Allen Louise - Wyjątkowe święta lorda Weybourn

Louise Allen Wyjątkowe święta lorda Weybourn Tłumaczenie: Barbara Ert-Eberdt ROZDZIAŁ PIERWSZY Alex nie tak wyobrażał sobie zawarcie znajomości z Tess...

5 downloads 208 Views 825KB Size

Louise Allen

Wyjątkowe święta lorda Weybourn Tłumaczenie: Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY Alex nie tak wyobrażał sobie zawarcie znajomości z Tess Ellery. Alexander James Vernon Tempest, wicehrabia Weybourn, był uosobieniem umiaru, elegancji, dobrych manier i sprawności fizycznej – niemal w każdych okolicznościach. Niemal. Ślizganie się na oblodzonym bruku Gandawy trudno wszakże zaliczyć do normalnych okoliczności, a już na pewno nie w bladym świetle późnego listopadowego popołudnia, kiedy myśli zaprząta perspektywa spędzenia czasu przy ogniu na kominku w towarzystwie przyjaciół i ze szklaneczką rumu w dłoni. Mur klasztorny był wysoki i… twardy. Alex odbił się od niego i wpadł na odzianą w szarości i czerń zakonnicę, której sylwetka zlewała się z ciemnym tłem ulicy. Z krzykiem upadła na bruk, upuszczając czarną walizkę, która wylądowała na progu zamkniętej bramy klasztornej. Alex podniósł się. – Przepraszam. Siostra pozwoli… – Wyciągnął ku niej rękę. Siedziała na trotuarze, podpierając się dłonią w czarnej mitence. Czarny kapelusz obrzeżony tego samego koloru wstążką zjechał jej na nos. Odsunęła go w tył, żeby móc spojrzeć na Aleksa. – Nic mi nie jest. – Doskonale. Jest siostra Angielką? – Widział tylko dolną część owalu jej twarzy, resztę osłaniało rondo kapelusza. Głos brzmiał młodo. – Tak, ale… – Pomogę siostrze wstać. Z westchnieniem rezygnacji podała mu obie dłonie. Stanąwszy na nogach, zachwiała się i już w następnej chwili znalazła się w jego ramionach. – Och! Alex niczego nie widział poza jej wzdętą peleryną i buńczucznym kapeluszem, ale jego ciało otrzymało nieomylny przekaz. Była młoda. I szczupła. Wyczuwał jej krągłości. Zniżył głowę. Pachniała mydłem i wilgotną wełną. Weź się w garść, człowieku. Zakonnice to owoc zakazany, upomniał się w duchu. – Zadzwonię do furty – zaproponował. Zardzewiały łańcuch dzwonka zwisający u bramy mógł skusić tylko naprawdę zdesperowanego przestępcę, szukającego schronienia przed wymiarem sprawiedliwości, jednak osłonięty kratą wizjer

w masywnych deskach sugerował, że sanktuarium mogło się okazać jeszcze bardziej niegościnne niż więzienna cela. – Podejrzewam, że siostra skręciła kostkę. Znieruchomiała w jego ramionach. – Ależ nie. Dziękuję… – Uważam jednak, że powinienem zawołać kogoś, żeby siostrze pomógł. – Doprawdy, dziękuję. Szłam do portu nad kanałem. Jestem umówiona z siostrą Clarą. Głos brzmiał świeżo, był miły, chociaż musiała być na niego zła. Panowała nad irytacją, zapewne za przyczyną klasztornego wychowania. Mimo wszystko, dało się w niej wyczuć pewne napięcie, a nawet smutek. Alex miał wprawę w wyczuwaniu tego, czego nie wyrażają słowa. Potrafił to każdy, kto zajmował się negocjacjami handlowymi. Irytacja była oczywista i zrozumiała. Przewrócił ją. Mógłby przynajmniej za to odprowadzić ją tam, dokąd sobie życzyła, a nie nalegać, by udała się tam, gdzie sądząc po niechęci, z jaką spozierała na klasztorną bramę, znaleźć się nie chciała. – Powinna siostra pójść do doktora. Niechby sprawdził, czy nie ma złamania kości. Nad którym kanałem? – zapytał, schylając się po jej walizkę. – Nad tym, z którego odchodzą statki do Ostendy. Siostra Clara prowadzi tam niewielkie schronisko dla podróżnych. Zamierzam u niej przenocować, a z samego rana wyruszyć do Ostendy, ale… – Wiem, gdzie to jest. Tak się składa, że idę w tym samym kierunku i znam pewnego lekarza, który mieszka po drodze. – Nie chcę panu sprawiać kłopotu. – Siostra nie może chodzić, a tu nie widać żadnej dorożki… jak zwykle, kiedy człowiek jest w potrzebie. Nie nadłożę drogi. Prawdę powiedziawszy, Grant, do którego zamierzał wstąpić, nie był lekarzem, chociaż prawie ukończył w Edynburgu studia medyczne, zanim je porzucił. – Tak, ale ja… – Nie ma siostra pieniędzy? – Alex przypomniał sobie, że zakonnice zazwyczaj bywają bez grosza. – Niech siostra się tym nie martwi. Biorę wszystko na siebie. Ten lekarz to mój przyjaciel. Jak siostrze na imię? Ja nazywam się wicehrabia Weybourn. – Alex zazwyczaj nie chwalił się swoim tytułem, ale tym razem uznał, że skłoni ją do tego, by mu zaufała. Poruszyła się niespokojnie. Była zapewne przerażona tym, że niesie ją na rękach mężczyzna, ale skoro nie chciała wracać do klasztoru, nie pozostawało jej nic innego, jak się z tym pogodzić. Alex zaś starał się mężnie nie ulegać wrażeniu, jakie

sprawiały na nim krągłości jej ciała. – Teresa. – Siostra Teresa. Wspaniale. Już jesteśmy blisko. Przez gęstniejący mrok przebijały się światła gospody Pod Czterema Żywiołami. Alex zmierzał ku nim jak żeglarz ku znajomej, bezpiecznej przystani. – To gospoda? – Bardzo przyzwoita – zapewnił, otwierając barkiem drzwi wejściowe. W środku było widno, ciepło i gwarno. – Gaston! – zawołał. – Lord Weybourn! – Z zaplecza wybiegł właściciel. – Miło pana widzieć. Pozostali panowie już czekają w tej samej osobnej sali co zawsze. – Dziękuję, Gaston. – Alex ruszył ku drzwiom po prawej stronie. – Herbaty? Kawy? Czego się siostra napije? – Panowie? W osobnej sali? Lordzie Weybourn, proszę mnie natychmiast postawić… – Podajcie herbatę – poprosił Alex. Herbata dobrze zrobi tej zakonniczce. A jeśli ona nie przestanie tak się wiercić w jego ramionach, jemu też się przyda. Stanowczo zbyt długo obywał się bez kobiety. Drzwi za sobą zamknął kopniakiem i oparł się o nie plecami, żeby ochłonąć. Nie wiedział, że zakonnice nie noszą gorsetów. Przyjemny ciężar małego damskiego biustu, jaki czuł na ramieniu, wprawiał go w konsternację. Reagował jak żółtodziób i nie był z siebie zadowolony. – Cóż to za dramat, drogi Aleksie? – Crispin de Feaux wstał i z zimną obojętnością popatrzył na scenę pod drzwiami. Alex nie był pewny, czy gdyby wpadł do pokoju goniony przez sforę wymachujących szablami żołnierzy, Cris okazałby więcej emocji. – Zacząłeś uprowadzać z klasztorów zakonnice? – Nie opowiadaj bredni. Grant Rivers zdjął nogi z metalowej barierki przed kominkiem i również wstał. Gabriel Stone rzucił garść kości do grania na stół. – Ile stawiasz? Alex ostudził jego zapał groźnym spojrzeniem. Złożył swój słodki ciężar na kozetce przed kominkiem. – Poślizgnąłem się na lodzie i przewróciłem siostrę Teresę. Chyba skręciła kostkę. Pomyślałem, że powinieneś ją obejrzeć, Grant. – Bez obawy, jest siostra w dobrych rękach. Zaraz będzie herbata. To Grantham Rivers. On się zna na skręconych kostkach. Teresa zauważyła uśmiech, jaki lord Weybourn posłał doktorowi, zanim odszedł, i dołączył do dwóch pozostałych panów.

– Nie jestem… – …zakonnicą. – Doktor usiadł. Był miły, ale wydawał się zażenowany. – W odróżnieniu od Aleksa wiem, że zakonnice noszą kornety i nie chodzą same po ulicach. – Czy żaden z was nigdy nie pozwoli kobiecie dokończyć zdania? – zapytała. Od ubiegłotygodniowej rozmowy z matką przełożoną była nieustannie wytrącona z równowagi. Bardzo by chciała odzyskać stan spokojnej rezygnacji, dzięki któremu przetrwała o zdrowych zmysłach lata, jakie upłynęły od śmierci rodziców. Ten wypadek wprawił ją w nieznane do tej pory uczucie irytacji. A może tak działa na kobiety towarzystwo mężczyzn? Odkąd ukończyła trzynaście lat, jej styczność z przedstawicielami rodzaju męskiego ograniczała się do księdza, starego ogrodnika i sporadycznych kontaktów z kupcami. Teraz była sama z czterema panami. Dobrze, że byli trzeźwi i sprawiali przyzwoite wrażenie. – Przepraszam. Zazwyczaj demonstrujemy o wiele lepsze maniery. Aleksowi jest na pewno wstyd, że przez swoją niezręczność naraził panią na upadek, ale ja nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jak powinienem się do pani zwracać? – Panna Ellery. Tess Ellery, doktorze. – Nie jestem doktorem. Nazywam się Grantham Rivers. Niewiele mi brakowało do ukończenia studiów medycznych w Edynburgu, mogę więc śmiało zajmować się leczeniem drobniejszych uszkodzeń ciała. Pozwoli pani, że odwieszę jej okrycie i kapelusz? Będzie pani musiała zdjąć but i pończochę. Potrzebuje pani pomocy służącej? Wyglądał na człowieka poważnego i godnego zaufania. Zważywszy na to, że nigdy w obecności mężczyzny nie zdjęła żadnej innej części garderoby oprócz rękawiczki, Tess nie potrafiła się sobie nadziwić, że nie jest wzburzona. Może jej zdolność do osiągania tego stanu wyczerpała się, kiedy zwalił ją z nóg, a potem niósł na rękach pewien wysoki, silny i pewny siebie arystokrata. – Panno Ellery? – Rivers czekał cierpliwie. Tess zdobyła się na uśmiech, który zastygł jej na ustach, gdy napotkała jego spojrzenie. Takich smutnych oczu nigdy jeszcze nie widziała. Poczuła się niezręcznie, jak gdyby naruszyła czyjąś żałobę albo nieodpowiednio zachowała się na pogrzebie. – Nie, nie potrzebuję. Poradzę sobie sama. Rozwiązała kokardę kapelusza i rozpięła klamrę peleryny. Rivers złożył jej okrycie na oparciu kanapy. Ustawił się tyłem do niej, osłaniając przed obecnymi w pokoju, kiedy sięgała do podwiązki i rolowała w dół pończochę. – Nie mogę zdjąć buta.

– Stopa jest opuchnięta. – Ukląkł przed nią. – Zobaczymy, czy da się go zdjąć bez rozcinania cholewki. – Dobrze. – Wolałaby tego uniknąć, bowiem to były jedyne buty, jakie miała. – Nic panią nie boli oprócz kostki? – Zaczął delikatnie ściągać but. – Nie uderzyła się pani w głowę, nie uszkodziła nadgarstka? – Nie, dokucza tylko kostka. Badanie było bolesne, mimo że Rivers starał się być bardzo delikatny. Żeby zapomnieć o bólu, Tess popatrzyła ponad jego głową na trzech pozostałych mężczyzn. Stanowili przedziwne towarzystwo, ale widać było, że dobrze się ze sobą czują. Lord Weybourn złapał jej spojrzenie i uniósł pytająco brew. – O, tu panią boli? – zapytał Rivers. – Przepraszam. Gdzie jeszcze? Tutaj? Może pani poruszyć palcami? Doskonale. A wyciągnąć palce do przodu? Nie? Niech pani nie próbuje, jeśli jest to bolesne. Zdawało się, że Rivers wiedział, co robi. Stopa wymagała obandażowania. Tess zmartwiła się, że nie włoży, a już na pewno nie zasznuruje buta, ale postanowiła nie martwić się na zapas. Towarzystwo tych mężczyzn nie było krępujące. Żaden nie mierzył jej ukradkowymi spojrzeniami, nie mrugał do niej, nie robił niestosownych uwag. Uspokoiła się i postanowiła zaufać swojemu osądowi, że jest bezpieczna. Jego lordowska mość siedział oparty o krawędź stołu i słuchał, co do niego mówi amator gry w kości. Teraz, kiedy zdjął kapelusz i płaszcz, okazało się, że nie tylko jego maniery były wytworne, ale także i ubiór. Tess, która spędziła dziesięć lat w klasztorze i nie znała się na męskiej garderobie, potrafiła mimo wszystko dostrzec, z jak kosztownego materiału i z jaką doskonałością uszyto jego marynarkę i spodnie. Na tle swoich przyjaciół wicehrabia wyróżniał się również wyjątkową urodą. Powiedzieć, że był przystojny, to mało. Przystojny to był Rivers, który szykował teraz zimny kompres na jej stopę. Typowy Anglik, postawny, z prostym nosem, błyszczącymi brązowymi włosami i zielonymi oczami. Chłodny blondas wyglądał jak święty z witrażu kościelnego, pociągający, a jednocześnie budzący obawę. Nawet amator gry w kości był na swój sposób atrakcyjny z burzą czarnych włosów na głowie i cygańskimi ciemnymi oczami. Lord Weybourn miał ciemnoblond włosy, cienki nos, wydatne kości policzkowe i orzechowe oczy pod ciemnymi brwiami. Nieco groźny i tajemniczy wygląd nadawały mu usta – ruchliwe, niekiedy rozchylone w półuśmiechu, innym razem niebezpiecznie zaciśnięte.

Ich spojrzenia znowu się spotkały. Wstał i zbliżył się. – Rivers sprawia pani ból? Mam nadzieję, że nic pani nie złamałem. – Na szczęście nie – odpowiedział Rivers. – Uwaga, poczuje pani chłód – rzekł do Tess, okładając jej kostkę kompresem, z którego ściekała woda. – Potem, kiedy pani wypije herbatę, unieruchomimy stopę bandażem. – To bardzo przyjemna gospoda – zauważyła Tess. Potrzebowała neutralnego tematu. Nie nawykła do rozmów z mężczyznami. – Często się tu panowie zatrzymują? – Zawsze kiedy jesteśmy w długiej podróży – odparł lord Weybourn. – Nawet w czasie wojny lubiliśmy tu zaglądać w różnych przebraniach. Pod Czterema Żywiołami. Już sama nazwa bardzo nam odpowiada, albowiem koresponduje z naszymi nazwiskami. – Jak to? O ile wiem, cztery żywioły to powietrze, woda, ogień i ziemia. Jak się zatem panowie nazywacie? – Alex nosi nazwisko Tempest; burza kojarzy się z powietrzem. – A pana nazwisko, rzecz oczywista, kojarzy się z wodą, panie Rivers. – Cris nazywa się de Feaux, a feu znaczy ogień po francusku. – Naturalnie. – Tess potrafiła sobie wyobrazić zimnego blondyna jako archanioła z gorejącym mieczem w dłoni. A jak nazywa się czwarty? – Gabriel Stone, czyli kamień. Weszła służąca z herbatą i postawiła tacę na siedzeniu obok. Tess nie spodziewała się, że herbacie będą towarzyszyły ociekające miodem ciasteczka. Lord Weybourn sięgnął po jedno i odszedł do kolegów. – Niech pani je – zachęcił Rivers. – Boję się, że nie będę umiała przestać – odpowiedziała Tess. Zupa jarzynowa z pełnoziarnistym chlebem, którą jadła w południe, była pożywna, lecz nie wyróżniała się szczególnym smakiem. Te ciasteczka były natomiast godne uwagi na pewno nie tylko ze względu na swoją wartość odżywczą. Tess pociągnęła łyk herbaty – z cukrem! Może warto spróbować chociaż jedno? – walczyła ze sobą. Pogardzenie nimi byłoby nieuprzejmością wobec gospodarzy. Pół godziny później oblizywała ze smakiem palce. Na talerzu pozostały tylko okruchy i rozmazany miód. Rivers bez komentarza odstawił tacę na stół. – Teraz obandażuję pani stopę, a potem okryję panią kocem. Może się pani zdrzemnąć. Wyziębła pani. Odpoczynek nie zaszkodzi. Nie mogła odmówić mu racji, tym bardziej że nie była w pośpiechu. Siostra Clara

spodziewa się jej dopiero na kolację. A tutaj było tak… interesująco. Ciepło i słodko. Ta przygoda zaczynała się podobać Tess. Wiedziała, że nie powinna tu być, ale ci panowie sprawiają wrażenie takich niegroźnych, wręcz naiwnych… Oczy jej się kleiły. Ostatniej nocy było zimno, a myśli kłębiące się w głowie nie dawały zasnąć. Pan Rivers ma rację. Krótka drzemka wzmocni ją przed tym, co ją czeka: wydawanie wieczornej polewki skromnym podróżnym, którzy potem owinięci płaszczami ułożą się do snu na ławach, podczas kiedy ona będzie próbowała zasnąć w zimnej celi na twardym łóżku obok chrapiącej siostry Clary. Te polewane miodem ciasteczka to odpowiednia rekompensata za męki, które ją czekają w nocy, uznała Tess, wtulając się w róg kanapy. Zamknie oczy tylko na chwilę. Znowu lord Weybourn. Czuła cytrynową wodę kolońską i dotyk wykrochmalonej koszuli. Wydawało się rzeczą naturalną, że oparła głowę na jego ramieniu i wdychała jego męski zapach. – Będzie panią bolał kark od tego spania półleżąc w rogu kanapy, siostrzyczko. A my mamy zamiar pohałasować. Tu jest cichy pokoik, w którym może się pani przespać. – A siostra Clara… – zaprotestowała, chociaż propozycja brzmiała kusząco. – Pamiętam. Czeka na panią w porcie nad kanałem. Rano ma pani statek do Ostendy. Zdąży pani. Dlaczego siostry opowiadają takie głupstwa o mężczyznach? Ktoś pomyślałby, że to krwiożercze bestie… Ci czterej są mili i godni zaufania… A materac na pewno jest miękki. – Dziękuję – wymamrotała i odpłynęła w niebyt. – Cała przyjemność po mojej stronie, siostrzyczko. Drzwi zamknęły się. Nic nie zakłócało panującej w pokoju ciszy.

ROZDZIAŁ DRUGI Obudziła się. Wciąż było widno. Widocznie nie spała za długo, choć musiała przyznać, że wydało się to jej podejrzane… Podeszła do okna i odsunęła zasłonę. Przez podwórko szła służąca z koszem bielizny do prania, a za nią podążał stajenny z wiadrem wody. Tess zrozumiała, że przespała całą noc. Pokuśtykała do drzwi i otworzyła je. Czterej mężczyźni wciąż tkwili wokół stołu. Amator gry w kości i blondas grali w karty z zapałem wystarczającym na kolejnych dwanaście godzin. Rivers jedną ręką napełniał kufel piwem, a w drugiej trzymał bułkę, z której wystawał gruby plaster szynki. Lord Weybourn – nieznośny, irytujący lord Weybourn, spał na krześle z nogami na stole wśród porozrzucanych kart. Nie chrapał i miał zamknięte usta. – Lordzie Weybourn! – Au! – uderzył głową o ścianę za krzesłem. – Dzień dobry, panno Ellery. Wyspała się pani? – zapytał Rivers. – Mówiłam mu, że muszę dotrzeć do portu. Uprzedzałam, że statek odpływa wcześnie rano – wskazała głową lorda Weybourn. – Wciąż jest wcześnie rano. – Lord Weybourn wstał i Tess zauważyła, że przespana w ubraniu na krześle noc nie odbiła się na jego prezencji. Wyglądał nadal nieskazitelnie. O tym jak ona wygląda, wolała nie myśleć. – Która godzina? – Minęła dziewiąta – odezwał się blondyn, spojrzawszy na zegar nad kominkiem. – Toż to prawie południe! Mój statek już odpłynął. – Pokuśtykała do najbliższego krzesła i usiadła. – Popłynie pani następnym. Odchodzą dość często. – Nie mam pieniędzy na drugi bilet – jęknęła. Gdyby potrafiła kląć, to nadarzyła się ku temu znakomita okazja. Dziwne, że do tej pory nie odczuwała braku tej umiejętności. – Mam bilet na statek, który odpływał o czwartej. Dociera do Ostendy w sam czas, żeby zdążyć na drugi, udający się do Anglii. Na ten też mam bilet. Nie mogę wrócić do klasztoru i prosić o dodatkowe pieniądze. Nie zdołałabym ich nigdy oddać. – Nie ma pani pieniędzy? – zapytał lord Weybourn z irytującym uśmiechem. – Rozumiem pani wzburzenie.

– To nie wzburzenie. – W klasztorze nie wolno było ulegać wzburzeniu. – Tylko bezradność. Pan mnie przewrócił, przyprowadził mnie tu i położył spać. I obiecał obudzić na czas, żebym zdążyła na statek. Teraz to pański problem. – Popatrzyła na niego tak, jak to robiła matka przełożona, kiedy chciała uzyskać od niej przyznanie się do większego lub mniejszego grzechu. Przełożonej udawało się to bez słów. Tess nie liczyła jednak na to, że lord Weybourn znajdzie rozwiązanie. – Żaden problem – powiedział. – Grant i ja wybieramy się dzisiaj powozem do Ostendy. Pojedzie pani z nami, a ja ufunduję pani bilet na statek do Anglii. To była prosta droga na pokuszenie. Nic dziwnego, że tak gorąco ostrzegały przed nią siostry w klasztorze. Silny i atrakcyjny mężczyzna, pyszne ciasteczka, noc w wygodnym łóżku, a za ścianą czterech dżentelmenów. Już tylko to wystarczało. A tu jeszcze czeka ją podróż w powozie sam na sam z dwoma panami… Tess nie była pewna, czy wolno dowierzać lordowi Weybourn, ale pan Rivers sprawiał wrażenie człowieka godnego zaufania. – Dziękuję, milordzie. To wystarczy. – Ten powóz na pewno będzie wygodny. Żaden z tych panów, nawet ów gracz w kości, nie wyglądał tak, jakby żałował sobie osobistych wygód. Tess zaniepokoiło tylko to, że wcale się nie spieszyli do wyjazdu. – Kiedy wyruszamy i jak długo potrwa podróż? – Od siedmiu do ośmiu godzin. – Więc przyjedziemy o zmroku. Czy statki wypływają na noc w morze? – Nie będziemy pędzili po błotnistych drogach, żeby zdążyć na nocny statek. – Ja, owszem, popłynę do Leith nocnym statkiem, który odpływa o dziewiątej – wtrącił Rivers. – Ale ja się spieszę, a pani powinna odpoczywać, panno Ellery. – Ja też się spieszę – zapewniła. – Zakonnice się spieszą? – zapytał Weybourn, który konferował przez chwilę pod drzwiami z właścicielem gospody. – Oczywiście. A pan doskonale wie, że ja nie jestem zakonnicą. Chociaż spodziewają się mnie w londyńskim domu zakonnym… – Przeprawa przez kanał może trwać długo ze względu na kapryśną pogodę. Nikt nie będzie się o panią martwił, jeśli się pani spóźni o dzień czy dwa. Chyba że ktoś leży na łożu śmierci. – Tess pokręciła przecząco głową. – A zatem nie ma się co spieszyć. Warto zadbać o dobre wrażenie w nowym miejscu. Śniadanie jest w drodze. Tess świerzbiła ręka, żeby użyć grzesznej przemocy. Musiał to zauważyć zimny blondyn. – Nie warto z nim się spierać, panno Ellery. Pani pozwoli, że dopełnię prezentacji.

Jestem Crispin de Feaux, markiz Avenmore. Riversa pani już zna. A ten – wskazał trzeciego – chociaż trudno w to uwierzyć, to żaden miejscowy rzezimieszek, lecz Gabriel Stone, hrabia Edenbridge. Edenbridge wstał, ukłonił się z przesadną kurtuazją, po czym wrócił do kart. – Poprosiłem o gorącą wodę – powiedział Rivers. – Lepiej się pani poczuje, kiedy się pani nieco odświeży i zje śniadanie. Tess wróciła do sypialni. Usiadła na łóżku, czekając na służącą z wodą. Wiedziała, kogo winić za to, że znalazła się w tej kłopotliwej sytuacji, ale ponieważ była damą – a raczej została wychowana na damę – uznała, że lepiej zagryźć zęby, nic nie mówić i zachowywać się z godnością. Co do śniadania, to jeśli sprawy będą się toczyły w takim tempie, minie południe, zanim je skończą. – Trzymam tutaj własny powóz i konie – wyjaśnił lord Weybourn, kiedy Tess wykrzykiwała zachwyty nad miękko tapicerowanym wnętrzem. – Konie pocztowe i wynajęte powozy bywają nie do przyjęcia. – Często pan podróżuje na kontynent? Bez sprzeciwu pozwoliła, żeby Rivers otulił jej wyciągnięte na siedzeniu nogi kocem, pod który włożył owiniętą we flanelę gorącą cegłę. Będzie korzystała ze wszystkich wygód, jakie oferuje ta podróż, zwłaszcza że w przyszłości nie ma co liczyć na kolejną okazję podróżowania takim eleganckim ekwipażem. – Równie często, co pozostali. Lord Weybourn wyciągnął się na całą swoją długość w rogu przeciwległego siedzenia, Rivers usadowił się w drugim. Tess zauważyła, że oddali jej lepsze siedzenie, twarzą w kierunku jazdy. – Cris – lord Avenmore – jest dyplomatą. Spędza połowę czasu na kongresie, drugą poświęca tajemniczym czynnościom, o które lepiej nie pytać. Gabe uwielbia podróże, zwłaszcza jeśli uda mu się spotkać jakiegoś głupca, który odważy się usiąść z nim do stolika karcianego. Grant kupuje tutaj konie. – Hoduję konie – wyjaśnił Rivers. – Od czasu do czasu przyjeżdżam w poszukiwaniu osobników ciekawych kontynentalnych ras. – A pan, milordzie? – Na imię mi Alex. – Obdarzył ją zawadiackim uśmiechem. – Uznam, że nie uzyskałem pani przebaczenia, jeśli przez całą drogę do Londynu nie przestanie mnie pani tytułować. Nie wydawało się to Tess właściwe, ale taka swoboda była być może zwykłą rzeczą wśród arystokratów.

– Niech tak będzie. Muszę jednak zauważyć, że nazwisko Tempest wydaje mi się bardziej odpowiednie dla pirata niż wicehrabiego. – On jest piratem – mruknął Rivers. – Przetrząsa kontynent w poszukiwaniu łupu i ukrytych w ziemi skarbów. – Dzieł sztuki i antyków, mój drogi Grancie! – Alex roześmiał się. – W żadnym razie ukrytych w ziemi. Wyobrażasz sobie mnie z łopatą? Tess widziała grę mięśni Weybourna pod świetnie skrojonym ubraniem. Takiej tężyzny nie osiągnął kopaniem dołów w ziemi łopatą, prędzej wymachiwaniem szablą. – Jestem koneserem niczym pies wyczulony na zapach trufli. Przemierzam bezdroża kontynentu wyniszczonego wielką wojną. – Pan wybaczy – ośmieliła się wtrącić Tess – czy to nie jest działalność handlowa? Sądziłam, że arystokratom nie wypada zajmować się handlem. – A już na pewno nie przyznawać się do tego. – W przeciwnym wypadku grozi nam śmierć towarzyska – potwierdził obawy Tess Rivers. – Dlatego ci spośród nas, którzy nie mają odziedziczonych pieniędzy po rodzinnie, prowadzą grę pozorów. Ja zajmuję się hodowlą dla własnej satysfakcji, a jeśli sprzedaję konie, to wyłącznie po znajomości, jeśli ktoś mnie ubłaga o zwierzę z linii gwarantującej zwycięstwo na torach wyścigowych. Alex służy poradą tym, którzy mają więcej pieniędzy niż gustu i potrafią należycie odwdzięczyć się za piękny i rzadki przedmiot z jego kolekcji, który przysporzy splendoru ich świeżo nabytym pałacom. Gabe zaś to hazardzista, co jak najbardziej uchodzi w towarzystwie. Dziwne tylko, że rzadko przegrywa, ale nie można z tego tytułu czynić zarzutu dżentelmenowi, chyba że przyłapie się go na oszustwie. – Oszukuje? – Ma diabelskie szczęście, matematyczny umysł i silną wolę, która mu podpowiada, kiedy przestać. Zabiłby każdego, kto zarzuciłby mu nieczystą grę – powiedział Alex. – Warto jeszcze wiedzieć, że tylko Cris jest parem. Reszta z nas ma jedynie widoki na odziedziczenie tytułów uprawniających do zasiadania w Izbie Lordów. Cris jest prawdziwym markizem… A co pani powie nam o sobie, siostrzyczko? Zrewanżuje się nam pani za szczerość? Doskonale wiedział, że nie jest siostrzyczką, ale może jeśli nie będzie zwracała uwagi na to, że ją tak nazywa, to on przestanie. – Nie mam żadnych pieniędzy z wyjątkiem tych, które dała mi matka przełożona na jedzenie i przejazd dyliżansem w Anglii. – Tess zdobyła się na beztroski uśmiech, jak gdyby ta informacja była po prostu zabawna. Stan ten nie miał większego

znaczenia do czasu rozmowy z matką przełożoną w ubiegłym tygodniu. Droga Teresa była z nimi od dziesięciu lat, a pięć upłynęło od śmierci jej ciotki, siostry Bonifacji. Dziewczyna, wierna zaszczepionej jej w dzieciństwie wierze anglikańskiej, stanowczo odmawiała przejścia na katolicyzm i z tego powodu, naturalnie, po osiągnięciu dorosłości nie miała co robić w katolickim zakonie. Z innych oczywistych powodów nie mogła nawiązać stosunków ze swoimi krewnymi w Anglii. Matka przełożona nie poskąpiła jej wyjaśnień, co to były za powody. Teresa miała obecnie dwadzieścia trzy lata, lecz nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie przełożonej, co zamierza uczynić ze swoim życiem. Tym bardziej że miała w głowie kompletny zamęt w związku z tym, co usłyszała. Musiałam wyglądać jak idiotka, pomyślała, wpatrując się w błotnisty krajobraz przesuwający się za oknami powozu. Uczyła w szkole klasztornej małe dzieci, takie same sieroty jak ona, ale to było zajęcie, które musiało się skończyć z chwilą osiągnięcia przez nią dorosłości, a raczej wtedy kiedy matka przełożona nabrała pewności, że ona nie przejdzie na katolicyzm. Potrafiła to zaakceptować, nawet jeśli okazało się, że nic nie zostało z pieniędzy przysłanych dla niej przez ojca na ręce ciotki. Da sobie radę. Marzenie o poznaniu rodziny w Anglii, która może wybaczy i zapomni, co zrobili jej mama i tata, ulotniło się. Nie będzie się skarżyła i postara się o tym nie myśleć. Potrafi ciężko pracować i, Bóg jej świadkiem, nie jest przyzwyczajona do luksusu. Na niebo wtoczyły się ciężkie chmury. Na zewnątrz zrobiło się tak ciemno, że Tess mogła widzieć swoje odbicie w szybie. Pomyślała ze zgrozą, że wygląda jak strach na wróble, i wyprostowała się. Trzeba myśleć pozytywnie, powiedziała sobie w duchu i od razu zauważyła, że twarz ma całkiem niebrzydką. Co się dzieje z siostrzyczką? Alex obserwował ją spod wpółprzymkniętych powiek. Grant zapadł w drzemkę, on sam też był śpiący po całonocnej grze w karty i wypiciu sporej ilości brandy. Ale coś w wyglądzie siedzącej naprzeciwko kobiety nie dawało mu zasnąć. Jeśli nie była zakonnicą, co robiła w pobliżu klasztoru ubrana jak ostatnie nieszczęście? Jej akcent świadczył o tym, że jest dobrze urodzona. Maniery – jeśli nie próbowała być dla niego niemiła – miała nienaganne. Na pewno wychowano ją na damę. Alex z zasady lubił zagadki, zwłaszcza zagadkowe damy, ale Teresa nie sprawiała wrażenia szczęśliwej, a to kładło się cieniem na perspektywie ich znajomości. Jej problemem nie była skręcona kostka i irytacja z powodu statku, który jej uciekł. To pewne. Starała się nadrabiać miną, ile razy sobie przypomniała, że trzeba. Nie była

tchórzem ta jego zakonniczka… Uśmiechnął się do siebie. Zauważyła to i uniosła w górę cienką ciemną brew. – Jest pani wygodnie, panno Ellery? – Nadzwyczaj. Dziękuję, milordzie… Aleksie. – Kostka wciąż boli? – Nie. Pan Rivers jest cudotwórcą. Nie boli, jeśli nie obciążam jej. To na pewno nic poważnego. Zamilkła i od razu poczuła się swobodniej. Bez wątpienia w klasztorze nie zachęcano do pogawędek. – Co będzie pani robiła w Londynie? Zadebiutuje pani w towarzystwie? Zdjęła kapelusz. Alex przypomniał sobie, jakie miękkie były jej brązowe włosy, które muskały mu policzek, gdy ją niósł do łóżka. Teraz były splecione w ścisły warkocz i spięte w koczek. Zastanawiał się, jak wyglądałyby rozpuszczone. Poruszył się gwałtownie na siedzeniu. Musi przestać myśleć, upomniał się, o długich splotach okalających bladą twarz z różanymi policzkami, rozświetloną parą ciemnych niebieskich oczu. Panna Ellery roześmiała się i była to pierwsza oznaka wesołości z jej strony, chociaż niepozbawiona nuty melancholii. Przykryła dłonią usta. Wielka szkoda, stwierdził w duchu Alex, ponieważ miała bardzo ładne usta, a były jeszcze ładniejsze, kiedy wyginał je uśmiech. – Ja i debiut towarzyski? Niestety, nie. Będę mieszkała w zakonie w Londynie tak długo, aż matka przełożona znajdzie mi posadę guwernantki lub damy do towarzystwa. – W katolickiej rodzinie? To mogłoby dłużej potrwać, nie tak wiele jest katolickich rodzin w Anglii, tym bardziej w tych kręgach społecznych, w których zatrudniano dobrze ułożone panny w jej typie. W grę mogła wchodzić zapewne tylko bogata anglikańska rodzina kupiecka. – Nie. Nie tylko. Nie jestem zakonnicą, należę do Kościoła anglikańskiego. – To co, u licha… to co, w takim razie, robiła pani w klasztorze? – To długa historia. – Nasza podróż nieprędko się skończy. Proszę mi ją uprzyjemnić opowieścią, panno Ellery. – Dobrze – odparła po chwili wahania, bowiem wcale nie była skłonna dzielić się historią swojego życia. – Opowiem ją w największym skrócie. Starsza siostra mojego ojca, Beatrice, przeszła na katolicyzm, co spotkało się z gwałtownym

niezadowoleniem rodziny, i uciekła do Belgii, gdzie wstąpiła do zakonu. Papa w końcu zaczął z nią korespondować. Moi rodzice lubili podróże, nawet w czasie wojny, zresztą życie na kontynencie okazywało się często o wiele tańsze. – Zacisnęła usta, uciekła wzrokiem w bok. – Tuż po moich trzynastych urodzinach znaleźliśmy się w Belgii, papa chciał bowiem odwiedzić siostrę. – Kiedy to było? – Ile ona może mieć lat? Dwadzieścia? – zastanawiał się Alex, usiłując przypomnieć sobie, co działo się przed siedmiu laty. – Dziesięć lat temu. Mam dwadzieścia trzy lata – wyznała ze szczerością, jakiej nie mógłby się spodziewać po żadnej niezamężnej kobiecie z jego sfery. – W tysiąc osiemset dziewiątym roku. – Alex przypomniał sobie, co działo się z nim wówczas. Miał siedemnaście lat, kusiła go armia, w końcu jednak do wojska nie wstąpił z tego powodu, że jego ojciec doznałby prawdopodobnie ataku serca na wieść, że syn i spadkobierca po raz pierwszy w życiu robi to, co cieszy się aprobatą rodziców. – Działania wojenne toczyły się wtedy głównie na wschodzie, o ile dobrze pamiętam… – Chyba tak. – Przygryzła w zamyśleniu dolną wargę i Alex znowu musiał zmienić pozycję. Co się z nim dzieje, zapytał sam siebie po raz kolejny. – W każdym razie w Belgii było dość spokojnie. Przyjechaliśmy do Gandawy. Papa udał się do klasztoru i dostał zgodę na widzenie z ciotką, która przybrała tam imię siostry Bonifacji. Tymczasem w mieście wybuchła epidemia cholery i oboje rodzice zmarli. Umilkła i znieruchomiała tak, że Alex zastanawiał się, czy już skończyła, ale ona w końcu podjęła swoją opowieść. – Kiedy papa zrozumiał, że nie wyzdrowieje, wysłał mnie do ciotki i dał mi wszystkie pieniądze, jakie miał. Od tamtej pory mieszkałam w klasztorze… choć nie chcę zostać zakonnicą… a pieniądze rozeszły się na moje utrzymanie. Dlatego jestem gotowa, a raczej zmuszona zacząć nowe życie poza klasztorem. – Ale ma pani dziadków, ciotki, wujków, jakichś innych żyjących krewnych? Kuzynów? – Nie mam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. Jej wzrok znowu powędrował ku oknu. Coś się za tym kryło, coś, czego mu nie wyznała, ale była zbyt uczciwa, by skłamać. – A życie klasztorne pani nie przekonało? – Zawsze wiedziałam, że to nie dla mnie. Musiała mieć jakichś krewnych. Alex wrócił myślami do poprzedniej kwestii. Może ta zbiegła ciotka spowodowała rozłam w rodzinie, który teraz mścił się na Tess. On dobrze rozumiał, co to znaczy być odrzuconym. Jednak on był mężczyzną,

miał pieniądze i cieszył się co najmniej od dziesięciu lat niezależnością. – Teraz, kiedy poznałem panią bliżej, przyznaję, że nie jest pani stworzona do życia klasztornego – zażartował, mając nadzieję, że odciągnie ją od trudnych wspomnień. – Po pierwsze, ma pani zbyt żywe usposobienie. Zaczerwieniła się, ale nie zaprzeczyła. – Usiłuję panować nad swoim temperamentem. Pan mnie sprowokował. – Niechże się pani nie krępuje. Proszę zwalić winę na mnie. Zniosę to. Spuściła głowę. Nie jest przyzwyczajona do szermierki słownej z mężczyznami, stwierdził w duchu. Kompletna niewinność, nie ma pojęcia o flircie. Stanowiła intrygującą nowość, dlatego zachowuj się, Tempest. – Przypuszczam, że grudzień i być może styczeń spędzę w londyńskim klasztorze. Zapewne nie tak łatwo będzie znaleźć posadę guwernantki lub damy do towarzystwa. Szkoda, bo byłoby miło spędzić Boże Narodzenie z jakąś rodziną. Na szczęście, to przyjemny okres, niezależnie od tego, gdzie się go spędza. – Czyżby? Alex spróbował przypomnieć sobie ostatnie święta spędzane z własną rodziną. Miał prawie osiemnaście lat. Rodzice nie odzywali się do siebie, młodsze rodzeństwo kłóciło się nieustannie, a podczas świątecznej kolacji jego ojciec stracił panowanie nad sobą przy stole i zachował się niewybaczalnie. Są rzeczy, które dojrzały mężczyzna potrafi zlekceważyć jako nagły, niepowstrzymany wybuch wyprowadzonego z równowagi rodzica, ale wrażliwy siedemnastolatek nigdy nie przyjmie takich rzeczy ze zrozumieniem. I nigdy nie wybaczy. Zwłaszcza jeśli prowadzą do tragicznego końca. Alex spakował się i wrócił do Oksfordu, gdzie swoje pierwsze kroki skierował do banku, by podjąć do ostatniego pensa pieniądze zdeponowane na jego imię przez ojca, zanim stary wpadnie na pomysł zamknięcia rachunku. Hulał i robił wszystko, by umocnić ojca w przekonaniu, że jest dokładnie takim bezmyślnym lekkoduchem, jakim widział go ojciec. Od tamtej pory zawsze żył po swojemu. – Pan wybiera się do domu na Boże Narodzenie? – zapytała. Alex spostrzegł, że dłuższy czas milczy. – Wracam do domu, to oczywiste. Ale nie do domu rodzinnego i na pewno nie na Boże Narodzenie. – Przykro mi. – Widać było, że mu współczuje. Grant chrapnął głośno i obudził się. – Wspominacie o Bożym Narodzeniu? Nie powiesz chyba, że jedziesz na Boże Narodzenie do Tempeston, Alex?

– Na Boga, nie. Będą robił to, co zawsze. Zaszyję się u siebie przed kominkiem z butelką brandy, stertą jedzenia i stosem książek i poczekam, aż reszta ludzkości nafaszerowana sentymentami i świątecznym puddingiem powróci do rzeczywistości. A ty co planujesz? – Pojadę do Whittakera. Chyba pamiętasz, że byłem przy śmierci jego brata w Salzburgu. Mieszka tuż pod Edynburgiem. Obiecałem, że go odwiedzę po powrocie na Wyspy. Jednak nie zabawię tam długo, bo zamierzam udać się stamtąd do swojego dziadka w Northumberlandzie. – Jak on się miewa? – Grant był spadkobiercą dziadka, po nim odziedziczy tytuł wicehrabiego, bowiem jego ojciec od lat nie żył. – Jest słaby. – Pańskie towarzystwo w czasie Bożego Narodzenia na pewno sprawi mu radość – odezwała się Tess. – Widok Granta zawsze sprawia mu radość – powiedział Alex nie bez irytacji. – Co jest w tych świętach, że ludzie stają się tacy sentymentalni? Pytanie miało charakter retoryczny, lecz Tess spojrzała na niego tak, jak gdyby oświadczył, że deszcz zaczął padać z dołu do góry. – Żartuje pan? – Kiedy pokręcił głową, oznajmiła: – Więc panu powiem, chociaż nie mogę uwierzyć, że pan naprawdę nie wie. – Zamilkła, jakby dla zebrania myśli, po czym podjęła: – Zacznijmy od… Proszę, tylko nie to, pomyślał zdesperowany. Najbardziej nie lubił w Bożym Narodzeniu tego, że niektórzy ludzie tak się nim ekscytowali. – …zacznijmy od gałązek ostrokrzewu… – ciągnęła niezrażona – …musimy ich naciąć wystarczająco dużo… Alex nie mógł tego słuchać, ale nie przerywał. Z każdym słowem patrzył na nią coraz bardziej ponurym wzrokiem.

ROZDZIAŁ TRZECI – Nie szkodzi, że w czasie świąt jest na ogół zimno. Wystarczy ciepło się ubrać. A jak przyjemnie jest, gdy skrzypi śnieg pod stopami i pachną zielone świerki! – Tess przymknęła oczy, żeby lepiej sobie przypomnieć te piękne angielskie Boże Narodzenia sprzed lat, zanim ojciec oznajmił, że muszą wyjechać za granicę. Co prawda, zawsze brakowało pieniędzy i co roku spędzali święta w innej wiosce… Nigdy nie pytała, dlaczego ciągle się przeprowadzają. Uważała to za naturalne. Dzieci nad takimi sprawami nie zastanawiają się. Teraz, z perspektywy osoby dorosłej, domyślała się, że uciekali przed skandalem. Dlatego też opuścili kraj. Życie na kontynencie było tańsze i można się tam było schronić przed podłymi ludźmi. Ale byliśmy szczęśliwi, pomyślała, nie tylko w okresie świąt. Kiedy otworzyła oczy, zauważyła, że Alex Tempest ma ściśnięte usta, jakby użądliła go w język osa. Niezrażona, z ożywieniem ciągnęła: – A jak przyjemnie jest zastanawiać się nad prezentami świątecznymi, potem je kupować, a nawet samemu robić. To daje nawet więcej radości niż z otrzymywania podarków. Uwielbiam patrzeć na twarz osoby rozpakowującej prezent i próbującej odgadnąć, co jest w środku. Rivers słuchał z uśmiechem, chociaż jego oczy pozostawały smutne. – Zrobiła już pani świąteczne zakupy, panno Ellery? – zapytał. – Pani wygląda na osobę, która planuje z wyprzedzeniem. – Musiałam zostawić swoje prezenty w klasztorze z prośbą, by siostry rozdały je we właściwym czasie. Większość sama uszyłam, chociaż nie jestem najlepszą szwaczką. – Tess nigdy nie groziło włączenie do grupy dziewcząt, która haftowała wytworną bieliznę na sprzedaż albo obrusy do kościołów w mieście. W przyszłym roku będzie miała własne zarobione pieniądze, za które zakupi podarki świąteczne. Tess z optymizmem patrzyła w nieznaną przyszłość. Liczyła na miejsce przy jakiejś rodzinie. Rodzina. Jak ciepło brzmi to słowo. Kojarzy się ze smakiem świątecznego puddingu i zapachem róż w sierpniowe popołudnie. Miała w głowie gotową listę życzeń, których spełnienie będzie oznaczało pełnię szczęścia. Własny pokój. Możliwość ubierania się kolorowo. Smaczne jedzenie. Ciepło. Wolne popołudnie, które poświęci na zwiedzanie Londynu. Pensja. A ponad wszystko możliwość decydowania o własnym losie.

Tess podejrzewała, że to ostatnie może okazać się iluzoryczne. Ile wolności można kupić za pensję guwernantki lub damy do towarzystwa? Spojrzała na Aleksa. Miał zamknięte oczy i całkiem dobrze udawał, że śpi. On chyba naprawdę nie lubił Bożego Narodzenia, stwierdziła, dziwne. Rivers nie rezygnował z uprzejmej pogawędki. Tess uczestniczyła w niej i trwało to aż do wczesnego zimowego zmierzchu. W końcu, kiedy zaczynało jej burczeć w brzuchu, powóz wtoczył się na dziedziniec zajazdu i stajenny otworzył drzwi. Owiało ją słone, zimne powietrze. – Ostenda, obudź się, śpiochu. – Rivers trącił łokciem Aleksa. – Mogę wziąć powóz do portu? Przypuszczam, że wy zostaniecie na noc w zajeździe. Odeślę go bez zwłoki. – Naturalnie, weź. Stangret wyładuje nasze bagaże, moje i panny Ellery, i odwiezie cię do portu. – Wyciągnął ręce do Tess. – Zaniosę panią do zajazdu. – Powinnam zainteresować się znalezieniem statku, milordzie. – Jutro. Oboje wsiądziemy na statek jutro. Teraz potrzebuje pani kolacji, gorącej kąpieli i wygodnego pokoju na nocleg. Niech się pani nie wierci, bo panią upuszczę. – Do widzenia, panno Ellery. – Rivers wsiadł z powrotem do powozu. – Szczęśliwej podróży. Mam nadzieję, że wkrótce znajdzie pani jakiegoś sympatycznego chlebodawcę w Londynie. Wszystkiego najlepszego, Aleksie. – Uściskaj ode mnie Charliego. – Kto to jest Charlie? – zapytała po drodze Tess. Przyjemnie było być niesioną przez mężczyznę. Na chwilę popuściła wodze fantazji, że niesie ją w ramionach kochanek. – Jego syn. – Pan Rivers jest żonaty? – Nie wyglądał na żonatego, o ile żonatych charakteryzuje szczególny wygląd. – Jest wdowcem. – Ton Aleksa nie zachęcał do stawiania kolejnych pytań. Może to wyjaśnia, dlaczego Grant Rivers ma takie smutne oczy. Tess zamknęła usta. Pytania, które się na nie cisnęły, na pewno byłyby zbyt nachalne. Okazało się, że Alex był dobrze znanym i spodziewanym gościem również w tej gospodzie. – LeGrice, potrzebny jest dodatkowy pokój – rzekł na powitanie właścicielowi Alex. – Wygodny, cichy pokój dla pani, służąca do pomocy, gorąca kąpiel dla nas obojga i najlepsza kolacja, jaką możesz podać w mojej prywatnej jadalni. Właściciel zajazdu uwijał się tak, jakby sam książę regent wstąpił w jego progi. Być może ona, będąc w Londynie, zobaczy księcia regenta. Ta myśl pochłonęła Tess

do tego stopnia, że nie protestowała, kiedy Alex niósł ją na górę i do sypialni. Dopiero na widok wielkiego łoża przestała myśleć o książęcej karecie i jadącej w jej wnętrzu osobistości w wielkiej peruce na głowie. – Proszę mnie postawić. – Właśnie miałem taki zamiar. – Zaskoczony jej ostrym tonem Alex zatrzymał się. – Natychmiast. Wchodzimy do sypialni. – Wiem. – Śmieszyło go jej zachowanie. Tess słyszała to w jego głosie. Wyprostowała głowę, którą dotykała jego piersi. – No to proszę mnie postawić. Nie powinien pan przekraczać progu mojej sypialni. – Wczoraj położyłem panią do łóżka. – Lepiej nie powielać starych błędów. – Niania tak mówiła? – Wszedł do środka i posadził ją w fotelu obok kominka. – Siostra Benedicta. Niestety. – Dlaczego niestety? – Oparł się o wysoko umieszczoną półkę nad paleniskiem. Wyglądał jak posąg. Światło lampy złociło mu włosy. Tess zastanawiało, ile rozmysłu jest w tej pozornie nonszalanckiej pozie. – Ponieważ to banał. A ja nie chcę powtarzać banałów. Lekko powstrzymywany uśmieszek znowu zagościł mu na ustach. Tess przyłapała się na tym, że przypatruje się jego dolnej wardze i zadaje sobie pytanie, dlaczego kiedy on rozciąga usta w uśmiechu, dolna warga wydaje się jakby pełniejsza. – Jestem niesprawiedliwa wobec siostry Benedicty – dodała pospiesznie. – Miała dobre intencje, zdarzało się jej jednak powtarzać do znudzenia wciąż te same komunały. – Usunę swoją niebezpieczną męską osobę z pani sypialni, żeby mogła pani wziąć w spokoju kąpiel. Kolacja za godzinę, zdąży pani? – wyprostował się i ruszył ku wyjściu, nie czekając na odpowiedź. Wygodny, ciepły pokój, gorąca kąpiel, służąca do pomocy. Tess czuła, że wkracza na niebezpieczną drogę do samozatracenia. A wszystko dlatego że zabrakło jej silnej woli, aby nie zdrzemnąć się wczoraj wieczorem i kazać zawieźć się na noc do siostry Clary. Teraz zaczynała rozsmakowywać się w tych wszystkich zakazanych luksusach, o których zawsze marzyła, na dodatek zapewnianych przez atrakcyjnego mężczyznę, co sprawi, że jej nowe życie stanie się jeszcze trudniejsze do zniesienia. Służący postawił przed kominkiem metalową wannę, drugi przyniósł wiadra parującej wody. Tess dostawała próbkę życia, jakie mogłaby wieść, gdyby nie umarli

rodzice i miałaby choć trochę własnych pieniędzy. Gdyby miała rodzinę. Gdyby… gdyby marzenia były końmi, żebracy byliby dżokejami, powiedziała sobie w duchu. Niech to diabli. Tess była bliska płaczu, słyszał to w jej głosie. Nie był przyzwyczajony do kobiecych łez, chyba że towarzyszyły wybuchom złości i żądaniom kosztownych świecidełek. Alex ruszył źle oświetlonym korytarzem do swojego pokoju. Ta skręcona kostka na pewno bardzo ją boli. Jest zmęczona, wyziębiona, głodna i nieprzyzwyczajona do męskiego towarzystwa. Nie powinien z niej żartować. Powinien zatrudnić jakąś czterdziestoletnią Flamandkę i zapłacić jej za towarzyszenie Tess w podróży do Londynu, a sam wsiąść na inny statek. Z drugiej strony, znał siebie i wiedział, że nie zachowa się w sposób niegodny. Rano ona poczuje się lepiej po całonocnym wypoczynku, a on będzie cieszył się jej towarzystwem. Było takie odświeżające! Miał do tej pory do czynienia z krygującymi się pannami, wyuczonymi sztuczek łapania męża, tak podobnymi jedna do drugiej, jakby ktoś odlał je z jednej formy, albo z doświadczonymi kobietami z wielkiego świata, zaprawionymi w kunszcie uwodzenia, świadomymi skutków oddziaływania ich uroku na mężczyzn. Tess była prostolinijna jak uczennica, a przy tym dojrzała i inteligentna. Dobrze się czuł w jej towarzystwie, o ile nie wygłaszała zachwytów na temat Bożego Narodzenia i rodziny, więc dlaczego miałby odmawiać sobie przyjemności wspólnego podróżowania. Zresztą, czy z nim nie będzie bezpieczniejsza niż z flamandzką służącą, gdyby spotkała w drodze jakiegoś łotra? Alex wiedział aż za dobrze, na co stać niektórych mężczyzn. Obserwowanie z bliska tej chodzącej niewinności nie groziło żadnymi przykrymi konsekwencjami, gdyż nie miała bliskich. Nikt nie spadnie mu na głowę uniesiony świętym gniewem, że skompromitował dziewczynę, i nie każe żenić się dla uniknięcia skandalu. Alex nie miał małżeństwa w planach i długo nie będzie miał, choćby po to, żeby zrobić na złość rodzinie. Żona oznaczałaby utratę wolności w zamian za wątpliwe korzyści. Kochanki dawały określone korzyści, a nie wymagały zmiany stylu życia. Uśmiechnął się z zadowolenia, że znalazł wytłumaczenie robienia tego, co chce, lecz sposępniał na wspomnienie jej szeroko otwartych oczu i drżących warg. W korytarzu było ciemno, numerki na drzwiach pokojów trudno widoczne w tych ciemnościach. Gdzie, do diabła, jest ten jego pokój? O, nareszcie…

Nadepnął na coś miękkiego, rozległo się głośne miauczenie i kot przyczepił się do czubka jego prawego buta. Alex otworzył drzwi do pokoju. W świetle świec umieszczonych w wieloramiennych świecznikach dostrzegł kulkę rudego futerka wczepioną w jego nienagannie wyglansowany heski but. – Już cię tu nie ma. – Zwierzątko najwyraźniej nie rozumiało po angielsku. Nie zwracając uwagi na tłumiącą wesołość służącą, która rozkładała ręczniki na łóżku, Alex pokuśtykał do fotela, usiadł i spróbował oderwać od buta maleństwo tak, aby nie porysować skóry, bo rysy wprawiłyby jego lokaja w histerię. Kiedy to się udało, chciał oddać kotka służącej, ale ta zdążyła wymknąć się z pokoju. Jej chichot był słyszalny na korytarzu. Alex postawił kotka na podłodze. – Co się tak patrzysz, nie przymilaj się – upomniał. Kotek w odpowiedzi skoczył na kutasik zwisający z cholewki buta Aleksa. – O nie! – zdążył złapać go w locie Alex. – Jesteś nieobliczalny. Oddam cię jej. Kobiety lubią małe zwierzątka. Na pewno zdołasz ją rozśmieszyć. Alex chwycił kosz na bieliznę pozostawiony przez służącą i przykrył nim kotka. Przy akompaniamencie miauczenia i drapania malca zaczął się rozbierać. Tess wyprostowała się i uniosła podbródek. Właściwa postawa niech zrekompensuje niedozwoloną rozkosz, z jaką pławiła się w luksusie. Gorąca kąpiel zamiast umycia się gąbką zmoczoną w zimnej wodzie, miękkie ręczniki, pachnące mydło i ogień na kominku. Rozkosz. Nawet konieczność włożenia z powrotem bezkształtnej szarej sukienki nie przeszkodziła jej czuć się piękną, wyperfumowaną kobietą, wytwornie ubraną i uczesaną, godną postawienia na piedestale przez każdego mężczyznę i wielbienia z daleka. Rzecz oczywista, w grę wchodziło jedynie uwielbienie z daleka. Tess wiedziała ze słyszenia, do czego mogą być zdolni mężczyźni, gdyby dopuścić ich do bliższej poufałości. Nigdy nie ośmieliłaby się sprawdzić, czy to prawda. Przypomniała sobie, jak miło było przytulić się do ramienia pewnego dżentelmena… Naraz drzwi otworzyły się i wszedł Alex z wiklinowym koszykiem. – Co pani taka zaróżowiona? – zauważył. – Kąpiel była za gorąca? – Nieee… Usiadłam za blisko kominka. – Widocznie jedna kąpiel nie wystarczy, żeby zrobić z niej damę, na której widok wstrzymałby oddech mężczyzna. – Co jest w koszyku? – Wczesny bożonarodzeniowy prezent. – Umieścił przykryty papierem koszyk na

kolanach Tess. – Potrzebuje pani czegoś na rozweselenie. Kupił jej kapelusz! Albo mufkę. Damie nie wypada przyjmować w prezencie od mężczyzny części garderoby. Tess siadywała cichutko na końcu klasy, kiedy pani Bond dawała uczennicom szkoły klasztornej wskazówki dotyczące zasad dobrego wychowania. Nie była jedną z uczennic, ona nie będzie debiutowała w towarzystwie, nie ma potrzeby udzielania jej lekcji, jak w sposób godny damy zainteresować swoją osobą odpowiedniego kandydata na męża. Koszyk poruszył się. Uniosła przykrycie i naraz ze środka wyskoczyła pomarańczowa puszysta kulka i wczepiła się pazurkami w jej nadgarstek. – Ojej! To kot? – Nie kapelusz. Czy on już się upił? – Kotek. Alex uklęknął przed nią i odstawił na bok koszyk. Chciał oderwać kotka od przedramienia Tess. – Au! Ugryzła mnie. – Ugryzł. Rude kotki są zwykle chłopcami – powiedziała i pomyślała, że na to właśnie zasłużył. – Naprawdę? Przed sobą miała czubek głowy Aleksa i te jego szerokie ramiona… Dlaczego robią na niej takie wrażenie? Czy tylko one? W swoim dwudziestotrzyletnim życiu Tess nieraz zdarzyło się podziwiać z daleka niektórych szczególnie przystojnych mężczyzn. Życie w klasztorze nie zabiło w niej tych zupełnie naturalnych reakcji, jakkolwiek grzeszne by one mogły być. Bardzo delikatnie obchodził się z kotkiem, który nie dawał oderwać się od mankietu rękawa Tess. – A to ci bestyjka. Prawdziwy diablik. Gdybyś był trochę większy, obdarłbym cię ze skóry i kazał z niej uszyć rękawiczki – mruczał pod nosem, lecz Tess nie miała wątpliwości, że żartował. – Ciekawe, czy jak go połaskoczę po brzuszku, to się odczepi? Poskutkowało. Kotek schował pazurki i skoczył pod łokciem Tess pod stół, gdzie usadowił się na krzyżaku podpory. Alex stracił równowagę i padł do przodu. Jego tors znalazł się w ramionach Tess, a usta w zagłębieniu między jej ramieniem a szyją. Zanurzyła twarz w jego włosach. Pachniał mydłem, znajomą już jej cytrynową wodą kolońską i czymś jeszcze… sobą? Jego gęste włosy łaskotały ją w nos. Pod palcami poczuła gołą skórę na jego karku. Poruszył wargami, owionął jej szyję gorącym oddechem i stężał, po czym oderwał się od niej, z pociemniałym wzrokiem i nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Do licha! – Uśmiechnął się jakby z przymusem. – Przepraszam, że klnę. Nie chciałem znowu wpadać na panią. A to chyba zaczyna wchodzić mi w nawyk. – Dlaczego podarował mi pan kotka? – zapytała nieco bardziej szorstko, niż zamierzała. Wzruszył ramionami. Tess odniosła wrażenie, że nie lubił przepraszać. – Jest pani taka smutna. Myślałem, że kotek panią rozweseli. Damy chyba lubią małe stworzonka. – Nie wiem, z jakimi damami miał pan do czynienia, jeśli chodzi o mnie, ja nie lubię małych zwierząt. Czy te pańskie znajome nie wolałyby dostać w prezencie diamentów? – Zaskakuje mnie pani, panno Ellery. Co pani wie o damach, które wolałyby dostawać diamenty? – Nic… – Spojrzała niewinnie. – Jestem jednak pewna, że pańska matka, siostry czy żona wolałyby dostać biżuterię. Tess słyszała opowieści o utrzymankach z rozmów, jakie toczyły między sobą w łóżkach pensjonariuszki internatu szkolnego po zgaszeniu światła. Na ogół wszystkie miały braci lub kuzynów, którzy popełniali niedyskrecje w Londynie. Dziewczyny wymieniały się opiniami, który z nich zasługuje na miano większego uwodziciela, tym samym najbardziej ekscytującego, lecz niebezpiecznego młodego człowieka. – Hm! – Rzucił jej zagadkowe spojrzenie, ale ona spuściła wzrok. – Nie kupuję prezentów siostrom ani matce, i nie mam żony. – Tak podejrzewałam. – Naprawdę? – Uśmiechnął się i Tess odkryła, że to czyni jego twarz urzekającą. – A jak pani doszła do tego przekonania?

ROZDZIAŁ CZWARTY – Jak domyśliłam się, że nie jest pan żonaty? – Tess czuła, że wkracza na niebezpieczny teren, i miała nadzieję, że on nie pomyśli, że ona ma jakieś ukryte intencje. Udało się jej nawet nie zaczerwienić. – To było bardzo łatwe, kiedy usłyszałam, jak zamierza pan spędzić Boże Narodzenie. Żona nie pozwoliłby panu przesiedzieć świąt przy kominku z kieliszkiem brandy i książką w ręku. – Więc pani sobie wyobraża, że gdybym był żonaty, musiałbym przesiedzieć je przy stole? – Niekoniecznie. Ale gdyby miał pan rodzinę, nie uniknąłby pan wizyt u krewnych. – Tego nie wiem. Nie utrzymuję kontaktów z krewnymi. – Wielka szkoda. – Tess marzyła o rodzinie, prawdziwej rodzinie, nawet jeśli dochodziłoby w niej do sprzeczek w sprawie kolejności goszczenia niektórych nieznośnych krewniaków w okresie świąt. Upłynęło dużo czasu, od kiedy spędzała święta w taki sposób, w jaki je opisywała podczas jazdy powozem. Dużo czasu od kiedy miała do czynienia z rodziną, a ten człowiek mógł z tego dobrodziejstwa korzystać do woli, lecz najwidoczniej nim gardził. – Szkoda? Bynajmniej. Cieszę się wolnością. Zamilkli, bo weszli karczmarz ze służącą i przynieśli kolację. Nie odzywali się do siebie dopóty, dopóki znowu nie zostali sami. Tess rozlała zupę do talerzy, Aleks oderwał kawałek mięsa z pieczonego kurczaka i odłożył go na talerzyku dla kotka. – Jak pani go nazwie? – zapytał. – Noël, Gwiazdka – zadecydowała – ponieważ to prezent gwiazdkowy. – Jest pani wyjątkowo sentymentalna. Podać pani masło? – Dziękuję. Wcale nie jestem sentymentalna, za to pan jest cyniczny. – Owszem, przyznaję się. Ale co jest złego w odrobinie zdrowego cynizmu? – A nie skutkuje osamotnieniem? – zaryzykowała. Pomyślała, że to śmieszne, że ją kusi, aby wziąć w ramiona tego wielkiego, pewnego siebie mężczyznę. Pewnie tak wpada się w szpony zmysłowej żądzy, która opanowuje człowieka przebrana za zwodnicze i niechciane współczucie. Tess odstawiła opróżniony talerz po zupie i czekała w milczeniu, aż Alex pokroi kapłona. W jego rodzinie musiało źle się dziać, skoro nie kupował prezentów i wolał samotność w Londynie od świątecznego spotkania. Zacisnęła usta i postanowiła nie

drążyć tematu. W zakonie nie praktykowała sztuki prowadzenia uprzejmej konwersacji towarzyskiej przy stole. Alex podał jej talerz z mięsem, a ona odwzajemniła mu się jarzynami, cały czas jednak zastanawiając się, w jaki sposób nawiązać niezobowiązującą rozmowę. – Zupełnie nie pamiętam Londynu. Czy pański dom znajduje się w Mayfair? – Wiedziała, że to najelegantsza dzielnica. – Tak. Przy Half Moon Street, w pobliżu Piccadilly. Jest niewielki, bo często bywam w podróży. Temat wydawał się wyczerpany. – Pański lokaj nie podróżuje z panem? – Wysłałem go przodem razem z moim sekretarzem i kilkoma powozami wypełnionymi dziełami sztuki. Tym razem podróż okazała się bardzo owocna. Tess wydawało się, że był z siebie zadowolony. Dlatego że udało mu się polowanie, czy dlatego że jego sytuacja materialna była zależna od powodzenia tego przedsięwzięcia? Wątpliwe zajęcie jak dla wicehrabiego. Może nie było go stać na wyprawianie hucznych świąt Bożego Narodzenia, w którym to przypadku ona okazałaby się niewybaczalnie nietaktowna, nieustannie wracając do tego tematu. Z drugiej strony widać było, że nie żałował sobie na swoje zachcianki. Chyba nie pogrążał się w długach? – Czy zaplamiłem sobie krawat sosem? – zapytał nagle, aż podskoczyła. – Ciągle się pani mu przypatruje. – Zauważyłam, że pańska bielizna jest w nieskazitelnym stanie. Krawat i koszule. Zakrztusił się winem. – Zawsze pani mówi to, co myśli? – Z całą pewnością nie. Nie powinnam o tym wspominać? – Chciała mu powiedzieć komplement. – Lepiej nie nawiązywać do męskiej garderoby – zasugerował. – Ach, tak, naturalnie. Świat jest takim labiryntem… Na każdym kroku czyha zasadzka. – Denerwuje się pani tym, co ją spotka w Londynie? Zapytał wprost, bez najmniejszego współczucia, a jednak Tess wyczuła, że dobrze rozumiał, w jak niepewnej sytuacji się znajdowała. Matka przełożona nie wykazywała takiego zrozumienia, oczekiwała jedynie, że Tess z pokorą przyjmie to, co los jej przyniesie. – Strasznie – przyznała odważnie. – Ale nie warto oddawać się czarnym myślom, bo to tylko pogorszy sytuację. Wkrótce odnajdę swoje miejsce w świecie.

W klasztorze mi się to w końcu udało. Alex obserwował ją znad brzegu pucharu. Jego orzechowe oczy patrzyły inteligentnie i tym razem wcale nie drwiąco. – Znalezienie się tam musiało być dla pani nie lada przeżyciem. Wina? Jest bardzo dobre. – Napełnił swój kieliszek z karafki. – Dziękuję, nie. Właściwie nigdy dotąd nie piłam wina i nie sądzę, że powinnam zacząć je pić teraz. Pan wystawia mnie na zbyt wiele pokus. Powietrze zamarło w bezruchu, jakby ktoś wziął głęboki oddech i nie wypuścił go. – Pokus? – powiedział Alex ostrożnie. – Jedzenie, służba, luksusy – wyjaśniła. – Aha. Ma pani na myśli wygody. Tu nie ma żadnych luksusów, chociaż to całkiem przyzwoita gospoda. Luksus w pani mniemaniu prowadzi do niezdrowych pokus? – Nie wiem. Nie mam zdania na ten temat, jeśli to tylko wygody. – Jakie zatem ma pani oczekiwania w związku z poszukiwaną pracą? – Niewielkie. Będę kimś pomiędzy ubogą krewną a służącą. Matka przełożona wyjaśniła mi to bardzo jasno. – Wszystko inne też. – Ale będę miała dom i to jest dla mnie ważne. – Doprawdy? Sądziłbym, że pensja i bezpieczeństwo byłyby priorytetem dla kogoś, proszę wybaczyć, w pani sytuacji. – Dla mnie nie. Rzecz oczywista, możliwość zarobienia na życie i bezpieczeństwo mają ogromne znaczenie, ale dla mnie jeszcze ważniejsze jest znalezienie miejsca przy rodzinie. Jeśli będę opiekowała się dziećmi, to oczywistość, ale mam nadzieję, że starsza pani albo inwalidka też będą miały kochające rodziny. Poprzez materiał sukni poczuła kocie pazurki na udzie. Noël usadowił się na jej kolanach i Tess przykryła go dłonią. Miał brzuszek wzdęty od jedzenia i mruczał rozkosznie. – Jestem spragniona ciepła. Ciepło jest najważniejsze. Weszła służąca z tartą z jabłkami i zabrała się do sprzątania brudnych naczyń. Alex w milczeniu obserwował, jak Tess nakłada jemu i sobie kawałki ciasta na talerze. Mruknął podziękowanie, kiedy podała mu śmietankę. – Będzie pani brak pewnego aspektu życia w zakonie, jak podejrzewam. Poczucia wspólnoty… Spojrzała z niedowierzaniem, że mógł wykazać się takim niezrozumieniem. Jak mu to wyjaśnić? – Nie. Tego mi nie będzie brak. Nigdy, dopowiedziała w myślach. Nie zatęskni za tą zimną, bezwzględną

szczerością we wzajemnych stosunkach, która nie baczy na to, jak rani. „Jesteś bękartem, Tereso. To fakt i powinnaś dostosować do niego swoje aspiracje”. Wstrętna stara baba… Tess dopadło zmęczenie, lecz starannie maskowała spadek nastroju. Tarta była bardzo smaczna, mimo to straciła apetyt. Wstała z kotkiem w ręce. – Muszę wyjść z Noëlem na podwórko inaczej będzie katastrofa. – Ja go wyniosę. – Alex też się podniósł. – Pani nie może chodzić ze skręconą kostką. – Co pan zamierza? – spytała podejrzliwie. Może pożałował, że przygarnął tego kotka i teraz chce się go pozbyć. – Znajdziemy jakiś kawałek czystej ziemi, potem rozścielę obok kominka wczorajszą gazetę, postawię na niej talerzyk z mlekiem i nakryję przewróconym do góry dnem koszykiem. Dobrze będzie? – Bardzo dobrze. Mam nadzieję, że nie zatęskni za mamą. – Jeśli będzie płakał, wezmę go do łóżka, dam mu do zabawy moją najlepszą jedwabną pończochę i zadzwonię do kuchni po kawałek lekko uwędzonego łososia – odpowiedział z poważną miną. – Nie chciałabym narażać pana na tyle kłopotów. Może ja wezmę go do swojego pokoju… – przerwała, bo zauważyła uśmieszek, błąkający się w kąciku jego ust, i rozbawienie w oczach. Wyprostowała się z godnością. – Pan raczy sobie ze mnie żartować, milordzie. Dziękuję za wspaniałą kolację. Chciała przejść obok niego, lecz zapomniała o zwichniętej kostce. Z okrzykiem bólu osunęła się w bok. – Dobrze, że nie piła pani wina. I bez tego trudno pani zachować równowagę – podtrzymał ją jedną ręką. Zanurkowała nosem w dekolcie jego kamizelki, a dłońmi oparła się o jego ramiona. Mogła się wyprostować i uciec ku drzwiom. Ale trwała w tej pozycji. Było jej dobrze. Dotykała policzkiem miękkiego sukna marynarki, brodą jedwabnej kamizelki, a nosem pachnącej lnianej koszuli. Zapragnęła otulić się tymi luksusowymi materiałami skrywającymi męskie silne ciało. Na plecach czuła dotyk jego dużych dłoni. – Tess? – zapytał z ustami blisko jej ucha, musiał zniżyć głowę. – Tak. Naraz z okolic jego przepony odezwało się głośne miauczenie, coś się poruszyło, małe łapki wyciągnęły w górę i pazurki wbiły w kamizelkę Aleksa. – Ty małe diablę, toż to najlepszy materiał z Jermyn Street – odskoczył w tył

z kotkiem uczepionym materiału kamizelki. – Zostawiam pana. Sądzę, że sobie pan poradzi ze swoim kłopotliwym prezentem. – Niełatwo było odejść z godnością bez podskakiwania na bolącej nodze, z czerwoną twarzą i rudą sierścią na sukni, ale Alex był w trudniejszej sytuacji; musiał odczepić kota od swojej kamizelki bez uszkodzenia kunsztownego haftu zdobiącego jej przód. – Dobranoc. – Dobrze pani spała? – zapytał Alex. Jego mała zakonnica była bardzo blada, stojąc u wejścia na trap wiodący na pokład „Róży Ramsgate”. – Dziękuję, tak – odpowiedziała przez ściśnięte usta. Śniadanie zjedli osobno. Alex miał dopiero teraz sposobność przyjrzeć się jej w świetle dnia. – Denerwuje się pani? Odpowiedzią było gwałtowne zaprzeczenie ruchem głowy. – Boi się pani choroby morskiej? Zauważył zielonkawy odcień jej twarzy. – Cierpiałam na chorobę morską, kiedy przeprawialiśmy się na kontynent, ale to było wiele lat temu. Jestem pewna, że teraz żadna dolegliwość mnie nie spotka. To kwestia silnej woli, nieprawdaż? Alex widział wielu obdarzonych silną wolą przyjaciół, którzy zrzucali za burtę ostatni posiłek zjedzony przed podróżą. – Nie tyle silnej woli, co obranej taktyki. – Podtrzymywał ją za łokieć, kiedy wspinali się po stromym trapie. – Postaramy się pozostawać tak długo, jak się da na pokładzie. Będziemy jedli tylko suchy chleb i pili dużo słabego piwa. Większość pasażerów kierowała się ku wiodącym w dół schodkom do kabin pierwszej i drugiej klasy. Alex poprowadził Tess do drewnianej ławki pod głównym masztem, tam kazał na siebie czekać z koszem z kotkiem, swoją walizką i jego peleryną. – Pójdę dopilnować załadunku bagaży, a pani niech dla mnie trzyma to miejsce. Gdyby ktoś chciał je zająć, proszę postawić na nim kosz z kotem. Przynajmniej tymi słowami udało mu się wywołać słaby uśmiech na jej twarzy. Odchodząc, złapał lodowate spojrzenie starszej damy z nosem spiczastym jak dziób ptaka. Najwidoczniej nie spodobał się jej, ona jemu zresztą też. Na początku było łatwo odwracać uwagę Tess od tego, co działo się z jej żołądkiem. W porcie mijali wiele ciekawych rzeczy do oglądania, kot wymagał uwagi, a nawet kiedy odbili od brzegu, widoki były dość interesujące, a wody, po

których płynął statek, dobrze osłonięte od pełnego morza. Nagrodą dla Aleksa były uśmiechy i kolory na policzkach Tess. Zauważył z zaskoczeniem, że sprawiały mu satysfakcję. Tymczasem korzystając z jego zamyślenia, ona też zamilkła. Alex spojrzał z ukosa i zauważył zielonkawy odcień, który znowu przybrała jej twarz. Kolory znikły, uśmiech również. – Zaczyna trochę kołysać – zauważyła. Kołysać to dopiero zacznie, powinien odpowiedzieć. – Owszem – zgodził się. – Niech mi pani opowie o swojej wymarzonej pracy. Wolałaby pani zaopiekować się miłą starszą damą czy dwójką uroczych dzieci? Zdarzają się chyba urocze dzieci. On nigdy nie miał do czynienia z żadnymi dziećmi z wyjątkiem młodszego rodzeństwa. Z Matthew ustawicznie się bili i sprzeczali, a na siostry, irytujące i zagadkowe, jak tylko potrafią być wszystkie istoty rodzaju żeńskiego, nie zwracali uwagi. Być może potrafiłby je pokochać, ale ich nawet nie znał. – Wszystko mi jedno – odrzekła, przejawiając pewne oznaki ożywienia. – Bylebym miała do czynienia z rodziną. – Inaczej będzie pani zanadto doskwierał brak życia klasztornego? Strzepnął pelerynę, która służyła mu podczas podróży morskich i okrył nią ramiona Tess. Od dziobu statku pojawiły się prysznice słonej wody. Nie mógł się nadziwić swojej troskliwości i cieszył się, że na jego głowę nie sypią się narzekania, jakich w tych okolicznościach nie poskąpiłaby mu jego ostatnia kochanka. Zresztą dlatego właśnie ją porzucił. – Dziękuję. – Chętnie otuliła się grubą wełną, co przypomniało Aleksowi, z jakim zadowoleniem przeklęty kociak układał się na jej kolanach. – A co do klasztoru, to nigdy za nim nie zatęsknię. Większą przykrością jest samotność w tłumie niż sam na sam ze sobą, nie uważa pan? Alex spróbował przypomnieć sobie, kiedy, jeśli w ogóle, czuł się samotny. Bywał sam, ale dobrze się czuł w swoim towarzystwie. Jeśli pragnął kontaktów z innymi ludźmi, miał szeroki krąg znajomych, a kiedy potrzebował przyjaciół, zawsze mógł na nich liczyć. Była to trójka kolegów z Oksfordu; dziekan kolegium nazywał ich paczkę zakałą całego rocznika. – Przypuszczam, że tak – zgodził się. – Ale w klasztorze wszystkie zakonnice muszą być wobec siebie jak prawdziwe siostry. Tess wzruszyła ramionami, jakby nagle peleryna zrobiła się za ciężka. – W klasztorze nie zachęca się do przyjaźni między zakonnicami,

a pensjonariuszki szkoły zawierają przyjaźnie wyłącznie między sobą. Na święta wyjeżdżają do domu. Wszystkie pochodzą z dobrych rodzin. – A pani nie? – Ja jestem… sierotą bez koneksji rodzinnych. Ale wszyscy byli wobec siebie bardzo mili – dodała weselej. Alex zdumiał się nagłą chęcią wytargania nieznanej matki przełożonej za uszy. Nie miał trudności z przetłumaczeniem „bardzo mili” na „obojętni, chłodni, skuteczni”. Tess była nakarmiona, ubrana, zadbano o jej moralność. Jej potrzeby emocjonalne nikogo jednak nie obchodziły. Z drugiej strony, czy to tak bardzo odbiegało od wychowania w arystokratycznych rodzinach? Alex był pewny, że matka kochała go, ale nigdy się z nim nie bawiła, a cóż dopiero rozmawiała, poza tą jedyną godziną w ciągu dnia, zanim zaczynała przebierać się do kolacji. – Jestem pewny, że było tak, jak pani mówi. Teraz czeka ją pracowita egzystencja ni to członka rodziny, ni to służącej. Odzieranie jej ze złudzeń nie miało sensu. Cud może się zdarzyć i znajdzie się w domu swoich marzeń. Spojrzał na chmurne niebo, po czym sięgnął po zegarek. – Proszę zjeść trochę chleba i popić piwem. Wskazane jest jeść mało, ale często. – Dziękuję. Za chwilę. – Wstała, jedną ręką przytrzymując pelerynę, drugą chwytając się masztu. – Muszę… przypuszczam, że jest na dole… – Toaleta dla pań? – domyślił się. – Tak, jest pod pokładem. – Wstał także i odprowadził ją do schodów. – Poradzi sobie pani? Proszę się dobrze trzymać poręczy. Już w połowie schodów niemiły zapach uderzył nozdrza Tess. Smród przegrzanych ludzkich ciał, jedzenia, alkoholu, wymiocin pasażerów cierpiących na chorobę morską, zmieszane z odorem, jaki zazwyczaj wydobywa się z zęzy każdego statku. Gdyby nie pilna potrzeba, cofnęłaby się na pokład. Otuchy dodał jej przyjazny głos jakiejś damy. – Musi pani poczekać. Proszę wziąć moje sole trzeźwiące. Po pięciu minutach Tess mogła oddać damie buteleczkę. Wracała na pokład z mocnym postanowieniem wytrwania tam bez względu na to, jak długo jeszcze potrwa podróż. Wchodząc na schodki, skrzyżowała wzrok z podstarzałą damą w wielkim kapeluszu. Dama przypominała Tess kogoś znajomego. Patrzyła nieprzyjaźnie. Chyba myśli, że zabłąkałam się tu z kabiny drugiej klasy, pomyślała Tess, uciekając w bok ze wzrokiem. Na pewno tak by było, gdyby nie przypadek.

ROZDZIAŁ PIĄTY Alex czekał na nią przy schodkach. – Strasznie tam pod pokładem, prawda? Wracajmy na ławkę i dziękujmy Bogu, że nie pada. Wydawał się zupełnie nieprzejęty ani tym, jak niszczyły jego kosztowny płaszcz prysznice słonej wody, ani tym, co wyczyniał z jego włosami wiatr, od kiedy zaprzestał próżnej walki o utrzymanie kapelusza na głowie. – Co panią śmieszy? – zapytał, kiedy usiedli. – Cieszę się, że ten zielony odcień zniknął z pani twarzy, ale nie spodziewałem się ujrzeć na niej uśmiechu. – Był pan bardzo elegancki, szkoda, że nie widzi pan siebie w tej chwili. Zupełnie nie dba pan o powierzchowność. Chyba nie jest pan prawdziwym lordem. – Myli się pani, kwestię powierzchowności traktuję bardzo serio. Reputacja to grunt – wycedził. A jednak nie jest pan tym, za kogo pragnie pan uchodzić, lordzie Weybourn, pomyślała Tess, owijając się z powrotem jego peleryną. Problem polegał na tym, że on co chwilę był kimś innym. Sprawiał wrażenie rozleniwionego dandysa, a przyjaźnił się z trójką dżentelmenów, którzy wyglądali na takich, jakich mało kto ośmieliłby się zaczepić w ciemnej uliczce. Pod wykwintnie uszytym ubraniem skrywał ciało twarde jak skała. Obruszał się na jej zachwyty nad świętami Bożego Narodzenia, nazywał ją sentymentalną, groził Noëlowi, że go obedrze ze skóry, ale z cierpliwością znosił ataki zwierzątka. I był bardzo, ale to bardzo, przystojny. Tess doskonale wiedziała, że nie powinna się interesować jego osobą. Wychowana w klasztorze stała u progu samodzielnego życia. Jej pochodzenie stanowiło dostateczne obciążenie, więc wszelka rysa na reputacji mogła zniweczyć szansę na znalezienie przyzwoitego miejsca pracy. Im szybciej pogodzi się z czekającym ją losem skromnej starej panny, tym lepiej. – Co miało znaczyć to westchnienie? – zapytał. – Jest pani głodna? – Nie… – Tylko marzę o gwiazdce z nieba, pomyślała. Żałuję, że pana spotkałam, bo teraz nie potrafię poskromić swojej wyobraźni. A przecież wiem, że w moim życiu nie ma miejsca na takiego kogoś jak pan. – Zimno mi. – Mnie też. – Zaczął rozpinać płaszcz. – Proszę zdjąć ten kapelusz, który wygląda jak kubeł na węgiel. – Nie zważając na jej protest, wetknął kapelusz za walizkę,

posadził sobie Tess na kolanach, owinął ją połami płaszcza, a głowę osłonił kapturem peleryny. – Aleksie! Co pan robi… – To niedopuszczalne, wiem. Niech pani przestanie piszczeć jak Noël. Przekona się pani, że to o wiele lepsze niż zaduch pod pokładem. Będziemy się wzajemnie ogrzewać. Koszyk z kotem też zmieści się pod peleryną. Szczęśliwa? – W ekstazie – mruknęła. Poczuła jego ciepłe parsknięcie na szyi. – Szkoda, że to nie lato. – Tess postanowiła zapomnieć o szarym morzu pod ciemniejącym ołowianym niebem, białych grzywaczach fal i lodowatej wodzie. – Latem przeprawa morska bywa bardzo przyjemna – przyznał. – Niech pani postara się zasnąć. – Postaram się. – Zrobiło się jej tak błogo, że gotowa była unieść się nad pokładem z uczucia rozanielenia. Obudziła się zdrętwiała, ale rozgrzana snem w przytulnej norce, oparta o coś, co wznosiło się i opadało jednostajnym rytmem. Zorientowała się dopiero po chwili. Owionął ją znajomy zapach wody kolońskiej i morza. Podłoże kołysało się na boki. Jest na statku, a ta śpiąca pod nią osoba to Alex. Siedziała bez ruchu i wdychała zapach gorącego, śpiącego mężczyzny. Jej policzek spoczywał bezpośrednio na jego koszuli. Niebezpieczna sytuacja, pomyślała. Wyprostowała się, rozchyliła poły otulającego ją płaszcza Aleksa, żeby rozejrzeć się po pokładzie. – Dzień dobry. Widać angielski brzeg. – Dzięki Bogu. – Tess czuła się oblepiona i spragniona, ale ożywiona widokiem lądu i słońca przebijającego się przez chmury nisko nad horyzontem. – Niech się pani napije piwa – podał jej otwartą butelkę, którą wyjął z bagaży. – Zje pani coś, czy poczekamy, aż znajdziemy jakąś przyzwoitą gospodę? – Poczekamy – zadecydowała. Musiała zejść pilnie pod pokład, ale nie mogła się na to zdecydować. Stała, obejmując maszt, i patrzyła, jak Alex karmi bekonem kotka. – Muszę udać się pod pokład. – Wskazała wiodące w dół schodki. – Nie zabawię długo. Rano pod pokładem było jeszcze gorzej niż wieczorem. Nawet najelegantsi pasażerowie wyglądali nędznie. Z trudnością torowała sobie drogę do toalety. Kiedy z niej wyszła, postanowiła wrócić inną drogą na pokład. Trafiła do przedziału

drugiej klasy. Tu widok był jeszcze gorszy niż w klasie pierwszej. Na końcu wąskiego przejścia dostrzegła jasność i domyśliła się, że to światło dzienne. Kiedy tam dotarła, stwierdziła, że znalazła się na niewielkiej płaszczyźnie u stóp wiodących w górę schodów. Zebrała spódnicę i zaczęła się wspinać. – Kto się tu kręci? To kwatera załogi. Zabłądziłaś, serdeńko, czy szukasz towarzystwa? Schodami schodził rosły, krzepki marynarz. Tess cofnęła się. – Chcę wyjść na pokład. Uprzejmie proszę, niech pan mnie przepuści. – Uprzejmie proszę, niech pan mnie przepuści – powtórzył, przedrzeźniając jej wymowę. – Nie słucham rozkazów pasażerów. – Obrzucił ją lustrującym spojrzeniem od stóp do głów. Zauważył jej nieelegancką, tanią sukienkę. – Zabawimy się? – Popchnął ją na drzwi, które otwarły się pod wpływem uderzenia. Tess kątem oka dostrzegła w głębi koję. Chciała uciec, ale marynarz przytrzymał ją za ramię. – Nie tak szybko, zarozumiała panienko… Urwał, gdy na jego plecach spoczęła dłoń w eleganckiej rękawiczce. – Stoisz mi na drodze, przyjacielu. Alex. Jego ton nie był bynajmniej przyjacielski. Tess przestała wyrywać się rosłemu marynarzowi. – Coś mi mówi, że ta pani nie życzy sobie twojego towarzystwa – ciągnął ze spokojem. – Proponuję, żebyś zdjął z niej swoje łapy. Alex był równie wysoki, jak marynarz, lecz ważył chyba o połowę mniej. Marynarz odwrócił się i stanął przodem do Aleksa. Z opuszczonymi rękoma wyglądał jeszcze groźniej. Tess z przerażeniem patrzyła na jego mięsiste dłonie i zatknięty za pasem nóż. Zaczęła ściągać rękawiczki. Jeśli ten człowiek rzuci się na Aleksa, jej jedyną bronią będą paznokcie i nogi. – Ta dziewczyna sama do mnie przyszła, a teraz udaje niewiniątko. – A ty kim jesteś? – spytał Alex beznamiętnym głosem, zsuwając z prawej dłoni rękawiczkę. Rzucił ją Tess. – Ja? Drugim oficerem na tym statku i nie będę słuchać żadnych bzdurnych tłumaczeń ani ze strony tej panny, ani żadnego innego pasażera. – Nie zamierzałem niczego tłumaczyć – zauważył Alex. Bez ostrzeżenia wysunął pięść i trafił marynarza prosto w szczękę. Ten upadł jak podcięte drzewo, uderzając głową o poręcz schodów. – Cholera! – potrząsnął kilkakrotnie dłonią Alex. – Mam nadzieję, że go nie zabiłem. Byłoby tyle korowodów z sądami. – Znowu był sobą. – Oddycha – orzekł,

trąciwszy leżącego czubkiem buta w żebra. – Nic pani nie zrobił? Bo jeśli tak, to ocknie się bez ślubnych klejnotów. – Nie. – Tess spoglądała z niedowierzaniem. Teraz żartuje, a przed chwilą powalił człowieka na deski jednym uderzeniem silnym jak cios obucha. – Mocno pan go uderzył. – Zasłużył. Gdybym go uderzył słabiej, rozsierdziłbym go tylko i stałby się jeszcze bardziej niebezpieczny. Gdzie go ukryjemy? – W kajucie – wskazała otwarte drzwi. Alex wciągnął wciąż nieprzytomnego do kajuty i ułożył go na boku. – Dojdzie do siebie. Tess usiadła na najniższym stopniu schodków. Nie była przyzwyczajona do przemocy. Mdliło ją. Ale Alex był wspaniały. Zamiast się bać, zaczynała go podziwiać. Potrafił być uprzejmy i życzliwy, a teraz ruszył w jej obronie jak przysłowiowy bohater z bajki. – Niech to będzie dla pani nauczką – odezwał się. – Nie warto spacerować po statku i wdawać się w pogaduszki z obcymi ludźmi. – Nie spacerowałam. I nie rozmawiałam. To on mnie zaczepił. – Pani jest zanadto ufna. Pozwoliła pani obcemu mężczyźnie oprowadzać się po Gandawie, spędziła pani noc z czwórką nieznajomych… – To niesprawiedliwe! Pan przewrócił mnie i zapewniał, że będę bezpieczna! – Właściwie jest pani nie tyle ufna, co łatwowierna. Cały podziw Tess dla Aleksa ulotnił się. Tymczasem z pokładu dobiegły odgłosy ożywienia. Ruchy statku zmieniły się. – Wchodzimy do portu. – Alex wspiął się na schodki i rozejrzał się. – Wracajmy na górę. Tess pokuśtykała za nim, zachowując tyle godności, na ile mogła się zdobyć. Marynarze zrzucali żagle, przygotowywali cumy. Nabrzeże rosło w oczach. Anglia. Na pewno z czasem poczuje się w niej jak w domu. Dotarli na swoje miejsce pod masztem. – Przepraszam, że byłem taki szorstki. Denerwowałem się, dlaczego pani tak długo nie wraca. Kiedy zobaczyłem, co się święci, myślałem, że go rozerwę na strzępy, jednak nie potrafiłbym zrobić mu krzywdy, gdy leżał bez przytomności. – Pańska reakcja była bardzo prymitywna. – Uniosła koszyk z kotkiem. – Kochane maleństwo, pewnie chcesz już znaleźć się na lądzie? Wujek Alex zaraz cię wyniesie – zaszczebiotała. – Niech pani przestanie mówić do niego jak do dziecka, bo wujek Alex naprawdę

zastanowi się, czy nie oddać go na skórkę do rękawicznika. – Spojrzał z ukosa. Doskonale wiedziała, że to czcza groźba. Wyglądało na to, że wyszła bez szwanku z tej niemiłej przygody. Żadnych chimer, omdleń prosto w jego ramiona w najbardziej nieodpowiednim momencie. Alex zaczynał podejrzewać, że sama poradziłaby sobie z napastnikiem, gdyby nie miała wyjścia. – Niech pani postawi koszyk. Sprowadzę kogoś, kto wyniesie nasze bagaże. Podszedł do relingu, poczekał, aż statek dobije burtą do nabrzeża i zostanie spuszczony trap. Pomachał na bagażowego i wrócił do Tess. Czekała cierpliwie tam, gdzie ją zostawił, rozglądając się z zainteresowaniem. Mała, szara zakonniczka, pomyślał. Miała poważną, trochę przerażoną minę. Na jego widok rozjaśniła się w radosnym uśmiechu. Ten uśmiech rozczulił go. Pozbawiona wszelkiej sztuczności radość Tess była jak kojąca pieszczota. Będzie mu jej brakowało. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek tak pomyśli o jakiejkolwiek kobiecie, szanowanej, czy też nie. – To wszystko, co tu stoi – wskazał bagażowemu, który w pierwszej kolejności chwycił koszyk z kotem. – Ostrożnie! – zaprotestowała. – Ja wezmę koszyk. – Alex podał Tess wolne ramię. Dziękował Bogu, że nie ma na statku nikogo z jego znajomych, kto widziałby go w tej chwili – nieświeżego po całonocnej przeprawie przez kanał, eskortującego kobietę o powierzchowności zakonnicy, z rudym kotem w koszyku. – Dziękuję. Jest pan taki miły. – Wcale nie jestem miły. Jestem zbyt samolubny, żeby zasługiwać na takie określenie. – Nieprawda. – Prawda. Poza tym jestem zbyt leniwy, żeby starać się być niemiły. – W to też nie wierzę. Być może nie za bardzo panu zależy. – Oczywiście, że mi zależy. – Na czym? Poza wygodą? – Na moich przyjaciołach. – Oddałby za nich życie, gdyby musiał, nigdy jednak im tego nie mówił. Nie ma potrzeby. Oni to wiedzieli. – Na zdobyciu interesujących dzieł sztuki. – I na honorze. To jeszcze jedna rzecz, o której nie mówił, ale z jej powodu żył tak, jak żył. – A na rodzinie? Cholera, uczepiła się tego tematu jak ten kot jego buta. – Nie.

Westchnęła cicho. Przyszło mu do głowy, że jest być może nietaktowny. Ona utraciła rodzinę. On zapewne opłakiwałby matkę i siostry, gdyby coś im się przytrafiło, ale nigdy nie życzyłby sobie widzieć ojca i brata. Przystanęli przed otwartymi zapraszająco drzwiami gospody Pod Czerwonym Lwem. Alex porozmawiał z właścicielem. Kazał przygotować do drogi powóz, zamówił gorącą wodę do mycia i śniadanie, a także zapłacił bagażowemu. Znaleźli się sami w przeznaczonym dla nich pokoju. – Przepraszam – odezwała się nagle Tess. – Pani przeprasza? Za co? – Przykro mi, że jest pan w nie najlepszych stosunkach z rodziną, i przepraszam, że podniosłam ten temat. Musi być panu trudno. – Niech pani się o mnie nie martwi. Wcale nie jest mi trudno. Ignoruję ich, a oni ignorują mnie. Rodziny się nie wybiera, ale tylko od nas zależy, jak często ją widujemy. Dom. Czy to rzeczywiście takie przyjemne miejsce? – zastanowił się. Może kiedyś było. Dopóty, dopóki ojciec nie doszedł ostatecznie do przekonania, że ma bezwartościowego syna, który nie zasługuje na to, żeby zostać jego dziedzicem. – A co by było, gdyby spotkało ich coś złego? – Nic złego im nie grozi. Mój ojciec jest silny jak wół. – A już na pewno ma wrażliwość wołu. – Niech pani się odświeży, potem zjemy i ruszamy w drogę.

ROZDZIAŁ SZÓSTY – Do widzenia, milordzie. Dziękuję za opiekę i za Noëla. Tess stała pod bramą klasztorną z walizką i koszykiem z kotem. Powinna dygnąć? Przecież to wicehrabia… Najchętniej zarzuciłaby mu ramiona na szyję i pocałowałaby go w te jego wiecznie skrzywione ironicznie usta. Uśmiechnęła się najładniej, jak umiała. Koniec. Ta przygoda jak z bajki skończona. – Da sobie pani radę? – Obite metalowymi okuciami dębowe drzwi nie wyglądały zachęcająco. – To miejsce nie sprawia wrażenia gościnnego. – Zakony sprawiają takie wrażenie z zewnątrz. – Wewnątrz też, niestety. – Wszystko będzie dobrze. Alex pociągnął łańcuch zwisający obok bramy. Gdzieś w oddali zadzwonił dzwonek. – Poczekam w powozie, aż pani wejdzie. Do widzenia, mała zakonniczko. – Pocałował ją przelotnie w policzek i oddalił się do powozu. – Kto tam? – zapytał suchy głos zza osłoniętego kratą okienka w drzwiach. Tess walczyła z rumieńcem, który spłynął jej na twarz. Gdyby tylko trochę poruszyła głową, ten pocałunek wylądowałby na jej ustach. To byłby jej pierwszy pocałunek w życiu. – Teresa Ellery. Matka przełożona spodziewa się mnie. Drzwi rozwarły się i weszła. Kiedy się zamykały, usłyszała odgłos kopyt końskich na bruku. Miała wrażenie, że zamyka się za nią brama więzienna. Kuśtykała za milczącą zakonnicą, która prowadziła ją ciemnym korytarzem do pokoju matki przełożonej. Zakonnica zapukała do drzwi, otworzyła je i gestem zaprosiła Tess do środka. Wszystkie pokoje matek przełożonych we wszystkich klasztorach są urządzone tak samo, pomyślała Tess. Ciemne ściany, mały kominek, solidne, proste biurko na środku z krzesłem ustawionym plecami do okna, żeby wzrok nie miał gdzie błądzić. – Panno Ellery, wyznam, że jestem w najwyższym stopniu zdziwiona pani widokiem. – Matka przełożona była chuda i blada. Tess przestraszyła się, czy nie jest chora. – Dobry wieczór, matko przełożona – dygnęła niezgrabnie, gdyż nadal bolała ją kostka. – Spóźniłam się…

– Widzę. – Zakonnica spojrzała w bok. Tess zorientowała się, że nie są same. Pod ścianą siedziała kobieta w średnim wieku, której widok wydał się Tess znajomy. – Spóźniłaś się… Pani Wolsey była na tym samym statku, którym przypłynęłaś z Ostendy. Oczywiście. To ta matrona, która patrzyła na mnie tak wrogo. – Pani Wolsey ma siostrzenicę w internacie szkoły klasztornej. Natychmiast rozpoznała ubiór noszony w sierocińcu w Gandawie. Zresztą pamiętała cię stamtąd. Tess zaczynało świtać, że sytuacja rozwija się w złym kierunku. – Spóźniłam się na statek do Ostendy w Gandawie. Upadłam na ulicy, skręciłam kostkę i… – I nawiązałaś znajomość z przygodnym mężczyzną. Nie musisz nic mówić. Twoje haniebne zachowanie nie uszło uwagi. Obejmował cię publicznie, spałaś w jego ramionach, poszłaś z nim do gospody. Jestem tym głęboko zniesmaczona, matka przełożona w Gandawie również będzie, kiedy jej o tym napiszę. – Wszystko wytłumaczę… – Dosyć! – Zakonnica uciszyła Tess wymownym gestem. – Nie pogarszaj sprawy swoimi kłamstwami. Nie ma u nas miejsca dla osoby twojego pokroju. Twoje pochodzenie jest wystarczająco gorszące, ale swoim zachowaniem przekroczyłaś wszelkie granice. Opuścisz nas natychmiast. – Jakiego pokroju? Nie zrobiłam nic złego. Mogę wszystko wytłumaczyć. Jestem niewinna. A co będzie z moją pracą? – Wnętrze pokoju zaczęło tańczyć Tess przed oczami. To nie może być prawdą. Była potwornie zmęczona. Bała się, że zemdleje. – Uważasz, że mogłabym cię polecić do jakiegokolwiek przyzwoitego domu? Jest tylko jednego rodzaju praca dla upadłych kobiet, więc idź i jej natychmiast poszukaj. Walcz, podpowiedział jej wewnętrzny głos. – Niczego złego nie zrobiłam. Nie jestem kochanką lorda Weybourn. Miałam wypadek, skręciłam nogę w kostce. On mi pomógł, jak już mówiłam. Myślisz, że chcę tu być dla przyjemności, zasuszona stara wiedźmo, pomyślała doprowadzona do rozpaczy. Gorszące pochodzenie, ty wredna kobieto. Dwoje kochających mnie rodziców? Jestem nieślubnym dzieckiem, ale czy to moja wina? – O tak, dobrze znamy lorda Weybourn – odezwała się spod ściany pani Wolsey. – Ma reputację hulaki. – Skąd pani wie? – Jak ta kobieta śmie sądzić Aleksa. – Wątpię, czy obraca się pani w tych samych kręgach co on. – Tess była bliska utraty panowania nad sobą. – Zuchwała dziewczyno – interweniowała matka przełożona – opuść nas

natychmiast. – Wyrzucanie grzesznika na ulicę przed nadejściem nocy nie godzi się z chrześcijańską miłością bliźniego! – Tess porzuciła wszelką ostrożność. – Złapała walizkę i koszyk z kotem, otworzyła drzwi. – Nie zostałabym tutaj, nawet gdybyście mnie błagały. Dobranoc. Usłyszała za plecami dźwięk małego ręcznego dzwonka i oburzony głos pani Wolsey. Doszła do drzwi wyjściowych, zanim zjawiła się przy nich siostra furtianka. Szczęknęły zasuwy. Tess wyszła za furtę, nie zamykając jej za sobą. Chwilę później drzwi zatrzasnęły się. Została sama na wyludnionej ulicy. – Teraz niech cię ogrzewa twoje święte oburzenie – szepnęła do siebie Tess. Klasztor przylegał do Golden Square. Na środku placu w świetle latarni zawieszonych nad wejściami do budynków bielała kamienna statua. Okryci starannie przed chłodem ludzie mijali ją w pośpiechu w gęstniejącej mgle. W oddali zastukały kopyta dorożkarskiego konia. Gdzieś blisko zegar wybił dziewiątą. Tess obciągnęła rękawy płaszcza. Rękawiczki nie chroniły od zimna, jakby wcale nie były z wełny. Czubki palców już miała zdrętwiałe. Chodnikiem szła kobieta. Tess podniosła swoje bagaże i pokuśtykała do niej. – Przepraszam, czy mogłaby pani powiedzieć mi, czy w tej okolicy znajdę jakiś nocleg? – Zejdź mi z drogi – syknęła w odpowiedzi kobieta – jeśli nie chcesz, żebym ci naznaczyła tę piękną buzię. Tess wycofała się. Kobieta zniknęła za rogiem, szeleszcząc halkami. – Dobry wieczór. – Na dźwięk męskiego głosu za plecami Tess przeszył dreszcz strachu. – Szuka pani towarzystwa? – Nie. Proszę odejść, bo napuszczę na pana mojego kota. Najlepiej byłoby złapać dorożkę i poprosić woźnicę, by zawiózł ją do jakiejś przyzwoitej noclegowni. Na ulicy będzie wciąż zaczepiana albo zamarznie. Wsunęła dłoń między fałdy spódnicy, sprawdziła, czy jest na swoim miejscu woreczek z pieniędzmi. Dzięki Aleksowi zaoszczędziła kwotę przeznaczoną na opłacenie przejazdu dyliżansem z Margate do Londynu. Oprócz tego miała kilka guldenów, które rano wymieni na funty. To był cały jej majątek. Tess modliła się, żeby noclegownia okazała się tania. – Co robi o tak późnej porze na ulicy samotna dziewczyna? – usłyszała bardzo blisko męski głos. Odwróciła się. Było ich dwóch. – Dobry wieczór. – Starała się nie okazywać strachu. – Czy mogliby panowie

pokazać mi, gdzie jest postój dorożek? – Pokażemy pani, pokażemy… – Zachichotał jeden z nich. – Pójdzie pani z nami. W taki zimny i wilgotny wieczór nie ma to jak wygodny fotel przy kominku i butelka najlepszego koniaku pod ręką. Alex wyciągnął stopy w stronę ognia i zamieszał zawartością szklanki tuż pod nosem. Po kolacji zamierzał zająć się korespondencją, a potem poczytać książkę. Ciekawe, co porabia Tess w tym ponurym klasztorze, mimowolnie zastanowił się. Na pewno skąpią jej węgla do palenia. O brandy po skromnej kolacji mowy nie ma. Na pewno szybko znajdą jej dobrą pracę, w której będzie sobie na niej ostrzyła język jakaś sekutnica albo molestowali ją starsi bracia jej podopiecznych. Czy on mógłby znaleźć jej jakieś zatrudnienie? Rzecz w tym, że nie zna na tyle dobrze żadnej szacownej pani domu, żeby poprosić ją o pracę dla nieznanej młodej kobiety bez wzbudzania podejrzeń wynikających z jego reputacji. Wyobraźnia podsunęła mu widok jej doskonale owalnej twarzy, niewinnych niebieskich oczu i maleńkich, miękkich ust… Nie zawracaj sobie nią głowy, nie twoja sprawa, upomniał się Alex i sięgnął po stos listów posegregowanych przez jego sekretarza, Williama Blanda. – Korespondencja w sprawach finansowych wraz z kwitami leży na pańskim biurku. Nie ma tam niczego pilnego. Przyszło kilka zaproszeń, chociaż data pańskiego powrotu była niepewna. Osobno odłożyłem korespondencję prywatną i jej nie otwierałem. Do „prywatnych” William zaliczył te wszystkie listy, które opieczętowano kolorowym lakiem i napisano na perfumowanym papierze. Zdecydowanie mogą poczekać. Alex sięgnął po zaproszenia. Dało się słyszeć stukanie kołatki. Dziwne. Nikt przecież jeszcze nie wie o jego obecności w Londynie. Zaczął nasłuchiwać odgłosów z holu. Ponieważ często przebywał poza domem, nie zatrudniał odźwiernego. Jego obowiązki pełnił młodszy z dwóch lokajów, MacDonald. Rozmawiał z kimś. Alex wsunął stopy do butów. MacDonaldowi brakowało doświadczenia, ale i tak coś za długo nie potrafi pozbyć się nieproszonego gościa. Alex wstał. W tym samym czasie otwarły się drzwi. – Przyszła niejaka panna Ellery, jaśnie panie. Mówiłem jej, że pana nie ma w domu, lecz ona odpowiedziała, że usiądzie na schodach i poczeka, aż pan wróci. Poprosiłem, żeby usiadła we frontowym pokoju, ponieważ wygląda na damę… Co, u diabła, robi tutaj ta nieszczęsna dziewczyna?

– Wprowadź ją. Alex przypomniał sobie, że w domu nie ma nikogo z żeńskiej służby. Kucharka i gospodyni w jednej osobie, pani Semple, oraz pomywaczka przychodziły tylko w ciągu dnia. To się stawało krępujące, im dłużej się zastanawiał… – Na Boga, Tess, co się stało? Chwiała się lekko na nogach. W jednej ręce trzymała koszyk z kotem, w drugiej walizkę. Włosy miała potargane, na lewym policzku czerwone stłuczenie. – Przepraszam, że pana niepokoję o tej porze. Tylko że… Oczy uciekły w górę, nogi ugięły się. Alex zdążył złapać ją, zanim upadła. Zaniósł ją zaraz na szezlong pod ścianą. Zaciskał zęby, żeby nie bluznąć wiązanką przekleństw. – MacDonald, skocz po Byfleeta, niech przyniesie apteczkę podręczną, a Phippsa wyślij po doktora Holta… Sam idź do mieszkania pani Semple i powiedz jej, że ją proszę, żeby przyszła zanocować. Ruszaj się! Przykucnął przy szezlongu i patrzył na nią z troską. Przyszła o własnych siłach, wykłócała się z MacDonaldem. Nie może być poważnie ranna. Mimo to chętnie przyłożyłby temu, kto jej to zrobił. Pojawił się Byfleet, na bocznym stoliku położył tackę z kompresami z gazy, rozstawił buteleczki i słoiczki z preparatami, których uzdrowicielską moc Alex wypróbował na własnych pięściach, kiedy przesadził z pojedynkami bokserskimi. – To panna Ellery, młoda dama, którą eskortowałem podczas podróży z Gandawy. Powinna być teraz w klasztorze przy Golden Square, gdzie ją, prawdę powiedziawszy, zostawiłem. Nie mam pojęcia, jak się tu znalazła ani dlaczego, ale wystarczy spojrzeć na jej twarz. Kamerdyner, który nigdy nie tracił zimnej krwi, nachylił się nad leżącą. – Paskudnie to wygląda. Ośmielę się stwierdzić, że musiała mocno uderzyć twarzą o ceglany mur. Proponuję, abyśmy zdjęli z niej wierzchnie okrycie, milordzie, a potem oczyszczę ranę. Razem zdjęli z Tess kapelusz, płaszcz i buty. Jeden był niezasznurowany, ten na obandażowanej w kostce stopie. – Jest bez rękawiczek, milordzie – zauważył Byfleet, podsuwając Aleksowi pod oczy prawą dłoń Tess, Alex zauważył krew pod paznokciami. – Chyba podrapała napastnika. – Dobrze zrobiła – mruknął Alex. Byfleet zabrał się do oczyszczania rany, a Alex przytrzymywał miseczkę z wodą. – Jak myślisz, zostanie jej blizna na twarzy?

– Nie sądzę, milordzie. Skóra jest cała. Kość policzkowa też nie została naruszona. Tess obudziła się. – Niech pani leży spokojnie. To Byfleet, mój kamerdyner. Opatruje pani twarz. Doktor i moja gospodyni zaraz tu będą. Czy ma pani jeszcze inne obrażenia, oprócz tych na twarzy? – Bardzo mnie boli kostka… Musiałam biec… I ramię… Złapali mnie za ramię, wyrwałam się i z rozpędu uderzyłam o mur. Więc napastników było więcej, nie tylko jeden. A ona jest taka bezbronna, pomyślał Alex. Bez wahania udusiłby tych łotrów. Byfleet odwinął tymczasem bandaż z kostki. – Lekarz będzie musiał na to spojrzeć, milordzie. Opuchlizna jest rozległa. – Kto to był? – Alex starał się hamować gniew w głosie. – Nie wiem. Nagle podeszło do mnie dwóch rzezimieszków… Myśleli, że pójdzie im łatwiej… – Jak pani im uciekła? – Jednego kopnęłam w krocze, a drugiemu dałam walizką po głowie. Uciekając, spotkałam fiakra. Zatrzymał się, bo wysadził pasażera, więc wskoczyłam do środka. – Dobrze pani zrobiła. – Kto by pomyślał? Bezbronne chucherko, dodał w myślach. – Nie rozumiem tylko, dlaczego znajdowała się pani na ulicy zamiast pod kołdrą w celi klasztornej. – Dlatego że jestem kobietą upadłą… Nazwano mnie pańską kochanką, więc nie nadaję się do pracy u porządnych ludzi. – Co? – Na statku była znajoma matki przełożonej, która rozpoznała mnie i obserwowała nas razem na pokładzie. Spałam na pana kolanach, o ile pan pamięta. – Przymknęła oczy. Ze zmęczenia, bólu – czy wstydu? – zadał sobie w duchu pytanie. Jak śmiano ją tak potraktować? Ona jest uosobieniem niewinności. To on przez dwa dni i dwie noce walczył z lubieżnymi myślami… – Matka przełożona wyrzuciła mnie na ulicę. Nie wiedziałam, co ze sobą począć… – Głos jej się załamał. – Przepraszam, że sprawiam panu kłopot. Jutro, za dnia, znajdę sobie jakieś lokum. Hałas w holu oznajmiał przyjście doktora Holta i pani Semple. Alex, nie odstępując Tess, wyjaśnił im, co się wydarzyło. – Biedactwo! – wykrzyknęła gospodyni, rzucając kapelusz i płaszcz lokajowi. –

Będę asystowała doktorowi podczas badania. – Wygoniła Aleksa i Byfleeta z pokoju, jakby byli małymi chłopcami plączącymi się jej pod nogami. W holu Alex uspokoił się. Tess znajdowała się w dobrych rękach, ale jemu dokuczała bezczynność, tymczasem jedynym, co mu przychodziło do głowy, było pójść do klasztoru i nawymyślać matce przełożonej, a potem przemierzać ulice Soho w poszukiwaniu mężczyzny z podrapaną twarzą. Wiedział, że i jedno, i drugie byłoby bez sensu. Zresztą on nie ponosi za nią odpowiedzialności. Dowiózł ją do Londynu zdrową i całą. Nie, na litość boską! Oczywiście, że ponosi za nią odpowiedzialność. Gdyby nie uznał, że będzie zabawnie spędzić podróż w towarzystwie tej naiwnej dziewczyny, nigdy nie znalazłaby się w tarapatach. – Postawię na nogi personel kuchni, żeby przygotowali jakąś zupę, milordzie – powiedział Byfleet i zniknął za kuchennymi drzwiami. Aleksowi zrobiło się wstyd, że kamerdynerowi przyszło do głowy coś pożytecznego, podczas gdy on myślał tylko o tym, jak komuś nawymyślać albo kogo pobić. Miał chęć kopnąć wieszak na kapelusze, ale opanował się. Poszedł do bawialni, gdzie postanowił cierpliwie czekać na to, co powie doktor.

ROZDZIAŁ SIÓDMY Dziesięć minut później doktor Holt siedział przed kominkiem z kieliszkiem brandy. – Młoda dama doznała bardziej szoku niż uszczerbku na zdrowiu. Nie doszło do… żadnej napaści cielesnej, jeśli pan rozumie, co chcę powiedzieć. Siniaki na twarzy znikną bez śladu, choć chwilowo mogą ją bardzo szpecić. Jeśli chodzi o skręconą kostkę, ponownie nadwyrężona będzie jej przez jakiś czas dokuczać. Dopóki nie ustąpi opuchlizna, musi się oszczędzać. – Biedna kuzynka Teresa – westchnął Alex. – Kuzynka? – doktor zaciągnął się zapachem trunku w kieliszku. – Doskonały koniak. Nie zachęcałem panny Ellery do zwierzeń ze względu na obrażenia twarzy. – Przyjechała do Londynu do starej przyjaciółki z nadzieją, że ta załatwi jej posadę guwernantki – improwizował Alex. – Nie zastała jej w domu i nie wiedziała, co z sobą począć, znalazła się w niewłaściwym miejscu o zdecydowanie niewłaściwym czasie. Jestem jej dalekim krewnym. W zdenerwowaniu nie potrafiła sobie przypomnieć żadnego innego adresu oprócz mojego. Odeślę ją swoim powozem do domu, kiedy tylko dojdzie do siebie. – Niefortunnie się składa, że jest pan kawalerem – zauważył doktor Holt. – Ale nikt nie wie o obecności panny Ellery w pańskim domu. Ma pan znakomitą gospodynię w osobie pani Semple. Czy doktor uwierzył, że Tess jest kuzynką Aleksa? Zresztą to i tak nie miało znaczenia zważywszy, że nawet najbliższa krewna nie miała prawa przebywać w kawalerskim domu, mając za przyzwoitki tylko służących. – Cholernie niefortunnie – zgodził się Alex. – Ale nic na to nie poradzę o tak późnej porze. Cieszę się, że zastałem pana w domu i nie musiałem prosić kogoś, na czyjej dyskrecji nie mógłbym polegać. Ostatnie zdanie było ostrzeżeniem. Doktor powinien trzymać język za zębami, jeśli nie chciał utracić jednego ze swoich utytułowanych klientów. Tym bardziej że chodziło o ubogą krewną, a nie o damę, która mogła stać się obiektem fascynujących domysłów. Rozległo się pukanie do drzwi, weszła gospodyni. – Przygotowałam łóżko w niebieskiej sypialni, milordzie. Mam poprosić

MacDonalda żeby zaniósł młodą damę na górę? – Zaraz do was dołączę. – Alex uścisnął dłoń doktorowi, odprowadził go do wyjścia i wrócił do gabinetu. Tess leżała wsparta na poduszkach na szezlongu. Miała bladą twarz, na opuchniętym policzku coraz wyraźniej uwidoczniały się czerwone i fioletowe plamy. – Zaniosę panią do przeznaczonego dla niej pokoju. Rano poczuje się pani lepiej. – Przykro mi, że narobiłam takiego kłopotu – tłumaczyła się Tess. – Niech pani przestanie nieustannie przepraszać. Niosąc ją na górę, uważał, żeby nie uderzyła bolącą stopą o ścianę. Dzisiejszego wieczoru problem był rozwiązany, ale do jutra musi obmyślić jakiś plan. Tess powinna opuścić jego dom. – Tu jest pani pokój. – Popchnął ramieniem drzwi do niebieskiej sypialni. Ogień pod kominkiem trzaskał wesoło, łóżko było rozesłane. Hannah Semple pomyślała nawet o tym, żeby przynieść mały stołeczek, który miał w łóżku chronić bolącą stopę Tess przed ciężarem koców. – A co z Noëlem? – Zajmę się nim – obiecał Alex, spoglądając we wpatrzone weń intensywnie niebieskie oczy Tess. Nie wiadomo, dlaczego zabrakło mu nagle tchu. Szwankuje mi kondycja, pomyślał. Muszę umówić się z Jacksonem na kilka treningów. – Dziękuję. – Zacisnęła ramię, którym obejmowała go za szyję i zanim się zorientował, co się święci, przytknęła swoje miękkie wargi do jego ust. Alex starał się nie ulec pokusie, ale było to doznanie oszałamiające jak smak najlepszego szampana albo dojrzałych w pełni lata jagód. Przesunął językiem wzdłuż jej zamkniętych warg. Westchnęła cicho i rozwarła je. Jej zachowanie było niewinne, ale Alex czuł, że trzyma w ramionach nie niedojrzałe dziewczątko, tylko dorosłą, zmysłową kobietę, która podąża za naturalnym instynktem, i ze zdziwieniem stwierdził, że jej zachowanie bardziej go podnieca niż pocałunki doświadczonych kobiet. Objął ją silniej, jednym susem dopadł łóżka, z ustami wciąż na jej ustach. Rozplecione włosy Tess muskały nadgarstek jego prawej ręki. Były dokładnie takie jedwabiste i miękkie, jak sobie wyobrażał. Gdyby całkiem je rozpuściła, sięgałyby zapewne pasa. Jakże chciałby poczuć ich dotyk na swojej obnażonej piersi… Uderzył stopą o słupek łóżka. To go otrzeźwiło. Zdał sobie sprawę z tego, co robi i z kim. Oderwał głowę, położył Tess na poduszkach i cofnął się, jak gdyby odciągnięty łańcuchem. – Przepraszam, nie chciałem.

Wiedział, że to naiwne tłumaczenie. Co się z nim dzieje? Zazwyczaj nie bywa taki nieporadny. – To moja wina – powiedziała. Drżała, mieniła się na twarzy, oczy miała szeroko rozwarte. Siniak na policzku stał się przez to jeszcze bardziej widoczny. – Chciałam panu podziękować… Zamierzałam pocałować pana w policzek. Oczywiście. To on źle zrozumiał jej niewinne intencje, a teraz ona brała winę na siebie. – Tess… – Dziękuję, milordzie. – Weszła uśmiechnięta Hannah, energiczna i rzeczowa. Wypraszała go. Znali się od dzieciństwa. Było jasne, że nie pozwoli mu na żadne niestosowne zachowanie. – Może pan zostawić pannę Ellery pod moją opieką. – Dobranoc, panno Ellery – powiedział Alex oficjalnym tonem. – Pani Semple zajmie się panią, jak należy, może być pani pewna. – Położę się spać w garderobie, milordzie. Drzwi pozostawię otwarte. Gdyby w nocy coś zaalarmowało pannę Ellery, będę pod ręką. Z pogrzebaczem w dłoni, gotowa prześwięcić nim każdego rozochoconego faceta, dokończył w myślach Alex. Uśmiechnął się i bez słowa wyszedł. Potrzebował napić się brandy albo wziąć kąpiel w zimnej wodzie na dziedzińcu. Wybrał brandy. Zdążył usiąść w gabinecie i unieść szklaneczkę z brandy do ust, gdy z wiklinowego koszyka pod kominkiem rozległo się przeciągłe miauczenie. – Dajesz o sobie energicznie znać, Noëlu – powiedział Alex i otworzył koszyk. Jak to się stało? – zastanowił się. Nie wiadomo, kiedy w jego uporządkowane życie wkroczyła niby-zakonnica z małym kotem i cały dom stanął na głowie. Ciekawe, czy gospodyni widziała? Tess zdawała sobie sprawę z tego, że nie wystarczy zamknąć oczy i udawać, że pocałunku nie było. Napotkała spojrzenie pani Semple i nie wyczytała w nim niczego poza zatroskaniem. – Przyniosłam koszulę nocną. MacDonald zachował tyle przytomności, kiedy po mnie przyszedł, że powiedział mi, po co jestem wzywana. Pomyślałam więc, że na wszelki wypadek zabiorę pewne rzeczy. Pomogę pani przebrać się i położyć, panno Ellery. Dobrze? Tess pomyślała, że pani Semple nie była dużo od niej starsza. Wydała jej się nawet trochę za młoda jak na gospodynię. – Czy pan Semple służy tutaj jako kamerdyner? – zapytała, chcąc nawiązać uprzejmą rozmowę. – Jestem wdową, panno Ellery. Nie mieszkam w tym domu. Przebywają tu

wyłącznie mężczyźni. – Pani tak młodo wygląda… Przepraszam za nietaktowne pytanie, jestem trochę rozkojarzona. – Wcale się nie dziwię. Mój mąż został zabity pod Waterloo. Był masztalerzem starszego pana, ale został powołany do wojska. – Otuliła Tess przykryciem. – Co mam przynieść pani do jedzenia, panno Ellery? Może omlet, chleb z masłem i herbata? – Brzmi wspaniale, dziękuję. – Tess zamknęła oczy, odchyliła się w tył i oparła na poduszkach. Nie była pewna, czy doczeka się jedzenia. Powieki zaraz jej opadły. – Śpi. – Hannah Semple zamknęła za sobą drzwi gabinetu i usiadła w fotelu naprzeciwko Aleksa. – A co my tu jeszcze mamy? – To Noël – odpowiedział Alex, głaszcząc kota, który mruczał głośno. – Wyruszyłem na kontynent sam i miałem nadzieję, że również sam powrócę, tyle że wzbogacony o zakupione dzieła sztuki… Tymczasem przywiozłem kota i zakonnicę, która właściwie żadną zakonnicą nie jest. – I co teraz, Aleksie, mój chłopcze, zamierzasz z nimi począć? – zapytała. – Miałem nadzieję, że ty mi coś poradzisz, Hannah. Lubił ją. Bawili się razem w dzieciństwie. Była córką rządcy w Tempeston. Patrzył. jak wyruszała za mężem, Williem Semple’em na wojnę. Alex i ona mieli wtedy zaledwie siedemnaście lat. Pięć lat później napisała do niego, bowiem wróciła do Anglii jako wdowa i szukała posady. W obecności pozostałej służby zachowywała należyty dystans; kiedy byli zaś sami, stawała się po prostu starą przyjaciółką. – Podejrzewam, że skończy w twoim łóżku – stwierdziła. – Zauważyłaś…? – Skrzywił się. – Chciała mnie pocałować na dobranoc w policzek… a stało się inaczej… Ona jest taka niewinna. Nie mógłbym ot, tak wziąć jej do łóżka. – Zgadzam się z tobą, jest zielona jak wiosenna trawa, wystarczy na nią popatrzeć. A mimo to pocałowałeś ją. – Alex wyczuł naganę. – Co ona robi w Londynie? Alex opowiedział całą historię. – Muszę znaleźć jej przyzwoite zatrudnienie – zakończył. – Nie mógł teraz zostawić jej własnemu losowi. – Przede wszystkim nie może tutaj mieszkać – upomniała go Hannah. – Zabiorę ją jutro do swojego mieszkania, o ile jej stan na to pozwoli. Mam wolny pokój, nic

nadzwyczajnego, ale będzie bezpieczna, będzie jej wygodnie i zachowa dobre imię. Wtedy dopiero zaczniemy szukać jej zatrudnienia. Aleksowi spadł kamień z serca, choć ku swojemu zaskoczeniu, bardzo żałował, że Tess go opuści. – Oczywiście zapłacę za jej lokum i wszystko, co okaże się niezbędne, żeby je urządzić. Trzeba też będzie kupić jej jakieś przyzwoite ubranie. Nie mam pojęcia, jak te zakonnice mogły ją wypuścić o tej porze roku w takim podszytym wiatrem paletku. – Zajmę się tym. Może i wiesz, jak urządzać rajskie ptaki w ich złotych klatkach, ale nie masz pojęcia, czego potrzebują przyzwoite młode kobiety w skromnych mieszkaniach. Porozmawiajmy teraz o twoich planach. Dokąd się wybierasz na Boże Narodzenie? – Zostaję tutaj. Przyjdziesz na świąteczny obiad? – Nie, ale dziękuję za zaproszenie. Jak co roku wyjeżdżam do rodziców męża. Chciałabym – westchnęła – żebyś wreszcie pojechał do domu, ty uparciuchu. – Tu jest mój dom. Zresztą nie jestem mile widziany w rodzinnym gnieździe. – Minęło już dziesięć lat, Aleksie. – Hannah patrzyła w ogień i unikała jego wzroku. – Czy nie czas na wybaczenie? – Jeszcze nie jestem na to gotowy. – Chodzi nie tylko o niego, ale i o ojca. – Kiedyś będziesz musiał wrócić. Jesteś spadkobiercą rodu. – Któryś z nas musi wcześniej umrzeć. Jeśli ja, to mam nadzieję, że znajdzie się dla mnie miejsce w rodzinnej krypcie. – Uśmiechnął się, żeby jej pokazać, że jest mu wszystko jedno i ta rana już go nie boli. – Ty i stary hrabia jesteście jednakowo uparci. – Potrząsnęła z rezygnacją głową Hannah. – Powinieneś ożenić się i zapewnić ciągłość rodu. Sądzę, że lord Moreland byłby niepocieszony, że jego młodszy syn nie doczeka się sukcesji. – I musiałby zmienić zdanie na mój temat? Byłoby to rzeczywiście przewrotne. Ale nie pomyślałaś, co by się stało, gdyby okazało się, że nie nadaję się na męża i ojca tak samo jak on? – Niemożliwe! – Uśmiechnęła się i znowu odzyskała swoją zwykłą pogodę ducha. – Nikt nie może być równie zły jak on… A teraz idę do łóżka. Mam nadzieję, że tej miłej dziewczynie nie przyśnią się żadne koszmary. Po wyjściu Hannah Alex głaskał kota i patrzył w zamyśleniu na dogasający na kominku ogień. Nie wątpił, co usłyszałby od Tess: Boże Narodzenie to najlepszy czas na pojednanie z rodziną i wzajemne przebaczenie. Dobrze, że wkrótce ona opuści jego dom. Jeszcze przekonałaby go, że to prawda.

– Muszę pożegnać się z lordem Weybourn – powiedziała Tess. – I podziękować mu. – Możesz przesłać mu liścik. Powinnyśmy się pospieszyć. Po dotarciu na miejsce zastanowimy się nad zakupami. Pani Semple mocowała przykrycie koszyka, w którym siedział Noël. W drzwiach ukazał się MacDonald z należącą do Tess walizką, którą miał zanieść do dorożki. – Nie mam pieniędzy na zakupy – ośmieliła się zauważyć Tess. – Jego lordowska mość zapłaci. – Pod warunkiem że to będzie pożyczka. Gdy dostanę pracę i otrzymam pierwszą pensję, oddam mu. Pani Semple wydała dźwięk, który równie dobrze mógł być oznaką zgody, co niedowierzania. – Nie jestem jego kochanką. To, co pani widziała wczoraj wieczorem… – Było zupełnie niewinnym zachowaniem z pani strony. Wiem. – Gospodyni uśmiechnęła się. – Z obu stron. – On jest mężczyzną i podejrzewam, że niewinność utracił wiele lat temu, panno Ellery. Niech się pani nie najeża, on nie jest drapieżnikiem polującym na niewinne dziewczęta, nie uwiedzie pani. Ale jest mężczyzną, a pani kobietą… i to ładną, chociaż ten ubiór, który ma pani na sobie, skutecznie to maskuje. Gdyby nie zauważył pani urody, martwiłabym się o stan jego zdrowia. – Pani zna bardzo dobrze lorda Weybourn! – Parsknęła śmiechem Tess. – Od szóstego roku życia. Mój ojciec był rządcą w majątku hrabiego Morelanda. Alex to przyzwoity człowiek, chociaż uparty jak muł. – Pani martwi się o niego, prawda? Co złego dzieje się w jego rodzinie? – To historia, którą on musi sam pani opowiedzieć. Mogę tylko tyle zdradzić, że on robi sobie wyrzuty z tego, że znalazła się pani w niebezpieczeństwie. Zrobi mu pani przykrość, jeśli będzie pani nalegała na zwrot pieniędzy wydanych na różne drobiazgi i przyzwoite ubranie dla pani. – Skąd mógł wiedzieć, że wyniknie z tego jakiś problem? On nie ponosi żadnej winy – zaprotestowała Tess. – Gdyby odprowadził panią w odpowiednim czasie do portu w Gandawie, nic by się nie wydarzyło. Wiem, że pani nalegała, by tak się stało. Nic nie poradzimy na to, że Alex Tempest ma przerośnięte poczucie odpowiedzialności, chociaż udaje, że nic go nie obchodzi. Więc proszę się zdecydować – będzie go pani wpędzać w poczucie winy czy przełknie pani swoją dumę i przyjmie choćby przyzwoite ubranie?

– Zgoda, nie będę się sprzeciwiać… Ale czy zbyt eleganckie ubranie będzie odpowiednie dla osoby poszukującej pracy w charakterze guwernantki? – Zobaczymy. Przypuszczam, że gdy lord Weybourn zajmie się poszukiwaniem, dostanie pani o wiele lepszą posadę niż ta, którą mogłyby znaleźć zakonnice. – Pani Semple spojrzała taksująco na Tess. – Tak. To pewne. – Uśmiechnęła się. – Mów mi po imieniu, mam na imię Hannah.

ROZDZIAŁ ÓSMY – Co z kawą? – zdenerwował się Alex. W jadalni nie było lokaja, dzbanek z kawą stał pusty, na stole brakowało grzanek, ogień pod kominkiem dogasał. Alex miał dwie ręce i nie ujmowałoby mu godności, gdyby sam dorzucił parę węgli na palenisko, ale nie o to chodziło… Wstał, dołożył do ognia i pociągnął energicznie za taśmę dzwonka. Cisza. Wyjrzał do holu. Nikogo nie było, frontowe drzwi wciąż były zaryglowane. W Londynie zdarzało się, że włamywacze plądrowali domy, uprzednio związawszy służbę, i uchodzili ze srebrną zastawą, a właściciel o niczym nie wiedział przez wiele godzin po fakcie. Alex wyjął swoją laskę ze stojaka w holu i skierował kroki ku służbowemu przejściu pod schodami. Krzywiąc się za każdym razem, gdy skrzypnął stopień pod stopami, zszedł na dół. Nagle ciszę przerwał wielki łoskot i brzęk naczyń. Ostatnie trzy schody Alex pokonał jednym susem. W kuchni, tyłem do niego, stała kobieta w zielonej sukni. Alex zauważył pokaźną kokardę fartucha, którym była przepasana. Ciemne, lśniące włosy wymykały się spod wielkiego białego czepka. W ręku trzymała wygięty widelec, służący do opiekania grzanek, u jej stóp leżało na podłodze kilka pokruszonych kromek chleba. – To pani? – zapytał zdziwiony. Odwróciła się. – Och, nie! To pan… – Ja. – Alex odstawił laskę do kąta. – Co pani tu robi, poza tym, że marnuje chleb i niszczy sprzęt kuchenny? I gdzie jest pani Semple? Przeraził się wyglądem jej twarzy. Siniak mienił się kolorami od żółtego po fioletowy, oko wciąż otaczała czarna obwódka, jakkolwiek o wiele bledsza niż poprzednio. – Hannah zaziębiła się i leży w łóżku z bólem głowy, a ja próbuję przygotować panu śniadanie. Dobrze mi szło, prawda? Jadł pan szynkę? Jajka? Kiełbaski? Rogaliki też chyba mi się udały. Nie zdążyłam tylko z kawą, a Noël zwalił ze stołu chleb. Widelec wygiął się, bo się na nim oparłam, kiedy chciałam pozbierać okruchy z podłogi. – Gdzie są MacDonald i Phipps? No i Byfleet na dodatek?

Na końcu stołu leżały cztery nakrycia, a na nich resztki niedojedzonego śniadania. – MacDonald pobiegł po kawę i chleb. Phippsa posłałam do mieszkania Hannah z lekarstwem, o które prosiła. Byfleet poszedł na Jermyn Street kupić parę koszul. – Mógłbym się dowiedzieć, skąd ta nagła potrzeba zakupu koszul o tak wczesnej rannej porze? – Pańskie czyste koszule leżały w koszu w pralni, gdzie czekały na uprasowanie. Znalazł je tam Noël. – Aha. – Byfleet nie był taki powściągliwy, kiedy to odkrył. Mogę zaparzyć herbaty i zanieść panu na górę, jeśli pan sobie życzy. – Nie, nie życzę sobie. Usiądę tu i będę siedział tak długo, aż się dowiem, dlaczego mojej zazwyczaj dobrze zorganizowanej gospodyni zabrakło kawy i dostała bólu głowy, chociaż odkąd ją znam, nigdy nie cierpiała na podobną przypadłość… Poza tym chętnie poznam powody, dla których przysłała panią, żeby zajęła się moim domem pod jej nieobecność. – Hannah miała ostatnio sporo na głowie. Mogła przeoczyć brak kawy w kredensie. Wczoraj wieczorem prawie się nie odzywała ze zmęczenia… – Jadła pani śniadanie? – Alex przysunął do siebie słoik z miodem i posmarował sobie nim chleb. – Jadłam. – Tess zaczęła zbierać ze stołu brudne naczynia, żeby je odnieść do zmywania. Alex zauważył, że już nie kuleje. – Hannah powiedziała, że pomywaczka przychodzi później. – Skoro tak powiedziała… Tess, niech pani usiądzie. Usiadła, schludna, opanowana, w nowej sukni i nieskazitelnie czystym, białym fartuchu. Złożyła dłonie na podołku i przyglądała mu się z ukosa jak ciekawski ptak albo dziecko czekające na to, co ma do powiedzenia dorosły. Potulna i uważna. Skąd wzięło się u niego podejrzenie, że ona stroi sobie z niego żarty? – Pani nie powinno tu być. – Alex uważał, że sprawa jest bezdyskusyjna. – Jestem dobrą kucharką… Pan nigdy by się nie zorientował, że tu jestem, gdyby nie zabrakło kawy i grzanek. – Alex otworzył usta, żeby coś wtrącić, ale ona nie miała zamiaru słuchać. – A zresztą kto się dowie? – Ja. Pani nie jest służącą. – I dla mnie jest nie do przyjęcia, dodał w myślach. – Zastępuję pańską gospodynię. To równie szacowne zajęcie jak stanowisko guwernantki w wielu domach. – To nie jest zajęcie dla niezamężnej damy. Zawołam dorożkę, żeby odwiozła

panią do domu. Naraz drzwi do kuchni otworzyły się i wszedł Phipps. Znieruchomiał na widok Aleksa. – Dzień dobry, milordzie! – Zerwał czapkę z głowy. – Dzień dobry. Jak się ma pani Semple? – Nie za dobrze. Nie widziałem jej, rozmawiałem tylko z jej gospodynią, panią Green. Mówiła, że grypa zaatakowała jeszcze dwie inne jej lokatorki. – Muszę do niej pójść. – Tess już zaczęła ściągać fartuch i czepek. – Nie musi pani. Pani Green twierdzi, że da sobie radę sama ze swoją córką, a pani Semple wolałaby, żeby pani nie wracała, gdyż mogłaby się pani zarazić od niej. Kazała spakować pani rzeczy i je tutaj przynieść. – Wykluczone. Pani nie może tu zostać – zaprotestował Alex. Do kuchni weszła chuda kobieta. – Dzień dobry. Już rozpaliłam pod kotłem… Och! – Stanęła jak wryta na widok Aleksa i Tess. – A gdzież to pani Semple? Jestem Nelly Hodgkins, przychodzę zrobić cotygodniową przepierkę. – Pani Semple jest chora – uprzedziła Aleksa Tess. – Proszę robić, co do pani należy. – Dobrze, proszę pani. – Nazywam się panna Ellery… – Przyniosłem kawę i trzy bochenki chleba… Jaśnie pan? – MacDonald postawił na stole koszyk z zakupami. Za nim do kuchni wślizgnęła się chuda dziewczyna. – Ty jesteś Annie, prawda? Możesz już zacząć zmywać po śniadaniu – przywitała ją Tess. Alex wstał, żeby zamknąć drzwi. Miał nadzieję, że nikt już więcej nie przyjdzie, a z zewnątrz wiało chłodem. Napotkał na opór krzepkiego osobnika w znoszonym kapeluszu. – Dzień dobry wszystkim. Przyniosłem piękne kotlety jagnięce dla pani Semple. Tess zaprosiła go gestem do środka, a do Aleksa powiedziała: – Potrzebuje pan gospodyni, milordzie. – Klasnęła w dłonie. – Annie, podejdź na chwilę. Słuchajcie, pani Semple jest chora na grypę, ja nazywam się panna… pani Ellery i będę gospodynią pod jej nieobecność. Phipps, proszę nastawić czajnik z wodą na kawę dla jaśnie pana. MacDonald, możesz zacząć opiekać grzanki. Pan? – zwróciła się do rzeźnika. – Burford, proszę pani. – Pan zaczeka…

– Proszę przyjść do mojego gabinetu po śniadaniu, pani Ellery – odezwał się Alex. Kogo jeszcze diabli przyniosą? Schylił się po kota, który zabawiał się sznurowadłami u butów rzeźnika, i wycofał się na górę, pragnąc zachować tyle godności na ile ta niecodzienna sytuacja pozwalała. – Jestem niepotrzebny we własnej kuchni, widzisz Noël? I co ja teraz z nią pocznę? Noël w odpowiedzi ugryzł Aleksa w palec. Dzbanek świeżo zaparzonej kawy, gorące grzanki i ostatni słoik najlepszej, według zapewnień Phippsa, konfitury truskawkowej pani Semple na pewno ukoją męskie cierpienia w porze śniadaniowej. Z takim przekonaniem Tess szła na górę, ale w połowie schodów przypomniała sobie o fartuchu, więc wróciła do kuchni, żeby go zdjąć. Poprawiła czepek, który miał tendencję do przekrzywiania się na wysoko zaczesanych włosach. – Dobrze pani wygląda, panno… pani Ellery – dodał jej odwagi MacDonald z uśmiechem, który potwierdzał, że wyglądała na osobę potrzebującą duchowego wsparcia. Kilka chwil później zapukała do drzwi gabinetu Aleksa. – Wejść. – Zaproszenie nie brzmiało zbyt zachęcająco. Może niepotrzebnie podała konfiturę. Zbyt grubymi nićmi szyta próba przypodobania się. Weszła, mając nadzieję, że poradzi sobie łatwiej niż wtedy, gdy ją wzywała matka przełożona. Zdobyła się na pewny siebie uśmiech, aż zabolał ją policzek. – Słucham, milordzie. – Dygnęła, złożyła dłonie i stanęła w oczekiwaniu. – Na litość boską, Tess, niech pani usiądzie i skończy z tym przedstawieniem. – To żadne przedstawienie. Staram się zachowywać jak porządna gospodyni wobec pańskiego personelu i wszelkich gości. – Pani nie może być moją gospodynią. I nie może tu zostać. – Alex włożył nóż do papieru, którym otwierał koperty korespondencji, do słoika z piórami do pisania. – I powinna pani unikać kontaktów z jakimikolwiek gośćmi. – Jestem w pełni kompetentna, a w klasztorze uczyli nas podstaw gotowania. To niewielki dom. Dam sobie bez trudu radę z jego prowadzeniem. – Nie o to chodzi. – Spojrzenie jego orzechowych oczu błąkało się w okolicy jej ust, jego wargi tworzyły cienką, prostą linię. Były zdecydowanie zarysowane… Zdawały się pytać, czy ona… Tess zamrugała oczami. Wciąż patrzył na jej usta. – Chodzi o ten pocałunek, tak? Pan myśli, że ja się na pana rzuciłam! – wyrwało

się jej, zanim zdążyła się powstrzymać. Była pewna, że on oceniał ją bardzo surowo. – Nie. Tak. Częściowo. Pani nie powinna przebywać w domu kawalera, to chyba oczywiste. Ja nie mam zwyczaju wykorzystywania swojego żeńskiego personelu i, chociaż potrafię znaleźć wytłumaczenie dla tego, co wydarzyło się tamtego wieczoru, nie jest ono równoznaczne z przeprosinami, tym bardziej z akceptacją. Nie pojmuję, co sobie myślała Hannah, przysyłając tu panią. Była wcześniej tak samo stanowcza w kwestii pani przeprowadzki jak ja. – Jest chora i być może wystarczająco długo o tym myślała, by dojść do wniosku, że jestem tu bezpieczna. Sądzę, że na początku bardziej bała się o pana niż o mnie. – O mnie? – zdumiał się. – Podejrzewam, że bała się, że mogłabym próbować pana uwieść. – Pani? – Wybuchnął niepohamowanym śmiechem. – Wiem. To niedorzeczne. – Tylko dlaczego jego wesołość tak ją raniła? Uśmiechnęła się półgębkiem, żeby mu pokazać, że ona także uważa to za śmieszne. – Może już wówczas atakowała ją grypa – zamknął kwestię. To rzeczywiście absurd. Teresa Ellery, mająca takie pojęcie o szerokim świecie jak Noël, posiniaczona i ubrana jak sierota z przytułku zakonnego, mogła wzbudzać w lordzie Weybourn co najwyżej uczucie litości. Pocałunek, na którym budowała swoje marzenia, należało traktować jako bezwiedną reakcję mężczyzny, sprowokowaną jej lekkomyślnym zachowaniem. – Tak czy owak, ja nie mogę wrócić do mieszkania pani Semple – stwierdziła ze stanowczością Tess. – Ryzykowałabym, że się od niej zarażę, a tamtejsza gospodyni ma już teraz pełne ręce roboty w związku z pielęgnowaniem chorych lokatorek. Jeśli nie będę opuszczała pomieszczeń dla służby wtedy, kiedy pan będzie miał gości, nikt nie dowie się o mojej obecności. – Mam odesłać panią do hotelu? Nad moją sypialnią jest wolny pokój – powiedział z widoczną niechęcią. – Na tym piętrze nie śpi nikt z męskiej służby. Drzwi mają zasuwkę. Musi pani postarać się o pokojówkę dla siebie, która będzie spała w przyległej garderobie. – Pociągnął za dzwonek i nie odzywał się do momentu, w którym wszedł MacDonald. – Proszę zaprowadzić panią Ellery do naszej agencji pośrednictwa pracy i pomóc jej w znalezieniu odpowiedniej osoby do towarzystwa. – Osoby do towarzystwa? – zdziwiła się Tess. – Przecież jest pani damą, która potrzebuje kobiecego towarzystwa. – No tak – odparła bez przekonania. – Ale wystarczy zwykła pokojówka. – Są już w domu dwie. Przychodzą trzy razy w tygodniu, żeby posprzątać. Nie

potrzebujemy więcej pokojówek. – Racja, milordzie. – Nie wypadało kwestionować zdania pana domu w obecności lokaja. Tess wstała, dygnęła i ruszyła ku drzwiom, które otworzył jej MacDonald. – To renomowana agencja – zapewnił MacDonald, kiedy stanęli pod drzwiami na których błyszczała mosiężna tabliczka. – Jaśnie pan zawsze angażuje służbę z ich polecenia. „Twinford & Musgrave, Agencja pracy, rok zał. 1790”, głosił napis na tabliczce. Agencja sprawiała solidne wrażenie. Tess miała nadzieję, że uzyska wszelką niezbędną pomoc, bowiem miała tylko mgliste wyobrażenie o wymaganiach, jakie należało postawić osobie do towarzystwa. – Pani Ellery z domu lorda Weybourn szuka osoby do towarzystwa – oznajmił mężczyźnie za biurkiem, który wstał oceniwszy pobieżnie suknię, pelerynę i mufkę Tess. Tess była wdzięczna Hannah za to, że nalegała na zakup takiej dobrej gatunkowo odzieży, gdyż w swojej klasztornej szacie byłaby zapewne skierowana do stojącej pod ścianą kolejki osób ubiegających się o pracę. – Witam. Zapraszam do drugiego pokoju, gdzie mój asystent zapozna się z pani wymaganiami i zastanowi się, czy będziemy mogli przedstawić pani propozycję… W tym momencie rozległ się głośny płacz dziecka. Z sąsiedniego pokoju wyszła kobieta z niemowlęciem na rękach. – Panie Twinford, mogę robić wszystko. Prać, szyć, sprzątać… Była średniego wzrostu, schludnie ubrana, chociaż może za lekko jak na zimową porę, pomyślała Tess. – Już pokazałaś, co potrafisz – odpowiedział głos z wnętrza pokoju. – Jak możesz mieć czelność spodziewać się, że agencja o naszej renomie poleci upadłą kobietę do pracy w jakimś szacownym domu? Wynoś się! Trzasnęły drzwi pchnięte od wewnątrz. – Przepraszam szanowną panią za tę scenę – odezwał się pracownik agencji. – Niech pan zamilknie. Dziecko się pana boi. – Tess stanęła między nim a kobietą. – Jak ci na imię? – Dorcas White, proszę pani – odpowiedziała. Miała łagodny, melodyjny, zmęczony głos. Tess zauważyła starannie pocerowaną suknię, pieczołowicie otulone przed chłodem w podniszczoną chustę dziecko. – Jesteś pokojówką, Dorcas? – Byłam. – Pójdziesz ze mną. – Tess odwróciła się do bulgoczącego ze złości urzędnika. –

Proszę dać spokój tej kobiecie. Wychodzimy. – Pokierowała niestawiającą oporu Dorcas do wyjścia i do czekającej dorożki. – Teraz możemy spokojnie porozmawiać. Powiedziałaś, że byłaś pokojówką. Szukasz pracy? – Szukam, ale z małą trudno cokolwiek znaleźć. Mogę robić wszystko, ale jej nie oddam do przytułku. – Nie ma potrzeby. Co z jej ojcem? – Wyrzucił mnie, kiedy zaczęło być widać. – Twój chlebodawca? – Odpowiedzią było kiwnięcie głową. – Zniewolił cię? – Kolejne kiwnięcie. – A co na to jego żona? – Powiedział jej… że to ja… Tess nie chciała nalegać na dalsze wyjaśnienia. Uznała, że dokończy rozmowę później, gdy dziewczyna uspokoi się. – Porozmawiamy o tym kiedy indziej. Potrzebuję pokojówki. Możesz od zaraz. Jedziemy do domu lorda Weybourn. – Pani jest żoną milorda? – Ja? Nie. Jestem jego nową gospodynią, ale potrzebuję pokojówki i osoby do towarzystwa, chyba rozumiesz… – Spojrzała na wychudłą twarz i spierzchnięte ręce czule tulące dziecko. W oczach młodej kobiety dostrzegła desperację. – Chcesz tej pracy? – O tak, proszę pani, bardzo chcę – odparła bez wahania i wybuchła płaczem Dorcas.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY – Gdzie jest panna… pani Ellery? Po chaosie, jaki panował w domu o poranku, cały poprzedni dzień upłynął bez bulwersujących wydarzeń. Alex uporał się z korespondencją, odwiedził kilku antykwariuszy, potem poszedł do klubu, gdzie zjadł kolację i spędził wieczór w gronie znajomych, którzy zapoznali go z bieżącymi plotkami w mieście. Zastanawiał się, czy nie odwiedzić sympatycznej młodej wdowy, pani Hobhouse. Poznał ją podczas poprzedniego pobytu w Londynie. Zależało jej na tym, żeby słynący z dobrego gustu lord Weybourn doradził jej przy zakupie obrazów do nowo urządzanej sypialni. Alex był pod wrażeniem, jak zręcznie wplatała erotyczny podtekst w tak prozaiczną czynność jak dekorowanie domu, ale ku swojemu zdziwieniu utracił zainteresowanie. Śniadanie było bez zarzutu. Alex złożył gazetę i zaczął nasłuchiwać. W domu panował podejrzany spokój. Bał się pomyśleć, że Hannah cudownie ozdrowiała i wróciła na swoje stanowisko. – Pani Ellery jest w kuchni, milordzie – oznajmił Phipps, który przyszedł ze srebrną tacą, na której piętrzył się stos korespondencji. – To dzisiejsza poczta. Mam zanieść ją do gabinetu? – Tak, proszę. – Alex odprawił lokaja. Jego sekretarz, pan Bland, powinien wstępnie posortować listy. Aleksowi nie chciało się jeszcze zabierać do pracy. Więc Tess spędziła noc w pokoju na piętrze nad jego sypialnią. Alex ponownie rozłożył gazetę. Zaczepił wzrok na sprawozdaniu z prac parlamentu. Materia była skomplikowana. Informacje z zagranicy też nie były przystępniejsze… W ogóle nie słyszał jej obecności na górze, kilka razy tylko skrzypnęły deski podłogi. Musiała się położyć, zanim wrócił wieczorem z klubu, i wstać co najmniej godzinę wcześniej od niego. Jak na razie, wszystko idzie dobrze. Niebo nie zawaliło się, więc najwidoczniej niepotrzebnie się martwił. Alex ponownie złożył „Timesa”. Dość już tej mitręgi. Powinien zająć się rozładowaniem transportu pozłacanych i inkrustowanych brązem francuskich mebli, których zakupu teraz żałował. Przecinał hol w drodze do gabinetu, gdy zatrzymał go… płacz dziecka. Miejmy nadzieję, że nikt nie zostawił pod frontowymi drzwiami jego szacownego

domu podrzutka, pomyślał. Może nie tak całkiem szacownego, w każdym razie on zawsze dbał o to, żeby nie pozostawiać po sobie bękartów. Płacz stawał się głośniejszy. Dochodził z pomieszczeń służbowych na dole. Kiedy ustał, cisza stała się niemal namacalna. Obrazek, jaki zastał w kuchni, mógłby ucieszyć oko wielu modnych artystów specjalizujących się w malowaniu scenek rodzajowych. Nad otwartą na stole księgą wydatków siedziała pochylona Tess. Za nią, obok kominka, Byfleet glansował najnowszą parę butów Aleksa, na przeciwległym końcu stołu Annie obierała ziemniaki. Na fotelu na biegunach po drugiej stronie kominka kobieta karmiła dziecko, u jej stóp Noël bawił się kulką zmiętego papieru. Kobieta nuciła kołysankę. Alex znalazł się wspomnieniami w pokoju dziecięcym, niemal czuł otaczające go mocno ramiona niani. Obrazek szczęścia rodzinnego, wypisz, wymaluj, pomyślał Alex i głośno wypuścił wstrzymywany od wejścia do kuchni oddech. Wszystkie głowy z wyjątkiem głowy dziecka przyssanego do piersi karmiącej odwróciły się ku niemu. Kobieta nasunęła szal na odsłoniętą pierś. Była przerażona. – Milordzie – odezwała się bez najmniejszych oznak zmieszania Tess. – Dzwonił pan? Przepraszam, ale zdaje mi się, że nie było słychać. – Nie, nie dzwoniłem. Przechodząc holem, usłyszałem płacz dziecka. Nieznajoma kobieta zapięła stanik sukni, wstała i położyła dziecko na fotelu. – Milordzie. – Dygnęła. – Przepraszam za zakłócenie spokoju. To się więcej nie powtórzy. – Dziecko ma prawo płakać… – Wzruszył ramionami. Inna rzecz, że nie w domu kawalera w najelegantszej londyńskiej dzielnicy. On został wychowany w pokojach dziecięcych położonych tak daleko od piętra zajmowanego przez rodziców, że mogła w nich grać wojskowa orkiestra dęta, a oni i tak niczego by nie usłyszeli. – Nie przeszkadza mi to, byłem po prostu ciekawy. – To jest Dorcas White, milordzie. – Tess stanęła u boku kobiety. Czyżby myślała, że będzie musiała jej bronić? – Moja pokojowa i osoba do towarzystwa. – A dziecko? – Jest moje, milordzie. – Dorcas wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. Alex spojrzał na nerwowo splecione dłonie kobiety. Nie było na nich obrączki ślubnej. Zaraz napotkał wyzywający wzrok Tess i zdziwił się. – To dziewczynka. Ma na imię Daisy, milordzie – oznajmiła. – Dziękuję, pani Ellery. Mam świadomość, że dzieci są także ludźmi. – Tess zaczerwieniła się.- Więc znowu kogoś przygarnęliśmy? Mamy już dziecko, brak

tylko wołu i osiołka, a będziemy mogli urządzić jasełka na Boże Narodzenie. – Obawiam się, że pańskie słowa graniczą z bluźnierstwem, milordzie. Dorcas jest wykwalifikowaną pokojową. – I bez wątpienia może przedstawić doskonałe referencje? – odparł złośliwie. Tess uniosła brodę wyzywająco. Czy to jego wina, że na widok dziecka dopadły go niemiłe wspomnienia z dzieciństwa, które, jak sądził, wyparł z pamięci? W jego uporządkowany, kawalerski dom wkroczyły kobiety i uczyniły zeń żłobek. Miał prawo być złośliwy, właściwie dziwił się sobie, że nie krzyczy. – Moglibyśmy porozmawiać na górze, milordzie? – zapytała Tess z przesadnie miłym, fałszywym uśmiechem. Przytrzymał jej drzwi i ruszył za nią do gabinetu. Tess nie odczekała, żeby przedostał się za barierę, jaką stanowiło jego biurko, i usiadła. Przystąpiła do ataku. – Dorcas nie ma referencji. Chlebodawca, który przymusza służącą, a potem mówi żonie, że to ta dziwka go zwabiła do łóżka, kiedy sobie wypił o kilka kieliszków za dużo, nie ma zwyczaju dawać referencji swojej ofierze. – Jest pani pewna? – zapytał i od razu zawstydził się swoim zwątpieniem. Te wychudłe ręce tulące dziecko i ten zraniony wzrok… To nie była wyrachowana uwodzicielka, która teraz postanowiła wykorzystać łatwowierność Tess. – No tak, oczywiście. Widzę, że ma pani rację – uprzedził wybuch jej oburzenia. – Czy ona potrzebuje czegoś dla dziecka? Niech pani kupi wszystko, co trzeba. Gdyby Alex spodziewał się nagrody, a przecież wcale na to nie liczył, nagrodą mógł być uśmiech, który pojawił się na twarzy Tess. – Kto jest ojcem? – zapytał. – Nie mam pojęcia. Dlaczego pan pyta? – Bo warto by z nim porozmawiać – odpowiedział Alex i przestraszył się własnych słów. Kim on jest? Błędnym rycerzem wymierzającym sprawiedliwość za krzywdy wyrządzone bezbronnej dziewicy? – Zresztą i tak nigdy pani nie wydobędzie od niej nazwiska… Poza tym lepiej niech ta biedna dziewczyna się nie martwi, że ta świnia dowie się, gdzie ona znalazła schronienie. – Och, dziękuję panu! – Tess chwyciła go za rękę. – Dziękuję, że okazał pan tyle zrozumienia. Wiedziałam, że jest pan sir Lancelotem, nie zmyliły mnie pańskie narzekania na Noëla. Dłoń miała drobną, gorącą i silną. Przykrył ją swoją dłonią. – Sir Lancelotem? Czy ja wyglądam na pomylonego idiotę chodzącego po świecie w chrzęszczącej zbroi? Zresztą on romansował z żoną swojego króla.

– Kiedy unieszkodliwił pan tego marynarza, który mnie napadł, myślałam, że jest pan rycerzem z bajki, ale potem był pan dla mnie taki niemiły, że zmieniłam o panu zdanie. Teraz widzę, że pana gderliwość, to pozory, prawda? Chyba równie dobrze jak on zdawała sobie sprawę, jaki nonsens wypowiedziała. Alex zrozumiał, że jego potulna, mała zakonniczka przekomarza się z nim. Mimo ostrzegawczego głosu rozsądku uniósł jej dłoń i przycisnął do swojego policzka. Wyczuł jej nerwowość. Sama słodycz, pomyślał. Nie wolno ci jej wykorzystać ani ze względu na siebie, ani tym bardziej ze względu na nią. – Tak – potwierdził – to pozory, ale za nimi kryje się nie rycerz z bajki, lecz prawdziwy, żywy i niedoskonały mężczyzna, który ma liczne oblicza i wady. – Nagryzł ostrzegawczo koniuszki jej palców i wyczuł, jak wciągnęła powietrze. – Hipokryta, którego oburza postawa ojca tego dziecka, a który jednocześnie nie potrafi zapomnieć dotyku pani ust i kształtu pani ciała, które niósł w ramionach. Znieruchomiała Tess patrzyła nań pytająco rozszerzonymi oczyma. Jaka ona niewinna, pomyślał. Nawet jeśli potrafi otwarcie mówić o tym, co przydarzyło się Dorcas. Trzeba ją ostrzec, a nawet trochę wystraszyć. Wypuścił jej dłoń. Nie cofnęła jej, lecz objęła jego policzek. Nie bała się go. Dotknięcie nie miało jednak zmysłowego, erotycznego charakteru. Z największym zdumieniem Alex uzmysłowił sobie, że chciała go pocieszyć. Kiedy ostatnim razem ktoś dotykał go w taki sposób? – Pan jest bardzo dla siebie surowy, Aleksie. Nie musi być pan świętym ani mnichem… Dlaczego stawia sobie pan takie wysokie wymagania? – Jestem dżentelmenem. A przynajmniej powinienem starać się zachowywać jak dżentelmen w stosunku do przyzwoitych kobiet. – Stara się pan. Bardzo usilnie, moim zdaniem. – Przechyliła w bok głowę gestem, który już znał i wiedział, że powinien mieć się na baczności. – Nie ma znaczenia, że jestem dziewicą i był to mój pierwszy pocałunek. Umiem rozpoznać zmysłowe zainteresowanie. Między nami pojawiło się coś takiego, nie mylę się? Alex stwierdził, że nie jest w stanie odpowiedzieć na tak bezpośrednio postawione pytanie dotyczące czegoś, o czym żadna młoda kobieta nie powinna myśleć, a co dopiero mówić na głos. – Wiem, że jestem zdolna odmówić, przynajmniej w sytuacji, w której nie paraliżuje mnie strach – powiedziała stanowczym tonem. Cofnęła dłoń i odsunęła się o krok. – Obydwoje daliśmy się ponieść. Ale ciężar rozwagi nie powinien spoczywać tylko na panu.

– Rozwagi? – Alex stwierdził, że musi się wycofać. Nawet gdyby miał być uznany za tchórza, nie dbał o to, a jego wielkie biurko wydawało się wystarczająco solidną barierą ochronną. – Oczywiście, że na mnie spoczywa obowiązek odpowiedniego zachowania. – Gdybym była panną na wydaniu, miałby pan oczywiście rację – zgodziła się i oparła o fotel. Alex miał wrażenie, że przy całym swoim spokoju nie stała zbyt pewnie na nogach. – Ale nią nie jestem, nieprawdaż? Mam więc do wyboru o jeszcze jedną opcję więcej, czy na przykład chciałabym zostać pańską kochanką… I czy bylibyśmy szczęśliwi, gdyby do tego doszło. – Tess, niech pani przestanie! Nie powinniśmy o tym rozmawiać. – Tak pan myśli? Jaki byłby sens… związku, gdyby ludzie nie czuli się w nim szczęśliwi? Co w ogóle jest w życiu najważniejsze? – Szczerze? Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu żyję tak, jak potrafię. Jeśli chodzi o związek, to ma on dwa aspekty, jeden łączący się z intymnym pożyciem, drugi z pieniędzmi – rzucił z całą brutalnością. Usiłował odzyskać grunt pod nogami, bo miał wrażenie, że brodzi w wartkiej wodzie, a wybrał się tylko na spacer nad strumieniem. – To relacja czysto handlowa. Pani nie powinna nawet o tym myśleć. Wyraz twarzy Tess świadczył jednak o tym, że się z nim nie zgadza. Aleksa zaczął nagle uwierać krawat. Z łatwością radził sobie ze światowymi damami, rozwiązłymi wdówkami i kosztownymi kurtyzanami. Dlaczego więc tak trudno było mu rozmawiać ze szczerą do bólu, niewinną dziewczyną? – Niech pani posłucha, Tess. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że mężczyźni i kobiety podobają się sobie nawzajem. Trzeba jednak umieć sobie z tym radzić. My także musimy. Najlepiej niech pani zachowuje się tak, jakby nic takiego nie miało miejsca. – Wiem, że tak byłoby najlepiej. Ale czy pan będzie wtedy szczęśliwy? – Do diabła, wprawia mnie pani w nie lada zakłopotanie. – Czy ona uważa, że jest mu winna zapłatę za dach nad głową? Że dlatego powinna „uczynić go szczęśliwym”, cokolwiek przez to rozumie? Z całą pewnością nie zarzucała na niego wędki, a o flircie nie miała zielonego pojęcia. – Ale nie to jest najważniejsze. Jest pani śliczną młodą kobietą, Tess. Musiałbym być z drewna, żeby nie być wrażliwym na pani urok. Wreszcie uśmiechnęła się. – Dziękuję panu. Wcale nie twierdzę, że powinniśmy wdać się w romans. Nie chciałabym jednak, żeby czuł się pan winny, gdyby do tego doszło. Mam nadzieję, że nauczę się nie zwracać uwagi na to, jak pan na mnie patrzy.

Czytała w nim jak w otwartej księdze, był tego pewien, nawet jeśli nie rozumiała niektórych słów i ich konsekwencji. – Nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu poczuję się winny. – Alex przybrał lżejszy ton. – Nie będziemy wracać do tego tematu. – Jeśli chodzi o Dorcas, niech ją pani upewni, że może się czuć bezpieczna. Nie wyrzucę jej za to, że jej dziecko czasami zapłacze. Nie musi go ukrywać po kątach. Niech dziecko czuje, że ma matkę. – Dziękuję. Powiem jej to. – Wstała. – Będę ciężko pracowała, by zarobić na swoje utrzymanie i się panu odwdzięczyć, obiecuję. – Nie musi pani w ogóle pracować. Może pani siedzieć w swoim pokoju z Dorcas w charakterze przyzwoitki, dopóki Hannah nie wyzdrowieje i nie znajdziemy pani jakiejś posady. Dobrze pani wie, że nie doszłoby do tego wszystkiego, gdybym dowiózł panią na czas tam, gdzie pani oczekiwano. – Ja także mam swoją dumę! Niech pan o tym nie zapomina. – Dygnęła z godnością i wyszła ze spokojem, jak gdyby rozmowa dotyczyła mało ważnej kwestii prowadzenia domu. Alex usiadł z głębokim westchnieniem i przysunął bliżej stosik korespondencji. Tess została nauczona stawiać czoło problemom bez owijania w bawełnę i bez hipokryzji, tymczasem hipokryzja była podstawą stosunków międzyludzkich i bez niej Tess stawała się bezbronna. On również. Spotkanie z wdową, amatorką nowych obrazów do sypialni, zaczynało być coraz bardziej kuszącą perspektywą. Trochę za długo obywał się bez kobiety. Stąd na pewno brała się w nim ta potrzeba przygarnięcia Tess do siebie, usunięcia szpilek z jej włosów i rozebrania jej… Tess zauważyła, że z jakiegoś powodu widok dziecka wyprowadził Aleksa z równowagi. Powodem tym nie był płacz małej Daisy. Przyczyna wydawała się inna, znacznie głębsza. Nie chciała z nim flirtować, zresztą nawet nie umiała. Nie próbowała też go sprowokować do pocałunku. Popełniła błąd, decydując się na szczerą rozmowę. Nie oczekiwał tego od niej. Teraz więc skupi się na tym, aby jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki – zarobi na swoje utrzymanie, a jednocześnie Hannah będzie spokojna o domostwo Aleksa. Kiedy Tess wróciła do kuchni, nie było w niej nikogo, oprócz Dorcas, która obrębiała ręcznie chusteczkę, podczas gdy dziecko spało obok niej w zaimprowizowanej kołysce. – Czy on… jego lordowska mość jest bardzo zły? – Uniosła wzrok znad robótki.

– Ani trochę, raczej był zaskoczony. Powiedział, że mamy kupić dla Daisy wszystko, co jej jest potrzebne, a ty masz się o nic nie martwić. Lord Weybourn po prostu nie jest przyzwyczajony do kobiet w swoim domu, to wszystko.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY – Jesteś pewna, że nie chcesz wrócić na Half Moon Street? Mogłabym przygotować ci pokój po drugiej stronie korytarza naprzeciwko mojego. Wraz z Dorcas znalazłybyśmy czas, by pielęgnować się w chorobie. – Doceniam twoją troskę, Tess, ale chcę pozostać u siebie. Wszystkie już wracamy do zdrowia, jeszcze tylko muszę się pozbyć tego przeklętego kaszlu, który mnie tak męczy. Pani Green i jej dziewczęta radzą sobie z opieką nad nami. – Hannah objęła obiema dłońmi kubek, który podała jej Tess, i wzięła łyk gorącej herbaty. – Zresztą lord Weybourn wściekłby się, słysząc, jak kaszlę. – Nie byłabym tego taka pewna… Nie zwraca uwagi na dziecko, a ono dość często popłakuje. – Tess nalała herbaty i sobie i usadowiła się z nią w fotelu przy kominku. – Nie potrafię sobie wyobrazić, jak doszło do tego, że Alex zgodził się wziąć pod dach dziecko. – Myślałaś, że wyrzuci Dorcas? Na początku nie był zachwycony, ale chyba dlatego że nie lubi niespodzianek. – Nie, nie podejrzewałam go, że wyrzuci ją i dziecko, ale sądziłabym, że znajdzie im jakieś lokum i nie zechce trzymać ich pod swoim dachem. Widzę, że postawiłaś ten dom na głowie. Jestem zaskoczona, że Alex nie zareagował bardziej stanowczo. Przyjmował jakichś gości? – Nie. Wychodzi często i nieustannie dostaje nowe zaproszenia, ale jego nikt nie odwiedza. Podejrzewam, że nikogo nie zaprasza ze względu na mnie. – Może dlatego jest taki tolerancyjny… Małe kotki i dzieci plączące się pod nogami nie pasują do jego starannie pielęgnowanego wizerunku. – Jakiego wizerunku? – Eleganckiego, statecznego dżentelmena. Ale w głębi serca to prawdziwy sportowiec. Mogłaś tego nie zauważyć, bo nie widziałaś go po walce w salonie bokserskim Jacksona. – Wiem, że odgrywa różne role… – Tess roześmiała się. – To zapewne przez boks ma tak atletyczną sylwetkę… – Dostrzegłaś to? – Hannah uważniej spojrzała na Tess. – Od dziesięciu lat separuje się od swojej rodziny, myśli tylko o sobie.

– Ale jest dobrym człowiekiem. – Nie powiedziałam, że nie jest. Potrafi być uroczy, dobrze traktuje ludzi, ale swoje życie organizuje tak, żeby nikt nie zajrzał pod maskę, którą się osłania, i nie zakłócił jego spokoju. Tess zrzuciła buty i podkurczyła nogi w fotelu. Za oknem padał deszcz, który w każdej chwili mógł zmienić się w deszcz ze śniegiem. Wiatr wył w kominie. Płomienie tańczyły do wtóru jego podmuchów. Był grudzień, ale w pokoju było ciepło i przytulnie. – Ktoś musi niekiedy pod tę maskę zaglądać. Na przykład jego kochanki. – Bardzo wątpię. Co najwyżej mogą dostać się pod to jego doskonale skrojone ubranie, ale prawdziwego Aleksa nie mają szansy poznać. Tess miała na końcu języka, że jej się to udało, lecz zdała sobie sprawę, jak niewiarygodnie musiałoby to zabrzmieć. – Dlaczego on w ogóle potrzebuje maski? – zapytała, rezygnując z kontynuowania poprzedniego wątku. – Co takiego ukrywa? Hannah rozkaszlała się tak, że przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Kaszel ustąpił dopiero, gdy napiła się wody. – Niczego nie ukrywa. Tworzy siebie na nowo. Od dziesięciu lat zbiera się do kupy. – Od dziesięciu? Ma teraz dwadzieścia siedem. Co się stało? – Opuścił dom. Na zawsze. Był wtedy na uniwersytecie. Po pierwszym semestrze przyjechał do domu na… w odwiedziny… I nigdy potem nie bywał już w Tempeston. – Był bardzo młody. – Tess przypomniała sobie, jaka była niepewna siebie, gdy miała siedemnaście lat. Już nie dziewczynka, a jeszcze nie kobieta. Rozdarta między pragnieniem zachowania jak najdłużej bezpieczeństwa, jakie dawało dzieciństwo, a niecierpliwością poznania świata. Czy chłopcy doświadczają podobnego rozdarcia? – Co się stało? Co wygnało go z domu? – Nie chcę o tym mówić. Jeśli Alex kiedyś opowie ci, co się wydarzyło w tamto Boże Narodzenie, będziesz wiedziała, że odsłonił się przed tobą i odkrył swe prawdziwe oblicze. Umilkły. Hannah była zmęczona mówieniem, Tess nie potrafiła znaleźć stosownych słów. Przynajmniej teraz rozumiała, dlaczego z taką goryczą wypowiadał się o świętach. – Czy wyrządziłaś kiedyś komuś jakąś wielką krzywdę? – zapytała Hannah po chwili. – Raczej nie. Mam nadzieję, że nie.

– Jeśli tak, to może zrozumiesz. Jeśli zranisz kogoś bliskiego okrutnie i czujesz z tego powodu wyrzuty sumienia, zdarza się niekiedy, że masz żal do skrzywdzonego za to, że z jego powodu gnębi cię poczucie winy. Ojciec Aleksa zrobił coś, czego nie da się w żaden sposób usprawiedliwić, coś, czego skutkiem była śmierć, coś, co dotknęło Aleksa do głębi serca. Lord Moreland należy do ludzi, którzy nie dostrzegają własnych błędów, zawsze mają rację i nigdy za nic nie przepraszają. Skoro on jest bez winy, to winny musi być Alex. Jeśli on zranił Aleksa, to winą za to należy obarczyć właśnie Aleksa. Rozumiesz? – Chyba tak. To straszne. – Nie było to najwłaściwsze słowo, lecz Tess nie potrafiła znaleźć lepszego. Wystawiła dłoń do ognia, żeby ją ogrzać. – A Alex nie może wyciągnąć ręki pierwszy? – To chyba zbyt ryzykowne… Zbyt dużo kosztowałoby to Aleksa, a nie widzę większej szansy na powodzenie… Tess nie odpowiedziała i milczenie przeciągało się. Zauważyła, że Hannah zamknęła oczy, a jej oddech stał się wolniejszy i głębszy. Usnęła. Tess opuściła nogi, włożyła buty, zebrała swoje rzeczy i na palcach wyszła z pokoju. – Wątpię, czy pani Semple poczuje się na tyle dobrze, by wrócić do pracy przed Bożym Narodzeniem. Co prawda, są jeszcze całe trzy tygodnie, ale moim zdaniem, powinniśmy rozpocząć przygotowania bez jej udziału. Tess udało się złapać Aleksa przed przyjściem jego sekretarza, Williama Blanda. Musiała uzyskać od niego odpowiedzi na niektóre pytania. – Myślałem, że jej stan nie jest tak poważny. Muszę ponownie posłać do niej doktora. – Już dochodzi do zdrowia, ale nie może się pozbyć bardzo męczącego kaszlu. Powinna wyjechać z miasta. Gdzie zazwyczaj spędza Boże Narodzenie? – Wraca do rodziny męża w Kent. To bardzo liczna rodzina i ich lubi. Mogę ją kazać zawieźć tam już teraz moim powozem. Pojedzie owinięta kocami z gorącą cegłą w środku. Dam jej jednego z naszych lokajów do ochrony. – Dobry pomysł. Mam się tym zająć? – Nie. Pójdę do niej i sam z nią porozmawiam, jeśli ta jej jędzowata gospodyni wpuści mnie do ich damskiej fortecy. Zapisuje to pani w notatniku? – Muszę zaplanować Boże Narodzenie i w związku z tym chciałabym wiedzieć, jak spędza święta służba i czy pan zamierza przyjmować gości. Trzeba będzie zrobić odpowiednie zakupy. Phipps i MacDonald powiedzieli mi, że nie mają rodziny na południu. Jest jeszcze stangret i stajenni.

– Ja nie potrzebuję ich widzieć od dwudziestego czwartego rano do dwudziestego szóstego wieczorem. Niech przygotują zapas węgla do kominków i posprzątają stajnie. Jadać będę w klubie. Raz na rok mogę sam słać sobie łóżko – dodał, uprzedzając dalsze pytania Tess. – Już pani mówiłem, że spędzam święta przy kominku ze stertą książek i butelką lub dwiema dobrej brandy. Moi przyjaciele, ci z którymi miałbym ochotę się spotkać, będą poza miastem. – Więc nie interesuje pana, co będzie się działo w suterenie pod warunkiem, że nie zakłóci to pańskiego spokoju? – O ile nie spalicie domu, nie. – Doskonale. – Tess zamknęła notatnik. W tym domu zostaną wyprawione święta jak należy, bez względu na to, czego spodziewa się „jaśnie pan”. – A na salonach wszystko ma być gotowe z wyprzedzeniem? – Oczywiście. Poradzi sobie pani? – Tak, zwłaszcza gdy pan będzie poza domem przez większość czasu. – To będzie pani na rękę, prawda? Nie odpowiedziała, a po zejściu na dół Tess zastała cały personel w kuchni. – MacDonald, niech dołączy do nas służba stajenna. Wszyscy. Annie! Zostaw zmywanie i też przyjdź! Tess rozejrzała się po twarzach zgromadzonych. Jak długo jest wśród nich? Zaledwie tydzień, a już zaczyna czuć się jak w domu i nabiera pewności siebie. W nowym roku, kiedy Hannah wyzdrowieje, zacznie poszukiwać pracy. – Rozmawiałam o przygotowaniach świątecznych z jego lordowską mością. Ucieszy was wiadomość, że pani Semple czuje się lepiej, ale ona nie wraca przed świętami, gdyż wyjeżdża do rodziny w Kencie, gdzie będzie przebywała do końca rekonwalescencji. Chciałabym wiedzieć, kto z was wybiera się do rodzinnego domu w okresie świątecznym. Annie podniosła rękę, ale zorientowała się, że trzyma w niej ociekającą wodą szczotkę, więc zaraz ją opuściła. – Ja. Spędzę święta w swoim mieszkaniu, proszę pani. – Ktoś jeszcze? – Wszyscy obecni pokręcili głowami. – A kto będzie z tobą w twoim mieszkaniu, Annie? – Inni lokatorzy, proszę pani. Tess potrafiła sobie wyobrazić, jaki rodzaj domu ma Annie. – Nie chciałabyś spędzić Bożego Narodzenia z nami? Mogłabyś spać w jednym z pokojów na górze przez kilka nocy. A pozostali? Co zazwyczaj robicie w święta? – Co się da – odezwał się za wszystkich Byfleet. – Jesteśmy w męskim gronie.

Kupimy sobie trochę jedzenia, jaśnie pan da nam ekstra pieniądze, więc nie zabraknie piwa, a może dostaniemy nawet butelkę wina z pańskiej piwnicy. Będziemy palić papierosy, grać w karty i gadać. – W tym roku nie jesteśmy tylko w męskim gronie – zauważyła Tess. – Mogę ugotować prawdziwą świąteczną kolację, jeśli ktoś mi pomoże. Po kolacji możemy pójść do kościoła na pasterkę. Rano w pierwszy dzień świąt wymienimy prezenty i będziemy świętować przez resztę dnia. Co na to powiecie? – Ja mówię tak – pierwszy odezwał się MacDonald. – Wyciągnę skrzypce, a Will ma flet. Będą święta, jak się należy. Jest trzech ze stajni, ja i Phipps, pan Byfleet, Dorcas i mała Daisy, Annie i pani. Całkiem spora gromadka. – No właśnie – powiedziała Tess i pomyślała, że jeśli zdarzy się cud, będzie jedenaścioro gości. Alex odsunął na bok katalog aukcyjny Christie’s. Żaden z opisanych przedmiotów nie wzbudzał w nim chęci posiadania. Poczuł znużenie, a raczej zniechęcenie. Był zmęczony Londynem i codzienną rutyną. Dziwne. Zazwyczaj tak go absorbowały praca i życie towarzyskie, że okres świąteczny traktował jako mile widzianą okazję do lenistwa. Rozejrzał się po swojej bawialni z niechęcią. Wydała mu się zbyt poprawna i uporządkowana. Podejrzewał, że za ten stan jego ducha odpowiedzialność ponosi Tess. Wywracała dom do góry nogami. Hannah była skuteczna, ale przeważnie niewidzialna. Nie ingerowała w jego tryb życia. Tylko od czasu do czasu zdejmowała wieczorem czepek gospodyni, przychodziła do bawialni, siadała z podkurczonymi nogami w fotelu i z kieliszkiem wina w dłoni dzieliła się zasłyszanymi plotkami. Była starą przyjaciółką, miała swoje własne życie i jemu pozwalała żyć tak, jak chciał. Tess natomiast była w domu dzień i noc. Stawiała mu wymagania wykraczające poza regularne asygnowanie pieniędzy na utrzymanie domu i ustalanie z nim jadłospisu, kiedy zechce zostać w domu na kolację. Oczekiwała, że będzie angażował się w sprawy domowe. Jej obsesja na temat konieczności stworzenia rodzinnej atmosfery podczas świąt Bożego Narodzenia była nie do wytrzymania. Najważniejsze zaś było to, że jej obecność działała mu na zmysły i wiele go kosztowało, żeby wciąż nie myśleć o jej wiotkiej sylwetce, miękkich ustach i żywych niebieskich oczach. Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi, nie za głośne, ale zdecydowane. – Proszę. – Oto przybyła jego mała zakonniczka ze swoim nieodłącznym notatnikiem. Podniósł się z sofy i wskazał jej stojący naprzeciwko fotel.

Wcale nie wygląda na małą zakonniczkę, pomyślał, patrząc, jak Tess rozkłada na siedzeniu swoją elegancką spódnicę. Utraciła wygląd zabiedzonej, drżącej z zimna sierotki. Odpowiedzialność za prowadzenie domu służyła jej, nabrała pewności siebie, co znajdowało wyraz w spojrzeniu inteligentnych, niebieskich oczu. Dobre odżywienie też zrobiło swoje, bowiem zaokrągliła się tu i ówdzie i wyglądała naprawdę bardzo ponętnie. – Wszystko w porządku, milordzie? Wydawało mi się, że pan się skrzywił. – Na litość boską, mam na imię Alex. Proszę nie zwracać uwagi na moją mimikę, to… hm… reumatyzm. Z czym tym razem pani przyszła, Tess? – Chodzi o bożonarodzeniowe prezenty. – Otworzyła notatnik, patrzyła nań wyczekująco z ołówkiem w dłoni, jakby spodziewała się, że zaraz zacznie jej dyktować. – Dla kogo? – Dla służby. Mężczyzn, Dorcas i małej Daisy, a także Annie. Uważam, że Annie powinna tutaj przenocować kilka nocy. Nie podoba mi się myśl, że będzie musiała wrócić do swojej noclegowni. – Kim, do diaska, jest Annie? Pomywaczką? Nie, niech pani nie odpowiada. Proszę przygotować dla służby takie jedzenie, jakie pani sobie życzy, ale z prezentami to już przesada. Na Świętego Stefana wszyscy dostaną ode mnie ekstra pieniądze. – Rzecz oczywista i mam nadzieję, że okaże się pan hojny. Ale prezenty bożonarodzeniowe to szczególna rzecz. Osobista. Alex miał obiekcje, lecz stwierdził, że prawdopodobnie bezpieczniej będzie nie dzielić się nimi, a już na pewno nie z kobietą zaopatrzoną w notatnik. – Dam pani pieniądze na zakup prezentów. – Wydaje mi się, że służba byłaby panu naprawdę wdzięczna, gdyby pan sam je wybrał. – Alex był bliski wybuchu i mógł tylko podziwiać jej odwagę; uśmiech nie schodził jej z ust. – Byłoby to bardziej zgodne z duchem świąt, nie uważa pan? – Tess, pani doskonale wie, co myślę o tego rodzaju sentymentalnych bzdurach. – Ktoś inny ustąpiłby, słysząc te słowa i widząc minę, z jaką zostały wypowiedziane. Ale nie ona. Te siostrzyczki w klasztorze wyrobiły w swoich wychowankach kręgosłupy ze stali, pomyślał. – Wiem, jak ceni pan swoją służbę – odrzeka słodkim głosem. – Moglibyśmy udać się na zakupy dzisiaj po południu, jeśli nie jest pan zajęty. – Jej wzrok powędrował ku stercie czasopism, katalogów i zmiętych gazet, będących najlepszym dowodem, że spędził raczej leniwe przedpołudnie. – Przestało padać. Mam już gotową listę. – Poddaję się. Niech pani się ciepło ubierze. Każę stangretowi zajeżdżać.

ROZDZIAŁ JEDENASTY – Dobrze nam idzie. – Tess pogłaskała owiniętą w brązowy papier paczkę leżącą na siedzeniu powozu. – Teraz powinniśmy kupić dwa słoiki tytoniu dla stajennych i tabakę dla stangreta. Alex kazał jechać do sklepu tabacznego Roberta Lewisa przy St. James. Odkrył, że nawet mu się to podoba. Udzielała mu się szczera radość Tess z zakupów. Z przyjemnością patrzył na odbicia ich obojga w witrynach sklepowych. – Czy pani wie, że sprawia mi to przyjemność? – wyznał później, kiedy wychodzili od jubilera, gdzie nabyli srebrny pierścionek z koralem dla Daisy, który miała dostać z okazji pojawienia się pierwszego ząbka. – Mamy już wszystko? – Jeszcze nie. Alex wsiadł za Tess do powozu i zatrzasnął drzwiczki. Nie zdążył usiąść, gdy powóz ruszył, po czym gwałtownie zahamował. Aleksowi udało się utrzymać równowagę, ale gdy powóz szarpnął do przodu przy akompaniamencie wiązanki przekleństw z kozła, zachwiał się i upadł na podłogę. Tess próbowała go ratować i w rezultacie znalazła się na nim, boleśnie uderzając go łokciem między żebra. – Au! – Przepraszam. Zrobiłam panu krzywdę? Leżeli wciśnięci pomiędzy siedzenia. Jej twarz była blisko. Miała zaczerwieniony od chłodu koniuszek nosa, rozchylone usta, szeroko otwarte oczy z przejęcia. Przedstawiała rozkoszny widok. Podniecający. – Brak mi tchu… – powiedział słabym głosem. – Poza tym nic mi nie jest… Zamknął oczy, żeby lepiej czuć na sobie jej krągłości i chłonąć zapach jej mydła i lawendowej wody. – Alex! Słyszy mnie pan? Uderzył się pan w głowę? Jęknął i otworzył oczy. Jej twarz była tuż przy jego twarzy. To ponad siły każdego mężczyzny, powiedział do siebie przez zaciśnięte zęby. – Przepraszam, okazałam się taką niezdarą. Niech pan leży spokojnie. Ja postaram się podnieść i dam znać stangretowi, żeby jechał prosto do doktora. – Nie ma potrzeby – z trudem wydobył z siebie głos. – Nic mi nie jest. – Usiadł, po czym wgramolił się na siedzenie. – Zabrakło mi tchu. O czym to rozmawialiśmy… – Osiołek! – wykrzyknęła Tess i Aleks pomyślał, że odnosi się to do niego. Całkiem

słusznie, musiał przyznać. Był dorosłym mężczyzną, a podniecił się jak żółtodziób. – Jaki słodki! Mijali wózek straganiarza, do którego był zaprzężony nieprawdopodobnie kosmaty osioł. – Owszem – zgodził się, chociaż sam nie użyłby takiego określenia. – Ale my nie potrzebujemy osiołka. – Zdążył ją poznać już na tyle, że nie zdziwiłby się, gdyby odkrył w stajni osła i wołu. – Naturalnie, że nie. – Roześmiała się. Najwyraźniej zrozumiała jego obawy. Alex pomyślał, że chętnie kupiłby osiołka, żeby jeszcze raz usłyszeć jej radosny śmiech. – Dokąd teraz? – Do sklepu z zabawkami. Chcę podarować Daisy lalkę. Sklep był świetnie zaopatrzony w związku ze świętami. Alex z trudem powściągnął chęć kupienia zestawu ołowianych żołnierzyków, które wyobraził sobie w roli dekoracji półki nad kominkiem w gabinecie. Asortyment lalek był oszałamiający. Tess zatrzymała się przy najskromniejszych. Uwagę Aleksa przyciągnęła zaś ta ubrana w wytworną sukienkę z prawdziwymi włosami na głowie. – Kupmy tę. Dorcas nigdy nie będzie stać na taką lalkę dla córki. – Daisy jest na nią za mała. Z drugiej strony, przyjemnie by jej było dorastać z taką lalką. Małe dziewczynki jak ona potrzebują jednak miękkiej laleczki, jak ta. – Sięgnęła po średniej wielkości szmaciankę. Zaraz jednak na mijanym kontuarze zauważyła usadowione rzędem drewniane lalki, z namalowanymi buziami i włosami. Zatrzymała się, dotknęła jednej koniuszkiem palca. Wyraz jej twarzy zmroził Aleksa. – Co się stało, Tess? – Nic. Coś mi się przypomniało… – Pogłaskała kolorową spódniczkę i otrząsnęła się. – Kiedyś miałam taką lalkę. Dostałam ją od mamy, gdy miałam sześć lat. – Co się z nią stało? – Siostry ją zabrały, kiedy znalazłam się w sierocińcu. – Miała pani wtedy dwanaście lat? – Trzynaście. Byłam za duża, żeby bawić się lalkami. Ale ja się nią nie bawiłam, rozmawiałam z nią… Była moją przyjaciółką. – Innych przyjaciółek pani nie miała? – Raczej nie. Ciągle się przeprowadzaliśmy, w podróży trudno o przyjaźnie. Ale

byłam szczęśliwa – zapewniła pospiesznie. – Miałam mamę i papę. Pan chyba wie, jak to jest z dziećmi, potrzebują powiernika, któremu można szeptać do ucha różne sekrety albo poskarżyć się na kłopoty. Moją powierniczką była Patty. Tak, wiem, jak to jest, pomyślał. Peter był dla mnie takim powiernikiem. Ale on był żywą istotą. Szkoda, że sam nie powierzył mi swojego największego sekretu, bo przez to już od dziesięciu lat spoczywa w grobie. – Dokąd teraz? – zapytał i podał jej wyciągniętą z kieszeni czystą chusteczkę. Wydmuchała energicznie nos. Złożyła starannie chusteczkę i schowała ją do swojego woreczka. – Do księgarni. Dorcas lubi książki. Alex zostawił Tess wśród zastawionych książkami stołów u Hatcharda na Piccadilly. – Poczeka pani pół godziny? Przypomniałem sobie o czymś i muszę wyjść. Kiedy wrócił, wybrała już sześć książek, dwa notesy i kilka arkuszy papieru do pakowania ze złotymi gwiazdkami. – Notatnik i dwie książki są dla mnie – wyjaśniła. – Proszę potrącić należność z mojej pensji. – Niech pani nie mówi głupstw. – Alex spojrzał na grzbiety. – Książki kucharskie i notatniki to podstawowe wyposażenie gospodyni. Teraz pojedziemy na Bond Street do madame Francine. – To pracownia krawiecka, tak? – Tess zatrzymała się na chodniku. – Nie zamierzam pomagać panu w kupowaniu ubrań dla pańskich przyjaciółek, milordzie! – Głupstwa pani plecie! – Skierował ją ku powozowi. – Ubrania będą dla pani. Hannah dała mi listę. Powiedziała, że nie zdążyła wszystkiego kupić. – Mam wszystko, czego mi potrzeba. – Co pani o tym wie, mała zakonniczko? – machnął jej przed nosem złożoną kartką papieru. – Ale… – Żadnych ale. Jedziemy. W pracowni Tess została poproszona do osobnego pokoju, gdzie zdjęto z niej miarę. Kiedy wróciła do głównej sali, zastała Aleksa na pozłacanym fotelu z nosem utkwionym w egzemplarzu „La Belle Assemblée”. – Wszystko zostanie przygotowane zgodnie z życzeniem, milordzie. – Madame Francine przebiegła wzrokiem listę. – Wzięłyśmy też miarę na buty, będą gotowe w tym samym czasie.

Tess wolała nie robić scen w sklepie i zaczęła protestować dopiero w powozie. – Aleksie, milordzie, nie mogę się zgodzić na to, żeby kupował mi pan ubranie. Nie uchodzi, nie wspominając o kosztach. – Czy ja wyglądam na kogoś, kogo nie stać na skromną garderobę dla swojej gospodyni? – Nie, ale nie w tym rzecz. – Te stare wrony wyprawiły panią w świat w podszytym wiatrem paletku. Pani się spodziewa, że ja to tak zostawię? – Już mnie pan ubrał tak, jak ubiera się lokaja, i to jest zrozumiałe. To, co do tej pory dostałam, w zupełności mi wystarczy. – Pani jest ładną, młodą kobietą, Tess, nie lokajem. Pani widok w ładnych sukienkach sprawia mi przyjemność. Wnosi pani do naszej codzienności tyle koloru! Tess poczuła, że oblewa się rumieńcem, jednocześnie narastał w niej gniew. – Ładną kobietą, mówi pan. I spodziewa się pan zapewne mojej wdzięczności. Madame Francine zna pana bardzo dobrze, prawda? Domyślam się, że u niej ubiera pan wszystkie swoje kochanki. – Dopiero powiedziawszy to, zrozumiała, że go skrzywdziła. – Owszem, zdarzało mi się przyprowadzać tam kochanki. A pani myśli, że panią traktuję tak jak je? Takie ma pani o mnie zdanie? – Nie, wcale nie. Przepraszam pana. Po prostu nienawidzę myśli, że łączy nas jedynie transakcja pieniężna, ale… Pan mnie pragnie. Nie jestem doświadczona, lecz kiedy upadliśmy na podłogę w powozie, zauważyłam, że… – urwała zażenowana. – …że byłem podniecony? Nie uderzył grom z jasnego nieba, nie przemknął obok orszak królewski. Nie zdarzył się żaden cud, który mógł ją uratować. Musiała odpowiedzieć. Uniosła wysoko brodę i spojrzała Aleksowi w oczy. – Tak. Tak, zauważyłam tę twardość, która uciskała mój brzuch, dodała w myślach. Tak, wiem co to znaczy i nie byłam tym zgorszona, a raczej, choć wstyd się przyznać, podekscytowana. – Może jeszcze zauważyła pani, że nic więcej się nie zdarzyło. – Jego głos był równie obojętny jak wyraz twarzy. – Musiałbym być z kamienia, żeby nie podniecał mnie pani widok. Potrafię jednak nad tym panować… w przeciwieństwie do byłego chlebodawcy Dorcas. – Wiem. – Tess nadal trzymała wysoko głowę, chociaż gniew kompletnie ją

opuścił. – I zastanawiam się, dlaczego pan się nie ożenił. – Nie mam w planach ożenku – odpowiedział tak spokojnie, jak gdyby oznajmiał, że nie ma zamiaru udać się w podróż do Niemiec. – Nie ma pan w planach ożenku? Ależ to absurd! – Równie absurdalna jest rozmowa na ten temat z wychowanką klasztornego sierocińca. Nie wszyscy muszą łączyć się w pary na cały życie. – Oczywiście, że nie. Ja również nie wyjdę za mąż – niezrażona jego sceptyczną miną ciągnęła – jestem nikim i muszę zarabiać na życie. Pan jednak jest spadkobiercą arystokratycznego tytułu. Pańska rodzina oczekuje, żeby pan się ożenił. – Otóż to. Nie mam zamiaru robić tego, czego oczekuje rodzina. – Więc jest pan aż takim egoistą? – Odgrywa się pani na mnie za to, że panią przyparłem do muru, Tess? Moja decyzja nie ma nic wspólnego z egoizmem, to rozmyślne działanie kogoś, kto nie ma innego sposobu na to, żeby pomścić zbrodnię. Więc chodzi o odwet na ojcu, Tess przypomniała sobie. Ktoś poniósł śmierć w czasie świąt Bożego Narodzenia przed dziesięciu laty. – Chce pan odebrać swojemu ojcu nadzieję na sukcesję? Ale ma pan brata. Szyderczy uśmiech, jakim przyjął jej słowa, zmroził ją. – Rzeczywiście, tego właśnie chcę. Powiedzmy, że gdybym był hodowcą koni, cieszyłbym się, że mój ogier ma takie dobre chęci, i jednocześnie martwiłbym się tym, że wciąż okazuje się bezproduktywny. Fama głosi, że chociaż Matthew ma kochanki rozsiane po trzech hrabstwach, to nigdzie nie pozostawił po sobie ani jednego bękarta. – Nie lubię, jak jest pan w takim nastroju, Aleksie Tempest. – Ja też nie lubię w nim być. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek spotkał damę, gotową do tak szczerej rozmowy jak pani, Tess. – Może dlatego że tak realistyczne patrzę w przyszłość. Nie wyjdę za mąż i jest mało prawdopodobne, bym kiedykolwiek miała okazję rozmawiać na ten temat tak otwarcie z jakimś innym mężczyzną, jak rozmawiam z panem. Zresztą wkrótce zniknę panu z oczu. Po świętach wróci Hannah, a ja zacznę szukać pracy. A co do pana, to uważam, że zachowuje się pan według zasady na złość mamie odmrożę sobie uszy. Przecież nie unika pan kobiet. – Nie! – wybuchnął śmiechem. – No właśnie. Wspominał pan o kochankach. Nie wybiera się pan również do klasztoru.

– Raczej nie. – Więc nie spędzi pan życia w celibacie. Nie żeniąc się, chce pan ukarać ojca, a jednocześnie skazuje się pan na życie w grzechu. – Życie w grzechu? Co pani opowiada? – Może i jestem naiwna, ale nie sądzę, żeby był pan obecnie szczęśliwy. – A w małżeństwie będę? Szczerze wątpię. Zresztą nie mam dobrego wzorca. Jeśli odziedziczyłem jakieś cechy po ojcu, to będę okropnym mężem i ojcem. Niech pani nie patrzy na mnie z takim świętym oburzeniem, Tess. Chce mnie pani uwieść wizją szczęścia małżeńskiego? – Owszem – przyznała po namyśle. – Chcę. – Muszę pani powiedzieć, że taka wizja mnie nie pociąga. Pani argumenty miałyby skuteczność, ale w stosunku do innego mężczyzny. Musi pani wiedzieć, że nie ma mowy o uwodzeniu bez pasji, pewnej dozy ryzyka i zaskoczenia. – Wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu. Tess miała nadzieję, że nie śmiał się z niej. – Powinnam pana zaskoczyć? Argumentować z większą pasją? – Przydałoby się, proszę jednak pamiętać, że mnie niełatwo zaskoczyć. Na ogół nie opuszczam gardy. Tess miała o czym myśleć przez cały następny tydzień. Nie przeszkadzało jej to ani w zakupach, ani w rozstrzyganiu tak istotnych kwestii jak ta, czy jedna gęś, jeden indyk i jedna szynka wystarczą, aby nakarmić wszystkich domowników. Alex żartował z jej zaaferowania i z nią niewinnie flirtował, lecz Tess z braku doświadczenia nie była tego taka pewna. Zakonnice wpoiły jej przekonanie, że flirt jest grzechem i że to diabeł kusi niewinne dusze do wstąpienia na tę grzeszną drogę. Tess słyszała o powieściach, w których flirt wiązał się z miłością i pożądaniem. Na stronicach książek z tymi historiami rozpustne kobiety ubrane w zwiewne jedwabie wabiły do siebie mężczyzn, a kiedy już im się to udawało… drzwi sypialni zatrzaskiwały się głucho. Tess bardzo wątpiła, czy jej udałaby się taka sztuka. Zresztą nie miała żadnych powiewnych jedwabiów. Alex prawdopodobnie umarłby z śmiechu na widok jej flanelowej koszuli nocnej. A jednak myślę o zwabieniu go do łóżka, a nie o przekonaniu go o wyższości małżeństwa nad stanem kawalerskim, powiedziała sobie w duchu. Mimo że byłby to wielki grzech, a on zapewne miałby ogromne wyrzuty sumienia, ponieważ musiałby odebrać mi dziewictwo. Był to jej słodki sen, który śniła na jawie. Dostarczał radości z każdego przeżytego dnia i jednocześnie przepełniał bólem niepewności jutra.

– Wiesz, Noël – zwróciła się do kotka, który na swój sposób pomagał jej pakować świąteczne prezenty, bawiąc się wstążkami i chowając w pudełkach – moim wymarzonym prezentem na Boże Narodzenie jest pewien wicehrabia. Choćby na jeden raz. – Zamilkła, po czym kontynuowała: – Ale po co ja ci to mówię? – Wzięła kotka na ręce i zaczęła go głaskać. – Jesteś za malutki na takie rozmowy. Chciałabym uszczęśliwić Aleksa. Jest w nim tyle bólu, tyle goryczy. Najbardziej chciałabym podarować mu na święta jego rodzinę. Potem niech sobie znajdzie żonę i ma swoje własne dzieci. Noël miauknął. Tess uniosła go do twarzy, tak że jego różowy nosek niemal dotykał jej nosa. – Myślisz, że pomogłaby nam jakaś dobra wróżka? Niestety, boję się, że brak ich w Londynie. – Czego brak w Londynie? – odezwał się za plecami Tess głos Aleksa.

ROZDZIAŁ DWUNASTY Tess drgnęła. Jak długo Alex stał za jej plecami? – Skoro pan podsłuchiwał, to powinien pan wiedzieć. – Dopiero co przyszedłem. Miałem zapukać, ale drzwi były uchylone. Czego pani brak? Albo był dobrym aktorem, albo rzeczywiście nic nie słyszał. – Dobrych wróżek. Chyba zgodzi się pan, że rzadko je można spotkać w Londynie. – Po co pani potrzebne dobre wróżki? Proszę powiedzieć mnie, na czym pani zależy, a ja spełnię pani bożonarodzeniowe życzenia. Flirtował. Widać to było po jego roześmianych oczach. Tess starała się zachować tyle godności, ile było możliwe z kotem uczepionym jej spódnicy. Przybrała oficjalny wyraz twarzy wzorowej gospodyni. – Pan sobie życzy? – Przyszedłem zawiadomić, że jem dzisiaj kolację w klubie, a na jutrzejszy wieczór przyjąłem zaproszenie lorda Hawthorne. To ostatnie wydarzenie towarzyskie, zanim Londyn pogrąży się w świątecznej nudzie. – Dzisiaj jest dopiero trzynasty. – Wiem, lecz około piętnastego wszyscy zaczną się rozjeżdżać na wieś, o ile już nie wyjechali. Zamówiłem u stolarza kołyskę dla Daisy. Jutro ją dostarczy – rzucił na odchodnym. – Och, bardzo dziękuję! – Tess chciała pocałować go w policzek, ale powstrzymała się. Klasnęła jedynie w dłonie. – Wspaniała myśl. Stara szuflada nie jest wystarczająco głęboka, by chronić maleństwo przed przeciągami. Wrażliwość Aleksa zrobiła na Tess wrażenie. Sprawił prezent dziecku swej służącej. Na dźwięk przekręcanego klucza w zamku Tess zamarła na szczycie drabiny. Obaj lokaje i Dorcas, którzy podawali jej gałązki jemioły, też znieruchomieli. – Co się stało? Dopiero siódma! – Phipps puścił drabinę, która zachwiała się i Tess chwyciła się zwisającej z sufitu lampy. Frontowe drzwi otworzyły się z wolna i na progu stanął lord Weybourn we

własnej osobie z wielkim wieńcem przeplecionym czerwoną wstążką. – Spadł – poinformował. – Podniosłem go. Ten ostrokrzew cholernie kłuje. – Wiedziałem, że powinienem przymocować go do kołatki drutem a nie sznurkiem. Przepraszam jaśnie pana – usprawiedliwiał się MacDonald. Rzucił naręcze jemioły Phippsowi i skoczył, żeby odebrać wieniec z rąk Aleksa. – Ojej, kłuje. – Phipps – Alex wszedł do środka – zamierzasz całować mnie pod jemiołą czy weźmiesz ode mnie kapelusz i płaszcz? – Już idę. – Phipps rzucił gałązki jemioły do Dorcas. – Co się tu dzieje? – zapytał Aleks, rozglądając się. – Dekorujemy dom na święta. Dziś już dwudziesty – odpowiedziała Tess, starając się odgadnąć ze zwróconej ku niej twarzy Aleksa, w jakim jest nastroju. – Nie spodziewaliśmy się, że tak wcześnie wróci pan do domu. – Właśnie widzę. Dlaczego wspina się pani po drabinie, podczas gdy są w domu dwaj sprawni mężczyźni, nie mówiąc o trzech kolejnych w stajni? Ponieważ Phipps ma lęk wysokości, a MacDonald jest niezdarą, odparła w myślach Tess, ale nie chciała obnażać ich słabości. – Chodzi o to, że ja mam więcej zmysłu artystycznego – wyjaśniła. – Aha. – Aleks wziął od Dorcas naręcze jemioły i podał je Tess. Zabezpieczał drabinę, podczas gdy ona rozwieszała gałązki pod sufitem. – Niech już pani schodzi. – Czy ja wydałem polecenie, żeby udekorować dom zielenią? – zapytał, gdy stanęła na podłodze. – Nie zabronił pan. – Wielkie niedopatrzenie. Nie zabroniłem również śpiewania kolęd i świątecznej kłody na ruszt w kominku we frontowym pokoju. Czy mam się ich spodziewać? – Nie, milordzie. Kolędy będą śpiewane tylko w suterenie, a kominki w domu są za małe na świąteczne kłody. – A w pokojach ujrzę dekoracje ze świerkowych szyszek? – Nie, milordzie, tylko w holu i w suterenie. – Przypuszczam, że nie przeszkadzałyby mi ze dwie gałązki ostrokrzewu w gabinecie. Niech MacDonald dobrze umocuje wieniec na drzwiach wejściowych. Nie chcemy, żeby sąsiedzi zarzucili nam, że nie dość uroczyście obchodzimy święta. – Tess była pewna, że powiedział ironicznie. – Pani, pani Ellery wywiera bardzo zły wpływ na moją służbę. I na mnie – dodał miękko, spoglądając na wiszącą pod sufitem jemiołę. – Czy mam podać herbatę, milordzie? – zapytała Tess.

– Herbatę? Nie, niech MacDonald przyniesie do gabinetu brandy. Czy jest już dzisiejsza poczta? – zapytał jeszcze, zanim zniknął w drzwiach gabinetu. Tess rozejrzała się po swoich pomocnikach. – Zrobione. Phipps, wezmę pozostałe gałązki ostrokrzewu i wybiorę te, na których jest najwięcej jagód. Ułożę je w wazonie w gabinecie jaśnie pana. Dorcas, posprzątaj w holu, Phipps, wynieś drabinę. Z gabinetu doszedł hałas, jakby upadło na podłogę jakieś metalowe naczynie. – Co to takiego? – Chyba upadła srebrna taca – odpowiedział lokaj. – Mam pójść zobaczyć? – Nie, ja pójdę. A wy posprzątajcie w holu. Jedną z dobrych stron okresu świątecznego było niewątpliwie zmniejszenie napływu korespondencji. Alex zaczął przekładać koperty ułożone na srebrnej tacy. Zaproszenie, rachunek, jeszcze jeden rachunek, bilety z opery, list od Riversa, gazeta… i list w grubej kremowej kopercie z ciężką pieczęcią. Odwrócił kopertę i spojrzał na odcisk w niebieskim wosku. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrzucić koperty od razu do ognia. Zauważył, jak drży mu dłoń. Tchórz, powiedział sobie, opanował drżenie i złamał pieczęć. Aleksandrze, nie wiem, czy ten list zastanie Cię w Londynie i co zrobię, jeśli Cię nie zastanie. Boję się, co z nami będzie, jeśli nie przyjedziesz. Od razu rozpoznał charakter pisma matki, chociaż odkąd skończył siedemnaście lat, nie otrzymywał listów od matki. Energicznie wstał z krzesła i taca z korespondencją spadła z brzękiem na podłogę. Ojciec jest bardzo chory. Nie przyznaje się, jak bardzo i jaki jest słaby. Doktor Simmington nie przewiduje poprawy. Odejście ojca jest kwestią najbliższego czasu. Matthew nie będzie w stanie zapanować nad wszystkim, co jest do zrobienia. Aleksandrze, potrzebuję Cię w domu. Ojciec nigdy nie przyzna się, że sobie nie radzi i że także Ciebie potrzebuje. Zapomnij o wszystkim, co zrobił i co powiedział i co sobie poprzysiągłeś. Błagam, jeśli zostało Ci trochę uczucia dla twojej cierpiącej matki, wróć do Tempeston. Lavinia Tempest List wysunął się z dłoni Aleksa i opadł jak wielki liść na dywan. Alex zamknął oczy.

– Milordzie? Aleksie? – usłyszał szept, poczuł zapach wody lawendowej i dotknięcie w ramię. Otworzył oczy. Przed nim stała Tess z listem matki w ręku. – Co się stało? – Chodzi o mojego ojca. Niech pani przeczyta. – Och, Aleksie. – Objęła go, przyciągnęła do siebie jego głowę, tak by spoczęła na jej ramieniu. – Strasznie mi przykro. To okropna wiadomość. Dlaczego ona mnie pociesza? Czy nie widzi, że właśnie pocieszenia nie potrzebuję? Od dziesięciu lat nie interesuje mnie rodzina, a ona mruczy mi do ucha jakieś nonsensy i kołysze mnie w ramionach. Alex poczuł, jak jego ramiona poruszają się, obejmują ją, miękką, ciepłą i pachnącą, kobiecą i słodką… – Nie potrzebuję pani współczucia – odezwał się, ale nie oderwał policzka od jej jedwabistych włosów. – Oczywiście, że pan potrzebuje, ty uparty człowieku. Kocha pan ich. Zranili pana, ale teraz pana potrzebują i dlatego rana boli jeszcze dotkliwiej. – Tess… Nie potrafił zdobyć się na więcej, miał trudność z zebraniem myśli. Zniżył głowę i świat przestał wirować. Rozchyliła usta, poddała mu się z niewinną szczerością, której była uosobieniem, i z pewną niezdarnością, co spowodowało, że ich nosy się zderzyły. Pamiętał smak jej warg, słodki z lekką nutą goryczki, jaki mają pierwsze, niezbyt jeszcze dojrzałe wiśnie. Objęła dłońmi jego głowę, muskając palcami skórę na karku. Jej krągłości przylegały do jego torsu. Wydała ciche westchnienie, gdy wsunął język w głąb jej ust i dzielnie oddała pieszczotę. Jakiś niewyraźny głos sumienia nakazywał mu to przerwać, ale nie umiał się na to zdobyć. – Tess, musimy… – Wiem, zaplanować wyjazd. Uwolniła się z jego ramion. Zdziwiło go, jak łatwo zapominała i powracała do rzeczywistości. – Zadzwonię, aby podali herbatę. Przed nami dużo pracy, jeśli zamierza pan wyruszyć jutro rano. Podeszła do dzwonka i pociągnęła taśmę. Alex usiadł w swoim fotelu za biurkiem. – Pańska matka potrzebuje pomocy – powiedziała, zajmując miejsce naprzeciwko niego. – Myślę, że pomoc pańskich dwóch lokajów bardzo im się przyda. Czy pana siostry mieszkają z rodziną?

– Tylko Laura jest zamężna i mieszka w Edynburgu. A Maria jest taka niepraktyczna… Jest za to bardzo wrażliwa. – Zapewne będzie pan potrzebował swojego stangreta i stajennych. – Mam ich wziąć i zostawić panią bez ich pomocy? – Dorcas dotrzyma mi towarzystwa. Jest też Annie. Biedne dziecko, mieszka w jakiejś noclegowni. Nie mogę zostawić jej tam na święta, skoro jej obiecałam, że spędzi je z nami. Damy sobie radę we trzy przez kilka dni. Alex wiedział, że musi jechać. Nie mógł zignorować prośby matki. – Niech pani jedzie ze mną. – Jak to… Myśli pan, że matka może potrzebować pomocy w pielęgnacji chorego? Dorcas i ja mogłybyśmy się jej przydać… ale czy ona będzie zadowolona z niespodziewanego przyjazdu dwóch obcych kobiet? – Tempeston jest olbrzymią wiejską siedzibą. Jest tam dość miejsca dla wielu gości wraz z ich służbą. Nie sprawimy im kłopotu. Tess zagryzła usta. Alex zastanawiał się, czy denerwowała się na myśl o pobycie w wielkiej arystokratycznej rezydencji, czy na myśl o wyjeździe z nim. – Jeśli sądzi pan, że mogłabym się przydać w Tempeston – powiedziała wreszcie – to, naturalnie, pojadę. Z Annie i Dorcas. Pojedziemy wszystkie trzy. – Na szczęście to niedaleko. W Hertfordshire. I pogoda dopisuje. – Hertfordshire? – Tak. Na granicy z Buckinghamshire. Znieruchomiała. – Tempeston jest tak blisko? Dojedziemy tam w jeden dzień. Wszedł MacDonald z tacą z herbatą. Alex musiał się wstrzymać z pytaniem, dlaczego wzmianka o Hertfordshire wywarła takie wrażenie na Tess. Tess również czekała, dopóki nie zamknęły się drzwi za lokajem. – Musimy się zastanowić, jak wytłumaczyć moją obecność – powiedziała. – I dziecka – dodał Alex. – Jego obecność też będzie wymagała wyjaśnienia. Alex uzmysłowił sobie, że wydarzenia z ostatnich tygodni, które przewróciły do góry nogami ustalony porządek rzeczy w jego londyńskim mieszkaniu, teraz bardzo mu pomagają odzyskać równowagę psychiczną. Zdał sobie bowiem ze zdumieniem sprawę z tego, że zaczyna z radością myśleć o powrocie do domu. Żartował z Hannah na temat rodzinnej krypty; teraz wyglądało na to, że w najbliższej przyszłości odwiedzi ją, żeby złożyć tam szczątki ojca. – Proponuję wersję nieodbiegającą zanadto od prawdy – powiedział. – Miałem pani towarzyszyć z Gandawy do Anglii, gdzie czekała na panią praca w charakterze

osoby do towarzystwa pewnej starszej damy. Ta starsza dama zmarła, a pani znalazła się w Londynie bez przyjaciół i krewnych ze swoją przyzwoitką, panią White. Udzieliłem pani gościny, jakkolwiek szokująco to może zabrzmieć, ale co innego można było zrobić w okresie przedświątecznym? Dorcas jest wdową. Jej mąż umarł wkrótce po poczęciu Daisy, co tłumaczy fakt, że już zdjęła żałobę. Musicie uzgodnić szczegóły między sobą. Jeśli ktoś zapyta mnie o panią, uchylę się od wszelkich odpowiedzi, jestem przecież tylko pani towarzyszem podróży. – Doskonale. – Tess podała Aleksowi filiżankę z herbatą. Rumieniec zniknął już z jej twarzy, lecz wciąż brakowało jej pewności siebie. Żeby jej jeszcze bardziej nie peszyć, Alex starał się nie patrzeć na jej usta, różowe i lekko obrzmiałe od pocałunków. – Na wszelki przypadek przypomnę, że jest nas kilkoro, do tego bagaże, prezenty bożonarodzeniowe i jedzenie. – Jedzenie? – Nie zostawimy gęsi, indyka i szynki żeby się zepsuły. Mamy też pudding i ciasta. Ulżymy kucharce pańskiej matki, przywożąc je ze sobą. – Więc weźmiemy oba moje powozy i wóz towarowy. – Alex był zadowolony, że jest tyle praktycznych spraw do załatwienia. Dzięki temu nie będzie miał czasu myśleć o tym wszystkim, co często spędzało mu sen z powiek. – Tess? – Słucham? – uniosła wzrok, ale zaraz go opuściła i zaczerwieniła się. – Dziękuję. Za słowa pociechy i praktyczne rady. I za pocałunek. – Jutro wyjeżdżamy do Tempeston. Wszyscy – oznajmił służbie zgromadzonej w kuchni Alex. – Zabieramy żywność, która mogłaby się zepsuć, i prezenty świąteczne. Pani Ellery udzieli wam wskazówek w sprawie pakowania. – Informacja została przyjęta z niedowierzaniem, ożywieniem, a w przypadku Annie nawet ze strachem. – Z chwilą opuszczenia domu, zapamiętajcie sobie, proszę, że nigdy nie było tu gospodyni nazwiskiem Ellery, a jeśli takowa była, to nie ma ona nic wspólnego z panną Teresą Ellery. Zrozumieliście? Zapanowała cisza, każdy zastanawiał się nad znaczeniem tego, co przed chwilą usłyszał. Pierwsza ocknęła się Dorcas. – Annie, leć do noclegowni, spakuj się i wracaj, biegiem. Ja spakuję panią… pannę Ellery, potem zejdę na dół pomóc pakować zapasy. Alex nie musiał wydawać żadnych poleceń. Służba wiedziała, co robić, zresztą na miejscu była Tess. Poszedł do stajni uprzedzić stajennych, którzy natychmiast zabrali się do szykowania uprzęży i odkurzania wozu towarowego. Cała ta krzątanina odbywała się w wozowni. W stajni panował spokój. Pachniało

zwierzętami, słomą i smarem do siodeł. Utrzymywanie koni było kaprysem, z którego Alex czerpał wiele przyjemności. Ojciec Aleksa orzekł kiedyś, że jego syn mięczak nigdy nie będzie dobrym jeźdźcem, dlatego najlepsze wierzchowce przeznaczał dla brata Aleksa, Matthew. Dziwne, że Alex nigdy nie był zazdrosny. Opinia ojca, który uważał, że ze starszego syna nie wyrośnie nic dobrego, bardzo go bolała, ale się z nią pogodził. Jako dziecko był zawsze za mały jak na swój wiek, miał marzycielską naturę i spędzał większość czasu z nosem w książkach. Karcony, zamykał się w sobie, co musiało jeszcze bardziej drażnić hałaśliwego, energicznego i mającego w pogardzie intelektualne zainteresowania ojca. Dopiero teraz to rozumiał. Ojciec nie był potworem, chciał być dumny ze swojego pierworodnego, jednak nie mógł znieść faktu, że syn tak bardzo odbiegał od jego wyobrażeń o idealnym dziedzicu tytułu i rodowych włości. Czy to przypadłość wszystkich rodziców? Czy on będzie taki sam, kiedy zdecyduje się założyć rodzinę? To była jedna z wielu obaw, które powstrzymywały go do tej pory od małżeństwa. Teraz rodzice potrzebują go. Matthew też, chociaż nigdy się chyba do tego nie przyzna. Alex podejrzewał, że zaskoczy rodzinę. – To będzie interesujące spotkanie – powiedział do swojego ulubionego wierzchowca, huntera Trojana. – Sytuacja zmieniła się. Czego chcę teraz? Przeprosin? Nie, nie dla siebie. Miłości? Śmieszne. Aprobaty? Tu jest pies pogrzebany. W pewnym sensie wciąż jeszcze jest we mnie ten siedemnastolatek, który pragnie aprobaty. Alex poczęstował Trojana marchwią i opuścił stajnię. Musiał zająć się teraz matką, która była zapewne u kresu wytrzymałości, oraz Tess. Wciąż nie rozumiał, dlaczego ma do niego zaufanie. I chce go uszczęśliwić. Nie wiedziała jednak, że do tego nie wystarczy kilka wianuszków z ostrokrzewu i waza świątecznego ponczu.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY – Zmęczona? – Tess stłumiła ziewnięcie i uśmiechnęła się do Dorcas na siedzeniu naprzeciwko niej. Annie drzemała z ręką na małej Daisy, zawiniętej w kocyk i ułożonej na aksamitnych poduszkach. – Poszłam spać o drugiej, a wstałam o szóstej, panno Ellery. – To był rzeczywiście wyjątkowo pracowity wieczór. Powóz wjeżdżał w wiodącą z Londynu na północ Edgware Road. Za oknem wstawał blady zimowy świt. – Wydaje mi się, że śnię, że wyjeżdżamy. – Dorcas pogłaskała z poszanowaniem tapicerkę powozu. – Jego lordowska mość pięknie się prezentuje w siodle. Tess zauważyła to wcześniej. Widziała Aleksa na koniu po raz pierwszy i nie była pewna, czy to dobrze, czy to źle. Wyglądał mimo wszystko imponująco. – Ciekawam, dlaczego postanowił jechać wierzchem. Dzień jest taki mokry i zimny i nic nie zapowiada poprawy. – Czy jazda konna jest trudną sztuką? Tess nigdy się nad tym do tej pory nie zastanawiała. Alex kontrolował wielkie zwierzę bez najmniejszego trudu. Ile siły kryje się w tych jego potężnych muskułach. – Może nie chce jechać z nami z powodu dziecka – zauważyła Dorcas, wyrywając Tess z zamyślenia. – Mógłby przecież kazać Annie wziąć dziecko do drugiego powozu, gdyby stało się uciążliwe – zauważyła Tess. – Nie zrobiłby tego. Jest dżentelmenem i okazuje sporo cierpliwości do małej. – Myśli pani, że w Tempeston uwierzą, że jestem wdową? Daisy jest taka malutka – zaniepokoiła się Dorcas. – Oczywiście. Wyliczyliśmy dokładnie, że akurat przypadałby ci koniec żałoby. Potrzebujesz obrączki. – Tess sięgnęła po łańcuszek, który nosiła na szyi, i odpięła go. – Pożyczam ci ją. Należała do mojej matki – podała Dorcas obrączkę z łańcuszka. – Nie mogę przyjąć czegoś tak kosztownego. – Dorcas wyciągnęła rękę po obrączkę, ale ją cofnęła. – Zmierz. – Obrączka była nieco za luźna, ale nie spadała. – Moja mama byłaby szczęśliwa, gdyby jej obrączka mogła komuś pomóc. Po to ci ją pożyczam, prawda? – W końcu i tak nie była prawdziwą obrączką ślubną, dodała w myślach. – Ratujemy

moją reputację i jednocześnie pomagamy lordowi Weybourn. Do tego służyła ta cienka złota obrączka. Miała stwarzać pozory. Wczesnym popołudniem dojechali do targowego miasteczka Watford. Otaczające je pagórki porastały buki strojne w złotobrązowe martwe liście, które utrzymają się do wiosny. Zatrzymali się przed gospodą. Alex zsiadł z konia, oddał wodze stajennemu i podążył ku wejściu. Za nim pośpieszył Byfleet z walizką. – Po co tam poszli? – zapytała na głos Tess, lecz Dorcas, karmiąca Daisy, i Annie, sprzątająca brudne pieluszki po przewinięciu dziecka, nie zwracały na nią uwagi. Zrozumiała, kiedy obaj wyszli z gospody. Alex udał się przebrać. Włożył bardzo eleganckie londyńskie ubranie. Wyglądał na placyku tego prowincjonalnego miasteczka jak paw w zagrodzie dla kur. Wsiadł do powozu. – Drogie panie, pojadę z wami. – Usiadł obok Annie i założył nogę na nogę w obcisłych, kremowych spodniach i heskich butach. Tess z uznaniem spojrzała na ciemnoniebieski żakiet i kamizelkę z kremowej jedwabnej mory haftowaną w kwiaty lawendy. W bladolawendowym krawacie pobłyskiwała ametystowa szpilka. Na mały palec lewej ręki włożył sygnet. Zdążył nawet się ogolić i pachniał wodą kolońską, przez co Tess poczuła się nieświeżo. – Jak się panu jechało konno? – zapytała. – Bardzo dobrze, dziękuję. Wygodnie paniom? Nikt nie domyśliłby się, że tylko kilka mil dzieliło go od spotkania, którego tak się bał, pomyślała Tess. Tylko ona zauważyła, że zachowywał się dość dziwnie. Prawie nienaturalnie. Kiedyś pozwolono jej pójść z wychowankami szkoły do teatru. Tess zakradła się wtedy na zaplecze i z fascynacją obserwowała, jak aktorzy przekształcają się ze zwykłych ludzi w fikcyjne postacie. To samo robił w tej chwili Alex. Przekształcał się. Zachowywał się z galanterią i mówił nieco afektowanym tonem. Swoje wytworne ubranie traktował jak kostium. Albo zbroję. – Dojechaliśmy? – zapytała, nie mogąc dłużej znieść milczenia. – Tak. Witajcie w Tempeston. Tess spojrzała na dwie pozostałe kobiety. Były zajęte dzieckiem. – Rzeka i strumienie to moja krew, ziemia to moje ciało, kamienie, z których jest zbudowany dom, to moje kości. Stąd wywodzą się generacje Tempestów. – Zamilkł. – Przyłapała mnie pani. Okazałem się śmiesznym sentymentalistą. Niech pani zapomni o tym. Tess nie odezwała się. Przetarła łokciem lekko zaparowaną szybę. Przed oczyma

miała bryłę domu lekko wygiętą w łuk wokół wybrukowanego podjazdu. Środkowa część budynku była oświetlona, skrzydła stały ciemne. Tess zadrżała, kiedy powóz zatrzymywał się przed podwójnymi schodami. – Też tak miewam – powiedział i uśmiechnął się do Annie, która miała przerażoną minę. – Nie ma się co bać, to tylko dom. Tess zawiązała kokardy kapelusza. – Annie, dobrze opatul panienkę Daisy i cały czas trzymaj się blisko pani White. – Dobrze, pani… panno Ellery. Otwarły się podwójne drzwi, na schody wylało się światło i wybiegło dwóch lokajów, którzy podeszli do drzwi powozu. – Lord Weybourn wraz ze swoim towarzystwem. Moja matka nas oczekuje – powiedział Alex, gdy stanął na ziemi. – Drugi powóz też należy do mnie. Zaraz nadjedzie wóz towarowy. Proszę dopilnować, by wszystko zostało wyładowane. Kiedy Tess wsparta na ramieniu Aleksa dotarła na szczyt schodów, wyszli im naprzeciw kamerdyner i dwaj lokaje. Kamerdyner doskonale panował nad mimiką, natomiast obaj lokaje nie potrafili ukryć ekscytacji. – Milordzie, mam przyjemność powitać pana w Tempeston – ukłonił się kamerdyner. – Garnett, cieszę się, że was widzę. Jak się ma pani Garnett? – Powitanie wyglądało tak, jak gdyby od ostatniego pobytu Aleksa w domu upłynął miesiąc, a nie dziesięć lat. – Żona miewa się doskonale, dziękuję. John, płaszcz jego lordowskiej mości, Williamie, zajmij się paniami. John, pomożesz ludziom milorda. Widzę, że musimy przygotować pokój dziecięcy – stwierdził kamerdyner – słysząc gaworzenie Daisy, która właśnie się obudziła. – Aleksandrze, przyjechałeś – zawołała siwowłosa, szczupła dama ze schodów w holu i ruszyła z wyciągniętymi ramionami na powitanie Aleksa. – Mój drogi chłopcze, wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Aleks wyszedł jej naprzeciw, objął ją, bo zachwiała się na ostatnim stopniu. – Uważaj, mamo. Na szczęście byłem w kraju. Tess zauważyła, z jakim trudem lady Moreland panowała nad emocjami. Była bardzo szczupła, wręcz wychudzona. Wydawało się, że pierścionki, które błyszczały na jej dłoniach, pospadają z cienkich palców. – Mamy gości. – Spojrzała za plecy syna. – Aleksandrze, nie poinformowałeś mnie, że jesteś… – To panna Ellery, którą eskortuję w podróży. Zapewniałem ją, że może liczyć na

twoją gościnność. A to jej osoba do towarzystwa, pani White. Przywiozłem je z Gandawy na prośbę wspólnego znajomego. Niestety, po przyjeździe do Londynu okazało się, że sytuacja zmieniła się i nie mają się gdzie zatrzymać. Tess wystąpiła do przodu z wyciągniętą ręką. Jeśli ktokolwiek miał okłamywać matkę Aleksa, to powinna to robić ona, a nie Alex. – Bardzo proszę o wybaczenie, lady Moreland, że zjawiam się w tak niefortunnym okresie, ale znalazłam się sama w obcym mieście bez widoków na rozwiązanie moich trudności przed Nowym Rokiem. Mam nadzieję, że będę mogła okazać się pani pomocna, moja towarzyszka, pani White, również. Jestem doświadczona w pielęgnowaniu chorych. Najpewniej dobre wychowanie nie pozwoliło lady Moreland dopytywać się, jakie okoliczności sprawiły, że Tess znalazła się w opisywanej sytuacji. – Nic się nie stało – skwitowała przeprosiny starsza dama. – Przez chwilę myślałam – rzuciła okiem na syna – że jesteście… Och, jest jeszcze i dziecko? – Pani White, proszę pani. – Nadzieja, z jaką starsza dama patrzyła na Aleksa, zgasła, pozostał w jej wzroku tylko ból. – Mam nadzieję, że nie będzie nikomu przeszkadzało. Mamy niańkę do dziecka. – Kazałem przygotować pokój dziecięcy i rozpalić w nim pod kominkiem, milady – wtrącił Garnett. – John zaprowadzi tam niańkę. Pokoje dla jego lordowskiej mości są gotowe. Dla pań proponuję sąsiadujące ze sobą sypialnie chińską i różową. – Doskonale. Panno Ellery, proszę udać się z panią… White.… za panem Garnettem. Aleksandrze, z tobą chciałabym porozmawiać u siebie. Jest dorosły, poradzi sobie, pomyślała Tess. Tylko ile go to będzie kosztowało? – Aleksandrze – matka zapadła się w głębokim fotelu, usta przykryła batystową chusteczką – miałam niewielką nadzieję, że przyjedziesz. Tak bardzo mi ciebie brakowało, synu. Twoje listy trzymały mnie przy życiu i zawsze miałam tylko jedno marzenie, że będzie mi wolno na nie odpowiadać. Matka sprawiała wrażenie tak słabej, że tylko dzięki fiszbinom gorsetu mogła utrzymywać się w wyprostowanej pozycji. Miała pięćdziesiąt lat, lecz wyglądała co najmniej dziesięć lat starzej z niemal kompletnie posiwiałymi włosami i skórą wokół oczu tak cienką jak pergamin. Musiało ją gnębić coś poważniejszego i starszej daty niż choroba ojca. Alex uzmysłowił sobie, jak bardzo do niej tęsknił, mimo że przez długie lata wypierał z serca to uczucie. Ono jednak wyprzeć się nie dało, podobnie jak nie daje się nigdy wymazać z pamięci amputowanej kończyny. Ogarnęły go wyrzuty sumienia, że pozwolił matce cierpieć tak długo. Pisywał do niej raz na

miesiąc. Wiedział, że ojciec nie pozwalał jej odpisywać. Musiała być w prawdziwej desperacji, że obecnie złamała ten zakaz. – Wyglądasz na zmęczoną, mamo. – Chciałeś powiedzieć, że się postarzałam. Ty wyglądasz dobrze, a nawet doskonale. Wyrosłeś, dojrzałeś. Kim jest ta młoda kobieta? Myślałam… miałam nadzieję – poprawiła się – że przedstawisz mi ją jako żonę lub narzeczoną. – Naprawdę? Po tym wszystkim co ojciec o mnie sądzi? Matka skrzywiła się i zagryzła wargi. Alex pomyślał, że nie powinien jej chłostać. – Twój ojciec jest wielkim głupcem. Alex po raz pierwszy w życiu usłyszał niepochlebną uwagę matki na temat ojca. – Na dodatek jest wyjątkowo uparty. Nie, panna Ellery jest dokładnie tym, kogo ci przedstawiłem. Młodą damą zagubioną w Londynie, ponieważ nie wypaliły plany jej urządzenia się w mieście. W innej porze roku znalazłbym wśród znajomych kilkanaście pań, które mogłyby się nią zaopiekować, lecz wiesz, jak wygląda Londyn przed świętami Bożego Narodzenia. Nie mogłem przecież zostawić jej w hotelu. A uprzedzając twoje kolejne pytanie, powiem, że dziecko nie jest jej dzieckiem. To córeczka pani White, ma na imię Daisy. A teraz powiedz mi, mamo, co jest z ojcem. – Lekarze twierdzą, że cierpi na chorobę krwi, której nie potrafią leczyć. Stan jego zdrowia pogarsza się z tygodnia na tydzień. – Chciał, żebym przyjechał? – Aleksowi było wstyd słabości; wiedział, że pytanie zdradza jego nadzieję, żeby tak było. – Nie. – A Matthew? – Brat był wzorem prawdziwego Tempesta. Wysoki, silny, doskonale jeździł konno, pił, nie stronił od hazardu, nie przejawiał wyższych aspiracji intelektualnych. W oczach ojca stanowił ideał mężczyzny. – Matthew pije, gra w karty, zadaje się z kobietami o marnej reputacji. Nigdy nie był molem książkowym. Widać gołym okiem, że nie podźwignie ciężaru dziedzictwa. Mamy rzetelnych rządców, lecz ojciec nigdy nie pozostawiał im nieograniczonej swobody w kierowaniu majątkami i zawsze sam podejmował najważniejsze decyzje. Miał nadzieję, że Matthew będzie potrafił go zastąpić. Komentarz matki ośmielił Aleksa do zadania pytania. – Kiedy zrozumiał, że tak się nie stanie? – Że Matthew nie udźwignie ciężaru dziedzictwa? Dopiero wtedy, gdy zachorował, ale nawet teraz nie jest gotowy przyznać się, że potrzebuje pomocy. – Oczywiście. Oznaczałoby to bowiem, że musi zrobić pierwszy krok. A może nawet przeprosić. Wiem, jaki jest zawzięty.

– Ty też. Masz do mnie żal? – Byłaś w trudnej sytuacji. – Alex wiedział od samego początku. Matka należała do starej generacji kobiet, które nie sprzeciwiały się mężom, choćby nawet byli tyranami. Tak została wychowana. – Powiedz, mamo, czy ty wierzysz w to, co on o mnie opowiadał? – Że… nie interesujesz się kobietami? Jasne, że nie. Mam oczy. Widziałam, jak wymykałeś się z domu wieczorami na spotkanie z pewną Mary w gospodzie Pod Białym Łabędziem. – Po raz pierwszy w ciągu tej rozmowy na usta matki zabłąkał się uśmiech. – Wydaje mi się, że potrafiłabym nawet powiedzieć, kiedy utraciłeś niewinność. Chociaż pisałeś bardzo poprawne listy, mam przyjaciółki w Londynie. Znam bieżące plotki. Alex bał się, że zaraz zarumieni się jak dziecko. – Czy ojciec wie, że mnie wezwałaś? – Powiedziałam mu, że mam taki zamiar, ale nie uwierzył, że to zrobię. Do tej pory nigdy nie okazałam mu nieposłuszeństwa. – Kiedy mu powiesz, że tu jestem? Nagle drzwi otwarły się z hałasem i na progu stanął Matthew. – Do jasnej ciasnej, to naprawdę ty. Mój gogusiowaty starszy brat. Przyjechałeś zobaczyć, czy stary nie wyciągnął jeszcze kopyt? – Nie. I proszę, nie klnij w obecności matki. Nie masz zwyczaju pukać przed wejściem do jej buduaru? Zapomniałeś, że jesteś dżentelmenem? Mamo, do zobaczenia na kolacji. A ty, chodź ze mną! – Złapał brata za ramię, wypchnął go z pokoju i zamknął drzwi. – Łapy przy sobie. – Matthew stawiał opór, ale Alex nie puszczał. – Zdziwiła cię moja obecność. Matka poprosiła mnie, żebym wrócił. – Widzę! A Garnett mówi, że przywiozłeś jakieś dwie kobiety i dziecko. – Dwie panie. Damy, i radzę ci to zapamiętać – poprawił go spokojnym głosem Alex. – Dziecko należy do pani White, wdowy, która dotrzymuje towarzystwa pannie Ellery. Znalazły się bez przyjaciół w Londynie. Matka w swojej uprzejmości zaoferowała im gościnę na okres Bożego Narodzenia. – Zobaczymy, co powie ojciec! – Matthew wyrwał się Aleksowi i skierował ku wschodniej odnodze korytarza. – Zaraz się przekonasz – mruknął do siebie Alex, słysząc trzask otwieranych w oddali drzwi. – Mam nadzieję, że dopisze ci refleks i zdążysz się w porę uchylić, gdy ciśnie czymś ciężkim w twoją głowę.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY – Nie wiem, jak się zachowywać – szepnęła Dorcas. – Nigdy nie byłam w takim eleganckim domu. W ogóle nigdzie nie byłam jako gość, jeśli już, to jako służąca. – Mówiłaś, że twój ojciec był lekarzem, Dorcas. Potrafisz się wysławiać, masz odpowiednie maniery. Zresztą osoby do towarzystwa nie mają nic do roboty poza trzymaniem się za plecami swojej chlebodawczyni. – To dobrze. Cieszę się, że dostałyśmy przewodnika, który zaprowadzi nas na kolację. – Dorcas mówiła o lokaju przysłanym przez panią domu, żeby wskazał gościom drogę do salonu. Kiedy otwierał przed nimi dwuskrzydłowe drzwi, Tess wzięła głęboki wdech, aby dodać sobie otuchy. – Dobry wieczór paniom. – Lady Moreland wyciągnęła do wchodzących rękę okrytą po łokieć skórzaną rękawiczką w kolorze lawendy. – Proszę, poznajcie mojego młodszego syna. Matthew, to panna Ellery z panią White. – Miło mi pana poznać, panie Tempest. – Tess skłoniła głowę w stronę mężczyzny po drugiej stronie kominka. Zauważyła podobieństwo do Aleksa, jednak bratu brakowało tej elegancji i wyrafinowania, jakie miał Alex. Mężczyzna sprawiał wrażenie niezadowolonego. – Zostawię na chwilę Matthew, żeby dotrzymał paniom towarzystwa, sama pójdę upewnić się, czy mój mąż dostał na kolację to, czego zażądał. Wiem, że panie nie będą miały mu za złe, jeśli zje u siebie. – Wyszła. – Panno Ellery, jestem zachwycony, że panią poznałem. – Wzrok Matthew Tempesta ślizgał się po figurze Tess, zatrzymując się na dłużej na dekolcie jej skromnej wieczorowej sukni. Tess zmroziły te oględziny, nie była przyzwyczajona do odsłaniania dekoltu, poza tym Matthew robił to wyjątkowo ostentacyjnie. – Przypuszczam, że nudzi panią towarzystwo mojego brata – dodał ni stąd, ni zowąd. – Tak pan sądzi? Lord Weybourn okazał mi wiele życzliwości. – On nie interesuje się kobietami. – Matthew Tempest uważał, że jego komentarz jest wyjątkowo zabawny. – Jest dżentelmenem – powiedziała Tess przez zaciśnięte zęby. Matthew Tempest roześmiał się z przymusem. Nie był na tyle niedomyślny, żeby nie zorientować się, kiedy ktoś chce go skarcić.

– Bez wątpienia czuje się pani przy nim bardzo bezpieczna. – Zaakcentował ostatnie słowo. Tess zrozumiała aluzję. Choć miała ochotę wytargać go za uszy, skromnie spuściła oczy. – Na tyle bezpiecznie, na ile dama życzy sobie czuć się w towarzystwie przystojnego dżentelmena. – Zostawiła go i przysiadła się do Dorcas, która zajęła miejsce na końcu kanapy. – To ci jadowita mała ropucha. On jest zazdrosny o brata. – Ciszej, panno Ellery, jeszcze usłyszy. Wszedł Alex. – Panno Ellery, pani White, proszę wybaczyć spóźnienie. Matthew, widzę teraz w pełnym świetle, jak bardzo się zmieniłeś. – Nic dziwnego, miałem piętnaście lat, jak opuściłeś dom. – Tess zauważyła, że żaden z braci nie wyciągnął do drugiego ręki, nie mówiąc już o uściśnięciu się na powitanie. – Elegant się z ciebie zrobił. Kto jest twoim krawcem? Weston? – Oczywiście. – Alex uśmiechnął się pojednawczo. Był ubrany z wielką prostotą, na czarno i biało, tylko front koszuli zdobił niewielki żabot. Jedynymi ozdobami, jakie miał na sobie, były złoty łańcuszek zegarka, sygnet na palcu i ametystowa szpilka w krawacie. – Często jeździsz do Londynu? – Nie. Jestem tu uwiązany na każde kiwnięcie palcem ojca. – Jest chory. Stanowisz dla niego zapewne wielką podporę. – Ma dobrych rządców i administratorów, ale on musi do wszystkiego dorzucić swoje trzy grosze. Czyta wszystkie sprawozdania i posyła mnie, żebym sprawdził różne detale, po czym jest ze mnie zawsze niezadowolony. A to, że się pomyliłem, a to, że nie sprawdziłem wszystkiego dość dokładnie, a to, że coś przeoczyłem. I tak w kółko. Tess poczuła nieoczekiwanie współczucie dla Matthew. Ojciec musiał mu porządnie zajść za skórę, wiążąc z nim zbyt wysokie oczekiwania. – A co by pan najchętniej robił, panie Tempest? – zapytała. – Chciałbym hodować huntery i polować. – Czyli być prostym wiejskim dziedzicem. – A co w tym złego? Jestem w końcu młodszym synem. – Wrócił jego agresywny ton. Tess zmieniła temat rozmowy na bardziej neutralny. – Bardzo się cieszę, że nadarza mi się sposobność poznania angielskiej prowincji. Długo mieszkałam w Gandawie… – Urwała, gdyż z korytarza doszły podniesione głosy. Do salonu wróciła lady Moreland, za nią wszedł mąż wspierany przez dwóch

lokajów. – Zjem kolację przy stole. Zobaczę na własne oczy, czy to prawda, że zjawił się ten laluś, Alexander. – Zatrzymał się. – No jest, rzeczywiście, we własnej osobie. A ja myślałem, że Matthew się upił i gada głupoty. – Ojcze… Dwie sylaby. Trudno o chłodniejsze powitanie. Tess patrzyła i próbowała zgadnąć, czy Alex był równie zdumiony, co jego ojciec. Nawet nie drgnął, gdy wchodził do salonu. Teraz też stał nieruchomo. Byli tacy do siebie podobni. Wzrostem, budową, kształtem twarzy. Jedynie oczy Alex miał po matce. Lord Moreland musiał być kiedyś równie atletycznie zbudowany, co jego syn. Teraz stał się bardziej kościsty. Wieczorowe ubranie, chociaż nienagannie skrojone, wisiało na nim, jakby ostatnio utracił sporo wagi. Miał wciąż gęste włosy, ale prawie zupełnie białe brwi. Ile mógł mieć lat? Pięćdziesiąt pięć? Sześćdziesiąt? Musiał bardzo cierpieć z powodu utraty sił żywotnych. – Skąd się tu, u diabła, wziąłeś, Weybourn? – Lord Moreland odepchnął lokajów, zrobił dwa kroki i opadł na najbliższe krzesło. – Przyjechałem świętować Boże Narodzenie na łonie rodziny. I, naturalnie, zapytać o twoje zdrowie. – Raczej sprawdzić, jak dużą trumnę dla mnie zamówić. Skąd wiedziałeś, że dostałem wezwanie na tamten świat? – Ktoś, kto dobrze ci życzy, napisał do mnie, że nie czujesz się dobrze. Zapadło męcząco długie milczenie, a przynajmniej Tess tak to odczuła. – Przywiozłeś gości. – Zwróciły się na nią oczy pana domu. Tess zrobiła krok do przodu. Jakimś cudem udało się jej zgrabnie dygnąć. Nie zachwiała się, nie ugięły się pod nią kolana. – Milordzie, jestem wdzięczna za udzieloną mi oraz pani White gościnę w bardzo trudnym dla nas czasie. – Pozwól, ojcze, że ci przedstawię pannę Ellery. Panno Ellery, to hrabia Moreland. – Pani wybaczy, że nie wstaję. – Ciemne oczy oceniły jej suknię, brak wszelkiej biżuterii, zwłaszcza pierścionków na palcach, po czym zatrzymały się na twarzy. – Ellery? Krewna tych Ellerych z Buckinghamshire, jak się domyślam na podstawie wyglądu. Tess omal nie zemdlała. Otrzeźwił ją ból, jaki sprawiły paznokcie wbite w dłonie. – Nie znam rodziny, o której pan mówi, lordzie Moreland. – Skłamała, nie zrobili nic, aby jej pomóc.

– Tym lepiej dla pani, bo są strasznie zarozumiali. – Mają w rodzinie księcia, więc najprawdopodobniej dlatego są tacy dumni, tato. – Do salonu weszła bledsza wersja lady Moreland i zamrugała krótkowzrocznymi oczami na widok zgromadzonych. – To naprawdę Alexander? – Jasne, że Alexander. Dlaczego nie nosisz okularów, głupia dziewczyno? – Zapodziały mi się. Alexandrze, zmieniłeś się. Cieszę się, że cię widzę. – Upłynęło dziesięć lat. Ty też się zmieniłaś, Mario. – Alex ucałował siostrę w policzek. – Miałaś osiem lat, gdy wyjeżdżałem. Kiedy twój debiut? – Spodziewam się, że w tym sezonie. – Dziewczyna, mimo swojej bladości, wcale nie była nijaka. Miała sporo wdzięku, zauważyła Tess. – Chyba że ja wyciągnę kopyta, co jest wielce prawdopodobne, sądząc po sposobie, w jaki wy wszyscy wokół mnie skaczecie. – Hrabia wydawał się odczuwać perwersyjną przyjemność z tego powodu, że roczna żałoba zrujnowałaby plany córki. Alex, nie zwracając uwagi na wtręt ojca, dopełnił prezentacji. – Panno Ellery, czy mogę przedstawić swoją siostrę, lady Marię? Orzechowe oczy spoczęły na Tess. – Mama opowiadała mi, w jakich kłopotach pani się znalazła. – Co Alex o niej opowiadał? Że jest wrażliwa. Tess myślała, że chciał przez to powiedzieć nie za mądra i rozhisteryzowana, ale teraz zrozumiała, że chodziło mu o to, że była empatyczna – Bardzo mi przykro. Proszę się tym nie przejmować, będzie pani u nas dobrze. Usiądziemy? – Podeszła do kanapy z wyciągniętą dłonią do Dorcas, która zerwała się na równe nogi, i ostrożnie ją uścisnęła, jakby miała do czynienia z rozpalonym do czerwoności żelazem. Tess dołączyła do nich, gotowa udzielić wsparcia Dorcas, gdyby ta z nerwów pogubiła się. Usłyszała, jak stary hrabia wzywa do siebie Aleksa. – Siadaj, Weybourn. Alex postawił krzesło naprzeciwko ojca, usiadł i starannie obciągnął spodnie z grubego jedwabiu. Przynajmniej dał zajęcie dłoniom. W końcu nie powinno się bić własnego ojca, zwłaszcza że stary choleryk był chory. – Po co przyjechałeś? Przeprosić? – Rzeczywiście, jestem winny przeprosiny matce i siostrze za swoją nieobecność – przyznał Alex. – Poza nimi nie widzę nikogo, komu należałyby się przeprosiny. Z mojej strony. Alex pamiętał, że ojciec miał brązowe oczy. Teraz wydawały mu się, na tle

wymizerowanej twarzy, niemal czarne. – Spodziewasz się, że ja cię przeproszę? – To normalne, gdy jeden dżentelmen niesprawiedliwie potraktuje drugiego. – Alex starał się mówić naturalnym głosem i ze zdziwieniem stwierdził, że przychodzi mu to dość łatwo. Przyjechał skonfrontować się ze zmorą prześladującą go w snach, a zastał chorego, sfrustrowanego, rozżalonego na świat, przedwcześnie postarzałego człowieka. Kogoś, nad kim należałoby się litować, o ile by potrafił, o ile zechciałby znaleźć litość w swoim sercu. Był jeszcze Peter, o którym należało pamiętać, i którego należało pomścić. Peter, który od dziesięciu lat spoczywał w zimnym grobie z powodu tego człowieka. – Nie czas na rozmowę na ten temat. – Alex pochwycił utkwione w nim spojrzenie matki. Czuł niepokój siedzącej za jego plecami Tess. Była zdenerwowana. Spróbował przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy to zauważył, lecz porzucił rozstrzygnięcie tej kwestii. Nie mógł się odpowiednio skoncentrować, w każdym razie nie pod szyderczym spojrzeniem ojca i w obliczu niemal namacalnej wrogości Matthew. – Z pewnością nie w obecności pań – zgodził się ojciec. Wykrzywione usta przeczyły pojednawczym słowom. – Jutro o dziesiątej w moim gabinecie. – Jasne. To samo miejsce, ten sam czas. – Ojciec zawsze w porze kolacji wzywał synów na reprymendę następnego dnia o dziesiątej rano. Najczęściej Aleksa, nie Matthew. Dodatkowa, dobrze przemyślana kara. Winowajca ze strachu nie mógł spać przez całą noc i nie miał apetytu podczas śniadania. – Obiad podano, milady. Alex wstał i zaoferował ramię ojcu. Wielka dłoń z odciskami od trzymania końskich wodzy, wciąż jeszcze silna, zawahała się. Wreszcie stary człowiek pozwolił sobie pomóc i podniósł się. Gdy udało mu się stanąć, odtrącił ramię syna. – Zaprowadź matkę. Panno Ellery. Tess podeszła i oparła palce na ramieniu hrabiego. Czy kiedykolwiek siadała do oficjalnego obiadu, nawet tylko w rodzinnym gronie? Obserwujący ją Alex wątpił w to. Trzymała jednak brodę wysoko i nie straciła pewności siebie. Ta dziewczyna dała sobie radę z nachalnym marynarzem i ulicznymi napastnikami. Poradzi sobie i teraz, pomyślał. Przy stole Alex zajął miejsce po prawicy matki i uśmiechnął się zachęcająco do Dorcas, która blada, lecz zdecydowana usiadła naprzeciw niego. Siedząca po skosie od niego i po prawej stronie ojca Tess chyba dobrze dawała sobie radę. Ze strzępków rozmowy, jaką prowadziła z Matthew, wynikało, że tematem były

koronki brukselskie, ale stół był za duży, by Alex mógł śledzić rozmowę ze szczegółami. Tess była zdana tylko na siebie. Dlaczego ojciec poprosił ją, żeby towarzyszyła mu do stołu? Czy możliwe, że była jedną z Ellerych z Buckinghamshire? Alex zauważył, że kiedy padło to nazwisko, dziwnie się zmieszała. Kolacja przeciągała się w nieskończoność. Alex miał wrażenie, że czas jakby za dotknięciem różdżki złej wróżki cofnął się o dziesięć lat. Tylko wszyscy obecni postarzeli się i zmienili. Pochwycił spojrzenie Tess. Uśmiechnęła się z aprobatą i od razu poczuł przypływ odwagi. Kiedy matka wstała, żeby wyjść z paniami do salonu, pomoc ojcu zaoferował Matthew. Alex nie powtórzył błędu sprzed kolacji. Udał się w ślad za paniami do salonu, ale zastał tam tylko Marię. – Panna Ellery i jej towarzyszka poszły się położyć. Mama jest z ojcem. – Zostałaś sama. – Przyzwyczaiłam się do tego. Matthew zaraz wyjdzie do piwiarni. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. Opowiesz mi o swoim londyńskim życiu. O jedenastej Maria opuściła go. Alex znalazł karafki, nalał sobie brandy i poszedł do biblioteki. Panował w niej, jak dawniej, niewielki rozgardiasz, chociaż meble były wywoskowane i odkurzone. Alex przeciągnął palcem po jednej z półek. Palec pozostał czysty. Matka i siostra trzymały książki zapewne w swoich buduarach i sypialniach, nie w tym bastionie powagi z oprawnymi w skórę foliałami z tłoczonymi w złocie literami na grzbietach, masywnymi pulpitami i stojakami z globusami. Czy ojciec i Matthew zachodzą tu kiedykolwiek? – zastanowił się. Kiedy mieszkał w Tempeston, biblioteka była jego schronieniem, skarbnicą wiedzy o świecie, miejscem, które rozbudzało jego wyobraźnię. Teraz magia ta już nań nie działała. Odnalazł opasły tom w czerwonej skórze. Otworzył i zaczął kartkować. Eden, Eldridge… Ellery. James Augustus Finmore Ellery, trzeci markiz Sethcombe, żonaty z… potomstwo… Czterech synów, pięć córek. Jeden syn i dwie córki zmarli w dzieciństwie. Trzej pozostali synowie założyli własne rodziny. Dwie dorosłe córki wyszły za mąż. Na dole strony wzmianka: „Jane Teresa Ellery, urodzona 1775, niezamężna, zmarła w 1809 roku”. To na pewno matka Tess. Dlaczego ma to dla niego takie znaczenie? Zabrakło mu

tchu, jakby dostał cios w przeponę. Kiedy zrozumiał dlaczego, zachwiał się. Spadkobierca Tempestów nie może ożenić się z nikim innym poza panną z dobrej arystokratycznej rodziny. Ale skąd się wzięła u niego myśl o małżeństwie? Szczęknęła klamka u drzwi. Ktoś przyszedł do biblioteki.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY Wydawało się, że w pokoju nie ma nikogo. Na stole obok porozrzucanych żurnali stał kandelabr z świecami. Poza tym panował na nim wzorowy porządek. Tess przejrzała tytuły, po czym ułożyła je jeden na drugim obok grubego czerwonego tomiszcza zatytułowanego Księga parów Anglii. W tym momencie odniosła wrażenie, że nie jest sama. Tess nie wierzyła w duchy, o których naczytała się w gotyckich powieściach. Duchów nie ma. – Alex! – Przepraszam, przestraszyłem panią? – Wyłonił się z wnęki przesłoniętej stojakiem z wielkim globusem. W ręku trzymał książkę. W świetle świec wydawał się blady. – Och, Aleksie. – Tess nie wiedziała, jak to się stało, czy podbiegła do niego, czy podeszła, ale znalazła się w jego ramionach. Objęła go i rozpłakała się bez powodu. – Hej, Tess, co się stało? – Odchylił palcem jej głowę w tył. – Kto sprawił ci przykrość? – Nikt. Przepraszam, nie powinnam z panem przyjeżdżać. Pańska matka nie potrzebuje mnie ani Dorcas. Pański ojciec… To był niedorzeczny pomysł, że on zapomni, dlaczego pana odrzucił, i powita z otwartymi ramionami. On jest zawzięty i zgorzkniały. – Wbiła wzrok w ametyst w krawacie Aleksa. – Miał pan rację. Jestem sentymentalna i głupia. Nie ma żadnej magii świąt, która sprawi, że wszystko się ułoży. – Tess… – Alex przyciągnął ją do siebie, najwyraźniej nie zważając na to, że jej łzy zmoczą mu koszulę. – Gdyby nie pani, byłoby mi sto razy trudniej. Chciałem odwetu… Myślałem, że postawię ojcu ultimatum, wykorzystam jego słabość i zmuszę go do oddania w moje ręce rodowego majątku, zemszczę się, uzależniając go od siebie, dam kopniaka Matthew z połową należnych mu pieniędzy i będę patrzył, jak sobie radzi. Ale pani obecność sprawiła, że nie zrobiłem czegokolwiek, co sprawiłoby, że straciłbym w pani oczach. Tess poczuła, że oparł się na niej policzkiem. Co złego zrobił jego ojciec? – zadźwięczało w jej głowie pytanie. Niewątpliwie coś strasznego, skoro stało się źródłem tak głębokiej urazy. – Wywiera pani na mnie dobroczynny wpływ, panno Ellery – szepnął.

– Hrabia nie pokazał panu drzwi – zauważyła. – On wie, że mnie potrzebuje. Będzie udawał, że nie wie, że matka złamała jego zakaz i do mnie napisała, ponieważ gdyby tego nie zrobiła, musiałby to zrobić sam. Inicjatywa matki pozwoli mu uratować twarz. Ojciec jest uparty, kłótliwy i zawzięty, ale nie jest głupcem i zależy mu na pomyślności rodowego majątku. Będzie kierował się jego interesem przede wszystkim. – Przed panem wielkie wyzwanie. Podejmie się pan go, prawda? Zostanie pan. Wywróci to jego obecny świat do góry nogami, świat, który stworzył wokół siebie z niczego. – Chyba nie mam wyjścia. To mój obowiązek. Nie wobec ojca, lecz wobec rodziny, a matki zwłaszcza. Na pewno nie będę mógł koncentrować się na czymś innym. Będę musiał zrezygnować z wyjazdów. – Szkoda, pan przecież lubi to zajęcie. – Miałem dziesięć lat swobody. Teraz czas włożyć kark w jarzmo. Nie będę użalał się nad sobą, zaakceptuję ten przywilej i zrobię z niego użytek. Dla rodziny, dla naszego dziedzictwa, naszych dzierżawców, siostry i Matthew, o ile mi pozwoli. Znajdę satysfakcję w należytym wykonywaniu tego, co do mnie należy z racji mojego starszeństwa. – Jest pan dobrym człowiekiem, Alexandrze Tempest. – Tess uniosła dłoń do policzka, żeby odwrócić jego głowę. Spojrzała mu w oczy. W pierwszej chwili przelękła się, że Alex przeklnie i odepchnie ją. – Nie, wcale nie jestem dobrym człowiekiem. Gdybym był, wybaczyłbym mu, ale ja nie mogę mu wybaczyć i nie mogę zapomnieć. Chcę, żeby stary drań błagał mnie o jedno i o drugie. Jestem nie lepszy od niego. Tess z wielkim trudem zachowywała spokój. Wiele ją kosztowało, żeby nie zadać cisnących się na usta pytań. – Myślałem, że ułożę sobie życie na swoich warunkach – ciągnął. – To była iluzja, oczywiście. To miejsce, ten tytuł zawsze na mnie czekały. Wołały mnie. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ożeni się pan i założy rodzinę. Jego ciemna twarz pociemniała jeszcze bardziej. Wypuścił ją z ramion. Podszedł do stołu, złapał wielką księgę w czerwonej oprawie i wsunął ją w puste miejsce na półce. – Niech pani idzie się położyć, Tess – powiedział, nie patrząc na nią. – Chciałabym panu pomóc. – Nie może pani, mała zakonniczko. – Podeszła i przytuliła się do jego pleców. Usłyszała, jak on wstrzymuje oddech, jak szybko bije jego serce.

– Nie jestem zakonnicą. – Szkoda. – Dlaczego? – Dlatego że wtedy byłaby pani poza zasięgiem. Byłaby pani owocem zakazanym, chroniłyby panią śluby… A tak bardzo pani pragnę, Tess. Chciałbym czuć panią nagą pod sobą, być z panią, posiąść panią. Rozumie pani? – Tak. – Więc niech pani ucieka. Nie rozstaje się z Dorcas, nie odstępuje mojej matki czy siostry. Jestem u kresu wytrzymałości, a jednocześnie nie chcę wystawiać pani na niebezpieczeństwo. Kocham cię, bezgłośnie poruszyła wargami. Dlaczego nie odkryła tego wcześniej? To, co do niego czuła, nie było zwyczajną fascynacją czy sympatią, było miłością. Czy powinna mu to wyznać? Nie, odpowiedział jej zaraz głos rozsądku. Alex nie jest dla mnie… ale dlaczego nie może być mój na jedną noc…? Sprzeciwiało się to wszystkiemu, co jej wpojono na temat moralności i cnoty. Ale czy jest moralne odmawianie Aleksowi pocieszenia? Jest cnotą nienazywanie po imieniu jej uczuć do niego? Tess odstąpiła kilka kroków wstecz. – Nigdy od pana nie ucieknę, Aleksie. Ale teraz odejdę. W zaciszu sypialni z namalowanymi na ścianach scenami z ogrodów mandaryńskich dworów Tess poddawała się zabiegom zręcznej pokojówki, którą do jej dyspozycji oddelegowała hrabina. Ciekawe, jak czuła się Dorcas po raz pierwszy w życiu obsługiwana przez pokojową. Chyba dobrze, bo kiedy po przyjściu na górę Tess zajrzała do jej sypialni, smacznie spała otulona różową pościelą. Pokojówka pomogła Tess rozebrać się, umyć i włożyć nocną bieliznę. Następnie rozpuściła jej włosy i zabrała się do ich szczotkowania. – Sto ruchów szczotką, panno Ellery? – Tak, bardzo proszę. Będzie miała czas nabrać odwagi. Na toaletce stały buteleczki z wodami toaletowymi. Tess wąchała je po kolei, zastanawiając się, czy użyć jakiegoś egzotycznego zapachu, silniejszego od jej zwykłej wody lawendowej. Nie, upomniała się zaraz. Alex lubił jej prostotę, nie powinna udawać wyrafinowania wielkiej damy. Będzie i tak zdenerwowana, nie powinna więc udawać kogoś, kim nie jest. Zastanawiała się teraz, jak znaleźć jego sypialnię.

– To wielki dom – zauważyła. – Nigdy nie byłam w tak rozległej rezydencji. Przypuszczam, że wszyscy domownicy zajmują środkową część pałacu dla wygody, a goście są rozlokowani w skrzydłach. – Wcale nie, panienko. Domownicy są rozmieszczeni w różnych częściach domu. Lord Moreland ma apartament w zachodnim skrzydle, jaśnie pani i lady Maria mieszkają w środkowej części, zaś pan Matthew upodobał sobie pokoje w wieży. Lord Weybourn rezyduje na drugim końcu tego skrzydła, z widokiem na park. Trudno ich nazwać kochającą się rodziną, pomyślała Tess i ucieszyła się. Pozwoliła pokojówce otulić się przykryciem i przysunęła bliżej lampę olejną do czytania. Zapytała, czy nie przynieść gorącego mleka, herbatników czy dodatkowego koca. Jej troskliwość zaczynała niecierpliwić Tess, ale wreszcie została sama. Leżała nieruchomo wsłuchana w bicie zegara i czekała, aż minie północ. Otworzyła drzwi na pusty korytarz. Półmrok rozpraszała osłonięta abażurem lampa na stoliku. Tess otworzyła pierwsze lepsze drzwi po przeciwnej stronie na końcu korytarza i znalazła się w garderobie. Nie było w niej nikogo. Stanęła, nasłuchując i wchłaniając słabą woń wody kolońskiej Aleksa. Gdy zdobyła się na odwagę, by otworzyć drzwi do sypialni, stwierdziła, że tam również nie było nikogo. Zajrzała do przylegającej bawialni; była pusta. Gdzie on jest? Chyba nie siedzi wciąż jeszcze w bibliotece? Sypialnię oświetlały trzy lampy olejne, pod kominkiem tliły się świeżo dołożone węgle, na toaletce ustawiono rząd karafek. Alex mógł się zjawić lada chwila. Tess zdjęła szlafrok, złożyła go na fotelu i weszła do łóżka. Po chwili zdjęła również koszulę. Czekała, a Alex nie nadchodził. Postanowiła się na chwilę położyć. Przyłożyła głowę do poduszki i zamknęła oczy. Obudził ją ruch w pokoju. Szczęknęło szkło uderzone o szkło, ktoś ciężko westchnął, jakby był bardzo zmęczony. Stał do niej tyłem. Zdjął marynarkę i rzucił ją na krzesło. Jedną ręką zaczął rozwiązywać krawat – w drugiej trzymał napełnioną na wysokość jednego palca ciemnym płynem szklankę. Odstawił ją i zaczął rozpinać spodnie. Powinna się odezwać, ale nie mogła, z wrażenia zaschło jej w ustach. Kiedy jednak spodnie opadły na podłogę, chrząknęła. – Co pani tu robi? – spytał i powoli się odwrócił. Był zmieszany, ale przez krótką chwilę, dosłownie na ułamek sekundy, jego twarz rozbłysnęła radością. To dodało Tess odwagi.

– Chciałam być z tobą. Musiałam z tobą być, Aleksie. Jego twarz stała się nieprzenikniona. Chwycił szlafrok leżący w nogach łóżka, włożył go i ciasno zawiązał. – Jeśli ktoś odkryje, że tu jesteś, choćbym cię nawet nie tknął, będziesz skompromitowana, Tess. – Skompromitowana, w mojej sytuacji? Nie jestem panienką przed pierwszym sezonem towarzyskim, dziewczyną, której cnota i czystość jest równie ważna, co jej pochodzenie i posag. Moim przeznaczeniem nie jest małżeństwo. Czy wiedza o tym, jak to jest oddać się mężczyźnie, uczyni ze mnie osobę mniej odpowiednią na damę do towarzystwa czy odbierze mi kompetencje do nauczania? – Nie. – Alex sięgnął po swoją szklankę, ale odstawił ją z hałasem. – Po wyjściu z twojego łóżka nie udam się do jaskini rozpusty, by tam uczestniczyć w orgiach. Ja też cię pragnę i ty o tym wiesz. – Co będzie, jeśli zostawię cię z dzieckiem? – Zaopatrzysz nas, mam nadzieję. – Uspokajała się, widząc, jak w nim rośnie pożądanie. – Nigdy nie postawię ci żadnych dodatkowych żądań. Wiem, że jesteś wolny, nie jesteś zaręczony, nie ubiegasz się o względy żadnej kobiety, mam rację? – Tess, pożądanie to niewystarczający powód, aby narażać na szwank twoją reputację. – Stał w nogach łóżka z ręką na słupku podtrzymującym baldachim. Tess poznała go już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie jest na nią zły, ale chce, żeby wyszła. Wbrew sobie. – Zgoda, samo pożądanie, nie. Ale potrzeba bliskości, tak. Ciekawość także. Nigdy nie wyjdę za maż, Aleksie. Nigdy nie znajdę innego mężczyzny, któremu zaufam tak, jak ufam tobie. – Nie – odpowiedział krótko. Miała tylko jedną jeszcze kartę w ręku, lecz nie wiedziała, czy to as, czy bezwartościowa blotka. Musiała jednak spróbować. Odsunęła przykrycie i wstała z łóżka. Po raz pierwszy w życiu stanęła nago przed mężczyzną. Zamknęła oczy. Nie była żadną pięknością, wiedziała o tym. Była chuda i miała małe piersi. – Tess. – Stanął tuż przy niej. Czuła zapach jego gorącej skóry, znajomą woń cytrusowej wody kolońskiej i mydła, jako że prawdopodobnie kąpał się przed kolacją. – Spójrz na mnie. Otworzyła oczy. Jego źrenice były rozszerzone, oblewał ją gorącym oddechem z lekko rozwartych ust. – Mówiłem, żebyś uciekała. – Sięgnął do węzła paska, którym przewiązany był

szlafrok. – Uciekałam. I przybiegłam tutaj. Jestem dorosłą kobietą. Wiem, czego chcę, czego potrzebuję. Mam cię prosić? – Nie. Nigdy. – Rozwiązał pasek, zrzucił szlafrok, zdjął przez głowę koszulę i stanął przed nią tak samo nagi jak ona. Światło lampy na nocnym stoliku rzeźbiło wspaniale umięśnione ciało. Był piękny. Zachwycony wzrok Tess powędrował niżej i zatrzymał się. A więc tak wygląda mężczyzna gotowy do miłości. – Wystraszyłem cię, Tess? – głos mu drżał od wstrzymywanych emocji. – Nie. Inny mężczyzna może by wystraszył, ale ty nie. Nigdy. Powiedz, że ty też tego chcesz, że nie robisz tego, bo cię proszę. Roześmiał się, szczerze rozbawiony. – Tess, tego nie potrafię udawać. – Zrozumiała, co miał na myśli. – Jesteś pewna, że też tego chcesz? – Gdybym nie chciała, stałabym przed mężczyzną naga, jak mnie Pan Bóg stworzył? – Uśmiechasz się… Chodź do łóżka, Tess, zanim zmarzniesz.

ROZDZIAŁ SZESNASTY – Bardzo się denerwowałam – powiedziała Tess – i nadal się denerwuję. Nie wiem, jak się zachować. – Nie wiesz? To wyobraź sobie mężczyznę, który nigdy nie miał do czynienia z kobietą. – Alex przyciągnął ją do siebie. Dotyk jego gorącej, obnażonej skóry był cudowny. Tess korciło, żeby wyciągnąć do niego dłonie, ale bała się, że nie będzie wiedziała, co z nimi zrobić. – Zna teorię albo wydaje mu się, że zna. – Alex mówił tak, jakby przywoływał wspomnienia. Tess uznała, że to dobry znak. – Inni mężczyźni, którzy tak twierdzą, prawdopodobnie w większości przechwalają się. On jednak ma nadzieję, że wie. I jest mężczyzną, nawet jeśli ma tylko piętnaście lat i nie panuje nad swoim organizmem ani jego reakcjami. I nagle ma do czynienia z ciałem nagiej kobiety. Ręka, którą ją obejmował, przesunęła się ku jej bokowi, palce muskały zewnętrzną stronę piersi. Alex nie przestawał mówić, jak gdyby nieświadomy tego, co czyni jego ręka. Tess leżała cicho, bez ruchu, bojąc się, że gdy on sobie to uświadomi, przestanie. – Miękkim, czułym… i krągłym. Poruszył się i drobna pierś Tess znalazła się w jego dłoni. – Są cięższe, niż sobie wyobrażał, a kiedy je weźmie do ust, po prostu brakuje mu tchu z wrażenia. Potem dokonuje kolejnego odkrycia. – Wysunął kciuk i zaczął nim pocierać sutki. Tess westchnęła, poczuła, jak jej sutki twardnieją pod wpływem tego dotyku, a ją zaczyna przenikać błogie ciepło. – Widzisz? – Alex uniósł się nad nią, opierając swój ciężar na łokciu. – On też czuje, że zrobił coś właściwego i został za to nagrodzony tą cudowną reakcją. Czuje, że sprawił jej przyjemność. Więc robi to samo z drugą piersią. – Schylił głowę, schwycił brodawkę drugiej piersi wargami i masował ją językiem, podczas gdy palcami nadal drażnił sutek pierwszej. – Właśnie odkrył, jak cudownie smakuje kobieta, i zastanawia się, czy tak samo smakują jej usta, bowiem zapomniał ją pocałować na początku, taki był zdenerwowany i nieporadny w swojej niecierpliwości. – Więc teraz wreszcie próbuje, jak smakują jej usta. Twarz Aleksa znajdowała się tuż nad twarzą Tess. Ich usta spotkały się. Uniósł

głowę dopiero po jakimś czasie. – Odkrył, że smakują inaczej niż skóra. Równie cudownie i w sposób tylko dla niej charakterystyczny, lecz inny. Więc szuka kolejnych wrażeń. – Zsunął się niżej, ku pępkowi. Łaskotanie było nie do wytrzymania, więc zachichotała. Odrzucił przykrycie i spojrzał na nią z dobrze jej znanym uśmiechem, który tak lubiła. – To znowu było coś nowego. Ale on staje się niecierpliwy, ponieważ nie nauczył się jeszcze, że odwlekanie końca zwiększa przyjemność, i ciągle się boi, że wszystko zepsuje… Zaczyna się niepokoić, czy znajdzie właściwe miejsce, czy wielkość i kształt są takie, jak trzeba, więc… – Więc? – podjęła. Czuła jednak, że z jej ciałem dzieje się coś dziwnego, coś, co sprawiało, że chyba całkiem traciła nad nim kontrolę. – Więc… traci głowę, jest przerażony i jednocześnie przeszczęśliwy. Ale ona, ta piękna, wspaniałomyślna, mądra kobieta naprowadza go w odpowiednim kierunku. Kładzie mu rękę na głowie i pcha ją w dół. – Pcha? – Tess, sama nie wiedząc dlaczego, zrobiła to, o czym mówił. Alex rozszerzył jej uda i pocałował miejsce, w którym się łączyły. Tess otworzyła usta, żeby krzyknąć, ale dźwięk, jaki wydobył się z jej gardła, był przeciągłym jękiem czystej przyjemności. Jego język plądrował najtajniejsze zakątki jej ciała, wargi ssały i muskały… Och, co za rozkosz! Kiedy doszła do siebie, Alex leżał na niej oparty na łokciach, z nogami między jej rozwartymi udami.- To było… – Przyjemne, prawda? – Uśmiechał się, zadowolony z siebie i z niej. – Nie miałam pojęcia. Myślałam, że… – Zaczerwieniła się – …włożysz… no, wiesz… – Możemy to zrobić teraz. – Uniósł biodra. Coś ciężkiego gniotło ją w dolną część brzucha. Poruszyła się niespokojnie. – Początkowo może to nie być przyjemne. – Kochałeś się już kiedyś z dziewicą? – Niepokoił ją ten ucisk, zlękła się wtargnięcia tego czegoś do jej wnętrza, ale to był Alex, on przecież będzie taki delikatny, jak tylko potrafi. – Nie, to będzie pierwszy raz dla nas obojga. Myślę, że… trzeba to zrobić zdecydowanie. – Och! – oboje znieruchomieli. Tess otrząsnęła się z pierwszego wrażenia. – Już dobrze. Początkowo było niekomfortowo, potem coraz przyjemniej. Z chwili na chwilę kochali się coraz intensywniej.

– Och, Aleksie! Wyczuła moment jego napięcia, w tej samej chwili wycofał się z jękiem i z nieopisaną determinacją przywarł do niej całą mocą swojego silnego ciała. – Tess, kochanie. – Zbudził ją szept skierowany wprost do ucha. Ręka Aleksa ześlizgnęła się z jej biodra, wsunęła pomiędzy uda i tam została. – Znowu? – Nie, rozpustnico. Czas wracać do własnego łóżka. Lampa wciąż się paliła. W jej świetle Tess widziała leżące obok niej piękne nagie męskie ciało. Mój kochanek, moja miłość, pomyślała. Wstał, oferując jej widok na twarde pośladki i wąską talię. – Co? – zapytał i odwrócił się. – Przyglądam ci się. Jesteś imponująco zbudowany. Ku jej zadowoleniu zaczerwienił się i sięgnął po szlafrok. – Nie masz pantofli? – Nie, przyszłam boso. – Starałem się, jak mogłem, myśleć o tobie jak o zakonnicy. Ucieszyłem się, stwierdziwszy, że zakonnice nie noszą gorsetów. – Ja teraz noszę. – To także może mieć swój urok. Pospiesz się. Odprowadził ją pod jej drzwi. Zamknęła za sobą. Stała i nasłuchiwała, jak odchodzi. – Kocham cię – szepnęła. – Śpij dobrze, Aleksie. Alex szedł korytarzem do gabinetu ojca coraz wolniej jak wtedy, kiedy ostatnim razem przemierzał tę drogę jako wystraszony siedemnastoletni chłopak. Obudziły go nad ranem pierwsze odgłosy dyskretnej krzątaniny służby i zrezygnował z dalszego snu. Zanim odprowadził Tess do jej pokoju drzemał z nią w ramionach. Był zbyt poruszony tym, co zaszło, by móc całkowicie pogrążyć się w nieświadomości. Zresztą było to nowe doświadczenie leżeć tak z kochanką, obserwować, jak we śnie porusza oczami pod delikatnymi jak płatki kwiatów powiekami, otoczona aureolą miękkich jak jedwab włosów. Miała rację. Potrzebowali tej nocy oboje i obojgu przyniosła odprężenie. Teraz on musi zadbać o to, by nie odbiło się to niekorzystnie na jej przyszłości. Z całą pewnością nie pozwoli jej udać się po Nowym Roku do żadnej agencji zatrudnienia i szukać pracy. Będzie musiał ją przekonać, nie wiedział jeszcze jak, żeby przyjęła

jego wsparcie i nie traktowała tego jako zapłatę. Teraz, mimo braku snu, Alex był rześki i spokojniejszy niż wieczorem; bardziej skłonny zaakceptować los, którego nie mógł uniknąć. Nie znaczyło to jednak, że był bardziej skłonny wybaczyć. Zegar wybił dziesiątą. Zapukał i wszedł. – Dzień dobry, ojcze. – Miał ochotę powiedzieć „milordzie”, ale ugryzł się w język. – Siadaj. – Mahoniowe biurko, za którym siedział ojciec, w oczach Aleksa wciąż było zadziwiająco wielkie, chociaż teraz był już dorosłym mężczyzną. – Nie traćmy czasu na zbędne ceregiele. Twoja matka zapewnia mnie, że nie jesteś zniewieściałym zboczeńcem, za jakiego cię miałem. – Nie owijasz w bawełnę. Pozwól, że będę równie dosadny. Nigdy nie ciągnęło mnie do przedstawicieli mojej płci. Nigdy nie byłem związany z nikim z mojej płci. Mam jednak, i zawsze miałem, przyjaciół o tej orientacji seksualnej i opuszczę ten dom, jeśli jeszcze raz padną na ich temat obraźliwe słowa, jakie przed chwilą wypowiedziałeś. – To groźba. – Blada twarz ojca poczerwieniała niezdrowo. – Owszem. I pragnę wyjaśnić jeszcze jedno. Oskarżyłeś Petera Agnew, mojego najlepszego przyjaciela, o to, że był moim kochankiem. – Był od ciebie starszy i ciągnęła się za nim taka reputacja, że… – Był przyjacielem. Nie kochankiem. – Alex starał się zachować spokój. – Razem dorastaliśmy i był dla mnie jak starszy brat. Wiedział, że interesuję się dziewczętami, i tylko dziewczętami. Wyobrażam sobie, jak nudziły go moje zwierzenia na temat dziewcząt, w których się podkochiwałem. Tylko jemu byłem w stanie powierzyć niepokoje, jakie miałem przed moim pierwszym zbliżeniem. Nie próbował mnie uwodzić, bo wiedział, że byłby to czyn równie niegodny, co uwiedzenie córki przyjaciela. Ja, w swojej ignorancji, nie miałem pojęcia, co on mógł do mnie czuć, dopóki nie przeczytałem listu, który do mnie wysłał, zanim strzelił sobie w łeb. Zrobił to, bo ty na lewo i prawo oskarżałeś go o niepopełnione winy. Czy miałbyś tyle przyzwoitości, żeby zapanować nad swoją niechęcią do Petera, gdybyś wiedział, do czego twoje uprzedzenia doprowadzą? To spędza mi sen z powiek nocami. Nie wiem, czy ci kiedykolwiek wybaczę. Udało mu się powiedzieć to wszystko bez gniewu i bez podnoszenia głosu. Nigdy o tym z nikim nie rozmawiał poza czterema przyjaciółmi z uniwersytetu. Wrócił do Oksfordu przepełniony złością i żalem do ojca. Wysłuchali go. Cris objął go, Gabe nalał mu brandy do szklanki, a Grant zapewnił, że zawsze będą go wspierać. Alex wiedział, że dojdzie do siebie, bo zawsze będzie mógł na nich liczyć. A oni na niego.

Ojciec słuchał i stawał się na twarzy coraz bardziej czerwony. Alex z zaskoczeniem zauważył, że to ułatwiało mu zachowanie spokoju. – Zacząłeś mnie podejrzewać tylko dlatego, że nie polowałem, nie piłem i nie uganiałem się otwarcie za panienkami. Ja wolałem książki i interesowałem się sztuką. To wystarczyło. Gdybyś zadał sobie choć trochę trudu, mógłbyś się dowiedzieć, że jestem wyśmienitym szermierzem, nieźle trzymam się w siodle i zupełnie dobrze radzę sobie w ringu bokserskim. Nie robię wokół tego szumu i cenię sobie elegancki ubiór. – Nie miałeś pojęcia o plotkach, jakie krążyły o prowadzeniu się młodego Agnew w Cambridge? – przemówił wreszcie ojciec. Alex spojrzał w jego wciąż czerwoną twarz. Jeżeli ojciec powtórzy dawne oskarżenia i nie przyzna się do błędu, on wyjedzie i nigdy już jego noga nie stanie w tym domu. – Popełniłem błąd. – Czerwień zaczęła ustępować z twarzy hrabiego. Alex odetchnął. – Nie wygląda na to, żebyś tego żałował. – Ile wynoszą twoje długi? – Długi? Nie mam długów. Jestem bogatym człowiekiem. Nie potrzebuję twoich pieniędzy, ojcze. I do niczego nie jest mi potrzebne to poświęcenie. – Więc spełnienie obowiązku nazywasz poświęceniem? – Oczywiście. Nie sądzę, żebym miał czas kontynuować to, czym się zajmuję, ani podróżować, jeśli mam wywiązywać się z obowiązków właściwie. – Będziesz potrzebował żony. Czas pomyśleć o zapełnieniu pokojów dziecięcych. Ale nie z tą dziewczyną, którą przywiozłeś. Miły dzieciak, niezepsuta, to mi się w niej podoba. Ale nie ma żadnej rodziny, na ile udało mi się ją wysondować. – Nie ma. – Przynajmniej takiej, która chciałaby się do niej przyznać. Dziedzic hrabiowskiego tytułu nie może ożenić się z nieznaną panną prosto z klasztoru. A już na pewno nie z nieślubną córką bliskiego sąsiada. Uderzające, że nie przyszło mu do głowy brać pod uwagę małżeństwa z Tess, dopóki nie zobaczył czarno na białym jej związków z rodziną wymienioną w księdze parów. Od samego początku podobała mu się, budziła w nim opiekuńcze uczucia, podniecała go, a on nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego zainteresowanie wykracza poza zwykły flirt. Jak mógł być taki głupi i ślepy. Kusiło go, żeby oznajmić, że nigdy się nie ożeni. Byłby to cios dla ojca, ale nie żenić się byłoby głupotą. Będzie musiał się z tym pogodzić. – Pojadę dotrzymywać Marii towarzystwa w czasie sezonu w Londynie. Będzie to

okazja do poznania odpowiednich panien. Będzie się czuł jak na targu bydła. Jak w takich okolicznościach w ogóle można poznać kobietę? Tess znał dobrze, a po ostatniej nocy wydawało mu się, że wejrzał w jej duszę. Nie mógł jej zostawić. Oddała mu wszystko dlatego, że ujrzała w nim jeszcze jedną istotę potrzebującą pomocy, jak Dorcas, Annie czy ten przeklęty kot. Będzie musiał ją przekonywać, by przyjęła jego wsparcie. – Co ma znaczyć ta kwaśna mina? – zapytał ojciec. – A jaką mam mieć, kiedy pomyślę o konieczności bywania w Almacku? – odparł opryskliwie. Zasoby jego cierpliwości i dyplomacji były na wyczerpaniu. Do wybaczenia było daleko, do akceptacji jeszcze dalej, ale będzie musiał się przemóc w interesie matki i siostry, w interesie ciągłości rodu. – Powiedz, jaka sprawa jest najpilniejsza, i bierzmy się do pracy – odparł i pomyślał, że nie może tak łatwo się poddawać. Tess wydawało się, że wszyscy na nią patrzą, a lady Moreland nie jest zadowolona, że cały ranek spędziła na konsultacjach z MacDonaldem, Dorcas i Byfleetem. Co by było, gdyby wiedziała, jak jej syn spędził ostatnią noc, Tess po prostu bała się pomyśleć. Szła do salonu, gdzie spodziewała się zastać panią domu. Za zakrętem korytarza wpadła na Aleksa. – Och! – Potrzebuję cię. – Objął ją i zbliżył twarz do jej twarzy. – Nie możemy… nie tutaj. Ale musimy porozmawiać. – Co się stało? – Otworzył najbliższe drzwi, wciągnął ją do środka pokoju, który okazał się małym i nieopalanym zimą salonikiem. – Tu nam nikt nie przeszkodzi. – Usiadł na kanapce i posadził sobie Tess na kolanach. – Przytul się, będzie ci cieplej. O co chodzi? O ostatnią noc? Nie usłyszysz ode mnie, że żałuję, że do niej doszło, chociaż powinienem. Ty żałujesz, Tess? – Nie, na pewno nie. – Było ci dobrze? Nie wystraszyłem cię? – Domagasz się komplementów. Owszem, byłam zaskoczona, ale czuję się wspaniale… kobieco. – Jesteś kobietą. Więc o czym chcesz rozmawiać? – O zbliżających się świętach i naszej służbie. Obiecaliśmy im cały dzień wolnego. Jak to będzie teraz? Tutejsza służba, o ile wiem, spędzi święta w pracy. – Chyba tak. Nigdy się nad tym wcześniej nie zastanawiałem. W święta było

zazwyczaj pełno ludzi w domu. Kłócili się, jedli i pili do przesady. Chcesz zawracać sobie głowę służbą? – Myślałam, że zgodziłeś się na mój plan. Kupiłeś prezenty, pozwoliłeś udekorować dom… – W Londynie. Nie możemy wprowadzać takich zwyczajów tutaj. Osłupieją przy świątecznej kolacji, kiedy pojawią się kolędnicy. – Może to pomogłoby wam się pogodzić… zjednoczyć… – próbowała argumentować. – Ale ja nie chcę żadnego zjednoczenia – uciął ostro, ale zaraz spojrzał na nią łagodniej i zapytał: – Jesteś rozczarowana? – Tak – odparła Tess i popatrzyła mu w oczy. Nie miała zamiaru składać broni. – Dobrze. Porozmawiam z matką. A najlepiej porozmawiajmy razem. Chodźmy, poszukamy jej. Lady Moreland zastali w jej saloniku. Przeglądała domowe rachunki. – Alexandrze, czy mógłbyś mi wyjaśnić, dlaczego zużywamy trzy razy więcej świec woskowych niż w tym samym czasie roku ubiegłego? – Nie mam pojęcia, mamo. Przyjechałem z całą swoją służbą. Przed wyjazdem obiecałem im wolny dzień w okresie świąt, a teraz nie wiem, czy będę mógł dotrzymać słowa. – Cały dzień? Jesteś bardzo hojny. – Zadowalam się zimnymi posiłkami w czasie świąt. Panna Ellery i pani White oświadczyły, że nie mają nic przeciwko temu. – Zastanawialiśmy się – ośmieliła się wtrącić Tess – czy nie wystarczy gorący lunch i zimny bufet na kolację w dzień Bożego Narodzenia. Dzięki temu służba mogłaby świętować przez cały wieczór. – Po zastanowieniu uważam, że moglibyśmy zrezygnować z oficjalnej kolacji tego jednego dnia, mamo – poparł ją Alex. – Wolne popołudnie i wieczór w dzień Bożego Narodzenia nie wydaje się pomysłem nazbyt ekstrawaganckim. – O ile ten pomysł nie wyda się zbyt rewolucyjny lordowi – powiedziała Tess, którą ogarnęło nagłe zwątpienie w to, jak chory despota przyjmie taką propozycję. – Jeśli Alexander przekona ojca, nie będę miała żadnych obiekcji – stwierdziła lady Moreland. – Prawdę powiedziawszy, ciche święta są tym, czego nam obecnie potrzeba. – Lady Moreland, nie chcę się narzucać, ale czy pozwoli pani, że porozmawiam o tym ze służbą, kiedy uzyskamy zgodę jego lordowskiej mości? Chciałabym być

użyteczna. Hrabina spojrzała z uwagą. Tess poruszyła się niespokojnie i zaczęła zastanawiać, co zrobiła nie tak, jak należy. Matka Aleksa uśmiechnęła się jednak życzliwie. – Dziękuję, drogie dziecko. Myślę, że tak będzie… właściwie. Alexandrze, powiedz ojcu, że sprzyjam temu pomysłowi. Tess spojrzała na Aleksa z ulgą i zdziwieniem, bowiem przyglądał się matce z wyraźnym zaskoczeniem.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY – Teraz porozmawiamy z Garnettem. Niech doradzi, jak to zorganizować. – Alex pokierował Tess do głównego holu. – Myślę o twojej matce… Spodziewałam się, że nie spodoba się jej ten pomysł – wyznała. – Tymczasem tak łatwo się zgodziła… – Owszem, ale jedynie ze względu na ciebie, nie na sam pomysł – odpowiedział po chwili namysłu. – Ze względu na mnie? Ona myśli, że ty i ja… Na pewno podejrzewa, że jestem nikim… – Tak myślisz? Zresztą wcale nie jesteś nikim. – Chciałam powiedzieć, że nie uważa mnie za odpowiednią kandydatkę na żonę dla ciebie. – Chyba nie. To nie bajka, pocieszyła się Tess w duchu. Królewicz nie poślubi Kopciuszka na przekór wszystkim. – Więc lepiej zadbaj o to, aby nie wyciągnęła zbyt pochopnych wniosków – powiedziała ostrzej, niż chciała. I zaraz tego pożałowała. To nie wina Aleksa, że jest dziedzicem tytułu hrabiowskiego, a ona nieślubną córką, owocem skandalicznego związku swoich rodziców. – Alex! Co ty, u diabła, robisz? – ze schodów zbiegł Matthew, dudniąc butami o dębowe stopnie. – Przygotowuję święta, skoro pytasz. – Do cholery ze świętami. Ty naprawdę myślisz, że pozwolę zesłać się na odludzie do jakiegoś zabitego dechami folwarku… – Po pierwsze, hamuj język w obecności panny Ellery. Po drugie, ani to nie leży w mojej mocy, ani nie mam zamiaru zsyłać cię donikąd… A już z pewnością nie zamierzam wtykać ci na siłę folwarku, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego mógłbyś nie chcieć dostać kawałka własnej ziemi. Po prostu zasugerowałem ojcu, żeby podarował ci jakąś posiadłość niewchodzącą w skład ordynacji, skoro pragniesz się usamodzielnić. – Chcesz się mnie pozbyć! A ten stary dureń pozwolił sobie zamydlić oczy opowieściami o twoich umiejętnościach szermierczych i jeździeckich i uznał nagle,

że się nadajesz? – Wybaczcie, to sprawy rodzinne – odezwała się Tess i odeszła w głąb korytarza. Zatrzymała się jednak za parawanem. Nie chciała podsłuchiwać, ale niepokoił ją agresywny ton Matthew. – Jestem dziedzicem. W tej kwestii ojciec nie ma swobody wyboru. – Alex z trudem zachowywał cierpliwość. – Proponowałem mu, żeby podwoił ci pensję i oddał jakiś dobry folwark jako rekompensatę za pracę, którą włożyłeś w zarządzanie ordynacją. Jeśli nie podoba ci się mój pomysł, to tutaj zostań. – Mam zostać i patrzeć na takiego mięczaka? – Nie jestem mięczakiem. – Tess odnosiła wrażenie, że Alex zaczyna tracić cierpliwość. Dlaczego znowu podważa jego męskość? – Oczywiście. Zapomniałem. Jesteś wytrawnym szermierzem. Udowodnij to! Tess usłyszała szczęk metalu. Przelękła się. Ściany holu były obwieszone białą bronią. – Uważaj, Matthew – powiedział Alex. – Ten floret nie ma punty. – Tym lepiej. Odetnę ci uszy, kochany braciszku. Tess wyjrzała zza parawanu w chwili, gdy Matthew uzbrojony we floret rzucał drugi Aleksowi. Alex złapał w locie rękojeść i skierował ostrze ku podłodze. – Nie wygłupiaj się. – Boisz się? – Matthew stanął w pozycji do ataku. – Ani trochę… A ty?! Chcesz zmienić porządek sukcesji? O to ci chodzi? – Alex uniósł broń. Tess nie mogła widzieć jego twarzy, ale wydawał się jej niebezpiecznie rozluźniony. Tak wyglądał na chwilę przedtem, zanim uderzył marynarza na statku. – Nie chodzi o sukcesję. Nie dbam o to… Ale chciałbym się przekonać, czy z twoich żył popłynie woda czy krew. – Tak wcześnie rano popłynie z nich kawa. – Alex wykonał błyskawiczne pchnięcie. Matthew odskoczył w tył. Tess skrzywiła się na dźwięk uderzenia metalu o metal. Dwaj bracia przestali rozmawiać. Rozpoczął się pojedynek. Matthew był bardziej zapalczywy, krzepki, cięższy i na jej niewprawne oko miał przewagę. Alex mniej się poruszał, ale każdy ruch wykonywał z niebywałą lekkością, posługiwał się bronią oszczędnie i precyzyjnie, dzięki czemu potrzebował zapewne mniej wysiłku. Matthew oddychał coraz ciężej, a jego twarz zrosił pot. Wyraźnie się męczył. Wykonali obrót. Tess mogła teraz widzieć twarz Aleksa. Nie wyrażała żadnych emocji. Gdy Matthew zaatakował, mierząc w klatkę piersiową brata, Tess zatkała usta dłonią. Alex jednak w ostatniej chwili odskoczył w bok i lewą ręką złapał

Matthew za nadgarstek. Jego floret uderzył w ścianę i z brzękiem upadł na podłogę. Na dłuższą chwilę zapadła głucha cisza, którą przerwał jednak Matthew. – Gdzieś się nauczył tak walczyć? – W Niemczech. A ty? – Ja? Od ojca. Czyżbyśmy się mylili na twój temat? – Doszedłeś do tego, bo potrafię posługiwać się floretem? Nic nie wiesz o świecie, braciszku. Mój nauczyciel szermierki nie gustował w kobietach. Ten, z którym walczyłem na bokserskim ringu u Jacksona, również. Owszem, myliliście się co do mnie. Pozory często mylą… Zainteresowanie sztuką i niechęć do zabijania wszystkiego, co jest okryte futrem lub piórami, nie świadczy o mężczyźnie. Tess nie miała pojęcia, o co im chodzi. Cokolwiek to było, Matthew zmieniał nastawienie do brata. – Boksowałeś się u Jacksona? Tego Jacksona? – Jest tylko jeden[1]. – Alex odwiesił florety na miejsce na ścianie. – Chodź, obejrzymy mapy, zdecydujesz, który z dwóch proponowanych dworów zechcesz dla siebie, a potem pokażę ci kilka ciosów, których się nauczyłem. Tess wiedziała, że w takiej sytuacji ona musi zejść na drugi plan. Alex odczekał, aż Matthew zamknie za sobą drzwi biblioteki, po czym wymierzył mu silny sierpowy. – Za co? – Matthew skulił się i zaczął masować szczękę. Nie zamierzał oddawać ciosu. – Za to, że przeklinałeś w obecności panny Ellery, bawiłeś się niezabezpieczonymi floretami… i ogólnie za to, że jesteś dupkiem. – Wystarczy. Uznaję się winnym co do pierwszych dwóch zarzutów. Ale co miałem myśleć w sytuacji, kiedy ojciec rzucił ci w twarz oskarżenia, a ty wyszedłeś i zerwałeś kontakty z rodziną? – Nie przyszło ci do głowy, że zranił moje uczucia? Że jego furia spadła niezasłużenie na wrażliwego siedemnastolatka, który nie był jeszcze niczego pewny? Gdybyś zadał sobie trochę trudu, mógłbyś się ze mną skontaktować. Nie było tajemnicą, gdzie przebywam. Z matką zawsze utrzymywałem kontakty. Bałeś się mnie odwiedzać? Myślałeś, że mój dom jest pełen mężczyzn przebranych w damskie fatałaszki? – Mniej więcej. – Co ty wiesz o Londynie… Przyjedź kiedyś na sezon, a obiecuję, że będę strzegł

twojej cnoty. – Nie potrzebuję anioła stróża. Nieraz chciałem jechać, ale ten stary zrzęda mi nie pozwalał. Mówił, że nie ma tam nic interesującego dla prawdziwego mężczyzny, tylko bale i nudne wieczorki muzyczne. – Ojciec dba o swój portfel. Podobałoby ci się w Londynie. Wprowadziłbym cię do moich klubów, zobaczyłbyś, jak boksują u Jacksona, jaką broń strzelecką mają do zaoferowania u Purdeya i Mantona. Ostrzegałbym cię tylko przed jaskiniami hazardu kapitana Sharpa. Nie pokrywałbym twoich długów, gdybyś ich narobił. Matthew milczał. – Zachowywałem się jak dureń – stwierdził wreszcie. Alex westchnął i wzruszył ramionami. – Ja chyba też. Ale przynajmniej dobrze się bawiłem, a ty raczej nie. – Było mu żal brata, który dorastał w cieniu ojca i nie miał szansy na samodzielność. – Ojciec wciąż utrzymuje cię w przekonaniu, że nie masz szansy być w żadnej dziedzinie najlepszy, bo nie jesteś spadkobiercą rodu. Ja zaś, będąc spadkobiercą rodu, nie spełniam jego oczekiwań, bo nie jestem taki jak on. Obaj nie dorastamy do jego oczekiwań. Matthew zaczynał rozumieć. – Cholera! Racja! Nie rozumiałem, dlaczego ciągle narzekał, że nie jestem dość dobry. Mam tego dość. Chcę zacząć żyć po swojemu. Kiedy poinformował mnie, że to ty zaproponowałeś… – Byłeś na mnie zły, że to nie jego pomysł? Wydaje mi się, że obaj powinniśmy porzucić nadzieję, że pewnego dnia będzie z nas dumny. Lepiej żyjmy według własnego uznania. Alex dziwił się swojemu spokojowi i najwyraźniej zaskoczył również brata. – Zadziwiasz mnie, bracie. Powinieneś mieć żal za to, w jaki sposób zostałeś potraktowany w przeszłości. Dlaczego jesteś skłonny wybaczyć? – Nie wiem… Może dlatego, że idą święta… – Miłość odmienia! – Matthew roześmiał się. – Panna Ellery jest śliczna, masz szczęście, stary. Aleksa ścisnął znajomy ból pod mostkiem, jak gdyby tam było źródło wszelkich trapiących go rozterek. – Wiesz doskonale, że muszę się rozejrzeć za naprawdę dobrą partią. – Jedno nie wyklucza drugiego… – Wesołość Matthew zgasła, kiedy zobaczył wyraz twarzy Aleksa. – Nie wolno ci tak mówić. Ani myśleć. Panna Ellery jest naszym gościem.

– Oczywiście. Przepraszam. Obejrzymy mapy naszych włości? Jeśli rzeczywiście mógłbym wybrać któryś z folwarków nienależących do ordynacji… to wiem, co chciałbym robić. I przydałaby mi się twoja rada. Aleksowi odebrało nagle mowę. Odkrył, że między nim a Matthew istnieje więź, że są rodziną. Brat prosił go o radę i chciał działać z nim ręka w rękę. – Przepraszam, zaschło mi w gardle. Oczywiście, możesz liczyć na mnie, ale ty sam najlepiej wiesz co ci potrzeba. – Tu jesteś. Wszędzie cię szukałam. Sylwetka Aleksa ciemniała na tle szarego nieba za wielkim oknem w bibliotece. Płomień świeczki w lichtarzu w dłoni Tess zamigotał. Przez całe popołudnie martwiła się o niego i o to, co działo się między nim a jego bratem. Nasłuchiwała, czy nie szczęknie znowu biała broń, czy – co gorsza – nie odezwie się wystrzał. Kiedy odpalała od świeczki knoty w lampach rozstawionych w pokoju, odwrócił się i uśmiechnął do niej. Tess spadł kamień serca. Usiadła w najbliższym fotelu. – Przepraszam, zaniedbywałem cię. – Nic nie szkodzi. Mam ci wiele do opowiedzenia o rezultatach moich narad z Garnettem, panią Garnett oraz kucharką i chciałabym to zrobić jak najszybciej. Zasadniczo uznali, że to świetny pomysł i służba przyjęła plan entuzjastycznie. Rozmawiałam ponownie z twoją matką i obiecałam jej, że pomogę urządzić bufet w jadalni na wieczór. Mimo to będziemy mieli mnóstwo czasu dla naszych ludzi. To znaczy… twoich… Wystarczająco dużo, aby wręczyć im prezenty. Otworzyła notatnik, Alex usiadł obok niej. – Twój nieodstępny notatnik, pokaż, co tam masz. Kiedy czytał, przyglądała mu się. Wyglądał inaczej, jakby został odmłodzony. – W porządku? – zapytała. – Twój plan? Tak, nie wiem, co mógłbym dodać. Wiesz dobrze, że nie mam doświadczenia w przygotowaniach świątecznych. Nie wątpię, że wszyscy będą bardzo zadowoleni. Jesteś urodzoną organizatorką, Tess. – Miałam na myśli twoją rozmowę z bratem. Martwiłam się. Był bardzo na ciebie zły. – Wielkie niedopowiedzenie… – parsknął śmiechem – …zważywszy na to, że miał szczerą chęć nadziać mnie na ostrze floretu. Tak, wszystko w porządku. Dogadaliśmy się z moim małym braciszkiem, Tess. On mnie potrzebował. – Cieszę się, Aleksie. To dobra wiadomość.

– Wszystko dzięki tobie, mała zakonniczko. Ty mnie natchnęłaś duchem świąt Bożego Narodzenia. Los tak chciał. Będą dzwonki, będą kolędy. Obym się tylko nie rozkleił zanadto. – Jesteś taki dobry! – Aby wzmocnić komplement, po przyjacielsku pocałowała go w policzek. Nieoczekiwanie znalazła się u niego na kolanach, otoczona jego ramionami. Pocałował ją, bynajmniej nie po to, żeby odwzajemnić przyjazne uczucia, lecz z żarem stęsknionego kochanka. Wydało się jej, że od chwili, w której odprowadził ją o świcie do sypialni, upłynęła wieczność. I cała wieczność przed nimi, zanim wieczorem znowu będą mogli zostać we dwoje. – Dzisiaj przyjdę do twojego pokoju, jeśli nadal mnie chcesz – powiedział, gładząc palcem jej brwi. – Nie marszcz się, mała zakonniczko. Jeśli nie chcesz, zostanę u siebie, ale ze złamanym sercem… – Nie jestem zakonnicą, a twojemu sercu nic nie grozi. – Podniosła się z jego kolan. – Nie mów bzdur. Oboje chcemy tego samego. To nie jest towarzyski flirt, który wymaga pięknych słówek i nieustannego uwodzenia. Z bezpiecznej odległości za stołem wróciła do poprzedniego tematu. – Nie omówiliśmy wszystkich szczegółów dotyczących przygotowań świątecznych. Będziemy potrzebowali cały wóz zieleni i muszę wiedzieć, kiedy zamierzasz zejść do sutereny, żeby rozdać służbie prezenty. Czy myślisz, że twojej rodzinie spodoba się, jeśli w którymś momencie służący wejdą na górę i zaśpiewają kolędy? Oni już je ćwiczą. – O zieleń do przystrojenia domu poproś Matthew – powiedział z kamienną miną. – Co do służby, to oni prawdopodobnie wcale nie pragną mnie widzieć na dole, woleliby, żeby ich zostawić samych sobie. A jeśli już każesz im śpiewać kolędy, to nie oczekuj, że ja będę z ochotą słuchał kociej muzyki. – Twoja strata. Teraz idę porozmawiać z twoim bratem. – Tess powstrzymała z trudem cisnące się do jej oczu łzy. Nakazała sobie wziąć się w garść i pocieszyła, że na szczęście lady Moreland spodobał się pomysł udekorowania domu.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY Alex spóźnił się pięć minut na kolację i siadał do stołu w nie lepszym humorze niż ten, jaki okazywał hrabia. – Spóźniłeś się – skonstatował. Alex skłonił głowę ku ojcu i uśmiechnął się do matki. – Przepraszam, mamo. Proszę o wybaczenie, milordzie. – Usiadł i przykrył zły humor maską uprzejmości. Wyrzucał sobie swoje popołudniowe niezręczne zachowanie wobec Tess. Potem długo pracował ze swoim sekretarzem. To wszystko odebrało mu apetyt i sprawiało, że nie mógł doczekać się chwili, w której odkorkuje butelkę brandy. Tess rzuciła mu przelotny uśmiech i kontynuowała rozmowę z Matthew, prawdopodobnie o rozmieszczeniu dekoracji świątecznych. – Dowiedziałem się, że szykujecie tradycyjne Boże Narodzenie – stary hrabia spojrzał spod krzaczastych brwi na Tess. Alex szykował się do przyjścia z odsieczą. – Pod warunkiem że nie będzie to przeszkadzało waszej lordowskiej mości – odpowiedziała. – W żadnym wypadku, moja droga. Moja droga? Co się stało staremu? – Alex zdziwił się. Wygląda na to, że jest gotowy zaakceptować Tess. – Najlepszy ostrokrzew z jagodami znajdziesz wzdłuż zachodniej granicy parku – powiedział hrabia do Matthew. – Tam powinny być również kłody nadające się na święta do kominków. Podczas zeszłorocznej silnej burzy pioruny powaliły aż trzy dęby. Coś ci się nie podoba? – zapytał Aleksa. – Ależ skąd. Ale po co nam świąteczne kłody, ojcze? – Jeśli panna Ellery pragnie urządzić prawdziwe wiejskie Boże Narodzenie, wielkie bierwiona są niezbędne. Domyślam się, że takich świąt nie doświadczyła przez te wszystkie lata, które spędziła w Gandawie. Oni tam nie mają pojęcia o świętowaniu. Cudzoziemcy! – Mają własne tradycje. – Wiem. Nie powinienem oczekiwać, że zechcesz sobie ubrudzić swoje kosztowne buty, ale może zaszedłbyś do pastora i powiedział mu, że będzie mile widziany z kolędnikami w wieczór wigilijny.

– Może mają też przyjść dzieci z dzwoneczkami? Ojcze, powinieneś odpoczywać, a nie spraszać do domu całą wieś. – Nie świętowaliśmy Bożego Narodzenia, odkąd wyjechałeś. Chciałbym, żeby w tym roku wszystko odbyło się, jak należy. Jakby kiedykolwiek panowały w tym domu radość i harmonia! – pomyślał z ironią Alex i spojrzał badawczo na ojca. Zaraz zrozumiał, że jemu wcale nie chodzi o wydawanie rozkazów; on myśli, że to jego ostatnie święta. – Naturalnie, jeśli ma ci to sprawić przyjemność, ojcze. Został wynagrodzony wiele mówiącym spojrzeniem matki i uśmiechami Marii i Tess. Nie przestał uważać, że wszystkie te dzwonki, kolędnicy i dekoracje świąteczne to sentymentalne bzdury, ale skoro mają sprawić przyjemność rodzinie, to przynajmniej się postara udawać. Może Tess popatrzy na niego łaskawszym okiem i zapomni o wcześniej utarczce. O pierwszej Alex zapukał do drzwi sypialni Tess i wślizgnął się do środka. – Aleksie? – Tess zgasiła wszystkie świece, pokój oświetlał tylko ogień na kominku. W jego blasku biała pościel wydawała się miejscami różowa, miejscami złota. – Nie ja, duch pierwszego hrabiego, który stracił głowę na szafocie. A któż by inny? Przekręcił klucz w zamku. – Myślałam, że nie przyjdziesz po naszej popołudniowej sprzeczce. – To była sprzeczka? Myślałem, że odbieram chłostę za niewrażliwość i brak zrozumienia dla konieczności wyprawienia tradycyjnych świąt. – Byłam zgryźliwa. Ty natomiast byłeś miły dla ojca podczas kolacji. – On może nie dożyć Nowego Roku. Zamykanie drzwi przed kolędnikami nie wskrzesi Petera. – Petera? Cholera, przecież ona nie wie, dlaczego opuściłem dom, przypomniał sobie. Nie słyszała o Peterze. – Peter był moim przyjacielem. Miał sekret, raczej dość zgubny. Kiedy wyjechałem z domu, mój ojciec rozpuszczał o nim plotki, które doprowadziły go do samobójstwa. – To straszne! – Tess złapała go za rękę i pociągnęła do łóżka. – Ale co to mogły być za plotki, że on zrobił coś takiego? Popełnił jakąś zbrodnię? – Nie, ale zdaniem niektórych chciał popełnić. Nie potrafię ci tego wyjaśnić, Tess.

Patrzył na jej życzliwą, zatroskaną twarz. Ten widok był jak balsam na jego zranioną duszę. – Kochał się w tobie? – zapytała. – Co? – Alex zdał sobie sprawę z tego, że prawie krzyknął, więc zniżył głos do szeptu. – Co powiedziałaś? – chciał wyrwać jej swoją rękę, ale przytrzymała ją mocniej. – W zeszłym roku wybuchł skandal dotyczący brata jednej z naszych pensjonariuszek. Napisał do niej bardzo niedyskretny list, w którym informował o swojej ucieczce do Włoch z przyjacielem. – Nie miałem pojęcia, że pensjonariuszki klasztornej szkoły stykają się z tego rodzaju sprawami. – Niektóre tak, a poza tym nie jesteśmy idiotkami. Teraz rozumiem wszystkie aluzje Matthew. Ale one były bezpodstawne, tak? – Tak. Ojciec był bardzo nietolerancyjny, a ja miałem zanadto delikatną naturę jak na jego gust. W pewnej chwili zorientował się w uczuciach Petera, do czego ja nie byłem zdolny, dodał dwa do dwóch i wyszło mu pięćdziesiąt. Czując się skrzywdzony, pokłóciłem się z nim, spakowałem, pojechałem do Petera i powiedziałem mu o podejrzeniach mojego ojca. Następnie udałem się do Oksfordu, nie wiedząc, jaką bombę rzucam mu pod nogi. – Gdyby to się nie wydarzyło, pogodzilibyście się z ojcem – zauważyła Tess. Smutek, z jakim to zrobiła, był dla Aleksa jak cios w splot słoneczny. Dlaczego tak się tym przejmowała? Czy był dla niej kolejnym kulawym psem albo kotkiem, którym należy się zaopiekować? To jego sprawa, jego powód do smutku, nie prosił jej, by się w to angażowała. Młoda, wychowana w klasztorze kobieta nie powinna nic wiedzieć o tragediach, jakie wynikają z odmiennych preferencji seksualnych. Mimo to Aleksa zaczynało nużyć ukrywanie uczuć, okazywanie pewności siebie w sytuacjach, w których wcale jej nie miał. – Idziemy do łóżka czy będę tak stał całą noc, dyskutując o mojej rodzinie? Jego ostry ton zrobił wrażenie na Tess. Czas, żeby zauważyła, że on nie jest ideałem ukrywającym złote serce pod maską cynizmu. Ani bezradną ofiarą okrutnego losu. W tej chwili był pragnącym kobiety mężczyzną i mógł się zdenerwować z powodów, których sam dobrze nie rozumiał. – Tak, oczywiście. – Tess uniosła przykrycie i przesunęła się na środek łóżka. – Miałam nadzieję, że przyjdziesz. Zauważył jej rozszerzone oczy, jakimi nań patrzyła, gdy zdjął szlafrok. Zwilżyła językiem wargi, a w niego wstąpiła prymitywna żądza. Bez wahania zdjęła przez

głowę koszulę, wyciągnęła ku niemu ramiona i wystawiła twarz na jego pocałunki. Zaczął pieścić jej drżące ciało, aż poczuł ponad wszelką wątpliwość, że jest na niego gotowa. Jej usta, słodkie i spragnione, były otwarte, jej ciało zamykało się wokół niego. Rozkosz poniosła go niczym dziki koń, a kiedy usłyszał jej jęknięcia i wyszeptywane swoje imię, z wielkim wysiłkiem wycofał się, zanim sam dał się ponieść fali najwyższej przyjemności. – Aleksie? – Tess otworzyła oczy. Sposób, w jaki się przed chwilą kochali, poruszył ją do głębi. Podniecenie, gwałtowność, zatracenie się Aleksa w miłosnym akcie wstrząsnęły nią w zupełnie inny sposób niż wczorajsza czułość i delikatność. Jak to możliwe, że namiętność wyraża się na tak różne sposoby. A jak się wyrazi jutro? – Tess, przepraszam. Byłem brutalny. – Ani trochę. – Zachowałem się jak zwierzę. – Nie mów tak. – Nie bój się, już cię nie dotknę. Nie przekonuj mnie, że nic się nie stało, za łatwo wybaczasz, Tess. Otworzyła usta, chcąc mu powiedzieć, że się myli, że nie musi mu wybaczać żadnych grzechów, o których popełnienie się oskarża, aby tylko przestał patrzeć na nią tak, jak to robi w tej chwili. – Chciałem ci to powiedzieć po świętach, ale zrobię to teraz. Tess, nie zniosę myśli, że po Nowym Roku zaczniesz chodzić po agencjach zatrudnienia w poszukiwaniu pracy u jakiejś zrzędliwej staruszki lub w domu pełnym rozbisurmanionych bachorów. – Ale… – Znajdę ci gdzieś dom, może w przyjemnym targowym miasteczku, gdzie będziesz mogła zamieszkać z Dorcas i cieszyć się szacunkiem sąsiadów. Będę wypłacał ci pensję. Nie będziesz musiała mnie już widywać. Mój plenipotent załatwi wszystko w największej dyskrecji. „Nie będziesz musiała mnie już widywać”. W pierwszej chwili nie zrozumiała, o czym on mówi, ale gdy sens jego słów dotarł do niej, zmroziło ją. – Spłacasz mnie? Dom i pensja to hojna zapłata za dwie noce, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę mój kompletny brak doświadczenia. O co mogłabym prosić, gdybym znała kilka sztuczek… – Tess, to nie tak. – Alex wyskoczył z łóżka i stanął nad nią, zupełnie nagi. –

Przecież nie oczekiwałaś, że się z tobą ożenię. Rozmawialiśmy o tym. Nie uchylaj się. Boisz się, że cię uderzę? – Nie uchylam się. Odsuwam się od kogoś, kogo tylko myślałam, że znam. Potraktowałeś mnie jak dziwkę. Jak śmiesz proponować mi pieniądze!? – Również wyszła z łóżka, chwyciła jego szlafrok i w niego rzuciła. – Jak śmiesz sugerować, że zamierzałam skłonić cię do małżeństwa! Alex złapał w locie swoje jedwabne okrycie. – Tess! – Dla pana, milordzie, panna Ellery. A teraz wynoś się z mojej sypialni! Na szczęście miał tyle rozsądku, żeby wyjść bez słowa. Stała bez ruchu jeszcze długo po tym, jak zamknęły się za nim drzwi. W końcu poczuła, że zmarzła, więc podeszła do kominka i patrzyła na dopalające się węgle. Po pewnym czasie pomyślała, że dobrze byłoby się umyć. Woda jednak zdążyła wychłodzić się do temperatury pokojowej. Zauważyła znaki na ciele, jakie jej zostawił. Na ramieniu miała obtartą od jego brody skórę. Wczoraj dawały jej radość. Dzisiaj ich widok sprawiał przykrość. Kiedy już zmyła z siebie zapach jego ciała, podeszła do łóżka, włożyła nocną koszulę i poprawiła prześcieradło. Znalazła na nim kilka brązowozłotych włosów. Wrzuciła je w ogień, wróciła do łóżka, położyła się, zwinęła w kłębek i czekała na sen. – Panno Ellery, czy pani się nie przemęcza? – lady Moreland odstawiła dzbanek z herbatą i spojrzała na Tess, która miała cienie pod oczami, była blada, a jej uśmiech wydawał się sztuczny. – Ani trochę. Nie spałam zbyt dobrze tej nocy. Do rana przewracałam się z boku na bok. Czasem mi się to zdarza. – Mnie też, moja droga. Wiem, jakie to męczące. Nie wspominałabym, że marnie pani wygląda, gdyby przyszedł na śniadanie któryś z panów, ale żaden z nich się nie zjawi. Alexander i Matthew pojechali z pracownikami farmy naciąć gałęzi do udekorowania domu, a mój mąż zje śniadanie u siebie. – Alex… lord Weybourn również pojechał? – Tak. Mam nadzieję, że świeże powietrze i trochę ruchu poprawi mu humor – odezwała się Maria. – Wyglądał dzisiaj jak gradowa chmura. Myślałam, że on i Matthew znowu się pokłócili, ale wyglądało na to, że jest między nimi zgoda. – Sądzę, że ma dużo pracy w związku z tym, że zrezygnował z handlu dziełami sztuki – zasugerowała Tess. – Korespondencja w tej sprawie zajmuje mu dużo

czasu. – Tess chętnie zdzieliłaby Aleksa w głowę jakimś antykiem, najchętniej marmurowym popiersiem, ale byłoby nie w porządku wobec jego rodziny ujawniać żal, jaki miała do niego. Nie będzie im psuła radości z pojednania. – Widocznie tak – zgodziła się lady Moreland. – To dla niego trudny czas, nie spodziewałam się, że wykaże tyle cierpliwości wobec ojca. – Wyraz twarzy Tess musiał zdradzać jej uczucia, bo dodała: – Nie powinnam wciągać pani w rodzinne sprawy, panno Ellery. Mam nadzieję, że zachowa pani dyskrecję. Tess bąknęła coś, co mogło być odczytane jako potwierdzenie, współczucie i brak zainteresowania dalszymi szczegółami. Lady Moreland przekierowała rozmowę na modę i plany odświeżenia garderoby Marii w związku z wyjazdem na londyński sezon. Tess udawała, że uczestnicy w rozmowie, choć tak naprawdę nasłuchiwała, czy nie nadjeżdża powóz z braćmi. Wreszcie wrócili. W wychłodzonym przez otwarte drzwi holu zaroiło się od służących układających gałęzie. Matthew tryskał dobrym humorem, Aleksa twarz była zaczerwieniona z zimna i nie zdradzała żadnych emocji. Popatrzył na Tess, widocznie on również zauważył, jak marnie wygląda, i odszedł. – Nie wiem, co się stało Aleksowi – powiedział Matthew, gdy ucichły kroki brata na kamiennej posadzce. – Jest rozdrażniony jak niedźwiedź wyrwany ze snu zimowego. W porze lunchu usiadła między Marią a Dorcas. Maria dzieliła się obawami związanymi z wyjazdem na sezon do Londynu. Na drugim końcu stołu Alex słuchał tyrad ojca na temat polityki zagranicznej rządu, po czym w uprzejmych słowach zbijał argumenty ojca. Tess oraz pozostałe panie przy stole wstrzymały oddech, spodziewając się, że sprzeciw wywoła wybuch złości hrabiego, ale ten burknął tylko: – Nie mędrkuj, jedz. Jesteś beznadziejnie głupim wigiem, ale przynajmniej potrafisz dyskutować. Alex skwitował ten wątpliwy komplement wymuszonym uśmiechem i rozpoczął temat wyrębu części lasu należącego do majątku. Lady Moreland wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z córką. Ostatnia noc chyba nie zaszkodziła Aleksowi. Najwyraźniej dobrze się wyspał, pomyślała Tess z zazdrością, gdy ktoś dotknął jej ramienia. – Po lunchu pójdziemy rozwiesić jemiołę, panno Ellery? – usłyszała głos Matthew. – Ależ tak. Z przyjemnością. – Obdarzyła go sympatycznym uśmiechem,

odbierając chmurne spojrzenie Aleksa. Czyżby był zazdrosny? – zastanowiła się. Nie myślał chyba, że zamierza flirtować z jego młodszym bratem?

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY Alex nie zamierzał tracić cennego czasu na roznoszenie gałęzi świerczyny, ostrokrzewu i jemioły po domu, a przy okazji pająków i innego żyjącego w nich paskudztwa. Jeśli Tess chce się tym zajmować z Matthew, wolna droga. Niech się bawią jak najlepiej. Byle nie wykorzystała jego dobrych chęci, a potem nie zostawiła w przekonaniu, że jest uwodzicielem niewinnych panien. Do tego tak zdemoralizowanym, że chce z nich uczynić swoje utrzymanki. Płonąc świętym oburzeniem, doszedł do połowy drogi do galerii na piętrze. Zatrzymał się, walnął pięścią w konsolę pod ścianą tak mocno, że stojący na niej wazon zachwiał się. – Cholera! – zaklął. Tess była rzeczywiście niewinną panienką i nadal nią w pewnym sensie jest. Mogła słyszeć od koleżanek szkolnych o sprawach, które trzyma się w tajemnicy przed niezamężnymi kobietami, ale nie rozumie mechanizmów wielkiego świata. Tymczasem on uległ pokusie i odebrał jej dziewictwo. Przytrzymał wazon i pogładzi kciukami delikatne śnieżnobiałe medaliony, charakterystyczne dla porcelany Wedgwooda. Czy chciał tego, czy nie, Tess wkroczyła w jego życie i zachwiała nim niebezpiecznie. Przekonywała go do tolerancji i wybaczenia, dzięki czemu jego bolesne pojednanie z rodziną stało się możliwe. Była ufna i prostolinijna. Uzmysłowił sobie, że wzburzyła ją propozycja wsparcia finansowego, nie zaś gwałtowność niekontrolowanego miłosnego zbliżenia. Już pierwszej nocy powiedziała otwarcie, że chce z nim być tak długo, jak będą mieli sobie coś do zaofiarowania i niczego od niego nie oczekuje w zamian. Dotarł do galerii. Portret, na którym niechcący skupił wzrok, przedstawiał Lucindę, żonę drugiego hrabiego Moreland. Piękna Lucinda, córka księcia, wniosła mężowi wielki posag, lecz swoją rozrzutnością doprowadziła go na krawędź ruiny finansowej. Wykonał kilka kroków i zatrzymał się przed Wilhelminą, żoną pierwszego hrabiego. Pochodziła z wysokiego rodu, ale miała końską twarz i podobno paskudny charakter. W żyłach obu tych starannie wybranych kandydatek na żony płynęła błękitna krew, ale co wniosły do małżeństwa poza tym, że głęboko unieszczęśliwiły swoich mężów?

– Mam gdzieś twoją aprobatę – powiedział do wyniosłej Wilhelminy Alex. – Ożenię się z tą dziewczyną, przyda ona naszemu związkowi uczciwości i tkliwości, a towarzystwo niech sobie myśli, co chce. – A jeśli los okaże się dla nich łaskawy, obdarzy ją dziećmi, które będzie mogła kochać, pomyślał i w następnej chwili przysiągł sobie nie powielić błędów ojca. Poszedł do swojego pokoju, włożył płaszcz i wziął pelerynę dla Tess. Postanowił zabrać ją do starego zamku i tam się oświadczyć. Miał nadzieję, że romantyczne okoliczności wpłyną na jej decyzję. – Milordzie? – z garderoby wybiegł Byfleet. – Nie słyszałem, dzwonił pan na mnie? Dobrze się pan czuje? Bardzo pan blady. – Potrzebuję świeżego powietrza. – Alex rzucił przelotne spojrzenie w lustro. Miał podkrążone oczy i pobielałe usta. Tak źle nie wyglądał ani nie czuł się nawet przed jedynym pojedynkiem, jaki stoczył w swoim życiu we Włoszech. Musiał wówczas walczyć z zazdrosnym mężem pewnej włoskiej hrabiny i bronić honoru w związku z oskarżeniem o sprzedaż sfałszowanego obrazu. Wtedy stawką było jego życie, nic dziwnego, że czuł w żołądku ten zimny niepokój. Teraz nie było takiego powodu. Miał nadzieję, że szybko pojednają się, a potem Tess zemdleje ze szczęścia, gdy się dowie, że zostanie przyszłą hrabiną. Tess układała w wazonach w jadalni gałązki ostrokrzewu i bluszczu. Alex ucieszył się, że w pokoju nie było nikogo. Kiedy do niej podszedł, odłożyła kłębek szpagatu. – Milordzie? Trapiło ją jakieś zmartwienie. – Tess, czy zrobiłabyś mi tę przyjemność i towarzyszyła w przejażdżce konnej. – Nie umiem jeździć. – Posadzę cię w siodle przed sobą… i przepraszam za swoją propozycję, którą ci złożyłem. Powinienem zaproponować ci małżeństwo. – Tyle wyszło z planów romantycznego interludium na końskim grzbiecie, poprzedzającego rycerskie oświadczyny, jakie zamierzał złożyć pani swego serca w ruinach zamku. Oczy Tess pociemniały i nastała cisza. Alex czekał na uśmiech, ale jej twarz pozostawała poważna. Po chwili odezwała się chłodnym tonem. – Nie – powiedziała. – To niemożliwe. – Odsunęła się od niego. – Nie wolno ci. Nie. Nie wykonał żadnego gestu, żeby ją zatrzymać, kiedy uciekała z pokoju. Zraził ją do siebie swoją gwałtownością, a podczas ostatniej nocy obraził nieszczęsną

propozycją. Tess broniła się przed pokusą i uciekała, jakby gonił ją sam diabeł i mamił fałszywymi obietnicami. Wpadła na jakieś podwójne drzwi, otwarła je i znalazła się w długiej galerii. Na szczęście była pusta, więc usiadła na siedzeniu pod jednym z okien. Tak bardzo chciała powiedzieć „tak”, rzucić się w jego objęcia i scałować to nieszczęście malujące się na jego twarzy. – Nie – powtórzyła na głos. – Nie wykorzystasz jego poczucia honoru. Odniosła nieprzyjemne wrażenie, że ktoś na nią patrzy, więc wyprostowała się i ukryła rozpacz pod obojętną miną. Było jej wstyd, że ktoś mógł ją przyłapać na ujawnianiu słabości, ktoś ze służby albo gorzej, ktoś z domowników. Lecz długi pokój wydawał się pusty, a przecież portretowane postacie nie mogą patrzeć na nią z dezaprobatą. Z wysoko uniesioną brodą Tess podeszła skonfrontować się z podobizną wyjątkowo wyniosłej damy. Tabliczka u dołu złoconej ramy zawierała podpis: Wilhelmina, hrabina Moreland. Córka Hugo de Vane’a, trzeciego markiza Peterborough. Wilhelmina patrzyła na Tess, jakby była ona młodziutką pokojówką, która rozlała zawartość nocnika na wytworny dywan z manufaktury Wiltona. Genealogia Wilhelminy sięgała zapewne jakiegoś nieokrzesanego, niedomytego normandzkiego barona, który przybył do Anglii z Wilhelmem Zdobywcą. Hrabina była wypadkową setek lat dynastycznych mariaży, starannie zawieranych sojuszy i przemyślnych politycznych kalkulacji. Jej herbu nie plamiła najmniejsza skaza, inaczej hrabia by się z nią nie ożenił. Nie była nieślubnym dzieckiem, a co dopiero owocem skandalicznego związku. Tess wykrzywiła się do Wilhelminy. Musiała przyznać, że to dziecinne zachowanie, ale byłoby jeszcze gorzej, gdyby rzuciła się na ziemię i rozpłakała z powodu niesprawiedliwości, jaka ją spotykała w życiu. Doświadczyła tego, o czym marzyła – leżała w ramionach ukochanego mężczyzny i poznała co to fizyczna bliskość. Teraz musi ponieść konsekwencje. – Wiem, czego mi potrzeba – powiedziała do Wilhelminy. – Przytulę dziecko i pobawię się z kotkiem. Założę się, że ty nigdy nie miałaś takiej potrzeby… Malutka Daisy była w pokoju dziecięcym z matką i Annie. Właśnie została nakarmiona i przewinięta. Rozkosznie uśmiechała się i machała piąstkami. Dziesięć minut zabawy z maleństwem wystarczyło, by Tess odzyskała swoją zwykłą pogodę ducha. Dorcas zaokrągliła się ostatnio, wyglądała na zdrowszą i szczęśliwszą niż

wtedy, gdy Tess zobaczyła ją po raz pierwszy. Annie z kolei nabierała coraz większej pewności w roli niani. Annie umiała trochę czytać i pisać, więc Dorcas zachęcała ją do lektury gazety i uczyła prowadzenia rachunków, przynajmniej tych związanych z opieką nad dzieckiem. Tess zaczęła się zastanawiać, co się z nimi stanie po Nowym Roku. Byłoby szkoda, gdyby Annie musiała wrócić do obowiązków pomywaczki w domu Aleksa. Dorcas zaś bez referencji i obarczona dzieckiem miałaby mizerne szanse na znalezienie przyzwoitej pracy. – Dorcas, czy mogłabym porozmawiać z lady Moreland o twojej sytuacji? Przypuszczam, że zgodziłaby się wystawić ci referencje. Zapytam też lorda Weybourn, czy nie zgodziłby się, żebyś mieszkała na Half Moon Street do czasu znalezienia pracy. Dorcas i Annie wymieniły między sobą wystraszone spojrzenia. – Panno Ellery, pani tu nie zostanie? Wtedy mogłybyśmy zostać z panią – wyrwała się Annie, lecz została zgaszona kuksańcem przez Dorcas. – O co chodzi? – nie zrozumiała dziewczyna. – Przecież panna Ellery i jego lordowska mość są jak dwa gruchające gołąbki. – Nie mogę poślubić lorda Weybourn – powiedziała szczerze Tess. – Nie nadaję się na żonę dla niego. Byłam nieślubnym dzieckiem. – Ale kocha go pani – zaprotestowała Annie. – A on panią. – On mnie nie kocha, a moje uczucia się nie liczą. – Dobroczynny efekt, jaki wywarło na nią obcowanie z maleńką Daisy, zniknął. – Lord Weybourn ma obowiązki wobec rodziny i dobrze o tym wie. – Będzie jej jeszcze wdzięczny za to, że go odrzuciła. Tak należało zrobić. – Schodzę do kuchni. Poszukam Noëla. Do zobaczenia podczas kolacji, Dorcas. Odeszła z pełną świadomością, że ucieka. W kuchni wrzała praca. Kucharka już przygotowywała dania na kolację wigilijną. Poinformowała Tess, że słodycze, którymi zostaną obdarowani członkowie rodziny, są już gotowe i czekają w najzimniejszej spiżarni. W klasztorze Tess nauczyła się wyrabiać cukierki, które zakonnice sprzedawały w mieście. Przygotowała silne miętowe dropsy dla lorda Moreland i Matthew i delikatne pastylki o smaku konfitury różanej dla lady Moreland i Marii. Kucharka przyniosła ładne kartonowe pudełeczka do zapakowania wyrobów. Noëla nigdzie jednak nie było. Przypomniała sobie zaraz, że lubił uciekać do stajni. Wyszła kuchennymi drzwiami na podwórze, gdzie także panował ruch.

Praczki wynosiły bieliznę do suszarni, drwale przywieźli drewno na opał. Przed samym wejściem usłyszała głos Aleksa, było jednak za późno, żeby się wycofać. Zauważył ją stajenny. – Jest tu panna Ellery, milordzie. Alex przerzucił nogę nad siodłem i obejrzał się. – Widzę. Po co pani tu przyszła, panno Ellery? Była pani wcześniej taka zajęta. – Szukam Noëla – odparła krótko. – Dopiero co widziałem go na stryszku z sianem – powiedział spokojnie, lecz jego oczy rzucały błyskawice. W pełni zasługiwał na swoje nazwisko – Tempest. – W takim razie okazuje się, że niepotrzebnie się martwiłam. Życie toczy się swoim trybem, a nasze błahe sprawy są bez znaczenia. – To, co było między nami, nazywa pani błahostką? Tess machnęła ręką, żeby mu przypomnieć o obecności stajennego. – Hodgkin, idź poszukaj rudego kotka panny Ellery, bardzo proszę – krzyknął Alex i odczekał, aż chłopak odejdzie. – Widzę, że pani odzyskała już równowagę, Tess. Ja tego o sobie powiedzieć nie mogę. – Nawiedził pana atak donkiszoterii, że tak się wyrażę. Nie jestem odpowiednią kandydatką na żonę dla pana, o czym zresztą pan dobrze wie. I nie chodzi o to, że jestem sierotą bez koneksji rodzinnych, posagu i kwalifikacji niezbędnych do zajęcia należnego pańskiej żonie miejsca w towarzystwie. Tess uznała, że nadszedł czas wyznać mu o sobie prawdę, choć była pewna, że go zaszokuje. A potem będzie patrzyła, jak jej ukochany mężczyzna wycofuje się z niefortunnie złożonej propozycji. -Wiem, że jest pani nieślubnym dzieckiem. Powiedział to tak zwyczajnie, jak gdyby to była niewiele znacząca informacja. – Ale moja matka… Znowu uprzedził ją, zanim dokończyła. – Jane Teresa Ellery, urodzona w tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym roku, zmarła niezamężna w tysiąc osiemset dziewiątym. Zgadza się? Tyle wyczytałem na jej temat w Księdze parów. Musiała być twoją matką. Daty i drugie imię nie są przypadkowe. Zapadła cisza. – Czy będę mogła dokończyć jakieś zdanie? – Oczywiście. – Wcale nie jest to oczywiste. Nie słuchasz mnie. Od samego początku. Gdybyś mnie słuchał, nie uciekłby mi tamten statek i nie miałoby miejsca to, co się później

wydarzyło. Teraz nie pozwalasz mi wytłumaczyć niczego do końca, chociaż widzisz, jak trudno mi jest o tym mówić. – Przepraszam. Nie nawykłem do trudnych rozmów z kobietami. Z damą – poprawił się. – Powiedz, James Ellery, trzeci markiz Sethcombe, to twój dziadek, prawda? – Tak. Nawet nie wiem, czy on wciąż żyje. Ani babcia… Nigdy ich nie widziałam, ciotek i wujków zresztą też. – Żyje i o ile wiem, prowadzi nieustanną wojnę z moim ojcem o prawo do połowów w granicznej rzece między naszymi posiadłościami, o bydło, które weszło w szkodę, i o dzierżawców uprawiających kłusownictwo w jego i naszych lasach. Mój ojciec mawia, że odziedziczył sąsiedztwo Sethcombe’a wraz ze swoim tytułem, tak jak dziedziczy się długi czy więzionego na strychu obłąkanego krewniaka. Sethcombe zawsze był kłótliwy. Musi być teraz w bardzo zaawansowanym wieku, skoro twoja matka była jego najmłodszym dzieckiem. Twoja babka zmarła przed laty. Tess przełknęła łzy. Nigdy się nie dowie, czy wyrzekła się własnej córki z powodu tego okropnego skandalu, czy podobnie jak matka Aleksa sekretnie prowadziła z nią korespondencję i zapewniała o swojej miłości. – To wyjątkowo niefortunna zbieżność, że posiadłości twojej rodziny graniczą z posiadłościami Ellerych. – Prawdę powiedziawszy, nie uważam tak. Historie rodzin arystokratycznych są tak ze sobą splecione, że nie zdziwiłbym się, gdybyśmy nawet mieli jakichś wspólnych krewnych. – Ale jest coś fatalnego w tym, że mój dziadek jest wrogiem twojego ojca. – Byłoby tak tylko wtedy, gdybyś chciała przenieść to na scenę teatralną. W realnym życiu bogowie nie sprzysięgają się przeciwko nam, nie ciąży nad nami żadne przekleństwo. Jeśli zależy ci na udramatyzowaniu naszych losów, to weź również pod uwagę możliwość pojednania… – Jeśli zależy ci na udramatyzowaniu naszych losów? Co to za język? Czyż nie jest faktem, że oddałam ci moje dziewictwo, a ty teraz masz z tego powodu wyrzuty sumienia? Z trudem powstrzymywała wybuch płaczu. Tak bardzo go kochała. Chciała krzyknąć mu to prosto w twarz i patrzeć, jak on dla niej przezwycięża wszystkie przeciwności losu. – Panno Ellery, znalazłem kotka. – Do siodlarni wrócił stajenny. – Przepraszam, milordzie, przeszkadzam? – Nie, skądże. Proszę zanieść go do kuchni – odpowiedziała Tess.

Alex zatrzasnął za nim drzwi i zasunął zasuwę. – Jesteś nieślubnym dzieckiem, przykry to fakt, ale jeśli rodzina matki cię uzna nawet jako daleką krewną, sytuacja nie będzie taka zła – próbował ją pocieszać. – Kim był twój ojciec? – George Fenton, młodszy syn lorda Melford. – Dlaczego zatem nie pobrali się? Nie znam Melfordów. Przypuszczam, że to rodzina z Cumberlandu. Odpowiednia partia dla najmłodszej córki markiza. – Mój ojciec był żonaty. – Żonaty? – nie zrozumiał. – To dlaczego jesteś nieślubną…? – Z inną – przerwała mu. – Był żonaty z inną. Dopuścił się bigamii.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY – Bigamia? Nigdy o tym nie było głośno. – Patrzył na nią tak, jakby oznajmiła, że jest pozamałżeńskim dzieckiem księcia regenta. – Ellerym udało się to zatuszować, jak się domyślam. Mama nie wiedziała, że pierwsza żona papy żyje i jest chora psychicznie. Prawdopodobnie choroba rozwijała się dłuższy czas i papa próbował znaleźć dla niej lekarstwo, w końcu jednak popadła w całkowity obłęd. Zapewnił jej opiekę w spokojnym wiejskim domu, który do niego należał. Musiało to być dla niego straszne… Jedyne, co mógł dla niej zrobić, to otoczyć ją troskliwą opieką. Potem poznał mamę i zakochali się w sobie. – Myślała, że papa jest wdowcem, i nie rozumiała, dlaczego ojciec zabronił im kontaktować się ze sobą. Gdyby jej otwarcie powiedział, co jest tego przyczyną, złamałby jej serce, ale przynajmniej uchroniłby ją od popełnienia błędu. W tamtych czasach córki miały ślepo słuchać rodziców i nie zadawać pytań. – Kochali się ze wzajemnością. Nie wiem, kiedy mama dowiedziała się, że żona papy wciąż żyje, ale nie obarczała go winą za to, że nie wyznał jej prawdy. Mnie mówiła potem, że papa był już przedtem żonaty i że kochał pierwszą żonę, ale był szczęśliwy, że spotkał mamę i zakochał się po raz drugi. Był bardzo dobrym człowiekiem i na pewno darzył uczuciem pierwszą żonę, dopóki nie zmieniła się tak, że jej nie poznawał. – Widziałam świadectwo ślubu swoich rodziców, lecz nie miałam pojęcia, że jest nieważne, dopóki matka przełożona nie powiedziała mi o tym. „Bękart, owoc grzechu, córka przestępców. Tylko ciężką pracą i pokorą możesz zasłużyć na akceptację przyzwoitych ludzi. Nie masz prawa aspirować do sfery, w której przyszli na świat twoi rodzice, nie ma też dla ciebie miejsca między bogobojnymi ludźmi skromniejszego pochodzenia…” Te słowa wciąż dźwięczały jej w uszach. – Do tamtego momentu myślałam, że moje nazwisko brzmi Fenton, ale skoro małżeństwo rodziców było nieważne, musiałam zacząć używać nazwiska panieńskiego matki. Widzisz więc, że nie nadaję się na twoją żonę, zresztą również żadnego przyzwoitego mężczyzny. Tess przyglądała się badawczo Aleksowi. Wyglądał tak, jakby zastanawiał się, w jaki sposób usunąć ją z domu, zanim jego matka pozna prawdę.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wszystkim wcześniej? – Zanim spaliśmy ze sobą? Zanim przywiozłeś mnie do rodzinnego domu? – Zanim za… Jaki mamy dziś dzień? – Dzień? Dwudziesty trzeci grudnia. – Tess nie wiedziała, co to ma wspólnego z tematem ich rozmowy. – Cholernie mało czasu – mruknął; spojrzał na nią w nieodgadniony sposób, po czym chwycił za ramiona, przyciągnął ku sobie i gorąco pocałował. Więc to jest pożegnanie, pomyślała Tess, kiedy ją równie gwałtownie wypuścił z objęć, jak przedtem wziął w ramiona. – Wiedziałem, że Boże Narodzenie oznacza dodatkowe komplikacje – wykrzyknął. Odsunął zasuwę i wybiegł z siodlarni, zanim Tess zdążyła otworzyć usta. Wieczór wigilijny nie zapowiadał się dobrze. Tess czekała w salonie na domowników, którzy mieli zejść na kolację. Wiadomo było, że hrabia odpoczywa, bowiem wybiera się na pasterkę do kościoła. Lady Moreland i Maria wróciły późno do domu. Pojechały odwiedzić sąsiadów i dzierżawców, złożyć im życzenia i zawieźć prezenty. Służba była zajęta przygotowywaniem kolacji, a Alex i Matthew zniknęli. Annie doniosła Tess, że wyjechali z samego rana. Słyszała, jak Matthew mówił: „Nie dziwię ci się, że pędzisz, jakby cię kto przypiekał żywym ogniem”. Na co Alex miał odpowiedzieć: „Muszę to przemyśleć, a w domu się nie da. Bądź dobrym bratem i jedź ze mną”. Matthew zaklął, roześmiał się i pognali. Do salonu weszli hrabia, Maria i lady Moreland. Aleksa wciąż nie było. Tess zastanawiała się, co ma znaczyć jego nieobecność. Czyżby szukał pretekstu, by jej nie widywać? – pomyślała ze zgrozą. – Gdzie są chłopcy? – zapytała lady Moreland. Upłynęło pół godziny, zanim wreszcie weszli. – Przepraszam, mamo – oznajmił Alex. Był w nieskazitelnym wieczorowym ubraniu. Matthew nie prezentował się tak elegancko, ale jego strojowi też nie dało się niczego zarzucić. Twarze obu wciąż były zaróżowione od długiej jazdy na świeżym powietrzu. – Przed chwilą wróciliśmy. – Skąd? – zapytała lady Moreland. – Nie wiem, w jakim stanie jest gęś. Jeśli zaraz nie usiądziemy do stołu, obawiam się, że kucharka złoży mi wypowiedzenie jeszcze dzisiaj wieczorem. – Chciałem objechać nasze włości, mamo. Dawno tego nie robiłem. Pomogło mi to ujrzeć pewne sprawy we właściwym świetle. Przepraszam naszych gości, że ich zaniedbałem, ale dom jest świątecznie udekorowany, spodziewam się więc, że

panna Ellery nie nudziła się. – Doprawdy… nie rozumiem, lordzie Weybourn, o czym pan mówi – powiedziała Tess, zastanawiając się, co znaczy jego sympatyczny uśmiech i tęskne spojrzenie. Wiedziała jednak, że nie powinna doszukiwać się w nich niczego więcej i robić sobie nadziei. Alex poprowadził ją do stołu i udało jej się jakoś przetrwać kolację. Okazało się, że rację miały zakonnice, które wbijały wychowankom do głów, że dobre maniery pomagają wybrnąć z najtrudniejszych sytuacji towarzyskich. Dzięki nim można nawet zamaskować najboleśniejsze rozdarcie serca. Alex wydawał się być w dobrym nastroju. Prowadził uprzejmą konwersację, dobrotliwie prowokował siostrę, wyciągał Matthew na rozmówki o koniach i cierpliwie słuchał uwag ojca na temat stanu państwa. – Panowie – dała wreszcie znak do wstania od stołu lady Moreland – jeśli zrezygnujecie z porto, może udamy się razem do salonu i wręczymy sobie nawzajem prezenty? Nikt nie zaprotestował, nawet Alex wstał posłusznie, zauważyła z radością Tess. – Panie Tempest, co pan robi! – krzyknęła, bowiem otoczyły ją ramiona Matthew. – Panno Ellery, niech pani spojrzy w górę, jesteśmy pod jemiołą. – Nie wisi tam, gdzie kazałam ją lokajowi powiesić. – Rzeczywiście. Wisi tam, gdzie ja ją umieściłem. – Zniżył głowę, jego intencje były oczywiste, ale nie zdążył jej pocałować, bo znalazła się w ramionach Aleksa. – Kłusownik – zaprotestował Matthew. – Wyzwałbym cię za to, bracie, gdybym nie był tak olśniony ślicznym wyglądem pani White. – Chwycił za rękę Dorcas i mimo jej protestów pocałował ją zamaszyście w usta. – Nie… to nie jest miłe… – wyszeptała Tess uwięziona w ramionach Aleksa. Miał to być ostatni pocałunek, po którym pęknie jej serce. – Na Świętego Stefana opuścisz mnie, jeśli zechcesz, Tess, a ja pozwolę ci odjechać. Dam ci powóz do Londynu, gdzie poszukasz sobie odpowiedniej pracy. Ale oddałaś mi się na Boże Narodzenie i do końca świąt jesteś moja. – Jego gorący szept owiewał jej wargi. Pocałował ją lekko, jakby muskał ją oddechem. Kiedy ją wypuścił z ramion, była bliska łez. Potem pocałował prosto w usta Dorcas, na co ona roześmiała się i oblała rumieńcem. Matkę i siostrę cmoknął w policzki. Dwudziestego szóstego grudnia. Tess nie umawiała się z Aleksem, jak długo będzie trwał jej pobyt w domu jego rodziców. Po tym wszystkim, co między nimi zaszło, może ma prawo o tym decydować, chociaż nie była tego do końca taka pewna. Pewne było natomiast to, że do czasu jej wyjazdu nie odwiedzi jej w sypialni.

Wie już bowiem, jaki wstydliwy sekret skrywa. Jej pobyt w domu Morelandów okazał się zresztą niepotrzebny. Stary hrabia nie był przykuty do łóżka i lady Moreland raczej nie potrzebowała pomocy w sprawowaniu nad nim opieki. Alex do pewnego stopnia pogodził się z ojcem, i to bez jej interwencji. – Źle się pani czuje, panno Ellery? Zapytanie sprawiło, że Tess poczuła się winna. – Ależ nie, milordzie. Zamyśliłam się… To wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż to do czego nawykłam. – Inaczej niż w klasztorze? No, nie sądzę, by podawali tam grzane wino. – Nie, milordzie. Lokaj otworzył drzwi do salonu, gdzie na stole iluminowanym niezliczonymi świecami leżał stos paczuszek i pakunków. Służba uwijała się, kiedy rodzina zasiadała przy stole. – Ojej! Co za widok! Alex uśmiechnął się. Nie z powodu świątecznych dekoracji w salonie czy prezentów, lecz z powodu radości, jaką sprawiły Tess. Patrzyła na nie ze skrzyżowanymi na piersiach dłońmi, z zachwytem dziecka w oczach. Nie była jednak dzieckiem. Była kobietą, której pożądał, niewinną i młodą, której nieomal zrujnował życie. I nadal może je zrujnować, jeśli nie zachowa ostrożności i jeśli zawiedzie go szczęście. Musi być jakieś rozwiązanie. Alex uniósł wzrok na portret swojej babki nad kominkiem. Kolejny dynastyczny związek, kolejna dobra partia z punktu widzenia interesów hrabiów Moreland. Uległ śmiesznemu przekonaniu Tess, że magia świąt Bożego Narodzenia pomaga w rozwiązywaniu wszelkich zagmatwanych ludzkich spraw, i zaczynał wierzyć, że ta sprawa również w jakiś cudowny sposób znajdzie szczęśliwe zakończenie. Zakochał się w dziewczynie, której przyjście na świat wiązało się ze skandalem, kobiecie, której wyrzekła się własna rodzina i która nie wniesie do małżeństwa nic, co przysporzyłoby splendoru hrabiowskiemu rodowi. Zakochał się… Nikt chyba nie zauważył, że stanął na środku pokoju i wpatrywał się w Tess jak wół w malowane wrota. Żachnął się i rozejrzał po pokoju. Matka wskazywała wszystkim miejsca wokół ojca, jak gdyby mieli pozować do portretu szczęśliwej rodziny. Maria pomyślała nawet o tym, żeby przynieść do pokoju małą Daisy, więc nie obyło się bez rytualnego cmokania nad niemowlakiem, pomyślał w przypływie

dawnego cynizmu. Nawet przeklęty kot znalazł drogę z kuchni do salonu i teraz bawił się kokardą u sukni Marii. Rola Świętego Mikołaja przypadła Matthew. Alex wcisnął się na sofę pomiędzy siostrę a Tess. – Zadusisz nas. – Poczuł jej łokieć pomiędzy żebrami. – Nic ci nie zrobię. Zaufaj mi, Tess. – To się dopiero okaże, szepnął sarkastyczny głos w jego głowie. Zrujnujesz doszczętnie czy uszczęśliwisz. – A co miałbyś zrobić? – Powtórzyła jak echo to, co przed chwilą pomyślał. – Urządzisz mnie w roli swojej kochanki? Nie wydasz mojego sekretu? – Miała tyle samo wiary w niego co on w siebie. Albo po prostu była większą realistką. – Nie chcę, żebyś była moją kochanką – powiedział bardzo cicho prosto do jej ucha. Jej miękkie włosy łaskotały go w nos. Zapach różanej wody, którą się skropiła, przyprawiał go o zawrót głowy. – To po co mnie tu trzymasz? Zamilkli, bo matka klasnęła w dłonie, dając znak Matthew, by zaczynał. Podłoga pokryła się wkrótce kawałkami porwanego papieru i poplątanymi wstążkami, wśród których uwijał się Noël, urządzając polowanie na wyimaginowane myszy. Tess wydawała się wzruszona kaszmirowym szalem od lady Moreland i wachlarzem od Marii. Jej słodycze natomiast zostały przyjęte okrzykami radości. Dorcas była niezmiernie wdzięczna za książki. Alex czekał z niecierpliwością, kiedy Matthew sięgnie po jego prezent dla Tess. Nie spodoba się jej, pomyślał z obawą. Będzie przekonana, że z niej zakpiłem. – Dla panny Ellery… – Matthew wyciągnął podłużną paczkę z bilecikiem. – Z najlepszymi życzeniami z okazji Bożego Narodzenia od Aleksa – odczytał. – Dziękuję. – Tess uśmiechnęła się do Matthew, ale zacięła usta, gdy odwrócił się. – Otwórz – zachęcił ją Alex, widząc, że nie zamierza rozwiązać wstążki, którą była owinięta paczka. Był to jeden z ostatnich prezentów. Tess chyba zdawała sobie sprawę z tego, że wszystkie oczy są zwrócone na nią, kiedy z niezwykłą u niej nieporadnością rozpakowywała prezent. Uniosła wieczko pudełka, odsunęła warstwę bibułki leżącej pod pokrywką i wyciągnęła swój prezent. – Lalka? Pomyliłeś się, Alexandrze, ten prezent powinieneś dedykować dziecku, a nie pannie Ellery! – Lady Moreland roześmiała się. – Nie – uprzedziła jego odpowiedź Tess. – To nie pomyłka. Ta lalka ma dla mnie znaczenie symboliczne… lord Weybourn wie jakie, bo rozmawialiśmy o tym. Wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa. Dziękuję! – z oczami pełnymi łez zwróciła się

do Aleksa. – Tess… – Alex wyjął lalkę z jej rozdygotanych dłoni i włożył ją z powrotem do pudełka – nie chciałem doprowadzić pani do płaczu. – Wiem… Opanowała się i nawet zdobyła się na uśmiech. – Ostatni prezent – ogłosił Matthew – jest dla Aleksa. Alex odebrał z rąk brata małe drewniane rzeźbione pudełeczko. Nie miało opakowania ani żadnej etykietki. Stare dębowe drewno było wypolerowane od dotyku. Alex otworzył je. – Toż to rodowy sygnet Morelandów! Ojciec obserwował go z rozłożoną lewą dłonią. Na zniekształconych reumatyzmem palcach nie miał żadnego pierścienia. – Nie mogę go nosić. Wolę ci go dać już teraz, niż narażać cię na to, że będziesz go musiał zdejmować z mojej sztywnej, martwej ręki. Będziesz go potrzebował, Alexandrze, jeśli zostaniesz i przejmiesz prowadzenie spraw rodowego majątku. Aleksowi odjęło mowę. Za jego plecami Tess wydała dźwięk niebezpiecznie bliski szlochu. Zdjął z małego palca prawej ręki dotychczasowy sygnet, włożył go na palec lewej, a na jego miejsce wsunął rodowy. Pasował jak ulał. – Dziękuję, ojcze – odzyskał mowę. – Oczywiście, że zostanę.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY – Powinienem podarować pani raczej rękawiczki albo torebkę – powiedział do Tess Alex, obracając na palcu świeżo nabyty pierścień. Gdyby tydzień wcześniej ktoś sugerował, że ojciec sam dobrowolnie mu go przekaże, odrzekłby, że temu komuś brak piątej klepki albo że wypił o jeden kieliszek za dużo. – Powinnam podarować panu książkę albo własnoręcznie obrębione chustki do nosa. Ofiarowała mu coś cenniejszego niż wszystkie prezenty, jakie dostał – swoje zaufanie i swoją niewinność, pomyślał Alex. Miał nadzieję sprawić, że wyniknie z tego coś dobrego. Dla nich obojga. Dlaczego jednak nie potrafił z nią rozmawiać? Dlaczego są słowa, które nie chcą mu przejść przez usta, nawet w wyobraźni, jak „Kocham cię i dlatego chcę się z tobą ożenić”? Na szczęście nikt nie zwracał na nich uwagi. – Tess, pozwól mi zrobić to, co należy. Siedziała bardzo blisko. Pamiętał jej nagie ciało, które trzymał w ramionach, żar, jaki go spalał, ufność, z jaką mu się oddawała. – Też chcę zrobić to, co należy. Nie wyjdę za ciebie. – Dlaczego? – Nie pytaj, bo już samo to świadczy o twojej nadmiernej pewności siebie. Naprawdę nie potrafisz domyślić się dlaczego? Połóż na szali z jednej strony tytuł, majątek, swoje wytworne maniery, dobry charakter, niekwestionowane umiejętności w łóżku, z drugiej zaś, skandal, jaki ściągnęłabym na twoją rodzinę. Co w takiej sytuacji oznacza „zrobić to, co należy”? – Gdyby nie twoja sytuacja, wyszłabyś za mnie? – zapytał szeptem. Niezręcznie mu było prowadzić tę rozmowę w pokoju pełnym ludzi. – Gdyby babcia miała wąsy, byłaby dziadkiem. Jestem nikim. Nie mam rodziny, korzeni. Nie mogę być twoją żoną i na pewno nie zostanę kochanką. – Wstała. – Idę do swojego pokoju i to nie jest zaproszenie – dodała, kiedy Alex również wstał. To z jej winy znaleźli się w łóżku. Tess nie żywiła co do tego wątpliwości. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Przecież wiedziała, że idąc do niego, łamie

wszelkie reguły skromności, więc teraz zbiera tego owoce. Posadziła lalkę na toaletce i spojrzała w jej martwe oczy. – Nie mogę nikogo obwiniać, oprócz siebie. Mama nie zdawała sobie sprawy z tego, że popełnia jeszcze gorszy występek niż ucieczka z ukochanym, ja doskonale wiedziałam, co robię. Zamilkła i westchnęła ciężko. – Powinnam dać ci na imię Patricia, nie Patty. Patty była lalką dziecka. A ty jesteś powiernicą głupiej dorosłej kobiety. Jakie to miłe ze strony Aleksa, że zapamiętał, co mu opowiadała w sklepie z zabawkami. I on udaje cynika, który podkpiwa sobie ze świątecznych tradycji! Przecież pod maską rzekomej obojętności on wzdycha do świątecznej atmosfery obrosłej odwiecznymi tradycjami. Jakim wspaniałym byłby ojcem dla tych dzieci, których nigdy nie będzie miała. Tess widziała oczyma wyobraźni, jak rosną. Dzieci będące owocem mezaliansu ich ojca, wzgardzeni krewni sąsiedniego arystokratycznego domu. Gdyby Alex nie zachowywał ostrożności, może już nosiłaby jego dziecko. Tess zaplotła dłonie na brzuchu, tak pustym jak jej serce. – Niczego nie utraciłam – powiedziała zaraz do siebie, starając się panować nad drżącym głosem. – Nie mogłam mieć Aleksa, nie mogłam być dla niego nikim poza jego kochanką. Wyobraziła sobie jego zaręczyny i ślub z inną kobietą. Znała Aleksa, śluby małżeńskie byłyby dla niego święte. Ona też nie mogłaby być z żonatym mężczyzną… Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Warto odpocząć przed wyjściem do kościoła na pasterkę. Nikt nie powinien domyślać się, co czuje, a już na pewno nie Alex. Musiała się zdrzemnąć, bo ze snu wyrwało ją dyskretne pukanie Dorcas do drzwi. – Za pół godziny zajadą powozy, ale lady Moreland prosi, żeby zejść na dół jak najszybciej. Czy ta suknia, którą ma pani na sobie, jest wystarczająco ciepła? Może włoży pani pod spód flanelową halkę? – W żadnym wypadku. Tess udała się do garderoby i opłukała twarz zimną wodą. Nigdy już nie będzie się rozbierała dla Aleksa, ale w jego pobliżu nie włoży czegoś tak prozaicznego jak flanelowa halka. Było to pozbawione wszelkiej logiki i gdyby wiedział, że ona tak postępuje, określiłby to mianem kobiecej fanaberii. – Muszę wziąć mufkę i ciepłą pelerynę z kapturem. Schodząc na dół, Tess martwiła się, czy zdoła zachować pogodną twarz

w obecności zebranej w holu rodziny, ale kiedy Garnett otworzył wejściowe drzwi, zatkało ją z wrażenia. W powietrzu wirowały płatki śniegu, a na półkolistej przestrzeni u stóp schodów stali kolędnicy. Zaintonowali „Przybieżeli do Betlejem”. W pierwszym rzędzie stali Alex, lady Moreland i Maria. Tess przyłączyła się do nich. Wkrótce chórek wzbogacił się o głosy lokajów i kamerdynera. Nawet ojciec Aleksa nie potrafił słuchać w milczeniu. Z różnych pomieszczeń domu wyłaniali się inni służący i dołączali do śpiewających. Po kilku kolędach wśród domowników zaczęły krążyć przyniesione z kuchni szklanki z ponczem. Wreszcie zajechał wóz, który odwiózł kolędników do wsi, a po Morelandów ustawiły się dwa powozy. Kościół był stary i bardzo skromny, lecz rzęsiście oświetlony. Ławki zostały przystrojone zielenią. Na galerii zespół muzyczny stroił instrumenty. Tess podążyła za członkami rodziny do pierwszego rzędu i zajęła miejsce w kącie utworzonym przez ławkę i średniowieczny sarkofag z wyrzeźbioną na wierzchu naturalnej wielkości postacią w pełnej zbroi. – To Hugo Tempest – szepnęła Maria. Tess dziękowała Bogu za haftowaną poduszkę na twardej dębowej ławce i dywan okrywający kamienną posadzkę. Klęcznik też wyścielała haftowana poduszka. Tess uklękła. Wbiła wzrok w dumny profil leżącego na sarkofagu Hugona i starała się nie myśleć o jego potomku, siedzącym w kościelnej ławce niecały metr od niej. Alex siadał, klękał, wstawał i śpiewał, ale jego myśli krążyły cały czas wokół jednej osoby. Kiedy kongregacja usadowiła się wygodnie do wysłuchania świątecznego kazania, wysunął się do przodu, żeby widzieć profil Tess. Nie była już jego małą zakonniczką, lecz elegancką i na tyle pewną siebie młodą kobietą, że potrafiła znaleźć klucz do serc członków jego rodziny. Na dodatek była piękna. Ale nie dlatego się w niej zakochał. Rodzina zdążyła ją polubić i docenić za wkład w przygotowanie oprawy dla uroczystości świątecznych, w tym dla domowej służby. Będzie doskonałą hrabiną, jeśli tylko zdoła przekonać ją, że spotka się z akceptacją. Niech diabli porwą Ellerych! Nie mogli obrać za swoją siedzibę rubieży Northumberlandii? Musieli być sąsiadami!? Później Alex nie potrafił powiedzieć, kiedy przyszedł mu do głowy ten szczęśliwy pomysł. Możliwe, że pomiędzy kazaniem a błogosławieństwem, a na pewno zanim wyprowadził swoje niewielkie stadko z kościoła. Zostawił matkę pod opieką Matthew i wziął pod rękę ojca.

– Nie rób zamieszania – zirytował się ojciec. – Dobrze. Ale będę ci wdzięczny, jeśli zadbasz o swoje zdrowie. Nie chciałbym używać tego sygnetu przez długi jeszcze czas samodzielnie, tylko za twoim pozwoleniem. – Bzdura! – odrzekł ojciec, ale uśmiechnął się. Matka położyła męża do łóżka, gdy tylko wrócili do domu, a Maria poszła na górę za nimi. Matthew zniknął. Wyprostowana Tess wolno wspinała się schodami. Alex pochwycił dziewczynę na piętrze. – Tess. – Proszę, nie zatrzymuj mnie. Nie odwróciła się. Kaptur opadł jej na plecy i odsłonił kark. – Tess, czy ty mnie nienawidzisz? – Ja? Ciebie? – odwróciła się; była tak blisko, że bez trudu mógłby przyciągnąć ją do siebie, gdyby nie zaplótł dłoni za plecami. – Nigdy. Jak możesz tak mówić? Ja ciebie… – urwała, a jego serce zabiło jak młot. Co chciała powiedzieć? – zadźwięczało w jego głowie pytanie. – Żałuję, że tu przyjechałam – wybuchła. – Gdybyś się nie poślizgnął na kocich łbach w Gandawie, gdybym nie upadła, gdybym nie zaspała… Żałuję, że mnie wyrzucono z londyńskiego klasztoru, bo tam było moje miejsce. Tam wiedziałam, kim jestem. Przez ciebie zaczęłam śnić sen, który nie ma szansy się ziścić. Alex rozplótł ręce i wyciągnął je ku niej. – Tess, kochanie. – Nie mam do ciebie żalu… To moja wina. Matka przełożona w klasztorze wyjaśniła mi wszystko bez ogródek. Jestem nie tylko bękartem, ale również owocem przestępstwa. Mam już dość dużo lat, by to rozumieć i pogodzić się z tym. Alex czuł wzbierającą irytację na nieczułą zakonnicę, ale wciąż kontrolował swoje reakcje. – Co za brednie! Jesteś dzieckiem rodziców, którzy złamali prawo, ale ty nie ponosisz za to żadnej winy. – Wiem, obarczanie mnie winą za ich występek jest niesprawiedliwe, ale takie jest życie. Nie mogę być twoją kochanką, nie zniosłabym tego. I nie mogę być twoją żoną, chociaż honor nakazuje ci okryć hańbą własne nazwisko i zrujnować reputację rodziny dla kobiety, która nigdy nie zyska akceptacji w towarzystwie. – Nie honor, serce mi to nakazuje. Nie mógł uwierzyć, że to powiedział. Spodziewał się, że usłyszy jej śmiech. Tak

długo nosił maskę cynizmu, że nikt już nigdy nie ośmieli się pod nią zajrzeć. – Och, Aleksie, miałeś rację… – pogłaskała go po policzku, a on zamknął oczy, bo tak było łatwiej znieść ból – …byłam głupią romantyczką, a teraz zaraziłam cię swoim sentymentalizmem i ty też będziesz cierpiał. Tak mi przykro… Stał z zamkniętymi oczami jeszcze długo po tym, jak ucichły jej kroki. Zegar wybił pierwszą. Nastał dzień Bożego Narodzenia.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI Wszyscy z wyjątkiem Matthew, Marii i Dorcas woleli pozostać rano w swoich pokojach. Alex jadł bez apetytu. Szynka, jajka, grzanki nie miały żadnego smaku. Dopił drugą filiżankę kawy i zagadnął Garnetta, czy nie wie, jakie plany ma stary hrabia. – Przypuszczam, że jaśnie pan spędzi przedpołudnie w gabinecie. Jaśnie pani radziła mu, żeby odpoczywał, ale z tego, co usłyszałem, miał zamiar zająć się korespondencją świąteczną. Obiecał jednak, że nie będzie się przemęczał. – Proszę mnie poinformować, gdy jego lordowska mość zejdzie na dół. – Zamierzasz ożenić się z panną Ellery? Słysząc pytanie siostry, Alex upuścił salaterkę z konfiturą w maselniczkę. Lokaje zakrzątnęli się, żeby posprzątać na stole. – Zostawcie nas samych – odprawił ich Alex. – Skąd przypuszczenie, że mógłbym to zrobić? – zapytał siostry po ich wyjściu. – Ponieważ wyglądacie jak para gołąbków. Raz gruchacie słodko, innym razem bijecie skrzydełkami w rytualnym tańcu – wtrącił Matthew. Alex odgryzł kawałek grzanki, przeżuł i połknął. – Nie grucham, nie biję skrzydełkami ani nie tańczę – odparł na pozór spokojnie. – Ale ją kochasz – Maria nie dawała za wygraną. – Co ty wiesz o miłości, Mar? – zapytał Matthew. – Mam oczy i wiem o wiele więcej niż ty, chociaż latasz wokoło za dziewczynami. I nie nazywaj mnie Mar. – Przestańcie się przekomarzać, dzieciaki. Przy was czuję się stary. – Alex uciekł się do wybiegu, ponieważ za nic w świecie nie potrafiłby się wyprzeć miłości do Tess. Nawet wymijająca odpowiedź nie przeszłaby mu przez usta. – Fakt, starzejesz się – odcięła się Maria. – Tym bardziej nadszedł czas, żebyś się ożenił. Mama ją lubi. – Jeszcze nie mam trzydziestki i to wcale nie jest takie proste. – Alex wstał, odszedł od stołu i skierował się do biblioteki. Wiedział, że ucieka. Co więcej, uważał to za absolutnie tchórzliwy odwrót. Nie miał jednak odwagi porozmawiać z Tess, zanim czegoś nie załatwi. Zdjął Księgę parów z półki i ponownie zagłębił się w jej treści. Ponieważ nie

znalazł odpowiedzi na dręczące go pytania, musiał zdać się na domysły. Zegar wybił jedenastą, gdy do pokoju zapukał Garnett. – Jego lordowska mość jest w gabinecie, milordzie. – Dziękuję. Klamka zapadła. Alex przypomniał sobie, że nawet przed jedynym pojedynkiem, jaki stoczył w życiu, nie był tak bardzo zdenerwowany. Drzwi gabinetu były zamknięte jak zawsze. Dwa wypolerowane na połysk dębowe skrzydła, ozdobione mosiężną klamką, zawieszone na masywnych zawiasach, za nimi znajdowała się jama wilkołaka. W dzieciństwie Alex wychodził, dygocząc z przerażenia po wysłuchaniu litanii pretensji, z której jasno wynikało, jak bardzo nie nadawał się do tego, by nosić zaszczytne nazwisko Tempestów. Otworzył drzwi bez pukania, a po wejściu zamknął je za sobą z głuchym łoskotem. – Co jest? – Ojciec odłożył pióro. – Przez ciebie, Weybourn, zrobiłem kleksa! Mogę zapytać, dlaczego nie pukasz? Coś się stało? – Jesteś mi winny życie, ojcze. Alex usiadł w wielkim fotelu naprzeciwko ojca przy biurku, zamiast stać za nim i nerwowo zaciskać palce na jego skórzanym oparciu, jak dawniej. Założył nogę na nogę i wygładził zmarszczki na spodniach. – Omijaliśmy ten temat, ale czas najwyższy się z nim skonfrontować. Przez ciebie stracił życie młody mężczyzna. Mój przyjaciel. Masz dług do spłacenia i spłacisz go teraz. Alex przygotował się na wybuch ojcowskiej furii. Ojciec jednak osuszył zapisaną kartkę suszką i odłożył pióro do kałamarza. – Domyślam się, że chodzi o tę młodą kobietę, którą do nas przywiozłeś. Powiedz, czego chcesz. Alex nie mógł uwierzyć własnym uszom, ale spokojny ton ojca nie był złudzeniem. Niestety, sprawa nie była łatwa, Alex wiedział, że musi użyć całej swojej siły perswazji. Wziął głęboki oddech i opowiedział ojcu wszystko, co wiedział o Tess i czego w związku z tym od ojca oczekiwał. – I chcesz, żebym zrobił to ja? – wybuchnął wreszcie ojciec, ale po chwili uspokoił się i zgodził na wszystko. – Każ, niech zajedzie kareta i zadzwoń po mojego pokojowca. A nie zapomnij uprzedzić matki, że nie będzie nas na lunchu. Hrabia podniósł się. Alex dojrzał na jego twarzy grymas bólu. Zbliżył się do ojca i podtrzymał go pod łokieć. Nigdy nie myślał, że znajdzie się w takiej bezpośredniej

bliskości z ojcem. Myślał, że go nienawidzi. Teraz przekonał się, że martwi się o jego zdrowie. Kocham go, pomyślał i zawstydził się takiego gwałtownego przypływu uczuć. – Może nie powinniśmy jechać razem. Pojadę sam. Lepiej odpocznij, ojcze. Wystarczy, że napiszesz list. Matka nigdy nie wybaczyłaby mu, gdyby w rezultacie tej zimowej wyprawy ojciec jeszcze bardziej podupadł na zdrowiu. – Odpocznę w grobie – uciął hrabia, ale całym swym ciężarem oparł się na ramieniu Aleksa. – Przedtem dopilnuję tej sprawy. Lunch podano o pierwszej jak zazwyczaj. I jak zazwyczaj przy stole spotkały się wszystkie panie. Wyjątkowo, dla jedynego gorącego posiłku tego dnia, pojawił się też Matthew. Tess przypuszczała, że lord Moreland i Alex zejdą na lunch z tego samego powodu, ale oni nie pokazali się. Pani domu nie komentowała ich nieobecności. W końcu Tess nie wytrzymała. – Mam nadzieję, że lord Moreland nie był zanadto zmęczony nocnym nabożeństwem – powiedziała. – Nie. On i Alexander gdzieś wyjechali, jak mi się wydaje. – Lady Moreland spojrzała bacznie na Tess. – Alexander nie mówił ci, dokąd jedzie? – Nie widziałam go od powrotu z pasterki. Nie wspominał, że zamierza wyjechać z rana. – Tess odniosła wrażenie, że matka Aleksa wie, dokąd udał się z ojcem, ale z jakiegoś powodu nie zamierza tego zdradzić. – Nie wspominał? To do niego podobne, zawsze był tajemniczy. – Nie tyle tajemniczy, co powściągliwy – sprostowała Tess nieco bardziej stanowczo, niż zamierzała, budząc zdziwienie lady Moreland. – Ale oczywiście ja go znam wyłącznie jako człowieka dorosłego. Uśmiech lady Moreland, z jakim przyjęła tę obronę syna, świadczył o tym, że była nią bardziej rozbawiona niż poirytowana. – Widziałem, jak odjeżdżali karetą. Ojciec miał cholernie uroczystą minę – wtrącił Matthew, odrywając uwagę od jagnięcych kotletów i ziemniaków. – Mam nadzieję, że lord Weybourn wróci przed kolacją. Jego służba liczy na to, że obejrzy, co przygotowała z okazji świąt – stwierdziła Tess, a sama straciła apetyt. Czas przy stole ciągnął się niemiłosiernie, a Alex i hrabia nie wracali. Lady Moreland wezwała Garnetta i pozwoliła mu zwolnić służbę po lunchu

i przygotowaniu bufetu z zimną kolacją. – Maria i ja musimy się zająć korespondencją. Otrzymaliśmy bardzo wiele życzeń świątecznych. Jeszcze nigdy nie miałam takich zaległości w odpisywaniu na listy. Panno Ellery, mam nadzieję, że pani wraz z panią White spędzą mile czas w salonie muzycznym przy fortepianie albo na lekturze żurnali, których wielki wybór znajdą panie w błękitnej bawialni. Domyślam się, że potem odwiedzą panie służbę w suterenie. – Tak, proszę pani. Poradzimy sobie. Dorcas poszła na górę pobawić się z Daisy i zwolnić Annie, by dołączyła do reszty służby. Tess skuliła się na kanapce pod oknem wychodzącym na podjazd do domu i czekała. – Panno Ellery. Tess obudziła się. Zasnęła oparta czołem o chłodną szybę i pewnie dlatego bolała ją teraz głowa. A może z powodu tego, co się jej przyśniło. Alex, najpierw nagi w jej ramionach, potem odwrócony do niej tyłem w bramowanym gronostajami płaszczu i koronie hrabiowskiej, oddala się do Izby Lordów. Matka przełożona tłumaczy jej, dlaczego powinna być wdzięczna każdemu porządnemu domowi, w którym zechcą przyjąć ją na służbę. – Która godzina, Dorcas? – Po trzeciej. Z dołu już słychać dźwięki skrzypiec. – Jeszcze nie wrócił? – Nie. – Dorcas nie musiała pytać, o kogo chodzi. Czy dla wszystkich jest to takie jasne? Tess mogła tylko żywić nadzieję, że lady Moreland nie spostrzegła jeszcze, że ona jest po uszy zakochana w jej najstarszym synu. Na dole zabawa trwała w najlepsze, gdy Tess i Dorcas schodziły z koszami pełnymi prezentów. Na ich widok służba Morelandów uciszyła się. – Wesołych Świąt! Nie przeszkadzajcie sobie. Pani White i ja przyszłyśmy z prezentami. – Naturalnie, panno Ellery. – Garnett, prawie nie do rozpoznania po zdjęciu liberii, zaprowadził je do sąsiedniego pokoju. – Powiedzieli, że oczekują lorda Weybourn, więc udostępniłem im to pomieszczenie aż do jego przyjścia. – Lord Weybourn został gdzieś zatrzymany. – Tess przypuszczała, że od Garnetta dowie się, gdzie wyjechał, ale kamerdyner był nadto doświadczony, by dać się w taki sposób pociągnąć za język.

– Na to wygląda, panno Ellery. Dobrze by było, by już wrócił, bo szybko robi się ciemno. Służba lorda Weybourn powitała Tess z autentyczną radością i obsypała ją mnóstwem serdecznych życzeń świątecznych. – Niestety, lordowi Weybourn wypadł dzisiaj nieoczekiwany wyjazd. – Również dla mnie, dopowiedziała w myślach. – Wiem, że chcielibyście dołączyć do zabawy, więc przyniosłam prezenty, które dla was przygotował lord Weybourn, na wypadek gdyby nie zdążył wrócić. – Postawiła na stole dwa koszyki, a Dorcas swój obok nich. – Bawcie się dobrze. Wesołych Świąt. – Nie zostanie pani z nami, panno Ellery? – zapytała Annie. – Nie rozda nam pani prezentów, skoro jego lordowska mość nie może? – Ale one są od niego… – Nie szkodzi, panno Ellery – odezwał się MacDonald – ale to pani była gospodynią w naszym domu w Londynie. – Zastępowałam tylko gospodynię na czas choroby pani Semple. – Jak mogło im przyjść do głowy, że czuła się kimś więcej? – Wszystko jedno. – MacDonald postawił krzesło przy kominku. – Proszę, panno Ellery, niech pani usiądzie. – Dziękuję. – Nie mogła dłużej się opierać. – Lord Weybourn sam wybrał wszystkie prezenty – dodała. – Całkiem sam? – zapytał ktoś. – Przeważnie sam. Tess udzieliła się radość, z jaką obdarowani odwijali upominki. Ani na moment jednak nie opuszczała jej smutna refleksja, że wkrótce rozstanie się z tymi ludźmi. Będzie jej brakowało ich ciepła, sympatii, lojalności i humoru. Byli ze sobą zżyci niemal jak rodzina. I to ja się do tego przyczyniłam, pomyślała Tess z satysfakcją, powstrzymując łzy, kiedy MacDonald sięgnął po otrzymane w prezencie nuty; zaczął wygrywać z nich jakąś melodię. Po chwili na flecie dołączył do niego Phipps z zaimprowizowanym akompaniamentem. – Panno Ellery – usłyszała. Dziwne, już zanim dobiegł ją jego głos, miała wrażenie, że on stoi za jej plecami. – Lordzie Weybourn. – Wstała, odwróciła się i uśmiechnęła. Miała nadzieję, że uda się jej ukryć smutek rozdzierający serce. – Proszę się nie gniewać, ale nie wiedzieliśmy, kiedy pan wróci. Wyglądał inaczej; jakby skrywał zdenerwowanie.

– Przepraszam wszystkich. Powinienem osobiście złożyć wam życzenia świąteczne, ale musiałem wyjechać z wizytą, której nie dało się odłożyć na później. Oprócz Tess nikt nie zauważył jego zniecierpliwienia. Służący otoczyli go, dziękowali za prezenty i namawiali do poczęstowania się świątecznym puddingiem. Tess spoglądała na zegar. Upłynęło pięć minut, potem dziesięć, wreszcie kwadrans. – Panno Ellery – zwrócił się do niej. – Przykro mi, że wyciągam panią z tego miłego przyjęcia, ale jest pani potrzebna na górze. – Naturalnie. Dziękuję wszystkim. Pudding był wspaniały. Bawcie się dobrze. Szli w milczeniu labiryntem korytarzy wiodących do kuchennych schodów na górę. – Dziękuję, że rozdałaś za mnie prezenty – powiedział sztywno. – Przepraszam, że wkroczyłam w nie swoje kompetencje – odparła formalnym tonem. – Nie bądź nierozsądna, Tess. – Dokąd idziemy? – zapytała po chwili. – Mamy gości. Chciałbym, żebyś ich poznała. – Wziął ją za rękę i poprowadził do głównego salonu. Był bardzo stanowczy, prawie niemiły, miał ściągniętą twarz. Tess szła, niemal potykając się. Pod drzwiami zatrzymał się, obrzucił ją dziwnym spojrzeniem, po czym mocno pocałował w usta. – Wybacz mi, Tess. Otworzył i wprowadził ją do środka. Była wciąż oszołomiona pocałunkiem. Goście zgrupowali się przy kominku. Lady Moreland siedziała na kanapie otoczona dwoma panami. Jeden był w starszym, drugi w średnim wieku. Na kanapce po przeciwległej stronie siedziały dwie damy z dziewczyną mniej więcej w wieku Tess pomiędzy nimi. Lord Moreland stał pośrodku, tyłem do paleniska. Mówił coś, ale przerwał na widok Aleksa i Tess. Całe towarzystwo odwróciło się ku wchodzącym. Uwaga wszystkich skupiła się na Tess. Lady Moreland wyciągnęła do niej rękę. – Panno Ellery, prosimy do nas. Alex puścił dłoń Tess, wziął ją pod łokieć i poprowadził po grubym dywanie w stronę kominka. Tess czuła się tak, jakby brnęła przez piach. Raz przyśniło się jej coś takiego. Może więc śniła i teraz. Siedząca najbliżej kobieta poruszyła się gwałtownie. Tess spojrzała na nią i podłoga osunęła się jej spod stóp. – Mama!?

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI – Nie zemdlałam. – Tess usłyszała swój słaby głos. Otworzyła oczy. – Nic się nie stało. – Ujrzała nad sobą zatroskaną twarz lady Moreland. – Chcę usiąść. – Czy to rozsądne? – zapytał nieznajomy kobiecy głos. – Tak. Chciałabym, żeby Alex… Gdzie jest lord Weybourn? – Tu jestem, Tess. – Lady Moreland usunęła się i jej miejsce zajął Alex. – Podłożę ci poduszkę pod plecy. Usiadła. – Myślałam, że zobaczyłam… ducha. – To nie duch. Zobaczyłaś starszą córkę swojej ciotki. Swoją kuzynkę, lady Wilmslow. Jest chyba w takim samym wieku, w jakim umarła twoja matka. Musi być do niej bardzo podobna. Och, więc nie zwariowałam, pomyślała. Sens słów Aleksa docierał z opóźnieniem do świadomości Tess. – Moja ciotka? Kuzynka? Tutaj? – Tak. Chciały cię poznać. – Alex wyprostował się i wycofał. Otoczyły ją trzy panie, najmłodsza przypadła do jej kolan. – Jestem Charlotte. Cieszę się, że cię poznałam! Zawsze dopytywałam się o los zbuntowanej kuzynki Jane, ale nikt nigdy nie chciał nic o niej mówić. Męczymy cię? Jesteś zdziwiona? – Zszokowana… – przyznała Tess. Kręciło się jej w głowie. Pokój znów zawirował. Dama podobna do matki Tess położyła dłoń na ramieniu Charlotte. – Kochana Tess. Lord Weybourn nie uprzedził cię? Tess pokręciła głową i ponownie rozejrzała się za Aleksem. Stał z ojcem, obaj oddalili się w głąb pokoju. Patrzył na nią z uwagą. Zapadło niezręczne milczenie. Trzy otaczające Tess kobiety spoglądały na starszego pana z posiwiałymi krzaczastymi brwiami. Lord Moreland chrząknął. Starszy pan zareagował żywo: – Nie popędzaj mnie, Moreland. Sam wiem, co robić. Ona wygląda jak dama, nie jak dziecko grzechu i wychowanka papistów. Tess odzyskała pełnię świadomości i zdenerwowała się. Na wszystkich. Wstała,

ignorując protesty otaczających ją kuzynek. – Pan jest moim dziadkiem? – Jestem markiz Sethcombe. To twój wuj, lord Withrend. Wyprostowała się, uniosła brodę i wzięła głęboki oddech. Ledwie hamowała wybuch złości. – Moja matka chciała zawrzeć legalne małżeństwo. Jeśli nie znała całej prawdy o swojej sytuacji, to pan, milordzie, ponosi odpowiedzialność za jej nieuświadomienie. Co do mojej ciotki w Gandawie, była dobrą kobietą, która podążała za swoimi przekonaniami i żyła zgodnie z przykazaniami swojej wiary. Otrzymałam wychowanie godne panny z dobrego domu i taką się czuję. Nie będę pretendowała do korzystania z przywilejów wynikających z pokrewieństwa z panem. – Odwróciła się i ukłoniła lady Moreland. – Przepraszam, milady, za zamieszanie wokół mojej osoby. Nie wiedziałam, kim są pani sąsiedzi, dopóki nie przyjechałam do państwa. Teraz pójdę do swojego pokoju i będę niezmiernie wdzięczna za powóz, który rano odwiezie mnie do najbliższej stacji dyliżansów. – Tess! – Alex zagrodził jej drogę do drzwi. – Nie wychodź. Twoja rodzina przyjechała cię poznać. Chcą się z tobą pogodzić. – Nie wyobrażam sobie tego. Doceniam intencje moich kuzynów i jestem im za nie wdzięczna, ale dziadek uważa mnie za dziecko grzechu wychowane przez osobę, którą potępia za wierność przekonaniom, jakich on nie podziela. – Głos Tess załamał się, ale nie przerwała. – Moja obecność w tym domu musi być krępująca ze względu na stosunki z sąsiadami. Przepraszam za kłopot. – Nie jesteś żadnym kłopotem, Tess. I nigdy nie będziesz. Chciałbym, żebyś została moją żoną. Myślałem, że darzysz mnie uczuciem. Jaki to musiał być cios dla jego dumy, że oświadczał się jej w obecności rodziców i sąsiadów. – Darzę, lordzie Weybourn – powiedziała pewnym głosem. – I to uczuciem tak wielkim, by nie sprowadzać skandalu na pańska rodzinę. Dopiero co się pan z nią pojednał. Nie straci jej pan przez mnie. Udało się jej dotrzeć do drzwi i wyjść do swojego pokoju. Zadzwoniła po Dorcas, która zjawiła się po pięciu minutach, zaróżowiona i wesoła. – Przepraszam, że cię fatyguję, Dorcas, ale jutro rano wyjeżdżam. Czy mogłabyś poprosić, aby któryś z lokajów przyniósł moją walizkę? Chcę się spakować. – Nie chce pani, żebym pojechała z panią, panno Ellery? – Nie stać mnie na to, żeby ci płacić, Dorcas. Przykro mi. Poproszę lady Moreland, żeby znalazła ci przyzwoite miejsce, gdzie będziesz mogła zachować

przy sobie Daisy. – Pojadę z panią. – Nie mam pieniędzy. To, co mam, wystarczy mi tylko na skromne lokum do czasu znalezienia pracy. – Nie może pani jechać sama do Londynu. Pojadę z panią. Możemy zatrzymać się w mieszkaniu, które dzieliła pani z panią Semple, i znajdziemy sobie obie pracę. Nie zostawię pani. Zajmę się pakowaniem. Dzięki ci, Boże, powiedziała w duchu Tess. Była zanadto wzruszona, by nadal się spierać. – Zapukaj, kiedy wrócisz, bo drzwi będą zamknięte na klucz. – Nie, żeby była ku temu jakaś potrzeba. Alex raczej do niej nie zawita. Prawdopodobnie zrozumiał, jaki popełnił błąd, sprowadzając tu jej dziadka… lorda Sethcombe… i jego rodzinę. Tess zaczęła wyjmować z szuflad komody swoje rzeczy i układać je na łóżku. Zastanawiała się nad prezentami od rodziny Tempestów, ale w końcu też położyła je do zapakowania. Byłoby niewdzięcznością nie zabrać ich. Patricia siedziała na nocnym stoliku przy łóżku z rozpostartą niebieską spódnicą i patrzyła na Tess swoimi malowanymi oczami. – Och, Aleksie, wiedziałeś, czym mnie obdarować… Zawsze będzie mi o tobie przypominać. – Tess! – Ktoś głośno zapukał do drzwi. – Dorcas stoi tu z twoją walizką. Co ty wyprawiasz? Podeszła do drzwi i przyłożyła dłonie do drewnianej płaszczyzny. Tylko ona oddzielała ją od niego. – Wyjeżdżam, tak jak powiedziałam. Jak mogłeś coś takiego zrobić? Jak mogłeś narazić rodziców na takie zamieszanie? Przecież mówiłeś, że twój ojciec i lord Sethcombe nie utrzymywali zbyt dobrych sąsiedzkich stosunków, a po tym wszystkim one się jeszcze bardziej pogorszą. – Myślałem, że jeśli cię zaskoczę, nie odmówisz spotkania z rodziną. Twój dziadek jest osobą wiekową. Chcieliśmy, żeby sobie uzmysłowił, że pobłądził w sprawie swoich dwóch córek i żeby nie kierował się uprzedzeniami wobec swojej wnuczki. – Ja nic od niego nie chcę. – Nie przebaczysz mu? Nawet ze względu na… Nie było odpowiedzi. – Ze względu na co? – zapytała, ale chyba Alex już odszedł spod drzwi. Jeszcze nigdy świąteczny wieczór nie dłużył się Aleksowi tak bardzo. Kuzynki

Tess, zawiedzione, że utraciły krewniaczkę tuż po jej odnalezieniu, odjechały do domu w towarzystwie lorda Withrend. Lord Sethcombe został. Siedział w najwygodniejszym fotelu w gabinecie lorda Moreland, gdzie obaj popijali brandy i wymieniali uwagi na tematy niemające nic wspólnego z wydarzeniami dnia, co Alex mógł stwierdzić, siedząc w milczeniu pod oknem i czekając, wbrew wszelkiej nadziei, że Tess zmieni zdanie i zejdzie na dół. O siódmej zjawiła się Annie. Oświadczyła, że ona też wyjeżdża za panną Ellery, panią White i Daisy, i ma nadzieję, że jego lordowska mość potraktuje jej oświadczenie jako wypowiedzenie. Następnie dodała, że jest jej wszystko jedno, czy dostanie referencje, czy nie, wybuchła płaczem i wybiegła. – Masz wspaniałą służbę, Weybourn – cierpko zauważył ojciec. – Annie jest lojalna. Nie mam jej tego za złe – odparł Alex. – Pan ceni lojalność, nieprawdaż, Weybourn? – stwierdził lord Sethcombe. – Tak. – Alex przemilczał uwagę, że gdyby stary Sethcombe był lojalny wobec swoich córek, nie doszłoby do nieszczęścia. – Kocha pan moją wnuczkę? – Chyba jasne, że ją kocham! – Alex odstawił szklankę z brandy na stolik przed sobą tak energicznie, że kilka kropli rozprysło się na politurowanym blat. – Myśli pan, że ciągnąłbym chorego ojca w zimowy dzień do pana, żeby się z panem pogodził, gdybym jej nie kochał? Tess uzmysłowiła mi znaczenie rodziny i przebaczenia. Niestety, nie nauczyła mnie przebaczać aż do tego stopnia, żebym przebaczył panu. – Ma pan charakterek, Weybourn – zauważył Sethcombe. – Nie oczekiwałem przebaczenia. Powiadali o panu, że jest pan gnuśnym elegancikiem bez charakteru. Zaskoczył mnie pan. A ja niełatwo zmieniam opinie. – Licz się ze słowami, Sethcombe – żachnął się lord Moreland. – Twój syn chce się ożenić z moją wnuczką. Nie mam nic przeciwko… – Za pozwoleniem, sir, nie ma pan nic do powiedzenia w tej sprawie. Panna Ellery jest pełnoletnia. A skoro pan nie uznaje jej za członka rodziny, pańska zgoda jest bez znaczenia – wszedł mu w słowo Alex. – Ale wy chcecie, żebym ją uznał. Czy wystarczy, że będzie widziana w moim domu? – Cóż, obawiam się, że problem może polegać na tym, czy Tess zechce uznać pana? Stary markiz zgromił Aleksa wzrokiem, ale Alex wytrzymał jego spojrzenie. Zaraz jednak uświadomił sobie, że ci dwaj starcy, jego ojciec i Sethcombe, żyli we

własnym świecie. Nie potrafili zapomnieć o dawnych swarach i urazach. Do diabła z przeszłością, zaklął w duchu. Za długo w niej tkwił. Przed nim przyszłość, którą zbuduje z Tess, jeśli zdoła ją przekonać, by w nią uwierzyła. Na zewnątrz zalane światłem księżyca w pełni trawniki były białe od zmrożonej, przyprószonej śniegiem trawy. Wycięte z cisu ozdobne figury dodawały dramaturgii tej scenerii. Winobluszcz porastający kratownicę na południowej fasadzie domu był bez liści, lecz wyrastające z ziemi odnogi były grube i silne. Alex bez trudu wspiął się po nich na górę, tak jak to robił, gdy był chłopcem i uciekał przed guwernerem. Pokój Tess był oświetlony, ale kiedy Alex zajrzał, w środku nikogo nie było. – Tess! – zapukał w okno. Zelówki wieczorowych butów ślizgały się po oblodzonych łodygach, dłonie mu marzły. – Za długo czekałeś, durniu! – Uderzył głową w szybę z narastającej rozpaczy. Szybko jednak opanował się i zaczął myśleć racjonalnie. Zachowają rozsądek ze względu na dziecko, pocieszył się. Uderzył pięścią po raz ostatni w okno i zaczął się zsuwać. Jego głowa znajdowała się nieco poniżej parapetu, kiedy okno nagle otworzyło się. – Alex?! Co robisz? Zaraz spadniesz! – Wychyliła się i wyciągnęła ku niemu rękę. Była tam, bezpieczna i ciepła. Odetchnął z ulgą, chwycił jej dłoń i wspiął się na wysokość jej twarzy. – Wariacie! – Zaśmiała się przez łzy. – Spadłbyś na twardą jak kamień ziemię. – Myślałem, że uciekłaś. Trzymając się futryny, wpełzł do środka, lecz stracił równowagę i o mały włos nie wypadł z powrotem za okno, gdy Tess rzuciła mu się na szyję. Jej ciepło było dla jego przemarzniętego ciała jak pieszczota. – Przepraszam. Byłam taka niewdzięczna. Przywiozłeś mojego dziadka, nawet lord Moreland się pofatygował, chociaż jest chory. Zawsze chciałam, żebyś pojednał się z rodziną, przebaczył swojemu ojcu, tymczasem sama okazałam się niezdolna przebaczyć dziadkowi. – Nie przejmuj się nim, on dojrzeje do pojednania. Wie, że źle postępował, i chce, żebyś mu przebaczyła… Ale to stary uparciuch, i do tego bardzo dumny. Jestem pewny, że spotkacie się w końcu, Tess. – Wyszłam z pokoju, bo chciałam sprawdzić, czy już nie odjechał, kiedy usłyszałam pukanie w szybę. Jaki ty jesteś zimny! Co ci przyszło do głowy? – Pomyślałem, że powinienem zdobyć się na jakiś romantyczny gest. – I dlatego narażałeś życie?

Pocałował ją w półotwarte usta. Odwzajemniła pocałunek i z westchnieniem jeszcze silniej przywarła do jego piersi. Należała do niego i tak już zostanie. – Wiem, że czekałaś na rycerza w lśniącej zbroi, tymczasem spotkałaś chłodnego, przyziemnego mężczyznę. – Nieprawda, nie chcę żadnego rycerza. Chcę tylko ciebie. – Naprawdę, Tess? – wypuścił ją z ramion i spoważniał. – Kocham cię. Chcę się z tobą ożenić i mieć z tobą dzieci. Wiem, że może to być trudne, nawet z poparciem obu naszych rodzin. Ruina mi jednak nie grozi, ale będzie dużo plotek i możesz nie zostać przyjęta na dworze. – Nie zależy mi na tym. Chcę tylko ciebie. – Kiedyś marzyła o zobaczeniu księcia regenta. Teraz gdy odzyskała rodzinę i ukochanego mężczyznę, z którym założy własny dom, już o to nie dbała. – Ty wskazałaś mi drogę do pojednania z bliskimi. Sprawiłaś, że odzyskałem ojca. Dzięki tobie mogę się znowu cieszyć Bożym Narodzeniem. – Chodźmy, powiedzmy wszystkim. – Tess pociągnęła Aleksa w stronę drzwi. – Kiedy ślub? – Za miesiąc. – Dopiero? Chciałabym, żebyś wystarał się o pozwolenie na ślub bez zapowiedzi. – A ja chciałbym zorganizować wielkie wesele. Wielkie wesele z mnóstwem gości. Niech wszyscy dowiedzą się, jak cię kocham, jak kochają cię nasze rodziny i jak jesteśmy z ciebie dumni. Chciałbym, żebyś miała czas skompletować piękną wyprawę ślubną. – A co z moim dziadkiem? – Po prostu daj mu całusa w policzek i niech sobie sam wybaczy. Alex zaprowadził Tess do małej jadalni, gdzie stał bufet z zimną kolacją. Maria przygotowywała dziadkowi Tess talerz z jedzeniem. Zgromadzeni przy stole usiłowali podtrzymywać uprzejmą konwersację. – Tereso – odezwał się markiz Sethcombe, wstając – nie mogę odmienić przeszłości. – Wiem. – Tess puściła dłoń Aleksa, podeszła do starca, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. – Ale możemy zacząć od nowa, prawda? Kocham Aleksa. Pobierzemy się. Chcę, żebyś znał swoje prawnuki. – Żałuję, że twoja matka tego nie dożyła. – Ja też. – Tess otarła spływającą po policzku łzę. – Porozmawiajmy o niej. Maria szlochała, lady Moreland ocierała koronkową chusteczką oczy, a Matthew

klepał Aleksa po ramieniu. W końcu lord Moreland, siedzący u szczytu stołu, uderzył nożem o kieliszek z winem. – Wznieśmy toast za przyszłą lady Weybourn, moją nową córkę.

EPILOG – Mogę prosić o uwagę? – Alex i Tess stali w drzwiach pomieszczenia, w którym trwała w najlepsze świąteczna zabawa służby. – Mam honor przedstawić wam moją narzeczoną. Wszyscy ją znacie, a dzięki wielu z was mogła się poczuć bezpiecznie w obcym mieście. Na pewno zrozumiecie, dlaczego nie mogę bez niej żyć… Dalsze słowa zagłuszył wybuch radości. Dorcas, co było do przewidzenia, rozpłynęła się we łzach. Annie podskakiwała w górę jak mała dziewczynka. Personel z Half Moon Street klaskał głośno, a Garnett i jego podwładni przekrzykiwali się, chcąc złożyć gratulacje młodemu panu i jego przyszłej małżonce. – Ojciec pozwolił Garnettowi otworzyć dla wszystkich szampana. Bóg jeden wie, czy ktoś z nich zdąży wytrzeźwieć do jutra rana – powiedział Alex do Tess na schodach, kiedy opuścili pomieszczenia służbowe. – Dokąd teraz? – zapytała, widząc, że Alex nie ma zamiaru zostać dłużej w suterenie. – Do łóżka. Chyba że każesz mi spać samotnie aż do nocy poślubnej. – Jesteś niemożliwy! – Jestem zakochany. A poza tym chciałbym rozpakować swój prezent bożonarodzeniowy. – Prezent? Jaki? Uniósł ją w powietrze, ramieniem otworzył drzwi i wniósł do jej pokoju. – Ten, który niosę. Prezent od losu. – Położył ją na łóżku i wrócił do drzwi, żeby przekręcić klucz w zamku. – Już go rozpakowałeś. – Usiadła, żeby popatrzeć, jak w drodze powrotnej zrzuca z siebie części garderoby. Żakiet, elegancką kamizelkę, krawat, koszulę i buty. Odważnie nie spuszczała wzroku nawet wtedy, gdy zdejmował spodnie. – Panno Ellery, stajesz się nieprzyzwoita. Co powiedziałaby matka przełożona? – Zemdlałaby z wrażenia. Aleksie, lubię widok twoich umięśnionych ramion. – Tylko ramion? A co powiesz na mój klasyczny profil? – Zaczął rozpinać suknię Tess, a potem rozwiązywać sznurówkę gorsetu. Jego gorący oddech oblewał jej kark. – Przynajmniej dwaj ze znanych mi twoich przyjaciół mają ładniejsze profile. Na

ich tle sprawiałeś wrażenie jakiejś niebezpiecznej, mitologicznej postaci. – Jakiej? – Przewrócił ją na plecy. Była tylko w koszuli i pończochach. – Mitologicznej. – Rolował w dół pończochy, obsypując pocałunkami wrażliwe miejsca na jej udach. – Nie mam nic wspólnego z żadnymi mitologicznymi postaciami. Ale owszem, mam bardzo niechrześcijańskie myśli, kiedy na ciebie patrzę… Ułożył się na niej, podpierając się na łokciach. – Chcę nacieszyć się twoim ciałem… – Zrób to. – Przywarła do niego i biodrami wyszła mu naprzeciw. – Nareszcie – szepnął jej do ucha, kiedy wypełnił ją sobą. – Tak. W końcu razem. – Uniosła głowę i pocałowała go namiętnie.

[1] John Jackson (ur. 25 września 1769 r. w Londynie, zm. 7 października 1845 r. tamże) – angielski bokser z okresu walk na gołe pięści, mistrz Anglii wagi ciężkiej. Po zakończeniu kariery otworzył w Londynie szkołę boksu popularną wśród wyższych sfer. Jednym z uczęszczających do niej był George Byron (przyp. tłum.).

Tytuł oryginału: His Housekeeper’s Christmas Wish Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2015 Redaktor serii: Dominik Osuch Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch Korekta: Lilianna Mieszczańska © 2015 by Melanie Hilton © for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016 Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji. HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela. Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone. HarperCollins Polska sp. z o.o. 02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25 www.harlequin.pl ISBN 978-83-276-2543-4 Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Subscribe

© Copyright 2013 - 2018 AZDOC.PL All rights reserved.