłam jego kurtkę. Była ciepła i nie pachniała papierosami, tylko nim. Czyli jednak postanowił rzucić palenie. Na samą myśl o tym się uśmiechnęłam. Uru​cho​m ił sil​nik.

– Nie mogę uwie​rzyć, że na​prawdę tu je​steś. – Ja też – od​parł, a jego głos brzmiał nie​m al nieśmiało. Za​wa​hał się. – Czy na pew​no chcesz ze mną je​chać? Nie mogłam uwie​rzyć, że w ogóle o to pyta. Po​j e​chałabym z nim wszędzie. – Tak. Miałam wrażenie, że poza tymi słowa​m i, poza tą chwilą nie ist​nie​j e nic więcej. Tyl​ko my. Wszyst​ko, co wy​da​rzyło się ostat​nie​go lata i każdego wcześniej​sze​go lata, pro​wa​dziło nas do tego mo​m en​tu. Kiedy siedziałam obok niego na fotelu pasażera, czułam się, jakbym dostała nieosiągalny prezent, najwspanialszy pre​zent gwiazd​ko​wy w swo​im życiu. Con​rad uśmie​chał się do mnie. Nie był ponury, poważny ani przygnębiony – a zwykle takie właśnie słowa mi się z nim kojarzyły. Był roz​pro​m ie​nio​ny, pełen en​tu​zja​zmu i uosa​biał wszyst​ko to, co było w nim naj​lep​sze. – Po​sta​no​wiłem, że zo​stanę le​ka​rzem – po​wie​dział, patrząc na mnie kątem oka. – Na​prawdę? Rany. – Medycyna jest niesamowita. Przez jakiś czas myślałem, że chciałbym pracować przy badaniach naukowych, ale te​raz wy​da​j e mi się, że wolałbym się chy​ba zająć le​cze​niem lu​dzi. Za​wa​hałam się. – Z po​wo​du two​j ej mamy? – za​py​tałam w końcu. Skinął głową. – Wiesz, jej stan się poprawił. Dzięki zdobyczom medycyny. Naprawdę dobrze reaguje na najnowszą kurację. Two​j a mama ci pew​nie o tym opo​wie​działa? – Ja​sne, mówiła mi – po​twier​dziłam, cho​ciaż nie usłyszałam od niej ani słowa na ten te​m at. Podejrzewam, że nie chciała mi robić fałszywej nadziei ani robić samej sobie fałszywej nadziei. Moja matka taka właśnie była, nie pozwalała sobie na ekscytację, dopóki nie miała pewności, że coś się wydarzy. Ja byłam inna i od razu po​czułam się lżej​sza i szczęśliw​sza. Stan Su​san​ny się po​pra​wił, byłam z Con​ra​dem i wszyst​ko układało się tak, jak po​win​no. Po​chy​liłam się i ścisnęłam jego rękę. – To naj​lep​sza wia​do​m ość, jaką kie​dy​kol​wiek usłyszałam – po​wie​działam szcze​rze. Uśmiechnął się do mnie, a na jego twa​rzy ma​lo​wała się wyraźnie wi​docz​na na​dzie​j a. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, w domu było przejmująco zimno. Włączyliśmy ogrzewanie, a Conrad rozpalił w ko​m in​ku. Obserwowałam, jak kuca, drze na kawałki papiery i wkłada je delikatnie między polana. Mogłam się założyć, że równie delikatnie obchodził się ze swoim psem, Boogim, a może nawet pozwalał mu spać u siebie na łóżku. Myśl o łóżkach i śnie sprawiła, że nagle ogarnęła mnie trema. Niepotrzebnie, bo kiedy Conrad rozpalił ogień, usiadł na fotelu, a nie obok mnie na kanapie. Nagle przyszło mi do głowy, że on także czuje tremę. Conrad, który nigdy się ni​czym nie de​ner​wo​wał. – Dla​cze​go sie​dzisz tak da​le​ko? – za​py​tałam, czując w uszach dud​nie​nie własne​go ser​ca. Nie mogłam uwie​rzyć, że mam od​wagę po​wie​dzieć na głos to, o czym myślę. Conrad także sprawiał wrażenie zaskoczonego i wstał, żeby usiąść obok mnie. Przysunęłam się do niego bliżej. Chciałam, żeby mnie objął. Chciałam robić te wszystkie rzeczy, jakie znałam tylko z telewizji albo z opowieści Taylor. No do​brze, może nie wszyst​kie, ale część z nich. – Nie chciałbym cię prze​stra​szyć – po​wie​dział ci​cho Con​rad. – Nie boję się – od​parłam szep​tem, cho​ciaż to nie była praw​da. Nie bałam się Conrada, ale bałam się własnych uczuć, które chwilami wydawały mi się zbyt silne. To, co do niego czułam, było głębsze od oce​anu, prze​ra​stało wszyst​ko na świe​cie. – To do​brze – po​wie​dział stłumio​nym głosem i mnie pocałował. Całował mnie długo i powoli, a chociaż całowaliśmy się już raz, nie wyobrażałam sobie, że tak to może wyglądać. Nie spieszył się, gładził dłonią nasadę moich włosów w taki sposób, w jaki zwykle dotyka się w przejściu dzwonków wietrz​nych. Całowanie się z nim, bycie z nim w taki sposób… przypominało zimną lemoniadę z długą słomką, słodką, odmierzaną łykami przyjemność, która wydawała się trwać całą wieczność. Pomyślałam, że nie chcę, żeby kie​dy​kol​wiek prze​stał mnie całować. „Mogłabym tak zo​stać na wiecz​ność”. Całowaliśmy się na kanapie przez całe godziny, a może minuty. Tej nocy nie stało się nic więcej poza pocałunkami. Con​rad do​ty​kał mnie ostrożnie, jak​bym była ozdobą cho​in​kową, którą boi się stłuc. – Wszyst​ko w porządku? – wy​szep​tał w pew​nej chwi​li.

W innej chwili położyłam mu rękę na piersi i poczułam, że jego serce bije równie szybko, co moje. Rzuciłam na niego ukradkowe spojrzenie i z jakiegoś powodu poczułam się zachwycona tym, że miał zamknięte oczy. Jego rzęsy były dłuższe od mo​ich. Zasnął pierwszy. Przypomniałam sobie, że podobno nie należy zasypiać przy palącym się ogniu, więc czekałam, aż kominek zgaśnie, i przez jakiś czas obserwowałam śpiącego Conrada. Włosy opadły mu na czoło, rzęsy opierały się na po​licz​kach. Wyglądał jak mały chłopiec. Nie przy​po​m i​nam so​bie, żeby kie​dyś wyglądał tak młodo. Kie​dy byłam pew​na, że już śpi, po​chy​liłam się nad nim i wy​szep​tałam: – Tyl​ko ty dla mnie ist​nie​j esz. Dla mnie li​czysz się tyl​ko ty. Moja matka była wściekła, kiedy rano zauważyła, że nie ma mnie w domu. Nie odebrałam dwóch połączeń od niej, po​nie​waż spałam, a kie​dy za​dzwo​niła po raz trze​ci, ode​zwałam się non​sza​lanc​ko: – Nie zna​lazłaś mo​j ej kart​ki? W tym mo​m en​cie przy​po​m niałam so​bie, że nie zo​sta​wiłam kart​ki. Mat​ka jęknęła z furią. – Nie, nie zna​lazłam żad​nej kart​ki. Nig​dy więcej nie wy​m y​kaj się w nocy, nie mówiąc mi, dokąd idziesz. – Na​wet jeśli chcę po pro​stu po​spa​ce​ro​wać o północy? – zażar​to​wałam. Potrafiłam doskonale rozbawiać matkę, umiałam opowiedzieć dowcip sprawiający, że cały jej gniew wyparowywał. Zaczęłam nucić jej ulu​bioną pio​senkę Pat​sy Cli​ne I go out wal​kin’, after mid​ni​ght, out in the mo​on​li​ght… – To nie jest za​baw​ne. Gdzie je​steś? Miałam wrażenie, że mówi to ze ściśniętym gardłem. Zawahałam się. Moja matka najbardziej na świecie nienawidziła kłamstwa, a poza tym i tak by się dowiedziała. Była lep​sza od ja​sno​wi​dza. – No, w Co​usins. Usłyszałam, że ode​tchnęła głęboko. – Z kim? Po​pa​trzyłam na Con​ra​da, który przysłuchi​wał się uważnie na​szej roz​m o​wie. Wolałabym, żeby tego nie robił. – Z Con​ra​dem – po​wie​działam, zniżając głos. Za​sko​czyła mnie re​ak​cja mat​ki, która zno​wu ode​tchnęła, ale tym ra​zem wy​czułam w tym wes​tchnie​niu ulgę. – Je​steś z Con​ra​dem? – Tak? – Co u nie​go? To było dziw​ne py​ta​nie, biorąc pod uwagę, że po​win​na być na mnie wściekła. Uśmiechnęłam się do nie​go i po​wa​chlo​wałam się, jak​by mi ulżyło. Mrugnął do mnie. – Wszyst​ko wspa​nia​le – po​wie​działam, odprężając się. – To dobrze, dobrze – powtórzyła, ale miałam wrażenie, że mówi do siebie. – Belly, chciałabym, żebyś wieczorem była w domu. Czy to ja​sne? – Tak – od​parłam z wdzięcznością. Bałam się, że zażąda, żebyśmy od razu wra​ca​li. – Po​wiedz Con​ra​do​wi, żeby ostrożnie pro​wa​dził. – Umilkła na chwilę. – I jesz​cze jed​no. Bel​ly? – Tak, Lau​rel? Za​wsze uśmie​chała się, kie​dy mówiłam do niej po imie​niu. – Baw się do​brze. To będzie twój ostat​ni przy​j em​ny dzień na bar​dzo, bar​dzo długo. – Mam szla​ban? – jęknęłam. Szlaban był czymś nowym w moim życiu, matka nigdy wcześniej mnie tak nie karała, ale nigdy wcześniej nie dawałam jej do tego po​wodów. – To na​prawdę głupie py​ta​nie. Po​nie​waż nie była już zła, nie po​tra​fiłam się po​wstrzy​m ać. – Mówiłaś mi kie​dyś, że nie ma głupich pytań. Rozłączyła się, ale wie​działam, że udało mi się wywołać jej uśmiech. Odłożyłam komórkę i spoj​rzałam na Con​ra​da. – No to co będzie​m y ro​bi​li? – Na co tyl​ko mamy ochotę. – Mam ochotę iść na plażę. I właśnie to zrobiliśmy. Ubraliśmy się ciepło i poszliśmy na plażę w kaloszach, które znaleźliśmy w schowku. Ja wzięłam kalosze Susanny, dwa numery za duże, i ślizgałam się na piasku, a dwa razy nawet klapnęłam na pupę.

Śmiałam się przez cały czas, ale nie​m al nie słyszałam swo​j e​go głosu przez za​wodzący wiatr. Kiedy wróciliśmy do domu, położyłam lodowate ręce na policzkach Conrada, a on zamiast mnie odsunąć, odezwał się łagod​nym głosem: – Ooo, ja​kie to przy​j em​ne. – To dla​te​go, że masz lo​do​wa​te ser​ce – stwier​dziłam ze śmie​chem. Włożył moje dłonie do kieszeni swojego płaszcza i powiedział tak cicho, że nie byłam pewna, czy może się nie przesłyszałam: – Może dla wszyst​kich in​nych, ale nie dla cie​bie. Nie pa​trzył na mnie i właśnie dla​te​go wie​działam, że mówił szcze​rze. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc wspięłam się tylko na palce i pocałowałam go w policzek, zimny i gładki pod mo​imi war​ga​m i. Con​rad uśmiechnął się lek​ko i cofnął o krok. – Nie jest ci zim​no? – za​py​tał odwrócony ple​ca​m i. – Tro​szeczkę – od​parłam i za​ru​m ie​niłam się. – Roz​palę zno​wu w ko​m in​ku – za​pro​po​no​wał. Kiedy rozpalał ogień, ja znalazłam w spiżarni stare pudełko gorącej czekolady, tuż obok puszki z herbatą i kawy mojej matki. Susanna przygotowywała dla nas gorącą czekoladę w deszczowe wieczory, kiedy panował chłód. Robiła ją na mleku, ale oczywiście nie mieliśmy mleka, więc użyłam wody. Kiedy siedziałam na kanapie, mieszałam w kubku i patrzyłam, jak roztapiają się malutkie pianki. Czułam, że moje serce uderza chyba milion razy na minutę. Kiedy byłam z Con​ra​dem, miałam trud​ności ze złapa​niem od​de​chu. Conrad przez cały czas był w ruchu. Darł na kawałki papier, rozgrzebywał żar, kucał przed kominkiem, przenosząc ciężar z jed​nej nogi na drugą. – Masz ochotę na ka​kao? – za​py​tałam. Po​pa​trzył na mnie. – Tak, ja​sne. Usiadł obok mnie na ka​na​pie i wypił łyk ze swo​j e​go ulu​bio​ne​go kub​ka z Simp​so​na​m i. – To sma​ku​j e… – Wspa​nia​le? – Ku​rzem. Po​pa​trzy​liśmy na sie​bie i roześmia​liśmy się. – Powinieneś wiedzieć, że przyrządzanie kakao jest moją specjalnością. Nie musisz dziękować – oznajmiłam i także upiłam łyczek. Sma​ko​wało odro​binę ku​rzem. Przyjrzał mi się i uniósł moją twarz do góry, a potem wyciągnął rękę i przetarł kciukiem mój policzek, jakby wy​cie​rał z nie​go sadzę. – Mam na twa​rzy ka​kao w prosz​ku? – za​py​tałam, czując nagły przypływ pa​ra​noi. – Nie – od​parł. – To tyl​ko jakiś bru​dek… A nie, prze​pra​szam, to pie​gi. Roześmiałam się i trzepnęłam go w ramię, a on złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Odgarnął mi włosy z oczu, a ja bałam się, że słyszy, jak wstrzy​m uję od​dech za każdym ra​zem, gdy mnie do​ty​ka. Na zewnątrz robiło się co​raz ciem​niej. – Le​piej cię już od​wiozę – po​wie​dział Con​rad. Po​pa​trzyłam na ze​ga​rek – była już piąta. – Fakt… Le​piej już jedźmy. Żadne z nas się nie ru​szyło. Con​rad wyciągnął rękę i na​winął na pal​ce ko​smyk włosów jak pa​smo wełny. – Uwiel​biam two​j e włosy za to, że są ta​kie miękkie. – Dziękuję – szepnęłam. Nigdy nie myślałam, że moje włosy są w jakiś sposób szczególne, w dodatku miały kolor brązowy, mniej niezwykły niż blond, czarny lub czerwony. Ale ten sposób, w jaki on na nie patrzył… na mnie patrzył… Jakby go fascynowały, jak​by nig​dy nie miał dość ich do​ty​ka​nia. Znowu się całowaliśmy, ale inaczej niż ostatniej nocy. W tych pocałunkach nie było niczego powolnego i leniwego. To, jak on na mnie patrzył – nagląco, pragnąc mnie i potrzebując – działało na mnie jak narkotyk. To było czyste, nie​skrępo​wa​ne pra​gnie​nie. Ale ja pragnęłam go jesz​cze bar​dziej. Kie​dy przy​ciągnęłam go bliżej i wsunęłam dłonie pod jego ko​szulę na ple​cach, Con​rad na​gle zadrżał. – Mam ta​kie zim​ne ręce? – za​py​tałam. – Nie – powiedział, a potem puścił mnie i usiadł. Miał zaczerwienioną twarz i zmierzwione włosy z tyłu głowy. – Nie chcę się spie​szyć – stwier​dził. Ja także usiadłam.

– Ale myślałam, że ty już wcześniej… – Nie wie​działam, jak skończyć to zda​nie. To było zbyt krępujące. Nig​dy o ni​czym ta​kim nie mówiłam. Con​rad po​czer​wie​niał jesz​cze bar​dziej. – No, zna​czy, ja tak – przy​znał. – Ale ty nie. – Aha. – Po​pa​trzyłam na moje skar​pet​ki i pod​niosłam głowę. – Skąd wiesz, że nie? Te​raz zro​bił się czer​wo​ny jak bu​rak. – Po pro​stu pomyślałem, że nie… – wy​krztu​sił. – Zna​czy założyłem… – Pomyślałeś, że nig​dy ni​cze​go z ni​kim nie robiłam. – No, tak. To zna​czy nie. – Nie po​wi​nie​neś robić ta​kich założeń. – Prze​pra​szam – od​parł i za​wa​hał się. – Czy​li… robiłaś? Po​pa​trzyłam na nie​go. Kie​dy otwo​rzył usta, żeby coś po​wie​dzieć, po​wstrzy​m ałam go. – Nie – oznaj​m iłam. – Na​wet nie próbowałam. Potem pochyliłam się i pocałowałam go w policzek. Czułam, że to specjalny przywilej, że mogę go całować, kiedy tyl​ko mam na to ochotę. – Jesteś naprawdę kochany – szepnęłam i byłam z całego serca wdzięczna i szczęśliwa, że mogę być w tej chwili w tym miej​scu. Jego oczy były ciem​ne i poważne. – Ja tyl​ko… – zaczął. – Chcę za​wsze wie​dzieć, że czu​j esz się do​brze. To dla mnie ważne. – Czuję się do​brze – od​parłam. – Na​wet le​piej niż do​brze. Con​rad skinął głową. – To świetnie – oznajmił i podniósł się, podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać. – W takim razie odwieźmy cię do domu. W domu byłam dopiero po północy, bo po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w barze przy autostradzie. Zamówiłam naleśniki i fryt​ki, a Con​rad zapłacił. Kiedy wróciłam, matka była znowu wściekła, ale niczego nie żałowałam. Nigdy tego nie żałowałam, nawet przez sekundę. Jak można żałować jednej z najlepszych nocy w swoim życiu? Tak się po prostu nie robi. Trzeba pamiętać każde słowo, każde spoj​rze​nie, na​wet wte​dy, gdy to wspo​m nie​nie za​czy​na boleć.

roz​dział sie​dem​na​sty

Jechaliśmy przez miasto, mijając dobrze znane miejsca: pole do minigolfa, restaurację z owocami morza, a Jeremi prowadził tak szybko, jak tylko mógł, i pogwizdywał. Chciałam, żeby zwolnił, żeby ta jazda trwała wiecznie, ale oczy​wiście to było nie​m ożliwe. Byliśmy pra​wie na miej​scu. Sięgnęłam do torby i wyciągnęłam słoiczek błyszczyku do ust. Nałożyłam trochę na wargi, a potem przeczesałam palcami włosy, które były potargane od jazdy przy otwartym oknie i wyglądały strasznie. Kątem oka widziałam, że Jeremi na mnie patrzy. Pewnie kręcił głową i myślał, że jestem okropnie głupią dziewczyną. Miałam ochotę mu powiedzieć, że wiem, że jestem głupia, niewiele lepsza od Taylor, ale nie mogę wysiąść z samochodu i spotkać się z Con​ra​dem z tak okrop​ny​m i włosa​m i. Kiedy zobaczyłam jego samochód przed willą, poczułam, że serce mi się ściska. Conrad tu był. Jeremi wyskoczył z sa​m ochodu i po​biegł do domu, prze​ska​kując po dwa stop​nie, a ja poszłam w jego ślady. To było dziwne, ale dom wciąż pachniał tak samo. Z jakichś powodów nie spodziewałam się tego. Może myślałam, że skoro nie ma już Susanny, wszystko będzie wyglądało inaczej, ale tak nie było. Niemal spodziewałam się, że zo​baczę ją w jed​nej z su​kie​nek, które nosiła tyl​ko w domu, cze​kającą na nas w kuch​ni. Conrad był na tyle bezczelny, że na nasz widok sprawiał wrażenie poirytowanego. Właśnie wrócił z surfingu, miał mokre włosy i nie zdążył jeszcze zdjąć kombinezonu. Czułam się oszołomiona – chociaż minęły dopiero dwa miesiące, miałam wrażenie, że widzę ducha – ducha mojej pierwszej miłości. Jego oczy może na sekundę spoczęły na mnie, ale po​tem zwrócił się do Je​re​m ie​go. – Co ty tu, do cho​le​ry, ro​bisz? – za​py​tał. – Przyjechałem, żeby cię zabrać z powrotem do szkoły – wyjaśnił Jeremi, a ja widziałam, że bardzo się stara, żeby to za​brzmiało lek​ko i swo​bod​nie. – Na​prawdę na​wa​liłeś, sta​ry. Tata całkiem świ​ru​j e. Con​rad machnął ręką. – Po​wiedz mu, żeby się chrza​nił. Ja tu zo​staję. – Con, nie było cię na dwóch zajęciach, a w poniedziałek masz egzaminy. Nie możesz ich olać, bo wywalą cię z let​niej szkoły. – To mój pro​blem. I skąd ona się tu wzięła? Nie pa​trzył na mnie, kie​dy to mówił, a ja się czułam tak, jak​by dźgnął mnie szty​le​tem w pierś. Zaczęłam się wy​co​fy​wać w stronę szkla​nych prze​su​wa​nych drzwi. Trud​no mi było od​dy​chać. – Przywiozłem ją, żeby mi pomogła – oznajmił Jeremi, spojrzał na mnie i odetchnął głęboko. – Słuchaj, przy​wieźliśmy ci książki i no​tat​ki. Możesz się uczyć dzi​siaj i ju​tro, a po​tem wrócimy do col​le​ge’u. – Chrza​nić, nie ob​cho​dzi mnie to. Conrad podszedł do kanapy i zdjął górną część kombinezonu. Na ramionach miał już widoczną opaleniznę. Usiadł na ka​na​pie, cho​ciaż ciągle jesz​cze był mo​kry. – Z czym ty masz pro​blem? – za​py​tał Je​re​m i, z tru​dem za​cho​wując spokój w głosie. – W tym momencie mam problem z tobą i z nią, i z tym, że jesteście tutaj. – Po raz pierwszy, od kiedy przy​j e​cha​liśmy, Con​rad po​pa​trzył mi w oczy. – Dla​cze​go chcesz mi po​m a​gać? Po co tu w ogóle przy​j e​chałaś? Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mogłam wykrztusić ani słowa. Tak jak zawsze był w stanie zniszczyć mnie jed​nym spoj​rze​niem, jed​nym słowem. Cier​pli​wie cze​kał, aż od​po​wiem, ale kie​dy mil​czałam, zro​bił to za mnie. – Wydawało mi się, że nie chcesz mnie nigdy więcej widzieć. Nienawidzisz mnie, pamiętasz? – Mówił sar​ka​stycz​nym i lek​ce​ważącym to​nem.

– Nie nie​na​widzę cię – po​wie​działam i uciekłam. Otwo​rzyłam prze​su​wa​ne drzwi i wyszłam na we​randę, za​m knęłam drzwi za sobą, a po​tem zbiegłam po scho​dach na plażę. Musiałam znaleźć się na plaży, tam zawsze czułam się lepiej. Nic nie było przyjemniejsze od piasku, jednocześnie twar​de​go i po​ru​szającego się pod sto​pa​m i, stałego i wiecz​nie zmien​ne​go. To było ucie​leśnie​nie lata. Usiadłam na piasku i patrzyłam na fale dobijające się do brzegu i rozlewające się jak biały lukier na cieście. Przyjazd tutaj był błędem. Nic, co mogłam powiedzieć lub zrobić, nie było w stanie wymazać przeszłości. Przy​po​m niałam so​bie, z jaką po​gardą Con​rad po​wie​dział „ona”. Nie użył na​wet mo​j e​go imie​nia. Po ja​kimś cza​sie wróciłam do domu. Je​re​m i był w kuch​ni sam, a Con​rad gdzieś zniknął. – No cóż, nieźle nam poszło – po​wie​dział Je​re​m i. – Nie po​win​nam była tu przy​j eżdżać. Zi​gno​ro​wał mnie. – Dzie​sięć do jed​ne​go, że ma w tej lodówce tyl​ko piwo – oznaj​m ił. – Założysz się? Próbował mnie roz​ba​wić, ale nie uśmiechnęłam się, nie byłam w sta​nie. – Tyl​ko idio​ta by się o to zakładał. Przy​gryzłam wargę. Na​prawdę, ale to na​prawdę nie chciałam się rozpłakać. – Nie przej​m uj się nim – po​wie​dział Je​re​m i. Pociągnął mnie za koński ogon i owinął go so​bie wokół nad​garst​ka jak węża. – Nic na to nie poradzę. – Pamiętałam, jak na mnie patrzył, jakbym nie znaczyła dla niego nic, albo nawet mniej niż nic. – Conrad jest idiotą. Nie myśli naprawdę tego, co mówi. – Jeremi szturchnął mnie łokciem. – Żałujesz, że tu przy​j e​chałaś? – Tak. Uśmiechnął się do mnie krzy​wo. – Wi​dzisz, a ja nie. Cieszę się, że przy​j e​chałaś i że nie muszę ra​dzić sam so​bie z tym idiotą. Ponieważ on się starał, ja także musiałam się postarać. Otworzyłam lodówkę gestem dziewczyny z programu „Do​bra cena”, jed​nej z tych ubra​nych w suk​nie wie​czo​ro​we i szpil​ki ozdo​bio​ne bry​lan​ci​ka​m i. – Tadam! – oznajmiłam. Jeremi miał rację, w środku były tylko dwa sześciopaki piwa Icehouse. Susanna chyba by ze​m dlała, gdy​by zo​ba​czyła, do cze​go używa się jej ogrom​nej lodówki. – No to co ro​bi​m y? – za​py​tałam. Je​re​m i wyj​rzał przez okno na plażę. – Chyba musimy tu zostać na noc. Popracuję nad nim, pojedzie z nami. Potrzebuję tylko trochę czasu. – Za​sta​no​wił się. – Mam taki po​m ysł. Po​j e​dziesz i ku​pisz coś na ko​lację, a ja zo​stanę tu​taj i po​ga​dam z Co​nem. Wiedziałam, że Jeremi stara się mnie pozbyć, i byłam mu za to wdzięczna. Musiałam wydostać się z tego domu, zna​leźć da​lej od Con​ra​da. – To co, kupić za​pie​kan​ki z małżami? – za​py​tałam. Je​re​m i skinął głową i wi​działam, że wyraźnie mu ulżyło. – Do​bry po​m ysł. Kup, na co masz ochotę. Zaczął wyciągać port​fel, ale go po​wstrzy​m ałam. – Nie trze​ba. Potrząsnął głową. – Nie chcę, żebyś musiała wydawać własne pieniądze – powiedział i podał mi dwie pogniecione dwu​dzie​sto​do​larówki oraz klu​czy​ki do sa​m o​cho​du. – I tak przy​j e​chałaś taki kawał, żeby mi pomóc. – Sama tego chciałam. – Po​nie​waż masz do​bre ser​ce i chciałaś pomóc Con​ra​do​wi – do​po​wie​dział. – Chciałam pomóc także to​bie – stwier​dziłam. – I da​lej chcę. Nie po​wi​nie​neś sam z tym wszyst​kim so​bie ra​dzić. Przez chwilę przy​po​m i​nał bar​dziej swo​j e​go ojca niż sie​bie. – A kto miałby się tym zająć? Ale zaraz uśmiechnął się do mnie i stał się z powrotem Jeremim, chłopcem Susanny, pełnym słońca i uśmiechu. Jej małym aniołkiem. Uczyłam się pro​wa​dzić w sa​m o​cho​dzie Je​re​m ie​go, więc do​brze było zno​wu usiąść za kie​row​nicą. Zamiast włączać klimatyzację, otworzyłam okna i wpuściłam do środka słonawe powietrze. Wolno podjechałam do mia​sta, a po​tem za​par​ko​wałam przy sta​rym koście​le bap​tystów. Po mieście biegały dzieciaki w szortach i kostiumach kąpielowych, widziałam także rodziców w ubraniach khaki oraz golden retrievery spuszczone ze smyczy. Dla większości był to chyba pierwszy weekend po zakończeniu szkoły – takie przynajmniej odnosiło się wrażenie. Uśmiechnęłam się, kiedy zobaczyłam małego chłopca biegnącego za dwoma

star​szy​m i dziew​czyn​ka​m i, za​pew​ne jego sio​stra​m i. – Po​cze​kaj​cie! – wołał, kla​piąc klap​ka​m i o chod​nik, ale one tyl​ko przy​spie​szyły kro​ku, nie oglądając się. Najpierw zajrzałam do supermarketu. Dawniej spędzałam tam całe godziny, zastanawiając się nad cukierkami na wagę. Każdy wybór wydawał się wtedy śmiertelnie poważny. Chłopcy wybierali cukierki byle jak – garść tego, trochę tamtego, ale ja byłam bardzo staranna: dziesięć dużych żelkowych rybek, pięć trufli i średnia porcja gruszkowych żelków. Przez pamięć dawnych czasów napełniłam torbę, wybierając orzeszki w czekoladzie dla Jeremiego, batoniki z masłem orzechowym dla Conrada i – chociaż go z nami nie było – cytrynowe dropsy dla Stevena. Robiłam to na pamiątkę Cousins z naszego dzieciństwa, kiedy wybór cukierków na wagę był najważniejszą i najlepszą częścią każdego dnia. Stałam w ko​lej​ce do kasy, kie​dy usłyszałam, że ktoś woła mnie po imie​niu. Odwróciłam się – to była Maureen O’Riley, właścicielka eleganckiego sklepu z kapeluszami. Była starsza od moich rodziców, miała prawie sześćdziesiąt lat, ale przyjaźniła się z moją matką i Susanną. Bardzo poważnie podchodziła do swo​ich ka​pe​lu​szy. Uści​skałyśmy się – pach​niała tak jak za​wsze płynem do czysz​cze​nia drew​na. – Co słychać u two​j ej mat​ki? A jak Su​san​na? – za​py​tała mnie. – U mo​j ej mat​ki wszyst​ko w porządku. – Prze​sunęłam się w ko​lej​ce, da​lej od Mau​re​en. Stanęła bliżej. – A Su​san​na? Odchrząknęłam. – Miała nawrót raka i umarła. Opa​lo​na twarz Mau​re​en zmarsz​czyła się gwałtow​nie. – Nic nie wie​działam. Strasz​nie przy​kro mi to słyszeć. Bar​dzo ją lubiłam. Kie​dy to się stało? – Na początku maja – od​parłam. Za chwilę miałam po​dejść do kasy, zapłacić, a po​tem wyjść i zakończyć tę roz​m owę. Kiedy złapała mnie za rękę, moim pierwszym odruchem było się jej wyrwać, chociaż zawsze lubiłam Maureen. Po prostu nie chciałam stać w supermarkecie i rozmawiać o śmierci, jakby to była najnowsza plotka. Chodziło przecież o Su​sannę. Chy​ba to wy​czuła, bo wypuściła moją rękę. – Szkoda, że nie dowiedziałam się w porę – powiedziała. – Proszę, przekaż moje kondolencje chłopcom i twojej matce. I jeszcze jedno, Belly, wpadaj czasem do mojego sklepu. Powinnyśmy ci zrobić kapelusz. Wydaje mi się, że naj​wyższy czas, żebyś miała ka​pe​lusz z ład​nym obrębie​niem. – Nig​dy nie nosiłam ka​pe​lu​sza – za​uważyłam, szu​kając port​fe​la. – Najwyższy czas – powtórzyła Maureen. – Potrzebujesz czegoś, co będzie podkreślać twoją urodę. Wpadnij, to się tym zaj​m ie​m y. W ra​m ach pre​zen​tu. Później szłam powoli przez miasto, zatrzymując się w księgarni i przy sklepie ze sprzętem do surfingu. Spacerowałam bez celu, zanurzając chwilami rękę w torbie z cukierkami. Nie chciałam znowu wpaść na kogoś znajomego, ale nie spieszyło mi się z powrotem do domu. Było jasne, że Conrad nie życzy sobie mojej obecności. Czy tylko pogarszałam w ten sposób sprawy? To, jak na mnie patrzył… to było trudniejsze do zniesienia, niż przy​pusz​czałam – spo​tka​nie z Con​radem, prze​by​wa​nie w tym domu. Mi​lion razy trud​niej​sze. Kiedy wróciłam do domu z zapiekankami w zatłuszczonej papierowej torbie, Jeremi i Conrad pili piwo na we​ran​dzie z tyłu domu. Słońce się zniżało nad ho​ry​zon​tem i wie​działam, że zachód będzie prześlicz​ny. Rzu​ciłam klu​czy​ki i torbę na stół, a sama klapnęłam na leżak. – Daj​cie mi też piwo – po​wie​działam. Nie chodzi o to, żeby mi szczególnie smakowało, bo wcale tak nie było. Chciałam po prostu stać się jedną z nich, ponieważ to, jak pili piwo, w jakiś sposób odrobinę ich do siebie zbliżało. Tak jak dawniej chciałam tylko, żeby zwrócili na mnie uwagę. Spodziewałam się, że Conrad spiorunuje mnie wzrokiem i oznajmi, że nie, nie da mi żadnego piwa. Zaskoczyło mnie, że po​czułam się roz​cza​ro​wa​na, kie​dy tego nie zro​bił. Je​re​m i sięgnął do lodówki i rzu​cił mi puszkę piwa. Mrugnął do mnie. – A od kie​dy to Bel​ly But​ton pije al​ko​hol? – za​py​tał. – Mam pra​wie sie​dem​naście lat – przy​po​m niałam mu. – Nie wy​da​j e ci się, że je​stem za sta​ra na ta​kie przy​dom​ki? – Wiem, ile masz lat – po​wie​dział Je​re​m i. Conrad sięgnął do papierowej torby, wyciągnął zapiekankę i ugryzł ją tak zachłannie, że zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle dzi​siaj coś jadł.

– Nie ma za co – po​wie​działam do nie​go, bo nie mogłam się po​wstrzy​m ać. Od kie​dy wróciłam, na​wet nie spoj​rzał w moją stronę, więc chciałam go zmu​sić, żeby za​uważył moje ist​nie​nie. Mruknął jakieś podziękowanie, a Jeremi rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie mówiące: „Nie wkurzaj go, skoro w końcu za​czy​na nam iść do​brze”. Komórka Je​re​m ie​go za​wi​bro​wała na sto​le, ale nie wstał, żeby ode​brać. – Nie za​m ie​rzam się ru​szać z tego domu. Po​wiedz mu to – oznaj​m ił Con​rad. Gwałtow​nie pod​niosłam głowę. Co miało znaczyć, że nie zamierza się stąd ruszać? Chciał tu zostać na zawsze? Przyglądałam się uważnie Con​ra​do​wi, ale jego twarz jak zwy​kle miała nie​prze​nik​nio​ny wy​raz. Jeremi wstał, podniósł komórkę i wszedł do domu, zamykając za sobą przesuwane drzwi. Po raz pierwszy Conrad i ja zostaliśmy sami. Atmosfera między nami nadal była gęsta, a ja zastanawiałam się, czy jest mu przykro z powodu tego, co powiedział wcześniej. Zastanawiałam się także, czy powinnam coś powiedzieć, spróbować naprawić nasze re​la​cje. Ale co miałabym mówić? Nie byłam pew​na, czy w ogóle ist​nie​j e co​kol​wiek, co mogłabym po​wie​dzieć. Dlatego nie podjęłam żadnej próby, pozwoliłam, żeby ta chwila minęła, westchnęłam tylko i oparłam się wygodniej na leżaku. Niebo miało kolor różowozłocisty i czułam, że nie istnieje nic piękniejszego niż ten widok, ten właśnie zachód słońca jest dziesięć razy piękniejszy niż cokolwiek na świecie. Czułam, jak napięcie całego dnia odpływa i znika nad morzem. Chciałam zapamiętać to wszystko na wypadek, gdybym miała tu już nie wrócić. Nigdy nie wia​do​m o, kie​dy po raz ostat​ni wi​dzi się ja​kieś miej​sce albo osobę.

roz​dział osiem​na​sty

Przez jakiś czas siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję. Jeremi nie próbował więcej rozmawiać z Conradem i nikt nie wspo​m i​nał o col​le​ge’u ani o panu Fi​she​rze. Za​sta​na​wiałam się, czy Je​re​m i cze​ka, aż zo​sta​nie z bra​tem sam na sam. Udałam, że zie​wam, i po​wie​działam w prze​strzeń: – Je​stem okrop​nie zmęczo​na. W tym momencie uświadomiłam sobie, że to prawda. Czułam się okropnie zmęczona, miałam wrażenie, że ten dzień był koszmarnie ciężki. Chociaż podróżowałam tylko jako pasażerka, było zupełnie tak, jakby ktoś wyssał ze mnie całą ener​gię. – Idę spać – oznaj​m iłam i zno​wu ziewnęłam, tym ra​zem na​prawdę. – Do​bra​noc – po​wie​dział Je​re​m i, a Con​rad się nie ode​zwał. Kiedy tylko znalazłam się w swoim pokoju, otworzyłam przywiezioną torbę z rzeczami i przeraziłam się tym, co znalazłam w środku. Było tam nowiutkie bikini w kratkę należące do Taylor, jej bezcenne sandałki na koturnach, sukienka na ramiączkach, szorty, które jej tata nazywał „dżinsowymi majtkami”, kilka jedwabnych topów, a zamiast rozciągniętego T-shirta, w którym zamierzałam spać – różowa piżamka w małe czerwone serduszka składająca się z króciutkich szortów i równie kusej koszulki. Miałam ochotę zabić Taylor. Byłam pewna, że dołożyła tylko rzeczy do tego, co miałam za​pa​ko​wa​ne, a nie je wy​m ie​niła. Z mo​ich rze​czy zo​stała tyl​ko bie​li​zna. Sama myśl o tym, że miałabym chodzić po domu w tej piżamie, ryzykując, że ktoś mnie zobaczy, kiedy rano pójdę umyć zęby, sprawiała, że miałam ochotę jej przyłożyć. Z całej siły. Wiedziałam, że Taylor chciała dobrze i uważała, że oddaje mi przysługę. Pożyczenie na jeden dzień sandałków na koturnach było z jej strony naprawdę altruistycznym ge​stem, ale i tak byłam na nią wściekła. To zupełnie jak wtedy z Corym: Taylor robiła to, co uznała za stosowne i nie obchodziło jej, co ja o tym myślę. Nig​dy nie ob​cho​dziło jej, co ja myślę, cho​ciaż trze​ba przy​znać, że to nie była tyl​ko jej wina – ja na to po​zwa​lałam. Umyłam zęby, założyłam piżamę Taylor, położyłam się do łóżka i zaczęłam się zastanawiać, czy poczytać przed snem – jedną z tych starych książek, które miałam na półce. Ktoś zastukał do drzwi, więc podciągnęłam kołdrę pod brodę. – Proszę – zawołałam. To był Je​re​m i. Za​m knął drzwi za sobą i usiadł na dru​gim końcu łóżka. – Cześć – szepnął. Prze​stałam tak kur​czo​wo ści​skać kołdrę. To był tyl​ko Je​re​m i. – Cześć. Co słychać? Udało ci się z nim po​ga​dać? – Jeszcze nie. Dzisiaj wieczorem spróbuję go trochę zmiękczyć i zaatakuję jutro. Staram się na razie położyć fun​da​m en​ty, za​siać ziar​no. – Po​pa​trzył na mnie po​ro​zu​m ie​waw​czo. – Wiesz, jaki on jest. Wie​działam. – Okej, to chy​ba do​bry po​m ysł. Wyciągnął rękę, żeby przy​bić piątkę. – Nie martw się, po​ra​dzi​m y so​bie. Przy​biłam piątkę. – Po​ra​dzi​m y so​bie – powtórzyłam. Słyszałam powątpie​wa​nie we własnym głosie, ale Je​re​m i tyl​ko się uśmiechnął, jak​by spra​wa była już przesądzo​na.

roz​dział dzie​więtna​sty Je​re​m i

Kiedy Belly poszła się położyć, wiedziałem, że chciała, żebym został i pogadał z Conradem o powrocie do college’u. Wiedziałem to, ponieważ w dzieciństwie ćwiczyliśmy na sobie telepatię i Belly była przekonana, że mogę czytać w jej myślach, a ona może czy​tać w mo​ich. Tak na​prawdę to tyl​ko ja umiałem od​czy​ty​wać jej za​cho​wa​nia. Kiedy miała zamiar skłamać, odrobinę przymrużała lewe oko, a jeśli się denerwowała, wciągała policzki, zanim coś po​wie​działa. Od za​wsze bar​dzo łatwo było ją roz​szy​fro​wać. Po​pa​trzyłem na Con​ra​da. – Masz ochotę wstać wcześniej i iść trochę po​sur​fo​wać? – za​pro​po​no​wałem. – Ja​sne – od​po​wie​dział. Jutro zamierzałem porozmawiać z nim o college’u i o tym, dlaczego jest tak ważne, żeby tam wrócił. Wszystko się jakoś ułoży. Jeszcze przez jakiś czas oglądaliśmy telewizję, a kiedy Conrad zasnął na kanapie, poszedłem na górę do swojego pokoju. Na końcu korytarza w pokoju Belly dalej paliło się światło, więc podszedłem tam i lekko zastukałem. Czułem się jak idiota, stojąc pod jej drzwiami i pukając – kiedy byliśmy dziećmi, po prostu wchodziliśmy do swoich pokojów bez na​m ysłu. Żałowałem, że życie nie jest już ta​kie pro​ste. – Proszę – po​wie​działa. Wszedłem do środka i usiadłem na brzegu łóżka, chociaż omal nie wycofałem się od razu, kiedy zobaczyłem, że jest już w piżamie. Pomyślałem, że widziałem ją w piżamie milion razy, więc czym tu się przejmować. Ale dawniej nosiła rozciągnięte T-shirty, tak jak my wszyscy, a teraz miała na sobie skąpy różowy top na cienkich ramiączkach. Za​sta​na​wiałem się, czy wy​god​nie się w czymś ta​kim śpi.

roz​dział dwu​dzie​sty 4 lip​ca

Kiedy obudziłam się następnego dnia, nie wstałam od razu z łóżka. Leżałam tylko i udawałam, że to ranek jak każdy inny w let​niej wil​li. Moja pościel pach​niała tak samo, mój plu​szo​wy miś Ju​nior Mint nadal sie​dział na ko​m o​dzie. Było tak jak za​wsze. Susanna i moja matka poszły na spacer po plaży, a chłopcy wyjedli wszystkie muffiny z borówkami, zostawiając dla mnie tylko musli mojej matki, odrobinę mleka i ani kropli soku. Dawniej bywałam o to wściekła, ale teraz uśmiechnęłam się do tego wspo​m nie​nia. Jed​nak wie​działam, że tyl​ko udaję. Nie było tu mo​j ej mat​ki, bra​ta ani Su​san​ny. Chociaż poprzedniego wieczoru położyłam się wcześnie, wstałam wyjątkowo późno. Dochodziła jedenasta, co ozna​czało, że spałam dwa​naście go​dzin. Od ty​go​dni nie spałam tak do​brze. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz – widok z okna mojej sypialni w letniej willi zawsze sprawiał, że czułam się lepiej. Żałowałam, że wszystkie okna nie mogą wychodzić na ocean, na całe kilometry plaży i morza i niczego poza tym. Jeremi i Conrad, ubrani w kombinezony, kołysali się na deskach surfingowych. To był tak znajomy widok, że nagle poczułam przypływ nadziei. Może Jeremi miał rację, że Conrad mimo wszystko z nami wróci. A wtedy ja wrócę do domu, daleko od niego i od wszystkiego, o czym mi przypominał. Będę się opalać nad basenem koleżanki, chodzić do fast fooodów z Taylor, i w ten sposób szybko minie całe lato. Zapomnę o tym, jak było daw​niej. Tym ra​zem na​prawdę byłam tu po raz ostat​ni. Zanim zajęłam się czymkolwiek innym, zadzwoniłam do Taylor i opowiedziałam jej o tym, że jesteśmy w Cousins, mu​si​m y prze​ko​nać tyl​ko Con​ra​da do po​wro​tu do col​le​ge’u i ukończe​nia let​nich kursów. – Bel​ly, czy ty wiesz, co ty wy​pra​wiasz? – za​py​tała od razu Tay​lor. – O co ci cho​dzi? – Do​brze wiesz, o co mi cho​dzi. Cała ta sy​tu​acja jest porąbana. Po​win​naś być w domu, gdzie two​j e miej​sce. Westchnęłam. Nie potrafiłabym powiedzieć, ile razy prosiłam ją, żeby nie używała takiego słownictwa. Myślę, że robiła to spe​cjal​nie, po​nie​waż wie​działa, że mi to prze​szka​dza. – Co cię obchodzi, czy Conrad wyleci ze studiów? – naciskała. – Jeśli chce sobie spieprzyć życie, to wyłącznie jego spra​wa. Zniżyłam głos, cho​ciaż wie​działam, że nikt mnie nie słyszy. – Jest mu te​raz na​prawdę ciężko. Po​trze​bu​j e nas. – Potrzebuje swojego brata, który, tak przy okazji, jest znacznie od niego fajniejszy. Conrad nie potrzebuje ciebie. Zdra​dzał cię, nie pamiętasz? Te​raz zaczęłam mówić szep​tem. – Nie zdradzał mnie, wiesz o tym doskonale. Zerwaliśmy już wtedy ze sobą, a w sumie nigdy naprawdę nie byliśmy parą. – To ostat​nie zda​nie trud​no mi było po​wie​dzieć. – A praw​da… Nie zdra​dzał cię, rzu​cił cię na szkol​nym balu. Cóż za wspa​niały fa​cet. Ostat​nia cio​ta. Zi​gno​ro​wałam to. – Możesz mnie kryć, gdy​by za​dzwo​niła moja mama?

Tay​lor pociągnęła no​sem. – Też coś. Wiesz, że je​stem lo​j alną przy​j a​ciółką. – Dzięki. A, i jesz​cze chciałam ci po​dziękować z całego ser​ca, że za​brałaś wszyst​kie moje ubra​nia. – Nie ma za co – od​parła za​do​wo​lo​na z sie​bie. – Bel​ly? – Tak? – Nie za​po​m i​naj, po co tam po​j e​chałaś. – Wiesz, Je​re​m i pra​cu​j e nad nim… – Nie o tym mówię, tylko o twojej misji! Masz sprawić, żeby Conrad chciał cię znowu, a potem masz go odtrącić. Bru​tal​nie. Cieszyłam się, że rozmawiamy przez telefon i Taylor nie może zobaczyć, jak przewracam oczami. Jednak wiedziałam, że ma trochę racji. Taylor nigdy nie została zraniona przez chłopaka, ponieważ to ona decydowała o swoich związkach i ona w nich rządziła. Chłopcom zależało na niej, a nie na odwrót. Zawsze cytowała tę kwestię z Pret​ty Wo​m an o by​ciu pro​sty​tutką: „Ja mówię kto, ja mówię kie​dy, ja mówię kto”. Nie chodzi o to, że ten pomysł nie wydawał mi się kuszący, ale po prostu wiedziałam, że to nie może się udać. Sprawienie, żeby Conrad chociaż przelotnie się mną zainteresował, było niemal niemożliwe już za pierwszym razem, a za dru​gim nie miało szans za​działać. Kiedy skończyłam rozmawiać z Taylor, zadzwoniłam do matki. Powiedziałam, że zostanę u Taylor jeszcze na jedną noc, po​nie​waż jest zbyt wytrącona z równo​wa​gi, żebym mogła ją zo​sta​wić samą. Mat​ka się nie sprze​ci​wiała. – Jesteś dobrą przyjaciółką – powiedziała i z ulgą w głosie poprosiła, żebym przekazała rodzicom Taylor po​zdro​wie​nia od niej. Nie próbowała zarzucać mi kłamstwa. Słyszałam wyraźnie, że tak naprawdę chciała tylko, żeby zostawić ją samą z jej żałobą. Później wzięłam prysznic i założyłam ubranie, które wybrała dla mnie Taylor: jej słynne szorty i białą bluzeczkę w haftowane kwiaty. Zeszłam na dół z mokrymi włosami, obciągając szorty. Chłopcy wrócili do domu i jedli wielkie, słodkie cynamonowe muffiny, które Susanna zwykle kupowała, wstając wcześnie rano, żeby zdążyć przed śnia​da​niem. – Patrz, co zdo​byłem. – Je​re​m i pod​sunął mi białą pa​pie​rową torbę. Wzięłam ją od nie​go i we​pchnęłam do ust połówkę muf​fi​na, który był jesz​cze ciepły. – Py​cha – po​wie​działam z pełnymi usta​m i. – No to… co słychać? Je​re​m i po​pa​trzył z na​dzieją na bra​ta. – Con? – Powinniście niedługo jechać, jeśli nie chcecie wpaść w korki z powodu czwartego lipca – oznajmił Conrad, a ja po​czułam, że mi się kra​j e ser​ce, kie​dy zo​ba​czyłam twarz Je​re​m ie​go. – Nie wy​j e​dzie​m y bez cie​bie – po​wie​dział Je​re​m i. Con​rad ode​tchnął głęboko. – Słuchaj, Je​re​m i, do​ce​niam, że tu przy​j e​chałeś, ale jak wi​dzisz, czuję się świet​nie. Nad wszyst​kim pa​nuję. – Jasne, właśnie widzę. Con, jeśli nie wrócisz na poniedziałkowe egzaminy, wylecisz ze studiów. Musiałeś iść na te let​nie kur​sy tyl​ko z po​wo​du nie​obec​ności w po​przed​nim se​m e​strze. Jeśli nie wrócisz, to co się sta​nie? – Nie przej​m uj się, coś wymyślę. – Po​wta​rzasz mi to, ale wiesz, sta​ry… nie wymyśliłeś ab​so​lut​nie nic. Do tej pory tyl​ko ucie​kałeś. Conrad popatrzył na brata z taką wściekłością, że wiedziałam, że Jeremi trafił w dziesiątkę. Stary system wartości Con​rada nadal był w nim, tyle że po​grze​ba​ny głęboko pod gnie​wem. Daw​ny Con​rad nig​dy się nie pod​da​wał. Wie​działam, że te​raz ja po​win​nam coś po​wie​dzieć. Ode​tchnęłam głęboko. – Jak chcesz zo​stać le​ka​rzem bez ukończe​nia col​le​ge’u? Prawie się zachłysnął i zagapił na mnie, ale wyzywająco odwzajemniłam spojrzenie. Owszem, powiedziałam to. Po​wie​działabym wszyst​ko, co ko​niecz​ne, na​wet gdy​by miało go to zra​nić. To było coś, czego się nauczyłam, obserwując Conrada praktycznie podczas każdej gry lub zabawy. Przy pierwszej oznace słabości szybko atakujesz z całej siły, uderzasz, wykorzystując każdą dostępną broń, i nie odpuszczasz. Żadnej litości. – Nig​dy nie mówiłem, że za​m ie​rzam być le​ka​rzem – warknął. – Nie masz pojęcia, o czym mówisz. – No to po​wiedz nam – za​pro​po​no​wałam, cho​ciaż ser​ce biło mi nie​sa​m o​wi​cie szyb​ko. Nikt się nie od​zy​wał i przez jakąś mi​nutę myślałam, że może na​prawdę nam coś po​wie. W końcu Con​rad pod​niósł się z krzesła. – Nie ma o czym mówić. Wracam na plażę. Dzięki za muffiny. – Popatrzył na mnie. – Masz cukier na twarzy. –

I zupełnie jak​by wszyst​ko było w porządku, otwo​rzył prze​su​wa​ne drzwi na we​randę. Kie​dy zniknął, Je​re​m i wrzasnął. – Cho​le​ra! – Myślałam, że miałeś nad nim pra​co​wać! To za​brzmiało bar​dziej oskarżyciel​sko, niż chciałam. – Nie można go za moc​no na​ci​skać, bo tyl​ko za​m knie się w so​bie. – Je​re​m i zgniótł pa​pie​rową torbę. – I tak już się w so​bie za​m knął. Popatrzyłam na Jeremiego, który wyglądał na tak nieszczęśliwego, że poczułam się winna, że się na nim wyłado​wuję. Do​tknęłam jego ra​m ie​nia. – Nie martw się. Mamy jesz​cze czas. Jest do​pie​ro so​bo​ta, praw​da? – Praw​da – od​parł, ale bez prze​ko​na​nia. Nie rozmawialiśmy więcej. Tak jak zawsze to Conrad narzucał nastrój wszystkim w domu, dyktował im, jak się będą czu​li. Nic nie będzie w porządku, dopóki on nie po​czu​j e się le​piej.

roz​dział dwu​dzie​sty pierw​szy

Tego dnia po raz pierwszy uświadomiłam to sobie, kiedy poszłam do łazienki, żeby umyć twarz z cukru. Ręczniki nie były powieszone, więc otworzyłam szafkę z bielizną i na półce pod ręcznikami plażowymi leżał kapelusz Susanny z ogrom​nym ron​dem. Ten, który zakładała, kie​dy szła na plażę. Bar​dzo dbała o swoją skórę. Dbała. Świadome powstrzymywanie się od myślenia o Susannie było łatwiejsze. Wtedy nie miało się wrażenia, że naprawdę jej nie ma, wydawało się, że po prostu jest gdzie indziej. Robiłam to od jej śmierci – nie myślałam o niej, ale w domu to było prostsze. Tutaj, w letniej willi, wszystko przypominało Susannę. Wyjęłam jej kapelusz, trzymałam go przez chwilę, a potem odłożyłam na miejsce. Zamknęłam drzwi szafki i poczułam taki ból w piersiach, że ledwie od​dy​chałam. To było zbyt trud​ne. Prze​by​wa​nie w tym domu było zbyt trud​ne. Wbiegłam po schodach tak szybko, jak mogłam. Zdjęłam naszyjnik Conrada i ubranie, a potem założyłam bikini Taylor. Nie obchodziło mnie, jak idiotycznie w nim wyglądam, chciałam po prostu znaleźć się w wodzie. Chciałam znaleźć się w miejscu, gdzie nie będę musiała o niczym myśleć, gdzie nic więcej nie istnieje. Będę pływać, unosić się na wo​dzie, od​dy​chać i po pro​stu trwać. Mój stary ręcznik był w szafie na pościel, tak jak zawsze. Zarzuciłam go na ramiona jak koc i wyszłam na zewnątrz. Je​re​m i jadł ka​napkę z jaj​kiem i po​pi​j ał mle​kiem z kar​to​nu. – Cześć – po​wie​dział. – Cześć. Idę popływać. – Nie zapytałam, gdzie jest Conrad i nie zaproponowałam Jeremiemu, żeby się przyłączył, bo po​trze​bo​wałam chwi​li tyl​ko dla sie​bie. Otworzyłam przesuwane drzwi i zaraz zamknęłam je za sobą. Rzuciłam ręcznik na leżak i zanurkowałam w basenie. Nie wypłynęłam od razu, żeby na​brać po​wie​trza, zo​stałam na dnie, wstrzy​m ując od​dech. Kiedy wypłynęłam, poczułam, że mogę znowu oddychać, a moje mięśnie się odprężają. Pływałam tam i z powrotem. Tutaj nic więcej nie istniało, nie musiałam myśleć. Za każdym razem, gdy nurkowałam, wstrzy​m y​wałam od​dech na tak długo, jak mogłam. Pod wodą usłyszałam, że Jeremi woła mnie po imieniu, więc niechętnie wypłynęłam na powierzchnię. Kucał na brze​gu ba​se​nu. – Wy​chodzę na trochę. Może wpadnę na pizzę do Nel​lo – po​wie​dział, wstając. Od​garnęłam włosy z oczu. – Prze​cież nie​daw​no zjadłeś ka​napkę, a wcześniej kil​ka muf​finów. – Je​stem do​ra​stającym chłopa​kiem, a poza tym to było półto​rej go​dzi​ny temu. Półto​rej go​dzi​ny temu? Czyżbym pływała tak długo? Miałam wrażenie, że upłynęło do​pie​ro kil​ka mi​nut. – Aha – po​wie​działam i obej​rzałam swo​j e pal​ce. Były całkiem po​m arsz​czo​ne od wody. – Nie prze​szka​dzaj so​bie. Je​re​m i za​sa​lu​to​wał żar​to​bli​wie. – Na razie – odparłam i odepchnęłam się od brzegu basenu, a potem przepłynęłam na drugi koniec tak szybko, jak mogłam, i zro​biłam pra​widłowy nawrót na wy​pa​dek, gdy​by jesz​cze na mnie pa​trzył. Za​wsze po​dzi​wiał moje na​wro​ty. Pływałam w basenie jeszcze przez godzinę. Kiedy wynurzyłam się, żeby zaczerpnąć powietrza po ostatnim na​wro​cie, zo​ba​czyłam, że Con​rad sie​dzi na leżaku, na którym zo​sta​wiłam ręcznik. Bez słowa mi go podał. Wyszłam z basenu i nagle zaczęłam się trząść. Wzięłam od niego ręcznik i owinęłam się nim. Conrad nie patrzył na mnie. – Da​lej so​bie wy​obrażasz, że bie​rzesz udział w olim​pia​dzie? – za​py​tał.

Spoj​rzałam na nie​go za​sko​czo​na, a po​tem potrząsnęłam głową i usiadłam obok nie​go. – Nie – od​parłam. To słowo za​wisło między nami w po​wie​trzu. Przy​ciągnęłam ko​la​na do pier​si. – Już nie. – Kiedy pływasz… – zaczął i myślałam, że nie powie nic więcej, ale jednak mówił dalej. – Nie zauważyłabyś nawet, gdyby dom się zaczął palić. Tak bardzo koncentrujesz się na tym, co robisz, jakbyś była w jakimś zupełnie innym miej​scu. Mówił to z niechętnym szacunkiem, zupełnie jakby obserwował mnie przez dłuższy czas, może od lat. Co, jak przy​pusz​czam, nie było wy​klu​czo​ne. Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale Conrad już wstał i skierował się do domu. Kiedy zamykał za sobą prze​su​wa​ne drzwi, zawołałam: – Właśnie dla​te​go to lubię.

roz​dział dwu​dzie​sty dru​gi

Wróciłam do pokoju i miałam właśnie się przebrać, kiedy zadzwoniła moja komórka. To był dzwonek Stevena, piosenka Taylor Swift, którą potajemnie uwielbiał, chociaż udawał, że jej nie cierpi. Przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle odbierać, ale gdybym tego nie zrobiła, dzwoniłby dalej aż do skutku. Pod tym względem był naprawdę iry​tujący. – Halo? – za​py​tałam, jak​bym nie wie​działa, że to Ste​ven. – Cześć – po​wie​dział. – Nie wiem, gdzie je​steś, ale wiem, że nie ma cię u Tay​lor. – Skąd wiesz? – wy​szep​tałam. – Właśnie spotkałem ją w centrum handlowym. Jest jeszcze gorsza w mówieniu kłamstw od ciebie. Gdzie ty, do cho​le​ry, je​steś? Przy​gryzłam górną wargę. – W let​niej wil​li, w Co​usins. – Co?! – pra​wie wrzasnął. – Dla​cze​go? – To długa hi​sto​ria. Je​re​m i chciał, żebym mu po​m ogła w związku z Con​ra​dem. – I dla​te​go za​dzwo​nił do cie​bie? W głosie mo​j e​go bra​ta brzmiało nie​do​wie​rza​nie i le​d​wie słyszal​ny cień za​zdrości. – Owszem. Wiedziałam, że umiera z ciekawości i chciałby mnie wypytać o szczegóły, ale liczyłam na to, że duma mu na to nie pozwoli. Steven nie cierpiał być pomijany. Milczał przez chwilę, a ja wiedziałam, że myśli o wszystkich tych letnich zajęciach, które tra​ci. – Mama będzie wściekła jak nig​dy – po​wie​dział w końcu. – A co cię to ob​cho​dzi? – Mnie nie, ale mamę obej​dzie. – Ste​ven, wy​lu​zuj, niedługo wra​cam do domu. Mu​si​m y jesz​cze zro​bić jedną rzecz. – Jaką rzecz? Wyraźnie nie dawało mu spokoju, że wiedziałam coś, czego on nie wiedział, że to on został tym razem nie​wta​j em​ni​czo​ny. Myślałam, że spra​wi mi to większą przy​j em​ność, ale było mi dziw​nie przy​kro z tego po​wo​du. Za​m iast się prze​chwa​lać, jak zro​biłabym to w nor​m al​nych oko​licz​nościach, wyjaśniłam: – Con​rad urwał się z let​nich kursów i mu​si​m y go za​wieźć z po​wro​tem na eg​za​m i​ny w po​nie​działek. To miała być ostat​nia rzecz, jaką dla nie​go zro​bię. Za​wiozę go do szkoły. A po​tem będzie wol​ny, po​dob​nie jak ja. Kiedy skończyłam rozmawiać ze Stevenem, usłyszałam samochód podjeżdżający pod dom. Wyjrzałam przez okno i zo​ba​czyłam nie​znaną mi czer​woną hondę. W let​niej wil​li pra​wie nie mie​liśmy żad​nych gości. Rozczesałam włosy grzebieniem i zbiegłam po schodach owinięta ręcznikiem. Zatrzymałam się, kiedy zobaczyłam, że Conrad otwiera drzwi i wpuszcza drobną kobietę z tlenionymi blond włosami związanymi w luźny kok. Miała na sobie czarne spodnie i jedwabną koralową bluzkę, a jej paznokcie zostały pomalowane pod kolor. Trzymała grubą teczkę i pęk klu​czy. – O, dzień do​bry – po​wie​działa. Była wyraźnie za​sko​czo​na wi​do​kiem Con​ra​da, tak jak​by to ona po​win​na tu być, a on nie po​wi​nien. – Dzień do​bry – po​wie​dział Con​rad. – W czym mogę pomóc? – Na pewno ty jesteś Conrad – oznajmiła. – Rozmawialiśmy przez telefon. Jestem Sandy Donatti, agentka nie​ru​cho​m ości two​j e​go taty. Con​rad nic nie po​wie​dział.

Ko​bie​ta żar​to​bli​wie po​gro​ziła mu pal​cem. – Po​wie​działeś mi, że tata zmie​nił zda​nie w spra​wie sprze​daży domu. Po​nie​waż Con​rad nadal mil​czał, ro​zej​rzała się i zo​ba​czyła mnie stojącą na dole schodów. Zmarsz​czyła brwi. – Przy​j e​chałam, żeby obej​rzeć dom, upew​nić się, że pa​ko​wa​nie idzie zgod​nie z pla​nem. – A tak, odesłałem lu​dzi z fir​m y prze​pro​wadz​ko​wej – oznaj​m ił spo​koj​nie Con​rad. – Naprawdę byłoby lepiej, gdybyś tego nie robił – odparła, zaciskając usta. Ponieważ Conrad tylko wzruszył ra​m io​na​m i, dodała: – Po​wie​dzia​no mi, że dom będzie pu​sty. – Niestety otrzymała pani błędne informacje. Zamierzam tu zostać przez resztę lata. – Machnął ręką w moją stronę. – To jest Bel​ly. – Bel​ly? – powtórzyła ko​bie​ta. – Tak. To moja dziew​czy​na. Chy​ba za​krztu​siłam się głośno. Con​rad zaplótł ra​m io​na i oparł się o ścianę. – A jak pani po​znała mo​j e​go tatę? – za​py​tał. San​dy Do​nat​ti po​czer​wie​niała. – Po​zna​liśmy się, kie​dy po​sta​no​wił wy​sta​wić ten dom na sprze​daż. – No cóż, pani Sandy, problem polega na tym, że to nie jest jego dom. To tak naprawdę dom mojej matki. Czy tata pani to po​wie​dział? – Tak. – To jak przy​pusz​czam po​wie​dział pani także, że ona nie żyje. Sandy Donatti zawahała się, jej złość wyparowała na wspomnienie o zmarłej matce. Wyraźnie czuła się niezręcznie, zro​biła krok w stronę drzwi. – Tak, po​wie​dział mi o tym. Bar​dzo współczuję wam tej stra​ty. – Dziękuję pani – od​parł Con​rad. – Pani słowa bar​dzo wie​le dla nas znaczą. Po raz ostat​ni ro​zej​rzała się po wnętrzu. – No cóż, za​m ie​rzam po​roz​m a​wiać jesz​cze raz z two​im tatą, a po​tem tu wrócę. – Proszę bar​dzo. Proszę mu ko​niecz​nie po​wie​dzieć, że ten dom nie jest na sprze​daż. Kobieta wydęła usta, potem je otworzyła, żeby coś powiedzieć, ale przemyślała swoją decyzję. Conrad otworzył jej drzwi, więc wyszła. Ode​tchnęłam głęboko. W głowie kłębiło mi się milion myśli. Wstyd przyznać, ale „moja dziewczyna” znajdowało się prawie na szczycie li​sty. – Nie mów Je​re​m ie​m u o domu – po​pro​sił Con​rad, nie patrząc na mnie. – Dla​cze​go nie? – za​py​tałam. Nadal nie mogłam prze​stać myśleć o słowach „moja dziew​czy​na”. Tak długo zwle​kał z od​po​wie​dzią, że zaczęłam z po​wro​tem wcho​dzić po scho​dach na piętro. – Ja sam mu po​wiem – oznaj​m ił w końcu. – Po pro​stu nie chcę, żeby już się o tym do​wie​dział. O na​szym ta​cie. Za​trzy​m ałam się. – O czym ty mówisz? – za​py​tałam bez na​m ysłu. – Wiesz, o czym mówię. – Con​rad pa​trzył na mnie nie​ru​cho​m ym wzro​kiem. Chyba rzeczywiście wiedziałam. Chciał oszczędzić bratu wiedzy o tym, że ich tata jest dupkiem, ale przecież Jeremi musiał to już wcześniej zauważyć. Nie był przecież głupim i niedomyślnym dzieckiem, miał prawo wiedzieć, że dom zo​stał wy​sta​wio​ny na sprze​daż. Myślę, że Conrad wyczytał to wszystko z mojej twarzy, bo odezwał się tym kpiącym, obojętnym tonem, jakiego często używał. – Możesz to dla mnie zrobić, Belly? Możesz zachować to w tajemnicy przed twoim najlepsiejszym kumplem Je​re​m im? Wiem, że nie ma​cie przed sobą żad​nych se​kretów, ale może uda ci się to cho​ciaż ten je​den raz? Spoj​rzałam na nie​go z wściekłością, za​m ie​rzając mu po​wie​dzieć, gdzie może so​bie wsa​dzić tę ta​j em​nicę. – Proszę – dodał, a w jego głosie na​prawdę była prośba. – Niech będzie, przy​najm​niej na ra​zie. – Dziękuję – rzu​cił i prze​szedł obok mnie, kie​rując się na górę. Drzwi jego sy​pial​ni za​m knęły się, a ze środ​ka do​biegł szum włączającej się kli​m a​ty​za​cji. Stałam nie​ru​cho​m o. Potrzebowałam dobrej minuty, żeby to wszystko ogarnąć. Conrad nie urwał się z college’u, żeby posurfować. Nie ucie​kał tyl​ko po to, żeby ucie​kać. Przy​j e​chał tu​taj, żeby ra​to​wać dom.

roz​dział dwu​dzie​sty trze​ci

Późniejszym popołudniem Jeremi i Conrad znowu poszli surfować. Myślałam, że może Conrad chce powiedzieć bratu o domu, kiedy będą sami. Albo może Jeremi chce skorzystać z tej okazji i pogadać znowu z Conradem o college’u. Nie prze​szka​dzało mi to. Wy​star​czyło mi, że mogłam na nich pa​trzeć. Obserwowałam ich z werandy, siedząc na leżaku, zawinięta szczelnie w ręcznik. Jest coś uspokajającego i właściwego w tym, że kiedy wychodzisz mokra z basenu, twoja mama zarzuca ci na ramiona ręcznik jak pelerynę. Mimo że nie było tu tym razem matki, która mogłaby to zrobić, czułam się lepiej opatulona w ten sposób. Było w tym coś boleśnie znajomego, co sprawiało, że żałowałam, że nie mam już ośmiu lat. Wtedy w moim życiu nie istniały śmierć, rozwód czy złamane serce. Osiem lat to po prostu osiem lat: hot dogi, masło orzechowe, bąble po ukąszeniach komarów i wbite drzazgi, rowery i magiczne tablice. Poplątane włosy, przypieczone ramiona, książki Judy Blu​m e i do łóżka o dzie​wiątej trzy​dzieści. Długą chwilę siedziałam, myśląc melancholijnie o tych wszystkich rzeczach. Ktoś w sąsiedztwie urządzał grilla, czułam zapach węgla drzewnego i zastanawiałam się, czy to Rubensteinowie, czy może Tolerowie. Byłam ciekawa, czy na gril​lu robią ham​bur​ge​ry, czy może ste​ki. Uświa​do​m iłam so​bie, że je​stem głodna. Poszłam do kuchni, ale nie znalazłam niczego do jedzenia, tylko piwo Conrada. Taylor powiedziała mi kiedyś, że piwo niewiele różni się od chleba, bo też zawiera mnóstwo węglowodanów. Doszłam do wniosku, że chociaż nie cier​pię jego sma​ku, mogę się go napić, jeśli to napełni mi żołądek. Wzięłam jedno piwo, wyszłam z powrotem na werandę, usiadłam na leżaku i otworzyłam puszkę, która przyjemnie pstryknęła. To było dziwne uczucie – siedzieć samotnie w tym domu. Niekoniecznie nieprzyjemne, ale zupełnie inne niż zwykle. Przyjeżdżałam tutaj przez całe życie, ale na palcach jednej ręki mogłam policzyć okazje, kiedy zostawałam sama. Czułam się teraz dorosła, co oczywiście było prawdą, ale jednocześnie nie czułam się dorosła jeszcze w zeszłe wa​ka​cje. Wypiłam duży łyk piwa i byłam zadowolona, że Jeremi ani Conrad mnie nie widzą, ponieważ okropnie się skrzy​wiłam. Na pew​no zaczęliby mi do​ku​czać z tego po​wo​du. Kiedy wzięłam następny łyk, usłyszałam, że ktoś odchrząknął. Uniosłam głowę i omal się nie zadławiłam – to był pan Fi​sher. – Cześć, Bel​ly – po​wie​dział. Był ubrany w garnitur, jakby przyjechał prosto z pracy, czego nie należało wykluczać, mimo że była sobota. Jakimś cu​dem na​wet po tak długiej jeździe jego gar​ni​tur nie wyglądał na po​gnie​cio​ny. – Dzień do​bry, pa​nie Fi​sher – od​po​wie​działam trzęsącym się ze zde​ner​wo​wa​nia głosem. Moją pierwszą myślą było: „Powinniśmy byli po prostu siłą wsadzić Conrada do samochodu i zmusić, żeby wrócił do college’u i zdał te głupie egzaminy”. Dawanie mu czasu okazało się ogromnym błędem, teraz to widziałam. Po​win​nam przy​cisnąć Je​re​m ie​go, żeby przy​cisnął Con​ra​da. Pan Fisher podniósł brwi na widok mojego piwa, a ja uświadomiłam sobie, że dalej trzymam puszkę, ściskając ją tak mocno, że palce mi całkiem zdrętwiały. Odstawiłam piwo na podłogę, a włosy opadły mi na twarz, z czego byłam za​do​wo​lo​na. To mi dawało chwilę, żeby się scho​wać i za​sta​no​wić nad tym, co po​wie​dzieć. Zro​biłam to, co za​wsze – odwołałam się do chłopców. – Con​ra​da i Je​re​m ie​go chwi​lo​wo nie ma. Za​sta​na​wiałam się gorączko​wo. Wie​działam, że wrócą lada chwi​la. Pan Fisher nic nie powiedział, skinął tylko głową i potarł dłonią kark, a potem wszedł po schodach werandy i usiadł na leżaku obok mnie. Wziął moją puszkę piwa i napił się z niej. – Jak tam Con​rad? – za​py​tał, sta​wiając piwo na poręczy leżaka.

– W porządku – od​parłam na​tych​m iast i po​czułam się jak idiot​ka, po​nie​waż nic nie było w porządku. Jego matka niedawno umarła, a on sam uciekł z college’u. To miało być dla niego w porządku? To miało być w porządku dla kogokolwiek z nas? Ale czy miał znowu jakiś cel, jakiś powód, żeby żyć? Miał cel i wroga, a to była do​bra mo​ty​wa​cja, na​wet jeśli tym wro​giem oka​zy​wał się jego oj​ciec. – Nie mam pojęcia, co ten chłopak so​bie myśli. – Pan Fi​sher potrząsnął głową. Co mogłam powiedzieć? Ja nigdy nie umiałam zgadnąć, co Conrad myśli, i byłam pewna, że niewiele osób by to po​tra​fiło. Mimo wszyst​ko czułam, że po​win​nam go chro​nić, stanąć w jego obro​nie. Pan Fisher i ja siedzieliśmy w milczeniu – nie w towarzyskim, zrelaksowanym milczeniu, ale w sztywnej, okropnej ciszy. Nigdy nie miał mi nic do powiedzenia, a ja nigdy nie wiedziałam, co powinnam do niego powiedzieć. W końcu odchrząknął i za​py​tał: – Jak szkoła? – Skończyła się – odparłam, przygryzając dolną wargę i czując się, jakbym miała dwanaście lat. – Właśnie się zaczęły wa​ka​cje. Od je​sie​ni będę w czwar​tej kla​sie. – Już wiesz, do którego col​le​ge’u pójdziesz? – Jesz​cze nie. Zdałam sobie sprawę, że to nie jest dobra odpowiedź, ponieważ college był jedynym tematem mogącym za​in​te​re​so​wać pana Fi​she​ra. Oczy​wiście od​po​wiednio do​bry col​le​ge. Po​tem zno​wu sie​dzie​liśmy w ci​szy. To także było znajome – przeczucie, że zaraz stanie się coś okropnego, że mój los jest przypieczętowany. Świa​do​m ość, że Mam Kłopo​ty. Nie tyl​ko ja, ale my wszy​scy.

roz​dział dwu​dzie​sty czwar​ty

Koktajle mleczne. Koktajle mleczne były domeną pana Fishera – kiedy przyjeżdżał do letniej willi, zawsze piliśmy koktajle mleczne. Kupował lody w trzech smakach – Steven i Conrad wybierali czekoladowe, Jeremi truskawkowe, a ja lubiłam mieszankę waniliowych i czekoladowych, taką jak koktajle w restauracjach Wendy’s, tylko znacznie gęstszą. Koktajle pana Fishera smakowały o wiele lepiej od tych z restauracji. Miał ulubiony drogi blender, którego nam, dzieciom, nie było wolno ruszać. Właściwie nigdy nam tego wprost nie powiedział, ale wiedzieliśmy, że nie możemy i nigdy tego nie robiliśmy. Aż do dnia, w którym Jeremi wpadł na pomysł zrobienia mrożonych koktajli z oranżady w prosz​ku. W Cousins nie było ani jednego sklepu 7-Eleven, a chociaż mieliśmy koktajle mleczne, czasem tęskniliśmy za mrożonymi koktajlami. Kiedy na dworze był wyjątkowy upał, któreś z nas mówiło „Kurcze, wypiłoby się mrożony koktajl!”, a pozostali marzyli wtedy o tym przez cały dzień. Więc kiedy Jeremi wpadł na pomysł zrobienia takiego koktajlu z oranżady w proszku, to było jak objawienie. Miał wtedy dziewięć lat, a ja osiem, i uznaliśmy, że to naj​lep​szy po​m ysł na całym świe​cie. Przyglądaliśmy się blenderowi, który stał na najwyższej półce. Wiedzieliśmy, że musimy go użyć – w gruncie rzeczy ma​rzy​liśmy o tym, żeby go użyć – ale po​wstrzy​m y​wał nas nie​wy​po​wie​dzia​ny za​kaz. Byliśmy sami w domu, więc nikt nie mu​siał się o tym do​wie​dzieć. – Na jaki smak masz ochotę? – za​py​tał w końcu Je​re​m i. W ten sposób decyzja zapadła i nie było już odwrotu. Bałam się, ale także byłam podekscytowana, że robimy coś za​ka​za​ne​go. Rzad​ko łamałam usta​lo​ne za​sa​dy, ale ta wy​da​wała się war​ta złama​nia. – Wiśnio​wy – po​wie​działam. Je​re​m i zaj​rzał do szaf​ki, ale nie zna​lazł ani jed​ne​go opa​ko​wa​nia. – A jakiś inny? – Wi​no​gro​no​wy. Oznajmił, że on także ma ochotę na winogronowy mrożony koktajl. Im częściej powtarzał „mrożony koktajl”, tym bar​dziej po​do​bał mi się ten po​m ysł. Jeremi wszedł na stołek i zdjął blender z górnej półki, wsypał do niego całe opakowanie winogronowej oranżady w proszku, dodał dwa plastikowe kubeczki cukru i pozwolił mi wymieszać. Wrzucił do blendera połowę opakowania kostek lodowych, więc pojemnik wypełnił się po brzegi, a potem założył pokrywkę, tak jak to miliony razy robił na na​szych oczach pan Fi​sher. – Tryb pul​sa​cyj​ny czy frap​pe? – za​py​tał. Wzru​szyłam ra​m io​na​m i. Nig​dy nie przyglądałam się dokład​nie, cze​go używa pan Fi​sher. – Chy​ba frap​pe – po​wie​działam, bo spodo​bało mi się to słowo. Jeremi włączył tryb frappe, a blender zaczął siekać i wirować, ale mieszana była tylko dolna część, więc wcisnął przy​cisk „so​ko​wirówka”. Przez jakąś mi​nutę blen​der pra​co​wał nor​m al​nie, a po​tem zaczął śmier​dzieć spa​loną gumą. Za​nie​po​koiłam się, że może taka ilość lodu utrud​nia mu działanie. – Mu​si​m y to bar​dziej wy​m ie​szać – stwier​dziłam. – Trochę mu pomóc. Wzięłam wielką drew​nianą łyżkę, zdjęłam po​krywkę z blen​de​ra i dokład​nie wy​m ie​szałam za​war​tość. – Wi​dzisz? – po​wie​działam. Włożyłam z powrotem przykrywkę, ale najwidoczniej nie dokręciłam jej odpowiednio, bo kiedy Jeremi uruchomił tryb frappe, nasz mrożony koktajl winogronowy znalazł się wszędzie: na nas, nowiutkich białych blatach, podłodze i brązo​wej skórza​nej tecz​ce pana Fi​she​ra. Po​pa​trzy​liśmy na sie​bie ze zgrozą.

– Szyb​ko, da​waj ręczni​ki pa​pie​ro​we! – wrzasnął Je​re​m i, wyłączając blen​der. Złapałam teczkę i zaczęłam ją wy​cie​rać własnym T-shir​tem, ale skóra była już lep​ka i po​pla​m io​na. – O rany – szepnął Je​re​m i. – Tata uwiel​bia tę teczkę. Trudno było w to wątpić – miała jego inicjały wygrawerowane na mosiężnych klamrach. Naprawdę ją uwielbiał, może na​wet bar​dziej niż swój blen​der. Czułam się okrop​nie, piekły mnie po​wie​ki od zbie​rających się łez. To była moja wina. – Prze​pra​szam – po​wie​działam. Jeremi wycierał na czworakach podłogę. Kiedy uniósł głowę, żeby na mnie spojrzeć, z czoła ściekała mu wi​no​gro​no​wa oranżada. – To nie two​j a wina. – Owszem, moja – odparłam, wycierając skórzaną teczkę, aż mój T-shirt zaczął się robić brązowy od tego po​cie​ra​nia. – No dobra, trochę tak – przyznał Jeremi, dotknął palcem mojego policzka, a potem zlizał odrobinę cukru. – Ale w su​m ie nieźle sma​ku​j e. Kiedy wrócili pozostali, chichotaliśmy i wycieraliśmy podłogę papierowymi ręcznikami. Przynieśli długie papierowe tor​by, ta​kie, w ja​kich ku​pu​j e się zwy​kle ho​m a​ry, a Ste​ven i Con​rad je​dli lody z rożka. – Co tu się, do diabła, stało? – za​py​tał pan Fi​sher. Je​re​m i pod​biegł do nie​go. – My tyl​ko… Drżącymi rękami podałam panu Fi​she​ro​wi jego teczkę. – Prze​pra​szam – wy​szep​tałam. – To było nie​chcący. Wziął ode mnie teczkę i po​pa​trzył na po​pla​m ioną skórę. – Dlaczego wzięliście mój blender? – zapytał Jeremiego, a skóra na jego szyi poczerwieniała. – Wiedziałeś, że nie wol​no wam go do​ty​kać. Je​re​m i skinął głową. – Prze​pra​szam – po​wie​dział. – To była moja wina – dodałam ci​chut​ko. – No wiesz, Bel​ly. Moja mat​ka potrząsnęła głową, a po​tem uklękła i zaczęła zbie​rać prze​m o​czo​ne pa​pie​ro​we ręczni​ki. Su​san​na poszła po mop. Pan Fi​sher sapnął głośno. – Dlaczego nigdy nie słuchasz, kiedy do ciebie mówię! Na litość boską! Mówiłem ci, że nie wolno używać blendera czy nie? Je​re​m i przy​gryzł war​gi, a jego podbródek zadrżał, co uświa​do​m iło mi, że za​raz się rozpłacze. – Od​po​wiedz, kie​dy do cie​bie mówię. Su​san​na wróciła z mo​pem i wia​der​kiem. – Adam, to było nie​chcący, daj już spokój. – Objęła Je​re​m ie​go. – Su, jeśli będziesz go rozpieszczać, nigdy się nie nauczy. Na zawsze zostanie małym dzieckiem – oznajmił pan Fi​sher. – Je​re​m i, mówiłem wam czy nie mówiłem, że nie wol​no do​ty​kać blen​de​ra? Oczy Jeremiego wypełniły się łzami i kilka z nich wymknęło się, chociaż zaczął szybko mrugać. A potem jeszcze kilka. To było okropne. Wstydziłam się strasznie za niego, ale jednocześnie dręczyło mnie poczucie winy, że przeze mnie go to spo​ty​ka. Czułam jed​nak także ulgę, że nie ja mam kłopo​ty i to nie ja płaczę przy wszyst​kich. W tym mo​m en​cie ode​zwał się Con​rad. – Tato, ale ty nam nig​dy tego nie po​wie​działeś. Miał na po​licz​ku smugę lodów cze​ko​la​do​wych. Pan Fi​sher odwrócił się, żeby spoj​rzeć na nie​go. – Co? – Nigdy nam tego nie powiedziałeś. Wiedzieliśmy, że nie powinniśmy ruszać blendera, ale nigdy nam tego nie za​bro​niłeś. – Con​rad wyglądał na wy​stra​szo​ne​go, ale nadal mówił rze​czo​wo. Pan Fi​sher potrząsnął głową i znów spoj​rzał na Je​re​m ie​go. – Idź się umyj – rzu​cił szorst​ko, ale wi​działam, że jest zakłopo​ta​ny. Susanna spojrzała na niego nieprzyjemnie i zabrała Jeremiego do łazienki. Moja matka wycierała blaty, a jej ra​m io​na były wy​pro​sto​wa​ne i sztyw​ne. – Steven, pomóż siostrze się umyć – powiedziała stanowczym tonem, więc Steven złapał mnie za rękę i pociągnął na górę. – Będę miała kłopo​ty? – za​py​tałam Ste​ve​na. Nie​zgrab​nie wy​tarł mi po​licz​ki zmo​czo​nym kawałkiem pa​pie​ru to​a​le​to​we​go.

– Tak, ale nie ta​kie jak pan Fi​sher. Mama wdep​cze go w zie​m ię. – Na​prawdę? – Nie, tak tyl​ko się mówi. – Wzru​szył ra​m io​na​m i Ste​ven. – To zna​czy, że to on ma kłopo​ty. Kiedy już miałam czystą twarz, wyszliśmy oboje na palcach na korytarz. Mama kłóciła się z panem Fisherem. Po​pa​trzy​liśmy na sie​bie wiel​ki​m i ocza​m i, kie​dy usłysze​liśmy: – Za​cho​wu​j esz się, jak​byś miał kij w du​pie! Otworzyłam usta i omal nie krzyknęłam ze zdziwienia, kiedy Steven zasłonił mi usta ręką i pociągnął do pokoju chłopców, za​m y​kając za nami drzwi. Oczy mu lśniły z eks​cy​ta​cji: na​sza mama na​zwała brzyd​ko pana Fi​she​ra! – Mama po​wie​działa, że pan Fi​sher ma kij w du​pie – po​wie​działam. Nie miałam na​wet pojęcia, co to zna​czy, ale brzmiało bar​dzo śmiesz​nie. Zaczęłam chi​cho​tać. To wszystko było ekscytujące i okropne, ponieważ w letniej willi nigdy naprawdę nie pakowaliśmy się w kłopoty. W każdym ra​zie w ta​kie poważne kłopo​ty – miałam wrażenie, że w Co​usins znaj​du​j e​m y się da​le​ko od nich. W letniej willi nasze matki były bardziej pobłażliwe. W domu Steven zawsze się nasłuchał, jeśli próbował się odszczekiwać mamie, ale tutaj wyraźnie jej to aż tak nie przeszkadzało. Prawdopodobnie dlatego, że w willi w Cousins nie znajdowaliśmy się w centrum zainteresowania. Matka była zbyt pochłonięta innymi sprawami, takimi jak przesadzanie kwiatów i chodzenie na wernisaże z Susanną, szkicowanie i czytanie książek. Była zbyt zajęta, żeby się złościć albo przej​m o​wać. Nie miała dla nas cza​su. To miało zarówno dobre, jak i złe strony. Dobre, ponieważ różne rzeczy uchodziły nam na sucho – jeśli zasiedzieliśmy się na plaży i zapomnieliśmy, o której mamy być w łóżkach, albo zjedliśmy dwie porcje deseru, nikogo to nie obchodziło. Złe, ponieważ miałam niejasne poczucie, że Steven i ja nie jesteśmy tutaj ważni, że myśli matki są zajęte czym innym – wspomnienia, w których nie bierzemy udziału, życie z czasów, zanim się pojawiliśmy na świecie. A także jej tajemniczy świat wewnętrzny, w którym Steven i ja w ogóle nie istnieliśmy. Zupełnie jak wtedy, gdy je​chała gdzieś na wy​cieczkę bez nas – wie​działam, że nie tęskni za nami i nie myśli o nas szczególnie często. Nienawidziłam tej myśli, ale taka była prawda. Matki miały własne życie, niezależne od nas. A my, dzieciaki, też mie​liśmy własne życie.

roz​dział dwu​dzie​sty piąty

Kiedy Jeremi i Conrad wrócili z plaży, niosąc pod pachą deski surfingowe, przemknęła mi myśl, że powinnam jakoś ich ostrzec. Za​gwiz​dać czy coś ta​kie​go. Ale nie umiałam gwiz​dać, a zresztą i tak było za późno. Włożyli deski pod werandę, a potem weszli po schodach i zobaczyli nas oboje. Conrad wyraźnie zesztywniał, a Je​re​m i mruknął półgłosem „O cho​le​ra”. – Cześć, tato – po​wie​dział Je​re​m i. Con​rad wy​m inął nas i wszedł do domu. Pan Fi​sher po​szedł za nim, a Je​re​m i i ja po​pa​trzy​liśmy na sie​bie. Po​chy​lił się do mnie i za​py​tał: – A może wykręcisz sa​m ochód, ja złapię na​sze rze​czy i uciek​nie​m y? Roześmiałam się i natychmiast zatkałam sobie usta. Panu Fisherowi raczej nie spodobałyby się moje śmieszki w tak poważnej sy​tu​acji. Wstałam i pod​ciągnęłam ręcznik wyżej, pod same ra​m io​na, a po​tem my także we​szliśmy do domu. Con​rad i pan Fi​sher byli w kuch​ni. Con​rad otwie​rał puszkę piwa, nie patrząc na​wet na ojca. – W co wy się tu, do cholery, bawicie? – zapytał pan Fisher bardzo donośnym głosem, który w tym domu za​brzmiał nie​na​tu​ral​nie. Rozglądał się po kuch​ni i sa​lo​nie. – Tato… – zaczął Je​re​m i. Pan Fi​sher po​pa​trzył pro​sto na nie​go. – Sandy Donatti zadzwoniła do mnie dzisiaj rano i powiedziała mi, co tu zaszło. Miałeś zabrać Conrada z powrotem do col​le​ge’u, a nie zo​sta​wać tu​taj, im​pre​zo​wać i prze​szka​dzać w sprze​daży. Je​re​m i za​m ru​gał. – Jaka San​dy Do​nat​ti? – To na​sza agent​ka nie​ru​cho​m ości – wyjaśnił Con​rad. Uświadomiłam sobie, że mam otwarte usta, więc natychmiast je zamknęłam. Owinęłam się ramionami i próbowałam stać się niewidzialna. Może jeszcze nie było za późno, żeby uciec stąd razem z Jeremim. Może wtedy nie zorientowałby się, że ja także wiedziałam o sprzedaży domu. Czy to robiło jakąś różnicę, że wiedziałam o tym do​pie​ro od kil​ku go​dzin? Wątpiłam w to. Je​re​m i po​pa​trzył na Con​ra​da, a po​tem zno​wu na tatę. – Nie wie​działem, że za​trud​ni​liśmy agentkę nie​ru​cho​m ości. Nie powie​działeś mi, że sprze​da​j esz ten dom. – Mówiłem ci, że to nie jest wy​klu​czo​ne. – Ale nie po​wie​działeś, że na​prawdę to za​m ie​rzasz zro​bić. Wtrącił się Con​rad, zwra​cając się tyl​ko do Je​re​m ie​go. – To nie ma znaczenia. On nie sprzeda tego domu. – Spokojnie napił się piwa, a my czekaliśmy, co zamierza jesz​cze po​wie​dzieć. – To nie jest jego własność. – Owszem, jest – od​parł pan Fi​sher, od​dy​chając ciężko. – Nie robię tego dla sie​bie. Te pie​niądze będą dla was. – Myślisz, że zależy mi na pieniądzach? – Conrad w końcu spojrzał na niego lodowatym wzrokiem. Jego głos był całko​wi​cie bez​barw​ny. – Nie je​stem taki jak ty. Gówno mnie ob​chodzą pie​niądze. Ob​cho​dzi mnie dom. Dom mamy. – Con​ra​dzie… – Nie masz pra​wa tu być. Po​wi​nie​neś wy​j e​chać. Pan Fi​sher przełknął ślinę, a jego grdy​ka pod​sko​czyła. – Nie za​m ie​rzam wyjeżdżać. – Po​wiedz tej swo​j ej San​dy, że może tu nie wra​cać. Con​rad wymówił imię „San​dy”, jak​by to była obe​lga i jak sądzę, chciał, żeby tak właśnie to za​brzmiało.

– Jestem twoim ojcem – przypomniał ochryple pan Fisher. – Twoja matka pozostawiła decyzję w moich rękach. Tego właśnie by chciała. Twar​da sko​ru​pa Con​ra​da pękła, a jego głos zaczął drżeć. – Nie mów o tym, cze​go ona by chciała. – Do cho​le​ry, była moją żoną! Ja także ją stra​ciłem. To mogła być prawda, ale była to także ostatnia rzecz, jaką należało w tym momencie mówić Conradowi. Był wściekły. Trzasnął pięścią w naj​bliższą ścianę, aż pod​sko​czyłam i byłam za​sko​czo​na, że nie zo​sta​wił w niej dziu​ry. – Nie straciłeś jej – powiedział. – Zostawiłeś ją. Nie masz najbledszego pojęcia o tym, czego mogłaby chcieć, bo nigdy cię przy niej nie było. Byłeś beznadziejnym ojcem i jeszcze bardziej beznadziejnym mężem, więc teraz możesz so​bie da​ro​wać próby ro​bie​nia właści​wych rze​czy. Sam wszyst​ko spie​przyłeś. – Con, za​m knij się. Po pro​stu się za​m knij – prze​rwał mu Je​re​m i. Con​rad okręcił się na pięcie. – Da​lej go bro​nisz?! – krzyknął. – Dla​te​go właśnie o ni​czym ci nie mówiliśmy! – My? – powtórzył Je​re​m i. Po​pa​trzył na mnie, a ból w jego oczach prze​szył moje ser​ce na wy​lot. Zaczęłam coś mówić, próbowałam się uspra​wie​dli​wić. – Przy​sięgam, do​wie​działam się dzi​siaj… W tym mo​m en​cie prze​rwał mi pan Fi​sher. – Nie tyl​ko ty cier​pisz, Con​ra​dzie. Nie masz pra​wa zwra​cać się do mnie w taki sposób. – Uważam, że mam pra​wo. W kuchni zapadła grobowa cisza, a pan Fisher był tak wściekły, że wyglądał, jakby chciał uderzyć Conrada. Mierzyli się wzro​kiem, a ja wie​działam, że Con​rad na pew​no nie wy​co​fa się jako pierw​szy. To pan Fi​sher odwrócił spoj​rze​nie. – Fir​m a prze​pro​wadz​ko​wa tu wróci, Con​ra​dzie. To nie​odwołalne, a two​j e ata​ki złości nic tu nie po​m ogą. Niedługo potem odjechał. Zapowiedział, że wróci następnego dnia rano, co zabrzmiało złowieszczo. Stwierdził, że za​trzy​m a się w ho​te​lu w mieście i widać było, że nie może się do​cze​kać, aż wyj​dzie z tego domu. Kiedy wyszedł, staliśmy we troje w kuchni, nic nie mówiąc. Ja na pewno nie zamierzałam się odzywać, w ogóle nie powinno mnie tu być. Po raz pierwszy żałowałam, że nie zostałam w domu, z matką, Stevenem i Taylor, z dala od tego wszyst​kie​go. Je​re​m i ode​zwał się jako pierw​szy. – Nie mogę uwie​rzyć, że tata na​prawdę sprze​da​j e ten dom – po​wie​dział, pra​wie jak​by mówił do sie​bie. – Le​piej w to uwierz – od​parł szorst​ko Con​rad. – Dla​cze​go mi nie po​wie​działeś? – za​py​tał Je​re​m i. Con​rad po​pa​trzył na mnie, za​nim od​po​wie​dział. – Uznałem, że nie mu​sisz wie​dzieć. Oczy Je​re​m ie​go się zwęziły. – Co to ma, do cho​le​ry, zna​czyć? To jest też mój dom. – Sam się niedawno dowiedziałem. – Conrad oparł się na blacie kuchennym i opuścił głowę. – Wpadłem po coś do domu, kiedy ta agentka nieruchomości Sandy zadzwoniła i zostawiła w telefonie wiadomość, że firma przeprowadzkowa ma przyjechać po spakowane rzeczy. Wróciłem do college’u, zabrałem trochę ciuchów i przy​j e​chałem pro​sto tu​taj. Conrad zostawił studia i całą resztę, żeby przyjechać do letniej willi, a my myśleliśmy, że po prostu jest prze​gra​nym fa​ce​tem, którego trze​ba ra​to​wać. Tym​cza​sem, jak się oka​zało, to on spie​szył na ra​tu​nek. Czułam się winna, że nie rozstrzygnęłam wątpliwości na jego korzyść, i wiedziałam, że Jeremi myśli podobnie. Wymieniliśmy szybkie spojrzenia i miałam pewność, że myślimy dokładnie o tym samym. Potem chyba przypomniał so​bie, że jest też na mnie zły, i odwrócił głowę. – Czy​li już po wszyst​kim, tak? – za​py​tał. Con​rad nie od​po​wie​dział mu od razu. – Tak, chy​ba tak – po​wie​dział w końcu, unosząc głowę. – No to świetną ro​botę tu od​wa​liłeś. – Sam mu​siałem so​bie ra​dzić z tym wszyst​kim – warknął Con​rad. – Ty w ni​czym mi nie po​m ogłeś. – Wiesz, może gdy​byś mi po​wie​dział… Con​rad prze​rwał mu w pół zda​nia. – To co byś zro​bił? – Po​roz​m a​wiałbym z tatą. – No właśnie. – W głosie Con​ra​da za​brzmiała skraj​na po​gar​da. – Co chcesz po​wie​dzieć?

– Chcę po​wie​dzieć, że je​steś tak zajęty włażeniem mu w tyłek, że nie masz cza​su za​uważyć, jaki on jest na​prawdę. Jeremi nie odpowiedział od razu, a ja zaczęłam się bać tego, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. Conrad wyraźnie próbował go sprowokować, a ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy, było to, żeby zaczęli się szamotać w kuchni, uszkadzając sprzęty i siebie nawzajem. Tym razem nie było tu mojej matki, która mogłaby ich po​wstrzy​m ać, byłam tyl​ko ja, a to prak​tycz​nie nic nie zna​czyło. Je​re​m i ode​zwał się w końcu. – To nasz oj​ciec. Jego głos był spokojny i cichy, więc niedostrzegalnie odetchnęłam z ulgą. Nie wdadzą się bójkę, bo Jeremi do tego nie dopuści. Po​dzi​wiałam go za to. Con​rad potrząsnął tyl​ko głową z od​razą. – To zwykły łaj​dak. – Nie mów tak. – Jaki facet zdradza swoją żonę, a potem odchodzi, kiedy ona zaczyna chorować na raka? Jak nazwałbyś takiego faceta? Nie mogę na niego patrzeć. Robi mi się niedobrze, jak widzę, że zgrywa teraz męczennika, pogrążonego w żałobie wdow​ca. Gdzie on był, kie​dy mama go po​trze​bo​wała, co? – Nie wiem, Con. A gdzie ty byłeś? W kuchni zapadła cisza. Miałam wrażenie, że słyszę w powietrzu wyładowania elektryczne. Widziałam, jak Conrad drgnął, jak Jeremi odetchnął głęboko, gdy tylko to powiedział. Byłam pewna, że chciałby cofnąć te słowa i zrobiłby to za​raz, kie​dy Con​rad po​wie​dział spo​koj​nie: – To był cios poniżej pasa. – Prze​pra​szam – od​parł Je​re​m i. Con​rad wzru​szył ra​m io​na​m i, jak​by to tak czy in​a​czej było bez znacz​nia. – Dlaczego nie możesz po prostu odpuścić? – zapytał Jeremi. – Dlaczego musisz rozpamiętywać każdą gównianą rzecz, jaka cię spo​tkała? – Ponieważ ja żyję w prawdziwym świecie, w odróżnieniu od ciebie. Ty wolisz żyć w krainie marzeń, niż widzieć ludzi takimi, jacy naprawdę są. – Conrad powiedział to w taki sposób, że zaczęłam się zastanawiać, o kim on właści​wie mówi. Je​re​m i najeżył się, spoj​rzał na mnie, a po​tem z po​wro​tem na Con​ra​da. – Je​steś za​zdro​sny, przy​znaj to – po​wie​dział. – Za​zdro​sny? – Zazdrościsz, że tata i ja ułożyliśmy sobie jakoś relacje. Świat przestał się kręcić wyłącznie wokół ciebie i nie możesz tego przeżyć. Con​rad roześmiał się, ale to był gorz​ki, okrop​ny śmiech. – Bre​dzisz. – Po​pa​trzył na mnie. – Bel​ly, słyszysz to? Je​re​m i uważa, że je​stem za​zdro​sny. Jeremi popatrzył na mnie, jakby chciał, żebym opowiedziała się po jego stronie, a ja wiedziałam, że jeśli to zrobię, wybaczy mi, że nie powiedziałam mu o sprzedaży domu. Nienawidziłam Conrada za to, że odwołał się do mnie, że kazał mi wy​bie​rać. Nie wie​działam, po czy​j ej je​stem stro​nie. Obaj mie​li rację i obaj się my​li​li. Chy​ba zbyt długo kazałam im cze​kać na od​po​wiedź, bo Je​re​m i prze​stał na mnie pa​trzeć i po​wie​dział: – Je​steś zwykłym dup​kiem, Con. Chcesz po pro​stu, żeby wszy​scy byli tak samo nieszczęśliwi jak ty sam. Wy​szedł z kuch​ni. Słychać było, jak za​trza​sku​j e za sobą drzwi fron​to​we. Czułam, że po​win​nam za nim po​biec. Czułam, że za​wiodłam go w chwi​li, gdy mnie naj​bar​dziej po​trze​bo​wał. – Na​prawdę je​stem dup​kiem, Bel​ly? – za​py​tał mnie Con​rad. Otwo​rzył następne piwo i sta​rał się, żeby jego głos brzmiał obojętnie, ale wi​działam, że drży mu ręka. – Tak – od​parłam. – Na​prawdę je​steś. Podeszłam do okna i patrzyłam, jak Jeremi wsiada do samochodu. Było za późno, żeby za nim biec, zdążył już ru​szyć spod domu. Cho​ciaż był skraj​nie wściekły, pamiętał o zapięciu pasa bez​pie​czeństwa. – Wróci – po​wie​dział Con​rad. Za​wa​hałam się. – Nie po​wi​nie​neś był tego mówić – oznaj​m iłam w końcu. – Może i nie. – Nie po​wi​nie​neś mnie pro​sić, żebym trzy​m ała coś przed nim w ta​j em​ni​cy. Conrad wzruszył ramionami, jakby już o tym zapomniał, ale potem znowu spojrzał w okno, a ja wiedziałam, że się niepokoi. Rzucił mi puszkę piwa, którą złapałam, otworzyłam i pociągnęłam długi łyk. Prawie nie było niesmaczne. Może do tego przy​wy​kałam? Cmoknęłam głośno. Ob​ser​wo​wał mnie te​raz z dziw​nym wy​ra​zem twa​rzy. – Czy​li za​sma​ko​wało ci piwo, tak? Wzru​szyłam ra​m io​na​m i.

– Jest okej – odparłam i poczułam się bardzo dorosła. Musiałam jednak dodać: – Ale ciągle jeszcze wolę cherry coke. Pra​wie się uśmiechnął. – Sta​ra do​bra Bel​ly – rzu​cił. – Je​stem pe​wien, że gdy​by cię prze​kroić na pół, ze środ​ka wy​sy​pałby się czy​sty cu​kier. – To cała ja – przy​znałam. – Cu​kier, słodkości i różne ślicz​ności. – Nie je​stem tego pe​wien – stwier​dził Con​rad. Mil​cze​liśmy przez chwilę. Wypiłam jesz​cze trochę piwa i usiadłam obok Con​ra​da. – Wy​da​j e mi się, że na​prawdę zra​niłeś uczu​cia Je​re​m ie​go. Con​rad wzru​szył ra​m io​na​m i. – Musi zro​zu​m ieć, na ja​kim świe​cie żyje. – Ale nie mu​siałeś tego mówić w taki sposób. – Mnie się wy​da​j e, że to ty zra​niłaś jego uczu​cia. Otworzyłam usta i zaraz je zamknęłam. Gdybym go zapytała, co ma na myśli, powiedziałby mi, a tego wcale nie chciałam. Napiłam się piwa. – Co da​lej? – za​py​tałam. Con​rad nie dał mi się tak łatwo wykręcić. – Co da​lej z tobą i Je​re​m im czy co da​lej z tobą i ze mną? Drażnił się ze mną i nie cier​piałam go za to. Czułam, że mi płoną po​licz​ki. – Cho​dziło mi o to, co da​lej z tym do​m em – wyjaśniłam. Oparł się o blat ku​chen​ny. – Tak naprawdę niewiele da się zrobić. To znaczy mógłbym wynająć prawnika, mam już osiemnaście lat. Mógłbym próbować grać na zwłokę, ale wątpię, żeby to coś dało. Mój tata jest upar​ty i chci​wy. – Nie wy​da​j e mi się, żeby robił to… z chci​wości – za​uważyłam z wa​ha​niem. Twarz Con​ra​da stała się nie​prze​nik​nio​na. – Uwierz mi, to do nie​go po​dob​ne. – A co będzie z col​le​ge’em? – za​py​tałam wbrew so​bie. – W tym mo​m en​cie nie ob​chodzą mnie stu​dia. – Ale… – Daj spokój, Bel​ly. Opuścił kuch​nię, otwo​rzył prze​su​wa​ne drzwi i wy​szedł na dwór. Roz​m o​wa była skończo​na.

roz​dział dwu​dzie​sty szósty Je​re​m i

Przez całe życie podziwiałem Conrada. On zawsze był mądrzejszy, szybszy, po prostu lepszy we wszystkim. Ważne jest, że ja nigdy mu tego nie zazdrościłem. Był przecież Conradem. Nie mógł nic poradzić na to, że jest dobry. Nie mógł nic poradzić na to, że nigdy nie przegrywał w makao, w wyścigach i zawsze miał najlepsze stopnie. Możliwe, że jakaś część mnie potrzebowała właśnie tego, kogoś, kogo można podziwiać, starszego brata – faceta, który nie prze​gry​wa. Jednak kiedy miałem trzynaście lat, przyszedł pewien dzień. Uprawialiśmy zapasy w salonie od półtorej godziny. Tata zawsze próbował nas zainteresować wrestlingiem, ponieważ podczas studiów był w drużynie uniwersyteckiej i lubił uczyć nas nowych chwytów. Mocowaliśmy się, a mama w kuchni szykowała ulubioną potrawę taty, małże z be​ko​nem, bo wie​czo​rem mie​li przyjść goście. – Przy​szpil go, Con – po​ra​dził tata. Staraliśmy się ze wszystkich sił. Zdążyliśmy już przewrócić jeden ze srebrnych świeczników mamy, a Conrad dyszał ciężko – spodziewał się, że pokona mnie bez trudu, ale ja robiłem się coraz lepszy i nie zamierzałem się poddawać. Unieruchomił moją głowę ramieniem, ale ja zblokowałem jego kolano i obaj wylądowaliśmy na podłodze. Poczułem, że coś się zmie​nia, pra​wie go miałem. Za​raz zwy​ciężę i tata będzie ze mnie nie​sa​m o​wi​cie dum​ny. Kie​dy go trzy​m ałem, tata po​wie​dział: – Mówiłem ci, Con​nie, żebyś za​wsze pamiętał o zgi​na​niu nóg. Popatrzyłem na mojego tatę i zobaczyłem wyraz jego twarzy – tak wyglądał, kiedy czasem Conrad zrobił coś nie tak. Wokół jego oczu po​j a​wiły się zmarszcz​ki iry​ta​cji. Na mnie nig​dy tak nie pa​trzył. Nie powiedział „Dobra robota, Jeremi”. Zaczął tylko krytykować Conrada, tłumacząc mu, co mógł zrobić lepiej. Conrad tego słuchał i kiwał głową z poczerwieniałą twarzą, a pot spływał mu z czoła. Potem spojrzał na mnie i po​wie​dział tak, że wie​działem, że mówi szcze​rze: – Do​bra ro​bo​ta, Je​re​m i. Do​pie​ro wte​dy wtrącił się mój tata. – Tak, do​bra ro​bo​ta, Je​re​m i. Nagle poczułem, że mam ochotę się rozpłakać. Nie chciałem już nigdy więcej pokonać Conrada. To po prostu się nie opłacało. Po tym wszystkim, co zaszło w domu, wsiadłem do samochodu i po prostu ruszyłem przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd jadę, i po części nie chciałem wracać. Po części miałem ochotę zostawić Conrada, żeby radził sobie z tymi problemami sam, tak jak tego chciał od początku. Niech Belly się z nim użera. Niech się wypchają. Jechałem tak przez pół go​dzi​ny. Ale mimo wszystko przez cały czas wiedziałem, że w końcu zawrócę. Nie mogłem po prostu zniknąć. To było w stylu Conrada, a nie w moim. Poza tym to pytanie, gdzie był w czasie choroby mamy, naprawdę było ciosem poniżej pasa. Wiedział przecież, że ona umiera. To nie jego wina, że wyjechał do college’u, chociaż w rezultacie nie było go w domu, kiedy nagle zrobiło się bardzo źle. To potoczyło się bardzo szybko. Nie mógł wiedzieć. Gdyby wie​dział, zo​stałby w domu. Byłem pe​wien, że tak by zro​bił. Nasz tata nigdy nie dostałby nominacji do nagrody Tatusia Roku. To jasne, że miał wady, ale kiedy to się liczyło, pod sam koniec, wrócił do domu i powiedział to, co powinien. Sprawił, że mama była szczęśliwa. Conrad po prostu tego nie do​strze​gał, nie chciał tego do​strzec.

Nie wróciłem do domu od razu. Najpierw zatrzymałem się niedaleko pizzerii, bo zbliżała się pora obiadowa, a w domu nie było nic do jedzenia. Mój znajomy, Mikey, stał przy kasie. Poprosiłem o dużą pizzę ze wszystkimi dodatkami, a potem zapytałem, czy Ron po​j e​chał roz​wo​zić zamówie​nia. Mi​key od​po​wie​dział, że tak, ale niedługo wróci i mogę na nie​go za​cze​kać. Ron mieszkał w Cousins przez cały rok. W dzień uczył się w policealnym technikum, a wieczorem rozwoził pizzę. Był fajnym gościem. Odkąd pamiętam, kupował nieletnim dzieciakom piwo – wystarczyło dać mu dwadzieścia dolarów i było się usta​wio​nym. Wie​działem, że sko​ro to ma być na​sza ostat​nia noc, nie możemy tak tego ciągnąć. Kiedy wróciłem do domu, Conrad siedział na frontowej werandzie. Wiedziałem, że na mnie czekał i że było mu przy​kro z po​wo​du tego, co mi po​wie​dział. Na​cisnąłem klak​son i wyj​rzałem przez okno. – Chodź mi pomóc! – krzyknąłem. Pod​szedł do sa​m o​cho​du. Po​pa​trzył na skrzyn​ki z pi​wem i torbę z czymś moc​niej​szym. – Ron? – za​py​tał. – Owszem. – Wyciągnąłem dwie skrzyn​ki piwa i podałem mu. – Urządza​m y im​prezę.

roz​dział dwu​dzie​sty siódmy

Po kłótni, która miała miejsce po wyjściu pana Fishera, poszłam do swojego pokoju i nie ruszałam się stamtąd. Nie chciałam być na dole, kiedy Jeremi wróci, na wypadek, gdyby on i Conrad planowali urządzić sobie dogrywkę. Oni, w odróżnie​niu ode mnie i Ste​ve​na, pra​wie nig​dy się nie kłócili. Przez cały ten czas, kie​dy ich znałam, może ze trzy razy był świad​kiem ich nie​po​ro​zu​m ie​nia. Je​re​m i po​dzi​wiał Con​ra​da, a Con​rad opie​ko​wał się Je​re​m im – to było pro​ste. Zaczęłam przeglądać szuflady i półki w szafie w poszukiwaniu moich rzeczy. Mama zawsze upierała się, żebyśmy przy wyjeździe wszystko zabierali, ale nigdy nic nie wiadomo – uznałam, że równie dobrze mogę to sprawdzić. Pan Fi​sher praw​do​po​dob​nie po​wie fir​m ie prze​pro​wadz​ko​wej, żeby wy​rzu​ciła wszyst​kie nie​po​trzeb​ne rze​czy. W najniższej szufladzie biurka znalazłam stary zeszyt w twardej oprawie z czasów mojej fascynacji Har​riet szpie​giem . Był pokolorowany różowym, zielonym i żółtym markerem. Całymi dniami łaziłam za chłopakami i robiłam no​tat​ki w tym ze​szy​cie, aż Ste​ven się wściekł na mnie i po​skarżył ma​m ie. Prze​czy​tałam:

28 czerwca. Przyłapałam Jeremiego, jak tańczył przed lustrem i myślał, że nikt go nie widzi. Miał pecha – ja go zo​ba​czyłam! 30 czerw​ca. Con​rad zno​wu zjadł wszyst​kie nie​bie​skie lody, cho​ciaż miał tego nie robić. Nie po​skarżyłam na nie​go. 1 lip​ca. Ste​ven kopnął mnie za nic. I tak da​lej. W połowie lipca znudziła mi się ta zabawa i przestałam pisać. Czepiałam się wtedy chłopaków jak mały rzep. Gdybym miała osiem lat, byłabym szczęśliwa, że mogę brać udział w tej przygodzie, że mogę być z chłopakami, pod​czas gdy Ste​ven musi sie​dzieć w domu. Znalazłam jeszcze kilka rzeczy, śmieci takich jak połowa słoiczka wiśniowego błyszczyku do ust czy kilka zakurzonych opasek do włosów. Na półce stały moje stare książki Judy Blume i schowane za nimi powieści Virginii C. An​drews. Uznałam, że zo​sta​wię tu to wszyst​ko. Jedyną rzeczą, jaką musiałam zabrać, był Junior Mint, stary pluszowy miś polarny, którego Conrad wygrał dla mnie wieki temu. Po prostu nie mogłam pozwolić, żeby został wyrzucony do śmieci, ponieważ dawniej miał dla mnie szczególne zna​cze​nie. Przez jakiś czas zostałam na górze, przeglądając stare rzeczy. Znalazłam jeszcze coś, co chciałam zachować – dziecinny teleskop. Pamiętałam dzień, kiedy tata mi go kupił w jednym z malutkich antykwariatów przy deptaku. Teleskop był dość drogi, ale tata powiedział, że powinnam go dostać. Przechodziłam wtedy fazę fascynacji gwiazdami, kometami i konstelacjami, a on miał nadzieję, że może wyrosnę na astronoma. Okazało się, że fascynacja mi szybko przeszła, ale w swoim czasie świetnie się bawiłam. Podobało mi się, jak wtedy patrzył na mnie tata, jak​bym odzie​dzi​czyła po nim pasję, była nie​odrodną córką swo​j e​go ojca. Jeszcze czasem tak na mnie patrzył – kiedy w restauracji prosiłam o sos tabasco albo kiedy przełączałam stację radiową na NPR, zanim mnie o to poprosił. Sos tabasco lubiłam naprawdę, ale już NPR nieszczególnie – robiłam to po to, żeby mógł być ze mnie dum​ny. Cieszyłam się, że to on jest moim tatą, a nie pan Fisher. Nigdy na mnie nie krzyczał ani nie klął i na pewno nie wściekałby się o jakąś rozlaną oranżadę. To było do niego niepodobne. Nigdy wcześniej nie doceniałam tego, jakim był człowie​kiem.

roz​dział dwu​dzie​sty ósmy

Mój ojciec rzadko przyjeżdżał do letniej willi – najwyżej na jeden weekend w sierpniu. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Pewnego razu on i pan Fisher przyjechali na weekend równocześnie, jakby mieli aż tyle wspólnych tematów, przyjaźnili się czy coś w tym rodzaju. Trudno, żeby się różnili bardziej. Pan Fisher uwielbiał mówić bez końca, a mój tata odzywał się tylko wtedy, gdy miał coś do powiedzenia. Pan Fisher zawsze oglądał Spor​t​sCen​ter, a tata rzad​ko włączał te​le​wi​zor i na pew​no nie po to, żeby oglądać sport. Rodzice wybierali się wieczorem do eleganckiej restauracji w Dyerstown. W każdą sobotę grał tam zespół muzyczny i mieli nawet parkiet taneczny. Trudno mi było wyobrazić sobie moich rodziców tańczących – nigdy wcześniej nie widziałam, żeby to robili – ale byłam pewna, że Susanna i pan Fisher tańczą bardzo często. Raz ich wi​działam, jak tańczy​li w sa​lo​nie, i pamiętam, że Con​rad za​czer​wie​nił się wte​dy i szyb​ko odwrócił. Leżałam na brzuchu na łóżku Susanny, patrząc, jak ona i moja matka szykują się w łazience przylegającej do sy​pial​ni. Su​san​na prze​ko​nała moją matkę do założenia su​kien​ki, którą jej pożyczyła – czer​wo​nej, z głębo​kim de​kol​tem. – Jak ja w tym wyglądam, Beck? – za​py​tała moja mat​ka nie​pew​nie. Wi​działam, że czu​j e się nie​swo​j o, po​nie​waż za​zwy​czaj cho​dziła w spodniach. – Wyglądasz świet​nie. Po​win​naś ją za​trzy​m ać. W czer​wo​nym ci nie​sa​m o​wi​cie do twa​rzy, Lau​re. Su​san​na za​wi​j ała rzęsy i pa​trzyła w lu​stro, sze​ro​ko otwie​rając oczy. Zamierzałam zaczekać, aż wyjdą, i poćwiczyć używanie lokówki do rzęs. Moja mama nie miała niczego takiego. Znałam zawartość jej zielonej plastikowej kosmetyczki Clinique, darmowego prezentu do jakichś zakupów: sztyft do ust Burt’s Bees, ekspresowa kredka do oczu, różowo-zielona tubka mascary Maybelline i przeciwsłoneczny krem to​nujący. Nuda. Natomiast kuferek do makijażu Susanny był skrzynią ze skarbami. Granatowy, zrobiony ze sztucznej wężowej skóry, miał ciężkie złote okucia z wyrytymi jej inicjałami. W środku trzymała malutkie pudełeczka i paletki z cieniem do powiek, pędzelki do makijażu i próbki perfum. Nigdy niczego nie wyrzucała. Lubiłam porządkować zawartość tego ku​fer​ka i układać wszyst​ko równiut​ko. Cza​sem Su​san​na dawała mi jakąś szminkę albo próbkę cie​nia do po​wiek, za​wsze w pa​ste​lo​wych ko​lo​rach. – Chcesz, żebym ci po​m a​lo​wała oczy? – za​py​tała mnie Su​san​na. Na​tych​m iast usiadłam na łóżku. – Tak! – Beck, proszę cię, nie maluj jej znowu jak prostytutki – powiedziała moja matka, rozczesując grzebieniem mokre włosy. Su​san​na skrzy​wiła się. – Lau​re, to się na​zy​wa smo​ky eyes. – Właśnie, mamo, to smo​ky eyes – wtrąciłam się. Su​san​na po​ki​wała na mnie pal​cem. – Chodź tu, Bel​ly. Przybiegłam do łazienki i podciągnęłam się na blat szafki. Uwielbiałam tam siedzieć, machać nogami i słuchać ich rozmów, jak​bym także była jedną z ko​biet. Su​san​na za​nu​rzyła mały pędze​lek w słoicz​ku z czar​nym ey​eli​ne​rem. – Za​m knij oczy – po​le​ciła. Posłuchałam, a Susanna przeciągnęła pędzelkiem wzdłuż mojej linii rzęs, z wprawą rozcierając i rozprowadzając ey​eli​ner kciu​kiem.

Potem zaczęła nakładać cień do powiek, podczas gdy ja wierciłam się z ekscytacji w miejscu. Uwielbiałam, kiedy Su​san​na mnie ma​lo​wała, i nie mogłam się do​cze​kać, aż będę po​dzi​wiać efekt jej pra​cy. – Będziesz dzi​siaj tańczyć z pa​nem Fi​she​rem? – za​py​tałam. Su​san​na się roześmiała. – Nie wiem. Możliwe. – Mamo, a ty i tata? Moja mat​ka także się roześmiała. – Nie wiem, ale ra​czej nie. Twój oj​ciec nie lubi tańczyć. – Tata jest nud​ny – oznaj​m iłam, próbując się odkręcić i spoj​rzeć w lu​stro. Su​san​na łagod​nie położyła mi ręce na ra​m io​nach i po​sa​dziła pro​sto. – Nie jest nudny – powiedziała moja mama. – Ma po prostu inne zainteresowania. Lubisz, kiedy uczy cię nazw gwiaz​do​zbiorów, praw​da? – No tak – od​po​wie​działam bez prze​ko​na​nia. – Jest bar​dzo cier​pli​wy i za​wsze słucha two​ich opo​wieści – przy​po​m niała mi mat​ka. – To praw​da, ale co to ma wspólne​go z tym, że jest nud​ny? – Pew​nie nie​wie​le. Ale ma dużo wspólne​go z tym, że, jak mi się wy​da​j e, jest do​brym oj​cem. – Naprawdę jest – zgodziła się Susanna, a potem ona i moja matka wymieniły spojrzenia nad moją głową. – Możesz się przej​rzeć. Odwróciłam się jak najszybciej i spojrzałam w lustro. Moje oczy był bardzo ciemne i tajemnicze. Czułam się tak, jak​bym to ja miała iść na bal. – No wi​dzisz, wca​le nie wygląda jak pro​sty​tut​ka – oznaj​m iła trium​fal​nie Su​san​na. – Wygląda, jak​by miała pod​bi​te oko – stwier​dziła moja mama. – Wca​le nie. Wyglądam ta​j em​ni​czo. Wyglądam jak księżna. – Ze​sko​czyłam z bla​tu szaf​ki. – Dziękuję! – Nie ma za co, skar​bie. Ucałowałyśmy się lekko, jak dwie damy spotykające się na przyjęciu, a potem Susanna wzięła mnie za rękę i pod​pro​wa​dziła do to​a​let​ki. Podała mi swo​j e pudełko z biżute​rią. – Bel​ly, ty masz świet​ny gust. Pomożesz mi wy​brać biżute​rię na wieczór? Usiadłam na łóżku z drewnianą skrzyneczką i uważnie przejrzałam jej zawartość. Znalazłam to, czego szukałam: wiszące kol​czy​ki z opa​la​m i i pierścio​nek do kom​ple​tu. – Załóż to – po​wie​działam, po​dając jej biżute​rię na otwar​tej dłoni. Su​san​na posłuchała i założyła kol​czy​ki. – Nie wiem, czy to pa​su​j e – wtrąciła moja mama. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że rzeczywiście nie pasowało, ale uwielbiałam biżuterię z opalami i po​dzi​wiałam ją po​nad wszyst​ko inne. Dla​te​go od​parłam: – Mamo, co ty wiesz o mo​dzie... Od razu się przestraszyłam, że rozgniewa się na mnie, ale to mi się wymknęło i było szczerą prawdą. Moja mama znała się na biżute​rii mniej więcej tak samo, jak na ma​ki​j ażu. Su​san​na roześmiała się, a moja mat​ka jej wtórowała. – Bie​gnij na dół i po​wiedz pa​nom, że będzie​m y go​to​we za pięć mi​nut, księżnicz​ko – po​le​ciła moja mama. Ze​rwałam się z łóżka i dygnęłam te​atral​nie. – Tak jest, mat​ko. Obie się roześmiały. – No idź, ty cho​chli​ku – po​wie​działa mama. Zbiegłam na dół. Kie​dy byłam dziec​kiem, bie​gałam z byle po​wo​du. – Są pra​wie go​to​we! – wy​krzyknęłam. Pan Fi​sher po​ka​zy​wał mo​j e​m u ta​cie swoją nową wędkę. Tata z wyraźną ulgą przy​j ał moją wia​do​m ość. – Bel​ly, co one z tobą zro​biły? – za​py​tał. – Su​san​na zro​biła mi ma​ki​j aż. Po​do​ba ci się? Mój tata przyj​rzał mi się z bli​ska, oce​niając mnie całkiem se​rio. – Nie je​stem pe​wien. Wyglądasz bar​dzo dorośle. – Na​prawdę? – Tak, bar​dzo, bar​dzo dorośle. Starałam się ukryć swój zachwyt, moszcząc się pod ramieniem taty i opierając o niego głową. Dla mnie nie istniał piękniej​szy kom​ple​m ent niż na​zwa​nie mnie do​rosłą. Wyszli niedługo później: ojcowie w wyprasowanych jasnych spodniach i zapinanych koszulach, matki w letnich sukienkach. Pan Fisher i mój tata nie różnili się aż tak bardzo, kiedy obaj byli elegancko ubrani. Tata przytulił mnie na pożegnanie i powiedział, że jeśli jeszcze nie będę spała, kiedy wrócą, posiedzimy jakiś czas na werandzie i będziemy

wypatrywać spadające gwiazdy. Mama powiedziała, że prawdopodobnie wrócą bardzo późno, ale tata mrugnął do mnie po​ro​zu​m ie​waw​czo. W drodze do drzwi szepnął coś matce do ucha, a ona zasłoniła usta i roześmiała się niskim, gardłowym śmiechem. Byłam cie​ka​wa, co jej po​wie​dział. Zapamiętałam to jako jeden z ostatnich razów, kiedy byli szczęśliwi. Naprawdę żałuję, że nie potrafiłam się tym bar​dziej cie​szyć. Moi rodzice zawsze byli zrównoważeni i tak nudni, jak tylko mogą być rodzice. Nigdy się nie kłócili. Rodzice Taylor kłócili się nieustannie. Kiedy przychodziłam tam nocować, pan Jewel spóźniał się do domu, a matka Taylor była naprawdę okropnie zła, chodziła głośno tupiąc i trzaskała pokrywkami. Siedziałyśmy przy stole w kuchni, ja wciskałam się jak najgłębiej w swoje krzesło, a Taylor gadała cały czas o jakichś głupotach. Na przykład o tym, że Veronika Gerard założyła na gimnastykę dwa razy z rzędu te same skarpetki albo że w gimnazjum powinnyśmy się zgłosić do no​sze​nia wody dla chłopców pod​czas meczów drużyny fut​bo​lo​wej. Kiedy jej rodzice się rozwiedli, zapytałam Taylor, czy czuje odrobinę ulgi. Zaprzeczyła. Powiedziała, że chociaż kłócili się przez cały czas, przy​najm​niej po​zo​sta​wa​li ro​dziną. – Twoi ro​dzi​ce na​wet się nie kłócili – stwier​dziła, a ja usłyszałam w jej głosie cień po​gar​dy. Rozumiałam, co miała na myśli, ponieważ sama się nad tym zastanawiałam. Jak dwoje ludzi, którzy byli w sobie kiedyś zakochani do szaleństwa, może się nie kłócić? Czy nie obchodzi ich to już na tyle, żeby się kłócić o to, walczyć nie tylko ze sobą, ale także o swój związek? Czy naprawdę kiedykolwiek byli zakochani? Czy moja mama czuła się przy moim tacie tak, jak ja czułam się przy Conradzie – naprawdę żywa, szalona, pijana czułością? Te pytania nie dawały mi spo​ko​j u. Nie chciałam powtórzyć błędów moich rodziców. Nie chciałam, żeby moja miłość zniknęła pewnego dnia jak stara bli​zna. Chciałam, żeby płonęła przez całe życie.

roz​dział dwu​dzie​sty dzie​wiąty

Kiedy w końcu zeszłam na dół, było już ciemno, a Jeremi zdążył wrócić. On i Conrad siedzieli na kanapie i oglądali telewizję, jakby tamta kłótnia się nigdy nie wydarzyła. Chyba tak właśnie jest z chłopakami – kiedy ja i Taylor się kłóciłyśmy, byłyśmy na siebie obrażone co najmniej tydzień, a próbą sił stawało się to, która przeciągnie na swoją stronę nasze wspólne przyjaciółki. „Po czyjej stronie jesteś?” – żądałyśmy deklaracji od Katie albo Marcy. Mówiłyśmy podłe rzeczy, których nie da się zapomnieć, a potem płakałyśmy i godziłyśmy się. Wydawało mi się wątpliwe, żeby Con​rad i Je​re​m i płaka​li i go​dzili się, kie​dy sie​działam na górze. Zastanawiałam się, czy mnie także zostało wybaczone to, że nie powiedziałam Jeremiemu o sprzedaży domu, że nie stanęłam po jego stronie. Musiałam przecież przyznać, że przyjechaliśmy tutaj jako partnerzy, drużyna, ale kiedy mnie potrzebował, zawiodłam go. Przez chwilę stałam przy schodach niepewna, czy powinnam do nich podejść, ale potem Jeremi popatrzył na mnie i już wiedziałam. Wybaczył mi. Uśmiechnął się szczerym uśmiechem, który mógłby stopić naj​tward​szy lód. Od​wza​j em​niłam ten uśmiech, wdzięczna za to jak nig​dy. – Właśnie miałem iść po cie​bie – po​wie​dział. – Urządza​m y im​prezę. Na sto​li​ku stało pudełko piz​zy. – Im​prezę piz​zową? – za​py​tałam. Kiedy byliśmy dziećmi, Susanna wiele razy urządzała dla nas imprezy pizzowe. Nigdy nie nazywało się to po prostu „pizza na obiad”, zawsze „impreza pizzowa”. Tyle że dzisiaj mieliśmy jeszcze piwo i tequilę. Czyli to był już koniec: nasz ostat​ni wieczór. Wszystko to wydawałoby się bardziej realne, gdyby był z nami Steven. Gdybyśmy byli we czworo, razem, czułabym, że wszyst​ko jest na miej​scu. – Wpadłem w mieście na kil​ku zna​j o​m ych. Przyjdą później i przy​niosą be​czułkę. – Be​czułkę? – powtórzyłam. – No, tak. Be​czułkę, wiesz, z pi​wem. – A tak. – Skinęłam głową. – Z pi​wem. Usiadłam na podłodze i otwo​rzyłam pudełko piz​zy. Zo​stał tyl​ko je​den kawałek, do tego mały. – Je​steście par​szy​we żarłoki – po​wie​działam i we​pchnęłam go do ust. – Ups, wybacz – odparł Jeremi. Poszedł do kuchni i wrócił z trzema kubkami, balansując jednym z nich w zagłębie​niu ra​m ie​nia. Podał mi ku​bek. – Zdro​wie – po​wie​dział i podał też je​den Con​ra​do​wi. Powąchałam po​dejrz​li​wie za​war​tość – była ja​snobrązowa i pływał w niej pla​ste​rek li​m on​ki. – Pach​nie czymś moc​nym – stwier​dziłam. – Dla​te​go, że to te​qu​ila – za​nu​cił. Uniósł ku​bek. – Za nasz ostat​ni wieczór. – Za nasz ostat​ni wieczór – powtórzy​liśmy. Obaj wypili swoje porcje na jeden raz, a ja pociągnęłam malutki łyczek i stwierdziłam, że to nie jest najgorsze. Nig​dy wcześniej nie piłam te​qu​ili. Szyb​ko opróżniłam ku​bek. – Całkiem do​bre – oznaj​m iłam. – Wca​le nie sma​ku​j e, jak​by było moc​ne. Je​re​m i par​sknął śmie​chem. – Dla​te​go, że two​j a składała się w dzie​więćdzie​sięciu pięciu pro​cen​tach z wody. Con​rad też się roześmiał, a ja spio​ru​no​wałam ich obu wzro​kiem. – To nie fair – oznaj​m iłam. – Chcę pić to samo, co wy. – Sor​ry, ale nie po​da​j e​m y al​ko​ho​lu nie​let​nim. – Je​re​m i usiadł na podłodze obok mnie. Szturchnęłam go w ramię. – Ty też je​steś nie​let​ni, głupku. Wszy​scy je​steśmy.

– No tak, ale ty je​steś na​prawdę nie​let​nia – po​wie​dział. – Mama by mnie zabiła. Po raz pierwszy któreś z nas wspomniało o Susannie. Natychmiast spojrzałam na Conrada, ale jego twarz pozostała nieprzenikniona. Odetchnęłam lekko i wpadłam na pomysł, najlepszy, jaki tylko mogłam. Zerwałam się, otworzyłam drzwiczki szafki telewizyjnej i przesunęłam palcami po rzędzie płyt DVD i kaset wideo z nalepkami wy​pi​sa​ny​m i po​chyłym pi​smem Su​san​ny. Zna​lazłam to, cze​go szu​kałam. – Co ro​bisz? – za​py​tał Je​re​m i. – Po​cze​kaj tyl​ko – od​parłam odwrócona do nich. Włączyłam te​le​wi​zor i wsa​dziłam ka​setę do od​twa​rza​cza. Na ekranie pojawił się dwunastoletni Conrad, z pryszczami i aparatem na zębach. Leżał na ręczniku plażowym i wy​krzy​wiał się. Tam​te​go lata nie po​zwa​lał, żeby kto​kol​wiek robił mu zdjęcia. Ka​m erę jak zwy​kle obsługi​wał pan Fi​sher, który ode​zwał się zza ka​dru: – No już, Con​nie, po​wiedz „Wszyst​kie​go naj​lep​sze​go z oka​zji czwar​te​go lip​ca”! Popatrzyliśmy na siebie z Jeremim i parsknęliśmy śmiechem, a Conrad spojrzał na nas z irytacją. Sięgnął po pilota, ale Je​re​m i zdążył go ubiec. Uniósł pi​lo​ta nad głowę, śmiejąc się bez tchu. Zaczęli się sza​m o​tać i na​gle prze​sta​li. Kamera skoncentrowała się na Susannie w wielkim plażowym kapeluszu od słońca i długiej białej bluzce na​rzu​co​nej na ko​stium kąpie​lo​wy. – Suze, skar​bie, jak się czu​j esz w dzień uro​dzin na​sze​go na​ro​du? Przewróciła ocza​m i. – Daj spokój, Adam. Idź na​gry​wać dzie​ci. A potem uśmiechnęła się spod kapelusza tym swoim leniwym, nieudawanym uśmiechem. To był uśmiech kobiety, która na​prawdę i szcze​rze ko​cha mężczyznę trzy​m ającego ka​m erę. Con​rad sie​dział bez ru​chu i przez chwilę wpa​try​wał się w ekran. – Wyłącz to – po​wie​dział w końcu. – Daj spokój, sta​ry – od​parł Je​re​m i. – Po​pa​trz​m y trochę. Con​rad nic nie od​po​wie​dział, ale nie odwrócił się też od te​le​wi​zo​ra. W tym momencie kamera została skierowana na mnie i Jeremi znowu zaczął się śmiać, podobnie jak Conrad. Na to właśnie cze​kałam. Byłam pew​na, że ich to roz​ba​wi. Ubrana w wielkie okulary i jednoczęściowy kostium kąpielowy w tęczowe prążki, z którego wystawał mi pękaty jak u czte​ro​lat​ki brzu​szek, wrzesz​czałam ile sił w płucach, ucie​kając przed Ste​ve​nem i Je​re​m im. Gonili mnie, machając czymś, co – jak twierdzili – miało być meduzą, ale jak się później przekonałam, było tylko kępką wo​do​rostów. Włosy Je​re​m ie​go były pra​wie białe od słońca i wyglądał dokład​nie tak, jak go za​pa​m iętałam. – Bel​ly, wyglądasz jak na​dmu​chi​wa​na piłka – po​wie​dział za​dy​sza​ny ze śmie​chu. Ja też się lek​ko roześmiałam. – Uważaj – odparłam. – Tamte wakacje były naprawdę wspaniałe. Wszystkie nasze wakacje tutaj były naprawdę… wspa​niałe. „Wspa​niałe” na​wet po części nie od​da​wało praw​dy. Con​rad bez słowa wstał i wrócił z bu​telką te​qu​ili. Nalał nam po tro​chu, a moja tym ra​zem nie zo​stała roz​wod​nio​na. Wszyscy troje wypiliśmy – zapiekło mnie gardło przy przełykaniu tak, że łzy popłynęły mi po twarzy. Conrad i Je​re​m i zno​wu zaczęli się śmiać. – Po​ssij pla​ste​rek li​m on​ki – po​ra​dził Con​rad, więc go posłuchałam. Niedługo zaczęłam się czuć cudownie, rozgrzana i leniwa. Leżałam na podłodze z rozpostartymi włosami, patrzyłam w su​fit i ob​ser​wo​wałam ob​ra​cający się bez końca wia​trak. Kie​dy Con​rad wstał i po​szedł do łazien​ki, Je​re​m i prze​tur​lał się na bok. – Hej, Bel​ly – po​wie​dział. – Praw​da czy wy​zwa​nie? – Nie bądź głupi – od​parłam. – No daj spokój, za​graj ze mną. Ślicz​nie proszę. Przewróciłam ocza​m i i usiadłam. – Wy​zwa​nie. Miał w oczach psot​ne ogni​ki – nie wi​działam ta​kie​go ich wy​ra​zu, od kie​dy Su​san​na zno​wu za​cho​ro​wała. – Wy​zy​wam cię, żebyś mnie pocałowała. Spo​ro się na​uczyłem od po​przed​nie​go razu. Roześmiałam się. Nie wiem, co spo​dzie​wałam się od nie​go usłyszeć, ale na pew​no nie to. Jeremi nachylił ku mnie twarz, a ja znowu się roześmiałam, pochyliłam do przodu, ujęłam go za podbródek i pocałowałam w po​li​czek z głośnym plaśnięciem. – O rany! – za​pro​te​sto​wał. – To nie jest praw​dzi​wy pocałunek! – Nie podałeś miej​sca – od​parłam i po​czułam, że twarz mnie pie​cze. – No już, Bel​ly – na​le​gał. – Nie tak się wte​dy całowa​liśmy.

W tym mo​m en​cie wrócił do po​ko​j u Con​rad, wy​cie​rając ręce w dżinsy. – O czym ty mówisz, Je​re​m i? – za​py​tał. – Masz chy​ba dziew​czynę? Spoj​rzałam na Je​re​m ie​go, na którego po​licz​kach po​j a​wiły się wy​pie​ki. – Masz dziew​czynę? – Usłyszałam we własnym głosie oskarżyciel​ski ton, za który się nie​na​wi​dziłam. Osta​tecz​nie Je​re​m i nie był mi nic win​ny, nie należał do mnie, cho​ciaż za​wsze spra​wiał, że tak mi się wy​da​wało. Przez cały ten czas, jaki spędzi​liśmy ra​zem, ani razu nie wspo​m niał, że ma dziew​czynę. Nie mogłam w to uwierzyć. Najwyraźniej nie ja jedna trzymałam coś w sekrecie i sama myśl o tym sprawiła, że ogarnęło mnie przygnębie​nie. – Już zerwaliśmy. Idzie na uczelnię w Tulane, a ja zostaję tutaj, więc uznaliśmy, że nie ma sensu być razem. – Spojrzał ze złością na Conrada, a potem z powrotem na mnie. – Poza tym bez przerwy się kłóciliśmy i godziliśmy. Była stuk​nięta. Nie podobało mi się, że był z jakąś stukniętą dziewczyną, na której mu zależało wystarczająco, żeby do niej co chwi​la wra​cać. – No, to jak się na​zy​wała? – za​py​tałam. Za​wa​hał się. – Mara – od​parł w końcu. Al​ko​hol spra​wił, że zdo​byłam się na od​wagę i zadałam py​ta​nie: – Ko​chasz ją? Tym ra​zem się nie wahał. – Nie – po​wie​dział. Pod​niosłam okru​szek piz​zy. – No do​bra, moja ko​lej. Con​rad, praw​da czy wy​zwa​nie? Leżał na brzu​chu na ka​na​pie. – Nie mówiłem, że chcę z wami grać. – Tchórz – po​wie​dzie​liśmy jed​no​cześnie z Je​re​m im. – Raz, dwa, trzy, moje szczęście – do​da​liśmy ra​zem. – Za​cho​wu​j e​cie się jak dwu​lat​ki – mruknął Con​rad. Je​re​m i pod​niósł się i zaczął pod​ska​ki​wać. – Tchórz-tchórz-tchórz. – Praw​da czy wy​zwa​nie? – powtórzyłam. Con​rad jęknął. – Praw​da. Byłam tak szczęśliwa, że Conrad chce z nami grać, że nie potrafiłam wymyślić żadnego dobrego pytania. To znaczy istniało milion rzeczy, o które chciałam go zapytać: co się stało z nami, czy kiedykolwiek mu na mnie zależało, czy nasz związek był prawdziwy. Ale nie mogłam zadawać takich pytań. Tyle wiedziałam nawet mimo przytępiającej zmysły te​qu​ili. Za​m iast tego za​py​tałam: – Pamiętasz tam​te wa​ka​cje, kie​dy po​do​bała ci się dziew​czy​na pra​cująca przy dep​ta​ku? An​gie? – Nie – od​parł, ale wie​działam, że kłamie. – A dla​cze​go py​tasz? – Prze​spałeś się z nią? Con​rad w końcu pod​niósł głowę z ka​na​py. – Nie. – Nie wierzę ci. – Raz próbowałem, ale dała mi w łeb i powiedziała, że nie jest taka. Chyba była świadkiem Jehowy czy kimś w tym ro​dza​j u. Je​re​m i i ja zwinęliśmy się ze śmie​chu. Je​re​m i śmiał się tak bar​dzo, że po​chy​lił się i upadł na ko​la​na. – O rany – wy​sa​pał. – To nie​sa​m o​wi​te. Rzeczywiście, było. Wprawdzie zawdzięczaliśmy to chyba całej skrzynce piwa, którą zdążył wypić, ale Conrad wy​lu​zo​wał się i opo​wia​dał nam o różnych rze​czach. To było nie​sa​m o​wi​te, jak praw​dzi​wy cud. Con​rad pod​parł się na łokciu. – No do​bra, moja ko​lej. Patrzył na mnie, jakbyśmy byli w pokoju sami, a mnie nagle ogarnęły lęk i ekscytacja. Potem spojrzałam na ob​ser​wującego nas Je​re​m ie​go i w jed​nej chwi​li się uspo​koiłam. – Nie ma mowy – odparłam poważnie. – Nie możesz mnie wybrać, bo ja właśnie wybrałam ciebie. Takie są za​sa​dy. – Za​sa​dy? – powtórzył. – Tak – po​twier​dziłam, opie​rając głowę o ka​napę.

– A nie je​steś ani trochę cie​ka​wa, o co chciałem za​py​tać? – Nie. Ani odro​binkę. To było kłam​stwo, oczy​wiście, że byłam cie​ka​wa. Umie​rałam z cie​ka​wości. Wyciągnęłam rękę, nalałam sobie jeszcze trochę tequili i wstałam, czując, że trzęsą mi się kolana. Kręciło mi się w głowie. – Za nasz ostat​ni wieczór! – Już za to piliśmy, pamiętasz? – za​py​tał Je​re​m i. Po​ka​załam mu język. – Dobra. – Tequila znowu dodała mi odwagi i tym razem pozwoliła powiedzieć to, co naprawdę chciałam powiedzieć. To, o czym wszyscy dzisiaj myśleliśmy. – Za… Za wszystkich, których nie ma tu dzisiaj z nami. Za moją mamę, Ste​ve​na i przede wszyst​kim za Su​sannę. Okej? Conrad popatrzył na mnie i przez chwilę bałam się, co może mi powiedzieć, ale potem podniósł swój kubeczek, a Jeremi poszedł w jego ślady. Jednocześnie wypiliśmy swoje porcje, a ja miałam wrażenie, że przełykam płynny ogień. Za​kasłałam. Kie​dy usie​dliśmy z po​wro​tem, za​py​tałam Je​re​m ie​go: – To kto przy​cho​dzi na tę im​prezę? Wzru​szył ra​m io​na​m i. – Jacyś ludzie, których poznaliśmy na basenie w zeszłe wakacje. Mają powiedzieć znajomym. A, no i Mikey, Pete i ich kum​ple. Zastanawiałam się, kim byli „Mikey, Pete i ich kumple”. Zastanawiałam się też, czy nie powinnam trochę po​sprzątać, za​nim lu​dzie za​czną się scho​dzić. – Na którą ich za​pro​siłeś? – za​py​tałam Je​re​m ie​go. Zno​wu wzru​szył ra​m io​na​m i. – Na dzie​siątą. A może na je​de​nastą. Ze​rwałam się. – Jest już pra​wie dzie​wiąta! Muszę się ubrać. – Chy​ba je​steś już ubra​na? – zdzi​wił się Con​rad. Nie za​wra​całam so​bie na​wet głowy od​po​wia​da​niem, tyl​ko od razu po​biegłam na górę.

roz​dział trzy​dzie​sty

Taylor zadzwoniła w chwili, gdy właśnie wyrzuciłam zawartość mojej torby na podłogę. Wtedy przypomniałam sobie, że jest sobota – miałam wrażenie, że jestem tutaj o wiele dłużej. Przypomniałam też sobie, że dzisiaj jest czwar​ty lip​ca, a ja po​win​nam być na jach​cie z Tay​lor, Da​vi​sem i resztą na​szych zna​j o​m ych. – Cześć, Tay​lor – po​wie​działam. – Cześć, gdzie je​steś? Tay​lor nie spra​wiała wrażenie wściekłej na mnie, co wydało mi się na​prawdę nie​po​kojące. – Da​lej w Co​usins. Prze​pra​szam, że nie zdążyłam na im​prezę na jach​cie. Ze sterty ciuchów wybrałam szyfonową bluzeczkę z odsłoniętym ramieniem i ją przymierzyłam. Kiedy Taylor ją zakładała, za​wsze za​cze​sy​wała włosy na bok. – Leje od rana, więc odwołaliśmy imprezę na jachcie. Zamiast tego Cory urządza dzisiaj imprezę w mieszkaniu swo​j e​go bra​ta. A co u cie​bie? – Chyba też będziemy mieli imprezę. Jeremi właśnie kupił tonę piwa, tequili i innych rzeczy – powiedziałam, po​pra​wiając bluzkę. Nie byłam pew​na, ile ra​m ie​nia po​win​nam odsłaniać. – Im​prezę? – pisnęła. – Chciałabym na niej być! Spróbowałam wsunąć stopę w sandałek na koturnie. Żałowałam, że wspomniałam cokolwiek o imprezie, a szczególnie o te​qu​ili, na punk​cie której Tay​lor miała ostat​nio bzi​ka. – A co z im​prezą u Cory’ego? – za​py​tałam. – Słyszałam, że u jego bra​ta jest ja​cuz​zi. Uwiel​biasz prze​cież ja​cuz​zi. – Fakt. Kurczę, ale chciałabym też być na waszej imprezie! Imprezy na plaży są super – oznajmiła Taylor. – Poza tym słyszałam od Rachel Spiro, że ma przyjść całe stado zdzir z pierwszej klasy, więc nie wiem, czy w ogóle warto tam iść. Rany, może po​win​nam po pro​stu wsiąść do auta i przy​j e​chać do Co​usins! – Za​nim tu do​j e​dziesz, wszy​scy już pójdą. Le​piej zro​bisz, idąc do Cory’ego. Usłyszałam, że pod dom pod​j eżdża sa​m ochód. Goście za​czy​na​li się już scho​dzić, więc prze​cież mówiłam prawdę. Miałam właśnie po​wie​dzieć Tay​lor, że muszę le​cieć, kie​dy za​py​tała ci​chut​ko: – Czy ty nie chcesz, żebym przy​j eżdżała? – Nie po​wie​działam tego – za​pro​te​sto​wałam. – Ale to miałaś na myśli. – Tay​lor… – zaczęłam, ale nie wie​działam, co mam jej po​wie​dzieć, po​nie​waż miała rację. Nie chciałam, żeby przyjeżdżała, bo gdyby to zrobiła, wszystko zaczęłoby się kręcić wokół niej, tak jak zawsze. To był mój ostatni wieczór w Cousins, w tym domu. Nigdy więcej już do niego nie wejdę. Chciałam, żeby ten wieczór był tyl​ko dla mnie, Con​ra​da i Je​re​m ie​go. Tay​lor cze​kała, aż coś po​wiem, przy​najm​niej za​cznę za​prze​czać, ale kie​dy tego nie zro​biłam, warknęła: – Nie do wia​ry, jaka ty je​steś sa​m o​lub​na, Bel​ly! – Ja? – Tak, ty. Trzymasz tę swoją letnią willę i swoich letnich chłopaków tylko dla siebie i nie chcesz się niczym ze mną podzielić. W końcu możemy spędzić razem wakacje, a ciebie to w ogóle nie obchodzi! Obchodzi cię tylko to, że możesz być w Co​usins, z nimi. – Jej zja​dli​wy głos spra​wił, że za​m iast zwykłego po​czu​cia winy ogarnęła mnie iry​ta​cja. – Tay​lor – powtórzyłam. – Prze​stań mówić do mnie po imie​niu. – Zna​czy jak? – Jak​bym była dziec​kiem.

– To może nie powinnaś zachowywać się jak dziecko tylko dlatego, że nie zostałaś gdzieś zaproszona? – Pożałowałam tych słów, kie​dy tyl​ko je po​wie​działam. – Pieprz się, Bel​ly! Ja je​stem na​prawdę cier​pli​wa, a ty je​steś na​prawdę bez​na​dziejną przy​j a​ciółką. Wiesz o tym? Ode​tchnęłam głęboko. – Tay​lor… za​m knij się. Aż się zachłysnęła. – Nie waż się mówić, że mam się zamknąć! Od zawsze wspieram cię we wszystkim, wysłuchiwałam twojego gadania o Conradzie i nigdy nie narzekałam. A kiedy zerwaliście, to kto karmił cię lodami i wyciągał z łóżka? Ja! A ty na​wet nie po​tra​fisz tego do​ce​nić. Wiesz, ostat​nio na​prawdę trud​no się z tobą do​brze bawić. – O kurczę, Taylor, strasznie mi przykro, że trudno się ze mną dobrze bawić – powiedziałam sarkastycznie. – Nie​ste​ty tak to cza​sem bywa, jeśli umrze ci naj​bliższa oso​ba. – Przestań. Nie zwalaj na to całej winy. Uganiasz się za Conradem, odkąd cię znam. To już się robi żałosne. Wyrośnij z tego! On cię nie ko​cha. Możliwe, że nig​dy cię nie ko​chał. To była chyba najpodlejsza rzecz, jaką kiedykolwiek do mnie powiedziała. Myślę, że może by mnie przeprosiła, gdy​bym nie od​pa​ro​wała na​tych​m iast: – Przy​najm​niej ja nie stra​ciłam dzie​wic​twa z fa​ce​tem, który goli so​bie nogi! Taylor na moment zatkało. Powiedziała mi kiedyś w tajemnicy, że Davis goli sobie nogi, ponieważ jest w drużynie pływac​kiej. Przez chwilę mil​czała. – Nie próbuj dzi​siaj zakładać mo​ich ko​turnów – po​wie​działa w końcu. – Za późno, już je mam na no​gach! Rozłączyłam się. Nie mogłam w to uwierzyć. To Taylor była beznadziejną przyjaciółką, a nie ja. To ona była samolubna. Ręka mi się trzęsła ze złości, kiedy nakładałam eyeliner, więc musiałam wszystko zmyć, a potem zacząć od nowa. Założyłam bluzę i san​dałki Tay​lor, a włosy za​cze​sałam na bok, tak jak ona. Zro​biłam to, bo wie​działam, że byłaby o to wściekła. Po​tem, na ko​niec, założyłam na​szyj​nik zna​le​zio​ny w po​ko​j u Con​ra​da. Wsunęłam go pod bluzkę i zeszłam na dół.

roz​dział trzy​dzie​sty pierw​szy

Wita​my – po​wie​działam do chłopa​ka w T-shir​cie Led Zep​pe​lin. – Ale masz faj​ne buty – po​wie​działam do dziew​czy​ny w kow​boj​kach. Krążyłam po pokoju, rozdając drinki i wyrzucając puste puszki, a Conrad obserwował mnie ze skrzyżowanymi ra​m io​na​m i. – Co ty wy​pra​wiasz? – za​py​tał. – Sta​ram się, żeby wszy​scy goście czu​li się kom​for​to​wo – wyjaśniłam, po​pra​wiając bluzkę Tay​lor. Susanna była wspaniałą gospodynią, potrafiła sprawić, że ludzie czuli się komfortowo, czuli się ważni. Słowa Taylor ciągle do mnie wracały, ale przecież nie byłam samolubna. Byłam dobrą przyjaciółką i dobrą gospodynią. Za​m ie​rzałam jej to udo​wod​nić. Kie​dy Tra​vis z Vi​deo World położył nogi na ni​skim sto​li​ku i pra​wie zrzu​cił stojącą na nim świeczkę, warknęłam: – Uważaj. I nie kładź nóg na me​blach. – Po namyśle dodałam: – Proszę. Miałam właśnie wrócić do kuchni po kolejną porcję drinków, kiedy ją zobaczyłam – Nicole, dziewczyna z zeszłego lata, która podobała się Conradowi, stała w kuchni i rozmawiała z Jeremim. Nie miała kapelusza Red Sox, ale wszędzie roz​po​znałabym za​pach jej per​fum, przy​po​m i​nający mie​szankę eks​trak​tu z wa​ni​lii i rozkładających się róż. Con​rad mu​siał ją za​uważyć w tej sa​m ej chwi​li, bo syknął przez zęby i mruknął „Cho​le​ra”. – Złamałeś jej ser​ce? – za​py​tałam, sta​rając się, żeby to za​brzmiało jak swo​bod​na za​czep​ka. Chy​ba mi się udało, po​nie​waż wziął mnie za rękę, złapał bu​telkę te​qu​ili i oznaj​m ił: – Chodźmy stąd. Poszłam za nim jak w transie, jak we śnie, ponieważ to, że trzymał mnie za rękę, było jak sen. Byliśmy już prawie przy drzwiach, kie​dy Je​re​m i nas za​uważył. Ogarnęły mnie czar​ne prze​czu​cia. Machnął na nas ręką. – Chodźcie! – zawołał. – Przy​wi​taj​cie się. Con​rad puścił moją rękę, ale nie bu​telkę te​qu​ili. – Cześć, Ni​co​le – po​wie​dział i pod​szedł do niej. Wzięłam dwa piwa, a po​tem ru​szyłam za nim. – O, cześć, Conrad – odparła Nicole, zupełnie zaskoczona, jakby go nie obserwowała, od kiedy weszliśmy do kuch​ni. Stanęła na pal​cach i go objęła. Je​re​m i spoj​rzał na mnie, ko​m icz​nie uniósł brwi i wy​szcze​rzył do mnie zęby. – Bel​ly, pamiętasz Ni​co​le, praw​da? – Oczy​wiście – po​wie​działam i uśmiechnęłam się do niej. „Je​stem ide​alną go​spo​dy​nią – na​po​m niałam sama sie​bie. – Nie​sa​m o​lubną”. Ostrożnie od​wza​j em​niła uśmiech, a ja podałam jej jedną z trzy​m a​nych pu​szek piwa. – Zdrówko – oznaj​m iłam, otwie​rając swoją. – Zdrówko – od​parła jak echo. Stuknęłyśmy się puszkami i napiłyśmy. Szybko wypiłam swoją porcję, a kiedy puszka była pusta, znalazłam następną i wypiłam. Nagle doszłam do wniosku, że w domu jest za cicho, więc włączyłam stereo. Podkręciłam głośno muzykę i zrzuciłam buty. Susanna zawsze mówiła, że na imprezie trzeba tańczyć, więc złapałam Jeremiego, zarzuciłam mu rękę na szyję i zaczęłam tańczyć. – Bel​ly… – za​pro​te​sto​wał. – Tańcz, Je​re​m i! – krzyknęłam.

Posłuchał mnie – był naprawdę dobrym tancerzem. Inni ludzie też zaczęli tańczyć, nawet Nicole, chociaż nie Con​rad. Nie ob​cho​dziło mnie to, le​d​wie to za​uważyłam. Tańczyłam, jakby to był rok 1999, jakby pękało mi serce, co chyba było zresztą prawdą. Przede wszystkim ma​chałam ener​gicz​nie włosa​m i. Kie​dy byłam już moc​no spo​co​na, za​pro​po​no​wałam: – Możemy popływać w ba​se​nie? Po raz ostat​ni? – Chrza​nić ba​sen – oznaj​m ił Je​re​m i. – Popływaj​m y w oce​anie. – Ja​sne! To mi się wydało świet​nym po​m ysłem. Do​sko​nałym po​m ysłem. – Nie. – Con​rad po​j a​wił się znikąd, na​gle po pro​stu stanął obok mnie. – Bel​ly jest pi​j a​na. Nie po​win​na pływać. Po​pa​trzyłam na nie​go, marszcząc brwi. – Ale ja chcę – po​wie​działam. Roześmiał się. – I co z tego? – Słuchaj, ja naprawdę dobrze pływam. I wcale nie jestem pijana. – Przeszłam się prawie po linii prostej, żeby mu to udo​wod​nić. – Przy​kro mi, ale na​prawdę je​steś pi​j a​na – od​parł. Głupi, nud​ny Con​rad. W naj​m niej od​po​wied​nich mo​m en​tach robił się strasz​nie poważny. – Jesteś nudny. – Popatrzyłam na Jeremiego, który siedział teraz na podłodze. – On jest strasznie nudny i nie jest na​szym sze​fem. Praw​da? Zanim Jeremi albo ktokolwiek inny zdążył mi odpowiedzieć, podbiegłam do przesuwanych drzwi, potykając się, zbiegłam po schodach i pomknęłam przez plażę. Czułam się jak lecąca kometa, świetlista smuga na niebie, jakbym od dawna nie używała swoich mięśni. Czułam się cudownie, wyciągając nogi i biegnąc. Rozświetlony dom pełen ludzi został chyba milion kilometrów za mną. Wiedziałam, że on za mną pobiegnie, nie musiałam się odwracać, żeby go roz​po​znać, ale mimo wszyst​ko to zro​biłam. – Wra​caj do domu – po​wie​dział Con​rad. Dalej trzymał butelkę tequili, więc wyrwałam mu ją i pociągnęłam łyk, jakbym robiła to już tysiące razy, jakbym była jedną z tych dziew​czyn, które po​tra​fią pić pro​sto z bu​telki. Byłam niesamowicie dumna z siebie, że nie wyplułam niczego. Zrobiłam krok w kierunku wody i uśmiechnęłam się pro​m ien​nie do Con​ra​da. Te​sto​wałam go. – Bel​ly – ostrzegł mnie. – Za​pa​m iętaj, że nie za​m ie​rzam wyciągać z mo​rza two​j e​go tru​pa po tym, jak się uto​pisz. Zrobiłam zeza w jego kierunku i zanurzyłam czubki palców w wodzie, która okazała się zimniejsza, niż przypuszczałam. Nagle pływanie przestało mi się wydawać takim świetnym pomysłem, ale nie chciałam ulegać Con​ra​do​wi, prze​grać z nim. – Za​m ie​rzasz mnie po​wstrzy​m ać? Wes​tchnął i obej​rzał się na dom. Wypiłam łyk te​qu​ili i mówiłam da​lej, żeby tyl​ko utrzy​m ać jego uwagę. – Bo wiesz, pływam lepiej od ciebie. Jestem znacznie, znacznie szybsza. Prawdopodobnie nie dogoniłbyś mnie, na​wet gdy​byś chciał. Zno​wu na mnie po​pa​trzył. – Nie za​m ie​rzam za tobą płynąć. – Na​prawdę? Na​prawdę nie za​m ie​rzasz? – Zro​biłam duży krok, a po​tem jesz​cze je​den. Woda sięgała mi do kolan, fale były niskie, a ja zaczęłam mieć dreszcze. To było głupie, nawet nie miałam już ochoty pływać. Nie wiedziałam, co mam robić. Gdzieś daleko na plaży ktoś wystrzelił fajerwerk, które wybuchnął jak po​cisk i wyglądał jak srebr​na wierz​ba płacząca. Pa​trzyłam, jak spa​da do oce​anu. Dokładnie w momencie, gdy poczułam rozczarowanie i pogodziłam się z tym, że jego to wszystko nic nie obchodzi, Con​rad pod​szedł do mnie i za​rzu​cił mnie so​bie na ramię. Upuściłam bu​telkę do wody. – Puść mnie! – wrzasnęłam, waląc go pięścia​m i w ple​cy. – Bel​ly, je​steś pi​j a​na. – Na​tych​m iast mnie puść! Tym ra​zem, o dzi​wo, posłuchał. Upuścił mnie na pia​sek, tak że spadłam na tyłek. – Aua! To za​bo​lało! Nie zabolało mnie aż tak bardzo, ale byłam wściekła, a co gorsza, zawstydzona. Kopnęłam piasek, tak żeby obsypać Con​ra​da, ale wiatr przy​wiał go z po​wro​tem na mnie. – Drań! – wrzasnęłam, wy​plu​wając pia​sek. Conrad potrząsnął głową i odwrócił się ode mnie. Miał mokre dżinsy. Zamierzał odejść. Naprawdę zamierzał odejść. Zno​wu wszyst​ko zruj​no​wałam.

Kie​dy wstałam, kręciło mi się w głowie do tego stop​nia, że omal się z po​wro​tem nie przewróciłam. – Za​cze​kaj – po​wie​działam, czując, że ugi​nają się pode mną ko​la​na. Odgarnęłam zapiaszczone włosy z twarzy i odetchnęłam głęboko. Musiałam to wykrztusić, musiałam mu to po​wie​dzieć. To była moja ostat​nia szan​sa. Odwrócił się, ale jego twarz przy​po​m i​nała za​trzaśnięte drzwi. – Zaczekaj chwilę. Muszę ci coś powiedzieć. Naprawdę przepraszam za to, jak się zachowałam tamtego dnia. – Mój głos był wysoki i zrozpaczony, płakałam i nienawidziłam się za to, ale nie potrafiłam przestać. Musiałam mówić dalej, ponieważ to była ostatnia szansa. – Na… na pogrzebie zachowałam się okropnie wobec ciebie. Byłam podła i strasznie mi wstyd za to, co powiedziałam. Nie chciałam, żeby tak to wyszło. Naprawdę, naprawdę chciałam cię wspierać. Dla​te​go przy​j e​chałam, żeby cię zna​leźć. Con​rad za​m ru​gał raz, a po​tem jesz​cze raz. – W porządku. Wy​tarłam po​licz​ki i cieknący nos. – Mówisz se​rio? – za​py​tałam. – Wy​ba​czysz mi. – Tak, wy​ba​czam ci – od​parł. – A te​raz prze​stań już płakać. Zbliżałam się do niego krok za krokiem, a on się nie odsunął. Byliśmy dostatecznie blisko, żeby się pocałować. Wstrzy​m y​wałam od​dech, z całego ser​ca pragnąc, żeby wszyst​ko było tak jak daw​niej. Zro​biłam jesz​cze je​den krok i w tym mo​m en​cie Con​rad po​wie​dział: – Wra​caj​m y do środ​ka, okej? Nie czekał, aż mu odpowiem. Po prostu ruszył w stronę domu, a ja poszłam za nim. Czułam się, jakbym miała za​raz zwy​m io​to​wać. W ten sposób ta chwila się skończyła. To była jedna z tych chwil, w których niemal wszystko może się zdarzyć, ale Con​rad uznał, że należy ją zakończyć. W basenie przy domu ludzie pływali w ubraniach, a kilka dziewczyn machało zimnymi ogniami. Nasz sąsiad, Clay Bertolet, unosił się na plecach przy krawędzi basenu w samym podkoszulku. Kiedy przechodziłam, złapał mnie za kostkę. – Chodź, Bel​ly, popływaj ze mną – po​wie​dział. – Pusz​czaj. – Wy​szarpnęłam nogę i ochla​pałam go przy tym wodą. Przepchnęłam się między ludźmi na werandzie i wróciłam do domu. Niechcący nadepnęłam na nogę jakiejś dziew​czy​nie, która wrzasnęła. – Prze​pra​szam – po​wie​działam, mając wrażenie, że mój głos do​cho​dzi z bar​dzo da​le​ka. Kręciło mi się w głowie i ma​rzyłam tyl​ko o tym, żeby się położyć do łóżka. Wspięłam się po scho​dach, cze​piając się rękami ba​rier​ki jak krab, tak jak to robiłam, kie​dy byłam mała. Upadłam na łóżko i zupełnie tak, jak mówili w filmach – mój pokój wirował. Łóżko także wirowało, a ja przypomniałam sobie wszyst​kie te głupo​ty, które po​wie​działam, i zaczęłam płakać. Na plaży naprawdę zrobiłam z siebie idiotkę. To wszystko było druzgocące: śmierć Susanny, myśl o tym, że ten dom przestanie należeć do nas, to, że dałam Conradowi możliwość, żeby jeszcze raz mnie odtrącił. Taylor miała rację – byłam ma​so​chistką. Leżałam na boku z kolanami podciągniętymi do piersi i szlochałam. Wszystko było źle, w szczególności ze mną. Na​gle po​czułam, że po​trze​buję mat​ki. Sięgnęłam na drugą stronę łóżka po telefon na szafce nocnej. Klawiatura podświetliła się w ciemnościach. Matka ode​brała po czwar​tym dzwon​ku. Jej zaspany, znajomy głos sprawił, że zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Ponad wszystko na świecie pragnęłam sięgnąć na drugą stronę słuchaw​ki i ściągnąć ją tu​taj. – Ma​m u​siu – po​wie​działam, a mój głos za​brzmiał jak skrzek. – Bel​ly? Co się stało? Gdzie je​steś? – U Su​san​ny. W let​niej wil​li. – Co? Co ty ro​bisz w Co​usins? – Pan Fisher sprzedaje ten dom. Ma zamiar go sprzedać, a Conrad jest strasznie smutny, a pana Fishera to w ogóle nie ob​cho​dzi. Chce tyl​ko o nim za​po​m nieć. Chce o niej za​po​m nieć. – Bel​ly, po​wo​li. Nie ro​zu​m iem, co mówisz. – Przy​j edź tu, do​brze? Przy​j edź i zaj​m ij się wszyst​kim. Rozłączyłam się, po​nie​waż słuchaw​ka na​gle stała się okrop​nie ciężka. Miałam wrażenie, jakbym siedziała na karuzeli i nie było to przyjemne uczucie. Ktoś na zewnątrz puszczał fa​j er​wer​ki, a moja głowa pul​so​wała w rytm ich wy​buchów.

Kie​dy za​m knęłam oczy, po​czułam się jesz​cze go​rzej, ale po​wie​ki miałam jak z ołowiu i bar​dzo szyb​ko zasnęłam.

roz​dział trzy​dzie​sty dru​gi Je​re​m i

Niedługo po tym, jak Belly poszła się położyć, wyrzuciłem wszystkich i zostaliśmy sami z Conradem. Leżał na brzuchu na kanapie, odkąd on i Belly wrócili z plaży. Oboje byli mokrzy i zapiaszczeni, Belly była kompletnie pijana i wi​działem, że mu​siała płakać. Miała czer​wo​ne oczy. Wie​działem, że to przez Con​ra​da. Ludzie nanieśli do domu piasku, którego było teraz pełno na podłodze. Wszędzie poniewierały się butelki i puszki, a ktoś usiadł na ka​na​pie w mo​krym ręczni​ku, zo​sta​wiając dużą po​m a​rańczową plamę na po​dusz​ce. Przewróciłem ją na drugą stronę. – W domu jest kom​plet​ny baj​zel – stwier​dziłem, opa​dając na fo​tel. – Tatę szlag tra​fi, kie​dy to ju​tro zo​ba​czy. Con​rad nie otwo​rzył oczu. – Chrza​nić to. Po​sprzątamy rano. Po​pa​trzyłem na nie​go, czując na​ra​stającą iry​tację. Miałem dość sprząta​nia po nim. – To zaj​m ie kil​ka go​dzin. W końcu otwo​rzył oczy. – To prze​cież ty ich za​pro​siłeś. Miał rację, impreza była moim pomysłem. Tak naprawdę nie byłem wściekły o ten bałagan, tylko o Belly. O niego i o nią ra​zem. Na samą myśl ogar​niały mnie mdłości. – Masz mo​kre dżinsy. Za​piasz​czysz całą ka​napę. Con​rad usiadł i prze​tarł oczy. – O co ci cho​dzi? Miałem dość. Zacząłem wsta​wać, ale zno​wu usiadłem. – Co, do cho​le​ry, zaszło między wami? – Nic. – Jak to nic? – Nic to zna​czy nic. Daj spokój, Je​re​m i. Nienawidziłem, kiedy tak się zachowywał, opanowany i odległy, szczególnie wtedy, gdy sam byłem wściekły. Za​wsze taki był, ale ostat​nio to się na​si​lało. Zmienił się po śmierci mamy, wszystko przestało go kompletnie obchodzić. Zastanawiałem się, czy to „wszystko” obej​m o​wało także Bel​ly. Mu​siałem się do​wie​dzieć, jak jest – z nim, z nią, co on właści​wie czu​j e i co za​m ie​rza. Ta nie​wie​dza była mor​der​cza. – Da​lej ją ko​chasz? – za​py​tałem wprost. Za​ga​pił się na mnie i wi​działem wyraźnie, że jest kom​plet​nie za​szo​ko​wa​ny. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o niej w taki sposób. To chyba dobrze, że udało mi się go wziąć z zaskoczenia, bo może teraz powie mi prawdę. Jeśli powie, że tak, to znaczy, że wszystko skończone. Jeśli powie, że tak, ja się wycofam. Jakoś to przeżyję. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, mimo wszystko bym próbował, dał sobie jeszcze jedną szansę. – A ty? – za​py​tał, za​m iast od​po​wie​dzieć. Czułem, że robię się czer​wo​ny. – To nie ja za​brałem ją na cho​ler​ny szkol​ny bal. Con​rad za​sta​no​wił się nad od​po​wie​dzią. – Po​szedłem z nią tyl​ko dla​te​go, że mnie o to pro​siła.

– Con. Powiedz, kochasz ją czy nie? – Zawahałem się przez jakieś dwie sekundy i wypaliłem: – Bo ja tak. Kocham ją. Na​prawdę ją ko​cham. A ty? Nie mrugnął, nie za​wa​hał się. – Nie. Na​prawdę mnie wku​rzył. Był kom​plet​nie zakłama​ny. Ko​chał ją, na​wet więcej niż ko​chał, ale nie po​tra​fił się zdo​być na to, żeby to przy​znać. Conrad nigdy nie będzie takim facetem, jakiego potrzebuje Belly, kimś stanowiącym dla niej oparcie, kimś, na kogo mogłaby li​czyć. Ja bym to po​tra​fił. Stałbym się kimś ta​kim, gdy​by mi na to po​zwo​liła. Byłem na niego wściekły, ale muszę przyznać, że poczułem także ulgę. Niezależnie od tego, ile razy by ją zranił, wie​działem, że gdy​by tyl​ko chciał ją od​zy​skać, wróciłaby do nie​go. Jak za​wsze. Ale może te​raz, sko​ro Con​rad usunął się z dro​gi, Bel​ly w końcu mnie za​uważy.

roz​dział trzy​dzie​sty trze​ci 5 lip​ca

Belly. Spróbowałam się przewrócić na dru​gi bok, ale usłyszałam zno​wu, głośniej: – Bel​ly! Ktoś bu​dził mnie, potrząsając, więc otwo​rzyłam oczy. To była moja matka, z mocno podkrążonymi oczami i ustami zaciśniętymi w wąską linię. Miała na sobie dres, w którym chodziła wyłącznie po domu, nigdy nie zakładała go na zewnątrz, nawet jeśli wybierała się na siłownię. Skąd ona się wzięła w let​niej wil​li? Dotarł do mnie piszczący dźwięk. W pierwszej chwili myślałam, że to budzik, ale potem uświadomiłam sobie, że zrzuciłam telefon i słyszę sygnał zajęty. I właśnie wtedy przypomniałam sobie, że zadzwoniłam po pijanemu do matki. To ja ją tu sprowadziłam. Usiadłam, a w głowie pulsowało mi tak mocno, jakby tłukło się w niej serce. Czyli tak właśnie człowiek czuje się na kacu. Nie zdjęłam szkieł kontaktowych, więc oczy mnie piekły. Na łóżku było mnóstwo pia​sku ob​le​piającego też moje nogi. Moja mat​ka wstała, wyglądała jak roz​m a​za​na pla​m a. – Masz pięć mi​nut, żeby się spa​ko​wać. – Cze​kaj… Co ta​kie​go? – Wyjeżdżamy. – Ale ja nie mogę wy​j e​chać. Muszę jesz​cze… Zupełnie jakby mnie nie słyszała, zupełnie jakby ktoś wcisnął na mnie przycisk wyciszający, jak na pilocie. Zaczęła zbie​rać z podłogi moje rze​czy, wrzu​cając san​dały i szor​ty Tay​lor do tor​by. – Mamo, cze​kaj! Zacze​kaj! – Wyjeżdżamy za pięć mi​nut – powtórzyła, rozglądając się po po​ko​j u. – Posłuchaj mnie przez chwilę. Mu​siałam tu przy​j e​chać. Je​re​m i i Con​rad mnie po​trze​bo​wa​li. Wy​raz twa​rzy mo​j ej mat​ki spra​wił, że za​m ilkłam w pół słowa. Nig​dy wcześniej nie wi​działam jej tak roz​gnie​wa​nej. – A ty nie uznałaś za stosowne mi o tym powiedzieć? Beck prosiła mnie, żebym opiekowała się jej chłopcami. Jak mam to zrobić, skoro nawet nie wiem, że potrzebują pomocy? Jeśli wpakowali się w kłopoty, powinnaś mi o tym po​wie​dzieć, ale za​m iast tego wolałaś skłamać. Okłamałaś mnie. – Nie chciałam cię okłamać… – zaczęłam. Nie dała so​bie prze​rwać. – Bóg wie, co tu​taj wy​pra​wiałaś… Po​pa​trzyłam na nią sze​ro​ko otwar​ty​m i ocza​m i, nie wierząc własnym uszom. – Jak to „Bóg wie”? Mat​ka okręciła się na pięcie. Zo​ba​czyłam, że jej oczy lśniły gnie​wem. – Co niby mam pomyśleć? Wymknęłaś się tu już kiedyś, żeby spędzić noc z Conradem! Więc teraz sama mi powiedz, co tu z nim robiłaś? Ponieważ z mojego punktu widzenia to wygląda tak, że okłamałaś mnie, żeby tu przy​j e​chać, upić się i do​brze bawić ze swo​im chłopa​kiem. Nie​na​wi​dziłam jej. Nie​na​wi​dziłam jej z całego ser​ca. – On nie jest moim chłopa​kiem! Nie masz o ni​czym pojęcia! Żyłka na czo​le mo​j ej mat​ki zaczęła pul​so​wać. – Zadzwoniłaś do mnie o czwartej nad ranem pijana. Oddzwoniłam na twoją komórkę i trafiłam na pocztę głosową.

Oddzwoniłam na stacjonarny, ale za każdym razem trafiałam na zajęty sygnał. Jechałam tu całą noc nieprzytomna ze zdenerwowania, a kiedy przyjechałam, zobaczyłam, że dom wygląda jak pobojowisko. Wszędzie puszki po piwie i śmie​cie. Co ty w ogóle myślałaś, Isa​bel? Czy w ogóle myślałaś? Ścia​ny w tym domu były na​prawdę cien​kie, więc chłopcy praw​do​po​dob​nie słysze​li każde słowo. – Posprzątamy tutaj – obiecałam. – To był nasz ostatni wieczór. Nie rozumiesz? Pan Fisher sprzedaje ten dom. Nie ob​cho​dzi cię to? Potrząsnęła głową, za​ci​skając usta. – Na​prawdę myślisz, że w czymś pomożesz, wtrącając się? To nie na​sza spra​wa. Ile razy mam ci to tłuma​czyć? – To jest na​sza spra​wa. Su​san​na chciałaby, żebyśmy ura​to​wały ten dom! – Nie mów mi, cze​go chciałaby Su​san​na – warknęła moja mat​ka. – A te​raz ubie​raj się i bierz rze​czy. Wyjeżdżamy. – Nie. – Pod​ciągnęłam kołdrę pod brodę. – Co ta​kie​go? – Po​wie​działam nie. Nie jadę! Pa​trzyłam na matkę tak wy​zy​wająco, jak po​tra​fiłam, ale czułam, że drży mi podbródek. Podeszła gwałtownie do łóżka i zerwała ze mnie kołdrę, złapała mnie za ramię, wyciągnęła z łóżka i popchnęła w stronę drzwi. Wy​rwałam się jej. – Nie możesz mnie zmu​sić, żebym wy​j e​chała – chlipnęłam. – Nie możesz mi nic kazać. Nie masz pra​wa. Moje łzy jej nie wzru​szyły, naj​wyżej roz​gnie​wały jesz​cze bar​dziej. – Zachowujesz się jak rozpuszczone dziecko – powiedziała. – Nie potrafisz pomyśleć o czymś poza własną żałobą i wziąć też pod uwagę innych? To nie dotyczy tylko ciebie. Wszyscy straciliśmy Beck. Rozczulanie się nad sobą na​prawdę nic nie pomoże. Te słowa zabolały mnie tak bardzo, że zapragnęłam zranić ją milion razy bardziej, więc powiedziałam coś, o czym wie​działam, że najgłębiej ją do​tknie. – Wolałabym, żeby to Su​san​na była moją matką, a nie ty. Ile razy myślałam o tym i ma​rzyłam? Kie​dy byłam mała, przy​bie​gałam za​wsze do Su​san​ny, nie do mat​ki. Zastanawiałam się, jakby to było mieć taką mamę jak Susanna, która kochałaby mnie za to, jaka jestem, i nie była roz​cza​ro​wa​na z po​wo​du wszyst​kich tych ocze​ki​wań, których nie spełniałam. Od​dy​chałam ciężko i cze​kałam, aż moja mat​ka za​re​agu​j e. Za​cznie płakać albo na mnie krzy​czeć. Nie zro​biła ani jed​ne​go, ani dru​gie​go. – No to masz pe​cha – po​wie​działa tyl​ko. Nawet kiedy starałam się ze wszystkich sił, nie potrafiłam zmusić swojej matki do reakcji, jakiej bym chciała. Była jak for​te​ca. – Wiesz, że Susanna nigdy by ci tego nie wybaczyła – powiedziałam. – Że straciłaś jej dom i zawiodłaś jej uko​cha​nych chłopców. Ręka mojej matki wystrzeliła i uderzyła mnie w policzek tak mocno, że zatoczyłam się do tyłu. Nie spodziewałam się tego. Przycisnęłam dłoń do twarzy i zaczęłam płakać, ale w jakiejś mierze czułam się usatysfakcjonowana. W końcu udało mi się zdo​być to, cze​go chciałam – dowód, że jest zdol​na do ludz​kich uczuć. Jej twarz była całkiem biała. Nig​dy wcześniej mnie nie ude​rzyła. Ani razu przez całe życie. Czekałam, aż powie, że mnie przeprasza, że nie chciała mnie zranić, nie myśli tego naprawdę. Gdyby to zrobiła, ja także bym prze​pro​siła, po​nie​waż było mi przy​kro i nie myślałam na​prawdę tego, co mówiłam. Ponieważ się nie odezwała, odsunęłam się od niej i wyminęłam ją, ciągle przyciskając rękę do twarzy. Wybiegłam z po​ko​j u, po​ty​kając się. Na korytarzu stał Jeremi i patrzył na mnie z otwartymi ustami, jakby mnie nie poznawał, jakby nie wiedział, kim jest ta oso​ba, ta dziew​czy​na, która wrzesz​czała na swoją matkę i mówiła okrop​ne rze​czy. – Za​cze​kaj. – Wyciągnął rękę, żeby mnie za​trzy​m ać. Prze​pchnęłam się obok nie​go i zbiegłam po scho​dach. W salonie Conrad zbierał butelki po piwie i wrzucał je do niebieskiego worka na śmieci do recyklingu. Nie patrzył na mnie, ale wie​działam, że też wszyst​ko słyszał. Wy​biegłam przez tyl​ne drzwi i mało nie spadłam ze schodów pro​wadzących na plażę. Usiadłam ciężko na pia​sku, nie od​ry​wając dłoni od palącego po​licz​ka, a po​tem zwy​m io​to​wałam. Usłyszałam, że zbliża się Jeremi. Od razu wiedziałam, że to on, ponieważ Conrad wiedziałby, że nie należy za mną iść. – Chcę zo​stać sama – po​wie​działam, wy​cie​rając usta. Nie odwróciłam się, nie chciałam, żeby zo​ba​czył moją twarz. – Bel​ly… – zaczął. Usiadł obok mnie i przy​sy​pał pia​skiem moje wy​m io​ty. Po​nie​waż nie po​wie​dział nic więcej, spoj​rzałam na nie​go.

– Co ta​kie​go? Przygryzł górną wargę, a potem wyciągnął rękę i dotknął mojego policzka. Miał ciepłe palce i wyglądał na na​prawdę zmar​twio​ne​go. – Po​win​naś wra​cać ze swoją mamą – po​wie​dział. Nie wiem, co spodziewałam się od niego usłyszeć, ale na pewno nie to. Zaszłam tak daleko, wpakowałam się w takie kłopoty tylko po to, żeby pomóc jemu i Conradowi, a teraz on chciał, żebym wyjechała? Otarłam grzbietami dłoni łzy zbie​rające mi się w kąci​kach oczu. – Dla​cze​go? – Bo Laurel jest naprawdę okropnie zdenerwowana. Wszystko poszło nie tak i to moja wina. Nie powinienem cię pro​sić, żebyś ze mną je​chała. Prze​pra​szam. – Nie za​m ie​rzam wyjeżdżać. – Niedługo wszy​scy będzie​m y mu​sie​li wy​j e​chać. – I będzie po wszyst​kim? Wzru​szył ra​m io​na​m i. – Chy​ba tak. Siedzieliśmy na piasku jeszcze przez chwilę, a ja nigdy w życiu nie czułam się tak zagubiona. Popłakałam trochę i byłam wdzięczna Jeremiemu, że nic nie mówił. Nie było nic gorszego niż to, jak przyjaciel widzi cię płaczącą po kłótni z matką. Kie​dy się uspo​koiłam, wstał i podał mi rękę. – No chodź – po​wie​dział, sta​wiając mnie na nogi. Wróciliśmy do domu. W salonie panował porządek, a Conrad zniknął. Moja matka zmywała podłogę w kuchni, ale znie​ru​cho​m iała na mój wi​dok. Od​sta​wiła mop do wia​dra i oparła się o ścianę. Nie przej​m ując się Je​re​m im, po​wie​działa: – Prze​pra​szam. Popatrzyłam na niego – wycofał się z kuchni i wszedł na górę. Chętnie bym go zatrzymała, bo nie chciałam zo​sta​wać z nią sam na sam. Bałam się. – Masz rację – mówiła dalej. – Byłam nieobecna. Byłam tak pochłonięta własną żałobą, że nie próbowałam zająć się tobą. Prze​pra​szam za to. – Mamo… – zaczęłam i miałam właśnie powiedzieć, że też przepraszam za to wszystko, co powiedziałam, za okrop​ne słowa, które najchętniej bym cofnęła, ale mat​ka uniosła rękę, za​trzy​m ując mnie. – Jestem… wytrącona z równowagi. Od śmierci Beck nie potrafię znaleźć spokoju ducha. – Oparła głowę o ścianę. – Kie​dy zaczęłam tu przy​j eżdżać z Beck, byłam młod​sza, niż ty je​steś te​raz. Ko​cham ten dom i wiesz o tym. – Wiem – od​parłam. – Nie myślałam tego, co po​wie​działam wcześniej. Moja mat​ka skinęła głową. – Usiądźmy na chwilę, do​brze? Usiadła przy sto​le ku​chen​nym, a ja zajęłam miej​sce na​prze​ciw​ko niej. – Nie po​win​nam była cię ude​rzyć – po​wie​działa i jej głos się załamał. – Prze​pra​szam. – Nig​dy wcześniej tego nie zro​biłaś. – Wiem. Matka sięgnęła przez stół i wzięła moją rękę w swoje dłonie, otulając ją szczelnym kokonem. W pierwszej chwili zesztywniałam, ale potem pozwoliłam jej się pocieszać, ponieważ widziałam, że w ten sposób pociesza także siebie. Miałam wrażenie, że sie​działyśmy tak bar​dzo długo. Kie​dy puściła moją rękę, po​wie​działa: – Okłamałaś mnie, Bel​ly. Nig​dy wcześniej mnie nie okłamałaś. – Nie chciałam, ale Con​rad i Je​re​m i są dla mnie bar​dzo ważni. Po​trze​bo​wa​li mnie, więc po​j e​chałam. – Szkoda, że nie powiedziałaś mi o wszystkim. Chłopcy Beck są ważni także dla mnie. Jeśli coś się dzieje, chciałabym o tym wie​dzieć. Zgo​da? Skinęłam głową. – Czy to już wszystkie twoje rzeczy? – zapytała matka. – Chciałabym zdążyć przed niedzielnymi korkami w drodze po​wrot​nej. Po​pa​trzyłam na nią. – Mamo, nie możemy tak po prostu wyjechać po tym wszystkim, co się stało. Nie możesz pozwolić, żeby pan Fi​sher sprze​dał ten dom. Po pro​stu nie możesz. Wes​tchnęła. – Nie wiem, czy potrafię go przekonać, żeby zmienił zdanie, Belly. Adam i ja bardzo różnimy się w poglądach na wie​le rze​czy. Nie po​wstrzy​m am go od sprze​daży domu, jeśli na​prawdę się uprze.

– Powstrzymasz. Wiem, że ci się uda. Posłucha ciebie. Conrad i Jeremi potrzebują tego domu, naprawdę go po​trze​bują. Oparłam głowę na stole, czując pod policzkiem chłodne i gładkie drewno. Matka dotknęła mnie delikatnie, roz​gar​niając pal​ca​m i poplątane włosy. – Za​dzwo​nię do nie​go – po​wie​działa w końcu. – A ty idź na górę i weź prysz​nic. Z nadzieją podniosłam głowę i zobaczyłam zaciśnięte wargi i zmrużone oczy. Zrozumiałam, że jeszcze nie wszystko stra​co​ne. Jeśli kto​kol​wiek po​tra​fił to wszyst​ko na​pra​wić, to była to moja mat​ka.

roz​dział trzy​dzie​sty czwar​ty Je​re​m i

Pamiętam coś takiego: chyba miałem wtedy trzynaście lat, a Belly kończyła dwanaście. Przeziębiła się i była okropnie nieszczęśliwa. Koczowała na kanapie, otoczona zwiniętymi ligninowymi chusteczkami, i cały czas miała na sobie tę samą paskudną piżamę. Ponieważ była chora, mogła decydować, jaki program w telewizji będzie oglądać. Jadła tylko lody winogronowe, a kiedy spróbowałem sobie jeden wziąć, moja matka powiedziała, że powinienem zostawić go dla Bel​ly, cho​ciaż zjadła już trzy. Osta​tecz​nie do​stałem cy​try​no​wy. Było po południu, Conrad i Steven podjechali autostopem do salonu gier, a ja udawałem, że o niczym nie wiem. Nasze mamy myślały, że wybrali się na rowerach do sklepu wędkarskiego po gumowe robaki. Miałem iść surfować z Clay​em, więc założyłem kąpielówki i za​rzu​ciłem na ra​m io​na ręcznik, ale wte​dy właśnie wpadłem w kuch​ni na mamę. – Dokąd się wy​bie​rasz, Je​re​m i? Za​m a​chałem ręką, jak​by była deską śli​zgającą się po fa​lach. – Idę sur​fo​wać z Clay​em. Cześć! Miałem już otwo​rzyć prze​su​wa​ne drzwi, kie​dy po​wie​działa na​gle: – Hm, wiesz, co myślę? – Co ta​kie​go? – za​py​tałem po​dejrz​li​wie. – Byłoby bardzo ładnie z twojej strony, gdybyś został dzisiaj w domu i troszeczkę poprawił humor Belly. Biedactwo jest okrop​nie przygnębio​na. – Oj, mamo… – Proszę? Wes​tchnąłem. Nie chciałem sie​dzieć w domu i po​pra​wiać hu​m o​ru Bel​ly, chciałem iść sur​fo​wać z Clay​em. Po​nie​waż nic nie od​po​wie​działem, dodała: – Możemy wie​czo​rem urządzić gril​la. Będziesz mógł się zająć ham​bur​ge​ra​m i. Westchnąłem znowu, tym razem głośniej. Mama dalej myślała, że rozpalanie grilla i przewracanie hamburgerów jest dla mnie wspa​niałą na​grodą. Owszem, to było faj​ne, ale bez prze​sa​dy. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć, że dziękuję, ale nie, i w tym momencie zobaczyłem na jej twarzy czułość i szczęście, jak​by była pew​na, że się zgodzę. Więc tak zro​biłem. – Do​brze – po​wie​działem. Wróciłem na górę, ubrałem się i poszedłem do siedzącej przed telewizorem Belly. Usiadłem tak daleko od niej, jak tyl​ko mogłem – ostat​nią rzeczą, ja​kiej po​trze​bo​wałem, było zarażenie się ka​ta​rem i utra​ta całego ty​go​dnia. – Dla​cze​go tu jesz​cze je​steś? – za​py​tała, hałaśli​wie wy​dmu​chując nos. – Na dwo​rze jest strasz​ny upał – wyjaśniłem. – Masz ochotę na jakiś film? – Nie ma aż ta​kie​go upału. – Skąd wiesz, sko​ro nie wy​cho​dziłaś? Bel​ly zmrużyła oczy. – Two​j a mama kazała ci zo​stać w domu ze mną? – Nie – od​parłem. – Ha! – Bel​ly sięgnęła po pi​lo​ta i zmie​niła kanał. – Wiem, że kłamiesz. – Wca​le nie! – Te​le​pa​tia, pamiętasz? – za​py​tała, głośno dmu​chając w chu​s​teczkę. – Te​le​pa​tia nie ist​nie​j e. Dasz mi pi​lo​ta?

Potrząsnęła głową i przy​cisnęła go opie​kuńczo do pier​si. – Nie. Ma na so​bie mnóstwo mo​ich za​razków. Przy​kro mi. Jest może jesz​cze pie​czy​wo to​sto​we? Pieczywo tostowe moja matka kupowała w sklepie ze zdrową żywnością. Było krojone, miało białe i grube kromki, a smakowało leciutko słodkawo. Ostatnie trzy kromki zjadłem rano – posmarowałem je szczodrze masłem i dżemem jeżynowym, a potem pochłonąłem jak najszybciej, zanim inni wstali. Przy dwóch osobach dorosłych i czwórce dzieci pie​czy​wo zni​kało na​prawdę błyska​wicz​nie, więc każdy mu​siał dbać o sie​bie. – Nie, nic już nie zo​stało – po​wie​działem. – Con​rad i Ste​ven są żarłoczni jak pro​sia​ki – stwier​dziła, pociągając no​sem. – Myślałem, że jesz tyl​ko lody wi​no​gro​no​we. – Ogarnęło mnie po​czu​cie winy. Wzru​szyła ra​m io​na​m i. – Kie​dy się rano obu​dziłam, stwier​dziłam, że mam ochotę na chleb to​sto​wy. Może mi już trochę le​piej. Moim zdaniem nie wyglądała ani odrobinę lepiej. Miała podpuchnięte oczy i szarawą skórę, wydawało mi się też, że od kil​ku dni nie myła włosów, po​nie​waż były po​skle​j a​ne i ma​to​we. – Może powinnaś wziąć prysznic? – zaproponowałem. – Moja mama mówi, że po prysznicu człowiek się zawsze le​piej czu​j e. – Chcesz po​wie​dzieć, że śmierdzę? – Nie no, nie. Po​pa​trzyłem w okno. Była piękna pogoda, bezchmurne niebo i mogłem się założyć, że Clay świetnie się bawi. Mogłem się założyć, że Conrad i Steven też się świetnie bawią. Mój brat opróżnił starą świnkę skarbonkę, którą miał od pierwszej klasy, i znalazł w środku cały stos ćwierćdolarówek. Byłem pewien, że przesiedzą w salonie gier całe popołudnie i zastanawiałem się, jak długo Clay zostanie na plaży. Może uda mi się z nim spotkać za kilka godzin, kiedy będzie jesz​cze ja​sno. Bel​ly chy​ba za​uważyła, że wyglądam przez okno, bo po​wie​działa okrop​nie za​ka​ta​rzo​nym głosem: – Idź już, jeśli masz ochotę. – Po​wie​działem, że nie mam – warknąłem. Za​raz po​tem ode​tchnąłem głęboko. Mojej mamie nie spodobałoby się, gdybym zrobił przykrość Belly, skoro i tak była chora. Poza tym sprawiała wrażenie naprawdę osamotnionej i trochę było mi jej szkoda, że musi siedzieć cały dzień w domu. Chorowanie w le​cie było naj​gor​sze. – Chcesz, żebym cię na​uczył grać w po​ke​ra? – Nie umiesz grać – prychnęła. – Con​rad wy​gry​wa z tobą za każdym ra​zem. – Jak chcesz – po​wie​działem i wstałem. Nie było mi jej aż tak szko​da. – Nie​ważne – stwier​dziła. – Możesz mnie na​uczyć. Usiadłem z po​wro​tem. – Po​daj mi kar​ty – po​wie​działem gder​li​wie. Wie​działem, że Bel​ly ma wy​rzu​ty su​m ie​nia. – Nie sia​daj za bli​sko, bo możesz się za​ra​zić – ostrzegła mnie. – Nic mi nie będzie. Ja nig​dy nie cho​ruję. – Con​rad też nie – od​parła, a ja przewróciłem ocza​m i. Bel​ly wiel​biła Con​ra​da, tak samo jak Ste​ven. – Conrad choruje. Zimą co chwilę jest chory. Ma słaby układ odpornościowy – poinformowałem ją, chociaż nie wie​działem, czy to praw​da. Wzru​szyła ra​m io​na​m i, a ja wi​działem, że mi nie uwie​rzyła. Podała mi kar​ty. – Roz​da​waj – po​wie​działa. Graliśmy w pokera całe popołudnie i w sumie całkiem dobrze się bawiliśmy. Zachorowałem dwa dni później, ale nie miałem o to specjalnych pretensji do losu. Belly siedziała ze mną w domu, graliśmy dalej w pokera i oglądaliśmy mnóstwo od​cinków Simp​sonów.

roz​dział trzy​dzie​sty piąty Je​re​m i

Kiedy tyl​ko usłyszałem, że Bel​ly wcho​dzi po scho​dach, wy​szedłem na ko​ry​tarz. – I jak? Co się dzie​j e? – Moja mama dzwo​ni do two​j e​go taty – oznaj​m iła po​nu​ro. – Na​prawdę? Su​per. – No, więc wiesz, nie poddawaj się. Jeszcze nie wszystko stracone. – Obdarzyła mnie uśmiechem, marszcząc przy tym nos. Klepnąłem ją w ple​cy i pra​wie zbiegłem po scho​dach. Lau​rel wy​cie​rała blat w kuch​ni. – Twój tata przy​j eżdża na śnia​da​nie – po​wie​działa na mój wi​dok. – Tu​taj? Lau​rel skinęła głową. – Możesz sko​czyć do skle​pu i kupić to, co lubi? Jaj​ka, be​kon, mie​szankę na muf​fi​ny i jesz​cze dużego grejp​fru​ta. Lau​rel nie cier​piała go​to​wać i z całą pew​nością nig​dy nie przy​go​to​wy​wała wy​staw​ne​go śnia​da​nia dla mo​j e​go ojca. – Dla​cze​go dla nie​go go​tu​j esz? – za​py​tałem. – Bo on jest jak dziec​ko, a dzie​ci robią się nie​znośne, kie​dy są głodne – od​parła ze swoją zwykłą iro​nią. – Są ta​kie chwi​le, gdy go nie​na​widzę – po​wie​działem nie​ocze​ki​wa​nie. Za​wa​hała się, ale stwier​dziła: – Ja też. Czekałem, aż powie „ale jest twoim ojcem”, tak jak zawsze robiła to mama. Laurel nie powiedziała tego, nie uzna​wała pięknych słówek. Nie mówiła rze​czy, których na​prawdę by nie myślała. – Po​spiesz się – rzu​ciła tyl​ko. Wstałem i uściskałem ją mocno, a ona zesztywniała w moich ramionach. Podniosłem ją odrobinę do góry, tak jak zwy​kle pod​no​siłem mamę. – Dzięki, Lau​re – po​wie​działem. – Na​prawdę dziękuję. – Zro​biłabym dla was wszyst​ko, chłopcy. Wiesz o tym. – Skąd wie​działaś, że po​win​naś przy​j e​chać? – Bel​ly za​dzwo​niła do mnie – wyjaśniła Lau​rel i zmrużyła oczy. – Pi​j a​na. O szlag. – Lau​re… – Nie za​czy​naj z „Lau​re”. Jak mogłeś jej po​zwo​lić się upić? Li​czyłam na cie​bie, Je​re​m i. Chy​ba wiesz o tym. Teraz ja także czułem się okropnie. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było wpakowanie Belly w kłopoty, a poza tym naprawdę bolało mnie, że Laurel będzie miała o mnie złe zdanie. Zawsze z całych sił starałem się opiekować Belly, w odróżnie​niu od Con​ra​da. Jeśli ktoś ją zde​pra​wo​wał, to był Con​rad, nie ja. Na​wet jeżeli to ja kupiłem te​qu​ilę. – Naprawdę strasznie mi przykro – powiedziałem. – Przez to, że tata sprzedaje dom i to miał być nasz ostatni wieczór, trochę nas po​niosło. Przy​sięgam ci, że to się nig​dy więcej nie powtórzy. Przewróciła ocza​m i. – Nig​dy więcej nie powtórzy? Nie składaj obiet​nic, których nie możesz do​trzy​m ać, skar​bie. – Nig​dy się nie powtórzy w mo​j ej obec​ności – obie​całem. Wydęła lek​ko usta. – To się okaże.

Z ulgą zo​ba​czyłem, że zno​wu uśmiechnęła się do mnie krzy​wo. – Po​spiesz się i jedź w końcu do tego skle​pu, do​brze? – Tak jest, ka​pi​ta​nie! Chciałem, żeby uśmiechnęła się naprawdę. Wiedziałem, że jeśli będę się starał i żartował, w końcu to zrobi. Była pod tym względem prze​wi​dy​wal​na. Tym ra​zem uśmiechnęła się do mnie szcze​rze.

roz​dział trzy​dzie​sty szósty

Matka miała rację, prysznic rzeczywiście mi pomógł. Odchyliłam głowę do tyłu, pozwalałam, żeby gorąca woda spływała po mnie, i czułam się znacz​nie, znacz​nie le​piej. Po prysznicu wróciłam na dół jako nowa kobieta. Matka miała umalowane usta i rozmawiała przyciszonym głosem z Con​ra​dem. Prze​rwa​li roz​m owę, kie​dy zo​ba​czy​li, że stoję w drzwiach. – Znacz​nie le​piej – po​wie​działa mat​ka. – Gdzie Je​re​m i? – za​py​tałam. – Po​j e​chał jesz​cze raz do skle​pu, bo za​po​m niał kupić grejp​fru​ta – wyjaśniła. Rozległ się dzwonek timera, więc matka wyjęła przez ścierkę blachę z muffinami z piecyka. Niechcący dotknęła jej gołą ręką, jęknęła i upuściła na podłogę. – Cho​le​ra! Con​rad za​py​tał, czy nic so​bie nie zro​biła, za​nim ja zdążyłam się ode​zwać. – Nic mi nie jest – od​parła, wsa​dzając dłoń pod zimną wodę. Potem podniosła blachę i postawiła ją na blacie, na ścierce kuchennej. Usiadłam na stołku i patrzyłam, jak matka przekłada za​war​tość bla​chy do ko​szycz​ka. – To będzie na​sza ta​j em​ni​ca – stwier​dziła. Muffiny powinny się trochę przestudzić, zanim się je wyjmie z blachy, ale nie powiedziałam jej tego. Chociaż kilka było trochę roz​gnie​cio​nych, resz​ta wyglądała do​brze. – Poczęstuj się – po​wie​działa. Wzięłam jed​ne​go – był strasz​nie gorący i roz​pa​dał się, ale sma​ko​wał do​brze. Zjadłam go szyb​ko. Kie​dy skończyłam, mat​ka po​le​ciła: – Wy​nieście z Con​ra​dem śmie​ci do re​cy​klin​gu. Conrad bez słowa podniósł dwie cięższe torby i zostawił dla mnie jedną w połowie pustą. Poszłam za nim do śmiet​ni​ka na zewnątrz, na końcu pod​j az​du. – To ty do niej za​dzwo​niłaś? – za​py​tał. – Owszem, ja. Cze​kałam, aż na​zwie mnie dziec​kiem za to, że za​dzwo​niłam po ma​m u​się, kie​dy tyl​ko zro​biło się groźnie. Nie zro​bił tego. – Dziękuję. Po​pa​trzyłam na nie​go zdu​m io​na. – Cza​sem mnie na​prawdę za​ska​ku​j esz – oznaj​m iłam. Od​po​wia​dając, nie pa​trzył na mnie. – Ty mnie prak​tycz​nie nig​dy nie za​ska​ku​j esz. Za​wsze je​steś taka sama. Rzu​ciłam mu złe spoj​rze​nie. – Wiel​kie dzięki! Wy​rzu​ciłam za​war​tość mo​j ej tor​by do śmiet​ni​ka i trochę za moc​no za​trzasnęłam po​krywę. – Nie, chciałem po​wie​dzieć… Czekałam, aż coś doda i może nawet by to zrobił, gdyby nie to, że na końcu ulicy pojawił się samochód Jeremiego. Patrzyliśmy, jak parkuje, a potem wyskakuje ze środka, trzymając plastikową torbę. Podszedł do nas z rozjaśnionymi ocza​m i. – Cześć – po​wie​dział do mnie, wy​m a​chując torbą.

– Cześć – po​wie​działam, cho​ciaż nie byłam na​wet w sta​nie spoj​rzeć mu w oczy. Kiedy stałam pod prysznicem, zaczęłam sobie wszystko przypominać. Zmusiłam go, żeby ze mną tańczył, uciekłam od Conrada, który podniósł mnie, a potem upuścił na piasek. To było upokarzające i okropne, że widzieli mnie za​cho​wującą się w taki sposób. W tym momencie Jeremi ścisnął moją rękę, a kiedy podniosłam na niego spojrzenie, powiedział „Dzięki” z taką czułością, że aż mnie coś za​bo​lało w środ​ku. Wróciliśmy we trójkę do domu. The Police śpiewali Message in a Bottle, a odtwarzacz był nastawiony naprawdę głośno. Na​tych​m iast roz​bo​lała mnie głowa i chciałam tyl​ko wrócić do łóżka. – Możemy trochę ści​szyć tę mu​zykę? – za​py​tałam, po​cie​rając skro​nie. – Nie – oznajmiła matka, biorąc torbę od Jeremiego. Wyciągnęła ogromny grejpfrut i rzuciła go Conradowi. – Zrób sok – poleciła, wskazując sokowirówkę należącą do pana Fishera, wielką i skomplikowaną, jedną z tych re​kla​m o​wa​nych w późno​wie​czor​nych te​le​skle​pach. Con​rad prychnął. – Dla nie​go? Nie będę robił dla nie​go soku z grejp​fru​ta. – Owszem, będziesz. – Mat​ka spoj​rzała na mnie i wyjaśniła: – Pan Fi​sher przy​j eżdża na śnia​da​nie. Pisnęłam, pod​biegłam do niej i objęłam ją w ta​lii. – To tyl​ko śnia​da​nie – ostrzegła mnie. – Nie rób so​bie zbyt wiel​kich na​dziei. Ale było już za późno – wiedziałam, że nakłoni go do zmiany zdania, po prostu wiedziałam to, tak samo jak Jeremi i Conrad. Wierzyli w moją matkę, podobnie jak ja, dlatego Conrad przekroił grejpfrut na pół, a matka skinęła głową jak sierżant na musz​trze. – Je​re​m i, na​kryj do stołu, a ty, Bel​ly, zaj​m ij się jaj​ka​m i – po​le​ciła. Zaczęłam wybijać jajka do miseczki, a matka podsmażyła bekon na żeliwnej patelni Susanny. Zostawiła wytopiony z niego tłuszcz, żebym miała na czym smażyć jajecznicę. Zamieszałam zawartość patelni, a zapach jajek i tłuszczu sprawił, że omal nie zwymiotowałam. Wstrzymałam oddech i mieszałam dalej, a matka obserwowała mnie, próbując ukryć uśmiech. – Do​brze się czu​j esz, Bel​ly? – za​py​tała. Skinęłam głową, za​ci​skając zęby. – Za​m ie​rzasz się jesz​cze kie​dyś upi​j ać? – spy​tała to​nem to​wa​rzy​skiej po​gawędki. Potrząsnęłam głową tak gwałtow​nie, jak tyl​ko mogłam. – Nig​dy w życiu. Kiedy pół godziny później pojawił się pan Fisher, wszystko było gotowe na jego przybycie. Wszedł do kuchni i ze zdu​m ie​niem po​pa​trzył na stół. – O rany – po​wie​dział. – To wygląda prze​pysz​nie, Lau​re. Dziękuję. Rzu​cił jej wie​le mówiące spoj​rze​nie, ja​kim wy​m ie​niają się kon​spi​rujący dorośli. Moja mat​ka uśmiechnęła się jak Mona Lisa. Pan Fi​sher nie za​uważy na​wet, kie​dy będzie po nim. – Sia​daj​m y do stołu – za​pro​po​no​wała. Usie​dliśmy – moja mat​ka obok pana Fi​she​ra, Je​re​m i na​prze​ciw​ko nie​go. Ja usiadłam obok Con​ra​da. – Smacz​ne​go – po​wie​działa mat​ka. Patrzyłam, jak pan Fisher nakłada sobie na talerz kopę jajecznicy, a potem cztery plasterki bekonu. Uwielbiał bekon i lubił go w takiej postaci, jak przyrządzała moja matka – przypieczony, niemal spalony na węgiel. Zrezygnowałam z ja​j ecz​ni​cy i be​ko​nu, a za​m iast tego wzięłam muf​fi​na. Mat​ka nalała panu Fi​she​ro​wi dużą szklankę soku grejp​fru​to​we​go. – Świeżo wy​ci​ska​ny przez two​j e​go pier​wo​rod​ne​go – po​in​for​m o​wała. Pan Fisher odrobinę podejrzliwie przyjrzał się szklance, a ja mu się nie dziwiłam. Jedyną osobą, której chciało się kie​dy​kol​wiek robić dla nie​go świeży sok, była Su​san​na. Szyb​ko jed​nak do​szedł do sie​bie. Wpa​ko​wał wi​de​lec pełen ja​j ecz​ni​cy do ust i po​wie​dział: – Słuchaj, jeszcze raz dziękuję, że przyjechałaś, Laurel. Naprawdę to doceniam. – Popatrzył na nas i uśmiechnął się. – To towarzystwo nie bardzo miało ochotę słuchać, co mam im do powiedzenia, więc cieszę się, że będę miał jakieś wspar​cie. Mat​ka równie miło uśmiechnęła się do nie​go. – Och, ale ja nie przy​j e​chałam tu​taj, żeby ci po​m a​gać, Ada​m ie. Przy​j e​chałam, żeby pomóc chłopcom Beck. Uśmiech pana Fi​she​ra zgasł, a on odłożył wi​de​lec. – Lau​re… – Nie możesz sprzedać tego domu i wiesz o tym. On znaczy zbyt wiele dla dzieci. To byłby poważny błąd. – Moja mat​ka była spo​koj​na i rze​czo​wa. Pan Fi​sher po​pa​trzył na Je​re​m ie​go i Con​ra​da, a po​tem zno​wu na moją matkę. – Już podjąłem de​cyzję, Lau​rel. Nie zmu​szaj mnie, żebym grał tu​taj rolę czar​ne​go cha​rak​te​ru.

Moja mat​ka wes​tchnęła. – Do ni​cze​go cię nie zmu​szam, sta​ram się tyl​ko pomóc. Ja i chłopcy siedzieliśmy w absolutnej ciszy, czekając, aż pan Fisher jej odpowie. Starał się zachować spokój, ale zaczął już czer​wie​nieć na twa​rzy. – Doceniam to, ale już podjąłem decyzję. Dom będzie sprzedany i powiem całkiem szczerze: w tej sprawie twoje zdanie się nie liczy. Przykro mi, wiem, że Suze zawsze zachowywała się, jakby ten dom po części należał do ciebie, ale tak nie jest. Omal nie wes​tchnęłam głośno. Spoj​rzałam na matkę i zo​ba​czyłam, że ona także za​czy​na się robić czer​wo​na. – Ależ wiem o tym – oznajmiła. – Ten dom należy w stu procentach do Beck. Zawsze do niej należał, to było jej uko​cha​ne miej​sce. Dla​te​go właśnie chłopcy po​win​ni go odzie​dzi​czyć. Pan Fi​sher wstał i od​sunął krzesło. – Nie za​m ie​rzam się z tobą o to kłócić, Lau​rel. – Usiądź – po​wie​działa moja mat​ka. – Dziękuję, nie trze​ba. Oczy mo​j ej mat​ki zalśniły. – Powiedziałam, usiądź! – Pan Fisher popatrzył na nią z otwartymi ustami, podobnie jak my. – Dzieci, zostawcie nas – dodała. Conrad otworzył usta, żeby się sprzeciwić, ale przemyślał sprawę, szczególnie wtedy, gdy zobaczył wyraz twarzy mojej matki i to, że jego tata usiadł z powrotem. Ja postarałam się jak najszybciej wynieść z kuchni. Wysypaliśmy się na zewnątrz i usie​dliśmy na szczy​cie schodów, wytężając słuch. Nie mu​sie​liśmy długo cze​kać. – Co to ma, do diabła, zna​czyć, Lau​rel? – za​py​tał pan Fi​sher. – Na​prawdę myślałaś, że uda ci się mnie prze​ko​nać do zmia​ny zda​nia? – Wy​bacz, ale pieprz się. Zatkałam sobie usta ręką, a oczy Conrada zalśniły, kiedy z podziwem potrząsnął głową. Za to Jeremi wyglądał, jakby się miał rozpłakać, więc wzięłam go za rękę i ją ścisnęłam. Kiedy spróbował się wyrwać, przytrzymałam moc​niej. – Ten dom był dla Beck wszystkim. Czy możesz na moment zapomnieć o swojej żałobie i zobaczyć, ile on znaczy dla chłopców? Po​trze​bują tego miej​sca, na​prawdę po​trze​bują. Nie chcę wie​rzyć, że je​steś aż tak okrut​ny, Ada​m ie. Nie od​po​wie​dział jej. – Ten dom należy do niej, nie do ciebie. Nie zmuszaj mnie, żebym cię powstrzymała, Adamie, ponieważ zrobię to. Zro​bię wszyst​ko, co w mo​j ej mocy, żeby za​cho​wać ten dom dla chłopców Beck. – A co miałabyś zro​bić, Lau​rel? – za​py​tał pan Fi​sher bar​dzo zmęczo​nym głosem. – To, co bym mu​siała. Stłumio​nym głosem po​wie​dział: – Ona tu jest wszędzie. Wszędzie. Niewykluczone, że płakał. Prawie zaczęłam mu współczuć. Chyba moja matka też, ponieważ jej głos stał się niemal łagod​ny. – Wiem. I wiesz co, Adamie? Byłeś marną namiastką męża, ale ona cię kochała, naprawdę cię kochała. Zdołała ci przebaczyć. Próbowałam ją przekonać, żeby tego nie robiła. Bóg mi świadkiem, że próbowałam, ale nie chciała mnie słuchać, ponieważ jeśli coś sobie postanowiła, to nie było odwrotu. A ona postanowiła, że jesteś jej mężem, Adamie. Zasłuż so​bie na to. Udo​wod​nij, że się myliłam. Pan Fi​sher po​wie​dział coś, cze​go nie dosłyszałam. – Zrób dla niej tę ostat​nią rzecz, do​brze? – pro​siła mama. Po​pa​trzyłam na Con​ra​da, który rzu​cił w prze​strzeń przy​ci​szo​nym głosem: – Lau​rel jest nie​sa​m o​wi​ta. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak mówił o mojej matce, a już szczególnie nie Conrad. Nigdy nie wydawała mi się „nie​sa​m o​wi​ta”, ale w tym mo​m en​cie to słowo pa​so​wało do niej na​prawdę ide​al​nie. – Owszem, jest – przy​znałam. – Tak samo, jak była Su​san​na. Patrzył na mnie przez chwilę, a potem wstał i poszedł do swojego pokoju, nie czekając na to, co jeszcze ma do po​wie​dze​nia pan Fi​sher. Nie mu​siał, moja mat​ka wy​grała. Udało się jej. Chwilę później, gdy uzna​liśmy, że jest już bez​piecz​nie, ze​szliśmy z Je​re​m im na dół. Moja mama i pan Fisher pili kawę, tak jak to mają w zwyczaju dorośli. On miał zaczerwienione oczy, ale na jej twa​rzy widać było triumf. Na nasz wi​dok pan Fi​sher za​py​tał: – Gdzie jest Con​rad? Ile razy słyszałam, jak pan Fi​sher za​da​j e to py​ta​nie? Set​ki. Mi​lio​ny.

– Na górze – od​parł Je​re​m i. – Możesz po nie​go iść, Je​re​m i? Jeremi zawahał się i spojrzał na moją matkę, która skinęła głową. Wbiegł po schodach i kilka minut później wrócił ra​zem z Con​ra​dem, którego twarz wyrażała nie​uf​ność. – Za​wrzyj​m y umowę – po​wie​dział pan Fi​sher. To było w stylu dawnego pana Fishera, maklera i negocjatora. Uwielbiał zawierać umowy i często proponował nam, dzieciom, transakcje. Na przykład zawiezie nas na tor kartingowy, jeśli wymieciemy piasek z garażu. Albo zabierze chłopców na ryby, jeśli po​se​gre​gują wszyst​kie pudełka z przynętą. – A cze​go chcesz? – za​py​tał ostrożnie Con​rad. – Mo​j e​go fun​du​szu powiernicze​go? Pan Fi​sher za​cisnął zęby. – Nie. Chcę, żebyś jutro wrócił do college’u i przystąpił do egzaminów. Jeśli uda ci się zdać, ten dom jest twój. Twój i Je​re​m ie​go. – Wi​wat! – krzyknął na cały głos Je​re​m i. Uści​skał pana Fi​she​ra, który po​kle​pał go po ple​cach. – A gdzie jest ha​czyk? – za​py​tał Con​rad. – Nie ma żadnego haczyka, ale musisz dostać przynajmniej czwórki. Żadnych trójek czy dwójek. – Pan Fisher za​wsze się chwa​lił tym, że jest twar​dym ne​go​cja​to​rem. – To jak, umo​wa stoi? Conrad zawahał się. Od razu wiedziałam, co jest nie tak: nie chciał niczego zawdzięczać swojemu tacie. Nawet jeśli tego właśnie chciał, na​wet jeśli właśnie po to tu​taj przy​j e​chał. Nie chciał do​sta​wać ni​cze​go od ojca. – Nie uczyłem się – po​wie​dział. – Mogę nie za​li​czyć. Chciał go wypróbować. Conradowi nie zdarzało się „nie zaliczyć”, nigdy nie dostawał niższych ocen niż czwórki, a i czwórki były rzad​kością. – Wte​dy nic nie do​sta​j e​cie – oznaj​m ił pan Fi​sher. – Ta​kie są wa​run​ki. – Con, sta​ry, zgódź się po pro​stu – po​na​glił go Je​re​m i. – Pomożemy ci się uczyć, praw​da, Bel​ly? Con​rad spoj​rzał na mnie, a ja spoj​rzałam na matkę. – Mogę, mamo? Moja mat​ka skinęła głową. – Możesz tu zo​stać, ale ju​tro mu​sisz wrócić do domu. – Zgódź się – po​wie​działam do Con​ra​da. – No do​brze – oznaj​m ił w końcu. – W ta​kim ra​zie przy​bij​m y umowę jak praw​dzi​wi mężczyźni. – Pan Fi​sher wyciągnął rękę. Con​rad niechętnie podał mu swoją i uścisnęli so​bie dłonie. Moja matka spojrzała na mnie i powtórzyła bezgłośnie: „jak prawdziwi mężczyźni”, a ja wiedziałam, że myśli o tym, jak bar​dzo sek​si​stow​ski jest pan Fi​sher. Ale to nie miało zna​cze​nia. Wy​gra​liśmy. – Dzięki, tato – po​wie​dział Je​re​m i. – Na​prawdę, dzięki. Zno​wu uści​skał ojca, a pan Fi​sher od​wza​j em​nił uścisk. – Muszę wra​cać do mia​sta – po​wie​dział. Skinął do mnie głową. – Dziękuję, że po​m ogłaś Con​ra​do​wi, Bel​ly. – Nie ma za co – od​po​wie​działam. Ale nie wiedziałam, dlaczego właściwie to mówię, bo przecież nic nie zrobiłam. Moja matka w pół godziny pomogła Con​ra​do​wi bar​dziej niż ja od początku na​szej zna​j o​m ości. Kiedy pan Fisher pojechał, moja matka wstała i zaczęła spłukiwać naczynia. Pomogłam jej, wkładając je do zmy​war​ki. Na chwilę oparłam głowę na jej ra​m ie​niu. – Dziękuję – po​wie​działam. – Nie ma za co. – Byłaś na​prawdę za​j e​bi​sta, mamo. – Nie używaj brzyd​kich wy​razów – zga​niła mnie, ale kąciki jej ust uniosły się lek​ko. – I kto to mówi. Potem zmywałyśmy w milczeniu, a matka miała smutek w oczach i wiedziałam, że znowu myśli o Susannie. Pragnęłam po​wie​dzieć coś, co by jej po​m ogło, ale cza​sem po pro​stu nie ist​nieją od​po​wied​nie słowa. We tro​j e od​pro​wa​dzi​liśmy ją do sa​m o​cho​du. – Od​wie​zie​cie ją ju​tro do domu? – za​py​tała, wrzu​cając torbę na fo​tel obok kie​row​cy. – Na pew​no – obie​cał Je​re​m i. – Lau​rel – ode​zwał się Con​rad i za​wa​hał się. – Wrócisz tu​taj, praw​da? Moja mat​ka spoj​rzała na nie​go za​sko​czo​na. Wi​działam, że ją tym wzru​szył. – Chcesz, żeby taka sta​ru​cha się tu​taj kręciła? – za​py​tała. – Ja​sne, przy​j adę, kie​dy tyl​ko mnie za​pro​sisz.

– Kie​dy? – za​py​tał. Wyglądał na tak młode​go, tak bez​bron​ne​go, że ser​ce mnie za​bo​lało. Chy​ba moja mat​ka czuła to samo, po​nie​waż wyciągnęła rękę i do​tknęła jego po​licz​ka, cho​ciaż zwy​kle nie była osobą skłonną do ta​kich gestów. To po pro​stu nie było w jej sty​lu, cho​ciaż w sty​lu Su​san​ny. – Za​nim skończy się lato, a po​tem jesz​cze przy​j adę, żeby pomóc po​sprzątać dom po se​zo​nie. Moja mat​ka wsiadła do sa​m o​cho​du, po​m a​chała nam i wy​co​fała się, zakładając oku​la​ry i opusz​czając szybę. – Do zo​ba​cze​nia! – zawołała. Je​re​m i po​m a​chał jej, a Con​rad powtórzył: – Do zo​ba​cze​nia. Mat​ka po​wie​działa mi, że kie​dy Con​rad był zupełnie ma​lut​ki, na​zy​wał ją „swoją Laurą”. „Gdzie jest moja Laura?” – pytał, szukając jej po całym domu. Mówiła, że chodził za nią wszędzie, nawet do łazienki. Nazywał ją swoją dziewczyną, przynosił jej znad morza malutkie kraby i muszelki i kładł u jej stóp. Kiedy mi o tym opowiedziała, pomyślałam: „Co ja bym dała za to, żeby Conrad Fisher nazywał mnie swoją dziewczyną i przy​no​sił mi mu​szel​ki?”. – Je​stem pew​na, że on już tego nie pamięta – po​wie​działa mi wte​dy mat​ka, uśmie​chając się lek​ko. – A może go za​py​tasz, czy to pamięta? – za​pro​po​no​wałam. Uwielbiałam słuchać opowieści o tym, jak Conrad był malutki. Uwielbiałam się z nim drażnić, ponieważ tak rzadko miałam okazję, żeby to robić. – Nie, tyl​ko by się po​czuł zażeno​wa​ny – od​parła mat​ka. – No i co z tego? O to prze​cież cho​dzi – na​le​gałam. Wte​dy mi po​wie​działa: – Con​rad jest bar​dzo wrażliwy i dum​ny. Pozwólmy mu na to. Powiedziała to w taki sposób, że uświadomiłam sobie coś: ona go naprawdę rozumiała, tak jak ja nie potrafiłam zro​zu​m ieć. Za​zdrościłam tego im oboj​gu. – Jaka ja byłam? – za​py​tałam. – Ty? Byłaś moją córeczką. – Ale jaka byłam? – do​py​ty​wałam. – Cały czas biegałaś za chłopcami. To było słodkie, jak wszędzie za nimi chodziłaś i próbowałaś zrobić na nich wrażenie. – Mat​ka roześmiała się. – Na​m a​wia​li cię, żebyś tańczyła albo robiła różne sztucz​ki. – Jak szcze​niak? – Skrzy​wiłam się na samą myśl o tym. Machnęła tyl​ko ręką. – Och, nic ci się ta​kie​go nie stało. Po pro​stu nie chciałaś, żeby co​kol​wiek cię omi​j ało.

roz​dział trzy​dzie​sty siódmy Je​re​m i

Kiedy Laurel przyjechała, w domu panował bałagan, a ja w samych bokserkach prasowałem białą koszulę. Byłem już spóźniony na imprezę pożegnalną czwartoklasistów i miałem podły nastrój. Moja mama przez cały dzień powiedziała może ze dwa słowa i na​wet Nona nie była w sta​nie wciągnąć jej w roz​m owę. Miałem podjechać po Marę, a ona nie znosiła, kiedy się spóźniałem. Okropnie się złościła, a potem siedziała obrażona przy​najm​niej tak długo, jak długo kazałem jej cze​kać. Musiałem na chwilę odstawić żelazko, żeby przewrócić koszulę na drugą stronę, i przy tej okazji sparzyłem się w przed​ra​m ię. – Cho​le​ra! – wrzasnąłem. Na​prawdę mnie za​bo​lało. Właśnie w tej chwili przez frontowe drzwi weszła Laurel i zobaczyła mnie stojącego w salonie w bokserkach i trzy​m ającego się za spa​rzo​ne miej​sce. – Wsadź to pod zimną wodę – poradziła, więc pobiegłem do kuchni i przez kilka minut trzymałem rękę pod kra​nem. Kie​dy wróciłem, Lau​rel skończyła pra​so​wać ko​szulę i za​brała się za spodnie. – Chcesz, żeby ci zro​bić kant z przo​du? – za​py​tała. – Tak, ja​sne – od​parłem. – Co ty tu ro​bisz? Jest do​pie​ro wto​rek. Lau​rel za​zwy​czaj przy​j eżdżała na week​end i no​co​wała w po​ko​j u gościn​nym. – Wpadłam sprawdzić, czy wszystko w porządku – oznajmiła, przesuwając żelazkiem po spodniach. – Miałam wol​ne popołudnie. – Mama już śpi – po​wie​działem. – Przez te nowe le​kar​stwa, które do​stała, śpi pra​wie przez cały czas. – To do​brze – od​parła Lau​rel. – A ty? Dla​cze​go się tak stro​isz? Usiadłem na ka​na​pie i założyłem skar​pet​ki. – Mam dzi​siaj im​prezę pożegnalną dla czwar​to​kla​sistów – wyjaśniłem. Lau​rel podała mi ko​szulę i spodnie. – O której ma się zacząć? Po​pa​trzyłem na ze​gar stojący w holu. – Dzie​sięć mi​nut temu – po​wie​działem, wkładając spodnie. – No to się le​piej po​spiesz. – Dzięki, że mi wyprasowałaś ciuchy – rzuciłem i właśnie zabierałem klucze, kiedy usłyszałem, że mama woła mnie z sy​pial​ni. Odwróciłem się w tamtą stronę. – Idź już na tę im​prezę, Je​re​m i – po​wie​działa Lau​rel. – Ja się tym zajmę. Za​wa​hałem się. – Je​steś pew​na? – Na tysiąc pro​cent. Leć już. Wciskałem gaz, jadąc do domu Mary, która wyszła na zewnątrz, gdy tylko się zatrzymałem na podjeździe. Miała na sobie tę czerwoną sukienkę, którą lubiłem, i wyglądała naprawdę ładnie, więc właśnie chciałem jej powiedzieć kom​ple​m ent, kie​dy usłyszałem:

– Spóźniłeś się. Nic nie od​po​wie​działem. Mara nie od​zy​wała się do mnie przez resztę wie​czo​ru, na​wet wte​dy, gdy wy​gra​liśmy głoso​wa​nie na Najsłodszą Parę. Nie miała ocho​ty iść po​tem na im​prezę u Pa​tan, po​dob​nie zresztą jak ja. Przez cały czas myślałem o mo​j ej ma​m ie i czułem się win​ny, że wy​szedłem na tak długo. Kiedy podjechaliśmy pod dom Mary, nie wysiadła od razu z samochodu, co oznaczało tylko jedno. Chce poważnie po​roz​m a​wiać. Zga​siłem sil​nik. – O co cho​dzi? Da​lej je​steś zła, że się spóźniłem? Po​pa​trzyła na mnie z bólem w oczach. – Chciałabym tylko wiedzieć, czy będziemy dalej razem. Możesz mi po prostu powiedzieć, co chcesz zrobić, to zro​bimy to obo​j e? – Szcze​rze mówiąc, te​raz nie po​tra​fię się nad tym za​sta​na​wiać. – Wiem. Prze​pra​szam. – Ale jeśli miałbym powiedzieć, czy będziemy razem, kiedy na jesieni pójdziemy do college’u i czy uda nam się związek na od​ległość, to wy​da​j e mi się, że ra​czej nie. Mara rozpłakała się, a ja po​czułem się jak ostat​nia świ​nia. Po​wi​nie​nem skłamać. – Tak właśnie myślałam – po​wie​działa. A po​tem pocałowała mnie w po​li​czek, wy​biegła z sa​m o​cho​du i uciekła do domu. Właśnie w taki sposób zerwaliśmy, a gdybym miał być całkowicie szczery, musiałbym przyznać, że z ulgą przyjąłem to, że nie muszę już o niej myśleć. Je​dyną osobą zaprzątającą moje myśli była mama. Kiedy przyjechałem do domu, mama i Laurel grały jeszcze w karty i słuchały muzyki. Po raz pierwszy od wielu dni słyszałem, że mama się śmie​j e. Lau​rel nie wy​j e​chała następne​go dnia. Zo​stała u nas cały ty​dzień. Wtedy nie zastanawiałem się nad jej pracą ani innymi obowiązkami, jakie musiała porzucić we własnym domu. Byłem je​dy​nie wdzięczny lo​so​wi za to, że mam przy so​bie kogoś do​rosłego.

roz​dział trzy​dzie​sty ósmy

Wróciliśmy we troje do domu. Słońce paliło mnie w plecy, a ja myślałam o tym, jak przyjemnie byłoby poleżeć na plaży, przespać całe popołudnie i trochę się poopalać. Nie mieliśmy jednak na to czasu, skoro musieliśmy przy​go​to​wać Con​ra​da do ju​trzej​szych eg​za​m inów. Kie​dy we​szliśmy do środ​ka, Con​rad opadł na ka​napę, a Je​re​m i roz​ciągnął się na podłodze. – Je​stem wykończo​ny – jęknął. To, co dla nich – i dla mnie – zro​biła moja mat​ka, było nie​ocze​ki​wa​nym pre​zen​tem. Te​raz przyszła ko​lej na mnie. – Wsta​waj​cie – po​wie​działam. Żaden się nie ruszył. Conrad miał zamknięte oczy, więc rzuciłam w niego poduszką i szturchnęłam Jeremiego stopą w brzuch. – Mu​si​m y zacząć za​ku​wać, le​nie. Wsta​wać! Con​rad otwo​rzył oczy. – Je​stem zbyt zmęczo​ny, żeby się uczyć. Po​trze​buję naj​pierw re​ge​ne​rującej drzem​ki. – Ja też – po​twier​dził Je​re​m i. Skrzyżowałam ra​m io​na i spoj​rzałam na nich złym wzro​kiem. – Wiecie, ja też jestem zmęczona, ale spójrzcie na zegar. Jest już pierwsza. Będziemy musieli pracować całą noc i wy​j e​chać ju​tro bar​dzo wcześnie rano. Con​rad wzru​szył ra​m io​na​m i. – Naj​le​piej mi się pra​cu​j e pod presją cza​su. – Ale… – Mówię poważnie, Bel​ly, nie dam rady się uczyć w ta​kim sta​nie. Daj mi się prze​spać go​dzinę. Je​re​m i już zdążył zasnąć, więc tyl​ko wes​tchnęłam. Nie mogłam wal​czyć z obo​m a jed​no​cześnie. – Do​bra, jed​na go​dzi​na, ale to wszyst​ko. Poszłam do kuchni i nalałam sobie coli. Miałam ochotę także się zdrzemnąć, ale nie chciałam im dawać złego przykładu. Kiedy spali, rozpoczęłam realizację naszego planu. Wyciągnęłam z samochodu podręczniki Conrada, przyniosłam na dół jego laptop i zorganizowałam w kuchni stanowisko do pracy. Poustawiałam lampy, rozłożyłam książki i segregatory z podziałem na przedmioty i przygotowałam długopisy i czyste kartki. Na koniec zaparzyłam wielki dzbanek kawy, a chociaż sama nie pijałam kawy, wiedziałam, że umiem zrobić dobrą, ponieważ parzyłam ją codziennie rano dla mojej mamy. Później wzięłam samochód Jeremiego i podjechałam do McDonalda, żeby kupić cheeseburgery. Uwielbiali cheeseburgery z McDonalda. Dawniej zdarzało się, że urządzali zawody, kto może ich zjeść więcej, i układali je w stosy jak naleśniki. Czasem mnie także pozwalali wziąć w tym udział i kiedyś nawet wygrałam. Zjadłam wte​dy dzie​więć che​ese​bur​gerów. Pozwoliłam im przespać dodatkowe pół godziny, ale tylko dlatego, że potrzebowałam aż tyle czasu na wszystkie przygotowania. Potem napełniłam wodą spryskiwacz Susanny, którego używała do podlewania najdelikatniejszych kwiatów. Naj​pierw psiknęłam Con​ra​do​wi pro​sto w oczy. – Ej! – po​wie​dział, budząc się na​tych​m iast. Wy​tarł twarz brze​giem T-shir​ta, a ja spry​skałam go jesz​cze raz, tak dla ka​pry​su. – Wsta​waj, szko​da dnia! – za​nu​ciłam. Potem podeszłam do Jeremiego i jego także spryskałam, ale to go nie obudziło. Zawsze bardzo trudno go było obudzić, chyba potrafiłby przespać nawet przypływ. Pryskałam i pryskałam wodą, a kiedy przewrócił się na bok, odkręciłam górę od spry​ski​wa​cza i polałam go po pro​stu wodą po ple​cach.

W końcu się obudził i wyciągnął ramiona, nadal leżąc na podłodze. Uśmiechnął się do mnie leniwie, jakby był przy​zwy​cza​j o​ny do po​dob​nych po​bu​dek. – Piękny mamy po​ra​nek – po​wie​dział. Wpraw​dzie trud​no go było do​bu​dzić, ale za to po obu​dze​niu nig​dy nie bywał w złym hu​m o​rze. – Jaki poranek? Jest prawie trzecia po południu. Pozwoliłam wam spać przez dodatkowe pół godziny, więc po​win​niście być mi wdzięczni – warknęłam. – Je​stem wdzięczny. Je​re​m i wyciągnął rękę, żebym po​m ogła mu wstać. Niechętnie mu ją podałam i pod​ciągnęłam go do pio​nu. – Rusz​cie się. Po​szli za mną do kuch​ni. – Co to ma… – zaczął Con​rad na wi​dok wszyst​kich swo​ich rze​czy po​roz​sta​wia​nych po po​ko​j u. Je​re​m i klasnął w dłonie, a po​tem wyciągnął rękę, żeby przy​bić ze mną piątkę. – Jesteś niesamowita – powiedział. Pociągnął nosem, zauważył zatłuszczoną białę torbę z McDonalda i rozpromienił się. – Hura! Che​ese​bur​ge​ry! Wszędzie bym roz​po​znał ten za​pach. Dałam mu po łapie. – Jesz​cze nie te​raz. Opra​co​wałam tu sys​tem nagród. Con​rad będzie się uczyć, a po​tem do​sta​nie jeść. Je​re​m i zmarsz​czył brwi. – A co ze mną? – Con​rad będzie się uczyć, a po​tem ty do​sta​niesz jeść. Con​rad uniósł brwi. – Sys​tem nagród, tak? Do​stanę coś jesz​cze? Za​ru​m ie​niłam się. – Tyl​ko che​ese​bur​ge​ry. Otaksował mnie wzrokiem, jakby zastanawiał się nad kupnem płaszcza. Czułam, że płoną mi policzki, kiedy na mnie pa​trzył. – Cho​ciaż po​m ysł sys​te​m u nagród bar​dzo mi się po​do​ba, chy​ba jed​nak nie sko​rzy​stam – oznaj​m ił. – O czym ty mówisz? – zdzi​wił się Je​re​m i. Con​rad wzru​szył ra​m io​na​m i. – Le​piej mi się uczy w sa​m ot​ności. Po​radzę so​bie, wy możecie już iść. Je​re​m i potrząsnął z nie​sma​kiem głową. – Jak za​wsze. Nie po​tra​fisz się zmu​sić, żeby po​pro​sić o po​m oc. Cóż, masz pe​cha, bo nig​dzie się nie ru​szy​m y. – Co wy w ogóle wie​cie o psy​cho​lo​gii dla pierw​sze​go roku? – za​py​tał Con​rad, za​pla​tając ra​m io​na. Je​re​m i ze​rwał się na nogi. – Jakoś so​bie po​ra​dzi​m y. – Mrugnął do mnie. – Bel​ly, możemy coś naj​pierw zjeść? Po​trze​buję pa​li​wa. Czułam się, jak​bym właśnie wy​grała na​grodę, jak​bym była nie​zwy​ciężona. Sięgnęłam do tor​by. – Ale tyl​ko po jed​nym i ko​niec. Kiedy Conrad odwrócił się do nas, szukając w szafkach sosu tabasco, Jeremi uniósł rękę do przybicia kolejnej piątki. Zro​biłam to po ci​chu i uśmiechnęliśmy się do sie​bie. Byliśmy od za​wsze zgra​nym ze​społem. Zje​dliśmy w mil​cze​niu che​ese​bur​ge​ry, a kie​dy tyl​ko skończy​liśmy, za​py​tałam: – Jak byś chciał to zor​ga​ni​zo​wać, Con​rad? – Biorąc pod uwagę, że ja w ogóle nie mam ocho​ty tego robić, po​zo​sta​wiam ci de​cyzję – od​parł. Miał na dol​nej war​dze odro​binę musz​tar​dy. – Niech będzie. – Byłam na to przy​go​to​wa​na. – Ty będziesz czy​tać, ja po​ro​bię no​tat​ki z psy​cho​lo​gii, a Je​re​m i będzie pod​kreślać mar​ke​rem ważniej​sze miej​sca. – Je​re​m i nie umie pod​kreślać. – Skrzy​wił się Con​rad. – Ej! – zaprotestował Jeremi, ale zaraz popatrzył na mnie i przyznał: – On ma rację. Podkreślanie mi nie idzie, za​wsze się kończy na tym, że pod​kreślam wszyst​ko na stro​nie. Ja się zajmę no​tat​ka​m i, a ty pod​kreślaj. Otworzyłam paczkę karteczek i podałam je Jeremiemu. Ku mojemu zdumieniu Conrad się podporządkował. Wziął podręcznik psy​cho​lo​gii ze sto​su książek i zaczął czy​tać. Kiedy siedział przy stole i uczył się, marszcząc czoło, wyglądał jak dawny Conrad. Ten, któremu zależało na takich rzeczach jak egzaminy, wyprasowane koszule i niespóźnianie się na umówione spotkania. Ironia całej sytuacji polegała na tym, że to Jeremi nigdy nie był specjalnie pilnym uczniem. Nie lubił się uczyć, nie lubił ocen. Uczenie się od zawsze pozostawało domeną Conrada. Od samego początku to on dostawał zestaw małego chemika i wymyślał eksperymenty, w których mogliśmy pomagać jako jego asystenci. Pamiętam, jak odkrył istnienie słowa „absurd” i co chwila je powtarzał. „To absurdalne” mówił o wszystkim. Albo „półgłówek”, jego ulubiona obelga – to także często powtarzał. W te wakacje, kiedy miał dziesięć lat, próbował przeczytać całą Encyclopaedia Britannica. Kiedy wróciliśmy w następne wa​ka​cje, był przy li​te​rze Q.

Uświadomiłam sobie nagle, że tęskniłam za nim przez cały ten czas. To znaczy tak w głębi duszy. Czułam to od za​wsze, a cho​ciaż te​raz sie​dział tyl​ko metr ode mnie, tęskniłam za nim bar​dziej niż kie​dy​kol​wiek. Ob​ser​wo​wałam go przez rzęsy i myślałam: „Wra​caj. Bądź z po​wro​tem taki, ja​kim cię po​ko​chałam i za​pa​m iętałam”.

roz​dział trzy​dzie​sty dzie​wiąty

Skończyliśmy psychologię, a Conrad założył słuchawki i pracował nad esejem z angielskiego, kiedy zadzwoniła moja komórka. To była Taylor. Nie byłam pewna, czy chciała mnie przeprosić, czy zażądać, żebym natychmiast odwiozła jej rzeczy – nie​wy​klu​czo​ne, że jed​no i dru​gie. Wyłączyłam te​le​fon. Całe to zamieszanie ze sprzedażą domu sprawiło, że ani razu nie pomyślałam o naszej kłótni. Byłam w letniej willi dopiero od kilku dni, ale jak zawsze zdążyłam już zapomnieć o Taylor i wszystkim tym, co zostawiłam w domu. Li​czyło się dla mnie tyl​ko to, co tu​taj. Za​wsze tak było. Jednak jej słowa nadal mnie bolały. Możliwe, że powiedziała prawdę, ale nie byłam pewna, czy kiedykolwiek będę po​tra​fiła jej wy​ba​czyć. Zaczęło się robić ciem​no, kie​dy Je​re​m i po​chy​lił się do mnie i po​wie​dział półgłosem: – Wiesz co, jeśli chcesz, możesz wyjechać dzisiaj wieczorem. Weź mój samochód, ja go odbiorę jutro, kiedy Con​rad będzie po eg​za​m i​nach. Będzie​m y mo​gli gdzieś się wy​brać albo coś. – Ale ja jesz​cze nie wra​cam do domu. Chcę z wami ju​tro po​j e​chać. – Je​steś pew​na? – Owszem, jestem pewna. Nie chcesz, żebym z tobą jechała? – Zaczynało mnie boleć to, że zachowywał się tak, jak​by mi się na​rzu​ca​li, jak​byśmy nie byli ro​dziną. – Ja​sne, że chcę... – urwał, jak​by chciał po​wie​dzieć coś jesz​cze. Szturchnęłam go mar​ke​rem. – Bo​isz się, że Mara się ob​ra​zi? Tylko po części go prowokowałam. Nadal nie mogłam uwierzyć, że nie powiedział mi o tym, że ma dziewczynę. Nie byłam do końca pew​na, dla​cze​go to miało zna​cze​nie, ale to było dla mnie ważne. Myślałam, że jesteśmy, a przynajmniej byliśmy blisko. Powinnam wiedzieć, czy ma dziewczynę, czy też nie. I kiedy tak właściwie „zerwali”? Nie było jej na pogrzebie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Jeremi na pewno nie przedstawiał jej nikomu. Jaka dziewczyna nie poszłaby na pogrzeb mamy swojego chłopaka? Przyszła przecież nawet była dziew​czyna Con​ra​da. Je​re​m i spoj​rzał szyb​ko na Con​ra​da i jesz​cze bar​dziej ści​szył głos. – Mówiłem ci, że nie je​stem już z Marą. Po​nie​waż nic nie po​wie​działam, dodał: – Daj spokój, Bel​ly. Nie gnie​waj się. – Nie mogę uwierzyć, że mi o niej nie powiedziałeś – oznajmiłam, podkreślając markerem cały akapit. Nie pa​trzyłam na nie​go. – Nie mogę uwie​rzyć, że trzy​m ałeś to w ta​j em​ni​cy. – Nie było o czym mówić, słowo ho​no​ru. – Ha! – prychnęłam, ale po​czułam się le​piej. Ukrad​kiem spoj​rzałam na Je​re​m ie​go, który ob​ser​wo​wał mnie z nie​po​ko​j em. – Ja​sne? – Ja​sne. Tak czy in​a​czej to nie moja spra​wa. Pomyślałam tyl​ko, że po​wie​działbyś mi o czymś ta​kim. Oparł się wy​god​niej na krześle. – To nie było nic poważnego, na​prawdę. To była tyl​ko dziew​czy​na. To nie tak, jak było z Con​ra​dem i… Pod​sko​czyłam, więc na​tych​m iast urwał. To nie było tak jak z Conradem i Aubrey. Naprawdę ją kochał, w swoim czasie szalał za nią. Nigdy się tak nie

zachowywał wobec mnie. Nigdy. Ale ja i tak go kochałam, dłużej i głębiej niż kogokolwiek w moim życiu. Wie​działam, że praw​do​po​dob​nie nig​dy już ni​ko​go nie poko​cham w taki sposób, i ta myśl nie​m al przy​no​siła mi ulgę.

roz​dział czter​dzie​sty 6 lip​ca

Kiedy obudziłam się następnego dnia rano, natychmiast podeszłam do okna. Kto wie, ile jeszcze razy będę mogła zo​ba​czyć ten wi​dok? Wszyscy stawaliśmy się dorośli, ja miałam niedługo pójść do college’u. Pocieszająca i pozytywna była świadomość, że tu nic się nie zmie​ni. Dom nie zo​sta​nie sprze​da​ny. Patrzyłam przez okno i nie potrafiłam powiedzieć, gdzie się kończy niebo, a zaczyna ocean. Zapomniałam już, jak mgliste potrafią tutaj być poranki. Stałam w oknie i starałam się nasycić tym widokiem, utrwalić w pamięci to wspo​m nie​nie. Po​tem po​biegłam do po​kojów Je​re​m ie​go i Con​ra​da i zabębniłam w drzwi. – Wsta​waj​cie! Trze​ba ru​szać z tym cyr​kiem! – wrzasnęłam i po​biegłam da​lej ko​ry​ta​rzem. Zeszłam na dół, żeby wziąć szklankę soku, i znalazłam Conrada siedzącego przy kuchennym stole, tak jak go zo​sta​wiłam, idąc spać o czwar​tej nad ra​nem. Był już ubra​ny i robił ja​kieś no​tat​ki w ze​szy​cie. Kie​dy zaczęłam się wy​co​fy​wać z kuch​ni, pod​niósł głowę. – Ładna piżama – po​chwa​lił. Za​ru​m ie​niłam się. Nadal miałam na so​bie głupią piżamę Tay​lor. – Wyjeżdżamy za dwa​dzieścia mi​nut, więc szy​kuj się – po​wie​działam, krzy​wiąc się. Wra​cając na górę, usłyszałam, że Con​rad mówi: – Już je​stem go​to​wy. Skoro mówił, że jest gotowy, to znaczyło, że jest gotowy. Wiedziałam, że zda egzaminy i prawdopodobnie dostanie z nich naj​lep​sze oce​ny. Con​ra​do​wi uda​wało się wszyst​ko, do cze​go się przyłożył. Go​dzinę później byliśmy go​to​wi do wy​j az​du. Za​m y​kałam właśnie szkla​ne prze​su​wa​ne drzwi na we​randę, kie​dy usłyszałam głos Con​ra​da: – To jak, spróbu​j e​m y? Odwróciłam się i właśnie miałam za​py​tać, cze​go mamy spróbować, kie​dy jak spod zie​m i wyrósł Je​re​m i. – Ja​sne, na pamiątkę sta​rych czasów – od​parł. O kurczę. – Nie ma mowy – uprze​dziłam. – Chłopa​ki, na​wet się nie ważcie. W następnej chwi​li Je​re​m i złapał mnie za nogi, a Con​rad za ra​m io​na i obaj roz​huśtali mnie w jedną i drugą stronę. – Bel​ly do wody! – wrzasnął Je​re​m i, kie​dy rzu​ci​li mną w po​wie​trze, tak że wylądowałam w ba​se​nie. „No cóż, przy​najm​niej w końcu robią coś ra​zem”, pomyślałam z ulgą. Wypłynęłam na po​wierzch​nię i wrzasnęłam: – Dra​nie! Zaczęli się tyl​ko bar​dziej śmiać. Musiałam wrócić do domu i przebrać się z przemoczonych ciuchów, tych samych, w których tu przyjechałam. Założyłam su​kienkę Tay​lor i jej san​dałki na ko​tur​nach. Wycierając włosy ręcznikiem, czułam, że nie potrafię się złościć. Uśmiechnęłam się do siebie – prawdopodobnie po raz ostat​ni w życiu zo​stałam w ten sposób wrzu​co​na do ba​se​nu, a nie​ste​ty Ste​ven nie miał oka​zji wziąć w tym udziału.

Jeremi wpadł na pomysł, że pojedziemy jednym samochodem, żeby Conrad mógł się uczyć po drodze. Conrad nie próbował nawet pchać się na przednie siedzenie, od razu usiadł z tyłu i zaczął przeglądać notatki. Ja zgodnie z prze​wi​dy​wa​nia​m i rozpłakałam się, kie​dy odjeżdżaliśmy. Byłam zadowolona, że siedzę z przodu i mam na nosie ciemne okulary, bo dzięki temu chłopcy nie zaczęli się ze mnie naśmiewać. Kochałam ten dom i nienawidziłam się z nim rozstawać, ponieważ zostawiałam coś więcej niż tylko bu​dy​nek. Zo​sta​wiałam każde lato, każdy rejs łódką, każdy zachód słońca. Zo​sta​wiałam Su​sannę. Przez chwilę jechaliśmy praktycznie w ciszy, ale potem w radiu zabrzmiała piosenka Britney Spears, więc podkręciłam głośność. Było całkowicie oczywiste, że Conrad jej nienawidzi, ale mnie to nie obchodziło. Zaczęłam śpie​wać ra​zem z nią, a Je​re​m i po​szedł w moje ślady. – Oh, baby, baby, I sho​uldn’t have let you go – śpie​wałam, ki​wając się nad deską roz​dzielczą. – Show me how you want it to be – dośpie​wał Je​re​m i, po​ru​szając ra​m io​na​m i. Następna była piosenka Justina Timberlake’a i okazało się, że Jeremi doskonale umie go naśladować. Był całko​wi​cie na​tu​ral​ny i w zgo​dzie z sa​m ym sobą, a ja pragnęłam stać się taka jak on. Zaśpie​wał do mnie: – And tell me how they got that pret​ty lit​tle face on that pret​ty lit​tle fra​m e, girl. Położyłam rękę na ser​cu i udałam, że słaniam się jak porażona miłością fan​ka. – Fast fast slow, whi​che​ver way you wan​na run, girl. Dołączyłam do nie​go w re​fre​nie. – This just can’t be sum​m er love… Na tyl​nym sie​dze​niu Con​rad jęknął. – Możecie to przy​ci​szyć? Nie wiem, czy pamięta​cie, ale próbuję się uczyć. Odwróciłam się do nie​go. – O, prze​pra​szam. Prze​szka​dza ci to? Con​rad spoj​rzał na mnie przy​m rużony​m i ocza​m i, a Je​re​m i bez słowa przy​ci​szył ra​dio. Je​cha​liśmy przez jakąś go​dzinę, aż w końcu za​py​tał: – Nie chce ci się sikać? Za​m ie​rzam się za​trzy​m ać na sta​cji przy naj​bliższym zjeździe. Potrząsnęłam głową. – Nie, ale napiłabym się cze​goś. Zatrzymaliśmy się na parkingu pod stacją, a kiedy Jeremi tankował, a Conrad drzemał, pobiegłam do sklepu. Kupiłam dla siebie i Jeremiego mrożoną oranżadę z colą i sokiem wiśniowym – wypróbowane połączenie. Kiedy wróciłam, podałam Je​re​m iemu oranżadę. Cały się roz​pro​m ie​nił. – O, dzięki, Bel​ly. Jaki smak mi wy​brałaś? – Na​pij się, to zo​ba​czysz. Pociągnął długi łyk i z apro​batą po​ki​wał głową. – Cola z so​kiem wiśnio​wym. Two​j a spe​cjal​ność. Py​cha. – A pamiętasz, jak kie​dyś… – zaczęłam mówić. – Owszem – od​parł. – Tata da​lej nie po​zwa​la ni​ko​m u do​ty​kać swo​j e​go blen​de​ra. Położyłam stopy na desce rozdzielczej i odchyliłam się do tyłu, siorbiąc oranżadę. Pomyślałam, że szczęście ma po​stać mrożonej oranżady z różową słomką. – A dla mnie? – za​py​tał Con​rad lek​ko po​iry​to​wa​nym głosem. – Myślałam, że jeszcze śpisz – powiedziałam. – Jeśli się tego nie wypije od razu, całkiem się roztopi, więc… uznałam, że nie ma sen​su. Con​rad spoj​rzał na mnie nie​przy​j em​nie. – Do​bra, to cho​ciaż daj mi łyk od sie​bie. – Prze​cież ty nie cier​pisz mrożonej oranżady. To była szcze​ra praw​da, Con​rad nig​dy nie lubił słod​kich na​pojów. – Wszyst​ko mi jed​no, chce mi się pić. Podałam mu swój kubek, odwróciłam się i patrzyłam, jak pije. Spodziewałam się, że zacznie się krzywić, ale on po pro​stu napił się i oddał mi ku​bek. – Myślałem, że two​j a spe​cjal​ność to ka​kao – po​wie​dział. Popatrzyłam na niego zdziwiona. Czy ja się nie przesłyszałam? Czy on to pamiętał? Patrzył na mnie, unosząc brwi, a ja wie​działam, że pamięta. Tym ra​zem to ja odwróciłam spoj​rze​nie. Po​nie​waż ja także pamiętałam wszyst​ko dokład​nie.

roz​dział czter​dzie​sty pierw​szy

Kiedy Conrad poszedł na egzamin, Jeremi i ja kupiliśmy kanapki z indykiem i awokado na chlebie pełnoziarnistym i zje​dliśmy je, siedząc na traw​ni​ku. Ja skończyłam swoją pierw​sza, bo byłam bar​dzo głodna. Jeremi zjadł, zgniótł folię aluminiową w kulkę i wrzucił ją do śmietnika, a potem usiadł znowu obok mnie na tra​wie. – Dla​cze​go nie od​wie​dziłaś mnie po tym, jak moja mama umarła? – za​py​tał nie​spo​dzie​wa​nie. – Ja… ja prze​cież przyszłam na po​grzeb – zająknęłam się. Je​re​m i pa​trzył na mnie nie​ru​cho​m o, bez żad​ne​go mru​gnięcia. – Nie o to mi cho​dzi. – Ja… myślałam, że jesz​cze nie chcesz, żebym was od​wie​dziła. – Nie, to ty nie chciałaś nas od​wie​dzić. Ja tego chciałem. Miał rację, nie chciałam ich odwiedzać, nie chciałam się zbliżać do domu Susanny. Sama myśl o niej sprawiała, że serce pękało mi z bólu. Ale myśl o Jeremim, który czekał, aż zadzwonię, potrzebował kogoś, z kim mógłby pogadać, także mnie za​bo​lała. – Masz rację – przy​znałam. – Po​win​nam była przy​j e​chać. Jeremi przez cały czas wspierał Conrada, Susannę, a nawet mnie. A kto jego wspierał? Nikt. Chciałam mu po​wie​dzieć, że te​raz może na mnie li​czyć. Po​pa​trzył w nie​bo. – Było mi trudno, wiesz? Chciałem o niej porozmawiać, ale Conrad nie chciał, nie potrafiłem o tym mówić z tatą, a cie​bie nie było. Wszy​scy ją ko​cha​liśmy, ale nikt nie po​tra​fi o niej roz​m a​wiać. – A co chciałeś po​wie​dzieć? Od​chy​lił głowę do tyłu i zamyślił się. – Że tęsknię za nią, naprawdę za nią tęsknię. Odeszła dopiero dwa miesiące temu, ale mam wrażenie, jakby upłynęło znacz​nie więcej cza​su. A jed​no​cześnie mam wrażenie, jak​by to się stało do​pie​ro wczo​raj. Skinęłam głową. Sama czułam się tak samo. – Myślisz, że byłaby za​do​wo​lo​na? Cho​dziło mu o to, czy byłaby za​do​wo​lo​na z Con​ra​da i z tego, jak mu po​m o​gliśmy. – Tak. – Też tak myślę. – Je​re​m i za​wa​hał się. – To co da​lej? – Co masz na myśli? – Cho​dzi mi o to, czy przy​j e​dziesz jesz​cze w te wa​ka​cje? – Ja​sne, jeśli moja mama przy​j e​dzie, to ja ra​zem z nią. Skinął głową. – To dobrze. Bo wiesz, mój tata nie miał racji. To jest także twój dom, tak samo jak Laurel i Steve’a. Należy do nas wszyst​kich. Nagle ogarnęło mnie przedziwne uczucie – nieodparte pragnienie, chęć wyciągnięcia ręki i dotknięcia jego policzka grzbietem dłoni. Tak, żeby wiedział, żeby poczuł, ile te słowa dla mnie znaczą, ponieważ czasami słowa były żałośnie nie​wy​star​czające, a ja wie​działam o tym, ale mimo to mu​siałam spróbować to prze​ka​zać. – Dziękuję – po​wie​działam. – To… dla mnie bar​dzo ważne. Wzru​szył ra​m io​na​m i. – Po​wie​działem tyl​ko prawdę. Zo​ba​czy​liśmy, jak Con​rad zbliża się bar​dzo szyb​kim kro​kiem, więc wsta​liśmy i za​cze​ka​liśmy na nie​go.

– Myślisz, że ma do​bre wia​do​m ości? – za​py​tał Je​re​m i. – Bo moim zda​niem tak. Ja też tak uważałam. Kie​dy Con​rad pod​szedł bliżej, zo​ba​czyłam, że oczy błyszczą mu trium​fal​nie. – Poszło jak po maśle – oznaj​m ił. Po raz pierwszy od śmierci Susanny zobaczyłam jego prawdziwy uśmiech, radosny i beztroski. Przybili piątkę z Jeremim tak gwałtownie, że rozległo się głośne klaśnięcie. A potem Conrad uśmiechnął się do mnie i zakręcił mną tak, że omal się nie przewróciłam. Ja także się śmiałam. – Wi​dzisz? Wi​dzisz? Mówiłam ci! Con​rad pod​niósł mnie i prze​rzu​cił so​bie przez ramię, jak​bym nic nie ważyła, tak samo jak tam​tej nocy. Śmiałam się, kie​dy biegł zyg​za​kiem, jak za​wod​nik na bo​isku fut​bo​lo​wym. – Puść mnie! – pisnęłam, obciągając so​bie su​kienkę. Zro​bił to, de​li​kat​nie sa​dzając mnie na zie​m i. – Dzięki – po​wie​dział, nadal obej​m ując mnie w ta​lii. – Dziękuję, że przy​j e​chałaś. Za​nim zdążyłam po​wie​dzieć, że nie ma za co, pod​szedł do nas Je​re​m i. – Zo​stał ci jesz​cze je​den eg​za​m in, Con – przy​po​m niał. Jego głos wy​da​wał się trochę sztucz​ny, a ja wygładziłam ma​te​riał su​kien​ki. Con​rad po​pa​trzył na ze​ga​rek. – Masz rację. Idę na wy​dział psy​cho​lo​gii, ale po​win​no mi pójść szyb​ko. Spo​tka​m y się za jakąś go​dzinę. Patrzyłam, jak odchodzi, a w moich myślach kłębiły się miliony pytań. Kręciło mi się w głowie nie tylko dlatego, że Con​rad zakręcił mną w po​wie​trzu. – Idę do łazienki – oznajmił szorstko Jeremi. – Spotkamy się w samochodzie. – Wyciągnął z kieszeni kluczyki i rzu​cił mi je. – Chcesz, żebym tu za​cze​kała? – za​py​tałam, ale już ru​szył w swoją stronę. Nie odwrócił się. – Nie, idź naprzód. Zamiast pójść prosto do samochodu, zajrzałam do kampusowego sklepiku. Kupiłam napój gazowany i bluzę z kap​tu​rem z na​pi​sem BROWN. Założyłam ją, cho​ciaż nie było mi zim​no. Jeremi i ja siedzieliśmy w samochodzie i słuchaliśmy radia. Zaczynało się ściemniać, a ponieważ szyby były opusz​czo​ne, słyszałam nawołujące się w od​da​li pta​ki. Wie​działam, że Con​rad niedługo skończy ostat​ni eg​za​m in. – Tak przy oka​zji, faj​na blu​za – po​wie​dział Je​re​m i. – Dzięki. Za​wsze chciałam mieć taką z logo Uni​wer​sy​te​tu Brow​na. – Pamiętam. – Skinął głową. Do​tknęłam na​szyj​ni​ka i owinęłam go wokół pal​ca. – Za​sta​na​wiam się… Za​wie​siłam te słowa w po​wie​trzu, cze​kając, aż Je​re​m i mnie po​na​gli, za​py​ta, nad czym tak się za​sta​na​wiam. Ale nie zro​bił tego. O nic nie za​py​tał. Mil​czał. Wes​tchnęłam, wyj​rzałam przez okno i za​py​tałam w końcu: – Czy on kie​dy​kol​wiek o mnie mówił? To zna​czy, czy w ogóle kie​dyś coś po​wie​dział? – Prze​stań – warknął. – Co mam prze​stać? – Spoj​rzałam na nie​go za​sko​czo​na. – Prze​stań o to pytać. Nie py​taj mnie o nie​go. Jeremi mówił niskim, szorstkim głosem, tonem, jakim nigdy się do mnie nie zwracał, i nie przypominam sobie, żeby zwra​cał się do ko​go​kol​wiek in​ne​go. Mięsień w jego szczęce drgał gwałtow​nie. Od​sunęłam się i wcisnęłam głębiej w sie​dze​nie. Czułam się, jak​by mnie spo​licz​ko​wał. – Co się z tobą dzie​j e? Zaczął coś mówić – może chciał przeprosić, a może nie – ale urwał, pochylił się do mnie i pociągnął do siebie jak siła gra​wi​ta​cji. Pocałował mnie gwałtownie, a jego szorstki zarost zadrapał mój policzek. Moja pierwsza myśl to: „Chyba nie zdążył się rano ogolić”, ale zaraz uświadomiłam sobie, że odwzajemniam pocałunek, wplatając palce w jego miękkie jasne włosy i zamykając oczy. Całował mnie, jakby tonął i jakbym ja była powietrzem. To było pełne namiętności i de​spe​ra​cji, nie przy​po​m i​nało ni​cze​go, cze​go wcześniej doświad​czyłam. To właśnie ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że czuli się, jakby świat stanął w miejscu. Miałam wrażenie, że

w tym mo​m en​cie wszyst​ko prze​stało ist​nieć, zo​sta​liśmy tyl​ko my. Kie​dy się ode mnie od​sunął, miał roz​sze​rzo​ne, nie​przy​tom​ne oczy. Za​m ru​gał i odchrząknął. – Bel​ly – po​wie​dział nie​wy​raźnie. Nic więcej, tyl​ko moje imię. – Czy ty da​lej… – Chcesz mnie. Myślisz o mnie. Pra​gniesz mnie. – Tak – od​parł szorst​ko. – Tak, ja da​lej. A po​tem zno​wu się całowa​liśmy. Mu​sie​liśmy usłyszeć jakiś dźwięk, po​nie​waż obo​j e jed​no​cześnie unieśliśmy głowy. Od​sko​czy​liśmy od sie​bie, po​nie​waż Con​rad stał przy sa​m o​cho​dzie i pa​trzył na nas. Jego twarz była całkiem biała. – Nie prze​szka​dzaj​cie so​bie – po​wie​dział. – Nie po​wi​nie​nem wam prze​ry​wać. Odwrócił się sztywno i poszedł. Jeremi i ja popatrzyliśmy na siebie w milczeniu pełnym grozy. W następnej chwili moja ręka zna​lazła klamkę drzwi i wy​sko​czyłam na zewnątrz. Na​wet się nie obej​rzałam. Pobiegłam za nim, wołając go po imieniu, ale Conrad się nie odwrócił. Złapałam go za rękę, a kiedy popatrzył w końcu na mnie, w jego oczach było tyle nienawiści, że aż drgnęłam. A jednak czy do pewnego stopnia nie tego właśnie sobie życzyłam? Zranić go tak bardzo, jak on zranił mnie? A może zmusić go, żeby poczuł do mnie coś in​ne​go niż litość albo obojętność. Zmu​sić go, żeby coś po​czuł. Co​kol​wiek. – Czy​li te​raz ko​chasz Je​re​m ie​go? Chciał, żeby to zabrzmiało sarkastycznie i okrutnie. I tak zabrzmiało, ale był w tym także ból. Jakby obchodziło go, co od​po​wiem. To spra​wiło, że po​czułam sa​tys​fakcję, a jed​no​cześnie żal. – Nie wiem – po​wie​działam. – Czy to ci robi jakąś różnicę? Popatrzył na mnie, a potem pochylił się i dotknął wisiorka na mojej szyi. Tego samego, który przez cały dzień nosiłam pod bluzką. – Sko​ro ko​chasz Je​re​m ie​go, to dla​cze​go no​sisz mój na​szyj​nik? Zwilżyłam war​gi. – Zna​lazłam go, kie​dy pa​ko​wa​liśmy two​j e rze​czy w aka​de​m i​ku. To nic nie zna​czy. – Wiesz, co to zna​czy. Potrząsnęłam głową. – Nie wiem. Oczywiście wiedziałam. Pamiętałam, jak tłumaczył mi pojęcie nieskończoności, czegoś niezmierzonego, gdy jedna chwi​la prze​cho​dzi w drugą. Kupił mi ten na​szyj​nik, wiedząc, co sym​bo​li​zu​j e. – W ta​kim ra​zie od​daj mi go. Wyciągnął do mnie dłoń i zo​ba​czyłam, że ręka mu drży. – Nie – po​wie​działam. – Nie należy do cie​bie. Nig​dy ci go nie dałem. Sama go so​bie wzięłaś. Wtedy w końcu do mnie dotarło. W końcu zrozumiałam. Nie liczyło się to, co ktoś myślał. Liczyło się to, co robił, w jaki sposób okazywał to drugiej osobie. Same ukrywane uczucia nie wystarczały, w każdym razie nie teraz i nie dla mnie. Nie wystarczyło wiedzieć, że gdzieś w głębi duszy Conrad mnie kocha. Musiał to powiedzieć na głos, okazać, że naprawdę mu zależy. A on po prostu tego nie zrobił. Przynajmniej nie w wystarczającym stopniu. Czułam, że czeka, aż zacznę się z nim kłócić, protestować, prosić, ale nie zrobiłam niczego takiego. Chyba przez całą wieczność zmagałam się z naszyjnikiem, próbując otworzyć zapięcie na karku. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że mnie także trzęsły się ręce. W końcu roz​pięłam łańcu​szek i oddałam mu go. Przez króciutką chwilę na jego twarzy odmalowało się zdumienie, ale jak zawsze błyskawicznie stłumił wszystkie emo​cje. Może tyl​ko mi się wy​da​wało, że go to obeszło. Wsa​dził na​szyj​nik do kie​sze​ni. – No, ucie​kaj już – po​wie​dział. Po​nie​waż się nie ru​szyłam, powtórzył ostrzej: – Idź stąd! Czułam się jak za​ko​rze​nio​ne głęboko drze​wo, jak​bym miała spa​ra​liżowa​ne sto​py. – Idź do Je​re​m ie​go, to jemu na to​bie zależy – po​wie​dział Con​rad. – Mnie nie. Nig​dy cie​bie nie po​trze​bo​wałem. Po​ty​kając się, rzu​ciłam się do uciecz​ki.

roz​dział czter​dzie​sty dru​gi

Nie od razu wróciłam do samochodu, ponieważ każda decyzja wydawała się w tym momencie niemożliwa do podjęcia. Jak miałabym spojrzeć w oczy Jeremiemu po tym, co właśnie zaszło? Po tym, jak się całowaliśmy i jak pobiegłam za Conradem? Mój mózg wirował wśród milionów dróg. Ciągle dotykałam ust. Potem dotknęłam obojczyka w miejscu, gdzie spoczywał wcześniej naszyjnik. Wędrowałam po kampusie, ale w końcu skierowałam się z powrotem do samochodu. Co mi pozostawało? Nie mogłam po prostu zniknąć, nie mówiąc nikomu. Poza tym i tak nie miałabym jak się do​stać do domu. Conrad musiał dojść do podobnych wniosków, ponieważ kiedy wróciłam do samochodu, on już tam był – siedział z tyłu, przy otwar​tym oknie. Je​re​m i sie​dział na ma​sce. – Hej – po​wie​dział. – Cześć. Zawahałam się. Nie wiedziałam, co teraz się stanie. Tym razem telepatia mnie zawiodła i nie miałam pojęcia, o czym on może myśleć. Jego twarz była nie​prze​nik​nio​na. Ześli​zgnął się z sa​m o​cho​du. – To co, go​to​wa, żeby wra​cać do domu? Kie​dy skinęłam głową, rzu​cił mi klu​czy​ki. – Ty pro​wa​dzisz – oznaj​m ił. W samochodzie Conrad kompletnie mnie ignorował. Przestałam dla niego istnieć, a mimo wszystkiego, co po​wie​działam wcześniej, to spra​wiało, że miałam ochotę umrzeć. Nie po​win​nam była tu przy​j eżdżać. Żadne z nas się nie od​zy​wało, a ja wie​działam, że stra​ciłam ich obu. Co by powiedziała Susanna, gdyby zobaczyła to bagno, w którym się teraz znaleźliśmy? Byłaby mną okropnie za​wie​dzio​na. Nie zdołałam ani odro​binę pomóc, tyl​ko po​gor​szyłam sprawę. Kie​dy już myśleliśmy, że wszyst​ko będzie do​brze, na​sze re​la​cje się roz​sy​pały. Miałam wrażenie, że prowadzę samochód przez całą wieczność. Zaczęło padać. Na początku to były tylko ciche i miękkie plaśnięcia po​j e​dyn​czych kro​pli, ale po​tem spadła na nas ciężka ścia​na wody. – Wi​dzisz coś? – za​py​tał Je​re​m i. – Tak – skłamałam, cho​dziaż wi​działam może na metr przed sobą. Wy​cie​racz​ki gwałtow​nie ma​chały w pra​wo i lewo. Ko​rek po​su​wał się po​wo​li, zwal​niając nie​m al do za​trzy​m a​nia. Przed nami migały światła po​li​cyj​nych wozów. – Pew​nie był jakiś wy​pa​dek – stwier​dził Je​re​m i. Tkwi​liśmy w kor​ku od po​nad go​dzi​ny, kie​dy zaczął padać grad. Spojrzałam w lusterku na Conrada, ale jego twarz była obojętna. Równie dobrze mógłby się znajdować zupełnie gdzie in​dziej. – Może zro​bi​m y postój? – Ja​sne. Skręć w naj​bliższy zjazd i po​szu​kaj​m y ja​kiejś sta​cji – zgo​dził się Je​re​m i, spoglądając na ze​ga​rek. Było wpół do je​de​na​stej. Deszcz nie osłabł, a my chyba przez całą wieczność czekaliśmy na parkingu przy stacji benzynowej. Ulewa była głośna, ale w sa​m o​cho​dzie pa​no​wało ta​kie mil​cze​nie, że kie​dy za​bur​czało mi w brzu​chu, byłam prze​ko​na​na, że obaj to usłysze​li. Za​kasłałam, żeby stłumić ten dźwięk. Je​re​m i wy​sko​czył z sa​m o​cho​du i wbiegł z im​pe​tem do bu​dyn​ku sta​cji ben​zy​no​wej.

Kiedy przybiegł z powrotem, z posklejanych włosów ściekała mu woda. Nie patrząc na mnie, rzucił mi paczkę masła orze​cho​we​go i kra​kersów z se​rem. – Kil​ka ki​lo​m etrów stąd jest mo​tel – po​wie​dział, wy​cie​rając czoło ra​m ie​niem. – Po pro​stu prze​cze​kaj​m y – za​pro​po​no​wał Con​rad. Ode​zwał się po raz pierw​szy, od kie​dy wy​j e​cha​liśmy z kam​pu​su. – Stary, autostrada jest praktycznie nieprzejezdna. Nie ma sensu. Ja proponuję, żebyśmy się przespali kilka godzin i za​sta​no​wi​li się rano, co robić da​lej. Con​rad nie od​po​wie​dział. Ja też, ponieważ byłam zajęta jedzeniem krakersów. Były intensywnie pomarańczowe, słone i twarde, a ja wpy​chałam je do ust je​den za dru​gim. Nie próbowałam na​wet często​wać Je​re​m ie​go ani Con​ra​da. – Belly, a co ty byś zaproponowała? – zapytał bardzo grzecznie Jeremi, jakbym była kuzynką, która przyjechała z wi​zytą z da​le​ka. Zupełnie jak​by jego usta kil​ka go​dzin temu nie do​ty​kały mo​ich. Przełknęłam ostat​ni kra​kers. – Wszyst​ko mi jed​no. Róbcie, jak uważacie. Do mo​te​lu do​j e​cha​liśmy około północy. Poszłam do łazien​ki, żeby za​dzwo​nić do mat​ki. Kie​dy jej wyjaśniłam, co się stało, na​tych​m iast po​wie​działa: – Przy​j adę po cie​bie. Każda cząstka mnie pragnęła powiedzieć: „Tak, przyjeżdżaj natychmiast”, ale w jej głosie brzmiało znużenie, a prze​cież tyle już dla nas zro​biła. – Nie trze​ba, mamo – od​parłam tyl​ko. – Bel​ly, to nie pro​blem, nie je​steście aż tak da​le​ko. – Na​prawdę nie trze​ba. Wy​j e​dzie​m y ju​tro z sa​m e​go rana. Mat​ka ziewnęła. – Czy ten mo​tel jest w bez​piecz​nym miej​scu? – Tak – po​twier​dziłam. Chociaż nie byłam do końca pewna, gdzie właściwie jesteśmy ani co oznacza „bezpieczne miejsce”. Mnie wydawało się wy​star​czająco bez​piecz​ne. – No to idź od razu spać i wyjeżdżaj​cie, jak tyl​ko wsta​nie​cie. Za​dzwoń, jak będzie​cie w dro​dze. Kie​dy się rozłączyłam, przez chwilę po pro​stu stałam opar​ta o ścianę. Skąd ja się tu​taj wzięłam? Włożyłam piżamę Tay​lor i na​rzu​ciłam na nią nową bluzę od dre​su. Bez pośpiechu umyłam zęby i wyjęłam szkła kontaktowe. Nie obchodziło mnie, że chłopcy mogliby chcieć skorzystać z łazienki. Potrzebowałam chwili samotności, z dala od nich. Kiedy wróciłam do pokoju, Jeremi i Conrad leżeli już na podłodze po prze​ciw​nych stro​nach łóżka. Każdy z nich wziął so​bie po​duszkę i koc. – Powinniście zająć łóżko – powiedziałam, chociaż nie do końca miałam na to ochotę. – Jest was dwóch. Ja mogę spać na podłodze. Con​rad sta​ran​nie mnie zi​gno​ro​wał, za to Je​re​m i od​po​wie​dział: – Nie, ty śpij w łóżku. Je​steś dziew​czyną. W zwykłych okolicznościach zaczęłabym się z nim kłócić dla zasady – jaki związek z tym, kto ma spać na podłodze, miała moja płeć? Byłam dziewczyną, a nie inwalidką. Ale nie próbowałam dyskutować, byłam zbyt zmęczona i zde​cy​do​wa​nie chciałam spać w łóżku. Wpełzłam pod kołdrę, a Jeremi nastawił budzik i zgasił światło. Nikt nie powiedział nikomu „dobranoc” ani nie za​pro​po​no​wał spraw​dze​nia, czy nie ma cze​goś cie​ka​we​go w te​le​wi​zji. Próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz spaliśmy we troje w jed​nym po​m iesz​cze​niu. Początko​wo nie pamiętałam ni​cze​go, ale po​tem na​gle so​bie to uświa​do​m iłam. Rozstawiliśmy namiot na plaży, a ja prosiłam i błagałam, żeby mi pozwolić w tym uczestniczyć, więc moja matka w końcu zmusiła ich, żeby mnie zabrali. Ja, Steven, Conrad i Jeremi graliśmy przez kilka godzin w makao, a Steven przybił mi piątkę, kiedy udało mi się wygrać dwa razy z rzędu. Nagle zatęskniłam za moim starszym bratem do tego stopnia, że miałam ochotę się rozpłakać. W głębi duszy podejrzewałam, że gdyby był z nami, sprawy nie przybrałyby tak okropnego obrotu. Może nic takiego by się nie wydarzyło, ponieważ nadal próbowałabym dogonić chłopców, za​m iast znaj​do​wać się wśród nich. Te​raz wszyst​ko się zmie​niło i nig​dy już nie zdołamy wrócić do daw​nych czasów. Leżałam w łóżku i myślałam o tym wszystkim, kiedy usłyszałam chrapanie Jeremiego i poczułam się naprawdę zirytowana. Zawsze potrafił zasnąć w dowolnym momencie, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, i najwyraźniej najnowsze wydarzenia także nie były w stanie zakłócić mu snu. Prawdopodobnie powinnam iść w jego ślady. Przewróciłam się na bok, ple​ca​m i do nie​go.

W tym mo​m en​cie usłyszałam, że Con​rad ode​zwał się ci​cho: – Kie​dy wcześniej po​wie​działem, że nig​dy cię nie po​trze​bo​wałem… to nie była praw​da. Wstrzymałam oddech. Nie wiedziałam, co powiedzieć i czy w ogóle powinnam cokolwiek mówić. Wiedziałam tylko, że właśnie na to cze​kałam, na tę chwilę. Dokład​nie na tę chwilę. Otwo​rzyłam usta, żeby się ode​zwać, ale on powtórzył: – To nie była praw​da. Wstrzy​m ałam od​dech, cze​kając, co jesz​cze po​wie. – Do​bra​noc, Bel​ly. Oczywiście po czymś takim nie mogłam zasnąć, bo miałam zbyt wiele do przemyślenia. Co chciał przez to powiedzieć? Że chciałby, żebyśmy znowu byli razem? On i ja, tak naprawdę? Tego właśnie pragnęłam przez całe życie, ale pamiętałam też wyraz twarzy Jeremiego w samochodzie, kiedy otwarcie pokazał, że pragnie mnie i potrzebuje. W tamtej chwili ja także go pragnęłam i potrzebowałam bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczałam. Czy to uczucie zawsze było we mnie? Chociaż nie byłam pewna, czy jeszcze by mnie chciał po tym wieczorze. Może było już za późno. Jednocześnie był Conrad i jego „to nie była prawda”. Zamknęłam oczy i w myślach słyszałam, jak powtarza te słowa raz za ra​zem. Jego głos w ciem​ności nie dawał mi spo​ko​j u i mnie eks​cy​to​wał. Leżałam w ciemności, ledwie oddychając, i rozpamiętywałam każde słowo. Chłopcy spali, ale ja byłam całkowicie obudzona i pełna energii. To było jak naprawdę niesamowity sen, więc bałam się zasnąć, ponieważ wiedziałam, że kie​dy się obudzę, sen znik​nie.

roz​dział czter​dzie​sty trze​ci 7 lip​ca

Obudziłam się jeszcze przed budzikiem Jeremiego. Wzięłam prysznic, umyłam zęby i włożyłam to samo ubranie, które miałam na so​bie po​przed​nie​go dnia. Kiedy wyszłam z łazienki, Jeremi rozmawiał przez komórkę, a Conrad składał swój koc. Czekałam, aż spojrzy na mnie – gdy​by tyl​ko to zro​bił, uśmiechnął się, coś po​wie​dział, wie​działabym, co mam robić. Ale Conrad nie podniósł głowy. Schował koc do szafy, a potem założył tenisówki, rozwiązał sznurowadła i zawiązał jesz​cze raz, ciaśniej. Cze​kałam, ale nie spoj​rzał na mnie. – Cześć – po​wie​działam. W końcu uniósł głowę. – Cześć – od​po​wie​dział. – Zna​j o​m y po mnie przy​j e​dzie. – Dla​cze​go? – za​py​tałam. – Tak będzie prościej. Zabierze mnie z powrotem do Cousins, żebym mógł wziąć swój samochód, a Jeremi od​wie​zie cię w tym cza​sie do domu. – Aha – powiedziałam tak zaskoczona, że potrzebowałam chwili, żeby dotarły do mnie niedowierzanie i jed​no​cześnie roz​cza​ro​wa​nie. Sta​liśmy tak, patrząc na sie​bie bez słowa, ale ten brak słów ozna​czał bar​dzo wie​le. W jego oczach nie było śladu po tym, co zaszło między nami wcześniej, a ja czułam, że coś wewnątrz mnie pękło. Czy​li to był ko​niec. Wresz​cie, wresz​cie na​prawdę ze sobą ze​rwa​liśmy. Patrzyłam na niego i czułam głęboki żal, ponieważ nagle pomyślałam: „Nigdy więcej nie będę na ciebie patrzeć w taki sposób. Nigdy już nie będę tamtą dziewczyną, dziewczyną, która wracała natychmiast za każdym razem, gdy ją odtrąciłeś, która ko​chała cię mimo wszyst​ko”. Nie potrafiłam się nawet na niego gniewać, ponieważ on po prostu taki był, od zawsze taki był. Nigdy nie próbował mnie okłamywać. Dawał i od razu zabierał. Poczułam ukłucie znajomego bólu gdzieś w środku, samotności i żalu, które za​wsze we mnie bu​dził. Nig​dy więcej nie chciałam czuć ni​cze​go ta​kie​go. Może właśnie dla​te​go tu przy​j e​chałam, żeby to zro​zu​m ieć. Żeby po​tra​fić się pożegnać. Patrzyłam na niego i myślałam: „Gdybym była bardzo odważna albo bardzo szczera, powiedziałabym mu to”. Po​wie​działabym to, żeby zro​zu​m iał, i żebym ja na pew​no zro​zu​m iała i nie próbowała tego nig​dy cofnąć. Ale nie byłam aż tak odważna ani szcze​ra, więc tyl​ko pa​trzyłam na nie​go. Myślę, że i tak ro​zu​m iał. „Uwal​niam cię. Wy​rzu​cam cię z mo​j e​go ser​ca, po​nie​waż jeśli nie zro​bię tego te​raz, nig​dy nie będę w sta​nie się na to zdo​być”. Pierw​sza odwróciłam wzrok. Je​re​m i skończył tym​cza​sem roz​m owę. – Dan po cie​bie przy​j eżdża? – za​py​tał Con​ra​da. – Tak, po​siedzę tu​taj i po​cze​kam na nie​go. Wte​dy do​pie​ro Je​re​m i spoj​rzał na mnie. – Co chcesz robić? – Chcę je​chać z tobą – po​wie​działam, pod​nosząc swoją torbę i san​dałki Tay​lor. Wstał i za​brał torbę z mo​j e​go ra​m ie​nia. – W ta​kim ra​zie je​dzie​m y. Do zo​ba​cze​nia w domu – rzu​cił jesz​cze do Con​ra​da. Za​sta​na​wiałam się, który dom ma na myśli – let​nią willę czy ich zwykły dom, ale to chy​ba nie miało zna​cze​nia.

– Cześć, Con​rad – po​wie​działam. Wyszłam z pokoju, trzymając sandałki Taylor i nie zawracając sobie głowy ich wkładaniem. Nie obejrzałam się i w tym mo​m en​cie po​czułam to: ten triumf, sa​tys​fakcję wy​ni​kającą z tego, że to ja wyszłam pierw​sza. Kie​dy szliśmy przez par​king, Je​re​m i za​uważył: – Może po​win​naś założyć buty? Jesz​cze się ska​le​czysz. Wzru​szyłam ra​m io​na​m i. – To buty Tay​lor – wyjaśniłam, jak​by to miało sens. – Są za małe – dodałam. – Chcesz pro​wa​dzić? – za​py​tał. Za​sta​no​wiłam się nad tym. – Nie, nie trze​ba – po​wie​działam. – Ty pro​wadź. – Wiem, że uwiel​biasz pro​wa​dzić mój sa​m ochód. Je​re​m i pod​szedł od stro​ny pasażera i otwo​rzył mi szar​m anc​ko drzwi. – Owszem, ale dzi​siaj mam ochotę po pro​stu sie​dzieć obok kie​row​cy. – Chcesz wstąpić naj​pierw na śnia​da​nie? – Nie – stwier​dziłam. – Chcę tyl​ko wrócić do domu. Niedługo byliśmy już w drodze, a ja otworzyłam okno na całą szerokość, wychyliłam głowę i pozwoliłam, żeby włosy mi fruwały na wietrze. Kiedyś Steven mi powiedział, że kiedy dziewczyny jadą wychylone przez okno, we włosy wplątują im się owa​dy i różne śmie​ci. Nie ob​cho​dziło mnie to, lubiłam to uczu​cie. Czułam się wol​na. Je​re​m i po​pa​trzył na mnie. – Przypominasz mi psa, którego kiedyś mieliśmy. Nazywał się Boogie i uwielbiał w samochodzie wystawiać łeb przez okno. Nadal zwra​cał się do mnie tym sa​m ym grzecz​nym i zdy​stan​so​wa​nym to​nem. – Nie po​wie​działeś ani słowa o tym, co zaszło między nami wcześniej – po​wie​działam i spoj​rzałam na nie​go. Czułam bi​cie ser​ca pul​sujące w uszach. – A co jesz​cze zo​stało do po​wie​dze​nia? – Nie wiem. Chy​ba dużo – stwier​dziłam. – Bel​ly… – zaczął, ale urwał i wes​tchnął, potrząsając głową. – Co ta​kie​go? Co chciałeś po​wie​dzieć? – Nic – od​parł. Wyciągnął do mnie rękę, a ja ją wzięłam, splatając palce z jego palcami. Miałam wrażenie, że to pierwsza właściwa rzecz, jaką zro​biłam od bar​dzo długie​go cza​su. Bałam się, że mnie puści, ale nie zro​bił tego. Trzy​m a​liśmy się za ręce przez całą drogę do domu.

kil​ka lat później

Kiedy wyobrażałam sobie wieczność, zawsze był przy mnie ten sam chłopak. W moich marzeniach przyszłość była usta​lo​na, całko​wi​cie pew​na. Nie w ten sposób to sobie wyobrażałam. Ja w białej sukni biegnę w ulewnym deszczu do samochodu. On mnie wy​prze​dza i otwie​ra drzwi od stro​ny pasażera. – Je​steś pew​na? – za​py​tał. – Nie – od​parłam, wsia​dając do środ​ka. Przyszłość była nie​pew​na, ale wciąż należała do mnie.

po​dzięko​wa​nia Najserdeczniej dziękuję Emily van Beek, Holly McGhee i Elenie Mechlin z Pippin Properties, a także Emily Meehan i Julii Maguire z S&S. Dziękuję także moim pierwszym Czytelniczkom: Caroline, Lisie, Emmy, Julie i Siobhan. Cieszę się, że mogłam Was po​znać.

Subscribe

© Copyright 2013 - 2019 AZDOC.PL All rights reserved.