Ford Donna - Pasierbica - Prawdziwa historia złamanego dzieciństwa (2)

FORD DONNA PASIERBICA PRAWDZIWA HISTORIA ZŁAMANEGO DZIECIŃSTWA Jako dziecko Donna Ford nazywana była „małą wiedźmą”, „bękartem” i „złem wcielonym”. Je...

5 downloads 227 Views 1MB Size

F ORD D ONNA P ASIERBICA P RAWDZIWA HISTORIA ZŁAMANEGO DZIECIŃSTWA

Jako dziecko Donna Ford nazywana była „małą wiedźmą”, „bękartem” i „złem wcielonym”. Jej macocha stosowała niewyobrażalnie okrutne kary i robiła wszystko, by złamać dziewczynkę psychicznie. Dziś Donna Ford jest matką trójki dzieci, uznaną malarką i rysowniczką. Jej opowieść to najlepszy dowód na to, że nie ma przeszkód nie do pokonania.

W STĘP Gdy zaczynałam pisać tę książkę, sama dokładnie nie wiedziałam, czego chcę. Wiedziałam tylko, że muszę opowiedzieć moją historię. Jako mała dziewczynka nie miałam prawa głosu. Nikt nigdy nie usłyszał mojego wołania o pomoc. W końcu przestałam prosić o przebaczenie. Przestałam prosić o słowa pociechy. Przestałam prosić o jedzenie. Przestałam prosić o pozwolenie na pójście do toalety. Przestałam prosić o to, bym mogła się ubrać, żeby było mi ciepło. Słowa nie niosły pociechy i otuchy - tylko gniew i nienawiść. Tak jak przestałam prosić, przestałam też żywić nadzieję. Opieka społeczna o mnie zapomniała. Szkoła przymykała oko na siniaki i kości sterczące spod skóry mojego wygłodzonego ciała. Nie byłam tylko dzieckiem pozbawionym głosu - byłam niewidzialna.

Teraz moje życie jest zupełnie inne. Mam troje dzieci, które wychowuję z miłością i szacunkiem. Próbuję zaszczepić w nich poczucie własnej wartości. Wiedzą, że zawsze ich wysłucham, a ich opinie są dla mnie cenne; w ich życiu nie ma poczucia winy i strachu. Pomimo przemocy, z jaką zetknęłam się w dzieciństwie, zdołałam osiągnąć swoje osobiste cele - jestem dobrym rodzicem, pielęgnuję swój talent artystyczny, zarabiam na życie, robiąc to, co kocham. Cieszę się zdrowym, zrównoważonym związkiem opartym na zaufaniu. Mam szczęście, bo jestem szczęśliwa. To moja rehabilitacja. Zasiadłam do pisania tej książki i opowiedzenia mej historii z wielu powodów, ale głównie po to by dać temu dziecku - sobie z przeszłości - głos. Moja historia jest przerażająca, ale mam nadzieję, że pomoże innym uwierzyć, iż można przetrwać dzieciństwo pełne przemocy i stać się kochającym, zrównoważonym, spełnionym dorosłym - nie z powodu tego, co nam zrobiono, ale pomimo tego. To okropny sposób na to, by nauczyć się, jak być dobrym rodzicem, lecz zbyt długo już społeczeństwo przymyka oczy nie tylko na to, co przytrafia się ofiarom przemocy, ale i na to, co się dzieje z tymi dziećmi, gdy dorastają. Nie wiem, jakie wnioski wyciągniecie dla siebie z mojej historii, nie wiem, czy w ogóle was ona poruszy. Mam jednak nadzieję, że skłoni was do zastanowienia się nad tym, jaką funkcję powinniście pełnić jako dorośli w życiu każdego dziecka, które los postawi

na waszej drodze. Każde dziecko ma prawo do miłości, troski, szacunku i edukacji. Nie przemocy, bicia, głodu czy przedmiotowego wykorzystywania. Statystyki na temat przemocy wobec nieletnich niewiele się poprawiły od czasów mojego dzieciństwa. Ja figuruję w tych statystykach. Trzydzieści lat czekałam na sprawiedliwość i na możliwość opowiedzenia mojej historii, i ta chwila w końcu nadeszła. Teraz mogę w końcu zamknąć te rozdziały mojego życia i ruszyć dalej. Donna Ford Listopad 2005 To historia małej dziewczynki... i jej podłej macochy. Tak jak w każdej historii, która się tak zaczyna, dziewczynka była dobra - ale powtarzano jej bezustannie, że jest zła; a macocha miała w sobie więcej podłości, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Tylko mała dziewczynka wiedziała. Doskonale wiedziała, jak okrutna jest jej macocha. To ona przecież żyła życiem tak przerażającym, że nawet dorośli nie mogli zmusić się do tego, by dostrzec to, co się obok nich działo. Ta książka to opowieść o tym, co przydarzyło się małej dziewczynce i jej podłej macosze. To książka dla kobiety, którą ta mała dziewczynka się stała - a którą teraz nazywam swoją przyjaciółką.

To książka dla córki tej kobiety - której opowiadano bajki o Królewnie Śnieżce, z jej matką w roli Królewny. To książka dla wszystkich małych dziewczynek i chłopców, którzy muszą wieść takie życie. I których historii wciąż nie chcemy wysłuchać. Linda Watson-Brown Listopad 2005

P ROLOG EDYNBURG,I967 Nazywam się Donna Ford. Mam osiem lat. Jestem bardzo, bardzo, bardzo niegrzeczną dziewczynką. Jestem niegrzeczna, brzydka i zasługuję na wszystkie złe rzeczy, które mnie spotykają. Jestem wredną małą wiedźmą. Nie pamiętam swoich podłych uczynków; nie wiem, dlaczego jestem wcielonym złem; czuję jednak, że to musi być prawda, bo moja macocha cały czas mi to powtarza. Za każdym razem gdy bije mnie po twarzy. Za każdym razem gdy uderza mnie pięścią w brzuch. Za każdym razem gdy kopie mnie leżącą na podłodze.

Stoję tu dzisiaj, bo znów byłam niegrzeczna. Może powiedziałam brzydkie słowo. Raz powiedziałam „cholerny" i dostałam lanie. Może krzywo się na nią popatrzyłam. Czasami wydaje się jej, że wyglądam jak moja prawdziwa mamusia, i wtedy muszę dostać karę. Nie umiem powiedzieć, co zrobiłam tym razem, ale musiałam coś zrobić. Musiałam zrobić coś, by na to zasłużyć. I dlatego tu stoję. W naszej łazience. W podkoszulku i majtkach. Tak mi zimno. Stoję tu od samego rana, nie mam zegarka, ale wiem, że musiało minąć dużo czasu, bo robi się ciemno. Wiem, że inni - moja macocha, przyrodni bracia - zjedli śniadanie i lunch, i jeszcze coś potem, a teraz szykują się do kolacji. Nie wyjdę stąd, by do nich dołączyć - lunchu też nie dostałam. Niewiele dają mi jeść, bo jestem bardzo niegrzeczna. Może gdy już pójdą spać, uda mi się przekraść do spiżarki i zjeść trochę płatków. Ale to byłoby złe - gdyby mnie złapano, znów dostałabym karę. Chłód wgryza się we mnie. Nienawidzę tego pomieszczenia, nienawidzę łazienki. Spędzam tu tyle czasu, dzień za dniem. Gdy zrobię coś złego, coś, co się jej nie spodoba, wtedy krzyczy i posyła mnie tutaj. Muszę się rozebrać, jeśli mam szczęście, mogę zostawić sobie podkoszulek i majtki. Nie wolno mi się ruszać. Czasami w wannie, czasami na podłodze. Czasami twarzą do okna, czasami do ściany. Mówi, że dowie się, jeśli drgnę, jeśli przesunę się choćby o cal. I na pewno by się dowiedziała - ona wie wszystko. Zaczyna się to dziwne mrowienie w nogach. Moje palce są bardzo, bardzo zimne, tak zimne, że ich nie czuję. Zimno, co zawsze mnie dziwi, wcale nie wędruje od razu w górę nóg. Tego można by się było spodziewać, prawda? Można by pomyśleć, że zimno zacznie wędrować w

górę, ale ono robi sobie przerwę. Mrozi mi palce u stóp, zamiera, a potem zaczyna mrozić palce u rąk. Dopiero gdy one zamienią się w lód, poddaje się reszta ciała. Nos. Policzki. Nogi. Ręce. To miejsce na brzuchu, gdzie za krótki podkoszulek nie zachodzi na za małe majtki. Dostaję gęsiej skórki, ale nawet ona ustępuje przed zimnem. Próbowałam wielu rzeczy, by nie czuć się tak źle, gdy ona mnie tu posyła. Chciałabym, żeby coś kiedyś zadziałało. Czasami staram się o niczym nie myśleć, mieć całkowitą pustkę w głowie. Bywa tak, że układam różne listy, wyobrażam sobie świat z książki, którą właśnie czytam, albo śledzę wzrokiem wzory z pęknięć na ścianie. Jednego dnia starałam się wsłuchiwać we wszystko, co się działo w domu. Słyszałam, jak rozmawiają, śmieją się i robią różne zwykłe rzeczy - przygotowują posiłki, gotują wodę, włączają i wyłączają radio. To nie był dobry dzień. Ciągnął się przez całą wieczność. Wszystko, co słyszałam, było tego dnia głośniejsze i trwało dłużej, niż wtedy gdy nie musiałam stać w lodowatej łazience. Zazwyczaj więc czekam, aż upłyną sekundy, minuty i godziny, z nadzieją że będę mogła w końcu wrócić do swojego pokoju i jeszcze bardziej jej nie rozzłościć.

Dziś mam problem. Zanim mnie tu odesłano, wypiłam szklankę wody. Naprawdę muszę do toalety. Ale nie mogę użyć tej, która stoi przede mną. Aby to zrobić, musiałabym się ruszyć. A tego mi nie wolno. Gdybym chciała poprosić o pozwolenie, musiałabym się odezwać. Tego też mi nie wolno. Nie mogę skorzystać nawet wtedy, gdy wchodzą inni. To się często zdarza - mój przyrodni brat przychodzi i siusia na moich oczach, a ja muszę stać w milczeniu, nie mogąc się ruszyć i słuchając jego siusiania, gdy mnie tak bardzo się chce. Przezywa mnie i próbuje mnie sprowokować, bo wie, że jeśli mu odpyskuję albo go uszczypnę, to ja będę mieć kłopoty. Stoję więc jak pomnik i przyjmuję wszystko, czym we mnie rzuca. Nie mogę przestać myśleć o siusianiu. Stoję tak od wielu godzin, przede mną jeszcze więcej kolejnych, a nie mogę zrobić najbardziej naturalnej rzeczy na świecie, tego, co robią wszyscy w tym pomieszczeniu. To się już zdarzało i teraz muszę się zastanowić, co będzie dla mnie najlepsze. Jeśli poproszę o pozwolenie, dostanę lanie. Jeśli nie poproszę, zsiusiam się w majtki - i wtedy też na pewno dostanę. Jeśli to zrobię, wtedy przynajmniej poczuję na nogach tę ciepłą strużkę. To nie trwa długo, bardzo szybko zrobi mi się zimno i zacznę cuchnąć. Jutro szkoła, a ona nie pozwoli mi się umyć. Wiem, że będę musiała się zmoczyć - tak naprawdę nie mam wyboru - i będę musiała zrobić to kilka razy, jeśli zostanę tu tak długo, jak zazwyczaj. Nienawidzę tego zapachu, gdy muszę iść do łóżka i leżeć w nim w mokrych

majtkach, a następnego ranka wstać i iść do szkoły, gdzie inne dzieci mnie przezywają i nikt nie chce ze mną siedzieć, bo cuchnę. Boli mnie brzuch. Boli, bo muszę siusiu i dlatego że prawie codziennie mnie biją, i dlatego że ciągle jestem głodna. Boli mnie głowa. Dostaję bólu głowy, gdy z ciemnej łazienki, w której spędzam większość czasu, zaciągają mnie do jasnego pomieszczenia. Boli mnie od myślenia o tym, co muszę robić, jak unikać macochy i jej gniewu, jak się zachowywać dzień po dniu, czy płakać i ryzykować, że ona naprawdę się rozzłości, czy może zamknąć się w sobie i ryzykować jeszcze bardziej. Boli mnie całe ciało, bo codziennie jest bite i kopane. Jestem mała i chuda, ale macocha i tak traktuje mnie jak worek treningowy. Zawsze mam siniaki. To, że inne dzieciaki też je mają, wcale nie pomaga; czuję się przez to jeszcze gorzej, bo wiem, że one nabijają je sobie w czasie zabaw, wspinania się na drzewa i wspólnych wygłupów. Mnie nie wolno bawić się na dworze i przyjaźnić z innymi dziećmi. Moje siniaki mają zupełnie inną przyczynę. Bolą mnie plecy i wszystko inne. Nie ma na moim ciele chyba ani jednego miejsca, w które bym nie dostała. Ale najbardziej boli mnie serce. Nie chcę, żeby to trwało. Nie chcę być niegrzeczna. Nie chcę żyć bez mojej prawdziwej mamusi. Chcę, by to piekło wreszcie się skończyło.

EDYNBURG, 2003 Piekło się nigdy nie skończyło. Mam czterdzieści cztery lata. Mam męża i troje cudownych dzieci. Odniosłam sukces jako artystka, mam na koncie wiele uznanych przez krytyków wystaw i mnóstwo zamówień. Jestem w sali rozpraw i przyglądam się kobiecie, której nie widziałam od trzydziestu lat. Helen Ford siedzi na ławie oskarżonych. Wydaje mi się znacznie drobniejsza niż wtedy, gdy po raz ostatni miałam z nią do czynienia. Gdy jeszcze była moją macochą. Gdy zamykała mnie w szafkach. Gdy mnie głodziła, biła, torturowała. Gdy organizowała te swoje przyjęcia, włączała głośną muzykę i śmiała się, kiedy mężczyźni, których nazywała swoimi przyjaciółmi, maltretowali mnie i gwałcili w naszym domu. Gdy tego ranka wychodziłam, moja sześcioletnia córeczka zapytała mnie, dokąd idę. Powiedziałam jej, że gdy byłam mała, kobieta o imieniu Helen była dla mnie bardzo niedobra, a dziś w końcu ktoś nakaże jej mnie przeprosić. Moja córka chłonie wszystko, wierzy w każde uproszczenie. A czyja w to wierzę? Nadzieja, że ktoś mnie w końcu wysłucha, to więcej, niż ośmielałam się marzyć. Nie prosiłam o to.

To nie ja wniosłam sprawę. Nie szukałam rewanżu, zemsty ani chociażby sprawiedliwości za to, co ona mi przez te wszystkie lata robiła. Wypchnęłam to z myśli tak dawno temu, że czuję szok, musząc się zmierzyć ze wspomnieniami. Kobieta, która stoi przede mną, wygląda tak niewinnie. Jest taka zwyczajna, że ludzie, którzy mijają ją codziennie na ulicy, zapewne nawet jej nie zauważają. Mogłaby być każdą kobietą dobiegającą sześćdziesiątki. Ma krótkie, proste, nieułożone włosy. Żadnego makijażu. Przeciętny ciemny żakiet i zwężające się w kostkach spodnie. Anonimowa biała bluzka i czółenka. Wciąż nosi grube okulary, jak wtedy gdy byłam mała. Helen Ford wygląda jak zupełnie zwyczajna kobieta. Przez pięć kolejnych dni nawet się nie wzdrygnie, gdy będą ją pytać o to, jak się nade mną znęcała, kiedy dopiero uczyłam się chodzić. Nie zmięknie, gdy będą jej mówić, że regularnie uderzała moją buzią w lustro, karmiła mnie jedzeniem dla psów, kazała mi godzinami stać nago w łazience, zmuszała mnie do sprzątania domu szczoteczką do paznokci i groziła, że zbije mnie na kwaśne jabłko. Nie wzruszy się, gdy zapytają ją o jakiekolwiek usprawiedliwienie, o powód, dla którego więziła dziecko i głodziła je. Te pytania jej nie zasmucą. Dlaczego byłam niedożywiona? Dlaczego kradłam jedzenie koleżankom i kolegom z klasy? Helen Ford odpowiada monosylabami, jeśli tylko może. Nie okazuje emocji na żadnym etapie przesłuchań.

Stoi bez ruchu, niczego po sobie nie pokazując, gdy oskarżają ją o „stręczycielstwo osoby małoletniej". To ja jestem tą małoletnią. To mnie stręczono. To ja drżałam z przerażenia za każdym razem, gdy słyszałam głośną muzykę i ruch gałki w drzwiach do mojego pokoju. To ja bałam się, gdy posyłano mnie, bym załatwiła „sprawę" u któregoś z sąsiadów, którzy wykorzystywali mnie z taką łatwością, jakby mówili śobie „cześć". To ja leżałam w łóżku zlana potem, czekając na dzwonek do drzwi obwieszczający przybycie kolejnego „przyjaciela" Helen, który przyszedł zgwałcić jej ośmioletnią pasierbicę. Czekam. Czekam na zakończenie tej historii, na powód, wyjaśnienie, jakie nadałoby sens wspomnieniom, przed którymi od tak dawna się bronię. Czekam, by powiedziała: „przepraszam"...

ROZDZIAŁ

1

D ZIECI B REDY Miałam kiedyś mamę. Ale ją straciłam. Miała na imię Breda. Miała. Ma. Nie jestem pewna - może czyta teraz ten tekst; a może nie żyje. Nie pamiętam jej zbyt dokładnie. Niektóre źródła podają, że miała na imię Brenda, inne, że wołano na nią Bridie. Babcia powiedziała mi kiedyś, że nazywała się Breda, więc Bredą pozostanie. Mam jej ślubną fotografię. Jest ubrana na biało. Na zdjęciu są cztery osoby. Po lewej stoi Adam, jej pierwszy mąż, ojciec mojego starszego przyrodniego brata. Ma na sobie ciemny garnitur, lekko ugina prawą nogę -jakby próbował ująć sobie wzrostu, by się dopasować do stojącej obok maleńkiej Bredy. Mama ma ciemne włosy, krótki welon i sukienkę, która nie zakrywa kostek. Ma

torebkę i bukiecik. Za Adamem i Bredą stoją jeszcze dwie osoby - nie mam pojęcia, kim one są, kim wtedy były dla Bredy. To świadkowie? Przyjaciele, którzy zniknęli? Obcy zaciągnięci do urzędu z ulicy? Żadna z osób na zdjęciu nie ma szczególnie radosnej miny. Stoją na chodniku, za nimi widać barierkę i wysokie budynki w tle. Niedawno w okolicy wybudowano centrum handlowe St. James, jedną z najbrzydszych konstrukcji w Edynburgu. Panna młoda nie jest zachwycona. Na fotografii nie ma radości, nic, czego mogłabym się uchwycić. A przecież próbowałam. Tylko tyle pozostało mi po matce. W za dużej sukience wygląda tak młodo jak dziewczynka, która bawi się w ślub. A jednak gdy wykonywano to zdjęcie, zdążyła już wywołać skandal, zniszczyć swoją rodzinę, okryć ją wstydem. Przynajmniej tak głosi legenda. Doświadczenie podpowiada mi, że jest druga wersja tej historii, inny wariant, dotychczas przez nikogo nieusłyszany - opowieść Bredy. Moja matka przyszła na świat i dorastała w hrabstwie Tipperary w Irlandii. Jej życie rozpoczęło się 3 maja 1935 roku, ale nie znam zbyt wielu jego szczegółów. Wiem natomiast, że w Tipperary, tak jak w całej Irlandii pierwszej połowy XX wieku, kobietom było wyjątkowo ciężko. Większość osób zna tę nazwę tylko z piosenki „It's a long way to Tipperary", ale taka wiedza to raczej mitologia niż posępna rzeczywistość. Rzut oka do dowolnego przewodnika powie nam, że Tipperary to największe hrabstwo Irlandii niemające

dostępu do morza. Ci, którzy je odwiedzili, twierdzą, że jest wyjątkowo urokliwe z wysoką na ponad siedemset metrów górą Slievenamon. Slievenamon to po irlandzku „góra wróżki", co wcale nie dziwi - Irlandczycy lubią bajki tak samo jak teoretycznie lubią admirować kobiety. Dopiero rzeczywistość wszystko psuje. Breda Curran, moja mama, miała, z tego, co wiem, trzech braci: Pata, Johna i najstarszego, Michaela. W 1953 roku, gdy miała ledwie osiemnaście lat, opuściła Irlandię i z Michaelem wyjechała do Anglii. Z moich pobieżnych informacji wynika, że oboje zdołali znaleźć pracę w Londynie, gdzie w końcu zamieszkali. Musiało się im wieść lepiej niż w Tipperary, bo wkrótce dołączyli do nich rodzice mamy i ich pozostali synowie. Nie było to jednak szczęśliwe rodzinne pojednanie. Breda była uważana za krnąbrną - miała określone poglądy na życie, na to, co chce robić. Moim zdaniem próbowała po prostu wyzwolić się z krępujących ją oków życia rodzinnego. Jako jedyna córka zagorzałych katolików zmuszonych do zamieszkania w obcym kraju nie musiała się zbytnio starać, by zasłużyć na taką opinię. To stara jak świat historia - dziewczyna, która próbuje uwolnić się z gorsetu stereotypów, zawsze będzie postrzegana gorzej niż chłopiec, który robi dokładnie to samo. Nie wiadomo, czy Breda była naprawdę płocha z natury, czy może postanowiła żyć w zgodzie z krążącymi

wokół niej ideałami. Tak czy inaczej, ostatecznie związała się z mężczyzną nie tylko znacznie starszym, ale i żonatym, a w dodatku członkiem rodziny - kuzynem. Z łatwością można było przewidzieć, jaki koniec będzie mieć ta historia. Związek Bredy z Robertem Cum-mingsem od początku był skazany na porażkę - on był żonaty, a jej rodzina gorąco się wszystkiemu sprzeciwiała. Ta sama rodzina nie powitała z radością wieści, że dziewiętnastoletnia Breda jest w ciąży. Hipokryzja ma potężną siłę. Fakt, że dziewczęta zabawiały się z chłopcami i kończyły z wielkimi brzuchami i zniszczoną reputacją od niepamiętnych czasów, nie powstrzymał rodziny Bredy przed traktowaniem jej tak, jakby była pierwszą kobietą w takiej sytuacji. Dopiero niedawno Irlandii udało się pozbyć reputacji najbardziej tłumiącego seksualność kraju w Europie, w którym kobiety są obywatelkami drugiej kategorii, a niepodzielną władzę sprawuje Kościół katolicki. Gdy Breda Curran była młoda, seks pozamałżeński wciąż spotykał się z surowym potępieniem w jej środowisku, mimo iż cała jej rodzina żyła przecież za morzem. Cur-ranowie pozostali jednak wierni swoim wartościom, a Breda miała za to zapłacić. Dziecko mojej matki i Roberta Cummingsa to moja starsza siostra przyrodnia Frances. Nigdy nie wyjaśniono mi, co się działo pomiędzy upublicznieniem ciąży Bredy, zakończeniem jej związku z Cummingsem a pierwszymi latami życia Frances cały ten okres

kwitowano słowami o „nieodpowiednim zachowaniu" mamy. Społeczeństwo wyposażyło Curranów w zestaw zasad moralnych, które funkcjonowały tylko w teorii -i tylko w przypadku kobiet. Seks można było uprawiać tylko w małżeństwie, celem prokreacji. Nie było mowy o radości i wolności. Mężczyzn te same obostrzenia nie obowiązywały. Nie wiem, czy mama brała pod uwagę aborcję - miała przecież dostęp do odpowiednich środków - postanowiła jednak urodzić mimo otaczającej ją dezaprobaty i plotek. Jej przeznaczenie wydawało się oczywiste. Powiła nieślubne dziecko żonatego mężczyzny. Nie wiem, jak doszło do jej ślubu z Adamem Robertsonem, panem młodym ze zdjęcia. Ich związek szybko przestał się układać, Adam był siostrzeńcem Roberta Cummingsa. Para przeprowadziła się do Edynburga i pobrała 7 sierpnia 1956 roku. W październiku 1957 roku na świat przyszedł ich syn Simon. Czekali na mnie już przyrodnia siostra i przyrodni brat. Adam odszedł, zostawiając Bredę z Frances i Simonem. Rodzinny obrazek gmatwał się coraz bardziej. Ze względu na związki krwi pomiędzy Robertem a Adamem ich dzieci z Bredą były nie tylko przyrodnim rodzeństwem, ale i kuzynami w drugiej linii. Matka nie czekała długo ze znalezieniem sobie następnego faceta. Nikt nigdy nie wytłumaczył mi, jak mogło dojść do mojego poczęcia. Wiem tylko, że mama poznała Dona Forda na przyjęciu. Podobno od razu wpadli sobie

w oko. Czy dlatego że ona nie mogła sobie wyobrazić życia bez mężczyzny? Szukała kogoś, kto weźmie odpowiedzialność za nią i dwoje małych dzieci? Postanowiła zaangażować się bez emocji? A może jednak naprawdę wpadli po uszy? Może była to namiętność od pierwszego wejrzenia; może poczuła z nim więź; może zostałam poczęta z miłości. Mogłabym trzymać się tej ostatniej wersji, gdybym chciała, bo Breda wcale nie była typową samotną matką. Chyba wciąż jeszcze istniało jakieś uczucie pomiędzy nią a Robertem Cummingsem, ojcem jej pierwszego dziecka, bo to podobno on kupił mieszkanie, w którym żyła, na Easter Road 31 w Edynburgu. Bez wątpienia był zamożny. Z tego, co wiem, kupił nieruchomość po to, aby pomóc matce swego dziecka i jako inwestycję dla córki, której nie mógł uznać przez wzgląd na swoją rodzinę. Pojawienie się na scenie Dona Forda nie udobruchało Curranów. Córka była dla nich źródłem wstydu -dwoje dzieci z dwoma różnymi mężczyznami, a kolejne w drodze. Kontaktowali się z nią sporadycznie, ale szkody były nie do naprawienia. Przyszłam na świat w czerwcu 1959 roku. Niewiele mam wspomnień z okresu, gdy byliśmy rodziną. Formowały się one pod wpływem opowieści innych i, jak podejrzewam, moich wyobrażeń o życiu rodzinnym. Mój brat opowiedział mi o dniu, kiedy wszyscy przebywaliśmy w ogrodzie, a mama plotła

wianki ze stokrotek. Siedziałam w jednym z tych staroświeckich wózków, podobno byliśmy szczęśliwi, Breda była ciepłą, roześmianą kobietą. Mogę to sobie wyobrazić, ale tego nie pamiętam. Wspomnienia w mojej głowie wyglądają tak, jakbym chciała, by wyglądały, raczej nie odpowiadają rzeczywistości. Takie sytuacje nie były jednak w naszej rodzinie normą. Simon pamięta też atmosferę przepełnioną krzykiem. Ojciec wrzeszczał na matkę, w końcu ją uderzył i popchnął. Brat przywarł do jej nogi i oboje wpadli na mój wózek, bo Don Ford stracił panowanie nad sobą. Jaka jest prawda? Byliśmy szczęśliwą rodziną ze śliczną roześmianą mamą, która plotła wianki ze stokrotek? Czy może żyliśmy w strachu przed ostatnim mężczyzną na liście, tym, który okazał się moim ojcem, tym, którego gniewne usposobienie stało się podstawą późniejszej przemocy? Zapewne tak jak w większości przypadków byliśmy kombinacją dobrych i złych chwil tyle że ja tego nie pamiętam. Nie mam żadnych wspomnień o matce. Mam tylko strzępy informacji od innych osób, na których nie mogę polegać. Ciotka Madge (młodsza siostra taty) opowiadała mi kiedyś o Bredzie - o tym, jak nas porzuciła, że miałam zapalenie płuc i byłam niedożywiona, gdy wzięto nas do ośrodka. Innym razem zmieniła nieco wersję i stwierdziła, że wszyscy uciekliśmy od naszej okropnej matki (zapomniała najwyraźniej, że byłam wtedy

niemowlakiem) i tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, jakim było spotkanie z grupą przyjaznych zakonnic, udało nam się przeżyć! Ciocia Madge mówiła szeptem, zrozumiałam więc, że nie należy poruszać tego tematu. Breda była tematem tabu. Wiem z listów, że jej rodzice nie okazywali jej wiele ciepła, co przeniosło się też na nas. Babka ze strony matki dała nam wyraźnie do zrozumienia, że interesuje ją tylko Frances, córka Roberta Cummingsa, a z resztą nas nie chce mieć nic wspólnego. Niezależnie od tego, jaka była prawda, wszystko zdawało się przesądzone. Breda odeszła od Dona. Wyjechała z Edynburga. Porzuciła dzieci. Moja matka była wytworem swoich czasów. Moje przyrodnie rodzeństwo i ja dorastaliśmy na początku lat sześćdziesiątych, gdy kobietom wmawiano, że ich świat się zmienia, ale była to zmiana tylko z nazwy. Swoboda obyczajów i wolność, które teraz charakteryzują ten okres, niewiele znaczyły dla dziewcząt i kobiet, które wciąż definiowały siebie poprzez pryzmat oczekiwań ich otoczenia i rodzin. Nie wiem, dlaczego Breda zniknęła. Poznałam za to konsekwencje jej zniknięcia. Don Ford został sam z trojgiem małych dzieci w Edynburgu, w mieszkaniu, które kupił inny mężczyzna. Niedługo potem je opuściłam, ale nie było mi

dane o nim zapomnieć. Wróciłam bowiem na Easter Road 31, tym razem nie mając najmniejszych szans na szczęśliwe wspomnienia. Okres wianków ze stokrotek nieodwołalnie się skończył. Zaczynał się koszmar małej dziewczynki w staroświeckim wózku.

ROZDZIAŁ

2

T A MAŁA RODZINKA Styczeń 1961 - lipiec 1964 Haldane House to pierwszy dom, jaki pamiętam. Ironia tkwi w tym, że to ośrodek opiekuńczo-wychowawczy Barnardo, a nie przytulny rodzinny bliźniak. W styczniu 1961 roku zostałam mieszkanką Haldane House na trzy i pół roku. Matka zostawiła nas w październiku 1960 roku; przez kilka kolejnych miesięcy ojciec próbował zajmować się mną, swoim biologicznym dzieckiem, i dwoma innymi, które mu podrzucono. Byliśmy wszyscy troje jeszcze bardzo mali: Frances miała pięć lat, Simon trzy, a ja właśnie skończyłam rok. Udało mi się odtworzyć koleje losu naszej trójki po tym, jak matka nas opuściła, z naszych akt, listów i dokumentów. W papierach zebranych przez Barnardo

najbardziej uderza mnie jawne potępienie Bredy. W rubryce „Wyznanie rodziców" czarno na białym obwieszcza się, że moja matka była niepraktykującą rzymską katoliczką. Pod innym punktem wyszczególniono ojców jej trojga dzieci - przy swoim imieniu znalazłam przesycone krytycyzmem i uprzedzeniami słowo: „domniemany". A dalej: „matkę cechował bardzo zły charakter, wiązała się z wieloma mężczyznami". Frances była jej „pierwszym nieślubnym dzieckiem" i są ślady „kolejnych niepokojących doniesień" na temat jej prowadzenia się. Na papierze historia mojej matki i naszego dzieciństwa wydaje się płaska. Wszystko jest albo ugrzecznione, albo pełne dezaprobaty. Pomiędzy komentarzami odnajduję fragmenty, które pomagają mi budować obraz, ale na temat całości mogę tylko zgadywać. Nasza historia zamyka się na jednej stronie maszynopisu. Pierwsze lata matki w Edynburgu opisane są krótko i pobieżnie. „Przed ślubem urodziła pierwsze nieślubne dziecko człowiekowi (...), który jest wujem jej męża. Następnie wyszła za mąż (...) w sierpniu 1956 roku i wydała na świat kolejne dziecko w roku 1957". To już wiem - chodzi o Frances i Simona. Potem wpada mi w oko coś nowego. „Mniej więcej w tym samym czasie przypadek trafił do RSSPCC [Royal Scottish Society for the Prevention of Cruelty to Children, Królewskie Szkockie Towarzystwo do spraw Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci] ze względu na zepsuty charakter

matki. Jej mąż mieszkał i pracował w Stirling, a jego pracodawca, farmer, nie chciał mieć jej w pobliżu". O tych faktach nie miałam pojęcia. Zaangażowanie RSSPCC to poważna sprawa. O organizacji mówiono w skrócie „przemoc" i w domach często można było wtedy usłyszeć: „Bo wezwę »przemoc«". Kto więc zaraportował „przemocy" o mojej matce? Co takiego zrobiła? Czy chodziło o znęcanie się? Zaniedbanie? Czy moje rodzeństwo chodziło brudne, źle ubrane, głodne lub bite? Czy sąsiedzi usłyszeli coś, co ich zaniepokoiło? Czy może to farmer ze Stirling, który z jakiegoś powodu nie chciał widywać mojej matki w okolicach miejsca pracy jej męża, zawiadomił RSSPCC? W raporcie czytamy dalej: „Mąż matki został powiadomiony o konieczności utrzymywania matki, ale łożył tylko na swoje dziecko. W następnych latach matka wielokrotnie zmieniała adres, podejrzewa się, że była związana z licznymi mężczyznami. Na przyjęciu trzy lata temu poznała Donalda Forda, z którym zamieszkała. Mieli się pobrać, gdy ona otrzyma rozwód". Każde kolejne zdanie raportu oczernia moją matkę, która została opisana jako wędrująca od mężczyzny do mężczyzny, od jednego związku do drugiego, osoba, która podrywa facetów na przyjęciach. Nie wiem, dlaczego ostatecznie opuściła mojego ojca. Według raportu Barnardo po osiedleniu się w mieszkaniu przy Easter Road 31 i moich narodzinach wydarzył się incydent zapowiadający rozpad tego związku. „Ford

z rzeczoną kobietą i trojgiem dzieci udali się z wizytą do jej rodziców, do Chatham. Ford był bezrobotny, znalazł pracę w Rochester i pozostał w Chatham, podczas gdy matka z dziećmi wróciła do Edynburga". Jasno wynika z tego, że nasza rodzina miała problemy finansowe, które musiały znacząco nadwyrężyć i tak nękany problemami związek. Na tym etapie moja matka była nawet gotowa wrócić do świata, w którym musiałaby stawić czoła rodzicom, ale najwyraźniej nie potrafiła tego znosić zbyt długo. Zapewne ojciec postanowił zostać tam, gdzie miał pewną pracę (przy produkcji autopomp), i miał przesyłać pieniądze Bredzie; matka zabrała nas do Edynburga, z dala od rodziny, która nigdy jej nie wspierała, snując mgliste plany powrotu, gdy Don się już zadomowi. Związek na odległość był jednak skazany na porażkę. Matka nie była kobietą, która siedzi spokojnie w domu i czeka na mężczyznę - mężczyznę, który był tylko jednym z wielu na liście. Don Ford znalazł mieszkanie w Chatham, które Breda raz odwiedziła, ale sprzeczki i „nieporozumienia" stanęły na drodze ich pojednaniu. Mieszkanie taty miało pewien haczyk - w zamian za możliwość przebywania w nim tata musiał opiekować się starszym mężczyzną. Przesłał mojej matce telegram, w którym opisywał stan zdrowia staruszka, wzywając ją do przyjazdu. Zaszło nieporozumienie, bo matka pomyślała, że Don pisze o jej ojcu a moim dziadku Johnie (który miał wtedy zaledwie 49 lat). Breda oskarżyła mojego ojca, że niepokoi ją

bez powodu i rozmyślnie ją zwodzi. Musiały paść gorzkie słowa, bo po jej powrocie do Edynburga sprawy zaczęły się psuć jeszcze bardziej. „Fordowi donoszono o jej niepokojącym zachowaniu". Co mu powiedziano? Kto mu to powiedział? Historia mojej matki obfituje w głosy w tle - „ludzi", którzy ją portretują, „ludzi" zawiadamiających RSPCC, „ludzi" składających „niepokojące" raporty. Plotkarze? Intryganci? Znudzeni sąsiedzi? Czy może ludzie szczerze zatroskani o dobro trojga dzieci, które znalazły się w centrum tego wszystkiego? Biorąc pod uwagę to, co mnie spotkało w następnych latach, zdumiewającą zdolność dorosłych do przymykania oka na wszystko, skłaniam się raczej ku zdaniu, że to wina wścibskiej społeczności, która opowiadała bajki, niszcząc im życie, ale nigdy nie dowiem się tego na pewno. Nieważne, jaki był powód, mój ojciec w końcu złożył niespodziewaną wizytę w Edynburgu i zastał matkę pijaną w otoczeniu kilku kobiet w podobnym stanie. Wybuchła kłótnia, matka wyszła z domu ze swymi przyjaciółkami i nikt jej nigdy więcej nie zobaczył. Nasza trójka leżała w tym czasie w szpitalu z kokluszem, który w moim przypadku przeszedł w zapalenie płuc. Nie mogę sobie wyobrazić, jak radziliśmy sobie z tym, że zupełnie nie wiemy, co się dzieje. Jak się czuliśmy, gdy po powrocie ze szpitala zastaliśmy w domu ojca gotowego zająć się nami i ani śladu matki? Dokąd ona poszła? Dlaczego akurat tamtego dnia? Czy to z powodu przemocy, o której mi napomknięto?

Czy może dlatego że nie mogła już dłużej znieść szeptów za plecami i wyzwisk? A może miała marzenie, w którym nie było dla nas miejsca? Jedno jest pewne -pokłócili się, ona odeszła, nigdy więcej jej nie zobaczyłam, a moje życie zmieniło się na zawsze. Frances, Simon i ja zostaliśmy oddani pod opiekę ojca, który musiał o to chyba specjalnie poprosić, bo przecież tylko ze mną łączyły go więzy krwi. Frances poszła do szkoły; Simon i ja do żłobka. Wszystko wydaje się relatywnie jasne. W końcu napotykam zdanie, które mrozi mi krew w żyłach. Pośrodku strony, pośrodku naszej historii znajduje się dziewięć słów, które, jak wiem, zmienią wszystko. „Ford zatrudnił młodą, siedemnastoletnią dziewczynę, by zajęła się domem". To ona. Helen. Wkroczyła w moje życie. Wśliznęła się do niego, a ja niczego nie zauważyłam. Gdy mój wzrok pada na te słowa, chce mi się krzyczeć. Wynocha! Wyrzućcie ją stąd, a może wszystko się ułoży. To tylko słowa, ale dla mnie to wyrok. Wiem, co nadchodzi. Wiem, co się wydarzy. Gdzie byłam, gdy ojciec poprosił nastoletnią sąsiadkę o pomoc? W żłobku? A może w jego ramionach? Widziała mnie? Znienawidziła od pierwszego wejrzenia?

Jej pomoc nie na wiele się przydała. Ojciec próbował nas wychowywać jeszcze przez kilka miesięcy, ale zadanie go przerosło. Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że samotna kobieta w tamtym czasie, bez jego możliwości pracy i zarobku, walczyłaby dłużej. Dlaczego więc on nie mógł się bardziej starać, by utrzymać rodzinę razem? Kiedy doszedł do wniosku, że osiągnął kres wytrzymałości? Może miał w głowie jakąś datę, może to my wyprowadziliśmy go z równowagi. Cokolwiek się wydarzyło, cokolwiek go do tego popchnęło, pewnego dnia postanowił oddać nas do ośrodka. Haldane House otworzył swe podwoje w roku 1946 dla chłopców w wieku szkolnym, a w roku 1957 również dla dziewczynek. Zamknął je dwadzieścia trzy lata później, gdy wszystkie dzieci zostały przeniesione do Tower. Wzmianka o domu dziecka wywołuje w umysłach ludzi określone obrazy okrucieństwa i zaniedbania lub sierot desperacko poszukujących rodziny. Ja mam zupełnie inne doświadczenia. Czas, który spędziłam w Haldane, wspominam z radością, nigdy nie byłam tam źle traktowania ani wykorzystywana. Miejsce było dosyć anonimowe nikt tam dzieci nie rozpieszczał i nie traktował ich jak cennych małych indywidualności - ale byłam bezpieczna. Miał nadejść taki czas, że za każdą cenę zgodziłabym się zamienić moje życie na to, które miałam w Haldane.

Może dziwić, że się tam znalazłam - nie byłam przecież sierotą, miałam środki do życia, tyle że mój ojciec zwyczajnie przestał sobie radzić. Zastanawiałam się często, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby zabrakło jakiegoś kawałka tej układanki. Gdyby Don Ford opiekował się tylko mną, a nie moim przyrodnim rodzeństwem? Gdyby wyprowadził się z Edynburga, by móc zacząć od nowa po odejściu Bredy? Gdyby nigdy nie poprosił Helen o „pomoc"? Gdyby ośrodek odmówił przyjęcia nas albo tylko mnie i zachęcił ojca, by jeszcze spróbował, robiąc, co w jego mocy? Haldane House jednak mnie przyjął i historia potoczyła się dalej. Matka odeszła, ale pozostawiła po sobie setki funtów długu, który Don Ford spłacał w jej imieniu. Zapłacił dwa funty, dwanaście szylingów i sześć pensów za kominek, zlew i meble, ale pozostało do spłaty jeszcze trzysta funtów. Narobiła też długów w pięciu różnych sklepach odzieżowych, w których zalegała na sumę około stu dwudziestu funtów. Ponadto ojciec miał jeszcze do zapłacenia rachunki za gaz, prąd, kanalizację - a to wszystko z tygodniówki w wysokości ośmiu funtów i dziewięciu szylingów, którą otrzymywał jako kierowca autobusu, i osiemnastu szylingów zasiłku na troje dzieci. Akta Bernardo pokazują, że władze odnosiły się z szacunkiem do ojca, który próbował radzić sobie z tak znacznym finansowym i rodzinnym ciężarem. Pracownicy

Haldane House kontaktowali się z członkami mojej rodziny, ale matka Bredy Mary wyraźnie dała im do zrozumienia, że nie zamierza pomóc, przekonana, że jej córka jest stracona dla świata i „niegodna odkupienia". Najwyraźniej jeśli ona była taką porażką, jej dzieci musiały przejąć na siebie część tego odium. O ile wiem, decyzję, by umieścić nas w Haldane House, podjęli wspólnie mój ojciec i RSSPCC w osobie pana Smitha. We wniosku podkreślono, że choć Breda była niepraktykującą katoliczką, żadne z trojga jej dzieci nie zostało ochrzczone. Ten fakt otworzył nam drzwi do ośrodka. Zanim podjęto ostateczną decyzję, urzędnicy przeprowadzili rozmowę z opiekunką ze żłobka, by określić, jakimi dziećmi jesteśmy ja i Simon. Raport to laurka dla ojca. „Panna Robertson jest pełna podziwu dla ojca, który na jej oczach biegał do domu pomiędzy zmianami, obywając się bez śniadania, by odprowadzić do żłobka dzieci, którym jest wyraźnie oddany". Panna Robertson pochwalała wysiłki mojego ojca i była jednocześnie jedyną osobą, która zauważyła, że coś jest nie tak. Helen dziewczyna do „pomocy" - nie przypadła jej do gustu. „Dziewczyna, która czasami przyprowadza dzieci, nie wzbudziła sympatii panny Robertson, wydała się jej nieodpowiednia dla dzieci i dosyć niestabilna. Pewnego dnia przyprowadziła dzieci o 7:30 i zostawiła je ze sprzątaczkami do otwarcia żłobka o 8:50". Słowa panny Robertson nie zostaną jednak

nigdy usłyszane, a minie wiele czasu, nim ktokolwiek zwróci uwagę na „niestabilność" siedemnastolatki, której wkrótce powierzy się nasze młode życia. Na początku stycznia 1961 roku wszystko zostało przygotowane na naszą przeprowadzkę do Haldane House. Miałam osiemnaście miesięcy i podobno byłam żywo reagującym dzieckiem „z radosnym uśmiechem", spokojnym i niepowodującym konfliktów. Innymi słowy, byłam normalna. Zostałam przyjęta do ośrodka, którego pracownicy napisali 3 stycznia 1961 roku: „Jesteśmy przekonani, że należało przejąć opiekę nad tymi dziećmi". Za ich pomoc ojciec płacił osiem szylingów tygodniowo za Frances i Simona, dziesięć za mnie i zgodził się, byśmy natychmiast zostali ochrzczeni. Podpisał kontrakt, w którym zastrzegano, że ośrodek wychowa nas w duchu protestanckim, wykształci tak, jak uważa za stosowne, a ojciec odbierze nas, gdy zostanie o to poproszony. W liście, który urzędnicy wysłali do pana Robertsa z Haldane House, wymienione zostały nasze imiona i daty urodzenia. Pan Roberts mógł też dowiedzieć się z niego, że matka nas „porzuciła", a Don Ford nie mógł - „rzecz jasna" - się nami zająć. „Ta mała rodzinka", jak nas nazywają, przybędzie za dwa dni. Moje życie toczy się dalej na stronach oficjalnych dokumentów. Rzadko kto poprawnie zapisuje moje drugie imię; mojej matki nikt nie nazywa Bredą. Ale mnie opisuje się zawsze mniej więcej tak samo: „dobra, radosna,

miła; ciepła; zwyczajna; przyjacielska; lubi się bawić lalką; stabilna emocjonalnie; urocze dziecko; bardzo popularna". Już wkrótce nie będę potrafiła znaleźć użycia dla tych słów, które nawet po tylu latach brzmią dla mnie obco. Czy naprawdę taka byłam? Czuję, że byłoby mi łatwiej, gdyby w dokumentach była wzmianka o jakimś piętnie. Gdyby napisano w nich, że byłam „brzydka, ponura, niezdarna, trudna", może mogłabym choć częściowo zrozumieć, co tak bardzo znienawidziła we mnie Helen. Ale radosny, uroczy niemowlak? Dlaczego chciała zniszczyć to dziecko? Kiedy postawiła to sobie za cel? W czasie naszego pobytu w Haldane House związek ojca z Helen się umocnił. Nie miał już przecież trojga dzieci, o które musiał się troszczyć, nie musiał codziennie odprowadzać ich do szkoły i żłobka. Helen, którą zaangażowano do pomocy, gdy wszyscy mieszkaliśmy na Easter Road, pozostała częścią jego życia nawet bez nas. Już w listopadzie 1961 roku pisała do Barnardo w imieniu ojca, aby wyjaśnić sprawy opłat za nasz pobyt w ośrodku. Listy od „panny Helen Gourlay z Easter Road 31" jasno pokazywały, że jest nową konkubiną ojca. Miesiąc później, 11 grudnia 1961 roku, wzięli ślub. Jeden z listów w moich aktach opisuje wizytę przedstawiciela Barnardo u ojca i mojej nowej macochy. Była w tym czasie w ciąży z ich pierwszym dzieckiem,

a problemy finansowe już zaczęły wywoływać pomiędzy nimi kłótnie. Liczne raporty z kolejnego roku pokazują, że z pieniędzmi było u nich krucho, zwłaszcza gdy mój ojciec zaczął chorować. W pewnym momencie ktoś zauważył, że ojciec przestał nas odwiedzać. Pracownik socjalny został wysłany do mieszkania przy Easter Road z misją sprawdzenia, czy ojciec wciąż żyje i „czy są jakieś kłopoty". W notatce z wizyty czytamy: „Ojciec był chory, przeszedł poważną operację, która skutkowała trzymiesięczną niezdolnością do pracy. To oraz ogromny dług pozostawiony przez matkę dzieci sprawił, że pan Ford zalega z płatnościami". I dalej: „Przeprasza za wszelkie niedogodności i za to, że nie odwiedzał dzieci, i ma nadzieję, że wkrótce będzie mógł znów to robić. Jest szczęśliwy w małżeństwie, choć pewne rozczarowanie budzi w nim fakt, że małżonka nie zasugerowała dotąd sprowadzenia do domu trojga jego dzieci na stałe". Notatka wiele mówi. Nie jestem pewna, jak władze zdołały określić, że Don i Helen są „szczęśliwym małżeństwem" zapewne założyły po prostu, że każda świeżo poślubiona para z dzieckiem w drodze podpada pod tę kategorię - widać jednak już, że narasta napięcie, nawet na tym wczesnym etapie. Odkąd sięgam pamięcią, Helen zawsze narzekała na brak pieniędzy. Tyle razy udowodniła, że nienawidzi mojej matki, że nietrudno zgadnąć, iż pozostawione przez nią długi musiały ją doprowadzać do wściekłości. Zastanawiam

się, czy ojciec ograniczył wizyty u nas naprawdę z powodu swej niezdefiniowanej choroby, czy może to Helen wywierała na niego nacisk, by zerwał kontakty ze mną i z moim przyrodnim rodzeństwem. Od samego początku był to osobliwy, skomplikowany układ. Jestem przekonana, że ona nie chciała mieć z nami nic wspólnego, nie chciała w pobliżu niczego, co przypominałoby jej o naszej matce, a jednak mieszkała w mieszkaniu, które teoretycznie należało do znienawidzonej rywalki. Ojciec musiał napomknąć coś na ten temat pracownikowi socjalnemu. Musiał znaleźć chwilę, by na osobności wspomnieć, że jego dziewiętnastoletnia żona nie jest wcale otwarta na ideę połączenia rodziny, na co on liczył. Odręczna notka na raporcie z listopada 1962 roku głosi: „Myślę, że powinniśmy utrzymywać kontakt z nadzieją na połączenie rodziny, choć nietrudno jest zrozumieć żonę, która boi się wziąć odpowiedzialność za troje dzieci z trzech różnych ojców w tak młodym wieku. Zastanawiam się, czy zna ona wszystkie fakty". I znów domniemywa się o niewinności Helen - dobra, miła, nastoletnia Helen, która musi nieść taki ciężar. Pracownik socjalny z większą podejrzliwością odnosił się nawet do ojca zastanawiał się przecież, czy Helen zna „wszystkie fakty", mając zapewne na myśli to, że każde z nas miało innego ojca. Może myślał, że Don nie powiedział Helen, iż nie jest ojcem Frances i Simona, bo tym samym zwiększał swoje szanse na odzyskanie nas

wszystkich. To z kolei ma sens tylko wtedy, gdy założymy, że naprawdę chciał nas odzyskać - może po prostu miał na uwadze mieszkanie, które ojciec Frances zapisał przecież jej. To wszystko jest tak zagmatwane i zdarzyło się tak dawno temu, że zapewne nigdy nie dowiem się prawdy. Nawet teraz, po latach rekonstruowania tej historii, wciąż jeszcze nie wiem wszystkiego. Personel Barnardo był dla mnie bardzo dobry, gdy tam mieszkałam. Odwiedzałam inne rodziny i bawiłam się z ich dziećmi w weekendy. Zawsze miałam co jeść, byłam bezpieczna i zdrowa. Nie jestem jednym z tych dzieci, które twierdzą teraz, że podczas pobytu w domu dziecka były bite i terroryzowane. To przyszło dopiero, gdy opuściłam ośrodek. Niewiele z tamtego okresu pamiętam - po części dlatego że byłam jeszcze bardzo mała, a po części dlatego że niewiele się tam działo. Nie byliśmy traktowani źle, ale nie było tam też uczucia, łagodności. Pamiętam jedną z pracownic. Nie wiem, czy nadal żyje. Nazywałam ją Drapiącą Morąg. Często siadywałam na jej kolanach, zwijałam się w kłębek i przytulałam się do niej. Nosiła wielkie, puszyste moherowe swetry - i to właśnie one pozostały mi w pamięci. Drapały mnie, gdy się do niej przytulałam. Tylko ją pamiętam z imienia, choć może nie nadałam jej zbyt ładnego przezwiska. W Haldane House królowała nie miłość, lecz prak-tyczność. Teraz wiem, że moja rodzina starała się nawiązać z nami kontakt, choć wtedy nie miałam o tym

pojęcia. Chodzi głównie o moją babcię ze strony matki, która interesowała się przede wszystkim moją przyrodnią siostrą Frances. Może dlatego że jej zdaniem Frances miała ojca bardziej „godnego szacunku" (ignorowała tym samym fakt, że był znacznie starszym od Bredy członkiem rodziny i zdecydował się uciec, gdy jego córka przyszła na świat). Babcia Curran skontaktowała się z Barnardo w marcu 1963 roku, kilka miesięcy przed moim powrotem do ojca. Napisała list: Szanowni Państwo, piszę w sprawie dzieci mojej córki, jako że nie miałam z nią żadnego kontaktu, odkąd złożyli mi Państwo wizytę w styczniu 1961 roku. Chciałabym wiedzieć, czy nadal przebywają w ośrodku. Proszę o informację, ponieważ przez jakiś czas Frances, która ma teraz siedem lat, mieszkała ze mną. Byłabym wdzięczna, gdyby pracownik socjalny mógł złożyć mi wizytę i opowiedzieć mi o niej. Z poważaniem J. Curran Pracownik socjalny zajmujący się naszą sprawą otrzymał list z prośbą o szczegółowe dane o nas wszystkich. Od tego momentu nasza „mała rodzinka" zaczęła generować obfitą korespondencję. Urzędnicy wierzyli, że „dobrze byłoby przesłać pani Curran więcej informacji. (...) Powinniśmy także dowiedzieć się, czy pan

Ford nadal utrzymuje kontakt z dziećmi, a jeśli tak, czy jego żona okazała jakieś zainteresowanie". Po dwóch dniach do babci została wysłana odpowiedź. Dotyczy. Frances Cummings, Simona Robertsona i Donny Ford, obecnie w Haldane House Dziękuję za list (...) dotyczący dzieci. Dzieci mają się dobrze, to uroczy młodzi ludzie, zwłaszcza mała Donna. Ojciec nie utrzymuje z nimi obecnie kontaktu. Jako że niedawno się ożenił i spodziewa się dziecka, trudno oczekiwać, by nadal miał brać odpowiedzialność za tę trójkę. Będę więc sugerował oddanie ich, gdy tylko znajdziemy odpowiedni dom. Kolejny list, nadany dwa tygodnie później, głosi: Podobno mała Donna jest wyjątkowo urocza. Niestety, żadne z rodziców nie potrafi utrzymać więzi z dziećmi, dlatego też planujemy znaleźć im odpowiedni dom, by dać im możliwość wychowywania się w normalnym, szczęśliwym środowisku, w którym otrzymają miłość i troskę. Babcia otrzymała pismo z informacją, że zadomowiliśmy się w Haldane House. Poproszono ją także, by do nas napisała, bo bylibyśmy „zachwyceni wieściami

od ukochanej babci". O ile wiem, nigdy nie otrzymałam żadnego listu i żadnych radosnych wieści od babci. To mi nie przeszkadza - nie wydaje mi się, by kobieta, która z takim chłodem odnosiła się do Bredy, mogła zdziałać dla mnie coś dobrego, a poza tym wyraźnie interesowała ją tylko Francés. Zastanawiam się tylko, czy przejrzałaby Helen, gdyby ją poznała. Czy ujęłaby się za mną? Czy powstrzymałaby Helen przed zgotowaniem mi piekła na ziemi? To jednak tylko moje pobożne życzenia. Nie, znacznie bardziej interesują mnie wzmianki o mnie samej w tamtym okresie. Zdumiewa mnie to, że opisują mnie jako dziecko „czarujące" i „urocze". Kto to jest? Kim jest ten zwyczajny maluch? Te określenia w połączeniu z nigdy niezrealizowaną obietnicą zastępczego domu, w którym otrzymam troskę i miłość, brzmią prawie jak bajka. Co by się ze mną stało? Czy spełniłabym pokładane we mnie nadzieje, które wyrażają się w raportach Bar-nardo? Akta medyczne potwierdzają moją normalność łapię odrę, przeziębienia. Rozwijam się „normalnie", zachowuję „normalnie", jestem „normalna na swój wiek". Jestem „uroczym dzieckiem, które dobrze się rozwija". Donna jest najmłodsza, nie chodzi jeszcze do szkoły, ale to bystra dziewczynka. Jest schludna. Zdrowie dzieci nie daje powodów do obaw.

Dzieci dobrze porozumiewają się z personelem i innymi członkami naszej rodziny i są dobrze wychowane. Są grzeczne i spolegliwe. To urocze dzieci. Kilka miesięcy po otrzymaniu przez Barnardo listów od mojej babci, chociaż wcześniej Helen - według raportów Barnardo - nie okazywała żadnego zainteresowania nami, z jakiegoś powodu uległo to zmianie. We wrześniu 1963 roku Helen już „bardzo zależy" na tym, by oddano nas pod jej opiekę. „Ona i pan Ford składają regularne wizyty i mają nadzieję na kontynuację wizyt w każdą trzecią niedzielę miesiąca, jako że jest to dzień wolny pana Forda". W tym czasie Gordon jest już na świecie (urodził się w listopadzie 1962) i „bardzo podoba się dzieciom". Z perspektywy czasu wydaje się to całkiem naturalne. Dzieci bowiem lubią niemowlęta. Gdy przychodząca do nas w odwiedziny kobieta, która miała nam zastąpić matkę, siedziała z dzieckiem na kolanach, przytulała je i całowała, musiała budzić we mnie - i w moim przyrodnim rodzeństwie - nadzieję na to, że pewnego dnia i my otrzymamy swoją porcję uczucia, to samo spóźnione zainteresowanie zastępczej matki. Taki wizerunek Helen Gourlay, teraz już Helen Ford, był atrakcyjny nie tylko dla mnie, ale i dla władz. Raporty pochlebnie wyrażają się o małym mieszkaniu, w którym żyją ona i ojciec, i o przeprowadzanych w nim

pracach remontowych, a także o sposobie, w jaki Helen radzi sobie z długami mojej matki. Przyznaję, że na papierze to faktycznie wygląda nieźle. Ma dopiero dwadzieścia lat, ale wydaje się wyjątkową osobą zdeterminowaną, by stworzyć szczęśliwy dom dla całej rodziny. Dokonała cudów w kwestii zobowiązań finansowych, prowadzi rachunki bardzo metodycznie i doskonale zna ich stan. Twierdzi, że jest bardzo szczęśliwa i doskonale układa się jej z mężem. Żałuję, że to nie Helen z raportów nas do siebie wzięła. Co się mogło stać? Wiem, co się wydarzy, w co ona zamieni moje życie, i nie mogę przestać się zastanawiać, czy aż tak się zmieniła, czy też tylko odgrywała pewną rolę na użytek władz. Wydaje mi się śmieszne, że mogłaby się posunąć do takich kroków, by mnie odzyskać, ale jakie są inne opcje? Czy po prostu ją to przerosło, gdy się już pojawiłam? Zaczęła żałować, że nas odzyskała? Powróciło do niej coś z jej przeszłości, co przemieniło ją w potwora, który zniszczył moje dzieciństwo? Nie znam odpowiedzi na te pytania i nigdy ich nie poznam. W każdym razie to właśnie Helen powierzono mnie kilka miesięcy później. Świadczą o tym raporty, takie same jak te wcześniejsze, w których wyrażano troskę z powodu jej nieodpowiedzialności, gdy jeszcze mieszkaliśmy z ojcem.

Ja pierwsza z trojga dzieci mojej matki miałam wrócić do Dona i Helen Fordów - to oczywiste, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że tylko mnie łączyły więzy krwi z mężczyzną, który przyjmował nas pod swój dach. Na tym etapie oficjalne wizyty w mieszkaniu przy Easter Road zintensyfikowały się. Wniosek o nasz powrót do domu został złożony w marcu 1964 roku, z tego okresu pochodzi najwięcej dokumentów. Cały czas powtarzane są te same fakty mieszkanie jest malutkie, długów mnóstwo, władze mają zamiar dokładnie monitorować sytuację. W jednym z raportów, z 12 marca 1964 roku, napisano: Matkę widziano w Edynburgu dwa razy, ale pan Ford jest przekonany, że już jej tu nie ma. Porzuciła dzieci i była poszukiwana przez sąd rodzinny, ponieważ zabrała książeczkę. Próbował ją odnaleźć także RSSPCC, niestety, bezskutecznie. Pan Ford ma porozumieć się z X - przyjaciółką matki -i poprosić X, by do nas przyszła lub przekazała matce, że chcemy się z nią spotkać. Informacja o tym, że moja matka była dwukrotnie w Edynburgu, tak blisko mnie, wywołuje u mnie dreszcze. Czy wróciła, by nas odszukać, dowiedzieć się, co się z nami stało, czy może tylko odwiedzała przyjaciół, nie poświęciwszy ani jednej myśli dzieciom, które porzuciła? Dziwi mnie, że zostawiła sobie książeczkę

rodzinną - nie z powodu pieniędzy, bo widziałam dokumenty potwierdzające, że zasiłek rodzinny pobierał mój ojciec (w zasadzie to z niego opłacano pobyt Frances, Simona i mój w Haldane House). Czy zatrzymała ją, bo był to jeden z niewielu dokumentów dowodzących, że ma do nas prawo, gdyby postanowiła wrócić? Tajemnicza X nigdy więcej nie pojawiła się w aktach, tak jak zresztą Breda. Nie było Bredy ani żadnych innych powodów, by trzymać nas z dala od Easter Road, tak więc spotkania i wizyty trwały dalej. 19 czerwca nasz pracownik socjalny pojechał do Edynburga po raz ostatni, by sprawdzić, gdzie będę mieszkać. Uzgodniono, że należy usunąć wszelkie przeszkody, by doprowadzić do mojej przeprowadzki przed sierpniem, kiedy to w Szkocji zaczyna się rok szkolny. Miałam iść do szkoły po raz pierwszy - już z domu. Barnardo miał jeszcze kilka wątpliwości - próbował odszukać mamę i niepokoił się o prawo własności mieszkania przy Easter Road. Don Ford zadeklarował, że spróbuje nawiązać kontakt z ojcem Frances Robertem Cummingsem i nakłonić go do przekazania praw do nieruchomości jemu, jako prawnemu opiekunowi. Wtedy jednak mu się to nie udało i nie wiem, jak ta sprawa ostatecznie się zakończyła. 8 lipca 1964 roku wystawiono raport końcowy z mojego pobytu w Barnardo.

Donna to zdrowa dziewczynka. Jest bardzo schludna. To rezolutne dziecko z wysokim IQ. Urocza i dobrze usposobiona do innych, łatwo nawiązuje kontakty z dorosłymi i dziećmi. Jej rozwój intelektualny i fizyczny jest zadowalający, zakładam, że przed Donną rysuje się szczęśliwa przyszłość. Ma silne ku temu podstawy. Gdy zjawiłam się w Haldane House, miałam tylko kartki na mleko, witaminy i kartę chorób. I obietnicę. W moim podaniu o przyjęcie uderza mnie jedno sformułowanie. W rubryce „powód przeniesienia" pojawia się słowo, które przewija się przez raporty, akta i korespondencję pracowników socjalnych: „przywrócenie". Nie zostałam oddana do Haldane House na zawsze; miałam tam mieszkać, dopóki mój ojciec nie stanie na nogi. Miałam zostać mu przywrócona, tak jak on mnie, a moje życie miało po prostu pokonać ten nagły zwrot. W jednym z końcowych dokumentów znajduję zdanie, które nawiedza mnie po dziś dzień. Gdy cały mój świat skupiał się w Haldane House, gdy bawiłam się, śmiałam i rosłam, byłam obserwowana. Wniosek? „Najmłodszy członek rodziny i jej największy skarb". Chyba nie do końca.

ROZDZIAŁ

3

P OWRÓT DO DOMU Lipiec 1964 Wracałam do domu. Do domu, do domu do domu! Na Easter Road 31, do wiktoriańskiej kamienicy czynszowej. Leżała zaledwie kilka minut jazdy od centrum Edynburga, Princes Street, ale stanowiła zupełnie inny świat. Easter Road była osobną społecznością. Gdyby można było określić ją jednym słowem, byłoby to zapewne słowo: „tradycyjna". A bardziej szczerze: podupadła, robotnicza i brudna. Autobusy pędziły ulicą w górę i w dół, docierając dosłownie do każdego zakątka miasta, a sklepy po obu stronach drogi sprzedawały absolutnie wszystko. Był tam stragan z owocami Rankina, w którym produkty pakowano zawsze w brązowe papierowe torby. Był sznur sklepów spożywczych, gdzie można było kupić

tanią wódkę, pojedyncze papierosy i gazety o prawdziwych zbrodniach. Były magazyny z używaną odzieżą i sklepy z własnym systemem lojalnościowym, gdzie można było płacić za ubrania raz w tygodniu i nikt nie kręcił nosem na niebotyczne ceny wdzięczny za to, że może wziąć cokolwiek na krechę. Czynszówki przyglądały się każdemu twojemu krokowi. Na końcu ulicy było boisko futbolowe Hibernian, które w co drugie sobotnie popołudnie stawało się dla Easter Road centrum wszechświata. Wokół panował bezustanny hałas. Wszędzie unosił się autobusowy smog, ulica nigdy nie kładła się spać. Często wybuchała jakaś bójka - i to nie tylko w porze zamykania pubów. Zawsze gdzieś stała grupka kobiet z wózkami, plotkując zawzięcie. Gdy przechodził obok nich czyjś mąż chwiejnym krokiem, musiał paść ofiarą krzyków i śmiechów. Oczywiście, mieszkałam tam już wcześniej, ale opuściłam to miejsce, mając niewiele ponad osiemnaście miesięcy. Gdy wracałam z tatą do mieszkania, które dzielił już ze swoją nową żoną Helen, miałam pięć lat i byłam gotowa zmierzyć się z tym wszystkim. Ten etap dzieciństwa obfituje we wspomnienia. Każdy pamięta ulubioną historię, zabawkę lub zwierzątko. Większość potrafi sobie przypomnieć, gdzie mieszkała, jak wyglądał ich pokój, czy bali się duchów, które wkradały się czasem pod łóżko. Nie różnię się od nich wiele - wspomnienia z Easter Road wyryły się

w mojej pamięci. Tyle że gdy ja wspominam, moje dziecinne wizje zamieniają się w horror. Obudziłam się rankiem 8 lipca 1964 roku, wiedząc, że to wyjątkowy dzień. Ostatnie trzy i pół roku spędziłam w Haldane House i nareszcie wracałam do domu. Tatuś miał po mnie przyjść i miałam już riigdy nie wrócić do ośrodka. Tatuś i dom gdzieś w Edynburgu sprawiły, że nigdy w pełni nie należałam do Barnardo. Nie czekałam na adopcję; czekałam na „przywrócenie", na możliwość powrotu do miejsca, z którym czułam się związana. Nie było łatwo. Don Ford był moim ojcem, ale nie ojcem mojej przyrodniej siostry i przyrodniego brata. Na tamtym etapie nie próbował odzyskać nas wszystkich. Określał siebie mianem „opiekuna" i opiekował się nimi faktycznie po tym, jak matka odeszła, co po części przekonało do niego personel Barnardo, ale jak mówią akta: Sytuacja wzbudza wiele wątpliwości prawnych. Próbowaliśmy się skontaktować z matką dzieci, niestety, bezskutecznie. Babka ze strony matki nie miała z nią żadnego kontaktu, odkąd dzieci przyjęto do ośrodka... Sugerujemy przekazanie ojcu Donny i pozostawienie Frances i Simona w Haldane House do czasu wyjaśnienia kwestii prawnych i wysłuchania wszystkich stron zaangażowanych w sytuację dzieci.

Wygląda na to, że w Barnardo byli wyjątkowo ostrożni, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie prawne. Jest jeszcze odręczna notatka dołączona do cytowanego dokumentu, na której ktoś spisał ważkie pytania dotyczące zagmatwanych okoliczności. 1. Kto może ubiegać się o prawo do opieki nad: a) Frances Cummings, b) Simonem Robertsonem, c) Donną Ford? Jakikolwiek ślad RH Cummingsa... Jakie działania należy podjąć, by odnaleźć M? Na jakiej podstawie można obalić wniosek F? Jakie prawa ma domniemany ojciec? Tyle pytań - i na żadne z nich nie znaleziono odpowiedzi. Mojej matki szukano. Nikt nie wiedział, gdzie przebywają ojcowie Frances i Simona i czy będą zgłaszać do swoich dzieci pretensje. Pod względem prawnym wszystko stawało się coraz bardziej zagmatwane. Jedno było jasne - mnie należy przywrócić ojcu. Ubrałam się i byłam gotowa na długo przed jego przyjazdem. Miałam małą torbę ze swoimi rzeczami i siedziałam przy oknie, czekając. Miało się rozpocząć moje życie, miałam się stać dziewczynką, którą pragnęłam być. Wiedziałam, że Helen będzie na Easter Road, gdy tam przyjedziemy. Powiadomiono mnie, że nie przyjedzie z moim tatą, a ja ubzdurałam sobie, że to dlatego

iż szykuje wszystko na moje przybycie. Będę jak wracająca do domu księżniczka. Może moja nowa mamusia właśnie dekoruje moją sypialnię. Może układa nowe misie i lalki na moim łóżku. Może piecze ciasto z różową polewą i kwiatkami z cukru na mój powrót do domu. Myślałam o tym, jak sadzała sobie małego Gordona na kolanach, przytulała go i pieściła. Wyglądała na taką szczęśliwą przy swoim dziecku, tak bardzo go kochała -nietrudno sobie wyobrazić, że będzie zachwycona, gdy do kompletu dostanie małą dziewczynkę! Nie pamiętam, jak to było dokładnie, gdy tata w końcu przyjechał. Wydaje mi się, że było tak jak przy jego poprzednich wizytach z Helen. Siedział w „dużym pokoju", gdzie miały miejsce wszystkie rodzinne spotkania. Miał na sobie szary płaszcz w jodełkę, czarne lśniące buty, białą koszulę i ciemny krawat. Mój tata w tamtym okresie nie ruszał się z domu bez koszuli i krawata. Lubił się dobrze prezentować. Czarne jak smoła włosy zaczesał do tyłu z pomocą żelu, a okulary wydawały się zbyt duże dla jego małej twarzy. Gdy do niego podeszłam, wydał mi się potężny - choć miał tylko metr siedemdziesiąt wzrostu - bo był moim tatą i zabierał mnie do DOMU! Czekałam, gdy podpisywał kwit na moje rzeczy osobiste. Nie pamiętam wiele z podróży pociągiem i autobusem. Były tylko środkami transportu z Haldane House dalej. Byłam zarazem smutna i szczęśliwa - zostawiałam brata

i siostrę, jedyną rodzinę, jaką dotychczas miałam, ale zapewniono mnie, że wkrótce do mnie dołączą. Nie wiedziałam natomiast, że miał to być najdłuższy czas, który spędziłam tylko z tatą w całym moim dzieciństwie - i nigdy już nie miałam czuć się tak beztroska jak wtedy. Tak bardzo chciałam wrócić do domu. Byłam przekonana, że wracam w to samo miejsce, które odwiedzałam, gdy jeździłam do innych rodzin na weekendy. Byłam przekonana, że powitają mnie zapach domowego jedzenia i miłość. Miało być tak wspaniale. Wiedziałam, że Simon i Frances wkrótce do mnie dołączą, i nie mogłam się tego doczekać - ale ten dzień należał tylko do mnie i taty. Było idealnie. Gdybym wiedziała, co mnie czeka, odwróciłabym się na pięcie i uciekłabym tak szybko, jak tylko pozwoliłyby na to moje chude, krótkie nóżki. Gdy dotarliśmy na próg naszej kamienicy, zadarłam w górę głowę. To było to. To był dom. Tata spojrzał na mnie. - Dobrze się czujesz, kurczaczku? - zapytał. - Nie ma się czego bać - dodał, spoglądając w moje wielkie brązowe oczy. - Tutaj mieszkamy, tu zostaniesz. Helen może być nieco zaaferowana dzieckiem, ale nie może się już ciebie doczekać. Oboje cieszymy się, że w końcu jesteś z nami. A niedługo sprowadzimy twoje rodzeństwo. Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze.

Uścisnął moją dłoń - trzymałam go za rękę, odkąd wyszliśmy z Haldane House - i włożył drugą rękę do kieszeni. Wyciągnął z niej wielki klucz i wsunął go do dziurki, gdy ja wpatrywałam się w numer 31 na szybie. Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nami, poczułam zapach mieszkających w kamienicy ludzi. Odór tuzinów posiłków gotowanych w jednym czasie, rodzin mieszkających zbyt blisko siebie, koszy na śmieci potrzebujących opróżnienia - wszystko to uderzyło we mnie falą. Zza zamkniętych drzwi dochodziły stłumione dźwięki - za każdymi z nich czekał inny świat. Spojrzałam na masywne kamienne schody wiodące chyba do nieba. Które drzwi okażą się nasze? Tata pociągnął mnie delikatnie za sobą, gdy ruszył zimnym korytarzem. Ściany były pomalowane na dwa kolory, jakby ktoś stwierdził, że to odróżni je od innych komunalnych klatek schodowych. Minęliśmy grupę wózków w rogu - ile dzieci może tu mieszkać? Będę tu bardzo dorosła, pomyślałam. Podniosłam głowę i dostrzegłam chmury przez szklaną kopułę -wydawały się takie jasne i letnie, że nawet zapachy i hałas się nie liczyły. Czułam narastające podniecenie. Kiedy zaczniemy wspinać się po schodach do nieba? Kiedy odkryję, które magiczne drzwi wiodą do mego królestwa? Zbiło mnie z tropu, gdy zeszliśmy w dół po kilku stopniach skręcających na lewo. Dlaczego tędy idziemy? Zeszliśmy jeszcze cztery stopnie i dostrzegłam drzwi.

- Co to, tatusiu? - zapytałam. - To tylko piwnica na węgiel - odparł z roztargnieniem. - Nic ważnego. Tylko piwnica na węgiel. Nic ważnego. Już wkrótce miałam przypomnieć sobie te słowa. Zejście w dół symbolizowało coś więcej niż tylko pierwsze rozczarowanie, któremu miałam stawić czoła -pogrążałam się w prawdziwej otchłani rozpaczy. - Dlaczego tędy idziemy, tatusiu? - ponowiłam pytanie. - Idziemy kogoś odwiedzić? Tata się roześmiał. - Ty tu mieszkasz, Donno. W suterenie. Wszyscy tu mieszkamy. Nie unosiłam się do gwiazd, miałam w ogóle nie widzieć nieba. Weszliśmy w kolejny korytarz i zobaczyłam drzwi na tylne podwórko. Po prawej stronie od nich były nasze drzwi, nasz dom. Gdy tata je otworzył, zobaczyłam długi przedpokój z drzwiami po lewej stronie. Pierwsze z nich otwierały „pokój dziecinny", jak mi powiedziano - skończyły się więc marzenia o mojej różowej samotni, zostałam skazana na maleńki pokoik dzielony z przyrodnim rodzeństwem. Kolejne drzwi prowadziły do łazienki, a następne do salonu. Po prawej stronie nie było drzwi, tylko wnęka, w której coś budowano. Nie było tam jeszcze podłogi, tylko gruz. Zapach wilgoci i tynku unosił się w całym mieszkaniu.

Mieszkanie było tak maleńkie, że bezustannie wyczuwało się w nim ścisk. W moim maleńkim pokoju było jedno okno i kominek, nad którym wisiał obrazek Jezusa. Jego wzrok śledził każdy mój krok. Co za wstyd. Nigdy nie zrobił nic, by mi pomóc. Wrażenie ciasnoty w pokoju potęgowały piętrowe łóżko i małe łóżeczko przy ścianie. Pracownik Barnardo był w tym mieszkaniu i tak je opisał: Mieszkanie jest niewielkie, składa się z salonu, sypialni i łazienki. Pan Ford ciężko pracował, by dostosować je do potrzeb rodziny, zainstalował m.in. drzwi wahadłowe w pokoju dzieci, ze względu na piętrowe łóżko; obudował wannę, razem z bratem wymienił instalacje i odmalował ściany. Do sypialni wstawiono nowe piętrowe łóżko, początkowo miały być dwa, ale niestety się nie zmieściły. W rezultacie górne łóżko zostało zarezerwowane dla Simona, a na dolnym mają spać docelowo Frances, a tymczasem Donna. W pokoju stoi też łóżeczko Gordona, toaletka i komoda. Tata oprowadził mnie po maleńkim, ciasnym wnętrzu. - I co sądzisz? - zapytał, kucając naprzeciwko mnie. -Co sądzisz o swoim nowym domu? Nienawidziłam go. Znienawidziłam go od pierwszego wejrzenia. Nie o tym marzyłam, ale próbowałam

się skupić na tym, co naprawdę ważne. Nie był to dom dziecka, miałam tu tatę i macochę, nowego przyrodniego braciszka, którego ledwie znałam, i resztę rodzeństwa w drodze. Miałam gdzie się bawić, a w kamienicy na pewno mieszkały dzieci, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić. - Jest uroczy, tatusiu - odparłam. - Po prostu uroczy. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Ze względu na brak miejsca pokój ten musiał pełnić wiele funkcji. Była tam maleńka kuchnia czy raczej komórka, z oknami wychodzącymi na podwórko, w tej samej linii co łazienka i moja sypialnia. Był tu kominek, przerobiony z oryginalnej wiktoriańskiej konstrukcji na przeciętne, brzydkie, obłożone szarymi kaflami pudełko. Salon służył też za sypialnię Dona i Helen. We wnęce stała sofa, którą zamieniono na podwójne łóżko, gdy Helen urodziła kolejne dziecko. Rozejrzałam się uważnie - choć to tu przyszłam na świat, mieszkanie zaczynało przyprawiać mnie o gęsią skórkę. Moje wspomnienia z tamtego dnia to ledwie kilka skrawków cały czas trzymałam tatę za rękę, rozglądałam się wokół, czułam rozczarowanie, ale i nadzieję, prawdziwą nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Pamiętam, że Helen nie poświęciła mi zbyt wiele uwagi; wcale nie wyglądało na to, że nie mogła się mnie doczekać, choć tak właśnie twierdził wcześniej tata. Nie zdziwiłam się jednak - chciałam, by mnie przytuliła,

wiedziałam jednak, że ma Gordona, i pomyślałam, że może z czasem do mnie przywyknie. I tak się stało. Mijały dni i tygodnie, a ja powoli uświadamiałam sobie, że moim światem jest raczej Helen, nie tata. On pracował, ona siedziała w domu. Nigdy gó nie było, a ja wyraźnie czułam jego nieobecność. Były letnie wakacje, a ja już nie mogłam doczekać się sierpniowego rozpoczęcia szkoły. Czasami Helen pozwalała mi bawić się na podwórku, ale musiałam sama wymyślać sobie rozrywki. Ona nigdy się ze mną nie bawiła, nie pamiętam, bym wtedy miała coś swojego. Pięciolatki mają doskonałą pamięć leżałam w wysokiej trawie, śpiewałam sobie, wymyślałam historie i marzyłam o idealnym świecie. Najwięcej myślałam o lalce Tiny Tears. Widywałam takie na reklamach; widziałam bawiące się nimi dziewczynki, gdy wyjeżdżałam na wycieczki z Barnardo - i pragnęłam taką mieć. Leżałam w trawie i myślałam o tym, że dzięki tej lalce moje życie mogłoby stać się idealne. Moja lalka, lalka, która umiałaby płakać „prawdziwymi łzami", którą mogłabym ubierać, niańczyć i śpiewać jej. Tyle o niej myślałam, że prawie czułam ją pod palcami. Jak na ironię, to pierwsze lato okazało się najlepszym latem mojego dzieciństwa. Miałam może niewiele w porównaniu z innymi dziećmi, ale biorąc pod uwagę to, co

mnie czekało, byłam wtedy oszałamiająco wręcz szczęśliwa. Czasami Helen zabierała mnie z wizytą do swoich przyjaciółek albo na zakupy, z perspektywy czasu widzę, że popisywała się mną i sobą. Byłam dzieckiem porzuconym przez własną matkę byłam niekochana, porzucona i to dobroć Helen uratowała mnie od sierocińca. Widziałam, jak promieniała, gdy ludzie ją chwalili. Uwielbiałam chwile, kiedy zajmowałyśmy się zwykłymi codziennymi obowiązkami, których tak brakowało mi w Haldane House. Pamiętam zabawy na podwórku, z Gordonem leżącym na puszystym kocyku w kaczuszki. Helen tam była - rzadko spuszczała z oczu swojego złotego chłopca - i były tam też inne dzieci. Słońce świeciło, a ja byłam szczęśliwa. Miałam tatę, prawie mamę, braciszka i dom. Pamiętam też, jak trzymałam się wózka, gdy szłyśmy z Helen na zakupy na Easter Road. Chodziłyśmy od sklepu do sklepu. W warzywniaku ważono nam ziemniaki i wsypywano je wprost ze srebrnej misy do sfatygowanej torby, którą rozchylała Helen. U rzeźnika Lainga nasze mielone mięso, kiełbaski, siekane kotlety, szynkę i wieprzowinę ważono i pakowano w nieprzepuszczający tłuszczu papier. Prawdziwym rajem był supermarket z wysokimi regałami pełnymi towarów i zielonymi pieczątkami, które przyznawano za każdy zakup. Coś się jednak zmieniło i odebrało mi nawet te nieliczne dobre chwile. Wiedziałam, że Helen miewa napady złego humoru, ale dopiero po pewnym czasie stało

się dla mnie jasne, że nie mogę zrobić nic, by im zapobiec. Teraz rozumiem, że najbardziej irytowało ją, iż byłam pierwszym dzieckiem swego ojca i to ja skupiłam na sobie uwagę jego rodziny, której Helen tak desperacko pragnęła dla Gordona. Jako dziecko nie miałam jednak o tym pojęcia. Zaczęła ze mnie drwić, ale byłam za mała, by wiedzieć, co się dzieje, lub chociaż zrozumieć, co do mnie mówi. Jednego z pierwszych jej napadów złości doświadczyłam, gdy stanęłam za nią pewnego dnia w spiżarni. Nigdy nie było pomiędzy nami bliskiej relacji - Helen nie przytulała mnie i nie głaskała - ale nie byłam przesadnie wyczulona na jej chłód. Gdy wróciłam do domu, z całych sił pragnęłam, by mnie polubiła. Pragnęłam tego tak bardzo, że zupełnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Obserwowałam, jak podrzuca na kolanie Gordona, śpiewa mu, całuje go, i pragnęłam tego samego dla siebie. Lubiłam Gordona, gdy był mały: dopiero później Helen przemieniła go w swojego sprzymierzeńca, opowiadając mu różne brednie, a ja zrozumiałam wtedy, że nigdy nie będziemy przyjaciółmi. Często się koło niej kręciłam przekonana, że ta codzienna bliskość zaowocuje odrobiną uczucia, które przelewała na Gordona. Tego dnia stanęłam chyba zbyt blisko, może sprawiłam, że poczuła się uwięziona, bo nagle okręciła się na pięcie. - Odsuń się - syknęła. - Byle dalej ode mnie, ty płaczliwy mały bękarcie. - Zamarłam. Nawet nie wiedziałam,

co znaczy to słowo. - Nie słyszałaś? Jesteś nie tylko brzydka, ale też głucha i głupia? Odsuń się, ty bękarcie! Odsuń się ode mnie. Nie rozumiałam tego słowa, ale pojęłam, że muszę uciekać. Tamtego dnia zaczęła odsyłać mnie do mojego pokoju. Po tym pierwszym werbalnym upokorzeniu wszelkie tamy runęły. Prawie nigdy nie przestawała. Byłam na tyle naiwna, że myślałam, iż to bycie ignorowaną jest najgorsze - cóż, teraz otrzymywałam mnóstwo uwagi i to było okropne. Nie wyzywała mnie tylko, gdy tata był w pobliżu, i jasno dała mi do zrozumienia, że nie wolno mi mu o tym powiedzieć. Gdy tylko wracał z pracy, zaczynała napomykać, jaka jestem trudna, niezdarna, nieskora do pomocy, jaką świętą jest ona, że sobie ze mną radzi - a on zamiast być dobrym, kochającym ojcem, jakiego pragnęłam, wierzył w każde jej słowo. Mówił mi, że mam być grzeczna, pomagać Helen, że muszę zrozumieć, jakie mam szczęście, i przestać wszystko utrudniać, ale ani razu nie zapytał mnie, czy to wszystko prawda. Byłam mała, nie potrafiłam więc toczyć skomplikowanych debat na temat zalet i wad naszej ówczesnej sytuacji, ale umiałam odróżnić dobro od zła i wiedziałam, kiedy dzieje się niesprawiedliwość. Gdy Helen wpadała w złość, krzyczała, bym natychmiast poszła do swojego pokoju, i rzucała gniewne rozkazy. - Siadaj na łóżku! Wyprostuj nogi! Wyprostuj ręce!

Musiałam trwać w tej pozycji tak długo, jak ona uznała za konieczne. To była agonia. Bolały mnie plecy, kończyny, nie wolno mi było się rozpłakać ani poruszyć. Szczerze wierzyłam, że jeśli choćby mrugnę, ona się o tym dowie i ukarze mnie jeszcze bardziej. Wymyślała różne wariacje. Czasami dodawała coś nowego. - Rozbierz się! Do majtek i podkoszulka! Stań twarzą do ściany! Nie patrz na ścianę! Patrz na sufit! Karała mnie bez przyczyny; za coś, co według niej było naruszeniem zasad, nawet jeśli w grę wchodziły zasady, o których nie miałam pojęcia. Z czasem pojawiły się nowe kary i nowe niewypowiedziane zasady. Posyłano mnie do wnęki w korytarzu, która nadal była nieskończona. Tata i wujek Alex mieli w planach przekształcenie jej w mały pokój, ale ostatecznie nie wyszli poza fazę planowania - tak było w przypadku wielu projektów mojego taty. Wnęka była tak mała i miała tak osobliwy kształt, że wątpię, by mógł z nią zrobić cokolwiek, nawet przy najlepszych intencjach, tak więc gruz nadal leżał na podłodze, cegły były odsłonięte, a w powietrzu unosiła się wilgoć. To tu zaczęła się na mnie skupiać nienawiść Helen. - Właź tam, mały bękarcie - syczała. - Właź. Twarzą do ściany. A rusz się, to się dowiem. I wtedy dostaniesz za swoje. Ty paskudny, mały bękarcie. Nie wiedziałam, co „dostanę", ale czułam, że będzie to coś jeszcze gorszego niż to, czego właśnie doświadczałam.

Godziny spędzone w małej wnęce twarzą do ściany, w zimnie, bólu i głodzie, który przyprawiał mnie o dreszcze, wydawały mi się lepsze niż to, co jeszcze mogła wymyślić Helen. Gdy sypialnia straciła dla niej cały urok, a wilgotna wnęka się jej nudziła, zawsze pozostawała jeszcze łazienka. Była bardzo długa i wąska, z wanną, toaletą i umywalką. Nad wanną były sznurki na pranie, które opuszczało się za pomocą skrzypiących bloczków. Pomieszczenie miało wysoki sufit i było wyjątkowo zimne. Helen na poczekaniu wybierała swoją ulubioną opcję na dany dzień. - Stań w wannie - rozkazała mi, gdy po raz pierwszy mnie tam posłała. - Rozbierz się do majtek i podkoszulka i stój tak, mały bękarcie, po prostu stój. - Zrobiłam, co mi kazano. Przysunęła do mnie twarz. - Będziesz tak stała, dopóki się nie nauczysz. Nie ruszaj się. Nawet nie oddychaj. Nie śpiewaj i nie gadaj do siebie. Tylko stój. I tak właśnie robiłam. Czasami kazała mi stać przy toalecie. Bez ruchu. Bez dźwięku. Przecież tylko na to zasługiwałam. Tak zaczęło wyglądać moje życie. Miałam pięć lat. Ojca, który niczego nie dostrzegał. Macochę, która mnie nienawidziła. Przyrodniego brata, który zamieniał się w jej pionka. Nie zapowiadało się na to, by moje starsze rodzeństwo miało do nas kiedykolwiek dołączyć.

Ciągle było mi zimno, ciągle chodziłam głodna. Nikt mnie nie przytulał, nikt mnie nie kochał. Przywykłam do upokorzeń i bezmyślnych kar za urojone wykroczenia, których nigdy mi nie tłumaczono. Wróciłam do domu.

ROZDZIAŁ

4

M AŁA WIEDŹMA 1964-1965 Pomimo wszystkich okropnych rzeczy, które Helen zaczęła mi robić, pierwsze lato przy Easter Road to jeden z niewielu okresów, z których mam szczęśliwe wspomnienia. Większość dni - przed szkołą, przed biciem - spędzaliśmy, przedstawiając mnie innym członkom rodziny, zwłaszcza rodzinie taty. Te rodzinne wizyty były zresztą jedynymi chwilami, kiedy się z nim widywałam - wszystkie inne nasze wspólne momenty ulatywały, bo spieszył się do pracy albo słuchał krytycznych uwag Helen na mój temat. Gdy jednak odwiedzaliśmy jego rodzinę, mogłam przebywać z nim dłużej. Obwożono mnie, popisywano się mną i cała ta szopka znacznie lepiej niż reszta pasowała do tego, czego oczekiwałam, gdy opuszczałam Barnardo.

Sama nie wiem, co myśleć o moich krewnych. Było ich wielu Fordowie stanowili sporą gromadkę - ale nikt z nich nigdy się za mną nie ujął, choć wszyscy zawsze okazywali mi sympatię. Widzieli mój powrót na łono rodziny, znali moją historię - i to im wystarczało. Pojawiają się w mej pamięci jak postaci w sztuce, jaką jest moje życie, ale tylko jako bohaterowie epizodyczni może ja również właśnie kimś takim dla nich byłam. Byłam malutką Donną, córką Dona, która powinna być wdzięczna tej miłej młodej dziewuszce Helen za to, że ją przygarnęła, gdy jej własna zła matka ją porzuciła. Najpierw poznałam wujka Georgea i ciocię Valerie. Mieszkali w „porządnym" domu w Clermiston, w północno-zachodniej części Edynburga. To, co stanowiło o „porządności" ludzi i dzielnicy, było dla wszystkich bardzo jasne. Przede wszystkim: należało utrzymywać porządek i nie wtrącać się w sprawy innych. Odpowiedni adres, bliskość terenów zielonych i niewielka liczba pubów w okolicy także dodawały rodzinie kilka punktów. George był bratem taty. Był od niego starszy i bardziej niż on siwy. Nosił okulary i zawsze zachowywał się bardzo poważnie, jakby bezustannie martwił się czymś, czego nie potrafił nawet nazwać. Mieli z żoną dwoje dzieci - Gordona i małą Valerie - i moim zdaniem spełniali wszelkie wymagania idealnej rodziny: mama, tata i dzieci, których nie odsyłano do ośrodka.

Wujek Alex był zupełnie inny. Miał wspaniałe poczucie humoru i lubił psoty. Miał żonę i dzieci, ale jako Alexa - nie ojca czy męża, lecz człowieka - go pamiętam. Był jedną z tych osób, które samą swoją obecnością pobudzają do uśmiechu, żartownisiem. Wszyscy zawsze z radością go witali i zawsze się przy nim śmiali. Najbardziej zdumiewało mnie to, jak tata zmieniał się przy nim. Na co dzień bywał tak zmęczony, jakby dźwigał na barkach ciężar całego świata, przy bracie stawał się szczęśliwym młodym człowiekiem, który lubił wyjść na piwo, zażartować, był normalny. To nasze życie rodzinne go unieszczęśliwiało, nawet ja to dostrzegałam. Helen wiecznie na niego krzyczała albo nadawała na mnie. Ciągle brakowało nam pieniędzy, więc oczekiwała, że będzie brał tyle nadgodzin i dodatkowych zmian, ile to tylko możliwe - oczywiście dzięki temu, że nigdy go nie było, łatwiej było jej traktować mnie tak, jak mnie traktowała. Marudziła, że nie stać jej na kupowanie różnych rzeczy, że mamy gorzej urządzone mieszkanie niż inni, że nie ma ubrań, którymi mogłaby się chwalić przed przyjaciółkami. Wydawało mi się to dziwne, bo Helen zawsze dostawała to, czego zapragnęła. Gdy szłyśmy na zakupy, zawsze kupowała sobie szminkę lub coś błyszczącego, ale przy tacie ciągle narzekała na ubóstwo. Musiał być zmęczony, a w domu nie znajdował wytchnienia. Siedziała mu na karku, gdy wychodził, i czekała na niego, gdy wracał. Już w progu był informowany o wszystkich moich przewinieniach

z danego dnia - większość z nich była zmyślona i opierała się głównie na ogólnych twierdzeniach typu: była „niegrzeczna" i „śmiesznie" na mnie patrzyła - i gromiony za to, że sprowadził mnie do domu. Helen krzyczała, by popracował nad wnęką, zrobił coś w domu, pomógł sąsiadom, którym ona to obiecała. Ten człowiek nigdy nie miał nawet chwili spokoju. Tylko w czasie wizyt u rodziny był inny, z korzyścią dla nas wszystkich. Wujek Alex mieszkał z rodziną w Burntisland, nadmorskim miasteczku nad zatoką Firth of Forth, niedaleko Bin, wzniesienia w centrum miasta, z którego widać było oba brzegi zatoki. Pamiętam, że odwiedzaliśmy go latem, choćby na jeden dzień. Dzieci się bawiły, a dorośli spędzali czas w domu. Burntisland było wtedy niewielkie i wszyscy znali tam wszystkich. Dzisiaj mieszka tam około sześciu tysięcy osób i wielu mieszkańców Edynburga nadal postrzega je jako idealny cel jednodniowej wycieczki. Mnie po dziś dzień kojarzy się z zabawą uwielbiałam tam jeździć; uwielbiałam chodzić na plażę i do parków. Uwielbiałam wesołe miasteczko, choć zazwyczaj nie stać nas było na jego atrakcje. Kilka lat później, gdy dołączyli do mnie Simon i Frances, udawaliśmy, że jesteśmy w Burntisland sławnymi osobistościami. Moja kuzynka, jedna z córek wujka Alexa, umawiała się z synem właściciela lodziarni Macari - i w tym zagmatwanym związku widzieliśmy nasz powód do sławy. Ilekroć mijaliśmy sklep, ilekroć

witaliśmy się z bawiącymi się przed nim dzieciakami, głośno obwieszczaliśmy, że jesteśmy z właścicielami Macari „spokrewnieni", jak wspaniale się wtedy czuliśmy! Gdy nasza wizyta dobiegała końca, byliśmy już całkowicie przekonani choć nie udawało nam się przekonać nikogo innego - że do nas należy lodziarnia i kawiarnia. Ironia tkwiła w tym, że nie stać nas było nawet na jeden wafelek na troje. Tata miał też młodszą siostrę, którą regularnie odwiedzaliśmy. Ciocia Madge była pupilkiem całej rodziny. Helen nazywała ją „starą panną" i dopiero po latach zrozumiałam, co miała na myśli. Dla Helen była to obraza, ale Madge chyba nie postrzegała tego w ten sposób. Zawsze robiła wszystko po swojemu i upierała się przy swoim. Była szczególnie schludna i czysta i miała świetne maniery. Wygląd zewnętrzny był dla niej najważniejszy, doskonale pamiętam jej ubrania. Nosiła gustowne wełniane kostiumy w stylu Chanel, nylonowe golfy, skórzane pantofle na płaskim obcasie, pasujące do nich torebki i kapelusze. Robiła sobie trwałą, taką w stylu irlandzkiej mamusi, i nosiła okulary. Nie ruszała się z domu bez pereł. Do dziś pamiętam, jak ściągała rękawiczki palec po palcu. Pachniała mdląco słodkimi perfumami i podkładem, pruderią i poprawnością. Chodziła regularnie do kościoła i udzielała się w kościelnych organizacjach. Ilekroć ją odwiedzaliśmy, zawsze wzbudzała we mnie uczucie inności, właściwej i niezachwianej. Wszystko to tak

bardzo odróżniało ją od braci, że trudno było uwierzyć, iż łączą ich więzy krwi. Chyba że się znało babcię Ford. Babcia Ford była głową rodziny. Władała Fordami i nikt nie śmiał z nią dyskutować. Oczywiście Helen niezbyt się tym przejmowała, ale dla swoich dzieci babcia Ford była osobą, z którą należało się liczyć. Często się śmiała. Miała kręcone siwe włosy. Drobna, okrągła i ciepła, często nas przytulała, gdy przyjeżdżaliśmy do niej z wizytą. Doskonale pamiętam zapach jej potraw i to, że zawsze miała coś do zrobienia w kuchni. Ani chwili nie spędzała bezczynnie, zawsze była gotowa do pracy, chodziła w fartuchu w kwiaty, z chusteczką do nosa w jednej kieszeni i łakociami w drugiej. Za każdym razem gdy o niej myślę, w uszach rozbrzmiewa mi tykanie jej zegara z kukułką. Jej sypialnia pachniała lawendą, a salon węglem. Była taką babcią, z którą zawsze chciałam się zaprzyjaźnić, lecz umarła, gdy byłam jeszcze mała, a ciocia Madge zajęła jej miejsce jako żeńska głowa rodziny. Często zastanawiam się nad tym, czy potrafiłabym zwrócić się do babci, gdy sprawy przybrały naprawdę kiepski obrót. Gdy Helen zaczęła dręczyć mnie tak, że nie widziałam końca tego, czy znalazłabym sprzymierzeńca, a może nawet ucieczkę w osobie babci Ford? Wiem, że to tylko marzenia, „gdybanie", ale wydaje mi się, że była kobietą, która przestrzegała zasad

i oczekiwała tego samego od innych - może więc odmieniłaby moje życie, gdyby żyła trochę dłużej. Wciąż wracam myślami do jej maleńkiego domku, ciepłego i poprawiającego nastrój, który przycupnął pod mostem kolejowym przy Ashley Terrace. Nigdy nie jeździłam tam z Helen, tylko z tatą, autobusem linii 44. Nieczęsto ją odwiedzałam, nie pamiętam też, by ona przyjeżdżała do nas, ale mam o niej tylko miłe wspomnienia - a to bardzo wiele w dzieciństwie tak ograbionym z miłości. Pamiętam, że gdy umarła, tata powiedział mi, że upadła i uderzyła się w głowę. Nie wzięłam udziału w pogrzebie, rozmawiałam o niej z tatą tylko wtedy, kiedy Helen nakazywała mu wziąć dzieci na spacer. Czasami, gdy tata nie był w pracy, Helen polecała mu zabrać nas na całodniową wycieczkę: często chodziliśmy do Holyrood Park albo bocznymi ulicami do Princess Street, Mound i Bridges aż do Forrest Road. Opowiadał nam historię o terierze Bobbym i pokazywał nam swój rewir pocztowy, jako że wtedy pracował jako listonosz. Często zabraniano mi brać w tym udział, ale gdy mogłam wyjść, chłonęłam każde jego słowo, kiedy oprowadzał nas po mieście. Gdy miałam go tylko dla siebie, próbowałam z nim rozmawiać. Był znacznie milszym człowiekiem, gdy uwalniał się od Helen. Wtedy mówił trochę o babci Ford i o swoim ojcu. W takie dni Helen oznajmiała zazwyczaj, że musi się „zająć swoimi sprawami" i potrzebuje do tego spokoju.

Pamiętam przypadki, gdy kazano mi zostać w domu, bo, według Helen, byłam niegrzeczna. Wtedy musiałam sprzątać, szorować podłogi drewnianą szczotką i mydłem karbolowym i trzepać dywany. Miałam pięć, może sześć lat. Helen kazała mi deptać koce w wannie, potem je wykręcać i wieszać na sznurkach na podwórzu. Lubiła też zmuszać mnie do sprzątania łazienki -upewniała się przy tym, że wkładam całą prawą rękę do toalety i dokładnie szoruję wszystkie miejsca pod obrzeżem muszli i pod powierzchnią wody, i uderzała moją głową w sedes, jeśli nie była zadowolona z rezultatów. Składaliśmy liczne wizyty, podczas których prezentowano mnie krewnym, jeździliśmy na wycieczki - to wszystko jednak nie miało wpływu na brutalną rzeczywistość, w której żyłam. Zawsze musiałam wrócić do „domu". A w tym „domu" czekał ktoś, kto wrył się w moją pamięć, kogo do dziś pamiętam lepiej niż wszystkich członków mojej rodziny razem wziętych. Helen. Wyglądała jak typowy produkt swoich czasów. Choć widziałam ją niedawno w sądzie jako kobietę w bliżej nieokreślonym średnim wieku, to Helen z lat sześćdziesiątych wciąż nawiedza mnie w snach i zabiera z powrotem na Easter Road. Miała nijakie brązowe włosy do ramion. W ciągu dnia, jeśli nie wychodziła i nie miała

gości, zbierała je do tyłu w przetłuszczony kucyk. Jeśli natomiast coś miało się wydarzyć - przyjęcie albo wieczór z przyjaciółmi spędzała całe godziny na układaniu ich. Obserwowałam, gdy je zakręcała, upinała na czubku głowy albo czesała je tak długo, aż przestawały się ruszać. Co kilka sekund aplikowała lakier - najbardziej lubiła Bel-Air i Elnett - mocną, oszałamiającą, trującą mgiełkę, która wypełniała pokój, zaznaczając wyraźnie, że tego wieczoru Helen WYCHODZI. Czasami proponowała, bym jej pomogła. Podczas moich pierwszych miesięcy na Easter Road taka propozycja była dla mnie jak dar losu, i tak właśnie ją traktowałam. Podawała mi rzadki grzebień, a ja z całych sił starałam się upiąć jej włosy. Wtedy była jeszcze spokojna i nosiła maskę. Z czasem jednak coraz trudniej było mi znosić taką bliskość z nią i robienie czegoś tak zwyczajnego dla kobiety, która zamieniła moje życie w piekło - to było jak dodatkowy policzek. Na początku potrafiłam godzinami stać na odwróconym do góry dnem koszu na pranie albo na stercie starych gazet i czesałam, czesałam, czesałam. Wyjmowałam z koszyka wielkie, okrągłe, kłujące wałki i ostrożnie umieszczałam je pomiędzy jej potarganymi włosami albo starałam się odwinąć końcówki zgodnie z panującą modą. Niewiele więcej można było zrobić, by Helen wyglądała dobrze. Czas, który poświęcała włosom, był dopiero początkiem rytuału, jednak wszelkie wysiłki niweczyły jej okulary i zęby. Okulary nosiła mniej więcej

takie jak Deirdre z serialu Coronation Street - wielkie, plastikowe, perłowe oprawki ze srebrnymi zausznikami. Dominowały na jej twarzy i ośmieszały każdy wysiłek nadania sobie szyku. To było jednak nic w porównaniu z jej zębami. Sztuczne zęby Helen klekotały, gdy mówiła; zawsze wydawało mi się, że musi ciągle walczyć, by jej nie wypadły. Byłam przekonana, że próbują uciec, i obserwowałam je z fascynacją i nadzieją, że pewnego dnia po prostu wylecą z jej ust i wtedy będzie musiała się zamknąć. Te rozklekotane sztuczne zęby, oprawki Deirdre i zawsze przekrzywiony kok nie pasowały zbytnio do jej stylu ubierania się. Uwielbiała minispódniczki. Wtedy nie było ważne, czy twoje nogi dobrze w takiej długości wyglądają; jeśli moda nakazywała ci noszenie czegoś, w czym wyglądałaś okropnie, po prostu ślepo jej słuchałaś. Najbardziej lubiła takie wełniane w kratkę, które łączyła z opinającymi nylonowymi sweterkami. Doskonale pamiętam jej nogi, pewnie dlatego że byłam taka mała, i pamiętam, że niezależnie od tego, jak grube rajstopy wkładała, zawsze widać było na nich plamy. Nazywaliśmy to „kratką od kominka" -nogi kobiety przybierały taki cętkowany wygląd, jeśli ich właścicielka bardzo lubiła przesiadywać blisko ognia. W domu Helen zawsze nosiła kapcie. Była wysoka, albo mnie się taka wydawała, prawie tak wysoka jak mój tata (a on jest dosyć niski). W kapciach - śmierdzących

i rozpadających się - kończyły się grube rajstopy, na których spoczywała krótka wełniana minispódnica, w którą Helen wpychała nylonowy sweterek. Na palcach miała mnóstwo złotych pierścionków z wielkimi kamieniami - uwielbiała biżuterię ze sztucznych bursztynów. Oczy podkreślała niebieskim cieniem i eyelinerem, a całokształt wieńczyła jej ulubiona fryzura, kaskada loczków, i satynowa chustka związana pod brodą, jeśli musiała akurat wyjść do sklepu. Fizyczna obecność Helen towarzyszy mi nawet dziś. Jest tyle różnych aspektów tej historii - wiem, co planowała, co ostatecznie zrobiła, ale czasami wystarczą mi takie drobiazgi, by zrekonstruować przeszłość. Jak wyglądała moja macocha? Jak się ubierała? To są fakty, mogę je zrozumieć, wciąż jednak nie dostrzegam sensu w fizycznym, psychicznym i seksualnym okrucieństwie, którego padłam ofiarą. Mieszkanie przy Easter Road było wilgotne i zimne. Paliliśmy w kominku prawie bez przerwy, a Helen ciągle podsycała ogień pogrzebaczem. Ogień wydawał się zawsze ledwie tlić, więc pogrzebacz musiał być zawsze tuż obok, pod ręką, rozgrzany do białości. Pewnego dnia, gdy miałam pięć lat, Helen nagle odrzuciła pogrzebacz. Jak zwykle nie miałam pojęcia, co takiego zrobiłam, że aż tak się zdenerwowała. Może coś powiedziałam; może sobie śpiewałam; może wpatrywałam

się w jej rozklekotane sztuczne zęby. Zerwała się z kolan z furią w oczach. Zaczęłam się trząść jak osika, gdy się na mnie rzuciła. - Chodź tu natychmiast, ty mała wiedźmo! - krzyknęła. Chwyciła mnie za włosy i pociągnęła do kominka. - Klękaj tutaj! - syknęła. - Ja ci dam... Upadłam na kolana obok niej, a ona sięgnęła po pogrzebacz, wciąż jeszcze rozgrzany od ognia. - Wyciągnij ręce - poleciła. - Co? - zakwiliłam. - Wyciągnij ręce! - ryknęła. Wyciągnęłam ręce, dłońmi w dół. Do góry - krzyknęła. - Odwróć dłonie! Odwróciłam dłonie, a ona zaczęła zbliżać do nich pogrzebacz. Robiła to bardzo wolno. Cal po calu czułam zbliżające się ciepło. Moje małe drżące dłonie wiedziały, że to naprawdę zaboli. Nigdy sama nie dotknęłabym pogrzebacza - wiedziałam, że to niebezpieczne - więc czyn Helen mógł oznaczać tylko jedno: chciała zrobić mi krzywdę, i tym razem chciała to zrobić na serio. Pogrzebacz był coraz bliżej. - Proszę cię, Helen, proszę... - Zaczęłam płakać. Wiedziałam, już w tym wieku, że nie powinnam przy niej okazywać emocji. Nie wiem, czy to dlatego że wtedy jeszcze bardziej się wściekała, czy może dlatego że chciałam zachować dla siebie jakąś cząstkę, której ona nie mogła dostać, w każdym razie zawsze starałam się nie płakać i nic po sobie nie pokazywać. Tym razem jednak niebezpieczeństwo było tak poważne, że

nie wytrzymałam. - Proszę, proszę, nie oparz mnie, nie oparz mi rąk. Zaczęła się śmiać. - Mała Donna boi się, że oparzy sobie rączki? Mała Donna się boi? Cóż, może więc trzeba było się zastanowić, zanim zaczęłaś się zachowywać jak mała wiedźma! - dokończyła z krzykiem. Nie dbałam o to, co mówi, pogrzebacz się odsunął. Jeszcze przed sekundą był tak blisko, że czułam bijący od niego żar. Wetknęła go w ogień, a ja odetchnęłam z ulgą i uciekłam do swojego pokoju. Może nawet Helen zna granicę. Gdyby oparzyła mi ręce, wszyscy by to zobaczyli, więc może to po prostu czcze pogróżki, tłumaczyłam sobie w duchu. Powinnam wiedzieć lepiej. Helen nie zrezygnowała tak łatwo z nowej rozrywki. W kolejnych dniach i tygodniach prawie zaprzyjaźniłam się z pogrzebaczem. Za każdym razem wydawało mi się, że jest o cal bliżej. Czasami ocierał się o mnie. Trzymała go tak blisko mojej twarzy, że czułam ciepło, choć nigdy mnie nim nie dotknęła. Byłam śmiertelnie przerażona, że mnie oparzy. Co ją do tego skłaniało? - Robię to tylko dlatego, że jesteś taka niegrzeczna -mawiała. Nie chciałam być niegrzeczna, chciałam być dobra; nie wiedziałam jednak, na czym polegają moje przewinienia.

Wokół mnie toczyło się zwyczajne życie. Helen ciągle na mnie krzyczała i wyzywała mnie, lekkie klapsy i kuksańce zamieniły się w prawdziwe ciosy i kopniaki. Byłam bita regularnie, bez żadnego powodu. Mieszkanie po lewej stronie zajmowali państwo Woods. Byli uroczy i starałam się z nimi widywać, kiedy tylko mogłam. Z czasem zaczęłam marzyć, że to właśnie oni mnie uratują, że to oni zobaczą, jak podła jest Helen, ale ona umiała zachować pozory - jestem pewna, że do dziś pamiętają ją jako młodą kobietę z dzieckiem na biodrze, mającą ciężkie życie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek miała coś, co należało tylko do mnie, coś osobistego. W moim pokoju wisiało zdjęcie Frances, Simona i mnie w Barnardo, i tylko ono nadawało wnętrzu odcień przytulności, na którym mogłam się skupić. Wciąż czekałam na ich powrót do domu przekonana, że wszystko się zmieni, gdy przyjadą. Na zdjęciu Frances lekko się uśmiechała, ale wszyscy troje wyglądaliśmy na smutnych i zagubionych. Helen często wyśmiewała to zdjęcie - jej zdaniem byłam na nim nadąsana. To było jej ulubione powiedzenie -„zetrzyj ten nadąsany grymas z twarzy!" albo „i o co się dąsasz?" Nie wiedziałam, co ma na myśli, ale wiedziałam, że to właśnie ją denerwuje. Jeśli chodzi o wyposażenie naszego mieszkania, ciężko przypomnieć mi sobie cokolwiek niezwiąza-nego z tym, co mi wtedy robiono. Mieliśmy telewizor, ale mnie nie wolno było go oglądać. Zazwyczaj stałam

w kącie albo na korytarzu, gdy zaczynały się ulubione programy Helen. Wiem, jak wyglądał telewizor, gdy był wyłączony - wielki czarny ekran w drewnie z bakelitowymi gałkami - lecz migający obraz stanowił tylko tło dla moich kar. Z Cars, Dixon of Dock Green, Coronation Street - rozpoznawałam muzykę z czołówek i głosy bohaterów, ale to nie ze mną się komunikowali. Podobnie było z radiem. Helen uwielbiała muzykę -radio i gramofon Dansette nazywała swoimi „skarbami". W niedzielne popołudnia gotowała posiłki, których nigdy nie wolno mi było jeść, a ich zapachy mieszały się z dźwiękami Sing Something Simple i wysokimi nutami, które wydobywali z siebie wokaliści wykonujący stare numery. Helen słuchała Beatlesów, Andy ego Williamsa, Nancy i Franka Sinatry, Sandy Shaw. Wystarczy kilka akordów These Boots Are Made for Walking, bym przeniosła się w czasie. Muzyka nie zmiękczała Helen. Była zaledwie ścieżką dźwiękową dla przemocy i zaniedbań wobec mnie. Po kilku miesiącach zaczęłam żyć w ciągłym napięciu, bezustannie czekając. Wiedziałam, że zostanę prędzej czy później ukarana. Odeśle mnie do wilgotnej wnęki, bym w niej godzinami stała. Będzie mnie bić. Głodzić. Policzkować. Rozbierać i kazać czekać w lodowatej łazience.

Kopać. Grozić mi. Przysuwać mi rozpalony pogrzebacz do twarzy. Mówić, że jestem brzydka. I nauczyłam się tego oczekiwać.

ROZDZIAŁ

5

M OJE MAŁE ŻYCIE 1964-1967 Tak wyglądało moje życie przy Easter Road. To otrzymałam w zamian za Haldane Hbuse. Byłam za mała i zbyt niedoświadczona, by zdawać sobie sprawę z tego, że Helen utrzymywanie takiego stanu rzeczy nie wystarczy. Ona musiała czuć, że sprawuje władzę i wywołuje we mnie strach, a ja zaczynałam już przywykać do kar, które mi wymierzała. Byłam na tyle mała i na tyle naiwna, że wciąż wierzyłam w poprawę sytuacji. Po kilku tygodniach przy Easter Road nadeszło kolejne wiekopomne wydarzenie w moim życiu. Szłam do szkoły! Dla większości dzieci pierwszy dzień szkoły podstawowej to wielka sprawa. Tygodnie przygotowań, kupowanie mundurka, nowego piórnika i ołówków, aż w końcu nadchodzi ten dzień.

Wszyscy robią zdjęcia, a mały bohater chwili czuje się wyjątkowo. Ze mną tak nie było. Wiedziałam, że idę do szkoły Leith Walk i że stanie się to w poniedziałek 24 sierpnia 1964 roku, ale to tyle. W domu nikt się tym zbytnio nie ekscytował, i choć wtedy Helen nie przejawiała pełni swego okrucieństwa, to, że nie mogła sobie na to pozwolić właśnie ze względu na mój debiut w świecie, powinno stanowić dla mnie sygnał ostrzegawczy. Gdy nadszedł ten dzień, zwyczajnie wstałam, ubrałam się i ruszyłam w drogę z Helen i małym Gordonem w wózku. Chociaż byłam podekscytowana, starałam się zachować spokój. Pamiętam, jak Helen krzyczała na mnie za to, że podskakuję, gdy szłyśmy ulicą. Pamiętam, że prawie wepchnęła mnie przez bramę szkoły i zostawiła, bym sama sobie radziła. Inne dzieci przyszły z rodzicami i starszym rodzeństwem. Próbowały być odważne albo płakały, albo rozglądały się wokół z przerażeniem. Ja miałam sobie radzić. Byłam pełna nadziei. Myślałam, że właśnie tak zacznie się moje normalne życie; tu, w szkole, miałam się stać dziewczynką taką jak inne. Nie dzieciakiem z Barnardo. Nie pasierbicą. Po prostu sobą. To się jednak nie wydarzyło. Próbowałam. Próbowałam się uczyć, bawić, zawierać przyjaźnie. Szybko jednak otrzymałam odpowiednią etykietkę, padając ofiarą okrucieństwa, które narastało w Helen. Dorośli wokół mnie przymykali oczy

na fizyczne ślady zaniedbań - na to, że byłam wyjątkowo drobna, chuda, zawsze głodna i posiniaczona -dzieci jednak nie funkcjonują w ten sposób. Wiedziały od razu, że coś jest ze mną nie tak. Zapach. Spojrzenie. Nastawienie. Szybko stałam się wyrzutkiem, a szkoła przestała być rajem, na który liczyłam. Nauczyciele nie ocalili mnie przed światem, który mnie wciągnął, ale nie tylko ich można za to winić. Wokół byli przecież inni ludzie, którzy powinni o mnie dbać - Helen była jednak dla nich za szybka, zbyt przebiegła, zbyt mądra. To doprawdy niewiarygodne. Ta słabo wykształcona kobieta, która dopiero co osiągnęła dorosłość, była w stanie bawić się w kotka i myszkę z władzami przez lata. Mój ojciec rzadko bywał w domu, a ona bardzo starała się, by nie był świadkiem jej zachowań i mojej prawdziwej sytuacji. Jako dziecko, które jakiś czas spędziło w Barnardo, na pewno podlegałam określonym zasadom i regulacjom. Jak już wspomniałam, pojawiły się wątpliwości, czy można oddać moje przyrodnie rodzeństwo mojemu ojcu, jeśli nie łączy go z dziećmi żadna biologiczna więź. Ja także po opuszczeniu ośrodka i powrocie do Edynburga zostawiłam po sobie papierowy ślad, który należało wypełnić treścią. Personel ośrodka i pracownicy opieki społecznej odwiedzali Easter Road o różnych porach, by kontrolować postępy moje, a także Simona i Frances, ^dy już do nas dołączyli. O ile wiem, przysyłano listy, w których określano dzień i godzinę takiej

wizyty - w rezultacie Helen miała szansę, by doskonale się przygotować. Wiedziała, kiedy ojca nie będzie, albo sama tego dopilnowywała. Znalazłam w swoich aktach z Barnardo jej listy potwierdzające ustalenia dotyczące terminu wizyty z adnotacją, że niestety jej mąż nie będzie mógł być obecny. Bardzo wygodne. Po otrzymaniu z Barnardo informacji o planowanej wizycie Helen zwoływała spotkanie. Kazała mi stawać naprzeciwko siebie i zaczynała przesłuchanie. - Chcesz wrócić do ośrodka? Nie. Nie chciałam znów być dzieckiem bez rodziny. Chciałam tylko, by moja rodzina była lepsza, milsza. - Lepiej powiedz prawdę, jak przyjdą. Wiesz, co spotyka małe dziewczynki, które kłamią? Nie. Lecz jeśli moje życie było piekłem, mimo że starałam się być grzeczna, to co by mnie spotkało, gdybym rozmyślnie sprzeciwiła się Helen? Potrafiła zamienić dzień w noc, a czarne w białe. Będą mi zadawać pytania, jak wygląda moje życie z nią - a ona właśnie mnie ostrzegła, żebym nie kłamała. Nie kłamała? Przecież skłamię, jeśli powiem, że jestem szczęśliwa. Skłamię, jeśli powiem, że ona jest dla mnie miła. Skłamię, jeśli powiem, że jestem kochana, zadowolona i otoczona odpowiednią opieką. Czy to właśnie miała na myśli? - Wiesz, co masz robić, tak? Wiesz? Nie. Nie. Nie.

Nie wiedziałam, co mam robić. Bo niby skąd? Sama odpowiedziała na swoje pytanie. - Oczywiście, że wiesz, do cholery, ale jesteś za głupia, zbyt uparta i zbyt trudna, żeby mi pomóc, prawda? Cóż, w takim razie pozwól, że cię oświecę, panienko, żeby nie było żadnych wątpliwości. Nie odzywasz się bez pytania. Nie mówisz nic, chyba że cię zapytają. Ale nie do końca o to chodziło. Bo gdyby mnie zapytali, czy Helen mnie bije, miałabym odpowiedzieć, że tak? Gdyby zapytali, czy mnie karmi, miałabym powiedzieć, jaka jestem głodna? Gdyby mnie zapytali, czy mówi mi, że jestem śliczna i czy mnie przytula, czy mogę przyznać, że jej obojętność mnie rani? Wiedziałam, że nie. - Jeśli zapytają, czy dobrze się tobą opiekujemy, odpowiesz „tak". Jeśli zapytają, czy ci się tu podoba, odpowiesz „tak". Jeśli zapytają, czy jestem dla ciebie dobra, odpowiesz „tak". Mają wyjść przekonani, że żyjesz z cholerną świętą, rozumiesz mnie, Donna? Chodziło tylko o pozory, o to, co ludzie pomyślą o Helen, a ja musiałam brać w tym udział. Musiałam pomóc jej udawać - jak na ironię, to właśnie udawaną Helen pragnęłam mieć za macochę, tę, do której prawdziwej Helen tak wiele brakowało. Nie pamiętam, ile było wizyt z opieki społecznej i Barnardo oraz różnych innych instytucji, które się mną interesowały, każda z nich w każdym razie przybierała taką samą formę. W oznaczony dzień dostawałam

jeść - samo jedzenie, świadomość tego, że nie będę głodna, sprawiało, że czułam wdzięczność i przekonanie, że od teraz wszystko się zmieni. Dopiero później uświadomiłam sobie, że posiłki były formą przekupstwa. Czesano mnie i przebierano w czyste ubranie. Znacznie więcej uwagi Helen poświęcała Gordonowi, choć przecież nie on był celem wizyty władz. Jej złoty chłopiec odziany w najładniejsze śpioszki paradował po mieszkaniu jako idealny potomek Helen, dobrej matki. Jeśli więc okazywało się potem, że miałam jakieś wady, to musiał być to mój wrodzony problem, bo przecież Gordon był żywym dowodem na to, jak Helen dobrze sobie radzi. Wiedziałam, co mam robić - wiedziałam, jak odpowiadać na pytania i że mam wystrzegać się udzielania dodatkowych informacji. Gdy wracał tata, Helen informowała go, rzecz jasna, że odstawiłam jedno ze swoich „przedstawień" i że trzeba mnie znowu za to zbić. Trudno mi pojąć, jak ślepy był mój ojciec. Dlaczego nigdy nie zadawał żadnych pytań? Czy niczego nie podejrzewał? Nigdy nie chciał w większym stopniu się zaangażować? Byłam przekonana, że sytuacja ulegnie zmianie, gdy pojawią się Frances i Simon. W Haldane House nie trzymaliśmy się razem przez cały czas, lecz wystarczała mi świadomość, że tam są. Byłam taka mała, że

byli dla mnie po prostu bratem i siostrą, nie zastanawiałam się nad tym, co oznacza „przyrodni", i fakt, że mają innych ojców. Simon i Frances nie byli dziećmi Dona Forda; do dziś dziwi mnie, że ostatecznie ich przygarnął. Podejrzewam, że czuł odpowiedzialność za dzieci mojej mamy; może żywił nadzieję na jej powrót i dlatego starał się utrzymać nas razem. Zakładam, że na pewnym etapie zdał sobie sprawę, że to niemożliwe i że nie będzie w stanie opiekować się trojgiem małych dzieci i jednocześnie pracować - nawet z pomocą nastoletniej Helen Gourlay. Dlaczego jednak razem z Helen podjęli decyzję o ściągnięciu całej naszej trójki na Easter Road? Mieszkałam tam sama od ośmiu miesięcy, a moja sytuacja pogarszała się z dnia na dzień, gdy w końcu do „domu" wrócili Simon i Frances. Kiedy wiele lat później pytałam, dlaczego wszystkich nas „uratowano" z Barnardo, biorąc pod uwagę to, co nas czekało, jeden z członków rodziny wyznał mi, że powód był bardzo prosty. Mieszkanie na Easter Road kupił ojciec Frances dla Bredy. Nie wiem, jak się później miała sprawa własności, ale wiem, że urojona obecność Bredy, mojej matki, nawiedzała Helen do końca. Helen nienawidziła wszystkiego, co mogło przypominać jej poprzedniczkę, więc fakt, że wszyscy mieszkaliśmy w mieszkaniu zakupionym dla Bredy (choć tak naprawdę dla jej córki), mieszkaniu, w którym Breda powiła troje dzieci, w którym kochała mojego ojca, był

dla Helen jak klątwa. Jeśli jednak sama moja obecność była dla niej nie do wytrzymania, po co sprowadzać jeszcze dwoje dzieci, nieposiadających żadnych związków z nią ani z jej mężem? Powiedziano mi, że Helen chciała przeprowadzić się do większego domu, komunalnego, a mieszkanie przy Easter Road wynająć. Taka liczba dzieci zwiększała zapewne szanse na uzyskanie municypalnego lokum. Teraz może się wydawać dziwne, że miasto przyznawało domy komunalne rodzinom mającym mieszkania, ale wtedy najwyraźniej czasy były inne. Akta z Barnardo poniekąd to potwierdzają. Helen nie była więc aniołem spieszącym z pomocą, lecz raczej osobą, która dostrzegła w nas szansę na polepszenie swojej sytuacji życiowej. Byliśmy użyteczni - Frances, Simon i ja na Easter Road, plus dwoje dorosłych i Gordon oznaczało niewiarygodny ścisk, miasto musiało nas poratować. Jej plan jednak nie wypalił. Helen przyjęła Frances i Simona, ale powiedziano jej, że skoro nie są to dzieci mojego ojca, nie mogą zostać zaliczone w poczet naszej rodziny i stąd nie ma szans na przeprowadzkę. To jej popsuło szyki, a my mieliśmy za to zapłacić. Do chwili przybycia na Easter Road Frances i Simona zdążyłam już zapomnieć o większości fantazji na temat idealnego rodzinnego życia. Bazując na własnym doświadczeniu, wiedziałam, że i tym razem nie będzie przyjęcia, ciepłego powitania, baloników przy drzwiach i tortu na stole. W zasadzie w mojej pamięci ten dzień

zlewa się z innymi. W jednej chwili ich nie było, w następnej się pojawili. Pamiętam za to, jakie wrażenie zrobiła na mnie Frances, gdy ją po raz pierwszy po tej długiej przerwie zobaczyłam. Była taka śliczna! Moja przyrodnia siostra miała najwspanialsze na świecie długie ciemne włosy. Marzyłam, by ich dotknąć, a pewnego dnia wyglądać dokładnie tak jak ona. Simon i Frances odbyli obowiązkową rundę po rodzinie, dokładnie tak jak ja, a Helen zebrała należną jej porcję komplementów. Słuchałam tych wszystkich ludzi, jak wychwalają ją pod niebiosa, jak porównują ją do anioła za to, że wzięła na siebie ciężar wychowania dzieci, z którymi nic jej nie łączy, i myślałam o tym, co mi robiła. Zastanawiałam się, jak można być takim ignorantem i pozwalać, aby dzieci spotykały takie złe rzeczy. Czy oni naprawdę niczego nie zauważali? Czy może zauważali wszystko, lecz to nic ich nie obchodziło? Frances i Simona spotkało równie brutalne przebudzenie jak mnie - szybko zrozumieli, że Helen wcale nie jest taką matką, z którą mieli nadzieję zamieszkać. Najpierw pozbawiła włosów Frances. Helen nie mogła znieść w pobliżu siebie niczego ładnego i godnego komplementów, więc pewnego dnia posadziła moją siostrę na stołku w salonie. Chwyciła jej włosy w garść i uniosła je do góry.

- Jesteś z siebie zadowolona? - zapytała. Frances zdążyła się już dowiedzieć, że nie ma właściwej odpowiedzi na pytania, które zadaje Helen. Najlepszą odpowiedzią była cisza, przynajmniej dopóki nie było wiadomo, dokąd przesłuchanie zmierza. Zadowolona ze swoich ślicznych włosów? Masz je po mamusi, prawda? Wszyscy ci mówią, jaka jesteś ładna, tak? Przez cały ten czas Helen podnosiła włosy Frances do góry, owijała je sobie wokół dłoni i opuszczała ją. Dopiero po dłuższej chwili wyjęła z kieszeni nożyczki. - Próżność to okropny grzech, Frances. Okropny. Tak czy inaczej, jestem pewna, że odrosną. Po tych słowach odcięła pukiel jednym gestem. Zrobiła to najgorzej, jak tylko było można. To nie było obcięcie, raczej oskalpowanie. Frances siedziała na stołku i zanosiła się płaczem, a włosy opadały na ziemię wokół niej. Nie było żadnych wątpliwości - Helen zamierzała nienawidzić Frances i Simona dokładnie tak samo, jak nienawidziła mnie. I znów: jaka była rola mojego ojca w tym wszystkim? Musiał widzieć dowody nienawiści Helen, gdy wracał wieczorem do domu. Nie mógł nie zauważyć tego, że Frances została prawie oskalpowana. Przez cały czas się z Helen kłócili, krzyczeli na siebie, więc może poruszali także i takie tematy - jeśli tak, nic się potem nie zmieniało, nic dla nas nie zrobił. Niedługo po tym jak Helen obcięła włosy Frances, zebrała nas w salonie, by nauczyć nas „reguł". Staliśmy

na baczność, z rękami przyciśniętymi do boków, jak mali żołnierze. Helen wygłaszała listę, którą wymyślała w trakcie mówienia - nie odzywaj się niepytany; nie bierz nic bez pozwolenia; nie rozmawiaj z nikim, dopóki nie powiem, że możesz; nie skarż tacie; nie oczekuj, że będę dla ciebie matką. Mówiła i mówiła, ale ja nie słuchałam, wiedziałam już, że w „zasadach" Helen nie ma żadnej reguły i sensu i że nawet zapamiętanie wszystkich cię nie uratuje. Simon i Frances jednak choć już przerażeni - wydawali się wierzyć, że jeśli je spamiętają i będą ich przestrzegać, ich życie stanie się znośne. Wciąż mieli nadzieję. Ja się jej już wyzbyłam. Nasza macocha zupełnie inaczej traktowała ich oboje. Frances miała prawie dziesięć lat, gdy wróciła do domu, Helen miała więc z niej realny pożytek. Poza tym podejrzewam, że trudno było jej zastraszyć najstarszą z nas, choć bardzo się starała, na przykład skalpując ją. Frances była po prostu przydatna. Chodziła na zakupy, do sąsiadów, by załatwiać różne sprawy, przenosiła wiadomości pomiędzy Helen a jej przyjaciółmi. Zabierała dziecko na spacer, a nawet gotowała. Pewnego razu gdy bawiłam się na podwórku, upadłam i skaleczyłam się. Helen, rzecz jasna, nie okazała mi żadnego współczucia - powiedziała tylko Frances, że jeśli chce, może mnie zabrać do szpitala dziecięcego, żeby mnie zbadali. Od kliniki dzieliła nas długa jazda autobusem i pamiętam, jaka byłam dumna z mojej

starszej siostry, gdy znalazła szpital, opowiedziała recepcjonistce o wypadku, a potem zrelacjonowała całe wydarzenie lekarzom. Kilka razy pytano ją o rodziców i chwalono za to, że jest takim dobrym dzieckiem. Musieli uznać za dziwne, że dziesięcioletnia dziewczynka sama opiekuje się młodszą siostrą, ale pozszywali mnie i wróciłyśmy do domu, same. Simon miał zupełnie inną strategię, narzuconą raczej niż wybraną. Frances była użyteczna, ja byłam małym bękartem do bicia, a mój przyrodni brat padł ofiarą drwin Helen. Kpiła z jego wyglądu i robiła mu psikusy, które nie były ani trochę śmieszne, czerpiąc prawdziwą radość z udręki tego chudego, nerwowego, nieśmiałego chłopca. Pewnego dnia wezwała go do salonu. - Najwyższy czas, żebyś się na coś przydał - poinformowała go. Twoja starsza siostra przynajmniej coś robi, jak już trafi do jej tępej głowy, czego się od niej oczekuje. Simon stał przed nią i cały się trząsł. Wyglądał tak jak wtedy, gdy próbował zapamiętać „zasady", jakby zastanawiał się, co powinien zrobić. - Ty też mógłbyś się na coś przydać - oznajmiła Helen. Simon z przejęciem kiwnął głową. - Ubierz się i idź na Easter Road. Nie jestem pewna, do którego sklepu, więc chyba najlepiej będzie, jak wstąpisz do wszystkich. Wejdź do każdego sklepu po drodze i zapytaj

o leworęczny śrubokręt. Tylko tak żeby każdy w sklepie cię usłyszał. I nie wracaj do domu, dopóki go nie znajdziesz. Zrozumiałeś, ty bezużyteczny chłopaku? Słyszałeś? Dotarło do ciebie? Simon przytaknął i wyruszył w swoją upokarzającą podróż. Mogę sobie tylko wyobrazić, co było dalej: drobny chłopiec wchodzący do każdego sklepu przy Easter Road i pytający o coś, co nie istnieje; każdemu mogło się to wydać dobrym żartem, dla nas było to tylko kolejne upokorzenie, spotykające nas ze strony Helen. W końcu Simon wrócił - z pustymi rękami, rzecz jasna. Nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. - I gdzie to jest, głupku? - zapytała Helen. - Gdzie śrubokręt? Simon opuścił głowę. Wstała, podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy. - Och, Simonie. To za mało, prawda? Nie starałeś się, chłopcze. Nie zrobiłeś tego, o co cię prosiłam. Wiesz, co teraz będzie? Simon cały się trząsł. Co będzie musiał zrobić? Podać jej coś, czym będzie mogła go uderzyć? Położyć się, aby mogła go kopać? Pochylić się, żeby mogła go zbić? - Spróbuj na Leith Walk. I pamiętaj, każdy sklep, Simonie, każdy sklep. Gdy usłyszał, że obejdzie się bez przemocy, wybiegł z domu z ulgą. Leith Walk była ulicą równoległą do

Easter Road, prawdziwym centrum handlowym. Na Leith Walk można było kupić wszystko. To samo serce multikulturalnego, nigdy niezasypiającego Edynburga, Simon miał więc zapewne nadzieję, że uda mu się kupić ten mityczny leworęczny śrubokręt. Przejście całej Leith Walk, obu jej stron, było przedsięwzięciem ambitnym nawet jak na dorosłego, ale Simon podołał zadaniu. Gdy kilka godzin później wrócił do domu z pustymi rękami, płakał. Z zawstydzeniem podszedł do Helen. Tym razem nic nie powiedziała - od razu zabrała się do bicia, powtarzając mu, jaki jest bezużyteczny i głupi. Do dziś myślę o wszystkich tych sklepikarzach i ich klientach, którzy zapewne świetnie się bawili, gdy mały chłopiec pytał ich o leworęczny śrubokręt; może myśleli, że to taka dziecięca zabawa, a może że dzieciak próbuje zdenerwować ekspedientów, nikt natomiast nie domyślał się, jaka tragedia kryje się za jego zachowaniem. Powrót Frances i Simona do domu niewiele zmienił w mojej sytuacji. Powinnam była się tego domyślić -Helen nie lubiła obecności dorosłych, gdy wyżywała się na mnie, obecność dzieci jej nie przeszkadzała. Była równie zadowolona, bijąc mnie i krzycząc na mnie przy Simonie i Frances, jak była przedtem. Siedmiolatek i dziewięciolatka nie mogli zrobić nic, by mnie ocalić,

nigdy zresztą nie widziałam, by choć próbowali. Gdy żyjesz w ciągłym strachu, obawiając się bezustannie ciosów, kopnięć i uderzeń pasa - zwłaszcza gdy masz pięć lat, a twoim oprawcą jest dorosła kobieta - myślisz głównie o sobie, nie o innych. To samo zapewne tyczyło się Frances i Simona. Bywały takie dni, że to oni byli świadkami mojego bicia, to znów na moich oczach bito ich. Czasami wpatrywaliśmy się w siebie z przerażeniem, a czasami odwracaliśmy głowy, czując wdzięczność, że tym razem to nie na nas padło. Pośrodku tego wszystkiego był Gordon - miał już dwa lata, obserwował i uczył się. Pewnego dnia, gdy miałam sześć lat, Frances i Simon uciekli z domu. Nie zaproponowali mi, bym do nich dołączyła, albo byłam zbyt przerażona, by to zrobić - nie pamiętam - przypominam sobie natomiast, jak przyprowadziła ich policja. Helen odgrywała rolę zaniepokojonej i szczęśliwej - jednak gdy tylko za funkcjonariuszami zamknęły się drzwi, wszyscy troje dostaliśmy lanie, a potem kazano nam umyć podłogi w całym mieszkaniu. Przez cały ten czas Helen stała nad nami i krzyczała, byśmy nigdy nie nazywali jej „mamą", bo nią nie jest i nigdy nie będzie. Innym razem stałam w swoim pokoju twarzą do ściany, Bóg jeden wie, jak długo, gdy nagle usłyszałam, że Helen mnie woła. Siedziała w salonie, natychmiast tam

poszłam, w samym podkoszulku i majtkach. Nigdzie nie było śladu Frances i Simona, a Gordon siedział obok matki na podłodze. Helen spojrzała na mnie. Nigdy nie pokazywała po sobie emocji (nawet gdy się wściekała, jej oczy pozostawały puste). Jakby potrafiła opuścić swoje ciało i w takim stanie rządzić moim życiem zgodnie z wymyślonymi regułami. Może taką właśnie strategię mają zwyrodnialcy - może jakaś ich część musi się wyłączyć, nie mogąc znieść okrucieństwa wobec dzieci. A może to dla nich chleb powszedni i po prostu nie zwracają na to uwagi. Tym razem było inaczej -jej głos się zmienił, przeczucie mówiło mi, że kontroluje się jeszcze mniej niż zazwyczaj, i ze strachu wszystkie włoski na moim ciele stanęły dęba. Nie wiedziałam, co robić. Nadchodziło coś strasznego, czułam to. Coś nowego. Coś, co dopiero wymyśliła. Czy mam płakać? Zacząć ją błagać, by przestała, nie wiedząc, jaki jest jej zamiar? Mam się roześmiać? Sprzeciwić? Co bardziej ją rozgniewa? Co ją udobrucha? Nawet jako dorosła nie wiedziałabym, jak się zachować w obecności kogoś takiego, sama więc idea, że sześciolatka mogłaby sobie z nią poradzić, jest śmieszna. A mimo to cały czas próbowałam obrać jakąś strategię. I za każdym razem miałam nadzieję, że uda mi się zrobić coś, co przemieni tę kobietę w kogoś innego - coś innego - bardziej ludzkiego. Spojrzała na mnie chłodno, w jej oczach coś mignęło.

- Podejdź to, Donno - powiedziała, wyciągając dłoń. - Chodź tu na minutkę. Musiałam wziąć ją za rękę, musiałam z nią pójść. Już sama pespektywa kontaktu - niezależnie od tego, co czekało mnie na końcu - była zbyt kusząca, by się jej oprzeć. Zaciągnęła mnie do przedpokoju. Zamierzała wyjść ze mną na korytarz. Może chciała zapukać do drzwi państwa Woodsów. Może zamierzała im powiedzieć, że jestem niegrzeczna i przynoszę jej wstyd. Wyglądało na to, że taki właśnie ma plan, gdy ciągnęła mnie za rękę korytarzem. Minęłyśmy jednak ich drzwi i zaczęłyśmy wchodzić po schodach. Dokąd idziemy? Nie może wyprowadzić mnie na dwór w samej bieliźnie, prawda? Ludzie by się dowiedzieli, dowiedzieliby się, że nie zachowuje się jak miła, dobra mamusia. Nie wychodziłyśmy na zewnątrz. Podeszłyśmy do drzwi komórki na węgiel. Kucnęła obok mnie. - Spójrz, Donno. Wiesz, co tam jest? Kiwnęłam głową. Wiedziałam, że to piwnica na węgiel, i powiedziałam jej o tym. - Taka jesteś sprytna, tak? - prychnęła. - To nie tylko piwnica na węgiel, Donno. To miejsce, w którym zamyka się niegrzeczne małe dziewczynki. Wredne, złe, małe wiedźmy, takie jak ty. Paskudne bękarty, które nie zasługują na dobre rzeczy, zamyka się w piwnicach na węgiel, Donno, a one nigdy nie wiedzą, czy uda im

się z nich wyjść. Może nikt się nie dowie, że tu jesteś, Donno. Może zapomnimy, że trzeba cię stąd wypuścić. Drżałam. Trzęsłam się. To teraz tym będzie mi grozić? Cóż, wygrała. Przyłapała mnie. Zrobię wszystko, wszystko, co tylko w mojej mocy, wszystko, co wymyśli, byle tylko tam nie wchodzić. Spojrzała na mnie. - Chodźmy, Donno. Wiedziałam, że gdy wrócimy do mieszkania, zdobędę się na odwagę i zapytam ją... bo tam przecież szły-śmy... zapytam ją więc, co mam robić, by nigdy, przenigdy nie trafić do tego miejsca. - No, chodź - powtórzyła. Uświadomiłam sobie, że wcale nie wracamy do domu. Helen ciągnęła mnie powoli do komórki. To tam mnie zabierała. To nie była groźba. Ani ostrzeżenie. To był fakt. Zamierzała mnie tam zamknąć. Drewniane drzwi zaskrzypiały, gdy włożyła klucz do zamka. Zaczęłam płakać. Nie mogłam się powstrzymać. Wiedziałam, że to może ją jeszcze bardziej rozzłościć, ale byłam tak przerażona, że po prostu nie mogłam się opanować. Tuż za drzwiami były drewniane stopnie w dół, w mroczną, wilgotną, zakurzoną, brudną otchłań. Próbowałam chwycić się kurczowo jej ręki, ale jakie miałam szanse? Wyrwała się, popchnęła mnie w dół i uśmiechnęła się. - Dobrej zabawy, Donna. Dobrej zabawy.

Zamknęła drzwi. Zamarłam, czekając, aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. One jednak nie potrafiły. Nie mogły. Wokół mnie nie było nawet promyka światła, na którym mogłabym się skupić. Byłam przerażona, samotna, smutna i obolała (bezustannie byłam wtedy obolała), w miejscu, w którym mogłam zostać na zawsze. Przerażenie i uczucie samotności były obezwładniające - tylu dorosłych boi się ciemności, a to mnie zamknięto w ciemnej lodowatej piwnicy, mnie, małą, niedożywioną, niekochaną i bitą. Cały czas odtwarzałam w myślach szczęk klucza w zamku. O czym mogłabym pomyśleć? Jak mam to przeżyć? Zaczęłam myśleć o słońcu, o życiu na zewnątrz. Byłam pewna, że jeśli się skoncentruję, wyobrażę je sobie i zapomnę o tym, co mnie otacza. Powstrzymywałam się od krzyku - wiedziałam, że Helen może być na zewnątrz i że to ją jeszcze bardziej rozzłości. Wiedziałam, że nie mogę się zmoczyć ani ubrudzić - jeśli to zrobię, ona wytrze mi ubraniem twarz, krzycząc, że jestem odrażająca. Co więc mi pozostało? Jak miałam odmierzać czas, nie wiedząc, czy upływają minuty czy godziny? A może, Boże broń, dni? Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej podupadałam na duchu - przecież nikt nie wie, że ona mnie tu zamknęła! Może powiedzieć, że uciekłam. Może mnie tu zostawić na zawsze -żebym umarła w tym piekle.

Musiałam wierzyć, że to kwestia kilku sekund, choć moja głowa i serce krzyczały, że ona nigdy mnie nie wypuści. Musiałam sobie poradzić. Przecież to tylko ciemność, prawda? Nikogo tu nie ma. Nikt mnie nie bije i nie kopie. Na pewno sobie poradzę. Potem usłyszałam hałas. Z początku wmawiałam sobie, że to moja wyobraźnia. Zaczęłam cicho mruczeć pod nosem urywki piosenek, które słyszałam w radiu. Nie mogłam śpiewać na głos, bo bałam się, że Helen jest za drzwiami. Mruczenie nie zagłuszało jednak dźwięków, które na pewno słyszałam. Nie w głowie - to było coraz głośniejsze, coraz gwałtowniejsze. I było coraz bliżej. Szuranie. Drapanie. Dotyk mokrych nosów na gołych łydkach. Mokrego futra na goleniach. Słyszałam niuchanie i wścibskie ciałka, próbujące zidentyfikować intruza. Byłam otoczona. Nie mogłam się skupić na niczym innym poza szuraniem łapek tuzinów szczurów. Nabierały pewności, a ja musiałam radzić sobie nie tylko z ich obecnością i węszeniem, ale i z piskiem, który wypełnił piwnicę. Chyba pojęły, że jestem słaba i nie stanowię dla nich żadnego zagrożenia, bo zaczęły walczyć o odzyskanie terytorium. Piski nie milkły. Byłam całkowicie przerażona, gdy wypełniały mi uszy. Czy mnie ugryzą? Co mi zrobią, jeśli zostanę tu na kilka dni? Tygodni? Czułam ich futerko na nogach, ale gdy opadłam z sił, musiałam usiąść, choć wiedziałam, że dzięki temu łatwiej

im będzie się na mnie wdrapać. I zrobiły to. Po kilku minutach miałam je już wszędzie. Siedziałam na ziemi z dłońmi przyciśniętymi do oczu i łkałam cicho wstrząsana spazmami, gdy obrzydliwe szczury wspinały się na mnie w nieprzeniknionych ciemnościach. Nagle całe moje dotychczasowe życie wydało mi się znośne. Uderzenia w policzek palcami pełnymi pierścionków, które zostawiały zadrapania na mojej skórze. Obelgi i krzyki, a potem zesłania do łazienki. Wszystko było lepsze niż to, co właśnie przeżywałam. Przyszła po mnie wiele godzin później. Drzwi uchyliły się cicho. Nic nie powiedziała, czekała tylko, aż zdołam wstać i wspiąć się po schodach. Zataczając się, dotarłam do mieszkania, w którym nie padło ani jedno słowo. Uciekłam do pokoju ze świadomością, że w repertuarze Helen pojawiło się coś nowego, coś jeszcze bardziej przerażającego. Stanęłam przy ścianie, przemarznięta i zszokowana, i spojrzałam na nią, gdy zamykała drzwi. - Strasznie śmierdzisz, wiedźmo - syknęła. Mijały dni, tygodnie i miesiące. Pierwsze Boże Narodzenie z rodziną spędziłam w tej piekielnej norze. Była to dla mnie ponura zapowiedź wszystkich kolejnych świąt i urodzin. Nikt nie zdołałby przetrwać terroru, którego padałam ofiarą w tamtym domu. Bicie

i nienawiść towarzyszyły mi codziennie - powód zawsze się znajdował, mogło być już tylko gorzej. Gdy sięgam pamięcią wstecz, zastanawiam się, jaka była rola mojego ojca w tym wszystkim. Czy naprawdę niczego nie dostrzegał? Byłam taka chuda, pokryta sińcami i przerażona, że teraz, jako rodzicowi, wydaje mi się śmieszne, że ojciec mógłby takich rzeczy nie zauważyć. Może więc widział, ale nie dbał o to. A może wybierał ślepotę. Bardzo dużo czasu spędzał w pracy. Kiedy wracał, musiał stawić czoło Helen, która krzyczała, że jest nieszczęśliwa, że mamy mało pieniędzy, że on musi pracować ciężej, brać więcej nadgodzin, znaleźć jeszcze jedną posadę. Może więc po prostu się wyłączał. O mnie rozmawiała z nim tylko po to, by narzekać. Byłam zepsuta do szpiku kości. Śmiesznie na nią patrzyłam. Byłam trudna. Mówiła mu, że „nie może mieć pojęcia", jaka jestem okropna. I miała rację. On przecież o niczym nie miał pojęcia. Jak dorosły mężczyzna mógł nie zauważyć, że Frances została oskalpowana? Że Simon żyje w ciągłym strachu? Że ja przymieram głodem? Mój ojciec nie jest bez winy, a ja nigdy nie dowiem się, na ile brał udział w piekle, które zgotowała mi Helen. Gdy miałam siedem lat, na świat przyszło kolejne dziecko Helen i Dona. Tym razem nie miałam żadnych złudzeń. Gordon miał już cztery lata, a przy Helen stał się okropny. Nie podejrzewałam, by Andrew, nasze nowe dziecko, mógł być inny.

Coś jednak miało się zmienić. Nasza rodzina była coraz większa, jednak zapowiedź przeprowadzki dla wszystkich była zaskoczeniem - bardzo miłym zresztą. Nie przenosiliśmy się daleko - ledwie kilkaset jardów, do innej części Easter Road. Nasz nowy dom stał przy Edina Place i dla mnie był obietnicą nowego początku. Wierzyłam, że życie rodzinne, o którym marzyłam w Haldane House, magicznie się objawi, gdy opuścimy piekło przy Easter Road. Miałam osiem lat, gdy się przeprowadziliśmy; wiedziałam tylko, że w nowym domu będziemy mieć więcej miejsca. Przy piątce dzieci była to wspaniała nowina. Trzy lata od powrotu na Easter Road spędziłam, żyjąc w ciągłym strachu. Helen nie nazywała mnie inaczej niż „bękartem" i „małą wiedźmą". Nawet w szkole nie mogłam odpocząć. Helen co do sekundy oszacowała czas potrzebny na dojście do niej i powrót. Mówiła mi, kiedy mam wyjść, i dopilnowywała, bym nie miała czasu na zabawy ani guzdranie się. Dokładnie wiedziała, kiedy mam wrócić, i czekał mnie ciężki los, jeśli choć odrobinę się spóźniłam. Nie miałam ani chwili oddechu. Cały mój świat kręcił się wokół strachu przed moją macochą i przed tym, co mi zrobi, jeśli się spóźnię. Jakaś część mnie miała nadzieję, że przeprowadzka do nowego domu zajmie ją na tyle, by dała mi trochę przestrzeni, bym mogła robić to, co dziewczynki w moim wieku. Nie spodziewałam się wiele ale nawet to miało mi nie być dane.

Helen doprowadziła do perfekcji swoje okrutne metody, ale na Edina Place miałam się przekonać, że zyskała jeszcze więcej swobody. Łatwiej mogła mnie więzić, nie zwracając na siebie uwagi innych. Nowy dom, który miał stać się dla mnie nowym początkiem, oznaczał tylko inny rodzaj piekła. Przeprowadziliśmy się sami, zaganiając do pomocy rodzinę, kolegów taty z pubu i innych znajomych, którzy tego dnia byli wolni. Teraz zapewne rodzina, która przeciąga cały swój dobytek z jednej strony ulicy na drugą, wyglądałaby śmiesznie, wtedy było to dosyć powszechne. Wózek, który i tak już wiele przeszedł, został naszym wozem przeprowadzkowym. Ładowaliśmy na niego tyle, ile zdołał udźwignąć, obwiązywaliśmy sznurkami i przeciągaliśmy do nowego domu raz po razie. Nie było przerw, ludzie wchodzili i wychodzili, pomagając na tyle, na ile mogli. Zapamiętałam ten dzień dosyć dobrze, bo nie było wtedy bicia, Helen miała zbyt szeroką publiczność. Moje życie na Easter Road koncentrowało się wokół kar i zastanawiania się, co mnie czeka, za każdym razem gdy ona się do mnie zbliżała. Przemoc fizyczna i psychiczna narastała bezustannie. Gdy patrzę na to z pespektywy czasu, dostrzegam, że sytuacja nas wszystkich była bardzo napięta. Nic nie usprawiedliwia uczynków mojej macochy, ale żyła przecież w malutkim mieszkaniu z dwojgiem niemowlaków i trojgiem

dzieci, które większość życia spędziły w domu dziecka. Każdemu byłoby ciężko. Jeśli dodamy do tego szczególną nikczemność Helen, dostrzeżemy, że była krok od załamania. A złamać chciała mnie.

ROZDZIAŁ

6

N OWY POCZĄTEK 1967 Serce zaczęło tłuc mi się w piersi, gdy zobaczyłam Edina Place. Czułam, że to właśnie tu wszystko się zmieni. Dom wydał mi się ogromny. Była to kamienica czynszowa i choć nad nami mieszkała jeszcze jedna rodzina, my dostaliśmy główne mieszkanie, co oznaczało, że nie musimy się z nikim dzielić schodami. Były nasze. W moich oczach to dodawało nam wykwintności. Ten typ zakwaterowania był, i nadal jest, bardzo popularny w Edynburgu. Układ mieszkania jest istotny z punktu widzenia tego, co mi się potem przydarzyło. Po przekroczeniu progu wchodziło się do przedsionka z podłogą z lastryko. Płytki były naprawdę piękne, pasowały do reszty wnętrza, które było nieskazitelnie czyste, gdy

się wprowadzaliśmy. Przed nami żyło tam starsze małżeństwo i było widać, że było niezwykle dumne z tego domu. My mieliśmy to wszystko zniszczyć. Przedsionek od przedpokoju oddzielały szklane drzwi. Po lewej był pierwszy pokój, w którym urządzili sobie sypialnię Helen i tata. Pokój był duży, z oryginalną stolarką i wciąż czynnym kominkiem. Już sam rozmiar pokoju wystarczył, by mnie oszołomić - efekt potęgowały jeszcze witraże w oknach. Były cudowne, przedstawiały ptaki wszystkich gatunków. Można je było wyjąć do mycia, co oznaczało jednocześnie, że z łatwością można było je też sprzedać. Dolna część szyb była matowa, by zapewnić prywatność mieszkańcom, a nad oknami wisiały urocze karnisze. Za sypialnią był kredens, którego tato używał przede wszystkim jako składziku. Tata uczył się na politurnika, miał więc mnóstwo narzędzi i wiecznie majsterkował, próbując - z mizernym skutkiem - naprawiać różne rzeczy w domu. Rzadko kończył to, co zaczynał, i przez niego każde nasze mieszkanie wyglądało po jakimś czasie na zaniedbane. Za kredensem była spiżarnia. Gdy się już urządziliśmy, wstawiliśmy tam kuchenkę i piecyk elektryczny. Te pomieszczenia są nieistotne. Były częścią mojego nowego domu, ale nie odgrywały żadnej roli w moim życiu. Były tam jednak pomieszczenia, na których wspomnienie czuję grozę do dziś. Na końcu korytarza, dokładnie naprzeciwko drzwi wejściowych, znajdowała

się łazienka. Do dziś wzdrygam się na samą myśl o niej. Helen już dawno zademonstrowała, jak bardzo lubi włączać łazienkę do swojego systemu kar - w przypadku tej posunęła się jeszcze dalej, zamieniając moje życie w koszmar. Aby lepiej to zrozumieć, trzeba się cofnąć do drzwi wejściowych, bo łazienka dzieliła dom na pół. Po prawej stronie od drzwi wejściowych była sypialnia chłopców - spali w niej Simon, Gordon i Andrew. Pokój miał regularny kształt, a w lewym rogu drzwi do pakamery -sypialni mojej i Frances. Ta pakamera miała się stać centrum mojego wszechświata. W epoce wiktoriańskiej musiała być garderobą i miała dla nas osobliwy urok, gdy się do niej wprowadzałyśmy. Jeden z projektów mojego taty miał zasadniczy wpływ na pomieszczenie, którego więźniem miałam się stać. Niedługo po naszej przeprowadzce tata postanowił obniżyć sufit w holu. Chyba chciał tam stworzyć pawlacz na rzeczy, które zbierał. Ograniczył się jednak do wniesienia do mieszkania ogromriych belek nośnych, których nigdy nawet nie przyciął do właściwego rozmiaru, a które trafiły do pakamery. Następne drzwi z korytarza wiodły do pakamery, za którą był jeszcze jeden kredens. Ostatnie drzwi po prawej prowadziły do salonu. W salonie była wnęka, która łączyła się z kredensem, a przez niego z pakamerą. Tak więc do pakamery, która teoretycznie była „moim" pokojem, prowadziły dwa wejścia - z pokoju chłopców i z salonu.

Poza pokojami było tam jeszcze jedno istotne z mojego punktu widzenia miejsce. Za sypialnią Helen była piwniczka. Wiele razy tata mnie tam prowadził, gdy Helen krzyczała, że „potrzebuję" porządnego lania. W każdej chwili mogę w myślach wrócić do mojego pokoju. Był długi, wąski i miał wysoki sufit. Moje łóżko stało przy drzwiach do sypialni chłopców, drugie po drugiej stronie. Wystrój pokoju był staroświecki, lecz w dobrym stanie. Mój tata i Helen, którzy uwielbiali przerabiać wszystko na swoje kopyto, postanowili go obić drewnem. Nienawidziłam tego - i nienawidzę do dziś. Całe dnie spędzałam w tym pokoju, wpatrując się w ostre sterczące kawałki drewna. Nie znoszę żadnych ozdobnych ścian, bo jako dziecko męczyłam się wśród nich. Tam gdzie nie było drewna, położyli tapetę w róże, błyszczące i różowe. Wkrótce po przeprowadzce Helen wróciła do odsyłania mnie do pokoju, bym w nim godzinami stała twarzą do ściany. Śledziłam wzory róż palcami w tysiącach wędrówek. Podłogi nie niosły żadnej ulgi. Nie mieliśmy dywanów ani chodników, tylko gołe surowe deski. Zimne i nieprzyjazne, jak wszystko inne. Frances zamieszkała ze mną w tym pokoju, ale nie na długo poczułam się bardzo samotna, gdy odeszła. Chyba przez to, że była najstarsza, Frances była dla Helen również najtrudniejsza do kontrolowania. Kiedy moje przyrodnie rodzeństwo wróciło z Barnardo do domu, Helen próbowała ustawić je do pionu dokładnie

tak jak mnie. Poczuło na sobie jej ciężką rękę. Frances i Simon byli bici i popychani. Simon kulił się ze strachu, lecz znalazł sposób, by sobie z tym radzić, a Frances zaczęła pyskować. Przerażała mnie. Chciałam być równie odważna, ale bałam się tego, co Helen może zrobić, dlatego byłam tak cicha, jak to tylko możliwe - nie narzekałam na kary, na niesprawiedliwość, nie płakałam. Frances krzyczała. Krzyczała i następowała Helen na stopy. A w końcu uciekła. Znikała, gdy mieszkaliśmy na Easter Road, a raz uciekła z Simonem, jak już wspominałam. Po przeprowadzce jej ucieczki stały się coraz częstsze. Nie mam pojęcia, co się z nią działo, jak ona widziała swoje życie, mam tylko nadzieję, że nie doświadczała takiego piekła jak ja. Pewnego dnia zniknęła, nigdy więcej jej nie zobaczyłam. Nie mieszkała na Edina Place długo, a czas, który tam spędziła, obfitował w ucieczki i wizyty policji. Nie wiem, dokąd uciekła mam tylko pytania. Niezależnie od wszystkiego rezultat był jeden - ona zniknęła wkrótce po przeprowadzce, a ja zostałam w pakamerze sama. Samotność wypełniała wtedy moje dni - nie wiedziałam jeszcze, że niedługo za nią zatęsknię, że będę wolała być sama, niż padać ofiarą chorego zainteresowania innych. W moich wspomnieniach z Edina Place nie ma wiele rodzinnych wydarzeń, bo zazwyczaj nie uczestniczyłam w niczym, co przypominałoby rodzinne życie.

Helen musiała być w doskonałym humorze, by wpuścić mnie do salonu. Tuż po przeprowadzce zapanowało pewne rozprężenie, ale wkrótce wszystko wróciło w przerażające utarte koleiny. Dni szkolne wyglądały mniej więcej tak samo. Zrywałam się z łóżka, gdy tylko usłyszałam hałasy w mieszkaniu, żeby nie dać jej szansy z samego rana na mnie wrzeszczeć. Od przebudzenia towarzyszyły mi mdłości. Nie musiałam mieć chorego żołądka, wystarczyło, bym zaczęła się zastanawiać, w jakim humorze wstała Helen. Czy to mój szczęśliwy dzień i tylko trzepnie mnie kilka razy w ucho bądź w skroń, zanim wyjdę? Czy będzie mi grozić? „Zaczekaj. Tylko. Aż. Wrócisz. Ze. Szkoły". Słowa sączyły się z niej. Szeptała je do mnie, by wisiały nad moją głową przez cały dzień. Na samą myśl, że ona przez cały dzień będzie hołubić w sobie ten gniew, miałam dreszcze. Nie mogłam potem skupić się na niczym innym, bo wiedziałam, że czeka mnie coś jeszcze gorszego niż poprzedniego dnia. Potrafiła każdy drobiazg wykorzystać, by jeszcze bardziej mnie upokorzyć. - Nie będzie ci to potrzebne - śmiała się, wyciągając z oprawki spaloną żarówkę w moim pokoju. Następną miałam otrzymać dopiero po jej zniknięciu. - A po co ci klamka? Przecież i tak nigdzie się nie wybierasz rechotała, usuwając klamkę z wewnętrznej strony drzwi, jedyne narzędzie, bym mogła sama wydostać się z pokoju.

Trzymała mnie na uwięzi. Kontrolowała. Upewniała się, że wiem, kto tu rządzi. Zawsze. Nie pamiętam konkretnych dat jej poszczególnych okrucieństw. Nie prowadziłam pamiętnika. Nie zapisywałam wszystkiego. Wiem tylko, że fizyczna, psychiczna i emocjonalna przemoc narastała od chwili naszej przeprowadzki aż po dzień, w którym w końcu odeszła. Gdy spoglądam na to z pespektywy czasu, jako dorosła, widzę swoją przeszłość w migawkach. Mam w pamięci sceny, które wciąż mnie szokują i mogą w jednej chwili cofnąć mnie do tamtych dni. Pamiętam Easter Road, Edina Place, szkołę, weekendy i wakacje, ale jeden element pozostaje niezmienny okrucieństwo, bicie, obsesyjna potrzeba kontrolowania żywiona przez Helen, która skłaniała ją do wyrządzania takiej krzywdy dziecku bez mrugnięcia okiem. Ogromną rolę w tym wszystkim odgrywało jedzenie. Do dziś płacę za te lata wczesnego dzieciństwa, kiedy byłam głodzona i torturowana. Nie wiem, jak bym się rozwijała, jak duża bym urosła, ale wiem, że do dziś nie potrafię jeść tak jak inni ludzie. Gdy zawieram nowe znajomości, ludzie myślą, że mam zaburzenia żywienia, bo jestem bardzo szczupła i mam problemy, które rzucają się w oczy, gdy ktoś spędzi ze mną jakiś czas. Niekiedy wolę, by tak myśleli, bo i niby jak miałabym im to wyjaśnić? Moja macocha mnie głodziła. Traktowała mnie gorzej niż psa. Karmiła mnie resztkami, a ja kradłam jedzenie, jeśli tylko nadarzyła się okazja.

Jedzenie było dla Helen bronią, jedną z wielu w jej podręcznym arsenale. Zaczęło się już na Easter Road, ale przybrało na sile na Edina Place. Przez większość czasu stałam nieruchomo w swoim pokoju, śledząc palcami wzory z róż na ścianie, albo w łazience, półnaga, zmarznięta i przerażona. Przysłuchiwałam się, jak inni zasiadają do podwieczorku. Czułam zapach przygotowywanych potraw, słyszałam, jak nakrywają do stołu. Po niedługim czasie widelce zaczynały skrobać o talerze - odgłosy normalnego rodzinnego życia. Fasada normalności - bo jeden członek tej rodziny był całkowicie izolowany. Słyszałam szuranie krzeseł i wiedziałam już, co nadchodzi. - Ty! - krzyczała Helen. - Chodź tu natychmiast! Zażenowana tym, że mam na sobie tylko majtki i podkoszulek, drżąca i żałosna, podchodziłam do niej. - Cóż, i co my dziś z tobą zrobimy? Jak myślisz, Gordon? Na co zasłużyła? Potem Helen wdawała się w długą dyskusję z Gordonem na ten temat. Wiedziała, on także wiedział, że nie zrobiłam nic, by „zasłużyć" na karę. Na pewno nie zasługiwałam na głodzenie. Był to jednak rytuał, który oboje zdążyli polubić. Decydowali o moich porcjach. - Była dziś bardzo niegrzeczna, mamusiu - podjudzał ją Gordon. Chyba nic nie powinna dostać. Śmiali się do siebie, a potem zaczynali przetargi. Czy zasługiwałam na całą porcję? Rzadko. Pół porcji? Ćwierć porcji? Byłam wdzięczna za wszystko. Jeśli

zdecydowali, że zasługiwałam na pół czy też ćwierć porcji, odsyłano mnie do pokoju, a wkrótce potem zjawiał się Gordon, otwierał sobie drzwi kopniakiem i rzucał mi jedzenie. Jeśli upadło na podłogę, zupełnie się tym nie przejmowałam. Potrafił nawet do niego napluć, co także mnie nie odstręczało. Pół porcji to był plaster mielonki, kilka frytek, może łyżeczka spaghetti. Ćwierci prawie nie było widać na talerzu. Nawet jeśli nic nie dostawałam, „pozwalano" mi potem pozmywać naczynia, gdy cała rodzina rozchodziła się do swoich zajęć. Nie sprzeciwiałam się, bo podczas pracy mogłam się rozgrzać, a jeśli Helen traciła czujność, mogłam ukraść resztki z talerzy, zanim wyrzucono je do kosza na śmieci. Tak wyglądało moje życie. Pokój bez światła. Drzwi bez klamki. Brzuch bez jedzenia. Trwanie przez wiele godzin w bezruchu. Brak przyjaciół. Brak miłości. I ojciec zawsze nieobecny. Nie wolno mi było wychodzić z pokoju, chyba że ona mnie z niego wypuściła. Nie wolno mi było jeść, chyba że ona coś mi wydzieliła. Była moim oprawcą i nie pozwalała mi zapomnieć, że jestem od niej całkowicie zależna. Próbowałam kraść jedzenie, ale nie miałam nawet jak. Założyła kłódkę na drzwiach do spiżarni i do kredensu. Mimo niebezpieczeństw wypracowałam system dostawania się do środka, chociaż rzadko miałam odwagę, by go użyć. Byłam tak zdesperowana, że wykradłam nóż z salonu, nóż do steków z brązową rączką. Nauczyłam się poluzowywać

mosiężne okucie i tak otwierać sobie drzwi. Stawałam na krześle, zdejmowałam skobel i wchodziłam do spiżarni. Brałam kilka ciastek, kawałek chleba, garść płatków kukurydzianych. Upychałam to w kieszeniach spodni. Potem wszystko przywracałam do pierwotnego stanu i wracałam do łóżka, gdzie mogłam nasycić się tym, co zdobyłam, pod kocem, najciszej jak umiałam, z sercem tłukącym się w piersi. Pomimo strachu czułam, że tym razem to ja wygrałam. Pokonałam Helen w jej własnej grze - nawet jeśli te kilka okruchów zaledwie łagodziło odczuwany ciągle głód. Jeśli nie byłam w swoim pokoju, głodna i obolała, przebywałam w szkole. Miała być dla mnie ulgą, wybawieniem, ale nie była. Byłam autsajderem. Nie miałam przyjaciół, z wielu powodów. Nie wolno mi było odwiedzać innych dzieci w domach. Nie otrzymałam też nigdy pozwolenia, by kogoś przyprowadzić do nas. Źródłem mojego wykluczenia było jednak to, w co zamieniła mnie Helen. Śmierdziałam. Zawsze śmierdziałam moczem. Gdy stałam całymi godzinami w łazience, nie wolno mi było skorzystać z toalety. Jeśli nie mogłam wytrzymać, musiałam się zmoczyć. Nie wolno mi było potem się przebrać. Helen uwielbiała wycierać mi buzię śmierdzącymi majtkami, upewniając się, że trzyma mnie na tyle mocno i blisko źródła tego odoru, by wywołać u mnie mdłości. Potem musiałam te majtki założyć

z powrotem. I nosić je następnego dnia, jako powód do wstydu. Czasami zdobywałam się na odwagę, wymykałam w środku nocy do łazienki i próbowałam wyprać z nich ten zapach. Zostawiałam je do wyschnięcia z nadzieją, że odór zniknie. To jednak nigdy nie zadziałało. Byłam brudna i śmierdziałam. Dzieci żerują na słabościach swoich rówieśników. Ja byłam dziewczynką, która śmierdzi moczem. Inni zatykali nos, gdy przechodziłam obok nich, albo narzekali głośno, gdy nauczycielka kazała im ze mną usiąść. Skąd mieli wiedzieć? Nauczyciele myśleli pewnie, że moczę się specjalnie, albo Helen im to wmawiała - chyba nie mieli pojęcia, że to efekt jej działań, lub w ogóle ich to nie obchodziło. Jeśli nie było szkoły, zostawałam w domu, zazwyczaj w łazience, za złamanie jednej z wyimaginowanych zasad. Czasami wzywano mnie do salonu po wielu godzinach, zazwyczaj po to bym wykonała jakąś pracę - przeważnie chodziło o prasowanie, czasami o pozbieranie prania, które musiałam potem zanieść do łazienki i udeptywać w wannie, aż bolały mnie nogi. Jeśli nie byłam karana, sprzątałam. Kazano mi myć podłogi szczoteczką do paznokci, szorować okna, aż nabawiłam się odmrożeń, prać w zimnej wodzie w środku zimy w samym podkoszulku i majtkach - tak desperacko pragnęłam wyjść z tej łazienki, że nawet te tortury wydawały mi się wybawieniem. Tuż po przeprowadzce na Edina Palce stało się jasne, że Helen będzie korzystać z łazienki jako formy kary

dla mnie równie często, jak robiła to na Easter Road. Miała obsesję na punkcie tego pomieszczenia. Gdy dorosłam, często zastanawiałam się, co przeszła Helen jako dziecko, że zamieniła się w potwora, który zniszczył moje dzieciństwo. Rozwiązanie musiało ukrywać się właśnie w łazience. Cokolwiek jej zrobiono, cokolwiek wycierpiała, musiało wydarzyć się właśnie tam, gdzie zdecydowała się upokarzać mnie. Pamiętam, jak stałam całymi godzinami z rękami przyciśniętymi do boków. Łazienki w starych domach są takie zimne, takie nieprzyjazne. Nawet jeśli wiodło się szczęśliwe, normalne życie, i tak trzeba było jak najszybciej wbiec tam i wybiec zaraz po „załatwieniu sprawy". Ja zostawałam tam znacznie dłużej - przysięgłabym, że nawet ona zapominała często, z jakiego powodu. Jak już mówiłam, ironia polegała na tym, że nie wolno mi było skorzystać z toalety w łazience, w której byłam więziona. Czasami błagałam Helen, zaklinałam ją, że naprawdę, naprawdę muszę iść i że zrobię wszystko, by mi pozwoliła. Szybko nauczyłam się, że to jeszcze bardziej ją irytuje i że jeśli poproszę, zostanę bez szans. Poddałam się więc. Upokorzenie, smród następnego dnia stały się moją drugą naturą. Jeśli się ruszałam, krzyczała, że wszystko słyszy i że „dostanę za swoje". Byłam święcie przekonana, że słyszy, bo ja słyszałam wszystko, co się działo w jej części domu. Dźwięk telewizora stanowił tło mojego życia, a nigdy nie obejrzałam żadnego programu. Teraz, w erze weekendowych

powtórek, często widzę zapowiedzi audycji doskonale znanych moim rówieśników, które ja rozpoznaję tylko po muzyce towarzyszącej torturom, jakich doznawałam od macochy. Myślałam, że na Easter Road było źle, ale nienawiść Helen ujawniła się w pełni dopiero na Edina Place. W łazience przyciskała moją twarz do lustra. - Spójrz na siebie - syczała. - Spójrz na tę paskudną buzię. Jesteś małą wiedźmą, Donna. Paskudną małą wiedźmą, taką samą jak twoja matka. Nie rozumiem, jak możesz znieść spojrzenia innych ludzi. Musi im się przewracać w żołądku na twój widok. Jesteś zupełnie bezużyteczna, zepsuta do szpiku kości i zła. To wszystko przez twoją brzydotę. Na twojej buzi widać to, co masz w środku. Wierzyłam jej. Nie mogłam spojrzeć w lustro, gdy wpychała w nie moją twarz, bo bałam się tego, co mogę zobaczyć. Jeśli jesteś taka brzydka, że nie kocha cię nawet ten, kto zdaniem wszystkich innych jest dobry i miły, to jak możesz spojrzeć sobie w twarz? Byłam chudą Donną, zagłodzoną małą dziewczynką. Byłam śmierdzącą Donną, dzieckiem, które sikało w majtki i obok którego nikt nie chciał usiąść. Byłam niegrzeczną Donną, dzieckiem ocalonym z sierocińca, ale tak niedobrym, że niezasługującym na dobroć. Byłam brzydką, brzydką, brzydką Donną, małą wiedźmą tak paskudną, że nie potrafiłam nawet spojrzeć w lustro, gdyż bałam się tego, co zobaczę.

Nie mogłam przeglądać się w lustrze jeszcze wiele lat po odejściu Helen. Dopiero niedawno obejrzałam swoje zdjęcia z dzieciństwa. Gdy w końcu otworzyłam oczy i spojrzałam na siebie na tych zdjęciach, przeżyłam szok. Byłam zdumiona tym, jaka naprawdę byłam. Normalna. Urocza. Śliczna. Helen wszystko to mi odebrała. Edina Place nie stał się dla mnie nowym początkiem, stał się tylko nowym koszmarem.

ROZDZIAŁ

7

C IOCIA N ELLIE 1965-1967 Elizabeth Ewart mnie odmieniła. Reszcie świata ta onieśmielająca emerytowana dyrektorka szkoły mieszkająca przy Paties Road w ekskluzywnej dzielnicy Colinton musiała wydawać się stereotypowa. Ciocia Nellie była niezamężna, bardzo wymagająca, jeśli idzie o dobre wychowanie i maniery, i przekonana, że ona najlepiej wie, „co wypada". Pamiętam ją z obu domów - i z Easter Road, i z Edina Place - ale dopiero gdy trochę urosłam, zrozumiałam, ile dla mnie znaczy, i dlatego łączę ją bardziej z Edina Place. Ciocia Nellie była moją jedyną nadzieją. W zasadzie była ciotką taty - siostrą jego matki - więc dla mnie była cioteczną babką. Nie miało to jednak znaczenia - liczył się tylko fakt, że z miejsca ją pokochałam.

Niezależnie od tego, co mnie spotkało, co mi zrobiono, to właśnie ciocia Nellie miała największy wpływ na moje życie. To dzięki niej dzisiaj jestem tym, kim jestem; to ciocia Nellie wpoiła mi przekonanie, że dobro zawsze zatriumfuje. Jej dom, nieskazitelnie czysty bungalow z lat trzydziestych, był oddalony o milion mil od świata, który znałam. Był zamożny i komfortowy; wypełniały go ciepło i urocze stare meble. Były tam zegar szafkowy tykający w holu, barometr na ścianie, bakelitowy telefon z lat trzydziestych i lśniąca mosiężna krata do kominka. Meble były mahoniowe, stoły lśniły, a wyściełane fotele z koronkowymi zagłówkami zapraszały, by na nich usiąść. Sypialnia cioci Nellie została urządzona z prawdziwym przepychem. Stało w niej ogromne drewniane łóżko przykryte haftowaną satynową narzutą z pasującą do niej pościelą. Na mahoniowej toaletce z potrójnym lustrem znajdowała się kolekcja magicznych, wspaniałych przedmiotów - nie ośmielałam się ich dotykać, tylko je podziwiałam. Na koronkowej serwetce leżały srebrna szczotka, lusterko i grzebień. Obok nich stało bogato rzeźbione pudełko na biżuterię. W pudełku w malutkich szufladach umieszczono prawdziwe skarby koronkowe chusteczki do nosa, skórzane rękawiczki, jedwabne apaszki. Sypialnia Nellie pachniała lawendą. Wszystko - miękkie dywany, miękkie poduszki, miękkie narzuty - było subtelne i boleśnie

kontrastowało z okrutnym, surowym domem, w którym mieszkałam! Spiżarnia pełna była słoików z domowymi dżemami i przecierami. Jedzenie po prostu tak sobie stało, można je było zwyczajnie wziąć - dla mnie to już był cud. Oprócz jedzenia w spiżarni przechowywano także chińską porcelanę, delikatną i doskonałą. Trudno mi opisać, czym był dla mnie ten dom -azylem, fantazją o tym, jak powinny wyglądać domy. W porównaniu z moim domem był jak cudowna bajka. Ciocia Nellie miała nawet własną papeterię z nagłówkiem, dowód najwyższej klasy! Czasami trudno było mi uwierzyć, że ona jest częścią naszej rodziny, ale kurczowo trzymałam się tej wiary. Jeśli bowiem była moją krewną i kochała mnie tak, jak mi się wydawało, oznaczało to, że jest dla mnie nadzieja. Może nie zawsze będzie źle, jeśli jest przy mnie ciocia Nellie. Nawet teraz, po latach, trudno mi o niej mówić, bo tak wiele dla mnie znaczyła. Cechowały ją mądrość i rozległa wiedza - to ona popchnęła mnie do czytania książek, dzięki którym mogłam kreować własny świat. Jej dom był dla mnie jak pałac z bajki, ale ona dała mi coś więcej. Dała mi wyobraźnię. Wolno mi było się z nią spotykać raz w miesiącu - domyślam się, że radość z pozbycia się mnie znaczyła dla Helen więcej niż przyjemność odmawiania mi wszystkiego - a ja żyłam dla tych właśnie dni. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś się mną interesuje. Helen kładła mi do głowy, że jestem paskudną małą

wiedźmą, niechcianym bękartem. Uwaga, którą poświęcała mi ciocia Nellie, wydawała mi się przez to bardzo niepewna wiedziałam, że przecież w końcu pozna o mnie prawdę. Zobaczy to, co widziała we mnie Helen, i wszystko zostanie mi odebrane. W dniu wizyty u cioci Nellie od rana czułam łęk. Czy się pojawi? Czy będzie tak cudownie jak ostatnim razem? Ten dzień zaczynał się dla mnie dokładnie tak samo jak każdy inny. - Wstawaj, mały bękarcie! - krzyczała Helen z salonu. Miałam już wtedy na sobie najlepsze ubranie i czekałam, po prostu siedziałam i czekałam. Rozlegał się dzwonek do drzwi. Ciocia Nellie! Słyszałam jej rozmowę z Helen, ale nie ośmielałam się wyjść z pokoju, dopóki mnie nie wezwano. Gdy tylko wyszłyśmy na Leith, rozpoczynała się nasza przygoda. Ciocia Nellie wydawała mi się bardzo szykowna -wystarczyło spojrzeć na jej strój. Była typową „damą z Edynburga" tamtych czasów, nosiła wełniane bliźniaki i tweedowe spódnice. Jej czarne półbuciki były zawsze wypastowane na wysoki połysk. Pewnego razu zdradziła mi, że jej płaszcz, który bardzo mi się podobał, to „płaszcz z wielbłąda". Byłam przekonana, że to wyżyny stylu - dopiero po latach dowiedziałam się, że ten materiał to wełna, która wygląda jak sierść wielbłąda, a nie prawdziwa wielbłądzia skóra. Ciocia Nellie

nigdy nie wychodziła z domu bez kapelusza, doskonale pamiętam też jej torebkę - czarną, lakierowaną, ze złotym zapięciem, którą nosiła zawieszoną na lewym ramieniu. Na lewej dłoni miała rękawiczkę, w której trzymała rękawiczkę z prawej dłoni. Nosiła też malutką portmonetkę, która pasowała do torebki. Gdy było zimno, Nellie wkładała futro, nie wyliniałe i nadjedzone przez mole, lecz miękkie jak jedwab. Mogła być sztywna i pedantyczna jak typowa nauczycielka, ale nie była moja ciocia Nellie była okrągła, miękka i ciepła. - Dziś, Donno - mówiła, ściskając mnie za rękę - napijemy się herbaty. To bardzo ważne, byś się nauczyła, jak zachowywać się pomiędzy ludźmi. Musisz wiedzieć, że dobre maniery i etykieta są bardzo ważne. Dziś, moja droga, zaczniemy naukę. Wsiadałyśmy do autobusu numer 1 i jechałyśmy przez Easter Road. Zostawiałyśmy za sobą podłe sklepiki i brudne czynszówki, wśród których spędzałam dnie. Autobus śmierdział dymem z papierosów i starymi ludźmi, ale nie dbałam o to zupełnie - obok mnie siedziała przecież moja dystyngowana, wspaniała ciocia Nellie w swoich idealnych ubraniach i zabierała mnie daleko od tego wszystkiego. Autobus mijał pałac Holyroodhouse i piął się na High Street. Na szczycie Royal Mile wysiadałyśmy i schodziłyśmy w dół po Mound wpatrzone w panoramę Edynburga. - To twoje miasto, moja droga - mówiła ciocia Nellie. - jesteś jego częścią, tak jak ono jest częścią ciebie.

Nigdy nie zapominaj, że masz wobec siebie samej pewne zobowiązania. Musisz wykorzystać cały swój potencjał. Rozglądaj się wokół, to cię zainspiruje. To miasto jest pełne cudów i historii. Po tych ulicach kroczyli królowie. Maria królowa Szkotów dotykała stopami tego samego bruku, którego ty teraz dotykasz. Dygnitarze z całego świata zjeżdżali się tutaj, by szukać natchnienia i zarazić się naszym entuzjazmem. Nigdy o tym nie zapominaj, to wszystko jest tu dla ciebie, Donno. Gdy miałam za sobą zamek edynburski, a przed sobą galerie sztuki i skąpane w słońcu Princes Street Gardens, z łatwością wierzyłam słowom cioci Nellie. Nie byłam małą wiedźmą, gdy uwalniałam się od Helen. Byłam zwyczajną małą dziewczynką na spacerze z kochającą krewną - i naprawdę miałam świat u swoich stóp. Ciocia Nellie była niewyczerpanym źródłem historii, które nigdy mi się nie nudziły. Edynburg cieszy się naprawdę zdumiewającą spuścizną literacką, a tradycję ustnych opowieści przekazuje się tu z pokolenia na pokolenie. Gdy ciocia Nellie przyjeżdżała po mnie i zabierała mnie na Princes Street, czułam się tak, jakbym się cofała w czasie. Tłem dla naszych spacerów i rozmów był zamek, wszędzie wiły się małe uliczki i urocze zaułki, a słynne sklepy wabiły turystów z całego świata. Dla mnie Princes Street była sercem tego wszystkiego. Świat się zmieniał, ale podczas naszych wycieczek ciocia Nellie potrafiła nadać mu dawny kształt. Wciąż pamiętam niektóre z jej opowieści - pomnik Waltera

Scotta górował nad miastem, gdy byłam mała i wtedy gdy Nellie była dzieckiem. Zamek wciąż imponował. „Hańba Edynburga" na końcu East End pozostawała potężnym symbolem tego, jak źle postępują władcy. W jej opowieściach pojawiały się też rzeczy, które mogłam sobie tylko wyobrazić. Ciocia Nellie uwielbiała opowiadać mi o czasach, gdy tramwaje stanowiły główny środek transportu w centrum miasta. Linie tramwajowe biegły po obu stronach ulicy, a strumień wagonów płynął nieprzerwanie w górę i w dół, kontrolowany jedynie przez policjanta w białych rękawiczkach. Pod koniec lat pięćdziesiątych zrezygnowano z tramwajów i Princes Street przybrała taki wygląd, jaki ma teraz, choć szyny przetrwały znacznie dłużej. Gdy z Nellie zagłębiałyśmy się w świat opowieści, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że cofam się w czasie do dni, kiedy wszystko było prostsze i bezpieczniejsze. Uwielbiałam opowieści o sklepach z jej młodości. Układ centrum Edynburga nie zmienił się wiele, ale tam gdzie kiedyś były prywatne sklepiki, których mógł nam pozazdrościć cały świat, są dzisiaj tanie bary, sex shopy i podejrzane stoiska z towarami za funta. Nellie opowiadała mi o Princes Street, na której tuż za Jennersem były R.G. Lawrie i hotel Old Waverley, sklep z rękawiczkami i z cygarami. Siedzibę ma tam teraz Scottish Omnibus Company, która oferuje turystom i mieszkańcom miasta nowoczesny, wygodny sposób zwiedzania.

Schodziłyśmy z Mound i naszym oczom ukazywał się nasz cel. Najwspanialsze miejsce na Princes Street miało doświadczyć przyjemności goszczenia dwóch niezwykle dystyngowanych dam - szłyśmy z ciocią Nellie do jennersa, domu towarowego, który jest symbolem stolicy Szkocji. - Herbatka u Jennersa, kochanie - szeptała ciocia Nellie. - Czy jest coś lepszego? Herbatka u Jennersa to faktycznie była wyjątkowa przyjemność. Sklep miał herbaciarnię z prawdziwego zdarzenia, z wykrochmalonymi białymi obrusami na stołach, najwspanialszą porcelaną i lśniącymi sztućcami. Kelnerki kręciły się wokół stolików odziane w czarne suknie i nieskazitelnie białe fartuchy. W tle toczyły się rozmowy edynburskich dam, które na tę okazję zawsze wkładały najlepsze kapelusze i płaszcze. Ciocia Nellie mnie ugaszczała - ale też uczyła. Opowiadała mi o budynkach, które po drodze widziałyśmy, o historii Princes Street, zamku edynburskiego i pomnika Scotta. Opowiadała, jak wyglądały sklepy w czasach jej młodości, a ja przysłuchiwałam się ich nazwom, które szybko znikały z mapy. Binns i Patrick Thomson pozostały wspomnieniami, które przekazała mi Nellie. - A teraz, moja droga, co zamówimy? Pytanie o to mnie nie miało wielkiego sensu. Nie miałam pojęcia, jak się to robi, i byłam przekonana, że nie mam prawa o nic prosić. Przed moim oczami roztaczała

się wizja wspaniałej uczty. Kelnerka stawała przy naszym stoliku z wózkiem pełnym porcelany i ciastek. - Na co masz ochotę, moja droga? Coś ci się podoba? - pytała ciocia Nellie. Czy coś mi się podobało? Nie wiedziałam nawet, od czego zacząć! Na samym dole leżała taca z delikatnymi kanapkami, wszystkie były bez skórek. Na środkowym poziomie był wybór maślanych bułeczek i babeczek, a na samej górze pięknie dekorowane lukrowane ciasteczka. Miałam ochotę dosłownie rzucić się na wszystkie te wspaniałości. - Moja droga - kontynuowała ciocia - czy to w życiu, czy w przypadku wózka ze słodyczami należy zawsze zaczynać od dołu i piąć się w górę. Ciastka mnie kusiły, ale kochałam ciocię Nellie tak bardzo, że zazwyczaj szłam za jej radą. W końcu nielimitowana ilość kanapek też była dla mnie prawdziwą ucztą. Po herbatce szłyśmy na zakupy. Ciocia często kupowała mi ubrania w czasie naszych wycieczek, ale nigdy ich nie nosiłam. Wszystkie porządne rzeczy, które od niej dostałam, natychmiast znikały - nie wiem, czy Helen je sprzedawała, czy rozdawała, ale dzięki cioci choć przez kilka godzin (nieco dłużej, gdy tata je zobaczył) mogłam się cieszyć ładnymi, ciepłymi, nowymi, czystymi ubraniami. Najpierw wchodziłyśmy do Marks & Spencer, gdzie ciocia wybierała wełniane spódnice i sweterki - ciepłe, ładne i bardzo praktyczne. Potem kupowała mi buty w TUF.

Taki dzień był dla mnie zabawą, ale i nauką. Dyrektorka w cioci Nellie nigdy nie odpoczywała, nigdy nie opuszczała posterunku. Uczyła mnie, jak się zachowywać przy stole, jak ważny jest „odpowiedni" chód, odpowiednia wymowa, i napominała, że mam się wystrzegać slangu. Gdy szłyśmy Princes Street z brzuchami pełnymi ciastek i naręczem zakupów, z każdym krokiem poszerzałam swoją wiedzę. - Pamiętaj, Donno, nie jest ważne, co będziesz robić w życiu, bylebyś robiła to dobrze. Pamiętaj, by innych ludzi traktować tak, jak ty chciałabyś być traktowana. Czy ciocia Nellie coś podejrzewała? Wtedy tak bardzo obawiałam się, że dowie się o mojej złej naturze, o tym, że odziedziczyłam podły charakter po Bredzie, iż nawet nie brałam pod uwagę możliwości wyznania jej, jak traktuje mnie Helen. Na pewno obwiniłaby za to mnie, ostrzegłaby mnie, bym nie opowiadała bajek i nie szkalowała swojej dobroczyńczyni. Nie mogłam skalać chwil spędzanych z Nellie opowiadaniem jej o okro-pieństwach, które spotykały mnie na Edina Place. Gdy wracam myślami do tamtych dni, nie mogę uwierzyć, by tak inteligentna kobieta czegoś nie podejrzewała. Dlaczego mnie w takim razie od nich nie zabrała? Może postanowiła dawać mi chwile wytchnienia, bo nie mogła zrobić nic więcej, wiedząc, jaką moc ma Helen? Może nie chciała angażować się w wojnę, gdyż bała się, że wykluczą ją z mojego życia na zawsze? Niezależnie od wszystkiego jestem przekonana, że Nellie mnie kochała.

Czasami z trudem pojmowałam sens jej słów, ale wszystkie zapamiętywałam i teraz, jako dorosła, mogę je w każdej chwili przytoczyć. Podarowała mi uwielbienie dla książek, podróży, pomogła mi uświadomić sobie, że mogę być kochana. Żałuję jednak, że mnie nie uratowała. Nasza wycieczka dobiegała końca i trzeba było wracać do domu cioci w Colinton. W autobusie opowiadała mi o swoich podróżach do Kanady, o wielkich jeziorach i pokrytych śniegiem górach. Wszystko to było tak odległe od mojego „prawdziwego" życia, a jednak desperacko pragnęłam to usłyszeć. - Usiądź, kochanie - mówiła, gdy wchodziłyśmy do domu. Podchodziłam do wielkiego, wyściełanego fotela przy kominku i włączałam telewizor. Ciocia Nellie nakrywała stół, rozkładała sztućce i porcelanę na białym koronkowym obrusie. Uczyła mnie zachowania przy stole, a zegar z kukułką wydawał z siebie radosne dźwięki. Jeśli zanosiło się na deszcz, po lewej stronie pojawiał się mężczyzna, jeśli miało świecić słońce, z prawej wychodziła kobieta. Dla mnie nie miało to znaczenia; słońce czy deszcz, ciocia Nellie była moim niebem. Zaczęłam odwiedzać ciocię Nellie, gdy miałam pięć lat. Czterdzieści lat później wciąż mam ją w sercu i w pamięci. Chciałam, by te chwile trwały wiecznie, ale mogłam się domyślić, że to mrzonki. Ta wspaniała kobieta przez lata była centrum mojego wszechświata.

Była moim promykiem światła, moją jedyną nadzieją. Traktowała mnie jak dziecko i jak istotę ludzką. Była dla mnie wszystkim. Oczywiście Helen nie potrafiła tego znieść. Oczywiście musiała to przerwać. Okrucieństwo i niesprawiedliwość nadchodzących wydarzeń po dziś dzień łamią mi serce.

ROZDZIAŁ

8

ZEMSTA G ORDONA 1967 Nigdy nie musiałam się z nikim dzielić ciocią Nellie - nie okazywała zainteresowania Simonem i Frances, którzy nie byli z nią spokrewnieni, miałam ją więc całą dla siebie. Do czasu. Nadszedł kolejny dzień mojej wizyty u cioci Nellie, miałam osiem lat. Już prawie uwierzyłam, że te dni są moje, że Helen nigdy mi ich nie odbierze, gdy usłyszałam jej gniewny głos: - Ej, ty! Zabierzesz dzisiaj Gordona ze sobą do tej starej krowy. Gordon miał pięć lat. Wtedy rozumiałam już, nauczona gorzkim doświadczeniem, że nie powinnam spędzać czasu z Andrew. Pokładałam wielkie nadzieje

w Gordonie, gdy był mały - i nie zamierzałam powtarzać tego błędu. Gdy wróciłam na Easter Road do taty i Helen, sama obecność Gordona dawała mi nadzieję. Obserwowałam, jak macocha go traktuje, gdy przyjeżdżała odwiedzać mnie w Barnardo. Była taka ciepła i kochająca. Przytulała go i całowała, a ja miałam nadzieję, że mnie będzie traktować tak samo. Gdy z czasem zaczęła mnie coraz bardziej nienawidzić, poczułam się zagubiona. Nie nienawidziła wszystkich dzieci, więc dlaczego padło na mnie? Na moich oczach przekabacała Gordona. Widziałam, czym on się stawał - kradł, przeklinał, pyskował i był niegrzeczny. Rzadko jednak był za to karany, a ja ciągle chodziłam obolała od bicia. Dlaczego tak różnie nas traktowała? Helen tłumaczyła mi bezustannie, że nie jest moją prawdziwą mamą i że nie wolno mi jej tak nazywać, dając mi do zrozumienia, że to więzy krwi, a nie okoliczności, są naprawdę ważne. To jednak i tak bolało. Ciągle dawano mi do zrozumienia, że Gordon to ich krew z krwi i kość z kości, a także efekt „przyzwoitego" związku. Byłam przekonana, że muszę być wyjątkowo niegodna miłości, jeśli ona tak bardzo mnie nienawidzi, a jednocześnie odczuwa taką miłość do innego dziecka. Gdy Gordon był mały, podrzucała go na kolanie, śpiewała mu kołysanki i po prostu rozkoszowała się każdą chwilą z nim spędzaną. Była zdolna do miłości - po prostu w moim przypadku obrała inną drogę. Po dziś dzień słyszę jej głos. Mnie nigdy nie huśtała na

kolanie, nigdy mi nie śpiewała, a jednak Gordon wcale nie rozkwitł otoczony tą wielką miłością - zamieniła go tylko w prawdziwego małego gówniarza. Mnie wyzywano od najgorszych, ale to Gordon wyrastał na wcielonego diabła, przynajmniej w moich oczach. Podczas moich pierwszych dni na Easter Road nauczyłam się, że to Gordon jest tutaj centrum wszechświata. Obserwowałam go z matką i boleśnie pragnęłam tego samego, co dostawał od niej. Mogłam wyczuć otaczającą ich miłość, z której ja zawsze byłam wykluczona. W czasie tych pierwszych miesięcy „nagradzano" mnie czasami pozwoleniem na zabawę z Gordonem, odkryłam też, że jeśli o nim mówię, pytam o niego, okazuję zainteresowanie, Helen zawsze odpowie. Po prostu nie mogła się temu oprzeć. - Dlaczego Gordon ma na imię Gordon? - zapytałam pewnego dnia. Gdybym zadała zwykłe pytanie o cokolwiek innego, jedyną odpowiedzią byłoby lodowate milczenie, ale w przypadku Gordona Helen zawsze dawała się ponieść. - To wyjątkowy chłopiec - odparła - i potrzebował wyjątkowego imienia. Ma na imię Gordon po najstarszym bracie swojego taty [nikt nie wspominał o tym, że jego tata to także mój tata, a wujek Gordona jest moim wujkiem], Andrew po moim bracie i Chalmers, bo to panieńskie nazwisko babci Ford [mojej babci, także mojej babci]. A na nazwisko ma Ford, bo tak się nazywają jego mama i tata [to też moje nazwisko, moje].

W weekendy odwiedzało nas mnóstwo ludzi, wszyscy w jednym celu - by rozpływać się z zachwytu nad Gordonem Andrew Chalmersem Fordem. Nawet poprzez dyskusje o Gordonie i pytania o niego nie mogłam jednak długo odpierać nienawistnych ataków Helen. Pamiętam doskonale pierwszy dzień, kiedy mnie uderzyła, Gordon był w samym centrum tej sytuacji. Powiedziałam „cholerny" i wszystko się zmieniło. Ledwie to szepnęłam. Nie mówiłam do Helen. Nie liczyło się, że jestem małym dzieckiem, które tylko powtarza usłyszane milion razy z ust dorosłych słowo. Dostałam za to w twarz. Zapory runęły. W ciągu następnego roku nauczyłam się wielu rzeczy. Dowiedziałam się, że jestem nieważna. Dowiedziałam się, że można mnie bić wedle uznania. Nauczyłam się, że Helen nigdy nie będzie dla mnie „matką". I z czasem dowiedziałam się, że Gordon jest wyjątkowy. - Spójrz na niego! - krzyczała do mnie. - Jest taki wyjątkowy. A ty jesteś niczym. Niczym! Wiesz, dlaczego jest wyjątkowy? Wiesz? Wiesz, dlaczego Gordon jest wyjątkowy, a ty nie? Czasami potrząsałam głową, czasami zdobywałam się na wątłe „nie", ale nigdy nie potrafiłam odgadnąć, jakiej odpowiedzi ona oczekuje. Nie wiedziałam, czy

tego dnia zasłużę na policzek. Nie zmieniało się tylko jedno: uzasadnienie „wyjątkowości" Gordona. - Gordon urodził się PRZYZWOICIE! - wrzeszczała. - Został poczęty w przyzwoitym, pełnym miłości związku, z przyzwoitą mamą i tatą, którzy się pobrali. Nie to co TY, mały BĘKARCIE. Jesteś bękartem i zawsze nim będziesz. To jedno nigdy się nie zmieniało. Gordon był idealny. Był małym aniołkiem. Kochano go i opiekowano się nim czule, a mną nie. Dlatego że przyszłam na świat w nieprzyzwoity sposób. Fakt, że nic - ani brak świadectwa ślubu, ani nieobecność mojej matki nie było moją winą, dla Helen nie miał znaczenia. Trzymała się uparcie swego zdania i nigdy go nie zmieniła. Gordon był trzy lata ode mnie młodszy i bardzo bystry. Uczył się od mistrza i szybko zyskał przewagę nad żałosnym, roztrzęsionym dzieckiem, którym się stałam. Jego ulubioną rozrywką było zmyślanie - „kablowanie" - i nic nie dawało mu większej radości niż przekazywanie różnych zmyślonych opowieści matce. Kochała go jeszcze bardziej za to, że dowiadywała się od niego, co znów wykombinował ten mały bękart - choć często nie było w tym ani ziarna prawdy. Gdy przeprowadzaliśmy się na Edina Place, Gordon był już prawdziwym sadystą. Czerpał radość z atakowania mnie - bicie, szczypanie, kopanie i ciągnięcie za włosy były naszym codziennym rytuałem. Zaczął kraść, wiedząc, że wina za każdym razem spadnie na

mnie. Często zaglądał do łazienki, gdy odbywałam swoje kary (zazwyczaj półnaga i zmarznięta). Drwił i śmiał się ze mnie, ale to mnie za to obwiniano, jeśli został przyłapany. Nie mogłam na niego poskarżyć - byłoby to bezużyteczne. Nie mogłam nic zrobić temu złotemu chłopcu, bo wiedziałam, że tylko pogorszyłabym swoją sytuację. On przecież nie mógłby zrobić nic złego. Był ode mnie znacznie większy, choć młodszy. W porównaniu ze mną był prawdziwym okazem zdrowia -moja wychudzona, żyjąca w ciągłym strachu postać nie mogła konkurować z pączkiem w maśle, jego regularnymi posiłkami, brakiem bicia i matką, która się nad nim rozpływała. Mówi się, że dzieci uczą się od dorosłych - tyczyło się to nie tylko mnie, ale i Gordona. Obserwował, jak jego matka bije mnie każdego dnia, uderza moją głową w ściany, głodzi mnie, torturuje, obdarza mnie tylko nienawiścią i przemocą. I nauczył się robić dokładnie to samo. Potrafił wymusić na mnie dosłownie wszystko. Kazał mi kraść sześciopensówki i szylingi z torebki Helen, które musiałam mu potem oddawać. Podkradałam dla niego ciastka i chipsy ze spiżarni. Robiłam to, czego nie ośmieliłabym się zrobić dla siebie, bo śmiertelnie się bałam tego dziecka, które Helen tak uwielbiała. Jeśli nie słuchałam jego rozkazów, opowiadał matce jakieś kłamstwo i natychmiast dostawałam lanie. Łatwiej było mi więc zrobić to, co mi kazał, bo miałam nadzieję, że Helen się nie dowie i że uda mi się choć na jakiś czas ukryć przed jej gniewem.

Gdy Gordon poszedł do tej samej podstawówki co ja, moja ostatnia nadzieja umarła. Teraz był już wszędzie. Naprawdę lubiłam chodzić do szkoły, mimo że byłam wiecznie głodna i nosiłam stare ubrania, a moje wyjścia i powroty były rozliczane co do sekundy. Gdy Gordon poszedł do szkoły, odebrano mi nawet tę resztkę radości. Musiałam go pilnować na podwórku, bo, o ironio!, Helen bała się, że padnie ofiarą szkolnej przemocy. Musiałam odprowadzać go do szkoły i do domu i na każdym kroku czułam się obserwowana - wiedziałam, że on jest w pobliżu. Spędzałam z nim i tak więcej czasu, niż bym chciała, ale myśl o tym, że muszę się z nim podzielić ciocią Nellie, była nie do zniesienia. Zebrałam się na odwagę i zaczęłam błagać Helen, by pozwoliła mi iść samej. - Proszę - wyjąkałam - proszę, czy Gordon musi... To znaczy, czy on może... może ciocia Nellie nie zechce... - Nie potrafiłam wydusić z siebie jednego składnego zdania. Helen podeszła do mnie. Próbowałam dojrzeć, czy ma coś w rękach, obawiając się ciosu. Nie uderzyła mnie jednak, tylko się roześmiała. - Chcesz mieć tę starą nietoperzycę tylko dla siebie? Jeśli jest taka wspaniała, dlaczego nie weźmiesz ze sobą Gordona? Dlaczego ma nie napchać się ciastkami jak ty, ty chciwa mała suko? Dlaczego ma nie iść na zakupy ze starą głupią kobyłą, która ma więcej pieniędzy niż rozumu?

Wystarczyła wzmianka o pieniądzach, by wszystko stało się dla mnie jasne. Helen nigdy nie marnowała okazji, jeśli mogła choć na jakiś czas zostać sama, zwłaszcza gdy przez to mogła mnie dodać zmartwień, ale to o pieniądze kłócili się z tatą najczęściej. Kiedy tylko wracał do domu, zaczynała krzyczeć, że przez niego wylądujemy w przytułku, a on tłumaczył jej, że nie da rady pracować jeszcze więcej. Helen wiedziała, że ciocia Nellie nie ma dzieci, a ma za to mnóstwo pieniędzy, jej główną troską stał się więc spadek po niej. Podsłuchałam kiedyś rozmowę pomiędzy ciocią a macochą, podczas której Nellie poinformowała Helen, że wiąże ze mną wielkie nadzieje i że zamierza pomóc mi skończyć uniwersytet. W oczach Helen miarka się przebrała - ciocia Nellie kupująca mi ubrania to była jedna rzecz; nasze comiesięczne wycieczki można było tolerować, ale myśl, że to ja, a nie jej wspaniały Gordon, będę się cieszyć długoterminową opieką cioci, była dla niej nie do zniesienia. Gordon zaczął więc uczestniczyć w naszych comiesięcznych spotkaniach. Powinnam była się domyślić, że wkrótce wszystko popsuje, ale byłam jeszcze na tyle naiwna, by wierzyć, że nie może być już gorzej. Nie znosiłam zabierania go do cioci Nellie. Nie chciałam go tam, nie chciałam, by kalał to, co miałyśmy. Ciągnął się za nim odór Edina Place, za każdym razem

gdy patrzyłam na jego brzydką twarz, przypominała mi się Helen. Gdy osuwał się w jeden z foteli cioci Nellie, robił bałagan w jej kolekcji ozdób albo żłopał herbatę, pogardzałam nim za to, że odebrał mi jedyną dobrą rzecz w moim życiu. Pewnej niedzieli machnął na mnie ręką, gdy ciocia wyszła do drugiego pokoju. - Widziałaś? - szepnął konspiracyjnie. Spojrzałam na niego ze swojego fotela. - Nie interesuje mnie to. Jego oczy rozjarzyły się jeszcze bardziej, jak zawsze wtedy gdy coś knuł. - Przecież nawet tego nie widziałaś! To skąd możesz mieć pewność, że cię to nie interesuje? Wiedziałam, że ryzykuję tym, iż go rozgniewam, a gniew Gordona był lustrzanym odbiciem gniewu jego matki: niesprowokowany, wybuchał gwałtownie i zawsze był skierowany na mnie. - Chodź tu, Donna! - warknął. - Chodź, zobacz, co ma dla nas ciocia Nellie. Nie chciałam, by grzebał w jej rzeczach. Zaglądał do kredensu, w którym trzymała porcelanę i kryształy, swój papier listowy i inne cenne drobiazgi. Powinnam była się domyślić, że to Gordona nie zainteresuje. Znalazł portfelik pełen drobnych, to one przykuły jego uwagę. - Weź to, Donna. Weź to. - Rzucił we mnie portmonetką, drobne zagrzechotały. Nie miałam okraść Helen, której nienawidziłam, by oddać łup jej synowi, którego nienawidziłam. Miałam

zabrać coś kobiecie, która zawsze dawała. Nellie dała mi swoją miłość, uwagę, wiedzę; wszystko to było znacznie ważniejsze niż pieniądze, które wydawała na nasze herbatki i moje ubrania do szkoły. Próbowałam wyjaśnić Gordonowi, że nie mogę tego zrobić, ale wyraz jego oczu uświadomił mi, że to nie ma sensu. Mógł być tylko dzieckiem, mógł mieć zaledwie pięć lat, ale wiele się już od Helen nauczył. Niektórzy ludzie wątpią w to, do czego dzieci są zdolne, co mogą zrobić - ja nauczyłam się, że dzieci wychowywane tak jak Gordon potrafią doskonale manipulować innymi, byle tylko dopiąć swego. Helen popychała go do tego, a jej pierworodny szybko przerósł swego mistrza - dzieciom wystarczy zapewnić środki, a zrobią wszystko. Tak zrobił ten chłopiec. Pamiętam to do dziś. - Weź tę głupią portmonetkę i idź do łazienki tej głupiej starej baby - syknął. - Wyjmij pieniądze i wyrzuć portmonetkę do ogródka. Oddasz mi forsę, jak wrócimy do domu. Całą. I zrób to natychmiast, Donna, natychmiast. Miałam osiem lat, byłam tak przerażona i otępiała, że po prostu to zrobiłam. Odwróciłam się plecami do wszystkich dobrych rzeczy, które ciocia Nellie dla mnie zrobiła, i wykonałam polecenie Gordona. Serce we mnie zamarło, gdy tylko dotknęłam torebki. Oddanie pieniędzy Gordonowi nie zmniejszyło mojego poczucia winy. Wiedziałam, że to koniec. Zdradziłam ciocię Nellie. Znów wszystko popsułam.

Kilka dni później Helen wezwała mnie do salonu. Nie potrafiła ukryć swojej radości. - I co, ty tępa, wredna, mała krowo? Coś ty znowu wykombinowała? - Machnęła mi listem przed oczami. -Ciocia Nellie opowiadała mi o idealnej małej Donnie. O tym, jakie nadzieje z nią wiąże. O Donnie, która ma świat u stóp. Przeczytała mi list. Nie byliśmy już mile widziani w domu cioci, która, jak przeczytała mi macocha, ma złamane serce. Helen była rozdarta pomiędzy radością z tego, że w końcu udało się jej nas rozdzielić, a szansą sprania mnie na kwaśne jabłko. Nie zdążyłam nawet wejść do pokoju, a Gordon już zdołał ją przekonać, że nie miał nic wspólnego z kradzieżą. - Do łazienki, ty mała suko - syknęła Helen. Wiedziałam, co mnie czeka, nie musiała mówić nic więcej. Rozebrałam się i czekałam w lodowatym pomieszczeniu odziana tylko w wytartą bieliznę. Czekałam i czekałam. Trzęsłam się. Umierałam od środka na myśl o tym, że stracę moją cudowną, wspaniałą ciocię Nellie. - Pochyl się nad wanną - warknęła Helen, wchodząc do łazienki. I zamknij buzię. - Gdy dyscypliną zaczęła bić moje kościste ciało, poczułam ból, ale to było nic w porównaniu z bólem, który zżerał moją duszę. W końcu wyszła, zostawiając mi listę kar. - Nie dostaniesz nic do jedzenia. Nie wolno ci się odzywać,

dopóki ktoś się do ciebie nie odezwie. Nie ruszaj się bez pozwolenia. W zasadzie nie powinnaś nawet oddychać, dopóki nie powiem ci, że możesz. Poinformowała mnie też, że do mojego „wyroku" dodano kolejne dwa tygodnie. W ten osobliwy sposób podtrzymywała pozory dbania o porządek. W tamtych dniach byłam jednak „skazywana" bezustannie. Ilekroć jej zdaniem zrobiłam coś „złego", dodawała do wyroku kolejny tydzień. Nigdy nie wiedziałam, w jakiej liczbie tygodni wyrok się zamyka, i nigdy nie ośmieliłam się o to zapytać. W końcu pozwolono mi wrócić do mojego pokoju; na moim lodowatym ciele pojawiły się kolejne zadrapania i sińce. Helen kazała mi stać twarzą do ściany w bezruchu. Liczyłam róże na tapecie, śledziłam wzory oczami i pogrążałam się w poczuciu beznadziei jeszcze głębszej niż zwykle. Dotąd miałam ciocię Nellie, o której mogłam marzyć - ale to się skończyło. Byłam zmarznięta, głodna, zraniona fizycznie i psychicznie, zupełnie sama i straciłam jedyną osobę, która traktowała mnie jak człowieka. Gdy tata wrócił do domu, znów zaczęli na mnie krzyczeć - Gordon posyłał mi znaczące uśmieszki. Tata powiedział, że mnie wydziedziczy za to, iż przyniosłam rodzinie taki wstyd, ale wiedziałam, że to tylko słowa. Stałam w salonie, słuchałam obelg, czułam ból w całym ciele, przyglądałam się drwiącej twarzy Gordona i przysięgałam sobie, że pewnego dnia stanę się osobą,

z której ciocia Nellie mogłaby być dumna. Nie złamią mnie; nie odbiorą mi tego, co ona we mnie zaszczepiła, niezależnie od tego, jak beznadziejna będzie moja sytuacja. Nigdy więcej nie zobaczyłam cioci Nellie. Zmarła kilka lat później, a podczas odczytywania testamentu stało się jasne, że do tamtego feralnego dnia zamierzała wszystko zapisać mnie. Może nie' zostawiła mi domu i jego wyposażenia, ale jej wysiłki nie poszły na marne. Zaszczepiła we mnie miłość do książek i głód wiedzy. Elizabeth Ewart zostawiła mi nadzieję i pragnienie poznania siebie samej, odnalezienia kobiety, która jej zdaniem miała wyrosnąć z tej małej dziewczynki. Dzięki niej zrozumiałam, jaką wartość mają uczucia. Ciocia Nellie odeszła. Stałam się jeszcze bardziej samotna niż kiedykolwiek. Pozostały mi tylko jej słowa. „Książki to klucz do wiedzy, a wiedza to klucz do życia". To wystarczyło, by mnie ocalić.

ROZDZIAŁ

9

PRZYJĘCIE 1968 Ciocia Nellie pozostawiła mi wspaniałe dziedzictwo. Myślę o niej znacznie częściej niż o Helen Ford i staram się przedkładać jej dobre rady nad okropne rzeczy, które wmawiała mi Helen. Ciocia ojca zapewniła mi nie tylko emocjonalne wsparcie i intelektualną stymulację, ale też rzeczywistą ucieczkę w postaci ogromnej kolekcji książek, która po jej śmierci przeszła na własność mojej rodziny. Helen w ogóle to nie obchodziło. Dla niej książki były bezwartościowe; nigdy nie zamierzała ich czytać - mnie dziwiło tylko to, że nie sprzedała ich od razu. Dla mnie ten księgozbiór był jak koło ratunkowe. Nie dano ich mnie, rzecz jasna. Umieszczono je w pokoju chłopców, a ja mogłam po nie sięgać tylko ukradkiem. Moje łóżko stało przy

ścianie obok drzwi, a po drugiej stronie stało łóżko Simona. Nie korzystaliśmy z tego przejścia, ale Simon czasami nieco uchylał drzwi i podawał mi książki. Do tamtej chwili byłam pogrążona w całkowitej rozpaczy. Potem odkryłam wspaniały, magiczny świat. Zyskałam azyl, który podarowała mi Nellie. Uwielbiałam zakurzony zapach każdej nowej książki, która do mnie w sekrecie docierała. Kochałam światy, które otwierały się przede mną, ilekroć rozpoczynała się nowa przygoda. Przenosiłam się tam, gdzie sieroty zwyciężały, a młode dziewczęta pokonywały swych oprawców. Podróżowałam i kolekcjonowałam doświadczenia, choć faktycznie tkwiłam w małym ciemnym pokoju bez klamki, na zewnątrz którego czyhała na mnie kobieta ludożerca. Nauczyłam się przetrwania dzięki życiu w świecie fantazji. Książki były wszystkim, co miałam uratowały moje dzieciństwo. Codziennie, gdy tylko było to możliwe, zanurzałam się w nowej opowieści, stawałam się nieodłączną częścią akcji, fabuły i dramatu. Dzięki lekturze uciekałam od życia, którym żyłam. Zaczęłam rysować sceny z książek na pustych kartkach okładek, próbując nadać im jak najbardziej rzeczywisty kształt. Moim absolutnym faworytem były Małe kobietki, czytałam tę książkę setki razy bez znużenia, bo za każdym razem moją uwagę przykuwała inna postać, za każdym razem wciągał mnie nowy wątek. Oczywiście Helen tego nie znosiła. Ilekroć przyłapywała mnie na czytaniu, byłam przekonana, że już nigdy

nie będę mogła wziąć książki do ręki. Coś jednak powstrzymywało ją przed pozbyciem się ich, spaleniem czy sprzedażą - zakładam, że tato odegrał w tym jakąś rolę, bo często słyszałam, jak się o to kłócą, a potem moja egzekucja zostawała wstrzymana. Wstrzymana w tym sensie, że książki zostawały po stronie drzwi Simona, choć ja i tak dostawałam straszne lanie za naruszenie kolejnej zasady. Moja sytuacja nie zmieniła się na lepsze na Edina Place. Wciąż byłam głodzona, bita, zaniedbywana, poniżana i niekochana. Teraz jednak miałam swoje książki, swój drugi świat. Czy to dlatego Helen zdecydowała się jeszcze bardziej zniszczyć mi życie? Wiem, że dla wielu osób należę do określonej kategorii. Byłam maltretowanym dzieckiem i jako dorosła muszę żyć ze wspomnieniami o tym maltretowaniu. Dla niektórych jestem ofiarą. Dla innych ocaloną. Jednak za każdą etykietą, za każdą historią kryje się jednostka. Wspomnienia o wykorzystywaniu seksualnym, które wycierpiałam, zniosłam i przeżyłam, wpłynęły na to, jakim człowiekiem dzisiaj jestem. Nie zgadzam się z osobami wykorzystywanymi jako dzieci, które twierdzą, że wykorzystywanie nie odcisnęło swego piętna na ich dojrzewaniu seksualnym. Jednak dopiero gdy zaczęłam wracać do przeszłości, zrozumiałam w pełni, jak istotne okazało się to w kształtowaniu się mojej

osobowości. Chciałabym stwierdzić, że to nie ma znaczenia. Chciałabym powiedzieć, że nie miało to żadnych konsekwencji ale to tylko fasada i trzeba albo głupoty, albo zbyt dużego wysiłku, by ją utrzymać. Czuję, że na wielu etapach swojego życia zaprzeczałam tej części swej historii. To, co robili ci mężczyźni, to, co zrobiła moja macocha, ukształtowało mnie jednak. Muszę się zmierzyć z tym faktem, jestem to sobie winna. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym się to zaczęło. Byłam uodporniona na to, co mnie spotykało - musiałam być - i nawet nie podejrzewałam, że może być jeszcze gorzej. Na tym etapie życia dostrzegałam już określony wzorzec w tym, co mnie spotykało. Bicie, przemoc fizyczna, tortury psychiczne, upokorzenia zawsze spotykały mnie, gdy tata był w pracy lub gdy Helen wydawała jedno ze swoich przyjęć. Przyjęcia urządzała za dnia; musiała, bo tylko wtedy miała wolną rękę. Nie wiem, kiedy się zaczęły - dla mnie istniały od samego początku. Helen uwielbiała hałas i bycie w centrum uwagi. Upajała się tym i nigdy nie potrzebowała specjalnego powodu, by wydać jedno ze swoich „przyjęć". Ludzie się schodzili, bo znała chyba każdego w okolicy Easter Road i Leith. Bardzo szybko zaczęłam bać się dni, kiedy Helen ładnie się ubierała, a ja nie szłam do szkoły, ponieważ było wolne albo zatrzymywano mnie w domu bez powodu. Robiła sobie makijaż, wciskała się w minispódniczkę i zaczynała pić. Najbardziej lubiła Special Brew Carlsberga. To piwo było mocniejsze

niż pozostałe, uwielbiali je alkoholicy i wszelkiej maści kloszardzi; dla mnie był to pewien znak, że Helen szykuje się na przyjęcie. Gdy po raz pierwszy zostałam wykorzystana na takim przyjęciu, czułam się tak zdezorientowana i oszołomiona, że nawet nie byłam pewna, że to się wydarzyło. - Idź do siebie, bękarcie! - krzyknęła do mnie Helen tuż po lunchu. - I lepiej tam zostań! Posłuchałam z radością. Jej przyjęcia były hałaśliwe i nieprzyjemne. Nie znałam ludzi, którzy na nie przychodzili, bo zawsze siedziałam w pakamerze. Z prawdziwym zadowoleniem ją zostawiłam, gdyż tym razem nawet nie dostałam w ucho. Wśliznęłam się do pokoju. Był lodowaty i ponury, ale był mój. Schowałam się pod kołdrą i zaczęłam czytać Małe kobietki, moją ulubioną powieść, do której zawsze wracałam. Nie mogłam się skoncentrować. Chciałam zatracić się w lekturze, jak zawsze, ale było za głośno. Impreza trwała w najlepsze, choć był środek dnia. Helen otworzyła następną butelkę Special Brew. Frank i Nancy Sinatra śpiewali Something Stupid. Słyszałam śmiechy i krzyki. Zawsze czułam się przez to zagrożona, ale przynajmniej byłam u siebie. Słyszałam, jak otwierają kolejne puszki i rozmawiają. Słyszałam mężczyzn. Słyszałam Helen. Zawsze byłam boleśnie świadoma wszystkiego, co się dzieje wokół mnie. Gdy przebywałam w pokoju, obserwowałam grę światła i cienia w szparze w drzwiach,

żeby zawczasu wiedzieć, że ona nadchodzi. Tamtego dnia usłyszałam kroki nie jednej, lecz kilku osób. Wiedziałam, że coś się wydarzy. Czułam to w żołądku, czułam to całą sobą. Szeptali coś tuż za drzwiami. Nie szli dalej korytarzem. Nie mieli zamiaru odejść. O Boże, czy ona przyprowadzi kogoś innego, żeby mnie bił? Czy wymyśliła kolejną torturę? Nie widziałam stóp przez szparę, lecz odłożyłam książkę pod materac, a potem usiadłam prosto, zakładając, że Helen zjawi się lada chwila. Przecież nic nie zrobiłam! Nawet nie chciałam iść do toalety! Wiedziałam już, że to nie ma żadnego znaczenia - przecież nigdy nic nie robiłam, co nie ratowało mnie od bicia. Usłyszałam głosy kobiety i mężczyzny. Ktoś stłumił śmiech. Drzwi uchyliły się lekko. Nie miałam klamki po wewnętrznej stronie, ale wszyscy mogli wchodzić do mojego pokoju, kiedy tylko chcieli. Nikt się nie liczył z moją prywatnością. Co się miało wydarzyć tym razem? Już wiedziałam, że to nie Helen. Klamka poruszyła się zbyt wolno. Nie było w jej ruchach gniewu, tylko ostrożność. Gdyby to była moja macocha, już wpadłaby do pokoju, a całą twarz miałabym czerwoną od uderzeń. Ktoś wszedł do pokoju.

Mężczyzna? Ktoś inny popchnął go lekko do środka i zamknął za nim drzwi. Zobaczyłam zarys sylwetki. Na pewno mężczyzna. Odezwał się miękkim głosem. - Donna? - powiedział. Dlaczego pytał, kim jestem? Przecież nie mógł mieć wątpliwości. Każdy, kto wchodził do pokoju, wiedział, że pokój należy do mnie. Na pewno mu o tym powiedziała, przecież kontrolowała wszystko. Powtórzył moje imię i podszedł bliżej. - Donna? Byłam przerażona. Musiał to wiedzieć, bo zaczął mnie żałośnie pocieszać. - Donna? Nie martw się. Nie bój się, kurczaczku. Wszystko będzie dobrze. Nie ma się czego bać. Jego słowa wywarły odwrotny skutek. Nie znałam jego głosu. Słyszałam odgłosy przyjęcia i nagle zapragnęłam krzyczeć, wzywać pomocy. Natychmiast jednak uświadomiłam sobie, że byłoby to bezcelowe. Kto by mi pomógł? Przysłuchiwałam się śmiechom i muzyce, a mężczyzna powtarzał ciągle, że nie ma się czego bać, i powoli się do mnie zbliżał. Usłyszałam głos na korytarzu. Czy ktoś podsłuchiwał? Po co? Czy to jakieś wyzwanie? Żart? Mężczyzna był coraz bliżej, w końcu podszedł do mojego łóżka. Usiadł na nim. Jego wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności, co nie miało znaczenia - i tak

miał nade mną przewagę, znał moje imię. Ja nie miałam pojęcia, kim on jest. Wyciągnął rękę. Dotknął moich włosów. Pogłaskał je. Usiadł na brzegu mojego łóżka i zaczął coś mówić. Nie mogłam się skupić, nie rozróżniałam słów. Wiedziałam, że to niebezpieczne. Ale co mogłam zrobić? Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie ośmieliłabym się. Pomyślałam, że najlepiej będzie pozwolić mu mówić - a co takiego mówił? - Donna? Słyszysz mnie? Słyszysz? Mówiłem właśnie. .. cóż, często cię widuję, Donno. Obserwowałem cię. Jesteś śliczną dziewuszką, Donna. Prawdziwą ślicznotką. Co? Co? Dlaczego kłamie? Żeby odwrócić moją uwagę? Nie byłam ładna. Byłam brzydka. Byłam brzydką małą wiedźmą. Bękartem. - Masz chłopaka, Donno? Widujesz jakiegoś młodego człowieka, z którym... cóż, jesteś blisko? Miałam ledwie dziewięć lat, rzadko wychodziłam z domu, a on pytał, czy mam chłopaka. Szaleniec? - Pewnie wszyscy ci mówią, że jesteś śliczna, Donno. Założę się, że chłopcy nie potrafią utrzymać rąk przy sobie w twojej obecności. Jesteś małą flirciarą, prawda, Donno? Mówił i mówił. Jego słowa nie miały żadnego sensu. Do czego zmierzał? Potrząsałam głową w odpowiedzi na wszystkie jego pytania. A on ciągle się powtarzał.

Jesteś śliczna. Często cię widuję. Musisz mieć chłopaka. Jesteś śliczna. Obserwowałam cię. Jesteś śliczna. Jesteś śliczna. Jesteś śliczna. Chciałam, by sobie poszedł. Przerażał mnie. W jego głosie pobrzmiewał histeryczny ton. Chwycił za kołdrę i zaczął ją ze mnie ściągać. Trzymałam się jej i próbowałam się przykryć. To była prawdziwa walka - tyle że nieuczciwa. Przerażona, zagłodzona dziewięcio-latka przeciwko dorosłemu mężczyźnie? Nie miałam szans. Potem coś się zmieniło. Jego ton przestał być łagodny i pojednawczy. Spojrzał mi prosto w oczy, a jego słowa mnie przeraziły. - Chyba nie chcesz, bym powiedział Helen, że byłaś niegrzeczna? Poczułam szok. Groził mi. Musiał wiedzieć, jaka ona jest, co mi robi, jeśli zdawał sobie sprawę, że może to wykorzystać przeciwko mnie. Zerwał ze mnie pościel jednym zwinnym ruchem. Cała się trzęsłam. Był bardzo blisko. Pochylił się nade mną. Z całych sił - choć miałam ich tak niewiele - zaciskałam nogi. Za każdym razem gdy podejmowałam ten wątły wysiłek, on rozdzielał je siłą. Próbowałam

skoncentrować myśli na jakimś szczególe, jak to miałam w zwyczaju, ale smród piwa i papierosów był obezwładniający. Próbowałam myśleć o innych rzeczach -o książkach, muzyce, jedzeniu. Wiedziałam jednak, co on robi. Dotykał mnie, szturchał i ugniatał. Wsadzał we mnie palce, a mnie wydawało się, że umieram. Rozerwał moje majtki, a ja płakałam, płakałam i płakałam. Bolało mnie, było okropnie. Wiedziałam, że on nie powinien tego robić, i wiedziałam, że nikogo to nie obchodzi. Cały czas powtarzał, że jestem śliczna, że mnie obserwował, że jestem grzeczną dziewczynką. Chwycił mnie za rękę i położył ją na swoim penisie. Przesuwał ją w górę i w dół, coraz szybciej i szybciej, i ciągle wpychał mi palce drugiej dłoni między nogi. Próbowałam się odsunąć, ale powiedział, że mam się nie ruszać. Szeptał słowa, których nie rozumiałam, słowa, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Nagle jego oddech przyspieszył, zaczął powtarzać, że jestem grzeczną dziewczynką, grzeczną dziewczynką, a potem wylała się z niego ta ohydna, śliska, lepka substancja. Przestał. Wstał i wytarł się połą koszuli. Podciągnęłam majtki i kołdrę. Znów zaczął mówić. Pogłaskał mnie po włosach, położył mi palce na ustach i rzekł: - Sza! To będzie nasz mały sekret, dobrze? Grzeczna dziewczynka.

Podszedł do drzwi. Spodziewałam się, że natychmiast wyjdzie, ale przecież nie było klamki. Delikatnie zapukał, a wtedy ktoś mu otworzył. Ktoś, kto był tam przez cały ten czas! Ktoś wiedział! Usłyszałam kobiecy szept i dwa rodzaje kroków oddalające się korytarzem. Płakałam tak bardzo, że bałam się, iż Helen mnie usłyszy. Bolało mnie między nogami, a moje dłonie lepiły się od tej dziwnej substancji. Wiedziałam, że nie ma sensu nikomu o tym mówić. Nikogo to nie obchodziło. Siedziałam w ciemnościach, zastanawiając się nad swoim losem. W szkole widywałam dziewczynki ze wstążkami we włosach, które odbierały po lekcjach ich mamy, i tęskniłam za tym. A gdy ktoś w końcu powiedział mi, że jestem grzeczna i ładna, towarzyszył temu ten okropny ból. Co było ze mną nie tak? Czy moja mamusia wiedziała, jak bardzo zła się stanę? To dlatego odeszła? Niezależnie od tego, jak źle było mi do tej pory, Helen upewniła się, że poczuję się jeszcze gorzej. Mężczyzna, który wykorzystał mnie tamtego dnia, wrócił. Potem byli inni. Przyjęcia były coraz częstsze, a wykorzystywanie stało się moją codziennością. Za każdym razem gdy organizowała imprezę, wiedziałam, że ktoś przyjdzie zrobić mi krzywdę. Pedofile, którym mnie sprzedawała, mieli swój kod - wchodzili do domu przy Edina Place, dzwoniąc do drzwi trzy razy. Gdy rozpoczynało się przyjęcie, nasłuchiwałam tych „specjalnych" dzwonków - i oblewałam się zimnym potem, gdy jeden

z nich przychodził. Gdy dorosłam, zablokowałam większość tych wspomnień, by móc normalnie funkcjonować, ale wciąż powracały do mnie koszmary, w których słyszałam ten dzwonek. Trzy razy. Wrażenie było tak rzeczywiste, że budziłam się w panice i biegłam do drzwi, żeby upewnić się, że nikogo za nimi nie ma. Dopiero gdy zaczęłam badać swoją przeszłość, uruchomiłam tym falę wspomnień, która odświeżyła mi tamte wydarzenia. Teraz zastanawiam się, jak zdołałam w ogóle o tym zapomnieć.

ROZDZIAŁ 10 FRYZJER 1968 Helen nie ustawała w wysiłkach, by uczynić moje życie bardziej nieznośnym. Gdy padłam ofiarą przemocy seksualnej, stało się ono jeszcze mroczniejsze. Do niedawna jedynym sposobem, by sobie z tym poradzić, było dla mnie pogrzebanie przeszłości w najgłębszych zakamarkach pamięci, proces zmusił mnie jednak do konfrontacji ze wspomnieniami. Przemocy doświadczałam tak często, stanowiła ona tak znaczną część mojego życia, że nie potrafię oddzielić od siebie poszczególnych incydentów - nie wiem, ile było tych przyjęć, ile razy zostałam pobita. Niektóre wspomnienia są jednak przerażająco wręcz wyraźne. Bywały takie dni, kiedy Helen była dla mnie „miła". Jej wersja takiego zachowania znacząco różniła się od

miłego zachowania innych ludzi. Zawsze bowiem była podszyta egoizmem i interesownością. Helen była dla mnie, „małej wiedźmy", miła tylko wtedy, gdy czegoś chciała. Każdy miły gest, który mnie spotykał, był z jej strony ogromnym wysiłkiem. Czasami pozwalała mi wstać z łóżka, wyjść z pokoju i włożyć to, co uchodziło za moje porządne ubranie. Zawsze wtedy wiedziałam, że jest jakiś powód, i miałam mieszane uczucia. Cieszyłam się z tego, że mogę opuścić moje więzienie, ale wiedziałam, że przyjdzie mi za to zapłacić. I bardzo szybko dowiedziałam się, jaka jest cena. Zaczęłam bać się jej „uprzejmości", bo oznaczała ucieczkę z celi, ale i czekające za rogiem piekło. Helen miała określoną hierarchię potrzeb. Na samym dole umieściła podstawowe czynności. W normalnym związku, w normalnej rodzinie nie byłyby one problemem, dla Helen nic jednak nie było pozbawione znaczenia. Czasami wysyłała mnie na zakupy albo z „wiadomością", jak to nazywała. Nie było to w żadnym stopniu uciążliwe, podobnie jak spacery z Andrew czy usypianie go. Gdy kazała mi iść po mleko albo wziąć dziecko na dwór na pięć minut, uderzała mnie mdła normalność jej próśb, tak kontrastująca z moją codziennością. Gdy wykonywałam te ogłupiające, zwyczajne czynności, chciałam krzyczeć do ludzi: „Patrzcie na mnie! Patrzcie na tę małą dziewczynkę, która idzie do sklepu po chleb! Spójrzcie na dziecko, które przechodzi obok was, staje za wami w kolejce!" Nikt mnie jednak nie

widział. Nie widzieli mojego wychudzonego ciała, sińców, udręki w moich oczach. Byłam dla nich po prostu jeszcze jednym dzieckiem. Czasami pozbywała się mnie z domu, gdy zapowiedziała się z wizytą opieka społeczna. Zapewne czuła, że jestem jak tykająca bomba. Przy niektórych wizytach byłam obecna - przecież już na Easter Road pouczono mnie, jak się mam zachować, gdy przyjdzie opieka społeczna, ktoś z Barnardo albo zakonnice. Helen jednak nie ufała mi i dlatego pozbywała się mnie z domu zawsze byłam przekonana, że jest tak pewna swojej władzy nade mną, iż wie, że nie powiedziałabym nic, co mogłoby ją obciążyć. Może jednak tej pewności nie było w niej aż tyle, i to dlatego wysyłała mnie po mgliste sprawunki z nakazem, bym nie wracała przez całe popołudnie. Z drugiej strony, czy pracownicy społeczni nigdy nie pytali, gdzie jestem, nie mogli zaczekać jeszcze pięciu minut, nie podejrzewali, że coś jest nie tak, skoro dziecka, które byli obowiązani zobaczyć, nie ma cały dzień, choć się zapowiedzieli? Oprócz tego, że z prozaicznych powodów mogłam czasami wychodzić z domu, bywały też dni, kiedy pozwalano mi zasiąść z rodziną w salonie. To było dla mnie takie święto, że po dziś dzień pamiętam te chwile. I były jeszcze, rzecz jasna, dni, kiedy Helen „pozwalała" mi się uczesać. Spośród tych wszystkich pozbawionych przemocy rzeczy, które mi robiła, właśnie ta była najgorsza. Nienawidziłam jej tak bardzo, że sama myśl

o dotknięciu jej wywoływała we mnie mdłości. Pamiętam do dziś wrażenia z takich dni - nieświeży zapach jej czaszki czułam długo. Helen była przekonana, że to dla mnie wyjątkowa nagroda, a ja czułam ucisk w żołądku, ilekroć podawała mi szczotkę. Nie chciałam być blisko niej, a jednak zostawałam uwięziona w okropnej parodii zacisza domowego, próbując sprawić, by moja macocha wyglądała „ślicznie". Z perspektywy czasu dostrzegam ironię tej sytuacji. Drobne upominki od Helen - wycieczka po zakupy, pięć minut w salonie, moje wątłe wysiłki, by wyczesać kołtuny z jej włosów - były sposobem na osiągnięcie celu. Stały się zupełnie oddzielną kategorią, budzącą we mnie ślepą panikę, bo prowadziły do dalszego wykorzystywania. Nasz dom na Edina Place sąsiadował z cała masą sklepów na Easter Road. Była to typowa ulica lat sześćdziesiątych. Tuż za Tiffin Cafe, obok sklepu rybnego, znajdował się zakład fryzjerski. Witryna była bardzo tradycyjna, z biało-czerwonym szyldem. Nikt nie odgadłby na pierwszy rzut oka, co mnie tam czekało. Za przyjazną, zwyczajną fasadą kryło się jedno z moich najbardziej odrażających doświadczeń. Pewnego dnia Helen poprosiła mnie, bym zaniosła fryzjerowi wiadomość. Jej „prośba" nie miała nic wspólnego z uprzejmością, które to słowo sugeruje.

- Ej, brzydulo! Przywlecz tu swój chudy tyłek! - zawołała. Był środek tygodnia, mniej więcej piąta. Podała mi świstek papieru. Weź to. Nie zaglądaj do środka. Weź, zanieś do fryzjera, zaczekaj... chwilkę, a potem wracaj do domu, ty leniwy, paskudny bękarcie, zanim przyjdzie mi ochota sprać cię pasem. Bywałam już u fryzjera, gdy moi bracia chodzili „skrócić tył i boki", wiedziałam więc, gdzie to jest. Często zlecano mi wzięcie braci do fryzjera i inne czynności, które powinna brać na siebie matka - zazwyczaj wtedy gdy Helen była zajęta organizacją swoich przyjęć i kolejną puszką Special Brew. Właściciel zakładu sam strzygł klientów i rozmawiał ze mną, gdy przychodziłam albo gdy mijałam jego drzwi w drodze na zakupy. Wydawał się miły. Normalny. Dobry. Jego zachowanie i słowa w ogóle nie wskazywały na to, że jest jednym ze „specjalnych przyjaciół" Helen. Nie wiem, czy bywał na jej przyjęciach. Nasz dom znajdował się na tyle blisko jego zakładu, że z pewnością mógłby się wymknąć z niego w ciągu dnia, ale nie mogę zidentyfikować jego twarzy pomiędzy tymi, które widywałam na przyjęciach Helen, a które potem spotykałam w normalnym świecie. Fryzjer - nie wiem, jak się naprawdę nazywał - był drobnym mężczyzną w okularach i z ułożonymi na żelu włosami. Nosił typowy dla swej profesji biały

kitel z czterema dużymi kieszeniami, dwoma na piersi i dwoma w pasie. Trzymał w nich grzebienie i nożyczki, a czasami wyciągał z nich cukierki. Zupełnie zwyczajny typ. Dzieci takich mężczyzn lubią. Wzięłam wiadomość - nie wiem, co mogło być tam napisane - i pobiegłam za róg. Minęłam Mieles, bar z frytkami, od zapachu których z głodu zakręciło mi się w głowie. Często podnosiłam z ziemi zawinięte w gazety resztki czyjejś kolacji i rzucałam się na nie łakomie. Wylizywałam sos i dressing z torebek leżących na ulicy i dziękowałam swojej szczęśliwej gwieździe za marnotrawstwo innych. Tego dnia nie miałam jednak czasu na takie luksusy. Helen kazała mi się spieszyć - fryzjer nie mógł czekać. Po mojej głowie krążyły różne myśli -czy fryzjer przyjdzie do domu, żeby ostrzyc chłopców? Czy Helen znów planowała przyjęcie, a ja zanosiłam zaproszenie? Czy może coś sprzedała, a on ma przyjść to odebrać? Nie podejrzewałam w najmniejszym nawet stopniu, co mnie tam czeka. Podeszłam do drzwi zakładu i pchnęłam je, zadźwięczał dzwonek. Nie było późno, ale w środku nie było już żadnych klientów - tylko on. Powiedziałam, że mam wiadomość od Helen, i podałam mu kartkę. Podszedł do drzwi i zamknął je na klucz. Zastanawiam się, co Helen tam napisała. Że wszystko w porządku? Wszystko dogadane? Że może robić, co chce, bo ma jej pozwolenie?

Zerknął na wiadomość. Ja patrzyłam na niego. Spod kitla wystawała mu workowata szara flanelowa koszula. - Helen pisze, że pomożesz mi posprzątać - oznajmił. Spojrzałam na niego z konsternacją. To o to chodziło? Dlaczego miałam mu pomóc akurat tego dnia? Czy to będzie moje regularne zajęcie? Dlaczego Helen mi nie powiedziała? Dostanę cukierka czy nawet tego mnie pozbawią? Rozejrzałam się wokół, ale wszystko było tak schludne i czyste, że nie wiedziałam nawet, od czego zacząć. Postanowiłam jednak spróbować. - Dobrze. Co mam robić? - Przetrzyj ladę - odparł. - Postaraj się, a potem zobaczymy. Wzięłam się do pracy, która nie była potrzeba, a on tylko stał i patrzył. - Bardzo dobrze, świetnie sobie poradziłaś - powiedział po chwili, wyciągając z kieszeni cukierka. Wszystko ułożyło się po mojej myśli, choć naprawdę nie rozumiałam, po co było wykonywać tę niepotrzebną pracę. Tak czy inaczej, zrobiłam, o co poprosił. Chyba więc nie dostanę lania, może co najwyżej klapsa, gdy wrócę do domu. - Chciałabyś pokręcić się na krześle, kurczaczku? -zapytał. Było coraz lepiej! To była przednia rozrywka. Już raz kręciłam się w tym masywnym skórzanym fotelu, z braćmi. Tym razem miałam jednak odbyć przejażdżkę sama! Fotel był duży, a ja malutka, mniejsza

nawet niż inne dzieciaki w moim wieku, lecz udało mi się na niego wspiąć. Fryzjer podszedł - może próbował być miły? pomógł mi się wygodnie usadowić i zaczął kręcić fotelem. Nareszcie to ja miałam odrobinę zabawy. Wirowanie urwało się równie nagle, jak się zaczęło. Fryzjer zablokował fotel tak, że siedziałam dokładnie naprzeciwko niego. Spojrzał mi prosto w oczy. Wydawało mi się, że jego okulary wciąż wirują. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje, bo wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ten miły człowiek z kieszeniami pełnymi cukierków i wirującym fotelem położył dłonie na moich kolanach i zaczął przesuwać je w górę moich ud, podnosząc mi spódniczkę. Byłam przerażona. To było nie w porządku. Nawet ja to wiedziałam, tak jak wiedziałam, że na tym się nie skończy. Spojrzałam na drzwi, ale były już zamknięte, żaluzje zaciągnięte, więc nikt nie mógł zobaczyć, co się dzieje w środku. Słyszałam ruch uliczny na Easter Road. Autobusy wiozły ludzi do miasta albo przywoziły ich do domu. Obok zakładu przeszła gromada roześmianych dzieci. Za nimi szły kobiety, rozmawiając i stukając obcasami. Próbowałam zsunąć spódnicę, by się zakryć, ale on był zbyt silny.

- Lepiej już pójdę - chlipnęłam. Postanowiłam uciec się do kłamstwa. - Helen będzie się niepokoić. Pewnie już się zastanawia, gdzie jestem. Fryzjer wybuchnął śmiechem. Znał zasady tej gry znacznie lepiej niż ja. - Nie martw się Helen, kurczaczku - prychnął. -Wie, gdzie jesteś. Wszystko będzie dobrze. Wie, że... mi pomagasz. Serce tłukło mi się w piersi. Bałam się tego, co się wydarzy. Fryzjer zahaczył palec o moje majtki, ściągnął je i rozdzielił siłą moje chude nogi. Płakałam i błagałam, by przestał, jednak nic to nie dało. Wyciągnął penis i zaczął się masturbować, jednocześnie wpychając we mnie palce. Co on robił? O czym myślał? Było mi tak strasznie wstyd. Łzy ciekły mi po policzkach. Bałam się, byłam zupełnie zdezorientowana. To go jednak nie wzruszało. Może moje cierpienie umilało mu to doświadczenie. - No już, wystarczy tych jęków. Skończyłem. Przestań się mazać, bo ludzie pomyślą, że coś się stało. Nie chciałabyś, by tak pomyśleli, prawda? A teraz umyj buzię. Doprowadź się do porządku. Dostaniesz cukierka, jeśli będziesz grzeczna. Mył się, gdy do mnie mówił, nad umywalnią, w której mył włosy swoim klientom. Dobrzy ludzie przychodzili do niego, by obciąć włosy, dzieci przygotowywały się u niego na pierwszy dzień

szkoły, mężczyźni rozmawiali o weekendach i swoich rodzinach. Fryzjer odebrał mi kolejną cząstkę mojego dzieciństwa. Stanął tyłem do mnie; nie byłam mu już potrzebna. Zrobiłam, co mi kazano - umyłam twarz i poprawiłam ubranie. Spojrzałam w lustro, pełna nienawiści do swojego odbicia; nienawidziłam tego, że jestem osobą, której robi się takie rzeczy, tego, że to wciąż się powtarza. Jak bardzo muszę być zepsuta, by raz po raz na to zasługiwać? Fryzjer skończył. Włożył rękę do kieszeni i wyjął z niej cukierka. Papierek w biało-zieloną kratkę spoczął w mojej dłoni. - Zjedz go teraz, tutaj - powiedział. - Jeśli zaniesiesz go do domu, bracia pewnie ci go zabiorą. Chcesz jeszcze pokręcić się na krześle? Byłam zupełnie otępiała. Zjadłam cukierka i usiadłam w fotelu moja nagroda. Wróciłam do domu, moje zadanie zostało wykonane. Komu miałam o tym powiedzieć? Helen? Przecież to ona mnie tam posłała. Doskonale wiedziała, co się wydarzy. Taty nie było, jak zwykle wyrabiał nadgodziny. Nie miałam nikogo - i zaczęłam się zastanawiać, czy ktokolwiek w ogóle by mi uwierzył. Wydało mi się to mało prawdopodobne. Wiedziałam, że życie toczy się dalej zwyczajnym trybem nawet wtedy, gdy jestem molestowana, nie mogłam więc zakładać, że ktoś by się tym przejął. Wizyty u fryzjera stały się częstsze. Za każdym razem bałam się ich bardziej, za każdym razem molestowanie

przenosiło się na wyższy poziom. Nigdy nie zostałam przez niego waginalnie zgwałcona, ale jego ataki były tak odrażające, że z trudem o nich myślę nawet jako dorosła. Gwałcili mnie inni mężczyźni, ale po dziś dzień nie potrafię o tym mówić, nie mogę „ujawnić" tych konkretnych przypadków molestowania. Za każdym razem fryzjer decydował, co się wydarzy, a ja nigdy nie wiedziałam, którą część mnie będzie molestował, którą część zaatakuje. Tylko za tym pierwszym razem dostałam cukierka. Posyłano mnie do niego, wypożyczano, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Najdziwniejsze jest to, że wizyty te ustały równie nagle, jak się zaczęły. Moi bracia nadal chodzili tam obcinać włosy. Ja ich odprowadzałam. Ale ten rozdział został zamknięty. Fryzjer na powrót stał się zwyczajnym mężczyzną, a ja niegrzeczną dziewczynką - uczyłam się. Gdy - już jako dorosłej osobie - policja złożyła mi wizytę i poinformowała mnie, że zbiera dowody w sprawie przeciwko Helen, miałam niewiele czasu, by złożyć zeznanie na temat tego, co spotkało mnie w przeszłości. Jak miałam sobie to wszystko naraz przypomnieć? Jak miałam zawrzeć wszystko w jednym zeznaniu? Policjantom potrzebne było cokolwiek. I to im dałam. Zeznanie, które dostarczyli prokuraturze, było jednak tylko wycinkiem tego, co się faktycznie wydarzyło. Do dnia rozprawy przypomniałam sobie więcej. O wiele więcej. Wśród tych wspomnień był on - fryzjer. Stanęłam na miejscu dla świadków i opowiedziałam

wszystkim o tym mężczyźnie. Siedziałam na sali, a prawnicy zastanawiali się, czy można to włączyć do sprawy, czy ta część mojego horroru jest „istotna", a ja czułam się tak, jakby to się znów działo. Nie wierzyli mi, lepiej bym zrobiła, gdybym to zatrzymała dla siebie, tak jak mnie ostrzegali. Gdy w końcu oznajmiono, że dowód jest dopuszczony, poczułam szok - nareszcie ktoś mnie wysłuchał, choć wydarzyło się to lata całe za późno. Nigdy się nie dowiedziałam, czy on umarł, czy żyje, czy prowadzono przeciwko niemu postępowanie (widać pewne rzeczy się nie zmieniają). Jego zakładu już nie ma, ale ja pisząc te słowa, widzę przed sobą jego twarz.

ROZDZIAŁ

11

N A CO ZASŁUGUJĄ BRZYDKIE MAŁE DZIEWCZYNKI ...

1969-1970 Przyjęcia nadal się odbywały, mój koszmar trwał. Wiedziałam już, że jestem bezwartościowa. Wiedziałam, że jestem brzydka i co znaczy słowo „bękart". Podejrzewałam też, że naprawdę jestem bardzo, bardzo zła. Bo gdybym nie była, czy bezustannie by mnie karano? Im więcej bezimiennych mężczyzn mnie molestowało, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że nic nie znaczę. Mój obraz samej siebie kształtowała Helen. Jasno dała mi do zrozumienia, że wszystko to jest moją winą - ja to na siebie ściągnęłam. Należało mi się, ujmując to jej słowami. To, co mi się przydarzyło, wciąż we mnie tkwi - ale na różne, czasami nieoczywiste sposoby. Nie wiem, czy

osoba, która była molestowana w dzieciństwie, może emocjonalnie w pełni uwolnić się od tych doświadczeń. Wiem natomiast, że wciąż cierpię fizycznie z powodu tego, co robiła mi Helen Ford. Gdy byłam mała, nie ośmielałam się nawet wspominać, że jestem chora. Nie dlatego że była to oznaka słabości; było to także swego rodzaju pobłażanie samej sobie. Tylko wyjątkowi ludzie mieli prawo chorować, bo tylko oni zasługiwali na uwagę, która pomagała im wrócić do zdrowia. Ja nie mieściłam się w tej kategorii. Zapamiętałam to dzięki bolesnej lekcji. Miałam może dziesięć lat, gdy pewnego dnia znów odbywałam w łazience jakąś karę. Tym razem było jednak inaczej. Było mi zimno, jak zwykle, ale przeszywały mnie też fale gorąca. Temperatura mojego ciała zmieniała się tak gwałtownie, że byłam zdezorientowana. W jednej chwili marzłam, trzęsłam się i drżałam; w następnej byłam rozpalona, słaba i zbierało mi się na wymioty. Były wakacje, a ja stałam w tej łazience od śniadania śniadania innych, nie mojego. Nadeszło popołudnie. Gardło miałam tak opuchnięte, jakby coś w nim tkwiło. Czułam, że umieram - było tak źle, że postanowiłam zaryzykować i powiadomić o tym Helen. Nie mogłam krzyknąć, bo moje gardło było zbyt obolałe, i uświadomiłam sobie, że muszę wyjść z łazienki, by powiedzieć macosze, że coś jest nie tak. Czas mijał. Stałam tam samotna, pogrążona w gorączce i chwiałam się na nogach. Pragnęłam się położyć, ale

wiedziałam, że mi nie wolno. Wiedziałam, że w końcu będę musiała zacisnąć zęby i poprosić. Poprosić o pomoc. Poprosić o pozwolenie na powrót do łóżka. Odwróciłam się i na drżących nogach podeszłam do drzwi łazienki. Wiedziałam, że Helen jest w kuchni, słyszałam ją. Zataczając się, przeszłam przez przedpokój; czułam się tak źle, że postanowiłam zaryzykować i stawić jej czoło. Stanęłam za nią przy kuchennym zlewie. - Helen - szepnęłam. Okręciła się na pięcie ze ścierką w dłoni. - Jezu Chryste! Co tu robisz, ty podstępna mała suko? Podkradasz się do ludzi? - Pochyliła się nade mną. - Przeciwstawiasz mi się. Śmiejesz mi się w twarz. Nie w głowie był mi śmiech. Czułam, że w każdej chwili mogę zemdleć. - Proszę cię, Helen, bardzo źle się czuję. - I dobrze! Ja ci tu zaraz pokażę, co to znaczy: źle się czuć. Wracaj do łazienki i nie waż się stamtąd wychodzić. - Wróciła do mycia naczyń przekonana, że jej posłucham i pójdę do łazienki. Czułam, że to ważne. Musiała się dowiedzieć, że nie zmyślałam. W normalnej sytuacji nigdy bym się jej nie sprzeciwiła, ale musiałam spróbować jeszcze raz. - Helen, naprawdę muszę się położyć. Zimno mi i gorąco. Chyba zaraz zemdleję. Odwróciła się do mnie. - Jeszcze tu jesteś, gówniaro?

Podeszła bliżej i zaczęła bić mnie po twarzy śmierdzącą wilgotną ścierką, akcentując wyraźnie każde słowo. - Wracaj. - Uderzenie. - Do. - Uderzenie. - Tej. - Uderzenie. Cholernej. - Uderzenie. - Łazienki. - Uderzenie. Chwiejąc się na nogach, wróciłam do mojego więzienia. Zamknęłam drzwi. Opadłam na zimne płytki wstrząsana dreszczami. Poczułam falę mdłości, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Zmieniła zdanie? Wypuści mnie? - Dobrze się czuje nasze biedactwo? - zawołała śpiewnie. - Czy naszemu skarbowi już się polepszyło? Uniosłam nieco pulsującą głowę. Dlaczego nie wchodzi, żeby mi pomóc albo jeszcze mnie pomęczyć? - Tak sobie myślę, że skoro jesteś chora, to najlepiej będzie zastosować wobec ciebie kwarantannę. Zostaniesz tam, aż wszyscy się położymy. Trzymaj się od nas z daleka. Jeśli przywlekłaś do domu jakieś paskudztwo, nie chcę, żeby Andrew lub Gordon się zarazili, ty mała brudna krowo. Godziny mijały, a ja leżałam na posadzce, czując w jednej chwili lodowaty chłód, a w następnej nieznośny żar. Znacznie później jeszcze raz zebrałam się na odwagę i wypełzłam z łazienki na korytarz. - Proszę cię, Helen - wychrypiałam. - Proszę, pomóż mi. Bardzo źle się czuję. Czy mogę już wrócić do łóżka? Będę grzeczna. Będę cicho.

Wyłączyła telewizor i spojrzała na mnie. Otworzyła usta i wrzasnęła tak głośno, jak tylko ona potrafiła. - Wynocha! Wynoś się stąd! Nie masz prawa tu być! Wracaj do łazienki! Ale już! Natychmiast! Kazała mi stać tam cały wieczór. Od czasu do czasu słyszałam, jak podchodzi do drzwi, by mnie sprawdzić. W końcu wszyscy poszli spać. Taty nie było, wziął nadgodziny jak zwykle. A ja? Myślałam, naprawdę myślałam, że tego dnia umrę. W końcu i Helen się położyła - słyszałam, jak wychodzi z pokoju i idzie do swojej sypialni. Nawet do mnie nie zajrzała. Wiedziała przecież, że wciąż jestem w łazience, wciąż „odbywam karę". W końcu nie mogłam tego dłużej znieść. Wyszłam z łazienki i nieśmiało zapukałam do jej drzwi. Nic nie usłyszałam. Zapukałam znowu. Nadal nic. Uchyliłam drzwi odrobinę. - Helen - szepnęłam. - Helen, czy mogę już się położyć? Wpadła na mnie jak burza i zwaliła mnie z nóg. Najwidoczniej tylko czekała, aż przyjdę poprosić o ten skandaliczny przywilej. - Położyć się? Położyć? Ależ ty masz tupet! -krzyknęła. Pociłam się cała od gorączki, a ona zaczęła mnie bić. Była jak uosobienie furii w kapciach i szlafroku, gdy przycisnęła mnie do ściany i zaczęła okładać po twarzy. - Chora? Ja ci pokażę chorobę! Dowiesz się, co naprawdę znaczy to słowo, jak z tobą skończę!

Uciekłam do łazienki, błagając, by wezwała lekarza. Poszła za mną i zaczęła mnie znów bić. W końcu chyba wyczerpała się jej energia, bo wróciła do sypialni. Wiedziałam, że nie mogę się nawet położyć na podłodze, choć desperacko tego pragnęłam. Gdyby wróciła i przyłapała mnie na tym, kto wie, do czego by się posunęła. Stałam więc tak długo, jak byłam w stanie, ale chyba zemdlałam, straciłam przytomność, bo gdy przyszłam do siebie, stała nade mną i wrzeszczała: - Ej, ty! Kładź się do łóżka, ale już! I ani słowa ojcu! Następnego dnia - choć upłynęło pewnie ledwie kilka godzin - wróciła do pakamery z tatą. Zaczęła kręcić się koło mojego łóżka - oboje rzadko bywali w moim pokoju, było to więc wyjątkowe wydarzenie. - Don, naprawdę się martwię o tego dzieciaka -oświadczyła Helen. - Cały wieczór jej wczoraj powtarzałam, że źle wygląda i że musi pozwolić mi wezwać lekarza, lecz ona jest tak cholernie uparta, że nie chciała o tym słyszeć. Tata spojrzał na nią, jakby była cholerną Matką Teresą. - Jesteś dla niej zbyt pobłażliwa, Helen - mruknął. - Dzieciaki nie mają pojęcia, co jest dla nich dobre. Trzeba było tupnąć nogą. Jeśli uważasz, że potrzebny jej lekarz, nie dbam o jej zdanie, musi dać się zbadać. Tak więc wezwano lekarza. Przepisał mi penicylinę i inne leki - Helen doskonale odegrała rolę macochy zmęczonej opieką nad chorym dzieckiem, której los byłby znacznie łatwiejszy, gdybym po prostu zgodziła

się na leczenie za pierwszym razem, kiedy to zasugerowała. Przedstawienie było skierowane do taty, lekarza, sąsiadów, każdego, kto mógł ją usłyszeć - każdego, kto dopuszczał do siebie jej kłamstwa, a zamykał oczy na fakt, że chore dziecko, które nie miałoby siły wydostać się nawet z papierowej torby, jest od stóp do głów pokryte sińcami, a kości ma obleczone skórą. Jako dziecko często chorowałam, a powikłania pocho-robowe trwały w moim przypadku znacznie dłużej niż u dzieci, które dobrze się odżywiały, miały odpowiednią opiekę i na czas trafiały do lekarza. Do dwunastego roku życia miałam chroniczne zapalenie migdałków -usunięto mi je w końcu w szpitalu, w którym spędziłam cały tydzień. Jeszcze długo potem wspominałam ten okres, kiedy byłam otoczona troską i poczuciem bezpieczeństwa. Siostry pozwalały mi sobie pomagać, a ja czułam się tak dobrze, że nawet nie zauważałam bólu. Migdałki to była jednak pestka. Inne, poważniejsze problemy zdrowotne mam do dziś. W okresie gdy byłam wykorzystywana seksualnie, ciągle byłam obolała „w dole" i miałam bezustanne problemy z „kanalizacją" (ciekawe, że choć padłam ofiarą odrażających praktyk, nigdy nie pozwalano mi używać „brzydkich" -to znaczy właściwych - nazw części ciała i ich funkcji). Fakt, że rzadko mogłam skorzystać z toalety, gdy zachodziła taka potrzeba, wcale nie poprawiał sytuacji.

Odkąd pamiętam, od dnia przybycia na Easter Road aż po dziś, cierpię na schorzenia „kanalizacyjne". Jako dziecko moczyłam łóżko, a Helen robiła z tego wielki problem. Nic nie mogłam na to poradzić; miałam pięć lat! Właśnie wróciłam do domu z ośrodka, moczyłam łóżko, a ona była przekonana, że to koniec świata. Coraz bardziej ją to denerwowało, aż w końcu zaczęła wycierać mi nos tym prześcieradłem, kazała mi zdejmować mokre majtki i ocierać sobie nimi buzię, a potem zakładać z powrotem i nosić cały dzień. Nic dziwnego, że w szkole wołali na mnie siusiumajtka. Innym jej sposobem na oduczenie mnie moczenia się było zaścielanie łóżka gumowym prześcieradłem. Nienawidziłam tego rdzawo-czerwonego prześcieradła, śmierdzącego gumą i moczem. Musiałam je prać w wannie, deptać, wyciskać i rozwieszać na podwórku, a jeśli padało, na sznurkach w domu. Im byłam starsza, tym bardziej wstydziłam się tego, że chodzę do szkoły, śmierdząc moczem. Biegałam do toalety i próbowałam myć się boraksowym mydłem i wycierać zielonymi papierowymi ręcznikami. Doszłam nawet do takiego stadium, że prałam majtki, a potem chodziłam cały dzień w mokrych. Nic jednak nie pomagało - zapach nie znikał. Mam też kłopoty z kręgosłupem, które są bezpośrednią konsekwencją bicia. Pamiętam dzień, kiedy Helen zbiła mnie tak, że naprawdę uszkodziła mi plecy. Właśnie wróciliśmy z wakacji w Kinghorn - spędziliśmy

dwa tygodnie w domku letniskowym w hrabstwie Fife. Doskonale się tam bawiłam, bo mieliśmy znacznie więcej swobody niż kiedykolwiek w domu. Głównie chyba dlatego że Helen nie chciała, byśmy kręcili się jej pod nogami, ale na pewno także dlatego że tata był tam przez cały czas. Po śniadaniu wolno nam było zniknąć na cały dzień. Chodziliśmy z Simonem nad staw, w którym łapaliśmy płotki i cierniki. Odbywaliśmy długie wycieczki w poszukiwaniu jaskiń, skakaliśmy z nabrzeża do wody. Było wspaniale. Tyle że Helen zapakowała do walizki mały bonus. Swoją ulubioną dyscyplinę. Gdy tata był w pobliżu, zachowywała się w porządku - gdy tylko udał się do miejscowego baru, wyciągała pasek i biła, ile wlezie. Simon i ja padliśmy ofiarą jej przemocy niejeden raz w trakcie tamtych wakacji, a pamiątką po tym był ból, który trwał znacznie dłużej niż radość z udanego połowu. Wkrótce po powrocie z wakacji dostaliśmy z Simonem straszne lanie za kolejną wyimaginowaną obrazę. Simon był pierwszy. To też była jedna z ulubionych rozrywek Helen. Kazała jednemu z nas stać pod drzwiami łazienki, czekać i przysłuchiwać się, jak to drugie płacze z bólu, żebyśmy oboje wiedzieli, co nas spotka. Simon krzyczał; w końcu przestał, wyszedł z łazienki zapłakany i zgarbiony z bólu. Czmychnął do swojego pokoju. Ja byłam następna. Zrobiłam to, co zwykle - nachyliłam się nad zimną wanną, przysłuchując się słowom Helen.

Wiesz, za co ta kara. Wiesz, że byłaś niegrzeczna. Wiesz, że na to zasłużyłaś. - No, powiedz to! Powiedz! Powiedz, że byłaś niegrzeczna i że na to zasłużyłaś! - krzyczała. W końcu ulegałam. - Jestem niegrzeczna. Zasłużyłam na karę. Kazała mi się pochylić. Nie ruszać się. Pochylałam się więc nad wanną i czekałam na piekące uderzenia pasa. Tamtego razu, tamtego jedynego razu nie użyła jednak pasa, lecz sprzączki. Nie wiem, czyj to był pasek, czyj pasek wybrała, by mnie uderzyć, ale był cięższy niż zazwyczaj, a masywna mosiężna sprzączka przyprawiała mnie o paroksyzm za każdym razem, gdy spadała na moje plecy. Próbowałam zaciskać zęby, by nie pokazać jej, jak bardzo cierpię, lecz skapitulowałam. Plecy bolały mnie niewyobrażalnie i przysięgam, że usłyszałam trzask. Helen biła i biła, krzyczała i krzyczała. W końcu przestała, a ja utykając, uciekłam do siebie. Ból był znacznie gorszy niż kiedykolwiek wcześniej i wciąż słyszałam ten trzeszczący dźwięk. Od tamtego dnia mam problemy z kręgosłupem, który boli mnie prawie codziennie. Kilka lat temu udałam się do kręgarza. Zrobił mi zdjęcie rentgenowskie. - Czy przeżyła pani ciężki wypadek samochodowy? -zapytał, skanując je wzrokiem. - Nie - odparłam. - Tylko ciężkie dzieciństwo.

Jak już wcześniej wspomniałam, mam też problemy z odżywaniem. Całe lata musiałam obywać się bez jedzenia. W rezultacie nie mogę jadać normalnych posiłków. Jestem skazana na bardzo małe porcje. Frustruje mnie to, irytuje i jest szalenie aspołeczne. Gdy dostajesz zaproszenie na obiad czy kolację, ludzie obserwują cię, a ty widzisz w ich wzroku pytanie. Jestem drobna i wszyscy są przekonani, że mam zaburzenia żywienia. Poniekąd mam, jednak nie z wyboru. To lata głodówki sprawiły, że taka jestem, a jedyny sposób, bym mogła to sobie wynagrodzić, stanowi gotowanie dla tych, których kocham. Pogodziłam się z faktem, że to wszystko jest częścią mnie - nie powstrzymuje mnie to jednak od pytań, jak to się w ogóle mogło wydarzyć. Pytania te kieruję głównie do członków personelu Barnardo. Bardzo mnie zawiedli. Kompetentnie się mną opiekowali, gdy byłam w Haldane House, ale winię ich za to, że niedokładnie sprawdzili, do czego wróciłam. Dlaczego mi nie pomogli? Dlaczego czegoś nie zrobili? Nie mogli przewidzieć, z czym się zetknę, ale gdyby umieścili nas gdzie indziej, zapewne nigdy nie dostalibyśmy się w łapy Helen. Wiem, że brano to pod uwagę, bo czytałam raporty. Jeden z nich głosi: „Niestety, żadne z rodziców nie utrzymuje bliskiego kontaktu z dziećmi, dlatego też planujemy umieścić je

w odpowiednim domu zastępczym, aby dać im możliwość dorastania w normalnym, szczęśliwym środowisku domowym, w którym otrzymają miłość i troskę". Jestem wstrząśnięta tym, jak blisko byłam zupełnie innego życia. Normalny, szczęśliwy dom. Miłość i troska. Za tym właśnie tęskniłam przekonana, że na to nie zasługuję. Miałam to w zasięgu ręki, nawet o tym nie wiedząc. W moim życiu jest tyle „gdybania". A gdybym została umieszczona u innej rodziny i zdołałabym oczarować ją na tyle, by mnie adoptowała? A gdybym miała zupełnie inne dzieciństwo? Na kogo bym wyrosła? Chciałabym też wiedzieć, jak nauczyciele mogli być tak ślepi na tragedię, która rozgrywała się tuż przed ich oczami. Jak już wspominałam, moją pierwszą szkołą była szkoła podstawowa Leith Walk, rozpoczęłam ją pod koniec pierwszego lata, które spędziłam z tatą i macochą. Czy nauczyciele z tej małej wiktoriańskiej szkoły z wyboru ignorowali chudą, przerażoną dziewczynkę, która śmierdziała moczem? Gdy codziennie patrolowali rozdzielone place zabaw dziewcząt i chłopców, po prostu nie zauważali mnie, odizolowanej, wykluczonej, posiniaczonej i głodnej? Traktowanie, którego doświadczałam w domu, zapewniło mi w końcu uwagę tych, którzy powinni byli zauważyć mnie na długo przedtem - niewiele mi to

jednak dało. Miałam taką obsesję na punkcie jedzenia, że pewnego dnia ukradłam kanapkę z kieszeni innego dziecka. (Gdy Don i Helen się dowiedzieli, uznali to za kolejny powód do bicia). Ten fakt wykorzystano zresztą w sądzie jako dowód mojego zepsucia - Helen sądzono za stręczycielstwo nieletnich, a jej prawnicy próbowali udowodnić, że to wszystko zostało zmyślone przeze mnie, bo byłam bardzo złym dzieckiem, które kłamało i kradło jedzenie! Powtórzę to, co zeznałam wtedy pod przysięgą tylko głodne dzieci posuwają się do kradzieży jedzenia. Wtedy to wystarczyło, by posłać mnie do szkolnego psychologa. Moje jedyne przyzwoite posiłki od poniedziałku do piątku to były obiady w szkole. Simon i ja dostaliśmy darmowe obiady. Mieliśmy różowe kupony, które wszyscy widzieli i z których powszechnie szydzono. Ci, którzy płacili za posiłki, jedli pierwsi, a my, biedacy, na samym końcu. Zaletą ostatniej zmiany była natomiast możliwość otrzymania dokładki, choć najlepsze dania były już zazwyczaj zjedzone przez płacących. Zupełnie nie przejmowałam się tym, że byłam „naznaczona" darmowymi posiłkami - marzyłam o nich. Nie mogłam się wprost doczekać pory lunchu, dosłownie się śliniłam na myśl o tym, co dobrego dostanę danego dnia. Może mielone? Niezbyt gęste i brązowe, z marchewką i tłuczonymi ziemniakami? A potem może ciasto z posypką? Wszystko, co mi podano, zjadałam do ostatniego kęsa.

Gdy wracam myślami do tych dni, w mojej głowie powstają niezwykle sugestywne wizje stołówki, brzęku aluminiowych tac, zapachu gorących dań, który unosił się na korytarzach po przerwie. Jedzenie w szkole było dla mnie wszystkim. Przychodziłam do szkoły tak głodna, że mogłam myśleć tylko o tym. Rankiem zastanawiałam się, kiedy przyniosą mleko. Lubiłam mleczne przerwy - bardziej w zimie, kiedy napój był lodowaty -dostawałam dwieście mililitrów w butelce z foliowym korkiem. Ktoś szedł długim korytarzem do miejsca, w którym mleko składowano, i wracał z pełną skrzynką. Ktoś inny je rozdawał, razem z różową słomką, przez którą się piło. Te same słomki łączyliśmy w różne trójwymiarowe figury, układaliśmy je ostrożnie na kolorowym celofanie, a czasami na papierkach po cukierkach i wieszaliśmy je chaotycznie w klasie. Wyglądały przepięknie - jak klejnoty albo magiczne latarnie. Pamiętam mgliście, że miało to coś wspólnego z matematyką, ale dla mnie stanowiło tylko dowód tego, że najlepsze rzeczy spotykają cię, gdy masz pełny brzuch. Pamiętam, że gdy zamieszkałam na Easter Road, jadłam śniadanie, zanim wyszłam do szkoły, zazwyczaj płatki z mlekiem i cukrem lub tosty. Przez jakiś czas dostawałam nawet drugie śniadanie - paczkę chipsów Golden Wonder, czekoladowy batonik, karmelowego Tunnocka albo Blue Riband. Nie wiem, kiedy dokładnie się to skończyło, ale chyba zaraz po powrocie do domu Simona i Frances. Szkolnymi obiadami cieszyłam się

przez bardzo krótki okres. Helen je ukróciła, zupełnie nie wiem czemu - czy z chęci kontrolowania mnie, poczucia siły czy może z czystej podłości - musiałam w czasie obiadu wracać biegiem do domu przerażona tym, że się spóźnię albo zdenerwuję ją w jakiś inny sposób. Czasami dostawałam małą bułeczkę z kiełbasą, a czasami nic, i musiałam biegiem wracać do szkoły. Dlatego też imałam się różnych sposobów, by zdobyć jedzenie. W drodze do szkoły podnosiłam z ziemi słodycze albo okruchy chleba zostawiane dla ptaków. Żebrałam na placu zabaw, zawsze trzymając się blisko dzieci, które miały drugie śniadanie, wywołując w nich poczucie winy i jeszcze większą niechęć swoimi żałosnymi wysiłkami. Przy każdej okazji opuszczałam klasę i biegłam do szatni w poszukiwaniu pozostawionych w kieszeniach i torbach resztek czy drobnych. Jeśli znalazłam pensa, po szkole biegłam do sklepu. Kupowałam cukierka za pensa, takiego samego jak ten, którego dostałam od fryzjera, w papierku w biało-zieloną kratkę. Pyszne kremowe toffi. Albo zjadałam go od razu, albo -by cieszyć się nim dłużej - wsadzałam do mojego brązowego skórzanego plecaka i zjadałam go w samotności w domu. Wiedziałam, że gdyby Helen to zobaczyła, wpadłabym w niezłe tarapaty. To, jak mnie traktowano w domu, bez wątpienia odbijało się na moim rozwoju. Nie miałam normalnego szkolnego życia z normalnymi zainteresowaniami i normalnymi przyjaciółmi. W ogóle nie pamiętam,

bym w podstawówce miała przyjaciół, chociaż czasami zapraszano mnie do gry na skakance, gdy brakowało osób, a nawet pozwalano mi trzymać rączkę przy specjalnych okazjach. Byłam autsajderem, ale lubiłam przyglądać się grom i zabawom. Tuż po rozpoczęciu szkoły, gdy Helen była dla mnie jeszcze stosunkowo miła, szybko wciągano mnie do wspólnych zabaw. Z czasem jednak - gdy zaczęłam pojawiać się w szkole coraz gorzej pachnąca, zaniedbana, zmęczona, głodna, zamknięta w sobie i bez wątpienia dziwna - stałam się obiektem drwin. Chodzenie do szkoły zaczęło budzić we mnie takie napięcie, jakie budził powrót do domu. Lubiłam niektóre lekcje, zwłaszcza historię, geografię i wszystko, co miało związek z rysowaniem. Do dziś wspominam projekt dotyczący arrasów z Bayeux, w ramach którego musieliśmy zrobić kolaż. Przez krótki czas uczyliśmy się francuskiego. Fascynował mnie ten osobliwie brzmiący język i jego nauczycielka, która opowiadała nam o egzotycznej Francji. Lubiłam muzykę i bardzo dobrze pamiętam jej nauczycielkę. Zapewne dlatego że przypominała mi ciocię Nellie - miała ten sam belferski wygląd, nosiła tweedowe spódnice i wygodne czarne sznurowane trzewiki. Uczyła nas śpiewać z zaokrąglonymi wargami i kazała zataczać palcem kółka w ustach, byśmy mieli pewność, że nasze wargi tworzą idealny okrąg, gdy śpiewaliśmy Greensleeves i Early One Morning.

Lubiłam też pisać - była to czynność bliska sztuce, która stała się moim życiem - i z niecierpliwością czekałam na lekcje, podczas których piórem zapisywaliśmy w zeszytach kolejne litery alfabetu. Nie znosiłam tabelek i wzywania do odpowiedzi z matematyki. Liczby mnie nudziły i nie miały dla mnie sensu arytmetyka była piekłem. Rzecz jasna, wiedziałam już, że czytanie to czysta rozkosz. Zaczęłam od książeczek dla dzieci, ale szybko zaczęłam szukać bardziej wymagających lektur. Byłam najlepsza z ortografii, kiepska w sporcie. Było mi zawsze zimno, tak więc wolałam stać przy grzejniku w budynku, niż biegać po podwórku. Najlepszym okresem w podstawówce były święta Bożego Narodzenia. Salę gimnastyczną przystrajano wtedy dekoracjami z papieru i ogromną „prawdziwą" choinką z błyszczącymi, mieniącymi się bombkami i łańcuchami. Szkoła organizowała zabawę, wszyscy zbieraliśmy się w holu, bawiliśmy się razem, a potem przychodził czas na poczęstunek, czyli herbatę z malutkimi kanapkami z jajkiem, bułeczkami z szynką, słodkimi, lepkimi ciastkami i pomarańczowym sokiem. Odwiedzał nas Święty Mikołaj, śpiewaliśmy We Wish You a Merry Christmas, a potem rozchodziliśmy się do domów. Za każdym razem chciałam to wszystko zabrać ze sobą i czułam ucisk w żołądku, gdy zabawa dobiegała końca.

Tak wyglądało moje życie, tyle pamiętam ze szkoły, nie można tego jednak oddzielić od tego, co spotykało mnie ze strony Helen. Nienawidziłam swojego domu. Zaczynałam nerwowo spoglądać na zegar tuż przed ostatnim dzwonkiem i niepokoiłam się, gdy ludzie nie spieszyli się z wychodzeniem, bo to oznaczało, że spóźnię się do domu. Wiedziałam, że Helen patrzy na zegarek i że będę mieć kłopoty, jeśli się spóźnię. Biegłam więc ile sił w nogach, paliło mnie w płucach z wysiłku, a mój żołądek fikał koziołki. Odczuwałam wielką ulgę, jeśli ograniczała się do odesłania mnie do pokoju. Czasami kazała mi stać na korytarzu lub w łazience i czekać; czekać, aż wymyśli, co może mi tego dnia zrobić. Bardzo, bardzo rzadko - zazwyczaj po kilku puszkach Special Brew - pozwalała mi się przebrać i iść się pobawić, dopóki mnie nie wezwie. W takie dni nie liczyło się, jaka jest pogoda. Po prostu korzystałam z okazji. Wzywała mnie z powrotem, bym umyła naczynia, już po podwieczorku, którego nie jadłam, bo przecież się nie liczyłam. To było błędne koło głodzenia, bicia, przemocy i okrucieństwa. Ludzkie pojęcie przechodzi, że gdy w końcu trafiłam do dziecięcego psychologa, ten nic nie zdiag-nozował. Wydaje się, że prawdziwemu profesjonaliście wystarczyłoby dziesięć minut, by rozeznać sytuację, ale ja zawsze byłam odsyłana do Helen. A ona każdego dnia miała dla mnie nowy horror. Gdy przeprowadziliśmy się na Edina Place, wizyty pracowników opieki

społecznej stały się bardzo pobieżne. Helen opowiadała im, jaka jestem nieznośna i niedobra. Poza tym dokładnie instruowała Frances, Simona i mnie, co mamy mówić. Na gzymsie kominka ustawiła trzy mosiężne małpki -jedną z zakrytymi uszami, drugą z zakrytymi ustami i trzecią z zakrytymi oczami. - Spójrzcie na nie - syczała do nas przed każdą oficjalną wizytą. Musicie zapamiętać jedno i lepiej wbijcie to sobie do tych tępych głów. Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. - Zerkała na mnie, swą najbardziej znienawidzoną pasierbicę. - Ty. Nie zapomnij. Nie zapomnij o tych małpkach. I NIGDY nie zapominaj, że ja obserwuję cię uważniej niż ktokolwiek. Gdy przychodzili pracownicy opieki społecznej, nasza trójka stawała przed nimi i odpowiadała na pytania. Helen stawała za nimi i patrzyła na nas, mrużąc oczy i obiecując nam bezgłośnie straszne rzeczy, gdybyśmy się ośmielili zniszczyć jej wizerunek idealnej macochy. I te małpki. Przerażały mnie wtedy i nawet dziś oblewam się zimnym potem, gdy widzę u kogoś podobne. Helen nigdy dobrowolnie nie dała mi nic dobrego -tylko jeden raz się potknęła. Nienawidziłam Gordona. Nie był młodszym braciszkiem, na którego czekałam. Był synem swojej matki. Kosztował mnie utratę cioci Nellie i traktował gorzej niż psa. Nigdy nie przywiązałam się do Andrew, bo

dostałam nauczkę; z wyboru unikałam młodszego syna Helen, bo bałam się, że on także zwróci się przeciwko mnie. Odcięłam się od jej dzieci. Nie ufałam im, ponieważ pochodziły od niej, a ona była źródłem mojego cierpienia. Potem jednak na świat przyszło jeszcze jedno jej dziecko. Karen. Nawet nie wiedziałam, że jest w ciąży. Zazwyczaj patrzyłam na nią, tylko jeśli naprawdę musiałam, nie zauważyłam więc jej rosnącego brzucha. Ciągle narzekała na zmęczenie, więc w tym także nie dopatrzyłam się niczego nowego. Pewnego dnia wróciliśmy do domu i natknęliśmy się na tatę. Już to było zupełnie niezwykłe, ale gdy polecił spokojnym głosem chłopcom i mnie (Frances już wtedy z nami nie było) iść do naszych pokojów i zostać tam, wrażenie jeszcze się pogłębiło. Nie byłam niczego ciekawa - wystarczało mi, że nikt mnie nie uderzył. Dzień ciągnął się bez końca. Słyszałam krzyki i jęki. Ale to także nie było nowe. Helen ciągle krzyczała. Z jej sypialni często dochodziły jęki - choć zazwyczaj taty nie było wtedy w domu. Wszystko to trwało jednak zbyt długo. Potem ktoś zadzwonił do drzwi. Przestraszyłam się.

Zazwyczaj gdy Helen odsyłała mnie do pokoju, a potem wydawała te dziwne odgłosy, ja czekałam na dzwonek. Nie mógł to być jeden z mężczyzn, którzy mnie wykorzystywali, bo nigdy nie przychodzili, jeśli w domu był tata, ale i tak byłam pełna obaw. Gdybym usłyszała ten specjalny dzwonek, wiedziałabym, że to ktoś do mnie, ktoś, kto wykorzysta mnie za aprobatą Helen w ramach jej popołudniowego przyjęcia. Tym razem jednak choć usłyszałam męski głos, nikt do mnie nie przyszedł. Czekaliśmy w pokojach całą wieczność, aż w końcu tata przyszedł i powiedział, że możemy wyjść i skorzystać z toalety, jeśli musimy. Pamiętam, że pobiegliśmy do niej jednocześnie i wszyscy zatrzymaliśmy się tuż za drzwiami. - Fuj! A to co? - krzyknął Gordon, pokazując palcem wannę. Andrew podszedł do niego, pokazał, że zbiera mu się na wymioty, i krzyknął: - Krew! Krew! Zajrzałam do środka. W starym poobijanym nocniku pływało coś strasznego - czerwonego, zakrwawionego i guzowatego. Wtedy nie miałam pojęcia, co to jest łożysko, nie wiedziałam więc zupełnie, na co patrzę. Tata przepchnął się pomiędzy nami, chwycił nocnik i krzyknął: - Nie wasza sprawa, co to jest! Róbcie, co macie robić, wytłumaczymy wam to później. „Później" wkrótce nadeszło.

Zaprowadzono nas do sypialni Helen i Dona. Helen siedziała na łóżku w koszuli nocnej, a w ramionach trzymała dziecko. Wyglądała na szczęśliwą. - Podejdźcie i przywitajcie się ze swoją nową siostrą powiedziała. - To jest Karen. - Spojrzała mi prosto w oczy. Prawda, że jest śliczna? To najładniejsza mała dziewczynka, jaką widziałam. Tak powinna wyglądać każda dziewczynka. Podeszłam bliżej, spodziewając się diablęcia z rogami, kolejnego pomiotu szatana. Nie byłam przygotowana na to, co poczułam. Miałam dziesięć lat i gdy spojrzałam na tego noworodka, poczułam więcej miłości niż kiedykolwiek w życiu. Zapragnęłam wyrwać go z objęć Helen, uciec i już zawsze chronić. Po części byłam przerażona - kolejna dziewczynka. Czy będzie cierpieć tak samo jak ja? Poczułam, że choć jestem chuda i słaba, zrobię, co w mojej mocy, by do tego nie dopuścić. Dni mijały, a sytuacja powoli się wyjaśniała. Słyszałam, jak ludzie mówią, że mój tata to dobry człowiek, że niewielu mężczyzn stanęłoby u boku żony w tych okolicznościach. W końcu zrozumiałam. Nie był ojcem Karen. Gdy to pojęłam, zrozumiałam też, kto jest jej ojcem. Był mężczyzna, który nigdy mnie nie dotknął, a często u nas bywał. Ilekroć Helen zabierała mnie na zakupy, zawsze wiedziałam, czy danego dnia wpadniemy na Lenny'ego, bo wtedy poświęcała jeszcze więcej czasu na fryzurę, makijaż i ubiór. Uśmiechała się do niego

i udawała kogoś, kim nie była. Dla mnie też był miły -choć wcale tego nie chciałam. Dobrze zapamiętałam, co się stało, gdy raz spotkałyśmy go na Easter Road. - Cześć, mała Donno - powiedział wtedy, mierzwiąc mi włosy. Helen wykrzywiła się nienaturalnie, z całych sił starając się utrzymać przyklejony do twarzy uśmiech. - Jak się miewasz? Dobrze się bawisz? Widzę, że jesteś zajęta. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć - wiedziałam, że w ogóle nie wolno mi się odezwać bez pozwolenia. - Ugryzłaś się w język? - zapytała Helen, doskonale wiedząc, że milczę ze strachu. - Jest bardzo głupiutka -roześmiała się i wykrzywiła twarz w parodii uwodzicielskiego spojrzenia. Przestań. Przestań już do mnie mówić, błagałam Lenny ego Crooksa w myślach. Jeśli będziesz do mnie mówił, jeśli będziesz dla mnie miły, będziesz poświęcał mi uwagę - zapłacę za to później. Bardzo wysoką cenę. Lenny Crooks nie umiał jednak czytać w myślach. Ciągle mówił. Mierzwił mi włosy. A potem dodał jeszcze: - Ona jest strasznie koścista, Helen, nie sądzisz? Po tych słowach się wyłączyłam. Wiedziałam już, co się wydarzy. Helen zakończyła rozmowę z Lennym i wróciłyśmy do domu.

Nie odezwała się ani razu. Wzięła pas. Rozebrała mnie. I zaczęła bić. W końcu przerwała, by zaczerpnąć tchu, i odesłała mnie nagą i zakrwawioną do łazienki, gdzie zostałam sama, zmarznięta i głodna, aż do następnego ranka. Bo byłam „koścista". Mężczyzna, który mimowolnie ją sprowokował, był ojcem Karen. Dzięki Karen nauczyłam się kochać drugiego człowieka i poznałam strach, który się z tym wiąże. Ostatecznie okazało się, że Helen wcale o nią nie dba - odeszła, gdy Karen była jeszcze niemowlakiem. W mojej nowej siostrzyczce (tak o niej myślałam, choć przecież nie łączyły nas więzy krwi) odnalazłam lalkę, o której zawsze marzyłam. Miałam już dziesięć lat, ale nigdy nie zapomniałam o lalce Tiny Tears, której pragnęłam, odkąd opuściłam Barnardo. Przed pierwszymi świętami Karen Helen zapytała mnie: - I co, Donno? Co Mikołaj ma ci przynieść w tym roku? To pewnie żart, pomyślałam. Dotychczas mogłam mówić o szczęściu, jeśli dostałam kredki; musiała mi kupować różne rzeczy, nie miało to jednak nic wspólnego

z prezentami, którymi obsypywała Gordona i Andrew. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czy to jakaś sztuczka? Zapewne tak, ale nie zdołałam się powstrzymać. Miałam Karen, ale nadal pragnęłam lalki Tiny Tears... i powiedziałam jej o tym. - Doprawdy? Cóż... - zamyśliła się na chwilę - zobaczymy, co się da zrobić. Przez następne tygodnie nie mogłam spać. Pojawiła się we mnie nadzieja. Prawdziwa nadzieja. A w bożonarodzeniowy poranek z trudem uwierzyłam własnym oczom. Pod żałosną choinką leżało pudełko. W kształcie pudełka lalki Tiny Tears. Była na nim karteczka z moim imieniem. Po raz pierwszy, odkąd sięgałam pamięcią, pod choinką pojawił się pięknie opakowany prezent i karteczka z życzeniami: Dla Donny Wesołych Świąt!!!!!! XXXXXXX X Brakowało jeszcze słów „od mamy i taty", ale to nie było ważne nie spodziewałam się aż tak wiele. Liczyło się tylko to, że ona tam była. Moja lalka tam była. Och, wiedziałam, że będę ją bardzo kochać! Byłam pewna, że przyniesie mi wiele radości. Przetrwam wszystko, jeśli będę mogła przytulać tę lalkę.

Helen była w wyjątkowo dobrym humorze. Śmiała się i kołysała Karen na biodrze. - Chodźcie tu wszyscy - zawołała głośno. - Zostawcie te paczki i spójrzcie, jak Donna otwiera swój WIELKI prezent! Dostała dokładnie to, na co zasłużyła. Gordon i Andrew jęknęli, ale podeszli bliżej. Tata również. Nie podniosłam pudełka, było zbyt cenne. Zostawiłam je na podłodze i ostrożnie dotknęłam papieru. Oddarłam róg opakowania - czy czeka mnie rozczarowanie? Z trudem się powstrzymywałam. Zobaczyłam napis TINY TEARS. Prawie zemdlałam. Lalka była prawdziwa. Prawdziwa! Śmiejąc się histerycznie, zdarłam resztę papieru. Opadłam na kolana. Rozejrzałam się wokół. I zapragnęłam umrzeć. Usłyszałam szalony śmiech Helen za plecami. Gordon ryczał ze śmiechu. Nawet tata się śmiał. Spojrzałam na pudełko. Pudełko Tiny Tears. Puste pudełko Tiny Tears. - Proszę, Donno! - zachichotała Helen. - To twój prezent! Mam nadzieję, że ci się podoba! Obejrzałam się i zobaczyłam, że macha do mnie, a po jej twarzy płyną łzy radości.

Tak wyglądały moje święta. Mój prezent. Karen dostała tę lalkę, choć nigdy nie widziałam, by się nią bawiła. Ja dostałam puste pudełko. Tylko na to zasługują brzydkie małe dziewczynki.

ROZDZIAŁ 12 Ś LEPY J IMMY 1969 Helen ciągle wysuwała nowe żądania. Ciągle czegoś ode mnie chciała - byłam dla niej workiem treningowym, „przedmiotem", na którym mogła wyładowywać swój gniew. Przyjęcia były częścią tego - tak ja inne „sprawy", które aranżowała. Pewnego popołudnia udało mi się przez kilka godzin unikać pięści i wyzwisk macochy. Nigdy nie mogłam się w pełni zrelaksować, wystarczało mi więc, gdy mogłam sama pobyć w swoim pokoju. Ranek spędziłam na czytaniu i rozmyślaniach o cioci Nellie. Reszta dnia - nawet pomimo izolacji i osamotnienia, pustego brzucha i sińców po ostatnim biciu - byłaby bliska ideału, gdyby tylko udało mi się nie spotkać Helen do wieczora.

Moja macocha miała jednak inne plany. Ciągle oferowała moją pomoc sąsiadom i znajomym. „Oferty" te stały się wyjątkowo obsceniczne i perwersyjne, gdy zaczęły się jej przyjęcia, ale Helen miała też drugą, bardziej nieszkodliwą stronę. Posyłała mnie, bym komuś posprzątała, popilnowała dziecka, zrobiła zakupy. Nie zdziwiło mnie więc, gdy tamtego dnia krzyknęła: - Przywlecz tu swój leniwy mały tyłek! Mam dla ciebie robotę. Ślepy Jimmy potrzebuje pomocy przy zakupach, a ty i tak nic nie robisz, więc mogłabyś się ruszyć i pomóc temu biednemu staruszkowi. Ślepy Jimmy mieszkał kilka ulic od nas, obok domu, w którym Helen mieszkała kiedyś z rodzicami. Był stary i śmierdział, ale naprawdę mu współczułam. Mieszkał sam, a ja zakładałam, że przez to, iż jest ślepy i sobie nie radzi, nie ma pojęcia, w jakim opłakanym stanie jest on sam i jego dom. Moje współczucie nie oznaczało jednak, że lubiłam za nim biegać. Przygryzłam język w ostatniej chwili i spojrzałam na listę, którą wręczyła mi Helen rzeźnik McKellar po mięso i piekarnia McGilla po chleb. Lista była krótka, wiedziałam, że migiem się uwinę. - A gdzie pieniądze? - zapytałam. - Pewnie w kieszeni Ślepego Jimmy'ego - odparła. -Masz go wziąć ze sobą. Idź po niego i zabierz go na zakupy. Postąpiłam zgodnie z instrukcją. Ślepy Jimmy niewiele się do mnie odzywał, gdy na Easter Road załatwialiśmy

jego sprawunki. Kuśtykał i ostrożnie badał białą laską ściany i latarnie po drodze. W sklepach mówił, czego chce bez „proszę" i „dziękuję", a potem wyciągał z kieszeni spodni brudną starą szarą chustkę. Chustka była mocno zawiązana, a w niej Jimmy trzymał pieniądze -co do pensa wiedział, ile ich ma. Niosłam za nim sprawunki, gdy wracaliśmy na East Thomas Street. Ulica wygląda teraz zupełnie inaczej - stare czynszówki zastąpiło nowe budownictwo - ale wtedy wciąż jeszcze była pełna dziur i kostki brukowej, co utrudniało Ślepemu Jimm’emu chodzenie. Domyśliłam się, że to dlatego Helen chciała, bym mu pomogła. Szczerze mówiąc, niewiele zrobiłam. Ten staruch doskonale radził sobie z pieniędzmi i ludźmi, więc poza tym, że dźwigałam jego zakupy, mogłam tylko upewniać się, że nigdzie się nie potknie. Ślepy Jimmy mieszkał w dzielnicy, której każdy róg, każda fasada świadczyła o „ciężkim życiu". Pranie wieszano tam na podwórkach od frontu lub z tyłu budynku, a na wyższych piętrach zwisało z okien kuchni i balkonów. I tyle jeśli chodzi o wykwintny Edynburg. Kobiety plotkowały na schodach i przez płoty. Dzieci biegały po ulicach, wrzeszcząc, grając w klasy, kopiąc piłkę, skacząc i ścigając się w wózkach domowej roboty. Rzadko kto miał telewizor czy choćby rower. Mieszkanie Ślepego Jimmy'ego znajdowało się na samym końcu ulicy, na parterze. Pomogłam mu wnieść zakupy i położyłam je na sfatygowanym stoliku koło

kuchenki, bo tylko tam znalazłam miejsce. Czekałam, aż zacznie ze mną rozmawiać albo chociaż podziękuje za pomoc. Pokój, w którym mieszkał, był malutki i cały zagracony śmieciami. Łóżko było schowane we wnęce przy drzwiach naprzeciwko kuchenki. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia, a z mebli, poza niskim krzesłem, na którym leżały ubrania i papierowe torby, były tam tylko stół i kredens. Nie mogłam się doczekać wyjścia stamtąd. Mieszkanie było brudne i przygnębiające. - Czy mogę pomóc ci w czymś jeszcze, Jimmy? - zapytałam. Odwrócił się powoli w kierunku mojego głosu. Odczekał chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem wychrypiał: - Nie. To wszystko. - Podeszłam do drzwi, gdy dodał: - Dzięki. Dzięki za pomoc. Masz. - W powykręcanych, brudnych palcach trzymał trzypensówkę. Nie mogłam uwierzyć swemu szczęściu! Jeśli zdołam ukryć ją przed Helen, wydać, zanim dojdę do domu, mogłabym coś zjeść. Wzięłam pieniądze, wyszłam z mieszkania i pobiegłam do sklepu ile sił w nogach. Kilka dni później Helen znów mnie wezwała. - Możesz iść pomóc Ślepemu Jimmy emu - oznajmiła, jakby oddawała mi tym wielką przysługę. - Zrób mu obiad, ty leniwa mała suko. Choć raz zrób coś

pożytecznego. Nie przywiozą mu dziś posiłku, więc będzie musiał zadowolić się tobą. Rusz się, zrób mu mielone z ziemniakami. I nie przynieś mi wstydu. Nie lubiłam Ślepego Jimmy ego. Nie był przyjacielski. Brzydko pachniał, był brudny i nieszczęśliwy, jego dom też śmierdział i był brudny. Po ostatniej wizycie u niego wszystko mnie swędziało kilka dni. Nie lubiłam koło niego chodzić, nie lubiłam' wykonywać poleceń Helen, bo wiedziałam, że za każdym razem gdy mnie do kogoś posyła, robi to po to, by wydać się lepszym człowiekiem - a ja nie chciałam brać w tym udziału. Nie mogłam jednak nie wypełnić rozkazu macochy, nie miałam w gruncie rzeczy żadnego wyboru. Jedynym pocieszeniem była dla mnie wizja kolejnej trzy-pensówki, jeśli dobrze się sprawię. Cóż, byłam w stanie to zrobić, mogłam być grzeczna. Popędziłam na East Thomas Street. Wiedziałam, że im szybciej się uwinę, tym szybciej będę mogła kupić sobie coś do jedzenia. Zapukałam, a staruszek otworzył mi od razu. Był odrażający, miał na sobie wytarte szare długie spodnie pełne dziur i starą koszulę, a ja poczułam jego zapach, gdy tylko otworzył drzwi. - To ja, Jimmy - powiedziałam. - Mała Donna Ford? Helen powiedziała, że mam ci ugotować obiad? Mielone z ziemniakami? - Mówiłam zdaniami pytającymi w nadziei, że uzyskam jakąś odpowiedź. Jego kaprawe niewidzące oczy krążyły po mnie przez chwilę, potem odwrócił się, zakaszlał, charknął i bez

słowa zatoczył się do mieszkania, po czym opadł na swoje brudne łóżko. Poszłam za nim. Najwidoczniej nie był rozmowny, ale mnie to nie przeszkadzało. Mogłam zrobić wszystko, wziąć pieniądze i wyjść jeszcze szybciej, niż planowałam. Spojrzałam na jego barłóg. Prześcieradła wyglądały tak, jakby nigdy nie widziały mydła, a on miał ten samo kolor co one. Wszystko było szare, wszystko śmierdziało. Może w Helen była jednak jakaś cząstka dobra, jeśli była gotowa pomagać brudnym starym nieszczęśnikom takim jak on. Nawet jeśli w gruncie rzeczy to ja wykonywałam całą pracę. Obrałam i nastawiłam ziemniaki, a potem odgrza-łam mięso, które czekało już w garnku na kuchni. Nigdzie nie było czystych naczyń - w tamtym mieszkaniu nie było nic czystego - umyłam więc jeden talerz i łyżkę i podałam posiłek Ślepemu Jimmyemu, który przez ten czas nie odezwał się do mnie ani słowem. Zjadł wszystko, charcząc i plując - skupiłam się na myciu kolejnych naczyń, żeby nie słyszeć wydobywających się z niego dźwięków. W końcu zjadł, a ja skończyłam sprzątać. Myślałam już tylko o jednym - o mojej trzy-pensówce! Daj mi moje trzy pensy! - Dziewuszko! Podejdź tutaj! - zawołał w końcu. Poczułam ogromną ulgę. Nie zapomniał, dlaczego tu jestem. Podeszłam do łóżka, a Ślepy Jimmy, zamiast wyciągnąć monetę ze swojej szarej chustki, chwycił mnie za rękę. Krzyknęłam ze zdumienia i odrazy. - Puść mnie!

Jego oczy błądziły po mieszkaniu, a usta wykrzywiły się w bezzębnym uśmiechu. Był drobny i stary, ale trzymał mocno mój prawy nadgarstek i nie zamierzał puścić. Próbowałam się uwolnić, zaczęłam się szarpać, ale wtedy przyciągnął mnie bliżej. Opadłam na łóżko, prosto na jego pomarszczone, śmierdzące, stare ciało. Wciąż pamiętam tę szarość przed oczami - pościel, jego długie spodnie, wszystko takie szare, takie beznadziejne. Ten żałosny stary człowiek, który często sam padał ofiarą okrutnych żartów, znalazł kogoś słabszego i jeszcze bardziej żałosnego od siebie. Podciągnął mi sukienkę i uderzył mnie w pupę. Próbowałam wstać, ale trzymał mnie mocno. Zaczął do mnie mówić. Słowa zamykały się wokół mnie. Brzmiały tak, jakby ktoś mówił z daleka, ale szept był coraz głośniejszy, syk coraz bliżej: „Zamknij się bądź cicho zamknij się bądź cicho zamknij się bądź cicho". Obudził się we mnie instynkt samozachowawczy. Był stary. I ślepy. Ale mógł mnie skrzywdzić. Byłam przerażona, bo wiedziałam, co on zamierza a jeszcze bardziej bałam się tego, co zrobi, jeśli będę się sprzeciwiać. - Długo jeszcze zamierzasz robić ten harmider? -zapytał. Kazał mi wstać, ale nie puścił mojego nadgarstka. - Nie mogę. Za mocno mnie trzymasz. - Możesz, do cholery, i to zrobisz - odparł. - Będę cię trzymał za rękę, a ty wstaniesz, mała dziwko.

Niezgrabnie się podniosłam, a on przesunął moją dłoń na swój penis. Drugą rękę po omacku wsunął mi w majtki. Stałam tam, upokorzona i bezradna, i obserwowałam, jak wykorzystuje mnie dwukrotnie ten żałosny starzec. Masturbował się moją dłonią, a swoją wciskał we mnie. Nareszcie skończył. Puścił mnie. Cała się trzęsłam. Płakałam. Cierpiałam. Byłam tak zażenowana, że nie mogłam zebrać myśli. Poprawiłam ubranie, starłam z siebie jego bród i podeszłam do drzwi. - Mała Donno - krzyknął za mną. - Nikomu o tym nie powiesz. Nie piśniesz ani słowa. Pójdziesz do domu i nie będziesz o tym mówić, bo i tak nikt by ci nie uwierzył, a jedyna osoba, która by uwierzyła, i tak cię tu znowu przyśle. Uciekłam z tej okropnej, ciemnej, śmierdzącej nory. Zatrzymałam się tylko raz - by zwymiotować w żywopłot z ligustru przy Elgin Terrace. Gdy wymiotowałam, słyszałam śmiechy i piski dzieci bawiących się na podwórzu. Mnie nie wolno było się bawić - ale wolno mi było robić takie rzeczy. To się powtórzyło. Tak jak wykorzystywanie mnie przez mężczyzn, którzy bywali na przyjęciach Helen. Jak zawsze wtedy gdy Helen wyciągała mnie z łóżka, bym zrobiła „coś" dla jednego z jej przyjaciół. Jak w przypadku fryzjera. Jak w przypadku każdego, kto zapragnął mnie wykorzystać. To się musiało skończyć. Nikt nigdy więcej nie zrobi mi tego, co zrobił mi Ślepy Jimmy, myślałam.

Powinnam być mądrzejsza. Jeszcze trzy razy miałam do czynienia z tym zbo-czeńcem, który w końcu znalazł kogoś słabszego od siebie. Za każdym razem szłam do tego brudnego piekła, bo Helen mi kazała, a ja bardziej bałam się jej niż czegokolwiek innego. I nie tylko ja miałam świadomość tego - ona również, i to było znacznie, znacznie gorsze.

ROZDZIAŁ 13 HELEN ODCHODZI 1970 Wizyty u Ślepego Jimmyego i fryzjera ustały, ale zawsze znajdowali się mężczyźni gotowi zająć ich miejsce. Przyjęcia trwały. Wciąż bałam się dzwonka do drzwi, wciąż głodowałam. Aż do dnia gdy Helen odeszła. Słyszałam, że kłócą się z tatą coraz częściej. Nawet drobiazg mógł ją sprowokować, zwłaszcza jeśli przypominał jej o mojej matce, jej odwiecznym wrogu. Kiedyś tata zaczął śpiewać Danny Boy i to wystarczyło, by zaczęła wrzeszczeć. - A ty znowu to samo! Ciągle mi o niej przypominasz tymi cholernymi irlandzkimi piosenkami, ciągle wciągasz ją w nasze życie!

Potem jeszcze długo krzyczeli na siebie. Słyszałam ich przez ścianę, ale hałas i nerwowa atmosfera były tak nieodłączną częścią mojego życia, że nie zwracałam na nie uwagi. Helen bezustannie krytykowała tatę, wiecznie narzekała, że jest ciągle w pracy albo że nie mamy pieniędzy. Nie mógłby z nią wygrać. Jako dziecko zupełnie tego nie rozumiałam - przecież gdyby tyle nie pracował, pieniędzy byłoby jeszcze mniej, prawda? A gdyby nie przesiadywał tyle godzin w pracy, jak ona mogłaby wydawać swoje przyjęcia? Może po prostu go prowokowała - albo, jak miałam nadzieję, on coś podejrzewał i to właśnie było powodem awantur. Efekt był taki, że w końcu spełniło się moje marzenie. W Nowy Rok 1969/1970 Helen spakowała walizki i odeszła z mojego życia. Pozostawiła po sobie spadek. Nie blizny, którymi pokryte było moje ciało. Nie moje zawiedzione nadzieje i dręczące mnie koszmary. Nawet nie tęsknotę za prawdziwą mamą, którą wciąż odczuwałam. Zostawiła Karen. Karen miała osiemnaście miesięcy, gdy matka ją opuściła - tak jak Breda opuściła mnie - a ja kochałam ją całym sercem. Gdy jeszcze mieszkaliśmy razem, utrzymywałam z nią pewną relację. Niemowlę przeszkadzało Helen, dlatego też często „pozwalano" mi spacerować z wózkiem po korytarzu; miałam surowo przykazane, by Karen była cicho i jak najmniej

niepokoiła Helen. Jeśli się nie spisałam, ponosiłam karę. Płacz naturalny dla każdego dziecka owocował kolejnym laniem dla mnie. Przeszłyśmy z Karen setki mil wzdłuż korytarza, lubiłam ją bardzo, choć kontakt miałyśmy minimalny. Uwielbiałam patrzeć na jej pulchną małą buzię, miałam nadzieję, że pozwolą mi znów ją wykąpać, jak wtedy gdy rozchlapywała wodę i chichotała, a ja ją trzymałam, bo Helen zajęta była czymś innym. Gdzieś w mojej podświadomości kryła się obawa, że wyrośnie z niej to samo co z Gordona i Andrew, którzy pod wpływem matki zmienili się z niewinnych dzieci w paskudnych gówniarzy, ale Helen prawie wcale nie interesowała się córką, co dawało mi nadzieję. Zupełnie nie rozumiem, jak matka mogła ją porzucić. Gdy Helen odeszła, musiałam się zmierzyć z burzą emocji, część z nich była, rzecz jasna, powiązana z Karen. Cieszyłam się, że moja prześladowczyni zniknęła, lecz jej odejście przypomniało mi, jak się czułam, gdy moja mama odeszła. Karen i ja jechałyśmy na tym samym wózku. Tego ranka, gdy Helen odeszła, moje życie znów się zmieniło. Weszłam do kuchni, w której siedział tata. Nie spał całą noc, był wyraźnie zmartwiony. Od razu poczułam różnicę. Nie bałam się. Nie ściskało mnie w żołądku. Mogłam zadać pytanie, nie ryzykując odcisków jej pierścionków na policzku. - Gdzie ona jest, tato? - zapytałam. - Gdzie Helen?

Podniósł głowę znad stołu, w który się niemo wpatrywał. Był taki zmęczony, taki wycieńczony. Usłyszałam potwierdzenie, którego tak bardzo pragnęłam. - Odeszła. I już nie wróci. - Naprawdę? Serio? - No. Mogę ci obiecać, że więcej jej już nie zobaczysz. Nie wiedziałam, czy mogę mu wierzyć. Obietnice, które dotąd mi dawano, zazwyczaj się spełniały, więc może jednak można było na nich polegać. „Stłukę cię tak, że popamiętasz" - obiecywała mi. „Dostaniesz takie lanie, że stracisz czucie w nogach" - obiecywała mi. „Doigrasz się, jeśli choć słowem się odezwiesz" -obiecywała mi. I zawsze dotrzymywała słowa. Za każdym razem. Może więc mogłam uwierzyć też w obietnicę taty. Może ona odeszła. Na zawsze. Rozejrzałam się wokół. - Kto tu jeszcze jest, tato? Kogo zabrała z sobą? Tata był zdezorientowany. I wyglądał staro. - Co? - rzucił, najwyraźniej nie rozumiejąc mojego pytania. - Gordona? Andrew? Karen? Zabrała ich wszystkich? Gdzie oni są? - Tutaj. W łóżkach. Wszyscy tu są. Odeszła - i zostawiła wszystkie swoje dzieci. Nawet swój największy skarb, Gordona. Zaczęłam się bać, że po nich wróci, a powinnam była już wiedzieć, że ona dba tylko o siebie. Powinnam wiedzieć, że mamusie

odchodzą - potrafią porzucić troje dzieci i nigdy więcej się z nimi nie spotkać. Przecież Breda zrobiła dokładnie to samo. - I co my teraz zrobimy, tatusiu? - zapytałam. Potrzebowałam wskazówek, wsparcia dorosłego; chciałam, by tata w końcu udowodnił, że umie zrobić to, co należy, i że będzie rodzicem, który zdoła utrzymać tę rodzinę w komplecie. Spojrzał na mnie tak, jakbym go zapytała o teorię względności. A potem nagle wyraz jego twarzy się zmienił, jakby coś wymyślił. - Co my zrobimy? - Roześmiał się. - To chyba oczywiste, Donna. Teraz wszystko jest na twojej głowie. To ty jesteś teraz panią tego domu, ty decyduj. Miałam jedenaście lat. Sześć z nich upłynęło na biciu, głodzeniu i wykorzystywaniu. I teraz nagle miałam decydować. Odejście Helen wzbudziło we mnie euforię, ale szybko zrozumiałam, że nie będę mieć dzieciństwa, o jakim marzyłam. Nie będę mieć okazji do beztroski. Byłam niczym, a stałam się wszystkim. - I jeszcze ten dzieciak - powiedział, mając na myśli Karen. Została bez matki, Donna, więc będziesz musiała jej ją zastąpić. Najlepiej zacznij od razu, idź do niej i zobacz, czy czegoś jej nie trzeba. Posłusznie podeszłam do łóżeczka, w którym spała Karen. W sercu miałam burzę, kręciło mi się w głowie. Helen odeszła. Ja przejęłam dowodzenie. Karen stała,

frotowa pieluszka wisiała jej na wysokości kolan. Ile czasu mogło upłynąć, odkąd ostatni raz ktoś ją przewinął? Nic by się tacie chyba nie stało, gdyby do niej zajrzał - musiał przecież nauczyć się zmieniać pieluchy, gdy Breda odeszła - on jednak chyba nawet o tym nie pomyślał. Biedactwo było zupełnie przemoczone i śmierdziało, ale i tak obdarowało mnie szerokim uśmiechem. Z trudem podniosłam ją i położyłam, byją przewinąć i ubrać. Była teraz moja, wiedziałam, że zrobię dla niej wszystko. Wciąż jednak czułam strach. Helen mogła wejść do pokoju w każdej chwili - gdyby mnie przyłapała na czynnościach, których nie zaakceptowała, zbiłaby mnie na kwaśnie jabłko. Jeszcze długo tak się czułam, nawet gdy stało się jasne, że nie spieszy się jej z powrotem. W ciągu następnych kilku dni tata potwierdził wyraźnie, że nie żartował. Byłam szczęśliwa. Atmosfera stała się znacznie milsza, rozmawiałam z nim jak równy z równym. Postanowił mi zaufać, oprzeć się na mnie. Czułam się przydatna i potrzebna. Helen nie wracała, a jej obowiązki spoczęły na moich chudych barkach. Musiałam gotować, sprzątać i zajmować się dziećmi. Musiałam wypraszać u ojca pieniądze, chodzić na zakupy i przygotowywać posiłki. Musiałam czekać na niego przed pubami albo kłócić się z nim o kilka pensów w środku. Musiałam dbać o to, byśmy wszyscy mieli ubrania i buty, by pranie było uprane i suche. Oczywiście nie mogłam podołać wszystkiemu, ale starałam się. Byłam małą gospodynią domową, małą matką.

To była ciężka fizyczna praca. Simon był ode mnie starszy, ale nie musiał wypełniać obowiązków dziewczynki, małej kobiety. Oczekiwali, że to ja zajmę się wszystkim, że to ja zadbam o rodzinę. Karen zabierała mi mnóstwo czasu - gdybym jej tak nie kochała, szybko takie życie stałoby się dla mnie nieznośne. Przecież nawet takie drobiazgi jak upranie jej pieluch zabierały mi mnóstwo czasu. Byłam taka drobna, taka chuda i słaba po latach zaniedbań i niedożywienia, że wysiłek fizyczny bardzo się na mnie odbijał. Nie mieliśmy pralki, więc brudne pieluchy trzeba było oczyścić, uprać, namoczyć, wybielić, uprać raz jeszcze, a potem rozwiesić. Ciągle biegałam pomiędzy podwórkiem a domem, by zebrać je przed deszczem, a potem rozwiesić na kilka minut na słońcu, i tak w kółko. Bolały mnie ręce. Plecy. To była praca dla dorosłej kobiety, a nie dla słabowitej dziewczynki. Karen była jednak szczęśliwym dzieckiem, zupełnie obojętnym na chaos, który rozpętał się wokół niej. Był to przedziwny okres, gdy z więźnia przebywającego przez większość czasu w zamknięciu stałam się osobą cieszącą się w wielu aspektach całkowitą swobodą. Mogłam chodzić, gdzie chciałam, kiedy chciałam - pod warunkiem że zabierałam ze sobą Karen, przygotowałam obiad dla wszystkich i posprzątałam. A przecież nie byłam jeszcze nawet nastolatką. Cóż za wspaniała odmiana. Wkrótce okazało się jednak, że za tę wymuszoną na mnie swobodę muszę zapłacić.

Rozchorowałam się niedługo po odejściu Helen. Pewnego ranka obudziłam się i poczułam, że umieram. - Tato! - zawołałam. - Tato! Pomóż mi! Wpadł do mojego malutkiego pokoju i zobaczył, że zwijam się z bólu. - Co się stało, Donna? Coś ty zrobiła? Nic nie zrobiłam! Zwijałam się w bólu, ale nie umknęło mej uwadze, że on obwinił mnie, łanim w ogóle dowiedział się, co się stało. Ból był koszmarny, w ogóle nie słabł, ale dano mi do zrozumienia, że mam wstać i zająć się swoimi obowiązkami. Trwało to przez kilka dni - budziłam się w agonii, wołałam go, a on ignorował mój płacz. Gdy już nie dało się go dłużej ignorować, zawiózł mnie do szpitala. Diagnozę postawiono natychmiast. Wyrostek. Pobyt w szpitalu wspominam bardzo miło -byłam bezpieczna i mogłam odpocząć od obowiązków, które otrzymałam w spadku po Helen. Wyrostek zope-rowano, a ja wróciłam do domu. Ból jednak nie ustąpił, przez cały czas było mi niedobrze. Co w takim razie było nie tak? Lekarze zrobili, co mogli, a ja byłam tak chora jak przedtem. W końcu sama się domyśliłam. Domyśliłam się, bo znałam fakty, na które lekarze i mój ojciec byli ślepi - zapewne dlatego że nie widzieli wszystkiego, nie zadawali odpowiednich pytań albo nieuważnie słuchali odpowiedzi. Chorowałam od przejedzenia. Gdy Helen odeszła, od razu pomyślałam o jedzeniu. Byłam głodna przez tak długi czas, że zupełnie

zapomniałam, co to jest uczucie sytości. Gdy macocha zniknęła, wpadłam z jednej skrajności w drugą. Przez pierwsze miesiące po jej odejściu jadłam wszystko, dosłownie wszystko. Przeszłam od permanentnego głodu do napychania się tym, co wpadło mi w ręce. A mój organizm nie zdołał sobie z tym poradzić. Całe lato poświęciłam opiece nad Karen, nie miałam nawet przerw na szkołę. I uwielbiałam każdą minutę z nią spędzoną. To dziecko było dla mnie jedyną radością i prawdziwym objawieniem. Była taka radosna, taka idealna - i kochała mnie bezwarunkowo. Chyba szybko zapomniała o matce, bo nigdy za nią nie płakała, nigdy o nią nie pytała, ja byłam centrum jej świata - i było to wspaniałe uczucie. Pamiętam, jak zabierałam ją do świetlicy, którą zorganizowano w miejscowej szkole w okresie wakacji. Obie zyskałyśmy szansę robienia rzeczy, które były nam całkowicie obce, gdy mieszkała z nami Helen - rysunki, prace ręczne, kółko dramatyczne, gry sportowe, wycieczki do zoo wszystko to, co było tak zwyczajne dla innych dzieci, dla mnie było prawdziwym cudem. Cieszyłam się też, że to ja zapewniam Karen te doświadczenia, tę normalność. Przecież nie ponosiła winy za to, że jest córką Helen, nie dostrzegałam w niej żadnego zła - i dlatego postanowiłam uchronić ją od podłości, którą mogła przekazać jej matka.

Chodziła za mną krok w krok. Wiem, że to samej sobie zawdzięczam wyleczenie się z ran dzieciństwa. Karen zrobiła jednak dla mnie coś wspaniałego dzięki niej wiedziałam, że nie tylko potrafię kochać, ale że mogę też być kochana. Cóż za ironia, że dziecko kobiety, która zniszczyła mi życie, pozwoliło mi odżyć. W moim ponurym życiu wreszcie pojawiło się trochę radości. Nawet takie dzieci jak ja doznają czasami ulgi od nieustającego okrucieństwa. Przychodzi ona pod postacią wydarzenia, zwierzęcia czy nowych możliwości. Mnie radość nieśli ludzie, choć często było jej niewiele. Babcia Ford, ciocia Nellie, Karen. Był także doktor Ritchie, mój nauczyciel nauk ścisłych w szkole Norton Park. Rozpoczęłam naukę w liceum w sierpniu, w tym samym roku, w którym Helen odeszła. James - czy też Jim - Ritchie był postacią w Edynburgu powszechnie znaną, nauczycielem i zagorzałym fanem różnych podwórkowych gier i zabaw. Doktor Ritchie przez trzydzieści lat uczył matematyki i przyrody, a w wolnych chwilach zajmował się prawdziwymi pasjami swoich uczniów. Szybko odkrył, że nic nie ekscytuje ich tak bardzo jak zabawa. Podjął się więc ogromnego zadania zebrania wszystkich podwórkowych gier, zabaw i rymowanek. Pierwszy etap jego badań stał się podstawą programu radiowego Śpiewająca

ulica, który trafił na antenę w 1949 roku. Doktor Ritchie opublikował także dwie książki poświęcone temu tematowi w latach 1964-1965 i nakręcił film dokumentalny, który do dziś wyświetla się w Edynburskim Muzeum Dzieciństwa. James Ritchie był wyjątkowo dobrym człowiekiem. Przekroczyłam próg Norton Park po latach przemocy i poniżenia. Nie ufałam nauczycielom - żaden z nich nic nigdy dla mnie nie zrobił, wszyscy zachowywali się, jakby byli ślepi na moje nieszczęścia. On był jednak inny. Wciąż byłam wątłym wyrzutkiem, tylko skóra, kości i strach, jednak za każdym razem gdy szłam na lekcję Jamesa Ritchie, czułam się ważna i wyjątkowa, gdy do mnie mówił. Nauki ścisłe mnie nie pociągały -pozostawałam wierna sztuce - ale gdy wchodziłam do szkolnego laboratorium, ten uprzejmy człowiek chwytał mnie pod ramiona i sadzał na ławce tak, żebym dokładnie widziała, jaki eksperyment tego dnia przeprowadza. - Proszę, mała Donno - mówił. - Teraz będziesz mogła wszystko zobaczyć. Czasami śpiewał mi niemiecką piosenkę Donna Clara. Palniki Bunsena, probówki, wielka czarna tablica były mi obojętnie w aspekcie edukacji, stawały się jednak ważne jako część świata doktora Ritchie. Ilekroć mnie podnosił i z sympatią do mnie odzywał, widziałam kątem oka świat, który był inny. Świat, w którym mężczyźni byli mili. Opiekuńczy. Nie zawsze gwałcili,

wykorzystywali i ranili. Zrozumiałam, że na świecie są tacy mężczyźni jak James Ritchie. Doktor Ritchie był zawsze ciekaw, czy mam dla niego jakąś nową rymowankę lub grę do opracowania. Budził we mnie przekonanie, że te rzeczy też są ważne. Gdy teraz patrzę na pracę, którą zapisał się w historii, rozumiem, że wiele dzieci musiało się tak dzięki niemu czuć. Jego książki są pełne radości dzieciństwa, niewinnej przyjemności, której dzieci doświadczają, gdy razem się bawią i śpiewają. Ja tych przyjemności doświadczałam rzadko, więc lektura dzieł Jamesa Ritchiego jest dla mnie tym bardziej wzruszająca. Czuję gorycz na myśl o tych wszystkich dorosłych, nauczycielach, urzędnikach, którzy ignorowali - albo po prostu nie dostrzegali - co mnie spotkało w dzieciństwie. Tylko w przypadku doktora Ritchie jest inaczej, bo dzięki niemu naprawdę czułam się wyjątkowo choć przez kilka chwil w tygodniu. Mam o nim same miłe wspomnienia, nie ma w nich niczego mrocznego ani niewłaściwego. Kilka lat temu odkryłam coś zastanawiającego - los płata nam różne figle i wiąże nas, nawet jeśli o tym nie wiemy. Dowiedziałam się, że Helen Ford wystąpiła w jego filmie. Była jednym z dzieci, które bawiły się niewinnie, śpiewając i skacząc przez skakankę. Taka szczęśliwa. Nieskażona. Nie wiem, kim naprawdę była. Nie wiem, jak wyglądało jej życie wtedy ani w kolejnych latach, które musiały ukształtować człowieka, jakim się stała. Ten zbieg okoliczności wstrząsnął mną. Jeden

z najmilszych ludzi, z którymi się zetknęłam, miał kontakt ze złą kobietą, która zrujnowała moje dzieciństwo. Sfilmował ją. Zapewne przysłuchiwał się jej opowieściom i rymowankom. A wiele lat później podsadzał jej pasierbicę na ławkę i sprawiał, że czuła się dobra, zwyczajna i zadbana - i w ogóle o tym nie wiedział. Odejście Helen i rozpoczęcie nauki w liceum ściśle się dla mnie łączą. Wydarzenia te rozdziela wiele miesięcy, ale dla mnie są jasnymi dowodami na „dorosłość" i dlatego nie potrafię ich rozdzielić. Byłam taka szczęśliwa, gdy ona odeszła, a ja stałam się odpowiedzialna za rodzinę - liceum stało się dla mnie potwierdzeniem mojego nowego statusu. Opiekowałam się Karen - i dobrze sobie radziłam. Gordon już mnie nie onieśmielał, bo teraz to ja dzierżyłam władzę w domu. Liceum stało się dla mnie szansą na poznanie samej siebie. Nie był to dla mnie nowy początek, o którym marzyłam. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek otrzymała pomoc i wsparcie w pracy domowej, pamiętam za to, jak po wielekroć przeglądałam podręcznik i ćwiczyłam, aż osiągnęłam odpowiednie wyniki. Pamiętam, jak wybierano mnie do czytania na głos i konkursów ortograficznych. Szkoła średnia była słodko-gorzkim doświadczeniem. Chciałam się doskonalić, próbowałam, ale okoliczności były od początku przeciwko mnie. Mogłam bardziej dbać o higienę, lecz pozostawałam

wyrzutkiem. Nie miałam złudzeń, ale naprawdę chciałam być dobra choć w jednej rzeczy. Byłam najmniejsza w klasie i wydawało mi się, że przez to rzucam się w oczy. Helen odeszła w Nowy Rok, przeżyłam bez niej osiem miesięcy, jej miejsce zajęły nowe troski. Szkoła średnia była hałaśliwa, zatłoczona i na wiele sposobów lepsza niż podstawówka. Dzwonek dzwonił cały czas, a ludzie ciągłe przenosili się z klasy do klasy. Pierwszego dnia dostaliśmy plan lekcji - matematyka, angielski, historia, zajęcia praktyczno-techniczne, nauki przyrodnicze, kurs sekretarski, sztuka, WF, geografia, materiały i moda, francuski - wszystko było podzielone na pojedyncze, podwójne i czasami potrójne bloki. Nie znosiłam kursu dla sekretarek - był obezwładniająco nudny - stenografia i bezwzrokowe pisanie na maszynie na czas wydawały mi się głupie i bezsensowne, bo nie zamierzałam zostać sekretarką. To dzięki szkole średniej za to odkryłam swoje prawdziwe zainteresowania - sztukę. Gdy Norton Park i Leith Academy połączyły się, zostałam przeniesiona do głównej szkoły przy Easter Road. Tam było zupełnie inaczej. Dyrektorem był pan McKay, były rugby-sta, tak więc rugby odgrywało ogromną rolę w życiu szkoły. Była to szkoła sportowa w każdym znaczeniu tego słowa. Ciągle graliśmy w hokeja, którego nie znosiłam, bo na lodowisku było zimno i łatwo o zranienie. Zajęcia ze sztuki były za to wspaniałe. Rozkwitałam na nich. Często opuszczałam szkołę, ale starałam

się być chociaż na sztuce i nierzadko zamieniałam się z innymi mój kurs sekretarski za ich sztukę. Uwielbiałam sztukę wyzwalała mnie i stanowiła dla mnie wyzwanie. Niestety, poza zajęciami plastycznymi i lekcjami doktora Ritchiego niewiele mam dobrych wspomnień z Norton Park. Obowiązki domowe nie wzmacniały mnie, lecz wyczerpywały. Każdego ranka musiałam wstać przed wszystkimi, by posprzątać. Potem musiałam obudzić całą rodzinę i podać śniadanie. Gdy umyłam i przebrałam Karen, odprowadzałam ją do żłobka. Dzieliła nas od niego spora odległość, a mnie rzadko było stać na autobus. Każdego ranka przed szkołą musiałam przejść trasę z domu do żłobka i ze żłobka do szkoły. Byłam wiecznie zmęczona, wiecznie się spóźniałam. Zawsze byłam chuda i mizerna, lecz dopiero w liceum odczułam to wyraźnie. Od pierwszego dnia czułam się niedopasowana. Miałam jęczmienie i wyszczerbiony ząb. Nosiłam mundurek z drugiej ręki, który był na mnie za duży. Byłam taka chuda, że wkładałam trzy pary rajstop, by moje nogi wydawały się choć nieco grubsze. Wszystko mnie onieśmielało, a nauczyciele -poza doktorem Ritchiem - nie ułatwiali mi życia. Lubiłam siedzieć w domu i opiekować się Karen, ale musiałam każdego dnia stawiać czoła kolejnemu z grona rozgniewanych pedagogów. Dla nich byłam tylko chudym, zaniedbanym, śmierdzącym dzieckiem,

które zawsze było zmęczone i nie angażowało się w nic poza plastyką. Nie interesowało ich dlaczego, zupełnie jak moich nauczycieli z podstawówki. Naszą dyrektorką była panna Mutch, surowa, siwowłosa kobieta, która nigdy się nie uśmiechała - dla mnie stanowiła uosobienie szkoły. Niektóre wydarzenia boleśnie przypominały mi o koszmarze, który przeżyłam. Nauczyciela angielskiego pana Robertsona przezywaliśmy „Pingwin", bo śmiesznie chodził. Był cichy, niewysoki i łysiał. Na jednej z lekcji nie mógł poradzić sobie z grupą chłopców. Gdy odwrócił się do tablicy, ktoś rzucił czymś w niego. Wtedy naprawdę się zdenerwował i powiedział, że wszyscy dostaną od niego pasem. Gdy wyjął dużą skórzaną dyscyplinę, zaczęłam się trząść. Bicie stanowiło znaczącą część mojego życia, ale nikt nie podniósł na mnie ręki, odkąd odeszła Helen. Nie wiem, jak to przeżyłam, lecz na długo zapamiętałam, że przeszłość wcale nie zniknęła, że czai się gdzieś gotowa w każdej chwili wrócić. Szkolne boisko też mnie przerażało. Nie miałam przyjaciół, więc przerwy spędzałam samotnie. Zazwyczaj się ukrywałam, gdyż zupełnie nie umiałam się dopasować. Moją ulubioną kryjówką była toaleta dziewcząt - wciąż pamiętam pudrowy zapach mydła i zielone szeleszczące ręczniki. Zazwyczaj trzymałam ręce pod bieżącą gorącą wodą, próbując je ogrzać, bo było mi wiecznie zimno.

Byłam też ciągle zmęczona. Codzienna harówka pozbawiała mnie sił. Rzadko miałam czas na zabawę, na te dziecinne rozrywki, o których marzyłam, choć przecież Helen odeszła. Często zasypiałam na lekcjach, a do rzeczywistości przywoływał mnie pasek nauczyciela lub linijka, która uderzała w ławkę tuż przed moim nosem. W końcu chodziłam już tylko na plastykę. Nic innego się nie liczyło, nic innego mnie nie interesowało, więc zaczęłam wagarować. Odcinałam się od świata - tylko w ten sposób mogłam sobie z nim poradzić.

ROZDZIAŁ 14 ŻYCIE TOCZY SIE DALEJ . 1973-1976 Helen zniknęła z mojego życia fizycznie, ale nie uwolniłam się od niej psychicznie. Przez tak wiele lat skupiałam się tylko na przetrwaniu, że nie zdołałam wykształcić podstaw, jakie mieli ludzie w moim wieku, a na jakich buduje się kolejne etapy życia. Jako nastolatka miałam ledwie kilkoro przyjaciół. Nie potrafiłam zaufać ludziom; nie potrafiłam nawet odpowiadać na zadawane mi pytania. Czy zakłamywać przeszłość, czy może tylko unikać szczegółów, niezależnie od tego, jak przyjacielskie są dociekania? W wieku lat czternastu zaczęłam chodzić do miejscowego klubu młodzieżowego, zorganizowanego przez kościół na Easter Road. Wciąż nie w pełni wierzyłam, że mogę iść, dokądkolwiek zechcę. Klub był dosyć

nędzny, ale mnie wydawał się pełen nowych możliwości. W końcu mogłam zawrzeć jakieś znajomości i robić to, co robiły wszystkie dzieci w moim wieku, a czego tak długo odmawiała mi Helen. Spotykaliśmy się w kościele, spędzaliśmy razem czas, graliśmy w bilard, słuchaliśmy muzyki. Obijaliśmy się po prostu, co dla mnie było jak dar od losu. Wszyscy mnie akceptowali, bo nikt nic nie wiedział o moim domu rodzinnym i o tym, co się w nim działo. Trudno mi było to pojąć - wydawało mi się, że jestem tak przezroczysta, że ludzie doskonałe widzą mój wstyd. Jako ofiara przemocy w dzieciństwie zostałam przekonana, że wszystko należy ukrywać, wszystko jest sekretem. Nikt o niczym nie wiedział. Gdy dorosłam, doszłam do wniosku, że to wspaniale, iż ludzie nie mogą na pierwszy rzut oka stwierdzić, jaką jestem okropną, żenującą dziewczyną. To nie jest oczywiste? Nikt się nie domyśla? Gdy w końcu uwierzyłam, że tego nie widać, zaczęłam naprawdę cieszyć się cotygodniowymi spotkaniami w klubie. Jeździliśmy też na wycieczki. Mnie pozwolono wziąć udział w trzech. Cieszyłam się radością i przyjaźnią, zaczęłam też dowiadywać się różnych rzeczy o sobie. Spędziłam dzień na plaży Yellowcraigs; pojechałam na weekend na farmę w pobliżu Eddleston w hrabstwie Peeblesshire i na cztery dni na Ionę. Wszystkie te miejsca wydawały mi się magiczne; każde z nich pokazało mi, jak istotna jest natura dla moich budzących się

zmysłów, jak spokojna i zadomowiona mogę się czuć we właściwym środowisku. Niełatwo było mi jednak wyrwać się z domu. Pamiętam, jak jedna z naszych opiekunek przyszła do nas, by przekonać tatę, że powinnam jechać do Eddleston. Tata był bardzo niechętny temu pomysłowi. Próbował wykręcić się tym, że nie stać go na taki wydatek - co było kłamstwem, bo na gorzałkę zawsze miał pieniądze - ale ona go przejrzała i oświadczyła, że sama sfinansuje mój wyjazd. Tata wymyślał kolejne wymówki - jestem za młoda, nieodpowiedzialna, nie będę się dobrze bawić. Nic z tego nie było prawdą. Gdy kobieta sobie poszła, przyznał, że nie poradzi sobie z całym domem beze mnie. Po raz kolejny to jego potrzeby znalazły się na pierwszym miejscu. Nie pamiętam, dlaczego w końcu zmienił zdanie -na szczęście to zrobił. Do dziś pamiętam weekend w Eddleston. Mieszkaliśmy w starych zabudowaniach gospodarczych, otoczonych polami, jedliśmy i integrowaliśmy się w głównym budynku, a spaliśmy w stodole, do której wstawiono łóżka polowe ze śpiworami dla każdego. Zjawy mnie nie opuściły - każdy dźwiga swój krzyż nawet na wakacjach - ale zdołałam przynajmniej uporać się z lękiem przed nocą, mrokiem i cieniami, który męczył mnie od mojej przygody z piwnicą na Easter Road. Chodziliśmy na spacery po lasach i polach; jedliśmy razem przy okrągłym stole; wieczorami nasi opiekunowie (którzy sami byli jeszcze bardzo młodzi) grali na gitarach

i śpiewali przy ognisku. Dla mnie to była magia. Za każdym razem gdy słyszę A Whiter Shade ofPale, przypominam sobie tamte dni i się uśmiecham. Najwspanialszym doświadczeniem mojego dzieciństwa była jednak wycieczka na Ionę. Wielu jej uczestników nie znałam, ale nigdy wcześniej nie czułam się tak bezpiecznie. Sama podróż na miejsce była fascynująca. Pojechaliśmy autokarem do Oban, popłynęliśmy promem na Muli, a stamtąd małą łódką na Ionę. Wciąż jeszcze czuję podniecenie, które mnie wtedy ogarnęło, łona jest piękna ze swą starożytną zabudową i historią, a jej krajobraz sprawia, że czujesz, iż nie ma na świecie lepszego miejsca. Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w kilka godzin, lecz wydaje się, że cały świat zawiera się w tym skrawku ziemi. Tego właśnie potrzebowałam -poczucia przynależności do czegoś znacznie większego i bezpieczeństwa na moich własnych warunkach. Te doświadczenia otworzyły mój umysł na świat poza Easter Road. Potwierdziły to, co już wiedziałam, w co wierzyłam - że pewnego dnia uda mi się stamtąd uciec. Jak każde miasto w Wielkiej Brytanii w latach siedemdziesiątych, tak i Edynburg - a Easter Road w szczególności miał swoje gangi. Nie oznaczało to wcale nic strasznego, nie dla młodych dziewcząt. Po prostu obowiązywał zestaw pewnych niespisanych reguł, które dokładnie określały rodzaj muzyki, jakiej mogłaś

słuchać, sposób ubierania, zachowanie, a nawet potencjalnych przyjaciół. Jako nastolatka miałam dwie „przyjaciółki". Nie chodziły ze mną do szkoły, ale mieszkały w okolicy i zaprzyjaźniłyśmy się podczas zabaw na ulicy (co już samo w sobie było dla mnie nowością). Nie były to przyjaciółki, z którymi mogłam się dzielić sekretami, każdą myślą. Po prostu spędzałam z nińii czas. Często bywałyśmy w tych samych miejscach, o tej samej porze - nie miałam jednak nikogo, kto byłby mi bliższy. Najlepiej pamiętam dwie rzeczy - ich życie rodzinne i surowy kodeks modowy, którego się trzymały. Gdybym miała określić kogoś mianem prawdziwej przyjaciółki, nazwałabym tak Joan MacKenzie. Miała cztery siostry i brata i mieszkała niedaleko mnie. Joan była najmłodszym dzieckiem, wołali na nią „Tootie". Nie potrafiłam jeszcze wtedy pojąć, dlaczego ktoś miałby być dla mnie miły i nie chcieć nic w zamian, ale MacKenzie bardzo się starali. Oddawali mi swoje ubrania, zapraszali mnie na herbatę, a nawet na bożonarodzeniowe przyjęcia. Zastanawiałam się, czy podejrzewają, przez co w życiu przeszłam, czy są po prostu wyjątkowo miłymi ludźmi, przyzwyczajonymi do pomocy innym. Byli kochającą się rodziną i choć nie mieli wiele, dzielili się ze mną, i nie tylko ze mną. Stanowili dla mnie zupełnie inny świat - rzadko stykałam się dotąd z hojnością i dobrocią, i choć czułam się dzięki nim wyjątkowo, tym bardziej wstydziłam się mojego rodzinnego życia.

Dwie starsze siostry Joan uczęszczały do tej samej szkoły co ja i dzięki nim właśnie miałam mundurek niezbędny w Leith Academy. Prawie nic nas nie łączyło. Joan była bardzo popularna i pewna siebie. Była zupełnie inna niż ja, nasze domy nie mogły się bardziej różnić, a jednak świetnie się dogadywałyśmy. Spędzałyśmy razem cały mój wolny czas. Joan zawsze wiedziała, jak się ubrać, jak wyglądać, by wpasować się w każde środowisko. Znała zasady i wszystko to przychodziło jej na pozór bez wysiłku. Ona miała długie jasnobrązowe włosy, ja krótkie i ciemne. Ja się ukrywałam, próbowałam stać się niewidoczna dla każdego, kto mógłby okazać mi zainteresowanie, Joan nie musiała się tym martwić - jej stabilna, szczęśliwa rodzina zapewniła jej stabilne, szczęśliwe dorastanie. Bardzo ważna była dla nas muzyka. Joan miała świra na punkcie Donnyego Osmonda. Puszczała jego płyty w kółko i cały czas o nim mówiła. Nastoletnia obsesja na punkcie gwiazdy pop bywa jednak dosyć kapryśna, dlatego choć byłyśmy pewne, że umrzemy z miłości, niewiele było trzeba, by nowa twarz przekonała nas do zmiany przekonań. Ja czekałam zazwyczaj na wskazówki od Joan. Donny z resztą Osmondów zostali zdetronizowani przez Bay City Rollers. Oni byli nie tylko niemożliwie wręcz przystojni, ale też pochodzili z Edynburga! Joan miała wszystkie ich nagrania i nawet mogła ubierać się tak jak oni - doszywała taśmy ze szkockiej kraty do nogawek swoich za krótkich spodni.

Tootie miała lepsze wyczucie stylu, była ode mnie bardziej popularna i szczęśliwsza. Czułam się przy niej nudna, ale wiedziałam, że tylko na to zasługuję. Moją drugą przyjaciółką była Sandra Dunlop. Sandra również bardzo się ode mnie różniła. Była znacznie bardziej dojrzała niż ja. Spotkały mnie w dzieciństwie niewyobrażalne rzeczy, wcale jednak nie rozwinęłam się przez to przedwcześnie. To od innych dziewcząt uczyłam się, jak powinnam się zachować. Co będzie wyglądało normalnie? Joan i Sandra przesyłały mi zupełnie różne sygnały. Życie rodzinne Sandry różniło się od życia Joan. Sandra cieszyła się dużo większą swobodą, chodziła już na imprezy i była pewniejsza siebie niż Tootie, ale wcale jej tego nie zazdrościłam. Sandra też mieszkała na Easter Road. Nigdy nie widziałam czystszego miejsca niż jej mieszkanie na pierwszym piętrze. Zdumiewało mnie, jaką pedantką jest jej matka - wstawała codziennie o świcie i zaczynała sprzątać. Pani Dunlop nie wypuszczała z rąk swojej miotełki do kurzu, wybielacza, szczotki i octu. Ojciec Sandry miał powiązania z przemysłem wielorybniczym, co nie było wcale niezwykłe w Edynburgu w tamtym okresie, a pani Dunlop ciągle krzątała się wokół drobiazgów z kości wielorybów, które stały na ich kominku. Poczęstowali mnie pewnego dnia podczas podwieczorku kotletami z jagnięciny. Kotlety z jagnięciny! To był zupełnie inny świat.

Nasza definicja „przyjęcia" może się wydać żałosna z dzisiejszego punktu widzenia - zazwyczaj zbieraliśmy się u kogoś w domu i tam przesiadywaliśmy - ale te spotkania były nieskończenie lepsze niż to, co kojarzyłam z tym słowem w związku z Helen. Sandra umawiała naszą czwórkę czy piątkę na wizytę w domu jednego z chłopców, którego rodzice wyjeżdżali. Słuchaliśmy albumu Spiders from Mars Davida Bowiego i dzieliliśmy się butelką taniego cydru. Cóż za luksus, gdy ma się piętnaście lat! Bywał tam też czasami Graham Forrest, jedyny chłopiec, z którym w tamtych czasach coś mnie „łączyło". Całowaliśmy się po kątach, a on „próbował" różnych rzeczy, ale szczerze mówiąc, tak bałam się jakichkolwiek kontaktów intymnych, że odtrącałam go, gdy tylko zaczynał. W pewnej chwili naprawdę się na mnie zdenerwował, zerwał się z kanapy i poinformował cały pokój, że jestem „bardziej spięta niż kaczy kuper". Poradziłam sobie z tym. Radziłam sobie z gorszymi rzeczami. Jeśli ludzie chcieli mnie postrzegać jako dziewicę, która nie wie, co robić z chłopcami, nie zamierzałam wyprowadzać ich z błędu. Wolałam to, niż żeby poznali prawdę. Pewnego dnia Sandra się nie pojawiła. Nie pytałam, gdzie była, bo nie mieliśmy tego w zwyczaju. Gdy jednak jej nieobecność zaczęła się przeciągać, ktoś w końcu zdradził mi, że wyjechała do ciotki. To był jeden z ulubionych eufemizmów tamtej epoki. „Pojechać do ciotki" oznaczało jedno - Sandra zaszła w ciążę.

Nic się nie zmieniło od czasów mojej matki. Piętnastolatki takie jak Sandra mogły jednego dnia skakać na skakance na ulicy, a następnego wyjechać z wielkim brzuchem do anonimowej krewnej. Nazywałam ją przyjaciółką, ale nie rozmawiałyśmy z Sandrą o istotnych rzeczach. Nawet nie wiedziałam, że uprawia seks. Nie wiem, czy w pełni rozumiałam wtedy powagę jej sytuacji. Ciężarne, niezamężne nastolatki postrzegano jako niegrzeczne dziewczęta, niewiele natomiast mówiło się o mężczyznach, którym zawdzięczały ten stan. Wiedziałam, co się dzieje wokół mnie. Żyłam tym. Nasza społeczność wciąż była wyjątkowo pruderyjna i krytyczna. W zaściankach takich jak Easter Road mężczyznom wszystko uchodziło płazem. To dziewczęta i kobiety obarczano winą i hańbą; to je wyzywano od najgorszych, to ich wyrzekały się rodziny. Nie przestaje mnie zdumiewać, jak długo to trwało. Zupełnie jakby ludzie zebrali się pewnego dnia i opracowali taki plan. Co jednak miały z tego kobiety? Panowało powszechne przekonanie, że kobieta powinna „oszczędzać się" aż do ślubu, a mężczyźni mogli - nawet zachęcano ich do tego - folgować swym najniższym instynktom i wciąż byli równymi chłopami. Gdy Sandra wróciła od cioci z synkiem w ramionach, tylko ona musiała stawić czoła konsekwencjom, szeptom za plecami i surowej krytyce innych kobiet, które mnóstwo energii poświęcały na pokazywaniu jej, gdzie jest jej „miejsce".

Na widok Sandry z dzieckiem przysięgłam sobie, że nigdy nie pójdę w jej ślady. Najpierw nacieszę się życiem, zanim sprowadzę na ten świat kolejne istnienie; odnajdę siebie, zanim urodzę dziecko. Wokół mnie buzowały hormony, ale byłam raczej bezpieczna. Nikt nie wiedział, co mnie spotkało, gdy byłam mała, więc w oczach świata byłam jedną z „grzecznych dziewczynek". Miałam jednego czy dwóch chłopców, ale czułam się tak zbrukana wcześniejszymi doświadczeniami, że eksperymentowałam jeszcze mniej niż moje rówieśnice. Wydawało mi się, że jeśli zainicjuję związek fizyczny, wszyscy dowiedzą się o mojej przeszłości, dlatego też za wszelką cenę starałam się unikać takich sytuacji. Wiele się nauczyłam od moich przyjaciółek. Dzięki rodzinie Joan poznałam, co to zwykła dobroć; Sandra nauczyła mnie, że świat odnosi się do dziewcząt zupełnie inaczej i wciąż jest przesiąknięty hipokryzją. Dodałam to do tego, czego dowiedziałam się od cioci Nellie, i zaczęłam z nadzieją spoglądać w przyszłość. Naprawdę, naprawdę chciałam opuścić Edina Place. Spotkało mnie wiele zła, ale wiedziałam, że mogę budować na skrawkach dobra, które dostrzegałam - czułam, że mogę coś osiągnąć. Książki nauczyły mnie, że gdzieś tam jest inny świat. Musiałam go tylko odnaleźć. Hołubiłam w sobie marzenie o staniu się sławną artystką i powrocie do Edynburga w blasku chwały, by pokazać, że jestem kimś. Gdyby to się miało nie wydarzyć, wystarczyłoby mi, że mogłabym powiedzieć: „Nie

udało wam się mnie tutaj zatrzymać. Uciekłam". Nie chciałam utknąć w tym maleńkim świecie z byle kim. Pragnęłam tego uniknąć, uniknąć związku, który odzwierciedli moje nieszczęście i uniemożliwi mi odnalezienie siebie. Musiałam uciec z mojego więzienia. Gdy spoglądam wstecz na dzień, w którym opuściłam rodzinny dom, zdumiewa mnie, jak bardzo byłam naiwna i nieprzygotowana. Tak wiele doświadczyłam, tyle widziałam jako dziecko, a jednak brakowało mi podstawowych umiejętności, których potrzebuje każda młoda osoba rozpoczynające dorosłe życie. Lista w zasadzie nie miała końca. Nie miałam żadnych umiejętności społecznych. Nie wiedziałam, jak tworzyć związek. Co ciekawe, nic mnie nie zrażało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, czego nie miałam i nie wiedziałam. Wtedy po prostu ruszyłam w nieznane. Nie byłam smutna, nie było mi siebie żal; przepełniała mnie ekscytacja na myśl o tym, co kryje dla mnie życie. W końcu miałam uciec. W wieku lat siedemnastu wylądowałam dwieście mil od domu, na pogórzu szkockim. W Inverness znalazłam pracę jako pomoc pielęgniarska w domu spokojnej starości. Nie czułam specjalnego upodobania do tego zawodu - zdecydowałam się, bo oferta zawierała zakwaterowanie. W końcu miałam swoje miejsce pokój w hotelu pielęgniarskim. Mieszkała tam pokaźna liczba kobiet w moim wieku, spędzałam z nimi czas, ale nie zdołałam

się z nimi zżyć. Im przychodziło to z łatwością - przesiadywały w swoich pokojach, wymieniały się ubraniami, kosmetykami, historiami na temat chłopców i opowieściami o rodzinach. Wydawały mi się takie inne. Takie normalne. Pragnęłam w tym uczestniczyć, ale z wyboru często byłam sama. Za bardzo się wstydziłam, by zapytać, czy mogę się przyłączyć. Dziś jestem przekonana, że gdybym tylko się na to zdobyła, przyjęłyby mnie do swego grona z radością, ale wtedy wciąż jeszcze bałam się odrzucenia i zawodu, które w moim przekonaniu nierozerwalnie łączyły się z próbami wejścia do „normalnego" świata. Zamiast tego kupiłam sobie rower i zaczęłam jeździć na wycieczki. Lato 1976 roku było upalne, mogłam więc większość czasu spędzać na świeżym powietrzu. Cieszyłam się swobodą, która niezmiennie była dla mnie najważniejsza, ale radość sprawiały mi też inne rzeczy. Uwielbiałam ubrania, przeczesywałam sklepy z używaną odzieżą, wyszukując wspaniałe rzeczy, które mogłam nosić. Chodziłam do miejscowych dyskotek i pubów, wiedząc, że inne pielęgniarki się tam bawią. Byłam przekonana, że chętniej ze mną porozmawiają, dopuszczą mnie do siebie, jeśli znajdę się tam „przypadkiem", niż gdybym naraziła się na zranienie i najpierw zapytała, czy mogę z nimi iść. Wciąż towarzyszyło mi poczucie osamotnienia i braku przynależności, lecz osiągnęłam przynajmniej mój główny cel już nie mieszkałam na Easter Road. Wierzyłam, że dzięki temu uwolnię się od przeszłości.

ROZDZIAŁ 15 A JA ZACZYNAM ŻYĆ Wyprowadzka z Edynburga, przecięcie łączących mnie z nim więzów nie okazały się wcale sukcesem. Wciąż nie potrafiłam się uwolnić od przeszłości. Zanim przeniosłam się do Inverness, widywałam się z Martinem. Nie mogę powiedzieć, że Martin był moim chłopakiem - był jednak pierwszym mężczyzną, z którym miałam dojrzały związek seksualny. Gwałty i przemoc, których doświadczyłam jako dziecko, nigdy nie były dla mnie częścią mojego życia seksualnego. Niestety, szufladkowanie doświadczeń życiowych nie jest proste. Martin nie był moim chłopakiem, ja nie byłam dzieckiem z przeszłości, ale wciąż czułam, że jestem w sytuacji, w której się mnie wykorzystuje. Nie potrafię nawet

teraz przeanalizować tego związku, ale wiem, że czułam się poniżona i uprzedmiotowiona. Trudno mi było uwierzyć, że ktoś może mnie kochać i traktować z szacunkiem. Myślałam, że zasługuję tylko na złe związki. To wszystko sprawiało, że pomysł z Inverness wydawał mi się coraz lepszy. Musiałam jednak poradzić sobie jeszcze z innymi więzami. Pisywałam do taty i Karen, wysyłałam im pieniądze, nigdy jednak nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Po sześciu miesiącach nowej pracy byłam gotowa na moje pierwsze święta poza domem. Nigdy nie spędzałam ich tradycyjnie, ale nawet dla mnie był to wyjątkowo smutny czas. Ludzie walczyli ze wszystkich sił o urlop, by móc jechać do domów, ja postanowiłam pracować, by nie musieć myśleć o tym, że znów nie dostałam tego, czego pragnęłam. Świąteczny poranek nie spełnił moich oczekiwań. Spędziłam go na myciu basenów, ścieleniu łóżek i podawaniu obiadu rezydentom ośrodka, a potem wróciłam do pustego hotelu. Zapomniałam kupić sobie jedzenie, zapomniałam, że stołówka pracownicza będzie tego dnia zamknięta. Musiałam ostatecznie zadowolić się odgrzewanym pikantnym ryżem i Aniołkami Charliego w telewizji. Przyznaję, że tego dnia trochę się nad sobą użalałam. Nie dostałam ani jednej kartki, żadnego upominku z domu. Inne dziewczęta chwaliły się prezentami i opowiadały o swoich rodzinnych tradycjach, a ja czułam wstyd. Znowu. Jak miałam rozmawiać z nimi o poprzednich świętach? Miałam im

opowiedzieć o pustym pudełku po lalce Tiny Tears? Popsuć im humor informacją, że nawet zapach bożonarodzeniowych wypieków potrafi cofnąć mnie w czasie do dni głodu i tortur? Za każdym razem gdy pytały, co dostałam i gdzie jest moja rodzina, czułam się gorzej. Stawało się dla mnie jasne, że nie mogę polegać na tym, co zostało z mojej rodziny. Walczyłam z poczuciem winy, bo starając się żyć dalej, opuściłam Karen. Nie potrafię wyjaśnić czemu, ale zostałam w Inverness tylko rok, po czym wróciłam do Edynburga. Lubiłam pracę w domu starców, ale wciąż miałam niedokończone sprawy, zbyt wiele duchów przeszłości mnie nawiedzało. Rysowałam, kiedy tylko mogłam, lecz marzenie o byciu artystką wydawało mi się zupełnie nierealne. Wiedziałam, że powinnam skupić się na znalezieniu porządnej posady, by uchronić się przed zależnością od drugiego człowieka. Chciałam być bezpieczna, zyskać stabilność. Czułam, że gdy to zdobędę, będę mogła ruszyć za głosem serca. Po powrocie do Edynburga zatrudniłam się jako pomoc pielęgniarska w szpitalu i zamieszkałam w hotelu pielęgniarskim. Pewnego dnia wpadłam na Martina, a niedługo potem znów zaczęłam się z nim spotykać. Nic się nie zmieniło, ale byłam taka wdzięczna, że ktoś postanowił mnie przygarnąć, z całym moim bagażem, że zaakceptowałam niedogodności jako część pakietu.

Wkrótce Martin przekonał mnie, bym wyprowadziła się z hotelu i przeniosła do mieszkania, które dzielił z przyjacielem. Powroty do „domu" znów stały się czymś, co musiałam znosić. Praca wcale nie była lepsza. Z początku lubiłam pielęgniarstwo i planowałam nawet kształcić się w tym kierunku, ale powoli pozbywałam się złudzeń. Opieka nad ludźmi starszymi była w tamtych czasach bardzo prymitywna - okrutna wręcz. Z trudem znosiłam na co dzień okropne traktowanie tych ludzi, których po prostu dehumanizo-wano. Czy to samo miało mnie spotkać, gdy się zestarzeję? Czy skończę tak, jak zaczęłam? Czy wiek może być wymówką dla ludzi, którzy dewaluują innych dla własnej wygody? Porażała mnie ta hipokryzja. Starzy ludzie, którzy przez cały tydzień byli traktowani jak śmieci, w niedziele byli wyprowadzani na wózkach, in-fantylizowani i wystawiani na pokaz krewnym, którzy wpadali z trzydziestominutową wizytą. Ci sami ludzie, których często rozmyślnie zostawiano, by leżeli przez wiele godzin we własnych ekskrementach, otrzymywali nagle pełnię uwagi, bo inni dorośli potrzebowali utkanej wokół nich sieci kłamstw, by mogli nadal żyć wolni od ograniczeń. Było to dla mnie aż nadto znajome. Czułam, że moje sumienie nie zniesie tej obłudy ani chwili dłużej. Znów odezwało się we mnie poczucie winy. Wiedziałam, że nie poprawię ich warunków życiowych - musiałam zrezygnować z walki z systemem na rzecz ocalenia siebie.

W tym samym czasie Martin poznał kogoś, kto pracował w domu dziecka w Morningside. Byłam tam kilka razy, by poprowadzić zajęcia dla tych dzieciaków -całe popołudnia malowaliśmy i zajmowaliśmy się rękodziełem. Szalenie mi się to podobało. Nigdy nie czułam takiej dumy jak wtedy, gdy pomagałam tym dzieciakom dostrzec, co mogą osiągnąć na niwie artystycznej. Gdy w ośrodku ogłoszono rekrutację, jeden z pracowników zasugerował, bym złożyła podanie o pracę. Nie miałam pojęcia, dokąd zmierza moje życie, a ta droga wydawała mi się równie dobra jak każda inna. Prawie natychmiast otrzymałam posadę i tak rozpoczęła się moja kariera w opiece społecznej. Kontynuowałam bardzo nieszczęśliwy, dziś to wiem, związek z Martinem. Przez to, co przeszłam jako dziecko, łaknęłam uczucia, a pozytywnych doświadczeń nie miałam. Naprawdę nie wiedziałam, czego ludzie oczekują i co są gotowi zaakceptować w prywatnym życiu -moje doświadczenia były brudne, do czego więc miałam je porównywać? Gdybym miała wiedzę, którą dysponuję teraz, nigdy nie wróciłabym do Martina. Jednak wtedy, tak jak w dzieciństwie, czułam, że mogę wyciągnąć z tego jakąś naukę. Wiele się dowiedziałam o codzienności, którą on mi pokazywał - a która dla niego była zupełnie zwyczajna. Martin pochodził z klasy średniej, dorastał w zamożnej dzielnicy, a jego edukacja wykraczała daleko poza szkolne ramy. On i jego znajomi wiedzieli o życiu rzeczy, których ja nawet sobie nie wyobrażałam.

Potrafili swobodnie rozmawiać, nie przejmowali się akcentem i gramatyką, jadali w restauracjach, nie czując mdłości i zażenowania, wiedzieli, jak być kimś zwyczajnym. Czas, który spędziłam w towarzystwie Martina i jego przyjaciół, wiele mi dał. Chłonęłam ich dyskusje, pławiłam się w beztroskiej zabawie, w którą się zagłębiali, niewiele się zastanawiając. Im więcej widziałam, tym więcej pragnęłam. Lata siedemdziesiąte to dla mnie okres godzenia się z przeszłością i z tym, że nadal cierpiałam przez nią w opresyjnych relacjach z innymi -ale przecież byłam też jeszcze nastolatką. Chodziłam na koncerty Led Zeppelin, The Who i Alexa Harveya. Czytałam Hobbita, Władcę pierścieni i Pokój w kształcie L. Uczestniczyłam w dyskusjach na temat marksizmu, egzystencjalizmu i komunizmu. Niedbale porównywaliśmy sztukę figuratywną z abstrakcyjną. Często nie miałam pojęcia, o czym mówię, ale i tak się włączałam. Byłam częścią tego wszystkiego. Najważniejsze w tamtym okresie było dla mnie nie tylko to, że jestem wolna, ale też to, że jestem akceptowana jako osoba przez ludzi znacznie lepszych ode mnie. Nigdy nie pytali mnie o moje pochodzenie, nie musiałam więc kłamać ani unikać tematu. Może w końcu stawałam się osobą, z którą mogłam dobrze się czuć, którą mogłabym pokochać. Lecz choć prawdziwa Donna stopniowo wychodziła na światło dzienne, wciąż dręczyły mnie myśli o przeszłości i niezadane pytania do rodzica, który powinien był na nie odpowiedzieć.

ROZDZIAŁ

16

MÓJ BOHATER Mój ojciec Donald Chalmers Ford był pierwszą osobą, z którą wiązałam jakiekolwiek nadzieje. Pamiętam jego niedzielne wizyty w Barnardo. Przyjeżdżał ze stertą komiksów - The Beano i The Dandy dla Simona, Jackie dla Frances i Twinkle dla mnie. Helen mu towarzyszyła, ale pamiętam tylko, że trzymała na rękach dziecko - Gordona -i podrzucała je na kolanie. Przepełniało nas szczęście, gdy rozmawialiśmy. Frances zawsze siadała przy nim; był moim tatą, nie ich, ale oni innego ojca nie znali, więc wszyscy troje szukaliśmy u niego wsparcia i bezpieczeństwa. Wierzyłam, że pewnego dnia zabierze mnie na dobre do domu na Easter Road. Pamiętam, że ciągle się w niego wpatrywałam i szczebiotałam, a on

odpowiadał na wszystkie moje pytania. Kiedy stał się człowiekiem, który pozwolił Helen na wszystkie te podłości? Jak już wspomniałam, ona dokonała pewnych wyborów - tak jak wszyscy jej „przyjaciele", jak wszyscy mężczyźni, którzy mnie wykorzystywali - ale mój ojciec też nie był bez winy. Był jedynym rodzicem, jakiego znałam, i wiele od niego oczekiwałam. Nigdy nie spełnił tych oczekiwań, a ja zostałam z mieszanymi wspomnieniami i teraz sama nie wiem, co o nim myśleć, o mężczyźnie, który miał być moim bohaterem. Wszyscy mówili do niego „Don". Nie był wysoki -miał może metr siedemdziesiąt wzrostu. Codziennie wkładał białą koszulę. Gdy był w domu, podwijał rękawy, obywał się bez krawata i nosił kamizelkę lub kardigan bez rękawów, taki z kieszeniami na przedzie i dużymi brązowym guzikami. Gdy wychodził, ściągał kardigan i wiązał krawat, wkładał marynarkę od garnituru i zimowy płaszcz. Jako były wojskowy zawsze miał wyczyszczone buty. O służbie wojskowej dowiedziałam się ze zdjęć z jego pobytu w Niemczech, na których pozuje z towarzyszami broni albo pływa z nimi w rzece. Na tych zdjęciach zachowuje się jak zupełnie inna osoba, ale ja przywykłam już do tego, że ludzie mają „fasady", że wkładają maski, że mój tata mógł żyć życiem, którego nigdy nie oczekiwał. Wiedziałam też, że uczył się na politurnika, bo zawsze robił coś ze skrawkami mebli i miał pudła pełne narzędzi oraz liczne buteleczki z lakierami i werniksem. Uwielbiał

opowiadać ludziom o swoich „umiejętnościach", był też całkiem zdolnym stolarzem. Pamiętam, że czasami piaskował i polerował meble dla innych, zapach szelaku wciąż przypomina mi tamte czasy. Zachowywał się bardzo różnie, w zależności od okoliczności - to Helen nadawała ton naszemu życiu rodzinnemu. Podziwiałam go, gdy wróciłam na Easter Road; był moim tatą, a ja już wtedy wiedziałam, po co są ojcowie. Helen szybko dała mi jednak do zrozumienia, że mój tata to nikt wyjątkowy i że nie powinnam mieć wobec niego żadnych oczekiwań. Gordon był jej dzieckiem - i to on miał pierwszeństwo, od zawsze. Powiedziała mi na samym początku, że nie jest moją mamą i mam tak o niej nie myśleć. Byłam taka mała, tak desperacko pragnęłam miłości, że chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, sama robiłam sobie krzywdę. Miałam do niego tyle pytań - dlaczego mnie nie podnosi? Dlaczego nie sadza mnie sobie na kolanach, tak jak Gordona? Dlaczego nie zwraca na mnie uwagi, dopóki czegoś nie przeskrobię? Chciałam tylko, by mnie przytulił, chciałam być częścią prawdziwej rodziny; Helen jednak upewniła się, że to się nigdy nie wydarzy, a tata w żaden sposób się jej nie przeciwstawił. Obojgu nam przeznaczono określone miejsce. Helen bardzo dużo krzyczała w tych pierwszych dniach - nigdy zresztą nie przestała, ale ja nie zdołałam jeszcze do tego przywyknąć. Mówiła mu, że nie można mnie psuć, że trzeba mi uświadomić, jakie

miałam szczęście. Wydawało mi się, że wszystko jest bardzo trudne, choć nie miałam pojęcia dlaczego i jaką rolę ja w tym odgrywam. Tata rzadko się jej przeciwstawiał - a jeśli już to robił, to raczej tylko słownie i tuż przed kolejnym wyjściem. Pracował prawie cały czas. Najpierw był kierowcą autobusu. Gdy byłam mała, wracał w piątkowy wieczór z wypłatą w kieszeni i wszystko natychmiast oddawał Helen. Czasami przynosił mi komiks i zawsze - w każdy piątkowy wieczór - nowiutką resorówkę Matchbox dla Gordona, syna jego i Helen. Tata bardzo kochał Gordona, brał go na ręce i podrzucał. Pamiętam, że się im przyglądałam i zazdrościłam Gordonowi łatwego życia. Jego nikt nigdy nie bił, nie głodził, nie wykorzystywał - w zasadzie nie minęło wiele czasu, a i on się w włączył w dręczenie mnie. Pamiętam, jak wsiadałam do autobusu numer 1 na Easter Road (tym samym jeździłam z ciocią Nellie). Był to staroświecki piętrowy autobus bez otwieranych drzwi, z poręczą i schodkami. Słyszałam, jak tata woła: „Bilety do kontroli!". Chodził po autobusie z metalowym kasownikiem, naciskał dźwignię i wydawał różowe bilety z niebieskim nadrukiem numeru piętra i ceną oraz ze stemplem Edynburskiej Korporacji Autobusowej. Miał niebieski mundur z serży, a w klapie marynarki metalową emaliowaną odznakę. Pasażerowie rozmawiali w czasie pełnej wybojów podróży po brukowanych ulicach - opowiadali dowcipy i przekomarzali się. Chyba nie zarabiał wiele jako kierowca, bo wkrótce

Helen zaczęła suszyć mu głowę o pieniądze. Przyjął więc posadę w Głównym Urzędzie Pocztowym; nadal mieszkaliśmy na Easter Road, co oznaczało, że musiał wstawać bardzo wcześnie. Tata brał tyle nadgodzin, ile zdołał, i wkrótce prawie przestał bywać w domu. Pamiętam jego pocztową marynarkę zawieszoną na kołku - miała miedziane, wytłaczane guziki - i jego stary worek, w którym roznosił pocztę. Raz wziął mnie ze sobą. Wtedy mieszkaliśmy jeszcze na Easter Road. Bicie i kary już się zaczęły, było lato. Helen mnie biła, a tata stał w rogu maleńkiej sypialni. Nie wiem, kto jeszcze był wtedy w domu, ale słyszałam dzieci bawiące się jak zwykle na podwórku. Don i Helen krzyczeli na siebie, a ja wiedziałam już, co się zaraz stanie. Helen zaczęła obwiniać mnie o wszystkie domowe problemy. Słuchałam ich, jak stoją nade mną i znów wszystkim obarczają właśnie mnie. - To mała damulka - krzyczała Helen. - Rozpuszczony bachor. Zazwyczaj po chwili wszystko zamieniało się dla mnie w jednostajny szum, ale tym razem było inaczej. Nagle tata polecił mi się ubrać. Wychodziliśmy. Nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu! Wystarczyłoby mi, że uciekam od Helen, sam na sam z tatą było taką gratką, że nie potrafiłam ukryć radości. Czyżby w końcu ją przejrzał? Pojechaliśmy aż do Wallyford na jego rowerze, siedziałam na ramie, a on rozwoził listy. Gdy skończył, kupił mi rogalik w piekarni Crawforda.

Nie pamiętam już tamtego lania, dostawałam wtedy codziennie, dokładnie natomiast pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, że jestem z tatą, z dala od tego wszystkiego. Był, i wciąż jest, dla mnie zagadką. Żywię wobec niego tak mieszane uczucia, że sama nie wiem, co z nimi zrobić. Bił mnie, gdy byłam mała, ale robił to, bo Helen nalegała. Gdy odeszła, uwiązał mi prawdziwą kulę u nogi, ale nigdy nie podniósł na mnie ręki. Moje najlepsze wspomnienia pochodzą z okresu, gdy odwiedzał mnie w Barnardo, bo wtedy był zawsze uśmiechnięty i przynosił prezenty: słodycze, gazety, zabawki. Dopiero gdy wróciłam do domu, wspomnienia stały się sprzeczne. Gdy Francés i Simon dołączyli do nas, tata zabierał nas na spacery, jeśli tylko nie pracował. Pamiętam, że chodziliśmy na Górę Artura miał torebkę cukierków od Caseya w kieszeni i rozdzielał je pomiędzy nas, kiedy zaczynaliśmy się nudzić. Opowiadał nam o pałacu Holyrood i parku, a potem szliśmy karmić łabędzie nad Staw Świętej Małgorzaty. Pamiętam też, jak zabrał nas do Muzeum Chambers Street i Muzeum Dzieciństwa. Przez całe lata chodził z nami na wycieczki - nawet gdy Karen była tak mała, że trzeba było wozić ją w wózku. Helen nigdy nam nie towarzyszyła, więc są to miłe wspomnienia. Gdy jednak zaczęły się ich kłótnie, coraz mniej bywał w domu. Niełatwo mi mówić o uczuciach, które żywiłam -i wciąż żywię do ojca, bo tak srodze mnie zawiódł.

Tylko on tak naprawdę mógł mnie ocalić, a nie zrobił tego. Nie wiem, czy Helen miała nad nim taką samą władzę jak nade mną, ale jak inaczej mam to sobie tłumaczyć. Wiele razy dowiódł, że nie jest złym człowiekiem. Wiedział, że najmłodsze dziecko Helen nie jest jego, a jednak przygarnął je, gdy odeszła. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek dał Karen odczuć, że nie jest jego córką - nie wyzywał jej, nie stygmatyzował, nie dawał jej do zrozumienia, że jest kimś mniej ważnym. Gdy Helen nas zostawiła, zapytałam go, dlaczego postanowił wychowywać nie swoje dziecko, które mu o niej ciągle przypominało. Odparł: - To nie jest wina dzieciaka. Karen zawsze miała dla niego wiele szacunku, wiem, że jego liczni znajomi naprawdę go lubili. Często powtarzano nam, że to dobry człowiek. Z mojej perspektywy trudno jednak określić, co tak naprawdę nim kierowało. Gdy Helen odeszła, tata zaczął częściej bywać w pubie. Przesiadywał w Middleton prawie cały czas, a bar, do którego wpadał na „szybką pintę" albo „po odrobinę towarzystwa", stał się jego drugim domem. Nienawidziłam tego miejsca i wszystkiego, co symbolizowało. Odejście Helen dawało mi nadzieję, że staniemy się w końcu prawdziwą rodziną w porządnym domu, a nie że dla taty zacznie być wymówką, by coraz częściej bywać w tej śmierdzącej alkoholem spelunie.

- To tylko małe piwo, kurczaczku - mówił. - Muszę się trochę rozerwać. Dla mnie jednak mężczyźni i alkohol rzadko oznaczali dobrą zabawę i radość. Byłam mała i wzięłam na siebie ogromną odpowiedzialność za Karen, ale wciąż żywiłam nadzieję. Gdyby tylko tata trzymał się z dala od Middleton, może nasza rodzina znów stałaby się normalna. Moje życie weszło w zupełnie nowe koleiny. Wciąż starałam się jak najszybciej wyjść ze szkoły, wciąż niecierpliwie na mnie czekano w domu. Teraz jednak biegłam tam z radością, odbierałam Karen, wsadzałam ją do sfatygowanego wózka i pędziłam na Easter Road, by wyprosić u taty trochę pieniędzy na obiad. Puby zamykano na chwilę po południu, ale zanim nas przygotowałam do drogi, tata już tam był oparty na barze albo wciśnięty w fotel - wiedziałam, że tam zawsze go znajdę. Za każdym razem miałam nadzieję, że da mi funta, lecz wszystko zależało od tego, jak bardzo był pijany, jak winny się czuł z powodu pięciorga dzieci, które trzeba nakarmić, i na ile był przytomny. Popychałam drzwi do baru plecami, bo pchałam przecież wózek. Wpadałam na odór zwietrzałego piwa, dymu z papierosów i martwych za życia jak na ścianę z cegieł. Wszyscy ci mężczyźni wyglądali tak samo. Nie można było nawet określić ich wieku; byli zniszczeni w tym samym stopniu. Doskonałe przykłady marnego odżywania się i przesadnego picia; żaden z nich nie widział niczego złego

w tym, że ich dzieci muszą u nich żebrać o pieniądze najedzenie dla braci i sióstr powierzonych ich opiece. Poza Middleton tata lubił też kręgielnię, klub Hibs i klub marynarzy floty handlowej. We wszystkich tych „przybytkach" mężczyźni tacy jak on przepuszczali pieniądze, których potem brakowało najedzenie dzieciom takim jak ja i Karen i których ich rodziny na gwałt potrzebowały - a nie żałosnych wymówek mężczyzn przekonanych, że ich potrzeba „odrobiny towarzystwa" jest najważniejsza. Były też jednak gorsze rzeczy niż tata w pubie, którego trzeba błagać o drobne. Znacznie gorsi byli jego „koledzy". Miałam trzynaście, może czternaście lat, gdy tata zaczął ich zapraszać, by się u nas „zatrzymali". Ci jego wspaniali koledzy byli zwyczajnymi pijakami z pubu, którzy nagle stawali się przyjaciółmi od serca nad pintą piwa i kolejną żałosną historią z życia wziętą. Bywało, że ledwie ich znał; byli też tacy, z którymi pił od lat, ale ich przyjaźń też była tylko imitacją podrobioną przez denko butelki. Niektórym z nich naprawdę współczułam; nawet tym, którzy zostawali u nas na wiele tygodni i spali na kanapie w salonie. Był jeden mężczyzna o imieniu Ernie, który naprawdę był w porządku. Nie martwiłam się, gdy tata, zataczając się, wracał z nim do domu, poklepując go po plecach i nazywając swoim druhem. Ernie naprawdę miał pecha - ucierpiał w wypadku przy pracy, obsługiwał piłę łańcuchową i stracił palce. Nocował u nas, gdy

musiał, i żadnego z nas nie niepokoił. Nigdy mnie nie dotknął, nie powodował u mnie żadnego dyskomfortu. Był też inny facet, jego nazwiska nie pamiętam, lecz pamiętam, jak wyglądał. Wydawał mi się niewiarygodnie wysoki, miał bardzo jasne włosy i mówił, że pływa w marynarce. Roztaczał wokół siebie aurę szacunku, zawsze też odnosił się z szacunkiem do mnie, mimo iż byłam jeszcze mała, a mój tata nie dawał najlepszego przykładu, jeśli chodzi o godne traktowanie mnie. Byli też jednak inni. W moim życiu zawsze byli jacyś inni. Dougie Galbraith mieszkał z żoną w sąsiedztwie. Był regularnym kumplem od kieliszka mojego ojca, ciągle szukał kogoś z miękkim sercem, kto zafunduje mu kolejkę. Gdy rozszedł się z żoną, tata zaproponował mu naszą kanapę i wyżywienie - tyle że w pokręconym umyśle Galbraitha ja byłam częścią tej oferty. Wciąż widzę go przed oczami, gdy zamykam powieki. - Jak się masz, laleczko? - wybełkotał, gdy wtoczył się do naszego mieszkania. Znienawidziłam go od pierwszego wejrzenia, nienawidziłam go, gdy jeszcze mieszkał z żoną, a jeszcze bardziej znienawidziłam go, gdy stwierdził, że jestem po to, by mnie obmacywać i wykorzystywać. Rzucał mi pożądliwe spojrzenia od samego początku, ale myślałam, że do tego się ograniczy.

Pewnej nocy wrócili obaj do domu. Tata był zalany w pestkę, jak zwykle, a Dougie Galbraith tak się zachowywał, jakby był pijany w sztok. Przez jakiś czas. Byłam w domu już od wielu godzin, nakarmiłam Karen resztkami, które dla nas znalazłam, i położyłam do łóżka po ostatnim rozdziale historii, którą układałam dla niej w głowie. Czekało mnie jeszcze dużo pracy. Musiałam posprzątać, ugotować, zaplanować nam wszystkim następny dzień, przygotować się do szkoły, upewnić się, że ubrania Karen są czyste i połatane. Tata, całkowicie obojętny na wszystko, padł na łóżko i zasnął w ubraniu. Jego zapach wcale nie wietrzał przez noc - a bardzo często dochodziły do tego jeszcze mocz i wymioty, które musiałam potem sprzątać. I tak do niego zajrzałam. Wyglądało na to, że przeżyje do rana. Wróciłam do salonu, Galbraith już tam był, siedział na sofie, uśmiechał się znacząco i rozglądał tak, jakby był u siebie. - Staruszka mamy chyba z głowy, laleczko? - powiedział. Nie mogłam na niego patrzeć. Nawet teraz czuję odrazę, gdy o nim myślę. Miał przerwę między przednimi zębami i zawsze śmierdział starym piwem i papierosami. Z jakiegoś powodu był przekonany, że szczytem elegancji są dżinsy tak wąskie, że ledwie się w nie wciskał, choć nie przeszkadzały mu one dumnie paradować po Edynburgu. Nie wątpię też, że był przekonany, iż każda kobieta w mieście z radością powita wiadomość,

że jest znów do wzięcia, bo uwolnił się od Jean. Mój tata leżał nieprzytomny za ścianą, a jego „kumpel" rozpiął spodnie i wyjął penis. - Chodź, laleczko, pomożesz mi trochę. - Wyciągnął do mnie rękę w parodii dżentelmeńskiego gestu. -Usiądź obok mnie na kanapie. Pogadamy chwilkę, lepiej się poznamy. Jesteś śliczną dziewuszką, wiesz? Na pewno masz chłopaka. Ale może potrzebujesz prawdziwego mężczyzny? No co? Oszczędzasz się dla Dougiego? „Awanse" Galbraitha były dosyć oczywiste już od jakiegoś czasu. Był nikczemnym rozpustnikiem, który wodził za mną oczami i trzeźwiał w cudowny sposób, gdy tylko mój tata wychodził z pokoju. Jego puste komplementy miały dać mi poczucie, że łączy nas swego rodzaju związek. Mówił mi, że ładnie wyglądam, że jestem warta jego czekania - a ja tak bardzo łaknęłam uczucia, tak mało wiedziałam o prawdziwych związkach, że zaczynałam się zastanawiać, czy coś do mnie czuje. Podeszłam do sofy, na której siedziała ta ohydna, zjełczała imitacja mężczyzny, prosząca, by go mastur-bować. Czy zawołałam na pomoc nieprzytomnego ojca? Krzyknęłam, że jego przyjaciel próbuje wykorzystać jego córkę? Czy powiedziałam Galbraithowi, dokąd może sobie iść? Nie, usiadłam przy nim, na tej okropnej sofie w tym odrażającym salonie, i zrobiłam dokładnie to, o co prosił. A jak zakończyło się to romantyczne interludium?

- Strzał w dziesiątkę, laleczko - syknął przez szparę w zębach, wycierając się brudnymi majtkami i wcisnął się w swoje wąskie denimy. - Jest może szansa na herbatę? Ludzie powtarzali mi: „Twój tata to dobry człowiek", „Twój tata zrobiłby wszystko dla drugiego człowieka", „Twój tata oddałby potrzebującemu ostatnią koszulę". Cóż, mój tata dał im znacznie więcej. Podał kumplom swoją córkę na talerzu. W tamtym okresie wykorzystywało mnie czterech mężczyzn. Wiem, że niektórzy z nich nadal żyją. Mają rodziny. Wszyscy podążali tą samą ścieżką - byli kompanami od picia mojego ojca. Sypiali na naszej sofie, gdy nie mieli szczęścia albo byli zbyt pijani, by wracać do domu, a potem zaczynali się do mnie przystawiać. Oferowano im gościnę, a oni brali znacznie więcej. Rzecz jasna, nawet po latach trudno mi mówić o szczegółach tych zdarzeń, bo wciąż cierpię - nie tylko z powodu tego, co mi robili, ale też dlatego że mój ojciec znów niczego nie zauważył. A ja byłam przekonana, że to moja wina. Tak, prawili mi komplementy, a ja je przyjmowałam - ale jak można było dopuścić do sytuacji, w której byłam tak spragniona uczucia, że zrobiłabym wszystko, o co prosili za te nędzne resztki uwagi? Nie tylko o rolę mojego ojca w tym wszystkim tu chodzi - muszę cofnąć się w czasie i ocenić także siebie, dziecko, które uważało, że zasługuje na takie traktowanie.

Najbardziej boli mnie to, iż przez całe lata szczerze wierzyłam, że mój tata pewnego dnia mnie ocali. W końcu wszystko dostrzeże; naprawi to, co mnie spotkało. Dosiądzie białego rumaka i przybędzie mi na ratunek. Teraz w końcu rozumiem. On nigdy nie zamierzał mnie ocalić. Tylko pogorszył sprawę. Też mi bohater.

ROZDZIAŁ 17 N ADZIEJE I MARZENIA W końcu musiałam stawić czoła faktom. Tylko ja sama mogłam siebie ocalić. Nie sądzę, by tata brał udział w „rozrywkach" Helen, ale wydaje mi się, że i on nie jest bez winy - nie tylko z powodu tego, co mnie spotkało, gdy ona jeszcze z nami mieszkała, ale i dlatego że zamykał oczy na późniejszą przemoc wobec mnie. Ona dokonała pewnych wyborów i została za mnie pociągnięta do odpowiedzialności, tak samo należało potraktować tatę. Był w moim mniemaniu słabym mężczyzną, który z jakiegoś powodu potrzebował tej okropnej kobiety tak bardzo, że nie tylko postanowił przymykać oczy na to, co się działo pod jego dachem, ale zaczął w tym uczestniczyć. Musiał wiedzieć o przemocy, musiał widzieć,

że została ze mnie tylko skóra i kości. Musiał wiedzieć o moich problemach w szkole, o moim wiecznym strachu. Nic jednak nie zrobił. Prosiłam go, uczulałam na różne rzeczy, a on tylko kręcił głową i odwracał wzrok. Być może nadejdzie taki dzień, że zechcę jeszcze się w to zagłębić, na razie jednak nie czuję takiej potrzeby. Jestem już zmęczona doszukiwaniem się we wszystkim sensu. Ten mężczyzna powinien być moim opiekunem, obrońcą - niestety, nie był. W późniejszych latach zrozumiałam, jakie miał szare życie. Wiem, że niełatwo jest wziąć odpowiedzialność za tyle dzieci, ale ojciec poddał się zupełnie. Ludzie myśleli, że jest dobry, bo przygarnął Karen - ja też uważam, że dokonał w tym przypadku właściwego wyboru - lecz przecież wszystkie obowiązki zwalił na mnie, to ja opiekowałam się dziećmi, prowadziłam dom i zapewniałam mu stabilne życie. Całe Easter Road wychwalało Dona Forda pod niebiosa, a nikt nie zauważał, że to jedenastoletnia minimama trzyma to wszystko w kupie. Mam o nim bardzo żywe, fizyczne wręcz wspomnienia. Nie mógł wiele chodzić, bo uszkodził sobie stopy w czasie upadku z drabiny, dobrze więc pamiętam, jak siedział na krześle z podwiniętymi nogawkami spodni i moczył nogi w gorącej wodzie. Miał też kłopoty z płucami, bo bardzo dużo palił. Niezależnie od tego, jak bardzo biedowaliśmy, tata zawsze miał pieniądze na papierosy. Zazwyczaj kupował je paczkami po dziesięć, a gdy było naprawdę ciężko, jedno z nas musiało

biegać do małego polskiego sklepiku na Bothwell Street i tam kupować je dla niego na sztuki. Każdego ranka tuż po przebudzeniu zaczynał kaszleć, charkać i pluć. Pił ogromne ilości herbaty i zawsze miał w ustach niedopałek. Gdy było naprawdę krucho z kasą, potrafił z petów skręcić nowego papierosa. Kiedy byłam nastolatką, w mojej głowie ukształtował się obraz taty jako chorego, kaszlącego, śmierdzącego starego człowieka, rzadko wstającego z fotela, mającego w zasięgu ręki egzemplarz „The Sun", popielniczkę, długopis, papierosy, zapałki Bluebell, puszkę piwa, brudną filiżankę herbaty i drugą filiżankę, do której spluwał. Stan fizyczny taty stopniowo się pogarszał - miał poważne schorzenie kręgosłupa i problemy z płucami. To jeszcze utrwaliło moje ogólne wrażenie o tym człowieku - nie szanowałam go, ale mu współczułam. Gdy kilka lat później opuściłam dom - a stało się to najszybciej, jak tylko było możliwe - myślałam już tylko o tym, by się od niego uwolnić. Cieszyłam się, że mogę uciec od przeszłości, od rodziny Fordów, od Easter Road. Gdy się po raz pierwszy zaręczyłam, myślałam głównie o tym, że w końcu zmienię nazwisko. Dopiero podczas pisania tej książki zdołałam zmierzyć się ze swoim dziedzictwem i stać się raz jeszcze Donną Ford. Zaręczyny spowodowały u mnie kolejny kryzys. Wszystkie duże wydarzenia, takie jak śluby, narodziny, święta, sprawiają, że myślę o rodzinie - w tym aspekcie nie różnię się od innych -przy czym te myśli zaprawione są goryczą. Nie mogę

zmienić przeszłości, bez względu na to, jak bardzo chcieliby tego niektórzy moi krewni, nie mogę też ignorować swoich korzeni. Gdy zaczęłam planować ślub, zyskałam możliwość pokierowania własnym przeznaczeniem. Co by pomyślał ojciec, gdyby to widział? Co by pomyślał, gdyby zobaczył, jak świetnie sobie radzę? Czułam się tak dobrze, że uwierzyłam, iż jestem na tyle silna, by móc znów się z nim zobaczyć, opowiedzieć mu o moim szczęściu, a może nawet zaprosić go na ślub. Opowiedziałam już co nieco o mojej przeszłości rodzicom narzeczonego - ominęłam, rzecz jasna, mnóstwo szczegółów i skupiłam się na tym, że moje relacje z ojcem były pełne napięć. Moi przyszli teściowie byli dla mnie bardzo ważni. Ci przemili ludzie dali mi poczucie rodzinnego bezpieczeństwa, o którym jako dziecko marzyłam. Gdy przedstawiłam im okrojoną wersję mojej historii o Donie Fordzie, od razu zasugerowali, że powinniśmy wszyscy razem wybrać się na obiad z okazji zaręczyn. Postanowiliśmy spotkać się w Doric Tavern. Jakaż ja byłam naiwna! Tak długo szykowałam się na ten wieczór. Chyba chciałam mu pokazać, jaka jestem szczęśliwa, jak dobrze się miewam, by mi pogratulował, a jednocześnie zrozumiał, co przeżyłam przez niego i jego życiowe wybory. Byłam dumna z mojego narzeczonego Roberta i z jego rodziców Boba i Flory. Mój ojciec, jak zwykle, nie stanął na wysokości zadania. Cierpiałam w każdej minucie tego wieczoru. Gdy tylko przekroczył próg restauracji, zrozumiałam, że to będzie

katastrofa. Wstydziłam się za niego, a ból przeszłości był zbyt silny, bym mogła go zignorować. Nie mogłam się doczekać końca obiadu. W ogóle nie rozmawialiśmy -jego interesował tylko alkohol, który bezustannie wlewał w siebie, a moich przyszłych teściów postrzegał jedynie jako fundatorów wspaniałego posiłku. Nie było żadnych uprzejmości, żadnego pojednania. Mdliło mnie, gdy wychodziłam z Doric z przekonaniem, że dużo czasu upłynie, nim zechcę podjąć kolejną taką próbę. Kilka miesięcy później, gdy byłam u Boba i Flory, zadzwonił telefon. Byłam taka szczęśliwa tamtego dnia. Malowałam garderobę na przyjęcie urodzinowe siostrzeńca Roberta, chłopiec stał za mną i z miłością opierał się na moim ramieniu. - Teraz tutaj, ciociu Donno! - krzyczał, gdy razem tworzyliśmy dżunglę na ścianie. Myślałam o tym, jak to dobrze, że trafiłam na odpowiednich ludzi: doceniali mnie, zachęcali, bym rozwijała się artystycznie; byłam częścią normalnej, kochającej się rodziny. Usłyszałam dzwonek telefonu, Flora zawołała, że dzwoni moja siostra. Dałam ich numer Karen na wypadek, gdyby musiała pilnie się ze mną skontaktować (byłam przekonana, że pewnego dnia będzie potrzebować mojej pomocy, że będzie musiała szybko stamtąd uciec). - Donna - powiedziała. - Tata miał wylew. - Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Ten człowiek zabijał

sam siebie powoli od wielu lat, to się musiało wydarzyć. -Leży w Royal Infirmary. Może go odwiedzisz? Co miałam powiedzieć? Nie chcę go odwiedzać. Nie chcę rozdrapywać starych ran. Ale może on umiera; może to moja ostatnia szansa. Po namyśle postanowiłam pojechać. Dla siebie, nie dla niego. Nie chciałam żałować tego przez następne lata. Nadszedł dzień mojej wizyty. Chyba nie byłam przygotowana na to, z czym chciałam się zmierzyć, na to, co mnie czekało. Mężczyzna, który oddał mnie do domu dziecka, wziął mnie stamtąd i zgotował piekło na ziemi, był mężem mojej prześladowczyni, przymykał oczy na wszystko, co mnie spotykało, teraz umierał w edynbur-skim szpitalu; musiałam się kilku rzeczy dowiedzieć. Tamtego ranka byłam całkowicie zdezorientowana -nie mogłam znieść myśli o ponownym nawiązaniu relacji z tatą, ale musiałam wyciągnąć coś z tego dla siebie, zanim będzie za późno. Moje życie było od niedawna takie miłe, nie chciałam, by przeszłość zniszczyła je mrocznymi wspomnieniami i strasznymi sekretami, zbrukała je i zatruła. Gdy w końcu dotarłam do Royal Infirmary, przez długi czas stałam przed szpitalem. Już sam budynek wieszczył mi smutek i porażkę. Główna klinika Edynburga została niedawno przeniesiona do dzielnicy Little France, gdzie otaczają ją zieleń i pobliskie Pentlands. Ten stary budynek był mroczny, brudny i złowrogi. Labirynty korytarzy zmuszały odwiedzających do

długiego szukania krewnych na oddziałach. Gdy weszłam do środka, unoszący się w holu odór przyprawił mnie o atak klaustrofobii. W końcu znalazłam oddział, którego szukałam. Weszłam do sali i zobaczyłam go, jak leżał na łóżku z zamkniętymi oczami. Wspierał się na poduszkach z powodu kłopotów z oddychaniem. Jego twarz była ściągnięta i wychudzona. Walczył o każdy haust powietrza. Śmierdział starością, choć wcale nie był stary. Unosił się nad nim zapach czegoś strasznego i gnijącego, jakby w końcu jego ciało pozbywało się lat poniewierki, na które je skazał. Wyszłabym od razu, gdyby nie otworzył oczu. Powoli podniósł ciężkie żółtawe powieki, ale nic nie powiedział. Żadnych słów pocieszenia, powitania, nawet nie zwrócił się do mnie po imieniu. Od razu przeszłam w tryb „radzenia sobie". - Cześć, tato - rzuciłam beztrosko. - Jak się czujesz? - Komunały, które wygłasza się w szpitalnych salach, cisnęły mi się na usta. Dobrze wyglądasz, lepiej niż myślałam. - Kłamstwo. Wyglądał okropnie. Jak człowiek, który stanął w obliczu śmierci. Jego ciało było w ruinie, a on zupełnie się tym nie przejmował. -Bardzo tu miło, prawda? - Kłamstwo. Sala była pełna identycznych starców, ignorowanych przez personel, dopóki nie zaistniała „sytuacja", była to poczekalnia do kostnicy. - Zorientuję się w sytuacji, a potem sobie porozmawiamy. - Kłamstwo. Nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą, ciężko było więc przypuszczać, że teraz zaczniemy.

Tradycyjnie przyniosłam sok i kwiaty. Gdy układałam je w wazonie i sprzątałam mu w szafce przy łóżku, mówiłam o wszystkim i o niczym, jakbym widziała go zaledwie wczoraj. Nie było ze mną nikogo innego, nikogo, kto mógłby przejąć część tego ciężaru, więc gdy pojawił się lekarz, zwrócił się od razu do mnie. - Czy jest pani córką pana Forda? - zapytał. Musiałam przytaknąć, to nie był czas na dyskutowanie o mdłościach, które czułam, ilekroć ktoś wspominał o łączącej nas więzi. - Pani ojciec jest w nie najlepszym stanie -kontynuował. - Ma tętniaka, ale to nie wszystko. Ma też chroniczne zapalenie oskrzeli. Rozedmę płuc. Jest niedożywiony. Próbowaliśmy uświadomić mu, że większość tych problemów ma na własne życzenie. Panno Ford... - Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam to nazwisko. - Jeśli pani ojciec nie rzuci palenia, nie będziemy mogli go leczyć. Musi teraz podjąć wysiłek dla swojego własnego dobra. Ma wybór. Wybór. Znów to słowo. Nie wiedziałam, czy ojciec zawsze dokonywał dobrych czy może złych wyborów. Na pewno był gotów ignorować to, co już zaglądało mu w oczy - śmierć. Może to wystarczy, by w końcu wziął odpowiedzialność za swoje czyny - gdyby zdobył się na to, może mógłby też powiedzieć mi to, co chciałam wiedzieć. Byłam ledwie świadoma tego, że lekarz wciąż do mnie mówi, bo miałam w głowie gonitwę myśli. - Panno Ford? Czy pani mnie słyszy? Pytałem, czy może pani zaopiekować się ojcem.

- Co? Ja? Nie, nie... nie mogę! Po prostu nie mogę! -krzyknęłam. Spojrzał na mnie tak, jakby dziwił się mojej przesadnej reakcji. Oczywiście nic nie wiedział, więc mogła mu się taka wydawać. - Ależ, panno Ford, chciałem tylko zasugerować, że gdyby zabrała go pani ze sobą do domu i zajęła się nim, miałby większe szanse. To nie będzie nic trudnego, jeśli to panią niepokoi. Nie mogłam tego dłużej znieść. Mój ojciec leżał tuż obok, obojętny na wszystko, a obcy człowiek sugerował mi, że mam znów wyrzec się swojego życia i postawić jego potrzeby na pierwszym miejscu. To było dla mnie zbyt wiele, przestałam nad sobą panować. Zaczęłam wyrzucać z siebie słowa - krzyczałam, że mam wielki uraz z przeszłości, którego lekarz na pewno nie zrozumie, że jest historia, z którą sobie nie radzę. Krzyczałam i krzyczałam, a ten biedny człowiek patrzył na mnie tak, jakby zapragnął nagle cofnąć czas i podjąć się czegokolwiek, byle nie popołudniowego obchodu. W końcu wyszedł zszokowany, rzuciwszy na pożegnanie, że porozmawiamy innym razem. Gdy zniknął, tata otworzył oczy i spojrzał na mnie. - Ten gaduła już sobie poszedł? - wychrypiał. Kiwnęłam głową. To w takim razie zrób coś dla mnie i podaj mi fajkę. Tego dnia opuściłam szpital w stanie absolutnego nerwowego wyczerpania. Odwiedziłam tatę jeszcze cztery czy pięć razy, ale nic się nie zmieniło. On był

przekonany, że świat jest mu coś winien i że nie musi brać żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Ja bezustannie czułam się winna. Nie mogłam stać się córką, której pragnął - nie mogłam wymazać przeszłości -a dopóki to wszystko stało pomiędzy nami, nie byliśmy w stanie nawiązać „normalnej" relacji. Za każdym razem powtarzał się określony wzorzec - przynosiłam winogrona, układałam kwiaty w wazonie, dbałam o to, by miał chusteczki, wzbijałam mu poduszki - lecz to była tylko gra. Do poczucia winy dołączył narastający gniew. On tylko leżał i wymagał, był taki małostkowy, a z siebie dawał tak niewiele. Pewnego dnia stwierdziłam, że mam dość. Musiałam coś powiedzieć - on musiał wiedzieć, że do tego dojdzie - bo potrzebowałam odpowiedzi. Za każdym razem gdy na niego patrzyłam, przeszłość uderzała mnie obuchem w głowę. Wróciły koszmary i nawet wsparcie oraz miłość mojej nowej rodziny nie mogły ochronić mnie przed wspomnieniami, które mnie zalewały. Starałam się być ciągle zajęta, jakbym czuła, że to uchroni mój umysł przed zapuszczaniem się w rejony, w których przebywanie mogło mnie zniszczyć. W końcu zrozumiałam, że to bezcelowe. Poszłam tego dnia do szpitala i jak zwykle najpierw zakrzątnęłam się przy łóżku ojca. Przyjrzałam się mu, kości wystawały mu spod skóry, szpitalna piżama była zwyczajnie na niego za duża. Był chudy i stary. Jego oczy w okularach wydawały się ogromne, każdego dnia był bliżej śmierci. Wiedziałam, że muszę coś powiedzieć, nie wiedziałam jednak,

kiedy, jak i co to będzie. Znów niepotrzebnie poprawiłam kwiaty na stoliku i nagle odwróciłam się do niego. - Dlaczego jej nie powstrzymałeś, tato? - szepnęłam, a po mojej twarzy pociekły łzy. - Dlaczego jej nie powstrzymałeś? Nie patrzył na mnie, może nawet mnie nie usłyszał. Nie mogłam już przestać pytać, nagle bowiem odblokowałam się, bez przerw, bez myślenia, po prostu wyrzucałam z siebie niepowstrzymany strumień pytań o rzeczy, które zawsze chciałam wiedzieć. - Wiedziałeś co mi robiła wiedziałeś co się działo wiedziałeś o tych mężczyznach o tym co mi robili co wycierpiałam napaści gwałty przemoc tortury głodówki to że traktowała mnie gorzej niż psa wiedziałeś o przyjęciach co ci mówiła gdy wracałeś do domu przecież musiałeś czuć alkohol widzieć bałagan wiedzieć co robiła nie widziałeś że jestem coraz chudsza tato wierzyłeś gdy mówiła ci że jestem wiedźmą dlaczego tato dlaczego tato dlaczego? Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Nasze oczy się spotkały. Był moim ojcem. To on był odpowiedzialny za moje istnienie. Miał odpowiedzi. Mógł mi wiele wyjaśnić. Mógł nawet skłamać gdyby to było przekonujące, przyjęłabym go z powrotem. Odwrócił się bez słowa. Nigdy więcej go nie zobaczyłam, nigdy nie udzielił mi żadnej odpowiedzi.

ROZDZIAŁ 18 S ZUKAJĄC DONNY Mój tata doszedł do siebie po wylewie na tyle, by wypisano go ze szpitala. Zadecydowano, że nie może wrócić do swojego mieszkania, bo nie dałby sobie rady sam, zaproponowano mu więc zakwaterowanie z opieką w ośrodku Abbeyhill. Karen, która wtedy była jeszcze nastolatką, przeprowadziła się tam razem z nim. Zimą 1981 roku został po raz kolejny przyjęty do szpitala, gdzie leczono go na zapalenie płuc, między innymi. Już miano go wypisać, gdy dostał ostrego ataku duszności, który skutkował śmiercią. Miałam wiele wątpliwości, ale ostatecznie postanowiłam pójść na pogrzeb. Niewiele z niego pamiętam. Śmierć ojca tak wiele znaczyła - miałam już nigdy nie uzyskać odpowiedzi na pytania, które

mnie prześladowały. Miałam nigdy nie dowiedzieć się, co wiedział, co podejrzewał. Miałam nigdy nie odkryć, dlaczego pozwolił, by to wszystko się stało, dlaczego Helen miała nad nim taką władzę. Znów zostałam oszukana. Jak miałam dowiedzieć się, kim jestem, jeśli brakowało mi tak wielu elementów układanki? Miałam tego dnia mieszane uczucia. Byłam zdezorientowana. Smutna - nie dlatego że odszedł, ale dlatego że zostawił mi tyle niewiadomych. Byłam zła - bo widziałam hipokrytów pokroju Dougiego Galbraitha, który przyszedł na pogrzeb, jakby gwałty z przeszłości nigdy nie miały miejsca. Stałam na uboczu, czułam obojętność, a zarazem kipiałam z wściekłości. Nagle zobaczyłam, że Dougie idzie w moim kierunku. Gdy go ostatni raz widziałam, wykorzystał mnie. Czego chciał? Przeprosić? Wygłosić prostacki komentarz na temat tej wielkiej straty? - Donna! Jak się masz, kurczaczku? - zapytał. - Okropna strata. Okropna. Więc tak chciał to rozegrać? Mężczyzna odpowiedzialny za zniszczenie mojego dzieciństwa stał przede mną i oczekiwał, że włączę się w jego grę. No, dalej, Donna. Nie psuj tego. Spojrzał na mnie z konsternacją. - Twój tata, Donna? Dobry człowiek, naprawdę dobry człowiek. Co za strata. Jak śmiał! Pogwałcił gościnność mojego ojca i zgwałcił mnie. Wykorzystał jego naiwność, przyszedł do jego

domu i zgwałcił jedno z jego dzieci. A teraz udaje, że nic się nie wydarzyło? Miał na tyle czyste sumienie, że uznał za stosowne przyjść na pogrzeb? To było jak wcieranie soli w zaognioną ranę. Dalej sypał komunałami. Mówił o moim ojcu, jego śmierci, wielkiej stracie. Dla mnie nic to nie znaczyło. Oderwałam wzrok od ziemi i spojrzałam mu prosto w oczy. Dostrzegłam w jego źrenicach błysk zrozumienia. Splunęłam mu pod nogi z całą nienawiścią, na jaką zdołałam się zdobyć. Odwrócił się i odszedł szybko -a ja zaczęłam się zastanawiać, czy po raz kolejny nie straciłam okazji, by powiedzieć komuś, co naprawdę o nim myślę. Po śmierci ojca nadszedł dla mnie dziwny czas. Czym teraz byłam? Gdzie było moje miejsce? Nie wiedziałam, czy moja matka żyje, nie miałam żadnego kontaktu z Helen, a połowa mojego genetycznego dziedzictwa należała już do historii. W osobliwy sposób poczułam się wolna. Wierzę, że stałam się najlepszą osobą, jaką mogłam się stać w tych okolicznościach. To, co spotyka nas w dzieciństwie, ewidentnie ma na nas przemożny wpływ - wszystkich nas te lata formują - ale mamy też wybór, jakimi dorosłymi być. Moja matka, ojciec, Helen, oni wszyscy mieli taki wybór - jako dziecko zapłaciłam za to wysoką cenę.

Do dziś mam wiele pytań do tych trzech osób, które ukształtowały pierwsze lata mojego życia. Zdołałam zadać ojcu pytania, na które chciałam poznać odpowiedzi. Zadałam mu je, gdy umierał. Nie udzielił odpowiedzi, pojawiło się więc nowe pytanie: dlaczego nie odpowiedział? Był zbyt zawstydzony, dręczyło go poczucie winy, bo wiedział, co mnie spotkało? Czy może wstyd i poczucie winy brały się stąd, że za późno uświadomił sobie, jaką wiedźmą była Helen? A może był jakiś inny powód, który mnie zawsze wydawał się zbyt okropny, by go pojąć, czy chociaż nazwać? Wiedział? Wiedział? Chcę wierzyć, że żałował, iż nie przejrzał jej wcześniej, ale dlaczego w takim razie mi tego nie wyznał? Dlaczego zgadzał się na to wszystko? Dlaczego nigdy nie postawił się Helen? Dlaczego bił mnie, gdy mu kazała? Nie mogę mu wybaczyć, że wprowadził ją do naszego życia, nie mogę mu wybaczyć, że zostawił mnie na pastwę swoich obleśnych kolegów, gdy odeszła. Chcę wierzyć, że nie wiedział, iż sprowadzani przez niego do domu „przyjaciele" od kieliszka mnie gwałcili. Powinien mnie chronić, a nie na to narażać. Bywały chwile, gdy udawało mi się przemówić do jego serca widziałam to w jego oczach - ale Helen zawsze była od nas silniejsza. Czy naprawdę jej wierzył, gdy mu mówiła, że jestem zepsuta do szpiku kości? Wymyślał dla niej wymówki, pozwalał jej na wiele, pozwolił jej karać mnie, bił, gdy mu kazała.

Czy jakikolwiek ojciec obrałby taką drogę? Opowiedział się za nią? Tak dobrze pamiętam dzień, gdy odebrał mnie z Barnardo i zawiózł do „domu". Trzymałam go za rękę i wierzyłam, że ten mężczyzna zawsze mnie obroni. Byłam taka dumna! Był moim tatą. Zostawił mnie jednak w jej rękach, choć powinien był się mną opiekować. Nigdy nie opowiedział mi o mojej matce ani jednej historii - a to był jego obowiązek. Miałam prawo wiedzieć. Prawda jest dla dziecka znacznie ważniejsza niż spekulacje, a tylko one mi pozostały. Nawet na jego pogrzebie się go wstydziłam. Nie czułam do niego miłości ani szacunku, nawet w chwili gdy, jak mi się wydawało, mogliśmy się pogodzić. Wiem, że jego już nie ma i nie może odeprzeć moich zarzutów, ale przecież dałam mu na to szansę, a on z wyboru z niej nie skorzystał. Odrzucił ją - tak jak odrzucił moje dzieciństwo. Tyle już straciłam, a przez śmierć ojca nigdy tego nie odzyskam. Małe dziewczynki potrzebują taty-bohatera, Don Ford nim nie był. Takie myśli kłębią mi się w głowie. Wiem, że moja relacja z ojcem (czy z pamięcią o nim) jest skomplikowana. Wiem, że mogę mu w pewien sposób wybaczyć, tylko jeśli spojrzę na to, kim się stałam, co osiągnęłam. Jestem tu, pewna siebie, spełniona i szczęśliwa. Zawdzięczam to ludziom, których spotkałam na swej drodze. To oni wypełnili pustkę, którą mój ojciec zarazem ignorował i tworzył. Tak wiele straciłam, bo nie przedkładał moich dziecięcych potrzeb nad inne rzeczy.

Współczuję mu z tego powodu, współczuję mu z powodu zmarnowanego życia. Nigdy nie poznał miłości wnuków i satysfakcji, która płynie z tego, że widzisz swoje dziecko szczęśliwym - czy spokojnego snu, który przychodzi w nocy, gdy wiesz, że jesteś dobrym rodzicem. Wiem, że ostatecznie mu wybaczę, głównie dlatego że lepsze to niż życie w gniewie. On może liczyć na przebaczenie i litość, Helen Ford natomiast nigdy ich ode mnie nie zazna. Do dziś pamiętam, jak sprawiała, że czułam się bezwartościowa, nic nieznacząca pod każdym względem. Nie chodziło tylko o bicie, głodzenie i molestowanie, ale o każde słowo, którym sugerowała, że jestem niczym. Pamiętam pewien dzień, miałam siedem lat i myłam podłogę w holu mieszkania przy Easter Road. Dostałam w twarz za słowo, którego użyłam. Powiedziałam „mama". - Będziesz się do mnie zwracać „pani Ford"! - krzyknęła. - Nie „mama", nie jestem twoją mamą i nigdy nią nie będę! - To powiedziała kobieta, która miała się mną opiekować, karmić mnie i okazywać mi matczyną miłość. Te słowa zapamiętałam równie dobrze jak bicie, które poprzedziły. Gdy dorosłam, dostrzegłam w tych słowach słodsze brzmienie. Przepełnia mnie radość, że ona nie była

moją matką, że nie płynie we mnie jej zła krew. Jestem z tego dumna. Żałuję tylko, że wydała na świat Karen, bo trudno jest mi uwierzyć, że mogła mieć coś wspólnego z tak cudowną istotą. Może nawet już nie pamięta swojej córki - dziecka, które porzuciła, gdy miało osiemnaście miesięcy, które zostawiła mężczyźnie nie-będącemu nawet jego ojcem. Helen Ford mówiła w sądzie coś o byciu „kochającą matką". Jaka kochająca matka porzuca swoje dziecko? Mówię z doświadczenia, bo przecież spotkało mnie to samo. Porzucenie Karen nie było jednak jej jedyną zbrodnią. Stała przed sędzią i kłamała, kłamała tak, jak robiła to od wielu lat. Czy pamiętała o trzech małpkach? Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. Ja doskonale je pamiętam. Trzęśliśmy się ze strachu, gdy na nas patrzyły, a my powtarzaliśmy pracownikom opieki społecznej wszystkie te kłamstwa, które Helen na nas wymuszała. Kogo jeszcze okłamywała? To długa lista - lekarzy, rodzinę, nauczycieli, przyjaciół, sąsiadów. Każdego w zasadzie. A przecież wie, jaka jest prawda. Ja też wiem. Wie, jak bardzo mnie nienawidziła, jak pragnęła mnie zniszczyć, jak mało znaczyło dla niej moje życie, że pozwalała swoim chorym, zboczonym przyjaciołom mnie wykorzystywać. Wie to, wie, a ja mam gorącą nadzieję, że ta wiedza ją w końcu unicestwi.

Tyle przeszłam z powodu mojego ojca i macochy, których nie potrafię w myślach rozdzielić, nim stałam się silną kobietą. W moich poszukiwaniach prawdziwego „ja", mojego rdzenia, którego nie zbrukały wydarzenia przeszłości, wciąż wracałam myślami do mojej matki. Nawet nie wiem, jak ją nazywać. Breda? Brenda? Matka? Mama? Kim jest? Gdzie jest? Czy jeszcze żyje? Tęskniłam za nią przez całe życie, tęskniłam za jej obecnością. Zastanawiam się, czy przez te lata choć raz o mnie pomyślała. Ja myślałam o niej bez przerwy. Wypłakałam morze łez za kobietą, której nie znałam, a której mi brakowało. Zastanawiam się, czy może instynktownie to wyczuwała, czy w ogóle jej na tym zależało. Tak wiele razy, gdy Helen Ford biła mnie, a jej przyjaciele wykorzystywali mnie seksualnie, wzywałam moją mamusię, błagałam, by wróciła i mnie uratowała. Dojrzewając, potrzebowałam jej wsparcia i mądrości. Nie było jej na moim ślubie, nie trzymała w ramionach moich dzieci, nie została dumną babcią, choć powinna była. Często myślę o tym, jak wyglądała i czy ja i moje dzieci jesteśmy do niej podobni. Zdjęcia mi nie wystarczają. Nie znam jej zapachu. Nie pamiętam jej dotyku. Podejrzewam, że znalazła nową miłość, rozpoczęła nowe życie, może urodziła więcej dzieci, które zastąpiły jej te porzucone w Edynburgu. Tak wiele straciłam, gdy odeszła z mojego życia. Z wiekiem zrozumiałam, że ona też wiele straciła. Myślę, że wyrosłam

na dobrego człowieka. Jestem dumna ze swoich osiągnięć, mam troje ślicznych dzieci. Nie wiem, czy nasze drogi się kiedykolwiek przetną. Nigdy nie będę jej aktywnie szukać, ale jeśli wciąż żyje, chcę, żeby wiedziała, że jestem tutaj, gdyby się nad tym zastanawiała. Mówią, że nic nie może zastąpić miłości matki - żałuję, że nigdy nie dowiem się, czy to prawda. Wciąż boli mnie to, że mój ojciec nigdy nie mówił o Bredzie. Czuję ból za każdym razem, gdy ktoś mówi, że coraz bardziej przypomina własną matkę, albo zbywa mimochodem słowa swojej matki. Ja nigdy nie miałam takiej szansy. Moja mama nigdy mnie nie zadręczała, a w miejscu gdzie powinnam przechowywać wspomnienia o niej i uczucia, zieje pustka. Don Ford nigdy o niej nie mówił, Helen za to rzadko milkła. Wyrażała się o niej tak, iż było jasne, że moją matkę wciąż postrzega jako zagrożenie, konkurencję. Mówiła o niej zjadliwie. To ona mnie stworzyła - bękarta - z mężczyzną, którego Helen pragnęła tylko dla siebie. To, że mojej matki nie było w pobliżu, że miała się nigdy nie pojawić, dla mojej macochy się nie liczyło. Nie działała, kierując się logiką ani zdrowym rozsądkiem. Często myślałam o historii, którą opowiedział mi Simon, o Bredzie, która plotła wianki ze stokrotek, o łagodności, którą pamiętał. To wszystko, co mam. Gdy sama zostałam matką, przestałam w ogóle rozumieć, jak kobieta, która wydała nas na świat, mogła całkowicie wymazać nas ze swej pamięci, nie wiem jednak,

przed jakimi wyborami ją postawiono, jakie decyzje podjęła zaowocowały one w każdym razie ogromną zmianą w moim życiu. Kurczowo czepiam się drobiazgów - wiem, że była Irlandką, bo Helen zawsze powtarzała mi, że jestem małą irlandzką suką, dałam więc mojej najmłodszej córce irlandzkie imię. Zdjęcia Bredy, które mam, są niewyraźne - rysy są lekko zamazane -ale dostrzegam rodzinne podobieństwo, zwłaszcza pomiędzy nią, sobą a moją najstarszą córką. Czuję, że tworzę patchwork. Wspomnienia, uczucia, wnioski wyciągnięte z dokumentów, inni ludzie, ta książka... Dorastanie było dla mnie trudne. Musiałam nauczyć się tak wielu rzeczy umiejętności społecznych, komunikowania się, zaufania, przytulania, miłości, dbania o siebie, higieny osobistej - ale przede wszystkim tego, jak stać się osobą, którą chciałam się stać, nie tą, którą wmawiano mi, że jestem, gdy byłam dzieckiem. Nie miałam świadomości własnego „ja". Nie wiedziałam, że mam pewne prawa, że mogę mieć pragnienia i potrzeby. Długo kierował mną przymus ucieczki od wszystkiego, co znałam - od brudu, bólu, gniewu, nieufności i samotności. Czułam się samotna, odkąd pamiętam, od zawsze tęskniłam za tym, by gdzieś „przynależeć", by dołączyć do grupy, a nie stać na uboczu i się przyglądać. Czas mijał, a ja coraz bardziej oddalałam się od dzieciństwa, ulegałam po drodze rozmaitym wpływom i w końcu zaczęłam kształtować własne ideały, podjęłam decyzję

o własnej ścieżce. Teraz wiem, że często za bardzo ufałam innym, ale wierzę, że ludzie są godni zaufania, a decyzje należy podejmować instynktownie. Podstawą mojej filozofii życiowej jest uczciwość. Można prosić innych o różne rzeczy, dopóki jest to uczciwe. Mam szczęście, bo moje dzieci są zdrowe, mądre, piękne i kochające. Wciąż pamiętam oszołomienie, którego doświadczyłam przy narodzinach pierwszego dziecka. Pamiętam, jak je przytulałam, a ono jadło. Nie mogłam przestać myśleć o tym, jakie mam szczęście, ale czułam też, że to kolejny prztyczek dla Helen. Postanowiłam być najlepszą matką na świecie. Moje dzieci miały nigdy nie zaznać bólu, którego ja doświadczyłam. Miały zostać jednostkami świadomymi swoich praw. Wiedziałam, że kiedyś dorosną - a nie zamierzałam dawać światu następnych pokręconych osobowości. Od samego początku miały prawo do własnych opinii, czasami się zgadzaliśmy, czasami nie, ale zawsze dyskutowaliśmy i osiągaliśmy zadowalający dla wszystkich kompromis. Wyznaczałam im granice, bo wiedziałam, że dzieci ich potrzebują, by czuć się bezpiecznie. Wiedziałam, że trzeba je stymulować i zachęcać, by odkrywały swój potencjał. Najważniejsze jest jednak to, by wiedziały, że są kochane. Moim zdaniem miłość, którą obdarzamy dziecko, musi być bezwarunkowa. Chcę wierzyć, że dobrze robię. Tylko dziedzictwo w postaci mojej rodziny - rodziny, którą założyłam, a której nie zbrukało to, co mnie spotkało poświadczy kiedyś, czy osiągnęłam sukces.

ROZDZIAŁ 19 PROCES Miałam pięć lat i miesiąc, gdy zostałam przekazana Helen Ford. Gdy miałam jedenaście lat, Helen odeszła, a ja w końcu mogłam zasmakować wolności po sześciu latach przemocy i nędzy. Zobaczyłam ją znowu dopiero w edynburskim sądzie w październiku 2003 roku. Dlaczego nic nas nie ostrzega o tym, że nasze życie znów może zostać zrujnowane? Gdy życie, które takim nakładem sił przez tak długi czas odbudowywaliśmy, ktoś niszczy niby od niechcenia, wydaje się nam to zupełnie normalne. Ludzie cierpią z powodu tylu strat, takiego żalu każdego dnia, i zdają się to czynić nieuważnie. Ostrzeżenie zawczasu nie ma większego znaczenia dla ogólnej sytuacji. Wiemy, kiedy nadchodzi ważny

egzamin, test na prawo jazdy, długo oczekiwane wakacje. Narodziny, śmierć i policja pukająca do naszych drzwi - to zjawiska mniej przewidywalne. Mogę to w końcu powiedzieć - nazywam się Donna Marrianne Ford. Pod tym nazwiskiem przyszłam na świat - ale dopiero podczas pisania tej książki postanowiłam do niego wrócić. Przez wiele lat go nienawidziłam. Przypomina mi o matce, która mnie porzuciła, o ojcu, który oddał mnie do domu dziecka, o macosze, którą przyprowadzał na wizyty, gdy uczyłam się chodzić, o piekle, które ta kobieta mi zgotowała. Wracam do tego nazwiska, tak jak wracam do swojego życia. Próbowałam już wcześniej je poskładać, ale dopiero teraz jestem w stanie opowiedzieć całą historię, dopiero teraz jest szansa, bym została wysłuchana. Mieszkałam w uroczym domu, miałam poukładane życie, gdy nadeszła zima 2001 roku. Gdy teraz patrzę wstecz, nad niektórymi dniami, niektórymi wydarzeniami z mojego życia widzę nagłówki. Nagłówek nad tym dniem głosi: „Dzień, w którym przyszła policja". Na pierwszy rzut oka miałam wszystko. Troje szczęśliwych, zdrowych dzieci. Kochającego partnera. Sukces zawodowy. Nie przyszło mi to bez wysiłku, musiałam długo na to pracować, ale naprawdę czułam, że wszystko dobrze się układa. Wynajmowaliśmy dom przy Victoria Road w North Berwick. North Berwick to malownicza nadmorska

wioska, oddalona o trzydzieści minut jazdy od centrum Edynburga. Kurort leży na południowym brzegu Firth of Forth, tuż u jej ujścia do Morza Północnego, a zatoka wcina się w samo jego serce. To radosne miejsce. Uwielbiałam tam mieszkać. Victoria Road ma swoją historię - to jedna z najstarszych dróg w okolicy, archeolodzy prowadzili na niej prace i dokonali wielu odkryć. Zawsze przemawiało do mnie takie poczucie związku z przeszłością - może dlatego że moja przeszłość ma tak wiele niedostatków - zawsze też pociągały mnie tradycja i folklor. Nasz dom stał niedaleko zatoki. Jestem artystką, więc wiele czasu spędzałam w zabytkowej części miasta, zapełniałam szkicowniki obrazkami z obecnego i dawnego życia rybaków. Dobrze je poznałam i planowałam nawet wystawę, w której chciałam pokazać zaginione tradycje tego obszaru. Naprawdę dobrze mi się układało. Podjęłam pracę jako dekorator wnętrz, próbowałam przekuć w rzeczywistość marzenia ludzi, którzy chcieli ozdobić swoje domy sztuką. Uwielbiałam tę pracę i satysfakcję, która płynęła z wcielania pomysłów w życie. Każdego wieczoru wracałam do ożywionego domu. Moja starsza córka Claire i syn Paul zapraszali przyjaciół, a ja przywoziłam jeszcze ich siostrę Saiorse, którą po drodze odbierałam od opiekunki. Upajałam się panującym w domu hałasem i ruchem, potrzebowałam tego. Paul miał szesnaście lat, Claire czternaście - to wiek, kiedy dzieci myślą przede wszystkim o jedzeniu.

Przetrząsali kuchnię, każdą szafkę, lodówkę i zamrażarkę, krzyczeli, śmiali się i dogryzali sobie. Ogarniało mnie uczucie, które często towarzyszy końcowi dnia -padałam z nóg i byłam całkowicie zadowolona ze swojego życia. Było prozaiczne, normalne, i przez to cudowne. Dzieci były odchowane, ja cieszyłam się coraz większym uznaniem krytyków jako artystka, spotkałam mężczyznę, z którym miałam wkrótce wziąć ślub. Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, nie zdziwiłam się. Na progu stało dwoje policjantów, ale nie zmartwiłam się. To przyszło później. Nawet do głowy mi nie przyszło, że ich wizyta może mieć związek z moją przeszłością. Byliśmy bezpieczni. Nie zrobiłam nic, czym musiałabym się martwić. Podejrzewałam, że chodzi o coś błahego, zapewne nawet niezwiązanego ze mną. Może coś się stało u sąsiadów, włamanie albo problem z samochodem. Przedstawili się, mężczyzna i kobieta. Zaprosiłam ich do środka. Dzieci poszły już do siebie, więc usiedliśmy w kuchni. Pamiętałam o dobrym wychowaniu. Czy chcą herbaty? Nie, dziękuję. Czy zechcą usiąść? Tak, owszem. Co mogę dla nich zrobić? Odpowiedzieć na kilka prostych pytań. - Czy możemy najpierw potwierdzić pani tożsamość? - zapytała policjantka. Wyglądała całkiem niewinnie. Młoda, profesjonalna, nie dała po sobie poznać, że zaraz porwie mi życie na strzępy. Czy nazywa się pani Donna Marrianne Shipman? Czy urodziła się

pani 5 czerwca 1959 roku? Czy Simon Robertson jest pani bratem? Potwierdzili adresy, pod którymi dotąd mieszkałam, i daty. Odpowiadałam twierdząco na wszystkie pytania i nadal nic nie rozumiałam. Ich kolejne słowa zbiły mnie z nóg. - Donno, pracujemy w wydziale policji rodzinnej okręgu Lothian & Borders. Przyjechaliśmy poinformować cię, że twój brat Simon wniósł bardzo poważne oskarżenie w związku z tym, jak oboje byliście traktowani przez waszą macochę Helen Thomson Laing Ford, gdy byliście dziećmi. Prowadzimy w tej sprawie dochodzenie i chcemy cię zapytać, czy możesz nam o tym opowiedzieć. Czy chciałabyś coś dodać od siebie? Popłynęły kolejne słowa. - Nie musisz teraz z nami rozmawiać, Donno. Powinnaś pomyśleć o konsekwencjach, które niesie to oskarżenie. Zarzuty, które przedstawił Simon, są bardzo poważne, musisz się zastanowić, czy chcesz uzupełnić jego zeznanie. Będziemy się opierać głównie na informacjach, których nam dostarczysz, dlatego zastanów się nad tym poważnie. Słyszałam, jak mówią, słyszałam poszczególne słowa. Wiedziałam, że próbują być mili. Taką mieli pracę, jestem pewna, że oboje przeszli tuziny kursów i warsztatów, na których uczyli się takiego scenariusza. Tym razem jednak chodziło o mnie. O moje życie. Przeszłość wracała do mnie, choć wydawało mi się, że ostatecznie ją pogrzebałam.

Zadawali kolejne pytania. - Kiedy ostatni raz kontaktowałaś się z bratem, Donno? Z przyrodnim bratem! Przyrodnim, chciałam zawołać - by zweryfikowali swoje informacje. Mieliśmy tę samą biologiczną matkę, ale różnych ojców. Powiedziałam im, że Simon wielokrotnie próbował się ze mną skontaktować, ostatnio w 1997 roku, gdy otrzymałam kilka listów od jednostki Armii Zbawienia, zajmującej się łączeniem rozdzielonych rodzin. Napisano mi, że Simon chciałby nawiązać kontakt i że ma nadzieję, iż chcę tego samego. Nie chciałam. Poinformowałam Armię Zbawienia, że nie życzę sobie kontaktów z członkami rodziny, ale przesłano mi jego adres „na wszelki wypadek". Dlaczego nie chciał zostawić mnie w spokoju? Nie mieliśmy nic wspólnego poza biologiczną matką i okropnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Byliśmy zupełnie innymi ludźmi, wiedliśmy zupełnie różne życia, a ja nie chciałam, by przypominano mi o tym, co nas łączyło. A teraz w moim domu, w mojej kuchni, przy moich dzieciach bawiących się za ścianą miał miejsce kolejny atak na mnie i na świat, który próbowałam nam stworzyć. Gdy policjantka opowiedziała mi, co wie o mojej przeszłości, co Simon jej powiedział, poczułam się zbyt zszokowana, by mówić czy choćby się ruszyć. To były urywki mojej osobistej historii, do której nikt inny nie miał dostępu. Nie chciałam, by ona wiedziała. Nie chciałam, by przynosiła to do mojego domu. Znów

powtórzyła, że zarzuty Simona są bardzo poważne -ale szybko zrozumiałam, że ona i jej kolega nie wiedzą nawet połowy. Simon powiedział im prawdę, znali fakty - ale była to złagodzona ich wersja; ledwie ułamek tego, co mi zrobiono. Zakończyła stwierdzeniem, że policja chce wnieść sprawę przeciwko Helen Thomson Laing Ford. Mam tyle czasu, ile potrzeba, by zastanowić się, czy w ogóle chcę się w to angażować. Jeśli tak, będę musiała złożyć zeznanie, a nawet serię zeznań, by pomóc im doprowadzić do skazania. Wstali, podali mi swoje numery telefonów, powiedzieli, że będą się kontaktować, i wyszli. Usłyszałam, jak zamykają się frontowe drzwi - siedziałam w kuchni sparaliżowana przez szok. Byłam oszołomiona. Nagle zebrało mi się na wymioty. Gdy skończyłam, w końcu to do mnie dotarło - nie chodziło o to, że zostanę zaangażowana w postępowanie karne przeciwko mojej macosze, nie o to, że policja właśnie wywróciła mój świat do góry nogami; nie, najważniejsze było to, że ktoś chce mnie wysłuchać. Dwoje policjantów, którzy właśnie wyszli, naprawdę chciało wysłuchać mojej wersji wydarzeń. Prosili o wiele -ale przynajmniej prosili. O czym miałam im opowiedzieć? O tym, że biła mnie, odkąd przeniosłam się z ośrodka pod jej opiekuńcze skrzydła? O tym, że przybliżała rozpalony do czerwoności pogrzebacz do mojej twarzy i groziła, że oszpeci mnie na całe życie?

O tym, jak kazała mi stać prawie nago w lodowatej łazience i znęcała się nade mną? O tym, jak mnie głodziła, a ja musiałam kraść jedzenie? O tym, jak mnie biła po twarzy, kopała, lała pasem i przypalała? O przyjęciach, które wydawała po to, by jej „przyjaciele" mogli mnie wykorzystywać? O tym, jak ich zachęcała, by mnie gwałcili? O tym, że posyłała mnie do sąsiadów, którzy z jej błogosławieństwem mnie molestowali? Czy wysłuchają tego wszystkiego? Czy mi uwierzą? Czy coś z tym zrobią? Nie podjęłam tej decyzji w jedną noc. Minęło sześć miesięcy, nim złożyłam pierwsze zeznanie. Mój partner i przyjaciele zapewnili mnie, że będą mnie wspierać, niezależnie od tego, co postanowię. Poczułam się dzięki nim silna i gotowa zmierzyć się z tym, co nadchodzi. Ale czy taka faktycznie byłam? Czy mogłam do tego wrócić? Czy mogłam znów stać się tą przerażoną małą dziewczynką, która stoi głodna, samotna, przemarznięta, pobita i wykorzystana w ciemnym, pustym pokoju, nie mając nikogo i niczego na tym świecie? Stwierdziłam, że mogę. Od czego miałam jednak zacząć? Przez całe lata starałam się zapomnieć o przeszłości i żyć zupełnie inaczej, niż żyłam jako dziecko. Gdy podjęłam decyzję o zaangażowaniu się w sprawę przeciwko Helen, gdy postanowiłam upomnieć się

o sprawiedliwość, myślałam, że uda mi się uniknąć negatywnego wpływu tej decyzji na moje życie, wiele jednak się przez to zmieniło. Okres poprzedzający rozprawę był okropny dla mnie i dla całej mojej rodziny. Presja nieuchronnie zbliżającego się procesu wywołała we mnie niezwykle gwałtowną reakcję. Moje koszmary i wspomnienia były tak rzeczywiste, że czułam się tak, jakbym cofała się w czasie. Przestałam sobie radzić z normalnymi, codziennymi czynnościami. Przestałam wychodzić z domu. Każdego ranka budziłam się z takim przerażeniem i lękiem, że musiałam zwymiotować. Pogłębiły się zaburzenia żywienia, na które od zawsze cierpiałam. Próbowałam się z nich wyleczyć, nauczyłam się nawet gotować i delektowałam się jedzeniem, gdy tylko mogłam. Teraz wróciłam jednak do punktu wyjścia. Koszmary. Lęki. Niemożność utrzymania jedzenia w żołądku. Ona znów mnie dopadła. Tak bardzo schudłam, że nawet obcy ludzie dostrzegali, że coś musi być nie w porządku z tym cieniem kobiety. Byłam taka wściekła - ale dlaczego? Przecież nic się tak naprawdę nie zmieniło. Od zawsze żyłam z tym, co zrobiła Helen. Czy pojawiło się coś nowego? Często wyładowywałam swój gniew na partnerze, bezustannie się kłóciliśmy. Oboje byliśmy zagubieni. Było coraz gorzej. Żyłam tak przez dwa lata, sprawa wciąż była w toku. Należało przygotować materiał dowodowy, zebrać zeznania. Żyłam tylko tym. Musiałam

przez to przejść. Prawnicy Helen składali odwołania, ciągle odraczali termin procesu, twierdząc, że nie są gotowi - zaczęłam już myśleć, że to się nigdy nie wydarzy. Ale stało się. Musiałam się zastanowić, jak chcę się z tym zmierzyć. Nie chciałam towarzystwa w sądzie. Chciałam - musiałam stawić temu czoło w pojedynkę, nie chciałam też, by ktoś jeszcze został tym zbrukany. Zamierzałam mówić o rzeczach, które ukrywałam przez wiele lat, i nie miałam pojęcia, jak sobie z tym poradzę, gdy nadejdzie czas. W środę pierwszego października 2003 roku mój partner wysadził mnie w bocznej uliczce. Byłam gotowa. Miałam na sobie stare, lecz eleganckie ubrania, które planowałam spalić, gdy proces dobiegnie końca. Miałam przy sobie teczkę z pracami, które przypominały mi o tym, jaką kobietą się stałam. Miałam też zdjęcia moich dzieci - tylko dla mnie - by zapewnić samą siebie, że w moim świecie są dobro i miłość. Mogłam myśleć tylko o tym, jak będę się czuć, gdy ją zobaczę. Czy dam sobie radę? Zemdleję? Stracę panowanie nad sobą? Ostatni raz widziałam Helen Ford, gdy miałam jedenaście lat, znajdowałam się wtedy pod jej przemożnym wpływem. Jak zareaguję na jej obecność jako osoba dorosła? W głowie rozbrzmiewało mi echo rozmowy, którą przeprowadziłam z najmłodszą córką

poprzedniego dnia: powiedziałam jej, że idę do sądu, gdzie będzie kobieta, która była dla mnie bardzo niedobra, gdy byłam mała, i że teraz będzie musiała mnie za to przeprosić. Gdyby to było takie proste! Długo czekałam, nim w końcu wezwano mnie na świadka. Opiekował się mną w tym czasie pracownik sądu, który próbował mi wyjaśnić, co się wydarzy, ale ja błądziłam myślami daleko. Miałam ją zobaczyć. Miałam znów zobaczyć Helen. Byłam przerażona, ale robiłam wszystko, by to ukryć. Czułam onieśmielenie i dokładnie wiedziałam, czego się boję - że wyjdzie ze mnie ta mała Donna. Lękałam się, że jedno spojrzenie na macochę wystarczy, bym cofnęła się w czasie, nie mogąc dodać od siebie nic do procesu. Desperacko próbowałam podtrzymywać w sobie wiarę w swoją dorosłą wersję. Ilekroć ktoś do mnie podchodził, przedstawiałam mu się. Pokazywałam swoje prace, opowiadałam o swoim życiu artystki. A w duchu krzyczałam: „Jestem teraz zupełnie inną osobą! Nie jestem tym przerażonym dzieckiem! Jestem silna i mogę to zrobić". To dodało mi pewności siebie. Przypomniałam sobie, kim teraz jestem, jaka jest moja obecna sytuacja - to ja sprawowałam kontrolę. Wiele w życiu przeszłam, ale to moment, w którym usiadłam na miejscu dla świadków, wyrył się w mej pamięci na zawsze. Wciąż zadaję sobie jedno, niezwykle istotne pytanie: co poczułam, gdy ją zobaczyłam? Od czego mam zacząć?

Nie uświadamiałam sobie, jak trudne będzie dla mnie to powtórne spotkanie. Moje racjonalne dorosłe „ja" mówiło mi, że to tylko smutna, zmęczona, stara kobieta. A potem spojrzała na mnie. Gdy zobaczyłam ją uwięzioną za szklanym panelem, zrozumiałam, że na wiele sposobów wygrałam. Stanęłam przed nią dumna i wyprostowana. Stawiłam jej czoło nie jako mała dziewczynka, lecz jako kobieta silna, kochana i szanowana. W tej samej chwili uświadomiłam sobie, jak żałosną postacią jest Helen. Podczas procesu pragnęłam, by przyznała się do wszystkiego. Przeprosiła. Poprosiła o przebaczenie. Mogła odwołać się do tylu okoliczności łagodzących - była za młoda, presja była zbyt duża. Ludzie zapewne uwierzyliby jej. Może nawet by jej współczuli, tak jak wtedy gdy byłam mała, a wszyscy powtarzali mi, że Helen jest aniołem, bo przygarnęła dzieci Dona Forda. Nie przeprosiła jednak. Nie próbowała się usprawiedliwiać. Ilekroć pytano ją o szczegóły jej postępków, odpowiadała monosylabami. Zaprzeczała wszystkiemu. Nic takiego się nie wydarzyło. Teraz myślę, że naopowiadała tyle kłamstw w życiu, że sama zaczęła w nie wierzyć. Dzień, w którym ją skazano, był najdonioślejszym dniem mojego życia. Trudno mi wyrazić słowami, jak się wtedy poczułam. Siedziałam prawie dokładnie naprzeciwko niej, wpatrywałam się w jej profil, gdy bawiła się włosami i wierciła na krześle. Wszystko wydawało mi

się takie surrealistyczne. W sali sądowej był tłum ludzi -a ja nie rozumiałam czemu. Co mieli nadzieję zobaczyć i usłyszeć? Dlaczego miałby to być dla nich „dobry dzień"? Rozprawa odbywała się za zamkniętymi drzwiami aż do ogłoszenia werdyktu, tego dnia sala była pełna. Denerwowałam się i niepokoiłam - wciąż byłam przekonana, że nikt mi nie uwierzy, tak jak wmawiała mi Helen wiele lat wcześniej. Nie wierzyłam, że Helen Ford zostanie uznana za winną. Gdy w końcu zapadł wyrok, wszyscy usłyszeli moją reakcję. Nie zdołałam powstrzymać głębokiego westchnienia i okrzyku „Tak!". Trzęsłam się, śmiałam i płakałam jednocześnie. Teraz już mogłam na nią spojrzeć. Przedstawiała sobą żałosny widok. To była moja rehabilitacja - jak ty komu, tak on tobie. Była winna - jakby tego było mało, lord Henry, który przewodniczył rozprawie, oznajmił jasno i wyraźnie, że żałuje, iż nie może zrobić nic więcej. Helen została skazana na dwa lata więzienia za stręczycielstwo. Sędzia zwrócił się bezpośrednio do mnie i rzekł: - Chciałbym móc zrobić coś jeszcze. Tak wiele to dla mnie znaczyło - uwierzył mi, inni również. Nareszcie. Gdy proces dobiegł końca, gdy zapadł wyrok, mój strach minął. Nie żałuję jej, ale też nie nienawidzę - w zasadzie nic do niej nie czuję. Nie mogę jej wybaczyć - nie

dlatego że nie potrafię wybaczać, lecz dlatego że jej zbrodnie są po prostu niewybaczalne. Będzie musiała poszukać swego własnego zadośćuczynienia, jeśli zdoła. Ja nie będę podążać tą drogą ku zgorzknieniu, bo to miałoby wpływ tylko na mnie, nie na nią. Ona zapewne już poczyniła pewne założenia dotyczące tego, co czuję, ale nie może wiedzieć, co naprawdę noszę w sercu. Nie chcę, by uczucia do niej odebrały mi siłę, którą w sobie odnalazłam. Rozumiem krzywdy, które mi wyrządzono, wiem, że jeszcze dadzą o sobie znać, muszę się jednak trzymać. Wiem też, że są tacy, którzy nie mogą się na to zdobyć, bo szukają zemsty. Gdy czytam w gazetach sprawozdania z rozprawy, zdumiewa mnie to, że całe moje życie, wszystkie te lata, można podsumować kilkoma słowami. Jeden z nagłówków głosi: „Maltretowana jako pięciolatka kobieta składa zeznania". Horror mojego życia streszczono w tym artykule w stu czterdziestu pięciu słowach. Same „najważniejsze" wydarzenia: „Mała dziewczynka była bita, głodzona i przetrzymywana w ciemnym pomieszczeniu... padała ofiarą przemocy seksualnej... rzekoma ofiara bywała tak głodna, że jadła okruszki chleba wystawiane dla ptaków... opisuje bicie skórzanym pasem i zakrapiane imprezy, podczas których mężczyźni odwiedzali jej pokój... kobieta twierdzi, że kazano jej też jadać z psiej miski... macocha unosiła ją do lustra i powtarzała jej, że jest paskudną wiedźmą". To ja - jestem tą mała dziewczynką, a to krótkie podsumowanie tego,

co mi robiono. Ten opis wydaje mi się taki lakoniczny, tak szybko się go czyta. Niezależnie od tego, co myślę o przeszłości i o procesie, nadszedł czas, by ruszyć dalej. Wciąż mam wiele pytań dotyczących mojego dzieciństwa, pojawiły się też zupełnie nowe. Helen odsiaduje wyrok w więzieniu, a ja zastanawiam się, czy została ukarana. Karmią ją czy głodzą? Biją ją? Upokarzają? Czy potwory zakradają się do jej łóżka i molestują ją w ciemnościach? Czy jest traktowana gorzej niż pies? Nie wiem nawet, czy naprawdę chcę znać odpowiedzi na te pytania.

ROZDZIAŁ 20 KONIEC KŁAMSTW ... Miewam lepsze i gorsze dni, jak wszyscy. Czasami nie wiem czemu; czasami nie wiem nawet, co czuję. Czasami dokładnie wiem, co się dzieje, jakie pytania wciąż czekają na odpowiedź, jakie wyrwy trzeba wypełnić. Tak wielu historii z mojego dzieciństwa nie potrafię opisać słowami, tak wiele skrawków mogłam nazwać i przeanalizować dopiero jako dorosła. Mała dziewczynka, którą byłam, nie potrafiła po prostu opisać, co ją spotyka, tak jak zrobiłby to dorosły. Teraz znam wiele nowych słów. Znam konsekwencje. Potrafię ocenić czyn pod kątem moralności, przyzwoitości i zasad. I właśnie to najbardziej mnie boli, i wywołuje złość.

Jestem dorosła i nie rozumiem, jak można z własnej woli tak bardzo skrzywdzić dziecko. Jak dorosły człowiek może dokonać takiego wyboru? Co sprawia, że kobieta decyduje się sprowadzać do swego domu rodzinnego obcych mężczyzn, by wykorzystali jej pasierbicę? Co sprawia, że kobieta posyła dziecko do innych, by atakowali jej wątłe ciało? Co sprawia, że ci mężczyźni -ojcowie, bracia, dziadkowie - wierzą, że to dopuszczalne i usprawiedliwione, by gwałcić dziecko? Jak ci zwyczajni obywatele mogą żyć dzień po dniu, mając świadomość tego, co uczynili, co znów uczynią? Jak ci napastnicy radzą sobie ze świadomością, że ich własne potrzeby, ich tak zwane pragnienia oznaczają prawdziwe piekło dla nieletnich? Dorośli doskonale wiedzą, co robią, znają odpowiednie terminy na określenie swych czynów. Szczerze wierzę, że nic, co przeszliśmy jako dzieci, nie usprawiedliwia kontynuowania spirali przemocy, na którą tak wielu się godzi. To nasz wybór, postawmy sprawę jasno. Co powiedzą o mnie ci, którzy wierzą, że nie da się wyrwać z tego zaklętego kręgu? Ja dodam tylko, że dobrze znam osobę, którą jestem. Nie złamali mnie. Nie zmienili w potwora, który nie potrafi uciec od przeszłości. Gdybym była tylko ofiarą tego, co się wydarzyło, moje własne dzieci - krew z mojej krwi, kość z kości - żyłyby teraz w takim samym koszmarze. Nigdy nie było takiej opcji. Muszę powiedzieć wszystkim, którzy myślą, że my, ofiary, nie możemy uciec, że kontynuacja

przemocy jest usprawiedliwiona przez przeszłe wydarzenia nigdy, na żadnym etapie mojego życia nie walczyłam z pragnieniem stania się prześladowcą. Gdy patrzyłam na moje dzieci, gdy je wychowywałam, czułam tylko miłość i desperacką potrzebę chronienia ich. Nie żyją w kokonie, nigdy nie żyły. Dla mnie miarą mojego sukcesu jako matki jest to, że moje dzieci można określić słowem, którego dziś tak bardzo boimy się używać - są „normalne". Śmieją się, płaczą, bawią się, mają marzenia. Czasami jest im lepiej, a czasami gorzej, ale nic nigdy nie powstrzymywało mnie przed zapewnieniem im bezpieczeństwa. I wiem, że mogę je im zapewnić. Teraz to wiem. Musiałam do tego dojrzeć, a moje dzieci mi w tym pomogły, nigdy jednak nie byłam kozłem ofiarnym mojej historii. Ci, co twierdzą, że wszyscy, którzy przeżyli coś takiego jak ja, całą energię poświęcają na walkę albo kapitulację, obrażają tych z nas, którzy dowodzą, że jest inaczej. Moja przeszłość nie zniknie. Nie różnię się wiele od innych, moja przeszłość mnie ukształtowała - ironia polega na tym, że to, czego doświadczyłam, było tak potworne, że odebrało mi część mnie, ale jednocześnie mnie ukształtowało. Musiałam napisać tę książkę między innymi po to, by nadać sens tej osobliwej kombinacji. Jak coś tak złego mogło mnie nie zniszczyć do końca? Każdy, kto w dzieciństwie doświadczył przemocy, upora się z tym na swój sposób - ja nigdy nie chciałam

być instrukcją samopomocy dla tych, którzy przetrwali. W mojej rodzinie są ludzie, którzy mają różne historie, i muszą znaleźć swój sposób, by je opowiedzieć, osiągnąć spokój ducha. Dla mnie punktem zwrotnym stała się możliwość opowiedzenia tej historii - bo w końcu zrozumiałam, że ona jest moja. To, co przeszłam, było efektem działań innych ludzi, ich wyborów, ich nik-czemności, ale ostatecznie wszystko to skoncentrowało się we mnie. Musiałam to zrozumieć, by móc zamknąć ten rozdział; wiem, że nadszedł już czas, by to zrobić. Powinnam to zrobić. Wiedziałam, że nie zaznam spokoju, którego tak długo szukałam, dopóki nie opowiem mej historii czekałam tylko na właściwy czas i formę. Dzwonek do drzwi tamtego pamiętnego dnia, gdy moja przeszłość do mnie wróciła, okazał się szansą -niechętnie przed nią stanęłam, ale tak właśnie wybrałam. Proces dał mi możliwość powiedzenia pewnych rzeczy - każda rozprawa sądowa ma określony format, w ramach którego ofiara otrzymuje ograniczone prawo głosu. Jestem wdzięczna za to, że dostałam wtedy szansę opowiedzenia mojej wersji zdarzeń, choć ledwie dotknęłam sedna sprawy. Dotarcie do niego uwolniło wiele złych wspomnień, otworzyło wiele ran. Teraz jestem przekonana, że im więcej o tym mówimy - im szerzej otwieramy się na realia, w których żyją niektóre dzieci tym większej zmiany możemy dokonać. To, co mnie spotykało, było społecznym tabu. Działo się za zamkniętymi drzwiami prywatnych domów,

otaczała je zmowa milczenia. Wciąż zdumiewa mnie, jak wiele osób, przedstawicieli władz, nic nie zrobiło, nic nie widziało, nic nie słyszało. W moje życie angażowało się wielu dorosłych, ale żaden z nich nie zrobił nic, by ulżyć mojemu losowi. Było tylu ludzi, którzy mogli podjąć działanie - pracownicy Barnardo, opieka społeczna, nauczyciele, sąsiedzi - oni mogli przepisać tę historię, ale oni dokonali innego wyboru. Wybrali brak działania. Żadne dziecko nie powinno przeżywać tego, co ja przeżyłam. Jeśli opowiadając tę historię, sprawię, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, jak pomóc dziecku, będzie to dla mnie osiągnięcie. Gdy byłam mała, moim największym marzeniem było, by ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę, wysłuchał mojej historii. I w końcu ktoś to zrobił. Tyle że było za późno, za późno. Całe dorosłe życie próbowałam uwolnić się od mojego dzieciństwa. Mam ponad czterdzieści lat i desperacko pragnę uwolnić się od ciężaru w sercu, od obaw i niepewności, odziedziczonych po prześladowcach, których nasłała na mnie macocha. Przez większą część dorosłego życia starałam się ukryć przeszłość tak głęboko, jak tylko mogłam. Teraz wierzę w sprawiedliwość i równowagę. Nadszedł czas, bym napisała swoje własne zakończenie, choć wiele czasu zabrało mi znalezienie potrzebnego do tego spokoju. Mała dziewczynka pozbawiona prawa głosu nareszcie zrozumiała, że może krzyczeć.

W dorosłym życiu skoncentrowałam się na wychowaniu moich dzieci na szczęśliwych, zrównoważonych ludzi i rozwijaniu kariery artystycznej. Podjęcie się napisania tej książki oznaczało, że obnażę duszę i wydobędę na światło dzienne ponurą przemoc, którą wycierpiałam. Długo się nad tym zastanawiałam. To swego rodzaju dziedzictwo - nie mogłam więc potraktować tego lekko. Moje dzieci mogą teraz przeczytać moją historię bez wypaczeń, ale jak to wpłynie na nie i na nasze relacje? Ile tak naprawdę nasze dzieci o nas wiedzą? Jesteśmy matkami i ojcami; powinniśmy być dla nich opoką i gwarantem bezpieczeństwa. Moje dzieci to mają, ale teraz, gdy opowiedziałam tę historię, muszę się zastanowić, jak to na nie wpłynie. Czy zechcą ją poznać w całości? Czy zmieni się sposób, w jaki mnie postrzegają? Czy zmieni się to, jak będą się zachowywać jako dorośli i przyszli rodzice? Nie było mi łatwo zgodzić się na śledztwo w sprawie mojego dzieciństwa, które doprowadziło do postawienia mojej macochy w stan oskarżenia. Myślałam jednak, że jeśli zdołam osiągnąć jakąś formę oczyszczenia, jeśli zrozumiem, dlaczego, pomimo relatywnego szczęścia, wciąż cierpię z powodu niewytłumaczalnego poczucia winy, to cały proces będzie tego wart. W rzeczywistości grzebanie się w przeszłości okazało się momentami wręcz nie do zniesienia. Ból miał ogromny wpływ na moje życie, zatrzymał mnie w miejscu. Czasami nawet uniemożliwiał mi funkcjonowanie. Przez

dwa lata każdego ranka budziły mnie mdłości i strach. Nie mogłam spać, bo bałam się koszmarów. Mój związek z moim nowym mężem został poddany ogromnej próbie, musiałam wyjaśnić moim dzieciom, przez co przechodzę. Dlaczego więc to zrobiłam? Jak już wspomniałam, musiałam opowiedzieć tę historię, choćby po to by w końcu dać głos dziecku, którym byłam. Głos, który powinien być usłyszany wiele lat wcześniej. Wiem, że moja historia może szokować, ale tak wyglądała rzeczywistość - rzeczywistość, w której żyłam, bo nie miałam wyboru. W ostatnich latach wydano wiele książek opisujących osobiste doświadczenia ludzi, którzy zostali w jakiś sposób wykorzystani; moim zdaniem to dodaje otuchy. Jeśli jednak osiągnęliśmy tylko tyle, że stworzyliśmy nową gałąź „rozrywki", to cała ta praca poszła na marne. Nie wiem, czy ta książka wzruszy kogokolwiek, ale mam nadzieję, że dla niektórych będzie lekcją. Przetrwałam najbardziej odrażającą przemoc i odniosłam sukces. Jestem dumna z siebie jako rodzica, chlubię się swoim talentem. Mam szczęście, bo dobrzy, godni szacunku ludzie okazują mi miłość i wsparcie; bez nich nie znalazłabym w sobie odwagi, by odbyć tę podróż. Wierzę, że jeśli mamy jakąś historię w zanadrzu, powinniśmy ją opowiedzieć. Moja nie jest przyjemna, lecz mam nadzieję, że doda otuchy innym. Osiągnęłam swoje cele jako rodzic, wychowałam dzieci w duchu miłości,

szacunku, wartości, bez strachu i poczucia winy. Rozwijam z powodzeniem swoje talenty artystyczne, dzięki czemu mogę cieszyć się pracą, którą kocham. Zawarłam cenne przyjaźnie oparte na miłości, szacunku i zaufaniu. To moje sukcesy. Pokazuję tym mojej macosze, że mnie nie złamała. To moja raison d'être. Moja historia powinna też uczulić nas wszystkich, dorosłych, na fakt, że musimy być czujni. Nawet jeśli oznacza to wpychanie nosa w nie swoje sprawy. Jeśli dzięki temu ochronimy dziecko, którego dobro wydaje się nam zagrożone, musimy to zrobić. Co najważniejsze, opowiedzenie tej historii pozwala mi zamknąć pewien rozdział życia. Nie chcę już dłużej żyć w cieniu przeszłości. Chcę, potrzebuję, zasługuję na możliwość odnalezienia wewnętrznego spokoju, którego zawsze pragnęłam. Gdy to przeczytacie, być może poczujecie się zszokowani zachowaniem i czynami tej kobiety, Helen Ford, i tym, jak inni korzystali z tej odrażającej sytuacji. Jako matka nigdy, przenigdy nie zrozumiem jej motywacji -ale najważniejsze jest to, że już się jej nie boję. Wiem, że mogę żyć ze świadomością, iż w żaden sposób nie byłam winna temu, jak mnie traktowano. Dla mnie liczy się nie tylko to, co przydarzyło się temu dziecku, ale i długoterminowe rezultaty dorastania z taką historią. To tyczy się także ciebie, czytelniku. Wybrałeś tę książkę i doczytałeś ją do tego punktu, a ja jestem ciekawa, co o tym wszystkim myślisz. Czy to

była „dobra książka"? Dobrze się „bawiłeś"? Może podczas czytania dziękowałeś Bogu za inny los, może przypomniałeś sobie o tym, co sam wycierpiałeś. Może należysz do grona prześladowców - może kupiłeś tę książkę, bo miałeś nadzieję, że znajdziesz przyjemność w opowieści o zniszczonym młodym życiu. Może szukałeś dreszczyku podniecenia lub przydatnych wskazówek, jak ukrywać swoje zboczenie i skutecznie mu folgować. Może nie uwierzyłeś w ani jedno moje słowo. Może sprawdziłeś w internecie, czy Helen Ford naprawdę została skazana, czy w ogóle istniała, a nawet gdy potwierdziłeś, że taka sprawa miała miejsce, nadal wolisz temu zaprzeczać. Potrafię zrozumieć wszystkie te reakcje, bo rozważałam różne odpowiedzi, gdy zastanawiałam się, czy zagłębiać się ponownie w tę historię. Niezależnie od tego, do którego obozu należysz, pragnę, byś zapamiętał jedno. Musiałam nauczyć się przytulać do innych. Nie umiałam tego. Nie musisz wierzyć każdemu mojemu słowu - ja wiem, że to wszystko prawda, ty musisz poszukać swojej własnej interpretacji. Proszę tylko, pomyśl o tym, co właśnie napisałam. Nie umiałam przytulić drugiego człowieka. Nie umiałam nawiązać tego naturalnego, niewinnego, podstawowego kontaktu z drugą osobą. Czy to jest efekt normalnego wychowania? Czy to konsekwencja zwyczajnego dzieciństwa?

Tym, którzy mnie kochają, pragnęłam przekazać nie tylko moją historię, ale i złożoność bycia mną. Chcę, by wiedzieli, jak ważną rolę odegrali w moim rozwoju przez miłość i wsparcie, jakie mi okazali. Chcę zaapelować do wszystkich innych, by pomyśleli o dziecku w sercu tej historii. Dzieci mają prawo do miłości, szacunku, troski, do tego, by ich wysłuchano, by o nie dbano i karmiono je. Niektórzy ludzie mogą poczuć się zażenowani elementami tej historii z powodów, które tylko oni znają. Kimkolwiek jesteście, proszę, przemyślcie, jaką rolę odgrywacie w życiach dzieci, które spotykacie na swojej drodze. To przerażające, jak ogromną władzę mamy nad dziećmi i jak łatwo przychodzą nam nadużycia. Najsilniejsi w każdym społeczeństwie są ci, którzy potrzeby dzieci stawiają na pierwszym miejscu. Najsłabsi natomiast, najbardziej żałośni i godni pogardy są ci, którzy z wyboru przedkładają swoje potrzeby nad prawa najmłodszych. Jeśli jesteś na tyle silny, by stawiać dzieci na pierwszym miejscu, ilekroć masz z nimi styczność, wniosłeś swój wkład. Nie mówię tego lekko, bo wiem, co znaczy desperackie pragnienie, by ktoś odmienił nasz los. Nawet teraz nie potrafię wyrazić, co znaczyłoby dla mnie, gdyby jakiś dorosły stwierdził, że już wystarczy. Dobroć, której chwilami doświadczałam, dowiodła mi, że dobro w ogóle istnieje - nie potrafiłam natomiast zrozumieć, dlaczego tak rzadko się na nie natykam.

Mój świat się zmienia, ale gdy ty czytasz, gdzieś obok ciebie jest inne dziecko, które żyje w koszmarze. Dzieci są głodzone, gwałcone, bite i upokarzane, spotykają je setki rzeczy, o których dobrzy ludzie nie chcą myśleć, z którymi nic nie robią. To może być twój syn lub córka, inny członek rodziny, sąsiad, dziecko, które uczysz, dziecko, które widujesz każdego ranka w drodze do pracy, dziecko, które niepokoi cię swoim zachowaniem lub nastawieniem. Te dzieci są wokół nas, ale my ich nie widzimy, nie słyszymy ich. Do ciebie należy wybór, czy pozwolisz, by to nadal trwało. Moja historia dobiegła końca - moje życie toczy się dalej. Kobieta, która wyrosła z tamtej pasierbicy, przeszła długą, bolesną drogę, nie korzystała ze skrótów. Powoli jednak dociera do celu. Docieram do celu. Dziękuję za to, że mnie wysłuchaliście. Nareszcie.

Subscribe

© Copyright 2013 - 2019 AZDOC.PL All rights reserved.