Abbi Glines - 1 - Kocham cię bez słów

Ty​tuł ory​gi​nal​ny: Until Fri​day Ni​ght Au​tor: Abbi Gli​nes Tłu​ma​cze​nie: Re​gi​na Mo​ścic​ka Re​dak​cja: Agniesz​ka Pie​trzak Ko​rek​ta: Alek​s...

53 downloads 318 Views 2MB Size

Ty​tuł ory​gi​nal​ny: Until Fri​day Ni​ght Au​tor: Abbi Gli​nes Tłu​ma​cze​nie: Re​gi​na Mo​ścic​ka Re​dak​cja: Agniesz​ka Pie​trzak Ko​rek​ta: Alek​san​dra Ty​kar​ska Skład: IMK Pro​jekt gra​ficz​ny okład​ki: Ka​ta​rzy​na Bor​kow​ska Zdję​cie na okład​ce: Gre​ta​Ma​rie [get​ty​ima​ges] Re​dak​tor pro​wa​dzą​ca: Ka​ta​rzy​na Ko​cur Re​dak​tor na​czel​na: Agniesz​ka Het​nał SI​MON PUL​SE An im​print of Si​mon & Schu​s​ter Chil​dren’s Pu​bli​shing Di​vi​sion 1230 Ave​nue of the Ame​ri​cas, New York, New York 10020 First Si​mon Pul​se hard​co​ver edi​tion Au​gust 2015 Co​py​ri​ght © 2015 by Abbi Gli​nes Co​py​ri​ght for Po​lish trans​la​tion © Wy​daw​nic​two Pas​cal sp. z o.o. Ta książ​ka jest fik​cją li​te​rac​ką. Ja​kie​kol​wiek po​do​bień​stwo do rze​czy​wi​stych osób, ży​wych lub zmar​łych, au​ten​tycz​nych miejsc, wy​da​rzeń lub zja​wisk jest czy​sto przy​pad​ko​we. Bo​ha​te​ro​wie i wy​da​rze​nia opi​sa​ne w tej książ​ce są two​rem wy​obraź​ni au​tor​ki bądź zo​sta​ły zna​czą​co prze​two​rzo​ne pod ką​tem wy​ko​rzy​sta​nia w po​wie​ści. Wszel​kie pra​wa za​strze​żo​ne. Żad​na część tej książ​ki nie może być po​wie​la​na lub prze​ka​zy​wa​na w ja​kiej​kol​wiek for​mie bez pi​sem​nej zgo​dy wy​daw​cy, z wy​jąt​kiem re​cen​zen​tów, któ​rzy mogą przy​to​czyć krót​kie frag​men​ty tek​stu. Biel​sko-Bia​ła 2018 Wy​daw​nic​two Pas​cal sp. z o.o. ul. Za​po​ra 25 43-382 Biel​sko-Bia​ła tel. 338282828, fax 338282829 pas​[email protected]​cal.pl, www.pas​cal.pl

ISBN 978-83-8103-251-3 Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla Kiki Ma​rii i jej cu​dow​nej cór​ki Mili. Kiki, za​wsze mó​wi​łaś, że chcesz czy​tać moje książ​ki ra​zem z nią, więc ta jest dla was obu. Two​ja wspa​nia​ła du​sza bę​dzie żyć wiecz​nie. Mila, pa​mię​taj, że mama jest za​wsze przy to​bie. W two​im ser​cu.

ROZ​DZIAŁ 1

Praw​da, że jest uro​cza?

Maggie To nie był dom. Ni​g​dy już nie będę mia​ła domu. I wca​le mi na nim nie za​le​ża​ło. To sło​wo kry​je w so​bie tak wie​le wspo​mnień, zbyt bo​le​snych, by o nich my​śleć. Wie​dzia​łam, że cio​cia Co​ra​lee i wu​jek Bo​one uważ​nie mnie ob​ser​wo​wa​li, opro​wa​dza​jąc po swo​im domu. Bar​dzo chcie​li, żeby mi się tu spodo​ba​ło. Wi​dać to było po ich oczach, w któ​rych tli​ła się na​dzie​ja. Ja już nie pa​mię​ta​łam, ja​kie to uczu​cie mieć na​dzie​ję. Od daw​na nie było we mnie ani odro​bi​ny. – Przy​go​to​wa​li​śmy dla cie​bie po​kój na gó​rze. Po​ma​lo​wa​łam go na pa​ste​lo​wy błę​kit – ode​zwa​ła się nie​pew​nie cio​cia Co​ra​lee. – Pa​mię​tam, że za​wsze lu​bi​łaś nie​bie​ski. To praw​da. Kil​ka Gwiaz​dek temu. Kie​dyś na​wet przez cały rok ubie​ra​łam się tyl​ko na nie​bie​sko. Ale te​raz to nie​ko​niecz​nie był mój ulu​bio​ny ko​lor… Wcho​dzi​łam po scho​dach pro​wa​dzą​cych na pię​tro tuż za cio​cią i wuj​kiem. Na wi​dok ro​dzin​nych zdjęć wi​szą​cych rzę​dem na ścia​nie po​śpiesz​nie od​wró​ci​łam gło​wę i skie​ro​wa​łam wzrok pro​sto przed sie​bie. U nas też kie​dyś ta​kie były. Moja mama z dumą ozda​bia​ła nimi ścia​ny na​sze​go domu. Ale kry​ły się w nich same kłam​stwa. Ani je​den uśmiech nie był szcze​ry. – To tu​taj – oznaj​mi​ła ciot​ka Co​ra​lee, za​trzy​mu​jąc się w po​ło​wie ko​ry​ta​rza i otwie​ra​jąc drzwi do prze​stron​nej sy​pial​ni, ume​blo​wa​nej w ca​ło​ści na bia​ło, nie li​cząc błę​kit​nych ścian. Od razu mi się spodo​ba​ła. Po​dzię​ko​wa​ła​bym, ale ba​łam się usły​szeć wła​sny głos. Za​miast tego zsu​nę​łam ple​cak z ra​mion i od​wró​ci​łam się, żeby ją uści​skać. To mu​sia​ło wy​star​czyć. – I jak? Mam na​dzie​ję, że spodo​bał ci się mój po​kój – do​biegł od stro​ny drzwi czyjś ni​ski głos. – Bra​dy, prze​stań – ode​zwał się wu​jek ostrym to​nem. – Dla​cze​go? Sta​ram się być uprzej​my – od​parł chło​pak. – Tak jak​by… Sła​bo pa​mię​ta​łam swo​je​go ku​zy​na Bra​dy’ego. Ni​g​dy nie ba​wił się ze mną na ro​dzin​nych spę​dach. Za​wsze ga​niał z ja​kimś kum​plem, któ​re​go przy​wo​ził ze sobą. A te​raz stał przede mną, opar​ty o fu​try​nę drzwi, z brą​zo​wy​mi wło​sa​mi opa​da​ją​cy​mi na oczy i krzy​wym uśmiesz​kiem. Nie wy​glą​dał na uszczę​śli​wio​ne​go. O nie, czyż​by od​da​li mi jego po​kój? Nie​do​brze. Nie chcia​łam mu go od​bie​rać. – Bra​dy tyl​ko się po​pi​su​je – rzu​ci​ła po​śpiesz​nie cio​cia Co​ra​lee. – Ab​so​lut​nie mu nie prze​szka​dza, że prze​no​si się na pod​da​sze. Od dwóch lat nas za​mę​czał, żeby zro​bić mu tam po​kój, bo chce mieć wię​cej swo​bo​dy. Po​czu​łam na swo​im ra​mie​niu do​tyk sze​ro​kiej dło​ni wuj​ka Bo​one’a, któ​ry sta​nął tuż obok mnie.

– Synu, na pew​no pa​mię​tasz Mag​gie – ode​zwał się nie​zno​szą​cym sprze​ci​wu to​nem. Bra​dy nie spusz​czał ze mnie wzro​ku. Po​cząt​ko​wo spra​wiał wra​że​nie zi​ry​to​wa​ne​go, ale po chwi​li jego spoj​rze​nie zmię​kło i po​ja​wi​ło się w nim coś na kształt za​in​te​re​so​wa​nia. – Uhm, pa​mię​tam. – W po​nie​dzia​łek masz jej wszyst​ko po​ka​zać w szko​le – cią​gnął wu​jek. – Je​ste​ście w tej sa​mej kla​sie. Uda​ło nam się za​ła​twić, że Mag​gie bę​dzie cho​dzi​ła z tobą na nie​któ​re lek​cje, abyś mógł jej po​móc. Mia​łam wra​że​nie, że Bra​dy już o tym do​sko​na​le wie, a in​for​ma​cja ta jest prze​zna​czo​na przede wszyst​kim dla mnie. Bra​dy wes​tchnął, krę​cąc gło​wą. – Do​bra, do​bra – mruk​nął i wy​szedł z po​ko​ju. – Prze​pra​szam za nie​go – ode​zwa​ła się ciot​ka. – Ostat​nio wiecz​nie ma hu​mo​ry, trud​no z nim wy​trzy​mać. Na​wet gdy​bym od​wa​ży​ła się ode​zwać, i tak nie mia​łam po​ję​cia, co na to od​po​wie​dzieć. Ciot​ka ści​snę​ła mnie za ra​mię. – Zo​sta​wi​my cię te​raz samą, że​byś się roz​pa​ko​wa​ła. I może tro​chę od​po​czę​ła. Gdy​byś mia​ła ocho​tę na to​wa​rzy​stwo, będę w kuch​ni ro​bić ko​la​cję. Mo​żesz ko​rzy​stać ze wszyst​kich po​ko​jów, je​śli tyl​ko chcesz. Czuj się jak u sie​bie w domu. I znów pa​dło to sło​wo… Dom. Cio​cia z wuj​kiem wy​szli na ko​ry​tarz, zo​sta​wia​jąc mnie na​resz​cie samą. Gdy tak sta​łam po​środ​ku przy​tul​ne​go błę​kit​ne​go po​ko​ju, ku swo​je​mu zdu​mie​niu zda​łam so​bie spra​wę, że w za​sa​dzie po​czu​łam się tu bez​piecz​nie. Choć by​łam prze​ko​na​na, że po​czu​cie bez​pie​czeń​stwa opu​ści​ło mnie już wie​ki temu. – Więc ty na​praw​dę nie ga​dasz? – Głos Bra​dy’ego prze​szył pa​nu​ją​cą w po​ko​ju ci​szę. Od​wró​ci​łam się i zo​ba​czy​łam, że ku​zyn znów stoi w drzwiach po​ko​ju. Na​praw​dę mi za​le​ża​ło, żeby nie czuł do mnie ura​zy, że się tu po​ja​wi​łam. Nie wie​dzia​łam jed​nak, jak mam go prze​ko​nać, że będę się trzy​mać na ubo​czu. Że nie mam za​mia​ru kom​pli​ko​wać mu ży​cia. – O w mor​dę, nie bę​dzie ła​two. Je​steś… – urwał, par​ska​jąc wy​mu​szo​nym śmie​chem. – To jesz​cze gor​szy ka​nał, niż my​śla​łem. Jesz​cze że​byś cho​ciaż była brzyd​ka. Co pro​szę? Bra​dy zmarsz​czył czo​ło. – Po​sta​raj się nie wy​chy​lać, ja​sne? Mat​ka w koń​cu do​cze​ka​ła się có​recz​ki, któ​rej ni​g​dy nie mia​ła, ale co mi z tego, do cho​le​ry. Mam wła​sne ży​cie, cza​isz? W od​po​wie​dzi kiw​nę​łam tyl​ko gło​wą. Ja​sne, że miał. Wy​so​ki, przy​stoj​ny, o ciem​nych wło​sach, orze​cho​wych oczach i sze​ro​kich ra​mio​nach z wy​raź​nie za​ry​so​wa​ny​mi pod ko​szul​ką mię​śnia​mi. Dziew​czy​ny mu​sia​ły za nim sza​leć, to było oczy​wi​ste. Nie mia​łam za​mia​ru wcho​dzić mu w dro​gę, choć moje wtar​gnię​cie do jego domu – i po​ko​ju – rze​czy​wi​ście mo​gło tak wy​glą​dać. Jesz​cze na do​miar złe​go bę​dzie​my ra​zem cho​dzić na lek​cje. Chcia​łam mu ja​koś dać do zro​zu​mie​nia, że nie musi się mną przej​mo​wać. Pod​nio​słam z pod​ło​gi ple​cak i wy​ję​łam z nie​go dłu​go​pis i no​tat​nik, któ​ry za​wsze no​si​łam przy so​bie. – Co ro​bisz? – spy​tał, wy​raź​nie zbi​ty z tro​pu. W od​po​wie​dzi na​kre​śli​łam po​śpiesz​nie kil​ka słów:

Przy​rze​kam, że nie będę ci wcho​dzić w dro​gę. Nie mu​sisz mnie niań​czyć w szko​le. Uda​waj przy ro​dzi​cach, że tak jest, ja cię nie wy​dam. Prze​pra​szam, że za​ję​łam twój po​kój. Za​mień​my się, je​śli chcesz. Wrę​czy​łam no​tat​nik Bra​dy’emu. Kie​dy skoń​czył czy​tać, wes​tchnął prze​cią​gle i po​dał mi go z po​wro​tem. – Mo​żesz tu zo​stać. Mama ma ra​cję, wolę pod​da​sze. Tak tyl​ko pa​ja​co​wa​łem. Wy​da​je ci się, że nie będę ci po​trzeb​ny w szko​le, ale sama zo​ba​czysz. Nic nie po​ra​dzi​my. – Po tych sło​wach znik​nął w ko​ry​ta​rzu. Sta​nę​łam w drzwiach i pa​trzy​łam za nim, jak scho​dzi po scho​dach. Już mia​łam za​mknąć drzwi, gdy z dołu do​biegł mnie jego głos. – Co na obiad?! – za​wo​łał. – Spa​ghet​ti z kur​cza​kiem. Po​my​śla​łam so​bie, że Mag​gie też może za​sma​ku​je, sko​ro ty tak je lu​bisz – od​po​wie​dzia​ła cio​cia Co​ra​lee. A po​tem, zni​ża​jąc głos do szep​tu, do​da​ła: – Chcia​ła​bym, że​by​ście się le​piej po​zna​li. – Wła​śnie z nią ga​da​łem. To jest, ekhm, coś mi na​pi​sa​ła – od​parł. – I co? Praw​da, że jest uro​cza? – Głos cio​ci Co​ra​lee za​brzmiał cał​ko​wi​cie szcze​rze. – Praw​da, mamo. Na​praw​dę uro​cza. Ale w od​róż​nie​niu od niej Bra​dy nie wy​da​wał się o tym prze​ko​na​ny.

ROZ​DZIAŁ 2

Mó​wi​łem, że masz zmy​kać

West Mu​sia​łem się na​pić. To mój głów​ny cel dzi​siej​sze​go wie​czo​ru. Za​trza​sną​łem drzwi pi​ka​pa i ru​szy​łem w stro​nę pola, skąd do​bie​gał już ło​mot mu​zy​ki i gdzie mrok roz​świe​tla​ło pło​ną​ce ogni​sko. To miał być ostat​ni wol​ny piąt​ko​wy wie​czór, za​nim przez na​stęp​ne trzy mie​sią​ce w na​szym ży​ciu bę​dzie się li​czył tyl​ko fut​bol. Czas świę​to​wa​nia i za​ba​wy. Par​ki będą się bzy​kać na tyl​nych sie​dze​niach sa​mo​cho​dów, chło​pa​ki po​pi​jać piwo z pla​sti​ko​wych kub​ków, a przed koń​cem im​pre​zy ktoś na bank po​bi​je się o dziew​czy​nę. Ko​niec lata i po​czą​tek na​szej ostat​niej kla​sy w li​ceum. Je​śli mia​łem się ba​wić, po​trze​bo​wa​łem piwa, naj​le​piej sze​ściu pu​szek. Wy​mio​tu​ją​cy krwią oj​ciec, któ​re​mu mat​ka ocie​ra czo​ło ze zwie​rzę​cym stra​chem w oczach, to było jak dla mnie sta​now​czo za wie​le. Po​wi​nie​nem był zo​stać w domu, ale nie mo​głem się na to zdo​być. Za każ​dym ra​zem, gdy ojcu się po​gar​sza​ło, od​zy​wał się we mnie mały chłop​czyk. Nie cier​pia​łem tego uczu​cia. Ko​cha​łem swo​je​go tatę. Przez całe ży​cie był dla mnie wzo​rem. Jak to, do cho​le​ry, moż​li​we, że mogę go stra​cić? Po​trzą​sną​łem gło​wą, wsu​wa​jąc dłoń we wło​sy i moc​no je szar​piąc. By​łem go​tów do po​wro​tu na bo​isko. W nas​tęp​ny pią​tek sta​nę na nim w ochra​nia​czach i ka​sku, ale już te​raz chcia​łem po​czuć odro​bi​nę fi​zycz​ne​go bólu. Po​czuć co​kol​wiek, byle uciec od rze​czy​wi​sto​ści. Po​czu​łem wi​bra​cje te​le​fo​nu, więc się​gną​łem do kie​sze​ni. Za każ​dym ra​zem, gdy dzwo​nił, a ja by​łem poza do​mem, ogar​niał mnie tak sil​ny lęk, że aż ro​bi​ło mi się nie​do​brze. Wi​dząc na wy​świe​tla​czu imię Ra​le​igh, mo​jej dziew​czy​ny, mo​men​tal​nie po​czu​łem ulgę. To nie mama. Nic złe​go się nie dzie​je. Tata jest na​dal z nami, w domu. – Hej – ode​zwa​łem się, zdzi​wio​ny, że do mnie dzwo​ni. Prze​cież wie​dzia​ła, że wy​bie​ram się na im​pre​zę. – Przy​je​dziesz po mnie czy nie? – spy​ta​ła roz​draż​nio​nym gło​sem. – Nie mó​wi​łaś, że mam przy​je​chać. Je​stem już na miej​scu. – Se​rio? Nie przyj​dę, je​śli po mnie nie przy​je​dziesz, West! Była wku​rzo​na. W su​mie żad​na no​wość, bo Ra​le​igh prze​waż​nie była na mnie o coś wku​rzo​na. – W ta​kim ra​zie zo​ba​czy​my się kie​dy in​dziej. Nie mam dziś na​stro​ju na two​je nu​me​ry, Ray. Ra​le​igh nie mia​ła po​ję​cia o moim ojcu. Nie chcia​łem, żeby lu​dzie do​wie​dzie​li się, jak bar​dzo jest cho​ry. Trzy​ma​li​śmy to w ta​jem​ni​cy, a po​nie​waż miej​sco​wy szpi​tal nie był w sta​nie le​czyć raka je​li​ta gru​be​go w tak za​awan​so​wa​nym sta​dium, wo​zi​li​śmy tatę do od​da​lo​ne​go o go​-

dzi​nę dro​gi Na​shvil​le. Zwy​kle w ma​łym mia​stecz​ku trud​no ukryć ta​kie rze​czy, ale ja​koś nam się uda​wa​ło. Było to o tyle ła​twiej​sze, że mama nie mia​ła w Law​ton zbyt wie​lu przy​ja​ciół. Jako dzie​ciak kom​plet​nie tego nie ro​zu​mia​łem, ale te​raz wie​dzia​łem dla​cze​go. Mój tata był w li​ceum gwiaz​dą fut​bo​lu. Roz​sła​wił Law​ton, gra​jąc naj​pierw w dru​ży​nie Uni​wer​sy​te​tu Ala​ba​my, a po​tem wcho​dząc do skła​du New Or​le​ans Sa​ints. Z ko​lei mama była praw​dzi​wą księż​nicz​ką – jej sta​ry miał w kie​sze​ni pra​wie całą Lui​zja​nę. Tata za​ko​chał się w niej na za​bój. Ja​kiś czas póź​niej, tuż po tym, jak uszko​dził so​bie ko​la​no i przez to po​grze​bał swo​ją spor​to​wą ka​rie​rę, oka​za​ło się, że jego dziew​czy​na jest w cią​ży. Po​bra​li się wbrew jej ro​dzi​nie, a po​tem za​brał ją ze sobą z po​wro​tem do Ala​ba​my. Jego ro​dzin​ne mia​stecz​ko wie​dzia​ło swo​je: on był ich bo​ha​te​rem, a ona im go ukra​dła. Od tego cza​su mi​nę​ło sie​dem​na​ście lat, a oni na​dal od​no​si​li się do niej z re​zer​wą. Ale mama spra​wia​ła wra​że​nie, jak​by w ogó​le jej to nie prze​szka​dza​ło. Ko​cha​ła tatę, on i ja by​li​śmy ca​łym jej świa​tem. To jej wy​star​cza​ło. – Słu​chasz mnie?! – wy​rwał mnie z za​my​śle​nia pisk​liwy okrzyk Ra​le​igh. Ra​le​igh i ja by​li​śmy spe​cy​ficz​ną parą: ona lu​bi​ła się ze mną po​ka​zy​wać, a mnie po​do​bał się jej ty​łek i cała resz​ta. Nie było mię​dzy nami uczu​cia ani za​ufa​nia. Cho​dzi​li​śmy ze sobą od po​nad roku, ale ła​two ją było trzy​mać na dy​stans. W tym mo​men​cie zresz​tą nie mia​łem cza​su na nic in​ne​go. – Słu​chaj, Ray, nie chce mi się te​raz ga​dać. Mu​szę ode​tchnąć. Daj​my so​bie dziś spo​kój, po​ga​da​my w przy​szłym ty​go​dniu, do​bra? Nie cze​ka​jąc na od​po​wiedź, za​koń​czy​łem po​łą​cze​nie. I tak wie​dzia​łem, co od niej usły​szę: wy​mów​ki i groź​by, że prze​śpi się z któ​rymś z mo​ich kum​pli. Zna​łem to już na pa​mięć. I praw​dę mó​wiąc, mia​łem to gdzieś. Przy​śpie​szy​łem kro​ku, prze​dzie​ra​jąc się przez wy​so​ką tra​wę i mi​ja​jąc rząd drzew. Tuż za nimi roz​cią​ga​ło się otwar​te pole, na któ​rym zwy​kle im​pre​zo​wa​li​śmy. Na​le​ża​ło do dziad​ka Ry​ke​ra i Na​sha Lee. Byli ku​zy​na​mi i gra​li w na​szej dru​ży​nie. Star​szy pan po​zwa​lał urzą​dzać na nim im​pre​zy jesz​cze w cza​sach, gdy sam miał sy​nów w li​ceum. Pole znaj​do​wa​ło się już pra​wie poza mia​stem, naj​bliż​szej po​ło​żo​nym bu​dyn​kiem był wła​śnie dom dziad​ka, ale na​wet i on był od​da​lo​ny o pra​wie dwa ki​lo​me​try. Mo​gli​śmy więc im​pre​zo​wać do woli i nie oba​wiać się, że będą nas pod​glą​dać ja​cyś wścib​scy są​sie​dzi. Prze​cze​sa​łem wzro​kiem pole, wy​ła​wia​jąc z tłu​mu syl​wet​kę Bra​dy’ego Hig​gen​sa, mo​je​go naj​lep​sze​go kum​pla jesz​cze z pod​sta​wów​ki. Po​da​wał do mnie pił​ki, od​kąd obo​je cho​dzi​li​śmy do szkół​ki pił​kar​skiej Pop War​ner. Był naj​lep​szym roz​gry​wa​ją​cym w ca​łym sta​nie, bez dwóch zdań. Na mój wi​dok Bra​dy pod​niósł pusz​kę piwa w po​wi​tal​nym ge​ście. Sie​dział na pace swo​je​go pi​ka​pa, któ​rym wje​chał aż na pole, żeby wy​ko​rzy​stać za​mon​to​wa​ny w nim agre​gat do pod​łą​cze​nia mu​zy​ki. Mię​dzy jego no​ga​mi usa​do​wi​ła się Ivy Hol​lis. Nie było to dla ni​ko​go za​sko​cze​niem, sko​ro spę​dzi​li ze sobą więk​szość lata. Ivy mia​ła przed sobą ostat​nią kla​sę, była głów​ną che​er​le​ader​ką i ro​bi​ła wszyst​ko, by usi​dlić Bra​dy’ego. Zwłasz​cza że jego po​przed​nia dziew​czy​na skoń​czy​ła li​ceum i prze​pro​wa​dzi​ła się na dru​gi ko​niec kra​ju. – Naj​wyż​sza pora – ode​zwał się Bra​dy z prze​śmiew​czą miną, rzu​ca​jąc mi pusz​kę piwa. Rzad​ko kie​dy po​zwa​lał so​bie na al​ko​hol. Nie żeby miał coś prze​ciw​ko, ale bar​dzo mu za​le​ża​ło, żeby w przy​szłym roku do​stać się do dru​ży​ny uni​wer​sy​tec​kiej. Mnie kie​dyś też, ale to było daw​no. Te​raz funk​cjo​no​wa​łem z dnia na dzień, mo​dląc się, żeby tata od nas nie od​szedł. Piwo było dla mnie ostat​nią de​ską ra​tun​ku na wszyst​kich na​szych im​pre​zach. Nie po​tra​fi​łem

się od​ciąć od do​mo​wych pro​ble​mów, nic nie mo​głem na to po​ra​dzić. Mu​sia​łem więc ja​koś stę​pić umysł. Bra​dy chy​ba po​dej​rze​wał, że coś jest na rze​czy, i pró​bo​wał to ze mnie wy​do​być. Jego mama była je​dy​ną ko​bie​tą w mie​ście, któ​ra oka​zy​wa​ła mo​jej ma​mie sym​pa​tię. W mi​nio​nych la​tach mnó​stwo razy za​pra​sza​ła nas na ko​la​cję, na świę​ta przy​no​si​ła nam tort red vel​vet i za​wsze znaj​dy​wa​ła czas, by po​ga​wę​dzić z mamą na me​czu. By​łem cie​kaw, czy mama jej się zwie​rza​ła. – Gdzie Ra​le​igh? – spy​ta​ła Ivy. Zby​łem ją mil​cze​niem. To, że była z Bra​dym, nie ozna​cza​ło jesz​cze, że mu​szę od​po​wia​dać na jej wścib​skie py​ta​nia. Od​wró​ci​łem się w kie​run​ku Gun​ne​ra Law​to​na. Tak, tak – ko​leś na​zy​wał się tak samo, jak ta prze​klę​ta mie​ści​na. Za​ło​żył ją jego pra​pra​pra​dzia​dek i pra​wie wszyst​ko tu na​le​ża​ło do jego ro​dzi​ny. Gun​ner był też re​we​la​cyj​nym skrzy​dło​wym, a to w tej dziu​rze li​czy​ło się naj​bar​dziej. – Też je​steś sam? – spy​ta​łem go, przy​sia​da​jąc na beli sia​na obok pi​ka​pa. Za​śmiał się. – Wiesz, jak to jest. Nie mogę się zde​cy​do​wać, któ​rą wy​brać – od​parł z iro​nicz​nym uśmiesz​kiem. Wy​star​czy​ło, że Gun​ner kiw​nął pal​cem, a dziew​czy​ny bie​gły do nie​go w pod​sko​kach. Ja​sne, że jego prze​chwał​ki były pa​skud​ne, ale kie​dy ktoś śpi na ka​sie w ta​kiej ma​łej mie​ści​nie, a przy tym jest gwiaz​do​rem li​ce​al​nej dru​ży​ny fut​bo​lo​wej, za​wsze bę​dzie miał bra​nie wśród la​sek. Szcze​gól​nie gdy nie​źle wy​glą​da. – Po​ga​da​my o fut​bo​lu? – za​pro​po​no​wał Ry​ker Lee. Pod​szedł do nas i usiadł na pace pi​ka​pa obok Bra​dy’ego i Ivy. – Wolę po​ga​dać o tym, jak się ogo​li​łeś – od​po​wie​dział Bra​dy, uśmie​cha​jąc się zło​śli​wie. W ze​szłym roku Ry​ker za​rze​kał się, że za​pu​ści wło​sy i zro​bi so​bie dre​dy. Zdzi​wi​ło mnie, że ściął się na krót​ko już pierw​sze​go dnia tre​nin​gu. Wcze​śniej prze​by​wał z ro​dzi​ną u bab​ki w Geo​r​gii, więc nie wi​dzie​li​śmy go przez kil​ka ty​go​dni wa​ka​cji. – Znu​dzi​ło mi się. Będę miał dre​dy, jak zo​sta​nę za​wo​dow​cem. Te​raz nie po​trze​bu​ję tego dzia​do​stwa – wy​ja​śnił, prze​cią​ga​jąc dło​nią po wło​sach. Wy​glą​da​ło, jak​by chciał jesz​cze coś do​dać, ale za​miast tego pod​niósł się i za​czął roz​glą​dać do​oko​ła, szcze​rząc głup​ko​wa​to zęby. – Ale chrza​nić fut​bol. Le​piej po​wiedz​cie mi, kto to jest. Po​dą​ży​łem za jego wzro​kiem, żeby zo​ba​czyć, o kim mówi. Z da​le​ka od resz​ty im​pre​zo​wi​czów, pra​wie przy sa​mych drze​wach sta​ła nie​zna​na mi dziew​czy​na. Mia​ła dłu​gie, brą​zo​we wło​sy opa​da​ją​ce mięk​ki​mi fa​la​mi na ra​mio​na i nie​sa​mo​wi​te zie​lo​ne oczy, któ​re wła​śnie spo​glą​da​ły w na​szą stro​nę. Prze​su​ną​łem wzrok w dół po jej twa​rzy, za​wie​sza​jąc go na ró​żo​wych, ide​al​nie wy​kro​jo​nych ustach bez śla​du szmin​ki. A jej fi​gu​ra… Ja​sna cho​le​ra, ale ta kiec​ka na niej leży! – Zba​stuj – ode​zwał się ostrze​gaw​czym to​nem Bra​dy. Chcia​łem się od​wró​cić i wy​czy​tać z jego twa​rzy, dla​cze​go in​te​re​su​je się ja​kąś nową dziew​czy​ną, sko​ro ma już jed​ną sie​dzą​cą mu wła​śnie mię​dzy no​ga​mi, ale nie by​łem w sta​nie ode​rwać od niej wzro​ku. Wy​glą​da​ła na za​gu​bio​ną. A ja mia​łem wiel​ką ocho​tę po​móc jej się od​na​leźć. – Cze​mu, sta​ry? Go​rą​ca z niej la​ska, wy​glą​da, jak​by tyl​ko na mnie cze​ka​ła – za​pa​lił się Ry​ker.

– To moja ku​zyn​ka, kre​ty​nie – wark​nął Bra​dy. Ku​zyn​ka? Ja​kim cu​dem miał na​gle ku​zyn​kę? Ode​rwa​łem nie​chęt​nie wzrok od dziew​czy​ny, od​wra​ca​jąc gło​wę ku Bra​dy’emu. – Od kie​dy ty masz ku​zyn​kę? Bra​dy wy​wró​cił oczy. – Po​zna​łeś ją. Wie​ki temu, na jed​nym z mo​ich ro​dzin​nych spę​dów w Ten​nes​see. Te​raz miesz​ka z nami. Nie star​tuj do niej, ja​sne? Ona nie jest… Ma swo​je pro​ble​my. Nie na​da​je się dla cie​bie – ostrzegł, po czym od​wró​cił się do Ry​ke​ra i do​dał: – Ani dla cie​bie. – To ja jej po​mo​gę je roz​wią​zać! Je​stem cho​ler​nie do​bry w te kloc​ki – za​wo​łał Ry​ker, szcze​rząc zęby. Nie mógł​bym po​wie​dzieć tego sa​me​go o so​bie. Mia​łem swo​je i chcia​łem się od nich ode​rwać, a nie ba​brać w czy​ichś. Poza tym jej pro​ble​my nie mo​gły się rów​nać z mo​imi. Ni​czy​je nie mo​gły. – Ona nie gada – wy​ja​śnił Bra​dy. – W ogó​le. Przy​pro​wa​dzi​łem ją dzi​siaj, bo mat​ka mnie zmu​si​ła. Po​wie​dzia​łem, że może się trzy​mać ze mną, ale nie chcia​ła. Chy​ba ma nie po ko​lei w gło​wie, tak przy​pusz​czam. Zer​k​ną​łem po​now​nie w jej kie​run​ku, ale już jej nie było. Więc Bra​dy ma bar​dzo atrak​cyj​ną, ale szur​nię​tą ku​zyn​kę nie​mo​wę. Bar​dzo dziw​ne. – No to ki​cha. Do​cho​dzi do nas nowa faj​na la​ska i oczy​wi​ście to musi być two​ja ku​zy​necz​ka, a w do​dat​ku nie​mo​wa – stwier​dził Gun​ner, do​pi​ja​jąc piwo. Bra​dy’emu wy​raź​nie nie spodo​ba​ła się ta uwa​ga. Wi​dzia​łem to po jego mi​nie. Gun​ner miał jed​nak spo​ro ra​cji. W na​szej dziu​rze od pod​sta​wów​ki wiecz​nie mie​li​śmy do czy​nie​nia z tymi sa​my​mi dziew​czy​na​mi. Były nud​ne i głu​pie, a ja zdą​ży​łem się już prze​spać z co ład​niej​szy​mi. Nic god​ne​go uwa​gi. Wszyst​kie bez wy​jąt​ku były wku​rza​ją​ce jak dia​bli. Gun​ner pod​niósł się na nogi. – Idę po piwo – oznaj​mił, po czym od​szedł. Gun​ner gwa​ran​to​wał nam bez​pie​czeń​stwo na wszyst​kich im​pre​zach. Gdy​by przy​ła​pa​no nas na pi​ciu, jego oj​ciec miał od​po​wied​nie kon​tak​ty i mógł nas wy​cią​gnąć z kło​po​tów. Po​dej​rze​wa​łem, że po​li​cjan​ci do​brze o tym wie​dzie​li i dla​te​go w ogó​le nie za​pusz​cza​li się w tę oko​li​cę. W tym mo​men​cie znów za​dzwo​ni​ła moja ko​mór​ka, a ja mo​men​tal​nie po​czu​łem ucisk w żo​łąd​ku. Wy​szarp​ną​łem ją po​śpiesz​nie z kie​sze​ni, zer​ka​jąc na wy​świe​tlacz: mama. Niech to szlag. Nie tłu​ma​cząc się przed ni​kim, od​sta​wi​łem pusz​kę z pi​wem na zie​mię, od​sze​dłem ka​wa​łek na bok i do​pie​ro wte​dy ode​bra​łem. – Mamo? Wszyst​ko w po​rząd​ku? – Tak, tak. Dzwo​nię, żeby ci po​wie​dzieć, że zo​sta​wi​łam dla cie​bie ka​wa​łek sma​żo​ne​go kur​cza​ka w pie​kar​ni​ku. Aha, i by​ło​by do​brze, gdy​byś po dro​dze za​je​chał do Wal​mar​tu i ku​pił mle​ko. Z ulgą wy​pu​ści​łem z płuc wstrzy​my​wa​ny bez​wied​nie od​dech. Uff, z tatą nie dzie​je się nic złe​go. – Ja​sne, mamo. Za​ła​twię to mle​ko. – Póź​no wró​cisz? – spy​ta​ła gło​sem, w któ​rym wy​czu​łem na​pię​cie. Coś przede mną ukry​wa​ła. Pew​nie tata zno​wu wy​mio​tu​je albo ma bóle. – Będę… To zna​czy nie, nie​dłu​go wró​cę – za​pew​ni​łem ją.

Wy​da​ła z sie​bie wes​tchnie​nie ulgi. – To do​brze. W ta​kim ra​zie jedź ostroż​nie i pa​mię​taj o pa​sach. Ko​cham cię. – Ja też cię ko​cham, mamo. Gdy skoń​czy​łem roz​mo​wę, do​tar​łem już do miej​sca, gdzie za​par​ko​wa​łem sa​mo​chód. I tak by​łem zde​cy​do​wa​ny wra​cać, jesz​cze za​nim mnie o to spy​ta​ła. Z tatą było co​raz go​rzej, prak​tycz​nie nie wsta​wał już z łóż​ka. Prze​klę​te ko​no​wa​ły nie po​tra​fi​ły nic wię​cej dla nie​go zro​bić! Po​czu​łem ucisk w klat​ce, aż trud​no mi było od​dy​chać. Coś ta​kie​go zda​rza​ło mi się ostat​nio co​raz czę​ściej. Zu​peł​nie jak​by strach ści​skał mnie za gar​dło i trzy​mał tak dłu​go, że nie​mal tra​ci​łem od​dech. Po​czu​łem wzbie​ra​ją​cy we mnie gniew. To ta​kie cho​ler​nie nie​spra​wie​dli​we! Tata jest do​brym czło​wie​kiem, nie za​słu​gu​je na taki los. Bóg sie​dzi so​bie spo​koj​nie gdzieś w gó​rze, po​zwa​la​jąc nam prze​cho​dzić przez pie​kło. Dla​cze​go to spo​ty​ka moją mamę? Prze​cież tak po​trze​bu​je męża. Ona też na to nie za​słu​gu​je. – Niech to szlag! – wrza​sną​łem na całe gar​dło, wa​ląc obie​ma dłoń​mi w ma​skę swo​je​go pi​ka​pa. Ból zże​rał mnie od środ​ka, a ja nie mo​głem się przed ni​kim wy​ga​dać. Nie chcia​łem współ​czu​cia od ko​goś, kto nie ma po​ję​cia, co czu​ję, bo to tyl​ko po​gor​szy​ło​by sy​tu​ację. Ką​tem oka za​uwa​ży​łem po le​wej stro​nie ja​kiś ruch. Gwał​tow​nie pod​nio​słem gło​wę, żeby spraw​dzić, kto był świad​kiem mo​jej chwi​li sła​bo​ści. Pierw​szą rze​czą, jaka rzu​ci​ła mi się w oczy, była zna​jo​ma su​kien​ka. Ide​al​nie pod​kre​śla​ła jej zgrab​ną fi​gu​rę. Ta dziew​czy​na ma wiel​kie szczę​ście, że nie mówi. Nie musi przed ni​kim ni​cze​go uda​wać. Ani się od​zy​wać, ani za​cho​wy​wać tak, jak wszy​scy ocze​ku​ją. Prze​chy​li​ła gło​wę na bok, bacz​nie mi się przy​glą​da​jąc. Zu​peł​nie jak​by pró​bo​wa​ła się zo​rien​to​wać, czy mogę być groź​ny dla oto​cze​nia, czy ra​czej sam po​trze​bu​ję po​mo​cy. Fak​tycz​nie, jej cu​dow​ne wło​sy i peł​ne usta mo​gły​by mi po​móc choć na chwi​lę za​po​mnieć o pie​kle, ja​kim sta​ło się moje ży​cie. Ode​rwa​łem dło​nie od sa​mo​cho​du i ru​szy​łem w jej stro​nę. Spo​dzie​wa​łem się, że uciek​nie, ale sta​ła w miej​scu. Wcią​gną​łem po​wie​trze do płuc. Ucisk w gar​dle nie​co ze​lżał. – I jak ci się wi​dzę, co? – spy​ta​łem z drwi​ną w na​dziei, że się spło​szy i so​bie pój​dzie. To było nie w po​rząd​ku od​gry​wać się na niej, żeby zła​go​dzić swój ból, ale by​łem wście​kły i nie po​tra​fi​łem się kon​tro​lo​wać. Nic dziw​ne​go, sko​ro przez cały czas się we mnie go​to​wa​ło. Tak jak każ​de​go, kto sta​nął na mo​jej dro​dze, rów​nież i ją mu​sia​łem od sie​bie ode​pchnąć – dla jej wła​sne​go do​bra. Nie ode​zwa​ła się, ale do​strze​głem jej by​stre spoj​rze​nie. Nie była świ​ru​ską, jak twier​dził Bra​dy. Ta​kie rze​czy od razu wi​dać w oczach. Jej spoj​rze​nie było zbyt prze​ni​kli​we, zbyt in​te​li​gent​ne. – Bę​dziesz się tak ga​pi​ła, jak​byś cze​goś ode mnie chcia​ła, i na​wet się nie ode​zwiesz? Nie​ład​nie. Ostry ton mo​je​go gło​su spra​wił, że nie​zau​wa​żal​nie się wzdry​gną​łem. Mama spa​li​ła​by się prze​ze mnie ze wsty​du. Ale ona na​wet nie mru​gnę​ła okiem. Nie cof​nę​ła się i nie ode​zwa​ła ani sło​wem. Bra​dy mógł wy​ga​dy​wać o niej róż​ne bzdu​ry, ale w jed​nym miał ra​cję – fak​tycz​nie nie mó​wi​ła.

Ale cho​ciaż się nie ode​zwa​ła, było ja​sne, że nie jest mną za​in​te​re​so​wa​na. To była dla mnie

Ale cho​ciaż się nie ode​zwa​ła, było ja​sne, że nie jest mną za​in​te​re​so​wa​na. To była dla mnie no​wość. Nie spo​tka​łem się do​tąd z sy​tu​acją, by dziew​czy​na nie mia​ła ocho​ty na mój po​ca​łu​nek. Dla​te​go pod​sze​dłem do niej i ob​ją​łem dło​nią jej twarz. O rany, to nie była zwy​czaj​na twarz. Mu​sia​łem jej do​tknąć, żeby się prze​ko​nać, czy jest praw​dzi​wa. Nie​moż​li​we, by ist​niał ktoś rów​nie ide​al​ny. Każ​dy z nas ma ja​kieś fi​zycz​ne wady. Chcia​łem się prze​ko​nać z bli​ska, że ona też. Prze​cią​gną​łem lek​ko kciu​kiem po jej dol​nej war​dze. Nie uży​wa​ła szmin​ki. Nie była jej po​trzeb​na – jej usta mia​ły na​tu​ral​nie ró​żo​wy ko​lor. – Zmy​kaj stąd, póki jesz​cze czas – ostrze​głem ją, choć to ja po​wi​nie​nem był jak naj​szyb​ciej stąd odejść. Nie po​ru​szy​ła się, wciąż wpa​tru​jąc się w moją twarz. Śmia​ło, bez jed​ne​go drgnię​cia. Je​dy​na rzecz, jaka ją zdra​dza​ła, to pul​su​ją​ca na szyi żyła. Była zde​ner​wo​wa​na, ale nie ru​szy​ła się z miej​sca – nie wia​do​mo czy, ze stra​chu, czy z cie​ka​wo​ści. Zro​bi​łem krok na​przód, przy​ci​ska​jąc ją swo​im cia​łem do ro​sną​ce​go tuż za jej ple​ca​mi drze​wa. – Mó​wi​łem, że masz zmy​kać – przy​po​mnia​łem, na​chy​la​jąc się do jej warg.

ROZ​DZIAŁ 3

Nie przej​muj się mną, skar​bie

Maggie Obie​ca​łam so​bie, że zro​bię wszyst​ko, żeby nie kom​pli​ko​wać Bra​dy’emu ży​cia. W pią​tek wie​czo​rem cio​cia Co​ra​lee zmu​si​ła go, żeby za​brał mnie ze sobą na im​pre​zę. To była do​bra oka​zja, by mu udo​wod​nić, że nie musi się mną przej​mo​wać. Przez więk​szość cza​su kry​łam się w cie​niu, sama, z da​le​ka od ca​łe​go to​wa​rzy​stwa. Co pół go​dzi​ny spraw​dza​łam, czy Bra​dy na​dal tu jest i czy mnie nie szu​ka, a po​tem znów wy​co​fy​wa​łam się do swo​jej kry​jów​ki. Mia​łam na​dzie​ję, że to nie bę​dzie się po​wta​rza​ło co ty​dzień. Nie chcę kryć się w ciem​no​ściach za każ​dym ra​zem, gdy Bra​dy bę​dzie szedł po​im​pre​zo​wać. Wo​la​ła​bym zo​stać w swo​im po​ko​ju i po​czy​tać. Wa​łę​sa​nie się sa​mot​nie na od​lu​dziu to wąt​pli​wa przy​jem​ność. Choć wy​da​rzy​ło się coś, przez co ta kosz​mar​na im​prez​ka zro​bi​ła się jak​by mniej… nud​na. Przy​po​mi​na​jąc so​bie swo​ją przy​go​dę przy drze​wie, po​czu​łam, jak ob​le​wam się ru​mień​cem. Mój pierw​szy po​ca​łu​nek z praw​dzi​we​go zda​rze​nia, na do​da​tek z kimś, kogo w ogó​le nie znam. Był wy​so​ki i miał ciem​ne, lek​ko kę​dzie​rza​we wło​sy. A jego twarz… Zu​peł​nie jak​by Stwór​ca wy​my​ślił so​bie naj​bar​dziej atrak​cyj​ne mę​skie rysy i nadał je temu chło​pa​ko​wi. Ale to nie był po​wód, dla któ​re​go tkwi​łam tam bez ru​chu, choć pró​bo​wał mnie od​ga​niać. Wszyst​ko przez jego oczy. Na​wet w ciem​no​ściach do​strze​głam to chłod​ne i cięż​kie spoj​rze​nie. Nie wi​dzia​łam ta​kie​go u ni​ko​go, poza samą sobą. Po​wie​dział ma​mie przez te​le​fon, że ją ko​cha. A po​tem się roz​łą​czył i za​klął, z ca​łych sił wa​ląc dłoń​mi o ma​skę swo​je​go pi​ka​pa. Ktoś, kto w ten spo​sób zwra​cał się do mat​ki, nie mógł być zły. Nie bu​dził we mnie stra​chu. Po​czu​łam, że mi go żal, więc zo​sta​łam, cho​ciaż ka​zał mi odejść. A po​tem mnie po​ca​ło​wał. Po​cząt​ko​wo ostro i gwał​tow​nie, jak​by chciał mi spra​wić ból, ale po​tem zła​god​niał i za​nim się zo​rien​to​wa​łam, za​ci​ska​łam kur​czo​wo pal​ce obu rąk na jego ko​szul​ce, czu​jąc, jak mięk​ną mi ko​la​na. Nie wiem, czy na​praw​dę wte​dy jęk​nę​łam, czy tyl​ko mi się wy​da​wa​ło. Mia​łam na​dzie​ję, że to dru​gie. Bio​rąc pod uwa​gę to, jak gwał​tow​nie się ode mnie ode​rwał i od​szedł, wo​la​ła​bym ni​cze​go po so​bie nie po​ka​zy​wać. Ża​ło​wa​łam też, że od​ru​cho​wo chwy​ci​łam go za ko​szul​kę. Wszyst​ko skoń​czy​ło się tak samo szyb​ko, jak się za​czę​ło. Kie​dy się od​su​nął, nie ode​zwał się ani sło​wem, ani na​wet na mnie nie spoj​rzał. Po pro​stu od​wró​cił się, wsiadł do swo​je​go pi​ka​pa i od​je​chał. Nie mia​łam po​ję​cia, kim jest. Wie​dzia​łam je​dy​nie, że był przy​stoj​ny, że coś go drę​czy​ło i że po​da​ro​wał mi pierw​szy wart za​pa​mię​ta​nia po​ca​łu​nek w moim ży​ciu. Dwie go​dzi​ny póź​niej, gdy Bra​dy w koń​cu po​sta​no​wił wra​cać do domu, zna​lazł mnie drze​mią​cą na zie​mi pod tam​tym pa​mięt​nym drze​wem. Był na mnie wście​kły i w dro​dze po​wrot​nej nie ode​zwał się ani sło​wem. Wspo​mnie​nie po​ca​łun​ku ze​szło na dru​gi plan, bo za​ję​łam się

przede wszyst​kim ob​my​śla​niem stra​te​gii, jak mam po​stę​po​wać, żeby mój ku​zyn już na do​bre mnie nie znie​na​wi​dził. W nie​dzie​lę, kie​dy Bra​dy wy​bie​rał się do ko​le​gi po​pły​wać w jego ba​se​nie, cio​cia Co​ra​lee pró​bo​wa​ła go na​mó​wić, żeby mnie ze sobą za​brał. Na​pi​sa​łam jej wte​dy, że za​czął mi się okres i nie mam ocho​ty na pły​wa​nie, więc po​zwo​li​ła mi zo​stać w domu. Skoń​czy​ło się na tym, że Bra​dy prze​padł na cały dzień. Pew​nie wo​lał nie po​ka​zy​wać się w domu, żeby mat​ka znów nie pró​bo​wa​ła mu mnie wci​snąć. Na​stęp​ne​go dnia za​czy​na​ła się szko​ła, więc Bra​dy usły​szał od niej całą li​ta​nię ob​ja​śnień, jak ma się mną opie​ko​wać. Szcze​rze mu współ​czu​łam, wi​dząc jego skwa​szo​ną minę. Dla​te​go kie​dy tyl​ko do​tar​li​śmy na miej​sce, na​pi​sa​łam mu na kart​ce: Nie przej​muj się. Rób to, co za​wsze, sama do​trę do kla​sy. Dam so​bie radę. Po​wiem cio​ci Co​ra​lee, że się mną zaj​mo​wa​łeś, tak jak ka​za​ła. Nie mu​sisz opro​wa​dzać mnie po szko​le. Za​ła​twię wszyst​ko sama. Nie wy​glą​dał na prze​ko​na​ne​go, ale ski​nął po​ta​ku​ją​co gło​wą i so​bie po​szedł, zo​sta​wia​jąc mnie samą przy wej​ściu. Na szczę​ście ciot​ka Co​ra​lee uprze​dzi​ła w szko​le, że nie mó​wię. Bez pro​ble​mu zgo​dzi​li się, że​bym pi​sa​ła na kart​ce to, co chcę po​wie​dzieć. Do​sta​łam plan lek​cji, a po​tem spy​ta​no mnie o Bra​dy’ego – wi​docz​nie cio​cia wspo​mnia​ła, że ma się mną opie​ko​wać. Skła​ma​łam i na​pi​sa​łam, że po​szedł do to​a​le​ty i za chwi​lę spo​tka​my się na ko​ry​ta​rzu. W głę​bi du​szy mia​łam cień, no do​bra, znacz​nie wię​cej niż cień na​dziei, że wy​pa​trzę tu gdzieś chło​pa​ka z im​pre​zy. Chcia​łam mu się le​piej przyj​rzeć w świe​tle dzien​nym, prze​ko​nać się, czy wszyst​ko z nim w po​rząd​ku. Może jest szan​sa, że i on chce się ze mną zo​ba​czyć? Wy​bra​łam się na po​szu​ki​wa​nie swo​jej szaf​ki, za​do​wo​lo​na z tego, co do tej pory uda​ło mi się za​ła​twić. Nie​ste​ty, te​raz za​czę​ły się scho​dy. W ko​ry​ta​rzu kłę​bi​ły się praw​dzi​we tłu​my. Wie​lu uczniów sta​ło lub ob​ścis​ki​wa​ło się przed swo​imi szaf​ka​mi, cał​kiem za​sła​nia​jąc mi wi​dok. W ten spo​sób mia​łam mar​ne szan​se na zna​le​zie​nie nu​me​ru 654. – Da​jesz radę? – do​biegł mnie z tyłu głos Bra​dy’ego. Kiw​nę​łam po​ta​ku​ją​co gło​wą, nie chcąc się przy​znać, że utknę​łam i pew​nie spóź​nię się na lek​cję. – Gdzie masz szaf​kę? – chciał wie​dzieć. Za​wa​ha​łam się na mo​ment, nie wie​dząc, jak mu od​po​wie​dzieć. W koń​cu po​ka​za​łam mu po pro​stu kart​kę z nu​me​rem. – Już ją mi​nę​łaś – za​uwa​żył, wska​zu​jąc gło​wą na dru​gą stro​nę ko​ry​ta​rza. – Chodź, po​ka​żę ci. Nie mia​łam cza​su, żeby za​pro​te​sto​wać, więc po​szłam za nim. Wi​dać było, że chce mi po​móc z wła​snej woli, a szcze​rze mó​wiąc, było mi to w tej chwi​li bar​dzo na rękę. Choć ja mu​sia​łam prze​ci​skać się przez za​tło​czo​ny ko​ry​tarz, Bra​dy nie miał tego pro​ble​mu, bo na jego wi​dok tłum roz​stę​po​wał się, żeby zro​bić mu przej​ście, jak Mo​rze Czer​wo​ne przed Moj​że​szem. – Ej, ob​ma​cuj​cie się tro​chę da​lej. Mag​gie nie może się do​stać do tej prze​klę​tej szaf​ki – po​wie​dział Bra​dy do jed​nej z mig​da​lą​cych się par. – Co za Mag​gie? – spy​ta​ła dziew​czy​na, od​wra​ca​jąc gło​wę w moim kie​run​ku. Mia​ła wiel​kie piw​ne oczy, oliw​ko​wą cerę i nie mniej efek​tow​ne, dłu​gie czar​ne wło​sy. – Moja ku​zyn​ka – wy​ja​śnił Bra​dy po​iry​to​wa​nym gło​sem.

– Masz ku​zyn​kę? – spy​ta​ła ze zdu​mie​niem. Dło​nie chło​pa​ka, wcze​śniej obej​mu​ją​ce jej ty​łek, prze​su​nę​ły się na bio​dra i od​cią​gnę​ły ją na bok. Za​nim zdą​ży​łam doj​rzeć jego twarz, Bra​dy cof​nął się o krok i otwo​rzył moją szaf​kę. – Pro​szę. Jak​byś cze​goś jesz​cze po​trze​bo​wa​ła, daj znać, będę w po​bli​żu. Po tych sło​wach ulot​nił się, zo​sta​wia​jąc mnie samą. Sta​ra​łam się nie pa​trzeć w kie​run​ku sto​ją​cej obok mnie pary. Dziew​czy​na za​chi​cho​ta​ła, po​tem usły​sza​łam szep​czą​ce​go coś do niej chło​pa​ka. Z tego, co mó​wił, dało się wy​raź​nie wy​ło​wić sło​wo „nie​mo​wa”. Pew​nie Bra​dy wszyst​ko już roz​ga​dał. No cóż, przy​naj​mniej będę mia​ła spo​kój, bo nikt nie bę​dzie mnie za​cze​piać. – Ona nie gada? – od​szep​nę​ła mu dziew​czy​na, na tyle gło​śno, że do​tar​ło to do mo​ich uszu. Szyb​ko scho​wa​łam książ​ki do szaf​ki, jesz​cze raz upew​ni​łam się, że mam przy so​bie ze​szy​ty po​trzeb​ne na pierw​szą lek​cję, i za​trza​snę​łam drzwicz​ki. Spu​ści​łam ni​sko gło​wę, sta​ra​jąc się nie pa​trzeć na parę obok, ale mój wzrok przy​pad​ko​wo wy​lą​do​wał na dło​niach chło​pa​ka, znów ści​ska​ją​cych ty​łek dziew​czy​ny. Naj​wy​raź​niej trze​ba bę​dzie przy​zwy​cza​ić się do ta​kich wi​do​ków. Od​wró​ci​łam się ze spusz​czo​ną gło​wą i już chcia​łam ru​szyć przed sie​bie ko​ry​ta​rzem, gdy na​gle po​trą​ci​ła mnie czy​jaś bar​czy​sta syl​wet​ka, aż za​to​czy​łam się do tyłu. – O kur​de, sor​ki – usły​sza​łam mę​ski głos, gdy wpa​da​łam z im​pe​tem na zna​jo​mą, po​now​nie ob​ści​sku​ją​cą się parę. Po pro​stu su​per. – Nic ci nie jest? – spy​tał chło​pak, z któ​rym się zde​rzy​łam. Pod​nio​słam gło​wę i na​po​tka​łam wzro​kiem parę chy​ba naj​bar​dziej błę​kit​nych oczu na świe​cie, na do​da​tek na tle ape​tycz​nie ka​ka​owej cery. Na​praw​dę ro​bi​ły wra​że​nie, szko​da tyl​ko, że nie na​le​ża​ły do ta​jem​ni​cze​go chło​pa​ka z im​pre​zy. – Gdzie się pchasz! – wark​nę​ła dziew​czy​na za mo​imi ple​ca​mi i ode​pchnę​ła mnie od sie​bie. Ze​szyt i no​tes wy​pa​dły mi z rąk na pod​ło​gę, tyl​ko po​więk​sza​jąc całe za​mie​sza​nie. Nie chcia​łam zwra​cać na sie​bie nie​po​trzeb​nie uwa​gi, ale te​raz nie dało się tego unik​nąć. – Zli​tuj się, Ra​le​igh, to ja na nią wpa​dłem. Wy​lu​zuj, co? – rzu​cił w jej stro​nę chło​pak, schy​la​jąc się po moje rze​czy. Przy​glą​da​łam się jak za​hip​no​ty​zo​wa​na jego moc​no za​ry​so​wa​nym mię​śniom, wy​py​cha​ją​cym ma​te​riał do​pa​so​wa​nej ko​szul​ki. Ra​le​igh za​śmia​ła się krót​ko, z wy​raź​nie szy​der​czą nutą w gło​sie. – Ona jest nie​mo​wą, Nash. I ku​zy​necz​ką Bra​dy’ego. Mo​żesz prze​stać zgry​wać przed nią ry​ce​rza, nie jest w two​im ty​pie. W tym mo​men​cie usły​sza​łam za sobą czyjś głos. – Nie bądź wred​na, kot​ku. Ten głos. Za​mar​łam w bez​ru​chu. Zna​łam go. Nie… bła​gam, tyl​ko nie to. – Bra​dy ma ku​zyn​kę? – spy​tał Nash, pro​stu​jąc się i po​da​jąc mi moje ze​szy​ty. Ba​łam się od​wró​cić i spoj​rzeć za sie​bie. Mu​sia​łam się po​my​lić. Chło​pak ob​ści​sku​ją​cy się z dziew​czy​ną tuż obok mnie nie może prze​cież być tym sa​mym, któ​ry po​ca​ło​wał mnie na piąt​ko​wej im​pre​zie. Tam​ten tak cie​pło roz​ma​wiał ze swo​ją mat​ką. Czy taki ktoś był​by w sta​nie ca​ło​wać się z inną, sko​ro miał już dziew​czy​nę? Czyż​by wca​le nie był taki faj​ny, jak mi się wy​da​wa​ło? Ubz​du​ra​łam so​bie to wszyst​ko, kie​dy przez cały week​end od​twa​rza​łam w my​ślach sce​nę na​sze​go po​ca​łun​ku. Sta​ra​jąc się za​cho​wać opa​no​wa​nie, ode​bra​łam swo​je ze​szy​ty od Na​sha i przy​ci​snę​łam je do sie​bie. – No jed​nak ma. Zdziw​ko, co nie?

Zno​wu ten głos… To on. O Boże… Nie ma mowy o po​mył​ce. Spu​ści​łam wzrok i wbi​łam go w ze​szy​ty. Nie chcia​łam na ni​ko​go pa​trzeć, czu​łam, jak po​czer​wie​nia​ły mi po​licz​ki. Za​le​ża​ło mi tyl​ko na tym, by jak naj​szyb​ciej zo​stać sama i w spo​ko​ju prze​tra​wić nie​mi​łą nie​spo​dzian​kę, jaka mnie dziś rano spo​tka​ła. – Jest na czym za​wie​sić oko – do​dał mój ta​jem​ni​czy nie​zna​jo​my – ale Bra​dy wy​ra​ził się ja​sno, że mamy do niej nie star​to​wać. Więc Ray ma ra​cję, od​puść so​bie. Tak jak ja. Ale prze​cież wca​le tak nie zro​bił. Czy wte​dy już wie​dział, że Bra​dy ka​zał wszyst​kim trzy​mać się ode mnie z da​le​ka? I dla​cze​go te​raz uda​wał, że w ogó​le się nie zna​my? Co za du​pek! I ja po​zwo​li​łam mu się po​ca​ło​wać. Co też mi przy​szło do gło​wy? Za​zwy​czaj na wi​dok przy​stoj​nej buź​ki nie mię​kły mi nogi. Mój oj​ciec taki był i mat​ka ni​g​dy nie mo​gła na nie​go li​czyć. Ja by​łam na to za mą​dra. To błąd, któ​re​go wię​cej nie po​peł​nię. – Tak jak ja? A cóż to niby ma zna​czyć? – ode​zwa​ła się pod​nie​sio​nym gło​sem Ra​le​igh, od​py​cha​jąc chło​pa​ka od sie​bie. Od​su​nę​łam się na bok, żeby zejść jej z dro​gi. – Prze​cież mó​wię, jest na czym za​wie​sić oko – po​wtó​rzył. Ce​lo​wo był wred​ny dla swo​jej dziew​czy​ny i na do​da​tek wy​ko​rzy​sty​wał do tego mnie. Nie zno​si​łam ta​kie​go sa​dy​zmu. Po​czu​łam, jak wzbie​ra we mnie gniew. To była jed​na z nie​licz​nych chwil, gdy mia​łam ocho​tę się ode​zwać. Nie, na​wet nie tyle ode​zwać, ile wrza​snąć! Ale ja​koś się po​wstrzy​ma​łam. Po​czu​łam, jak pło​nie mi twarz – z za​że​no​wa​nia, gnie​wu i za​wo​du. Jaka szko​da, że Bra​dy na mnie nie po​cze​kał. Nie mia​łam po​ję​cia, w któ​rą stro​nę pójść, a w tej kosz​mar​nej sy​tu​acji nie mo​głam ot tak wy​jąć pla​nu szko​ły i za​cząć go stu​dio​wać. Po​czu​łam, że cała drżę. Ro​zej​rza​łam się ukrad​kiem na boki, za​sta​na​wia​jąc się, któ​rą dro​gę uciecz​ki wy​brać. – Prze​cież to nie​mo​wa! – wrza​snę​ła dziew​czy​na, po czym za​sy​cza​ła z wście​kło​ścią: – Na​praw​dę nie wiem, jak ja z tobą wy​trzy​mu​ję. Mo​gła​bym mieć każ​de​go. Każ​de​go, West! Sły​szysz?! West. Miał na imię West. Chy​ba po​win​no się znać imię chło​pa​ka od pierw​sze​go po​waż​ne​go po​ca​łun​ku, ale on nic mnie nie ob​cho​dził. Chcia​łam cał​kiem wy​ma​zać z pa​mię​ci jego i tam​ten fe​ral​ny wie​czór. – Mnie na pew​no nie. Nie za​da​ję się z wa​riat​ka​mi – od​pa​ro​wał Nash. Pod​nio​słam na nie​go wzrok, a on pu​ścił do mnie oko. Spo​glą​dał na mnie cie​pło i przy​jaź​nie. Ni​cze​go ta​kie​go nie za​uwa​ży​łam w spoj​rze​niu We​sta. Dla​cze​go to nie Nash mnie po​ca​ło​wał? West za​śmiał się z ri​po​sty Na​sha. – Cie​bie na​wet nie bio​rę pod uwa​gę – wy​sy​cza​ła Ra​le​igh. – Tata po​zwa​la mi się spo​ty​kać tyl​ko z bia​ły​mi. Na te sło​wa cała ze​sztyw​nia​łam. Czy ona na​praw​dę to po​wie​dzia​ła? Nash nie był czy​stej krwi bia​łym, to fakt, za to miał cu​dow​ny od​cień skó​ry. – Oho, oho, wiel​ka stra​ta – od​parł Nash, wy​raź​nie roz​ba​wio​ny. – Wi​dzę, że sza​now​ny ta​tuś na​dal nie może prze​żyć, że jego uko​cha​na wy​szła za czar​ne​go. To było wie​ki temu, Ra​le​igh. Na​praw​dę po​wi​nien już od​pu​ścić i za​cząć ży​cie na nowo. Tak jak moja mat​ka. No, no, no. Ja​kie te małe mia​stecz​ka po​tra​fią być… małe. Nash prze​niósł wzrok z po​wro​tem na mnie. – Po​móc ci zna​leźć salę na pierw​szą lek​cję? – spy​tał. Ra​le​igh nie dała jed​nak za wy​gra​ną. – Po​zwo​lisz mu tak się do mnie zwra​cać? – spy​ta​ła gniew​nie We​sta.

– Sama za​czę​łaś. On się tyl​ko od​gryzł – za​uwa​żył spo​koj​nie West. – Mam tego do​syć, West! – wrza​snę​ła, po czym od​wró​ci​ła się i ode​szła wście​kła. Da​ła​bym wszyst​ko, żeby zna​leźć się w swo​jej kla​sie. Wy​ję​łam z kie​sze​ni plan, żeby spraw​dzić, w któ​rej sali mam pierw​szą lek​cję, nie przej​mu​jąc się dłu​żej, że drżą mi ręce. Byle tyl​ko zna​leźć się da​le​ko stąd. Da​le​ko od We​sta. – Jaką masz pierw​szą lek​cję? – spy​tał Nash. – Ona na​praw​dę nie gada. To nie była pod​pu​cha – roz​legł się za mo​imi ple​ca​mi głos We​sta. Nie chcia​łam pod​no​sić wzro​ku, ale nie mo​głam się po​wstrzy​mać. Zer​k​nę​łam przez ra​mię na We​sta, żeby mieć ab​so​lut​ną pew​ność, że to on. Głos ten sam, ale chcia​łam zo​ba​czyć jego twarz. Na​dal tli​ły się we mnie reszt​ki na​dziei, że chło​pak, któ​ry mnie po​ca​ło​wał, jest sym​pa​tycz​niej​szy niż ten za mną. Nic z tego. W świe​tle dzien​nym wy​da​wał się jesz​cze przy​stoj​niej​szy niż wte​dy w ciem​no​ściach. Szyb​ko opu​ści​łam wzrok z po​wro​tem na plan, żeby mnie nie przy​ła​pał, jak się na nie​go ga​pię. Nie​na​wi​dzi​łam go. Tak samo jak każ​de​go, kto nie li​czy się z uczu​cia​mi in​nych. – Masz to od uro​dze​nia? – chciał wie​dzieć Nash. Wo​la​ła​bym, żeby dał mi już spo​kój. Kom​plet​nie nie wie​dzia​łam, jak się wo​bec nie​go za​cho​wać. Był bar​dzo faj​ny, ale nie mia​łam za​mia​ru z nim roz​ma​wiać. West nie​spo​dzie​wa​nie pod​szedł bli​żej, sta​jąc na​prze​ciw​ko mnie ze znu​dzo​ną miną. Przed chwi​lą ze​rwa​ła z nim dziew​czy​na, ale to naj​wy​raź​niej nie zro​bi​ło na nim żad​ne​go wra​że​nia. Trze​ba być na​praw​dę pod​łym dra​niem, żeby tak za​re​ago​wać. Unio​słam wzrok, na​po​ty​ka​jąc spoj​rze​nie jego ciem​no​błę​kit​nych, oko​lo​nych dłu​gi​mi rzę​sa​mi oczu. Nie były aż tak nie​sa​mo​wi​te jak u Na​sha – za​ło​żę się, że ta​kich nie ma nikt na ca​łym świe​cie – ale kry​ło się w nich o wie​le wię​cej, niż uda​ło mi się do​strzec w tam​ten piąt​ko​wy wie​czór. Ból, strach, re​zer​wa. Do​kład​nie to samo, co wi​dzia​łam w swo​ich wła​snych, gdy spo​glą​da​łam w lu​stro. – O kur​de, z bli​ska jest jesz​cze ład​niej​sza – oznaj​mił West, prze​chy​la​jąc gło​wę w bok i bacz​nie mi się przy​glą​da​jąc. – Mógł​bym na​wet za​po​mnieć, że nie po​tra​fi ga​dać. Przy​glą​dał mi się, jak​by nie do​ty​kał wcze​śniej swo​imi sze​ro​ki​mi dłoń​mi mo​jej twa​rzy. Po​czu​łam, jak mój żo​łą​dek za​ci​ska się w cia​sny su​peł. Zna​łam ko​goś, kto był sza​lo​ny i bez​li​to​sny. Był czę​ścią mo​je​go ży​cia, wie​le przez nie​go prze​szłam. Dla​te​go ba​łam się ta​kich lu​dzi. Gdy​by nie ból i smu​tek wi​docz​ny w oczach We​sta, da​ła​bym mu w twarz. Ale w tym mo​men​cie za​le​ża​ło mi tyl​ko na tym, żeby zna​leźć się od nie​go jak naj​da​lej. Nie był do​brym czło​wie​kiem, coś go skrzy​wi​ło. Ja wy​bra​łam mil​cze​nie jako le​kar​stwo na ból, a on po​sta​no​wił le​czyć swój, ra​niąc in​nych. – Ona nie gada, kre​ty​nie, ale nie jest głu​cha – wark​nął Nash. Na war​gach We​sta za​drgał lek​ki uśmie​szek, ale jego oczy po​zo​sta​ły chłod​ne. Czy jego kum​ple tego nie wi​dzą? Nie zda​ją so​bie spra​wy, że ukry​wa ból, któ​ry go drę​czy i za​mie​nia w po​two​ra? – Nie przej​muj się mną, skar​bie, nie war​to. Je​stem dup​kiem – oznaj​mił, jak​by chciał mnie prze​pro​sić. Tyl​ko wła​ści​wie za co? Że mnie po​ca​ło​wał? Że zdra​dził swo​ją dziew​czy​nę? Że z każ​dym ko​lej​nym sło​wem wy​cho​dzi na jaw, ja​kim jest skoń​czo​nym pa​lan​tem? Ci, któ​rym znisz​czo​no ży​cie, zwy​kle ni​g​dy nie do​cho​dzą do sie​bie. Wie​dzia​łam o tym aż za do​brze. Każ​dy, kto pró​bu​je im w tym po​móc, po​no​si klę​skę. Ale lu​dzie nie ro​dzą się okrut​-

ni, to ży​cie ich zmie​nia. Przy​naj​mniej tak twier​dzi​ła pew​na psy​cho​log, kie​dy pró​bo​wa​ła roz​ma​wiać ze mną o ojcu. Zde​cy​do​wa​nym ru​chem od​su​nę​łam się od We​sta, uno​sząc wy​so​ko gło​wę. Po​sła​łam mu ostre spoj​rze​nie, któ​re mó​wi​ło znacz​nie wię​cej niż sło​wa. Na szczę​ście po​tra​fił je wła​ści​wie od​czy​tać, bo zre​zy​gno​wał, od​wró​cił się i od​szedł. Pa​trzy​łam za nim, za​sta​na​wia​jąc się, czy jest ktoś, kto wie, dla​cze​go West tak się za​cho​wu​je. Kto zna praw​dę, kry​ją​cą się pod ma​ską okru​cień​stwa. Jego dziew​czy​na ra​czej nie, bo nie ze​rwa​ła​by z nim w ten spo​sób. Ema​no​wa​ła od nie​go taka pew​ność sie​bie, że chy​ba nikt nie po​tra​fił do​strzec, co go drę​czy. Choć wie​dzia​łam, jaki po​tra​fi być nie​przy​jem​ny, i bar​dzo sta​ra​łam się go znie​na​wi​dzić, nie by​łam w sta​nie za​po​mnieć jego roz​mo​wy z mat​ką. Po​wie​dział, że ją ko​cha. Ten ból w jego gło​sie… – Daj so​bie spo​kój – ode​zwał się ostrze​gaw​czym to​nem sto​ją​cy za mo​imi ple​ca​mi Nash. – To kiep​ski po​mysł, skar​bie. West to mój naj​lep​szy kum​pel, ale jest ni​czym tru​ci​zna dla ta​kich dziew​czyn jak ty. Nie ob​cho​dzi go nikt poza sa​mym sobą. Nash nie​po​trzeb​nie się o mnie mar​twił. Nie mia​łam za​mia​ru wię​cej zbli​żać się do We​sta. Wy​star​czy, że już raz mu na to po​zwo​li​łam, a te​raz wy​glą​da​ło, jak​by wca​le tego nie pa​mię​tał. Na pew​no nie roz​pa​mię​ty​wał przez cały week​end na​sze​go po​ca​łun​ku tak jak ja. W każ​dym ra​zie West za​słu​gi​wał na po​moc. Ktoś po​wi​nien się do nie​go zbli​żyć, do​trzeć do jego praw​dzi​we​go ja. Nikt nie po​tra​fił oca​lić mo​je​go ojca i przez to zo​sta​wiał za sobą je​dy​nie zglisz​cza i cier​pie​nie. Było ja​sne, że West roz​pacz​li​wie po​trze​bu​je po​moc​nej dło​ni. Ale to nie bę​dzie moja dłoń. Ja mu​sia​łam wal​czyć z wła​sny​mi de​mo​na​mi.

ROZ​DZIAŁ 4

Ko​cham cię, mamo

West – Gdzie Bra​dy? – spy​tał Nash, sia​da​jąc przy na​szym sto​li​ku w sto​łów​ce. – Po​ję​cia nie mam. Pew​nie ze swo​ją ku​zy​necz​ką – od​par​łem, nie da​jąc po so​bie po​znać, że trzy​ma​łem ją w ra​mio​nach, a nasz po​ca​łu​nek nie​źle mną wstrzą​snął. Rany, był na​praw​dę nie​sa​mo​wi​ty. Tam​tej nocy le​ża​łem póź​niej w swo​im łóż​ku i cały czas roz​my​śla​łem, czy ona też tak uwa​ża. Przy​po​mi​na​łem so​bie do​tyk jej dło​ni na mo​jej pier​si i przy​wie​ra​ją​ce​go do mnie cia​ła. W ta​kiej chwi​li jak tam​ta by​łem go​tów o wszyst​kim za​po​mnieć. Nie roz​my​ślać o swo​im ży​ciu i tym, z czym mu​sia​łem się zmie​rzyć za każ​dym ra​zem, gdy wra​ca​łem do domu. Wte​dy ona wy​da​ła z sie​bie ci​chy jęk, któ​ry wy​rwał mnie z transu. Więc jed​nak po​tra​fi​ła mó​wić. A ja ot tak przy​par​łem ją do drze​wa i wy​ko​rzy​sta​łem, bo aku​rat mia​łem na to ocho​tę. Ale ze mnie po​twór. Nie za​słu​gi​wa​ła na ta​kie trak​to​wa​nie. Mu​sia​łem się od niej jak naj​szyb​ciej uwol​nić, więc zo​sta​wi​łem ją wte​dy bez sło​wa i od​sze​dłem. Na​wet na nią nie spoj​rza​łem. Wy​star​czył​by je​den rzut oka na jej na​brzmia​łe od po​ca​łun​ku war​gi, że​bym znów do nich się​gnął. Była taka pięk​na, cu​dow​nie było czuć bli​skość jej cia​ła. Już nie wspo​mnę o tym, że gdy​by Bra​dy się do​wie​dział, że ca​ło​wa​łem jego ku​zyn​kę, pew​nie stłukł​by mnie na kwa​śne jabł​ko. I słusz​nie. Była dla mnie za do​bra. – Ona fak​tycz​nie nie gada. Mie​li​śmy ra​zem dru​gą lek​cję – oznaj​mił Asa Grif​fith. Wy​stę​po​wał w na​szej dru​ży​nie na po​zy​cji bie​ga​cza i grał z nami od pod​sta​wów​ki. – Po​my​śl​cie tyl​ko, taka su​per​la​ska i nie dziam​ga ci za usza​mi! Nor​mal​nie ide​ał. Sie​dzą​cy nie​co da​lej przy sto​le Nash aż pod​sko​czył na swo​im miej​scu. – Przy​mknij się, co? Ona jest ku​zyn​ką Bra​dy’ego. – Sły​chać było po gło​sie, że jest wku​rzo​ny. Wi​dzia​łem, jak na nią pa​trzył na ko​ry​ta​rzu dziś rano. Bły​ska​wicz​nie się w niej za​bu​jał. I je​śli mam być ze sobą szcze​ry, bar​dzo mi się to nie po​do​ba​ło. – Mó​wię se​rio. Jest wy​strza​ło​wa i nie gada. Czy może być coś lep​sze​go? – spy​tał Asa. Wo​la​łem tego nie ko​men​to​wać. Choć Ra​le​igh po​tra​fi​ła nie​źle dać po​pa​lić, ni​ko​mu nie ży​czył​bym, żeby był nie​mo​wą. Wie​dzia​łem, że Asa tyl​ko żar​tu​je, ale to było wred​ne. Bre​dził zu​peł​nie bez za​sta​no​wie​nia. – Była w pią​tek na im​pre​zie. Bra​dy twier​dzi, że coś z nią nie halo i nie chce, że​by​śmy do niej star​to​wa​li – do​rzu​cił swo​je trzy gro​sze Ry​ker, sia​da​jąc na​prze​ciw​ko ku​zy​na. – Ona nie tyl​ko nie gada, ale po​noć ma coś z gło​wą. Nash wpa​try​wał się przez dłuż​szą chwi​lę w Ry​ke​ra z nie​do​wie​rza​ją​cą miną. – Nie wy​glą​da na wa​riat​kę.

Przy​zna​łem mu w du​chu ra​cję. Z gło​wą Mag​gie było wszyst​ko w po​rząd​ku – tego mo​głem

Przy​zna​łem mu w du​chu ra​cję. Z gło​wą Mag​gie było wszyst​ko w po​rząd​ku – tego mo​głem być pew​ny. Bra​dy chy​ba spe​cjal​nie na​ga​dał nam ta​kich bred​ni. Dziew​czy​na była by​stra i in​te​li​gent​na, wy​star​czy​ło spoj​rzeć jej w oczy. Kie​dy po​sła​ła mi wście​kłe spoj​rze​nie, do​strze​głem w nich gniew i roz​cza​ro​wa​nie. Po​ka​za​łem się jej od jak naj​gor​szej stro​ny, ale tak mia​ło być. Po tam​tym po​ca​łun​ku ce​lo​wo chcia​łem ją od sie​bie od​stra​szyć. Nie by​łem ty​pem fa​ce​ta, któ​ry za​słu​gi​wał na taką re​we​la​cyj​ną dziew​czy​nę. Ow​szem, na​sze kró​ciut​kie spo​tka​nie na im​pre​zie było dla mnie miłą od​skocz​nią. Ale tyl​ko przez chwi​lę, więc jak naj​szyb​ciej od niej ucie​kłem. W tym mo​men​cie nie by​łem w sta​nie sku​pić się na ni​czym poza swo​ją ro​dzi​ną. Ze​szłej nocy, sły​sząc, jak mama pła​cze po ci​chu w sa​lo​nie, uświa​do​mi​łem so​bie, że nie mam za​dat​ków, żeby być mi​łym dla ja​kiej​kol​wiek dziew​czy​ny. Na​wet ta​kiej jak ona. Ry​ker prze​wró​cił ocza​mi. – Niby skąd to wiesz? Przyj​rza​łeś się jej? Wy​glą​da na su​per​la​skę, ale je​śli ma coś z gło​wą, bez sen​su do niej star​to​wać. – Do cho​le​ry, nie ma​cie cie​kaw​szych te​ma​tów? – wtrą​cił sie​dzą​cy na koń​cu sto​łu Gun​ner. Nie cią​gną​łem da​lej tej roz​mo​wy, bo wie​dzia​łem swo​je. Ja ją po​zna​łem. Mia​łem wra​że​nie, że wi​dzi mnie na wy​lot i czy​ta w mo​ich my​ślach. I wszyst​ko ro​zu​mie. Poza tym zo​rien​to​wa​łem się, że ma wo​bec mnie ocze​ki​wa​nia. To też było dla mnie trud​ne. Z jed​nej stro​ny nie chcia​łem jej za​wieść, a z dru​giej sta​ra​łem się ją od sie​bie od​stra​szyć. Tak, żeby ni​g​dy wię​cej się do mnie nie zbli​ży​ła. – Za​raz mecz, któ​ry trze​ba wy​grać. Nie mo​że​my krę​cić się koło ku​zy​necz​ki na​sze​go gwiaz​do​ra, bo cały ze​spół bę​dzie miał prze​chla​pa​ne. Bra​dy ma my​śleć o grze, a nie stre​so​wać się wa​szy​mi na​pa​lo​ny​mi tył​ka​mi – stwier​dził Ry​ker. I miał ra​cję. Je​śli mamy zdo​być w tym roku mi​strzo​stwo sta​no​we, trze​ba do​pil​no​wać, żeby Bra​dy sku​pił się tyl​ko i wy​łącz​nie na fut​bo​lu. Bar​dzo chcia​łem zdo​być ten ty​tuł – dla swo​je​go taty. Tak bar​dzo na to cze​kał. Za​wsze po​wta​rzał, że ostat​ni rok li​ceum bę​dzie na​le​żał do nas. Mu​sia​łem to dla nie​go zro​bić, nie​waż​ne, ile mia​ło​by mnie to kosz​to​wać. Nie bę​dzie mi ła​two za​po​mnieć o tam​tym po​ca​łun​ku, ale nie ża​ło​wa​łem swo​je​go dzi​siej​sze​go cham​skie​go po​pi​su wo​bec Mag​gie. Ga​da​łem strasz​ne bzdu​ry i tak fa​tal​nie ją po​trak​to​wa​łem, że moja mama spa​li​ła​by się ze wsty​du. Na szczę​ście, są​dząc po wy​ra​zie jej oczu, do​tar​ło do niej, że nie je​stem po​rząd​nym fa​ce​tem. Kimś, kogo war​to le​piej po​znać i mu za​ufać. Kie​dy wró​ci​łem wie​czo​rem do domu po tre​nin​gu, za​sta​łem na​kry​ty stół, zu​peł​nie jak​by​śmy na​dal byli nor​mal​ną, szczę​śli​wą ro​dzi​ną. Kie​dy się uro​dzi​łem, ro​dzi​ce przy​wieź​li mnie ze szpi​ta​la wła​śnie do tego domu. Nie zna​łem in​ne​go. Ale po​czu​cie bez​pie​czeń​stwa, ja​kie kie​dyś mi da​wał, prze​mi​nę​ło. Te​raz mu​sia​łem co​dzien​nie sta​wiać czo​ła swo​je​mu stra​cho​wi, w głę​bi du​szy wciąż jesz​cze li​cząc, że zda​rzy się cud. Mama przy​go​to​wa​ła ko​la​cję – tak jak ro​bi​ła to przez całe moje ży​cie. Na​dal ze wszyst​kich sił sta​ra​ła się utrzy​my​wać po​zo​ry, choć wie​dzia​łem, że tak jak ja mo​dli się już tyl​ko o cud. Kie​dy tyl​ko się dało, za​cho​wy​wa​ła się, jak​by los nie od​wró​cił się od nas, gdy dwa lata temu zdia​gno​zo​wa​no cho​ro​bę ojca. Dziś wie​czo​rem po​sta​wi​ła na​wet na sto​le kwia​ty w wa​zo​nie. Obok nich stał ko​szyk wy​peł​nio​ny świe​żo upie​czo​nym chle​bem. Ostat​nio bar​dzo czę​sto pie​kła. Po​dej​rze​wa​łem, że to była jej me​to​da, żeby nie zwa​rio​wać. – Wró​ci​łeś – po​wie​dzia​ła z uśmie​chem, ale jej oczy po​zo​sta​ły po​waż​ne. – Jak tre​ning? Tak ra​dzi​ła so​bie z tym, co nas spo​tka​ło – uśmie​cha​ła się i na ze​wnątrz spra​wia​ła wra​że​-

Tak ra​dzi​ła so​bie z tym, co nas spo​tka​ło – uśmie​cha​ła się i na ze​wnątrz spra​wia​ła wra​że​nie dziar​skiej i ener​gicz​nej. Nie by​łem pe​wien, czy pró​bu​je po​móc mnie, czy to dla niej je​dy​ny spo​sób, by ja​koś funk​cjo​no​wać. Oj​ciec ni​g​dy jej nie zmu​szał do kon​fron​ta​cji z bo​le​sną rze​czy​wi​sto​ścią. Od​kąd pa​mię​tam, za​wsze ją ubó​stwiał. Nasz dom nie był tak oka​za​ły i ele​ganc​ki jak ten, w któ​rym do​ra​sta​ła, ale go uwiel​bia​ła. Za​wsze bar​dzo o nie​go dba​ła i sta​ra​ła się, by był cie​pły i przy​tul​ny. To naj​lep​szy do​wód, że była dum​na z ży​cia, ja​kie tato jej ofia​ro​wał. Ni​g​dy nie wspo​mi​na​ła prze​szło​ści ani ży​cia, ja​kie zo​sta​wi​ła za sobą, po​ślu​bia​jąc tatę. – Do​brze. Je​ste​śmy przy​go​to​wa​ni na pią​tek. Na pew​no damy radę – za​pew​ni​łem ją, po​nie​waż tak jak tato, za nic nie chcia​łem jej za​wieść. Je​śli po​sta​no​wi​ła uda​wać, że wszyst​ko jest jak kie​dyś, będę to ro​bił ra​zem z nią. – Tata zje z nami? – spy​ta​łem, chcąc się w ten spo​sób do​wie​dzieć, czy le​piej się dziś czuł. Kie​dy wy​cho​dzi​łem rano z domu, jesz​cze spał. Nie mę​czy​ły go wy​mio​ty, a noc mi​nę​ła spo​koj​nie. Po​sła​ła mi roz​pro​mie​nio​ne spoj​rze​nie, aż wy​da​ło mi się, że na​praw​dę wi​dzę świa​tło w jej oczach. – Tak. Wła​śnie się ubie​ra po ką​pie​li. Nie może się do​cze​kać, aż mu opo​wiesz o tre​nin​gu. Chy​ba eks​cy​tu​je się tym me​czem bar​dziej niż ty. Eks​cy​tu​je się, ale czy go zo​ba​czy? W ubie​głym roku nie było z nim jesz​cze tak źle, mógł sie​dzieć na try​bu​nach i ki​bi​co​wać. Te​raz trud​no mi to było so​bie wy​obra​zić. W ze​szłym mie​sią​cu bar​dzo mu się po​gor​szy​ło i nie wi​dać żad​nej po​pra​wy. Nie chcia​łem cią​gać go na swo​je me​cze; to mo​gło po​waż​nie od​bić się na jego zdro​wiu. – Co jemy? – spy​ta​łem, żeby zmie​nić te​mat. Cięż​ko mi było roz​ma​wiać o ojcu i fut​bo​lu. Sport był obec​ny w moim ży​ciu od naj​wcze​śniej​sze​go dzie​ciń​stwa, bo to dru​ga naj​więk​sza mi​łość taty – za​raz po na​szej ro​dzi​nie. To dzię​ki fut​bo​lo​wi po​łą​czy​ła nas nie​po​wta​rzal​na więź. Nie zli​czę go​dzin, któ​re tata spę​dził ze mną na po​dwór​ku za do​mem, rzu​ca​jąc mi pił​kę, ani po​ran​ków, gdy szli​śmy ra​zem po​bie​gać przed moją szko​łą. By​li​śmy nie​roz​łącz​ni. A te​raz to „my” stop​nio​wo od​cho​dzi​ło w cień. – Pie​czeń rzym​ska, pu​rée ziem​nia​cza​ne i ka​pu​sta. Aha, i chleb ku​ku​ry​dzia​ny. Tata go uwiel​bia, tak jak ka​pu​stę. Ostat​nio przy​go​to​wy​wa​ła głów​nie jego ulu​bio​ne da​nia, choć pra​wie w ogó​le nie mógł jeść. Kom​plet​nie jej to nie prze​szka​dza​ło. Go​to​wa​ła, bo nie wie​dzia​ła, co in​ne​go mo​gła​by dla nie​go zro​bić. Świet​nie ją ro​zu​mia​łem. Sam sia​da​łem do sto​łu i roz​ma​wia​łem z nim o tre​nin​gach i nad​cho​dzą​cych me​czach, zu​peł​nie jak​by miał być na try​bu​nach, gdy zdo​bę​dzie​my mi​strzo​stwo sta​no​we. Bar​dzo chcia​łem go tam zno​wu zo​ba​czyć i wy​grać – na jego oczach. Ale mia​łem świa​do​mość, że to ma​rze​nie ra​czej się nie zi​ści. Te​raz nie zo​sta​ło nam już nic in​ne​go, jak tyl​ko sta​rać się spra​wiać ta​cie jak naj​wię​cej przy​jem​no​ści. Na​wet je​śli obo​je w głę​bi du​szy by​li​śmy w zu​peł​nej roz​syp​ce. Oj​ciec był dla mamy nie tyl​ko mę​żem, ale i naj​lep​szym przy​ja​cie​lem. Od​kąd pa​mię​tam, po​zo​sta​wa​li nie​roz​łącz​ni. W przy​szłym roku chcia​łem grać w SEC*, ale jak tu zo​sta​wić ją samą? Je​śli tata odej​dzie, czy da się zre​ali​zo​wać moje – na​sze – ma​rze​nia? * So​uthe​astern Con​fe​ren​ce (z ang. Kon​fe​ren​cja Po​łu​dnio​wo-Wschod​nia) – jed​na z grup aka​de​mic​kiej ligi fut​bo​lu ame​ry​kań​skie​go.

– Idź się prze​brać. Na​ło​żę jesz​cze tyl​ko lodu do szkla​nek i pój​dę spraw​dzić, czy oj​ciec już scho​dzi – oznaj​mi​ła, nie prze​sta​jąc się uśmie​chać. Wciąż pró​bo​wa​ła uda​wać, że je​ste​śmy szczę​śli​wą ro​dzi​ną, choć jej ser​ce pę​ka​ło z bólu, tak jak i moje. – Uhm, ja​sne – od​par​łem. Nie by​łem w sta​nie wy​krze​sać z sie​bie nic wię​cej. Ru​szy​łem w stro​nę scho​dów, ale za​raz przy​sta​ną​łem w pół kro​ku. Mu​sia​łem dać jej do zro​zu​mie​nia, że nie jest z tym wszyst​kim sama. Że kie​dy to się skoń​czy, będę przy niej. Mama za​wsze wy​da​wa​ła mi się de​li​kat​na jak kwiat, nie​ustan​nie chro​nio​ny przez ojca, ale w cią​gu ostat​nie​go roku prze​ko​na​łem się, że jest twar​da jak stal. Ani razu nie za​ła​ma​ła się w jego obec​no​ści, choć wiem, jak było jej cięż​ko. Za​wsze była dla nie​go pod​po​rą, pod​czas gdy ja mia​łem ocho​tę zwi​nąć się w kłę​bek i pła​kać w ką​cie jak dzie​ciak. Od​wró​ci​łem się w jej stro​nę. – Ko​cham cię, mamo – po​wie​dzia​łem, chcąc dać jej do zro​zu​mie​nia, że je​stem przy niej. Że przej​dzie​my przez to ra​zem. A kie​dy tata odej​dzie, nie zo​sta​wię jej sa​mej. Jej oczy wy​peł​ni​ły się łza​mi, ale jak zwy​kle nie po​zwo​li​ła im spły​nąć w dół. Po​tem kiw​nę​ła gło​wą. – Ja cie​bie też, ko​cha​nie. Na ra​zie tyle mu​sia​ło wy​star​czyć. Nie by​łem go​tów, żeby pła​kać. Nie w jej obec​no​ści. I wąt​pię, że​bym był w sta​nie po​ra​dzić so​bie z jej łza​mi.

ROZ​DZIAŁ 5

Trzy​maj się od nich z da​le​ka

Maggie Sie​dzia​łam na pa​ra​pe​cie w swo​im po​ko​ju, wy​glą​da​jąc przez okno. Bra​dy za​pro​sił do sie​bie ko​le​gów na wie​czór, żeby po​oglą​dać na​gra​nia z me​czów – co​kol​wiek to mia​ło zna​czyć. Cio​cia Co​ra​lee oczy​wi​ście od razu dała mi do zro​zu​mie​nia, że będę mile wi​dzia​na u nich na dole, o ile mam ocho​tę, ale nie mia​łam ser​ca ro​bić tego Bra​dy’emu. Sie​dzia​łam więc sama w po​ko​ju i ob​ser​wo​wa​łam przez szy​bę, czy nie po​ja​wi się West. Cho​ciaż tak pod​le się dziś wo​bec mnie za​cho​wał, wciąż nie da​wał mi spo​ko​ju ból w jego oczach, któ​ry ze wszyst​kich sił sta​rał się za​ma​sko​wać. Chcia​łam nim gar​dzić, a przy​naj​mniej trak​to​wać go obo​jęt​nie, ale nie po​tra​fi​łam wy​rzu​cić go ze swo​ich my​śli. Po jego po​ran​nym po​pi​sie na ko​ry​ta​rzu au​to​ma​tycz​nie uzna​łam go za po​two​ra. Ale za​raz po​tem za​uwa​ży​łam, jak po​py​cha na ścia​nę jed​ne​go ze star​szych chło​pa​ków, wy​dzie​ra mu z ręki oku​la​ry i po​da​je je za​stra​szo​ne​mu pierw​szo​kla​si​ście. Wszyst​ko od​by​ło się tak na​gle, że na pew​no by mi to umknę​ło, gdy​bym go uważ​nie nie ob​ser​wo​wa​ła. Okrut​ni​cy bez ser​ca nie za​cho​wu​ją się w ten spo​sób. Nie bro​nią słab​szych. Jak wi​dać, West był pe​łen sprzecz​no​ści. Jed​no wie​dzia​łam na pew​no – wciąż nie po​tra​fi​łam mu za​ufać. Co praw​da cie​pło od​no​sił się do mamy i wy​ba​wił z opre​sji prze​śla​do​wa​ne​go ucznia, ale to nie wy​star​czy​ło, że​bym kie​dy​kol​wiek jesz​cze chcia​ła mieć z nim do czy​nie​nia. Zgo​da, po​ca​ło​wał mnie i było bar​dzo przy​jem​nie. Ow​szem, cie​ka​wi​ło mnie, jaką ta​jem​ni​cę skry​wa. Ale nie na​le​ża​łam do dziew​czyn, któ​rym moż​na ot tak za​wró​cić w gło​wie. Po​zwo​li​łam so​bie na to tyl​ko raz, w gim​na​zjum. Był ode mnie o rok star​szy i za​bój​czo przy​stoj​ny. My​śla​łam, że na​praw​dę mu na mnie za​le​ży, ale wkrót​ce oka​za​ło się, że tyl​ko mnie wy​ko​rzy​stał, żeby zbli​żyć się do mo​jej przy​ja​ciół​ki. Kie​dy do​wie​dzia​łam się, że za​pro​sił ją na szkol​ny bal, wró​ci​łam do domu we łzach. Mama sie​dzia​ła po​tem ra​zem ze mną na so​fie i ja​dły​śmy po​pcorn, lody cze​ko​la​do​we z po​le​wą i piz​zę. Za​wsze mnie wspie​ra​ła, kie​dy było mi źle. I za​wsze wie​dzia​ła, jak mnie roz​we​se​lić… Czym prę​dzej wy​rzu​ci​łam z gło​wy to wspo​mnie​nie. Nie by​łam w sta​nie dłu​żej o niej my​śleć. Tak bar​dzo za nią tę​sk​ni​łam… Otu​li​łam ra​mio​na ko​cem, pod​cią​ga​jąc go pod samą bro​dę, a po​tem opar​łam gło​wę o ścia​nę. Oczy We​sta cały czas mnie prze​śla​do​wa​ły. Czy jego ko​le​dzy byli śle​pi na to, co się z nim dzie​je? A może po pro​stu uzna​wa​li to za nor​mę? Kie​dy po po​łu​dniu zo​ba​czy​łam, jak ca​łu​je się z Ra​le​igh – chy​ba nie po​tra​fi​ła się dłu​go na nie​go gnie​wać i już przed koń​cem lek​cji zno​wu się z nim ob​ści​ski​wa​ła – mia​łam ocho​tę się z nią za​mie​nić, choć​by na jed​ną se​kun​dę. Wie​dzia​łam już, ja​kie to uczu​cie zna​leźć się w jego ra​mio​nach. W chwi​li sła​bo​ści za​pra​gnę​łam, żeby z po​wro​tem stał się chło​pa​kiem, za ja​kie​go uwa​ża​łam go w tam​ten piąt​ko​wy wie​czór. Za​raz do​tar​ło do mnie, że wła​śnie ca​łu​je się

z dziew​czy​ną, któ​rą nie​daw​no tak pa​skud​nie po​trak​to​wał. Czy to był ro​dzaj prze​pro​sin? Czy Ra​le​igh na​praw​dę tak ła​two mu prze​ba​cza​ła? Pew​nie tak. Mia​łam już do czy​nie​nia z ta​kim po​krę​co​nym związ​kiem – swo​ich ro​dzi​ców. Szko​da, że Ra​le​igh nie ro​zu​mia​ła, jak bar​dzo są one tok​sycz​ne. Dla chło​pa​ków po​kro​ju We​sta dziew​czy​ny tra​cą gło​wę i za​po​mi​na​ją o ca​łym świe​cie. Wi​dzia​łam ten sce​na​riusz już wie​le razy. Ktoś, kto nie mówi, ma oka​zję o wie​le wię​cej za​ob​ser​wo​wać. Znacz​nie czę​ściej do​strze​ga też błę​dy in​nych. Poza tym lu​dzie w mo​jej obec​no​ści mó​wi​li bar​dziej otwar​cie niż zwy​kle, prze​ko​na​ni, że ni​ko​mu tego nie zdra​dzę. Jak​by za​po​mi​na​li, że je​stem tyl​ko nie​ma, a nie głu​cha. Pierw​szy z brze​gu przy​kład – dwóch z sze​ściu mo​ich na​uczy​cie​li zwra​ca​ło się dziś do mnie w kla​sie prze​sad​nie gło​śno, jak​bym mia​ła pro​ble​my ze słu​chem. Ko​micz​nie to wy​glą​da​ło. Zdą​ży​łam się już przy​zwy​cza​ić, ale w du​chu na​dal chcia​ło mi się śmiać. Cza​sa​mi za​sta​na​wia​łam się, ja​kie to uczu​cie znów usły​szeć swój gło​śny śmiech. Po​czuć go w swo​ich ustach. Ale czy ma​jąc świa​do​mość, że mama ode​szła na za​wsze, a ja do​pil​no​wa​łam, by oj​ciec za​pła​cił za swo​ją zbrod​nię, jesz​cze kie​dyś będę mo​gła się śmiać? Usły​szeć wła​sny głos i nie roz​paść się na drob​niut​kie ka​wał​ki? Z za​my​śle​nia wy​rwa​ło mnie pu​ka​nie do drzwi. Od​wró​ci​łam gło​wę i za​uwa​ży​łam, że gał​ka po​wo​li się prze​krę​ca. Drzwi uchy​li​ły się i uka​za​ła się w nich gło​wa Na​sha. Tak jak dziś rano, znów nie mo​głam się na​pa​trzeć na jego nie​sa​mo​wi​te oczy i cze​ko​la​do​wą cerę. – Nie prze​szka​dzam? – spy​tał z lek​ko za​kło​po​ta​nym uśmie​chem. Przez cały dzień wy​raź​nie pró​bo​wał ze mną flir​to​wać. Kil​ka​krot​nie do mnie pod​cho​dził i za​ga​dy​wał, choć wie​dział, że mu nie od​po​wiem. Nie spo​dzie​wa​łam się tego, ale wi​dać było, że jest mną za​in​te​re​so​wa​ny. Po​cząt​ko​wo trak​to​wa​łam go z re​zer​wą, ale trze​ba przy​znać, że był dla mnie bar​dzo miły i ani razu nie pró​bo​wał się na​rzu​cać. Ob​ser​wo​wa​łam go w kon​tak​tach z in​ny​mi i trze​ba przy​znać, że był bar​dzo lu​bia​ny. Na​wet przez na​uczy​cie​li. Nie po​wiem, że​bym była w na​stro​ju na to​wa​rzy​stwo. Już nie wspo​mi​na​jąc o tym, że czu​łam się tro​chę nie​swo​jo na myśl o prze​sia​dy​wa​niu z nim w swo​im po​ko​ju sam na sam. Wzru​szy​łam więc tyl​ko ra​mio​na​mi. Nie było to za​pro​sze​nie, ale też nie chcia​łam oka​zać się nie​mi​ła. – To do​brze. Mam już dość tych nu​dzia​rzy na dole – po​wie​dział. Pró​bo​wa​łam zdo​być się na uśmiech, ale bez​sku​tecz​nie. – Wiesz – cią​gnął, przy​sia​da​jąc na brze​gu łóż​ka na​prze​ciw​ko mnie, pod​czas gdy ja na​dal ku​li​łam się na pa​ra​pe​cie – dzię​ki to​bie ła​twiej mi dziś było wy​trzy​mać w bu​dzie. Spu​ści​łam gło​wę, wbi​ja​jąc wzrok w koc, któ​rym się owi​nę​łam. Za​no​si​ło się na dal​szy ciąg flir​tu. Nie by​łam do tego przy​zwy​cza​jo​na. Ja​sne, mia​łam chło​pa​ków, za​nim… za​nim tam​to się wy​da​rzy​ło. Ale to było coś in​ne​go. Nie ca​ło​wa​li​śmy się i nie cho​dzi​li​śmy ni​g​dzie ra​zem po lek​cjach. Wszyst​ko roz​gry​wa​ło się w szko​le albo po no​cach przez te​le​fon. Mama była wy​jąt​ko​wo na​do​pie​kuń​cza i za​bra​nia​ła mi cho​dzić na rand​ki, do​pó​ki nie skoń​czę szes​na​stu lat. Kie​dyś by​łam też che​er​le​ader​ką i mia​łam mnó​stwo przy​ja​ciół. Ale dwa lata temu wszyst​ko się zmie​ni​ło i mu​sia​łam po​że​gnać się z tam​tym ży​ciem. – Nie chcę cię spło​szyć ani na​ci​skać. Sor​ki, chcia​łem tyl​ko uła​twić ci start w no​wej szko​le. Był sym​pa​tycz​ny i przy​stoj​ny. W moim po​przed​nim ży​ciu na pew​no by mi się spodo​bał. Każ​da dziew​czy​na by​ła​by nim za​chwy​co​na. Mo​głam nie zwra​cać na nie​go uwa​gi, żeby się od​-

cze​pił, ale to by​ło​by nie​grzecz​ne. Był ko​le​gą mo​je​go ku​zy​na i jak do​tąd moim je​dy​nym pra​wie-przy​ja​cie​lem w tym mie​ście. Się​gnę​łam po no​tes i dłu​go​pis, któ​re zo​sta​wi​łam obok po od​ro​bie​niu lek​cji. Nash na to za​słu​gi​wał. Chcia​łam mieć praw​dzi​we​go przy​ja​cie​la. Ko​goś, kto nie pa​trzy na mnie jak na świ​ru​skę. Dzię​ki, że je​steś dla mnie miły. Ten dzień mógł być o wie​le gor​szy, gdy​by nie two​ja przy​jaźń. Wrę​czy​łam mu no​tes. Kie​dy czy​tał na​pi​sa​ne prze​ze mnie sło​wa, ką​ci​ki jego ust za​drga​ły w uśmie​chu. Po​tem pod​niósł na mnie wzrok. – Masz ko​mór​kę? – spy​tał. – Mo​gli​by​śmy do sie​bie ese​me​so​wać. Przy​tak​nę​łam, się​ga​jąc do kie​sze​ni. Do​sta​łam te​le​fon od swo​jej chrzest​nej, Jo​rie, z któ​rą za​miesz​ka​łam po tym, co się wy​da​rzy​ło. Dwa lata spę​dzo​ne z Jo​rie nie były ła​twe. Wy​raź​nie jej prze​szka​dza​łam, nie wie​dzia​ła też, jak ze mną po​stę​po​wać. Kie​dy oka​za​ło się, że nie mam za​mia​ru się do niej od​zy​wać, dała so​bie spo​kój. Za​dzwo​ni​ła do wuj​ka Bo​one’a i spy​ta​ła, czy na​dal ma ocho​tę się mną za​jąć. Ra​zem z cio​cią Co​ra​lee za​re​ago​wa​li bły​ska​wicz​nie. Nie mi​nął na​wet ty​dzień, gdy Jo​rie spa​ko​wa​ła cały mój do​by​tek i przy​go​to​wa​ła mnie do wy​jaz​du. Od tego cza​su ani razu nie za​dzwo​ni​ła, żeby cho​ciaż za​py​tać, co u mnie sły​chać. Nie zmie​ni​łam nu​me​ru – to był ten sam te​le​fon, któ​ry mi po​da​ro​wa​ła, z tą tyl​ko róż​ni​cą, że te​raz ra​chun​ki pła​ci​li cio​cia z wuj​kiem. Nash wy​cią​gnął rękę. – Mogę za​pi​sać ci swój nu​mer? Po​now​nie przy​tak​nę​łam, po​da​jąc mu ko​mór​kę. Zro​bił so​bie nią zdję​cie, a po​tem za​pi​sał mi resz​tę swo​ich da​nych w kon​tak​tach. Chwi​lę po​tem usły​sza​łam sy​gnał wia​do​mo​ści. – Wy​sła​łem do sie​bie SMS-a, żeby mieć twój nu​mer. Mogę ci zro​bić fot​kę do kon​tak​tu? Nie​zbyt spodo​bał mi się ten po​mysł, ale wo​la​łam nie pro​te​sto​wać. Ski​nę​łam nie​znacz​nie gło​wą na zgo​dę, a wte​dy uniósł swo​ją ko​mór​kę. – Uśmiech! – za​wo​łał. Nie po​słu​cha​łam go, ale i tak pstryk​nął mi zdję​cie. – W po​rząd​ku – za​śmiał się. – Może być bez uśmie​chu. W tym mo​men​cie otwo​rzy​ły się drzwi i do środ​ka wkro​czył z wście​kłą miną Bra​dy. – Wy​pad stąd, Nash – po​le​cił, wska​zu​jąc mu pal​cem drzwi i pio​ru​nu​jąc go wzro​kiem. Nash uniósł obie ręce w obron​nym ge​ście. – Spo​ko, sta​ry. Przy​sze​dłem tyl​ko po​ga​dać z Mag​gie. Je​ste​śmy kum​pla​mi, co nie, Mag​gie? Nic poza tym. Przy​się​gam, że do ni​cze​go nie do​szło. – Mam to gdzieś. Wy​no​cha! – po​wtó​rzył z na​ci​skiem Bra​dy, wciąż wska​zu​jąc na drzwi. Nash wstał, zer​ka​jąc na mnie prze​lot​nie, a po​tem uniósł swo​ją ko​mór​kę, mru​gnął do mnie po​ro​zu​mie​waw​czo i ru​szył do wyj​ścia. Bra​dy nie ode​zwał się, cze​ka​jąc, aż Nash znaj​dzie się na ko​ry​ta​rzu. Do​pie​ro kie​dy za​mknę​ły się za nim drzwi, od​wró​cił gło​wę w moją stro​nę. – Uwa​żaj, Mag​gie. To moi kum​ple, ale mu​szę cię ostrzec, że nie za​wsze są w po​rząd​ku wo​bec la​sek. Ja cza​sem też. Ty… naj​le​piej trzy​maj się od nich z da​le​ka, do​bra? Pra​wie się do mnie nie od​zy​wał, a na​gle za​chcia​ło mu się mnie chro​nić? Nie mu​siał mi mó​wić, kogo mam się wy​strze​gać. Zna​łam się na lu​dziach le​piej niż on. Je​śli nie ży​czył so​bie,

że​bym za​da​wa​ła się z jego kum​pla​mi, w po​rząd​ku, ale nie miał pra​wa tego ode mnie wy​ma​gać. Za​dar​łam pod​bró​dek, rzu​ca​jąc mu wy​zy​wa​ją​ce spoj​rze​nie. Zro​bi​łam wszyst​ko, żeby nie mu​siał mnie niań​czyć, jak chcie​li tego jego ro​dzi​ce. Ale nie mo​głam po​zwo​lić, żeby tak się wo​bec mnie za​cho​wy​wał. Wzrok Bra​dy’ego padł na no​tes, któ​ry Nash odło​żył na łóż​ko. Się​gnę​łam po nie​go, ale on był szyb​szy. Cier​pli​wie cze​ka​łam, aż prze​czy​ta moją od​po​wiedź dla Na​sha. Chcia​łam tyl​ko być miła i po​dzię​ko​wać mu za wspar​cie, ale Bra​dy oczy​wi​ście zin​ter​pre​to​wał to zu​peł​nie ina​czej. Rzu​cił no​tes z po​wro​tem na łóż​ko, za​śmie​wa​jąc się iro​nicz​nie, choć wca​le nie wy​glą​dał na roz​ba​wio​ne​go. Po​tem prze​cią​gnął dło​nią po swo​jej po​tar​ga​nej czu​pry​nie. – Mamy w pią​tek waż​ny mecz. Całe to prze​klę​te mia​sto li​czy na mnie, że go dla nas wy​gram. Ale nie dam rady sku​pić się na grze i jesz​cze pil​no​wać cie​bie. Nie pro​si​łem się o to, żeby cię niań​czyć. Nie mam cza​su na ta​kie bzde​ty. Dla​te​go trzy​maj się z da​le​ka od mo​ich kum​pli. Pro​szę. Znajdź so​bie ja​kichś przy​ja​ciół, byle nie z na​szej dru​ży​ny. Aha, i za​pa​mię​taj so​bie – ża​den fa​cet nie bę​dzie two​im kum​plem. Po​szu​kaj le​piej wśród dziew​czyn. Kur​czę, na​praw​dę je​steś aż taka na​iw​na? Po tym sło​wach wy​szedł, za​trza​sku​jąc za sobą drzwi. Na​praw​dę mia​łam na​dzie​ję, że Bra​dy mnie po​lu​bi. Sta​ra​łam się nie wcho​dzić mu w dro​gę. Wkro​czy​łam nie​spo​dzie​wa​nie w jego ży​cie i wiem, że to nie było w po​rząd​ku. Ale bar​dzo mi się nie po​do​ba​ły jego za​ka​zy. Nie ma spra​wy, nie będę się krę​cić wo​kół jego kum​pli, ale nie dla​te​go, że on mi za​bra​nia. Po​wód był pro​sty – je​śli wszy​scy za​cho​wu​ją się jak skoń​czo​ne dup​ki, wolę nie mieć z nimi do czy​nie​nia. Nie po​trze​bo​wa​łam przy​ja​ciół. Już od daw​na ra​dzi​łam so​bie bez nich.

ROZ​DZIAŁ 6

Zro​bi​łem jej przy​jem​ność

West Ra​le​igh nie cze​ka​ła na mnie przy szaf​ce, gdy rano po​ja​wi​łem się w szko​le. Jaka ulga, że nie mu​szę się z nią szar​pać. Cza​sa​mi by​wa​ła miłą od​skocz​nią od mo​ich pro​ble​mów, ale nie dziś, gdy nie spa​łem od trze​ciej, pil​nu​jąc taty. Zno​wu miał atak wy​mio​tów. Obu​dzi​ły mnie kro​ki mamy na ko​ry​ta​rzu, gdy bie​gła do kuch​ni, żeby przy​nieść mu szklan​kę wody. Wsta​łem, żeby jej po​móc, i obo​je do rana już się nie po​ło​ży​li​śmy. Ba​łem się wra​cać do łóż​ka. Co bę​dzie, je​śli za​snę i prze​ga​pię ostat​nie wspól​ne chwi​le z tatą? Zro​bił się prze​raź​li​wie chu​dy i sła​by. Le​ka​rze nie byli w sta​nie ni​cze​go wię​cej zro​bić. W ze​szłym mie​sią​cu ode​sła​li go na do​bre do domu – nie było dla nie​go żad​nej na​dziei. Zo​sta​ły tyl​ko leki prze​ciw​bó​lo​we. Nie było mi ła​two nor​mal​nie cho​dzić do szko​ły, gdy moje ży​cie wa​li​ło się w gru​zy. Nie mia​łem też cier​pli​wo​ści, żeby uda​wać, że cie​szy mnie to​wa​rzy​stwo Ra​le​igh. Za​czą​łem wyj​mo​wać po​trzeb​ne pod​ręcz​ni​ki, gdy obok mo​jej ręki po​ja​wi​ła się czy​jaś de​li​kat​na dłoń o kształt​nych ró​żo​wych pa​znok​ciach. To Mag​gie. Dziew​czy​na, któ​ra upar​cie po​ja​wia​ła się w mo​ich my​ślach, choć bar​dzo sta​ra​łem się za​po​mnieć, jak na mnie pa​trzy​ła – jak​by uda​ło się jej zo​ba​czyć ko​goś in​ne​go niż dra​nia, na któ​re​go po​zo​wa​łem. I o tym, jak przy​jem​nie było trzy​mać ją w ra​mio​nach. Pod​nio​słem gło​wę i spoj​rza​łem na jej pro​fil, gdy otwie​ra​ła za​mek szy​fro​wy swo​jej szaf​ki. Fak​tycz​nie, było na co po​pa​trzeć. Nie​znacz​nie od​wra​ca​jąc gło​wę, rzu​ci​ła mi ukrad​ko​we spoj​rze​nie, po czym z po​wro​tem za​ję​ła się swo​ją szaf​ką. Cier​pli​wie cze​ka​łem, aż ją otwo​rzy, ale już trze​ci raz wpro​wa​dza​ła szyfr i nic. – Daj mi zo​ba​czyć – po​le​ci​łem. – Masz kod? Spoj​rza​ła na mnie uważ​nie, po czym po​da​ła mi swo​ją ko​mór​kę. Spoj​rza​łem na wy​świe​tlo​ny na ekra​nie nu​mer. – Dzię​ki. Od​suń się. Kie​dy zro​bi​ła mi miej​sce, wpro​wa​dzi​łem od​po​wied​nią kom​bi​na​cję cyfr i bez pro​ble​mu otwo​rzy​łem szaf​kę. – Go​to​we – oznaj​mi​łem i w tym sa​mym mo​men​cie jej ko​mór​ka za​wi​bro​wa​ła mi w dło​ni, sy​gna​li​zu​jąc na​dej​ście SMS-a. Zer​k​ną​łem od​ru​cho​wo na wy​świe​tlacz i zo​ba​czy​łem zdję​cie Na​sha oraz tekst wia​do​mo​ści. Dzień do​bry, pięk​na.

Co jest gra​ne? Dla​cze​go Nash do niej pi​sze i skąd ona, do cho​le​ry, ma jego fot​kę? Prze​cież

Co jest gra​ne? Dla​cze​go Nash do niej pi​sze i skąd ona, do cho​le​ry, ma jego fot​kę? Prze​cież Bra​dy za​po​wie​dział, że mamy się do niej nie zbli​żać. Wy​cią​gną​łem do niej rękę z te​le​fo​nem. – Wszy​scy li​czą, że zdo​bę​dzie​my w tym roku mi​strzo​stwo sta​no​we. Nie damy rady, je​śli ku​zy​necz​ka na​sze​go roz​gry​wa​ją​ce​go bę​dzie mą​cić w dru​ży​nie i wszyst​ko nam spie​przy. Trzy​maj się od nas z da​le​ka. – Za​brzmia​ło to ostrzej, niż pla​no​wa​łem, ale trud​no. By​łem u kre​su sił. Wy​rwa​ła ko​mór​kę z mo​jej ręki, ob​rzu​ca​jąc mnie gniew​nym spoj​rze​niem. Mu​sia​łem pa​ja​co​wać, żeby omi​ja​ła mnie sze​ro​kim łu​kiem. Ale wi​dząc dziw​ny błysk w jej oczach, mo​men​tal​nie po​ża​ło​wa​łem swo​jej głu​piej gad​ki. Wście​kły na sa​me​go sie​bie, od​wró​ci​łem się na pię​cie i czym prę​dzej zmy​łem. Tak na​praw​dę wszyst​kie​mu wi​nien był Nash. To jego po​wi​nie​nem ob​je​chać, nie Mag​gie. Już zdą​ży​łem jej udo​wod​nić, że le​piej trzy​mać się ode mnie z da​le​ka. Te​raz nie ze​chce na​wet na mnie spoj​rzeć. Na​praw​dę nie mu​sia​łem uda​wać przed nią aż ta​kie​go by​dla​ka. Z dru​giej stro​ny mia​łem świa​do​mość, że gdy​bym nie trak​to​wał jej cały czas po cham​sku, w pew​nym mo​men​cie mógł​bym się za​po​mnieć i po​wie​dzieć coś, cze​go nie po​wi​nie​nem. Coś, co jest praw​dą. Po dro​dze na pierw​szą lek​cję za​uwa​ży​łem nad​cho​dzą​ce​go z na​prze​ciw​ka Na​sha. Naj​wy​raź​niej wy​pa​try​wał Mag​gie. Ma​sa​kra. Do cho​le​ry, prze​cież Bra​dy ja​sno się wy​ra​ził, że mamy się z nią nie za​da​wać. A ten oczy​wi​ście pu​ścił to mimo uszu. Przez jego kre​tyń​skie pod​cho​dy mu​sia​łem ko​lej​ny raz wyjść przed nią na dup​ka. – Nie waż się! – syk​ną​łem, chwy​ta​jąc Na​sha ostro za ra​mię, kie​dy mnie mi​jał. – Bra​dy po​wie​dział „nie” i masz się go słu​chać. Po​czu​łem, jak mię​śnie Na​sha się na​pi​na​ją. Gwał​tow​nie wy​szarp​nął rękę z mo​je​go uści​sku. – Od​czep się, Ash​by – wark​nął w od​po​wie​dzi, po czym ru​szył w stro​nę Mag​gie. Nie było sen​su dłu​żej się tym zaj​mo​wać. Nie mia​łem na to żad​ne​go wpły​wu. Je​śli Nash chciał się w to pa​ko​wać, dro​ga wol​na, ale mia​łem za​miar na​uczyć go dziś na tre​nin​gu ro​zu​mu. Wszy​scy go na​uczy​my. A je​śli w pią​tek nie bę​dzie mógł się ru​szać, wte​dy ja od​wa​lę za nie​go całą ro​bo​tę. Mo​że​my wy​grać i bez tego idio​ty. Ale nie bez Bra​dy’ego. A prze​cież mu​si​my wy​grać. Nie mo​głem za​wieść taty. – Co ta Ra​le​igh tak się klei do Jack​so​na Hu​gh​sa? – spy​tał Gun​ner, sia​da​jąc za mną w sali przed lek​cją hi​sto​rii. Ze​szłe​go wie​czo​ru Ra​le​igh naj​wy​raź​niej bzyk​nę​ła się z Jack​so​nem Hu​gh​sem, je​dy​nym gra​czem w pił​kę noż​ną z praw​dzi​we​go zda​rze​nia w na​szym li​ceum. Prze​niósł się tu skądś z Pół​no​cy – je​dy​nie tam pod​nie​ca​ją się tym szaj​sem. Te​raz roz​sła​wiał Law​ton w pił​kar​skich krę​gach. – Mam to gdzieś – od​po​wie​dzia​łem szcze​rze. Kie​dy zo​ba​czy​łem ich ra​zem dziś rano, przy​sta​ną​łem, spo​dzie​wa​jąc się, że mnie to za​bo​li. Że co​kol​wiek po​czu​ję. Osta​tecz​nie cho​dzi​łem z Ra​le​igh z krót​ki​mi prze​rwa​mi pra​wie przez rok. Ale nie po​czu​łem nic. Kom​plet​nie nic. – Se​rio? Prze​cież jesz​cze wczo​raj li​za​li​ście się na ko​ry​ta​rzu – przy​po​mniał mi Gun​ner. – To ona mnie li​za​ła, ja tyl​ko zro​bi​łem jej przy​jem​ność. – To była praw​da, choć może nie do koń​ca. Po​trze​bo​wa​łem się na chwi​lę zre​lak​so​wać, a ona świet​nie się do tego nada​wa​ła. Poza tym pró​bo​wa​łem za​głu​szyć wspo​mnie​nie po​ca​łun​ku z Mag​gie. Cho​le​ra ja​sna, cały czas mnie prze​śla​do​wał. Gun​ner się za​śmiał. – Ra​le​igh cią​gle tu zer​ka. Cze​ka na twój ruch.

No to się nie do​cze​ka. Wzru​szy​łem ra​mio​na​mi i otwo​rzy​łem ze​szyt. – Ale z cie​bie drań, Ash​by. Na​praw​dę nie​zły drań. To dla​te​go je​steś ta​kim po​two​rem na bo​isku. Po pro​stu masz wszyst​ko w du​pie. Gdy​by tyl​ko wie​dział, jaka jest praw​da. Że jest coś, na czym cho​ler​nie mi za​le​ży. I to mnie zja​da od środ​ka. – Szko​da gad​ki – od​par​łem. – Nash mówi, że go ob​je​cha​łeś, bo krę​ci z ku​zy​necz​ką Bra​dy’ego. Po​wie​dzia​łem mu, że słusz​nie. Na te sło​wa od​wró​ci​łem gło​wę do Gun​ne​ra. – Za​ła​twię to raz na za​wsze dziś na bo​isku. Gun​ner skrzy​wił się w uśmie​chu. – Po​zwo​lisz mu wró​cić do domu na dwóch no​gach? – Nie. W od​po​wie​dzi Gun​ner par​sk​nął śmie​chem. – Wrzu​cę wa​sze fot​ki na In​sta​gram. W tym mo​men​cie do sali wszedł pan Hal​ter, po czym za​dał nam tekst do prze​czy​ta​nia z pod​ręcz​ni​ka. Dzię​ki Bogu, będę mógł się zdrzem​nąć. – Mama twier​dzi, że ta la​ska wi​dzia​ła, jak jej oj​ciec za​bił mat​kę – szep​nął Gun​ner, na​chy​la​jąc się w moją stro​nę. – Ma​sa​kra, nie? O czym on, do cho​le​ry, ga​dał? – Hę? – mruk​ną​łem, od​wra​ca​jąc się do nie​go. – No ta od Bra​dy’ego. Prze​sta​ła ga​dać, bo wi​dzia​ła, jak oj​ciec za​strze​lił mat​kę. Jest w wię​zie​niu czy cze​ka na karę śmier​ci, nie wiem do​kład​nie. Moja mama mówi, że przez to ze​świ​ro​wa​ła. Po​czu​łem, jak mój żo​łą​dek zwi​ja się w cia​sny su​peł. Nie, to nie może być praw​da. Tyl​ko nie Mag​gie. O Boże, ni​ko​mu tego bym nie ży​czył, ale tyl​ko nie ona! Taka sym​pa​tycz​na. Ni​ko​go się nie cze​pia, wszyst​kich trak​tu​je do​brze, na​wet mnie, choć już co naj​mniej kil​ka razy po​win​na mi dać w gębę. W jej oczach nie wi​dać gnie​wu. Je​dy​nie sa​mot​ność, któ​rej sta​ra​łem się nie za​uwa​żać. Ale to, co po​wie​dział Gun​ner… Taki kosz​mar może cał​ko​wi​cie czło​wie​ka znisz​czyć. Mat​ka Gun​ne​ra była strasz​ną plot​ka​rą. Sły​nę​ła z tego, że wie wszyst​ko o wszyst​kich w mie​ście. Oby tyl​ko tym ra​zem się my​li​ła! Ale je​śli to praw​da, jak Mag​gie po​tra​fi z tym żyć?

ROZ​DZIAŁ 7

Okej!

Maggie Dla​cze​go nie od​pi​su​jesz? Co jest? Pią​ty SMS od Na​sha w dzi​siej​szym dniu. Zo​sta​wiam je bez od​po​wie​dzi, choć to nie w po​rząd​ku. Mam ser​decz​nie do​syć wszyst​kie​go, co łą​czy się z Bra​dym i tą ich całą świę​tą dru​ży​ną. Wi​dzia​łam, jak West na​ga​dał coś Na​sho​wi w ko​ry​ta​rzu po tym, jak po​dej​rzał jego SMS-a w mo​jej ko​mór​ce. Nie mia​łam ocho​ty na ta​kie ak​cje. Wo​la​łam trzy​mać się od nich z da​le​ka. Mu​sia​łam jed​nak wy​ja​śnić Na​sho​wi, dla​cze​go nie chcę z nim pi​sać. Tak wy​pa​da​ło. Po​sta​no​wi​łam zro​bić to w cza​sie prze​rwy obia​do​wej. Wczo​raj Bra​dy usiadł ze mną przy sto​li​ku na dwo​rze, ale było ja​koś nie​zręcz​nie. Wy​raź​nie nie był tym uszczę​śli​wio​ny. Dla​te​go dziś rano z góry na​pi​sa​łam mu w SMS-ie, że nie musi ze mną sie​dzieć na obie​dzie i że dam so​bie radę sama. W od​po​wie​dzi przy​słał mi tyl​ko zdaw​ko​we „OK”. – Od​pi​szesz mu? – roz​legł się z tyłu głos We​sta. Od​wró​ci​łam gło​wę i zo​ba​czy​łam, że idzie obok. Nie pa​trzył na mnie, lecz gdzieś da​le​ko przed sie​bie. Są​dząc po jego mar​so​wej mi​nie, nie po​do​ba​ło mu się, że Nash do mnie pi​sze. Nie za​mie​rza​łam mu się tłu​ma​czyć. Co praw​da i tak po​sta​no​wi​łam nie od​po​wia​dać Na​sho​wi, bo chcia​łam zdy​stan​so​wać się od Bra​dy’ego i jego ży​cia, żeby mieć świę​ty spo​kój w domu i w szko​le. Ale mia​łam już do​syć tego, że cią​gle ktoś mi coś na​ka​zy​wał. A zwłasz​cza on. Ktoś, kto nie miał żad​ne​go pra​wa mó​wić, z kim wol​no mi roz​ma​wiać. Wsu​nę​łam ko​mór​kę z po​wro​tem do kie​sze​ni. – Grzecz​na dziew​czyn​ka. Olej go, a oszczę​dzisz nam kupę pro​ble​mów. Oso​bi​ście dam mu po​pa​lić, je​śli się od cie​bie nie od​cze​pi – oznaj​mił West, ani razu nie spo​glą​da​jąc w moją stro​nę. Twarz mi pło​nę​ła, a w gło​wie raz po raz po​brzmie​wa​ły jego lek​ce​wa​żą​ce sło​wa. Nie miał pra​wa w ten spo​sób się do mnie zwra​cać. To, że nie mó​wię nie ozna​cza, że je​stem głu​pia. – Okej! – od​wark​nę​łam i w tej sa​mej se​kun​dzie do​tar​ło do mnie, że wy​po​wie​dzia​łam to na głos. Tak mnie roz​zło​ścił, że po pro​stu mi się wy​mknę​ło. Mo​men​tal​nie po​czu​łam zim​no na ca​łym cie​le. Spo​koj​nie, nic się nie sta​ło. To tyl​ko jed​no sło​wo. Po​czu​łam na so​bie jego za​sko​czo​ne, nie​do​wie​rza​ją​ce spoj​rze​nie. Unio​słam gło​wę. Roz​pacz​li​wie pra​gnę​łam stąd uciec lub cof​nąć czas i wy​ma​zać swój błąd. To sło​wo zwy​czaj​nie pa​dło z mo​ich ust, bez pro​ble​mu i bez bólu. Ale wspo​mnie​nia… Nie chcia​łam, żeby wy​szły na jaw wraz z dźwię​kiem mo​je​go gło​su. – Czy ty wła​śnie…? – urwał, jak​by nie był pe​wien, czy przy​pad​kiem się nie prze​sły​szał. Na​-

– Czy ty wła​śnie…? – urwał, jak​by nie był pe​wien, czy przy​pad​kiem się nie prze​sły​szał. Na​wet nie drgnę​łam, sta​łam jak wmu​ro​wa​na, spo​glą​da​jąc mu pro​sto w oczy. Nie mia​łam za​mia​ru po​now​nie się ode​zwać. Miej​my na​dzie​ję, że doj​dzie do wnio​sku, że tyl​ko mu się to wy​da​wa​ło. Po​krę​cił z nie​do​wie​rza​niem gło​wą i ru​szył przed sie​bie za​tło​czo​nym ko​ry​ta​rzem. Tłum po​słusz​nie roz​stę​po​wał się na boki, żeby zro​bić mu przej​ście, tak samo jak Bra​dy’emu. Unio​słam dłoń i do​tknę​łam opusz​ka​mi pal​ców swo​ich warg. Co miał w so​bie West Ash​by, że moje usta w ten spo​sób na nie​go re​ago​wa​ły? Naj​pierw po​zwo​li​łam mu się po​ca​ło​wać, choć w ogó​le go nie zna​łam. Te​raz przez nie​go ode​zwa​łam się na głos. Kie​dy skrę​cił za róg i znik​nął mi na​resz​cie z oczu, ode​tchnę​łam z ulgą i opu​ści​łam rękę. A więc w koń​cu coś po​wie​dzia​łam. To była część mnie – dziew​czy​ny, któ​ra nie stoi bier​nie, ale po​tra​fi za​wal​czyć o swo​je – któ​rą utra​ci​łam, a któ​ra te​raz na mo​ment do mnie wró​ci​ła. Od dwóch lat nie mia​łam w so​bie tego in​stynk​tu ani kon​tro​li nad swo​im gło​sem. Do​pie​ro West – choć za​cho​wał się wred​nie – spra​wił, że je od​zy​ska​łam. Ko​lej​ny raz po​czu​łam w kie​sze​ni wi​bro​wa​nie ko​mór​ki. Nie po​zo​sta​ło mi nic in​ne​go, jak tyl​ko mieć na​dzie​ję, że West ni​ko​mu nie po​wie o tym, co się przed chwi​lą wy​da​rzy​ło. Nie by​łam go​to​wa, żeby zno​wu mó​wić. Nie są​dzi​łam, że jesz​cze kie​dy​kol​wiek usły​szę swój głos. I nie by​łam go​to​wa, by z po​wro​tem żyć nor​mal​nie mię​dzy ludź​mi. Wy​ję​łam te​le​fon z kie​sze​ni i wy​stu​ka​łam wia​do​mość do Na​sha: Pro​szę, daj mi spo​kój. Nic z tego nie bę​dzie. Na​sza przy​jaźń nie po​do​ba się Bra​dy’emu. Nie pisz i nie roz​ma​wiaj ze mną. Na​ci​snę​łam przy​cisk wy​sy​ła​nia i po​szłam po​szu​kać bi​blio​te​ki, żeby po​czy​tać na prze​rwie obia​do​wej. W ten spo​sób nie będę się ni​ko​mu rzu​cać w oczy. W pią​tek po obie​dzie mia​ło się od​być spo​tka​nie przed​me​czo​we. Już od rana che​er​le​ader​ki pa​ra​do​wa​ły w swo​ich stro​jach i wzno​si​ły na ko​ry​ta​rzach okrzy​ki, za​grze​wa​jąc do ki​bi​co​wa​nia. Szaf​ki człon​ków dru​ży​ny wy​róż​nia​ły się spo​śród ca​łej resz​ty, bo ozdo​bio​no je ba​lo​na​mi, ser​dusz​ka​mi i pla​ka​ta​mi. Bra​dy cho​dził dziś po szko​le, pu​sząc się jak paw – znacz​nie bar​dziej niż zwy​kle. Za każ​dym ra​zem, gdy skan​do​wa​no jego imię, uśmie​chał się pro​mien​nie. Na prze​rwach che​er​le​ader​ki zmo​bi​li​zo​wa​ły tłum na ko​ry​ta​rzu, żeby wi​wa​to​wał na jego cześć. Wy​da​wa​ło mi się, że po czymś ta​kim w ogó​le nie ma po​trze​by or​ga​ni​zo​wać spo​tka​nia przed​me​czo​we​go. Sama kie​dyś by​łam che​er​le​ader​ką, ale nie przy​po​mi​nam so​bie ta​kie​go sza​leń​stwa przed me​czem. Od wtor​ku przez resz​tę dni prak​tycz​nie nikt nie zwra​cał na mnie uwa​gi, jak​bym była prze​zro​czy​sta. Nash prze​stał ese​me​so​wać i za​ga​dy​wać. Kie​dy mi​ja​li​śmy się na ko​ry​ta​rzu, na​wet nie spo​glą​dał w moją stro​nę. Do​kład​nie tak, jak ży​czył so​bie Bra​dy i ja sama. By​łam dla nich nie​wi​dzial​na i do​brze, tyl​ko że to jesz​cze bar​dziej po​głę​bia​ło moją sa​mot​ność. Cięż​ko zna​leźć so​bie przy​ja​ciół, kie​dy się nie mówi. Lu​dzie nie wie​dzą, jak taką oso​bę trak​to​wać. Wi​dzia​łam, że mnie ob​ser​wu​ją, i sły​sza​łam szep​ty na swój te​mat. Nie​ste​ty, bra​ko​wa​ło mi od​wa​gi, żeby wyjść z ini​cja​ty​wą i się z kimś za​przy​jaź​nić. West – to był osob​ny roz​dział. Spo​dzie​wa​łam się, że bę​dzie mnie na​ga​by​wał o to, co mi się przy​pad​ko​wo wy​rwa​ło, ale tego nie ro​bił. On też nie zwra​cał na mnie uwa​gi. Moż​na by po​my​śleć, że fak​tycz​nie znik​nę​łam. Mia​łam z nim do czy​nie​nia tyl​ko raz, gdy upu​ści​łam pod​ręcz​-

nik. Wy​rósł wte​dy jak spod zie​mi, na​chy​lił się, ta​ra​su​jąc przej​ście w za​tło​czo​nym ko​ry​ta​rzu, i po​dał mi go do ręki. Ani przez mo​ment nie spoj​rzał mi przy tym w oczy i za​raz po​tem się ulot​nił. Nie uśmie​cha​ło mi się sie​dze​nie w sali gim​na​stycz​nej wy​peł​nio​nej po brze​gi roz​go​rącz​ko​wa​ny​mi ucznia​mi, któ​rzy po​krzy​ki​wa​li na che​er​le​ader​ki i wi​wa​to​wa​li na cześć dru​ży​ny. Nie mia​łam jed​nak wyj​ścia. Cio​cia obie​ca​ła po mnie przy​je​chać, ale do​pie​ro po wszyst​kim. Bę​dzie chcia​ła wie​dzieć, czy mi się po​do​ba​ło, a ja będę mu​sia​ła jej na​kła​mać. Zna​la​złam wol​ne miej​sce na sa​mej gó​rze try​bun, bli​sko drzwi. Dzię​ki temu mo​głam szyb​ko do​trzeć do wyj​ścia, kie​dy to się skoń​czy. Sia​da​jąc, we​pchnę​łam pod nogi swój ple​cak. Prze​śli​zgnę​łam wzro​kiem po twa​rzach za​wod​ni​ków, mo​men​tal​nie wy​ła​wia​jąc spo​śród nich Bra​dy’ego. Spra​wiał wra​że​nie sku​pio​ne​go i o wie​le mniej oży​wio​ne​go niż resz​ta chło​pa​ków, któ​rzy od​krzy​ki​wa​li wi​wa​tu​ją​cym ki​bi​com. Skan​do​wa​no ich imio​na, co spra​wia​ło im wi​docz​ną przy​jem​ność. Nie od​ry​wa​łam od nich oczu, nie chcąc przy​znać sama przed sobą, że szu​kam We​sta. Ni​g​dzie nie było jed​nak wi​dać jego ciem​nej czu​pry​ny. Już mia​łam za​cząć lu​stro​wać całą dru​ży​nę od po​cząt​ku, gdy do​tarł do mnie dziew​czę​cy chi​chot. – O rany, ale bym się chcia​ła z nią za​mie​nić – oznaj​mi​ła ma​rzy​ciel​sko sie​dzą​ca przede mną dziew​czy​na. Nie wie​dzia​łam, o kogo cho​dzi, więc gdy jej to​wa​rzysz​ka od​wró​ci​ła gło​wę w kie​run​ku drzwi, po​dą​ży​łam za jej wzro​kiem. Stał w nich West ra​zem z przy​kle​jo​ną do nie​go Ra​le​igh. – Cią​gle do sie​bie wra​ca​ją. To ta​kie wku​rza​ją​ce. Nie jest aż taką go​rą​cą la​ską – do​da​ła pierw​sza z dziew​cząt. – No co ty – wszedł jej w sło​wo ja​kiś chło​pak. – Jest go​rą​ca, aż dym leci. West ode​rwał się od ust Ra​le​igh, sze​ro​ko się uśmie​cha​jąc. Po​tem od​su​nął ją od sie​bie i prze​pa​ra​do​wał wzdłuż sali ni​czym król przed tłu​mem swo​ich pod​da​nych. – Chcę go mieć – wes​tchnę​ła pierw​sza z dziew​cząt. Jej przy​ja​ciół​ka par​sk​nę​ła śmie​chem, po czym za​czę​ły wy​mie​niać uwa​gi na te​mat cia​ła We​sta i in​nych jego wa​lo​rów. Kie​dy West do​tarł na śro​dek sali, od​wró​cił się i po​słał uśmiech w stro​nę wi​wa​tu​ją​cych try​bun – na po​zór pro​mien​ny, ale kom​plet​nie po​zba​wio​ny ży​cia. Czy nikt nie za​uwa​żył jego sztucz​no​ści? Tyl​ko ja? Tuż obok wy​bu​chła ja​kaś sprzecz​ka. Wy​wo​łał ją oku​lar​nik o krót​kich blond wło​sach, któ​ry wy​kłó​cał się z moją są​siad​ką po le​wej, żeby zro​bi​ła mu miej​sce. Dziew​czy​na prze​wró​ci​ła kil​ka razy wy​mow​nie ocza​mi, ale w koń​cu tro​chę się prze​su​nę​ła. Blon​dyn usa​do​wił się mię​dzy nami, po czym wci​snął obok sie​bie swój ple​cak, co do​dat​ko​wo ją roz​draż​ni​ło. Za​raz po​tem od​wró​cił się do mnie, uśmie​cha​jąc z za​kło​po​ta​niem. – Cześć, je​stem Char​lie. Cho​dzi​my ra​zem na dru​gą i czwar​tą lek​cję. Na obiad też, ale ty za​wsze gdzieś zni​kasz – oznaj​mił. – Wiem, że nie mó​wisz. Nie szko​dzi, chcia​łem się tyl​ko przed​sta​wić. Gdy​byś cze​goś po​trze​bo​wa​ła albo mia​ła ocho​tę na kino, jes​tem pod ręką. – Se​rio? Rwiesz la​ski na taki tekst? – spy​ta​ła dziew​czy​na, z któ​rą przed chwi​lą miał spię​cie. Ko​lej​ny raz prze​wró​ci​ła ocza​mi, po czym wle​pi​ła wzrok w dru​ży​nę. – Nie je​stem do​bry w tych spra​wach. Szcze​rze mó​wiąc, je​stem do bani. Ale… ja tyl​ko… tak so​bie po​my​śla​łem, że może chcia​ła​byś… – urwał, a jego po​licz​ki ob​la​ły się czer​wie​nią. Był na​praw​dę sym​pa​tycz​ny. Nie miał udrę​czo​nych oczu i mo​głam się za​ło​żyć, że po​cho​dził ze szczę​śli​wej ro​dzi​ny. Ta​kiej z dwoj​giem ko​cha​ją​cych go ro​dzi​ców. Nie mu​siał zma​gać się z de​mo​na​mi prze​szło​ści, jak ja.

Na do​da​tek nie na​le​żał do dru​ży​ny. A to był wiel​ki plus. Się​gnę​łam po no​tes, we​pchnię​ty do bocz​nej kie​sze​ni ple​ca​ka. Miło cię po​znać, Char​lie. Je​stem Mag​gie. Na wi​dok tych słów uśmiech​nął się sze​rzej. – Wiem. Zdą​ży​łem już o cie​bie wy​py​tać. Nie, nie po​myśl so​bie cze​goś złe​go, by​łem tyl​ko cie​ka​wy. Je​steś nowa, więc wiesz. My tu wszy​scy zna​my się jak łyse ko​nie, od pod​sta​wów​ki, więc kie​dy do​cho​dzi ktoś nowy… Urwał w pół zda​nia, po​now​nie ob​le​wa​jąc się czer​wie​nią. Nie mia​łam po​ję​cia, jak za​re​ago​wać. Char​lie za​śmiał się ner​wo​wo, opusz​cza​jąc wzrok na swo​je ręce. – No to co z tym ki​nem? Masz ocho​tę się wy​brać? Kino… jak na praw​dzi​wej rand​ce. Ni​g​dy na żad​nej nie by​łam. Czy mam ocho​tę? I czy je​stem go​to​wa? W tym ty​go​dniu po raz pierw​szy od dłuż​sze​go cza​su po​wie​dzia​łam coś na głos. Przy​czy​nił się do tego West, choć przez przy​pa​dek. Nie roz​kle​iłam się z tego po​wo​du ani nie scho​wa​łam do kąta. Jak wi​dać, je​stem już sil​niej​sza. Ale czy go​to​wa na rand​ki? A je​śli uda​ło mi się to tyl​ko przy We​ście? Może je​śli ode​zwę się do ko​goś in​ne​go, brzmie​nie mo​je​go gło​su znów za​pro​wa​dzi mnie w ciem​no​ści, z któ​rych nie będę mo​gła się wy​do​stać? Opu​ści​łam wzrok na le​żą​cy na ko​la​nach no​tes i na​pi​sa​łam: Może. To wszyst​ko, co mo​głam mu w tym mo​men​cie obie​cać.

ROZ​DZIAŁ 8

Za nasz se​zon

West Po raz pierw​szy w ży​ciu roz​gry​wa​łem mecz bez obec​no​ści taty na try​bu​nach. Na szczę​ście po za​koń​cze​niu wszy​scy mie​li w gło​wie tyl​ko na​szą wy​gra​ną, więc nikt tego nie za​uwa​żył – oprócz Bra​dy’ego. Wzru​szy​łem obo​jęt​nie ra​mio​na​mi, wy​ja​śnia​jąc mu, że oj​ciec źle się po​czuł. Zdo​by​łem dwa razy przy​ło​że​nie, a tata nie mógł tego zo​ba​czyć. Nie było go na jego sta​łym miej​scu. Nie zja​wił się przy siat​ce z sze​ro​kim uśmie​chem na twa​rzy, kie​dy bie​głem do bocz​nej li​nii. Nie przy​szedł, bo miał go​rącz​kę i był tak odu​rzo​ny środ​ka​mi prze​ciw​bó​lo​wy​mi, że nie​wie​le do nie​go do​cie​ra​ło. Nie zno​sił le​ków – wo​lał nie tra​cić świa​do​mo​ści – ale ze​szłej nocy miał ta​kie bóle, że mama zmu​si​ła go do ich za​ży​cia. Po​tem, gdy wresz​cie za​snął, pa​dła w moje ra​mio​na, za​no​sząc się szlo​chem. Ni​g​dy wcze​śniej nie wi​dzia​łem jej w ta​kim sta​nie – do​tąd uda​wa​ło się jej nad sobą pa​no​wać. Dzi​siej​szy mecz był ostat​nią rze​czą, na jaką mia​łem ocho​tę. Zmu​si​łem się do gry tyl​ko dla​te​go, żeby po po​wro​cie do domu opo​wie​dzieć o nim ta​cie i tro​chę go roz​we​se​lić. Chcia​łem, żeby na​dal we mnie wie​rzył, bo prze​cież fut​bol od daw​na był na​szym wspól​nym ma​rze​niem. Nie chcia​łem, żeby się do​wie​dział, że re​zy​gnu​ję, bo bez nie​go tra​ci dla mnie sens. Nie wspo​mi​na​jąc o tym, że mu​szę tu zo​stać, bo mama bę​dzie mnie po​trze​bo​wać, kie​dy tata odej​dzie. Po za​koń​cze​niu me​czu nie za​da​łem so​bie tru​du, żeby od​szu​kać Ra​le​igh. Skie​ro​wa​łem się pro​sto do swo​je​go wozu, żeby jak naj​szyb​ciej się stąd wy​nieść. Uciec od eu​fo​rii, jaką wy​wo​ła​ło na​sze zwy​cię​stwo. Nie po​tra​fi​łem się z nie​go cie​szyć, bo nie było ze mną ojca. Wy​gra​na nie mia​ła już dla mnie ta​kie​go zna​cze​nia jak kie​dyś. By​łem tak za​ła​ma​ny, że ba​łem się zna​leźć z nim twa​rzą w twarz. Z dru​giej stro​ny pój​ście na im​pre​zę i świę​to​wa​nie z chło​pa​ka​mi wy​da​wa​ło mi się kom​plet​nie bez sen​su. I tak nie mógł​bym się ba​wić. Chcia​łem o wszyst​kim za​po​mnieć, od​zy​skać swo​je daw​ne ży​cie. Zno​wu mieć zdro​we​go tatę. Jeź​dzi​łem bez celu pra​wie przez go​dzi​nę, za​pa​mię​ta​ły w bólu, któ​ry ani na mo​ment mnie nie opusz​czał. W pew​nym mo​men​cie zo​rien​to​wa​łem się, że jadę po​lną dro​gą pro​wa​dzą​cą w miej​sce, gdzie za​wsze im​pre​zo​wa​li​śmy. Mo​głem za​wró​cić, ale nie by​łem jesz​cze go​tów, by wró​cić do domu. Do tego po​trzeb​ne mi było kil​ka piw i chwi​la za​po​mnie​nia. Wszy​scy już tam byli. Do​bie​ga​ją​ce mnie z od​da​li gło​śne okrzy​ki i wy​bu​chy śmie​chu daw​niej brzmia​ły​by za​chę​ca​ją​co, ale dziś nie mo​głem ich znieść. Ża​den z mo​ich ko​le​gów nie miał in​nych zmar​twień niż wy​gra​nie me​czu. Nie mie​li po​ję​cia, czym jest strach. Ża​den z nich. To były naj​lep​sze lata ich ży​cia. Kie​dyś też tak o so​bie my​śla​łem.

Za​mkną​łem za sobą drzwi pi​ka​pa i za​pa​trzy​łem się w wi​docz​ne w od​da​li mię​dzy drze​wa​mi ogni​sko. Za​raz będę mu​siał tam pójść z przy​kle​jo​nym do twa​rzy uśmie​chem. Po​ga​dam z nimi o me​czu, w któ​rym tak dziel​nie wal​czy​łem, choć tyl​ko po to, by mieć czym po​chwa​lić się ta​cie, nie dla​te​go, że za​le​ża​ło mi na grze. Nie pa​so​wa​łem już do tego miej​sca. Ani do nich. Ale gdzie in​dziej mo​głem pójść? Al​ko​hol na chwi​lę zła​go​dzi ból. Nic nie jest jed​nak w sta​nie spra​wić, żeby znik​nął na do​bre. Będę uda​wał. Je​stem w tym do​bry. Do​tar​łem na pole, zgar​ną​łem po dro​dze pusz​kę piwa i pod​sze​dłem do ko​le​gów. Ra​le​igh już tu była. Wi​dzia​łem ją po dro​dze w grup​ce pił​ka​rzy. Wie​dzia​łem, że jest wście​kła i w ten spo​sób chce się na mnie ode​grać, ale mia​łem to gdzieś. – Gdzie się po​dzie​wa​łeś, sta​ry? My tu cały czas wał​ku​je​my po​pi​sy nie​ja​kie​go Ash​by’ego, a on na​wet nie ra​czy się po​ja​wić! – wrza​snął do mnie Ry​ker, kie​dy do​łą​czy​łem do na​szej pacz​ki. – Mia​łem coś do za​ła​twie​nia – od​par​łem ze zna​czą​cym uśmiesz​kiem, któ​ry su​ge​ro​wał, że to nie „coś”, ale „ktoś”. Niech snu​ją do​my​sły, o to cho​dzi. Byle tyl​ko nie zdra​dzić, jaka jest praw​da. Moja uwa​ga wy​wo​ła​ła wy​bu​chy śmie​chu. – Pew​nie dla​te​go Ra​le​igh prze​nio​sła się do pił​ka​rzy – za​uwa​żył bły​sko​tli​wie Nash. Przez dzień czy dwa był na mnie wku​rzo​ny, ale po czwart​ko​wym tre​nin​gu obaj zgod​nie uzna​li​śmy, że mam ra​cję. Miał się sku​pić na fut​bo​lu, a nie ku​zyn​ce Bra​dy’ego. Wzru​szy​łem obo​jęt​nie ra​mio​na​mi i przy​sia​dłem na opo​nie od trak​to​ra obok Ry​ke​ra. – Mniej​sza z tym – mruk​ną​łem. – Ale tak na se​rio, Nash – ode​zwał się Ry​ker – prze​stań się za nią roz​glą​dać. Da so​bie radę. Jest tu​taj, ale to nie twój in​te​res. Bra​dy za​raz wró​ci i jak zo​ba​czy, że wy​pa​tru​jesz jego ku​zy​necz​ki, wpad​nie w szał. Prze​nio​słem wzrok na Na​sha. Zno​wu? My​śla​łem, że dał so​bie z nią spo​kój. Nash uniósł obie ręce w obron​nym ge​ście. – Lu​zik, tyl​ko się roz​glą​dam, kto przy​szedł. Ni​ko​go nie wy​pa​tru​ję. – Gów​no praw​da – mruk​nął Ry​ker. – Jest tu​taj? – spy​ta​łem, zdzi​wio​ny, że przy​szła, sko​ro i tak trzy​ma się ubo​czu. – Bra​dy twier​dzi, że mat​ka go zmu​sza, żeby ją za​bie​rał. Ona po​noć nie chce, ale jemu jest jej żal – wy​ja​śni​ła Ivy, wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi na znak, że nie​wie​le ją to ob​cho​dzi. – Wku​rza mnie, że nie po​zwa​la jej z nami sie​dzieć – ode​zwał się Nash pod​nie​sio​nym gło​sem. – Nie-twój-in​te​res – wy​skan​do​wał Ry​ker. Zga​dza​łem się z Ry​ke​rem, ale z dru​giej stro​ny Nash też miał spo​ro ra​cji. Bra​dy źle ro​bił, że ją tu przy​pro​wa​dzał, a po​tem zo​sta​wiał samą. Pa​skud​nie to wy​glą​da​ło. – Oho, chy​ba mamy pro​blem – ode​zwa​ła się Ivy z uśmiesz​kiem, spo​glą​da​jąc na mnie zna​czą​co. – O, w mor​dę – za​wo​łał Ry​ker, a ja od​wró​ci​łem się i zo​ba​czy​łem idą​cą w na​szą stro​nę Ra​le​igh. Mia​ła po​tar​ga​ne wło​sy, pew​nie od mig​da​le​nia się z pił​ka​rzy​kiem. Po co tu szła? Wo​lał​bym, żeby zo​sta​ła z nim.

– Nie na​dą​żam za nią, sta​ry – jęk​nął Nash. – Jesz​cze dziś w szko​le przy​ssa​ła się do cie​bie, a wie​czo​rem przy​sy​sa się już do in​ne​go. Pod​nio​słem pusz​kę z pi​wem i wsta​łem na nogi. Dość tego, wy​cho​dzę. Nie mam cza​su na bzde​ty. Są waż​niej​sze spra​wy niż Ra​le​igh. – Będę już spa​dać. – Co?! – Już?! – Zno​wu?! Wy​glą​da​li na kom​plet​nie za​sko​czo​nych. Kiw​ną​łem po​ta​ku​ją​co gło​wą i unio​słem dłoń z pusz​ką piwa. – Spo​ko mecz. Za nasz se​zon – po​wie​dzia​łem, a po​tem od​wró​ci​łem się i ru​szy​łem w stro​nę drzew, gdzie zo​sta​wi​łem sa​mo​chód.

ROZ​DZIAŁ 9

Co noc mam kosz​ma​ry

Maggie Sie​dzia​łam na pace pi​ka​pa Bra​dy’ego, przy​glą​da​jąc się swo​im dyn​da​ją​cym sto​pom. Z od​da​li do​bie​ga​ły mnie przy​tłu​mio​ne od​gło​sy im​pre​zy. Bra​dy nie wje​chał dziś sa​mo​cho​dem na pole, ale zo​sta​wił go ra​zem z in​ny​mi mię​dzy drze​wa​mi, tuż przy ścież​ce do​jaz​do​wej. Po​dej​rze​wam, że zro​bił to dla mnie, że​bym mia​ła się gdzie scho​wać. Wi​dać było, że się sta​ra – przed chwi​lą na​wet przy​niósł mi mi​skę pre​cel​ków i coś do pi​cia. Wte​dy nie​spo​dzie​wa​nie pod​je​cha​ła do nas ja​kaś nie​zna​jo​ma dziew​czy​na z dłu​gi​mi ciem​ny​mi wło​sa​mi. Na jej wi​dok wy​raź​nie się zde​ner​wo​wał i mo​men​tal​nie ulot​nił. Dziew​czy​na po​sta​ła jesz​cze przez chwi​lę, wpa​trzo​na w od​da​la​ją​cą się syl​wet​kę Bra​dy’ego. Chwi​lę po​tem wsko​czy​ła z po​wro​tem do sa​mo​cho​du i od​je​cha​ła. Dziw​nie to wy​glą​da​ło. Ni​g​dy wcze​śniej jej nie wi​dzia​łam. – Chy​ba tra​fi​ło ci się naj​lep​sze miej​sce – wy​rwał mnie z za​my​śle​nia głos We​sta Ash​by’ego. – Nie przej​muj się mną. Już mi się znu​dzi​ło uda​wa​nie, że ta im​pre​za mnie krę​ci. Mu​sia​łem się wy​rwać. Ty nie mó​wisz, ale tym le​piej. Moż​na do cie​bie ga​dać, a ty sie​dzisz ci​cho. Po pro​stu za​je​bi​ście. – Po​cią​gnął dłu​gi łyk piwa i przy​siadł na pace obok mnie. Był pi​ja​ny? Chy​ba tak. Ina​czej do​my​ślił​by się, że je​stem ostat​nią oso​bą, któ​ra ma ocho​tę na jego to​wa​rzy​stwo. Nie by​łam jego przy​ja​ciół​ką i ni​g​dy nie będę. – Może też po​wi​nie​nem się za​mknąć na do​bre. Wte​dy nie mu​siał​bym uda​wać, że cały ten cyrk ma dla mnie ja​ki​kol​wiek sens. Sama po​wiedz, ja​kie to wy​god​ne, no nie? Nie trze​ba nic ro​bić. Ale ci za​zdrosz​czę. Za​zdro​ści mi? Se​rio? Sie​dzi so​bie spo​koj​nie i się ze mnie na​bi​ja, choć ni​cze​go o mnie nie wie. Nie ma po​ję​cia, dla​cze​go po​sta​no​wi​łam się nie od​zy​wać. Kie​dy po​wie​dział, że mi za​zdro​ści, mia​łam ocho​tę wstać i wy​krzy​czeć mu to w twarz. Nikt na świe​cie nie po​wi​nien mi za​zdro​ścić. Ab​so​lut​nie nikt. – Ale do​tar​ły do mnie plo​ty, że też tkwisz w gów​nie, może na​wet bar​dziej niż ja. O ile to praw​da. – Po​trzą​snął gło​wą, cięż​ko wzdy​cha​jąc. – Bar​dzo w to wąt​pię. Mat​ka Gun​ne​ra to sta​ra plot​ka​ra. Po​ło​wę zmy​śla. Wy​star​czy tego, co na​ga​da​ła o mo​jej ma​mie. Wy​glą​da​ło, jak​by mó​wił sam do sie​bie, ze wzro​kiem wbi​tym w je​den punkt gdzieś w ciem​no​ści. Na jego twa​rzy od​ma​lo​wał się ból. Tym ra​zem nie pró​bo​wał ni​cze​go ukryć, jak to ro​bił za​wsze, gdy mia​łam oka​zję go ob​ser​wo​wać. Po raz pierw​szy wi​dzia​łam go ta​kim, jaki był na​praw​dę. Zo​ba​czy​łam to, co przed wszyst​ki​mi ukry​wał. W koń​cu zrzu​cił ma​skę – w jego gło​sie była go​rycz, a w oczach mrok. – Nie przy​szedł dziś na nasz mecz. Nie dał rady. Kur​wa, już na​wet nie jest w sta​nie sam pójść do ła​zien​ki. Nie mó​wiąc o ki​bi​co​wa​niu. Pierw​szy raz w ży​ciu nie wi​dział, jak gram.

Każ​de przy​ło​że​nie, ja​kie zdo​by​łem, było dla nie​go. Że​bym miał mu o czym opo​wia​dać. A te​raz sie​dzę tu jak idio​ta, bo mam zbyt wiel​kie​go cy​ko​ra, żeby wró​cić do domu i się z nim zo​ba​czyć. O kim mó​wił? Mia​łam ocho​tę spy​tać, ale ba​łam się mu prze​rwać. Nie był już dra​niem, na ja​kie​go po​zo​wał przed świa​tem. Od​sło​nił przede mną swo​je praw​dzi​we ja, swój ból i lęk. Ale dla​cze​go? – Mama opo​wia​da​ła, że kie​dy się uro​dzi​łem, przy​niósł dla mnie do szpi​ta​la pił​kę. Po​biegł po nią do skle​pu, jak tyl​ko się do​wie​dział, że ma syna. Kładł ją po​tem ze mną w łó​żecz​ku. Ko​cha​łem fut​bol, ale głów​nie dla​te​go, że ko​cha​łem jego. Za​wsze był dla mnie bo​ha​te​rem. A te​raz mnie, kur​wa, zo​sta​wia. I mamę też. – Za​śmiał się gorz​ko, z wy​raź​nym bó​lem w gło​sie. – Jak ona to prze​ży​je? Jest dla niej ca​łym świa​tem. Za​wsze był. Nie mogę so​bie ich wy​obra​zić osob​no. Bę​dzie za​ła​ma​na, ja jej nie wy​star​czę. Ja… – urwał, skrył twarz w dło​niach i wy​dał z sie​bie prze​cią​gły jęk. – Kur​wa, je​stem prze​ra​żo​ny, Mag​gie. Wiesz, co to zna​czy tak się bać? – spy​tał, uno​sząc gło​wę i po raz pierw​szy na mnie spo​glą​da​jąc. Wie​dzia​łam, i to aż za do​brze. Wie​dzia​łam, czym jest strach. I de​mo​ny, drę​czą​ce mnie po nocy za​miast słod​kich snów, ja​kie po​win​ny mieć dzie​ci. Wie​dzia​łam wię​cej, niż mógł so​bie wy​obra​zić. Kiw​nę​łam po​ta​ku​ją​co gło​wą. – Tak – wy​szep​ta​łam ochry​ple, chcąc go w ten spo​sób za​pew​nić, że nie jest w tym osa​mot​nio​ny. Mój głos za​brzmiał dziw​nie, ale zna​jo​mo. Ode​zwa​łam się do nie​go – już dru​gi raz. Naj​pierw dla​te​go, że mnie roz​zło​ścił, a te​raz po to, by dać mu do zro​zu​mie​nia, że je​stem przy nim. Każ​dy z nas do​świad​cza cza​sem bólu. Od tego, jak so​bie z nim ra​dzi​my, za​le​ży na​sza przy​szłość. Dla​te​go zde​cy​do​wa​łam się prze​mó​wić. Do​tąd ra​dzi​łam so​bie za po​mo​cą mil​cze​nia, ale po raz pierw​szy, od​kąd by​łam świad​kiem, jak mój oj​ciec za​mor​do​wał mat​kę, mia​łam po​trze​bę się ode​zwać. Do​dać ko​muś otu​chy. Jego oczy roz​sze​rzy​ły się ze zdu​mie​nia. – Ty mó​wisz – stwier​dził, bacz​nie mi się przy​glą​da​jąc. – To już dru​gi raz. Nic nie od​po​wie​dzia​łam. Zro​bi​łam to dla nie​go, bo tego po​trze​bo​wał. Ale żeby ot tak, w zwy​kłej roz​mo​wie? Nie, na to nie mo​głam się jesz​cze zdo​być. Wciąż ba​łam się usły​szeć brzmie​nie wła​sne​go gło​su. – To praw​da? To, co po​wie​dział mi… Czy ty wi​dzia​łaś, jak twój oj​ciec… – za​milkł gwał​tow​nie. A więc znał moją hi​sto​rię. Ktoś się do​wie​dział i roz​ga​dał. Cóż, to było do prze​wi​dze​nia. Za​sta​no​wi​łam się, co mu od​po​wie​dzieć. Z ni​kim nie roz​ma​wia​łam o tam​tej fe​ral​nej nocy. Wspo​mnie​nia były zbyt trud​ne i bo​le​sne, by moż​na było je znieść. Ale West też tra​cił ro​dzi​ca… Po​ki​wa​łam tyl​ko gło​wą. Nie by​łam w sta​nie zdo​być się na nic wię​cej. Nie po​tra​fi​ła​bym ująć w sło​wa tego, co wi​dzia​łam. Nie ko​lej​ny raz. – Ale ka​nał – stwier​dził i za​milkł. Sie​dzie​li​śmy w ci​szy przez kil​ka mi​nut, wpa​trze​ni w ciem​ność. – Mój tata umie​ra. Le​ka​rze nie po​tra​fią już nic dla nie​go zro​bić. Po pro​stu ode​sła​li go do domu, żeby… od​szedł. Co​dzien​nie przy​glą​dam się, jak się od​da​la. Od na​sze​go ży​cia i od nas. Ma strasz​ne bóle, a ja nie mogę mu po​móc. Boję się cho​dzić do szko​ły, boję się, że w tym cza​sie umrze i już ni​g​dy nie zo​ba​czę go ży​we​go. A z dru​giej stro​ny za cho​le​rę nie chce mi się

wra​cać do domu, bo może mu się po​gor​szyć i będę mu​siał to oglą​dać. Mu​szę pa​trzeć, jak uko​cha​ny czło​wiek od​cho​dzi. Zo​sta​wia swo​je ży​cie i nas. Moja mat​ka umar​ła szyb​ko, prak​tycz​nie na​tych​miast. Nie cier​pia​ła, nie li​cząc tej jed​nej chwi​li, gdy krzy​cza​łam do mie​rzą​ce​go do niej z pi​sto​le​tu ojca, żeby prze​stał. Wiem, że wte​dy czu​ła ból. Przez to, że by​łam tego świad​kiem. Nie mia​łam jed​nak po​ję​cia, jak to jest, kie​dy ro​dzic umie​ra po​wo​li, na oczach wła​sne​go dziec​ka. Iść wie​czo​rem spać i nie być pew​nym, czy rano jesz​cze się go zo​ba​czy? Żal ści​snął mi ser​ce. Stra​ta naj​uko​chań​szej na świe​cie oso​by to naj​gor​sza rzecz, jaką moż​na so​bie wy​obra​zić. West nie był sym​pa​tycz​nym chło​pa​kiem, po​tra​fił być bez​względ​ny dla in​nych. Ale trud​no było nie sły​szeć bólu w jego gło​sie. Nie chcia​łam mu współ​czuć ani go ża​ło​wać, ale to było sil​niej​sze ode mnie. – Nikt o tym nie wie – do​dał. – Nie mogę im po​wie​dzieć. Wie​dzą tyl​ko, że tata miał ope​ra​cję, jest na ren​cie i już nie pra​cu​je. Po​wie​dzia​łem im o tym ot tak, jak​by to nie było nic po​waż​ne​go. – Za​śmiał się po​now​nie twar​dym, gorz​kim śmie​chem, bez cie​nia roz​ba​wie​nia. – Babsz​ty​le z mia​sta ni​g​dy nie za​ak​cep​to​wa​ły mo​jej mamy. Nie ma tu żad​nych przy​ja​ció​łek, oprócz two​jej ciot​ki, ale my​ślę, że na​wet jej się nie przy​zna​ła. Kie​dy tata odej​dzie… zo​sta​nę jej tyl​ko ja. Jak so​bie z tym po​ra​dzę? Jak go za​stą​pię? Nie mo​głam w ża​den spo​sób ule​czyć jego bólu. Nikt nie był​by w sta​nie tego do​ko​nać. Wy​cią​gnę​łam więc tyl​ko rękę i na​kry​łam dło​nią jego dłoń. To była je​dy​na rzecz, jaka przy​szła mi do gło​wy. Poza roz​mo​wą, ale on jej nie po​trze​bo​wał. Zresz​tą nie by​łam pew​na, czy da​ła​bym radę. Po​wo​li od​wró​cił rękę, żeby spleść pal​ce z mo​imi, ale na​gle zre​zy​gno​wał i ją cof​nął. Po​tem wstał, jak​by miał za​miar odejść. Nie chcia​łam, że​by​śmy w ten spo​sób się roz​sta​wa​li. Otwo​rzył się przede mną i opo​wie​dział, co go drę​czy. Zdra​dził mi swo​ją naj​więk​szą ta​jem​ni​cę. Te​raz mu​siał wró​cić do domu i na nowo prze​ży​wać swój kosz​mar, dzień po dniu, aż bę​dzie po wszyst​kim. Nie chciał ni​ko​mu o tym mó​wić, a jed​nak przy​znał się mnie. Czyż​by za​uwa​żył w mo​ich oczach to samo, co ja wi​dzia​łam u nie​go? Ten sam żal i gniew? Smu​tek i cier​pie​nie? – Co noc mam kosz​ma​ry – ode​zwa​łam się. – Wciąż od nowa wi​dzę w nich mamę, jak umie​ra.

ROZ​DZIAŁ 10

Prze​trwa​łam dzię​ki mil​cze​niu

West Tym ra​zem nie ode​zwa​ła się szep​tem. Mia​ła uro​czy po​łu​dnio​wy ak​cent i przy​jem​ny, dość ni​ski głos. Sło​wa, któ​re wy​po​wie​dzia​ła, były tak przej​mu​ją​ce, że aż stru​chla​łem na myśl, że musi co noc prze​ży​wać swój kosz​mar na nowo. Nie wie​dzia​łem, co jej na to od​po​wie​dzieć. Mój tata umie​rał na raka i to mnie do​bi​ja​ło, ale ona wi​dzia​ła na wła​sne oczy ojca mor​du​ją​ce​go mat​kę. Ma​ka​bra, coś nie​wy​obra​żal​ne​go. Mag​gie za​ci​snę​ła moc​no po​wie​ki i wzię​ła głę​bo​ki od​dech. Przy​glą​da​łem się jej jak za​hip​no​ty​zo​wa​ny, ani na mo​ment nie od​ry​wa​jąc wzro​ku. Zu​peł​nie, jak​bym się bał, że so​bie pój​dzie albo znik​nie. A ja jej po​trze​bo​wa​łem, przy​naj​mniej w tej chwi​li. Chcia​łem, żeby ktoś do​wie​dział się o moim cier​pie​niu. Żeby je zro​zu​miał. – Ten ból… on ni​g​dy nie prze​mi​ja – ode​zwa​ła się, otwie​ra​jąc oczy i spo​glą​da​jąc mi pro​sto w twarz. – Ale moż​na się na​uczyć z nim żyć i ra​dzić so​bie ze stra​tą. Trze​ba po​szu​kać tego, co ci po​zwo​li prze​trwać. Te​raz już ro​zu​mia​łem, dla​cze​go nie mó​wi​ła… Dla​cze​go wy​bra​ła mil​cze​nie. Cho​dzi​ło o to, żeby nie wra​cać do prze​szło​ści. Nie roz​ma​wiać o niej, nie śmiać się. Żyć jak w sko​ru​pie. Aż do tego mo​men​tu – ze mną. – A jed​nak się ode​zwa​łaś. Dla​cze​go do mnie? Jej wzrok ze​śli​zgnął się po moim ra​mie​niu, ale zdą​ży​łem do​strzec w nim smu​tek. – Bo tego po​trze​bo​wa​łeś. Słów ko​goś, kto prze​żył taki sam kosz​mar jak ty. Pod​sze​dłem do niej krok bli​żej. – Ktoś ci po​mógł, kie​dy stra​ci​łaś mamę? – spy​ta​łem z na​dzie​ją, że mi przy​tak​nie. Nie wy​obra​ża​łem so​bie, że mo​gła sama prze​cho​dzić przez ta​kie pie​kło. Pod​nio​sła na mnie wzrok. – Nie. Nikt nie był w sta​nie mnie zro​zu​mieć. Nikt tego nie prze​żył. Może i po​tra​fi​ła​bym o tym roz​ma​wiać, ale nie było ni​ko​go, kto by mnie wy​słu​chał. Prze​trwa​łam dzię​ki mil​cze​niu. Ja też mil​cza​łem, choć ina​czej niż ona. Trzy​ma​łem w ta​jem​ni​cy cho​ro​bę ojca. Nie za​pra​sza​łem do sie​bie ko​le​gów i nie mó​wi​łem im, co się dzie​je. W ze​szłym roku szkol​nym, kie​dy urzą​dza​łem w domu im​pre​zę na ko​niec se​zo​nu wio​sen​ne​go, tata wciąż jesz​cze w mia​rę do​brze się czuł. Do​pie​ro la​tem za​czę​ło mu się po​gar​szać. A przez ostat​nie trzy ty​go​dnie było z nim już na​praw​dę źle. W koń​cu wszy​scy się do​wie​dzą, to ja​sne. Ta​kich rze​czy nie da się trzy​mać w ta​jem​ni​cy w nie​skoń​czo​ność. Ale na ra​zie wo​la​łem ni​ko​mu nie mó​wić. Nie chcia​łem współ​czu​cia ani po​cie​sze​nia od ko​goś, kto nie ma po​ję​cia, jak to jest.

– Mag​gie! – roz​legł się w ciem​no​ściach głos Bra​dy’ego. Za​uwa​ży​łem, że na jego dźwięk cała ze​sztyw​nia​ła. Po​sła​ła mi sła​by uśmiech, ze​sko​czy​ła z paki pi​ka​pa i ru​szy​ła w stro​nę na​wo​łu​ją​ce​go ją ku​zy​na. Wi​docz​nie bała się, że przy​ła​pie nas tu ra​zem. A ja nie chcia​łem dać jej odejść. Przez cały week​end mi​mo​wol​nie o niej roz​my​śla​łem. Kie​dy ojca mę​czy​ły wy​mio​ty, na​po​mi​na​łem się w du​chu, że je​stem wy​star​cza​ją​co sil​ny, żeby przez to przejść. Mu​sia​łem – dla mamy. Nie czu​łem się już prze​stra​szo​nym chłop​czy​kiem. Je​śli Mag​gie po​tra​fi​ła upo​rać się ze swo​im kosz​ma​rem, ja też mu​szę wziąć się w garść i być dla taty pod​po​rą. W po​nie​dział​ko​wy ra​nek zo​sta​wi​łem mamę śpią​cą w łóż​ku obok jego wy​cień​czo​ne​go cia​ła i po​sze​dłem do szko​ły, cały czas wspo​mi​na​jąc Mag​gie. Jej głos roz​brzmie​wał mi w gło​wie, przy​po​mi​na​jąc, że trze​ba na​uczyć się żyć ze swo​im bó​lem. Mu​szę prze​trwać pie​kło, w któ​rym się zna​la​złem. Była ży​wym do​wo​dem, że to moż​li​we. Kie​dy wy​pa​trzy​łem ją przy szaf​kach, po​czu​łem ulgę. Bar​dzo chcia​łem ją znów zo​ba​czyć. Roz​ma​wia​li​śmy tyl​ko kil​ka mi​nut, a mnie już za​czy​na​ło jej bra​ko​wać. Ona wszyst​ko ro​zu​mia​ła. Nie zda​wa​łem so​bie spra​wy, jak mi tego po​trze​ba. Ko​goś, kto zro​zu​mie. – Hej​ka – ode​zwa​łem się, pod​cho​dząc do niej i się​ga​jąc do swo​jej szaf​ki. Zer​k​nę​ła na mnie, lek​ko się uśmie​cha​jąc. Ale nic poza tym. Zero słów. Zero ła​god​ne​go, cie​płe​go gło​su, któ​ry mnie uspo​ka​jał. Tyl​ko sła​by uśmiech. Co jest, do cho​le​ry? Chcia​łem z nią po​roz​ma​wiać. – Ode​zwiesz się do mnie? – spy​ta​łem, nie spusz​cza​jąc z niej wzro​ku, na wy​pa​dek gdy​by od​po​wie​dzia​ła coś szep​tem. Od​wró​ci​ła się z po​wro​tem do swo​jej szaf​ki, żeby wy​jąć ze​szyt, za​mknę​ła ją i do​pie​ro po​tem zer​k​nę​ła na mnie. Przez chwi​lę wy​da​wa​ło mi się, że ma za​miar się ode​zwać, ale po​krę​ci​ła tyl​ko gło​wą i ode​szła, zo​sta​wia​jąc mnie sa​me​go. Cały czas od​twa​rza​łem w gło​wie jej sło​wa i brzmie​nie gło​su, żeby sta​wić czo​ła swo​im de​mo​nom i je po​ko​nać, a ona za​cho​wa​ła się, jak​by​śmy ni​g​dy ze sobą nie roz​ma​wia​li. Jak​by nie zna​ła mo​jej ta​jem​ni​cy. A ja jej. Gów​no praw​da. Zła​pa​łem książ​ki po​trzeb​ne mi na pierw​szą lek​cję, za​trza​sną​łem szaf​kę i ru​szy​łem bie​giem za Mag​gie. Już pra​wie ją do​pa​dłem, gdy na​gle po​czu​łem na swo​im ra​mie​niu czy​jąś sta​now​czą dłoń. Wy​rwa​łem się i od​wró​ci​łem z wście​kłą miną. Bra​dy. Nie wy​glą​dał na za​do​wo​lo​ne​go. – Go​ni​łeś Mag​gie? Mo​głem skła​mać, tyl​ko po co? – Mhm. – Jezu, ty też? – jęk​nął. – Cze​mu, do cho​le​ry, nie zo​sta​wi​cie jej w spo​ko​ju? Ona nie mówi. Tkwi w gów​nie, o ja​kim ża​den z was nie ma po​ję​cia. Nie bę​dzie wa​szą za​baw​ką. Le​piej idź wy​rwać inną la​skę. Mag​gie jest poza two​im za​się​giem. Nie mo​głem mu wy​ja​śnić, że chcia​łem tyl​ko z nią po​ga​dać. Nie miał po​ję​cia, że za​czę​ła mó​wić. Na​dal do ni​ko​go się nie od​zy​wa​ła. Z wy​jąt​kiem mnie. Ale na​wet gdy​by Mag​gie po​sta​no​wi​ła wię​cej ze mną nie roz​ma​wiać, chcia​łem być jak naj​bli​żej niej. Da​wa​ła mi siłę, uświa​da​mia​ła, że nie je​stem sam na świe​cie ze swo​imi pro​ble​ma​mi. Że inni też przez coś ta​kie​go prze​cho​dzi​li. Że mo​głem przy​dać się ma​mie… i ta​cie też. – Okej, jak so​bie chcesz. Nie mam cza​su na bzde​ty – od​po​wie​dzia​łem mu, a po​tem ru​szy​łem w prze​ciw​ną stro​nę.

Na​gle jak​by spod zie​mi wy​ro​sła przede mną Ra​le​igh. – Nie dzwo​ni​łeś przez cały week​end – ode​zwa​ła się z wy​rzu​tem, wy​dy​ma​jąc dol​ną war​gę. Nie dzwo​ni​łem, bo nie po​trze​bo​wa​łem od​skocz​ni od swo​ich pro​ble​mów. – No wiesz, na im​pre​zie wy​glą​da​ło na to, że zna​la​złaś so​bie in​ne​go – od​par​łem, wy​mi​ja​jąc ją i ru​sza​jąc w stro​nę swo​jej sali. – Chcia​łam, że​byś był za​zdro​sny. Zno​wu mnie zo​sta​wi​łeś, West. Ni​g​dy o mnie nie po​my​ślisz, za​wsze zo​sta​wiasz mnie samą. Mia​ła ra​cję, że nie​wie​le o niej my​śla​łem. Za​słu​gi​wa​ła na coś wię​cej, niż mo​głem jej dać. Po​cząt​ko​wo na​wet mi się po​do​ba​ła. Było nam ra​zem faj​nie i miło, a wte​dy nie my​śla​łem o cho​ro​bie taty. Ale tyl​ko na chwi​lę. Szyb​ko oka​za​ło się, że cho​dzi mi tyl​ko o seks. Wy​ko​rzy​sty​wa​łem ją, żeby na chwi​lę za​po​mnieć. Czu​łem z tego po​wo​du wy​rzu​ty su​mie​nia, ale jej chy​ba to nie prze​szka​dza​ło. Lu​bi​ła się ze mną afi​szo​wać. Te​raz zda​łem so​bie spra​wę, że Ra​le​igh za​słu​gu​je na ko​goś lep​sze​go. Naj​wyż​sza pora po​zwo​lić jej odejść i po​szu​kać chło​pa​ka, któ​ry ją uszczę​śli​wi. I tak cały czas tyl​ko ska​ka​li​śmy so​bie do oczu. – Sama wi​dzisz, że nie je​stem fa​ce​tem dla cie​bie. Ni​g​dy nie będę o to​bie pa​mię​tać, Ray, ani my​śleć. To nie w moim sty​lu, wiesz o tym. Le​piej znajdź so​bie ko​goś lep​sze​go. Ja cię nie uszczę​śli​wię, masz to jak w ban​ku. Po jej oczach nie było wi​dać, że​bym zła​mał jej ser​ce. To nie była mi​łość. Choć czę​sto mó​wi​ła, że mnie ko​cha, wie​dzia​łem, że to nie​praw​da. Kto mógł​by ko​chać ta​kie​go dra​nia? – Ko​cham cię – oznaj​mi​ła, jak​by czy​ta​ła mi w myś​lach. Po​krę​ci​łem prze​czą​co gło​wą. – Nie, Ray, wca​le nie. Ja się do tego nie na​da​ję. Daj​my so​bie spo​kój. Cią​gle będę cię za​wo​dził, ni​g​dy się nie zmie​nię, więc tym ra​zem to na​praw​dę ko​niec. Znajdź so​bie lep​sze​go chło​pa​ka ode mnie. Na​praw​dę na to za​słu​gu​jesz. Ze mną ci nie wyj​dzie. Żad​nej ze mną nie wyj​dzie. Nie cze​ka​jąc na jej od​po​wiedź, od​wró​ci​łem się i po​sze​dłem na pierw​szą lek​cję. Sia​da​jąc w ław​ce, uświa​do​mi​łem so​bie, że po​wie​dzia​łem Ra​le​igh praw​dę. Nie po​wi​nie​nem się wście​kać na Bra​dy’ego, że chciał chro​nić przede mną Mag​gie. Ale może cho​ciaż po​zwo​li nam zo​stać przy​ja​ciół​mi. Cho​ler​nie tego po​trze​bo​wa​łem. Nie dziew​czy​ny, ale wła​śnie przy​ja​cie​la. Tyl​ko jak mu to wy​ja​śnić?

ROZ​DZIAŁ 11

W ta​kich chwi​lach by​łam za​do​wo​lo​na, że nie mu​szę się od​zy​wać

Maggie We​szłam do sto​łów​ki. Wcze​śniej prze​cze​ki​wa​łam prze​rwy obia​do​we w bi​blio​te​ce, ale po​sta​no​wi​łam dłu​żej się nie gło​dzić. Mia​łam za sobą pierw​szy ty​dzień w no​wej szko​le i czu​łam się już znacz​nie pew​niej. Wie​dzia​łam mniej wię​cej, cze​go się spo​dzie​wać. Po​zby​łam się też wra​że​nia, że wszy​scy do​oko​ła się na mnie ga​pią. No do​bra, to nie był je​dy​ny po​wód. Tak na​praw​dę chcia​łam zo​ba​czyć się z We​stem. Od rana ani razu nie na​tknę​łam się na nie​go przy szaf​kach, a gdy mi​ja​li​śmy się na ko​ry​ta​rzu, spoj​rzał na mnie tak, jak​bym była prze​zro​czy​sta. Zgo​da, nie roz​ma​wia​łam z nim dziś przed lek​cja​mi, ale po pro​stu nie by​łam w sta​nie. Może znów wpad​nę w czar​ną dziu​rę, je​śli ode​zwę się bez po​wo​du, nie po to, żeby mu po​móc? A je​śli by​łam w sta​nie mó​wić tyl​ko wte​dy, gdy West tego po​trze​bo​wał? Może to jego ból przy​wra​cał mi tę zdol​ność, tak że nie do​zna​wa​łam przy tym szo​ku? Bez​po​śred​nio po śmier​ci mamy prze​sia​dy​wa​łam ca​lut​kie dnie w ką​cie, krzy​cząc jak opę​ta​na, gdy ktoś pró​bo​wał się do mnie zbli​żyć. Wie​dzia​łam, że to wa​riac​two, ale nie po​tra​fi​łam się opa​no​wać. By​łam spa​ra​li​żo​wa​na stra​chem i bó​lem. Do tego stop​nia, że nie po​tra​fi​łam znieść, gdy ktoś się do mnie zwra​cał lub ofe​ro​wał po​moc. Gdy w koń​cu się po​zbie​ra​łam, wy​szłam z kąta i prze​sta​łam wciąż na nowo od​twa​rzać w swo​jej gło​wie do​zna​ny kosz​mar, ja​koś uda​wa​ło mi się funk​cjo​no​wać mię​dzy ludź​mi. Ale na​dal nie od​wa​ży​łam się ode​zwać. Mil​cze​nie mnie ura​to​wa​ło. Ra​dzi​łam so​bie z rze​czy​wi​sto​ścią pod wa​run​kiem, że nie sły​sza​łam brzmie​nia swo​je​go gło​su. – To co z tą rand​ką, o któ​rej roz​ma​wia​li​śmy na sali gim​na​stycz​nej? Od​wró​ci​łam się i na​po​tka​łam wzro​kiem sto​ją​ce​go za mną w ko​lej​ce do bu​fe​tu, sze​ro​ko uśmiech​nię​te​go Char​lie​go. – Szu​ka​łem cię po me​czu, ale gdzieś prze​pa​dłaś. Ra​cja, cio​cia z wuj​kiem zgar​nę​li mnie do domu ra​zem z Bra​dym. – Wi​dzę, że nie masz przy so​bie no​te​su, ale spo​ko, będę ga​dał za nas dwo​je – do​dał. – Co ty na to, że​by​śmy wy​sko​czy​li w so​bo​tę do Na​shvil​le na cały dzień? To tyl​ko go​dzin​ka dro​gi stąd. Znam tam faj​ną knajp​kę, a poza tym mam na wie​czór bi​le​ty na Grand Ole Opry**. Bę​dzie wy​stę​po​wał Dierks Ben​tley! ** Ame​ry​kań​ski show z mu​zy​ką co​un​try od​by​wa​ją​cy się w Na​shvil​le, trans​mi​to​wa​ny co so​bo​tę przez ra​dio WSM.

To na​zwi​sko nic mi nie mó​wi​ło, ale wie​dzia​łam, co to Grand Ole Opry – jak pew​nie każ​dy na Po​łu​dniu. Ale wy​rwać się na cały dzień z Char​liem… do Nash​vil​le? Wąt​pię, żeby spodo​ba​ło

się to cio​ci i wuj​ko​wi. – Cho​ciaż obie​caj, że to prze​my​ślisz. Zo​ba​czysz, bę​dzie faj​nie. Ja będę ga​dał, ty nie mu​sisz. Już mia​łam się do nie​go uśmiech​nąć, gdy na​gle na​po​tka​łam wzro​kiem czy​jeś ba​daw​cze spoj​rze​nie. West. Sie​dział przy sto​li​ku z Bra​dym i resz​tą chło​pa​ków z dru​ży​ny. Wpusz​cza​no ich do sto​łów​ki przed wszyst​ki​mi, żeby nie cze​ka​li w ko​lej​ce, mo​gli szyb​ciej zjeść i od razu biec na tre​ning. – Znasz We​sta Ash​by’ego? No pew​nie, że znasz, prze​cież to naj​lep​szy kum​pel two​je​go ku​zy​na. Ode​rwa​łam wzrok od twa​rzy We​sta i prze​su​nę​łam się ra​zem z ko​lej​ką do przo​du. Chcia​łam go spo​tkać i oto jest. Na​wet mi się przy​glą​da. A więc już nie trak​tu​je mnie jak po​wie​trze i może prze​stał się gnie​wać, że nie chcia​łam z nim rano roz​ma​wiać? – Sie​dzisz z kimś? – spy​tał Char​lie. Po​trzą​snę​łam prze​czą​co gło​wą. – A chcesz ze mną? Czy chcę? Char​lie był sym​pa​tycz​ny i kom​plet​nie mu nie prze​szka​dza​ło, że się nie od​zy​wam, więc kiw​nę​łam gło​wą na zgo​dę. Wy​raź​nie go to ucie​szy​ło. – Sup​cio. Się​gnę​li​śmy po tace i wy​bra​li​śmy so​bie je​dze​nie z bu​fe​tu. Pu​ści​łam Char​lie​go przo​dem, bo nie wie​dzia​łam, gdzie zwy​kle sia​da. Oka​za​ło się, że ma swo​je sta​łe miej​sce. Gdy po​de​szli​śmy do sto​li​ka, sie​dzia​ło już tam parę osób, któ​re przy​wi​ta​ły się z nim po przy​ja​ciel​sku. To ozna​cza​ło, że chce mnie przed​sta​wić swo​im zna​jo​mym. – Cześć wszyst​kim, to jest Mag​gie. Mag​gie, to Sha​ne. – Wska​zał pal​cem pie​go​wa​te​go ru​dziel​ca w wiel​kich oku​la​rach. – May. – May była bru​net​ką z krót​ki​mi lo​ka​mi i sztucz​nym uśmie​chem. Moja obec​ność nie​zbyt ją ucie​szy​ła; nic nie po​wie​dzia​ła, ale mia​ła to wy​pi​sa​ne na twa​rzy. – To jest Dick***. Tak, se​rio tak ma na imię. Mama mu​sia​ła go nie zno​sić. – Ciem​no​wło​sy chło​pak wy​szcze​rzył do mnie zęby. Zie​lo​ny błysk w jego oczach sy​gna​li​zo​wał za​in​te​re​so​wa​nie. I roz​ba​wie​nie. – Po​zna​li​śmy się z Mag​gie w pią​tek, na spo​tka​niu przed me​czem. Pró​bu​ję ją na​mó​wić, żeby wy​sko​czy​ła ze mną w so​bo​tę do Na​shvil​le. *** Z ang. pot. fiut.

May wy​pro​sto​wa​ła się ner​wo​wo na swo​im krze​śle, a jej oczy za​pło​nę​ły. – Za​bie​rasz ją na Dierk​sa Ben​tley’a? – spy​ta​ła gło​sem, w któ​rym wy​raź​nie po​brzmie​wa​ła ura​za. – Ups – ode​zwał się prze​śmiew​czym to​nem Dick. Char​lie w ogó​le nie zwró​cił na nią uwa​gi. Wciąż się uśmie​cha​jąc, usiadł przy sto​li​ku i ski​nął na mnie, wska​zu​jąc mi miej​sce obok sie​bie. – Pew​nie. Za​ło​żę się, że się jej spodo​ba – rzu​cił. Sha​ne par​sk​nął, po​cią​ga​jąc łyk mle​ka. Wi​dać było, że ra​zem z Dic​kiem z tru​dem tłu​mią śmiech. Ale Char​lie wy​da​wał się wca​le tym nie przej​mo​wać. – Ale nu​mer! – jęk​nął Dick, upusz​cza​jąc ka​nap​kę na tacę. Oczy za​okrą​gli​ły mu się ze zdu​mie​nia.

– Co? – zdzi​wił się Char​lie, a ja od​wró​ci​łam gło​wę, żeby prze​ko​nać się, na co pa​trzy Dick. Bra​dy. Szedł pro​sto w na​szą stro​nę i nie wy​glą​dał na za​do​wo​lo​ne​go. Z da​le​ka wi​dać było jego za​ci​śnię​te kur​czo​wo na brze​gach tacy pal​ce i na​pię​te mię​śnie szczę​ki. – Mag​gie – ode​zwał się, sia​da​jąc na wol​nym krze​śle po mo​jej pra​wej stro​nie. Wbi​łam w nie​go wzrok, kom​plet​nie zdez​o​rien​to​wa​na. Co on robi? – Jesz​cze je​den – wy​szep​tał Sha​ne. Od​wró​ci​łam wzrok od Bra​dy’ego i prze​ko​na​łam się, że idzie do nas tak​że West. Bacz​nie mi się przy​glą​dał i też nie wy​glą​dał na uszczę​śli​wio​ne​go. Jego taca z gło​śnym szczę​kiem wy​lą​do​wa​ła na na​szym sto​li​ku, aż wszy​scy oprócz Bra​dy’ego pod​sko​czy​li na swo​ich miej​scach. – Co ro​bisz? – spy​tał Bra​dy, wi​dząc, że West zaj​mu​je miej​sce na​prze​ciw​ko. – To samo, co ty – od​parł, po czym zer​k​nął na mnie prze​lot​nie i ob​rzu​cił mor​der​czym spoj​rze​niem Char​lie​go. – Ja pil​nu​ję ku​zyn​ki – rzu​cił Bra​dy. West prze​niósł wzrok na mnie i od razu zła​god​niał. – Ja też. Bra​dy zmełł w ustach prze​kleń​stwo. West uśmiech​nął się tyl​ko pod no​sem, pod​no​sząc ham​bur​ge​ra i od​gry​za​jąc wiel​ki kęs. Już się przy​zwy​cza​iłam, że Bra​dy tro​chę za bar​dzo się mną przej​mu​je, ale żeby West? Nie ro​zu​mia​łam dla​cze​go. Bo ze sobą roz​ma​wia​li​śmy? Czyż​by to, że się przede mną otwo​rzył i spro​wo​ko​wał mnie do mó​wie​nia, w jego prze​ko​na​niu upo​waż​nia​ło go do opie​ki nade mną? Nie chcia​łam, żeby mnie chro​ni​li – ża​den z nich. A już na pew​no nie przed kimś ta​kim jak Char​lie. – Su​per. Mamy na​lot su​per​me​nów – mruk​nę​ła z prze​ką​sem May. Za​rów​no Bra​dy, jak i West pu​ści​li tę uwa​gę mimo uszu. – To jak z for​mą na piąt​ko​wy mecz? – ode​zwał się Dick z ner​wo​wym uśmie​chem. Bra​dy uniósł gło​wę i po​słał mu po​iry​to​wa​ne spoj​rze​nie, po czym wró​cił do je​dze​nia. – Chy​ba nie przy​szli, żeby z nami po​ga​dać – sko​men​to​wał sce​nicz​nym szep​tem Sha​ne. Przez dłu​żą chwi​lę nikt się nie od​zy​wał. By​łam przy​zwy​cza​jo​na do nie​zręcz​nej ci​szy i zwy​kle mi nie prze​szka​dza​ła, ale w tej chwi​li za​tę​sk​ni​łam za pa​pla​ni​ną Char​lie​go. – By​łaś kie​dyś na Grand Ole Opry? – spy​tał mnie Char​lie. Już mia​łam po​trzą​snąć prze​czą​co gło​wą, gdy wtrą​cił się Bra​dy: – Nie była. Zer​k​nę​łam na ku​zy​na, któ​ry ze zło​ścią ata​ko​wał je​dze​nie na swo​im ta​le​rzu, jak​by mu w czymś za​wi​ni​ło. – To świet​nie. Zo​ba​czysz, że ci się spodo​ba – roz​pro​mie​nił się Char​lie, zu​peł​nie jak​by szorst​kie za​cho​wa​nie Bra​dy’ego nie zro​bi​ło na nim żad​ne​go wra​że​nia. – Nie wie​rzę, że chcesz za​brać ją! Pra​wie się nie zna​cie. Prze​cież wiesz, jak bar​dzo chcia​łam iść na kon​cert Dierk​sa Ben​tley’a – ode​zwa​ła się May ura​żo​nym to​nem. Char​lie zer​k​nął na mnie z wy​raź​nym za​kło​po​ta​niem. Wi​dać było, że nie chce spra​wić May za​wo​du. Tyl​ko po co w ta​kim ra​zie mnie za​pra​szał? Prze​cież wca​le nie mu​sia​łam tam je​chać. – Nie za​bie​ra jej. Ni​g​dzie – po​wie​dział gro​bo​wym gło​sem Bra​dy. W ta​kich chwi​lach by​łam za​do​wo​lo​na, że nie mu​szę się od​zy​wać.

ROZ​DZIAŁ 12

Ko​niec boli naj​bar​dziej

West Chło​pa​ki z dru​ży​ny mie​li spo​tkać się dziś wie​czo​rem u Bra​dy’ego, żeby obej​rzeć na​gra​nie z piąt​ko​we​go me​czu. Jego mama jak zwy​kle obie​ca​ła zro​bić na tę oka​zję ta​cos i upiec cia​sto cze​ko​la​do​we. W se​zo​nie urzą​dza​li​śmy ta​kie spo​tka​nia co ty​dzień. Po​cząt​ko​wo nie za​mie​rza​łem tam iść. Dziś po raz pierw​szy po​ja​wił się u nas pra​cow​nik ho​spi​cjum. Znio​słem tę wi​zy​tę znacz​nie go​rzej, niż się spo​dzie​wa​łem. W ostat​nim ty​go​dniu tata był zmu​szo​ny za​żyć tyle środ​ków prze​ciw​bó​lo​wych, że nie​wie​le do nie​go do​cie​ra​ło i nie mógł spy​tać o piąt​ko​wy mecz. Ale i tak usia​dłem przy jego łóż​ku i wszyst​ko mu opo​wie​dzia​łem, w na​dziei, że może coś sły​szy po​grą​żo​ny w wy​wo​ła​nym le​ka​mi śnie. I że jest ze mnie dum​ny. Już nie​dłu​go nie będę miał oka​zji sie​dzieć w jego po​ko​ju i z nim roz​ma​wiać. Żeby nie zwa​rio​wać, mu​sia​łem choć na chwi​lę uciec od cięż​kiej at​mos​fe​ry na​sze​go domu. Przy​glą​dać się, jak ktoś obcy zaj​mu​je się oj​cem, a mama sie​dzi bez​rad​nie obok – to było nie do znie​sie​nia. Więc ucie​kłem. Choć mia​łem pa​skud​ne wy​rzu​ty su​mie​nia. Par​ku​jąc swój pi​kap pod do​mem Bra​dy’ego, za​uwa​ży​łem, że wszy​scy są już na miej​scu. Pew​nie my​ślą, że się nie po​ja​wię. Kie​dy wej​dę do środ​ka, po​wi​ta​ją mnie śmiech i żar​ty. Ża​den z chło​pa​ków nie miał więk​szych pro​ble​mów czy zmar​twień. In​te​re​so​wa​ło ich tyl​ko do​bre żar​cie i fut​bol. Spoj​rza​łem w górę w okno po​ko​ju, któ​ry na​le​żał kie​dyś do Bra​dy’ego, za​nim za​ję​ła go Mag​gie. Cie​ka​we, czy była u sie​bie, czy na dole ja​dła ta​cos. Pew​nie wo​la​ła​by być sama, ale jak zna​łem pa​nią Co​ra​lee, do​pil​no​wa​ła, żeby Mag​gie choć tro​chę po​sie​dzia​ła z chło​pa​ka​mi. Nie wie​dzia​łem zbyt wie​le o Mag​gie, ale czę​sto ją ob​ser​wo​wa​łem. Aż za​czą​łem się bać, że ktoś to za​uwa​ży i za​czną się plot​ki. Sam jej wi​dok bar​dzo mnie uspo​ka​jał. Po​tra​fi​ła mi po​móc na​wet na od​le​głość. Dziw​ne, co​raz bar​dziej uza​leż​nia​łem się od tej prze​cież pra​wie nie​zna​jo​mej dziew​czy​ny. Z za​my​śle​nia wy​rwał mnie od​głos czy​ichś kro​ków. Od​wró​ci​łem się i wte​dy ją zo​ba​czy​łem. – Bra​dy my​śli, że już nie przyj​dziesz. Dziś po po​łu​dniu cio​cia Co​ra​lee po​wie​dzia​ła mu o two​im ta​cie. Ona wie. Bra​dy strasz​nie się zmar​twił i chciał do cie​bie pójść, ale pro​si​ła, żeby tego nie ro​bił. Żeby po​cze​kał, aż sam mu po​wiesz. – Na dźwięk ła​god​ne​go gło​su Mag​gie zro​bi​ło mi się cie​pło na ser​cu. Pra​wie za​po​mnia​łem, ja​kie to uczu​cie. Od tak daw​na czu​łem w nim tyl​ko chłód. Sta​nę​ła przed do​mem, za​kła​da​jąc swo​je dłu​gie wło​sy za uszy, i tak samo jak ja wpa​trzy​ła się w okna. Ema​no​wał od niej nie​spo​ty​ka​ny spo​kój. Dziw​ne, bo prze​cież spo​tka​ła ją taka wiel​-

ka tra​ge​dia. A mimo to jej obec​ność mnie uspo​ka​ja​ła. – Mie​li​śmy dziś wi​zy​tę z ho​spi​cjum. Chy​ba zbli​ża się ko​niec. Za​dar​ła gło​wę i spoj​rza​ła mi w oczy. Spo​glą​da​łem z wy​so​ko​ści swo​je​go me​tra dzie​więć​dzie​siąt na jej drob​ną syl​wet​kę. – Ko​niec boli naj​bar​dziej – stwier​dzi​ła krót​ko. Nie owi​ja​ła w ba​weł​nę. Nie pró​bo​wa​ła mi wma​wiać, że mu​szę być sil​ny. Po pro​stu była ze mną szcze​ra. Wie​dzia​ła, że w ta​kiej chwi​li sło​wa nie mają żad​ne​go zna​cze​nia. Wy​cią​gną​łem rękę i na​kry​łem nią wierzch jej drob​nej dło​ni. – Boli jak cho​le​ra – po​twier​dzi​łem. Nie cof​nę​ła ręki i przez chwi​lę sta​li​śmy ra​zem w mil​cze​niu. Do​kład​nie tego w tym mo​men​cie po​trze​bo​wa​łem. Była przy mnie i wie​dzia​łem, że mnie ro​zu​mie. – Dzię​ki. Za to, że ze mną roz​ma​wiasz – wy​szep​ta​łem, jak​by w oba​wie, że ktoś może mnie usły​szeć. Prze​krę​ci​ła dłoń i ści​snę​ła lek​ko moją rękę. – Mo​że​my po​ga​dać, kie​dy tyl​ko ze​chcesz. – Ale dziś w szko​le się do mnie nie ode​zwa​łaś – przy​po​mnia​łem jej. – Bo nie było ci to po​trzeb​ne. – Było. Na​wet nie wiesz, jak bar​dzo. W tym mo​men​cie otwo​rzy​ły się drzwi wej​ścio​we do domu, więc Mag​gie na​tych​miast wy​su​nę​ła rękę z mo​jej dło​ni. W drzwiach sta​nął Bra​dy i wbił w nas wzrok. Po​cząt​ko​wo spo​dzie​wa​łem się, że na​wrzesz​czy na mnie za krę​ce​nie się w po​bli​żu Mag​gie, ale za​raz do​strze​głem, że w jego oczach nie było gnie​wu, a je​dy​nie smu​tek. Z mo​je​go po​wo​du. I współ​czu​cie, przed któ​rym tak się bro​ni​łem. – On cię ko​cha. I jest mu cie​bie żal. Po​zwól mu na to – wy​szep​ta​ła Mag​gie tak ci​cho, że Bra​dy ra​czej nic nie usły​szał ze swo​je​go miej​sca. Po​zwól mu. Po​wie​dzia​ła, że po​wi​nie​nem po​zwo​lić mu na współ​czu​cie. Prze​cież mnie ko​cha. To praw​da, po​wi​nie​nem. Nie dało się tego unik​nąć. Do​brze, że jest oso​ba, któ​ra ro​zu​mie mój ból jak nikt inny na świe​cie. – Bądź przy mnie – po​pro​si​łem, nie od​ry​wa​jąc wzro​ku od Bra​dy’ego. – Do​brze – zgo​dzi​ła się mięk​kim gło​sem. Bra​dy ru​szył w na​szym kie​run​ku. Mag​gie zo​sta​ła u mo​je​go boku. Rzu​cił na nią okiem, ale tyl​ko na uła​mek se​kun​dy, bo cały czas pa​trzył na mnie. Pew​nie nie miał po​ję​cia, co te​raz po​wie​dzieć. Ro​zu​mia​łem go, bo w od​wrot​nej sy​tu​acji ja też bym tego nie wie​dział. – Wszyst​ko gra? – spy​tał, przy​glą​da​jąc mi się uważ​nie. Jak​by nie był pew​ny, czy za​raz się nie roz​kle​ję. Nie do​tar​ło do nie​go, że moje pie​kło trwa już od dłuż​sze​go cza​su? – Tak – skła​ma​łem, nie chcąc go jesz​cze bar​dziej zdo​ło​wać. Wes​tchnął cięż​ko, prze​cią​ga​jąc dło​nią po wło​sach i pa​trząc gdzieś da​le​ko przed sie​bie. Wi​dać było, że bije się z my​śla​mi. Pew​nie cze​kał, aż sam mu wszyst​ko wy​znam. Ale na​wet gdy​bym to zro​bił, co on mi może po​wie​dzieć? Że jest mu przy​kro? Że za​wsze mogę na nie​go li​czyć? Czy nie zda​wał so​bie spra​wy, że ta​kie sło​wa nie mia​ły żad​ne​go sen​su? Nie mógł nic dla mnie zro​bić, ni​cze​go zmie​nić.

– Tata cho​ru​je od pra​wie pół​to​ra roku – ode​zwa​łem się w koń​cu, wie​dząc, że tak trze​ba. –

– Tata cho​ru​je od pra​wie pół​to​ra roku – ode​zwa​łem się w koń​cu, wie​dząc, że tak trze​ba. – Ale do​pie​ro w ostat​nich paru mie​sią​cach bar​dzo mu się po​gor​szy​ło. Le​ka​rze ode​sła​li go do domu, bo nic wię​cej nie da się zro​bić. Bra​dy za​ci​snął moc​no po​wie​ki i po​cią​gnął ner​wo​wo no​sem. Cze​ka​łem, aż się ode​zwie. Sam nie by​łem w sta​nie już nic wię​cej po​wie​dzieć. Nie chcia​łem dłu​żej o tym roz​ma​wiać. Kie​dy otwo​rzył oczy, spoj​rzał mi pro​sto w twarz. – Dla​cze​go nam nie po​wie​dzia​łeś… przy​naj​mniej mnie? Przez ta​kie coś nie da się prze​cho​dzić sa​me​mu. Prze​cież masz nas. Po​czu​łem de​li​kat​ne mu​śnię​cie pal​ców Mag​gie na swo​jej dło​ni, jak​by w ten spo​sób sta​ra​ła się do​dać mi od​wa​gi. – Bo nie mo​głem się z tym po​go​dzić ani o tym roz​ma​wiać. Gdy​bym wam po​wie​dział, do​tar​ło​by do mnie, że to się dzie​je na​praw​dę. Chcia​łem żyć po sta​re​mu. Ale te​raz… Już nie mogę dłu​żej uda​wać, nie da się. Jest z nim bar​dzo źle – przy​zna​łem. Pró​bo​wał zro​zu​mieć, dla​cze​go nie wta​jem​ni​czy​łem go w tak waż​ną spra​wę w moim ży​ciu. Prze​cież był moim naj​lep​szym kum​plem, od​kąd skoń​czy​li​śmy sześć lat. Wie​dzia​łem, że to mu się nie mie​ści w gło​wie. Nic nie mo​głem na to po​ra​dzić. To był dla mnie je​dy​ny spo​sób, żeby ja​koś przez to przejść. – Czy mogę coś dla cie​bie zro​bić? – spy​tał Bra​dy ze zbo​la​łą miną. Jesz​cze do nie​daw​na by​ło​by to ab​so​lut​nie nie​moż​li​we. Te​raz jed​nak miał coś… a ra​czej ko​goś, kogo bar​dzo po​trze​bo​wa​łem. Ko​goś, kto mógł mi po​móc. – Po​zwól mi się przy​jaź​nić z Mag​gie. Nic wię​cej. Tyl​ko ona jest mi w sta​nie po​móc, nikt inny. Zer​k​ną​łem na nią i do​strze​głem jej za​okrą​glo​ne oczy. Wi​dać było, że ją za​sko​czy​łem. Wy​raz zdu​mie​nia na jej wdzięcz​nej twa​rzy tyl​ko do​da​wał jej uro​ku. Pierw​szy raz od da​wien daw​na mia​łem ocho​tę się ro​ze​śmiać. – Z Mag​gie? – spy​tał Bra​dy, wy​raź​nie zbi​ty z tro​pu. – Nic z tego nie ka​pu​ję. Nie dzi​wi​łem mu się. Ale on z nią nie roz​ma​wiał. Nie wie​dział, że brzmie​nie jej gło​su po​tra​fił zła​go​dzić ból. Nie miał po​ję​cia, jak bar​dzo po​trze​bu​ję kon​tak​tu z kimś, kto znał i ro​zu​miał kosz​mar, przez jaki prze​cho​dzi​łem. Nie chcia​łem roz​ma​wiać ani z nim, ani z żad​nym z chło​pa​ków, bo nie mie​li o nim po​ję​cia. Tyl​ko z Mag​gie.

ROZ​DZIAŁ 13

To po co je​steś tak cho​ler​nie ład​na?

Maggie Ob​ser​wo​wa​łam twarz Bra​dy’ego. Stał nie​ru​cho​mo i wpa​try​wał się naj​pierw we mnie, po​tem w We​sta z miną, jak​by się prze​sły​szał. Przy​zna​ję, że sama by​łam nie mniej za​sko​czo​na. West chciał, że​by​śmy zo​sta​li przy​ja​ciół​mi. Twier​dził, że mu po​mo​głam. Że tyl​ko ja to po​tra​fię. Po​czu​łam cie​pło w ser​cu, a za​raz po​tem le​ciut​kie mo​tyl​ki w brzu​chu. – Ty tego nie zro​zu​miesz. Wszy​scy inni też. Za wy​jąt​kiem Mag​gie. Bar​dzo mi po​mo​gła przez ostat​nie kil​ka dni. Roz​mo​wy z nią są dla mnie bar​dzo waż​ne. Tym ra​zem mia​łam wra​że​nie, że mo​ty​le w moim brzu​chu roz​po​czę​ły osza​la​ły ta​niec. Tyl​ko spo​koj​nie. Mu​szę pa​mię​tać, że West wy​raź​nie za​zna​czył, że cho​dzi mu tyl​ko o przy​jaźń. Nie wspo​mniał, że chce mnie zno​wu po​ca​ło​wać. Był w cięż​kiej sy​tu​acji i po​ma​ga​ła mu roz​mo​wa ze mną. Tyl​ko o to mu cho​dzi​ło, nic wię​cej. – Ale ona… ekhm… nie mówi – za​uwa​żył Bra​dy, po​sy​ła​jąc mi prze​pra​sza​ją​ce spoj​rze​nie. Za​mar​łam w ocze​ki​wa​niu. Nie chcia​łam, żeby West zdra​dził Bra​dy’emu, że się do nie​go od​zy​wa​łam. Ale jak ina​czej mógł wy​tłu​ma​czyć, dla​cze​go chce się ze mną przy​jaź​nić? – Ma swo​je spo​so​by i to mi wy​star​czy – uciął spra​wę West. Stłu​mi​łam wes​tchnie​nie ulgi. Gdy​by cio​cia Co​ra​lee do​wie​dzia​ła się, że ode​zwa​łam się do We​sta, też pró​bo​wa​ła​by na​mó​wić mnie na roz​mo​wę. Bra​dy za​ci​snął war​gi, ki​wa​jąc gło​wą na znak zgo​dy. – Do​bra, niech wam bę​dzie. Ale tyl​ko się kum​plu​je​cie. Że​by​ście nie… – urwał, a ja po​czu​łam, jak West sztyw​nie​je. – Nic z tych rze​czy. Sza​nu​ję ją i nie po​zwo​lę ni​ko​mu jej skrzyw​dzić – obie​cał West sta​now​czym gło​sem. Mo​ty​le w moim brzu​chu po​now​nie za​wi​ro​wa​ły. Więc West na se​rio chciał, że​by​śmy byli przy​ja​ciół​mi. Dam so​bie radę. Poza tym mnie też po​trze​ba przy​ja​cie​la. Po mi​nie Bra​dy’ego wi​dać było, że mu wie​rzy. – Su​per. To co, wej​dziesz do nas? Mama upie​kła cia​sto cze​ko​la​do​we. – Ja​sne. – West spoj​rzał na mnie. – A ty lu​bisz cia​sto cze​ko​la​do​we? Zwle​ka​łam chwi​lę z od​po​wie​dzią, ale w koń​cu przy​tak​nę​łam. Nie chcia​łam kom​pli​ko​wać ży​cia Bra​dy’emu, ale West mnie po​trze​bo​wał, a poza tym sama chcia​łam być przy nim. Oka​zał się cał​kiem inny, nie zna​łam go od tej stro​ny. Wca​le nie był bez​li​to​sny ani oschły. W tym mo​men​cie ni​ko​go nie uda​wał. Ta​kie​go go so​bie wy​ma​rzy​łam, gdy ca​ło​wał mnie na im​pre​zie. – W ta​kim ra​zie mu​sisz spró​bo​wać wy​pie​ku cio​ci Co​ra​lee. Mio​dzio.

Bra​dy spra​wiał wra​że​nie zdez​o​rien​to​wa​ne​go, ale od​wró​cił się i ru​szył w stro​nę drzwi.

Bra​dy spra​wiał wra​że​nie zdez​o​rien​to​wa​ne​go, ale od​wró​cił się i ru​szył w stro​nę drzwi. West ski​nął na mnie gło​wą, że​bym we​szła do środ​ka, po czym po​szedł w moje śla​dy. Mogę zjeść ka​wa​łek cia​sta z We​stem, a po​tem pójść do sie​bie na górę i zo​sta​wić Bra​dy’ego sa​me​go z kum​pla​mi. W ten spo​sób obaj się ucie​szą, a ja będę mia​ła spo​kój. Choć bar​dzo chcia​łam po​móc We​sto​wi upo​rać się z jego kosz​ma​rem, sama wciąż jesz​cze nie by​łam go​to​wa cał​ko​wi​cie się otwo​rzyć i wyjść do lu​dzi. Bra​dy wszedł do środ​ka i po​pro​wa​dził nas w stro​nę po​ko​ju, gdzie prze​sia​dy​wa​ło całe to​wa​rzy​stwo. Za​nim tam do​tar​li​śmy, z kuch​ni wy​ło​ni​ła się cio​cia Co​ra​lee. Wi​dząc We​sta, po​sła​ła mu smut​ny, lecz bar​dzo cie​pły uśmiech. Wi​dać było, że się o nie​go mar​twi. – West, ko​cha​nie, jak do​brze cię zno​wu wi​dzieć. Bar​dzo nam cie​bie bra​ko​wa​ło tego lata. Tak rzad​ko nas od​wie​dzasz. – Po​de​szła do nie​go i ser​decz​nie go uścis​kała. Po​tem cof​nę​ła się i spoj​rza​ła na mnie. – O, już wró​ci​łaś ze spa​ce​ru – do​da​ła ucie​szo​nym gło​sem. – Sko​ro spa​li​łaś tro​chę ka​lo​rii, może zje​my so​bie ra​zem w kuch​ni ka​wa​łek cia​sta? – Zje ze mną i chło​pa​ka​mi – oznaj​mił ma​mie Bra​dy. Oczy cio​ci Co​ra​lee w pierw​szej chwi​li za​okrą​gli​ły się ze zdu​mie​nia, ale za​raz uśmiech​nę​ła się pro​mien​nie. – Aha, to wspa​nia​le. Za​raz przy​nio​sę wam wię​cej mle​ka i dwie do​dat​ko​we szklan​ki. – Po czym od​wró​ci​ła się i po​śpie​szy​ła do kuch​ni. – Ale jej na​ro​bi​łaś ra​do​chy – szep​nął Bra​dy, zer​ka​jąc na mnie. Tym ra​zem i ja się uśmiech​nę​łam. Miał ra​cję. Cio​cia była za​do​wo​lo​na z mo​je​go po​wo​du i to mnie bar​dzo cie​szy​ło. West prze​śli​znął dło​nią po mo​ich ple​cach, wpro​wa​dza​jąc mnie do po​ko​ju. Na ka​na​pach i pu​fach roz​sie​dli się kum​ple Bra​dy’ego, któ​rych zna​łam już z wi​dze​nia. Dwóch z nich za​ba​wia​ło się rzu​ca​niem pił​ki do za​wie​szo​ne​go na ścia​nie ko​sza. – Mag​gie! – za​wo​łał Nash, gdy tyl​ko od​wró​cił się od ko​sza po zdo​by​tym punk​cie i mnie zo​ba​czył. Ode​zwał się do mnie pierw​szy raz, od​kąd wy​sła​łam mu SMS-a, żeby dał mi spo​kój. Chy​ba był tak za​sko​czo​ny moim wi​do​kiem, że za​po​mniał, jak go wcze​śniej po​trak​to​wa​łam. Nie zdej​mu​jąc dło​ni z mo​ich ple​ców, West po​pro​wa​dził mnie przez po​kój w stro​nę sto​łu. Bra​dy naj​wy​raź​niej nie po​wie​dział ko​le​gom o cho​ro​bie taty We​sta, bo nikt nie wy​glą​dał na zmar​twio​ne​go ani zmie​sza​ne​go. Po​czu​łam z tego po​wo​du ogrom​ną ulgę. Za​le​d​wie przed chwi​lą West mu​siał sta​wić czo​ła Bra​dy’emu i cio​ci Co​ra​lee, więc przy​da mu się chwi​la od​de​chu, za​nim cała resz​ta za​cznie mu współ​czuć. – Więc Mag​gie jest tu… z We​stem – ode​zwał się Nash, prze​ry​wa​jąc ci​szę, jaka na​gle za​pa​dła w po​ko​ju. Bra​dy od​wró​cił się i prze​śli​zgnął wzro​kiem po twa​rzach ko​le​gów. – Mag​gie i West są przy​ja​ciół​mi. Nic poza tym. A ja nie mam nic prze​ciw​ko. Znów za​pa​dła nie​zręcz​na ci​sza. West od​su​nął dla mnie krze​sło. Kie​dy usia​dłam, z po​wro​tem od​wró​cił się do chło​pa​ków, któ​rzy cały czas zdez​o​rien​to​wa​ni ga​pi​li się na na​szą trój​kę. – Ona jest moją kum​pe​lą. Zro​zu​mia​no? – oznaj​mił z na​ci​skiem, po czym usiadł obok, na​chy​la​jąc ku mnie gło​wę. – Prze​pra​szam za tych kre​ty​nów. Szcze​rze mó​wiąc, ni​g​dy nie mia​łem ko​le​ża​nek. Na do​da​tek Bra​dy za​ka​zał się do cie​bie zbli​żać. Nie dziw się, że są sko​ło​wa​ni. Po​ki​wa​łam gło​wą. Ja​sne, że to ro​zu​mia​łam. Co nie zna​czy​ło, że nie mia​łam ocho​ty jak naj​szyb​ciej stąd uciec i skryć się w swo​im po​ko​ju. – Bar​dzo pro​szę, mle​ko i cia​sto – oznaj​mi​ła cio​cia Co​ra​lee. Na dźwięk jej gło​su wszy​scy wró​ci​li do oglą​da​nia te​le​wi​zji i prze​rwa​nych roz​mów. Wo​la​-

Na dźwięk jej gło​su wszy​scy wró​ci​li do oglą​da​nia te​le​wi​zji i prze​rwa​nych roz​mów. Wo​la​łam nie oglą​dać się za sie​bie, więc nie wi​dzia​łam, czy Nash zno​wu gra w ko​sza, czy cią​gle się na nas gapi. – Ona je jak pta​szek. Pro​szę, do​pil​nuj, żeby zja​dła całą por​cję do koń​ca – przy​ka​za​ła We​sto​wi cio​cia, wy​raź​nie ucie​szo​na, że pró​bu​je​my się za​przy​jaź​nić. – Tak, pro​szę pani – od​po​wie​dział grzecz​nie, za​brał ta​le​rzy​ki z jej rąk i po​sta​wił je​den przede mną. Kie​dy cio​cia wy​szła, West uśmiech​nął się do mnie. – Wy​lu​zuj. Wy​glą​da, jak​bym trzy​mał cię przy so​bie siłą. Jesz​cze tro​chę i przy​wyk​ną, zo​ba​czysz. Prze​chy​li​łam gło​wę nie​co na bok, żeby nikt nie wi​dział ru​chu mo​ich ust. – Wiem – ode​zwa​łam się po ci​chu. – Tyl​ko nie zno​szę, jak wszy​scy się na mnie ga​pią. – To po co je​steś tak cho​ler​nie ład​na? Mo​ty​le w moim brzu​chu znów za​czę​ły swój ta​niec. I jak ja mam te​raz jeść?

ROZ​DZIAŁ 14

A ty cze​goś ża​łu​jesz?

West Gdy za​czę​li​śmy oglą​dać na​gra​nie z ostat​nie​go me​czu, Mag​gie wy​mknę​ła się do swo​je​go po​ko​ju. By​łem tak za​ab​sor​bo​wa​ny, gdy ko​men​to​wa​li​śmy na​szą grę i te jej ele​men​ty, nad któ​ry​mi trze​ba po​pra​co​wać, że cał​kiem mi umknę​ło, kie​dy wy​szła. Nie po​sze​dłem jej szu​kać, bo zda​wa​łem so​bie spra​wę, że woli być sama. Mia​ła to wy​pi​sa​ne na twa​rzy. Po​ja​wi​ła się tu tyl​ko dla mnie. Wkrót​ce jed​nak stra​ci​łem za​in​te​re​so​wa​nie me​czem i za​czą​łem my​śleć o ta​cie. Do​sze​dłem do wnio​sku, że już za dłu​go je​stem poza do​mem. Trze​ba wra​cać i spraw​dzić, co z nim. Roz​ma​wiać, na​wet je​śli nie jest w sta​nie mi od​po​wie​dzieć. To mi wca​le nie prze​szka​dza​ło. Chcia​łem po pro​stu być obok. Zbli​żał się ko​niec. Nie bę​dzie ła​two. Wsta​łem ze swo​je​go miej​sca, pod​sze​dłem do Bra​dy’ego i szep​ną​łem mu do ucha, że wy​cho​dzę. Po​pro​si​łem też, żeby wy​słał mi nu​mer ko​mór​ki Mag​gie. Chło​pa​ki byli tak po​chło​nię​ci oglą​da​niem me​czu, że nie zwró​ci​li uwa​gi, że wcze​śniej się ury​wam. Jesz​cze nie do​sze​dłem do swo​je​go pi​ka​pa, gdy moja ko​mór​ka za​brzę​cza​ła, sy​gna​li​zu​jąc na​dej​ście SMS-a. To Bra​dy prze​słał mi nu​mer ko​mór​ki Mag​gie. Ba​łem się, że każe mi sa​me​mu go od niej wy​do​stać, ale jak wi​dać miał do mnie za​ufa​nie. Za​mie​rza​łem mu udo​wod​nić, że na nie za​słu​gu​ję. Świa​do​mość, że w każ​dej chwi​li mogę do niej za​dzwo​nić i usły​szeć jej głos, spra​wi​ła, że od razu zro​bi​ło mi się lżej. Cie​ka​we, czy w jej przy​pad​ku też to za​dzia​ła? Prak​tycz​nie przez cały czas była sama. Może i ja mógł​bym jej ja​koś po​móc? Otwie​ra​jąc drzwi pi​ka​pa, spoj​rza​łem w okno Mag​gie. Sie​dzia​ła na pa​ra​pe​cie z ko​la​na​mi pod​cią​gnię​ty​mi pod bro​dę, przy​glą​da​jąc mi się z góry. Unio​słem dłoń w ge​ście po​że​gna​nia, a ona zro​bi​ła w od​po​wie​dzi to samo. Po​tem unio​słem ko​mór​kę do ucha i wy​cią​gną​łem w jej stro​nę pa​lec dru​giej ręki. Chcąc mieć pew​ność, że zro​zu​mia​ła, szyb​ko wy​stu​ka​łem do niej wia​do​mość. To ja. Mam twój nu​mer od Bra​dy’ego. Od​bie​rzesz, gdy za​dzwo​nię? Na​ci​sną​łem przy​cisk wy​sy​ła​nia i spoj​rza​łem w górę. Zerk​nęła na swój te​le​fon, a po​tem za​czę​ła pi​sać. Kie​dy z po​wro​tem unio​sła gło​wę, usły​sza​łem sy​gnał swo​jej ko​mór​ki. Tak. Dzwoń, jak bę​dziesz po​trze​bo​wał.

To mi wy​star​czy​ło. Ski​ną​łem jej gło​wą, wsko​czy​łem do sa​mo​cho​du i po​je​cha​łem do domu, żeby zmie​rzyć się z rze​czy​wi​sto​ścią. Po​sie​dzę przy ta​cie i będę do nie​go mó​wił. Opo​wiem mu o spo​tka​niu z chło​pa​ka​mi i obej​rza​nym me​czu. I o Mag​gie. Na pew​no by ją po​lu​bił. Na miej​scu oka​za​ło się, że dom jest po​grą​żo​ny w ci​szy. Pie​lę​gniarz z ho​spi​cjum już so​bie po​szedł. Za​mkną​łem za sobą drzwi na klucz i wsze​dłem do kuch​ni. Na sto​le le​ża​ła kart​ka od mamy, że zo​sta​wia dla mnie w lo​dów​ce ka​nap​kę i świe​żo przy​rzą​dzo​ną mro​żo​ną her​ba​tę. Tata pro​sił, żeby przy nim zo​sta​ła, więc po​szła się po​ło​żyć obok nie​go. Nie by​łem głod​ny. Zja​dłem wcze​śniej dwa ka​wał​ki cia​sta, a sko​ro się oka​za​ło, że nie będę pil​no​wać taty, ode​szła mi ocho​ta na je​dze​nie. Ale wie​dzia​łem, że mama się zmar​twi, gdy rano zo​ba​czy, że ni​cze​go nie tkną​łem. Dla​te​go na​la​łem so​bie szklan​kę her​ba​ty i za​bra​łem ra​zem z ka​nap​ką do sie​bie na górę. Może uda mi się tro​chę zjeść przed snem. Je​śli nie, ja​koś się jej po​zbę​dę, żeby mama nie zo​ba​czy​ła. Zo​sta​wi​łem je​dze​nie w po​ko​ju i wró​ci​łem na ko​ry​tarz. Pod​sze​dłem po ci​chu pod drzwi sy​pial​ni ro​dzi​ców i nad​sta​wi​łem ucha. Ci​sza. Daw​niej tata gło​śno chra​pał. Prze​wra​ca​łem się wte​dy nocą na łóż​ku, za​sła​nia​jąc uszy, żeby tego nie sły​szeć, bo nie mo​głem spać. Te​raz mu się to nie zda​rza​ło. Spał ci​cho jak dziec​ko. Dziś bar​dzo chciał​bym znów usły​szeć jego chra​pa​nie. Przy​naj​mniej miał​bym pew​ność, że na​dal od​dy​cha. Ser​ce sta​nę​ło mi w gar​dle na myśl, że oj​ciec umie​ra. Pa​ni​ka i ból ści​snę​ły mnie za gar​dło, aż za​bra​kło mi tchu. Szyb​ko od​wró​ci​łem się od drzwi sy​pial​ni i wró​ci​łem do swo​je​go po​ko​ju, żeby nie obu​dzić mamy. Za​mkną​łem za sobą drzwi i opar​łem się o nie obie​ma rę​ka​mi, zwie​sza​jąc gło​wę i z tru​dem ła​piąc po​wie​trze. Już nie​dłu​go go stra​cę. Mia​łem tego świa​do​mość, ale cho​ler​nie bo​la​ło. Za każ​dym ra​zem, gdy do​cie​ra​ła do mnie praw​da, tra​ci​łem nad sobą pa​no​wa​nie. Drża​łem na ca​łym cie​le, a oczy wy​peł​nia​ły mi się łza​mi. Jak będę żył bez taty? Po​trze​bo​wa​łem go. Obo​je z mamą go po​trze​bo​wa​li​śmy. Zdo​ła​łem wziąć głę​bo​ki wdech i od​chrząk​ną​łem. Po​tem od​su​ną​łem się od drzwi, pod​sze​dłem do łóż​ka i cięż​ko na nie opa​dłem. Sia​da​jąc, po​czu​łem na udzie coś twar​de​go – moją ko​mór​kę wci​śnię​tą do kie​sze​ni spodni. Mo​men​tal​nie sta​nę​ła mi przed ocza​mi twarz Mag​gie. Bez wa​ha​nia wy​ją​łem te​le​fon i wy​szu​ka​łem na li​ście kon​tak​tów jej nu​mer. Ode​bra​ła po dru​gim dzwon​ku. – Cześć – ode​zwa​ła się mięk​kim gło​sem. Było już póź​no, ale chło​pa​ki pew​nie na​dal sie​dzia​ły u Bra​dy’ego. – Obu​dzi​łem cię? – Nie. Da​lej sie​dzę tam, gdzie mnie wi​dzia​łeś. Przy​mkną​łem oczy, wy​obra​ża​jąc so​bie Mag​gie na pa​ra​pe​cie, po​grą​żo​ną w my​ślach i sa​mot​no​ści. Przez ostat​nie dwa lata pra​wie cał​kiem za​mknę​ła się w so​bie. Z ni​kim nie roz​ma​wia​ła. Nie, nie mo​głem o tym na​wet my​śleć. Świa​do​mość, że zo​sta​ła z tym wszyst​kim zu​peł​nie sama, spra​wia​ła mi wręcz fi​zycz​ny ból. Sta​ra​łem się zro​zu​mieć, ale jed​no​cze​śnie bar​dzo ża​ło​wa​łem, że nie mo​głem jej wte​dy po​móc. Może choć te​raz mógł​bym być dla niej przy​ja​cie​lem? Ta​kim, ja​kim ona była dla mnie. – Zda​rza​ły ci się chwi​le, że nie mo​żesz od​dy​chać? Że ból jest tak sil​ny, że chwy​ta cię za gar​dło i je za​ci​ska?

– Tak. To atak pa​ni​ki. Kie​dyś też je mia​łam. Na szczę​ście ani razu, od​kąd się tu​taj prze​nio​słam. Uff, czy​li jesz​cze nie ze​świ​ro​wa​łem. To nor​mal​ne. – Jak so​bie z nimi ra​dzi​łaś? Wes​tchnę​ła cięż​ko. – Na po​cząt​ku so​bie nie ra​dzi​łam. Raz na​wet ze​mdla​łam z bra​ku po​wie​trza. Ale po​tem na​uczy​łam się, żeby my​śleć o czymś przy​jem​nym. To mi przy​wra​ca​ło spo​kój. W ten spo​sób nie po​zwa​la​łam, żeby ból prze​jął nade mną kon​tro​lę. Po chwi​li ucisk ma​lał, a ja zno​wu mo​głam od​dy​chać. W moim przy​pad​ku to ona przy​wra​ca​ła mi spo​kój. Ni​ko​mu i ni​cze​mu in​ne​mu od daw​na się to nie uda​wa​ło. – Bo​isz się nocą za​my​kać oczy? – spy​ta​łem. – Tak, bo wiem, że przy​śni mi się kosz​mar. Co​dzien​nie ten sam. – Ja też. Boję się, że tata już się rano nie obu​dzi – wy​zna​łem. Przez chwi​lę się nie od​zy​wa​ła. Sie​dzie​li​śmy obo​je w ci​szy, wsłu​cha​ni w swo​je od​de​chy. O dzi​wo, to mi wy​star​cza​ło. – Kie​dyś to na​stą​pi, West. I bę​dzie ci nie​sa​mo​wi​cie cięż​ko. Ale na ra​zie mu​sisz jak naj​le​piej wy​ko​rzy​stać czas, jaki wam po​zo​stał. Roz​ma​wiaj z nim, na​wet je​śli nie może ci od​po​wie​dzieć. Trzy​maj go za rękę. Po​wiedz mu wszyst​ko, co uwa​żasz za waż​ne. Że​byś po​tem nie mu​siał ni​cze​go ża​ło​wać, kie​dy odej​dzie. Mag​gie stra​ci​ła mat​kę na​gle, nie mia​ła cza​su się na to przy​go​to​wać. Ojca też, przez jego ma​ka​brycz​ną zbrod​nię. Obo​je ro​dzi​ców prak​tycz​nie w ten sa​mej chwi​li. Mia​ła ra​cję. Ja wciąż mia​łem czas po​stą​pić tak, żeby ni​cze​go nie ża​ło​wać. – A ty cze​goś ża​łu​jesz? – spy​ta​łem, choć już wcześ​niej wy​czy​ta​łem w jej gło​sie, że tak. – Tak. Wie​lu rze​czy – od​po​wie​dzia​ła ci​cho. Nie mie​ści​ło mi się to w gło​wie. Taka ide​al​na dziew​czy​na jak ona? Do​bra i ła​god​na. Trud​no uwie​rzyć, że może mieć ja​kieś wady. – Je​stem pe​wien, że by​łaś wzo​ro​wą cór​ką – za​pew​ni​łem ją. – Mu​sia​ła być z cie​bie bar​dzo dum​na. Po​cząt​ko​wo się nie od​zy​wa​ła, aż za​czą​łem się oba​wiać, że może za bar​dzo ją na​ci​skam. Wy​py​ty​wa​łem o jej tra​ge​dię, żeby za​po​mnieć o swo​jej. Chy​ba tro​chę się za​ga​lo​po​wa​łem, po​wi​nie​nem bar​dziej uwa​żać. – Dwie go​dzi​ny przed śmier​cią mamy wy​krzy​cza​łam jej, że nisz​czy mi ży​cie – ode​zwa​ła się w słu​chaw​ce Mag​gie, po czym za​śmia​ła się gorz​ko. – Dla​te​go, że ko​niecz​nie chcia​łam pójść na im​pre​zę do ko​le​żan​ki, a mama się nie zgo​dzi​ła, bo nie było tam ni​ko​go do​ro​słe​go, żeby nas pil​no​wać. A ja tak bar​dzo chcia​łam tam być. Uwa​ża​łam wte​dy, że ten za​kaz to ko​niec świa​ta. Że już nic gor​sze​go nie może mnie spo​tkać. Gdy​bym tyl​ko wie​dzia​ła, że dwie go​dzi​ny póź​niej ją stra​cę… I że szyb​ko się do​wiem, ja​kie to uczu​cie, gdy na​praw​dę przy​da​rza ci się naj​gor​sza rzecz na świe​cie. Przy​mkną​łem oczy, od​czu​wa​jąc jej żal jak wła​sny. Mia​ła wte​dy tyl​ko pięt​na​ście lat i bar​dzo chcia​ła być do​ro​sła. Nor​ma, jak każ​da prze​cięt​na na​sto​lat​ka. Kur​czę, sam mia​łem na su​mie​niu po​dob​ne nu​me​ry. Ja​kie to cho​ler​nie nie​spra​wie​dli​we, że stra​ci​ła mat​kę, za​nim zdą​ży​ła na​pra​wić swój błąd – prze​pro​sić i ja​koś jej to wy​na​gro​dzić.

– Na pew​no wie​dzia​ła, że nie mó​wisz po​waż​nie – za​pew​ni​łem ją, choć zda​wa​łem so​bie

– Na pew​no wie​dzia​ła, że nie mó​wisz po​waż​nie – za​pew​ni​łem ją, choć zda​wa​łem so​bie spra​wę, że to mar​ne po​cie​sze​nie. Nie mia​łem po​ję​cia, co in​ne​go moż​na w ta​kiej chwi​li po​wie​dzieć. – Mam na​dzie​ję. Ale i tak do koń​ca ży​cia będę tego ża​ło​wać.

ROZ​DZIAŁ 15

Ale ze mnie kłam​czu​cha

Maggie Obu​dzi​łam się, a mój wzrok od razu padł na le​żą​cą na po​dusz​ce ko​mór​kę. Przez kil​ka mi​nut wpa​try​wa​łam się w nią, nie ru​sza​jąc z łóż​ka. Roz​ma​wia​li​śmy z Wes​tem w nocy po​nad trzy go​dzi​ny, aż w koń​cu przy​snę​łam. Kie​dy wie​dzia​łam, że tego po​trze​bu​je, nie prze​ra​ża​ło mnie brzmie​nie wła​sne​go gło​su. Ale per​spek​ty​wa roz​mo​wy z in​ny​mi na​dal bu​dzi​ła we mnie śmier​tel​ny lęk. Od sa​me​go po​cząt​ku by​łam prze​ko​na​na, że je​śli znów usły​szę swój głos, z po​wro​tem wpeł​znę do kąta i nie będę mo​gła opa​no​wać krzy​ku. Tak się jed​nak nie sta​ło. Po​tra​fi​łam swo​bod​nie roz​ma​wiać z We​stem. Co wię​cej, wczo​raj w nocy opo​wie​dzia​łam o tym, o czym, jak mi się wy​da​wa​ło, ni​g​dy wię​cej nie chcia​łam z ni​kim roz​ma​wiać. I nie do​padł mnie atak pa​ni​ki ani nie za​mknę​łam się w so​bie, zwi​ja​jąc w kłę​bek w ką​cie. Czy by​łam jed​nak go​to​wa, by roz​ma​wiać z in​ny​mi? Nie. Po​wie​dzia​łam im już wszyst​ko, co by​łam w sta​nie. Nie chcia​łam, żeby za​da​wa​li mi py​ta​nia, tak jak West. I żeby zmu​si​li mnie do ze​zna​wa​nia w są​dzie, gdzie sta​nę​ła​bym twa​rzą w twarz z oj​cem. Czło​wie​kiem, któ​ry nie prze​ga​pił ani jed​ne​go mo​je​go wy​stę​pu, gdy by​łam che​er​le​ader​ką. Któ​ry naj​gło​śniej ze wszyst​kich kla​skał na szkol​nym przed​sta​wie​niu, kie​dy wy​szłam na sce​nę w kos​tiu​mie mi​sia, choć umie​ra​łam z żalu, że nie do​sta​łam roli Zło​to​wło​sej. Któ​ry śpie​wał dla mnie na uro​dzi​ny „sto lat” w prze​bra​niu Su​per​ma​na z ko​mik​so​wym tor​tem w obu rę​kach, bo aku​rat pa​sjo​no​wa​łam się bo​ha​te​ra​mi kre​skó​wek. Ten męż​czy​zna był te​raz dla mnie mar​twy. Za​mie​nił każ​de na​sze przy​jem​ne wspo​mnie​nie w kosz​mar. Stał się kom​plet​nie inną oso​bą. Kimś, o kim nie mo​głam roz​ma​wiać ani się z nim zo​ba​czyć. Je​śli za​cznę się od​zy​wać, zmu​szą mnie do mó​wie​nia. O nim, o tym, co się wy​da​rzy​ło i co wi​dzia​łam. Jak bła​gał, że​bym mu wy​ba​czy​ła, pod​czas gdy ja krzy​cza​łam roz​pacz​li​wie do mamy, żeby się obu​dzi​ła. Nie po​tra​fi​łam, nie by​łam na to go​to​wa. Wąt​pi​łam, czy kie​dy​kol​wiek będę. Przez więk​szość swo​je​go ży​cia przy​glą​da​łam się, jak oj​ciec ob​ra​ża mamę, a cza​sem też znę​ca się nad nią fi​zycz​nie. Po​tem ku​po​wał jej bi​żu​te​rię i kwia​ty i w kół​ko po​wta​rzał, jak bar​dzo nas ko​cha. Kie​dy przy​po​mi​na​łam so​bie, jak mó​wił o nas „moje dziew​czy​ny”, mo​men​tal​nie ro​bi​ło mi się nie​do​brze. Zwle​kłam się z łóż​ka i za​czę​łam ubie​rać, czym prę​dzej spy​cha​jąc te wspo​mnie​nia w naj​dal​sze za​ka​mar​ki umy​słu, gdzie trzy​ma​łam je na uwię​zi. Bra​dy za​par​ko​wał swo​je auto przed szko​łą, ale za​miast wy​siąść, od​wró​cił się do mnie. Przez całą dro​gę by​łam po​grą​żo​na w roz​my​śla​niach.

– West to mój naj​lep​szy kum​pel od ma​łe​go. Jest dla mnie jak brat. Aż mnie skrę​ca, jak so​bie po​my​ślę, że mu​siał prze​cho​dzić przez cały ten kosz​mar z cho​ro​bą taty cał​kiem sam, ale to do nie​go po​dob​ne. Nie po​zwa​lał ni​ko​mu się do sie​bie zbli​żyć. Ni​g​dy nie ufał lu​dziom, z wy​jąt​kiem mnie. Aż do te​raz. – Za​wa​hał się na chwi​lę, po czym cięż​ko wes​tchnął. – Uznał, że chce ci za​ufać. Chy​ba mówi szcze​rze, że chce być tyl​ko two​im przy​ja​cie​lem. Ale boję się, że mo​żesz od​czy​tać to ina​czej. Że to coś po​waż​niej​sze​go. Mag​gie, ty masz wła​sne pro​ble​my. Nie chcę, żeby cię wy​ko​rzy​stał. Pew​nie nie chciał​by cię skrzyw​dzić, ale to się może tak skoń​czyć. Dla​te​go pro​szę cię, uwa​żaj i się w nim nie za​bu​jaj. Zro​zum, że on cię po​trze​bu​je tu i te​raz. Może musi się wy​ga​dać przed kimś, kto nie bę​dzie go o nic py​tał, a aku​rat tra​fi​łaś się ty. Ale pil​nuj się, żeby cię nie zra​nił. Ja​sne? Po​my​śla​łam o swo​im za​uro​cze​niu We​stem. Ow​szem, trud​no było mu się oprzeć. Ale nie mia​łam za​mia​ru wy​ko​rzy​sty​wać tego, że po​trze​bo​wał bli​skiej oso​by, któ​ra ro​zu​mia​ła, czym jest ból po stra​cie ro​dzi​ca, i ocze​ki​wać cze​goś po​waż​niej​sze​go. Zda​wa​łam so​bie spra​wę, że nie in​te​re​su​ję go jako dziew​czy​na. Prze​cież ani razu tego po so​bie nie po​ka​zał, jak​by​śmy ni​g​dy się nie po​ca​ło​wa​li. Jak wi​dać, to nic dla nie​go nie zna​czy​ło. Wy​ba​czy​łam mu też jego nie​przy​jem​ne za​cho​wa​nie. Zro​zu​mia​łam, że robi to dla​te​go, że cier​pi. Wszyst​kich od sie​bie od​py​cha. Mnie już nie, trud​no mi więc było trak​to​wać go obo​jęt​nie i trzy​mać dy​stans. W od​po​wie​dzi po​ki​wa​łam tyl​ko gło​wą. Do​ce​nia​łam to, że Bra​dy tak się o mnie trosz​czy. Się​gnął do klam​ki i otwo​rzył drzwi na znak, że roz​mo​wa skoń​czo​na. Za​bra​łam swój ple​cak i ru​szy​łam do szko​ły. Skła​ma​ła​bym, twier​dząc, że nie czu​ję mo​ty​li w brzu​chu na myśl, że zo​ba​czę się z We​stem. Ze​szła noc była dla mnie rów​nie wy​jąt​ko​wa, co trud​na. Na​wet po​mi​mo ostrze​że​nia Bra​dy’ego, któ​re​go zde​cy​do​wa​nie po​win​nam po​słu​chać, jak na szpil​kach cze​ka​łam na spo​tka​nie z We​stem, jego spoj​rze​nie i roz​mo​wę. Z da​le​ka wi​dać już było szaf​ki, gdy na​gle przy​sta​nę​łam w pół kro​ku. Moje oży​wie​nie i mo​ty​le w brzu​chu mo​men​tal​nie się ulot​ni​ły. West tam był, ale nie sam. Z dziew​czy​ną, jed​ną z che​er​le​ade​rek, któ​rą wi​dzia​łam na spo​tka​niu przed​me​czo​wym. Mia​ła dłu​gie, per​fek​cyj​nie uło​żo​ne blond loki. Przy​gry​za​ła war​gę i trze​po​ta​ła rzę​sa​mi, wpa​trzo​na w We​sta. On rów​nież spo​glą​dał na nią w ten spe​cy​ficz​ny spo​sób, w jaki jesz​cze ni​g​dy nie spoj​rzał na mnie. Jak​by chciał ją schru​pać. Żo​łą​dek skrę​cił mi się w su​peł i po​czu​łam ucisk w gar​dle. Dziew​czy​na po​ło​ży​ła mu dłoń na pier​si, a on na​krył ją swo​ją dło​nią. A po​tem do niej mru​gnął. Mia​łam do​syć. Po​sta​no​wi​łam, że na pierw​szą lek​cję za​bio​rę wszyst​kie pod​ręcz​ni​ki ze sobą i ja​koś dam so​bie radę bez ze​szy​tu, tyl​ko z no​te​sem Po​bie​głam do sali, sta​ra​jąc się nie roz​pa​mię​ty​wać swo​jej re​ak​cji na wi​dok We​sta z dziew​czy​ną. Ja​sne, wcze​śniej nie​raz wi​dy​wa​łam go z Ra​le​igh, ale tym ra​zem za​bo​la​ło mnie moc​niej. To było z mo​jej stro​ny nie w po​rząd​ku, wręcz śmiesz​ne, bo jako przy​ja​ciół​ka We​sta po​win​nam się cie​szyć, że się uśmie​cha i do​brze bawi, za​miast po ci​chu się za​drę​czać. By​łam nim jed​nak po​ta​jem​nie za​uro​czo​na, więc nic dziw​ne​go, że to mnie ukłu​ło w ser​ce. Sia​da​jąc w ław​ce, przy​po​mnia​łam so​bie ostrze​gaw​cze sło​wa Bra​dy’ego. Mu​sia​łam uwa​żać. We​sto​wi za​le​ża​ło tyl​ko na przy​jaź​ni. Ko​niec z wy​obra​ża​niem so​bie nie wia​do​mo cze​go! I trze​ba zna​leźć ja​kieś le​kar​stwo na te upar​te mo​ty​le w brzu​chu. Może wy​star​czy wi​dok kle​ją​cej się do nie​go wy​strza​ło​wej blon​dy​ny?

Do sali wszedł pan Tro​ut, a za nim sznu​rem ucznio​wie, któ​rzy do tej pory krę​ci​li się pod

Do sali wszedł pan Tro​ut, a za nim sznu​rem ucznio​wie, któ​rzy do tej pory krę​ci​li się pod drzwia​mi i po ko​ry​ta​rzu. Na sa​mym koń​cu zja​wił się Gun​ner Law​ton, je​den z kum​pli Bra​dy’ego, ra​zem z Ry​ke​rem Lee. Prze​cho​dząc obok, Ry​ker zer​k​nął na mnie i się uśmiech​nął, po czym za​jął miej​sce na sa​mym koń​cu obok Gun​ne​ra. Chło​pa​ki z dru​ży​ny za​wsze trzy​ma​ły się ra​zem. Na na​stęp​nej lek​cji nie unik​nę spo​tka​nia z Char​liem. Po wczo​raj​szym fe​ral​nym obie​dzie nie mia​łam na to więk​szej ocho​ty, ale nie było wy​bo​ru. Na tej lek​cji przy​naj​mniej nikt nie bę​dzie ni​cze​go ode mnie chciał. Pan Tro​ut był jed​nym z na​uczy​cie​li, któ​rzy uwa​ża​li, że mu​szą krzy​czeć, że​bym ich usły​sza​ła. Dla​te​go sta​ra​łam się, jak mo​głam, nie zwra​cać na sie​bie uwa​gi, żeby nie mu​siał mnie upo​mi​nać. Na​gle po​czu​łam w kie​sze​ni wi​bra​cje ko​mór​ki. Wy​kła​da​łam ze​szyt i pod​ręcz​nik na ław​kę, gdy znów za​brzę​cza​ła. Upew​niw​szy się, że pan Tro​ut na​dal jest za​ję​ty przy biur​ku swo​im śnia​da​niem i ga​ze​tą, wy​ję​łam ją dys​kret​nie z kie​sze​ni, żeby spraw​dzić, od kogo do​sta​łam SMS-a. Zwy​kle nikt do mnie nie pi​sał, gdy by​łam w szko​le, nie li​cząc wcze​śniej Na​sha. Nie wi​dzia​łem cię rano przy szaf​kach, a Bra​dy po​wie​dział, że je​steś. Wszyst​ko OK? West. Nie za​uwa​żył mnie, bo był zbyt za​ję​ty swo​ją blon​di. Cho​le​ra, znów nie po​tra​fię się po​wstrzy​mać. Nie może tak być, sko​ro mamy być przy​ja​ciół​mi. Nie wy​obra​ża​łam so​bie, że tak cięż​ko bę​dzie przy​jaź​nić się z We​stem Ash​bym. Kur​czę, po​win​nam była to prze​my​śleć. Prze​cież wie​dzia​łam, jaki on jest, do cze​go jest zdol​ny, byle tyl​ko za​głu​szyć zże​ra​ją​cy go od środ​ka ból. A jed​nak… To było ta​kie skom​pli​ko​wa​ne. Je​stem, tyl​ko nie bra​łam nic z szaf​ki i po​szłam pro​sto do sali. Mu​sia​łam spraw​dzić za​da​nie do​mo​we. Ale ze mnie kłam​czu​cha. Po pro​stu su​per. Wsu​nę​łam czym prę​dzej ko​mór​kę do kie​sze​ni, żeby na​uczy​ciel mnie z nią nie przy​ła​pał, i za​czę​łam w myś​lach ukła​dać li​stę rze​czy do zro​bie​nia. Ta​kich, któ​re nie mają nic wspól​ne​go z We​stem. Pla​no​wa​łam na przy​kład znów za​cząć ćwi​czyć grę na pia​ni​nie. Mama bar​dzo lu​bi​ła mnie słu​chać. Na pew​no chcia​ła​by, że​bym da​lej gra​ła. Za​nim pan Tro​ut zdą​żył po​chło​nąć McMuf​fi​na z jaj​kiem i do​koń​czyć kawę, po​czu​łam się jak inna oso​ba. Wy​zna​czy​łam so​bie nowe cele w ży​ciu i nie za​mie​rza​łam na do​bre za​bu​jać się w We​ście Ash​bym.

ROZ​DZIAŁ 16

Nie była moja

West Za​raz po pierw​szej lek​cji po​sze​dłem pro​sto do swo​jej szaf​ki, żeby za​cze​kać tam na Mag​gie. Nie zo​ba​czy​łem się z nią dziś rano i tro​chę mnie to wy​pro​wa​dzi​ło z rów​no​wa​gi. Wiem, że po​wi​nie​nem od​pu​ścić i dać jej wię​cej swo​bo​dy, ale mia​łem kupę pro​ble​mów na gło​wie. Nie mo​głem nic po​ra​dzić na to, że by​łem od niej do​słow​nie uza​leż​nio​ny. Poza tym to wca​le nie była aż taka zła rzecz. Sze​dłem ko​ry​ta​rzem, gdy na​gle ob​ję​ło mnie czy​jeś ra​mię i po​czu​łem na swo​jej ręce do​tyk twar​dych cyc​ków. Nie mu​sia​łem na​wet opusz​czać wzro​ku, żeby wie​dzieć, że to Se​re​na. Ze​rwa​łem z Ra​le​igh, więc bar​dzo sta​ra​ła się za​jąć jej miej​sce. Od​kąd pa​mię​tam, za​wsze ze sobą ry​wa​li​zo​wa​ły. Kie​dy spo​tka​łem Se​re​nę rano przy szaf​kach, na​wet mia​łem ocho​tę się z nią za​ba​wić. Była dia​bel​nie sek​sow​na z tą swo​ją bu​rzą blond lo​ków. Ale już po dzie​się​ciu mi​nu​tach flir​to​wa​nia za​czę​ła grać mi na ner​wach. Mia​ła zbyt pi​skli​wy głos i wiecz​nie trze​po​ta​ła rzę​sa​mi, aż ba​łem się, że za​raz jej od​pad​ną, bo nie mo​gły być praw​dzi​we. – Mamy ra​zem na​stęp​ną lek​cję. Usiądź ze mną, zo​ba​czysz, nie bę​dziesz się nu​dził – za​pro​po​no​wa​ła, przy​wie​ra​jąc do mnie ca​łym cia​łem. Wie​dzia​łem, co Se​re​na ma na my​śli. Wi​dzia​łem ją już nie​raz w ak​cji. Ale nie by​łem w na​stro​ju, nie dziś. Mu​sia​łem ko​niecz​nie zo​ba​czyć się z Mag​gie. – Nie wąt​pię – od​par​łem. Nie chcia​łem być zło​śli​wy, za​le​ża​ło mi tyl​ko, żeby jak naj​szyb​ciej się jej po​zbyć. Za​chi​cho​ta​ła i jesz​cze moc​niej się do mnie przy​kle​iła. Po​wo​li za​czy​na​łem się przy niej du​sić. Jak​bym nie mógł swo​bod​nie za​czerp​nąć po​wie​trza. Pa​skud​ne uczu​cie. Gdzie jest Mag​gie? Prze​cze​sy​wa​łem wzro​kiem za​tło​czo​ny ko​ry​tarz, kie​ru​jąc się ku szaf​kom. Se​re​na cały czas na​wi​ja​ła, ale prze​sta​łem jej słu​chać. Mag​gie zno​wu nie było przy szaf​ce, więc za​czą​łem się na se​rio de​ner​wo​wać. Przy​sta​ną​łem i obej​rza​łem się za sie​bie, czy gdzieś jej nie wi​dać. Nic z tego. – Szu​kasz ko​goś? – spy​ta​ła na​dal uwie​szo​na na mnie Se​re​na. Nie mia​łem za​mia​ru jej od​po​wie​dzieć. Od razu da​ła​by po​pa​lić Mag​gie. Do​brze wie​dzia​łem, co po​tra​fią ta​kie la​ski jak Se​re​na. Zro​bi jej o mnie dzi​ką sce​nę, a bied​na mała Mag​gie nie bę​dzie w sta​nie w ża​den spo​sób na to za​re​ago​wać. Se​re​na nie uzna​wa​ła przy​jaź​ni dam​sko-mę​skiej, od razu za​ło​ży​ła​by, że star​tu​ję do Mag​gie. Nie po​wiem, że nie przy​szła mi ocho​ta po​now​nie wziąć ją w ra​mio​na i po​ca​ło​wać… Przy​szła, i to nie​raz. Pro​blem w tym, że nie by​łem wy​star​cza​ją​co do​bry dla ta​kiej dziew​czy​ny jak ona. Nie mógł​bym być tym je​dy​nym. Nie nada​wa​łem się do związ​ków, a Mag​gie za​słu​gi​wa​ła na ko​goś znacz​nie lep​sze​go.

Ale mógł być ze mnie do​bry kum​pel. Zer​ka​jąc po​now​nie w stro​nę sza​fek, gdzie wciąż nie było ani śla​du Mag​gie, od​su​ną​łem od sie​bie Se​re​nę. – Mu​szę le​cieć. Mam coś do za​ła​twie​nia. Nie idę na na​stęp​ną lek​cję – oznaj​mi​łem z roz​tar​gnie​niem, cały czas uważ​nie ob​ser​wu​jąc ko​ry​tarz. Po​tem po​sze​dłem w stro​nę sali, w któ​rej miał lek​cję Bra​dy. On na pew​no wie​dział, gdzie mogę ją zna​leźć. Dziw​ne, że w ogó​le nie przy​szła do swo​jej szaf​ki. Co ona so​bie my​śli? Cały czas tar​ga ze sobą wszyst​kie książ​ki? Skrę​ci​łem za róg i na​resz​cie ją wy​pa​trzy​łem. Sta​ła pod ścia​ną zgię​ta wpół, wyj​mu​jąc książ​ki z wy​pcha​ne​go ple​ca​ka. Po​czu​łem taką ulgę na jej wi​dok, że pra​wie się prze​stra​szy​łem. Chy​ba jed​nak za bar​dzo się od niej uza​leż​ni​łem. Po raz pierw​szy tego dnia się uśmiech​ną​łem. Wi​dzia​łem, jak Mag​gie przy​gry​za dol​ną war​gę i marsz​czy z wy​sił​kiem czo​ło. Wes​tchnę​ła gło​śno i wy​pro​sto​wa​ła się, żeby za​ło​żyć za uszy wło​sy, któ​re opa​dły jej na twarz. Gdy je przy​gła​dzi​ła, po​now​nie wes​tchnę​ła i wte​dy na​sze oczy się spo​tka​ły. W jej oczach na uła​mek se​kun​dy po​ja​wił się błysk ra​do​ści, na wi​dok któ​re​go jesz​cze bar​dziej się roz​pro​mie​ni​łem. Ale moja ra​dość szyb​ko zga​sła, bo Mag​gie po​sła​ła mi wy​mu​szo​ny uśmiech, a po​tem znów się schy​li​ła i za​czę​ła z po​wro​tem upy​chać do ple​ca​ka wy​ję​te z nie​go przed chwi​lą rze​czy. Co ona mą​dre​go robi? Pod​sze​dłem do niej i przy​kuc​ną​łem, tak że na​sze oczy zna​la​zły się na jed​nej wy​so​ko​ści. Przez chwi​lę wpa​try​wa​ła się w moje sto​py, a po​tem po​wo​li unio​sła gło​wę i spoj​rza​ła mi w oczy. Za​uwa​ży​łem jej za​czer​wie​nio​ne po​licz​ki. – Mamy tu taki wy​na​la​zek, któ​ry na​zy​wa się szaf​ka. Dzię​ki niej nie trze​ba cały dzień tar​gać ze sobą tych wszyst​kich ce​gieł. Może war​to ją wy​pró​bo​wać, co? – za​żar​to​wa​łem, w na​dziei, że jej sztucz​ny uśmiech ustą​pi miej​sca praw​dzi​we​mu. Czyż​by mia​ła coś prze​ciw​ko temu, że wczo​raj ga​da​liś​my ze sobą do póź​niej nocy, aż obo​je za​snę​li​śmy? Dla​cze​go po czymś ta​kim ukry​wa się przede mną? Bo te​raz, gdy wresz​cie ją do​pa​dłem i prze​ko​na​łem się na wła​sne oczy, że uni​ka mo​je​go wzro​ku, było ja​sne, że nie po​ja​wi​ła się przy swo​jej szaf​ce z mo​je​go po​wo​du. – Mó​wię se​rio, Mag​gie. Da​waj mi ten ple​cak, za​nio​sę go do two​jej szaf​ki i wy​ła​du​ję. Nie mo​żesz no​sić ta​kich cię​ża​rów. Bo jak nie, to będę cię mu​siał umó​wić z moim krę​ga​rzem. Za​pię​ła za​mek ple​ca​ka i wy​pro​sto​wa​ła się, a ja ra​zem z nią. Chcia​ła go pod​nieść z pod​ło​gi, ale by​łem szyb​szy. – No chodź – po​le​ci​łem, kła​dąc dłoń w dole jej ple​ców, i po​pro​wa​dzi​łem ją przez tłum na ko​ry​ta​rzu w stro​nę sza​fek. Po​zwo​li​ła mi na to, a mnie było bar​dzo przy​jem​nie jej do​ty​kać. Trzy​ma​łem dłoń na ple​cach wie​lu dziew​czyn, ale to było zu​peł​nie inne uczu​cie, bez po​rów​na​nia. Zu​peł​nie jak​bym da​wał wszyst​kim do zro​zu​mie​nia, że Mag​gie jest moja. Śmiesz​ne, bo prze​cież nie by​li​śmy ra​zem. Była tyl​ko przy​ja​ciół​ką. Nie była moja. Jed​nak coś było na rze​czy, bo już sama ta myśl przy​pra​wi​ła mnie o szyb​sze bi​cie ser​ca. Ale nie. Mu​szę wy​bić ją so​bie z gło​wy. Mia​łem spa​pra​ne ży​cie, a Mag​gie była moją oazą spo​ko​ju. Nie wol​no mi tego my​lić z czymś in​nym i w ten spo​sób wszyst​kie​go ze​psuć. Oka​za​ło się, że znam jej kod jesz​cze z ze​szłe​go ty​go​dnia. Za​pa​mię​ta​łem go cał​ko​wi​cie bez​wied​nie. Otwo​rzy​łem bły​ska​wicz​nie szaf​kę i za​czą​łem wy​kła​dać do niej rze​czy z jej ple​ca​ka. – Któ​rych po​trze​bu​jesz na te​raz? – spy​ta​łem, od​wra​ca​jąc do niej gło​wę.

Sta​nę​ła tuż obok, po​czu​łem od niej za​pach wa​ni​lii. Nie od​su​ną​łem się, sta​łem w miej​scu jak wry​ty, wcią​ga​jąc go do płuc. To nie były per​fu​my. Po pro​stu tak pach​nia​ła… Mag​gie. Mag​gie wy​ję​ła z szaf​ki je​den z pod​ręcz​ni​ków, a po​tem się​gnę​ła do swo​je​go ple​ca​ka, któ​ry trzy​ma​łem w rę​kach. Wy​cią​gnę​ła z nie​go no​tes i zro​bi​ła krok w tył. De​li​kat​na woń wa​ni​lii na​dal wi​sia​ła w po​wie​trzu. Odło​ży​łem ple​cak, na​ka​zu​jąc so​bie w du​chu, żeby się przy niej opa​no​wać. Nie​do​brze, je​śli za każ​dym ra​zem będę pró​bo​wał odu​rzać się jej za​pa​chem. Kie​dy upo​ra​łem się już ze wszyst​ki​mi jej rze​cza​mi, za​mkną​łem szaf​kę i od​wró​ci​łem się do niej. – Po​wiesz mi, dla​cze​go nie było cię tu rano? Nie by​łem pe​wien, czy bę​dzie chcia​ła tu roz​ma​wiać, bo ktoś mógł nas pod​słu​chać. Opu​ści​ła gło​wę i się​gnę​ła po swój ple​cak. Kie​dy w koń​cu spoj​rza​ła mi w oczy, wzru​szy​ła tyl​ko ra​mio​na​mi. A to ozna​cza​ło, że nie ma za​mia​ru się ode​zwać. W po​rząd​ku. Je​śli chce roz​ma​wiać tyl​ko na osob​no​ści, ja​koś dam so​bie radę. Choć to może być trud​ne, bio​rąc pod uwa​gę to, co do niej czu​łem. Zna​łem już do​tyk jej ust i za​pach – to były dwa po​wo​dy, dla któ​rych by​cie sam na sam z Mag​gie mo​gło oka​zać się dla mnie pie​kiel​nie trud​ne. Cho​le​ra ja​sna, mu​sia​łem wziąć się w garść. Może Se​re​na to jed​nak do​bry po​mysł? Zna​ła się na rze​czy i nie in​te​re​so​wa​ło jej nic poza sek​sem i prze​chwał​ka​mi przed ko​le​żan​ka​mi. Wy​cią​gną​łem rękę i za​ło​ży​łem Mag​gie za ucho luź​ne pa​smo wło​sów. To tyl​ko po​gor​szy​ło spra​wę. Kie​dy na nią pa​trzy​łem lub jej do​ty​ka​łem, nie mia​łem ocho​ty za​da​wać się z in​ny​mi dziew​czy​na​mi. – Bra​ko​wa​ło mi cie​bie rano. Nie mo​głem się cie​bie do​cze​kać. Kie​dy nie przy​szłaś, spa​ni​ko​wa​łem – przy​zna​łem się. Na te sło​wa jej twarz zła​god​nia​ła, a wte​dy znów za​czę​ła przy​po​mi​nać mi tę Mag​gie, któ​rą zna​łem z ze​szłej nocy. Tę, któ​ra mi ufa​ła. Bar​dzo mnie to ucie​szy​ło. Po​de​szła krok bli​żej, po czym le​ciut​ko mu​snę​ła pal​ca​mi moją dłoń, i to dwa razy. Po​tem po​sła​ła mi uśmiech. Ode​tchną​łem z ulgą. Wte​dy od​wró​ci​ła się i ode​szła.

ROZ​DZIAŁ 17

West uświa​do​mił mi, że na​dal mam uczu​cia

Maggie No i mia​łam za​gwozd​kę. To, co czu​łam do We​sta, prze​szło z eta​pu za​uro​cze​nia w coś znacz​nie po​waż​niej​sze​go. Wy​raź​nie się o mnie trosz​czył. Jak mia​łam uwa​żać, żeby nie za​ko​chać się w We​ście Ash​bym, sko​ro zro​bił się taki cho​ler​nie sym​pa​tycz​ny? Nie za​sta​łam go przy szaf​kach po dru​giej lek​cji, ale to nor​mal​ne, bo rzad​ko się przy nich po​ja​wiał. Miał lek​cje w in​nym skrzy​dle szko​ły, więc gdy​by przy​cho​dził tu na prze​rwach, spóź​niał​by się na za​ję​cia. Z tego sa​me​go po​wo​du ja też nie cho​dzi​łam do swo​jej szaf​ki mię​dzy trze​cią a czwar​tą lek​cją. Zo​ba​czy​łam go do​pie​ro na obie​dzie. Wcho​dząc do sto​łów​ki, mo​men​tal​nie po​wę​dro​wa​łam wzro​kiem w stro​nę jego sto​li​ka. I pra​wie od razu mu​sia​łam się upo​mnieć, że je​ste​śmy tyl​ko przy​ja​ciół​mi, bo zo​ba​czy​łam przy nim blond che​er​le​ader​kę. Z da​le​ka było wi​dać, jak bar​dzo mu się po​do​ba. W taki spo​sób, w jaki ja ni​g​dy mu się nie spodo​bam. Mo​ty​le z mo​je​go brzu​cha gdzieś się ulot​ni​ły, a za​miast nich po​ja​wił się ucisk w ser​cu. Może by​ło​by mi lżej, gdy​by West ni​g​dy mnie nie po​ca​ło​wał. Gdy​bym nie mu​sia​ła przy​jąć do wia​do​mo​ści, że pró​bo​wał mnie po​de​rwać, ale wi​docz​nie mu się nie spodo​ba​łam. Dla​te​go wi​dząc go te​raz z inną dziew​czy​ną, od razu przy​po​mnia​łam so​bie, że nie je​stem w jego ty​pie. Prze​cięt​na i mało efek​tow​na. Wy​brał mnie na przy​ja​ciół​kę tyl​ko dla​te​go, że wie​dzia​łam, jak to jest stra​cić ro​dzi​ca i da​lej żyć. Jego oczy ze​śli​zgnę​ły się z to​wa​rzysz​ki i za​trzy​ma​ły na mnie. A wte​dy do mnie mru​gnął. Nie mogę, na​praw​dę mu​siał to zro​bić? Wy​si​li​łam się na uśmiech, ma​jąc na​dzie​ję, że na​tu​ral​ny, po czym sta​nę​łam w ko​lej​ce do bu​fe​tu. Char​lie nie roz​ma​wiał ze mną ani na dru​giej, ani na czwar​tej prze​rwie. Uśmiech​nął się do mnie tyl​ko z za​kło​po​ta​niem i to wszyst​ko. Do​my​śla​łam się, że nie po​dej​dzie dziś do mnie w sto​łów​ce i nie za​pro​po​nu​je mi, że​bym z nim usia​dła. Chcąc nie chcąc, przy​słu​chi​wa​łam się pro​wa​dzo​nym wo​kół mnie roz​mo​wom. Do​wie​dzia​łam się od sto​ją​cych przede mną dziew​czyn – raz po raz zer​ka​ją​cych na sto​lik We​sta – że jego nowa sym​pa​tia na​zy​wa się Se​re​na. Po​dob​no wszy​scy spo​dzie​wa​li się, że to ona zaj​mie miej​sce Ra​le​igh u boku We​sta. Pod​słu​cha​łam też, że Ra​le​igh dziś rano po​pła​ka​ła się w to​a​le​cie z ich po​wo​du. Było mi jej szcze​rze żal. Stra​ta ko​goś ta​kie​go, jak West Ash​by, musi być trud​nym prze​ży​ciem. Za​nim do​tar​łam do bu​fe​tu, do​wie​dzia​łam się jesz​cze, że Se​re​na i Ra​le​igh to od​wiecz​ne ry​wal​ki. I że nie trze​ba bę​dzie dłu​go cze​kać, aż sko​czą so​bie do oczu na ko​ry​ta​rzu. Roz​glą​da​jąc się za wol​nym miej​scem, ce​lo​wo omi​ja​łam wzro​kiem We​sta. Nie chcia​łam wyjść na ża​łos​ną idiot​kę, któ​ra li​czy na za​pro​sze​nie do jego sto​li​ka. W rze​czy​wi​sto​ści była to

ostat​nia rzecz, na jaką mia​łam ocho​tę. Nie uśmie​cha​ło mi się przy​glą​dać za​ko​cha​nej par​ce z bli​ska. Ru​szy​łam więc ku bocz​nym drzwiom, żeby usiąść przy jed​nym ze sto​li​ków na ze​wnątrz. Nie były zbyt moc​no ob​le​ga​ne, bo na dwo​rze pa​no​wał upał. Tu, w Ala​ba​mie, za​czy​na​ło się ro​bić chłod​niej naj​wcze​śniej w paź​dzier​ni​ku. Nic dziw​ne​go, że każ​dy wo​lał sie​dzieć w kli​ma​ty​zo​wa​nej sto​łów​ce. Na ze​wnątrz wy​cho​dzi​ły je​dy​nie naj​więk​sze od​lud​ki. By​łam jed​nym z nich, więc mi to pa​so​wa​ło. Choć nie mia​łam jesz​cze po​my​słu, co ze sobą zro​bię, kie​dy się ochło​dzi. Na ze​wnątrz sta​ło pięć sto​li​ków. Czte​ry z nich były za​ję​te przez po​je​dyn​cze oso​by. Na skraw​ku tra​wy pod każ​dym z dwóch roz​ło​ży​stych dę​bów rów​nież sie​dzie​li ja​cyś sa​mot​ni​cy z ka​nap​ka​mi i książ​ka​mi w rę​kach. Wy​ma​rzo​ne miej​sce dla mnie, bez dwóch zdań. Po​de​szłam do wol​ne​go sto​li​ka i po​ło​ży​łam na nim swo​ją tacę. Po​tem wy​cią​gnę​łam z ple​ca​ka książ​kę z bi​blio​te​ki, żeby po​czy​tać przy je​dze​niu. – Co ty tu ro​bisz? Mag​gie, prze​cież jest po​nad trzy​dzie​ści stop​ni! Prze​stra​szo​na gło​sem We​sta po​de​rwa​łam gło​wę znad książ​ki i zo​ba​czy​łam go po dru​giej stro​nie sto​li​ka. Stał nade mną z rę​ka​mi za​ło​żo​ny​mi na pier​siach. Z mo​jej per​spek​ty​wy wy​da​wał się ol​brzy​mi. Miał opusz​czo​ne ni​sko na bio​dra dżin​sy, a pod do​pa​so​wa​ną ko​szul​ką wspa​nia​le ry​so​wa​ło się umię​śnio​ne cia​ło. Wpa​try​wa​łam się w nie​go bez sło​wa. Chy​ba już się do​my​ślił, że nie za​mie​rzam się tu​taj ode​zwać. – Wra​caj do środ​ka. Mam dla cie​bie miej​sce przy na​szym sto​li​ku – za​ko​mu​ni​ko​wał, wska​zu​jąc gło​wą na drzwi. O nie, nie będę ja​dła z nim i Se​re​ną. Nie ma głu​pich. Może to dzie​cin​ne, ale nie by​łam w sta​nie oglą​dać ich ra​zem. Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą. Zmarsz​czył czo​ło, aż mię​dzy brwia​mi po​ja​wi​ła mu się pio​no​wa kre​ska. – Dla​cze​go nie? Wzru​szy​łam ra​mio​na​mi, opusz​cza​jąc wzrok na swo​ją tacę z nie​tknię​tym je​dze​niem. – Pro​szę. Je​śli nie, wyj​dę tu do cie​bie, a nie uśmie​cha mi się jeść w tym prze​klę​tym upa​le. Unio​słam wzrok i spoj​rza​łam mu w oczy, marsz​cząc czo​ło tak jak on. Po co mia​ła​bym z nim iść? Było mi tu do​brze, mia​łam książ​kę do czy​ta​nia. Przy ich sto​li​ku będę wszyst​kim za​wa​dzać, szcze​gól​nie Bra​dy’emu. Pod​nio​słam książ​kę, żeby dać mu do zro​zu​mie​nia, że mi tu do​brze, po czym odło​ży​łam ją z po​wro​tem na blat. Za​śmiał się, a mnie mo​men​tal​nie ści​snę​ło w żo​łąd​ku. No ład​nie. – Wo​lisz czy​tać w upa​le niż sie​dzieć w środ​ku ze mną? Po​ki​wa​łam gło​wą. – Za​ła​mu​jesz mnie, ko​cha​nie. Ko​cha​nie. Wła​śnie tak mnie na​zwał. Ja​sne, że sły​sza​łam, jak mó​wił to in​nym dziew​czy​nom. Ale mnie jesz​cze ni​g​dy. O nie, nie uśmiech​nę się jak słod​ka idiot​ka. Jak on śmie tak się do mnie zwra​cać? W za​sa​dzie po​win​nam się ob​ra​zić. Ale wca​le się nie ob​ra​zi​łam. Cho​le​ra! – Bo​isz się Bra​dy’ego? Prze​cież zgo​dził się na na​szą przy​jaźń. Poza tym przy​pro​wa​dzi​łem Se​re​nę. Ma do​wód, że nie za​mie​rzam cię pod​ry​wać.

Te sło​wa po​dzia​ła​ły na mnie jak ku​beł zim​nej wody. Dzię​ki, West, że wska​za​łeś mi moje miej​sca w sze​re​gu. W tej chwi​li in​te​re​so​wa​ła mnie już tyl​ko moja książ​ka. Znów pod​nio​słam ją ze sto​li​ka, po​sy​ła​jąc mu wy​mu​szo​ny uśmiech. Znów się na​chmu​rzył, cięż​ko wzdy​cha​jąc. – Niech ci bę​dzie, czy​taj so​bie. Po​ki​wa​łam gło​wą, za​do​wo​lo​na, że na​resz​cie od​pu​ścił. West po​krę​cił z nie​do​wie​rza​niem gło​wą, ale od​wró​cił się i po​szedł do sto​łów​ki, zo​sta​wia​jąc mnie samą. Tak jak so​bie ży​czy​łam. I do​brze. Prze​cież sama tego chcia​łam. Więc dla​cze​go, gdy od​szedł, po​czu​łam się jesz​cze bar​dziej sa​mot​na? Gdy​by mnie tu nie na​cho​dził, sie​dzia​ła​bym so​bie spo​koj​na i za​do​wo​lo​na. A te​raz trud​no mi bę​dzie sku​pić się na książ​ce. Spo​tka​łam We​sta po​now​nie przy swo​jej szaf​ce na ostat​niej prze​rwie. Po​wie​dział tyl​ko, że ma na​dzie​ję, że moja książ​ka oka​za​ła się cie​ka​wa, po czym od​gar​nął mi wło​sy z ra​mie​nia i so​bie po​szedł. Ze szko​ły ode​bra​ła mnie cio​cia Co​ra​lee. Jak zwy​kle, bo Bra​dy co​dzien​nie po lek​cjach miał trzy​go​dzin​ny tre​ning. Po po​wro​cie za​wsze cze​ka​ło na mnie w domu coś na ząb i kie​dy ja​dłam, ona opo​wia​da​ła mi, jak mi​nął jej dzień. Przy​słu​chi​wa​łam się jej z uwa​gą, a gdy za​da​wa​ła mi py​ta​nie, od​po​wia​da​łam ski​nie​niem gło​wy. Nie wy​ma​ga​ła ode mnie wię​cej i w prze​ci​wień​stwie do Jo​rie w ogó​le nie de​ner​wo​wa​ła się moim mil​cze​niem. Moja chrzest​na na​dal nie na​pi​sa​ła do mnie ani jed​ne​go SMS-a, choć na to cze​ka​łam. Nie dla​te​go, że za nią tę​sk​ni​łam – ode​tchnę​łam z ulgą po wy​pro​wadz​ce – ale osta​tecz​nie była czę​ścią mo​je​go dzie​ciń​stwa. Taka przy​szy​wa​na cio​cia, za​wsze obec​na na im​pre​zach ro​dzin​nych i świą​tecz​nych spo​tka​niach. Kie​dy wsta​wa​łam od sto​łu, ści​ska​łam cio​cię Co​ra​lee, bo wi​dać było, że spra​wia jej to przy​jem​ność, i szłam do swo​je​go po​ko​ju. Wu​jek Bo​one wra​cał do domu kil​ka go​dzin póź​niej. Co​dzien​nie po pra​cy jeź​dził do Bra​dy’ego i ob​ser​wo​wał koń​ców​kę tre​nin​gu, a po​tem dys​ku​to​wa​li o nim przy ko​la​cji. Tak wy​glą​dał z grub​sza każ​dy mój dzień. Ru​ty​na da​wa​ła mi po​czu​cie bez​pie​czeń​stwa. Cza​sem za​sta​na​wia​łam się, czy by​ła​bym w lep​szym sta​nie, gdy​bym za​miesz​ka​ła tu od razu po śmier​ci mamy. Może po​tra​fi​ła​bym bar​dziej ufać lu​dziom i wszyst​ko po​to​czy​ło​by się ina​czej? Nie stra​ci​ła​bym tak wie​le z daw​nej sie​bie. Co zo​sta​ło z dziew​czy​ny, któ​rą kie​dyś by​łam? Te​raz nie mia​łam po​ję​cia, jaka wła​ści​wie je​stem. Daw​ni przy​ja​cie​le ze​rwa​li ze mną kon​takt. Prze​sta​li ese​me​so​wać kil​ka ty​go​dni po tym, co się wy​da​rzy​ło. Pew​nie dla​te​go, że im nie od​pi​sy​wa​łam. Moja naj​lep​sza przy​ja​ciół​ka po​szła tam​te​go roku na stud​niów​kę z moim chło​pa​kiem – wi​dzia​łam ich fot​ki na In​sta​gra​mie. W ogó​le mnie to nie obe​szło. Nic z mi​nio​ne​go ży​cia już się dla mnie nie li​czy​ło. Jesz​cze do nie​daw​na by​łam prze​ko​na​na, że po​zby​łam się bez​pow​rot​nie wszel​kich emo​cji. Do​pie​ro West uświa​do​mił mi, że na​dal mam uczu​cia. Że moje ser​ce wciąż może dla ko​goś bić. Że może mi jesz​cze na kimś za​le​żeć. Szko​da tyl​ko, że tym kimś był on. Le​ża​łam na ple​cach na łóż​ku, wbi​ja​jąc wzrok w su​fit. Mu​sia​łam wziąć się w garść i od​zy​skać trzeź​we spoj​rze​nie. West przy​glą​dał się, jak jego oj​ciec umie​ra. Wie​dzia​łam, jak to boli.

Po​trze​bo​wał mnie – jako przy​ja​ciół​ki. Miał wo​kół sie​bie do​syć chęt​nych dziew​czyn, a ja nie by​łam jed​ną z nich. Dla​te​go nie wol​no mi się na nie​go ob​ra​żać i de​ner​wo​wać, że ma dziew​czy​nę. Je​śli po​tra​fi​ła go choć tro​chę roz​we​se​lić, po​win​nam być jej za to wdzięcz​na. Obie​ca​łam We​sto​wi, że będę jego przy​ja​ciół​ką i do​trzy​mam sło​wa. Nie pój​dę za gło​sem ser​ca. Dam mu to, cze​go po​trze​bu​je.

ROZ​DZIAŁ 18

Nie by​li​śmy aż tak cho​ler​nie za​baw​ni

West Dziś był pią​tek – dzień me​czu. Kie​dyś bar​dzo je lu​bi​łem. Tata zwy​kle sam mnie bu​dził i je​dli​śmy ra​zem śnia​da​nie, roz​ma​wia​jąc o na​szej grze i stra​te​gii. Tego ran​ka obu​dził mnie gło​śny ło​skot. Wy​sko​czy​łem z łóż​ka, prze​bie​głem ko​ry​tarz i wpa​dłem do kuch​ni, gdzie na​tkną​łem się na mamę sto​ją​cą wśród odłam​ków roz​bi​tych ta​le​rzy. Kie​dy pod​nio​sła na mnie wzrok, zo​ba​czy​łem, że po jej po​licz​kach pły​ną łzy. – Chcia​łam ci zro​bić śnia​da​nie – za​łka​ła – ale nie mo​głam do​się​gnąć gór​nej pół​ki. Tata za​wsze wyj​mo​wał mi stam​tąd go​frow​ni​cę. Po​śli​zgnę​łam się i po​cią​gnę​łam dru​gą pół​kę na sie​bie. – Z jej pier​si po​now​nie wy​rwał się szloch. Ob​ją​łem ją i moc​no do sie​bie przy​tu​li​łem. – Idź na górę do taty. Sam so​bie zro​bię śnia​da​nie i wszyst​ko po​sprzą​tam. Po​win​naś być te​raz przy nim. Po​ki​wa​ła gło​wą i znów za​czę​ła pła​kać. I tak za​czął się mój dzień. Na po​że​gna​nie cmok​ną​łem mamę w po​li​czek, a tatę w czo​ło i obie​ca​łem mu, że wy​gra​my z dużą prze​wa​gą i kie​dy wró​cę, o wszyst​kim mu opo​wiem. Jed​no​cze​śnie cały czas ma​rzy​łem tyl​ko o tym, by jak naj​szyb​ciej zna​leźć się w szko​le i spo​tkać z Mag​gie. Czu​łem bo​le​sny ucisk w pier​si i w gar​dle, ale wie​dzia​łem, że gdy tyl​ko usły​szę jej głos, od​zy​skam rów​no​wa​gę. Nie chcia​łem do niej dzwo​nić, bo o tej po​rze je​cha​ła z Bra​dym sa​mo​cho​dem do szko​ły, więc nie mo​gła przy nim ga​dać. Mu​sia​łem do​paść ją rano w szko​le, na osob​no​ści. W prze​ciw​nym ra​zie cał​ko​wi​cie się za​ła​mię. Kie​dy pod​je​cha​łem przed szko​łę, do​strze​głem na par​kin​gu pi​ka​pa Bra​dy’ego. Uff… Chy​ba ni​g​dy wcześ​niej aż tak się nie ucie​szy​łem na wi​dok tego gra​ta. Nie zwra​ca​jąc uwa​gi na zna​jo​mych, któ​rzy wo​ła​li mnie po imie​niu, po​gna​łem do środ​ka, żeby jak naj​szyb​ciej zna​leźć się przy swo​jej szaf​ce. Przy Mag​gie. Kie​dy z da​le​ka do​strze​głem tył jej gło​wy, ucisk w mo​jej pier​si nie​znacz​nie osłabł. Na szczę​ście już przy​szła. Pa​trzy​łem tyl​ko na nią, prze​dzie​ra​jąc się przez tłum na ko​ry​ta​rzu i po​wta​rza​jąc w my​ślach, że dam radę przez to wszyst​ko prze​brnąć. Bo jest przy mnie Mag​gie. – Hej – wy​dy​sza​łem pra​wie bez tchu, do​pa​da​jąc sza​fek. Cze​ka​łem cier​pli​wie, aż się od​wró​ci i na mnie spoj​rzy. Dziw​ne – po​ma​ga​ła mi już sama myśl o tym, że za​raz ją zo​ba​czę. Za​mknę​ła swo​ją szaf​kę i od​wró​ci​ła się w moją stro​nę. Na wi​dok mo​jej miny jej uśmiech stop​nio​wo gasł. A więc wie​dzia​ła. Nie mu​sia​łem w ogó​le się od​zy​wać, a ona od razu wie​dzia​ła, że dzie​je się ze mną coś złe​go. Wła​śnie dla​te​go tak jej po​trze​bo​wa​łem. Ro​zu​mia​ła mnie bez słów.

Nie spusz​cza​jąc ze mnie wzro​ku, prze​śli​zgnę​ła pal​ca​mi po mo​jej dło​ni w de​li​kat​nym ge​ście, jak to mia​ła w zwy​cza​ju. Cała ona. Od​wró​ci​łem dłoń i splo​tłem z nią swo​je pal​ce. Moc​no je ści​snę​ła, choć jej drob​na dłoń pra​wie cał​kiem gi​nę​ła w mo​jej. – Je​stem przy to​bie – szep​nę​ła, pra​wie nie ru​sza​jąc war​ga​mi. Do​kład​nie tego mi było trze​ba. Ucisk w pier​si ulot​nił się i znów mo​głem swo​bod​nie od​dy​chać. – Cięż​ki po​ra​nek – wy​ja​śni​łem, choć i tak się do​my​śla​ła. Ski​nę​ła gło​wą i mu​snę​ła kciu​kiem wierzch mo​jej dło​ni. Przy​jem​nie było trzy​mać ją za rękę. Wy​star​czył je​den jej do​tyk, żeby wszyst​kie moje lęki i wąt​pli​wo​ści mo​men​tal​nie się roz​wia​ły. – Cześć, przy​stoj​nia​ku. – Głos Se​re​ny spra​wił, że cała ma​gia chwi​li pry​sła, a dłoń Mag​gie bły​ska​wicz​nie się cof​nę​ła. Od​su​nę​ła się ode mnie, za​nim zdą​ży​łem za​pro​te​sto​wać, wy​mi​nę​ła nas i znik​nę​ła w tłu​mie. Strzą​sną​łem dłoń Se​re​ny ze swo​je​go ra​mie​nia, wściek​ły, że nam prze​szko​dzi​ła. W cią​gu dnia nie mia​łem zbyt wie​lu oka​zji, żeby spo​tkać się z Mag​gie. Je​śli mam dziś wyjść na bo​isko, po​trzeb​na mi jej po​moc, żeby po​ukła​dać so​bie wszyst​ko w gło​wie. – Co tam? Stre​sik przed me​czem? Prze​cież i tak bę​dziesz re​we​la​cyj​ny. Jak za​wsze. Pod​sze​dłem do swo​jej szaf​ki, nie od​zy​wa​jąc się ani sło​wem. Przez kil​ka ostat​nich dni jej obec​ność była mi na​wet na rękę. Jej dło​nie i usta po​tra​fi​ły spra​wić, że czu​łem się jak w siód​mym nie​bie i o ni​czym in​nym nie my​śla​łem. Ale dziś Se​re​na nie była mi po​trzeb​na. Ani seks. Nie znaj​dę za​po​mnie​nia mię​dzy jej no​ga​mi ani w ustach. A je​śli na​wet, to tyl​ko na kil​ka mi​nut. Po​tem cały mój kosz​mar znów do mnie wró​ci. Po​ma​ga​ła mi tyl​ko obec​ność Mag​gie. – Co ci jest? Cze​mu je​steś taki sztyw​ny? Chodź ze mną do to​a​le​ty, po​mo​gę ci się roz​luź​nić, tak jak wczo​raj. Po​do​ba​ło ci się, co nie? Wo​la​łem, żeby mi nie przy​po​mnia​ła, jak ni​sko upa​dłem. Gdy​by Mag​gie wie​dzia​ła, że w ten spo​sób wy​ko​rzy​sty​wa​łem dziew​czy​ny, uzna​ła​by to za wstręt​ne. Ona nie po​słu​gi​wa​ła się ni​kim, żeby ulżyć so​bie w bólu. Ra​dzi​ła so​bie z nim sama. Ni​ko​go nie ra​ni​ła, żeby po​czuć się le​piej. – Nie dzi​siaj. Mu​szę się sku​pić na me​czu – ode​zwa​łem się w koń​cu do Se​re​ny, po czym wy​mi​ną​łem ją i po​bie​głem pro​sto do kla​sy, żeby nie mo​gła mnie po​now​nie do​paść. *** Do prze​rwy obia​do​wej dwa razy prze​ga​pi​łem oka​zję, żeby spo​tkać się przy szaf​ce z Mag​gie. Przez Se​re​nę, bo za​trzy​my​wa​ła mnie na ko​ry​ta​rzu. Te​raz sie​dzia​łem w sto​łów​ce ze wzro​kiem wbi​tym w drzwi, cze​ka​jąc, aż Mag​gie się po​ja​wi. Wie​dzia​łem, że zno​wu bę​dzie jeść na ze​wnątrz – ro​bi​ła tak od kil​ku dni. Pró​bo​wa​łem ją za​cią​gnąć do środ​ka, ale nie chcia​ła. Wo​la​ła sma​żyć się w upa​le i czy​tać. Pierw​sza po​ja​wi​ła się Se​re​na i oczy​wi​ście mo​men​tal​nie ru​szy​ła w moją stro​nę. Ow​szem, sam ścią​gną​łem ją so​bie na gło​wę, ale dziś wo​la​łem, żeby trzy​ma​ła się ode mnie z da​le​ka. Chcia​łem się tyl​ko z nią za​ba​wić, to nie był ża​den zwią​zek. Chy​ba o tym za​po​mnia​ła, choć za​-

nim pierw​szy raz się bzyk​nę​li​śmy, po​sta​wi​łem spra​wę ja​sno. To było w śro​dę i od tego cza​su mi​nę​ły dwa dni, ale to nie zna​czy​ło, że coś się zmie​ni​ło. Ona jed​nak wy​raź​nie pró​bo​wa​ła mnie zła​pać na sta​łe w swo​je szpo​ny. Po​now​nie od​wró​ci​łem gło​wę w stro​nę drzwi, nie mo​gąc się do​cze​kać Mag​gie. Już sam jej wi​dok bar​dzo wie​le dla mnie zna​czył. – Więc ty i Se​re​na? – upew​nił się Bra​dy, sia​da​jąc na​prze​ciw​ko mnie. Wzru​szy​łem obo​jęt​nie ra​mio​na​mi. – Nie na se​rio. Za​śmiał się, otwie​ra​jąc pusz​kę z na​po​jem. – Ona chy​ba tak nie uwa​ża. – Po​wie​dzia​łem jej ja​sno, za​nim do cze​goś mię​dzy nami do​szło. Bra​dy po​ki​wał gło​wą. – Bzy​kasz się z nią? To nie był jego in​te​res, ale przy​tak​ną​łem. Uśmiech​nął się krzy​wo. – Nie prze​sa​dzasz tro​chę? Za​czy​nał mnie wku​rzać. O co mu cho​dzi​ło? Tak jak​by sam nie dy​mał Ivy, a prze​cież wszy​scy wie​dzie​li​śmy, że nie trak​to​wał jej po​waż​nie. Była od​skocz​nią od tam​tej ta​jem​ni​czej la​ski, z któ​rą spo​ty​kał się la​tem i przez któ​rą wiecz​nie nie miał na nic cza​su. I któ​rej ża​den z nas nie po​znał. – Cze​go ty ode mnie chcesz? – spy​ta​łem z iry​ta​cją, wciąż wy​pa​tru​jąc w drzwiach Mag​gie. Na​chy​lił się ku mnie nad sto​li​kiem. – Że​byś się opa​mię​tał. Prze​cho​dzisz te​raz przez pie​kło i bar​dzo chcę ci po​móc, ale nie wiem jak. Dziew​czy​na, któ​ra cię wspie​ra, też nie​źle do​sta​ła po gło​wie. A ty trzy​masz się z nią po​ta​jem​nie za rącz​kę na ko​ry​ta​rzu, a za chwi​lę pie​przysz w ki​blu Se​re​nę. Aha, czy​li wi​dział nas rano z Mag​gie. Te​raz ro​zu​mia​łem, o co mu cho​dzi​ło. – Je​steś moim naj​lep​szym kum​plem, West. Nie umiem so​bie na​wet wy​obra​zić, przez co prze​cho​dzisz. Ale nie wol​no ci mie​szać Mag​gie w gło​wie. Nie pró​buj jej wy​ko​rzy​stać, to nie fair. Pa​mię​taj, że ona stra​ci​ła na raz obo​je ro​dzi​ców. Obłęd i ma​sa​kra. Więc nie rób jej tego. Nie krzywdź jej. Za​nim zdą​ży​łem się ode​zwać, do​pa​dła mnie Se​re​na i usia​dła obok. – I jak? Go​to​wi do boju? – spy​ta​ła dziar​skim to​nem ra​so​wej che​er​le​ader​ki. Bra​dy uśmiech​nął się do niej, choć jego oczy po​zo​sta​ły chłod​ne, po czym po​ki​wał twier​dzą​co gło​wą i za​jął się je​dze​niem. Nie krzyw​dzi​łem Mag​gie. Prze​cież nic do mnie nie czu​ła. Cały czas pil​no​wa​łem, że​by​śmy po​zo​sta​li na przy​ja​ciel​skiej sto​pie. Na po​cząt​ku wy​raź​nie mnie nie zno​si​ła. Te​raz to się zmie​ni​ło, bo mnie ro​zu​mie, ale na pew​no się we mnie nie za​bu​ja​ła. A może? Nie, no skąd. Była dla mnie za do​bra, mu​sia​ła so​bie z tego zda​wać spra​wę. Poza tym wy​ja​śni​łem Bra​dy’emu, że łą​czy nas tyl​ko przy​jaźń, więc chy​ba wol​no mi było bzy​kać la​ski. Ni​g​dy nie skrzyw​dził​bym Mag​gie. Za​bił​bym każ​de​go, kto by to zro​bił. Se​re​na coś pa​pla​ła, ale jej nie słu​cha​łem, bo aku​rat w sto​łów​ce po​ja​wi​ła się Mag​gie. Na​sze spoj​rze​nia od razu się skrzy​żo​wa​ły. Uśmiech​nę​ła się, a po​tem czmych​nę​ła, jak co dzień. Nie pa​trzy​ła na mnie dłu​żej, a jej uśmiech nie był szcze​ry. Dla​cze​go? Czy zro​bi​łem coś nie tak?

Po mo​jej le​wej usiadł Asa, a obok Bra​dy’ego – Gun​ner, więc od razu wy​pły​nął te​mat dzi​-

Po mo​jej le​wej usiadł Asa, a obok Bra​dy’ego – Gun​ner, więc od razu wy​pły​nął te​mat dzi​siej​sze​go me​czu. Pra​wie nie my​śla​łem już o Mag​gie, któ​ra sie​dzia​ła sama na ze​wnątrz i sma​ży​ła się z książ​ką na słoń​cu. Sta​ra​łem się też nie zwra​cać uwa​gi na iry​tu​ją​cy śmiech Se​re​ny. Nie by​li​śmy aż tak cho​ler​nie za​baw​ni, więc cze​mu mu​sia​ła cią​gle rżeć?

ROZ​DZIAŁ 19

Je​steś o wie​le sil​niej​szy, niż ci się wy​da​je

Maggie Mu​szę z tobą po​ga​dać. Wpa​trzy​łam się w wia​do​mość od We​sta. Dziś rano był zły, że ulot​ni​łam się, gdy tyl​ko po​ja​wi​ła się przy nim Se​re​na, ale nie uśmie​cha​ło mi się to​wa​rzy​sze​nie za​ko​cha​nej par​ce. Obie​ca​łam so​bie, że będę jego przy​ja​ciół​ką, ale to nie zna​czy​ło, że mu​szę po​lu​bić Se​re​nę. W czwar​tek na​tknę​łam się w to​a​le​cie na nią i kil​ka in​nych che​er​le​ade​rek. Opo​wia​da​ła im, jak ro​bi​ła Wes​towi loda w mę​skiej to​a​le​cie. Po​tem przez dłuż​szy czas nie mo​głam się po​zbyć z gło​wy tego ob​ra​zu. Choć sta​ra​łam się uni​kać We​sta i tej jego jak-jej-tam, nie dało się nie za​uwa​żyć, że jest mu dziś bar​dzo cięż​ko. Pew​nie miał rano trud​ne przej​ścia z oj​cem. Za​raz jed​nak mu​sie​li​śmy iść na spo​tka​nie przed​me​czo​we, więc nie będę mia​ła oka​zji z nim o tym po​roz​ma​wiać. Ze​szłam z dro​gi tłu​mo​wi śpie​szą​ce​mu ko​ry​ta​rzem do sali gim​na​stycz​nej i przy​sta​nę​łam pod ścia​ną, żeby od​pi​sać We​sto​wi. Do​bra. Po spo​tka​niu? Wy​sła​łam wia​do​mość i za​cze​ka​łam chwi​lę na od​po​wiedź. – Nie, chcę po​ga​dać te​raz – roz​legł się jego głos przy moim uchu. Ob​jął mnie ra​mie​niem i po​cią​gnął za sobą w prze​ciw​nym kie​run​ku niż wszy​scy. Nie py​ta​łam go, do​kąd idzie​my. Szłam po​słusz​nie tam, do​kąd mnie pro​wa​dził. Po chwi​li West otwo​rzył drzwi ja​kieś sali, któ​ra wy​glą​da​ła na nie​uży​wa​ną, i wpro​wa​dził mnie do środ​ka. W środ​ku nie było ła​wek – je​dy​nie pu​sta pod​ło​ga i po​je​dyn​cze okno. Kie​dy za​mknął za nami drzwi, od​wró​ci​łam się w jego stro​nę. Pod​szedł bli​żej, ale mnie nie do​tknął. Spo​glą​dał tyl​ko z góry, jak​by pró​bo​wał coś so​bie uświa​do​mić. – Nie dam rady dziś grać. Mu​szę być w domu, z tatą. Jest z nim co​raz go​rzej. Co bę​dzie, je​śli pój​dę na mecz, a on w tym cza​sie… odej​dzie? Co wte​dy, Mag​gie? Czy kie​dy​kol​wiek so​bie wy​ba​czę, że nie było mnie przy nim w ta​kim mo​men​cie? Ani przy ma​mie? Ona bę​dzie mnie po​trze​bo​wać. – Oczy mu się za​szkli​ły, ale nie chciał po​zwo​lić so​bie na łzy, więc po​tarł kil​ka razy dło​nią usta i nos. – Boże, na​praw​dę nie dam rady. Nie mogę. On tak ko​chał fut​bol. Ja też. Ale jego ko​cham bar​dziej. – Wy​ma​wiał każ​de sło​wo ostroż​nie, jak​by spra​wia​ły mu ogrom​ny ból.

Wy​cią​gnę​łam ręce i zła​pa​łam obie jego dło​nie. To go za​wsze uspo​ka​ja​ło. – A co on na to? Gdy​by twój tato mógł zde​cy​do​wać, co ka​zał​by ci zro​bić? – spy​ta​łam, choć i tak zna​łam od​po​wiedź. West wes​tchnął, zwie​sza​jąc z re​zy​gna​cją gło​wę. – Grać. Za​wsze tak było. Nie ode​zwa​łam się wię​cej. Chcia​łam, żeby spo​koj​nie to so​bie prze​my​ślał. Splótł pal​ce z mo​imi i moc​no ści​snął, jak​by ode mnie za​le​ża​ło jego prze​trwa​nie. – A co z mamą? Bę​dzie sama, je​śli pój​dę grać. – Może jest ktoś, kto mógł​by z nią po​sie​dzieć w cza​sie me​czu? Ktoś, komu ufa? – spy​ta​łam. Uniósł gło​wę. – Two​ja ciot​ka. Cio​cia Co​ra​lee przy​bie​gła​by mo​men​tal​nie, gdy​by tyl​ko ją o to po​pro​sił. Bra​dy też był​by za. Bar​dzo chciał coś zro​bić dla We​sta. Gdy​by wie​dział, że to mu po​mo​że, bez wa​ha​nia zgo​dził​by się, żeby mama opu​ści​ła mecz i po​sie​dzia​ła z mamą We​sta. – Więc ją po​proś. Bar​dzo chce ci po​móc, Bra​dy zresz​tą też. Po​zwól im coś dla sie​bie zro​bić. Umó​wię się z nią, że gdy​by dzia​ło się coś złe​go, od razu przy​śle mi SMS-a. Ja będę na me​czu i cię za​wia​do​mię. West pod​niósł na mnie cał​kiem już su​che oczy i ski​nął gło​wą, za​ci​ska​jąc przy tym moc​no zęby, jak​by sta​rał się po​wstrzy​mać krzyk. Wie​dzia​łam, ja​kie to uczu​cie. Sama dość się na​krzy​cza​łam. Nie by​łam w sta​nie przy​jąć do wia​do​mo​ści, że mama nie żyje. – Je​steś o wie​le sil​niej​szy, niż ci się wy​da​je – za​pew​ni​łam go. Przy​cią​gnął mnie bli​żej sie​bie, po​chy​lił się i po​ca​ło​wał w czu​bek gło​wy. Nie o ta​kim do​kład​nie po​ca​łun​ku ma​rzy​łam, ale mu​siał mi wy​star​czyć. Za​wsze to coś. – Dzię​ki – ode​zwał się, obej​mu​jąc mnie ra​mio​na​mi. Chcia​łam wes​tchnąć i wtu​lić się w nie​go, ale nie o to mu cho​dzi​ło. Szu​kał tyl​ko po​cie​sze​nia. Taka była moja rola. – Nie ma spra​wy – od​par​łam, opie​ra​jąc czo​ło o jego klat​kę. Sta​li​śmy ob​ję​ci przez kil​ka chwil, aż w koń​cu West się cof​nął i opu​ścił ręce. Kie​dy zwol​nił uścisk, zro​bi​ło mi się zim​no. Cie​ka​we, czy on też tak to od​czuł? – Chcę, że​byś po​zna​ła moją mamę. Na pew​no cię po​lu​bi – ode​zwał się, a na jego war​gach za​drgał le​ciut​ki, zmę​czo​ny uśmiech. Wi​dać było, że jest w kiep​skiej for​mie psy​chicz​nej. Ta sy​tu​acja go wy​kań​cza​ła. Cie​ka​we, czy mógł spać. – Bar​dzo chęt​nie. Za​ło​żę się, że jest wspa​nia​ła. – To praw​da – przy​tak​nął. Roz​le​ga​ją​ca się w od​da​li wrza​wa była sy​gna​łem, że za​czę​ło się spo​tka​nie przed​me​czo​we. Za mo​ment do​bie​gły nas stłu​mio​ne okrzy​ki wi​wa​tu​ją​cych na cześć szkol​nej dru​ży​ny uczniów. – Le​piej już idź – po​pro​si​łam w oba​wie, że mu się obe​rwie za spóź​nie​nie. – Nie idę na spo​tka​nie. Tre​ner wie, że mu​szę wra​cać do domu do taty. Pan Bo​one po​wie​dział mu o wszyst​kim w tym ty​go​dniu. Ja nie chcia​łem, ale twój wu​jek miał ra​cję, że trze​ba go było po​in​for​mo​wać. Mam te​raz po​zwo​le​nie, żeby wy​cho​dzić wcze​śniej, i mogę so​bie da​ro​wać spo​tka​nie przed​me​czo​we. Jak wi​dać wu​jek sta​nął na wy​so​ko​ści za​da​nia, w pew​nym sen​sie za​stę​pu​jąc We​sto​wi ojca. By​łam mu za to bar​dzo wdzięcz​na. Był do​brym czło​wie​kiem. Moja mama prze​pa​da​ła za star​szym bra​tem i czę​sto go chwa​li​ła. Na do​da​tek mie​li te same oczy i uśmiech. Kie​dy Jo​rie

oznaj​mi​ła, że mam za​miesz​kać u wuj​ka, mia​łam na​dzie​ję, że dzię​ki nie​mu po​czu​ję się bli​żej mamy. I rze​czy​wi​ście tak się sta​ło. – Chcesz pójść ze mną? Mo​żesz te​raz wyjść? – spy​tał. – Wyjść? – po​wtó​rzy​łam, chcąc się upew​nić, że się nie prze​sły​sza​łam. Po​ki​wał twier​dzą​co gło​wą. – Mhm. Ze mną, po​znać moją mamę. I może też tatę, je​śli aku​rat nie śpi. Je​śli nie bę​dzie ci prze​szka​dzał jego wi​dok, bo wiesz… on bar​dzo źle wy​glą​da. Po​szła​bym po​znać każ​de​go, kogo tyl​ko ży​czył​by so​bie ten chło​pak. – Ja​sne, bar​dzo chęt​nie. Uśmiech, jaki po mo​ich sło​wach po​ja​wił się na jego war​gach, był tak nie​sa​mo​wi​ty, że chcia​łam za​pa​mię​tać go na za​wsze. Je​den z tych, dla któ​rych czło​wiek zro​bił​by wszyst​ko – byle ten ktoś znów się do nie​go w ten spo​sób uśmiech​nął. Szcze​ry i au​ten​tycz​ny, nie tyl​ko na ustach, ale i w oczach. Nic nie mo​gło się rów​nać z uśmie​chem We​sta Ash​by’ego.

ROZ​DZIAŁ 20

Moja krew

West Wje​cha​łem na pod​jazd swo​je​go domu i zer​k​ną​łem w bok na Mag​gie. Tak ła​two się zgo​dzi​ła. Nie wiem, czy ja na jej miej​scu miał​bym do​syć od​wa​gi. Po wyj​ściu ze szko​ły po​szli​śmy pro​sto do mo​je​go pi​ka​pa, skąd wy​sła​ła cio​ci SMS-a, że je​dzie ze mną po​znać mo​ich ro​dzi​ców. Nie do​pusz​cza​łem do sie​bie my​śli, że mógł​bym przy​pro​wa​dzić te​raz do domu ko​go​kol​wiek in​ne​go. Na​wet Bra​dy’ego. A już na pew​no nie Ra​le​igh. To nie bę​dzie miła wi​zy​ta. Ale Mag​gie po pro​stu sie​dzia​ła obok. Spra​wia​ła wra​że​nie sil​nej i opa​no​wa​nej. Jak za​wsze. – Kie​dy ci mó​wi​łem, że tata źle wy​glą​da… Na​praw​dę tak jest. Zro​bił się strasz​nie chu​dy, ma ko​ści sła​be jak za​pał​ki i prze​raź​li​wie bla​dą skó​rę, pra​wie prze​zro​czy​stą. Wierz mi, strasz​ny wi​dok. Je​śli nie dasz rady, zro​zu​miem. Mag​gie spoj​rza​ła na mnie swo​imi ogrom​ny​mi zie​lo​ny​mi ocza​mi, w któ​rych kry​ło się zro​zu​mie​nie. – Chcę po​znać naj​waż​niej​szą oso​bę w two​im ży​ciu. Twój tata musi był wy​jąt​ko​wy. Po​czu​łem ukłu​cie w pier​siach. Sie​dzia​łem nie​ru​cho​mo, nie spusz​cza​jąc z niej wzro​ku. Czy ona na​praw​dę ist​nie​je? Jak to moż​li​we, że za​wsze mówi do​kład​nie to, cze​go mi po​trze​ba? Po​wo​li za​czy​na​łem do​cho​dzić do wnio​sku, że musi być moim anio​łem stró​żem. O ile one w ogó​le ist​nie​ją. Bóg co praw​da o nas za​po​mniał, ale może w za​mian przy​słał Mag​gie, żeby dać mi siły i po​cie​sze​nie. – W ta​kim ra​zie chodź​my. Wy​sła​łem ma​mie SMS-a, że przyj​dzie​my. – Nie mó​wi​łem jej jak do​tąd o Mag​gie. Nie​wie​le ostat​nio roz​ma​wia​li​śmy, je​dy​nie o ta​cie. Dla​te​go na​pi​sa​łem jej, że Mag​gie jest ku​zyn​ką Bra​dy’ego i że się przy​jaź​ni​my. Mama od​pi​sa​ła, że bar​dzo się cie​szy i chęt​nie ją po​zna. Tata był dziś świa​do​my i na​wet pró​bo​wał roz​ma​wiać. Mia​łem na​dzie​ję, że uda mi się przed​sta​wić mu Mag​gie. Kie​dy sta​nę​li​śmy przed drzwia​mi wej​ścio​wy​mi, Mag​gie jak zwy​kle bez sło​wa mu​snę​ła pal​ca​mi moją dłoń na znak, że jest przy mnie. To mi do​da​wa​ło otu​chy. Ja​kimś cu​dem za​wsze wie​dzia​ła, kie​dy naj​bar​dziej tego po​trze​bo​wa​łem. Otwo​rzy​łem drzwi i wsze​dłem do środ​ka, ki​wa​jąc ręką na Mag​gie. Ko​ry​tarz był pu​sty, ale z kuch​ni do​bie​gał za​pach pie​ką​cych się cia​stek. Wi​docz​nie mama przy​go​to​wy​wa​ła nam coś do prze​gry​zie​nia. – Po za​pa​chach po​zna​ję, że mama jest w kuch​ni – po​wie​dzia​łem Mag​gie. Po​tem po​ło​ży​łem dłoń w dole jej ple​ców i po​pro​wa​dzi​łem ją na spo​tka​nie z mamą. Kie​dy we​szli​śmy do środ​ka, sta​ła do nas ty​łem, wyj​mu​jąc z szaf​ki szklan​ki. Mia​ła wło​sy za​cze​sa​ne do tyłu i spię​te w ku​cyk, a na so​bie pro​stą ko​szul​kę i dżin​sy. Ostat​nio nie po​świę​ca​ła

zbyt wie​le cza​su wy​glą​do​wi, bo bała się zbyt dłu​go zo​sta​wiać tatę sa​me​go. Dla​te​go od kil​ku ty​go​dni wi​dy​wa​łem ją bez ma​ki​ja​żu i w wy​god​nych ciu​chach. – Cześć, mamo – ode​zwa​łem się po ci​chu, żeby jej nie prze​stra​szyć. Od​wró​ci​ła się, a jej wzrok po​szy​bo​wał pro​sto ku Mag​gie. Mu​sia​ła być jej bar​dzo cie​ka​wa. Ni​g​dy nie przy​pro​wa​dza​łem do domu dziew​czyn. Mama wi​dy​wa​ła Ra​le​igh tyl​ko prze​lot​nie na mo​ich me​czach, choć cho​dzi​li​śmy ze sobą pra​wie rok. – Wi​taj. Ty mu​sisz być Mag​gie – po​wie​dzia​ła mama, idąc w na​szą stro​nę, żeby się przy​wi​tać. Mag​gie przy​tak​nę​ła i wte​dy do​tar​ło do mnie, że nie uprze​dzi​łem mamy, że ona nie mówi. Mama nie zaj​mo​wa​ła się plot​ka​mi na mie​ście, więc nie mia​ła po​ję​cia o prze​szło​ści Mag​gie. Już otwie​ra​łem usta, żeby jej to wy​ja​śnić, gdy Mag​gie zro​bi​ła krok w przód i wy​cią​gnę​ła do niej rękę. – Tak, pro​szę pani. Miło mi pa​nią po​znać. Za​mkną​łem usta i wbi​łem zdu​mio​ny wzrok w Mag​gie. Jesz​cze ni​g​dy nie sły​sza​łem, żeby z kimś roz​ma​wia​ła. Na​wet ze swo​ją ro​dzi​ną. A mimo to od​wa​ży​ła się ode​zwać do mo​jej mamy. Ko​lej​ny do​wód na jej wy​jąt​ko​wość. Choć tak wie​le prze​szła, na​dal po​tra​fi​ła współ​czuć. I po​świę​cać się dla in​nych. Nie wiem, czy na jej miej​scu był​bym do tego zdol​ny. – Mnie rów​nież. Pro​szę, mów mi Oli​via. West ostat​nio nie przy​pro​wa​dza do domu żad​nych przy​ja​ciół. Cie​szę się, że tu je​steś – po​wie​dzia​ła mama z bły​skiem w oku, ja​kie​go już daw​no u niej nie wi​dzia​łem. Mag​gie za​czer​wie​ni​ła się i zer​k​nę​ła na mnie. – Mag​gie jest inna niż wszy​scy – po​wie​dzia​łem ma​mie, mu​ska​jąc pal​ca​mi jej dłoń, tak jak zro​bi​ła to wcze​śniej ona. – To wi​dać – po​twier​dzi​ła mama z uśmie​chem. Na jej twa​rzy wi​dać było zmę​cze​nie, ale wi​zy​ta Mag​gie wy​raź​nie ją ucie​szy​ła. Zda​łem so​bie spra​wę, jak mu​sia​ła się czuć, cał​ko​wi​cie od​izo​lo​wa​na od świa​ta, ma​jąc na co dzień tyl​ko nas. I żad​nych roz​ry​wek, żeby choć na chwi​lę ode​rwać się od kosz​ma​ru co​dzien​no​ści. – Chy​ba każ​de z nas po​trze​bo​wa​ło przy​ja​cie​la – ode​zwa​ła się Mag​gie, ko​lej​ny raz za​ska​ku​jąc mnie swo​im gło​sem. Mama od​wró​ci​ła się do mnie z uśmie​chem. Wi​dać było, że Mag​gie bar​dzo przy​pa​dła jej go gu​stu. Ale czy mo​gło​by być ina​czej? – Tata nie śpi. Za​raz bę​dzie brał leki. Mo​żesz te​raz pójść i przed​sta​wić mu Mag​gie, za​nim się zdrzem​nie – po​ra​dzi​ła mama, wska​zu​jąc gło​wą na ko​ry​tarz. Wie​dzia​łem od razu, co w ten spo​sób chce mi prze​ka​zać. Tata ma bóle. – Je​śli musi je za​raz za​żyć, mo​że​my to prze​ło​żyć na inny dzień. Po​trzą​snę​ła po​śpiesz​nie gło​wą. – Nie, nie. Już mu po​wie​dzia​łam, że przy​pro​wa​dzisz ze sobą przy​ja​ciół​kę. Chce ją po​znać. Zer​k​ną​łem w dół na Mag​gie. – Go​to​wa? – upew​ni​łem się, chcąc dać jej ostat​nią szan​sę na zmia​nę zda​nia. Po​ki​wa​ła gło​wą. W jej oczach zna​la​złem otu​chę, jaka w tym mo​men​cie bar​dzo mi się przy​da​ła. Nie dba​łem o to, że mama może nas zo​ba​czyć – po pro​stu mu​sia​łem wziąć Mag​gie za rękę. Prze​śli​zgną​łem dło​nią po jej dło​ni i moc​no za​ci​sną​łem na niej pal​ce. A po​tem po​szli​śmy ra​zem na górę do sy​pial​ni ro​dzi​ców.

Uchy​li​łem lek​ko drzwi i zer​k​ną​łem ostroż​nie do środ​ka. – Co się tak skra​dasz, ko​le​go? I tak cię sły​szę. Wchodź – wy​chry​piał tata, po czym za​kasz​lał. To była sła​ba imi​ta​cja jego tu​bal​ne​go gło​su, jaki pa​mię​ta​łem z prze​szło​ści. Nie wa​ha​jąc się ani chwi​li, Mag​gie we​szła zde​cy​do​wa​nym kro​kiem do środ​ka, nie pusz​cza​jąc mo​jej ręki. – To naj​ład​niej​szy kum​pel, ja​kie​go do tej pory przy​pro​wa​dzi​łeś do domu – do​dał tata z uśmie​chem, jak​by w ogó​le nie czuł bólu. – Dzię​ku​ję panu – od​par​ła Mag​gie. – My​śla​łem, że le​piej cię wy​cho​wa​łem – wy​dy​szał z tru​dem. – Dziew​czy​na, któ​ra tak wy​glą​da, nie na​da​je się na przy​ja​ciół​kę. Mó​wię ci, nie wy​puść jej z rąk. Mag​gie za​chi​cho​ta​ła, a tata uśmiech​nął się jesz​cze sze​rzej. – Dziew​czy​ny usta​wia​ją się do nie​go w ko​lej​ce. Nie po​trze​bu​je jesz​cze jed​nej – od​par​ła, na co tata się ro​ze​śmiał. Nie tak gło​śno i do​no​śnie jak zwy​kle, ale po raz pierw​szy od dłuż​sze​go cza​su. Za​raz jed​nak za​niósł się kasz​lem i kie​dy od​zy​skał od​dech, spoj​rzał na mnie. – To mó​wisz, że sto​ją do cie​bie w ko​lej​ce? Wzru​szy​łem ra​mio​na​mi. Ni​g​dy spe​cjal​nie nie ga​da​łem z nim o dziew​czy​nach. Chy​ba przez to, że gdy mia​łem trzy​na​ście lat, przy​ła​pał mnie na prze​glą​da​niu por​no w In​ter​ne​cie i za​ser​wo​wał mi wte​dy uświa​da​mia​ją​cą gad​kę. Roz​ma​wia​li​śmy o fut​bo​lu, szko​le i ży​ciu, ale nie o dziew​czy​nach. – Oczy​wi​ście. Po​wi​nien pan po​słu​chać okrzy​ków dziew​czyn na spo​tka​niach przed​me​czo​wych. Jest ich ido​lem – oznaj​mi​ła Mag​gie. Tata zno​wu się za​śmiał. – Za​ło​żę się, mło​da damo, że do cie​bie też się usta​wia ko​lej​ka chło​pa​ków. Je​śli ten tu jest zbyt śle​py, żeby cię dla sie​bie za​re​zer​wo​wać, za​raz zro​bi to ktoś inny. Mina mi zrze​dła. Ba​łem się na​wet o tym po​myś​leć. Mag​gie prze​mo​gła się i roz​ma​wia​ła już z mo​imi ro​dzi​ca​mi. Co bę​dzie, je​śli za​cznie ga​dać z in​ny​mi chło​pa​ka​mi? Je​śli nie bę​dzie już tyl​ko moja? Tata po​now​nie par​sk​nął śmie​chem. Kie​dy pod​nio​słem gło​wę, zo​rien​to​wa​łem się, że pa​trzy wprost na mnie. – Nie​zbyt ci się to po​do​ba, co? Po​czu​łem, jak skrę​ca mi żo​łą​dek, a w gar​dle po​ja​wia się go​rycz. Miał ra​cję. Nie by​łem w sta​nie na​wet o tym my​śleć. – Co tu tak we​so​ło? Też chcia​ła​bym się po​śmiać – roz​legł się dziar​ski głos mamy, któ​ra we​szła do środ​ka z za​do​wo​lo​ną miną. Nie wi​dzia​łem jej ta​kiej już od dłu​gie​go cza​su. Obo​je bar​dzo się ucie​szy​li​śmy, znów sły​sząc śmiech taty. – O, jest moja ulu​bio​na dziew​czy​na – po​wie​dział tata, gdy mama po​de​szła do jego łóż​ka. Na​dal spo​glą​dał na nią tak, jak​by była speł​nie​niem wszyst​kich jego ma​rzeń. Mama na​chy​li​ła się i po​ca​ło​wa​ła go w usta. – Mu​szę iść i zro​bić im coś do je​dze​nia. West ma dziś mecz, po​trze​bu​je ka​lo​rii. Tata prze​niósł wzrok z mamy na mnie. – Po​wal​czysz dziś? To py​ta​nie to był nasz ry​tu​ał. – Na bank – od​po​wie​dzia​łem tak samo, jak za​wsze.

– Moja krew.

ROZ​DZIAŁ 21

Miną lata, za​nim zmą​drze​ją

Maggie Pod​czas me​czu co ja​kiś czas wy​sy​ła​łam cio​ci Co​ra​lee SMS-y, żeby spraw​dzić, jak mie​wa się pan Ash​by – to zna​czy Jude, bo tak ka​zał mi się na​zy​wać. Za każ​dym ra​zem od​pi​sy​wa​ła, że śpi i że nic złe​go się nie dzie​je. Bar​dzo mi za​le​ża​ło, żeby dać We​sto​wi do zro​zu​mie​nia, że nie ma się czym mar​twić. Gdy spo​glą​dał w moją stro​nę na try​bu​ny, za każ​dym ra​zem ki​wa​łam uspo​ka​ja​ją​co gło​wą. Po​mi​mo stre​su uda​ło mu się zdo​być przy​ło​że​nie i prze​pro​wa​dzić kil​ka ak​cji. Co praw​da nic a nic z nich nie ro​zu​mia​łam, ale jak wy​ni​ka​ło z ko​men​ta​rzy wuj​ka Bo​one’a były im​po​nu​ją​ce. Z grub​sza cho​dzi​ło o to, że ani razu nie za​wiódł Bra​dy’ego na bo​isku. Wie​dzia​łam, że dziś wie​czo​rem West nie po​ja​wi się na co​ty​go​dnio​wej im​pre​zie w ple​ne​rze, bo ze wzglę​du na tatę bał się zbyt dłu​go prze​by​wać poza do​mem. Po​pro​si​łam więc cio​cię Co​ra​lee, żeby po​zwo​li​ła mi po me​czu wró​cić do domu, za​miast je​chać z Bra​dym na im​pre​zę. Choć cie​szy​łam się z po​zna​nia ro​dzi​ców We​sta, by​łam wy​czer​pa​na psy​chicz​nie. Jude ze mną roz​ma​wiał, ale przy​cho​dzi​ło mu to z wiel​kim tru​dem. Cięż​ko od​dy​chał i za​no​sił się kasz​lem. Poza tym ser​ce mi się kra​ja​ło na wi​dok uczu​cia, z ja​kim pa​trzył na swo​ją żonę. Na pierw​szy rzut oka wi​dać było, że ją ubó​stwia. Nie przy​po​mi​nam so​bie, żeby w ca​łym moim ży​ciu ro​dzi​ce choć raz w ten spo​sób na sie​bie spoj​rze​li. Pa​mię​tam, jak ska​ka​li so​bie do oczu i krzy​cze​li. Po​tem za​wsze się go​dzi​li, ale ani razu nie po​pa​trzy​li na sie​bie z ta​kim uczu​ciem, jak ro​dzi​ce We​sta. Ja​kie to smut​ne, że wkrót​ce będą mu​sie​li roz​stać się na za​wsze. Kie​dy ki​bi​ce ru​szy​li tłum​nie do wyj​ścia na par​king, po​szłam z wuj​kiem Bo​one’em przed szat​nię, żeby po​cze​kać na Bra​dy’ego. Chcia​łam ko​niecz​nie przed pój​ściem do domu zo​ba​czyć się z We​stem. Było mu bar​dzo cięż​ko zo​sta​wić dziś tatę. Przez całą dro​gę do mo​je​go domu trzy​mał mnie za rękę. Szko​da, że nie mo​głam mu w ten spo​sób do​dać otu​chy tak​że na bo​isku. – To West – za​uwa​żył wu​jek Bo​one, wska​zu​jąc gło​wą bu​dy​nek szat​ni. – Pew​nie chcesz się z nim zo​ba​czyć. Za​ło​żę się, że on też cię szu​ka. Pod​nio​słam wzrok na wuj​ka, a on po​słał mi wy​ro​zu​mia​łe spoj​rze​nie. Mia​łam na​dzie​ję, że nie po​dej​rze​wa, że łą​czy nas z We​stem coś wię​cej niż przy​jaźń. Wy​ja​śni​łam to cio​ci Co​ra​lee, bo mnie spy​ta​ła, ale nie mia​łam oka​zji po​in​for​mo​wać o tym wuj​ka. Po​tak​nę​łam i ru​szy​łam w stro​nę We​sta, ale Se​re​na do​pa​dła go pierw​sza i rzu​ci​ła mu się z pi​skiem na szy​ję. Przy​sta​nę​łam z boku i po​sta​no​wi​łam po​cze​kać, bo zda​wa​łam so​bie spra​wę, że choć West mnie po​trze​bu​je, są też sy​tu​acje, gdy chce być tyl​ko z nią. Albo z kimś in​nym jej po​kro​ju. Choć wąt​pię, żeby aku​rat w tej chwi​li.

West wy​słu​chał, co Se​re​na ma do po​wie​dze​nia, a po​tem po​ki​wał gło​wą. Do​szłam do wnio​sku, że to jej czas, nie mój, więc od​wró​ci​łam się na pię​cie i wró​ci​łam do wuj​ka Bo​one’a. Stał tam, gdzie wcze​śniej, bacz​nie mi się przy​glą​da​jąc. Nie wy​glą​dał na szcze​gól​nie za​do​wo​lo​ne​go, ale też się nie gnie​wał. Spra​wiał ra​czej wra​że​nie, jak​by się o mnie mar​twił. Przy​sta​nę​łam obok, żeby ra​zem z nim po​cze​kać na Bra​dy’ego. Po chwi​li ci​szy wu​jek Bo​one od​chrząk​nął. – Chłop​cy nie za​wsze po​tra​fią do​brze wy​brać. Miną lata, za​nim zmą​drze​ją i do​ro​sną. Nie mu​siał mi tego tłu​ma​czyć. Po​wo​li do​cho​dzi​łam do tego sa​me​go wnio​sku. – Za​słu​gu​jesz na ko​goś po​rząd​niej​sze​go, Mag​gie. On cię krzyw​dzi, a ty już dość w ży​ciu wy​cier​pia​łaś, skar​bie. Wie​dzia​łam, że wu​jek Bo​one miał do​bre in​ten​cje. I cał​ko​wi​tą ra​cję. To praw​da, za​słu​gi​wa​łam na coś wię​cej, ale na pew​no nie ze stro​ny We​sta. Ni​g​dy ni​cze​go mi nie obie​cy​wał poza przy​jaź​nią. I tyl​ko to go in​te​re​so​wa​ło. Obie​ca​łam so​bie, że będę jego przy​ja​ciół​ką tak dłu​go, jak dłu​go bę​dzie mnie po​trze​bo​wał. Na​wet je​śli bę​dzie mi cięż​ko i znów w moim brzu​chu po​ja​wią się te prze​klę​te mo​ty​le. Mu​sia​łam tyl​ko cały czas pa​mię​tać, że on nic do mnie nie czu​je. Będę uwa​żać. Prze​szłam już w ży​ciu pie​kło i ja​koś so​bie po​ra​dzi​łam. Tym ra​zem też dam radę. – Sko​pa​li​śmy im tył​ki! – roz​legł się do​no​śny głos Bra​dy’ego. Szedł w na​szą stro​nę, uśmie​cha​jąc się pro​mien​nie do swo​je​go taty. Na twa​rzy wuj​ka Bo​one’a ma​lo​wa​ła się duma. Jego mina uświa​do​mi​ła mi, dla​cze​go We​sto​wi jest tak cięż​ko. To była jed​na z rze​czy, któ​re bez​pow​rot​nie utra​cił. – Nie​zły mecz, synu – ode​zwał się wu​jek, po​kle​pu​jąc Bra​dy’ego po ple​cach. – Wy​bie​rasz się na im​pre​zę? – Mhm. Je​dziesz ze mną, Mag​gie? – spy​tał, od​wra​ca​jąc się do mnie. Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą. Przy​jął to z ulgą, ale wy​glą​dał na za​tro​ska​ne​go. – Za​bie​ram ją do domu – wy​ja​śnił wu​jek Bo​one, nie wspo​mi​na​jąc o mo​jej po​po​łu​dnio​wej wi​zy​cie w domu We​sta. – Aha, to do​brze. Nie wró​cę póź​no – za​pew​nił tatę Bra​dy, a po​tem od​wró​cił się i po​szedł do cze​ka​ją​cej na nie​go Ivy. Zer​k​nę​łam po​now​nie w stro​nę We​sta i wte​dy na​sze spoj​rze​nia się skrzy​żo​wa​ły. Ru​szył w moją stro​nę, a za nim Se​re​na. O nie, tyl​ko nie to! Nie przy wuj​ku Bo​onie! – Chcesz na nie​go po​cze​kać czy wo​lisz iść? – spy​tał wu​jek. Pod​nio​słam na nie​go wzrok, po​sy​ła​jąc mu prze​pra​sza​ją​ce spoj​rze​nie. Wi​dzia​łam w jego oczach dez​apro​ba​tę i by​łam wdzięcz​na, że się o mnie trosz​czył. Ale nie mia​łam za​mia​ru ucie​kać przed We​stem. Na pew​no nie po tym, jak zo​ba​czy​łam Bra​dy’ego z oj​cem po me​czu i zda​łam so​bie spra​wę, że West już ni​g​dy cze​goś po​dob​ne​go nie do​świad​czy. – Hej – ode​zwał się West, a ja od razu od​wró​ci​łam się w jego stro​nę. Se​re​na sta​ła tuż za nim z wy​raź​nie po​iry​to​wa​ną miną. Ode​rwa​łam od niej wzrok i spoj​rza​łam na We​sta, po​sy​ła​jąc mu uśmiech. Chcia​łam mu w ten spo​sób dać do zro​zu​mie​nia, że z tatą wszyst​ko w po​rząd​ku. Póź​niej mia​łam za​miar do nie​go na​pi​sać i po​gra​tu​lo​wać mu do​bre​go me​czu. – Idziesz na im​pre​zę? Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą.

– Wi​dzisz? Nie idzie. Mo​że​my się stąd zmy​wać? – wtrą​ci​ła się Se​re​na, chwy​ta​jąc We​sta za

– Wi​dzisz? Nie idzie. Mo​że​my się stąd zmy​wać? – wtrą​ci​ła się Se​re​na, chwy​ta​jąc We​sta za ra​mię. Nie od​su​nął się od niej, ale wca​le mnie to nie obe​szło. – Wra​casz do domu? – spy​tał. Ski​nę​łam gło​wą. – Świet​ny mecz – po​chwa​lił wu​jek Bo​one, kła​dąc mi dłoń na ra​mie​niu. – Fan​ta​stycz​ne przy​ło​że​nie. Twój tata bar​dzo się ucie​szy, jak mu o tym opo​wiesz. – Po czym de​li​kat​nie po​pchnął mnie w stro​nę par​kin​gu. – Baw​cie się do​brze. Mag​gie i ja wra​ca​my do domu – oznaj​mił sta​now​czym to​nem. Nie za​mie​rza​łam mu się sprze​ci​wiać. West wy​glą​dał na roz​dar​te​go. Zu​peł​nie, jak​by chciał mnie za​trzy​mać, ale nie wie​dział, co zro​bić. Cóż, de​cy​zja na​le​ża​ła do nie​go. Unio​słam rękę i ski​nę​łam mu na po​że​gna​nie, a po​tem od​wró​ci​łam się i ode​szłam ra​zem z wuj​kiem Bo​one’em.

ROZ​DZIAŁ 22

Za​wsze bę​dzie tyl​ko przy​ja​ciół​ką

West Nie wy​cho​dzi​łem z domu przez cały week​end, tyl​ko na chwi​lę do skle​pu po mle​ko i jaj​ka. Kie​dy w pią​tek po me​czu Mag​gie od​je​cha​ła z wuj​kiem, da​łem Se​re​nie do zro​zu​mie​nia, że wra​cam do domu. Sam. Na miej​scu oka​za​ło się, że tata śpi. Usia​dłem więc z mamą, żeby po​roz​ma​wiać o me​czu i o Mag​gie. Bar​dzo ją po​lu​bi​ła. Dzi​wi​ła się, dla​cze​go Co​ra​lee są​dzi, że Mag​gie nie mówi. Mama była na tyle by​stra, by zo​rien​to​wać się, że coś jest na rze​czy, i nie zdra​dzi​ła Co​ra​lee, że Mag​gie jed​nak z nią roz​ma​wia​ła pod​czas swo​jej wi​zy​ty. To była pierw​sza rzecz, o jaką mnie spy​ta​ła, gdy wró​ci​łem do domu. Wi​dać było, że wy​obra​ża so​bie wię​cej, niż po​win​na. Pew​nie by​ła​by za​do​wo​lo​na, gdy​by​śmy byli z Mag​gie ra​zem, ale w tej chwi​li nie mia​łem gło​wy do związ​ku z kimś ta​kim jak ona. Kto za​słu​gi​wał na znacz​nie wię​cej, niż ja by​łem w sta​nie dać. Nie mo​głem jed​nak zdra​dzić ma​mie praw​dy. Za​czę​ła​by się o mnie mar​twić, a i tak mia​ła już do​syć pro​ble​mów. Obo​je mie​li​śmy. Całą so​bo​tę spę​dzi​łem w sy​pial​ni taty, oglą​da​jąc aka​de​mic​kie roz​gryw​ki. Kie​dy nie spał, roz​ma​wia​liś​my tro​chę o na​szym piąt​ko​wym me​czu. Głów​nie mó​wi​łem ja, a on tyl​ko słu​chał. Roz​mo​wa go mę​czy​ła, z tru​dem ła​pał od​dech. Przy​szła pie​lę​gniar​ka z ho​spi​cjum, ale mimo to sta​ra​łem się być cały czas przy ta​cie. Wy​sze​dłem tyl​ko na chwi​lę, kie​dy obie z mamą go myły. Nie​dzie​la róż​ni​ła się od so​bo​ty je​dy​nie tym, że oglą​da​li​śmy me​cze li​go​we. Mama po​ło​ży​ła się na łóż​ku obok nas i ga​wę​dzi​li​śmy so​bie we trój​kę. Wspo​mi​na​li​śmy nasz pierw​szy wspól​ny bi​wak i prze​ra​żo​ny krzyk mamy na wi​dok niedź​wie​dzia do​bie​ra​ją​ce​go się do na​szej lo​dów​ki. Po​tem przy​po​mnia​ło się nam, jak po raz pierw​szy za​bra​li​śmy ją na ryby. Była prze​ra​żo​na, że na ha​czyk za​kła​da się żywe świersz​cze. Tata też chciał do​wie​dzieć się cze​goś wię​cej o Mag​gie. Był nią wy​raź​nie ocza​ro​wa​ny. Ostrzegł mnie, że​bym się po​sta​rał i ni​cze​go nie schrza​nił, bo jego zda​niem to świet​na dziew​czy​na. Mama po​kle​pa​ła moją dłoń, jak​by chcia​ła dać mi do zro​zu​mie​nia, że się z nim zga​dza. Każ​de​go wie​czo​ru, gdy tata za​snął, wra​ca​łem do swo​je​go po​ko​ju, żeby na​pi​sać do Mag​gie. Za​wsze od​pi​sy​wa​ła i koń​czy​ło się na tym, że roz​ma​wia​li​śmy dłu​go w nocy, aż obo​je przy​sy​pia​li​śmy. W po​nie​dzia​łek nie mo​głem się już do​cze​kać, kie​dy ją zo​ba​czę. Tata prze​spał całą noc i ran​kiem czuł się le​piej. Mama była z tego po​wo​du bar​dzo za​do​wo​lo​na, więc nie było mi aż tak cięż​ko zo​sta​wić ich w domu i pójść do szko​ły. Nie​ste​ty, moje do​bre sa​mo​po​czu​cie mo​men​tal​nie pry​sło, gdy zo​ba​czy​łem Se​re​nę ga​da​ją​cą coś do Mag​gie przy szaf​ce. Są​dząc po wy​ra​zie jej twa​rzy, nie było to nic przy​jem​ne​go. Mag​gie

cof​nę​ła się i przy​war​ła ple​ca​mi do drzwi szaf​ki, z sze​ro​ko otwar​ty​mi ocza​mi i zde​ner​wo​wa​nym spoj​rze​niem. Cho​le​ra ja​sna, tego już za wie​le! Ru​szy​łem w tłum. Na mój wi​dok wszy​scy po​słusz​nie się od​su​wa​li, żeby zro​bić przej​ście. Kie​dy by​łem bli​sko nich, do​biegł mnie głos Se​re​ny. – On się ze mną pie​przy! Nie po​trze​bu​je cie​bie, więc spa​daj! – Od​wal się od Mag​gie, i to już! – wrza​sną​łem na cały głos, sta​ną​łem mię​dzy nimi i chwy​ci​łem Se​re​nę za ra​mio​na, żeby ją od​cią​gnąć na bok. – Nie waż się wię​cej jej cze​piać. Ni​g​dy! Nie zbli​żaj się do niej. Kur​wa, na​wet na nią nie patrz! Zro​zu​mia​no?! Oczy Se​re​ny za​okrą​gli​ły się ze zdu​mie​nia. Nie spo​dzie​wa​ła się, że ją przy​ła​pię. Chy​ba się wście​kła, że chcia​łem się zo​ba​czyć z Mag​gie po me​czu, bo jak do​tąd nie uwa​ża​ła jej za ry​wal​kę. – Ga​nia za tobą. My​śli, że może cię mieć. Mu​sia​łam ją uświa​do​mić, co jest mię​dzy nami. Że ona to dla cie​bie tyl​ko przy​ja​ciół​ka – wy​ja​śni​ła szyb​ko Se​re​na to​nem nie​wi​niąt​ka. Po​czu​łem, że sto​ją​ca za mną Mag​gie po​ru​szy​ła się, więc się​gną​łem ręką do tyłu, żeby do​tknąć jej dło​ni. Nie może odejść. Tę​sk​ni​łem za nią. O nie, Se​re​na nie ze​psu​je mi tej chwi​li swo​ją idio​tycz​ną za​zdro​ścią. – Nie wiesz, kogo ona może mieć. Za to po​wiem ci, kogo ty nie bę​dziesz mieć – mnie. Tro​chę się za​ba​wi​liś​my, ale to wszyst​ko. Ko​niec z nami. – Nie cze​ka​jąc na od​po​wiedź, od​wró​ci​łem się do niej ty​łem. Jak moż​na się było spo​dzie​wać, wszy​scy na ko​ry​ta​rzu się na nas ga​pi​li. Wie​dzia​łem do​brze, że Se​re​na nie bę​dzie tu stać i mnie bła​gać – na to była zbyt dum​na. Nie zdzi​wi​łem się więc, że czym prę​dzej się zmy​ła. A wszy​scy do​ko​ła wró​ci​li do swo​ich spraw. Spoj​rza​łem w oczy Mag​gie, wciąż sze​ro​ko otwar​te z za​sko​cze​nia, a przy tym dia​bel​nie po​cią​ga​ją​ce. – Prze​pra​szam cię za nią. To moja wina. Nie po​win​naś ob​ry​wać za moje po​pa​pra​ne ży​cie. Pod​nio​sła rękę i ści​snę​ła moją dłoń. – Nic się nie sta​ło – wy​szep​ta​ła ci​cho, żeby nikt jej nie usły​szał. – Sta​ło się. Nikt nie bę​dzie w ten spo​sób się do cie​bie od​zy​wał. Nikt – rzu​ci​łem, czu​jąc w so​bie wzbie​ra​ją​cy na nowo gniew. Nie mo​głem znieść my​śli, że ktoś śmiał prze​stra​szyć Mag​gie. Po​sła​ła mi sła​by uśmiech, a po​tem cof​nę​ła dłoń i się​gnę​ła do le​żą​ce​go na pod​ło​dze ple​ca​ka. Przy​glą​da​łem się, jak wyj​mu​je z nie​go książ​ki, ża​łu​jąc, że nie je​ste​śmy sami i nie mo​że​my po​ga​dać. Bar​dzo chcia​łem usły​szeć jej głos. Ga​da​li​śmy co praw​da w nocy przez te​le​fon, ale to co in​ne​go niż bez​po​śred​nia roz​mo​wa. Pod​sze​dłem do niej bli​żej, aż owio​nął mnie zna​jo​my wa​ni​lio​wy za​pach, któ​ry za​chłan​nie wcią​gną​łem do płuc. Mia​łem na​dzie​ję, że zo​sta​nie ze mną przez całą pierw​szą lek​cję. Tak jak​by ona cały czas była przy mnie. Kie​dy się od​wró​ci​ła, sta​nę​li​śmy tak bli​sko sie​bie, że pra​wie do​ty​ka​li​śmy się cia​ła​mi. Do​kład​nie w tym sa​mym mo​men​cie na moim ra​mie​niu wy​lą​do​wa​ła czy​jaś dłoń i moc​no je ści​snę​ła. – Tyl​ko przy​jaźń, pa​mię​tasz? – roz​legł się z tyłu głos Bra​dy’ego, co praw​da nie​groź​ny, ale i nie​spe​cjal​nie przy​ja​zny. Wzią​łem głę​bo​ki wdech i zro​bi​łem krok w tył. Mag​gie spoj​rza​ła na Bra​dy’ego, a po​tem uśmiech​nę​ła się do mnie ostat​ni raz. Z pło​ną​cy​mi po​licz​ka​mi przy​ci​snę​ła do pier​si swo​je

książ​ki i po​śpiesz​nie ode​szła. Kie​dy znik​nę​ła nam z oczu, od​wró​ci​łem się do Bra​dy’ego i zo​ba​czy​łem jego mar​so​wą minę. – To mi nie wy​glą​da​ło na przy​jaźń. Ra​czej jak​byś za chwi​lę miał się z nią bzyk​nąć, tu, przy wszyst​kich. Tak było, nie wy​pie​raj się, do​brze wi​dzia​łem. Wszy​scy inni też. I czy ona przy​pad​kiem… Wy​da​wa​ło mi się, czy fak​tycz​nie ru​sza​ła usta​mi? Mag​gie nie chcia​ła, żeby ktoś się o tym do​wie​dział. Wciąż nie była na to go​to​wa. Po​krę​ci​łem sta​now​czo gło​wą. – No skąd. Do​ga​du​je​my się w inny spo​sób. Coś ci się przy​wi​dzia​ło. Bra​dy uniósł z po​wąt​pie​wa​niem brew. Wi​dział wy​raź​nie, że coś krę​cę. Że sta​ram się być jak naj​bli​żej niej. – Pa​mię​taj, że z nią trze​ba de​li​kat​nie. Nie mie​szaj jej w gło​wie. Nie miał po​ję​cia, jak bar​dzo się myli. Mag​gie była jed​ną z naj​tward​szych osób, ja​kie zna​łem. – Już ci mó​wi​łem, że ni​g​dy bym jej nie skrzyw​dził. Spraw​dza​łem tyl​ko, czy u niej wszyst​ko w po​rząd​ku. Se​re​na na nią na​pa​dła, ale się tym za​ją​łem. Nie po​zwo​lę ni​ko​mu jej zra​nić. Uwierz mi. Bra​dy po​krę​cił gło​wą bez prze​ko​na​nia. – Sta​ram się. Ale wi​dzę, jak na nią pa​trzysz. – To, że mi się po​do​ba, nie zna​czy, że je​stem na tyle wred​ny, żeby wy​ko​rzy​stać Mag​gie. Ni​g​dy bym cze​goś ta​kie​go nie zro​bił. Nic mię​dzy nami nie ma. Za​wsze bę​dzie tyl​ko przy​ja​ciół​ką.

ROZ​DZIAŁ 23

Z ni​kim in​nym się tak faj​nie nie gada

Maggie Przez resz​tę ty​go​dnia stan taty We​sta nie​co się po​pra​wił. Co praw​da na​dal miał pro​ble​my z od​dy​cha​niem, ale dłu​żej by​wał świa​do​my. I chy​ba miał mniej​sze bóle – przy​naj​mniej na to wy​glą​da​ło. Dzię​ki temu nie mu​siał za​ży​wać tyle środ​ków prze​ciw​bó​lo​wych, przez któ​re tra​cił kon​takt ze świa​tem. Od​wie​dzi​łam go po​now​nie w śro​dę wie​czo​rem. West przy​je​chał po mnie po tre​nin​gu, zje​dli​śmy z jego mamą ko​la​cję, a po​tem po​szli​śmy po​ga​wę​dzić z tatą. W czwar​tek West cze​kał na mnie przy drzwiach sto​łów​ki i uparł się, że​bym ja​dła obiad przy jego sto​li​ku. Se​re​na już tam nie by​wa​ła, więc się zgo​dzi​łam. Jego kum​ple na​dal nie mo​gli dojść, co mię​dzy nami jest. Trud​no im było po​jąć, że może nas łą​czyć tyl​ko przy​jaźń. Jed​nak do piąt​ku ja​koś to prze​tra​wi​li i po​go​dzi​li się z tym, że od te​raz będę sie​dzieć z nimi przy sto​li​ku. West i ja by​li​śmy dla sie​bie… W za​sa​dzie sama nie by​łam pew​na kim. Całe dnie pi​sa​li​śmy do sie​bie SMS-y, a po no​cach ga​da​li​śmy przez te​le​fon. Nie tyl​ko o jego ta​cie czy mo​jej prze​szło​ści – tak​że ogól​nie, o ży​ciu. Opo​wia​dał mi aneg​do​ty z dzie​ciń​stwa o so​bie i Bra​dym, a ja hi​sto​ryj​ki z cza​sów, gdy by​łam che​er​le​ader​ką. Ale na​sza sy​tu​acja co​raz bar​dziej się kom​pli​ko​wa​ła. Zda​rza​ło się, że West pod​cho​dził do mnie bar​dzo bli​sko i wcią​gał głę​bo​ko po​wie​trze do płuc, jak​by po​do​bał mu się mój za​pach. Albo przy​trzy​my​wał moją dłoń dłu​żej, niż to było ko​niecz​ne. Lub wy​raź​nie się iry​to​wał, gdy przy​sia​dał się do mnie Nash i pró​bo​wał ze mną flir​to​wać. West sta​rał się to ukryć, ale wszy​scy łącz​nie z Bra​dym wie​dzie​li swo​je. Mimo że tak dziw​nie się wo​bec mnie za​cho​wy​wał, nie prze​stał za​da​wać się z dziew​czy​na​mi w szko​le, któ​re kle​iły się do nie​go jak mu​chy. Co praw​da z żad​ną z nich już się nie bzy​kał w to​a​le​cie ani nie ob​ści​ski​wał na prze​rwach. Ani razu nie wspo​mniał jed​nak na​sze​go po​ca​łun​ku, ani nie dał mi w ża​den spo​sób do zro​zu​mie​nia, że chciał​by go po​wtó​rzyć. Sko​ro nie wspo​mniał, ja​kie ma pla​ny na piąt​ko​wy wie​czór ani nie spy​tał o moje, po​pro​si​łam cio​cię Co​ra​lee, żeby od razu po me​czu za​wio​zła mnie do domu. By​łam zmę​czo​na i chcia​łam jak naj​szyb​ciej się po​ło​żyć. Zgo​dzi​ła się, więc od​je​cha​ły​śmy, jak tyl​ko się skoń​czy​ło, a wu​jek Bo​one zo​stał, żeby po​ga​dać z Bra​dym. By​łam za​do​wo​lo​na, bo West zdo​był trzy przy​ło​że​nia. Uśmiech na jego twa​rzy wy​na​gro​dził mi wszyst​kie cięż​kie chwi​le. Cu​dow​nie było go wi​dzieć w do​brym hu​mo​rze. Ża​ło​wa​łam tyl​ko, że nie bę​dzie mnie przy nim, kie​dy po​chwa​li się ta​cie. Kie​dy bra​łam wie​czor​ny prysz​nic, przed mo​imi ocza​mi prze​su​wa​ły się wy​da​rze​nia mi​nio​ne​go ty​go​dnia. Bra​dy ostat​ni​mi cza​sy chy​ba mniej się na mnie zło​ścił, pew​nie dla​te​go, że ro​-

dzi​ce prze​sta​li go zmu​szać, żeby wszę​dzie mnie ze sobą wlókł. Po​lu​bi​łam też wspól​ne ko​la​cje, gdy mo​głam się przy​słu​chi​wać ich roz​mo​wom. Z wol​na doj​rze​wa​ła też we mnie myśl, żeby zno​wu za​cząć się od​zy​wać. Co praw​da roz​ma​wia​łam już z ro​dzi​ca​mi We​sta, ale głów​nie po to, by nie utrud​niać wszyst​kie​go jesz​cze bar​dziej swo​im mil​cze​niem. A poza tym nie mo​gła​bym od​ża​ło​wać, gdy​by oka​za​ło się, że to ostat​nia oka​zja, by po​roz​ma​wiać z jego tatą. Chcia​łam być człon​kiem ro​dzi​ny Bra​dy’ego, lecz zda​wa​łam so​bie spra​wę, że do​pó​ki się nie ode​zwę i nie będę z nimi roz​ma​wiać na co dzień, po​zo​sta​nę na ubo​czu. Tyl​ko że je​śli to zro​bię, prę​dzej czy póź​niej będą pró​bo​wa​li wy​py​ty​wać mnie o to, co wi​dzia​łam i co się wte​dy wy​da​rzy​ło. A tego nie chcia​łam. Nie ba​łam się już brzmie​nia wła​sne​go gło​su – po​twier​dzi​ły to roz​mo​wy z We​stem – ale wciąż nie by​łam go​to​wa, żeby roz​ma​wiać o ma​mie… czy ojcu. Prze​cież Hig​gen​so​wie i tak o wszyst​kim wie​dzie​li. Po​sta​no​wi​łam za​cząć się do nich od​zy​wać do​pie​ro wte​dy, gdy będę mia​ła pew​ność, że nie zmu​szą mnie do opo​wia​da​nia o tam​tej fe​ral​nej nocy. Za​krę​ci​łam wodę, wy​szłam spod prysz​ni​ca i osu​szy​łam ręcz​ni​kiem wło​sy. Po​tem owi​nę​łam się nim i po​bie​głam do swo​je​go po​ko​ju. We​szłam do środ​ka i mo​men​tal​nie krzyk​nę​łam na cały głos na wi​dok sto​ją​ce​go przede mną We​sta. Za​raz jed​nak za​sło​ni​łam dło​nią usta i otu​li​łam się szczel​niej ręcz​ni​kiem. – West? – zdzi​wi​łam się, szar​piąc się ner​wo​wo z ręcz​ni​kiem i pod​trzy​mu​jąc go wo​kół sie​bie obie​ma rę​ka​mi. Za​miast pod​nieść na mnie wzrok, stał wpa​trzo​ny w moje gołe nogi. Mia​łam ocho​tę od​wró​cić się i uciec na ko​ry​tarz. – West? – po​wtó​rzy​łam. Gwał​tow​nie po​de​rwał gło​wę i spoj​rzał mi w oczy, uśmie​cha​jąc się z za​kło​po​ta​niem. – Sor​ki. Pi​sa​łem, że wcho​dzę do cie​bie na górę, ale mi nie od​po​wie​dzia​łaś. – Wcho​dzisz na górę? – po​wtó​rzy​łam zdez​o​rien​to​wa​na. Kiw​nął gło​wą w stro​nę okna. – To był kie​dyś po​kój Bra​dy’ego. Za​kra​da​łem się tu, od​kąd skoń​czy​łem sie​dem lat. Aha. Ale po co te​raz? – Znik​nę​łaś po me​czu… I nie po​ja​wi​łaś się na im​pre​zie. Cze​ka​łem na cie​bie. I bądź tu mą​dry. Cały on. Przez cały dzień ani razu mnie nie spy​tał, co ro​bię wie​czo​rem, więc do​szłam do wnio​sku, że ma swo​je pla​ny. Nie mia​łam po​ję​cia, że chce się ze mną zo​ba​czyć. – Po​je​cha​łam do domu z cio​cią Co​ra​lee. Nie mó​wi​łeś, że chcesz się ze mną wi​dzieć. Te​raz to West miał za​sko​czo​ną minę. Zdzi​wio​ny? Prze​cież to on przez cały czas wy​sy​ła mi ja​kieś idio​tycz​ne, kom​plet​nie sprzecz​ne sy​gna​ły! – By​łem prze​ko​na​ny, że wiesz. Że chcę cię zo​ba​czyć, po​być z tobą. Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą. Nic po​dob​ne​go. Przez cały czas na​szej roz​mo​wy uśmiech nie scho​dził mu z ust. – W ta​kim ra​zie za​wsze za​kła​daj, że tak jest. Je​steś moją je​dy​ną przy​ja​ciół​ką i tyl​ko z tobą mam ocho​tę ga​dać. No do​bra, a te​raz może byś się ubra​ła, co? Bo wiesz… trud​no mi się sku​pić. – Za​sko​czy​łeś mnie, chy​ba wiesz? Gdy​bym wie​dzia​ła, że przyj​dziesz, by​ła​bym ubra​na. Uśmiech​nął się ło​bu​zer​sko.

– Na​pi​sa​łem do cie​bie. – Bra​łam prysz​nic. – Twój pro​blem. Tym ra​zem to ja się za​śmia​łam. Za​raz jed​nak ugry​złam się w ję​zyk, ma​jąc na​dzie​ję, że cio​cia Co​ra​lee mnie nie usły​sza​ła. – Od​wróć się – na​ka​za​łam mu szep​tem. – Po co? – Że​bym mo​gła się ubrać. – Aaa… o to cho​dzi – do​my​ślił się, od​wra​ca​jąc do ścia​ny. Po​de​szłam do ko​mo​dy i pręd​ko wy​do​by​łam z niej parę maj​tek, leg​gin​sy i luź​ny T-shirt. Ni​g​dy nie prze​bie​ra​łam się w obec​no​ści chło​pa​ka. Choć na mnie nie pa​trzył, bar​dzo mnie to stre​so​wa​ło. Szyb​ko wsko​czy​łam w ciu​chy, a po​tem prze​cze​sa​łam pal​ca​mi wło​sy. Mo​kre. O kur​czę, cał​kiem o nich za​po​mnia​łam! – Już! – za​wo​ła​łam, roz​glą​da​jąc się za szczot​ką do wło​sów. – Nie​źle – stwier​dził. Sły​sząc to, za​trzy​ma​łam się i spoj​rza​łam na nie​go przez ra​mię. I wte​dy do mnie mru​gnął. Nie zno​si​łam, gdy to ro​bił. Dla​te​go, że to było miłe i cie​szy​ło mnie jak ja​kąś słod​ką idiot​kę. Przy​ja​ciół​ki nie czu​ją mo​ty​li w brzu​chu, kie​dy chło​pak do nich mru​ga. – Po​win​naś czę​ściej no​sić leg​gin​sy – stwier​dził, a ja wró​ci​łam do po​szu​ki​wań szczot​ki. Kie​dy wresz​cie ją zna​la​złam, za​czę​łam prze​cze​sy​wać po​tar​ga​ne wło​sy, od​wra​ca​jąc się w jego stro​nę. – Jak było na im​pre​zie? – spy​ta​łam, przy​sia​da​jąc na brze​gu łóż​ka. Wzru​szył ra​mio​na​mi i usiadł obok mnie. – Bez cie​bie nud​no. Z ni​kim in​nym się tak faj​nie nie gada. Prze​wró​ci​łam ocza​mi, a on się za​śmiał. – Cio​cia z wuj​kiem przy​cho​dzą do cie​bie w nocy na kon​tro​lę? Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą. Nocą za​my​ka​łam się w po​ko​ju na klucz. Śni​ły mi się kosz​ma​ry i choć nie krzy​cza​łam, czę​sto zda​rzy​ło mi się pła​kać, ję​czeć i mó​wić przez sen rze​czy, któ​rych nie po​win​ni usły​szeć. – Mogę na chwi​lę zo​stać? Bę​dzie​my mó​wić szep​tem. Na pew​no mu od​mó​wię. Aku​rat. Ni​g​dy w ży​ciu. Choć po​win​nam. Nic by się nie sta​ło. Po​win​nam za​cząć go przy​zwy​cza​jać, że nie na wszyst​ko się go​dzę. – Ja​sne, że tak.

ROZ​DZIAŁ 24

Od​bi​ło ci? Ja i moja ku​zyn​ka?

West Mag​gie za​snę​ła na mnie – w do​słow​nym sen​sie – i spa​ła już pra​wie od go​dzi​ny. Ja jed​nak nie ru​szy​łem się z miej​sca. Opie​ra​ła gło​wę na moim ra​mie​niu i gdy zmo​rzył ją sen, stop​nio​wo prze​su​nę​ła ją na moją klat​kę. Mu​sia​łem się wy​do​stać z jej po​ko​ju, za​nim Bra​dy wró​ci do domu i zo​ba​czy za​par​ko​wa​ny na uli​cy pi​kap. Jego ro​dzi​ce mogą go nie za​uwa​żyć, ale nie on. Od razu bę​dzie wie​dział, że je​stem w jej po​ko​ju i jak się tam do​sta​łem. Wo​la​łem nie prze​cią​gać stru​ny. De​li​kat​nie wy​su​ną​łem się spod Mag​gie, po czym ostroż​nie okry​łem ją koł​drą, żeby nie zmar​z​ła. Już mia​łem się zmyć, gdy za​czę​ła po​pła​ki​wać. Po ci​chut​ku, ale to na pew​no był płacz. Po​tem po​ru​szy​ła no​ga​mi i gwał​tow​nie szarp​nę​ła gło​wą, a jej szloch przy​brał na sile. Co noc mam kosz​ma​ry. Wciąż od nowa wi​dzę w nich mamę, jak umie​ra. Jej sło​wa raz po raz po​brzmie​wa​ły mi w gło​wie. Czy to był ten mo​ment? Za​czą​łem uspo​ka​ja​ją​co po​cie​rać dłoń​mi jej ra​mio​na, żeby dać jej do zro​zu​mie​nia, że je​stem obok i nie ma się cze​go bać. Ale to nie po​ma​ga​ło. Na​dal rzu​ca​ła się przez sen, a po​tem za​czę​ła ża​ło​śnie po​ję​ki​wać. Aż żal było pa​trzeć, jak leży po​grą​żo​na w kosz​ma​rze, przed któ​rym nie ma uciecz​ki. To nie była zwy​kła sen​na mara, z któ​rej moż​na się obu​dzić i za chwi​lę o niej za​po​mnieć, ale wspo​mnie​nie, któ​re za​wsze bę​dzie ją prze​śla​do​wać. Ni​g​dy się z nie​go nie otrzą​śnie. Pod​cią​gną​łem się na łóż​ku i uło​ży​łem za jej ple​ca​mi, obej​mu​jąc ją ra​mio​na​mi i przy​cią​ga​jąc moc​no do sie​bie. Przez cały czas szep​ta​łem jej do ucha, że je​stem przy niej, nie odej​dę i że wszyst​ko bę​dzie do​brze. Po ja​kimś cza​sie po​wo​li za​czę​ła się uspo​ka​jać. Prze​sta​ła się rzu​cać i wy​da​wać z sie​bie zbo​la​łe jęki. W pew​nej chwi​li po​czu​łem jej pal​ce za​ci​ska​ją​ce się kur​czo​wo na moim ra​mie​niu, jak​by chcia​ła się upew​nić, że nie odej​dę. Na​wet przez sen czu​ła, że je​stem przy niej. To było bar​dzo przy​jem​ne uczu​cie. Przy​naj​mniej raz to ja jej po​mo​głem, nie na od​wrót. Za​wsze była dla mnie opar​ciem i po​zwa​la​ła się po​zbie​rać, a ja nic dla niej nie zro​bi​łem. My​śla​łem, że naj​gor​sze ma już za sobą, a jed​nak wciąż na nowo prze​ży​wa​ła swo​je pie​kło. Do​brze, że mo​głem się jej zre​wan​żo​wać i ją wes​przeć. Być przy niej, żeby już ni​g​dy wię​cej się nie po​gu​bi​ła. Po​czu​łem przez sen, jak ktoś mną po​trzą​sa. Po​wo​li otwo​rzy​łem za​spa​ne oczy, żeby prze​ko​nać się dla​cze​go. Do​oko​ła na​dal pa​no​wa​ła ciem​ność. Za​mru​ga​łem kil​ka razy i spoj​rza​łem w dół. Mag​gie mu​sia​ła od​wró​cić się przez sen, bo te​raz le​ża​ła twa​rzą do mnie, moc​no wtu​lo​na w moje cia​ło.

Uścisk na moim ra​mie​niu na​si​lił się. Aha, czy​li nie obu​dzi​łem się sam z sie​bie. Pod​nio​słem wzrok i zo​ba​czy​łem nad sobą wy​krzy​wio​ną zło​ścią twarz Bra​dy’ego. – Co to, kur​wa, ma zna​czyć? – wark​nął. – Ufa​łem ci. Na szczę​ście mó​wił pół​gło​sem. Z Bra​dym by​łem so​bie w sta​nie po​ra​dzić, ale pan Bo​one pew​nie by mnie za​mor​do​wał. – Mia​ła zły sen. Pró​bo​wa​łem ją uspo​ko​ić i sam zas​ną​łem. Przy​się​gam, że do ni​cze​go nie do​szło. Bra​dy nie zmie​nił tonu gło​su. – Po co przy​la​złeś do jej po​ko​ju? Jest po pół​no​cy. Znam cię, West, ty nie wła​zisz dziew​czy​nom do łóż​ka po nic. Aku​rat w tym miał ra​cję. Ale to nie do​ty​czy​ło Mag​gie. Do ni​cze​go mię​dzy nami nie do​szło. – W ży​ciu bym jej nie tknął, Bra​dy. Przy​się​gam. Ona jest moją przy​ja​ciół​ką, po​trze​bo​wa​ła mnie. Nic poza tym. Bra​dy spra​wiał wra​że​nie, jak​by za​czy​nał mi wie​rzyć. – Fakt, jest w ubra​niu – za​uwa​żył. – No. Ja też. Na​wet w bu​tach – wy​ja​śni​łem, po​ka​zu​jąc je pal​cem. Bra​dy cof​nął się i kiw​nął na mnie, że​bym wsta​wał. Od​su​ną​łem się ostroż​nie od Mag​gie i okry​łem ją koł​drą. Bra​dy był co praw​da jej ku​zy​nem, ale po co miał się ga​pić na jej nogi w ob​ci​słych leg​gin​sach. Poza tym ko​szul​ka pod​cią​gnę​ła się jej w pa​sie i wi​dać było skra​wek na​gie​go brzu​cha. Tego też nie po​wi​nien zo​ba​czyć. – Nie przy​łaź do niej wię​cej w nocy. Nie mia​łem za​mia​ru te​raz się z nim kłó​cić, ale chy​ba osza​lał, je​śli my​śli, że go po​słu​cham. Sko​ro mnie po​trze​bo​wa​ła, będę tu wra​cał każ​dej nocy, żeby spraw​dzić, czy u niej wszyst​ko do​brze. – Po​ga​da​li​śmy so​bie, aż za​snę​ła. Już mia​łem wy​cho​dzić, gdy przy​śnił się jej kosz​mar. Sta​ra​łem się ją uspo​ko​ić i też mi się przy​snę​ło. Bra​dy ski​nął gło​wą ze znie​cier​pli​wie​niem. – Su​per, ale już spa​daj. W po​rząd​ku, ale mu​sia​łem mieć pew​ność, że on też. – Pój​dę, jak ty pój​dziesz. Spoj​rzał na mnie jak na wa​ria​ta. – Że co? Obej​rza​łem się na Mag​gie, zwi​nię​tą bez​bron​nie w kłę​bek na łóż​ku. – Wyj​dę, ale ra​zem z tobą. Mó​wi​ła, że za​my​ka się na noc na klucz. To jak się tu do​sta​łeś? – spy​ta​łem. – Chy​ba wiem, jak wejść do swo​je​go daw​ne​go po​ko​ju, na​wet gdy jest za​mknię​ty, co nie? Poza tym jak tyl​ko za​uwa​ży​łem twój pi​kap na dro​dze, od razu się kap​ną​łem, gdzie je​steś i jak tu wla​złeś. Ufa​łem Bra​dy’emu, ale nie w przy​pad​ku Mag​gie. – Pój​dę, jak ty pój​dziesz – po​wtó​rzy​łem. – Mó​wisz se​rio? – Jak naj​bar​dziej. Bra​dy po​trzą​snął gło​wą, otwie​ra​jąc drzwi po​ko​ju. – Wy​lu​zuj, West. Od​bi​ło ci? Ja i moja ku​zyn​ka?

No do​bra, ra​czej nie. Ale nie po​do​ba​ło mi się, że prze​by​wa w jej po​ko​ju, gdy Mag​gie śpi. Nie za​pra​sza​ła go. Mia​ła pra​wo do pry​wat​no​ści. Kie​dy tam​tej nocy do​tar​łem w koń​cu do domu i po​ło​ży​łem się do łóż​ka, mia​łem na​dzie​ję, że ju​tro cze​ka mnie po​wtór​ka po​przed​nie​go szczę​śli​we​go week​en​du z tatą. Tak się jed​nak nie sta​ło. Ze snu wy​rwa​ło mnie wy​cie ka​ret​ki po​go​to​wia i prze​ra​żo​ny krzyk mamy. Ser​ce mi za​mar​ło. Wy​sko​czy​łem z łóż​ka i po​pę​dzi​łem ku drzwiom wej​ścio​wym, skąd do​bie​gał głos mamy. – Tam, w głąb ko​ry​ta​rza! – krzyk​nę​ła do ra​tow​ni​ków me​dycz​nych, któ​rzy wła​śnie wbie​ga​li do środ​ka. – Szyb​ko! Wy​mio​tu​je samą krwią! Po​śpiesz​cie się! Bła​gam! Za​no​si​ła się przy tym roz​pacz​li​wym pła​czem. Od​su​ną​łem się na bok, żeby zro​bić przej​ście ra​tow​ni​kom, po czym pod​bie​głem do mamy. Trzy​ma​ła się kur​czo​wo drzwi, jak​by za​raz mia​ła ze​mdleć. Jej ubra​nie było całe po​pla​mio​ne krwią, a po po​licz​kach cie​kły łzy. – On umie​ra! Boże, stra​ci​my go! – za​łka​ła, tra​cąc wła​dzę w no​gach. Rzu​ci​łem się ku niej i przy​gar​ną​łem ją moc​no do sie​bie. – Te​raz mu​si​my być sil​ni, dla nie​go. Bę​dzie​my pła​kać póź​niej. Mu​si​my mu po​ka​zać, że damy so​bie radę. Je​śli zo​ba​czy, że się za​ła​ma​łaś, bę​dzie mu jesz​cze cię​żej. Kie​dy prze​ko​ny​wa​łem ją do tego, w co sam wąt​pi​łem, po​czu​łem się, jak​by była przy mnie Mag​gie i pod​su​wa​ła mi szep​tem do ucha wła​ści​we sło​wa. Przy​po​mi​na​ła mi, kto w tym mo​men​cie jest naj​waż​niej​szy, i za​pew​nia​ła, że mam w so​bie dość siły, żeby przez to wszyst​ko przejść. Mama po​tak​nę​ła, ocie​ra​jąc dło​nią oczy. – Masz ra​cję. Mu​si​my być sil​ni, dla nie​go – po​wtó​rzy​ła. – Przy​po​mi​naj mi o tym. – Po​kle​pa​ła mnie po ra​mio​nach. – Mu​szę się szyb​ko prze​brać i je​chać z nimi do szpi​ta​la. – Za​wio​zę cię. Prze​bierz się i po​je​dzie​my za nimi. I tak nie po​zwo​lą ci je​chać w środ​ku. Mu​szą mieć miej​sce, żeby za​jąć się tatą. Po​now​nie po​ki​wa​ła gło​wą, ale wi​dać było, że nie może znieść my​śli, że tata ma je​chać bez niej. Nie wy​pusz​cza​łem jej z ob​jęć, gdy nie​śli go na no​szach – nie​przy​tom​ne​go i za​la​ne​go krwią. Wi​dząc jego stan, po​czu​łem inny, jesz​cze bar​dziej do​tkli​wy ból, ja​kie​go do​tąd nie do​świad​czy​łem. – Je​dzie​my, ko​cha​nie. Za​raz za tobą. Trzy​maj się. Bę​dzie​my na cie​bie cze​kać – za​wo​ła​ła za nim mama. – Idź się szyb​ko prze​brać – po​pę​dzi​łem ją. Zo​sta​ła w mo​ich ob​ję​ciach jesz​cze przez chwi​lę, gdy ła​do​wa​li no​sze do ka​ret​ki. Po​tem po​bie​gła do sie​bie, żeby zmie​nić ubra​nie. Wsko​czy​łem pod prysz​nic i szyb​ko się ochla​pa​łem, a po​tem na​ło​ży​łem pierw​sze lep​sze dżin​sy i ko​szul​kę. Kie​dy tyl​ko do​trze​my do szpi​ta​la, za​dzwo​nię do fir​my sprzą​ta​ją​cej i zle​cę im do​pro​wa​dze​nie domu do po​rząd​ku. Chcia​łem, żeby było czy​sto i przy​jem​nie, kie​dy tata wró​ci ze szpi​ta​la. I żeby mama nie mu​sia​ła ro​bić tego sama. Chwi​lę po​tem pra​wie jed​no​cze​śnie z mamą wy​pa​dli​śmy ze swo​ich po​ko​jów na ko​ry​tarz. Przy​sta​nę​li​śmy na chwi​lę, spo​glą​da​jąc po so​bie. – Mu​si​my być sil​ni, dla nie​go – przy​po​mnia​łem jej. Chcia​łem, żeby wzię​ła się w garść, na wy​pa​dek gdy​by to mia​ły być na​sze ostat​nie wspól​ne chwi​le. Gdy​by trze​ba było się po​że​gnać

na za​wsze. Musi być na to go​to​wa, nie może się te​raz za​ła​my​wać. Sam mo​dli​łem się w du​chu, żeby uda​ło mi się ja​koś przez to przejść. Mama po​ki​wa​ła gło​wą i ru​szy​ła do drzwi. Po​sze​dłem za nią, wyj​mu​jąc te​le​fon, żeby na​pi​sać do Mag​gie. Po​trze​bo​wa​łem jej te​raz jak ni​g​dy do​tąd.

ROZ​DZIAŁ 25

Je​steś mi tu po​trzeb​na

Maggie Ka​ret​ka za​bra​ła go do szpi​ta​la. Po​trze​bu​ję cię. Czy​ta​łam raz po raz wia​do​mość od We​sta, gdy z cio​cią Co​ra​lee, wuj​kiem Bo​one’em i Bra​dym je​cha​li​śmy do szpi​ta​la. Nie na​pi​sał nic wię​cej. Tyl​ko, że je​stem mu po​trzeb​na. Wy​sko​czy​łam z łóż​ka jak strza​ła i bły​ska​wicz​nie się ubra​łam, w ogó​le się nie za​sta​na​wia​jąc, jak do​trę do szpi​ta​la. Bie​gnąc ko​ry​ta​rzem do ła​zien​ki, żeby umyć zęby, na​tknę​łam się na scho​dach na wuj​ka Bo​one’a z po​ran​ną ga​ze​tą w ręce. Po​ka​za​łam mu ko​mór​kę z wia​do​mo​ścią od We​sta. Od razu po​szedł obu​dzić cio​cię Co​ra​lee i Bra​dy’ego. Nikt się nie od​zy​wał. Bra​dy trząsł ner​wo​wo nogą, wy​glą​da​jąc przez okno. Kie​dy tata ich obu​dził, on pierw​szy po​ja​wił się na dole. Miał na twa​rzy wy​pi​sa​ną pa​ni​kę, jaką mógł od​czu​wać tyl​ko praw​dzi​wy przy​ja​ciel. Wąt​pię, by tak za​cho​wy​wał się któ​ryś z mo​ich daw​nych zna​jo​mych. West miał na​praw​dę wiel​kie szczę​ście. – Mu​szę po​wie​dzieć chło​pa​kom – ode​zwał się w koń​cu Bra​dy. – Już naj​wyż​sza pora. Też chcie​li​by przy nim być. Wu​jek Bo​one po​ki​wał gło​wą. – Zga​dzam się. Gdy do​trze​my do szpi​ta​la i do​wie​my się, co i jak, znaj​dziesz spo​koj​ne miej​sce i do nich za​dzwo​nisz. Ale nie do ca​łej dru​ży​ny, tyl​ko do jego naj​bliż​szych kum​pli. Po​trze​bu​je te​raz przy so​bie praw​dzi​wych przy​ja​ciół. Nie by​łam prze​ko​na​na, że West so​bie tego ży​czy, ale je​śli to ko​niec, bę​dzie mu po​trzeb​ne wspar​cie. – Na​pi​sał do cie​bie? – spy​tał mnie Bra​dy. Przy​tak​nę​łam. – Coś wię​cej? Po​trzą​snę​łam gło​wą, po​da​jąc mu swo​ją ko​mór​kę. Prze​czy​tał SMS-a kil​ka razy, a po​tem mi ją zwró​cił. – Dzię​ki – po​wie​dział – że mu po​ma​gasz. Nie ro​zu​miem, co wy kom​bi​nu​je​cie, ale i tak dzię​ki. Nie mu​siał mi dzię​ko​wać. Prze​cież cho​dzi​ło o We​sta. Zro​bi​ła​bym dla nie​go wszyst​ko. Moja ko​mór​ka za​brzę​cza​ła, a wszy​scy jak na ko​men​dę ze​sztyw​nie​li​śmy. Dla​cze​go ta jaz​da tak się dłu​ży?! Chcę już być przy nim.

Ma guz, któ​ry uci​ska na żyłę czy coś ta​kie​go. Gdzieś go za​bra​li. Nic nie wie​my. Czwar​te pię​tro, lewe skrzy​dło, po​cze​kal​nia. Wy​stu​ka​łam szyb​ko od​po​wiedź: Za​raz bę​dzie​my. Po​tem po​da​łam te​le​fon Bra​dy’emu, a on prze​czy​tał wia​do​mość od We​sta na głos. Po chwi​li ko​mór​ka za​wi​bro​wa​ła po​now​nie. Tym ra​zem Bra​dy od​czy​tał SMS-a po ci​chu, po czym po​dał ją mnie. To do​brze. Je​steś mi tu po​trzeb​na. Za​ci​snę​łam moc​no po​wie​ki i za​czę​łam mo​dlić się w myś​lach. Nie wie​dzia​łam tak na​praw​dę o co, bo wszy​scy do​brze wie​dzie​li​śmy, że ta​cie We​sta nikt już nie może po​móc. Ale i tak się mo​dli​łam. Kie​dy do​je​cha​li​śmy do szpi​ta​la, wu​jek Bo​one wy​sa​dził nas przy wej​ściu, a po​tem od​je​chał na par​king. Nie cze​ka​jąc na ni​ko​go, wbie​głam do środ​ka i po​pę​dzi​łam w stro​nę wind. Gdy​by West do​stał od le​ka​rzy wia​do​mość, że tata nie żyje, chcia​łam przy nim być w ta​kim mo​men​cie. Żeby miał obok ko​goś, kogo ja ni​g​dy nie mia​łam – przy​ja​cie​la, któ​ry ro​zu​mie jego ból. Nad​je​cha​ła win​da, więc wpa​dłam do środ​ka i na​cis​nę​łam przy​cisk. Kie​dy drzwi roz​su​nę​ły się na czwar​tym pię​trze, stał już za nimi West. Na​sze spoj​rze​nia spo​tka​ły się, a wte​dy za​uwa​ży​łam, że ma czer​wo​ne oczy. Wi​dać było, że nie mógł się mnie do​cze​kać. – Hej – ode​zwał się ochry​płym szep​tem. Wy​szłam z win​dy i wzię​łam go za rękę. – Hej. – Wła​śnie wpu​ści​li mamę do środ​ka – po​wie​dział, za​ci​ska​jąc pal​ce na mo​jej dło​ni i przy​cią​ga​jąc mnie do sie​bie. – Mó​wią, że stan jest sta​bil​ny, ale nie mogą wie​le zro​bić. Tyl​ko tyle, żeby go nie bo​la​ło. West od paru mie​się​cy bał się w nocy za​sy​piać, bo rano taty mo​gło już z nimi nie być. Dziś było już bar​dzo bli​sko, pra​wie o włos. Splo​tłam swo​je pal​ce z jego pal​ca​mi. – Chodź​my do po​cze​kal​ni. Za​raz po cie​bie przyj​dą. – Mhm – zgo​dził się. Ota​cza​ła nas ste​ryl​na biel ścian. Szpi​ta​le za​wsze wy​da​wa​ły mi się strasz​nie chłod​ne i obce. Nie chcia​ła​bym tu umie​rać; ra​czej w ja​kimś zna​nym mi miej​scu, gdzie czu​ła​bym się bez​piecz​nie. I wte​dy do​tar​ło do mnie, o co po​win​nam się mo​dlić. Przy​mknę​łam oczy i bła​ga​łam w my​ślach, żeby Jude nie mu​siał tu umrzeć. Żeby to na​stą​pi​ło w jego domu – miej​scu, któ​re ko​chał. – Kto cię przy​wiózł? – spy​tał West, gdy otwo​rzy​łam oczy. – Wu​jek, cio​cia i Bra​dy. Za​raz tu będą. Po​bie​głam przo​dem. Nie chcia​łam, że​byś był tu… beze mnie. West ści​snął moją dłoń, a po​tem po​gła​skał ją kciu​kiem. – Dzię​ku​ję. Przy​po​mnia​łam so​bie jego wia​do​mość: że je​stem mu po​trzeb​na. Miał swo​je po​wo​dy, któ​re

Przy​po​mnia​łam so​bie jego wia​do​mość: że je​stem mu po​trzeb​na. Miał swo​je po​wo​dy, któ​re do​sko​na​le ro​zu​mia​łam. Ale ja też go po​trze​bo​wa​łam. Bo mi​nę​ły za​le​d​wie trzy ty​go​dnie, a on już na do​bre za​go​ścił w moim ser​cu. Do​tar​ło to do mnie dziś rano, gdy zo​ba​czy​łam jego SMS-a. Nic in​ne​go się dla mnie nie li​czy​ło, jak tyl​ko to, by jak naj​szyb​ciej zna​leźć się przy nim w szpi​ta​lu. Ni​g​dy nie by​łam za​ko​cha​na, więc nie mia​łam po​rów​na​nia, ale nie mia​łam cie​nia wąt​pli​wo​ści, że West Ash​by stał się naj​waż​niej​szą oso​bą w moim ży​ciu. Za​ko​cha​łam się w nim. Będę dla nie​go kim​kol​wiek tyl​ko so​bie za​ży​czy. Na​wet gdy​bym mia​ła na całe ży​cie po​zo​stać tyl​ko przy​ja​ciół​ką.

ROZ​DZIAŁ 26

Będę żyć, jak mnie na​uczy​łeś

West Spo​dzie​wa​łem się, że Mag​gie za​bie​rze swo​ją dłoń z mo​jej, kie​dy po​ja​wi się jej ro​dzi​na, ale tego nie zro​bi​ła. Na​wet wte​dy, gdy cio​cia i wu​jek jed​no​cze​śnie spoj​rze​li wprost na na​sze sple​cio​ne ręce. Nie od​su​nę​ła się ode mnie ani na mo​ment, gdy sta​li​śmy wszy​scy ra​zem, roz​ma​wia​jąc. Pani Co​ra​lee po​ca​ło​wa​ła mnie w czu​bek gło​wy i za​pew​ni​ła, że mnie ko​cha. Pan Bo​one po​ki​wał gło​wą na po​twier​dze​nie jej słów i po​kle​pał mnie po ra​mie​niu. Bra​dy sta​nął przy moim dru​gim boku bez sło​wa, da​jąc mi w ten spo​sób do zro​zu​mie​nia, że jest przy mnie. Ich przy​by​cie spra​wi​ło mi wiel​ką ulgę. Zwłasz​cza ze wzglę​du na mamę. Nie chcia​łem, żeby my​śla​ła, że zo​sta​li​śmy cał​kiem sami. Ja mia​łem Mag​gie i to mi wy​star​cza​ło, ale obec​ność Hig​gen​sów do​brze zro​bi ma​mie. – Wra​cam za parę mi​nut – oznaj​mił Bra​dy, po czym od​da​lił się ko​ry​ta​rzem. – Chce po​wia​do​mić resz​tę chło​pa​ków. Two​ich naj​bliż​szych kum​pli – wy​szep​ta​ła Mag​gie, nie​znacz​nie po​ru​sza​jąc war​ga​mi. Cio​cia i wu​jek sta​li przy au​to​ma​cie z kawą i aku​rat nie pa​trzy​li w na​szą stro​nę. – Po​wie​dział ci? – Tak, nam wszyst​kim. Mar​twi się o cie​bie. Naj​wyż​szy czas, żeby się do​wie​dzie​li. I tak po​wi​nie​nem po​wia​do​mić ich wcze​śniej. Ale mia​łem przy so​bie Mag​gie, więc nie za​le​ża​ło mi na współ​czu​ciu in​nych. – On od​cho​dzi, czu​ję to – po​wie​dzia​łem na głos, żeby oswo​ić się z tą my​ślą. – Bę​dzie bo​la​ło. To naj​cięż​sza chwi​la. Ale je​steś sil​ny i dasz radę przez to przejść. Zo​sta​ną ci wspo​mnie​nia, tego ci nikt nie od​bie​rze. – Umil​kła, bo jej cio​cia od​wró​ci​ła się w na​szą stro​nę, choć ja by​łem pe​wien, że nie sły​sza​ła ci​che​go szep​tu Mag​gie. Po​wta​rza​łem so​bie w my​ślach sło​wa Mag​gie. Dob​rze zna​ła uczu​cia, ja​kie mną szar​pa​ły, i ni​cze​go przede mną nie ukry​wa​ła. Nie po​kle​py​wa​ła mnie po ra​mie​niu, za​pew​nia​jąc, że wszyst​ko bę​dzie w po​rząd​ku i że mi współ​czu​je, tak jak ro​bią wszy​scy inni – już nie​dłu​go będę miał tego po uszy. – Dziś rano mama… Boże, do​brze, że tego nie wi​dzia​łaś. Kom​plet​nie się roz​sy​pa​ła. Strasz​ny wi​dok. Ob​raz za​pła​ka​nej mamy trzy​ma​ją​cej się kur​czo​wo drzwi chy​ba wrył się w moją pa​mięć na za​wsze. Ni​g​dy nie zdo​łam z niej wy​ma​zać tej kosz​mar​nej chwi​li. Mag​gie od​wró​ci​ła gło​wę i opar​ła czo​ło o moje ra​mię. – Zo​sta​łeś jej jesz​cze ty. Obo​je ma​cie sie​bie. Nie za​po​mi​naj o tym – po​wie​dzia​ła, ukry​wa​jąc twarz przed ro​dzi​ną.

Po​ca​ło​wa​łem ją w czu​bek gło​wy. Nie ob​cho​dzi​ło mnie, że wszy​scy mogą to zo​ba​czyć.

Po​ca​ło​wa​łem ją w czu​bek gło​wy. Nie ob​cho​dzi​ło mnie, że wszy​scy mogą to zo​ba​czyć. Chcia​łem w ten spo​sób dać jej do zro​zu​mie​nia, jak bar​dzo jest dla mnie waż​na. Jak do​ce​niam na​szą przy​jaźń i to, co dla mnie robi. Bra​dy wró​cił do po​cze​kal​ni i usiadł obok. – Za​wia​do​mi​łem chło​pa​ków, za​raz przy​ja​dą. Chcą być z tobą w ta​kim mo​men​cie. Czy ci się to po​do​ba czy nie, wiesz, że bę​dziesz nas po​trze​bo​wał. My​lił się, wca​le nie. Je​dy​na oso​ba, któ​rej po​trze​bo​wa​łem, sie​dzia​ła przy​tu​lo​na do mo​je​go boku. Ale tego nie mia​łem za​mia​ru mu po​wie​dzieć, więc tyl​ko po​ki​wa​łem gło​wą. I tak by nie zro​zu​miał. Dwie go​dzi​ny póź​niej po​cze​kal​nia była peł​na. Przy​je​cha​łi chło​pa​ki, a tak​że wszy​scy nasi tre​ne​rzy. Po​ja​wi​li się ro​dzi​ce Ry​ke​ra i Na​sha, a tak​że oj​co​wie Asy i Gun​ne​ra. Mag​gie nie ru​szy​ła się ode mnie na krok, cały czas trzy​ma​jąc mnie za rękę. Wie​dzia​łem, że mnie nie zo​sta​wi. Dzię​ki temu było mi lżej. Ża​den z chło​pa​ków nie spy​tał, dla​cze​go nic im nie po​wie​dzia​łem. Pew​nie Bra​dy tego do​pil​no​wał. Oto​czy​li mnie cia​snym krę​giem, wspie​ra​jąc bez słów. Kil​ku ro​dzi​ców za​pew​ni​ło mnie, że bar​dzo mi współ​czu​ją z po​wo​du taty. I że mogę na nich li​czyć, gdy​bym cze​goś po​trze​bo​wał – wy​star​czy za​dzwo​nić. Mogą przy​nieść coś do je​dze​nia i ta​kie tam. Ki​wa​łem tyl​ko gło​wą i cały sztyw​nia​łem za każ​dym ra​zem, gdy ktoś mnie ża​ło​wał i mó​wił, że musi mi być cięż​ko. Kie​dy mama w koń​cu wró​ci​ła od taty, jej oczy zro​bi​ły się okrą​głe ze zdu​mie​nia na wi​dok tłu​mu w po​cze​kal​ni. Wi​dząc, że szu​ka mnie wzro​kiem, wsta​łem, po​cią​ga​jąc za sobą Mag​gie. Nie pro​te​sto​wa​ła, po pro​stu po​szła ze mną, cały czas ści​ska​jąc moją dłoń. Kie​dy sta​ną​łem przed mamą, uśmiech​nę​ła się do mnie przez łzy, ale jej oczy po​zo​sta​ły smut​ne. – Jest już do​brze, ale tata jesz​cze jest nie​przy​tom​ny. Mo​żesz wejść i chwi​lę przy nim po​sie​dzieć, je​śli chcesz. Ale jesz​cze przez kil​ka go​dzin wpusz​cza​ją do nie​go tyl​ko po dwie oso​by. Mu​sia​łem zo​ba​czyć tatę. Mag​gie wy​su​nę​ła dłoń z mo​jej ręki i pod​nio​sła na mnie wzrok. W jej oczach zo​ba​czy​łem za​chę​tę. Chcia​ła, że​bym po​szedł ra​zem z mamą. Gdy​by oka​za​ło się, że to ko​niec, mu​si​my obo​je przy nim być. – Będę tu cze​kać – ode​zwa​ła się ci​cho. – Idź. Ski​ną​łem jej gło​wą, a po​tem po​sze​dłem ko​ry​ta​rzem za mamą. Za​trzy​ma​ła się przed drzwia​mi do sali taty. Spoj​rza​łem do środ​ka i zo​ba​czy​łem, jak leży na szpi​tal​nym łóż​ku pod​łą​czo​ny do ma​szyn, wy​chu​dły i wy​cień​czo​ny. Kie​dy ostat​nim ra​zem był w szpi​ta​lu, wy​glą​dał znacz​nie le​piej. Nie był jesz​cze aż tak cho​ry. Trud​no uwie​rzyć, że tak bar​dzo mu się po​gor​szy​ło w cią​gu za​le​d​wie dwóch mie​się​cy. – Mów do nie​go. Chy​ba nas sły​szy. Na wy​pa​dek, gdy​by… gdy​by oka​za​ło się, że to już. Po​wiedz mu wszyst​ko, co uwa​żasz, że po​wi​nie​neś… – Sło​wa uwię​zły jej w gar​dle, a oczy wy​peł​ni​ły się łza​mi. Wsze​dłem do środ​ka i za​trzy​ma​łem się obok szpi​tal​ne​go łóż​ka. Tata od​dy​chał sła​bo i chra​pli​wie, jak​by miał trud​no​ści z za​czerp​nię​ciem tchu. A prze​cież jesz​cze ty​dzień temu po​tra​fił się z nami śmiać! Wie​dzia​łem, że to się już nie po​wtó​rzy. To był nasz ostat​ni wspól​ny week​end.

– Cześć, tato – ode​zwa​łem się, spo​glą​da​jąc na nie​go z góry i sta​ra​jąc się za​pi​sać w pa​mię​ci

– Cześć, tato – ode​zwa​łem się, spo​glą​da​jąc na nie​go z góry i sta​ra​jąc się za​pi​sać w pa​mię​ci każ​dą chwi​lę, by na za​wsze za​cho​wać te ostat​nie wspo​mnie​nia. – Wiem, że nie prze​pa​dasz za tym miej​scem, ale szko​da, że nie wi​dzisz, ja​kie tłu​my przy​cią​gną​łeś do po​cze​kal​ni. Do​słow​nie pęka w szwach – cią​gną​łem, zer​ka​jąc na sie​dzą​cą po dru​giej stro​nie łóż​ka mamę, któ​ra wsu​nę​ła swo​ją dłoń pod dłoń ojca. – Mag​gie też tam jest. Przy​je​cha​ła za​raz po nas. Jak będą wpusz​czać tu wię​cej lu​dzi, na pew​no przyj​dzie się z tobą zo​ba​czyć. Nie by​łem zbyt​nio prze​ko​na​ny, że mnie sły​szy, jak twier​dzi​ła mama. Mo​gli​śmy tyl​ko mieć na​dzie​ję, że tak jest. Było tyle rze​czy, któ​re chcia​łem mu prze​ka​zać, ale jak mam się na to zdo​być? Mag​gie nie zdą​ży​ła ni​cze​go po​wie​dzieć swo​jej ma​mie przed śmier​cią. Dla​te​go mu​szę wy​ko​rzy​stać tę szan​sę. – Ko​cham cię. Je​stem dum​ny, że je​stem two​im sy​nem – po​wie​dzia​łem zdła​wio​nym gło​sem. – Przez całe ży​cie by​łeś dla mnie opar​ciem. Za​wsze mo​głem na cie​bie li​czyć. Nie mógł​bym so​bie wy​ma​rzyć lep​sze​go taty. Mam naj​lep​sze​go ta… – urwa​łem, prze​ły​ka​jąc gło​śno śli​nę na wi​dok jego wno​szą​cej się w cięż​kim od​de​chu pier​si. – Mam naj​lep​sze​go tatę. Chcę, że​byś wie​dział, że po​sta​ram się za​stą​pić cię god​nie. Za​opie​ku​ję się mamą, masz to jak w ban​ku. Nie zo​sta​nie sama, do​pil​nu​ję tego. Zo​ba​czysz, bę​dziesz ze mnie dum​ny. Nie martw się o nas. Bę​dzie​my za​wsze za tobą tę​sk​nić i o to​bie pa​mię​tać. Ni​g​dy cię nie za​wio​dę. Będę żyć, jak mnie na​uczy​łeś. Z ust mamy wy​rwa​ło się łka​nie. Na jego dźwięk łzy po​pły​nę​ły mi stru​mie​nia​mi po po​licz​kach. Tak bar​dzo go ko​cha​łem. Nie po​tra​fi​łem so​bie wy​obra​zić ży​cia bez nie​go. Wy​da​wa​ło mi się to kom​plet​nie nie​moż​li​we. Na​wet po​mi​mo da​nej mu obiet​ni​cy, że będę dla mamy opar​ciem.

ROZ​DZIAŁ 27

Nie będę ni​cze​go ża​ło​wać

Maggie Kie​dy West po​szedł zo​ba​czyć się z tatą, usia​dłam na krze​śle obok cio​ci Co​ra​lee. Po​kle​pa​ła mnie po udzie i po​wie​dzia​ła, że jest ze mnie dum​na, bo wspie​ram We​sta. Nie do​da​ła, że sama wie​le prze​szłam, kie​dy stra​ci​łam mamę, ale są​dząc po to​nie jej gło​su, przy​szło jej to na myśl. Bra​dy sie​dział na​prze​ciw​ko z Asą, Gun​ne​rem, Ry​ke​rem i Na​shem. Szep​ta​li mię​dzy sobą, jak​by spo​dzie​wa​li się, że nie​dłu​go na​dej​dzie smut​ny ko​niec, i nie byli pew​ni, jak się za​cho​wać. Nic dziw​ne​go – ktoś, kto nie miał do czy​nie​nia ze śmier​cią, nie ma o niej po​ję​cia. Tak jak kie​dyś ja. Za​nim… tam​to się wy​da​rzy​ło. W cią​gu na​stęp​nej go​dzi​ny po​ja​wi​ła się Ra​le​igh, a z nią inni ucznio​wie, któ​rych zna​łam z wi​dze​nia. Wąt​pi​łam, czy jej obec​ność przy​nie​sie ko​muś po​ży​tek. Za​raz po wej​ściu zmie​rzy​ła mnie wzro​kiem peł​nym nie​na​wi​ści. Tak jak Se​re​na na​dal nie mo​gła się zo​rien​to​wać, kim na​praw​dę je​stem dla We​sta. Obie były z nim tak bli​sko, jak ja ni​g​dy nie by​łam, ale za to po​zna​łam go z cał​kiem in​nej stro​ny. Ro​zu​mia​łam tę róż​ni​cę, one – nie. Wu​jek Bo​one stał wraz z grup​ką tre​ne​rów, roz​ma​wia​jąc i pi​jąc kawę. Na ich twa​rzach ma​lo​wa​ły się głę​bo​kie współ​czu​cie i tro​ska – do​wód na to, jak bar​dzo West był tu lu​bia​ny. Po​dob​nie jak Jude, są​dząc po tym, jak inni wy​ra​ża​li się na jego te​mat. Czas mi​jał, a my cią​gle cze​ka​li​śmy. Każ​da upły​wa​ją​ca go​dzi​na ozna​cza​ła, że West do​stał ko​lej​ną szan​sę, by być dłu​żej ze swo​im oj​cem. Mia​łam na​dzie​ję, że po​wie​dział mu wszyst​ko, co chciał. Że kie​dy Jude odej​dzie, West nie bę​dzie mu​siał ni​cze​go ża​ło​wać. W pew​nym mo​men​cie Ra​le​igh po​de​szła, by po​roz​ma​wiać z Bra​dym. Za​cho​wy​wał się wo​bec niej uprzej​mie, ale wi​dać było, że nie jest za​chwy​co​ny jej przy​by​ciem. Na​gle ode​zwa​ła się do mnie sie​dzą​ca obok cio​cia Co​ra​lee: – By​li​śmy przy to​bie w dniu, gdy to się sta​ło, choć pew​nie nie pa​mię​tasz. Fa​tal​nie to znio​słaś. Co ja mó​wię, czy mo​gło być ina​czej? Ser​ce mi pę​ka​ło, gdy wi​dzia​łam, jak się od wszyst​kich izo​lu​jesz. Ale te​raz je​steś z nami, ko​cha​my cię, Mag​gie. Chcę, że​byś o tym wie​dzia​ła. Wiem, że nie masz ocho​ty o tym roz​ma​wiać, ale w tak trud​nej sy​tu​acji jak ta chcę, że​byś wie​dzia​ła, że my też wte​dy by​li​śmy przy to​bie. Jo​rie rów​nież. Ni​ko​go do cie​bie nie do​pusz​cza​li​śmy i pil​no​wa​li​śmy, żeby nikt cię do ni​cze​go nie zmu​szał. To praw​da, wie​dzia​łam, że wte​dy ze mną byli. By​łam nie​przy​tom​na z bólu i żalu, ale pa​mię​tam za​la​ną łza​mi twarz cio​ci, gdy mnie pil​no​wa​ła. Ni​g​dy o tym nie za​po​mnia​łam. Wte​dy nie mia​ło to dla mnie zna​cze​nia, ale z per​spek​ty​wy cza​su by​łam jej za to wdzięcz​na. Spoj​rza​łam na nią, a ona po​sła​ła mi uśmiech. Chcia​łam jej po​wie​dzieć, że pa​mię​tam i dzię​ku​ję za to, co dla mnie zro​bi​li, ale to nie była od​po​wied​nia chwi​la, żeby się ode​zwać.

Psy​chicz​nie nie da​ła​bym rady, zwłasz​cza te​raz, gdy wie​dzia​łam, przez co prze​cho​dzi West. Nie dziś. Mi​ja​ły ko​lej​ne go​dzi​ny, aż nad​szedł wie​czór. Mimo to w po​cze​kal​ni na​dal było tłocz​no. Bra​dy drze​mał na sie​dzą​co, a Nash wy​cią​gnął się na kil​ku krze​słach, żeby chwi​lę się prze​spać. Ra​le​igh, na szczę​ście, już so​bie po​szła. Ode​tchnę​łam z ulgą, kie​dy po​sta​no​wi​ła nie cze​kać dłu​żej na We​sta. Była pra​wie ósma, gdy w drzwiach po​cze​kal​ni po​ja​wił się West. Prze​śli​zgnął wzro​kiem po twa​rzach, aż na​tra​fił na mnie. Po​de​rwa​łam się z miej​sca, czu​jąc, jak żo​łą​dek za​ci​ska mi się w su​peł. Cho​ciaż wie​dzia​łam, cze​go się spo​dzie​wać, na​gle zwąt​pi​łam, czy mam na to wy​star​cza​ją​co sił. West wy​cią​gnął do mnie rękę, a ja po​de​szłam i ści​snę​łam jego dłoń. – Te​raz może go od​wie​dzać wię​cej osób. Chcę, że​byś ze mną po​szła – po​wie​dział mi do ucha. Ści​snę​łam go moc​no za rękę. West od​wró​cił się do resz​ty przy​ja​ciół zgro​ma​dzo​nych w po​cze​kal​ni. – Jego stan jest… sta​bil​ny. Ma pro​ble​my… z od​dy​cha​niem i jest nie​przy​tom​ny – po​wie​dział do wszyst​kich. – Dzię​ku​ję, że przy​szli​ście. To dla nas bar​dzo wie​le zna​czy, zwłasz​cza dla mo​jej mamy. Więc jesz​cze raz dzię​ki. Po​tem znów spoj​rzał na mnie. – Go​to​wa? W od​po​wie​dzi ski​nę​łam gło​wą. Splótł pal​ce z mo​imi i ra​zem we​szli​śmy przez drzwi pro​wa​dzą​ce na od​dział, w któ​re wpa​try​wa​łam się cały dzień. W sali, gdzie le​żał tata We​sta, znaj​do​wa​ło się duże okno, tak by pie​lę​gniar​ki mo​gły nad​zo​ro​wać go ze swo​je​go sta​no​wi​ska. Jesz​cze na ko​ry​ta​rzu do​strze​głam gło​wę mamy We​sta na po​dusz​ce tuż obok jego ra​mie​nia. Jej ręka moc​no za​ci​ska​ła się na jego dło​ni. Trzy​ma​ła ją kur​czo​wo, jak​by chcia​ła go w ten spo​sób przy so​bie za​trzy​mać. – Mama chy​ba za​snę​ła. Dużo pła​ka​ła, jest wy​czer​pa​na – za​uwa​żył, otwie​ra​jąc drzwi i prze​pusz​cza​jąc mnie przo​dem. Po​ło​żył rękę w dole mo​ich ple​ców i po​pro​wa​dził mnie ku usta​wio​nej pod ścia​ną ka​na​pie. Po​tem usiadł i po​ło​żył ra​mię na opar​ciu. – Chodź, siądź tu ze mną. Naj​wy​raź​niej po​trze​bo​wał mo​jej bli​sko​ści. Do​brze to ro​zu​mia​łam. Kie​dy usia​dłam, przy​cią​gnął mnie do sie​bie i oto​czył ra​mie​niem. Opar​łam gło​wę o jego pierś i przy​glą​da​łam się, jak jego tata ury​wa​nie od​dy​cha. Zu​peł​nie jak​by wal​czył o każ​dy od​dech. – Nie będę ni​cze​go ża​ło​wać – oznaj​mił West, a po​tem na​chy​lił się i po​ca​ło​wał mnie w czu​bek gło​wy. – Dzię​ki, że po​mo​głaś mi to wszyst​ko ja​koś so​bie po​ukła​dać w gło​wie. Gdy​by nie ty, nie wiem, czy dał​bym so​bie dziś radę. Ale mi się uda​ło. Po​wie​dzia​łem mu wszyst​ko, co trze​ba. Od​chy​li​łam gło​wę lek​ko w tył, żeby spoj​rzeć mu w twarz. Po​dzi​wiać każ​dy skra​wek cu​dow​nych ry​sów, któ​re tak wie​le dla mnie zna​czy​ły. Mia​łam ocho​tę jej do​tknąć. Do​dać mu w ten spo​sób otu​chy. Ale nie mog​łam so​bie na to po​zwo​lić. Spoj​rzał w dół w moje oczy. Nie po​trze​bo​wa​li​śmy żad​nych słów. W moim spoj​rze​niu było nie​me po​twier​dze​nie, że nie zo​sta​wię go sa​me​go i będę go za​wsze wspie​rać.

W głę​bi sali ktoś się po​ru​szył i czar chwi​li prysł. Obo​je od​wró​ci​li​śmy się i zo​ba​czy​li​śmy, że to Oli​via unio​sła gło​wę i w pa​ni​ce przy​glą​da się Jude’owi. Na jej twa​rzy od​ma​lo​wa​ła się wi​docz​na ulga, gdy do​strze​gła jego mia​ro​wo uno​szą​cą się i opa​da​ją​cą klat​kę pier​sio​wą. Do​tknę​ła jego ra​mie​nia i ode​tchnę​ła. – Nie mam po​ję​cia, kie​dy za​snę​łam – ode​zwa​ła się prze​pra​sza​ją​cym to​nem. – Je​steś wy​koń​czo​na, mamo. Tata na pew​no chciał​by, że​byś od​po​czę​ła – po​wie​dział West. Oli​via od​wró​ci​ła gło​wę i zo​ba​czy​ła nas sie​dzą​cych na ka​na​pie, a wte​dy na jej ustach za​drgał zmę​czo​ny uśmiech. – Wi​taj, Mag​gie. Jak do​brze, że po​zwo​li​li ci tu wejść. Gdy​by Jude był przy​tom​ny, bar​dzo by się ucie​szył, wi​dząc cię z We​stem. Przy​po​mnia​łam so​bie swo​ją ostat​nią wi​zy​tę w ich domu. Jude był wte​dy w lep​szej for​mie i na​wet z nami po​żar​to​wał. Ży​cie po​tra​fi być ta​kie okrut​ne. – Może coś pani przy​nieść? – spy​ta​łam, bo pew​nie cały dzień nic nie ja​dła. Po​trzą​snę​ła prze​czą​co gło​wą. – Nie, ale bar​dzo ci dzię​ku​ję. Przy​glą​da​łam się, jak otu​la męża szczel​niej koł​drą i sta​ran​nie po​pra​wia mu po​dusz​kę. West po​now​nie przy​cią​gnął mnie do sie​bie i sie​dzie​li​śmy ja​kiś czas w mil​cze​niu, przy​glą​da​jąc się, jak Jude od​dy​cha. I tak nie było nic do po​wie​dze​nia. W ob​li​czu smut​ku i stra​ty żad​ne sło​wa nie były w sta​nie w ni​czym po​móc.

ROZ​DZIAŁ 28

Oni zo​sta​li

West O dzie​sią​tej wie​czo​rem ka​za​łem Mag​gie wra​cać do domu z Hig​gen​sa​mi. Nie chcia​ła, ale prze​cież mu​sia​ła w koń​cu się po​ło​żyć. Ja z mamą mie​li​śmy spać w szpi​ta​lu. Pan Bo​one obie​cał, że przy​wie​zie Mag​gie z po​wro​tem ju​tro z sa​me​go rana. Była dziś dla mnie wiel​kim opar​ciem. Nie​ła​two się z nią roz​sta​wa​łem, ale wi​dzia​łem po jej oczach, jaka jest wy​czer​pa​na. O czwar​tej pięć​dzie​siąt trzy tata wy​dał ostat​nie tchnie​nie. By​łem wte​dy przy nim. Nie spa​łem, bo nie po​tra​fi​łem zmru​żyć oka. Mama chwi​lę wcze​śniej przys​nęła, więc ją obu​dzi​łem, jesz​cze za​nim po​ja​wi​ły się pie​lę​gniar​ki. Uca​ło​wa​ła tatę i kil​ka​krot​nie za​pew​ni​ła, że go ko​cha, a po​tem sku​li​ła się w mo​ich ra​mio​nach i za​czę​ła szlo​chać. Trzy​ma​jąc ją w ob​ję​ciach i przy​glą​da​jąc się, jak pie​lę​gniar​ki odłą​cza​ją tatę od apa​ra​tu​ry, po​że​gna​łem się z nim w my​ślach. Z naj​lep​szym czło​wie​kiem, ja​kie​go kie​dy​kol​wiek zna​łem. Wal​czył z cho​ro​bą jak lew, ale pod ko​niec sta​ło się ja​sne, że dłu​żej nie da rady. Obie​ca​łem mu, że zaj​mę się mamą i że ni​g​dy go nie za​wio​dę. Kie​dy nad​szedł czas, by opu​ścić salę, po​now​nie ob​ją​łem mamę. Po​tem po raz ostat​ni wy​szli​śmy przez szpi​tal​ne drzwi i po​szli​śmy ko​ry​ta​rzem do po​cze​kal​ni. Otwo​rzy​łem drzwi, spo​dzie​wa​jąc się, że w środ​ku bę​dzie pu​sto. Ale nie było. Na sie​dzą​co lub wy​cią​gnię​ci na krze​słach drze​ma​li Bra​dy, Nash, Gun​ner, Asa i Ry​ker. Cała piąt​ka. Choć pro​si​łem, żeby wszy​scy wró​ci​li do do​mów, oni zo​sta​li. By​li​śmy kum​pla​mi i jed​ną dru​ży​ną od dzie​ciń​stwa, ale nie tyl​ko. Trak​to​wa​łem ich jak ro​dzi​nę. – Pój​dę za​dzwo​nić do bab​ci. Trze​ba ją za​wia​do​mić. A ty obudź chłop​ców i im po​wiedz. Bab​cia ze stro​ny mamy ni​g​dy u nas nie by​wa​ła. Zresz​tą my też w cią​gu mi​nio​nych lat od​wie​dzi​li​śmy ją za​le​d​wie kil​ka razy. Była wiel​ką damą, sta​ro​świec​ką i na​dzia​ną, i nie w smak jej było ży​cie wy​bra​ne przez mamę. Dzia​dek zmarł na za​wał ser​ca, gdy mia​łem pięć lat, więc sła​bo go pa​mię​ta​łem. Nie mia​łem in​nych dziad​ków, bo ro​dzi​ce taty zgi​nę​li w wy​pad​ku sa​mo​cho​do​wym na mo​ście Old Mor​phy pod​czas bu​rzy, kie​dy już wy​je​chał na stu​dia. Był je​dy​na​kiem, tak jak mama. Czu​łem się otę​pia​ły, jak​by na​dal do mnie nie do​cie​ra​ło, że cały ten kosz​mar dzie​je się na​praw​dę. Jak​by​śmy za​raz mie​li po​je​chać do domu, a tata bę​dzie tam na nas cze​kał. Po​pro​si mamę, żeby zro​bi​ła na ko​la​cję pie​czeń rzym​ską, i spy​ta, jak mi mi​nął dzień. Po pro​stu nie mie​ści​ło mi się w gło​wie, że od​szedł na za​wsze. W pierw​szej ko​lej​no​ści pod​sze​dłem do Bra​dy’ego, któ​ry drze​mał na sie​dzą​co z bejs​bo​lów​ką opusz​czo​ną na twarz. Ock​nął się na​tych​miast, gdy tyl​ko trą​ci​łem go w ra​mię. Na​sa​dził

czap​kę z po​wro​tem na gło​wę i pod​niósł na mnie wzrok. Nie mu​sia​łem nic mó​wić, od razu się do​my​ślił. Po​de​rwał się z krze​sła i ob​jął mnie moc​no ra​mio​na​mi. – Przy​kro mi, sta​ry. Cho​ler​nie przy​kro. Po​ki​wa​łem gło​wą i kie​dy się od​su​nął, ra​zem obu​dzi​li​śmy resz​tę chło​pa​ków. Każ​dy z nich za​pew​nił mnie, że strasz​nie mi współ​czu​je i gdy​bym cze​goś po​trze​bo​wał, mam dać znać. O każ​dej po​rze. Po​dzię​ko​wa​łem im, że zo​sta​li, i obie​ca​łem, że za​dzwo​nię, kie​dy będę wie​dział, co z po​grze​bem. Bra​dy wy​cho​dził jako ostat​ni. Za​trzy​mał się jesz​cze przy drzwiach i obej​rzał na mnie. – Mam obu​dzić Mag​gie i jej po​wie​dzieć? Mogę ją tu przy​wieźć, gdy​byś… gdy​byś chciał. Po​krę​ci​łem prze​czą​co gło​wą. Mu​sia​łem od​wieźć mamę do domu, żeby w koń​cu się po​ło​ży​ła, a Mag​gie też na​le​żał się od​po​czy​nek. Sie​dzia​ła tu ze mną wczo​raj po​nad sie​dem​na​ście go​dzin i ani na mo​ment nie zmru​ży​ła oka. – Jak się obu​dzi, po​proś, żeby do mnie za​dzwo​ni​ła. Bra​dy zmarsz​czył czo​ło. Był za​sko​czo​ny, bo po​wie​dzia​łem, żeby za​dzwo​ni​ła, a nie na​pi​sa​ła. Na szczę​ście dłu​żej się nad tym nie za​sta​na​wiał, a je​dy​nie po​ki​wał gło​wą, od​wró​cił się i wy​szedł. Od​twa​rza​jąc cały czas w gło​wie sło​wa Mag​gie, że je​stem sil​ny i dam radę przez to przejść, po​sze​dłem po​szu​kać mamy i za​brać ją do domu. Kie​dy mama w koń​cu za​snę​ła, po​sze​dłem do sie​bie. Na​dal czu​łem się jak odrę​twia​ły. Na​wet gdy wró​ci​łem do pu​ste​go domu, bez taty, wciąż nie do koń​ca do mnie do​cie​ra​ło, że od​szedł. Rzu​ci​łem się na łóż​ko i od​pły​ną​łem. Prze​spa​łem ciur​kiem po​nad czter​na​ście go​dzin. Kie​dy otwo​rzy​łem oczy, na ze​wnątrz było ciem​no. Usły​sza​łem, jak mama z kimś roz​ma​wia i dzię​ku​je za je​dze​nie. Pew​nie obu​dzi​ło mnie pu​ka​nie do drzwi. Wsta​łem z łóż​ka, wcią​gną​łem ko​szul​kę i wy​sze​dłem na ko​ry​tarz, żeby spraw​dzić, co robi mama. Mia​łem na​dzie​ję, że obu​dzę się przed nią. Nie chcia​łem prze​spać ca​łe​go dnia. Zo​ba​czy​łem ją, jak idzie do kuch​ni z ce​ra​micz​nym na​czy​niem w rę​kach. Kie​dy spoj​rza​ła w moją stro​nę, za​uwa​ży​łem ciem​ne cie​nie pod jej ocza​mi. Bar​dzo mnie to zmar​twi​ło. – Mi​riam Lee przy​nio​sła nam coś na ko​la​cję. Miło z jej stro​ny – po​wie​dzia​ła, si​ląc się na uśmiech. Mi​riam była mamą Na​sha. Za​wsze była uprzej​ma dla mamy, choć ni​g​dy bli​sko się nie przy​jaź​ni​ły. Ona też trzy​ma​ła się ra​czej z da​le​ka od resz​ty miesz​ka​nek Law​ton. Ale by​wa​łem w domu Na​sha i prze​ko​na​łem się, że jest bar​dzo sym​pa​tycz​na. – Zjesz tro​chę? – spy​ta​łem z na​dzie​ją, że się zgo​dzi. Sam nie mia​łem ape​ty​tu, ale prze​cież obo​je mu​sie​li​śmy coś jeść. Wzru​szy​ła obo​jęt​nie ra​mio​na​mi, po​cią​ga​jąc no​sem i ocie​ra​jąc oczy. – Nie je​stem te​raz głod​na. – A kie​dy ostat​nio coś ja​dłaś? Po​now​nie wzru​szy​ła ra​mio​na​mi. Ob​sze​dłem ba​rek do​oko​ła i ob​ją​łem ją ra​mie​niem, a po​tem po​cią​gną​łem za sobą w stro​nę sto​łu. – Usiądź. Zje​my coś. Obo​je. Wiesz, że mu​si​my.

Sia​dła po​słusz​nie do sto​łu. Wy​ją​łem z szaf​ki dwa ta​le​rze i na​ło​ży​łem na nie po por​cji do​mo​we​go la​sa​gne. Usta​wi​łem przed nią je​den z ta​le​rzy ra​zem z wi​del​cem i ser​wet​ką, a po​tem przy​nio​słem nam coś do pi​cia. Kie​dy wszyst​ko było go​to​we, sam też za​ją​łem miej​sce przy sto​le. – Tata na pew​no chciał​by, że​by​śmy je​dli. Obie​ca​łem mu, że będę się tobą opie​ko​wał. Po​móż mi do​trzy​mać sło​wa. Mama po​now​nie po​cią​gnę​ła no​sem, ki​wa​jąc po​ta​ku​ją​co gło​wą. Po​cze​ka​łem, aż weź​mie do ust pierw​szy kęs, a po​tem sam za​bra​łem się za swo​ją por​cję. Je​dli​śmy w mil​cze​niu. La​sa​gne było na​praw​dę pysz​ne i po kil​ku kę​sach do​tar​ło do mnie, że umie​ram z gło​du. Na​ło​ży​łem so​bie dru​gą por​cję, pod​czas gdy mama le​d​wo zmu​si​ła się do zje​dze​nia po​ło​wy. – We​zmę prysz​nic i wra​cam do łóż​ka – ode​zwa​ła się ci​chym gło​sem. – Zo​sta​ło mi jesz​cze kil​ka prosz​ków na​sen​nych, więc chy​ba je​den we​zmę. Nie​wie​le dziś spa​łam. Nie umiem wy​łą​czyć my​śle​nia. Ani prze​stać za nim tę​sk​nić. Od​su​ną​łem swój ta​lerz z do​kład​ką, wsta​łem i pod​sze​dłem do niej, żeby po​ca​ło​wać ją w czu​bek gło​wy. – Bę​dzie​my za nim tę​sk​nić. Za​wsze. Ale mamy jesz​cze sie​bie i ra​zem ja​koś przez to przej​dzie​my. Gdy ją o tym za​pew​nia​łem, w mo​jej gło​wie po​brzmie​wa​ły sło​wa otu​chy usły​sza​ne od Mag​gie. Czy był​bym w sta​nie po​cie​szać mamę, gdy​by nie ona? Po​móc jej ra​dzić so​bie ze stra​tą? Wąt​pli​we. Mama pod​nio​sła rękę i po​kle​pa​ła mnie po ra​mie​niu. – Dzię​ku​ję – wy​szep​ta​ła, wsta​jąc od sto​łu, a po​tem wy​szła do swo​je​go po​ko​ju. Spoj​rza​łem w dół na swój ta​lerz i do​sze​dłem do wnio​sku, że stra​ci​łem ape​tyt.

ROZ​DZIAŁ 29

Co​fam to

Maggie Za​dzwo​ni​łam do We​sta, kie​dy tyl​ko Bra​dy prze​ka​zał mi rano smut​ną wia​do​mość, ale on nie od​dzwo​nił. Na​pi​sa​łam mu też dwa SMS-y – zno​wu nic. Za​sta​na​wia​łam się na​wet, czy nie pójść pie​cho​tą do jego domu – po​nad sześć ki​lo​me​trów – ale do​szłam do wnio​sku, że pew​nie śpi. Cze​ka​łam. Cały dzień. Było już po dzie​wią​tej, gdy wresz​cie za​dzwo​ni​ła moja ko​mór​ka. Sie​dzia​łam sku​lo​na na pa​ra​pe​cie w swo​im po​ko​ju, wy​glą​da​jąc przez okno i cze​ka​jąc na znak ży​cia od We​sta, gdy na​gle na ekra​nie wy​świe​tli​ło się jego imię. – Hej – ode​zwa​łam się, przy​ci​ska​jąc te​le​fon do ucha. – Hej. Prze​pra​szam, że się nie od​zy​wa​łem, ale prze​spa​łem cały dzień. Do​pie​ro co wsta​łem. Mat​ka Na​sha przy​nio​sła nam la​sa​gne, więc zmu​si​łem mamę, żeby tro​chę zja​dła. Te​raz po​szła się po​ło​żyć. – Mam na​dzie​ję, że się wy​spa​łeś. Ty też ja​dłeś? – Uhm. La​sa​gne było nie​złe. – Prze​pra​szam, że wte​dy wy​szłam. Po​win​nam była zo​stać. Ża​ło​wa​łam przez cały dzień, że da​łam się prze​ko​nać cio​ci i wuj​ko​wi, by wró​cić do domu i się prze​spać. West stra​cił tatę, a mnie w ta​kiej chwi​li przy nim nie było. Je​dy​ne po​cie​sze​nie, że cho​ciaż Bra​dy zo​stał. – I tak nic nie mo​gła​byś zro​bić. Sam cię ode​sła​łem, że​byś się prze​spa​ła. Nie prze​pra​szaj za coś, co ci ka​za​łem zro​bić. – Jak się czu​je two​ja mama? Wes​tchnął cięż​ko. – Jest smut​na. Tę​sk​ni za nim. – A ty? Za​wa​hał się na mo​ment z od​po​wie​dzią, aż za​czę​łam ża​ło​wać, że o to spy​ta​łam. Pew​nie dość się już na​słu​chał ta​kich py​tań. – Chy​ba cią​gle nie mogę uwie​rzyć, że to się dzie​je na​praw​dę. Cały czas mam wra​że​nie, że tata za​raz wej​dzie do po​ko​ju. Zna​łam to uczu​cie. Kie​dy już prze​sta​łam prze​sia​dy​wać w ką​cie i krzy​czeć, przez ja​kiś czas wy​da​wa​ło mi się, że mama za​raz się po​ja​wi i za​bie​rze mnie do domu. Albo że wszyst​ko jest tyl​ko złym snem, z któ​re​go za​raz się obu​dzę. – To mi​nie. A po​tem nie bę​dzie ła​two. Te​raz ja​koś so​bie ra​dzisz.

Przez dłu​żą chwi​lę w ogó​le się nie od​zy​wał. Sie​dzie​li​śmy w ci​szy, każ​de z te​le​fo​nem przy

Przez dłu​żą chwi​lę w ogó​le się nie od​zy​wał. Sie​dzie​li​śmy w ci​szy, każ​de z te​le​fo​nem przy uchu. – Prze​spa​łem cały dzień. Nie dam rady dziś wie​czo​rem za​snąć. A może byś… Może wy​krad​niesz się z domu, gdy wu​jek z cio​cią się po​ło​żą, i wy​bie​rzesz ze mną na prze​jażdż​kę? Mu​szę się wy​rwać z domu, a nie chcę być sam. Pięć po je​de​na​stej w nocy wy​szłam po kry​jo​mu przez okno swo​je​go po​ko​ju i ze​szłam na dół po dra​bi​nie po​ża​ro​wej. West cze​kał już na mnie na dole, żeby po​móc mi ze​sko​czyć, bo dra​bi​na koń​czy​ła się ka​wa​łek nad zie​mią. – Chodź​my – szep​nął mi do ucha i zła​pał mnie za rękę. Ra​zem prze​bie​gli​śmy pod​jazd i do​tar​li​śmy do jego pi​ka​pa. Jesz​cze ni​g​dy w ży​ciu nie wy​my​ka​łam się w ten spo​sób z domu. Ale dla We​sta nie wa​ha​łam się za​ry​zy​ko​wać. Co​raz wy​raź​niej do​cie​ra​ło do mnie, że zro​bi​ła​bym wszyst​ko, o co tyl​ko po​pro​si. West otwo​rzył drzwi od stro​ny pa​sa​że​ra i po​mógł mi wejść do środ​ka, a po​tem prze​szedł na swo​je miej​sce. Co​fa​jąc i ru​sza​jąc spod na​sze​go domu, nie włą​czył świa​teł. Kie​dy to wresz​cie zro​bił, zer​k​nął na mnie z uko​sa. – Dzię​ku​ję. W świe​tle księ​ży​ca wi​dać było pust​kę w jego oczach. Do​sko​na​le ją zna​łam. To uczu​cie jesz​cze dłu​go go nie opu​ści. Na​wet je​śli z cza​sem osłab​nie, na​dal będą się zda​rza​ły dni, gdy obu​dzi się rano, a ono znów do nie​go po​wró​ci z peł​ną mocą. Roz​pię​łam pas i prze​su​nę​łam się na śro​dek sie​dze​nia. Po​tem po​now​nie go za​pię​łam i po​gła​dzi​łam We​sta po wierz​chu dło​ni. Nie mo​głam nic zro​bić, żeby ulżyć mu w bólu. To nie uda​ło​by się ni​ko​mu. Mo​głam za to być obok i dać mu do zro​zu​mie​nia, że nie jest sam. West od​wró​cił dłoń i splótł pal​ce z mo​imi. Ta bli​skość mię​dzy nami zna​czy​ła dla mnie o wie​le wię​cej niż dla nie​go, ale to się nie li​czy​ło. Cie​szy​łam się, że mogę jej do​zna​wać. Je​cha​li​śmy przed sie​bie po​nad pół go​dzi​ny – w mil​cze​niu, bez mu​zy​ki. Nie mia​łam po​ję​cia, do​kąd mnie wie​zie, ale li​czy​ło się tyl​ko to, że je​stem z nim. Zo​rien​to​wa​łam się je​dy​nie, że wy​je​cha​li​śmy z Law​ton i zmie​rza​my w kie​run​ku Ten​nes​see. – Chcę ci coś po​ka​zać – ode​zwał się West. Zwol​nił i zje​chał z au​to​stra​dy. Prze​je​cha​li​śmy kil​ka ki​lo​me​trów pro​sto, a po​tem znów skrę​ci​li​śmy i do​tar​li​śmy do wą​skiej, nie​utwar​dzo​nej dro​gi, wzdłuż któ​rej ro​sły wy​so​kie drze​wa. Nocą oko​li​ca ta spra​wia​ła wra​że​nie groź​nej i ta​jem​ni​czej. W pew​nym mo​men​cie szpa​ler drzew się skoń​czył, a my zna​leź​li​śmy się na kra​wę​dzi wy​so​kiej skar​py. W dole roz​cią​ga​ło się nie​wiel​kie mia​stecz​ko, w któ​rym gdzie​nie​gdzie świe​ci​ły się świa​tła. West otwo​rzył drzwi sa​mo​cho​du i wy​siadł, a po​tem wy​cią​gnął do mnie rękę. – Chodź – po​pro​sił z uśmie​chem na ustach. Po​szła​bym za nim na ko​niec świa​ta, byle tyl​ko znów się w ten spo​sób uśmiech​nął, szcze​gól​nie w ta​kim dniu jak ten. Wzię​łam go za rękę i wy​gra​mo​li​łam się z sa​mo​cho​du po stro​nie kie​row​cy. Jed​nak za​miast po​zwo​lić mi ze​sko​czyć, West chwy​cił mnie wpół i po​sta​wił na zie​mi. Nie po​wiem, żeby mi to prze​szka​dza​ło. Jego ręce za​trzy​ma​ły się na mo​jej ta​lii odro​bi​nę dłu​żej niż trze​ba, a ja nie mo​głam się po​wstrzy​mać i za​tę​sk​ni​łam za czymś wię​cej. Żeby West był mój. Bo nie wiem, co on na to, ale ja i tak na​le​ża​łam do nie​go.

Po​de​szłam za nim tak bli​sko kra​wę​dzi skar​py, jak tyl​ko da​łam radę. Nie cho​dzi​ło o lęk wy​-

Po​de​szłam za nim tak bli​sko kra​wę​dzi skar​py, jak tyl​ko da​łam radę. Nie cho​dzi​ło o lęk wy​so​ko​ści, po pro​stu nie mia​łam ocho​ty stać na sa​mym skra​ju. – To Law​ton. Wy​da​je się ta​kie ma​leń​kie. I spo​koj​ne. Nie wi​dać stąd bólu ani czy​jejś nie​obec​no​ści. Ode​rwa​łam wzrok od mia​sta i spoj​rza​łam na We​sta. Stał wpa​trzo​ny w dół, z rę​ka​mi wsu​nię​ty​mi w przed​nie kie​sze​nie dżin​sów. W świe​tle księ​ży​ca wy​da​wał się jesz​cze przy​stoj​niej​szy niż zwy​kle. – Tata cza​sa​mi mnie tu​taj przy​wo​ził, kie​dy by​łem mały. Ma​wiał, że kie​dyś będę dumą Law​ton. Że je​stem w sta​nie osią​gnąć wszyst​ko, co tyl​ko so​bie wy​ma​rzę. Lu​bi​łem przy​glą​dać się mo​je​mu mia​stu z góry i po​do​ba​ło mi się, że z tego miej​sca by​łem od nie​go więk​szy. Przy​naj​mniej tak mi się wte​dy wy​da​wa​ło. – Za​wa​hał się na mo​ment i za​śmiał smut​no. – Ale kie​dy za​bra​kło taty, to ma​rze​nie już mnie nie in​te​re​su​je. Nie za​le​ży mi, żeby być dumą Law​ton. Ten ty​tuł i tak bar​dziej na​le​ży się Bra​dy’emu. Ja chcę tyl​ko ja​koś prze​żyć. Za​po​mnieć… Pa​mię​tać. – Prze​ży​jesz, bę​dziesz pa​mię​tał, ale ni​g​dy nie za​po​mnisz. Pew​ne​go dnia bę​dziesz wdzięcz​ny za te wspo​mnie​nia. Wdzięcz​ny, że nie za​po​mnia​łeś. West gwał​tow​nie się od​wró​cił i spoj​rzał na mnie. Na wi​dok cier​pie​nia w jego oczach ści​snę​ło mnie w gar​dle i po​czu​łam ucisk w pier​siach. – Tyl​ko ty się li​czysz, Mag​gie, nikt inny. Nie mogę so​bie wy​obra​zić, żeby ktoś inny był mi tak bli​ski. Ni​g​dy zresz​tą nie mia​łem na to ocho​ty. Ale ty masz w so​bie to coś. Od razu mnie to ude​rzy​ło, gdy tyl​ko pierw​szy raz cię zo​ba​czy​łem. Ale… – urwał, krę​cąc gło​wą, jak​by nie wie​dział, co po​wie​dzieć. – Nie wiem, co mam ro​bić. Jak cię trak​to​wać. Nie wiem, co czu​ję. – Pa​mię​tasz na​sze pierw​sze spo​tka​nie? – spy​ta​łam, nie mo​gąc się po​ha​mo​wać. Chcia​łam, żeby się przy​znał, że pa​mię​ta nasz po​ca​łu​nek. Może to nie był naj​właś​ciw​szy mo​ment, ale przy​naj​mniej na chwi​lę za​po​mni o swo​im smut​ku. Na jego ustach po​ja​wił się sła​by uśmiech. Od​wró​cił ode mnie gło​wę i po​now​nie za​pa​trzył się w wi​docz​ne w dole mia​sto. – No chy​ba. Cze​goś ta​kie​go fa​ce​ci nie za​po​mi​na​ją. Aha. Czy to zna​czy, że za​pa​mię​tał nasz po​ca​łu​nek, czy ra​czej to, że wte​dy się nie od​zy​wa​łam? – Ni​g​dy nie wspo​mnia​łeś o tam​tym wie​czo​rze – po​wie​dzia​łam, sta​ra​jąc się wy​do​być z nie​go coś wię​cej. Prze​niósł wzrok z po​wro​tem na mnie. – Ale cały czas o nim my​ślę. Choć wiem, że nie po​wi​nie​nem. Świa​do​mość, że on rów​nież ma go w pa​mię​ci, wy​star​czy​ła mi do szczę​ścia. To było jed​no z mo​ich naj​cen​niej​szych wspo​mnień, więc cie​szy​ło mnie, że i on tak uwa​ża. – Ty też o nim my​ślisz? – spy​tał. Przy​tak​nę​łam, ale nie po​wie​dzia​łam nic wię​cej. Zro​bił krok w moją stro​nę, a wte​dy ser​ce za​bi​ło mi moc​niej. – Czę​sto? Jesz​cze je​den krok, a wąt​pię, że​bym była w sta​nie od​dy​chać. Mo​ty​le w moim brzu​chu roz​po​czę​ły osza​la​ły ta​niec. Po chwi​li po​ki​wa​łam gło​wą. – Po​do​ba​ło ci się? – chciał wie​dzieć. O Boże, po​wie​trza! Dużo, jak naj​wię​cej. West był tak bli​sko i na do​da​tek py​tał, czy po​do​bał mi się nasz po​ca​łu​nek. Po​ki​wa​łam lek​ko gło​wą, a po​tem wy​pa​li​łam bez za​sta​no​wie​nia: – A to​bie?

Uśmiech​nął się sze​ro​ko. – Jak dia​bli. Pod​nio​słam na nie​go wzrok, wy​trzy​mu​jąc jego spoj​rze​nie. – To był mój pierw​szy raz. West za​marł w miej​scu, a jego zmy​sło​wy ton za​stą​pi​ło nie​do​wie​rza​nie. – Co ta​kie​go?! Chcia​łam, żeby do​wie​dział się, że jest pierw​szym chło​pa​kiem, z któ​rym się ca​ło​wa​łam. Je​dy​nym. Dla​te​go było to dla mnie ta​kim wy​jąt​ko​wym prze​ży​ciem. Po​wi​nien o tym wie​dzieć. – To był mój pierw​szy po​ca​łu​nek. I jak do​tąd je​dy​ny. West ga​pił się na mnie za​sko​czo​nym wzro​kiem. Po​tem opu​ścił gło​wę, za​klął pod no​sem i się cof​nął. Zu​peł​nie się nie spo​dzie​wa​łam, że w ten spo​sób za​re​agu​je. Nie mia​łam po​ję​cia, jak z tego wy​brnąć. Po​tra​fi​łam mu po​móc ra​dzić so​bie z bó​lem i smut​kiem, bo do​sko​na​le je zna​łam. Ale nie​wie​le wie​dzia​łam o chło​pa​kach, związ​kach i tym po​dob​nych spra​wach. Już mia​łam otwo​rzyć usta, gdy West pod​niósł gło​wę i od​wró​cił się z po​wro​tem do mnie. A po​tem zro​bił krok w przód. Za​nim zdą​ży​łam za​re​ago​wać, jego dło​nie wy​lą​do​wa​ły na mo​ich bio​drach, a na​sze cia​ła moc​no do sie​bie przy​war​ły. – Pierw​szy po​ca​łu​nek nie po​wi​nien być z dup​kiem, któ​ry wy​ła​do​wu​je na dziew​czy​nie swo​ją wście​kłość na cały świat. Te usta za​słu​gu​ją na coś lep​sze​go. Nie mogę go cof​nąć, ale mogę za​stą​pić. Lep​szym. – Po​chy​lił gło​wę. – Tak po​wi​nien wy​glą​dać twój pierw​szy po​ca​łu​nek – wy​szep​tał tuż przy mo​ich ustach, a po​tem się​gnął do nich war​ga​mi. Ob​jął de​li​kat​nie dłoń​mi moją twarz, jak​by ochra​niał cen​ny skarb. Po​tem prze​cią​gnął ję​zy​kiem po mo​jej dol​nej war​dze, a ja roz​chy​li​łam usta. Wsu​nę​łam mu dło​nie we wło​sy i moc​no za​ci​snę​łam na gło​wie. Cie​pło jego mię​to​we​go od​de​chu upa​ja​ło mnie i pod​nie​ca​ło. Kie​dy prze​śli​zgnął się ko​niusz​kiem ję​zy​ka po moim ję​zy​ku, za​drża​łam w jego ra​mio​nach. Zsu​nął dło​nie z mo​jej twa​rzy z po​wro​tem na bio​dra i gwał​tow​nym ru​chem przy​cią​gnął mnie moc​niej do sie​bie, po​głę​bia​jąc po​ca​łu​nek. Zu​peł​nie jak​by nie mógł się mną na​sy​cić. Ja też nie mo​głam mu się oprzeć – za​ci​snę​łam za​nu​rzo​ne w jego wło​sach dło​nie w pię​ści i przy​ci​snę​łam kur​czo​wo do sie​bie jego gło​wę. Jak​bym się bała, że za​raz znów mnie zo​sta​wi. Pro​blem w tym, że nie bar​dzo wie​dzia​łam, jak mam to ro​zu​mieć. Nie chcia​łam, żeby po​tem znów uda​wał, że ten po​ca​łu​nek też ni​g​dy się nie wy​da​rzył. Usły​sza​łam gdzieś obok nas stłu​mio​ny jęk i do​pie​ro po chwi​li do​tar​ło do mnie, że to mój wła​sny głos. West ode​rwał usta od mo​ich warg, ale się nie od​su​nął, tyl​ko oparł czo​ło o moje, cięż​ko dy​sząc. – Co​fam to. Ten… ten był naj​lep​szy w moim ży​ciu. Na te sło​wa aż za​drża​łam z ra​do​ści. To dzię​ki mnie tak się po​czuł. Mnie – przy​ja​ciół​ce. Któ​rej ni​g​dy wcześ​niej w ten spo​sób nie do​ty​kał ani nie spoj​rzał na nią jak na dziew​czy​nę.

ROZ​DZIAŁ 30

Nie mo​głem jej stra​cić

West Chcia​łem wszyst​ko na​pra​wić. Spra​wić, żeby jej pierw​szy po​ca​łu​nek był wy​jąt​ko​wy. To w żad​nym wy​pad​ku nie mógł być ten, któ​ry wy​mu​si​łem na niej, gdy wście​ka​łem się na cały świat. Za​słu​gi​wa​ła na coś o wie​le lep​sze​go. Cho​le​ra, po​do​ba​ło mi się jesz​cze bar​dziej niż za pierw​szym ra​zem! Mia​ła bo​skie cia​ło. Tak ide​al​nie do​pa​so​wy​wa​ło się do mo​ich rąk. I jesz​cze jej roz​kosz​ne jęki… Nie wy​trzy​mam, chcę jesz​cze. Chcę jej. Niech to ja​sny szlag! Nie chcia​łem, żeby tak wy​szło. Łą​czy​ło nas coś wię​cej. Nie samo fi​zycz​ne za​uro​cze​nie, nic po​wierz​chow​ne​go. Ja​kaś głęb​sza więź, któ​rą ba​łem się ze​psuć. Je​śli za​cznę z nią krę​cić, na pew​no wszyst​ko schrza​nię, a wte​dy ją stra​cę. A ja nie mo​głem stra​cić Mag​gie. Zro​bił​bym wszyst​ko, by​le​by tyl​ko ją przy so​bie za​trzy​mać. Na​wet je​śli miał​bym wię​cej nie spró​bo​wać tych cu​dow​nie obrzmia​łych i wil​got​nych od mo​je​go po​ca​łun​ku warg. – West? – wy​szep​ta​ła gło​sem, w któ​rym po​brzmie​wał lek​ki nie​po​kój. Z tru​dem ode​rwa​łem ręce od jej bio​der. – Ten… ten był do​kład​nie taki, jak po​wi​nien – ode​zwa​łem się, spo​glą​da​jąc na nią i z ca​łych sił po​wstrzy​mu​jąc się, żeby znów jej nie do​tknąć. Mag​gie do​tknę​ła opusz​ka​mi pal​ców swo​ich ust, a mnie na ten wi​dok do​słow​nie zmię​kły ko​la​na. Do cho​le​ry, czy ona musi mi to ro​bić? Po​czu​łem na so​bie jej uważ​ny wzrok. Nie było to jed​nak tam​to czu​łe, za​mglo​ne spoj​rze​nie, ja​kim spo​glą​da​ła na mnie, gdy ode​rwa​łem się od jej ust. Cho​le​ra, chy​ba na​mie​sza​łem jej w gło​wie. – Chcia​łem, żeby twój pierw​szy po​ca​łu​nek był wy​jąt​ko​wy, Mag​gie. Tyl​ko tyle – ode​zwa​łem się, sta​ra​jąc się ukryć kłam​stwo po​brzmie​wa​ją​ce we wła​snym gło​sie. Mag​gie opu​ści​ła rękę w dół i wbi​ła wzrok w zie​mię. – I był. Oba były wy​jąt​ko​we. Każ​dy w inny spo​sób – po​wie​dzia​ła, nie pa​trząc mi w oczy. Co jej jest? Dla​cze​go uni​ka mo​je​go wzro​ku? – Wszyst​ko w po​rząd​ku? Zro​bi​łem coś nie tak? Nie wście​kaj się na mnie. Nie chcia​łem cię zde​ner​wo​wać. Unio​sła gło​wę i się uśmiech​nę​ła, ale jej oczy po​zo​sta​ły chłod​ne. I smut​ne. – Nic złe​go nie zro​bi​łeś. Je​stem tyl​ko za​sko​czo​na, nie zde​ner​wo​wa​na… Dzię​ku​ję. Nie roz​ma​wia​li​śmy wię​cej na ten te​mat. Wró​ci​li​śmy do sa​mo​cho​du, Mag​gie usia​dła obok i jesz​cze przez ja​kiś czas wpa​try​wa​li​śmy się w roz​cią​ga​ją​ce się w dole mia​stecz​ko. Po​ga​da​li​śmy tro​chę, ale nie​wie​le. Do​brze, że była ze mną. Gdy​bym zo​stał te​raz sam, od razu za​czął​-

bym roz​pa​mię​ty​wać, jak cu​dow​nie było trzy​mać ją w ra​mio​nach. Jak sma​ko​wał jej po​ca​łu​nek i jak jej jęki omal nie do​pro​wa​dzi​ły mnie do sza​leń​stwa. Na ra​zie jed​nak by​łem za​do​wo​lo​ny, że mia​łem ją obok sie​bie. Była już pra​wie trze​cia, gdy od​sta​wi​łem Mag​gie do jej domu, a po​tem po​je​cha​łem do sie​bie. Mama spa​ła jak dziec​ko – wi​docz​nie wzię​ła ta​blet​kę. Mia​łem iść pod prysz​nic, ale gdy po​wą​cha​łem swo​ją ko​szul​kę i wy​czu​łem sła​by za​pach wa​ni​lii, po​sta​no​wi​łem dziś się nie myć ani nie prze​bie​rać. Rzu​ci​łem się na łóż​ko i pró​bo​wa​łem za​snąć, roz​my​śla​jąc o Mag​gie. Roz​pa​mię​ty​wa​łem nasz po​ca​łu​nek po to, by za​głu​szyć inne wspo​mnie​nia. Te, na któ​re nie by​łem jesz​cze go​tów. Na​stęp​ny dzień w ca​ło​ści mi​nął mi na po​ma​ga​niu ma​mie. Tata miał kil​ka ży​czeń od​no​śnie do wła​sne​go po​grze​bu, któ​re spi​sał na kart​ce. Cięż​ko było nam to czy​tać. Parę razy w cią​gu dnia się​ga​łem po ko​mór​kę, spra​gnio​ny gło​su Mag​gie, ale nie zde​cy​do​wa​łem się do niej za​dzwo​nić. Mu​sia​łem być dziś sil​ny dla mamy. Nie mo​głem nie​ustan​nie my​śleć o Mag​gie. Po​świę​ci​łem całą uwa​gę ma​mie, pil​nu​jąc, żeby coś zja​dła i się wy​spa​ła. Poza tym cią​gle bie​ga​łem do drzwi i od​bie​ra​łem je​dze​nie, ja​kie przy​no​si​li nam są​sie​dzi i zna​jo​mi. Było tego tyle, że nie mia​łem po​ję​cia, co z tym zro​bi​my. W lo​dów​ce i za​mra​żal​ni​ku za​bra​kło już miej​sca, więc za​czą​łem usta​wiać pół​mi​ski na bar​ku. Ostat​nie cia​sto, ja​kie do​sta​li​śmy, mu​sia​łem po​sta​wić na sto​le. Skąd to prze​ko​na​nie, że je​dze​nie w czymś nam po​mo​że? Le​d​wo uda​wa​ło mi się zmu​sić mamę, żeby co​kol​wiek skub​nę​ła. Nie było szans, że​bym mógł zjeść to wszyst​ko sam. Po​grzeb miał się od​być trzy dni po śmier​ci taty. Za​ła​twia​nie spraw, te​le​fo​ny i zaj​mo​wa​nie się mamą po​chła​nia​ły mi prak​tycz​nie cały czas, więc przez ostat​nie dni nie roz​ma​wia​łem z Mag​gie w su​mie dłu​żej niż go​dzi​nę. Nie po​sze​dłem w tym ty​go​dniu do szko​ły i nie po​peł​ni​łem wię​cej tego błę​du, żeby do niej je​chać. By​łem te​raz w ta​kim sta​nie, że nie mia​łem pew​noś​ci, czy znów nie będę pró​bo​wał wziąć jej w ra​mio​na i po​ca​ło​wać. Po​trze​bo​wa​łem jej te​raz jesz​cze bar​dziej, ale w inny spo​sób niż przed​tem, a to mnie prze​ra​ża​ło. By​łem pe​wien, że je​śli doj​dzie mię​dzy nami do cze​goś wię​cej, za​raz wszyst​ko schrza​nię. Jak zwy​kle. A nie mo​głem jej stra​cić.

ROZ​DZIAŁ 31

Zo​sta​nę z tobą, je​śli chcesz

Maggie Nie wło​ży​łam na sie​bie nic czar​ne​go. Na miej​scu i tak bę​dzie go wy​star​cza​ją​co dużo. Nie​wie​le po​tra​fi​łam so​bie przy​po​mnieć z po​grze​bu mamy – je​dy​ne, co wry​ło mi się w pa​mięć, to wszech​obec​na czerń. Ohy​da, nie zno​si​łam jej, tak jak mama. Za​wsze twier​dzi​ła, że jest po​nu​ra, a każ​dy za​słu​gu​je w ży​ciu na odro​bi​nę ko​lo​ru. Jude też pew​nie był​by tego zda​nia. Lu​bił się po​śmiać i po​żar​to​wać, szu​kał w ży​ciu po​zy​ty​wów. Dla​te​go na jego po​grzeb wło​ży​łam zie​lo​ną su​kien​kę, pod ko​lor oczu. Jude po​wie​dział, że są ład​ne. Po​je​cha​łam na po​grzeb ra​zem z wuj​kiem Bo​one’em, cio​cią Co​ra​lee i Bra​dym. Uro​czy​stość w ca​ło​ści za​pla​no​wa​na była na cmen​ta​rzu. Na Po​łu​dniu zwy​kle od​by​wa​ją się one w ko​ścio​łach lub do​mach po​grze​bo​wych, a do​pie​ro po​tem trum​nę prze​no​si się do gro​bu. Wie​dzie​li​śmy jed​nak od We​sta, że jego tata nie ży​czył so​bie dłu​giej ce​re​mo​nii. Mia​ło być szyb​ko, pro​sto i bez zbęd​nych ce​re​gie​li. Za​par​ko​wa​li​śmy przy uli​cy tak jak wszy​scy, a po​tem prze​szli​śmy do wiel​kie​go bia​łe​go na​mio​tu, któ​ry po​wo​li za​czy​nał się za​peł​niać. Po​szu​ka​łam wzro​kiem We​sta i po chwi​li na​sze spoj​rze​nia się skrzy​żo​wa​ły. Stał obok mamy, spo​glą​da​jąc w stro​nę wej​ścia. Dziś był dzień, w któ​rym osta​tecz​nie do​trze do nie​go okrut​na praw​da. Je​śli cho​dzi o mnie, po​grzeb mamy mi tego nie uświa​do​mił, bo jesz​cze nie do​szłam wte​dy do sie​bie. Mój umysł nie do​pusz​czał do sie​bie wy​da​rzeń, któ​rych by​łam świad​kiem. Ale w przy​pad​ku We​sta było ina​czej. Wie​dzia​łam, że gdy zo​ba​czy, jak skła​da​ją ojca do gro​bu, prze​ży​je szok. Mu​szę być przy nim, je​śli moja obec​ność może mu po​móc. West ski​nął na mnie, że​bym po​de​szła i sta​nę​ła obok nie​go. Ru​szy​łam do przo​du, nie oglą​da​jąc się na cio​cię i wuj​ka, prze​ko​na​na, że to zro​zu​mie​ją. Prze​szłam środ​kiem mię​dzy rzę​da​mi go​ści i sta​nę​łam obok We​sta, a on od razu zła​pał mnie za rękę. Ści​ska​jąc kur​czo​wo moją dłoń, dał mi do zro​zu​mie​nia, że nie jest do​brze i kiep​sko so​bie ra​dzi. – Ład​na su​kien​ka – wy​szep​tał, na​chy​la​jąc się do mo​je​go ucha. – Pod ko​lor two​ich oczu. Pod​nio​słam na nie​go wzrok. – Two​je​mu ta​cie się po​do​ba​ły. Po​wie​dział, że są ład​ne. Na jego war​gach za​drgał sła​by smut​ny uśmiech. – Ra​cja. Su​kien​ka też by mu się spodo​ba​ła. Po​ja​wi​li się nowi go​ście i po​de​szli do nas, żeby zło​żyć kon​do​len​cje We​sto​wi i jego ma​mie. Przez cały czas West ani na mo​ment nie wy​pu​ścił z ręki mo​jej dło​ni. Kie​dy za​czął prze​ma​wiać pa​stor, mama We​sta opa​dła cięż​ko na krze​sło, za​no​sząc się ci​chym pła​czem.

Gdy nad​szedł mo​ment, by West zło​żył różę na trum​nie ojca, po​czu​łam, jak drży na ca​łym

Gdy nad​szedł mo​ment, by West zło​żył różę na trum​nie ojca, po​czu​łam, jak drży na ca​łym cie​le. Wy​su​nę​łam dłoń z jego ręki i przy​glą​da​łam się, jak pod​cho​dzi i kła​dzie na niej kwiat. – Za​wsze bę​dziesz moim bo​ha​te​rem – po​wie​dział pół​gło​sem wpa​trzo​ny w trum​nę, na tyle wy​raź​nie, że do​tar​ło to do mnie. Kie​dy się od​wró​cił, do​strze​głam na jego twa​rzy ogrom​ne na​pię​cie. Wi​dać było, że wszyst​ko w so​bie tłu​mi. Po​wstrzy​mu​je tar​ga​ją​ce nim emo​cje, sta​ra​jąc się nie za​ła​mać, żeby być opar​ciem dla mamy. Gdy tyl​ko West wró​cił na swo​je miej​sce obok mnie, jego ręką mo​men​tal​nie za​ci​snę​ła się z po​wro​tem na mo​jej dło​ni. By​łam nim tak po​chło​nię​ta, że nie​wie​le za​pa​mię​ta​łam z ca​łej ce​re​mo​nii. Stał nie​ru​cho​mo jak ska​mie​nia​ły, cały czas ści​ska​jąc mnie kur​czo​wo za rękę, jak​by się bał, że mogę mu uciec. Nie​po​trzeb​nie, bo ni​g​dy nie przy​szło​by mi do gło​wy, żeby choć na chwi​lę zo​sta​wić go te​raz sa​me​go. Kie​dy opusz​cza​no trum​nę do gro​bu, West wcią​gnął gwał​tow​nie po​wie​trze w płu​ca, a jego mama po​de​rwa​ła się z krze​sła i zła​pa​ła go za rękę, przy​wie​ra​jąc do nie​go z ca​łych sił. Ob​jął ją ra​mie​niem i moc​no do sie​bie przy​tu​lił. Go​ście po​wo​li za​czy​na​li się roz​cho​dzić. Nie​któ​rzy pod​cho​dzi​li do nas, po​kle​py​wa​li We​sta po ple​cach i mó​wi​li coś pół​gło​sem do jego mamy. Bra​dy, Asa, Nash, Gun​ner i Ry​ker po​de​szli do nas całą gru​pą i sta​nę​li z tyłu. Po​tem każ​dy po ko​lei ści​skał We​sta za ra​mię, wy​po​wia​da​jąc któ​rąś ze zwy​cza​jo​wych for​mu​łek typu: „Je​stem z tobą”, „Trzy​maj się, sta​ry” czy „Dzwoń, gdy bę​dziesz cze​goś po​trze​bo​wał”. West w od​po​wie​dzi ki​wał po​ta​ku​ją​co gło​wą i dzię​ko​wał każ​de​mu z osob​na. Po​tem jego przy​ja​cie​le pod​cho​dzi​li ko​lej​no do Oli​vii, żeby ją uści​skać, na co ona jesz​cze bar​dziej za​nio​sła się pła​czem. Kie​dy było już po wszyst​kim, od​da​li​li się wol​nym kro​kiem. Nie mia​łam po​ję​cia, cze​go West ode mnie te​raz ocze​ku​je. Mu​sia​łam wy​ko​nać ja​kiś ruch, bo wie​dzia​łam, że cio​cia z wuj​kiem na mnie cze​ka​ją. Pod​nio​słam na nie​go wzrok. – Zo​sta​nę z tobą, je​śli chcesz. Zer​k​nął na mamę, a po​tem z po​wro​tem na mnie. – Dasz radę urwać się wie​czo​rem? Dam radę zro​bić wszyst​ko, o co mnie tyl​ko po​pro​si. Po​ki​wa​łam twier​dzą​co gło​wą. – Cze​kam przy dra​bi​nie o je​de​na​stej. – Do​brze, będę. *** Było już do​brze po dzie​sią​tej, gdy ktoś za​pu​kał do drzwi mo​je​go po​ko​ju. Cio​cia z wuj​kiem już się po​ło​ży​li, więc to mu​siał być Bra​dy. Całą resz​tę dnia prze​sie​dzia​łam u sie​bie na gó​rze, pró​bu​jąc czy​tać, ale nie mo​głam prze​stać my​śleć o We​ście i jego ma​mie. Chcia​łam być sama, na wy​pa​dek gdy​by do mnie za​dzwo​nił, żeby móc swo​bod​nie roz​ma​wiać. Otwo​rzy​łam drzwi, mie​rząc za​cie​ka​wio​nym wzro​kiem sto​ją​ce​go w nich Bra​dy’ego. Jak do​tąd ni​g​dy jesz​cze nie przy​szedł do mo​je​go po​ko​ju, a ostat​nio pra​wie wca​le się do mnie nie

od​zy​wał. Nie mia​łam mu tego za złe. Osta​tecz​nie trud​no jest roz​ma​wiać z kimś, kto cały czas mil​czy. – Mogę wejść? – spy​tał. Przy​tak​nę​łam i od​su​nę​łam się od drzwi, żeby zro​bić mu przej​ście. Jego nie​spo​dzie​wa​na wi​zy​ta mu​sia​ła mieć zwią​zek z We​stem. Pew​nie mar​twił się o nie​go tak samo jak ja. Trud​no by było ina​czej po tym, co West prze​żył w ostat​nich dniach. Bra​dy wszedł do środ​ka z rę​ka​mi wci​śnię​ty​mi w kie​sze​nie spodni i nie​pew​ną miną, jak​by nie bar​dzo wie​dział, co po​wie​dzieć. – Mama i tata pew​nie już śpią, ale stąd wszyst​ko sły​chać. Mo​żesz za​mknąć drzwi? Zro​bi​łam to, o co pro​sił. – Wi​dzia​łem dzi​siaj, jak z nim ga​dasz. Już wcze​śniej tak mi się wy​da​wa​ło, ale dziś wiem na pew​no. Spo​dzie​wa​łam się, że prę​dzej czy póź​niej do tego doj​dzie. Sta​ra​łam się z tym ukry​wać, ale były mo​men​ty ta​kie jak dziś, gdy za​po​mi​na​łam o ca​łym świe​cie, byle tyl​ko po​cie​szyć We​sta. Nie za​re​ago​wa​łam na to w ża​den spo​sób. Bo w za​sa​dzie cze​go Bra​dy ocze​ki​wał? Że przy​znam mu ra​cję i za​cznę z nim roz​ma​wiać? To ozna​cza​ło​by po​wrót do świa​ta, w któ​rym za​da​je mi się py​ta​nia i ocze​ku​je na nie od​po​wie​dzi. A tak​że wcho​dzi z bu​ta​mi w moją pry​wat​ność i wy​py​tu​je o coś, o czym nie mam ocho​ty roz​ma​wiać. Mil​cze​nie to moja tar​cza. Nie by​łam jesz​cze go​to​wa, żeby ją opu​ścić. – Na​praw​dę wi​dzia​łem, Mag​gie. Parę razy. W szko​le też. Niby nie ru​szasz usta​mi, ale West cię słu​cha. Wi​dać to po jego mi​nie. – Bra​dy wes​tchnął i prze​cią​gnął dło​nią po wło​sach. – Nie je​stem tu po to, żeby cię zmu​szać do ga​da​nia. Ze mną czy z in​ny​mi. Je​stem tyl​ko… tro​chę zdzi​wio​ny. Je​śli je​steś w sta​nie mó​wić, to dla​cze​go nie roz​ma​wiasz ze wszyst​ki​mi? Cze​mu tyl​ko z We​stem? Za​da​wał py​ta​nia i spo​dzie​wał się, że mu od​po​wiem – wła​snym gło​sem. Ale nie mia​łam za​mia​ru się do nie​go ode​zwać, jesz​cze nie dziś. Po​de​szłam do okna, się​gnę​łam po le​żą​cy na pa​ra​pe​cie no​tat​nik i na​pi​sa​łam: On mnie po​trze​bu​je. Ro​zu​miem go i jego ból. Po​tem wrę​czy​łam no​tat​nik Bra​dy’emu. Prze​czy​tał moje sło​wa i pod​niósł na mnie wzrok. – Więc to o to cho​dzi. Dla​te​go cią​gle jest z tobą, trzy​ma cię za rękę i za​cho​wu​je się, jak​by nie mógł bez cie​bie żyć. Czy​li nie kła​mał, że je​ste​ście tyl​ko przy​ja​ciół​mi. Po​ma​gasz mu przejść przez… to wszyst​ko. Po​ki​wa​łam twier​dzą​co gło​wą. Bra​dy ode​tchnął z wy​raź​ną ulgą i zwró​cił mi no​tat​nik. – Ka​pu​ję. Ale ty też mu​sisz w koń​cu po​my​śleć o so​bie. Nie mo​żesz wiecz​nie ukry​wać się przed świa​tem. Jak tak da​lej pój​dzie, ni​g​dy się nie po​zbie​rasz. Nie, ja w ten spo​sób chro​ni​łam samą sie​bie. Nie mia​łam jed​nak za​mia​ru mu o tym pi​sać. Sta​łam więc nie​ru​cho​mo, cze​ka​jąc, aż Bra​dy so​bie pój​dzie albo jesz​cze coś po​wie. W tym mo​men​cie za​brzę​cza​ła moja ko​mór​ka. Się​gnę​łam po nią do kie​sze​ni. Je​stem. Cze​kam przy dra​bi​nie.

West już przy​je​chał. Zer​k​nę​łam ukrad​kiem na okno, a po​tem spoj​rza​łam po​now​nie na Bra​dy’ego. – On tam jest, co nie? – stwier​dził Bra​dy, po​dą​ża​jąc za moim wzro​kiem. Mo​głam skła​mać, ale mia​łam do nie​go za​ufa​nie, bo prze​cież był naj​lep​szym kum​plem We​sta. Dla​te​go po​ki​wa​łam twier​dzą​co gło​wą. Bra​dy po​słał mi po​waż​ne spoj​rze​nie. – Uwa​żaj, Mag​gie. Już mnie przed nim ostrze​gał, co naj​mniej kil​ka razy. Zresz​tą sama też to so​bie po​wta​rza​łam. Ale te​raz to nie mia​ło zna​cze​nia. Daw​no już prze​kro​czy​łam gra​ni​cę bez​pie​czeń​stwa, je​śli cho​dzi o We​sta, i nie mia​łam po​ję​cia, jak się cof​nąć. I czy w ogó​le chcę co​kol​wiek cof​nąć. Po​cze​ka​łam, aż Bra​dy wyj​dzie z po​ko​ju, a po​tem za​mknę​łam za nim drzwi i pod​bie​głam do okna.

ROZ​DZIAŁ 32

Nie po​tra​fi​łem się po​wstrzy​mać

West Bru​tal​na re​al​ność śmier​ci taty ude​rzy​ła we mnie z całą mocą, gdy opusz​cza​no trum​nę do gro​bu. Do​pie​ro wte​dy w peł​ni do mnie do​tar​ło, że na​praw​dę od nas od​szedł. Mag​gie mia​ła ra​cję. Bo​la​ło jak dia​bli i nic nie dało się na to po​ra​dzić. Mama prze​pła​ka​ła całe po​po​łu​dnie, nie ru​sza​jąc się z mo​ich ob​jęć. W koń​cu prze​ko​na​łem ją, żeby wzię​ła ta​blet​kę na sen i się po​ło​ży​ła. Już wy​star​cza​ją​co dłu​go sta​ra​łem się przed nią uda​wać, jaki je​stem dziel​ny. Też mu​sia​łem w koń​cu so​bie po​pła​kać. Ale chcia​łem wte​dy mieć przy so​bie Mag​gie. Je​śli bę​dzie obok, nie osza​le​ję z bólu i roz​pa​czy. Ona mnie ura​tu​je. Sta​łem z za​dar​tą gło​wą, przy​glą​da​jąc się, jak otwie​ra okno i wy​cho​dzi na dra​bi​nę. Dziś na po​grze​bie nie za​da​wa​ła mi głu​pich py​tań w sty​lu: „Trzy​masz się?” albo „Mogę ci ja​koś po​móc?” Po pro​stu była obok, wspie​ra​jąc mnie bez słów. Kie​dy za​czę​ła scho​dzić, chwy​ci​łem oba koń​ce dra​bi​ny, żeby się nie chwia​ła, i sta​łem na dole w po​go​to​wiu, na wy​pa​dek gdy​by Mag​gie się po​śli​zgnę​ła i trze​ba ją było ra​to​wać. Nie chcia​łem dziś roz​ma​wiać, tyl​ko za​brać ją ze sobą i po​sie​dzieć ra​zem w mil​cze​niu. Mag​gie świet​nie to po​tra​fi​ła. Ko​lej​ny z po​wo​dów, dla któ​rych uwa​ża​łem ją za ab​so​lut​nie wy​jąt​ko​wą. – Chodź​my – wy​szep​ta​łem, kie​dy już zna​la​zła się na dole, a po​tem po ci​chu po​pro​wa​dzi​łem ją do swo​je​go pi​ka​pa. Tym ra​zem Mag​gie nie przy​su​nę​ła się do mnie, kie​dy wsie​dli​śmy do wozu. Szko​da, ale nie za​mie​rza​łem jej na​ci​skać. Ostat​nio zro​bi​ła to sama, z wła​snej woli. Zda​wa​łem so​bie spra​wę, że cien​ka li​nia po​mię​dzy na​szą przy​jaź​nią a głęb​szym uczu​ciem za​czy​na się za​cie​rać, i nie wie​dzia​łem, jak temu za​po​biec. Ale dziś nie mia​łem za​mia​ru się tym przej​mo​wać. Je​cha​li​śmy przed sie​bie w ci​szy, bez roz​mów i mu​zy​ki, aż do​tar​li​śmy na skar​pę nad mia​stem. Wy​łą​czy​łem sil​nik i przez ja​kiś czas sie​dzie​li​śmy nie​ru​cho​mo w sa​mo​cho​dzie. Świa​tła mia​sta przy​po​mnia​ły mi o ta​cie. Prze​szył mnie ostry ból, bo na​gle uświa​do​mi​łem so​bie, że już ni​g​dy tu ze mną nie przy​je​dzie, nie bę​dzie sie​dział obok i żar​to​wał, że je​stem mar​nym kie​row​cą. Już ni​g​dy… Nie bę​dzie go, gdy skoń​czę stu​dia, nie po​ja​wi się na moim ślu​bie, nie po​zna swo​ich wnu​ków… Czu​jąc bo​le​sny ucisk w gar​dle, kil​ka razy wal​ną​łem z ca​łej siły pię​ścią w kie​row​ni​cę, żeby choć tro​chę so​bie ulżyć. Tata od​szedł. Na za​wsze. Już ni​g​dy go nie zo​ba​czę. Mag​gie po​ru​szy​ła się i na​kry​ła swo​ją drob​ną dło​nią moją dłoń. Nie ode​zwa​ła się, bo nie było nic do po​wie​dze​nia. Je​śli jej oj​ciec zo​sta​nie ska​za​ny na karę śmier​ci, sama bę​dzie przez

coś po​dob​ne​go prze​cho​dzić. Ale on przy​naj​mniej żył, choć prze​by​wał w wię​zie​niu. Mag​gie o tym wie​dzia​ła. Wciąż tu był, na​wet je​śli nie chcia​ła go wię​cej wi​dzieć na oczy. – Zda​rza ci się my​śleć o tym, cze​go two​ja mama ni​g​dy nie zo​ba​czy w two​im ży​ciu? – spy​ta​łem. – Mhm. Cały czas. Ona też prze​cho​dzi​ła przez swo​je wła​sne pie​kło. Pow​ta​rza​łem to w my​ślach raz po raz, żeby wbić so​bie do gło​wy, że nie je​stem je​dy​ny. Po​wo​li za​czą​łem się uspo​ka​jać, roz​luź​ni​łem za​ci​śnię​te kur​czo​wo na kie​row​ni​cy dło​nie. I w tym mo​men​cie to do mnie do​tar​ło. Mia​łem gdzieś tę prze​klę​tą li​nię. I na​szą przy​jaźń. Po​trze​bo​wa​łem Mag​gie. Chcia​łem po​czuć jej do​tyk i o wszyst​kim za​po​mnieć. Wie​dzia​łem, że to ego​izm, ale nie po​tra​fi​łem się po​wstrzy​mać. Od​wró​ci​łem się do niej i wsu​ną​łem dłoń w jej wło​sy, na​chy​la​jąc się do ust. Na chwi​lę za​sty​głem nie​ru​cho​mo, da​jąc jej czas na pod​ję​cie de​cy​zji. Je​śli nie chce, może mnie po​wstrzy​mać. Ale tego nie zro​bi​ła. W głę​bi ser​ca by​łem pe​wien, że tak bę​dzie. Wie​dzia​łem, że ona też coś do mnie czu​je. Z każ​dym do​ty​kiem jej ręki na mo​jej skó​rze co​raz bar​dziej jej pra​gną​łem. Gdy się do mnie zbli​ży​ła, ze​śli​zgną​łem dło​nie na jej bio​dra i prze​su​ną​łem się wraz z nią na sie​dze​nie pa​sa​że​ra. Mag​gie ob​ję​ła mnie rę​ka​mi za szy​ję, a wte​dy jej ko​szul​ka pod​cią​gnę​ła się nie​co do góry, od​sła​nia​jąc skra​wek na​gie​go cia​ła, któ​ry gła​dzi​łem kciu​ka​mi. Po​czu​łem, jak drży w mo​ich ra​mio​nach, przez co ser​ce za​czę​ło mi bić jesz​cze moc​niej. Wi​dać było, że jest jej przy​jem​nie, tak samo jak mnie. W jej spoj​rze​niu od​bi​ja​ły się wszyst​kie tar​ga​ją​ce mną uczu​cia. – Pod​nieś ręce, Mag​gie – po​le​ci​łem sta​now​czym to​nem, któ​ry trud​no było uznać za proś​bę. Zro​bi​ła to bez cie​nia wa​ha​nia, po​ma​ga​jąc mi zdjąć z sie​bie ko​szul​kę. De​li​kat​na mlecz​na skó​ra jej ra​mion upo​dab​nia​ła ją do anio​ła. Przy​mknę​ła po​wie​ki i wes​tchnę​ła ury​wa​nie, gdy zsu​ną​łem w dół ra​miącz​ka i zdją​łem jej sta​nik. – Je​steś pięk​na – wy​dy​sza​łem ochry​ple. Na​chy​li​łem się i po​ca​ło​wa​łem ją w szy​ję, a ona gło​śno prze​łknę​ła śli​nę. Pod​nio​sła ręce i moc​no za​ci​snę​ła pal​ce na mo​ich ra​mio​nach, jak​by szu​ka​ła w nich opar​cia. To było coś re​we​la​cyj​ne​go, cu​dow​ne uczu​cie. Chcia​łem, żeby tak było za​wsze. Żeby Mag​gie mi ufa​ła. Ca​ło​wa​łem ją nie​śpiesz​nie po szyi, stop​nio​wo zsu​wa​jąc usta co​raz ni​żej. Przy​glą​da​ła mi się z lek​ko roz​chy​lo​ny​mi usta​mi, ani na mo​ment nie od​wra​ca​jąc gło​wy. Jesz​cze ni​g​dy w ży​ciu nie czu​łem z ni​kim ta​kiej bli​sko​ści. – West… – wy​szep​ta​ła Mag​gie, za​ci​ska​jąc moc​niej pal​ce na mo​ich ra​mio​nach. Prze​pa​dłem na do​bre przez tę dziew​czy​nę. Zro​bił​bym dla niej wszyst​ko.

ROZ​DZIAŁ 33

Ufasz mi?

Maggie West bar​dzo cier​piał. Był za​gu​bio​ny, zbo​la​ły i szu​kał po​cie​sze​nia. Po​win​nam była go po​wstrzy​mać. Nie poz​wo​lić, by zro​bił coś, cze​go ju​tro bę​dzie ża​ło​wał. Ale nie po​tra​fi​łam. Spo​glą​dał na mnie z roz​pacz​li​wym pra​gnie​niem w oczach. Jak​by nie mógł się już mnie do​cze​kać. Jak​bym była pięk​na. Moja sil​na wola co​raz bar​dziej sła​bła. Jesz​cze ni​g​dy do​tąd cze​goś po​dob​ne​go nie czu​łam. Moje cia​ło nie mia​ło po​ję​cia o ta​kich do​zna​niach. Było mi tak do​brze, że z tru​dem zna​la​złam w so​bie siłę, by go po​wstrzy​mać. – West… – uda​ło mi się w koń​cu wy​dy​szeć jego imię. Za​raz jed​nak cał​kiem za​po​mnia​łam, co chcia​łam po​wie​dzieć, bo jego usta po​wę​dro​wa​ły jesz​cze ni​żej po moim cie​le. Krę​ci​ło mi się w gło​wie. Pew​nie z bra​ku tle​nu, a może z jego nad​mia​ru? Nie mia​łam po​ję​cia. Chcia​łam, żeby ni​g​dy nie prze​sta​wał. Żeby to się ni​g​dy nie skoń​czy​ło. Za​pra​gnę​łam cze​goś wię​cej. West zsu​nął dłoń na moje ple​cy, przy​ci​snął z ca​łej siły moje na​gie pier​si do swo​jej klat​ki i przy​warł war​ga​mi do mo​ich ust. – Tak mi z tobą do​brze… – wy​szep​tał, na prze​mian ką​sa​jąc mnie i li​żąc. Po​my​śla​łam, że czu​ję do​kład​nie to samo co on. W jego ob​ję​ciach za​po​mnia​łam o ca​łym świe​cie. Do tego stop​nia, że do​pie​ro po ja​kimś cza​sie do​tar​ło do mnie, że jego pal​ce wśli​zgnę​ły się pod gum​kę mo​ich szor​tów. Bar​dzo chcia​łam wie​rzyć, że West pra​gnie wła​śnie mnie. Ba​łam się jed​nak, że na moim miej​scu mógł​by w tej chwi​li znaj​do​wać się kto​kol​wiek – na przy​kład Ra​le​igh. Może cho​dzi​ło mu tyl​ko o chwi​lę za​po​mnie​nia, a ja aku​rat by​łam pod ręką? Na tę myśl po​czu​łam ukłu​cie w pier​si. Nie chcia​łam być dla nie​go je​dy​nie od​skocz​nią od rze​czy​wi​sto​ści. Zna​czył dla mnie zbyt wie​le, że​bym mo​gła się zgo​dzić na coś ta​kie​go. Ale jak mam mu po​wie​dzieć „nie”, kie​dy tak bar​dzo cier​pi? – West… – wy​du​si​łam z sie​bie, a wte​dy znie​ru​cho​miał, jak​by w koń​cu coś do nie​go do​tar​ło. Opu​ścił gło​wę na moje ra​mię, cięż​ko dy​sząc, ale nie cof​nął ręki. – Z ni​kim się tak nie czu​łem jak z tobą, Mag​gie. Ja co praw​da nie mia​łam po​rów​na​nia, ale też wąt​pi​łam, żeby ktoś mógł dzia​łać na mnie tak jak West. – Ma​rzę – cią​gnął ochry​płym szep​tem – żeby z tobą być… tak bli​sko… Nie po​tra​fię tego wy​ra​zić ani się po​wstrzy​mać. Wła​śnie to chcia​łam w tym mo​men​cie od nie​go usły​szeć.

– Do​brze – od​par​łam, prze​ko​na​na, że ni​g​dy nie będę tego ża​ło​wać. Uniósł gło​wę, a w jego błę​kit​nych oczach pło​nę​ło po​żą​da​nie. Drża​łam na ca​łym cie​le, jesz​cze za​nim zsu​nął dłoń ni​żej. – Ufasz mi? – spy​tał ni​skim ochry​płym gło​sem. W od​po​wie​dzi je​dy​nie przy​tak​nę​łam. Nie by​łam w sta​nie wy​do​być z sie​bie ani sło​wa. Ser​ce wa​li​ło mi jak mło​tem, sły​sza​łam wy​raź​nie każ​de jego ude​rze​nie. Pło​nę​łam na ca​łym cie​le, go​to​wa po​grą​żyć się w słod​kim za​pa​mię​ta​niu. Obie​cy​wa​łam so​bie, że będę przy nim, gdy bę​dzie mnie po​trze​bo​wał. Że zro​bię dla nie​go, co tyl​ko ze​chce. Te​raz wiem, że się nie my​li​łam. Uniósł po​wo​li gło​wę i spoj​rzał mi w oczy. – Po​trze​bu​ję cię… Nie, ja cię pra​gnę… Tyl​ko cie​bie. Ni​ko​go ani ni​cze​go in​ne​go. Wi​dzia​łam jego szkli​ste oczy, a w nich tłu​mio​ne emo​cje. – Po​wiedz, cze​go chcesz – po​pro​si​łam. – Tak bar​dzo cię po​trze​bu​ję. Tak bar​dzo prag​nę… Je​steś… Ja… Tyl​ko ty spra​wiasz, że ból zni​ka, Mag​gie. Pró​bo​wał ja​koś so​bie z tym wszyst​kim po​ra​dzić i nie zwa​rio​wać. By​łam dla nie​go ży​wym do​wo​dem, że to moż​li​we. Dla​te​go mnie po​trze​bo​wał. Ale ja by​łam go​to​wa od​dać mu całą sie​bie. Po​gła​dzi​łam dłoń​mi jego wło​sy, żeby go ja​koś po​cie​szyć. Wie​dzia​łam, że nie jest go​to​wy, by usły​szeć, że go ko​cham. Może taka chwi​la ni​g​dy nie na​dej​dzie. Ale mu​sia​łam po​wie​dzieć mu choć cząst​kę praw​dy. – Ja też tego chcę, tak jak ty. Nie prze​pra​szaj. Nie zmu​szasz mnie do ni​cze​go, daję ci to sama. W pierw​szej chwi​li się nie ode​zwał. Kie​dy w koń​cu uniósł gło​wę i na mnie spoj​rzał, znów zo​ba​czy​łam w jego oczach po​żą​da​nie. – Ale ja chcę cze​goś wię​cej. Wię​cej niż za​słu​gu​ję. Nie do​pusz​cza​łam do sie​bie my​śli, że kie​dyś, po la​tach, mo​gła​bym ża​ło​wać tej nocy. Na​wet je​śli nie bę​dzie mia​ła dal​sze​go cią​gu, już na za​wsze zwią​że mnie z We​stem. Być może by​łam dla nie​go le​kar​stwem na ból, ale on też po​ma​gał mi zma​gać się z moim wła​snym cier​pie​niem. Bo​le​sna stra​ta, jaką po​niósł, obu​dzi​ła we mnie smu​tek i tę​sk​no​tę. Dzię​ki trud​nym chwi​lom, przez któ​re prze​szli​śmy ra​zem, znów po​czu​łam, że żyję. Nie czu​łam się tak już od bar​dzo daw​na. – Ja też tego chcę – po​wie​dzia​łam. Ser​ce mi za​drża​ło na samą tę myśl. Są​dząc po ury​wa​nym wes​tchnie​niu We​sta, do​sko​na​le zro​zu​miał, o czym mó​wię. – Nie chcę, że​byś tego ża​ło​wa​ła. Ni​g​dy – od​parł z roz​ter​ką w oczach. – Ja też nie chcę, że​byś tego ża​ło​wał. Ni​g​dy – po​wtó​rzy​łam po nim. Bar​dzo chcia​łam, żeby na za​wsze za​cho​wał to wspo​mnie​nie, tak jak zro​bię to ja. Chcia​łam dać mu coś, cze​go ni​g​dy nie za​po​mni. – Ni​g​dy nie będę ża​ło​wał ani jed​nej na​szej wspól​nej chwi​li. Po​wie​dział to z ta​kim ża​rem w gło​sie, że aż prze​szedł mnie dreszcz. Po​czu​łam się jak ktoś wy​jąt​ko​wy. Dla nie​go.

ROZ​DZIAŁ 34

Tyl​ko. Ze. Mną

West Jesz​cze ni​g​dy w ży​ciu cze​goś ta​kie​go nie czu​łem. Mia​łem wra​że​nie, że ser​ce za​raz wy​sko​czy mi z pier​si. Wy​ją​łem pre​zer​wa​ty​wę z kie​sze​ni i zrzu​ci​łem z sie​bie ubra​nia. Kie​dy ją na​kła​da​łem, z wra​że​nia trzę​sły mi się ręce. Na​chy​la​jąc się nad Mag​gie, po​czu​łem ucisk w pier​si. Zwró​ci​ła na mnie swo​je prze​pięk​ne oczy i na​sze spoj​rze​nia się spo​tka​ły. W jej wzro​ku kry​ła się ci​cha pew​ność. I uf​ność, tak dla mnie cen​na. Nie wy​obra​ża​łem so​bie, że mógł​bym ją za​wieść. Wsze​dłem w nią de​li​kat​nie, a ona trzy​ma​ła mnie moc​no za ra​mio​na. Przez cały czas. Ani na mo​ment nie prze​sta​ła pa​trzeć mi w oczy. Kie​dy było już po wszyst​kim, Mag​gie przy​tu​li​ła się do mo​je​go boku. Sie​dzie​li​śmy ob​ję​ci w sa​mo​cho​dzie, wpa​trze​ni w roz​cią​ga​ją​ce się pod nami świa​tła Law​ton. Do​pie​ro wte​dy po​zwo​li​łem so​bie na łzę. Z po​wo​du tego, co stra​ci​łem. I tego, co zna​la​złem. A tak​że tego, cze​go nie mo​głem te​raz stra​cić. Choć ba​łem się, że tak bę​dzie. Na​stęp​ne​go dnia wró​ci​łem do szko​ły. Dziś mia​ła przy​je​chać moja bab​ka, więc wo​la​łem wy​rwać się z domu. Nie mie​ści​ło mi się w gło​wie, po co mama ją do nas za​pro​si​ła. Do tej pory prak​tycz​nie wca​le nie była obec​na w na​szym ży​ciu. Poza tym, rzecz ja​sna, chcia​łem zo​ba​czyć się z Mag​gie. Kie​dy od​wo​zi​łem ją wczo​raj w nocy do domu, by​łem tak prze​ra​żo​ny, że mogę ją stra​cić, że pra​wie w ogó​le się nie od​zy​wa​łem. To był błąd. Za​miast roz​my​ślać nad sobą, po​wi​nie​nem po​świę​cić jej wię​cej uwa​gi. Ale mia​łem na​dzie​ję, że dzi​siaj to na​pra​wię. Ba​łem się tyl​ko jed​ne​go – że wszy​scy w szko​le będą się nade mną uża​lać z po​wo​du odej​ścia taty. Nie chcia​łem o tym my​śleć i mia​łem do​syć współ​czu​ją​cych spoj​rzeń. Dla​te​go po wej​ściu do szko​ły uda​łem, że ni​ko​go nie wi​dzę, i po​ma​sze​ro​wa​łem pro​sto do swo​jej szaf​ki. Mag​gie już tam sta​ła, przy​ci​ska​jąc swo​je książ​ki do pier​si. Na jej wi​dok mo​men​tal​nie za​la​ła mnie fala go​rą​ca. Przy​śpie​szy​łem kro​ku, prze​ci​ska​jąc się przed za​tło​czo​ny ko​ry​tarz. Kie​dy mnie za​uwa​ży​ła, na jej ustach wy​kwitł de​li​kat​ny uśmiech. Bar​dzo wy​mow​ny i prze​zna​czo​ny tyl​ko dla mnie. Do ni​ko​go in​ne​go w ten spo​sób się nie uśmie​cha​ła. To było coś nie​sa​mo​wi​te​go. Po​czu​łem się jak w siód​mym nie​bie. – Cześć – ode​zwa​łem się, przy​cią​gną​łem ją do sie​bie i po​ca​ło​wa​łem w uśmie​cha​ją​ce się tyl​ko do mnie usta.

W pierw​szej chwi​li ze​sztyw​nia​ła, ale za​raz wtu​li​ła się we mnie, od​da​jąc po​ca​łu​nek. Wo​la​-

W pierw​szej chwi​li ze​sztyw​nia​ła, ale za​raz wtu​li​ła się we mnie, od​da​jąc po​ca​łu​nek. Wo​la​łem, żeby inni nie oglą​da​li jej sek​sow​nie obrzmia​łych warg, więc mu​sia​łem na​sy​cić się nimi tyl​ko na tyle, by ja​koś prze​trwać pierw​szą lek​cję. Po​tem ode​rwa​łem się od jej ust i od​chy​li​łem gło​wę lek​ko w tył. Na​dal jed​nak trzy​ma​łem dłoń na jej ple​cach, moc​no ją do sie​bie przy​tu​la​jąc. – No, cześć – wy​du​si​ła wy​raź​nie zmie​sza​na. Uśmiech​ną​łem się sze​ro​ko i po​ca​ło​wa​łem ją prze​lot​nie w nos. – Wy​glą​dasz od​lo​to​wo, jak za​wsze – po​wie​dzia​łem. Za​czer​wie​ni​ła się i spu​ści​ła gło​wę, pró​bu​jąc ukryć za​do​wo​lo​ny uśmiech. – Nie spo​dzie​wa​łam się, że przyj​dziesz dziś do szko​ły – ode​zwa​ła się, pod​no​sząc na mnie wzrok. Ja też. Do mo​men​tu, gdy się obu​dzi​łem, a ona na​tych​miast po​ja​wi​ła się w mo​ich my​ślach. Mu​sia​łem pójść do szko​ły, bo była tam Mag​gie. A ja chcia​łem być z nią. – Przy​sze​dłem do cie​bie – przy​zna​łem się. Chcia​łem, by wie​dzia​ła, co do niej czu​ję. Na​wet je​śli sam nie by​łem jesz​cze do koń​ca pew​ny, co to ta​kie​go. – West… – wy​szep​ta​ła ury​wa​nym gło​sem, za​kła​da​jąc luź​ne pa​smo wło​sów za ucho. – Szko​da, że nie mamy ra​zem za​jęć. Też tego ża​ło​wa​łem. W na​stęp​nym se​me​strze do​pil​nu​ję, żeby tak było. Nie uśmie​cha​ło mi się wi​dy​wa​nie jej tyl​ko na obie​dzie i na prze​rwach. – Ty ga​dasz – głos Bra​dy’ego za​sko​czył nas obo​je. Mag​gie spoj​rza​ła na mnie osłu​pia​łym wzro​kiem, nie od​wra​ca​jąc gło​wy w jego stro​nę. W zie​lo​nej głę​bi jej oczu kry​ła się pa​ni​ka, co od razu wzbu​dzi​ło we mnie in​stynkt opie​kuń​czy. Przy​cią​gną​łem ją moc​niej do sie​bie i za​sło​ni​łem czę​ścio​wo swo​im cia​łem, po czym od​wró​ci​łem się do Bra​dy’ego. – Ale nie z tobą. Ani z ni​kim in​nym. Więc spa​daj i trzy​maj gębę na kłód​kę. – Wy​trzy​ma​łem spo​koj​nie jego spoj​rze​nie. Mia​łem gdzieś to, co so​bie o mnie my​śli. Nie za​mie​rza​łem z niej zre​zy​gno​wać. Wszy​scy mu​szą się do​wie​dzieć, że jest moja. Wszy​scy, łącz​nie z Bra​dym. – Co jest, do cho​le​ry? Prze​cież ona po​dob​no nie mówi. A sko​ro ga​da​ła… – Tyl​ko ze mną, Bra​dy. Cza​isz? Tyl​ko. Ze. Mną. Prze​niósł na nią po​iry​to​wa​ny wzrok, ale do​my​śla​łem się, że mi od​pu​ści, przy​naj​mniej na ra​zie. Osta​tecz​nie był moim naj​lep​szym kum​plem, a ja do​pie​ro co po​cho​wa​łem ojca. Wie​dzia​łem jed​nak, że prę​dzej czy póź​niej będę mu​siał to z nim za​ła​twić. Po chwi​li mil​cze​nia Bra​dy cięż​ko wes​tchnął. – Niech wam bę​dzie. Ale zo​ba​czy​cie, że sko​ro ja to za​uwa​ży​łem, inni też za​uwa​żą. Po tych sło​wach od​wró​cił się i po​szedł. Mag​gie nie cof​nę​ła się ani o krok, na​dal bez​piecz​nie za mną ukry​ta. Bra​dy miał ra​cję. Je​śli Mag​gie nie bę​dzie uwa​żać, inni też się zo​rien​tu​ją. Jak mam ją ochro​nić? Nie każ​dy przej​dzie nad tym do po​rząd​ku dzien​ne​go tak jak Bra​dy. A już na pew​no nie jego ro​dzi​ce.

ROZ​DZIAŁ 35

Czy​li mamy wię​cej nie drą​żyć te​ma​tu?

Maggie Przez cały ra​nek czu​łam na so​bie ba​daw​czy wzrok Bra​dy’ego. Przy​po​mi​nał mi, że​bym uwa​ża​ła i nie od​zy​wa​ła się, gdy ktoś może to zo​ba​czyć. Jed​no​cze​śnie za​czę​łam się za​sta​na​wiać, co się sta​nie, je​śli za​cznę roz​ma​wiać z in​ny​mi, nie tyl​ko z We​stem. Czy wte​dy bę​dzie z nami ko​niec? Czy West doj​dzie do wnio​sku, że nie łą​czy nas już nic wy​jąt​ko​we​go? – Mu​sisz się z nim pie​przyć – roz​legł się za mo​imi ple​ca​mi czyjś głos. Nie mu​sia​łam się od​wra​cać, by roz​po​znać Ra​le​igh. Do​pa​dła mnie w to​a​le​cie, gdy my​łam ręce przed obia​dem. Pod​nio​słam gło​wę znad umy​wal​ki i zer​k​nę​łam w lus​tro, do​strze​ga​jąc jej nie​na​wist​ne spoj​rze​nie. – To się skoń​czy, kie​dy on się po​zbie​ra. Na ra​zie wy​ko​rzy​stu​je cię, żeby ja​koś dojść do sie​bie po tej hi​sto​rii z tatą. Nie ga​dasz i to go krę​ci. Dla​te​go mo​żesz się z nim pie​przyć. Pew​nie te​raz woli, jak la​ski są ci​cho, kie​dy je dyma. Osu​szy​łam mo​kre dło​nie pa​pie​ro​wym ręcz​ni​kiem i ru​szy​łam w stro​nę drzwi. Nie mia​łam za​mia​ru stać i wy​słu​chi​wać jej gad​ki. – Kie​dy już bę​dzie po wszyst​kim i prze​sta​nie roz​pa​czać za tatą, wró​ci do mnie. By​li​śmy ra​zem. On mnie ko​cha. Tyl​ko te​raz nie umie dać so​bie ze sobą rady. Uda​jąc, że jej nie sły​szę, otwo​rzy​łam drzwi. – Za​wsze mó​wił, że mnie ko​cha, kie​dy się bzy​ka​liś​my. Że jest mu ze mną wspa​nia​le, naj​le​piej na świe​cie. Za​ło​żę się, że to​bie ni​g​dy nie po​wie​dział „ko​cham cię”, co nie? – za​wo​ła​ła za mną, gdy wy​cho​dzi​łam na ko​ry​tarz. By​łam za​do​wo​lo​na, że nie wi​dzi mo​jej twa​rzy. Bo zo​ba​czy​ła​by wy​pi​sa​ną na niej od​po​wiedź na swo​je py​ta​nie. Choć wczo​raj spę​dzi​łam z We​stem cu​dow​ne chwi​le, ani razu nie usły​sza​łam od nie​go, że mnie ko​cha. Pra​wie wca​le się nie od​zy​wał. Kie​dy było już po wszyst​kim, przy​tu​lił mnie moc​no do sie​bie. Było mi do​brze w jego ra​mio​nach. Po​je​dyn​cza łza, jaka spły​nę​ła mu wte​dy po po​licz​ku, mu​sia​ła być wy​wo​ła​na bó​lem i smut​kiem po stra​cie taty. Przy​naj​mniej tak mi się wy​da​wa​ło. A może jed​nak nie? Czyż​by cho​dzi​ło o coś wię​cej? Może uznał za błąd to, co zro​bi​li​śmy? – Tu je​steś! Na dźwięk gło​su We​sta jak zwy​kle szyb​ciej za​bi​ło mi ser​ce. Ucie​szy​łam się, że jest przy mnie, zwłasz​cza te​raz, gdy za​czę​łam się na se​rio bać, że może na​dal ko​chać Ra​le​igh. Od​wró​ci​łam się w jego stro​nę. Kie​dy był już bli​sko, na​gle zmarsz​czył czo​ło. – Coś nie tak? – spy​tał, sta​jąc na​prze​ciw​ko mnie.

Uniósł jed​ną rękę i ob​jął dło​nią moją twarz. Uwiel​bia​łam, kie​dy to ro​bił. Czu​łam się przy

Uniósł jed​ną rękę i ob​jął dło​nią moją twarz. Uwiel​bia​łam, kie​dy to ro​bił. Czu​łam się przy nim taka bez​piecz​na. Zu​peł​nie jak​by jego pew​ne, duże, sil​ne dło​nie mo​gły ochro​nić mnie przed ca​łym świa​tem. W tym mo​men​cie za mo​imi ple​ca​mi otwo​rzy​ły się drzwi to​a​le​ty, a ja po​czu​łam, że West sztyw​nie​je. O nie, tyl​ko nie to. Na​dal coś do niej czuł. Jed​nak ją ko​chał. Nie mia​łam o tym po​ję​cia. Po​czu​cie bez​pie​czeń​stwa, ja​kie da​wa​ła mi bli​skość We​sta, gwał​tow​nie mnie opu​ści​ło. Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą, jed​no​cze​śnie sta​ra​jąc się jak naj​szyb​ciej uciec od Ra​le​igh. I od nie​go. A tak​że od swo​ich po​gma​twa​nych uczuć. – To two​ja spraw​ka? Mag​gie jest zde​ner​wo​wa​na. Co jej na​ga​da​łaś? – ode​zwał się gniew​nym to​nem West. Od​wró​ci​łam się i zo​ba​czy​łam, że mie​rzy Ra​le​igh nie​na​wist​nym spoj​rze​niem, ta​kim jak ona ob​rzu​ci​ła wcze​śniej mnie. Tyle tyl​ko, że w jego przy​pad​ku było jesz​cze bar​dziej za​ja​dłe, wręcz prze​ra​ża​ją​ce. Ra​le​igh wzru​szy​ła lek​ce​wa​żą​co ra​mio​na​mi i prze​rzu​ci​ła swo​je ciem​ne wło​sy przez ra​mię, jak gdy​by ni​g​dy nic. – Skoń​czy​łam z tobą, West. Już mnie nie in​te​re​su​jesz – wark​nę​ła w jego stro​nę i od​da​li​ła się ma​je​sta​tycz​nym kro​kiem. Wie​dzia​łam, że to nie​praw​da, ale była nie​złą ak​tor​ką. – Coś ci po​wie​dzia​ła – stwier​dził West, pod​cho​dząc do mnie bli​żej. Wzru​szy​łam ra​mio​na​mi. – Nic ta​kie​go. Chy​ba… na​dal jej na to​bie za​le​ży. Jego ręka ze​śli​zgnę​ła się na moje bio​dro. – Cze​go by nie ga​da​ła, nie zwra​caj na nią uwa​gi. Pró​bu​je się na mnie ode​grać i wy​kom​bi​no​wa​ła, że bę​dzie w tym celu prze​śla​do​wać cie​bie. Tyl​ko o to jej cho​dzi. Nie by​łam o tym do koń​ca prze​ko​na​na, ale wo​la​łam nie uświa​da​miać We​sta. Uzna​łam, że naj​bez​piecz​niej bę​dzie zmie​nić te​mat. – My​śla​łam, że już je​steś na obie​dzie – zdzi​wi​łam się. Uśmiech​nął się prze​kor​nie, a po​tem na​chy​lił i po​ca​ło​wał mnie w usta. – Bez cie​bie nie idę. Aha. Nie wie​dzia​łam, co mam o tym my​śleć. Kim sta​li​śmy się dla sie​bie? Czyż​by ostat​nia noc rze​czy​wi​ście wszyst​ko mię​dzy nami zmie​ni​ła? West po​ło​żył dłoń na mo​ich ple​cach. – Chodź. Idzie​my coś zjeść. Po​słusz​nie ru​szy​łam za nim. Nie mia​ła od​wa​gi wy​po​wie​dzieć na głos py​tań, któ​re kłę​bi​ły mi się w gło​wie. – Tę​sk​ni​łem za tobą cały ra​nek – ode​zwał się, nie co​fa​jąc dło​ni. – Prze​cież do sie​bie pi​sa​li​śmy – przy​po​mnia​łam mu o dzie​siąt​kach SMS-ów, ja​kie wy​mie​ni​li​śmy ze sobą na po​ran​nych lek​cjach. – I co z tego, sko​ro nie mo​głem cię zo​ba​czyć – od​parł. Na te sło​wa mo​ty​le w moim brzu​chu mo​men​tal​nie po​de​rwa​ły się do lotu. Kie​dy do​tar​li​śmy do sto​łów​ki, West otwo​rzył drzwi i ra​zem we​szli​śmy do środ​ka. Wszy​scy jak na ko​men​dę wbi​li w nas wzrok… Przy​naj​mniej ta​kie mia​łam wra​że​nie. Do​słow​nie czu​łam na so​bie cie​kaw​skie spoj​rze​nia. Pew​nie za​sta​na​wia​li się, co się mię​dzy nami wy​da​rzy​ło. I dla​cze​go na​sza rze​ko​ma przy​jaźń wy​glą​da na coś wię​cej. Zer​k​nę​łam ku sto​li​ko​wi We​sta i zo​ba​czy​łam, że sie​dzą​cy tam Bra​dy, Asa i Ry​ker też się na

Zer​k​nę​łam ku sto​li​ko​wi We​sta i zo​ba​czy​łam, że sie​dzą​cy tam Bra​dy, Asa i Ry​ker też się na nas ga​pią. Tyl​ko Gun​ner nie zwra​cał na nic uwa​gi, za​wzię​cie pi​sząc coś na swo​jej ko​mór​ce. Nie roz​glą​da​łam się na boki, kie​dy prze​cho​dzi​liś​my przez sto​łów​kę, żeby sta​nąć w ko​lej​ce. West ob​jął mnie ra​mie​niem i moc​no do sie​bie przy​cią​gnął, a po​tem cmok​nął w skroń. Pod​nio​słam na nie​go za​sko​czo​ny wzrok i za​uwa​ży​łam, że wpa​tru​je się w ko​goś z roz​draż​nio​ną miną. Po​dą​ży​łam za jego spoj​rze​niem i prze​ko​na​łam się, że to Nash, któ​rzy przy​sta​nął na środ​ku sali z tacą w rę​kach, żeby na nas po​pa​trzeć. Nash prze​niósł wzrok na mnie, krę​cąc z nie​do​wie​rza​niem gło​wą, a po​tem do​siadł się do resz​ty chło​pa​ków z dru​ży​ny. By​łam pew​na, że za​uwa​ży​li zna​czą​cą wy​mia​nę spoj​rzeń mię​dzy We​stem a Na​shem. Czy te​raz Bra​dy im wy​ja​śni, co jest mię​dzy mną a We​stem… co​kol​wiek to jest? – Jest zły? – wy​szep​ta​łam. Nie chcia​łam, żeby West tra​cił prze​ze mnie kum​pli. Po​trze​bo​wał te​raz ich wspar​cia. – Nie mam po​ję​cia. Na​wet je​śli tak, ja​koś to prze​ży​je. To nie była od​po​wiedź, ja​kiej się spo​dzie​wa​łam. West za​brał obie na​sze tace i po​szli​śmy ra​zem do sto​li​ka, gdzie jak zwy​kle cze​ka​ły na nas miej​sca mię​dzy Bra​dym a Na​shem. Tym ra​zem jed​nak West usiadł obok Na​sha, choć jak do​tąd to było moje miej​sce. Wi​dać było, że chce swo​im kum​plom dać coś do zro​zu​mie​nia. Nie wie​dzia​łam tyl​ko do koń​ca co. – To jak, je​ste​ście te​raz ra​zem? – spy​tał Gun​ner, od​kła​da​jąc ko​mór​kę na blat i się​ga​jąc po swój na​pój. – A po​dob​no mie​li​śmy do niej nie star​to​wać. – Prze​stań – ode​zwał się Bra​dy, za​nim West zdą​żył za​re​ago​wać. – To nie ma nic wspól​ne​go z wami. Gun​ner wy​da​wał się szcze​rze roz​ba​wio​ny. Wziął do ręki jabł​ko i ode​zwał się: – Ja​sne. – Po​tem zer​k​nął na Na​sha, od​gryzł kęs owo​cu i uśmiech​nął się iro​nicz​nie. Mia​łam ocho​tę za​paść się pod zie​mię. – Tak mi przy​szło do gło​wy, Mag​gie… Masz już z kim iść na szkol​ną po​tań​ców​kę? – spy​tał Gun​ner. – Gun​ner, weź wy​lu​zuj – wy​mam​ro​tał Ry​ker. Nie pod​no​si​łam gło​wy znad ta​le​rza, wpa​try​wa​łam się w swo​je fryt​ki i uda​wa​łam, że go nie sły​sza​łam. Jak do​tąd w ogó​le nie my​śla​łam o szkol​nym balu z oka​zji zjaz​du ab​sol​wen​tów. Ow​szem, wi​dzia​łam pla​ka​ty i ogło​sze​nia, ale nie zwra​ca​łam na nie uwa​gi. Jesz​cze ni​g​dy nie by​łam na ta​kiej im​pre​zie, więc i tym ra​zem nie spo​dzie​wa​łam się, że mo​gło​by być ina​czej. – Ona jest ze mną, Gun​ner. I idzie ze mną. Wszę​dzie – pod​kre​ślił West. – Jesz​cze coś chcesz wie​dzieć? Mó​wiąc to, zsu​nął dłoń na moje ko​la​no i za​ci​snął na nim pal​ce. – Ra​czej wszyst​ko ja​sne – ode​zwał się Asa prze​śmiew​czym to​nem. – Czy​li mamy wię​cej nie drą​żyć te​ma​tu, tak? Pod​nio​słam wzrok na Asę, żeby prze​ko​nać się, do kogo mówi. Jego gło​wa zwró​co​na była w stro​nę Bra​dy’ego. Mój ku​zyn je​dy​nie przy​tak​nął. I to był ko​niec dys​ku​sji. Chło​pa​ki za​ję​ły się oma​wia​niem tak​ty​ki na piąt​ko​wy mecz, a ja ode​tchnę​łam z ulgą i mo​głam w spo​ko​ju do​koń​czyć obiad.

ROZ​DZIAŁ 36

Chcia​łem być z nią na za​wsze

West Tre​ner po​wie​dział, że nie mu​szę w tym ty​go​dniu cho​dzić na tre​nin​gi. Ale mogę za​grać w me​czu, je​śli chcę. Zda​wał so​bie spra​wę, że je​stem po​trzeb​ny dru​ży​nie, i wie​dział, że mój oj​ciec był​by za. Dla​te​go po​sta​no​wi​łem grać. Cho​ciaż nie było to ko​niecz​ne, po​sta​no​wi​łem pójść na dzi​siej​szy tre​ning. Miesz​ka​ła z nami te​raz bab​ka, więc nie zo​sta​wia​łem mamy sa​mej. Mia​łem dzię​ki temu wię​cej swo​bo​dy, ale też mu​sia​łem trzy​mać się z da​le​ka od domu. Nie po​do​ba​ło mi się, że ta ko​bie​ta u nas sie​dzi. Ni​g​dy wcze​śniej nas nie od​wie​dza​ła, ani razu przez całe moje ży​cie. Za​wsze to my jeź​dzi​li​śmy do niej. Pra​wie w ogó​le nie od​zy​wa​ła się do mo​je​go taty, jak​by dla niej nie ist​niał. Była dla mnie kom​plet​nie obca. Ale mama ją ko​cha​ła. Ża​den z chło​pa​ków o nic mnie nie py​tał, kie​dy po​ja​wi​łem się w szat​ni, żeby prze​brać się na tre​ning. Nie​któ​rzy ki​wa​li mi gło​wą albo po​kle​py​wa​li po ple​cach, ale nikt nie ode​zwał się ani sło​wem. By​łem im za to wdzięcz​ny. Sko​ro nie mo​głem wiecz​nie mieć przy so​bie Mag​gie, to był dla mnie je​dy​ny spo​sób, by wy​rzu​cić z gło​wy swo​je cho​ler​ne pro​ble​my. Za​wią​za​łem kor​ki i kie​dy się wy​pro​sto​wa​łem, zo​ba​czy​łem idą​ce​go w moją stro​nę Bra​dy’ego. Chciał ode mnie wy​cią​gnąć coś wię​cej, ale nie za​mie​rza​łem z nim dys​ku​to​wać. Mu​sia​ło mu wy​star​czyć to, co usły​szał dziś rano. – Od jak daw​na Mag​gie z tobą roz​ma​wia? – spy​tał przy​ci​szo​nym gło​sem. Się​gną​łem po swój kask i ru​szy​łem w stro​nę drzwi. – Od nie​daw​na. – To zna​czy? Od szpi​ta​la? Czy wcze​śniej? – Wcze​śniej. Bra​dy zrów​nał się ze mną i szedł obok. – To dla​te​go od po​cząt​ku tak cię do niej cią​gnę​ło, co? Po​ma​ga​ła ci się po​zbie​rać. Sama do​brze wie, jak to jest. Nie ode​zwa​łem się, bo nie zna​łem od​po​wie​dzi na to py​ta​nie. Może rze​czy​wi​ście dla​te​go tak mnie do niej cią​gnę​ło. Cier​pie​nie zmie​nia czło​wie​ka i jego za​cho​wa​nie. Ale prze​cież nie mo​głem mu po​wie​dzieć, że nie pra​gnął​bym Mag​gie, gdy​by się do mnie nie ode​zwa​ła. A może jed​nak? – Zda​jesz so​bie spra​wę, pew​nie naj​le​piej z nas wszyst​kich, przez co ona prze​cho​dzi. Sko​ro z tobą gada, pew​nie opo​wie​dzia​ła ci to i owo. Miał ra​cję, ale nie za​mie​rza​łem go uświa​da​miać. – Musi za​cząć roz​ma​wiać tak​że z in​ny​mi ludź​mi – do​dał Bra​dy.

Wi​dać było, że nie ma za​mia​ru od​pu​ścić. Mu​sia​łem coś z tym zro​bić. Nie po​zwo​lę ni​ko​mu zmu​szać Mag​gie do mó​wie​nia, aż sama nie uzna, że nad​szedł od​po​wied​ni mo​ment. Przy​sta​ną​łem i spoj​rza​łem mu w oczy. – Jesz​cze nie jest go​to​wa. Dzię​ki mil​cze​niu ja​koś so​bie ra​dzi. Daj jej spo​kój, niech zro​bi to po swo​je​mu. Nie po​zwo​lę, żeby kto​kol​wiek na nią na​ci​skał. Na​wet ty – oznaj​mi​łem sta​now​czo, po czym ru​szy​łem na bo​isko, zo​sta​wia​jąc go w tyle. *** Była już pra​wie pół​noc, gdy Mag​gie uchy​li​ła okno w swo​im po​ko​ju, żeby wpu​ścić mnie do środ​ka. Do póź​na mia​łem tre​ning, a po​tem po​je​cha​łem na skar​pę nad mia​stem i sie​dzia​łem tam sa​mot​nie przez parę go​dzin. Gdy mama za​dzwo​ni​ła, że​bym wra​cał do domu na ko​la​cję, nie pró​bo​wa​łem się wy​krę​cić. Ro​bi​łem to tyl​ko dla niej. Przy ko​la​cji bab​ka spy​ta​ła mnie o stu​dia, ale nie mia​łem za​mia​ru jej od​po​wia​dać i po pro​stu wy​sze​dłem. Nie była jak do​tąd obec​na w na​szym ży​ciu, więc nie mia​ła pra​wa o nic się mnie cze​piać. Po wyj​ściu z domu za​dzwo​ni​łem do mamy i po​pro​si​łem, żeby się po​ło​ży​ła. Obie​ca​łem, że nie​dłu​go wró​cę i że je​stem u Bra​dy’ego. To wca​le nie było kłam​stwo – mia​łem być u nie​go w domu, tyle że nie z nim. Chy​ba do​my​śla​ła się praw​dy, ale o nic nie spy​ta​ła. Mag​gie sta​ła na środ​ku po​ko​ju w luź​nych dre​so​wych spodniach zwią​za​nych ta​siem​ką w pa​sie i ob​ci​słej ko​szul​ce bez rę​ka​wów, z wło​sa​mi upię​ty​mi na czub​ku gło​wy w nie​dba​ły kok. Wy​glą​da​ła prze​ślicz​nie. Tę​sk​ni​łem za nią całe po​po​łu​dnie. Zresz​tą jak za​wsze, kie​dy nie była przy mnie. Im wię​cej o tym my​śla​łem, tym bar​dziej mnie to prze​ra​ża​ło. Nie mo​głem wiecz​nie tyl​ko za nią tę​sk​nić. A je​śli ją stra​cę? Nie, to nie​moż​li​we. Nie stra​cę Mag​gie. Ni​g​dy na to nie po​zwo​lę. Zro​bię wszyst​ko, żeby ze mną zo​sta​ła. Co tyl​ko bę​dzie chcia​ła. – Hej – po​wie​dzia​łem mięk​ko, z sze​ro​kim uśmie​chem. – Hej. Nie cze​ka​jąc dłu​żej, wy​cią​gną​łem ręce i przy​gar​ną​łem ją do sie​bie. – Tę​sk​ni​łem za tobą – wy​szep​ta​łem i za​czą​łem ca​ło​wać jej cu​dow​nie mięk​kie usta. Za​śmia​ła się, nie od​ry​wa​jąc warg od mo​ich ust. Uwiel​bia​łem ten dźwięk. Nie śmia​ła się zbyt czę​sto, ale gdy to ro​bi​ła, czu​łem się jak za​cza​ro​wa​ny. – Co w tym śmiesz​ne​go? – zdzi​wi​łem się, nie mo​gąc po​wstrzy​mać za​do​wo​lo​ne​go uśmie​chu. – Prze​cież wi​dzie​li​śmy się za​le​d​wie parę go​dzin temu. Po​trzą​sną​łem prze​czą​co gło​wą. – Nie parę, ale aż dzie​więć. Czy​li cho​ler​nie daw​no. Mag​gie za​ci​snę​ła usta, a w jej oczach bły​snę​ły roz​ba​wio​ne iskier​ki. Nie mia​ła żad​ne​go ma​ki​ja​żu – jej twarz ja​śnia​ła czy​sto​ścią. Po​do​ba​ło mi się, że go nie zro​bi​ła, choć wie​dzia​ła, że przyj​dę. Była sobą i naj​wi​docz​niej do​brze się z tym czu​ła. – Po​wi​nie​neś już pójść spać. Ju​tro mecz – przy​po​mnia​ła, kła​dąc dłoń na mo​jej pier​si. – Za​raz pój​dę. Tu, z tobą. Na​sta​wię bu​dzik na pią​tą i wy​mknę się do domu. Chcę cię dziś trzy​mać w ra​mio​nach.

Jej oczy roz​bły​snę​ły z ra​do​ści. Na ten wi​dok od razu za​czę​ło mi cho​dzić po gło​wie to i owo. Rze​czy, o któ​rych nie po​wi​nie​nem był my​śleć, a już na pew​no nie w jej domu. Nie pod jed​nym da​chem z pa​nem Bo​one’em. Zer​k​ną​łem w bok na jej łóż​ko i za​uwa​ży​łem, że już w nim le​ża​ła. Nie na​pi​sa​łem jej wcze​śniej, że przyj​dę – do​pie​ro nie​ca​łą go​dzi​nę temu. Cie​ka​we, czy wcze​śniej spa​ła. Wi​dok jej roz​rzu​co​nej po​ście​li i świa​do​mość, że bę​dzie wtu​lo​na we mnie przez całą noc, mo​men​tal​nie roz​pro​szy​ły wszyst​kie moje smut​ki. Przy Mag​gie wy​cho​dził ze mnie ja​ski​nio​wiec – chcia​łem sta​le mieć ją przy so​bie. Mag​gie wsu​nę​ła dłoń w moją i na​tych​miast ogar​nę​ło mnie zna​jo​me uczu​cie spo​ko​ju, któ​re po​zwo​li​ło mi prze​trwać mi​nio​ny mie​siąc. To już czte​ry ty​go​dnie. Ju​tro mi​nie do​kład​nie mie​siąc od dnia, gdy po​ca​ło​wa​łem ją na im​pre​zie. Po​ja​wi​ła się w moim ży​ciu, kie​dy my​śla​łem, że już po mnie. Gdy nie wie​rzy​łem, że dam so​bie radę. Ona po​ka​za​ła mi, że po​tra​fię. Przy​po​mnia​ła, że nie je​stem je​dy​ną oso​bą na świe​cie, któ​ra tra​ci ro​dzi​ca. Mag​gie ścią​gnę​ła koł​drę w dół po mo​jej stro​nie łóż​ka, a po​tem we​szła na nie, żeby wy​rów​nać prze​ście​ra​dło. Wi​dząc ją w ta​kiej chwi​li, za​czą​łem wy​obra​żać so​bie sy​tu​acje, któ​re po​win​ny być za​re​zer​wo​wa​ne tyl​ko dla mnie. Nie uśmie​cha​ło mi się na przy​kład, żeby ja​kiś inny chło​pak oglą​dał ją w tym stro​ju na łóż​ku. Tyl​ko ja. Żeby po​zwa​la​ła ko​muś in​ne​mu brać się za rękę. Ni​g​dy. Tyl​ko mnie. – Mu​sisz się po​ło​żyć, je​śli masz spać – wy​szep​ta​ła Mag​gie z prze​kor​nym uśmiesz​kiem na ustach. Ona mnie ura​to​wa​ła. Chcia​łem być z nią na za​wsze. I chcia​łem, żeby ona też tak o mnie my​śla​ła. Po​ło​ży​łem się na łóż​ku na ple​cach, z jed​ną ręką pod gło​wą. Dru​gą wy​cią​gną​łem w za​pra​sza​ją​cym ge​ście do Mag​gie, żeby umo​ści​ła się obok i opar​ła mi gło​wę na pier​si. Nie po​trze​bo​wa​ła słów – zro​bi​ła do​kład​nie to, cze​go chcia​łem. Wte​dy wsu​ną​łem dło​nie w jej je​dwa​bi​ste wło​sy i roz​pu​ści​łem kok. Nie za​pro​te​sto​wa​ła. Le​że​li​śmy w mil​cze​niu przez kil​ka mi​nut. Ba​wi​łem się jej wło​sa​mi, wpa​tru​jąc w wen​ty​la​tor na su​fi​cie. W gło​wie mia​łem kom​plet​ny mę​tlik. Mag​gie po​ja​wi​ła się w moim ży​ciu do​kład​nie wte​dy, gdy naj​bar​dziej jej po​trze​bo​wa​łem. Nie spo​dzie​wa​łem się tego. A te​raz, gdy była przy mnie, nie po​tra​fi​łem zro​zu​mieć, jak do tej pory ra​dzi​łem so​bie bez niej.

ROZ​DZIAŁ 37

Moja dziew​czy​na

Maggie Kie​dy cio​cia Co​ra​lee za​pu​ka​ła rano do mo​je​go po​ko​ju, żeby mnie obu​dzić, w pierw​szej chwi​li ogar​nę​ła mnie pa​ni​ka. Na szczę​ście oka​za​ło się, że We​sta już nie ma w moim łóż​ku. Mu​sia​łam jesz​cze spać, kie​dy wy​cho​dził. Na jego po​dusz​ce le​ża​ła zło​żo​na na pół kart​ka. Prze​tar​łam za​spa​ne oczy i ją otwo​rzy​łam. Dzień do​bry, pięk​na. Nie chcia​łem cię bu​dzić, bo smacz​nie spa​łaś. Chcę, że​byś po​je​cha​ła dziś do szko​ły ze mną. Przy​ja​dę po cie​bie o 7.30. Gdy​by Bra​dy się cze​piał, za​dzwoń do mnie i od​daj mu ko​mór​kę. West chciał mnie dziś za​brać do szko​ły. Zer​k​nę​łam w wi​szą​ce na ścia​nie lu​stro i zo​ba​czy​łam w nim swo​ją śmie​ją​cą się twarz. To był praw​dzi​wy uśmiech, pe​łen ra​do​sne​go ocze​ki​wa​nia i na​dziei. Od daw​na się w ten spo​sób nie uśmie​cha​łam. Na​resz​cie by​łam szczę​śli​wa. Wsta​łam z łóż​ka i po​de​szłam do lu​stra, a po​tem do​tknę​łam pal​cem swo​je​go od​bi​cia. Dziew​czy​na na​prze​ciw​ko mnie była star​sza od tej, któ​rą za​pa​mię​ta​łam. W jej oczach kry​ła się siła i doj​rza​łość. A przy tym wy​glą​da​ła na szczę​śli​wą i pod tym wzglę​dem wy​da​wa​ła mi się zna​jo​ma. – Po​lu​bi​ła​byś go, mamo – wy​szep​ta​łam. – Jest cu​dow​ny. Gdy​by tu była, na pew​no do​ma​ga​ła​by się, że​bym jak naj​wię​cej jej o nim opo​wie​dzia​ła. Pisz​cza​ła​by ze mną z za​chwy​tu na wspo​mnie​nie na​sze​go pierw​sze​go po​ca​łun​ku. Pa​pla​ła​bym o nim w nie​skoń​czo​ność, a jej ni​g​dy by to nie znu​dzi​ło. Bo była nie tyl​ko moją mamą, ale i naj​lep​szą przy​ja​ciół​ką. Na pew​no ucie​szy​ła​by się, że mam We​sta. Po​czu​cie pust​ki, ja​kie do tej pory mnie prze​śla​do​wa​ło, nie było już tak do​tkli​we. West za​czął ją wy​peł​niać. Głos cio​ci Co​ra​lee wo​ła​ją​cej na śnia​da​nie przy​pom​niał mi, że po​win​nam się po​śpie​szyć. Mu​sia​łam ją za​wia​do​mić, że jadę do szko​ły z We​stem. Dziś był dzień me​czu, więc chcia​łam zro​bić mu nie​spo​dzian​kę i też wy​ka​zać się spor​to​wym du​chem. Mu​sia​łam tyl​ko wy​pro​sić od Bra​dy’ego ich dru​ży​no​wą ko​szul​kę. Kwa​drans póź​niej ubra​na do wyj​ścia ze​szłam do kuch​ni. Wcze​śniej na​pi​sa​łam do Bra​dy’ego SMS-a z proś​bą, by po​ży​czył mi swo​ją ko​szul​kę. Zgo​dził się i od​pi​sał, że przy​nie​sie mi ją do kuch​ni. Mia​łam ze sobą kart​kę z proś​bą, a ra​czej wia​do​mo​ścią dla cio​ci Co​ra​lee, że jadę dziś do szko​ły z We​stem. Kie​dy po​ja​wi​łam się na dole, Bra​dy sie​dział już przy sto​le nad ta​le​rzem ja​jecz​ni​cy z be​ko​nem, ubra​ny w nie​bie​ską ko​szul​kę, w któ​rej miał za​grać wie​czo​rem. Na sto​le le​ża​ła zło​żo​na dru​ga taka sama, z iden​tycz​nym nu​me​rem, tyl​ko tro​chę bar​dziej zno​szo​na. – Pro​szę bar​dzo. Mo​żesz za​ło​żyć moją z ze​szłe​go roku – oznaj​mił, uśmie​cha​jąc się nie​-

– Pro​szę bar​dzo. Mo​żesz za​ło​żyć moją z ze​szłe​go roku – oznaj​mił, uśmie​cha​jąc się nie​znacz​nie ką​ci​ka​mi ust. Czy we​dług nie​go to głu​pie, że chcę ją za​ło​żyć? Może nie po​win​nam jesz​cze tego ro​bić? – Dzień do​bry, Mag​gie. Twój ta​lerz jest na pod​grze​wa​czu. Już ci go po​da​ję. – Cio​cia Co​ra​lee na​gle za​mil​kła, wpa​tru​jąc się ze zmarsz​czo​nym czo​łem w bia​ły ob​ci​sły top, któ​ry mia​łam na so​bie. – Ekhm, słu​chaj… Chy​ba nie mo​żesz po​ka​zać się w czymś ta​kim w szko​le. – Ja​sne, że nie. Za​kła​da na to moją sta​rą ko​szul​kę – wy​ja​śnił Bra​dy. Cio​cia Co​ra​lee roz​po​go​dzi​ła się i uśmiech​nę​ła. – Na​praw​dę? To wspa​nia​le, praw​da, Bra​dy? Bra​dy miał minę, jak​by z tru​dem tłu​mił śmiech. – Pew​nie – uda​ło mu się w koń​cu wy​du​sić, po czym wpa​ko​wał do ust wiel​ki kęs ja​jecz​ni​cy. Po​sta​no​wi​łam wię​cej nie zwra​cać na nie​go uwa​gi i wło​ży​łam szyb​ko ko​szul​kę. Po​tem po​da​łam swo​ją no​tat​kę cio​ci Co​ra​lee. Prze​czy​ta​ła ją, uśmie​cha​jąc się cie​pło. – Oczy​wi​ście, ko​cha​nie. Nie mam nic prze​ciw​ko. Praw​dę mó​wiąc, spo​dzie​wa​łam się tego. Ode​tchnę​łam z ulgą, po czym ode​bra​łam ta​lerz z jej rąk i po​de​szłam z nim do sto​łu. – Cze​go? – chciał wie​dzieć Bra​dy. – Że Mag​gie za​cznie jeź​dzić do szko​ły z We​stem. Bra​dy po​now​nie uśmiech​nął się zna​czą​co. – Aha, czy​li dziś za​bie​ra ją West? Po​ki​wa​łam gło​wą, a cio​cia Co​ra​lee po​twier​dzi​ła. Bra​dy cały czas dziw​nie się za​cho​wy​wał, ale prze​sta​łam się tym przej​mo​wać. Nie mo​głam się do​cze​kać jaz​dy do szko​ły z We​stem i jego miny, gdy zo​ba​czy mnie w ich dru​ży​no​wej ko​szul​ce. A przede wszyst​kim naj​bar​dziej mnie cie​szy​ło, że zno​wu go zo​ba​czę. West dał mi po​wód, by znów po​ko​chać ży​cie. To, co dzia​ło się ze mną przez ostat​nie dwa lata, trud​no na​zwać praw​dzi​wym ży​ciem i do​pie​ro te​raz do mnie do​cie​ra​ło, ile stra​ci​łam. Mil​cze​nie było moją tar​czą ochron​ną, ale jed​no​cze​śnie od​gra​dza​ło mnie od in​nych, ska​zu​jąc na sa​mot​ność. Kie​dy cio​cia Co​ra​lee po​szła na górę, Bra​dy zmie​rzył mnie z góry na dół. – Pa​mię​tasz, jak cię ostrze​ga​łem przed We​stem? To na​dal ak​tu​al​ne. Przy​zna​ję, że trak​tu​je cię ina​czej niż resz​tę dziew​czyn. Więc może rze​czy​wi​ście to coś wię​cej niż wszyst​kie jego po​przed​nie związ​ki. Boję się tyl​ko, że je​steś mu po​trzeb​na przede wszyst​kim po to, żeby po​ra​dził so​bie ze śmier​cią taty. Kie​dy za ja​kiś czas nada​rzy się oka​zja, pew​nie zaj​mie się inną, a o to​bie za​po​mni – po​wie​dział Bra​dy, po czym wstał od sto​łu. – Le​piej miej się na bacz​no​ści. On nie chce cię skrzyw​dzić, ale tak to się może skoń​czyć. Gło​śne pu​ka​nie do drzwi prze​rwa​ło Bra​dy’emu. Od​wró​cił się, a ja ze​rwa​łam się od sto​łu. To na pew​no West. Od​nio​słam po​śpiesz​nie ta​lerz do zle​wu i po​bieg​łam do wyj​ścia. Za drzwia​mi rze​czy​wi​ście stał West. Na mój wi​dok mo​men​tal​nie się uśmiech​nął. Mina mu jed​nak za​raz zrze​dła, gdy zo​ba​czył, co mam na so​bie. – Za​ło​ży​łaś ko​szul​kę Bra​dy’ego – stwier​dził, spog​lą​da​jąc mi w oczy. Przy​tak​nę​łam z za​do​wo​lo​nym uśmie​chem. Mia​łam na​dzie​ję, że się ucie​szy z mo​je​go za​pa​łu do ki​bi​co​wa​nia – jemu i ca​łej dru​ży​nie. Bra​dy par​sk​nął śmie​chem, za​kry​wa​jąc dło​nią usta, po czym ru​szył po scho​dach na górę. Co go tak roz​śmie​szy​ło? Wy​głu​pi​łam się? West ob​jął mnie ra​mie​niem wpół, a dru​gą ręką sięg​nął po mój ple​cak, po​sy​ła​jąc za Bra​dym mor​der​cze spoj​rze​nie.

– Idzie​my – ode​zwał się nie​zbyt za​do​wo​lo​nym gło​sem. – Zro​bi​łam coś nie tak? – spy​ta​łam, czu​jąc ucisk w żo​łąd​ku. Po za​do​wo​lo​nym uśmie​chu We​sta nie po​zo​stał na​wet ślad. Nie ode​zwał się, tyl​ko otwo​rzył drzwi sa​mo​cho​du i wrzu​cił do środ​ka mój ple​cak. Po​tem zła​pał mnie wpół i pod​sa​dził do góry, jak​bym była ma​łym dziec​kiem, któ​re nie po​tra​fi samo wejść do środ​ka. Kie​dy usa​do​wi​łam się już na sie​dze​niu, West na​chy​lił się i mnie po​ca​ło​wał. Tym ra​zem to nie był czu​ły i de​li​kat​ny po​ca​łu​nek, do ja​kich mnie przy​zwy​cza​ił, ale nie mo​głam na​rze​kać. Zu​peł​nie jak​by chciał mnie nim na​zna​czyć, po​chło​nąć. Przy​war​łam do nie​go i roz​pły​nę​łam się w jego ra​mio​nach. Ock​nę​łam się do​pie​ro, gdy się ode mnie od​su​nął. – Nie mo​żesz no​sić ko​szul​ki Bra​dy’ego – oznaj​mił, po czym za​mknął drzwi i ob​szedł sa​mo​chód, żeby usiąść za kie​row​ni​cą. Sko​ro nie wol​no mi za​kła​dać ko​szul​ki Bra​dy’ego, po co za​bie​ra mnie w niej do szko​ły? – W ta​kim ra​zie mu​szę się prze​brać – stwier​dzi​łam, kie​dy wcho​dził do środ​ka. W od​po​wie​dzi po​ki​wał tyl​ko gło​wą. – Za​pnij pas – po​le​cił, a po​tem wy​je​chał na uli​cę i ru​szył w kie​run​ku szko​ły. Cze​ka​łam na ja​kieś wy​jaś​nie​nie, ale wię​cej się nie ode​zwał. Ani sło​wem. Od szko​ły dzie​li​ło nas za​le​d​wie pięć mi​nut jaz​dy. Już otwie​ra​łam usta, żeby spy​tać, co jest nie tak z ko​szul​ką Bra​dy’ego, gdy West mi​nął par​king i po​je​chał w stro​nę szat​ni na bo​isku. Chciał, że​bym ją tam zdję​ła i zo​sta​wi​ła? Je​śli tak, to mam prze​chla​pa​ne. Cio​cia Co​ra​lee mia​ła ra​cję – nie mo​głam po​ka​zać się w szko​le w sa​mym ku​sym to​pie. Za​raz ode​sła​li​by mnie do domu. – Co my tu ro​bi​my? – spy​ta​łam, wi​dząc, że otwie​ra drzwi i wy​sia​da. Za​mknął je za sobą, nie od​zy​wa​jąc się do mnie ani sło​wem. Kie​dy otwo​rzył drzwi z mo​jej stro​ny, znów przy​gar​nął mnie do sie​bie i po​ca​ło​wał, a po​tem zła​pał wpół i po​sta​wił na zie​mi. – Mu​si​my za​ła​twić spra​wę ko​szul​ki – ode​zwał się ta​jem​ni​czo, bio​rąc mnie za rękę i pro​wa​dząc do szat​ni. Na szczę​ście rano świe​ci​ła pust​ka​mi. Po​czu​łam ulgę, bo nie uśmie​cha​ło mi się oglą​da​nie go​łych fa​ce​tów. Spa​li​ła​bym się ze wsty​du. West prze​pro​wa​dził mnie wzdłuż sza​fek aż na sam ko​niec, gdzie znaj​do​wa​ły się więk​sze. Po chwi​li za​trzy​mał się przy jed​nej z nich, nad któ​rą na​pi​sa​ne było jego na​zwi​sko. – Zdej​mij to – po​le​cił, się​gnął na gór​ną pół​kę i wy​jął stam​tąd sta​ran​nie po​skła​da​ną ko​szul​kę. A więc o to cho​dzi​ło… Chciał dać mi swo​ją. Ser​ce za​bi​ło mi moc​niej, gdy zdej​mo​wa​łam ko​szul​kę Bra​dy’ego. West od​wró​cił się do mnie i za​marł. Za​miast po​dać mi swo​ją, pod​szedł do mnie i na​chy​lił się, żeby po​ca​ło​wać moje na​gie ra​mię. Po​tem wtu​lił mi twarz w za​głę​bie​nie szyi, wdy​cha​jąc głę​bo​ko mój za​pach. Za​drża​łam, ale sta​łam nie​ru​cho​mo w miej​scu. Ba​łam się, że je​śli po​ru​szę się choć odro​bi​nę, czar pry​śnie. Nie chcia​łam, żeby West się cof​nął. Uwiel​bia​łam czuć bli​skość mię​dzy nami. Zsu​nął rękę na moją ta​lię i przy​cią​gnął do sie​bie, na prze​mian li​żąc i ca​łu​jąc mnie po szyi. Upu​ści​łam na pod​ło​gę ko​szul​kę Bra​dy’ego i zła​pa​łam We​sta za ra​mio​na, żeby nie upaść, bo nogi zro​bi​ły mi się mięk​kie jak z waty.

– Cu​dow​nie sma​ku​jesz i pach​niesz – wy​szep​tał, scho​dząc usta​mi ni​żej i kil​ka razy mu​ska​-

– Cu​dow​nie sma​ku​jesz i pach​niesz – wy​szep​tał, scho​dząc usta​mi ni​żej i kil​ka razy mu​ska​jąc war​ga​mi moje pier​si. Przy​glą​da​łam mu się za​fa​scy​no​wa​na. Po​niósł na mnie na wzrok, ścią​ga​jąc mi ni​żej de​kolt ko​szul​ki, żeby na​dal zna​czyć po​ca​łun​ka​mi moją nagą skó​rę. – Wiem, że po​wi​nie​nem prze​stać… Ale mu​szę to usły​szeć od cie​bie – ode​zwał się gar​dło​wym gło​sem. Sęk w tym, że nie chcia​łam, żeby prze​stał. Na​gle wszyst​ko prze​sta​ło się li​czyć. Rów​nież i to, że za​raz mu​si​my iść na lek​cje. – Jesz​cze tro​chę i będę chciał cze​goś wię​cej. Ale nie mo​że​my tego ro​bić w brud​nej szat​ni. Przy​rze​kłem so​bie, na​stęp​nym ra​zem za​bio​rę cię w ja​kieś wy​jąt​ko​we miej​sce. Z wra​że​nia za​bra​kło mi słów. Sta​łam jak za​cza​ro​wa​na, trzy​ma​jąc go za ra​mio​na, pod​czas gdy on oto​czył pal​ca​mi moją pierś, a dru​gą czu​le po​ca​ło​wał. Po​tem jęk​nął prze​cią​gle i za​ci​ska​jąc moc​no po​wie​ki, cof​nął ręce i się ode mnie od​su​nął. Po​czu​łam chłód, kie​dy wy​pu​ścił mnie z ra​mion, i mo​men​tal​nie za nimi za​tę​sk​ni​łam. – Pod​nieś ręce – po​pro​sił, się​ga​jąc po ko​szul​kę, któ​rą wy​jął wcze​śniej ze swo​jej szaf​ki. Po​słu​cha​łam go, a on wło​żył mi ją przez gło​wę i po​cią​gnął w dół. Po​tem zro​bił krok w tył i spoj​rzał mi w oczy. – No​sisz tyl​ko moją, Mag​gie. Ni​ko​go in​ne​go. Ni​g​dy. Mo​żesz ją za​trzy​mać na za​wsze i no​sić, kie​dy tyl​ko chcesz. I pa​mię​taj, że​byś ni​g​dy wię​cej na​wet nie do​tknę​ła ko​szul​ki Bra​dy’ego. Aha. W po​rząd​ku. O rany! Po​ki​wa​łam gło​wą, tłu​miąc w so​bie chęć, by ob​jąć się ra​mio​na​mi i przy​tu​lić do sie​bie ko​szul​kę We​sta. Pach​nia​ła cu​dow​nie, tak jak on. Chy​ba ni​g​dy nie będę jej prać. Na twa​rzy We​sta po​ja​wił się za​do​wo​lo​ny uśmiech. – Moja dziew​czy​na. Moja cho​ler​na ko​szul​ka.

ROZ​DZIAŁ 38

Czy na​dal ze​chce być ze mną?

West Pod​czas dzi​siej​sze​go me​czu Mag​gie sie​dzia​ła na try​bu​nach obok mo​jej mamy. Spo​glą​da​łem w ich stro​nę, kie​dy tyl​ko nada​rzy​ła się oka​zja. Mag​gie zwy​kle do mnie ma​cha​ła, ale kil​ka razy przy​ła​pa​łem ją, jak roz​ma​wia​ła z mamą. Za każ​dym ra​zem na ich wi​dok ser​ce omal nie wy​ska​ki​wa​ło mi z pier​si. Po każ​dy zdo​by​tym przy​ło​że​niu zer​ka​łem na Mag​gie, jak pod​ry​wa się z miej​sca i wi​wa​tu​je z sze​ro​kim uśmie​chem na twa​rzy. Mia​ła na so​bie moją ko​szul​kę. Ależ mnie to krę​ci​ło! To był ja​sny znak dla wszyst​kich, że jest moją dziew​czy​ną. Kie​dy zo​ba​czy​łem ją rano w ko​szul​ce Bra​dy’ego, mia​łem ocho​tę ją z niej ze​drzeć i spa​lić. Zwłasz​cza gdy zo​ba​czy​łem jego roz​ba​wio​ną minę. Du​pek je​den, do​brze wie​dział, jak zro​bić mi na złość. Miał po​tem nie​zły ubaw. Gdy Bra​dy na​tknął się na nas rano na ko​ry​ta​rzu i zo​ba​czył Mag​gie w mo​jej ko​szul​ce, par​sk​nął śmie​chem. Na szczę​ście nikt poza na​szą trój​ką nie miał po​ję​cia, co go tak roz​ba​wi​ło. Mag​gie zdo​by​ła się na​wet na uśmiech, ale spu​ści​ła gło​wę, żeby ukryć za​czer​wie​nio​ne po​licz​ki. Bie​dacz​ka, chcia​ła zro​bić mi przy​jem​ność. Sęk w tym, że nie wie​dzia​ła, że gdy dziew​czy​na nosi ko​szul​kę z nu​me​rem i na​zwi​skiem chło​pa​ka, to dla wszyst​kich sy​gnał, że na​le​ży do nie​go. Niech so​bie będą ro​dzi​ną, ale za cho​le​rę nie po​zwo​lę jej no​sić ko​szul​ki Bra​dy’ego! Ani ni​ko​go in​ne​go. Tyl​ko moją. *** Wy​gra​li​śmy mecz jed​nym przy​ło​że​niem. Trzy mi​nu​ty przed koń​cem Gun​ner do​stał ide​al​ne po​da​nie i po​gnał w pole punk​to​we, za​pew​nia​jąc nam zwy​cię​stwo. To był bar​dzo za​cię​ty i wy​rów​na​ny mecz, aż pod ko​niec za​czą​łem się bać, że skoń​czy się na do​gryw​ce. Na szczę​ście Gun​ner za​ła​twił nam wy​gra​ną. Kie​dy wy​sze​dłem z szat​ni, Mag​gie już cze​ka​ła na mnie przed drzwia​mi. Po​czu​łem smu​tek, że ni​g​dy wię​cej nie zo​ba​czę w tym miej​scu mo​je​go taty, ale jej uśmiech zdo​łał go uko​ić. – By​łeś nie​sa​mo​wi​ty! Przy​naj​mniej tak wszy​scy mó​wią. Sor​ki, nie​zbyt się w tym orien​tu​ję. Ale wy​glą​da​łeś na​praw​dę su​per w tych spodniach – wy​szep​ta​ła, kie​dy wzią​łem ją w ra​mio​na. Za​śmia​łem się, ca​łu​jąc ją w czo​ło, po​tem w nos, aż wresz​cie się​gną​łem do jej ust. – Po​mógł mi twój wi​dok. Ślicz​na jak anioł i jesz​cze w mo​jej ko​szul​ce. Od te​raz mu​sisz przy​cho​dzić na wszyst​kie moje me​cze. Mag​gie się uśmiech​nę​ła.

– To chy​ba jest do zro​bie​nia. Wie​czo​rem za​bie​ra​łem ją na na​szą im​pre​zę w ple​ne​rze. Choć była tam już kil​ka razy, te​raz na​praw​dę weź​mie w niej udział. Po​ja​wi​my się ra​zem i już ni​g​dy wię​cej nie bę​dzie mu​sia​ła kryć się w ciem​no​ściach, cze​ka​jąc, aż Bra​dy za​bie​rze ją do domu. To wspo​mnie​nie wciąż do​pro​wa​dza​ło mnie do pa​sji. Aż ba​łem się po​my​śleć, jak bar​dzo mu​sia​ła się wte​dy czuć sa​mot​na i opusz​czo​na. Nikt nie ra​czył jej po​móc. – Świet​ny mecz, ko​cha​nie. Nie​chęt​nie ode​rwa​łem wzrok od Mag​gie i od​wró​ci​łem gło​wę ku sto​ją​cej obok nas Ra​le​igh. – Dzię​ki, ale nie je​stem two​im „ko​cha​niem” – od​par​łem, chcąc jak naj​szyb​ciej ją spła​wić. Ra​le​igh za​śmia​ła się i przy​gry​zła dol​ną war​gę, co w jej prze​ko​na​niu mia​ło jej pew​nie nadać sek​sow​ny wy​gląd. – Może nie te​raz, ale zo​ba​czysz, szyb​ko się znu​dzisz nie​mo​wą i za​tę​sk​nisz za na​szy​mi nu​mer​ka​mi. Będę cze​kać. Za​wsze by​łam na każ​de two​je za​wo​ła​nie. Chcę cię od​zy​skać, West. Tę​sk​nię za tobą – po​wie​dzia​ła ni​skim gło​sem, w któ​rym sły​chać było bła​gal​ną nutę. Nie mo​głem znieść, gdy ktoś do​gry​zał Mag​gie. Mia​łem za​miar trak​to​wać Ra​le​igh po przy​ja​ciel​sku, a przy tym dać jej od​czuć, gdzie jest jej miej​sce. Ale sama za mną ła​zi​ła i wy​ga​dy​wa​ła bzdu​ry, żeby mnie wku​rzyć. – Po​tra​fię ga​dać. Tyl​ko sama so​bie wy​bie​ram z kim. Więc prze​stań się mnie cze​piać. To na mnie w ogó​le nie dzia​ła. Wbi​łem za​sko​czo​ny wzrok w Mag​gie, któ​ra wła​śnie ode​zwa​ła się spo​koj​nie i rze​czo​wo do Ra​le​igh. – Więc jed​nak nie je​steś nie​mo​wą. Pro​szę, pro​szę. Bra​dy o tym wie? – spy​ta​ła Ra​le​igh. Zro​bi​łem krok w jej stro​nę, od​gra​dza​jąc ją swo​im cia​łem od Mag​gie. Ale wte​dy Mag​gie do​tknę​ła mo​je​go ra​mie​nia, za​ci​ska​jąc na nim pal​ce, i sta​nę​ła obok mnie. – Tak, wie. Więc mo​żesz spa​dać – rzu​ci​ła, nie co​fa​jąc się ani o krok. Nie mo​głem ode​rwać od niej za​chwy​co​ne​go wzro​ku. Czy ta dziew​czy​na to na​praw​dę cho​dzą​cy ide​ał? Umia​ła na​wet spo​koj​nie i bez scen roz​pra​wić się z moją eks. – Ble, cią​gle się na nią ga​pisz – za​uwa​ży​ła Ra​le​igh zde​gu​sto​wa​nym to​nem. Mia​ła ra​cję. Mógł​bym to ro​bić bez koń​ca. Na​wet nie spoj​rza​łem na Ra​le​igh, ale do​my​śli​łem się, że wresz​cie so​bie po​szła, bo po​czu​łem, jak ra​mio​na Mag​gie roz​luź​nia​ją się, i na​po​tka​łem jej wzrok. – Do​szłam do wnio​sku, że czas wró​cić do świa​ta. Za​cząć nor​mal​nie żyć. Ale na ra​zie nie będę z ni​kim roz​ma​wiać, za​nim nie po​ga​dam z cio​cią i wuj​kiem. Oczy​wi​ście z wy​jąt​kiem cie​bie. Z wy​jąt​kiem mnie. Po​ca​ło​wa​łem ją moc​no w usta, sta​ra​jąc się ze wszyst​kich sił stłu​mić w so​bie strach przed jej utra​tą. Ow​szem, chcia​łem, żeby za​czę​ła mó​wić. I żyć peł​nią ży​cia. Ba​łem się tyl​ko, że wów​czas prze​sta​nę jej wy​star​czać. W tej chwi​li by​łem dla niej ca​łym świa​tem, bo roz​ma​wia​ła tyl​ko ze mną. I z moją mamą. Kie​dy Mag​gie otwo​rzy się i za​cznie od​zy​wać do in​nych… czy wte​dy na​dal ze​chce być ze mną? ***

Po przy​by​ciu na na​szą im​pre​zę po​de​szli​śmy ra​zem z Mag​gie w stro​nę chło​pa​ków, trzy​ma​jąc

Po przy​by​ciu na na​szą im​pre​zę po​de​szli​śmy ra​zem z Mag​gie w stro​nę chło​pa​ków, trzy​ma​jąc się za rękę. Bra​dy znów za​par​ko​wał swój pi​kap na polu. Już nie mu​siał zo​sta​wiać go na ubo​czu, żeby Mag​gie mia​ła się gdzie ukryć. Nash za​uwa​żył nas jako pierw​szy i po​słał mi wy​mu​szo​ny uśmiech. Chy​ba na​dal nie mógł po​go​dzić się z fak​tem, że je​stem z Mag​gie. Ale nie dla​te​go, że jej nie lu​bił – wprost prze​ciw​nie. Na szczę​ście Nash wi​dział ją dziś przez cały dzień w mo​jej ko​szul​ce, więc zdo​ła​łem stłu​mić w so​bie sam​czą za​zdrość, jaka ogar​nia​ła mnie na jego wi​dok. Gdy tyl​ko po​znał Mag​gie, od razu za​uwa​żył, że ma w so​bie to coś. Tak samo jak ja. Z tą tyl​ko róż​ni​cą, że nie sie​dział wte​dy po uszy w ba​gnie i nie za​cho​wy​wał się jak kre​tyn… Na szczę​ście ona też coś we mnie zo​ba​czy​ła i nie zra​zi​ły jej moje wy​głu​py. – Go​to​wa? – spy​ta​łem, gdy zbli​ża​li​śmy się do mo​jej pacz​ki. Prze​chy​li​ła gło​wę w tył, żeby spoj​rzeć mi w oczy, i od​po​wie​dzia​ła uśmie​chem. To mi w zu​peł​no​ści wy​star​czy​ło. – Wi​taj w ro​dzi​nie, Mag​gie! – za​wo​łał Ry​ker z sze​ro​kim uśmie​chem, pod​no​sząc do góry piwo. – Naj​wyż​sza pora. Spoj​rza​łem wy​mow​nie na Bra​dy’ego. To jego wina, że wcze​śniej nie im​pre​zo​wa​ła ra​zem z nami. To on po​wi​nien świe​cić ocza​mi, że zo​sta​wiał ją samą, by kry​ła się w ciem​no​ści. Ale na wi​dok jego miny mój gniew nie​co zła​god​niał. Wi​dać było wy​raź​nie, że nie jest z sie​bie z tego po​wo​du dum​ny. Bra​dy miał dziś przy so​bie uwie​szo​ną na nim Ivy. Nie na​dą​ża​łem już za ich roz​sta​nia​mi i po​wro​ta​mi, ni​g​dy nie wie​dzia​łem, jak z nimi w da​nej chwi​li jest. Bra​dy ro​bił wra​że​nie kom​plet​nie obo​jęt​ne​go. Jak​by po​zwa​lał Ivy ze sobą być, żeby spra​wić jej przy​jem​ność, a nie dla​te​go, że sam tego chciał. – Trzy me​cze i trzy wy​gra​ne. Już czu​ję smak mis​trzo​stwa sta​no​we​go – stwier​dził Asa, przy​łą​cza​jąc się do na​szej gru​py i zaj​mu​jąc miej​sce obok Ivy i Bra​dy’ego na pace pi​ka​pa. Chcia​łem mieć obok sie​bie tyl​ko Mag​gie, więc po​pro​wa​dzi​łem ją ku pu​stej bali sia​na, usia​dłem i po​ciąg​ną​łem ją na swo​je ko​la​na. Po​tem po​ca​ło​wa​łem ją w ucho i wy​szep​ta​łem: – Chcesz coś do pi​cia? Cał​kiem o tym za​po​mnia​łem. Po​krę​ci​ła prze​czą​co gło​wą i wtu​li​ła się we mnie. Ob​ją​łem ją czu​le, za​po​mi​na​jąc o ca​łym świe​cie. Oprzy​tom​nia​łem do​pie​ro, gdy usły​sza​łem swo​je imię wy​po​wie​dzia​ne przez Na​sha. Wy​rwa​ny z my​śli o Mag​gie, w pierw​szej chwi​li nie mia​łem po​ję​cia, cze​go ode mnie chce. Nic nie po​ra​dzę, że Mag​gie in​te​re​so​wa​ła mnie o wie​le bar​dziej niż Nash. – Co mó​wi​łeś? – spy​ta​łem, pod​no​sząc na nie​go wzrok. – Fa​cet z Ten​nes​see ob​ser​wo​wał cię dziś na me​czu. Da​lej chcesz do nich pójść czy wo​lisz Ala​ba​mę? Uni​we​rek. Fut​bol. Przy​szły rok. Coś, o czym w ogó​le nie my​śla​łem. A ra​czej wo​la​łem nie my​śleć. Nie te​raz, gdy za​bra​kło taty. I gdy była tu Mag​gie. Wzru​szy​łem ra​mio​na​mi, bo nie wie​dzia​łem, co od​po​wie​dzieć. Tak, wie​dzia​łem, że lu​dzie z Ten​nes​see od ja​kie​goś cza​su się mną in​te​re​so​wa​li. Co z tego, sko​ro kom​plet​nie mnie to nie ru​sza​ło. – Wszy​scy mu​si​my się na coś zde​cy​do​wać. Po​cze​kaj​my, aż skoń​czy się se​zon, i wte​dy zo​ba​czy​my. Dziś po​ga​daj​my ra​czej o mo​tor​ku w tył​ku Gun​ne​ra – ode​zwał się Bra​dy, uci​na​jąc te​mat stu​diów. Gun​ner uniósł rękę, w któ​rej trzy​mał ku​bek z pi​wem.

– Moje zdro​wie! Bo je​stem za​je​bi​sty! – wrza​snął na całe gar​dło, na co wszy​scy wy​buch​nę​li śmie​chem i wznie​śli to​ast swo​imi kub​ka​mi. Mag​gie opar​ła gło​wę na moim ra​mie​niu, drżąc na ca​łym cie​le z tłu​mio​ne​go śmie​chu, i przy​glą​da​ła się chło​pa​kom. A ja ani na mo​ment nie spusz​cza​łem wzro​ku z niej.

ROZ​DZIAŁ 39

Ro​bisz ze mną, co chcesz

Maggie Cu​dow​nie było sie​dzieć w ob​ję​ciach We​sta i przy​słu​chi​wać się, jak żar​tu​je z przy​ja​ciół​mi. Do​kład​nie tak po​win​na wy​glą​dać moja pierw​sza ple​ne​ro​wa im​pre​za z praw​dzi​we​go zda​rze​nia. Nie wy​obra​ża​łam so​bie, żeby mo​gło być ina​czej. Nie zo​sta​li​śmy do koń​ca. Mniej wię​cej po go​dzi​nie West stwier​dził, że na nas już czas. Nie zmar​twi​łam się, bo wie​dzia​łam, że nie wra​ca​my jesz​cze do domu i na​dal bę​dzie​my ra​zem. Po​szła​bym za nim wszę​dzie. Po​je​cha​li​śmy na „na​szą” skar​pę, spie​ra​jąc się po dro​dze o to, czym jest do​bra mu​zy​ka. On naj​bar​dziej lu​bił co​un​try, ja uwiel​bia​łam kla​sycz​ny rock. Kie​dy za​par​ko​wa​li​śmy na skar​pie nad mia​stem, West wy​łą​czył ra​dio w sa​mo​cho​dzie, ob​jął dłoń​mi moją twarz po czym za​czął mnie ca​ło​wać na​mięt​nie i czu​le, jak naj​droż​szy skarb. To był mój ulu​bio​ny ro​dzaj po​ca​łun​ku. In​nym też ni​cze​go nie bra​ko​wa​ło, ale kie​dy ro​bił to w ten spo​sób, mia​łam po​czu​cie, że ni​g​dy już nic złe​go mnie nie spo​tka ani nie zra​ni. Za​tra​ci​łam się cał​ko​wi​cie w do​ty​ku jego ust. Do​pie​ro gdy ode​rwał je od mo​ich warg, do​tar​ło do mnie, że je​stem na zie​mi, a nie bu​jam w ob​ło​kach. – Chcesz, że​bym był przy to​bie, kie​dy bę​dziesz roz​ma​wiać z ro​dzi​ną? To było py​ta​nie, ale wy​czu​łam w jego gło​sie nutę na​dziei. Chciał być wte​dy ze mną, wy​raź​nie mu na tym za​le​ża​ło. Za to ko​cha​łam go jesz​cze bar​dziej. – Tak. West wy​pu​ścił ci​cho wstrzy​my​wa​ne po​wie​trze z płuc. – To do​brze. Mar​twił​bym się o cie​bie, gdy​by mnie tam nie było. Chcę ci po​móc, Mag​gie. Ja… – urwał, prze​no​sząc wzrok na roz​świe​tlo​ne mia​sto w dole. – Nie chcę, że​byś czu​ła, że cią​gle mu​sisz mnie wspie​rać. Ja też chcę coś dla cie​bie zro​bić. – Spoj​rzał mi z po​wro​tem w oczy. – Być dla cie​bie tym, czym ty je​steś dla mnie. Wpraw​dzie nie po​wie​dział wprost: „Ko​cham cię”, ale był już bar​dzo bli​sko. Tym ostat​nim zda​niem wy​ra​ził znacz​nie wię​cej, niż mu się wy​da​wa​ło. Wy​czu​łam jego oba​wy, że gdy za​cznę mó​wić, nie bę​dzie już dla mnie tak waż​ny jak do​tąd. Bał się stra​cić to coś wy​jąt​ko​we​go, co było mię​dzy nami. Tym ra​zem to ja wy​cią​gnę​łam ręce i ob​ję​łam dłoń​mi jego twarz. – Za​nim cię po​zna​łam, w ogó​le się nie uśmie​cha​łam. Ani nie śmia​łam. Zdą​ży​łam już za​po​mnieć, jak to jest. By​łam sa​mot​na i nie my​śla​łam, że może być ina​czej. Ty mnie ura​to​wa​łeś. Dzię​ki to​bie po​czu​łam się do​ce​nio​na, po​trzeb​na. Po​mo​głeś mi się po​zbie​rać i z po​wro​tem na​uczy​łeś śmiać. Wy​star​czy, że cię zo​ba​czę, a już się uśmie​cham. Nikt ni​g​dy nie bę​dzie dla mnie zna​czył tyle, co ty.

West uśmiech​nął się od ucha do ucha jak mały chło​piec, któ​re​go naj​skryt​sze ma​rze​nie wła​śnie się speł​ni​ło, i przy​tu​lił mnie do sie​bie tak moc​no, że pra​wie nie mo​głam od​dy​chać. Nie mia​łam za​mia​ru się skar​żyć, ale gdy po​lu​zo​wał uścisk, z ulgą za​czerp​nę​łam po​wie​trza. Spo​glą​dał mi w oczy bez sło​wa przez kil​ka chwil, a po​tem wśli​zgnął dłoń mię​dzy moje uda. – Jesz​cze cię tam… boli? – spy​tał nie​pew​nie. Do​tarł pal​ca​mi na tyle bli​sko, że​bym po​czu​ła mro​wie​nie w dole, ale mnie nie do​tknął. – Już nie – od​par​łam, czu​jąc falę go​rą​ca na twa​rzy. West wziął ury​wa​ny od​dech, a jego noz​drza za​drża​ły. Żar w jego oczach wy​star​czył, żeby całe moje cia​ło za​la​ła fala pod​nie​ce​nia. – Nie chcę, że​byś my​śla​ła, że to tyl​ko… że cho​dzi tyl​ko o to. Mia​łem już ta​kie związ​ki, były pu​ste i bez zna​cze​nia. Z nami jest ina​czej. Łą​czy nas coś wię​cej. Pa​mię​taj o tym. Więc je​śli chcesz, że​by​śmy wię​cej tego nie ro​bi​li… w po​rząd​ku, zro​zu​miem. Dam radę, na​wet je​śli zo​sta​nie nam tyl​ko przy​tu​la​nie. Aha, więc bał się, że po​my​ślę, że cho​dzi mu tyl​ko o seks. A prze​cież do tego stop​nia za​wład​nął moim ser​cem, że aż mnie to prze​ra​ża​ło. Tak in​ten​syw​nie i szyb​ko. Za szyb​ko. Ale za nic nie chcia​łam go po​wstrzy​my​wać. – Chcę, żeby mię​dzy nami było coś wię​cej – przy​zna​łam. – Ale tego też chcę. West za​śmiał się ci​cho. – Ro​bisz ze mną, co chcesz. Uję​łam jego dłoń i prze​su​nę​łam w górę swo​je​go uda. – Pra​gnę tego z tobą. Nie wa​ha​jąc się dłu​żej, pal​ce We​sta zde​cy​do​wa​nym ru​chem od​su​nę​ły ma​te​riał mo​ich szor​tów i zna​la​zły się we mnie. Wy​gię​łam krę​go​słup w łuk i krzyk​nę​łam z nie​spo​dzie​wa​nej roz​ko​szy. West przy​tu​lał mnie moc​no, ca​łu​jąc po szyi i szep​cząc, jaka je​stem cu​dow​na, pięk​na i wy​jąt​ko​wa. Ani razu nie po​wie​dział jed​nak, że mnie ko​cha. Ja rów​nież tego nie zro​bi​łam. Kil​ka go​dzin póź​niej spa​łam już w swo​im łóż​ku, gdy West wszedł przez okno do mo​je​go po​ko​ju. Ock​nę​łam się, otwo​rzy​łam oczy, a wte​dy zo​ba​czy​łam, jak zdej​mu​je buty oraz dżin​sy i wśli​zgu​je się do mnie pod koł​drę. Kie​dy przy​tu​li​łam się do nie​go i po​ło​ży​łam gło​wę na jego pier​si, po​ca​ło​wał mnie we wło​sy. – Któ​re​goś dnia będę się z tobą ko​chał w łóż​ku – obie​cał szep​tem. Za​czę​łam od​pły​wać w sen, roz​my​śla​jąc o We​ście i wy​obra​ża​jąc so​bie, że ro​bi​my coś znacz​nie cie​kaw​sze​go niż tyl​ko grzecz​ne spa​nie obok sie​bie w moim łóż​ku. Kie​dy obu​dzi​łam się nad ra​nem, We​sta już nie było, a przez okno wpa​da​ły do środ​ka pro​mie​nie słoń​ca. Wtu​li​łam twarz w po​dusz​kę, na któ​rej spał, i wcią​gnę​łam głę​bo​ko po​wie​trze do płuc. Mmm… uwiel​bia​łam jego za​pach. Po​tem wsta​łam i się ubra​łam, żeby zejść na śnia​da​nie. Mia​łam za​miar po​wia​do​mić cio​cię Co​ra​lee, że chcę dziś w wol​nej chwi​li po​roz​ma​wiać z nią, wuj​kiem Bo​one’em i Bra​dym. Kie​dy na​dej​dzie od​po​wied​ni mo​ment, dam znać We​sto​wi. To miał być mój wiel​ki dzień. Od dziś prze​sta​nę uni​kać lu​dzi. Na​wią​żę re​la​cję ze swo​ją ro​dzi​ną. Czu​łam z tego po​wo​du ra​do​sne pod​nie​ce​nie, ale i strach. Ba​łam się ich py​tań. Prze​ra​-

ża​ło mnie, że będą chcie​li roz​ma​wiać o tam​tym strasz​nym dniu. Nie chcia​łam znów o nim opo​wia​dać. Ni​g​dy wię​cej. Wie​dzia​łam, że obec​ność We​sta u mo​je​go boku w tym klu​czo​wym mo​men​cie bar​dzo mi po​mo​że. I wie​le wy​ja​śni mo​jej no​wej ro​dzi​nie na te​mat na​sze​go związ​ku, któ​ry był dla nich nie do koń​ca zro​zu​mia​ły. Mu​sia​łam jed​nak po​sta​wić spra​wę ja​sno, uświa​do​mić im, że nie za​mie​rzam roz​ma​wiać o tam​tym ani z nimi, ani z ni​kim in​nym. I nie chcę, by kie​dy​kol​wiek wspo​mi​nał przy mnie ojca. Je​śli chcą roz​ma​wiać o ma​mie i zwią​za​nych z nią do​brych wspo​mnie​niach, pro​szę bar​dzo. Te​raz już po​tra​fi​łam to znieść. W koń​cu by​łam na to go​to​wa. Bra​dy sie​dział przy ku​chen​nym sto​le z wło​sa​mi ster​czą​cy​mi na wszyst​kie stro​ny i w sa​mych spodniach od pi​ża​my, za​ja​da​jąc płat​ki i po​pi​ja​jąc kawę. Przed nim le​ża​ła ga​ze​ta otwar​ta na wia​do​mo​ściach spor​to​wych, któ​re za​chłan​nie stu​dio​wał. Cio​cia Co​ra​lee sta​ła przy ku​chen​nym bar​ku, no​tu​jąc coś na kart​ce. Z da​le​ka po​zna​łam, że to lis​ta za​ku​pów, bo ro​bi​ła ją co so​bo​tę. Kie​dy we​szłam, pod​nio​sła na mnie wzrok i po​sła​ła mi pro​mien​ny uśmiech. – Dzień do​bry, skar​bie. Aż wstyd przy​znać, ale nie zro​bi​łam wam dziś śnia​da​nia. W domu pra​wie nic nie ma. Jadę po po​łu​dniu do skle​pu i wszyst​ko ku​pię. Na ra​zie mu​szą ci wy​star​czyć płat​ki albo tost. I chy​ba mamy jesz​cze ja​kieś owo​ce. Nie mia​łam nic prze​ciw​ko płat​kom. Przez dwa lata miesz​ka​nia z Jo​rie ży​wi​łam się prak​tycz​nie tyl​ko nimi, bo ona w ogó​le nie go​to​wa​ła. Przy tym rzad​ko by​wa​ła w domu, głów​nie prze​sia​dy​wa​łam sama. Bra​dy rzu​cił mi prze​lot​ne spoj​rze​nie i wró​cił do swo​je​go śnia​da​nia i ga​ze​ty. Po​de​szłam do cio​ci Co​ra​lee i po​da​łam jej kart​kę, na któ​rej na​pi​sa​łam, że chcę z nimi dziś po​roz​ma​wiać. Nie mo​głam tak po pro​stu zejść na dół i znie​nac​ka się ode​zwać. Wo​la​łam za​ła​twić to tak, żeby nie byli za​sko​cze​ni. W ten spo​sób mo​głam ich też uprze​dzić, o czym chcę roz​ma​wiać, a o czym nie. Nie ży​czy​łam so​bie, żeby wy​sy​ła​li mnie do psy​cho​lo​ga, te​ra​peu​ty albo in​ne​go le​ka​rza od czub​ków, jak ich tam jesz​cze zwą. Od​wie​dzi​łam już wie​lu, ale ża​den mi nie po​mógł. Nie mia​łam za​mia​ru wspo​mi​nać przesz​ło​ści, a oni twier​dzi​li, że to ko​niecz​ne. Cio​cia Co​ra​lee prze​czy​ta​ła moją wia​do​mość, a po​tem spoj​rza​ła na mnie z tro​ską w oczach. – Oczy​wi​ście, ko​cha​nie. Mo​że​my po​roz​ma​wiać te​raz, je​śli chcesz. Bra​dy gwał​tow​nie pod​niósł gło​wę i spoj​rzał na nas py​ta​ją​cym wzro​kiem. – Po​roz​ma​wiać? O czym? – Mag​gie chce nam coś po​wie​dzieć – wy​ja​śni​ła, zer​ka​jąc na nie​go prze​lot​nie, a po​tem znów spoj​rza​ła na mnie. – Pro​szę, weź mój – zwró​ci​ła się do mnie, po​da​jąc mi dłu​go​pis. Po​krę​ci​łam prze​czą​co gło​wą i wska​za​łam pal​cem miej​sce, gdzie na​pi​sa​łam, że chcę roz​ma​wiać z całą ich trój​ką. Cio​cia po​now​nie zmarsz​czy​ła czo​ło. – Aha, no do​brze. W ta​kim ra​zie idę po wuj​ka. Jest w ogro​dzie, kosi tra​wę. Po​kle​pa​ła mnie po ra​mie​niu i ru​szy​ła do drzwi. A to ozna​cza​ło, że nie mam zbyt wie​le cza​su, żeby ścią​gnąć tu We​sta. Wo​la​łam do nie​go nie pi​sać, bo mógł jesz​cze spać. Po​sta​no​wi​łam za​dzwo​nić. Ode​brał po pierw​szym dzwon​ku.

ROZ​DZIAŁ 40

Bar​dzo przy​po​mi​na swo​ją mamę

West Kie​dy pod​je​cha​łem pod dom Mag​gie, cze​ka​ła na mnie na wi​szą​cej na gan​ku huś​taw​ce. Za​dzwo​ni​ła aku​rat, gdy wy​cho​dzi​łem spod prysz​ni​ca. Nie wiem ja​kim cu​dem, ale uda​ło mi się tu do​je​chać w dzie​sięć mi​nut. Na​dal mia​łem mo​kre wło​sy i nie zdą​ży​łem za​ło​żyć bie​li​zny, ale co tam. Waż​ne, że do​tar​łem naj​szyb​ciej, jak to moż​li​we. Na mój wi​dok Mag​gie wsta​ła z huś​taw​ki i po​de​szła do scho​dów. – Hej – przy​wi​ta​łem się, ca​łu​jąc ją w usta. – Na pew​no je​steś na to go​to​wa? Przy​tak​nę​ła, ale za​uwa​ży​łem w jej oczach nie​po​kój. Pręd​ko zła​pa​łem ją za rękę, żeby dać jej do zro​zu​mie​nia, że tym ra​zem to ja będę dla niej opar​ciem. Da radę. Będę cały czas przy niej. – Wszy​scy już cze​ka​ją. Bra​dy usły​szał, jak do cie​bie dzwo​nię i wy​ja​śnił ro​dzi​com, że chcę, że​byś przy tym był. Ale cio​cia z wuj​kiem chy​ba się zde​ner​wo​wa​li. W każ​dym ra​zie tak wy​glą​da​ją. Wska​za​łem gło​wą drzwi. – Więc nie ma na co cze​kać. Pa​mię​taj, będę cały czas przy to​bie. Po​sła​ła mi uśmiech pe​łen ulgi, a mnie moc​niej za​bi​ło ser​ce. Dzię​ki niej po​zna​łem uczu​cia, któ​re wcze​śniej były mi kom​plet​nie obce. Ta​kie, któ​rych ni​g​dy nie mia​łem do​syć i bez któ​rych nie wy​obra​ża​łem już so​bie ży​cia. Wsze​dłem za nią do środ​ka i prze​sze​dłem do sa​lo​nu, gdzie jak moż​na się było spo​dzie​wać, cze​ka​ła już na nas ro​dzi​na Hig​gen​sów w kom​ple​cie. Ale z ca​łej ich trój​ki tyl​ko Bra​dy wy​glą​dał na roz​luź​nio​ne​go i znu​dzo​ne​go. Jego ro​dzi​ce przy​sie​dli ner​wo​wo na brze​gach krze​seł. Na sto​le przed pa​nią Co​ra​lee le​żał no​tat​nik i ołó​wek. Pew​nie my​śla​ła, że bę​dzie nie​zbęd​ny do tej roz​mo​wy. Mag​gie sta​nę​ła przed nimi, a ja ści​sną​łem moc​niej jej rękę. Wie​dzia​łem, że jest w sta​nie przez to przejść. Już ja tego do​pil​nu​ję. – Będę zno​wu mó​wić – ode​zwa​ła się ci​chym gło​sem. Na jego dźwięk ciot​ka i wu​jek omal nie pod​sko​czy​li na krze​słach. Jesz​cze ni​g​dy nie wi​dzia​łem u pana Bo​one’a tak za​sko​czo​nej miny. – Chcę na​le​żeć do wa​szej ro​dzi​ny. Je​stem na to go​to​wa. Ale mu​szę was pro​sić o jed​no – do​da​ła Mag​gie i zer​k​nę​ła na mnie. Nie wy​pusz​cza​jąc jej ręki ze swo​jej dło​ni, po​ki​wa​łem za​chę​ca​ją​co gło​wą. – Nie chcę mó​wić o… tam​tym dniu. I o nim. Nie chcę iść do te​ra​peu​ty. Mogę roz​ma​wiać o ma​mie i ją wspo​mi​nać. Czę​sto o niej my​ślę i dużo roz​ma​wiam z We​stem. Jest świet​nym słu​cha​czem, ale chcia​ła​bym się też po​dzie​lić swo​imi wspo​mnie​nia​mi z tymi, któ​rzy ją zna​li i ko​cha​li. A je​śli cho​dzi o tam​to… Po pro​stu nie mogę. Prze​sta​łam się od​zy​wać, żeby

chro​nić samą sie​bie. Przed sobą i resz​tą świa​ta. Dzię​ki temu ja​koś uda​ło mi się prze​trwać – po​wie​dzia​ła Mag​gie i za​mil​kła. Jej ciot​ka ze​rwa​ła się z miej​sca ze łza​mi w oczach. – Nie bę​dzie​my cię do ni​cze​go zmu​szać! Przy​rze​kam ci, Mag​gie. Tyl​ko… – urwa​ła, a z jej gar​dła wy​rwał się ci​chy szloch. – Jak do​brze znów sły​szeć twój głos – wy​du​si​ła z sie​bie, po czym za​kry​ła dło​nią usta i po​now​nie za​łka​ła. Na te sło​wa ra​mio​na Mag​gie nie​co się roz​luź​ni​ły. Wła​śnie coś ta​kie​go chcia​ła usły​szeć. Pan Bo​one spoj​rzał na mnie, a po​tem prze​niósł wzrok z po​wro​tem na Mag​gie. – Do​my​ślam się, że to jego za​słu​ga. Po​trze​bo​wał cię, a ty wie​dzia​łaś, że mo​żesz mu po​móc, więc zde​cy​do​wa​łaś się mó​wić. Two​ja mama po​stą​pi​ła​by do​kład​nie tak samo. – Po​tem znów spoj​rzał na mnie. – Mag​gie bar​dzo przy​po​mi​na swo​ją mamę. Jest wy​jąt​ko​wa, do​bra i uro​cza. A przy tym sil​na. Dużo w ży​ciu prze​szła. Więc je​śli to – cią​gnął, wska​zu​jąc pal​cem na Mag​gie i mnie – to coś wię​cej niż przy​jaźń, za​pa​mię​taj so​bie, że masz się nią opie​ko​wać. Zrób jej krzyw​dę, a mnie po​pa​mię​tasz. I nie bę​dzie mia​ło zna​cze​nia, kim je​steś. Trosz​czył się o nią, tak jak ro​bią to oj​co​wie. Jak po​wi​nien za​cho​wy​wać się jej tata. Za​wsze lu​bi​łem Bo​one’a Hig​gen​sa, ale mu​sia​łem przy​znać, że dziś urósł w mo​ich oczach. Za​stę​po​wał Mag​gie ojca. Bio​lo​gicz​ny znisz​czył jej ży​cie, a on sta​rał się ją ochro​nić. – Tak, pro​szę pana – przy​tak​ną​łem. – Wiem, że Mag​gie jest wy​jąt​ko​wa. Ni​g​dy nie mógł​bym jej skrzyw​dzić. Przy​się​gam. Nie wy​glą​dał na prze​ko​na​ne​go, ale prze​niósł wzrok na Mag​gie. – Ko​cham cię, ma​leń​ka. I ko​cha​łem two​ją mamę. Jej stra​ta znisz​czy​ła ży​cie nas wszyst​kich, ale two​je naj​bar​dziej. Chce​my ci po​móc dojść do sie​bie. Oczy​wi​ście je​śli nam po​zwo​lisz. Po po​licz​ku Mag​gie po​pły​nę​ła łza. Na jej wi​dok z tru​dem uda​ło mi się zwal​czyć chęć, by po​rwać ją przy wszyst​kich w ob​ję​cia i pró​bo​wać po​cie​szyć. To była spra​wa po​mię​dzy nimi, nie mo​głem w tym mo​men​cie im prze​szka​dzać. – Dzię​ku​ję. Po​do​ba mi się tu​taj. Lu​bię ten dom i was wszyst​kich. Czu​ję się tu bez​piecz​nie, pierw​szy raz od bar​dzo daw​na. Dzię​ku​ję, że przy​ję​li​ście mnie do ro​dzi​ny. Bra​dy pod​niósł się z krze​sła. – Faj​nie, że z nami je​steś, a ja wresz​cie do​sta​łem po​kój na pod​da​szu – oznaj​mił, pusz​cza​jąc oko do Mag​gie. Mag​gie za​śmia​ła się, a ja po​czu​łem ukłu​cie za​zdro​ści, że ktoś oprócz mnie po​tra​fi ją roz​śmie​szyć. Uwiel​bia​łem jej śmiech, ale wo​lał​bym, by był za​re​zer​wo​wa​ny tyl​ko dla mnie. Od te​raz Mag​gie mia​ła ro​dzi​nę. Zde​cy​do​wa​ła, że za​pro​si ją do swo​je​go świa​ta. Już nie bę​dzie mil​cza​ła. *** Po po​łu​dniu Mag​gie mia​ła je​chać z cio​cią na za​ku​py, a ja mu​sia​łem wra​cać do domu. Mama chcia​ła, że​bym wró​cił przed wy​jaz​dem bab​ki i się z nią po​że​gnał. Przez więk​szość jej wi​zy​ty uda​wa​ło mi się jej uni​kać. Mama prze​sia​dy​wa​ła z nią przez cały czas, nie li​cząc wczo​raj​sze​go wyj​ścia na mój mecz. Po wej​ściu do domu przy​sta​ną​łem za​sko​czo​ny, wi​dząc przy drzwiach rząd wa​li​zek, z któ​rych jed​na na​le​ża​ła do mo​jej mamy. Bab​ka sie​dzia​ła na so​fie wy​pro​sto​wa​na i nie​ru​cho​ma,

z dłoń​mi na po​doł​ku, jak​by po​zo​wa​ła do zdję​cia. Na jej wi​dok mo​men​tal​nie prze​szły mnie ciar​ki. – Mamo?! – za​wo​ła​łem, wo​ląc nie od​zy​wać się do tej ob​cej ko​bie​ty. Mama wy​ło​ni​ła się z ko​ry​ta​rza, nio​sąc na ra​mie​niu wy​pcha​ną spor​to​wą tor​bę. Ro​bi​ła wra​że​nie po​de​ner​wo​wa​nej i nie​pew​nej. Po​czu​łem, jak żo​łą​dek skrę​ca mi się w bo​le​sny su​peł. Za​mar​łem w miej​scu. Nie ma mowy, ni​g​dzie się nie prze​pro​wa​dzę. Jesz​cze o tym nie roz​ma​wia​li​śmy, ale za nic nie wy​ja​dę z Law​ton. – Co tu się dzie​je? – spy​ta​łem, bo​jąc się ru​szyć z miej​sca. Mama po​sła​ła mi smut​ne spoj​rze​nie, po czym odło​ży​ła tor​bę na wierzch swo​jej wa​liz​ki. – Chcia​łam o tym z tobą po​roz​ma​wiać rano przed two​im wyj​ściem, ale tak szyb​ko znik​ną​łeś. Nie myśl, że mam ci to za złe. Wiem, że masz swo​je ży​cie i nie chcę ci go utrud​niać, tyl​ko… – urwa​ła, spo​glą​da​jąc na swo​ją mat​kę, a po​tem po​now​nie na mnie. – Mu​szę się stąd wy​rwać. Nie mogę już wy​trzy​mać w tym domu. Cały czas mam wra​że​nie, że oj​ciec za​raz wej​dzie do po​ko​ju. Tę​sk​nię za nim, a ten dom cią​gle mi o nim przy​po​mi​na. Mu​szę na ja​kiś czas wy​je​chać. Bar​dzo bym chcia​ła, że​byś po​je​chał ze mną, ale wiem, że masz swój fut​bol i Mag​gie… więc cię o to nie pro​szę. To tyl​ko na kil​ka ty​go​dni. Pro​szę, zro​zum mnie. Nie mogę tu sie​dzieć przez całe dnie sama ze wspo​mnie​nia​mi. – W jej oczach za​krę​ci​ły się łzy i za​czę​ły spły​wać po po​licz​kach. – Chcesz je​chać do Lu​izja​ny? By​łem tam kie​dyś i nie po​tra​fi​łem zro​zu​mieć, jak ktoś z wła​snej woli może od​wie​dzać dom bab​ki. Ta wi​zy​ta nie wyj​dzie jej na do​bre. Cze​ka ją pie​kło z tą okrop​ną ko​bie​tą w jej kosz​mar​nym domu. Mama po​ki​wa​ła twier​dzą​co gło​wą i otar​ła twarz dło​nią. – To był kie​dyś mój dom. Wiem, że nie wspo​mi​nasz go mile, ale ja tak. Mu​szę się czymś za​jąć, żeby ode​rwać się od ca​łe​go tego bólu i smut​ku. To była jej de​cy​zja, a ja chcia​łem dla niej jak naj​le​piej. Nie mo​głem znieść my​śli, że przez więk​szość dnia sie​dzi sama i cier​pi, kie​dy ja je​stem w szko​le, na tre​nin​gu czy z Mag​gie. Będę za nią tę​sk​nił, ale żad​na siła nie wy​cią​gnie mnie te​raz z Law​ton. – Masz osiem​na​ście lat, je​steś już do​ro​sły. Nic ci nie bę​dzie, je​śli na ja​kiś czas wy​ja​dę. Masz przy​ja​ciół i Mag​gie. Je​śli bę​dziesz mnie po​trze​bo​wał, za​dzwoń, a za​raz wró​cę. Ale mu​szę na ja​kiś czas wy​je​chać, West. Na​praw​dę mu​szę. Ist​nia​ła tyl​ko jed​na wła​ści​wa re​ak​cja na jej sło​wa – pod​sze​dłem do niej i wzią​łem ją w ra​mio​na. Obo​je stra​ci​li​śmy tatę. Ale ja mia​łem Mag​gie i jej wspar​cie, a ona – ni​ko​go. – Ko​cham cię, mamo. Ja​sne, że ro​zu​miem. Po​cią​gnę​ła no​sem i moc​no ob​ję​ła mnie w pa​sie. – Ja też cię ko​cham. I je​stem z cie​bie bar​dzo dum​na. A mimo to mnie zo​sta​wia​ła. Naj​pierw zro​bił to tata, a te​raz ona.

ROZ​DZIAŁ 41

Ci​cha woda, a swo​je wie

Maggie Za​ku​py w su​per​mar​ke​cie z cio​cią Co​ra​lee oka​za​ły się na​wet dość cie​ka​we. Cio​cia dużo mó​wi​ła i za​da​wa​ła mnó​stwo naj​róż​niej​szych py​tań. Nie mia​łam po​ję​cia, że tak mało o mnie wie. Na​sza wy​pra​wa spodo​ba​ła mi się bar​dziej, niż przy​pusz​cza​łam. Kie​dy wró​ci​ły​śmy, Bra​dy grał na po​dwó​rzu w ko​sza z Asą, Gun​ne​rem, Ry​ke​rem i Na​shem. Przed wej​ściem do domu cio​cia wy​do​by​ła z pa​pie​ro​wej tor​by bu​tel​ki Ga​to​ra​de**** i rzu​ci​ła każ​de​mu po jed​nej. Chłop​cy za​raz po​bie​gli do sa​mo​cho​du, zła​pa​li resz​tę za​ku​pów i ba​gaż​nik w mig opu​sto​szał. **** Mar​ka na​po​ju izo​to​nicz​ne​go [przyp. tłum.]

Po​tem po​ma​ga​łam cio​ci po​ukła​dać wszyst​ko w szaf​kach. Kie​dy skoń​czy​ły​śmy i we​szłam na scho​dy, żeby pójść do swo​je​go po​ko​ju, za​cze​pił mnie Gun​ner. – To co, po​ga​dasz z nami te​raz? Nie za​bra​nia​łam Bra​dy’emu mó​wić ko​le​gom o mo​jej de​cy​zji. Osta​tecz​nie byli kum​pla​mi tak​że i We​sta. Te​raz jed​nak, gdy już wie​dzie​li, nie by​łam pew​na, jak się wo​bec nich za​cho​wać. Tym bar​dziej że nie mia​łam ocho​ty od​po​wia​dać na set​ki cie​kaw​skich py​tań. – Nie bój się, wie​my od Bra​dy’ego, że nie o wszyst​kim chcesz ga​dać. Ale chodź, po​siedź chwi​lę z nami – za​wo​łał Ry​ker, roz​sia​da​jąc się na ka​na​pie z pacz​ką chip​sów w ręce. Od​wró​ci​łam się i ze​szłam z po​wro​tem na dół. Je​śli mam być dziew​czy​ną We​sta, nie mogę uni​kać jego kum​pli. – Już od paru ty​go​dni szep​ta​li​ście z We​stem, wi​dzia​łem – ode​zwał się sie​dzą​cy na wy​so​kim stoł​ku Nash. – Pró​bo​wa​łem cię za​ga​dy​wać, a ty nic. A West tyl​ko kiw​nął pal​cem i od razu za​czę​łaś z nim ga​dać. – Nash! – za​wo​łał Bra​dy ostrze​gaw​czym to​nem. Nash wzru​szył ra​mio​na​mi, a po​tem po​słał mi iro​nicz​ny uśmie​szek. – Nie ma spra​wy. Te​raz mo​żesz ze mną po​ga​dać. – To ja ją po​pro​si​łem, żeby do nas ze​szła. Mam pierw​szeń​stwo – obu​rzył się Ry​ker. Zer​k​nę​łam na Bra​dy’ego, ale on wzru​szył tyl​ko ra​mio​na​mi i prze​wró​cił ocza​mi. Po​tem się​gnął po kon​tro​ler od xbo​xa i roz​siadł się na pu​fie. Ręka Gun​ne​ra nie​spo​dzie​wa​nie wy​lą​do​wa​ła na mo​ich ra​mio​nach, aż omal nie pod​sko​czy​łam. – Ona woli mnie, no nie, skar​bie? – oznaj​mił swo​im zwy​cza​jo​wym to​nem za​ro​zu​mial​ca. – Stra​cisz łapę, jak tyl​ko zja​wi się tu West – ostrzegł Asa.

Po​czu​łam, jak obej​mu​ją​ce mnie ra​mię Gun​ne​ra mo​men​tal​nie się na​pi​na. – West może mi na​sko​czyć. Poza tym nie wa​żył​by się tknąć tych bez​cen​nych rą​czek, któ​re przyj​mu​ją po​da​nia. – Gów​no praw​da – stwier​dził Asa, krę​cąc gło​wą i się​ga​jąc po dru​gi kon​tro​ler. – Od​wal​cie się od niej. Może Mag​gie mia​ła za​miar zno​wu ga​dać, ale przez was, kre​ty​ni, za​raz się roz​my​śli – mruk​nął Bra​dy, nie od​ry​wa​jąc wzro​ku od ekra​nu. – Chcę tyl​ko usły​szeć, jak mówi – za​wo​łał z dru​gie​go koń​ca po​ko​ju Nash. Mo​głam stać wśród nich bez sło​wa i po​zwo​lić im cią​gnąć tę gad​kę w nie​skoń​czo​ność albo ode​zwać się i mieć to już za sobą. Ze​bra​łam się więc na od​wa​gę i od​wró​ci​łam gło​wę do Na​sha. – Co mam ci po​wie​dzieć? – spy​ta​łam. W po​ko​ju za​pa​dła ci​sza. Po chwi​li na twarz Na​sha wpły​nął sze​ro​ki uśmiech. – Niech mnie szlag, Mag​gie. Głos też masz ład​ny. – Świę​ta ra​cja – przy​tak​nął Gun​ner, na​dal obej​mu​jąc mnie ra​mie​niem. – Dzię​ki – od​par​łam, nie bar​dzo wie​dząc, jak mam na to za​re​ago​wać. – Ależ pro​szę, skar​bie – po​wie​dział Gun​ner z wy​raź​nym roz​ba​wie​niem w gło​sie. – Mó​wię se​rio, za​bierz od niej te łapy, za​nim przyj​dzie West – ode​zwał się Nash, rzu​ca​jąc Gun​ne​ro​wi gniew​ne spoj​rze​nie. – Aku​rat cię ob​cho​dzi West. Je​steś po pro​stu za​zdros​ny. Ła​zisz za Mag​gie, od​kąd się tu po​ja​wi​ła. Trze​ba było dzia​łać, głup​ku, a nie się cza​ić – do​gryzł mu Gun​ner. Do​szłam do wnio​sku, że pora za​koń​czyć tę far​sę. Od​su​nę​łam się gwał​tow​nie od Gun​ne​ra, strzą​sa​jąc z ra​mion jego rękę. – Nie je​stem two​im skar​bem – rzu​ci​łam. – I po​wiem ci, że la​ska, któ​ra chcia​ła​by nim być, na se​rio mu​sia​ła​by mieć coś z gło​wą. – Ale ci po​je​cha​ła – ode​zwał się Ry​ker, wy​raź​nie roz​ba​wio​ny. – Wszy​scy wie​dzą, że Gun​ner naj​bar​dziej ko​cha sa​me​go sie​bie. Żad​na la​ska nie jest tak na​iw​na, żeby za​kła​dać ina​czej – do​da​łam. Tym ra​zem Gun​ner wy​buch​nął śmie​chem. – No pro​szę, niby taka ci​cha woda, a swo​je wie. – Każ​dy to wi​dzi, pa​lan​cie – rzu​cił zgryź​li​wie Asa. – Tak à pro​pos, sły​sze​li​ście, że Ri​ley Young wró​ci​ła do mia​sta? – spy​tał Nash, prze​no​sząc ner​wo​wo wzrok mię​dzy Bra​dym a Gun​ne​rem. Lu​zac​ki na​strój Gun​ne​ra mo​men​tal​nie się ulot​nił, a jego twarz zmro​ził lo​do​wa​ty chłód, ja​kie​go jesz​cze ni​g​dy u nie​go nie wi​dzia​łam. – Dłu​go nie zo​sta​nie. Nikt jej tu nie chce – oz​naj​mił szorst​ko, od​wró​cił się na​gle i wy​szedł do kuch​ni. Kie​dy znik​nął za drzwia​mi, Bra​dy na mo​ment od​ry​wa​jąc się od gry, rzu​cił Na​sho​wi po​iry​to​wa​ne spoj​rze​nie. – Mu​sisz znów grze​bać się w tym gów​nie? Wszy​scy wie​my, że wró​ci​ła, po co o tym ga​dać. Wi​dzia​łem ją na na​szej im​pre​zie kil​ka ty​go​dni temu. Da​łem jej wy​raź​nie do zro​zu​mie​nia, że ma spa​dać, a po​tem po​wie​dzia​łem o tym Gun​ne​ro​wi. – Przy​szła na im​pre​zę? Kuź​wa, nie​zły z niej nu​mer – ode​zwał się Asa za​sko​czo​nym to​nem. – Nie zo​sta​ła. Nie była na polu, chy​ba na​wet nie wy​sia​dła z sa​mo​cho​du.

Ach, więc to ta ciem​no​wło​sa dziew​czy​na, któ​ra wte​dy przy​je​cha​ła na skraj po​la​ny… Na jej

Ach, więc to ta ciem​no​wło​sa dziew​czy​na, któ​ra wte​dy przy​je​cha​ła na skraj po​la​ny… Na jej wi​dok Bra​dy wy​raź​nie się wku​rzył i bły​ska​wicz​nie ulot​nił. Cał​kiem wy​le​cia​ło mi to z pa​mię​ci. Pew​nie o niej te​raz mó​wi​li. Tyl​ko dla​cze​go tak jej nie cier​pią? – Ri​ley Young nie ma u nas cze​go szu​kać. Trze​ba się po​sta​rać, żeby to do niej do​tar​ło, gdy​by pró​bo​wa​ła wró​cić do szko​ły. Nikt jej tu nie chce. Nie może zno​wu mą​cić Gun​ne​ro​wi w gło​wie – stwier​dził sta​now​czym gło​sem Bra​dy. Dziew​czy​na była pięk​na – bar​dzo do​brze to za​pa​mię​ta​łam – a przy tym wy​da​wa​ła się prze​raź​li​wie smut​na i osa​mot​nio​na. Jak to moż​li​we, by mo​gła zro​bić coś tak złe​go, że wszy​scy ją znie​na​wi​dzi​li? A szcze​gól​nie Gun​ner. W tym mo​men​cie roz​le​gło się pu​ka​nie do drzwi wej​ścio​wych. Po chwi​li do po​ko​ju wszedł West i mo​men​tal​nie utkwił we mnie wzrok. Za​po​mnia​łam o ca​łym świe​cie i sze​ro​ko się uśmiech​nę​łam, jak zwy​kle na jego wi​dok. To było sil​niej​sze ode mnie.

ROZ​DZIAŁ 42

Nie mogę wiecz​nie być dla cie​bie opar​ciem

West Week​end mi​nął mi szyb​ko. Wręcz za szyb​ko. Rzad​ko by​wa​łem w domu, więc pra​wie nie za​uwa​ży​łem, że mama wy​je​cha​ła. Przy​zna​ję, ce​lo​wo go uni​ka​łem, bo było mi z tym bar​dzo cięż​ko. Zo​sta​wa​łem u Mag​gie do pią​tej nad ra​nem, a po​tem wy​my​ka​łem się do sie​bie. Bra​łem szyb​ki prysz​nic, prze​bie​ra​łem się, ja​dłem śnia​da​nie i za​raz znów wy​cho​dzi​łem. Nie by​łem w sta​nie zbyt dłu​go prze​by​wać tam sam. Naj​bar​dziej prze​śla​do​wa​ło mnie wspo​mnie​nie roz​brzmie​wa​ją​ce​go nie​gdyś w na​szym domu śmie​chu. Cza​sów, gdy wpa​da​łem do środ​ka moc​no czymś prze​ję​ty, a ro​dzi​ce za​wsze znaj​do​wa​li czas, żeby mnie wy​słu​chać. Wspól​nych ko​la​cji, któ​re wciąż sta​wa​ły mi przed ocza​mi, gdy sia​da​łem za sto​łem i ja​dłem w sa​mot​no​ści. Jed​nak w po​nie​dział​ko​wy ra​nek moje my​śli krą​ży​ły pra​wie wy​łącz​nie wo​kół Mag​gie. Dziś po raz pierw​szy po​ja​wi się w szko​le bez swo​jej tar​czy ochron​nej, jaką było mil​cze​nie. Mia​ła przy​je​chać z cio​cią i po​roz​ma​wiać z dy​rek​to​rem na te​mat swo​jej de​cy​zji, by znów za​cząć mó​wić. I po​pro​sić, żeby nie kie​ro​wa​no jej do psy​cho​lo​ga. Chcia​łem sam za​wieźć ją do szko​ły, ale osta​tecz​nie sta​nę​ło na tym, że po​cze​kam przed ga​bi​ne​tem, aż Mag​gie i pani Co​ra​lee skoń​czą roz​mo​wę. Nie było jesz​cze dru​gie​go dzwon​ka, ale gdy​by na​wet, nie przej​mo​wa​łem się spóź​nie​niem. Bar​dziej mar​twi​ło mnie, że Mag​gie bę​dzie mu​sia​ła so​bie po​ra​dzić na pierw​szej lek​cji sama, beze mnie. Do dia​bła z pierw​szą, na wszyst​kich lek​cjach! Na mój wi​dok Mag​gie mo​men​tal​nie roz​bły​sły oczy. Po​de​szła pro​sto do mnie i od razu wsu​nę​ła dłoń w moją rękę. – Cześć – przy​wi​ta​łem się z nią, wnie​bo​wzię​ty, że tak cie​szy ją na​sze spo​tka​nie. – Cześć – od​par​ła, a po​tem od​wró​ci​ła się do ciot​ki. – To do zo​ba​cze​nia po szko​le. – Mi​łe​go dnia! – za​wo​ła​ła za nami pani Co​ra​lee, gdy ru​szy​li​śmy ra​zem z Mag​gie w stro​nę sza​fek. – Szko​da, że nie mo​głem cię dziś za​brać do szko​ły – po​wie​dzia​łem, gdy ode​szli​śmy na tyle da​le​ko, że pani Co​ra​lee nie mo​gła nas sły​szeć. – Ja też za tobą tę​sk​ni​łam – przy​zna​ła z wie​le mó​wią​cym uśmie​chem na swo​ich słod​kich ustach. – Szko​da, że nie mogę pójść z tobą na wszyst​kie lek​cje. Mag​gie ści​snę​ła moją dłoń. – Dam so​bie radę, zo​ba​czysz. Wie​dzia​łem, że tak bę​dzie. Co nie zmie​nia​ło fak​tu, że chcia​łem być przy niej cały czas i trzy​mać ją za rękę. Do​pil​no​wać, żeby wszy​scy byli dla niej mili. I żeby ża​den chło​pak nie

oka​zał się zbyt miły. I żeby… O nie, mu​szę wziąć się w garść. Nie mogę jej za​drę​czać swo​ją za​bor​czo​ścią. Uczy się żyć na nowo i po​trze​bu​je swo​bo​dy. Do​pie​ro po trze​ciej lek​cji do​tar​ło do mnie z całą mocą, że Mag​gie na​praw​dę znów za​czę​ła mó​wić. Uświa​do​mił mi to wi​dok Van​ce’a Youn​ga ga​da​ją​ce​go z nią w naj​lep​sze przy szaf​kach. Po​czu​łem, jak fla​ki mi się prze​wra​ca​ją. To było nie do znie​sie​nia. Prze​cież ona była moja, z ni​kim in​nym, jak do​tąd, nie roz​ma​wia​ła. Nie mia​łem za​mia​ru się nią dzie​lić. Mój tata od​szedł na za​wsze, a mama wy​je​cha​ła, zo​sta​wia​jąc mnie sa​me​go. Nie mo​głem stra​cić jesz​cze Mag​gie. – Wy​pad, Young! – wark​ną​łem, ode​pchną​łem go od Mag​gie i oto​czy​łem ją ra​mie​niem w ta​lii. – Co jest, do cho​le​ry, West? – rzu​cił Van​ce, pio​ru​nu​jąc mnie wzro​kiem. – Od​bi​ja ci, bo moja sio​stra wró​ci​ła? Wiesz co? Je​ste​ście wszy​scy kupą po​pa​prań​ców. Gów​no wie​cie, jak to z nią było. Nie in​te​re​so​wa​ła mnie Ri​ley. To pro​blem Gun​ne​ra, nie mój. – Mam gdzieś, czy Ri​ley wra​ca, czy nie. Nie waż się wię​cej zbli​żać do mo​jej dziew​czy​ny. Van​ce spoj​rzał ze zdzi​wie​niem na Mag​gie, a po​tem z po​wro​tem na mnie. – My​śla​łem, że tyl​ko się przy​jaź​ni​cie. Tak mó​wi​ła Se​re​na na po​przed​niej lek​cji. Nie wie​dzia​łem, że jest z tobą. – Jest moja – po​twier​dzi​łem sta​now​czo, żeby osta​tecz​nie roz​wiać wąt​pli​wo​ści. Van​ce wzru​szył ra​mio​na​mi i pod​niósł ręce w obron​nym ge​ście. – No to sor​ki, my​śla​łem, że jest wol​na. Kie​dy so​bie po​szedł, od​wró​ci​łem się do Mag​gie. Sta​ła nie​ru​cho​mo, wpa​trzo​na nie​obec​nym wzro​kiem w prze​ciw​le​głą ścia​nę ko​ry​ta​rza. – Hej, co z tobą? W pierw​szej chwi​li nie od​po​wie​dzia​ła i prze​stra​szy​łem się, że do​padł ją atak pa​ni​ki. Może ża​łu​je, że zde​cy​do​wa​ła się zno​wu mó​wić? Ale w koń​cu od​wró​ci​ła gło​wę i spoj​rza​ła mi w oczy. – Mu​sisz po​zwo​lić in​nym ze mną roz​ma​wiać, West. – Taa, jak​bym tego nie wie​dział. – Nie mo​żesz ich prze​ga​niać, dla​te​go że je​ste​śmy ra​zem. To tak nie dzia​ła. Chwi​la, chwi​la… Co ta​kie​go? – Je​śli ja​kiś chło​pak do cie​bie star​tu​je, to jas​ne jak słoń​ce, że mogę. Trze​ba go oświe​cić, że je​steś za​ję​ta. Zmarsz​czy​ła czo​ło i prze​chy​li​ła gło​wę na bok, a jej ciem​ne wło​sy opa​dły na jed​no ra​mię. – Za​wsze bę​dziesz się tak za​cho​wy​wał, gdy ktoś bę​dzie ze mną ga​dał? Bar​dzo moż​li​we. No do​bra, za​wsze. Wzru​szy​łem ra​mio​na​mi bez sło​wa. Wes​tchnę​ła cięż​ko, opusz​cza​jąc bez​rad​nie ręce. – Kim my dla sie​bie je​ste​śmy, West? Bo ja już sama nie wiem. Mó​wisz, że je​stem two​ja, ale co to na​praw​dę zna​czy? Czy ona zwa​rio​wa​ła? By​łem pe​wien, że da​łem jej to do zro​zu​mie​nia już set​ki razy. – Je​steś dla mnie wszyst​kim, Mag​gie. Nie chcę żad​nej in​nej, ni​g​dy. Po​sła​ła mi za​smu​co​ny uśmiech, po czym do​tknę​ła dło​nią mo​jej twa​rzy. – Ale je​śli bę​dziesz się wście​kał za każ​dym ra​zem, gdy ja​kiś chło​pak się do mnie ode​zwie, nie bę​dziesz szczę​śli​wy. Nie wy​star​czy, że je​stem two​ją dziew​czy​ną? Nie mo​żesz mi po pro​-

stu za​ufać? Ni​g​dy w ży​ciu bym cię nie zra​ni​ła. – Ale ja ci ufam. Je​steś dla mnie kimś o wie​le wię​cej niż tyl​ko dziew​czy​ną. Mu​szę cię chro​nić. Mag​gie za​śmia​ła się krót​ko. – Przed ca​łym świa​tem? Chy​ba nie dasz rady. Na​dal to do niej nie do​cie​ra​ło. Była wszyst​kim, co mi zo​sta​ło. Je​dy​ną oso​bą, któ​rą ko​cha​łem, a któ​ra mnie nie opu​ści​ła. – Ja​sne, że dam – od​par​łem ostrzej​szym to​nem, niż za​mie​rza​łem. Mag​gie zmarsz​czy​ła czo​ło i do​strze​głem w jej oczach błysk roz​cza​ro​wa​nia. Nie​do​brze. Już wcześ​niej wi​dzia​łem u niej to spoj​rze​nie i czu​łem się wte​dy pod​le. Tak bar​dzo nie chcia​łem jej za​wieść. Mu​sia​ła tyl​ko przy​jąć do wia​do​mo​ści, że nie mam za​mia​ru się nią dzie​lić. To nie​moż​li​we, za bar​dzo jej po​trze​bu​ję. – West, je​śli cho​dzi o to coś… co mię​dzy nami jest… – Mag​gie przy​mknę​ła oczy, bio​rąc głę​bo​ki wdech. – By​łam przy to​bie, kie​dy po​trze​bo​wa​łeś po​mo​cy. Może dla​te​go sta​łam się dla cie​bie czymś wię​cej niż tyl​ko opar​ciem. I te​raz zło​ścisz się, kie​dy ktoś się do mnie zbli​ży czy ze mną po​roz​ma​wia, a to nie w po​rząd​ku. To nie jest nor​mal​ne. Ni​g​dy nie da​łam ci po​wo​du do za​zdro​ści. Nie wyj​dzie nam, je​śli bę​dziesz cały czas krą​żył wo​kół mnie jak wa​riat. O co, u dia​bła, jej cho​dzi​ło? Prze​cież to tyl​ko z tro​ski o nią, nic wię​cej. Jak to może nie być nor​mal​ne? Nie zwa​rio​wa​łem. Ow​szem, by​łem za​zdro​sny, ale to nic złe​go. Nic nie po​ra​dzę, taki już je​stem. Prze​cież by​łem w niej za​ko​cha​ny. – Nie mogę cię stra​cić. Nie prze​ży​ję tego… – po​wie​dzia​łem ła​mią​cym się gło​sem. – Bez cie​bie nie dam rady żyć. Mag​gie wes​tchnę​ła cięż​ko i od​su​nę​ła się ode mnie. Zwal​czy​łem w so​bie chęć, by z po​wro​tem przy​gar​nąć ją do sie​bie, ale dy​stans mię​dzy nami co​raz bar​dziej mnie prze​ra​żał. – Nie o to cho​dzi w związ​ku. Masz w so​bie dość siły, żeby da​lej żyć. Nie po​trze​bu​jesz do tego mnie. Za​mil​kła, za​ci​ska​jąc po​wie​ki, jak​by chcia​ła stłu​mić łzy. Już mia​łem ją ob​jąć i za​cząć prze​pra​szać, byle tyl​ko znik​nął smu​tek ma​lu​ją​cy się na jej twa​rzy. Ale ona otwo​rzy​ła oczy i spoj​rza​ła na mnie sta​now​czym, choć za​szklo​nym łza​mi wzro​kiem. – Chy​ba naj​le​piej bę​dzie, je​śli obo​je zro​bi​my krok w tył. Chcia​łam być dla cie​bie pod​po​rą i kimś, przed kim mógł​byś się wy​ga​dać. Że​byś miał to, cze​go mnie za​bra​kło. Ale wi​dzę, że wy​szło z tego coś, co po pro​stu nie ma szans prze​trwać. Nie mogę wiecz​nie być dla cie​bie opar​ciem. To nie w po​rząd​ku wo​bec żad​ne​go z nas. Mag​gie unio​sła rękę i otar​ła po​je​dyn​czą łzę spły​wa​ją​cą jej po po​licz​ku, a po​tem od​su​nę​ła się ode mnie jesz​cze da​lej. – Nie chcia​łam, żeby do tego do​szło. Ni​g​dy nie… – urwa​ła, za​kry​wa​jąc dło​nią usta, żeby stłu​mić szloch. – Nie mogę tak da​lej, West. Do mo​ich uszu do​cie​ra​ły jej sło​wa, ale umysł krzy​czał, żeby prze​sta​ła. Nie​moż​li​we, żeby mó​wi​ła na se​rio. Za​nim jed​nak zdą​ży​łem za​pro​te​sto​wać, od​wró​ci​ła się i ode​szła. A ja zo​sta​łem sam. Ko​lej​ny raz. Pa​trzy​łem, jak Mag​gie przy​śpie​sza kro​ku i ru​sza bie​giem przez ko​ry​tarz, ani razu się za sie​bie nie oglą​da​jąc.

Sta​łem jak ska​mie​nia​ły, nie po​tra​fiąc ru​szyć się z miej​sca. Prze​śla​du​ją​ca mnie wcze​śniej

Sta​łem jak ska​mie​nia​ły, nie po​tra​fiąc ru​szyć się z miej​sca. Prze​śla​du​ją​ca mnie wcze​śniej pust​ka ko​lej​ny raz ści​snę​ła moją pierś jak że​la​zna ob​ręcz i za​czę​ła wy​sy​sać ze mnie ży​cie. Ale nie tyl​ko o to cho​dzi​ło… Po​czu​łem się za​gu​bio​ny i zdru​zgo​ta​ny. Je​dy​na oso​ba, któ​rą uwa​ża​łem za god​ną za​ufa​nia, wła​śnie mnie za​wio​dła.

ROZ​DZIAŁ 43

Nie był sam. A ja tak

Maggie Po tym, co się wy​da​rzy​ło, chcia​łam jak naj​prę​dzej za​szyć się w swo​im po​ko​ju i po​być sama. Cięż​ko mi było po​go​dzić się z fak​tem, że zwią​zek z We​stem nie​ste​ty stał się tok​sycz​ny. A jesz​cze trud​niej mi było go od sie​bie ode​pchnąć, tym bar​dziej że fa​tal​nie to o mnie świad​czy​ło. Tak na​praw​dę na​dal chcia​łam z nim być. Nie tyl​ko on za​wi​nił, ja rów​nież. Sama do tego do​pro​wa​dzi​łam, po​zwa​la​jąc We​sto​wi uza​leż​nić się ode mnie. Nie spo​dzie​wa​łam się, że doj​dzie do ta​kiej sy​tu​acji. Mia​łam na​dzie​ję, że znaj​dę spo​sób, żeby się po​zbie​rać, a jed​no​cze​śnie po​móc We​sto​wi po​ra​dzić so​bie ze stra​tą ojca. Tym spo​so​bem od​zy​ska​ła​bym spo​kój. Ale oka​za​ło się, że po​łą​czy​ło nas coś wię​cej. Coś, cze​go na po​cząt​ku nie by​łam w sta​nie na​wet so​bie wy​obra​zić. Nie my​śla​łam, że za​ko​cham się w We​ście Ash​bym. Nie mia​łam tego w pla​nach. Wszyst​ko przez to prze​klę​te uczu​cie, któ​re​go pa​dłam ofia​rą i przez któ​re uświa​do​mi​łam so​bie bo​le​sną praw​dę i po​rzu​ci​łam We​sta. Mi​łość. Pro​blem w tym, że West jej nie od​wza​jem​niał. Po​trze​bo​wał mnie tyl​ko po to, żeby się po​zbie​rać. Pew​ne​go dnia doj​dzie do wnio​sku, że już nie je​stem mu po​trzeb​na, i wte​dy bę​dzie z nami ko​niec. Nie bę​dzie nas łą​czy​ło nic poza prze​ży​wa​nym wspól​nie bó​lem po stra​cie ro​dzi​ca. Moje roz​my​śla​nia prze​rwa​ło krót​kie pu​ka​nie do drzwi. Za​raz po​tem, nie cze​ka​jąc na moje za​pro​sze​nie, sta​nął w nich Bra​dy. Po jego mar​so​wej mi​nie od razu do​my​śli​łam się, że wie o wszyst​kim, pew​nie od We​sta. Szko​da, że mu po​wie​dział. Wo​la​ła​bym na ra​zie o tym nie roz​ma​wiać. – Wszyst​ko do​brze? – spy​tał, bacz​nie mi się przy​glą​da​jąc. Chcia​łam przy​tak​nąć, żeby się uspo​ko​ił i so​bie po​szedł w po​czu​ciu do​brze wy​peł​nio​ne​go ku​zy​now​skie​go obo​wiąz​ku. Ale nie da​łam rady wy​do​być z sie​bie ani sło​wa i tyl​ko wzru​szy​łam ra​mio​na​mi. Bra​dy po​ki​wał gło​wą, jak​by po​twier​dzi​ły się jego po​dej​rze​nia. – Z nim też jest kiep​sko. Do​my​ślam się, że nie chcesz o tym ga​dać? Nie, nie chcia​łam. Roz​mo​wa uświa​do​mi​ła​by mi, że to się wy​da​rzy​ło na​praw​dę. Samo roz​my​śla​nie nie było aż tak bo​le​sne. – Uza​leż​nił się od cie​bie. Jesz​cze ni​g​dy nie wi​dzia​łem, żeby wo​bec ko​goś tak się za​cho​wy​wał. Szcze​rze mó​wiąc, za​czę​ło mnie to prze​ra​żać. Sama do​syć już prze​szłaś, żeby jesz​cze brać so​bie na gło​wę jego pro​ble​my. Musi do nie​go do​trzeć, że da radę da​lej żyć bez two​jej po​mo​cy.

Za​brzmia​ło to, jak​bym zo​sta​wia​ła We​sta sa​me​mu so​bie. Nie chcia​łam, żeby tak to wy​glą​-

Za​brzmia​ło to, jak​bym zo​sta​wia​ła We​sta sa​me​mu so​bie. Nie chcia​łam, żeby tak to wy​glą​da​ło. Ni​g​dy nie mia​łam za​mia​ru go opu​ścić. – Wściekł się, bo przy​ła​pał mnie, jak roz​ma​wiam z in​nym chło​pa​kiem – wy​ja​śni​łam. – To nie jest… nor​mal​ne. Trak​tu​je mnie jak swo​ją wła​sność i cały czas pil​nu​je, żeby nikt mu mnie nie ode​brał. Prze​cież je​steś​my do​pie​ro w li​ceum. Tak nie może być. Bra​dy pod​szedł do mo​je​go łóż​ka i usiadł na brze​gu. – Ra​cja, nie może. Tyl​ko że West za​wsze miał tem​pe​ra​ment, od ma​łe​go, i to cza​sem z nie​go wy​cho​dzi. Nie myśl, że go bro​nię, nic z tych rze​czy. Nie je​steś jego wła​sno​ścią. – No wła​śnie – mruk​nę​łam, czu​jąc wy​rzu​ty su​mie​nia, że w ten spo​sób o nim mó​wię. Nie było go tu i nie mógł się bro​nić, a ja zdra​dza​łam jego naj​lep​sze​mu kum​plo​wi rze​czy, któ​rych nie po​win​nam. – Chciał się z tobą zo​ba​czyć, ale mu za​bro​ni​łem. Po​wie​dzia​łem, że ma dać ci czas, że​byś so​bie wszyst​ko po​ukła​da​ła w gło​wie – do​dał Bra​dy. – Moim zda​niem do​brze zro​bi​łaś. Sęk w tym, że West nie miał te​raz ni​ko​go przy so​bie. – Nie po​wi​nien zo​sta​wać sam – po​wie​dzia​łam, czu​jąc wy​rzu​ty su​mie​nia i ból w ser​cu. Bra​dy pod​niósł się. – Za​raz do nie​go jadę. Dzwo​ni​łem do Na​sha, on też się po​ja​wi. Zaj​mie​my się We​stem, a ty skup się na so​bie. Przez ostat​ni mie​siąc zro​bi​łaś po​stę​py, ja​kich nikt się nie spo​dzie​wał. Zno​wu mó​wisz, Mag​gie, to zna​czy, że do​cho​dzisz do sie​bie. Po​myśl o so​bie, a We​sta zo​staw mnie. Po​ki​wa​łam gło​wą, czu​jąc pa​lą​ce pod po​wie​ka​mi łzy. Bra​dy miał ra​cję, West miał przy​ja​ciół, któ​rzy będą przy nim na do​bre i na złe. Nie był sam. A ja tak. Kie​dy kła​dłam się do łóż​ka, Bra​dy jesz​cze nie wró​cił do domu. Świa​do​mość, że jest z We​stem, po​zwo​li​ła mi się uspo​ko​ić na tyle, by w koń​cu spró​bo​wać za​snąć. Ale co z tego, sko​ro ju​tro będę mu​sia​ła po​ja​wić się w szko​le, spo​tkać We​sta i żyć z tym, co wy​bra​łam? Rano było mi cięż​ko pod​nieść się z łóż​ka, o wie​le cię​żej niż wczo​raj za​snąć. Mia​łam ocho​tę za​szyć się w swo​im po​ko​ju na dłu​gie ty​go​dnie, aż prze​sta​nę czuć w pier​siach bo​le​sny uścisk. Od sa​me​go po​cząt​ku wie​dzia​łam, że West Ash​by może mnie zra​nić, je​śli mu na to po​zwo​lę. Nie spo​dzie​wa​łam się jed​nak, że bę​dzie to aż tak bo​leć. Wy​obra​ża​łam so​bie, że ze mną zry​wa, bo po​ja​wi​ła się inna dziew​czy​na albo dla​te​go że naj​zwy​czaj​niej w świe​cie się mną znu​dził. Sta​ło się jed​nak coś o wie​le gor​sze​go. To ja zra​ni​łam We​sta, nie on mnie. Wciąż prze​śla​do​wał mnie wy​raz jego twa​rzy. Przy​po​mi​nał mi, jak zdru​zgo​ta​ło mnie to, co mu wów​czas po​wie​dzia​łam. – Głod​na? Zro​bi​łam go​fry – po​wi​ta​ła mnie cio​cia Co​ra​lee, gdy ze​szłam do kuch​ni. Na samą myśl o je​dze​niu ro​bi​ło mi się nie​do​brze, ale upie​kła cały stos i nie miał go kto zjeść. – Nie ma Bra​dy’ego – za​uwa​ży​łam. Mia​łam ci​chą na​dzie​ję, że cio​cia wie o wszyst​kim, bo nie chcia​łam, żeby miał prze​ze mnie kło​po​ty. Po​sła​ła mi smut​ny uśmiech i po​ki​wa​ła gło​wą. – Wiem. Za​raz za​wio​zę go​fry do domu We​sta. Cze​ka tam ta​bun gło​do​mo​rów. Roz​ma​wia​łam z Bra​dym pół go​dzi​ny temu. Po tych sło​wach po​de​szła do mnie, oto​czy​ła ra​mie​niem i po​ca​ło​wa​ła w czu​bek gło​wy.

– Wszyst​ko do​brze? – spy​ta​ła mięk​kim gło​sem. Przy​tak​nę​łam, bo nie mia​łam ocho​ty na roz​mo​wę. Cio​cia przy​tu​li​ła mnie moc​niej do sie​bie. – W ży​ciu cza​sem trze​ba po​dej​mo​wać trud​ne de​cy​zje. Ale to nie zna​czy, że są złe. – A je​śli tak? – wy​rwa​ło mi się bez za​sta​no​wie​nia. Wy​pu​ści​ła mnie z ob​jęć i po​szła przy​nieść dla mnie ta​lerz. – Wte​dy wkra​cza los i wszyst​ko do​brze się koń​czy, uwierz mi. Nie ode​zwa​łam się wię​cej, ale sło​wa cio​ci cały czas roz​brzmie​wa​ły w mo​jej gło​wie. Oby mia​ła ra​cję.

ROZ​DZIAŁ 44

Ina​czej ją stra​cisz

West – Mama za​raz przy​wie​zie go​fry – oznaj​mił Bra​dy, roz​su​wa​jąc za​sło​ny w moim po​ko​ju i wpusz​cza​jąc do środ​ka świa​tło sło​necz​ne. – Wsta​waj i szo​ruj pod prysz​nic. Nash jesz​cze śpi na so​fie. Wy​sy​pię mu na łeb tro​chę lodu, za​nim wyj​dę. To je​dy​na me​to​da, żeby go po​sta​wić na nogi. Prze​sie​dzie​li​śmy ra​zem pra​wie całą noc. Chło​pa​ki pró​bo​wa​ły mnie za​jąć, że​bym nie my​ślał o tym, co się sta​ło, ale nie​zbyt im szło. Ale przy​naj​mniej dzię​ki nim nie by​łem sam. W prze​ciw​nym ra​zie nic by mnie nie po​wstrzy​ma​ło, żeby za​kraść się przez okno do po​ko​ju Mag​gie. Do​my​śla​łem się, że to był głów​ny po​wód, dla któ​re​go Bra​dy sie​dział u mnie z chło​pa​ka​mi. Żeby nie po​zwo​lić mi się z nią zo​ba​czyć. Może i mia​łem o to do nie​go żal, ale wie​dzia​łem, że tyl​ko dzię​ki nie​mu jesz​cze do koń​ca nie zwa​rio​wa​łem. Bra​dy po​wie​dział mi, że roz​ma​wiał z Mag​gie i że ona po​trze​bu​je tro​chę cza​su, żeby so​bie wszyst​ko spo​koj​nie prze​my​śleć. Sy​tu​acja chy​ba ją prze​ro​sła, a ja do​dat​ko​wo prze​ra​ża​łem ją swo​im za​an​ga​żo​wa​niem. Pro​blem w tym, że nie po​tra​fi​łem za​cho​wy​wać się ina​czej. Do​sta​wa​łem przy niej lek​kie​go świ​ra. – Za​bie​rasz Mag​gie do szko​ły? – spy​ta​łem, choć z góry zna​łem od​po​wiedź. Bra​dy za​wa​hał się na chwi​lę, ale po chwi​li nie​znacz​nie ski​nął gło​wą. – Zjem u sie​bie. Resz​ta chło​pa​ków już wsta​ła i cze​ka na moją mamę z wa​łów​ką. Miej​my na​dzie​ję, że nie zu​ży​li ci ca​łej cie​płej wody. – Jak mam się dzi​siaj za​cho​wać? – spy​ta​łem go, za​nim zdą​żył wyjść z po​ko​ju. Bra​dy od​wró​cił się i spoj​rzał mi w oczy. – Daj Mag​gie tro​chę prze​strze​ni. Zo​ba​czysz, że po​ra​dzisz so​bie bez niej. Nie miał po​ję​cia, o czym mówi. Ni​g​dy nie był za​ko​cha​ny. Co to w ogó​le mia​ło zna​czyć? Jak, do cho​le​ry, mam jej dać tro​chę prze​strze​ni? Uda​wać, że jej nie znam? – Czy​li co mam zro​bić? – spy​ta​łem. Bra​dy wzru​szył ra​mio​na​mi. – No wiesz, po pro​stu zo​staw ją w spo​ko​ju. Daj jej od sie​bie ode​tchnąć. – Mam nie zwra​cać na nią uwa​gi? – do​da​łem twar​dym, za​gnie​wa​nym gło​sem, choć sta​ra​łem się po​wstrzy​mać. Bra​dy uniósł brwi. – No ra​czej. Ze​rwa​łem się z łóż​ka i z wście​kło​ścią ci​sną​łem po​dusz​kę na dru​gi ko​niec po​ko​ju. – Pie​przę to! Jak, do ja​snej cho​le​ry, to zro​bić, Bra​dy? Co? Nie mogę, prze​cież je​stem w niej za​ko​cha​ny!

Jesz​cze ni​g​dy tak otwar​cie się do tego nie przy​zna​łem. Na​wet przed nią. – Sko​ro tak, to mu​sisz zna​leźć spo​sób, żeby na ja​kiś czas się wy​co​fać. Ina​czej ją stra​cisz. – Już ją stra​ci​łem. – Te sło​wa prze​szy​ły moje ser​ce jak no​żem. – Wca​le nie. Roz​ma​wia​łem z nią, nie pa​mię​tasz? Wiem, co my​śli. Tyl​ko się prze​stra​szy​ła. Uwa​ża, że jest dla cie​bie opar​ciem i ni​czym wię​cej, dla​te​go to robi. Wierz mi, ona nie ma po​ję​cia, że ją ko​chasz. Po​wi​nie​nem był jej o tym po​wie​dzieć. – Je​śli jej po​wiem… – Wte​dy ci nie uwie​rzy. Bę​dzie my​śla​ła, że mó​wisz to tyl​ko po to, żeby ją od​zy​skać. Mu​sisz po​zwo​lić jej odejść. Ni​g​dy się na to nie zgo​dzę. Ale mogę tro​chę po​uda​wać, sko​ro Mag​gie po​czu​je się z tym le​piej. Wspie​ra​ła mnie, kie​dy jej po​trze​bo​wa​łem. Pora, że​bym w koń​cu zro​bił coś dla niej. Je​śli trze​ba, bym się od niej od​su​nął, zro​bię to. Asa i Gun​ner zo​sta​li u mnie aż do wyj​ścia z domu, upie​ra​jąc się, że​bym po​je​chał do szko​ły z któ​rymś z nich. Wo​la​łem jed​nak wziąć swój sa​mo​chód i nie być od ni​ko​go uza​leż​nio​ny. Kie​dy ru​szy​łem sprzed domu w stro​nę szko​ły, obaj je​cha​li tuż za mną, jak​by chcie​li do​pil​no​wać, że na pew​no po​ja​wię się na lek​cjach. Ce​lo​wo się wlo​kłem, żeby do​trzeć do szko​ły rów​no z dru​gim dzwon​kiem. W ten spo​sób wszy​scy by​li​śmy spóź​nie​ni na pierw​szą lek​cję. Ich pro​blem, nie ka​za​łem im na sie​bie cze​kać. Nie mo​głem ry​zy​ko​wać, że spot​kam się przy szaf​kach z Mag​gie. Nie był​bym w sta​nie jej zi​gno​ro​wać i pew​nie od razu na oczach wszyst​kich rzu​cił​bym się ją bła​gać, żeby do mnie wró​ci​ła. – Mam pierw​szą lek​cję z Trem​ble’em – oznaj​mił Asa z za​do​wo​lo​nym uśmiesz​kiem. – Nie wpi​sze mi spóź​nie​nia – do​dał pew​nym to​nem, mi​ja​jąc mnie bie​giem. Gun​ner zrów​nał się ze mną. – Nam też nie wpi​szą, o ile się po​śpie​szy​my. Nie zmar​twił​bym się, gdy​by od​no​to​wa​li mi spóź​nie​nie, je​śli dzię​ki temu mógł​bym od​pu​ścić so​bie lek​cję. Ale wie​dzia​łem, że je​śli tre​ner się do​wie, każe mi po tre​nin​gu bie​gać do​dat​ko​we kół​ka. To była zwy​cza​jo​wa kara dla za​wod​ni​ków za spóź​nia​nie się do szko​ły. – Mu​szę sko​czyć po ze​szyt – po​wie​dzia​łem, na co Gun​ner wci​snął mi do ręki je​den ze swo​ich. – Bierz ten i za​su​waj – za​wo​łał, pusz​cza​jąc się bie​giem, a ja ru​szy​łem w jego śla​dy. Za​raz po tre​nin​gu chcia​łem wró​cić do domu i po​być wresz​cie sam. Ze​szłej nocy nie mia​łem oka​zji, żeby spo​koj​nie po​my​śleć. Wie​dzia​łem, że kum​ple chcie​li do​brze, ale za​le​ża​ło mi, żeby na ja​kiś czas zo​sta​wi​li mnie w spo​ko​ju. Gun​ner otwo​rzył drzwi sali, w któ​rej mie​li​śmy pierw​szą lek​cję, i wma​sze​ro​wał do środ​ka. Pani Sen​tle pod​nio​sła na nas wzrok i zmarsz​czy​ła brwi, po czym dała nam ręką znak, że​by​śmy za​ję​li miej​sca. – Jak miło, że w koń​cu do​tar​li​ście, pa​no​wie. – To była jej je​dy​na uwa​ga na te​mat na​sze​go spóź​nie​nia. Usia​dłem obok Gun​ne​ra, któ​ry pierw​szy zna​lazł dla nas wol​ną ław​kę. Po​tem zer​k​nął na mnie z pew​nym sie​bie uśmiesz​kiem. – A nie mó​wi​łem?

– Cześć, West – rzu​ci​ła ja​kaś nie​zna​na mi blon​dyn​ka, od​wra​ca​jąc się w moją stro​nę i po​sy​-

– Cześć, West – rzu​ci​ła ja​kaś nie​zna​na mi blon​dyn​ka, od​wra​ca​jąc się w moją stro​nę i po​sy​ła​jąc mi uśmiech. Gun​ner za​śmiał się pod no​sem. – Już się roz​nio​sło, że je​steś do wzię​cia. Nie ode​zwa​łem się do żad​ne​go z nich. Je​śli mia​łem udo​wod​nić Mag​gie, że ją ko​cham, nie​po​trzeb​ne mi za​in​te​re​so​wa​nie in​nych dziew​czyn. Po​sła​łem tyl​ko wście​kłe spoj​rze​nie Gun​ne​ro​wi. W od​po​wie​dzi jesz​cze bar​dziej się wy​szcze​rzył. Du​pek.

ROZ​DZIAŁ 45

Nie lu​bię zwra​cać na sie​bie uwa​gi

Maggie Trze​ba spoj​rzeć praw​dzie w oczy – nie mo​głam wiecz​nie uni​kać We​sta. To nie​moż​li​we, a poza tym nie w po​rząd​ku. Na pierw​szych dwóch prze​rwach sta​ra​łam się trzy​mać z da​le​ka od sza​fek. Nie było lek​ko. Ale w koń​cu nad​szedł czas, by zmie​rzyć się z rze​czy​wi​sto​ścią. Choć nie do koń​ca, bo zna​łam plan lek​cji We​sta i wie​dzia​łam, że o tej po​rze go tam nie spo​tkam. Prze​ci​ska​jąc się przez za​tło​czo​ny ko​ry​tarz, czu​łam na so​bie spoj​rze​nia in​nych. Nic no​we​go, tak było już od sa​me​go rana. Kil​ka dziew​czyn zdą​ży​ło mnie już na​zwać suką i dziw​ką. Jak wi​dać wszy​scy zgod​nie uzna​li mnie za sa​dyst​kę, bo ze​rwa​łam z We​stem tuż po po​grze​bie jego ojca. Ja​kaś część mnie przy​zna​wa​ła im w tym słusz​ność. W koń​cu do​tar​łam na miej​sce i otwo​rzy​łam swo​ją szaf​kę, ale w tym sa​mym mo​men​cie czy​jaś ręka o dłu​gich czer​wo​nych pa​znok​ciach za​trza​snę​ła ją przed moim no​sem, omal nie przy​ci​na​jąc mi dło​ni. Cof​nę​łam się prak​tycz​nie w ostat​nim mo​men​cie. – Ty pod​ła świ​nio! – wy​sy​czał mi do ucha dam​ski głos. Od razu go po​zna​łam. Spo​dzie​wa​łam się, że Ra​le​igh prę​dzej czy póź​niej mnie do​pad​nie, ale nie po​dej​rze​wa​łam, że w ten spo​sób. Od​wró​ci​łam się i spoj​rza​łam jej w twarz. Spo​glą​da​ła na mnie z wście​kło​ścią wy​mie​sza​ną z wy​raź​nym za​do​wo​le​niem. – Zim​na suka – ode​zwa​ła się po​now​nie, tak by wszy​scy ją usły​sze​li. Do​oko​ła nas mo​men​tal​nie za​pa​no​wa​ła ci​sza. Pew​nie wszy​scy się na nas ga​pi​li, a to jesz​cze bar​dziej ją na​krę​ca​ło. Nie ode​zwa​łam się ani sło​wem. Była wście​kła, bo za​le​ża​ło jej na We​ście. Chcia​ła się na mnie wy​żyć i zna​la​zła so​bie pre​tekst. To była dla niej do​sko​na​ła oka​zja, żeby mi do​ko​pać. – Nie masz nic do po​wie​dze​nia? Co? Zno​wu bę​dziesz uda​wać nie​mo​wę? – spy​ta​ła i mnie po​pchnę​ła, aż po​le​cia​łam ple​ca​mi na szaf​kę. Wy​ce​lo​wa​ła pa​lec w moją twarz, aż za​czę​łam się bać, że za​raz mnie po​dra​pie. – Nie nada​wa​łaś się dla nie​go. Je​steś świ​ru​ską. Zwy​kłą. Pie​przo​ną. Świ​ru​ską. Za​nim jed​nak zdą​ży​ła do​tknąć swo​im szpo​nem mo​jej twa​rzy, ktoś szarp​nął ją gwał​tow​nie do tyłu. – Może po​szła​byś się po​pi​sy​wać gdzie in​dziej, kre​tyn​ko? – ode​zwał się Nash, od​cią​gnął Ra​le​igh ode mnie i sta​nął mię​dzy nami. – Mag​gie chy​ba już daw​no zdą​ży​ła za​uwa​żyć, że je​steś nie​źle po​rą​ba​na. – Bro​nisz jej? Prze​cież je​steś kum​plem We​sta! – wrza​snę​ła Ra​le​igh. – Jed​nym z naj​lep​szych. I na​wet gdy​bym nie uwa​żał Mag​gie za przy​ja​ciół​kę, i tak bym to ro​bił – dla nie​go. Bo We​sta tra​fił​by szlag, gdy​by cię tu zo​ba​czył. Na​pa​da​nie na Mag​gie nie po​mo​że ci go od​zy​skać, Ray.

– Ona go wy​ko​rzy​sta​ła! – Głos Ra​le​igh niósł się echem po ko​ry​ta​rzu, na któ​rym wszy​scy na​gle uci​chli i przy​sta​nę​li, żeby na nas po​pa​trzeć. – Nie, Ra​le​igh, ona go ura​to​wa​ła. Nikt inny nie był w sta​nie tego zro​bić. A te​raz spa​daj i trzy​maj się od niej jak naj​da​lej, za​nim West do​wie się o two​ich wy​głu​pach. Bo on naj​pierw pój​dzie spraw​dzić, co z Mag​gie, a po​tem do​rwie cie​bie. – My​lisz się, on mnie po​trze​bu​je – stwier​dzi​ła z prze​ko​na​niem w gło​sie. Na myśl, że West mógł​by być z Ra​le​igh albo ja​kąś inną dziew​czy​ną, po​czu​łam ucisk w żo​łąd​ku. Mu​sia​łam wziąć się w garść, osta​tecz​nie to ja z nim ze​rwa​łam. Znaj​dzie so​bie ko​goś in​ne​go, a ja będę mu​sia​ła się z tym po​go​dzić. Nash po​krę​cił z nie​do​wie​rza​niem gło​wą, a po​tem od​wró​cił się do mnie. Wi​dząc jego za​tro​ska​ny wzrok, omal nie wy​bu​chłam pła​czem. Nie cier​pia​łam zwra​cać na sie​bie uwa​gi, a dziś wy​star​czył sam mój wi​dok, żeby wszy​scy o mnie ga​da​li. – W po​rząd​ku? Ona ma nie​rów​no pod su​fi​tem – stwier​dził Nash, prze​wra​ca​jąc ocza​mi. Z tru​dem zdo​by​łam się na ski​nię​cie gło​wą. Nic nie było w po​rząd​ku, ale to nie wina Ra​le​igh. – Coś bla​do wy​glą​dasz – stwier​dził, marsz​cząc czo​ło. – Nie lu​bię zwra​cać na sie​bie uwa​gi – wy​szep​ta​łam w oba​wie, że wszy​scy na​dal się nam przy​słu​chu​ją. Nash wes​tchnął cięż​ko. – Trud​no, złot​ko, na ra​zie mu​sisz się z tym po​go​dzić. Sły​sza​łem, co o to​bie wy​ga​du​ją. Dla​te​go po​sze​dłem cię szu​kać, żeby spraw​dzić, czy wszyst​ko gra. – Dzię​ki – wy​krztu​si​łam, czu​jąc ro​sną​cą w gar​dle kulę. – Bierz swo​je rze​czy, od​pro​wa​dzę cię do sali. Za​ła​twię z Bra​dym, żeby prze​jął cię po lek​cji. Tak mię​dzy nami, przez ja​kiś czas po​sta​ra​my się cie​bie chro​nić. Przy​naj​mniej do mo​men​tu, aż spra​wa przy​cich​nie i wy​buch​nie ja​kaś nowa afe​ra. Chcia​łam mu po​wie​dzieć, że nie​po​trzeb​nie, bo dam so​bie radę sama, ale nie ode​zwa​łam się ani sło​wem. Gdy​by się nie po​ja​wił, Ra​le​igh na​dal by się cze​pia​ła i wrzesz​cza​ła na mnie na oczach wszyst​kich. – Okej – od​par​łam, od​wra​ca​jąc się do swo​jej szaf​ki. – West do​sta​nie sza​łu, jak się o tym do​wie. Jak już cię znaj​dzie, pa​mię​taj, że to nie two​ja wina. Bę​dzie świ​ro​wał, bo po​my​śli, że to on ścią​gnął na cie​bie tę szaj​bu​skę. Wiesz, jak bar​dzo chce cię chro​nić. Po moim po​licz​ku po​pły​nę​ła łza, ale szyb​ko otar​łam ją dło​nią. Gdy​by tyl​ko ta po​trze​ba chro​nie​nia wy​ni​ka​ła z cze​goś wię​cej. Z ja​kie​goś głęb​sze​go uczu​cia, a nie z chę​ci, by cią​gle mieć mnie przy so​bie, bo uwa​ża, że ina​czej nie po​ra​dzi so​bie ze stra​tą taty. A ja chcia​łam być dla nie​go czymś wię​cej niż tyl​ko opar​ciem. – Już – po​wie​dzia​łam, przy​ci​snę​łam książ​ki do pier​si i po​de​szłam do Na​sha. Nie za​da​wał mi wię​cej py​tań ani nie wspo​mniał o We​ście. Po​szli​śmy ra​zem w mil​cze​niu do sali, gdzie mia​łam na​stęp​ną lek​cję. Tuż przed drzwia​mi po​dzię​ko​wa​łam mu i wsu​nę​łam się szyb​ko do środ​ka. Czu​jąc na so​bie nie​przy​ja​zne spoj​rze​nia, wbi​łam wzrok w trzy​ma​ne w rę​kach książ​ki i po​szu​ka​łam wol​nej ław​ki na sa​mym koń​cu sali. Je​śli mam ja​koś prze​żyć tę lek​cję, mu​szę się scho​wać, żeby jak naj​mniej osób mo​gło mi się przy​glą​dać.

ROZ​DZIAŁ 46

Będę przy to​bie

West Nash wszedł do kla​sy rów​no z dru​gim dzwon​kiem. Prze​śli​zgnął się wzro​kiem po twa​rzach uczniów, aż za​trzy​mał się na mnie. Zmarsz​czył czo​ło i prze​szedł szyb​kim kro​kiem na tył sali, gdzie sie​dzia​łem. Obok nie było wol​ne​go miej​sca, więc sta​nął przy oku​lar​ni​ku z krę​co​ną czu​pry​ną i szyb​ko go prze​ko​nał, żeby się prze​siadł. Po​tem za​jął krze​sło tuż przy mnie. Spoj​rza​łem na nie​go, kie​dy od​wró​cił gło​wę w moją stro​nę. – Mie​li​śmy drob​ny… pro​blem przy szaf​kach, ale za​in​ter​we​nio​wa​łem i z Mag​gie wszyst​ko w po​rząd​ku – oznaj​mił szep​tem. Po​czu​łem ucisk w pier​siach, a moje dło​nie od​ru​cho​wo za​ci​snę​ły się w pię​ści. – Czy​li co? – ode​zwa​łem się, nie dba​jąc o to, że wszy​scy mnie sły​szą. By​łem w każ​dej chwi​li go​tów, żeby po​biec do Mag​gie. Po​wstrzy​my​wa​ła mnie tyl​ko moja obiet​ni​ca, że dam jej tro​chę ode​tchnąć. – Ra​le​igh do​pa​dła ją przy szaf​kach. Nie po​trze​bo​wa​łem wię​cej szcze​gó​łów. Ze​rwa​łem się z miej​sca i ru​szy​łem do wyj​ścia. – A do​kąd to, pa​nie Ash​by? – spy​tał na​uczy​ciel. – Źle się czu​ję! – wy​pa​li​łem, otwo​rzy​łem drzwi i wy​pa​dłem na ko​ry​tarz. Po​wi​nie​nem był wię​cej wy​cią​gnąć od Na​sha. Na przy​kład czy Ra​le​igh od​wa​ży​ła się ją tknąć. Ale mój in​stynkt, by biec do Mag​gie i spraw​dzić, jak się czu​je, oka​zał się sil​niej​szy. Ru​szy​łem w stro​nę kla​sy Mag​gie, gdy za mo​imi ple​ca​mi otwo​rzy​ły się drzwi na​szej sali. – West, za​cze​kaj! – za​wo​łał za mną Nash. – Mu​szę zna​leźć Mag​gie! – rzu​ci​łem przez ra​mię, nie za​trzy​mu​jąc się. – Wszyst​ko z nią w po​rząd​ku. Za​ją​łem się tym – od​po​wie​dział. – Czy Ra​le​igh ją tknę​ła? – spy​ta​łem, mi​mo​wol​nie pod​no​sząc głos na myśl, że ktoś mógł skrzyw​dzić Mag​gie. Nash w pierw​szej chwi​li się nie ode​zwał. A więc jed​nak. – Twier​dzi​ła, że bro​ni cie​bie, na swój po​pa​pra​ny spo​sób – przy​znał w koń​cu. – Wszyst​kie la​ski uzna​ły Mag​gie za wro​ga, bo z tobą ze​rwa​ła. Mu​sia​ło ci się coś od rana obić o uszy. Było do prze​wi​dze​nia, że któ​raś na nią na​sko​czy. Na te sło​wa sta​ną​łem jak wry​ty. – Co ta​kie​go? – spy​ta​łem z nie​do​wie​rza​niem. – Ale z czym? – Nash spo​glą​dał na mnie ze zdezo​rien​to​wa​ną miną. – Że co niby mó​wią? – La​ski? Po​ki​wa​łem nie​cier​pli​wie gło​wą.

– Róż​ne bzde​ty o Mag​gie. Ona nie re​agu​je, uda​je, że nie sły​szy. Od​pro​wa​dzi​łem ją do kla​sy i na​pi​sa​łem Bra​dy’emu, żeby ją prze​jął po lek​cji i za​pro​wa​dził na obiad. Po​ga​da​ją przez ja​kiś czas i spra​wa przy​schnie. – Cze​kaj! – za​trzy​ma​łem go, czu​jąc, jak żo​łą​dek skrę​ca mi się w su​peł, a w ży​łach szyb​ciej pul​su​je krew. – Chcesz po​wie​dzieć, że wszy​scy od rana ob​ga​du​ją Mag​gie? Prze​ze mnie? Nash przy​tak​nął. – Ja​sny szlag! – wrza​sną​łem na całe gar​dło i pu​ści​łem się bie​giem w stro​nę jej kla​sy. – My​śla​łem, że wiesz! – za​wo​łał za mną Nash. Gdy​bym wie​dział, od razu za​mknął​bym im gęby. Co on so​bie wy​obra​ża? Że po​zwo​lę im ot tak ga​dać bzdu​ry o Mag​gie? Se​rio? Czy moi kum​ple to idio​ci i na​praw​dę nie wi​dzą, że je​stem w niej za​ko​cha​ny? Za​trzy​ma​łem się przed drzwia​mi jej sali i wzią​łem głę​bo​ki wdech. By​łem w kom​plet​nej roz​syp​ce. Ni​g​dy nie chcia​łem przy​spa​rzać jej bólu, a jed​nak nic in​ne​go nie ro​bi​łem. Ucie​kła ode mnie, bo za​cho​wy​wa​łem się jak kre​tyn. Uwie​si​łem się na niej, za​po​mi​na​jąc, że ma swo​je pro​ble​my, z któ​ry​mi musi się zmie​rzyć. Po​trze​bo​wa​ła mnie, a ja po​tra​fi​łem tyl​ko brać i brać. Chcia​łem być dla niej pod​po​rą. Chcia​łem, żeby dla od​mia​ny to ona mo​gła mi się wy​pła​kać w rę​kaw, nie tyl​ko ja jej. I chcia​łem, żeby łą​czy​ło nas coś wię​cej. Otwo​rzy​łem zde​cy​do​wa​nym ru​chem drzwi i zaj​rza​łem do środ​ka, omia​ta​jąc salę wzro​kiem, aż na​tra​fi​łem na Mag​gie. Sie​dzia​ła z sa​me​go tyłu z miną, jak​by za​raz mia​ła scho​wać się pod ław​ką. – O co cho​dzi, West? – zdzi​wił się pan Banks. – Mu​szę pil​nie po​roz​ma​wiać z Mag​gie. Bar​dzo pro​szę – ode​zwa​łem się, od​ry​wa​jąc od niej wzrok i spog​lą​da​jąc na na​uczy​cie​la. – Ekhm… no do​brze. Ale tyl​ko chwi​lę – zgo​dził się. Od​wró​ci​łem się z po​wro​tem w jej stro​nę, pa​trząc na nią bła​gal​nym wzro​kiem. Mag​gie po​wo​li pod​nios​ła się z krze​sła, po​de​szła do mnie z ocza​mi wbi​ty​mi w pod​ło​gę i dłoń​mi za​ci​śnię​ty​mi w pię​ści. Wy​glą​da​ła na zde​ner​wo​wa​ną – prze​ze mnie, a prze​cież ni​g​dy tego nie chcia​łem. Kie​dy była już przy mnie, od​su​ną​łem się i prze​puś​ci​łem ją przo​dem na ko​ry​tarz, a po​tem za​mkną​łem za nami drzwi, że​by​śmy mo​gli spo​koj​nie po​roz​ma​wiać. – Wszyst​ko w po​rząd​ku? – spy​ta​łem, tłu​miąc w so​bie chęć, by przy​gar​nąć ją z ca​łych sił do sie​bie. – Tak – od​par​ła szep​tem. – Zaj​mę się Ra​le​igh. Wię​cej nie bę​dzie cię prze​śla​do​wać, obie​cu​ję – rzu​ci​łem po​ryw​czo. W od​po​wie​dzi je​dy​nie wzru​szy​ła ra​mio​na​mi. – Za​le​ży jej na to​bie. Bro​ni​ła cię. Nie, Ra​le​igh za​le​ży tyl​ko na so​bie sa​mej. Wca​le nie cho​dzi​ło jej o mnie. Tra​fi​ła się do​bra oka​zja, żeby za​ata​ko​wać Mag​gie, więc z niej sko​rzy​sta​ła. – Gdy​by za​le​ża​ło jej na mnie, nie tknę​ła​by cię na​wet pal​cem. Ktoś, komu na mnie za​le​ży, trosz​czy się o cie​bie, tak jak Nash. Mag​gie pod​nio​sła gło​wę, a wte​dy na​sze spoj​rze​nia się spo​tka​ły. W jej oczach kry​ły się emo​cje, z któ​ry​mi ja sam rów​nież się zma​ga​łem. – Nie chcia​łam cię zra​nić. – Wiem. To ja cały czas cię ra​ni​łem. Nie by​łem dla cie​bie tym, kim po​wi​nie​nem.

Od​wró​ci​ła wzrok i spoj​rza​ła przed sie​bie w dal ko​ry​ta​rza. – Do​pie​ro co stra​ci​łeś tatę, West. Po​win​nam być bar​dziej de​li​kat​na. I jak tu trzy​mać się od niej z da​le​ka? Mam to gdzieś! Wy​cią​gną​łem rękę i na​kry​łem nią jej dłoń. – Wy​ko​rzy​sty​wa​łem cię, żeby so​bie po​móc, nie da​jąc nic w za​mian. Mia​łem ob​se​sję na two​im punk​cie, chcia​łem, że​byś była cią​gle ze mną. Bo wie​dzia​łem, że je​steś moja. Wiem, że to ci nie po​ma​ga​ło. A ja w ten spo​sób chcia​łem mieć cię tyl​ko dla sie​bie. Nie ode​zwa​ła się, ale też nie cof​nę​ła ręki z mo​jej dło​ni. – Cią​gnę​ło mnie do cie​bie, bo po​tra​fi​łaś słu​chać i jako je​dy​na ro​zu​mia​łaś, przez co prze​cho​dzę. To praw​da, by​łaś dla mnie opar​ciem. Chcia​łem cały czas być bli​sko cie​bie, żeby czer​pać z two​jej nie​sa​mo​wi​tej siły. Mag​gie po​cią​gnę​ła no​sem, ale na​dal na mnie nie pa​trzy​ła. – Ale po​tem wszyst​ko się zmie​ni​ło. Sta​łaś się dla mnie nie tyl​ko opar​ciem, ale kimś znacz​nie wię​cej. Nie mo​głem się do​cze​kać, kie​dy usły​szę twój głos, zo​ba​czę uśmiech, po​słu​cham two​je​go śmie​chu. Rany, jak ja uwiel​biam, kie​dy się śmie​jesz. Ni​g​dy… – umil​kłem w pół zda​nia. Mu​sia​łem się chwi​lę za​sta​no​wić, żeby zna​leźć od​po​wied​nie sło​wa. Nie chcia​łem tego schrza​nić. To było zbyt waż​ne. Moja ostat​nia szan​sa, żeby na​pra​wić to, co ze​psu​łem. – Tej nocy, gdy… by​li​śmy ze sobą… Mag​gie, ja… – urwa​łem. Nie mo​głem znieść, że na mnie nie pa​trzy. Wy​cią​gną​łem rękę, pod​ło​ży​łem jej pa​lec pod bro​dę i od​wró​ci​łem ku so​bie jej gło​wę, aż na​sze spoj​rze​nia się spo​tka​ły. – Mag​gie, już wte​dy mia​łem pew​ność, że cię ko​cham. Nie po​wie​dzia​łem ci, bo by​łem tam​tej nocy kom​plet​nie roz​bi​ty. Nie ko​cha​łem się wte​dy z tobą, bo po​trze​bo​wa​łem po​cie​sze​nia, ale dla​te​go, że chcia​łem być z tobą tak bli​sko, jak to tyl​ko moż​li​we. Bo choć stra​ci​łem tatę, zna​la​złem cie​bie. To ty wy​peł​ni​łaś moją pust​kę. Da​łaś mi po​wód, żeby znów się uśmie​chać. Wiem, że po​su​ną​łem się za da​le​ko i za bar​dzo od cie​bie uza​leż​ni​łem. Nie chcę trak​to​wać cię jak swo​jej wła​sno​ści, Mag​gie. Wiem, że nie na​le​żysz do ni​ko​go, tyl​ko do sie​bie. Będę przy to​bie, kie​dy bę​dziesz tego chcia​ła i po​trze​bo​wa​ła. Ale mu​sisz wie​dzieć, że je​stem w to​bie za​ko​cha​ny. Ode​rwa​łem pa​lec od jej bro​dy i wy​pu​ści​łem z ręki jej dłoń. Nie ode​zwa​ła się ani sło​wem, a jej sze​ro​ko otwar​te oczy wy​peł​ni​ły się łza​mi. W tym mo​men​cie mu​sia​łem wy​tę​żyć całą swo​ją wolę, by się od​wró​cić i odejść, zo​sta​wia​jąc ją samą.

ROZ​DZIAŁ 47

Chcę po​wtór​ki

Maggie West mnie ko​chał! Wszyst​ko, co po​wie​dział, było… Do​kład​nie to chcia​łam od nie​go usły​szeć. Smu​tek i ból, któ​re na do​bre za​go​ści​ły w moim ser​cu, te​raz znik​nę​ły bez śla​du. West Ash​by na​praw​dę mnie ko​chał. Nie by​łam tyl​ko kimś, kto po​ma​ga mu ra​dzić so​bie ze stra​tą ojca, zna​czy​łam dla nie​go o wie​le wię​cej. – Za​cze​kaj! – za​wo​ła​łam za nim. Od​szedł w prze​ciw​ną stro​nę i gdy się od​wró​ci​łam, zo​ba​czy​łam, że do​szedł do​pie​ro do po​ło​wy ko​ry​ta​rza. Za​trzy​mał się, ale w pierw​szej chwi​li nie od​wró​cił do mnie. Gdy w koń​cu to zro​bił, jego oczy prze​peł​nio​ne były na​dzie​ją. Było to wi​dać na​wet z da​le​ka. Wte​dy za​wo​ła​łam za nim jesz​cze raz. – Ba​łam się obu​dzić któ​re​goś dnia i prze​ko​nać, że już mnie nie po​trze​bu​jesz. Nie prze​ży​ła​bym tego. Chcia​łam, że​by​śmy byli ra​zem. Za​ko​cha​łam się w to​bie i to mnie prze​ra​ża​ło. Ru​szył w moją stro​nę zde​cy​do​wa​nym kro​kiem, ani na mo​ment nie od​ry​wa​jąc ode mnie wzro​ku. Kie​dy sta​nął przede mną, ob​jął dłoń​mi moją twarz i spoj​rzał mi w oczy. – Ka​mień z ser​ca – stwier​dził żar​li​wie, po czym się​gnął do mo​ich ust. Zła​pa​łam go za ra​mio​na, a po po​licz​kach po​pły​nę​ły mi łzy ra​do​ści, któ​re on ocie​rał kciu​ka​mi. Na​sze ję​zy​ki i cia​ła zwar​ły się ze sobą w za​pa​mię​ta​niu, jak​by to miał być nasz ostat​ni po​ca​łu​nek w ży​ciu. – Nie je​steś zbyt do​bry w da​wa​niu dziew​czy​nom prze​strze​ni, co nie? – głos Bra​dy’ego przy​wo​łał mnie do rze​czy​wi​sto​ści. Od​su​nę​łam się od We​sta i spoj​rza​łam przez ra​mię na ku​zy​na, któ​ry przy​glą​dał się nam z wy​raź​ną ucie​chą. West uśmiech​nął się od ucha do ucha. Po​tem cmok​nął mnie w czu​bek nosa, oto​czył ra​mie​niem i do​pie​ro wte​dy od​wró​cił się do Bra​dy’ego. – Ra​czej nie​ee – od​parł prze​cią​gle, uśmie​cha​jąc się krzy​wo. Bra​dy za​śmiał się i po​krę​cił gło​wą. – Sko​ro jej to pa​su​je – od​parł, prze​no​sząc na mnie wzrok, jak​by szu​kał po​twier​dze​nia. – I to bar​dzo – za​pew​ni​łam go. Po​ki​wał gło​wą i spoj​rzał z po​wro​tem na We​sta. – Masz mi udo​wod​nić, że na nią za​słu​gu​jesz. West ob​jął mnie moc​niej ra​mie​niem. – Udo​wod​nię. – To do​brze. Bo co praw​da nie sko​pię tył​ka Ra​le​igh, ale twój mogę. Tym ra​zem to ja za​śmia​łam się w głos.

Wie​czo​rem umó​wi​li​śmy się z We​stem na rand​kę – z praw​dzi​we​go zda​rze​nia, na jaką cho​dzą za​ko​cha​ne pary. Jesz​cze ni​g​dy na żad​nej ra​zem nie by​li​śmy. Za​wsty​dzi​łam się tyl​ko na chwi​lę, kie​dy wu​jek Bo​one spy​tał We​sta, do​kąd idzie​my, i przy​po​mniał mu, że ma się mną opie​ko​wać. Wo​la​ła​bym tego unik​nąć i po pros​tu wy​mknąć się przez okno, ale We​sto​wi chy​ba wca​le to nie prze​szka​dza​ło. Wręcz prze​ciw​nie, wy​da​wał się za​do​wo​lo​ny, jak​by wy​grał na lo​te​rii. Kie​dy wsie​dli​śmy do jego pi​ka​pa i wy​je​cha​li​śmy na dro​gę, West po​kle​pał sie​dze​nie mię​dzy nami. – Chodź do mnie. Prze​su​nę​łam się ocho​czo, ucie​szo​na, że mogę być tak bli​sko nie​go. – Nie spy​ta​łaś, do​kąd je​dzie​my – stwier​dził, kła​dąc dłoń na moim udzie. – Nie​waż​ne do​kąd, waż​ne, że z tobą. Uśmiech​nął się sze​ro​ko, zwięk​sza​jąc uścisk. – Znam to uczu​cie. Opar​łam mu gło​wę na ra​mie​niu. – To te​raz mi po​wiedz, do​kąd je​dzie​my. – No wiesz… Mia​łem kil​ka po​my​słów, ale ża​den nie wy​da​wał mi się od​po​wied​ni na na​szą pierw​szą ofic​jal​ną rand​kę. To nie​zu​peł​nie była od​po​wiedź na moje py​ta​nie. Nie żeby mi na niej spe​cjal​nie za​le​ża​ło, ale za​czął mnie co​raz bar​dziej in​try​go​wać. – To mi nie​wie​le mówi. Za​śmiał się. – Ra​cja, nie​wie​le. – Wy​raź​nie się ze mną dro​czył. – Dla​cze​go mam wra​że​nie, że pró​bu​jesz mnie w coś wkrę​cić? West po​ca​ło​wał mnie w czu​bek gło​wy. – Le​piej bę​dzie, jak sama zo​ba​czysz. Kie​dy skrę​cił w dro​gę pro​wa​dzą​cą na pole, gdzie za​wsze od​by​wa​ły się ich piąt​ko​we im​pre​zy, wy​pro​sto​wa​łam się, spo​glą​da​jąc przed sie​bie w za​sko​cze​niu. Prze​cież dzi​siaj ni​ko​go tu nie było. Co on robi? – Je​dzie​my na pole? Nie od​po​wie​dział mi, a je​dy​nie uśmiech​nął się nie​znacz​nie ką​ci​ka​mi ust. Nie zo​sta​ło mi nic, jak tyl​ko po​cze​kać. West wje​chał sa​mo​cho​dem na pu​stą – jak się moż​na było spo​dzie​wać – po​la​nę i wy​łą​czył sil​nik. Przez chwi​lę wpa​try​wał się gdzieś w dal, a po​tem od​wró​cił do mnie. – To tu po raz pierw​szy cię zo​ba​czy​łem. Od razu so​bie po​my​śla​łem, że je​steś pięk​na. Da​lej tak uwa​żam. Je​den rzut oka na cie​bie i od razu prze​pa​dłem. Zo​sta​wi​łem wte​dy mamę w domu z cho​rym tatą i bar​dzo się o nią mar​twi​łem. Czu​łem wy​rzu​ty su​mie​nia, że tu je​stem, i by​łem zły, że nie mogę się ba​wić tak jak wszy​scy. Tata po​wo​li od nas od​cho​dził i to mnie prze​ra​ża​ło. – Umilkł na chwi​lę i wziął mnie za rękę. – Tam​tej nocy by​łem zroz​pa​czo​ny i na skra​ju za​ła​ma​nia. Ból sta​wał się nie do znie​sie​nia, a ja nie mia​łem ni​ko​go… I wte​dy po​ja​wi​łaś się ty. Po​czu​łam, że po​wie​ki pie​ką mnie od łez. Tak wie​le się wy​da​rzy​ło w cią​gu ostat​nie​go mie​sią​ca, od​kąd się po​zna​li​śmy. To praw​da, że po​łą​czy​ło nas jego cier​pie​nie, ale od​da​ła​bym wszyst​ko, żeby ni​g​dy go nie za​znał. Na​wet za cenę tego, że ni​g​dy nie mie​li​by​śmy być ra​zem.

– Tam​tej nocy wzią​łem so​bie to, co chcia​łem. Po​cząt​ko​wo po​trak​to​wa​łem cię jako od​skocz​nię od swo​ich pro​ble​mów. By​łaś atrak​cyj​ną, mil​czą​cą dziew​czy​ną, któ​ra ukry​wa​ła się w cie​niu. Chcia​łem przy to​bie o wszyst​kim za​po​mnieć. I fak​tycz​nie mi się uda​ło, na chwi​lę. Smak two​ich ust był naj​cu​dow​niej​szy na świe​cie. Na se​kun​dę za​po​mnia​łem o bólu, lęku i gnie​wie. Li​czy​ło się tyl​ko to, że je​stem z tobą. – Pod​niósł moją dłoń do ust i po​ca​ło​wał jej kost​ki, a po​tem od​wró​cił ją i do​tknął war​ga​mi wnę​trza. – Nie mia​łem po​ję​cia, ja​kim je​steś skar​bem. Ani że wła​śnie zna​la​złem ko​goś, kto bę​dzie mnie wspie​rał i po​mo​że mi się po​zbie​rać. Je​stem ci bar​dzo wdzięcz​ny, że otwo​rzy​łaś się przede mną i za​czę​łaś ze mną roz​ma​wiać. Kie​dy po​my​ślę, że mo​gło​by cię nie być, od razu czu​ję ból. Nie po​ra​dził​bym so​bie z tym, co mnie spo​tka​ło, bez cie​bie. Po po​licz​ku spły​nę​ła mi łza. West pod​niósł rękę i do​tknął jej pal​cem. – Sta​łaś się naj​waż​niej​szą oso​bą w moim ży​ciu. Nie chcę, że​byś kie​dy​kol​wiek mia​ła co do tego wąt​pli​wo​ści. I dla​te​go chcę po​wtór​ki tam​tej nocy, kie​dy się spo​tka​li​śmy – oznaj​mił z uśmie​chem. Po​wtór​ki? – Co ta​kie​go? – spy​ta​łam zdez​o​rien​to​wa​na. West wy​szedł z pi​ka​pa, ob​szedł go do​oko​ła, otwo​rzył mi drzwi, wziął mnie za rękę i przy​cią​gnął do sie​bie. – Chcę po​wtór​ki – oznaj​mił, pusz​cza​jąc do mnie oko. – Żeby wszyst​ko było jak na​le​ży, mu​sisz sta​nąć pod tam​tym drze​wem i wy​glą​dać wy​strza​ło​wo, jak wte​dy i jak za​wsze. Kie​dy tam bę​dziesz, po​wtó​rzy​my to, co się wte​dy wy​da​rzy​ło. Tyl​ko że tym ra​zem za​miast być za​ła​ma​nym i wście​kłym na cały świat, zo​sta​nę fa​ce​tem z two​ich ma​rzeń. Tym, któ​re​go wy​le​czy​łaś z bólu. Zwa​lę cię z nóg, na​wet nie bę​dziesz wie​dzia​ła kie​dy. Tym ra​zem to ja się za​śmia​łam, a po po​licz​ku po​pły​nę​ła mi ko​lej​na łza. Po​ki​wa​łam gło​wą na znak zgo​dy i po​de​szłam do drze​wa, gdzie ca​ło​wa​łam się po raz pierw​szy w ży​ciu. Tam​tej nocy czu​łam się taka sa​mot​na, do​pó​ki nie po​ja​wił się West. Roz​ja​śnił mój świat, choć w ogó​le nie zda​wał so​bie z tego spra​wy. Ina​czej nie chciał​by, że​by​śmy ode​gra​li tę sce​nę od nowa. To nie było ko​niecz​ne, ale się zgo​dzi​łam. West po​ka​zał mi unie​sio​ne kciu​ki, kie​dy sta​nę​łam do​kład​nie w tym miej​scu, co tam​tej nocy. Wi​dząc, jak idzie w moją stro​nę, tak jak wte​dy, za​chcia​ło mi się śmiać. Wy​da​wa​ło mi się to głu​pie, ale za​ra​zem uro​cze. Nie chcia​łam psuć na​stro​ju. – Dla​cze​go sto​isz tu sama? Im​pre​za jest tam – ode​zwał się, wska​zu​jąc gło​wą w stro​nę po​la​ny. Za​gry​złam war​gę, żeby się nie uśmiech​nąć. – Mam coś po​wie​dzieć czy nie? Bo wte​dy się nie od​zy​wa​łam – spy​ta​łam ci​cho, sta​ra​jąc się za​cho​wać po​wa​gę. West uniósł brew, a po​tem na​chy​lił twarz, za​trzy​mu​jąc war​gi tuż przy mo​ich ustach. – Nie je​steś zbyt do​bra w po​wtór​kach, co? – stwier​dził. Za​śmia​łam się ci​cho. – Trze​ba mi było wy​ja​śnić, jak ma wy​glą​dać ta część. Po​ca​ło​wał de​li​kat​nie ką​cik mo​ich ust. – W ta​kim ra​zie od razu przejdź​my do za​sad​ni​czej sce​ny. To mi wy​cho​dzi naj​le​piej – wy​szep​tał, do​ty​ka​jąc usta​mi mo​ich warg.

Tam​tej nocy, kie​dy się po​zna​li​śmy, czu​łam się bar​dzo nie​pew​nie. Ale wie​le się zmie​ni​ło

Tam​tej nocy, kie​dy się po​zna​li​śmy, czu​łam się bar​dzo nie​pew​nie. Ale wie​le się zmie​ni​ło i te​raz wie​dzia​łam do​kład​nie, co mam ro​bić. Prze​su​nę​łam dłoń​mi w górę jego rąk, roz​ko​szu​jąc się do​ty​kiem na​pi​na​ją​cych się mię​śni, a po​tem za​ci​snę​łam pal​ce na jego ra​mio​nach. Na​sze ję​zy​ki zwie​ra​ły się ze sobą i na​wza​jem draż​ni​ły. West wsu​nął mi dło​nie pod ko​szul​kę, gła​dząc moją nagą skó​rę. Tam​tej nocy do cze​goś ta​kie​go nie do​szło, ale dziś mia​łam na to wiel​ką ocho​tę. Unio​słam ręce wy​żej i ob​ję​łam We​sta za szy​ję, żeby od​sło​nić jesz​cze wię​cej cia​ła, spra​gnio​na jego do​ty​ku. Dał się sku​sić. Po chwi​li uniósł obie ręce i ob​jął dłoń​mi moje pier​si, aż z ust mi​mo​wol​nie wy​rwał mi się ci​chy okrzyk. Uwiel​bia​łam jego do​tyk i to, jak na mnie dzia​łał. Wte​dy na​gle od​su​nął się ode mnie. Już? Tak szyb​ko? – Gdy​bym wte​dy zro​bił coś ta​kie​go, pew​nie do​stał​bym od cie​bie kopa w jaja – wy​dy​szał cięż​ko. – Ra​czej ze​mdla​ła​bym z wra​że​nia. Z po​wro​tem wsu​nął dło​nie pod moją ko​szul​kę i po​ło​żył na pier​siach, po​cie​ra​jąc kciu​ka​mi sut​ki przez sa​ty​no​wy ma​te​riał sta​ni​ka. Za​drża​łam i za​czę​łam się wić pod jego do​ty​kiem. Pra​gnę​łam cze​goś wię​cej. – Jesz​cze nie je​ste​śmy go​to​wi na tę część na​sze​go wie​czo​ru. Ale mam pe​wien plan – ode​zwał się, a w jego oczach, tak samo jak we mnie, za​pło​nę​ło po​żą​da​nie. – My​śla​łam, że to jest twój plan. – Przy​mknę​łam po​wie​ki, czu​jąc, jak jego pal​ce wśli​zgu​ją się pod sta​nik. – Nie, mam znacz​nie lep​szy.

ROZ​DZIAŁ 48

Zo​stań tyle, ile chcesz

West Dwa ty​go​dnie póź​niej… Trzy​ma​łem Mag​gie za rękę, kie​dy sta​nę​li​śmy przed gro​bem jej mamy. Wczo​raj wie​czo​rem za​miast pójść ze wszyst​ki​mi na co​ty​go​dnio​wą im​pre​zę, spa​ko​wa​li​śmy się i ru​szy​li​śmy w dro​gę. Mag​gie nie od​wie​dza​ła mamy od jej po​grze​bu, z któ​re​go pra​wie nic nie pa​mię​ta​ła. Kie​dy mi się do tego przy​zna​ła, za​pro​po​no​wa​łem, że za​bio​rę ją na cmen​tarz. Sam przy​cho​dzi​łem na grób taty każ​de​go so​bot​nie​go po​ran​ka, żeby opo​wie​dzieć mu o piąt​ko​wym me​czu. Te wi​zy​ty bar​dzo mi po​ma​ga​ły. Czu​łem, jak​by tata na​dal był w po​bli​żu, choć od nas od​szedł. Chcia​łem, żeby Mag​gie też mo​gła cze​goś ta​kie​go do​świad​czyć. Mag​gie pod​nio​sła na mnie wzrok, a jej drob​na dłoń wy​śli​zgnę​ła się z mo​jej ręki. Bra​dy cze​kał na nas w sa​mo​cho​dzie. Mu​sie​li​śmy go za​brać, bo ina​czej cio​cia i wu​jek Mag​gie za nic nie po​zwo​li​li​by jej wy​je​chać ze mną na dwa dni z noc​le​giem. – Chcę zo​stać sama i z nią po​roz​ma​wiać – ode​zwa​ła się ci​cho Mag​gie. Na​chy​li​łem się i po​ca​ło​wa​łem ją w ką​cik ust. – Zo​stań tyle, ile chcesz. Po​tem od​wró​ci​łem się i od​sze​dłem, żeby mo​gła w sa​mot​no​ści zmie​rzyć się z prze​szło​ścią i swo​im bó​lem. Wo​lał​bym zo​stać przy niej i na​dal trzy​mać ją za rękę, ale nie mia​łem za​mia​ru na​le​gać. Wie​dzia​ła, że je​stem w po​bli​żu, na wy​pa​dek gdy​bym był jej po​trzeb​ny. Bra​dy spoj​rzał na mnie ze zmarsz​czo​nym czo​łem, kie​dy otwie​ra​łem drzwi pi​ka​pa. – Zo​sta​wi​łeś ją tam cał​kiem samą? – Tak chcia​ła. W od​po​wie​dzi wes​tchnął i po​dał mi swo​ją ko​mór​kę. – Wła​śnie do​sta​łem SMS-a od taty. Nie dzwo​nił, bo bał się, że Mag​gie go usły​szy. Chcą sami jej po​wie​dzieć. Prze​czy​ta​łem wia​do​mość kil​ka razy, czu​jąc, jak za​mie​ra mi ser​ce, a żo​łą​dek skrę​ca się w cia​sny su​peł. Oj​ciec Mag​gie po​wie​sił się dziś rano w wię​zien​nej celi. Nie wia​do​mo, w jaki spo​sób uda​ło mu się to zro​bić. Mag​gie co praw​da i tak za​cho​wy​wa​ła się, jak​by od daw​na już nie żył, ale nie wia​do​mo było, jak to przyj​mie. Od​wró​ci​łem się w jej stro​nę i pa​trzy​łem, jak stoi przy gro​bie mamy. Tak wie​le w ży​ciu prze​szła. Ro​bi​ło mi się sła​bo na myśl, że spo​ty​ka ją ko​lej​na tra​ge​dia i znów bę​dzie cier​pieć. Wo​lał​bym jej tego oszczę​dzić, ale prze​cież mu​sia​ła się do​wie​dzieć. – Za​dzwo​ni​łem do taty i do​wie​dzia​łem się, że oj​ciec zo​sta​wił dla Mag​gie list po​że​gnal​ny.

– Za​dzwo​ni​łem do taty i do​wie​dzia​łem się, że oj​ciec zo​sta​wił dla Mag​gie list po​że​gnal​ny. Tata po nie​go po​je​dzie i sam go naj​pierw prze​czy​ta. Nie wia​do​mo, czy ona w ogó​le po​win​na go zo​ba​czyć. Do​pie​ro co za​czę​ła mó​wić i wró​ci​ła do nor​mal​ne​go ży​cia. – Nie mów​cie jej o tym beze mnie – po​pro​si​łem. – Nie po​wie​my. Na​dej​dzie kie​dyś dzień, że na wspo​mnie​nie tych cięż​kich chwil nie bę​dzie​my już tak do​tkli​wie od​czu​wać bólu. Szko​da, że już dziś nie mo​gli​śmy prze​nieść się do przy​szło​ści.

ROZ​DZIAŁ 49

Pła​ka​łam nad sobą

Maggie Pod​czas dro​gi po​wrot​nej w któ​rymś mo​men​cie mu​sia​łam za​snąć. Pa​mię​tam, jak sie​dzia​łam z gło​wą opar​tą o We​sta, a on oto​czył mnie ra​mie​niem i de​li​kat​nie ba​wił się mo​imi wło​sa​mi. Było mi przy nim cie​pło i bez​piecz​nie. Do​kład​nie tego po​trze​bo​wa​łam po wi​zy​cie na cmen​ta​rzu. Kom​plet​nie nie by​łam na nią przy​go​to​wa​na. Świa​do​mość, że cia​ło mamy jest w zie​mi, to jed​no, ale wi​dzieć na wła​sne oczy jej grób to coś cał​kiem in​ne​go. Do​tyk dło​ni We​sta do​dał mi siły, żeby znieść ten wi​dok. Kie​dy uda​ło mi się nie​co uspo​ko​ić i upew​nić, że nie osu​nę się na zie​mię i nie za​le​ję łza​mi, po​pro​si​łam, żeby od​szedł, bo chcia​łam po​roz​ma​wiać z mamą w sa​mot​no​ści. Opo​wie​dzia​łam jej o swo​im ży​ciu u wuj​ka Bo​one’a, cio​ci Co​ra​lee i Bra​dy’ego. Wszyst​ko, od sa​me​go po​cząt​ku, kie​dy zja​wi​łam się w ich domu. Sta​ra​łam się nie po​mi​nąć żad​ne​go istot​ne​go szcze​gó​łu, zwłasz​cza na te​mat We​sta i jego taty. Kie​dy skoń​czy​łam, do​tar​ło do mnie, że West miał ra​cję. Roz​mo​wą z mamą spra​wi​ła, że po​czu​łam, jak​by znów była bli​sko mnie. – Tata na​pi​sał, że po​wie jej dziś wie​czo​rem – roz​legł się szept Bra​dy’ego. Jej? Mó​wi​li o mnie? O co im mo​gło cho​dzić? Po​czu​łam na​pi​na​ją​ce się mię​śnie We​sta, ale nie drgnę​łam i nie otwo​rzy​łam oczu. – Mag​gie po​trze​bu​je tro​chę spo​ko​ju po dzi​siej​szej wi​zy​cie u mamy – ode​zwał się West tak ci​cho, że mia​łam wąt​pli​wo​ści, czy Bra​dy go sły​szy. Bra​dy cięż​ko wes​tchnął. – Ra​cja. Po​ga​dam z tatą. A two​ja mama już wró​ci​ła, co nie? Chy​ba w ze​szłym ty​go​dniu? Mama We​sta, co praw​da była z po​wro​tem w domu, ale dziw​nie się za​cho​wy​wa​ła. Wi​dzia​łam, że West się o nią mar​twi. Wy​je​cha​ła do swo​jej mat​ki tak nag​le po po​grze​bie, zo​sta​wia​jąc We​sta, żeby ra​dził so​bie ze wszyst​kim sam. To było do niej nie​po​dob​ne. Te​raz, gdy wró​ci​ła, nie była sobą. Cią​gle o czymś za​po​mi​na​ła, przy​pa​la​ła je​dze​nie i prze​sy​pia​ła więk​szą część dnia. – Mhm, wró​ci​ła – od​parł West, a w jego gło​sie wy​raź​nie po​brzmie​wał nie​po​kój. Chcia​łam go przy​tu​lić i po​cie​szyć, że wszyst​ko bę​dzie do​brze, ale nie zro​bi​łam tego, bo wca​le nie mia​łam ta​kiej pew​no​ści. Od​cze​ka​łam jesz​cze chwi​lę, by się prze​ko​nać, czy nie do​wiem się cze​goś wię​cej na te​mat tego, co miał po​wie​dzieć mi wu​jek. Ale po​nie​waż chło​pa​ki nie cią​gnę​ły już tego te​ma​tu, uda​łam, że się prze​cią​gam, i po​wo​li wy​pro​sto​wa​łam się na sie​dze​niu. – Po​bud​ka, śpio​chu. Prze​spa​łaś więk​szą część dro​gi – stwier​dził Bra​dy kpią​cym to​nem. West śmie​jąc się, przy​gar​nął mnie do sie​bie i po​ca​ło​wał w gło​wę.

– Od​czep się od mo​jej dziew​czy​ny. Ma za sobą dłu​gi dzień. West wie​dział, co to za ta​jem​ni​ca. Gdy​bym go spy​ta​ła, na pew​no by mi po​wie​dział. Nie był​by w sta​nie ni​cze​go przede mną ukryć. Unio​słam gło​wę i na​po​tka​łam jego spoj​rze​nie. – Dzię​ki – ode​zwa​łam się. – Dla cie​bie wszyst​ko. Nie mu​siał mó​wić nic wię​cej, bo do​sko​na​le wie​dzia​łam, co ma na my​śli. Był go​tów zro​bić dla mnie wszyst​ko, o co tyl​ko bym go nie po​pro​si​ła. – Mo​że​cie so​bie da​ro​wać te czu​łe gad​ki? Nie je​ste​ście sami – rzu​cił Bra​dy. West po​słał mu krzy​wy uśmie​szek. Uwiel​bia​łam ten jego kpią​cy wy​raz twa​rzy. Za​cze​ka​li​śmy z Bra​dym w sa​mo​cho​dzie, aż West wej​dzie na chwi​lę do swo​je​go domu i spraw​dzi, jak mie​wa się mama, a po​tem po​je​cha​li​śmy wszy​scy do nas. Mia​łam za​miar od razu pójść do wuj​ka Bo​one’a i do​wie​dzieć się, o co cho​dzi. Bra​dy i West już wie​dzie​li, ale obo​je pró​bo​wa​li mnie chro​nić. Do​ce​nia​łam to, ale chcia​łam jak naj​szyb​ciej po​znać praw​dę. Wu​jek sie​dział w roz​kła​da​nym fo​te​lu z książ​ką w ręku. Kie​dy we​szłam do po​ko​ju, spoj​rzał na mnie znad swo​ich oku​la​rów. W jego oczach na mo​ment roz​bły​sła tro​ska, ale za​raz zdo​łał ją ukryć, po​sy​ła​jąc mi uśmiech. – Wy​jazd się udał? – spy​tał. – Bar​dzo. Mu​sia​łam się zo​ba​czyć z mamą – od​par​łam. – A te​raz chcę wie​dzieć, co Bra​dy i West pró​bu​ją przede mną ukryć. Wu​jek Bo​one na​chmu​rzył się, po czym odło​żył książ​kę i zdjął oku​la​ry. – Mia​łaś dziś cięż​ki dzień, Mag​gie. To praw​da. Ale to nie zmie​nia​ło fak​tu, że mia​łam pra​wo wie​dzieć o czymś, co po​dob​no mnie do​ty​czy. – Chcę wie​dzieć. Wska​zał dło​nią sto​ją​cą na​prze​ciw​ko sofę, da​jąc mi do zro​zu​mie​nia, że mam usiąść. W pierw​szej chwi​li chcia​łam za​pro​te​sto​wać, ale po​słusz​nie zro​bi​łam to, o co pro​sił. Wi​dać było wy​raź​nie, że jest mu cięż​ko roz​ma​wiać, więc do​my​śli​łam się, że ma to zwią​zek z moim oj​cem. Splo​tłam moc​no dło​nie na ko​la​nach i cier​pli​wie cze​ka​łam. Wu​jek Bo​one przy​glą​dał mi się uważ​nie i do​pie​ro po chwi​li się ode​zwał. – Cho​dzi o two​je​go ojca… – za​czął. Na te sło​wa mo​men​tal​nie ogar​nął mnie pa​nicz​ny strach. – On nie żyje, Mag​gie. Zna​leź​li go dziś rano. Nie żyje. Te dwa sło​wa po​win​ny wy​wo​łać we mnie roz​pacz, szok i ból, lecz po​zo​sta​wia​ły po so​bie je​dy​nie uczu​cie pust​ki. Chcia​łam po​czuć ulgę, bo prze​cież to przez nie​go stra​ci​łam mamę. To on po​zba​wił ją ży​cia i wszyst​ko znisz​czył. My​śla​łam, że się ucie​szę, że od​szedł i już ni​g​dy wię​cej nie będę mu​sia​ła go oglą​dać. Ale tak się nie sta​ło. Sie​dzia​łam tyl​ko nie​ru​cho​mo, po​wta​rza​jąc w kół​ko te dwa sło​wa w mo​jej gło​wie. To ko​niec. Nie żyje. Do​bre wspo​mnie​nia o nim nie były w sta​nie prze​wa​żyć nad zły​mi. Tych ostat​nich zo​sta​wił mi zbyt wie​le. Za dużo smut​nych chwil, za dużo żalu.

Moja mama była jak pięk​ny przed​miot, któ​ry ko​niecz​nie chciał mieć na wła​sność. Kie​dy

Moja mama była jak pięk​ny przed​miot, któ​ry ko​niecz​nie chciał mieć na wła​sność. Kie​dy w koń​cu mu się to uda​ło, wy​rzu​cił ją jak coś kom​plet​nie bez​war​to​ścio​we​go. A prze​cież ona go ko​cha​ła. Wi​dzia​łam to w jej oczach i w jej cią​głym pra​gnie​niu, by go za​do​wo​lić. Ale nic, co ro​bi​ła, go nie sa​tys​fak​cjo​no​wa​ło. Nie speł​ni​ła jego na​dziei, a mimo to nie po​zwa​lał jej odejść i za​cząć no​we​go ży​cia. Trzy​mał na siłę przy so​bie, by w koń​cu znisz​czyć ją i nas wszyst​kich. Za​wsze wie​rzy​łam, że oj​ciec mnie ko​cha. Były chwi​le, gdy czu​łam, że je​stem dla nie​go kimś waż​nym i dro​gim. Cie​ka​we, czy ma​mie też dał to od​czuć. Może wła​śnie dla​te​go tak bar​dzo go ko​cha​ła? Ale co z tego, sko​ro on nie był wart na​szej mi​ło​ści. Nie​na​wi​dzi​łam go. Pra​gnę​łam jego śmier​ci. I się do​cze​ka​łam. Ale te​raz nie czu​łam nic oprócz pust​ki w środ​ku. – Mag​gie, wiem, że on był two​im tatą. Nie​za​leż​nie od tego, co… – Nie – prze​rwa​łam wuj​ko​wi. Nie chcia​łam, by mó​wił da​lej. – Nie był moim tatą. Prze​stał nim być w dniu, gdy ode​brał mi mamę. Pro​szę, nie mów, że ci przy​kro i że to w po​rząd​ku, że czu​ję żal. Dla mnie on już od dwóch lat był mar​twy. To tyl​ko ko​niec ca​łej spra​wy. Wu​jek Bo​one wię​cej się nie ode​zwał. Ze​rwa​łam się z sofy i po​bie​głam do swo​je​go po​ko​ju. Tam, gdzie mo​głam być sama i nie mu​sia​łam z ni​kim roz​ma​wiać. Kil​ka mi​nut póź​niej do mo​ich drzwi za​pu​ka​ła cio​cia Co​ra​lee. Za​pew​ni​łam ją, że do​brze się czu​ję, ale nie mam ocho​ty na roz​mo​wę. Nie pro​te​sto​wa​ła i zo​sta​wi​ła mnie w spo​ko​ju. Go​dzi​nę póź​niej okno w moim po​ko​ju pod​je​cha​ło do góry i do środ​ka wśli​zgnął się West. Na jego twa​rzy ma​lo​wa​ły się nie​po​kój i tro​ska. Spoj​rza​łam na nie​go z łóż​ka, gdzie sie​dzia​łam ze skrzy​żo​wa​ny​mi po tu​rec​ku no​ga​mi. Uczu​cie pust​ki, jaka mnie wy​peł​nia​ła, na​gle zni​kło i po po​licz​kach po​pły​nę​ły mi pierw​sze łzy. West usiadł przy mnie i mnie ob​jął, a wte​dy z ust wy​rwał mi się szloch. Wtu​lo​na w jego ra​mio​na, pła​ka​łam za tym wszyst​kim, co utra​ci​łam. I za tym, cze​go ni​g​dy już nie będę mia​ła. Za mamą, któ​ra ode​szła w tak tra​gicz​ny spo​sób. Nad We​stem i jego tatą. I nad sobą.

EPI​LOG

West Kil​ka ty​go​dni póź​niej, gdy sie​dzie​li​śmy w domu Bra​dy’ego nad al​bu​ma​mi ze sta​ry​mi zdję​cia​mi, do​tar​ło do mnie, kim jest Mag​gie. To zda​rze​nie mia​ło miej​sce w świę​ta Bo​że​go Na​ro​dze​nia. Obaj z Bra​dym cho​dzi​li​śmy wte​dy do siód​mej kla​sy. Bra​dy miał je​chać z wi​zy​tą do ro​dzi​ny w Ten​nes​see i ubła​gał ro​dzi​ców, żeby za​bra​li ze sobą rów​nież i mnie. Z wcze​śniej​szej wi​zy​ty wie​dzia​łem, że cze​ka​ją nas tam strasz​ne nudy, ale uwa​ża​łem Bra​dy’ego za swo​je​go naj​lep​sze​go kum​pla, więc nie pro​te​sto​wa​łem. Jak za​wsze za​bra​li​śmy ze sobą pił​kę i przez cały czas ćwi​czy​li​śmy na dwo​rze po​da​nia, na​wet gdy le​żał śnieg. Wpa​da​li​śmy do środ​ka tyl​ko na je​dze​nie. W domu nie było żad​nych in​nych dzie​cia​ków, tyl​ko jed​na dziew​czy​na. Spo​tka​łem ją już kil​ka lat wcze​śniej, ale od po​cząt​ku tam​tej wi​zy​ty jesz​cze ani razu. Choć praw​dę mó​wiąc, nie​spe​cjal​nie mi na tym za​le​ża​ło. W pew​nym mo​men​cie oj​ciec Bra​dy’ego za​go​nił go do po​mo​cy, już nie pa​mię​tam przy czym, więc po​szed​łem ro​zej​rzeć się po domu. Nie do​tar​łem da​le​ko, gdy do mo​ich uszu do​biegł czyjś płacz. Po chwi​li wa​ha​nia po​sta​no​wi​łem zaj​rzeć do po​ko​ju, skąd do​cho​dził. Tyl​ko na mo​ment, by nikt mnie nie za​uwa​żył. Ale ona od razu pod​nio​sła gło​wę i spoj​rza​ła pro​sto na mnie naj​pięk​niej​szy​mi zie​lo​ny​mi ocza​mi, ja​kie kie​dy​kol​wiek wi​dzia​łem. Jej twarz oka​la​ły dłu​gie ciem​ne wło​sy. Po​kój to​nął cały w różu i sre​brze, jak na ob​raz​ku z baj​ki. Pa​so​wał do niej ide​al​nie. Po​cią​gnę​ła no​sem, nie spusz​cza​jąc ze mnie wzro​ku. Nie wie​dzia​łem, czy mam jej po​zwo​lić po​być sa​mej, czy spy​tać, co się sta​ło. Mama za​wsze mnie jed​nak uczy​ła, żeby nie zo​sta​wiać pła​czą​cej dziew​czy​ny bez po​mo​cy, więc pod​sze​dłem do łóż​ka i usia​dłem obok. – Nie może być aż tak źle. Prze​cież są świę​ta – ode​zwa​łem się w na​dziei, że choć tro​chę ją roz​we​se​lę. W my​ślach do​da​łem, że przy​po​mi​na księż​nicz​kę, a ja ni​g​dy nie wi​dzia​łem w te​le​wi​zji, żeby któ​raś z nich pła​ka​ła. Znów po​cią​gnę​ła no​sem i otar​ła dło​nią twarz. – Ja​koś tego nie czu​ję – od​szep​nę​ła. – Co ty mó​wisz? Wszę​dzie sły​chać ko​lę​dy, a na two​im domu jest wię​cej świa​te​łek niż w ca​łym na​szym mia​stecz​ku. Na​praw​dę nie czu​jesz świąt? Dziew​czy​na od​wró​ci​ła ode mnie gło​wę. Na jej twa​rzy na​dal ma​lo​wał się smu​tek. – Nie wszyst​ko jest ta​kie, jak się wy​da​je. I nie każ​dy wy​glą​da na tego, kim jest. Ile ta dziew​czy​na mo​gła mieć lat? Mó​wi​ła jak do​ros​ła, ale nie wy​glą​da​ła na star​szą ode mnie i Bra​dy’ego.

– Któ​raś z przy​ja​ció​łek zro​bi​ła ci coś złe​go? – spy​ta​łem, do​brze wie​dząc, jak dziew​czy​ny

– Któ​raś z przy​ja​ció​łek zro​bi​ła ci coś złe​go? – spy​ta​łem, do​brze wie​dząc, jak dziew​czy​ny po​tra​fią dra​ma​ty​zo​wać. U nas w szko​le to było na po​rząd​ku dzien​nym. – Oby to było tyl​ko to – wy​szep​ta​ła, od​wra​ca​jąc się z po​wro​tem do mnie. Wciąż mó​wi​ła za​gad​ka​mi. Po​wo​li za​czy​na​ła mnie nu​dzić rola po​cie​szy​cie​la, tym bar​dziej że wy​raź​nie kiep​sko so​bie z tym ra​dzi​łem. – Kto​kol​wiek to nie jest, szko​da na nie​go two​je​go cza​su, sko​ro tak się przez nie​go smu​cisz. W koń​cu pod​nio​sła na mnie wzrok. – Nie za​wsze to jest moż​li​we. Nie​któ​rych osób się nie wy​bie​ra, na przy​kład ro​dzi​ców. I nie moż​na za nich de​cy​do​wać. Więc to nie jest ta​kie pro​ste. On jest moim tatą. Ko​cham go, mu​szę go ko​chać. Ale on ją krzyw​dzi. Tak bar​dzo się dla nie​go sta​ra, a on cią​gle gdzieś prze​pa​da z kimś in​nym. Tak jak dziś. Miał tu być, obie​cał jej. Nie mia​łem po​ję​cia, ja​kie to uczu​cie. Moi ro​dzi​ce się ko​cha​li i nie mie​ści​ło mi się w gło​wie, że tata mógł​by zra​nić mamę. Ale ży​cie tej dziew​czy​ny naj​wy​raź​niej wy​glą​da​ło ina​czej. Nie za​zdro​ści​łem jej, mimo że mia​ła dom więk​szy niż ko​ściół w na​szym mie​ście. Więk​szy na​wet od domu Gun​ne​ra Law​to​na, choć trud​no było to so​bie wy​obra​zić. – No to fak​tycz​nie do bani – przy​zna​łem, nie wie​dząc, co jesz​cze mógł​bym jej po​wie​dzieć. – No do bani. – To była cała jej od​po​wiedź. W tym mo​men​cie usły​sza​łem wo​ła​nie Bra​dy’ego, a po​nie​waż nie mia​łem po​ję​cia, co zro​bić czy po​wie​dzieć, po pro​stu ją zo​sta​wi​łem i so​bie po​sze​dłem. Kie​dy póź​niej ze​szła na dół do sto​łu, uni​ka​łem jej wzro​ku, bo czu​łem wy​rzu​ty su​mie​nia, że nie mogę jej po​móc. I że po​zna​łem jej ta​jem​ni​cę. By​li​śmy obo​je na zdję​ciu, któ​re zro​bio​no tam​te​go wie​czo​ru. Gdy zo​ba​czy​łem jej de​li​kat​ną dzie​cin​ną twarz, na​gle wró​ci​ły wszyst​kie wspo​mnie​nia. Po po​wro​cie do domu cał​kiem za​po​mnia​łem o niej i jej smut​kach. Ale za​pa​mię​ta​łem, że w tam​te świę​ta by​łem wdzięcz​ny Bogu za swo​ich ro​dzi​ców i pierw​szy raz zda​łem so​bie spra​wę, ja​kie mam szczę​ście. – To by​łaś ty – stwier​dzi​łem, spo​glą​da​jąc na Mag​gie. Ser​ce pę​ka​ło mi z żalu nad tam​tą małą dziew​czyn​ką. Gdy​bym tyl​ko mógł cof​nąć czas i ją wte​dy ob​jąć. Po​dzie​li​ła się swo​ją ta​jem​ni​cą z głu​pim chło​pa​kiem, a on nie zro​bił nic, żeby ją po​cie​szyć. Mag​gie zmarsz​czy​ła brwi, jak​by w pierw​szej chwi​li nie wie​dzia​ła, o czym mó​wię, ale za​raz w jej oczach bły​snę​ło zro​zu​mie​nie. – O, Boże… Cał​kiem za​po​mi​na​łam. By​łam strasz​nie zła tam​te​go dnia. Choć to był tyl​ko je​den z wie​lu, gdy tak się czu​łam – przy​zna​ła, gła​dząc czub​kiem pal​ca moją twarz na fo​to​gra​fii. – By​łeś je​dy​ną oso​bą, któ​rej o tym po​wie​dzia​łam. Dziś tego ża​łu​ję. Szko​da, że ni​ko​mu in​ne​mu się nie zwie​rzy​łam. Gdy​bym to zro​bi​ła, może mama na​dal by żyła – wy​szep​ta​ła w za​my​śle​niu. Przy​tu​li​łem ją do sie​bie. Nie chcia​łem, żeby wciąż roz​pa​mię​ty​wa​ła swo​je żale. – By​łaś tyl​ko dziec​kiem. Zresz​tą obo​je nimi wte​dy by​li​śmy. Dwo​je dzie​cia​ków, któ​re nie​wie​le wie​dzą o świe​cie. To był twój oj​ciec, ko​cha​łaś go. Nie ob​wi​niaj się o coś, na co nie mia​łaś wpły​wu. Mag​gie opar​ła gło​wę na moim ra​mie​niu i po​ło​ży​ła mi dłoń na pier​si. – Dzię​ku​ję – wy​szep​ta​ła. Po​ca​ło​wa​łem ją w gło​wę. – Ko​cham cię. – Ja też cię ko​cham – od​par​ła.

Wszy​scy za​wsze mi po​wta​rza​li, że moja przy​szłość jest na bo​isku i będę w ży​ciu kimś waż​nym. Kie​dyś sam tego chcia​łem. Do mo​men​tu, aż spo​tka​łem ko​goś, kto mnie po​trze​bo​wał. Wte​dy zda​łem so​bie spra​wę, że je​dy​ną oso​bą, dla któ​rej chcę być waż​ny, jest ona.

PO​DZIĘ​KO​WA​NIA

Od​kąd w 2012 roku skoń​czy​łam pi​sać se​rię Vin​cent Boys, bar​dzo chcia​łam znów po​wró​cić do li​ce​al​nych kli​ma​tów, me​czów fut​bo​lo​wych, pierw​szych mi​ło​ści, zła​ma​nych na​sto​let​nich serc i – ma się ro​zu​mieć – piąt​ko​wych im​prez w ple​ne​rze. Hi​sto​ria We​sta i Mag​gie kieł​ko​wa​ła w mo​jej gło​wie już od dłuż​sze​go cza​su. Jes​tem wdzięcz​na, że do​sta​łam szan​sę, by ją na​pi​sać. Od po​cząt​ku spra​wia​ła mi nie​sa​mo​wi​tą fraj​dę. Wiel​kie po​dzię​ko​wa​nia dla mo​jej wy​daw​czy​ni, Sary Sar​gent. Nie​źle da​łam jej w kość, a jed​nak za​wsze uważ​nie mnie słu​cha​ła i je​stem pew​na, że dzię​ki niej ta książ​ka wie​le zy​ska​ła. Chcę po​dzię​ko​wać tak​że Ma​rze Ana​stas, Jo​die Hoc​ken​smith, Ca​ro​lyn Swer​dloff i ca​łej resz​cie ze​spo​łu z Si​mon Pul​se za ich cięż​ką pra​cę. Dzię​ku​ję mo​jej agent​ce, Jane Dys​tel, za​wsze go​to​wej do po​mo​cy, kie​dy po​chła​nia mnie pi​sa​nie, mu​szę się wy​ga​dać czy po​trze​bu​ję ad​re​su do​brej knaj​py w No​wym Jor​ku. Dzię​ki za wspar​cie. Kie​dy za​czy​na​łam pi​sać, w ży​ciu nie przy​szło​by mi do gło​wy, że będę kie​dyś mieć gru​pę wier​nych czy​tel​ni​czek spo​ty​ka​ją​cych się spe​cjal​nie, by mnie wspie​rać. Pro​wa​dzo​na przez Da​niel​le La​gas​se Abbi’s Army uczy mnie po​ko​ry, daje chwi​le wy​tchnie​nia i pod​no​si na du​chu. Dzię​ki, dro​gie pa​nie. Ko​cham was wszyst​kie. Dzię​ku​ję moim beta-re​ader​kom, Na​ta​shy To​mic i Au​tumn Hull, za po​moc przy pi​sa​niu mo​ich po​wieś​ci. Bez nich nie da​ła​bym rady. Uwiel​biam was. Dzię​ku​ję Col​le​en Ho​over i Ja​mie McGu​ire za to, że mnie wspie​ra​ją, choć obie do​sko​na​le zna​ją moje wady. Świet​nie mnie ro​zu​mie​ją, a wia​do​mo, jak na tym świe​cie trud​no ko​goś ta​kie​go zna​leźć. Na ko​niec pra​gnę po​dzię​ko​wać ko​muś bar​dzo waż​ne​mu – mo​jej ro​dzi​nie. Bez jej wspar​cia ni​cze​go nie uda​ło​by mi się osią​gnąć. Mo​je​mu mę​żo​wi, Ke​itho​wi, któ​ry za​wsze do​pil​nu​je, że​bym mia​ła pod ręką mo​rze kawy, i zaj​mie się dzieć​mi, gdy za​my​kam się w po​ko​ju, bo go​nią mnie ter​mi​ny. Trój​ce mo​ich dzie​ci – za ich wy​ro​zu​mia​łość, choć gdy wy​ło​nię się w koń​cu ze swo​jej pie​cza​ry, gdzie pi​szę, ocze​ku​ją mo​jej peł​nej i nie​po​dziel​nej uwa​gi (i ją do​sta​ją). Moim ro​dzi​com, któ​rzy za​wsze sta​li po mo​jej stro​nie, na​wet gdy za​czę​łam pi​sać pi​kant​ne ka​wał​ki. Przy​ja​cio​łom, któ​rzy cier​pli​wie na mnie cze​ka​ją, gdy wpa​dam w trans pi​sa​nia. To moja naj​wier​niej​sza gru​pa wspar​cia i bar​dzo ich za to ko​cham. I oczy​wi​ście dzię​ku​ję wszyst​kim swo​im czy​tel​nicz​kom i czy​tel​ni​kom. Ni​g​dy nie spo​dzie​wa​łam się, że bę​dzie was aż tylu. Dzię​ku​ję, że czy​ta​cie moje książ​ki i po​le​ca​cie je in​nym. Bez was by mnie tu nie było. To ja​sne jak słoń​ce.

SPIS TREŚCI

Karta tytułowa Karta redakcyjna Roz​dział 1 – Praw​da, że jest uro​cza? Roz​dział 2 – Mó​wi​łem, że masz zmy​kać Roz​dział 3 – Nie przej​muj się mną, skar​bie Roz​dział 4 – Ko​cham cię, mamo Roz​dział 5 – Trzy​maj się od nich z da​le​ka Roz​dział 6 – Zro​bi​łem jej przy​jem​ność Roz​dział 7 – Okej! Roz​dział 8 – Za nasz se​zon Roz​dział 9 – Co noc mam kosz​ma​ry Roz​dział 10 – Prze​trwa​łam dzię​ki mil​cze​niu Roz​dział 11 – W ta​kich chwi​lach by​łam za​do​wo​lo​na, że nie mu​szę się od​zy​wać Roz​dział 12 – Ko​niec boli naj​bar​dziej Roz​dział 13 – To po co je​steś tak cho​ler​nie ład​na? Roz​dział 14 – A ty cze​goś ża​łu​jesz? Roz​dział 15 – Ale ze mnie kłam​czu​cha Roz​dział 16 – Nie była moja Roz​dział 17 – West uświa​do​mił mi, że na​dal mam uczu​cia Roz​dział 18 – Nie by​li​śmy aż tak cho​ler​nie za​baw​ni Roz​dział 19 – Je​steś o wie​le sil​niej​szy, niż ci się wy​da​je Roz​dział 20 – Moja krew Roz​dział 21 – Miną lata, za​nim zmą​drze​ją Roz​dział 22 – Za​wsze bę​dzie tyl​ko przy​ja​ciół​ką Roz​dział 23 – Z ni​kim in​nym się tak faj​nie nie gada Roz​dział 24 – Od​bi​ło ci? Ja i moja ku​zyn​ka? Roz​dział 25 – Je​steś mi tu po​trzeb​na Roz​dział 26 – Będę żyć, jak mnie na​uczy​łeś Roz​dział 27 – Nie będę ni​cze​go ża​ło​wać Roz​dział 28 – Oni zo​sta​li Roz​dział 29 – Co​fam to Roz​dział 30 – Nie mo​głem jej stra​cić Roz​dział 31 – Zo​sta​nę z tobą, je​śli chcesz Roz​dział 32 – Nie po​tra​fi​łem się po​wstrzy​mać Roz​dział 33 – Ufasz mi? Roz​dział 34 – Tyl​ko. Ze. Mną

Roz​dział 35 – Czy​li mamy wię​cej nie drą​żyć te​ma​tu? Roz​dział 36 – Chcia​łem być z nią na za​wsze Roz​dział 37 – Moja dziew​czy​na Roz​dział 38 – Czy na​dal ze​chce być ze mną? Roz​dział 39 – Ro​bisz ze mną, co chcesz Roz​dział 40 – Bar​dzo przy​po​mi​na swo​ją mamę Roz​dział 41 – Ci​cha woda, a swo​je wie Roz​dział 42 – Nie mogę wiecz​nie być dla cie​bie opar​ciem Roz​dział 43 – Nie był sam. A ja tak Roz​dział 44 – Ina​czej ją stra​cisz Roz​dział 45 – Nie lu​bię zwra​cać na sie​bie uwa​gi Roz​dział 46 – Będę przy to​bie Roz​dział 47 – Chcę po​wtór​ki Roz​dział 48 – Zo​stań tyle, ile chcesz Roz​dział 49 – Pła​ka​łam nad sobą Epi​log Po​dzię​ko​wa​nia

Subscribe

© Copyright 2013 - 2018 AZDOC.PL All rights reserved.